Robert Silverberg Do ziemi obiecanej

Przyszli po mnie w samo południe, w godzinie Apolla, kiedy tylko szaleńcy wychodzą na pustynię. Pracowałem w pocie czoła i nie uśmiechało mi się to uprowadzenie. Ale łatwiej byłoby skierować Nil na południe, niż przemówić im do rozsądku. Tacy nie słuchają rzeczowych argumentów. Ich oczy żarzyły się dzikim stalowym blaskiem, a usta zwierały w tym szczególnym zaciętym wyrazie, właściwym fanatykom. Kiedy panoszyli się w moim małym, zagraconym gabinecie, grzebiąc w chwiejnych stosach książek i wertując mój rękopis z niemalże już ukończoną kroniką upadku Cesarstwa, wydawali się dwoma potężnymi, niezmożonymi żywiołami, nieludzkimi i strasznymi niczym bogowie starożytnego Ajgyptos zrodzeni do życia. Czułem się przy nich bezsilny.

Starszy i wyższy nazywał się Eleazar. Ja bym go nazwał Horusem z uwagi na wielki, orli nos. Miał wygląd Ajgipcjanina i nosił białą, płócienną ajgipską szatę. Drugi, krępy i szeroki w barach, obdarzony małpią twarzą godną samego Thota, przedstawił się jako Leonardo di Filippo; jego rzymskie imię pasowało do wyglądu ulizanego Rzymianina. Wiedziałem jednak, że taki z niego Rzymianin, jak i ze mnie. Drugi też nie był Ajgipcjaninem. Rozmawiali po hebrajsku ze swobodą nieosiągalną dla ludzi innych narodowości. Byli Izraelitami, członkami tego samego zagubionego ludu co ja. Być może ojciec di Filippo należał do innowierców… a może lubił udawać, że wywodzi się z rasy panów, a nie zapomnianego przez Boga plemienia. Tego już nigdy się nie dowiem.

Eleazar przewiercał wzrokiem mnie i moje zdjęcie na okładce książki opisującej wojny zjednoczeniowe, jakby nie do końca przekonany, że naprawdę jestem Natanem ben Symeonem. Zdjęcie zrobiono przed piętnastu laty. Wtedy jeszcze miałem czarną brodę. Stuknął w książkę i wymierzył we mnie palec w geście zapytania. Kiwnąłem głową.

— W porządku — powiedział. Kazał mi szybko spakować walizkę, jakby czekała mnie weekendowa wycieczka do Aleksandrii. — Mojżesz nas wysłał. Jesteś mu potrzebny. Ma dla ciebie ważne zadanie.

— Mojżesz?

— Przywódca — wyjaśnił Eleazar tonem, jakim inni mówią o faraonie albo pierwszym konsulu. — Na razie nic o nim nie wiesz, ale się dowiesz. Cały Ajgyptos się dowie, cały świat.

— Czego ode mnie chce Mojżesz?

— Napiszesz dla niego kronikę exodusu — rzekł di Filippo.

— Historia starożytności nie jest moją specjalnością.

— Nie mówimy o starożytności.

— Exodus wydarzył się trzy tysiące lat temu. Cóż można o nim powiedzieć po wiekach? Straszna szkoda, że się nie udał, nic więcej.

Di Filippo przez chwilę patrzył tępym wzrokiem.

— Nie mówimy o tamtym — rzekł w końcu. — Exodus nastąpi teraz, lada chwila, nowy i prawdziwy. Tamten dawno temu był pomyłką, przedwczesną próbą.

— I wasz Mojżesz organizuje go jeszcze raz? Po co? Nie wystarczy mu jedno fiasko? Potrzebujemy drugiego? Dokąd niby mielibyśmy się udać, gdzie byłoby nam lepiej niż w Ajgyptos?

— Zobaczysz. Wieść o przedsięwzięciu Mojżesza będzie największą sensacją od czasu płonącego krzewu.

— Dosyć tego — wtrącił Eleazar. — Czas się zbierać. Proszę się pakować, doktorze ben Symeonie.

Rzeczywiście zamierzali mnie zabrać. Odczuwałem mieszaninę strachu i niedowierzania. Czy to się dzieje naprawdę? Jak się im przeciwstawić? Jak nie pozwolić, żeby to się stało? Pomyślałem, że trzeba wykazać się stanowczością. Zasłonić autorytetem uczonego. Przecież nie użyją siły. W końcu to Hebrajczycy i nieważne, kim są poza tym. Uszanują uczonego. A więc szorstko i rzeczowo, po ojcowsku, jak przystało na mełameda i człowieka nauki. Pokręciłem głową.

— Niestety, to niewykonalne.

Eleazar lekko kiwnął ręką. Di Filippo stanął nade mną złowieszczo; jego barczysta sylwetka zdawała się niepokojąco rozrastać.

— Chodź pan — rzekł spokojnie. — Niedaleko stoi samochód. Przed nami cztery godziny jazdy, a Mojżesz kazał cię dostarczyć przed zachodem słońca.

Poczucie bezradności uderzyło mnie ze zdwojoną siłą.

— Proszę was, mam jeszcze dużo pracy i…

— Do dupy z pracą, profesorze! Pakuj się albo jedź bez niczego.


* * *

Na ulicy było pusto i cicho. Panowała południowa martwota, nadająca Menfe wygląd opustoszałego miasta w skwarnej porze dnia. Szedłem między nimi, prowadzony jak więzień, siląc się na spokój. Spoglądałem na szare zapuszczone fasady budynków w dzielnicy hebrajskiej, gdzie spędziłem całe życie, zastanawiając się, czy jeszcze je zobaczę, co się stanie z moimi książkami i kto przechowa moje zapiski. Zdawało mi się, że to sen.

Porywisty zachodni wiatr dmuchał drobnym pyłem i czerwienił niebo tak, że zdawało się, iż cała delta płonie, a w słonecznym żarze upiekłoby się koszerne prosię. W powietrzu niosły się zapachy oliwy, kwiatów pomarańczy, wielbłądzich odchodów i dymu. Auto zaparkowali po drugiej stronie placu Amenhotepa, zaraz za ruinami olbrzymiego posągu faraona; prawdopodobnie myśleli o cieniu, ale o tej porze wnętrze samochodu przypominało piekarnik. Prowadził di Filippo, Eleazar pilnował mnie na tylnym siedzeniu. Trwałem w całkowitym bezruchu, ledwo oddychając, jakby tym sposobem można było wytworzyć wokół siebie obronną barierę. Kiedy jednak Eleazar częstował papierosem, wyrwałem mu go z taką drapieżnością, że popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

Objechaliśmy hipodrom i Wielką Bazylikę, w której odbywały się posiedzenia sądu Republiki, i ustawiliśmy się w luźnym sznurku samochodów wjeżdżających na Świętą Drogę. A zatem nasz szlak wiódł na wschód, przez rzekę i w głąb pustyni. O nic nie pytałem. Byłem wystraszony, przygnębiony, zły oraz do pewnego stopnia, jak mniemam, zaciekawiony. Sparaliżowany nadmiarem emocji, siedziałem jak trusia, modląc się w duchu, żeby ci ludzie wraz z ich przywódcą szybko uwinęli się ze swoją misją, a potem odstawili mnie do domu i pozwolili kontynuować badania.

— Parszywe miasto, to Menfe — mruknął Eleazar. — Ohyda!

Mnie zaś wydawało się zawsze pełne blasku. Ktoś powie, że mocno wrosłem w swoje otoczenie, jednak czuję się Izraelitą z krwi i kości, w żadnej mierze Ajgipcjaninem. Nawet Hebrajczyk musi przyznać, że Menfe jest jednym z najwspanialszych miast na świecie. Wszyscy mówią, że najbardziej majestatycznym po tej stronie Rzymu, i ja wierzę im na słowo, choć nigdy nie przekroczyłem granicy prowincji ajgipskiej.

Po obu stronach Świętej Drogi przesuwały się stare, dostojne świątynie: świątynia Izydy, świątynia Serapisa, świątynia Jowisza Amona. W sumie było ich z pięćdziesiąt lub nawet sto, wzniesionych wzdłuż okazałego bulwaru, gdzie na chodnikach rozstawiono dziesiątki sfinksów i byków. Ludzie zbudowali świątynię Dagonowi, Mitrze, Kybele, Baalowi, Mardukowi, Zaratustrze — każdemu bogu i bogini, o jakich słyszał świat… ale oczywiście nie jedynemu prawdziwemu Bogu, któremu garstka Hebrajczyków po cichu oddaje cześć za murami naszej dzielnicy. Nazbierało się tu bogów z całej ziemi, jak mułu po wylewie Nilu. Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach mało kto bierze ich na poważnie, nawet tak zwani wierni. Śmieszne byłoby twierdzenie, że ludzie prowadzą życie religijne. W przybytku Mitry — a także, naturalnie, Jowisza Amona — spotykają się jeszcze nieliczni wyznawcy. Głównie w interesach, żeby spotkać znajomych, a czasem wyjednać sobie łaski z nieba. Pozostałe świątynie nie różnią się wiele od muzeów. Nikt do nich nie zagląda z wyjątkiem rzymskich i nippońskich turystów. A mimo to wciąż stoją, niejednokrotnie od tysięcy lat. W kraju Misr niczego się nie spisuje na straty.

— Tylko popatrz — odezwał się oburzony Eleazar, gdyśmy mijali ogromny, na wpół zrujnowany Serapejon. — Mdło się robi na sam widok. Idioci! Tyle pracy na darmo! A wszystko zroszone potem naszych przodków.

Prawdę mówiąc, nie miał racji. Może w czasach pierwszego Mojżesza harowaliśmy przy budowie wielkich piramid faraonów, jak mówi Pismo. Ale nie było nas aż tylu, żeby znacząco przyczynić się do ukończenia prac. Nawet dziś, po trwającym przeszło cztery tysiące lat pobycie nad Nilem, jest nas ledwie dwadzieścia tysięcy. Jesteśmy zagubieni w dziesięciomilionowym morzu Ajgipcjan, przy czym sami Ajgipcjanie toną w oceanie Rzymian i pseudo-Rzymian. Jesteśmy więc mniejszością w mniejszości, etnograficzną ciekawostką, kroplą w bezkresnych wodach ludzkości, osobliwą i nic nie znaczącą sektą, nie szanowaną przez nikogo z wyjątkiem jej członków.

Dystrykt świątynny został za nami. Przejechaliśmy pod długim, smukłym, błyszczącym łukiem Mostu Augusta Cezara, zagłębiając się w tętniące życiem przedmieście Hikuptah na wschodnim brzegu rzeki, pełne bazarów ze złotem i konfekcją skórzaną, z mrowiem kafejek i gmatwaniną średniowiecznych uliczek. Po chwili Hikuptah ustąpił miejsca dzikim gajom figowym i trzcinowiskom, potem była strefa przejściowa w postaci ogrodów oliwnych i daktylowych, następnie zaś miejsce, gdzie ziemia z czarnej staje się czerwona i nic na niej nie rośnie. Z namacalną wręcz siłą dotknęła mnie pustota tego odludzia. Był to koszmarny region, posępny i martwy, ustronie nawiedzane przez okropne straszydła. Słońce prażyło żywym ogniem. Myślałem, że się usmażymy. Kiedy silnik auta raz czy dwa zakaszlał i zarzęził, wywnioskowałem z wystraszonej miny Eleazara, że w razie awarii byłoby po nas. Di Filippo garbił się nad kierownicą z wytężoną uwagą; w milczeniu zaciskał dłonie na kierownicy, nie rozluźniając się ani na chwilę, co świadczyło o powadze sytuacji. Eleazar też nic nie mówił. Od wyjazdu z Menfe prawie w ogóle się nie odzywali, podobnie jak ja, teraz jednak, na tej rozpalonej, nieprzyjaznej pustyni, żaden nie otworzył ust. Nawet się nie poruszaliśmy, jakby samochód stał się naszym grobowcem. Powoli brnęliśmy naprzód, bojąc się o silnik, a wokoło gwizdał piach niesiony zachodnim wiatrem. W tym upale każdy oddech był męką. Ubranie lepiło mi się do skóry. Droga, zrazu całkiem niezła, prosta, szeroka i dobrze utwardzona, po pewnym czasie się zwęziła, aż została z niej biała, wyboista nitka, tu i tam przysypana wydmami. W czasach Cesarstwa Rzymskiego służby drogowe lepiej dbały o trakty, ale to było dawno temu. W epoce konsulów na głębokiej prowincji pogłębia się nędza, lecz nikt się tym nie przejmuje.

— Wie pan, doktorze, co to za szlak? — przerwał Eleazar dojmującą ciszę, gdyśmy już od godziny przemierzali tę głuchą, przygnębiającą pustynię.

Gardło wyschło mi jak kawałek skóry wiszącej na słońcu tysiąc lat, więc z trudem wypowiadałem słowa.

— Wydaje mi się, że jedziemy na wschód — wykrztusiłem.

— To prawda, na wschód. Podążamy szlakiem, którym pierwszy Mojżesz próbował wyprowadzić lud z niewoli. Kierujemy się ku Jeziorom Gorzkim i Morzu Trzcinowemu, gdzie dopadły nas wojska faraona i utonęło dziesięć tysięcy niewinnych ludzi.

Mówił to z dziką furią w głosie, jak gdyby wspomniane wydarzenia miały miejsce dzień wcześniej, a dowiedział się o nich nie z Księgi Aarona, lecz z porannej gazety. Równocześnie spiorunował mnie wzrokiem, jakbym był współwinny temu, że nasz naród tak długo musi znosić ajgipskie jarzmo, i częściowo odpowiedzialny za potworne fiasko dawnej próby ucieczki. Skurczyłem się pod wpływem tego złowrogiego spojrzenia i odwróciłem wzrok.

— Obchodzi to ciebie, doktorze ben Symeonie? Że ścigali nas i wpędzili do morza? Że jednego przerażającego dnia, w popłochu nie do opisania, zginęło co najmniej pół narodu? Że koła rydwanów rozjeżdżały młode matki z dziećmi?

— Przecież to się zdarzyło dawno temu — odrzekłem niezręcznie.

Zaledwie to powiedziałem, zrozumiałem swój nietakt. Wcale nie zamierzałem umniejszać znaczenia klęski exodusu. Próbowałem go tylko uświadomić, że rany tamtego wielkiego nieszczęścia po tysiącach lat zostały zagojone — że choć byliśmy zmiażdżeni, załamani i potwornie zdziesiątkowani, stanęliśmy na nogach, umieliśmy żyć dalej, przetrwać mimo przeciwności losu. Ocaleni z katastrofy raz jeszcze osiedlili się nad Nilem pod rządami faraonów, potem Greków, którzy zwyciężyli faraona, a potem Rzymian, którzy podbili Greków. I wciąż żyjemy — my, świadkowie powolnego, nieuchronnego schyłku imperium wraz z jego Pax Romana, upadku wiecznego Cesarstwa i obejmującej cały świat żałosnej, nieudolnej władzy Drugiej Republiki.

Tymczasem Eleazar odebrał moje słowa tak, jakbym splunął na księgę z Prawem.

— Przecież to się zdarzyło dawno temu — powtórzył ze zjadliwą ironią. — Dlatego powinniśmy zapomnieć, tak? Patriarchów też powinniśmy zapomnieć? I o świętym przymierzu? Czy Ajgyptos jest ziemią, którą Pan dał nam w posiadanie? Postawił nas nad wszystkimi ludami ziemi czy może mamy zostać na zawsze niewolnikami faraona?

— Chciałem tylko powiedzieć…

Nie obchodziło go to, co chciałem powiedzieć. Oczy mu płonęły, twarz poczerwieniała, na szerokim czole zadziwiająco mocno uwidoczniły się żyły.

— Zostaliśmy wybrani do wielkich rzeczy. Pan, Bóg nasz, pobłogosławił Abrahama, obiecując rozmnożyć jego potomstwo jak gwiazdy na niebie i piasek na brzegu morza. Potomstwo Abrahama posiądzie bramy nieprzyjaciół i za jego pośrednictwem błogosławieństwo zostanie udzielone wszystkim narodom ziemi. Mówią ci coś te słowa, doktorze ben Symeonie? Wydaje ci się, że coś znaczą, czy raczej są przechwałkami niewydarzonych, pyskatych wodzów z pustyni? O, nie! Zapewniam cię, że jesteśmy wybrani do wielkich rzeczy, mamy wstrząsnąć światem. Zbyt długo trwa lizanie ran po klęsce nad Morzem Czerwonym. Brakło godziny, może dwóch, a historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Przeprawilibyśmy się na półwysep Synaj, ku leżącym dalej żyznym ziemiom. Założylibyśmy tam swoje królestwo zgodnie z postanowieniami świętego przymierza. Sprawilibyśmy, że świat zadrży, słysząc grzmiący głos Boga. Dzisiaj obrócą się na nas oczy świata, jak przez dwadzieścia stuleci kierowały się na Rzymian. Okazuje się, że nie jest jeszcze za późno. Powstał nowy Mojżesz, który odniesie sukces tam, gdzie nie powiodło się pierwszemu. I zaprawdę wyjdziemy z Ajgyptos, doktorze, i weźmiemy to, co nam się słusznie należy. Nareszcie, doktorze. Po długim, długim czekaniu.

Siedział spocony, rozdygotany, kredowoblady, jakby przypływ elokwencji nadwątlił jego siły. Nawet nie próbowałem odpowiadać. W starciu z taką siłą przekonywania nie można zwyciężyć. Zresztą, cóż bym osiągnął, burząc jego wizję triumfującego Izraela? Niech sobie wierzy, w co chce, w tego swojego nowego Mojżesza. Niech sobie śni o triumfującym Izraelu. Ja miałem inną wizję, mniej romantyczną, bardziej cyniczną. Bo łatwo jest wyobrazić sobie, że dzieci Izraela wyrywają się z niewoli faraona, przeprawiają się na Synaj, idą dalej do miłej, żyznej Palestyny. Ale co potem? Dominacja nad światem? Czy jest coś w naszych dziejach, w naszej naturze, narodowym temperamencie, co pozwoliłoby nam to osiągnąć? Przekazywalibyśmy niewiernym nauki Jahwe? Tak, tylko czyby zrozumieli, czyby w ogóle słuchali? Wątpię. Zawsze byliśmy szczególnym narodem, plemieniem małym, lecz upartym, pielęgnującym wiedzę o jedynym Bogu wśród hord dzikusów, którzy woleli oddawać cześć wielu bogom. Moglibyśmy podbić Palestynę, zdobyć również Syrię, a nawet przyczółki w basenie Wielkiego Morza, lecz czekałaby nas rywalizacja z Asyryjczykami, Babilończykami, Persami, Grekami Aleksandra i Rzymianami — zwłaszcza nudnymi, niezłomnymi, niezwyciężonymi Rzymianami, których przeznaczeniem było zajęcie wszystkich zakątków ziemi i przedzierzgnięcie ich w rzymskie prowincje, pełne rzymskich gościńców, rzymskich mostów i rzymskich domów schadzek. Zamiast mieszkać w Ajgyptos pod panowaniem faraona, będącego obecnie marionetką pierwszego konsula, który zastąpił cesarza Rzymu, mieszkalibyśmy w Palestynie pod rządami pośledniego prokuratora, prokonsula lub prefekta, porozumiewalibyśmy się z naszymi panami jakąś odmianą greki lub łaciny… jednakże reszta pozostałaby niezmieniona. Wolałem jednak nie mówić tego Eleazarowi. Byliśmy ludźmi różnego pokroju. Miał większą, wznioślejszą wizję i większego ducha. Ponadto większą siłę i mniejszą cierpliwość. Będę się z nim spierać o historyczne niuanse, a on w gniewie uderzy mnie w twarz. I który z nas będzie górą?


* * *

Słońce mieliśmy teraz za plecami, a wiatr miotał piasek w przednią szybę, nie tylną. Dostrzegłem mgliste cienie gór na południu i przed nami, daleko poza cieśniną oddzielającą Ajgyptos od pustkowi Synaju. Było późne popołudnie, prawie wieczór. Wtem jak spod ziemi wyrosła przed nami wioska. W zasadzie, bardziej obóz niż wioska. Zobaczyłem kilkadziesiąt przekrzywionych blaszanych baraków, a także zabudowania jeszcze skromniejsze, wykonane z powiązanej trzciny. Tu i ówdzie błyskały lampki karbidowe. Rozrzucone bezładnie na terenie wioski, stały stare, poobijane samochody, w tym trzy lub cztery zdezelowane półciężarówki. Na samym środku wykopano studnię, zaś przewody tworzyły nad ziemią zwariowaną krzyżówkę. Bliżej obrzeża stał o wiele większy budynek, duża przybudówka lub barak kryty blachą. U wejścia stały ciężarówki.

Znajdowałem się w tajnym sztabie jakiegoś podziemnego ruchu, lecz nie poczyniono żadnych starań, żeby go zamaskować lub ufortyfikować. Wystarczającą ochroną była sama lokalizacja na tych odległych pustkowiach; nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczałby się tu bez powodu. Patrole faraońskiej policji nie zapędzały się poza obręb miast, a urzędnikom Republiki nie uśmiechało się węszyć w tak ustronnych, odpychających krainach. Żyjemy w epoce schyłkowej, pozbawionej jednak niepokojów i podejrzliwości.

Eleazar, wyskoczywszy z auta, dał mi znak. Pokuśtykałem za nim. Po wielogodzinnym uwięzieniu w ciasnocie samochodu czułem się wykończony i połamany. Od smrodu oparów benzyny skręcało mi żołądek. Cuchnęło mi ubranie, zesztywniałe i przesiąknięte przyschniętym potem. Chłód wieczoru nie ogarnął jeszcze pustyni, więc panował skwar i duchota. Powietrze wydawało się dziwnie lekkie, pozbawione niezliczonych odorów miasta. Do tego stopnia, że się zatrwożyłem. Takie właśnie mogłoby być powietrze na Księżycu, gdyby Księżyc miał atmosferę.

— To miejsce nazywa się Bet Izrael — rzekł Eleazar. — Mamy tu swoją stolicę.

Otaczali mnie ludzie będący kimś więcej niż fanatykami. Trafiłem między szaleńców, omamionych wizją świetlanej przyszłości. A może jedni zawsze po części są drugimi?

Podbiegła do nas kobieta ubrana jak mężczyzna — młoda, bardzo wysoka, z szerokimi ramionami i gęstwą czarnych włosów, opadających kaskadą na ramiona. Oczy błyszczały jej tak samo jak Eleazarowi. Miała też podobny orli nos, który w jej przypadku dodawał urody.

— Moja siostra Miriam — powiedział. — Dopilnuje, żebyś się tu jakoś urządził. Rano oprowadzę cię i wyjaśnię, na czym polegają twoje obowiązki.

Odszedł i zostałem sam z jego siostrą. Była niesamowita. Chciałem dźwignąć walizkę, lecz bez ceregieli wyrwała mi ją i ruszyła tak dziarsko w stronę obrzeża osady, że z trudem dotrzymywałem jej kroku. Czekała już na mnie osobna chatka, zbudowana nieco na uboczu. Miałem pryczę, biurko, maszynę do pisania, miednicę i jedną dyndającą lampę. No i szafki na rzeczy osobiste. Nie musiałem się rozpakowywać: wyręczyła mnie Miriam, która umieściła na półkach mój skromny zapas świeżych ubrań, a kilka zabranych przeze mnie książek położyła obok pryczy. Następnie nalała wody do miednicy i kazała mi się rozbierać. Gapiłem się na nią, skołowany.

— Musisz zdjąć to, co masz teraz na sobie — orzekła. — Umyj się, a ja w tym czasie zabiorę twoje rzeczy do prania.

Mogła poczekać na zewnątrz, ale nie, wolała stanąć nade mną ze skrzyżowanymi ramionami i wyrazem zniecierpliwienia. Wzruszywszy ramionami, dałem jej koszulę, ale uparła się, żebym zdjął resztę. Jej bezpośredniość, zupełna obojętność na czyjś wstyd, była dla mnie czymś niepojętym. Nie zadawałem się w życiu z wieloma kobietami i z żadną od śmierci żony. Jak rozebrać się do naga przed tak młodą kobietą, mogącą być właściwie moją córką? Nie ustępowała, więc oddałem jej w końcu ostatni łaszek. Odeszła, nie przejmując się moją golizną. Wyszorowałem się gąbką i pośpiesznie włożyłem nowe ubranie, żebym nie musiał już przed nią paradować na golasa. Ale długo nie wracała. Wreszcie przyniosła mi na tacy posiłek, talerz owsianki, duszoną jagnięcinę i butelczynę bladego czerwonego wina. Potem zostałem sam. Zapadła noc, przepiękna pustynna noc, kiedy gwiazdy błyszczą jak latarnie na czarnym firmamencie. Po posiłku wyszedłem przed chatę i przystanąłem w ciemnościach. Wszystko wydawało mi się urojeniem — to, że mnie uprowadzono, że znalazłem się w tym obcym miejscu, zamiast odpoczywać w swoim małym, zagraconym mieszkanku w dzielnicy hebrajskiej w Menfe. Za to jaki panował tu spokój! W dali mrugały światełka. Słyszałem śmiechy, przyjemne dźwięki kitary, ktoś śpiewał dawną hebrajską piosenkę niskim, melodyjnym głosem. Nawet w tej nagłej niewoli czułem, jak ogarnia mnie dziwne ukojenie. Wiedziałem, że otacza mnie zżyta ze sobą społeczność, choć oddana jakimś niezwykłym, tajemniczym celom. Gdybym miał więcej śmiałości, wyszedłbym do nich, żeby się przedstawić, lecz czułem się zbyt wyobcowany i zlękniony. Długo tak stałem w mroku, nasłuchując, zastanawiając się. Kiedy zrobiło się zimno, wróciłem pod dach. Nie mogłem zasnąć. Leżałem tak chyba do świtu, zachowując odbierającą sen jasność myślenia. Musiałem się jednak zdrzemnąć, bo rano w mojej pamięci żyły jeszcze fragmenty snów: obrazy jeźdźców i rydwanów, żołnierzy z włóczniami czy potężnego, czarnobrodego Mojżesza, który z gniewną miną podnosił tablice Prawa.


* * *

Mała dziewczynka nieśmiało przyniosła mi śniadanie. Potem zjawił się Eleazar. W zamęcie wczorajszego dnia nie zwróciłem należytej uwagi na jego olbrzymią posturę; wydał mi się po prostu duży, lecz teraz widziałem, że to istny wielkolud, wyższy ode mnie co najmniej o piędź i cięższy na oko o sześćdziesiąt min. Miał rumianą cerę i gęstą, splątaną grzywę kręconych włosów. Pozbył się ajgipskich szat i ubrał się na rzymską modłę w białą rozchełstaną koszulę i spodnie moro.

— Nie wątpimy, że podołasz zadaniu — powiedział. — Wiele razy dyskutowałem z Mojżeszem o twoich książkach. Doszliśmy do przekonania, że nikt inny nie umie tak precyzyjnie określić logicznych związków w całym ciągu dziejów i nieuchronnych procesów, wynikających z natury człowieka.

Skwitowałem te słowa milczeniem.

— Wyobrażam sobie, jak cię wzburzyło to porwanie, ale jesteś tu niezastąpiony. Wiedzieliśmy, że z własnej woli nie zgodzisz się jechać z nami.

— Niezastąpiony?

— Wielkie wydarzenia wymagają wielkich kronikarzy.

— A co się właściwie ma wydarzyć?

— Chodź.

Przeprowadził mnie przez osadę. W ciągu tego spaceru dowiedziałem się wyjątkowo mało. Zachowywał się z mechaniczną obojętnością, jakby wykonywał ustaloną procedurę. Ilekroć zadawałem konkretne pytanie, odpowiadał lakonicznie lub wręcz unikał wyjaśnień. Wielki, kryty blachą budynek pośrodku osady okazał się fabryką, gdzie miały się ziścić marzenia o exodusie. Gdy zapytałem o szczegóły, zbył mnie milczeniem. Pokazał mi dom Mojżesza, nędzną chatynkę jak każda inna. Samego Mojżesza nie ujrzałem.

— Poznasz go w stosownej chwili — rzekł Eleazar i wskazał kolejną chatkę, będącą synagogą. Następna mieściła bibliotekę, jeszcze inna agregat prądotwórczy. Kiedy wyraziłem chęć zajrzenia do biblioteki, tylko wzruszył ramionami i ruszył dalej.

Za biblioteką, w dolnej części zbocza pokaźnego pagórka, którego nie dostrzegłem w nocy, też pobudowano liche domostwa.

— Wioska liczy pięciuset mieszkańców — powiedział Eleazar.

A więc było ich więcej, niż sądziłem.

— Sami Hebrajczycy?

— A coś myślał?

Zdziwiłem się, że tylu nas przeniosło się do tej pustynnej osady, a ja o niczym nie wiedziałem. Oczywiście, wiodłem samotniczy żywot uczonego, lecz pięćset osób to jedna na każdych czterdzieści. Trudno ukryć taki przepływ ludności. I nie było tu moich znajomych, ba, znajomych moich znajomych? Najwidoczniej nie. No cóż, prawdopodobnie większość osadników w Bet Izrael wywodziła się ze społeczności hebrajskiej w Aleksandrii, nie utrzymującej zażyłych stosunków z nami w Menfe. W każdym razie, spacerując po wiosce, nie spotkałem znajomych.

Eleazar co chwila czynił zagadkowe uwagi o rychłym exodusie, lecz nie dawał żadnych konkretnych wyjaśnień. Jak gdyby exodus był tylko błyszczącą zabawką, zamkniętą w jego dłoniach; czasem wolno mi było podziwiać jej blask, ale nigdy wyglądu. Drążenie tematu nie miało sensu. Szedł naprzód wielki jak góra, mówiąc tylko to, co chciał powiedzieć. Frapowała mnie i irytowała przesadna aura tajemniczości, otaczająca ów projekt. Skoro pragnęli opuścić Ajgyptos, czemu po prostu stąd nie wyjechali? Nikt nie pilnował granic. Niewolnikami faraona przestaliśmy być już dwa tysiące lat temu. Eleazar wraz ze swoimi przyjaciółmi mógł osiedlić się w Palestynie, Syrii czy gdziekolwiek indziej, ba, nawet w Galii, Hispanii lub Nowym Rzymie za morzami, i tam nawracać czerwonoskórych na wiarę Izraela. Republiki nie interesował los garstki postrzelonych Hebrajczyków. Po cóż więc to uparte utajnianie, cała ta nadęta konspiracja? Naprawdę szykowali się do czegoś niezwykłego? Czy raczej, jak podejrzewałem, zbzikowali?


* * *

Po południu Miriam oddała mi ubranie, wyprane i wyprasowane. Zaproponowała, że przedstawi mnie swoim znajomym. Szliśmy przez cichą osadę. Wyjaśniła, że prawie wszyscy pracują. Na jednej z werand spotkaliśmy grupkę młodych ludzi.

— To Debora — powiedziała — a to Rut, Ruben, Izaak, Józef i Saul.

Przywitali się ze mną z wielkim szacunkiem, żeby nie powiedzieć: czcią… i z miejsca powrócili do ożywionej dyskusji, jakby zapomnieli o mojej obecności. Ciemnowłosy, szczupły, zwinny Józef traktował Miriam z niemalże intymną poufałością: kończył za nią zdania i trącał ją w rękę dla podkreślenia swoich wywodów. O dziwo, nie spodobało mi się to. Był jej mężem? Kochankiem? Czy mnie to powinno obchodzić? Oboje mogliby być moimi dziećmi. Boże wielki, czemu mnie to obchodziło?


* * *

Niespodziewanie i zadziwiająco prędko zacząłem zmieniać nastawienie do moich porywaczy. Nasze pierwsze zetknięcie się ze sobą z pewnością nie było dla mnie miłe: wyniosła napuszoność Eleazara, brutalna bezpośredniość di Filippo, bezlitosny sposób, w jaki mnie schwytano i przewieziono. A jednak w miarę poznawania nowych osób zauważyłem, że na ogół są sympatyczni, uprzejmi, dobrze wychowani, przyjacielscy. Chociaż byłem więźniem, coraz lepiej się czułem w ich towarzystwie.

W ciągu dwóch pierwszych dni nie pozwolono mi na żadne przełomowe odkrycia; zauważyłem tylko, że zapracowani, pełni entuzjazmu ludzie są przeważnie młodzi, zawsze inteligentni. Podejmowali kolosalne wysiłki w celu zrealizowania jakiegoś zamierzenia, które w ich mniemaniu miało wstrząsnąć światem. Wydaje mi się, że ta sama pasja łączyła Hebrajczyków w czasie tamtego pierwszego, niefortunnego exodusu. Mając w pogardzie nieprzystępne i obce im społeczeństwo, z którego chcieli się wyrwać, posuwając się ku blaskom wolności, usiłowali znaleźć nowy świat. Ale gdzie i jakim sposobem? Wiedziałem, że powiedzą mi wszystko w swoim czasie i że ten czas jeszcze nie nadszedł. Obserwowali mnie, sprawdzali, pragnęli się przekonać, czy można powierzyć mi sekret.

Cokolwiek to było, czym chcieli wprawić w zdumienie Republikę, miałem nadzieję, że naprawdę są w stanie tego dokonać. Dobrze im życzyłem. Jestem stary i może nieśmiały, ale nie konserwatywny. Zmiany są konieczne do wzrostu, a imperium — pod tym pojęciem rozumiem również Republikę, która niby je zastąpiła — jest wrogiem przemian. Przez dwa tysiące lat Rzym dusił ludzkość w swoim dobrotliwym uścisku. Cywilizacja przezeń stworzona próchnieje od środka, a życie będące udziałem większości z nas jest tułaczką oderwaną od jakichkolwiek wartości i celu. Za sprawą chytrego akceptowania i wchłaniania obcych bogów i obcych zwyczajów podbijanych ludów imperium rozpłynęło się w bezkształtnej masie. Majestatyczne i bezużyteczne świątynie przy Świętej Drodze, gdzie jeden bóg nie różnił się od drugiego, zwłaszcza pod względem braku znaczenia, były tego najlepszym przykładem. Oddając cześć wszystkim jak leci, panowie imperium uczynili ze świętości zwykły instrument władzy. Ostatecznie ich cynizm stał się jak zaraza: relacje między tym, co ludzkie, a tym, co boskie, uległy zniszczeniu, tak że nie pozostało nam do adorowania nic prócz istniejącego stanu rzeczy, świętej dominacji światowego rządu. Od lat czułem, że dawno już powinna wybuchnąć jakaś wielka rewolucja, która obali zatęchły, skostniały układ społeczny, zmiecie cały ten popiół przedpotopowych uprzedzeń i założeń — że przyjdzie czas, kiedy to, co wieczne, rozwieje się jak dym, a to, co święte, zostanie sprofanowane, człowiek zaś wreszcie przejrzy na oczy i zobaczy, w jakim świecie żyje. Czy do tego właśnie przyczyni się exodus? Bardzo na to liczyłem, albowiem imperium było zepsute, tylko na razie o tym nie wiedziało. Niczym ogromna martwa bestia przygniatało ducha ludzkości, dusząc go swoimi splotami — bestia tak wielka, że do jej kończyn nie dotarła jeszcze wieść o śmierci serca.


* * *

Trzeciego dnia do moich drzwi zastukał di Filippo ze słowami:

— Przywódca chce z tobą porozmawiać.

W środku chata Mojżesza nie różniła się bardzo od mojej: prycza, goła żarówka, miednica, szafki. Tyle że liczne tu regały uginały się pod ciężarem książek. Sam Mojżesz był niższy, niż się spodziewałem… lecz ten krępy człowieczek promieniał olbrzymią, niezrównaną wręcz siłą. Nikt nie musiał mi mówić, że to starszy brat Eleazara. Podobnie jak Eleazar, i on miał lwią grzywę kręconych włosów, dzikie spojrzenie i drapieżny nos w kształcie haka. Ale ponieważ był drobniej zbudowany od brata, jego moc wydawała się bardziej skondensowana, na granicy wybuchu. Robił wrażenie mężczyzny przyczajonego i doskonale opanowanego, surowego i budzącego strach.

Mimo to zgotował mi ciepłe powitanie, przepraszając za nieprzyjemności w czasie uprowadzenia. Potem wskazał półkę z moimi książkami w wysłużonych oprawach.

— Nikomu nie udało się tak dobrze zrozumieć Republiki, doktorze Ben Symeonie — powiedział. — Jakże ona słaba i zdemoralizowana pod przykrywką powszechnej miłości i braterstwa. Jakże trujące jej wpływy, jak wątła jej potęga. Świat czeka na coś zupełnie innego, ale co to będzie? Oto pytanie, doktorze. Co to będzie?

Tę podejrzanie gładką, prawdopodobnie starannie przemyślaną mowę przygotował sobie po to, żeby zrobić na mnie wrażenie i zdobyć moje poparcie dla swojej sprawy, o której tak mało wiedziałem. Rzeczywiście, byłem pod wrażeniem jego pasji i umiejętności przekonywania. Mówił dość długo, powtarzając od dawna mi znane tezy i argumenty. Podobnie jak ja, widział w imperium rzymskim trupa, którego nie da się wskrzesić, a który jednak porusza się jeszcze przedziwną siłą impetu. Czy nazywało się Cesarstwem, czy też Republiką, było wszechświatowym państwem, a takie w dzisiejszych czasach nie miało racji bytu. Odradzanie się lokalnych aspiracji narodowościowych, od tysięcy lat uważanych za wymarłe, coraz bardziej rzucało się w oczy. Chytrzy Rzymianie od wieków tolerowali obce zwyczaje, wierzenia, języki i rządców, nie wiedząc, że sieją ziarna zniszczenia. Już tylko niewielka cząstka świata posiadała elementarną znajomość urzędowej greki i łaciny. Przy robieniu interesów posługiwano się całą gamą poślednich języków. W samej kolebce imperium pozwalano zastępować łacinę dialektami będącymi w zasadzie odrębnymi językami: galijskim, hispańskim, luzytańskim, nie licząc innych. Mojżesz podkreślał, że nawet mieszkańcy rzymskiej stolicy nie używają poprawnej łaciny, ale jej prostszą, melodyjną, leniwą odmianę zwaną językiem rzymskim — dobrym do wykonania arii operowej, lecz pozbawionym precyzji potrzebnej rządzącym. Jeśli chodzi o swobodę religijną, którą lekkomyślnie promował Rzym, nie doprowadzała do umocnienia wiary, lecz do jej zaniku. Z wyjątkiem najbardziej zacofanych ludów i kilku drobnych izolowanych mniejszości prawie nikt już w nic nie wierzył. Praktycznie każdy deklarował się wyznawcą rzymskiego panteonu, przeszczepionego na ten czy inny grunt z licznymi modyfikacjami… jeśli nie jakichś egzotycznych bogów. Jednakże społeczeństwo, które toleruje wszystkich bogów, w gruncie rzeczy nie wierzy w żadnego. Z kolei społeczeństwo pozbawione wiary nie posiada steru, ba, nawet nie zna drogi.

Były to wszystko oznaki — zrozumiałe zarówno dla mnie, jak i dla Mojżesza — nie elastyczności i bogactwa form, lecz nieuchronności całkowitego krachu. Nie sądziłem, żeby i tym razem nastąpiło ponowne zjednoczenie. Kiedy upadło Cesarstwo, na jego gruzach konserwatywne siły zbudowały Republikę, lecz ten wybieg mógł się powieść tylko raz. Teraz gdy rozdzielone człony dawnego Cesarstwa toczyły ze sobą wojny, zbliżał się czas pożogi, jakiej nie znał świat.

— A ten wasz exodus… czym on właściwie jest? — ośmieliłem się przerwać potok jego słów. — I jak się ma do tego, o czym rozmawiamy?

— Lada chwila nastąpi koniec — rzekł Mojżesz. — Musimy uniknąć zniszczenia w zawieruchach, które przyjdą po upadku Republiki. Jesteśmy narzędziem Boga w jego wielkim planie i nie wolno nam zginąć. Chodź, coś ci pokażę.

Wyszliśmy na zewnątrz. Natychmiast podjechał sfatygowany, nie budzący zaufania samochód; za drążkiem siedział Józef, czarnowłosy szczupły młodzieniec. Mojżesz gestem zaprosił mnie do środka. Ruszyliśmy nierówną dróżką, która prowadziła obrzeżem wioski, by wybiec na przestwór pustyni blisko pagórka, który rozdzielał osadę na dwie części. Przez dziesięć minut jechaliśmy na północ wśród niskich, kamienistych wydm. Potem okrążyliśmy kolejny stromy pagórek. Po drugiej stronie, gdzie rozpościerała się rozległa równina, ze zdumieniem dostrzegłem dziwaczną tubę z lśniącego srebrzystego metalu, stojącą na sześciu wątłych pajęczych nogach, wysoką na mniej więcej trzydzieści łokci, otoczoną mętlikiem maszynerii, kabli i zapracowanymi robotnikami.

Zrazu pomyślałem, że to jakiś bożek, Moloch lub Baal. W nagłej wizji ujrzałem mieszkańców Bet Izrael, jak nacierają się świńskim tłuszczem i tańczą nadzy wokół bałwana przy dźwiękach bębnów i tamburynów. Szybko się otrząsnąłem z niedorzecznych myśli.

— Co to? — zapytałem. — Jakaś rzeźba?

Mojżesz popatrzył na mnie z niesmakiem.

— Naprawdę tak myślisz? To statek, święta arka.

Gapiłem się na niego.

— Prototyp statku kosmicznego — dodał, przewiercając mnie na wylot spojrzeniem. — Do nieba, tam się wybieramy. Statkami podobnymi do tego. Bliżej Boga i jego światłości. Osiedlimy się w nowym Edenie, który czeka na nas w innym świecie, a potem, gdy nadejdzie godzina, wrócimy na Ziemię.

— Nowy Eden… w innym świecie? — wykrztusiłem z niedowierzaniem. Czyżby mówił o statku żeglującym od gwiazdy do gwiazdy, podobnie jak rzymskie nieboloty kursują między kontynentami? Czy to w ogóle możliwe? Przecież sami Rzymianie, najlepsi inżynierowie, już dawno dyskutowali nad kwestią podróży kosmicznych, dochodząc do wniosku, że są praktycznie nieosiągalne, a nawet gdyby były, dawałyby znikome korzyści. Przestrzeń kosmiczna była nieprzyjazna i poza zasięgiem człowieka, o czym każdy wiedział. Pokręciłem głową. — W jakim innym świecie? Gdzie?

Zignorował moje pytanie.

— Najtęższe głowy od pięciu lat pracują nad tym, co tu widać. Czas na próbę generalną. Najpierw krótka wycieczka do Księżyca i z powrotem, później dalsza wyprawa w stronę niebiańskiego świata, który Pan obiecał mi dać w posiadanie. Tam pierwsi pionierzy założą osadę. Będzie leciał statek za statkiem, jedna świetlista arka za drugą, póki ostatni Izraelita z ziemi ajgipskiej nie przeniesie się do ziemi obiecanej. — Oczy mu błyszczały. — Oto nasz prawdziwy exodus! Co ty na to, doktorze? Co powiesz?


* * *

Ja uważałem, że to kompletne wariactwo. Mojżesz wydawał mi się szaleńcem, który prowadzi swój naród — w tym mnie! — do gigantycznej zagłady. To były czyste mrzonki, wytwór chorego umysłu. Chyba wolałbym, żeby zamierzali służyć bałwanowi z kadzidłem i cymbałami, niż wyruszać na jego pokładzie w mrok przestrzeni kosmicznej. Jednakże Mojżesz stał przede mną, rozpływając się w mistycznym uniesieniu, więc nie śmiałem z nim polemizować. Ujął mnie pod ramię i poprowadził — a w zasadzie zaciągnął — w dół zbocza, gdzie uwijali się robotnicy. Z bliska statek kosmiczny wydawał się olbrzymi, a jednocześnie strasznie wątły. Gdy Mojżesz zastukał w korpus, rozległ się głuchy brzęk. Wszędzie pełno było grubych kabli i urządzeń pomocniczych o nieznanym mi zastosowaniu. Wokoło biegali młodzi mężczyźni i kobiety z roziskrzonym wzrokiem, przenoszący jakieś części mechaniczne i przekazujący sobie wskazówki gromkim głosem, jakby każdy chciał okazać się najbardziej oddany tej pracy.

Mojżesz wszedł na wąską drabinkę i dał mi sygnał, żebym ruszył za nim. Znaleźliśmy się w kabinie na samym czubku statku kosmicznego. W tym ciasnym i niemalże pozbawionym powietrza pomieszczeniu zobaczyłem ekrany, wskaźniki, wiązki kabli i inne rzeczy niewiadomego przeznaczenia. Stamtąd schodziło się spiralnymi schodkami do sypialni załogi. Jeszcze niżej, o czym poinformował mnie Mojżesz, umieszczono silniki rakietowe, mające wynieść arkę na niebiański exodus.

— I to działa? — ośmieliłem się zapytać.

— Ponad wszelką wątpliwość — odparł Mojżesz. — Nasi najwybitniejsi naukowcy pracują nad tym dziełem.

Niektórych mi przedstawił. Najstarszy miał na oko dwadzieścia pięć lat. Co ciekawe, w odróżnieniu od Mojżesza ich oczy nie płonęły fanatycznym zapałem. Jak przystało na profesjonalistów, byli chłodni i opanowani. Trzech czy czterech na zmianę przybliżało mi zasadę działania pojazdu, rodzaj napędu, system nawigacji, sposób uwolnienia się od przyciągania ziemskiego. W głowie mi się kręciło. A jednak byłem pod wielkim wrażeniem ich entuzjazmu. Mówili o „spalaniu”, „przyspieszeniu” i „neutralizacji pola grawitacyjnego planety”. Także o „masie”, „sile ciągu” i „prędkości kosmicznej”. Zrozumiałem ledwie dziesiątą, jeśli nie setną, część ich wyjaśnień, lecz w mojej wyobraźni powstał obraz giganta, który rozrywa więzy, wybija się triumfalnie do góry i radośnie szybuje ku nowym obszarom. Czemu nie? Czemu nie? Powiedzieli, że potrzebne jest tylko właściwe paliwo i kontrolowany zapłon. Wystarczy kopnąć ziemię z odpowiednią siłą, żeby z równą siłą unieść się w powietrze. No tak, czemu nie? Już po kilku minutach pogodziłem się z myślą, że ten zwariowany statek kosmiczny wzniesie się na obłoku ognia i odleci w ciemność wszechświata. Gdy po godzinie Mojżesz wyprowadzał mnie ze statku, gotów byłem uwierzyć w każde jego słowo.

Józef sam odwiózł mnie do osady. Po raz ostatni widziałem Mojżesza, kiedy stał przed włazem do statku kosmicznego, spoglądając niecierpliwie na rozpalone w południe niebo.

Moim zadaniem — jak się zdążyłem domyślić, a w czym utwierdził mnie Eleazar jeszcze tego samego niezwykłego, szalonego dnia — było opisanie wszystkiego, czego dokonano w tej ustronnej kolonii Izraela i co miało się dopiero wydarzyć w najbliższej, wstrząsającej przyszłości. Oponowałem nieśmiało, że powinni się rozejrzeć raczej za dziennikarzem, najlepiej z doświadczeniem na polu naukowym, ale im to nie pasowało. Eleazar oświadczył, że potrzebują kogoś z dokładnym zrozumieniem długofalowych procesów w historii świata. Pojąłem, że nie wymagają ode mnie pracy dziennikarza ani dziejopisa, ale człowieka, który potrafi uchwycić głębię i ponadczasową moc Pisma. Krótko mówiąc, miałem napisać Księgę Wyjścia, a ściślej Księgę Drugiego Mojżesza.


* * *

Przydzielili mi gabinecik w budynku biblioteki i otworzyli przede mną jej archiwa. Zapoznałem się z wczesnymi wizjonerskimi esejami Mojżesza, jego listami do bliskich przyjaciół, a także orędziami i szkicami literackimi, w których podkreślał potrzebę exodusu, o jakim się nie śniło jego starożytnemu imiennikowi. Dowiedziałem się, jak zbierał zespół młodych, niepokornych naukowców — potajemnie i z największą ostrożnością, wiedział bowiem, że jego skrajnie wywrotowa działalność w razie zdemaskowania wywoła wściekłość Republiki. Czytałem żarliwe zapiski Eleazara, który wprzódy był nastawiony sceptycznie do fantastycznych planów starszego brata, potem stopniowo, w miarę pisania kolejnych listów, zmieniał punkt widzenia, a w końcu stał się jeszcze większym niż Mojżesz zapaleńcem. Studiowałem techniczne dywagacje, aż oczy zachodziły mi mgłą — dywagacje autorstwa nie tylko Mojżesza i jego wspólników, ale też Rzymian sprzed niespełna stu lat i pewnego Teutona, dotyczące historycznej potrzeby podboju kosmosu i praktycznych trudności z tym związanych. Zapoznałem się lepiej z teorią budowy i zasadą działania statku kosmicznego.

Moim przewodnikiem w tym morzu tekstów była Miriam. Pracowaliśmy jedno obok drugiego w małym pomieszczeniu. Jej młodość, uroda, ciemne refleksy w oczach, wszystko to sprawiało, że drżałem. Częstokroć miałem ochotę wyciągnąć do niej rękę, dotknąć jej dłoni, ramienia, policzka. Powstrzymywała mnie wrodzona nieśmiałość. Bałem się, że zareaguje śmiechem, złością, szyderstwem, może nawet obrzydzeniem. Z pewnością powodował mną lęk starszego mężczyzny przed odrzuceniem, ale też miałem na uwadze to, że była siostrą dwóch charyzmatycznych proroków i że w jej żyłach musi płynąć tak samo gorąca krew. A nużbym się sparzył…


* * *

Mojżesz zaplanował lot na dwudziesty trzeci dzień miesiąca tiszri, w radosne święto Simchat Tora, roku 5730 według naszego kalendarza i 2723 w rzymskiej rachubie czasu. Był cudowny jesienny dzień, bardzo suchy. Na bezchmurnym niebie wisiało wysoko rozpalone słońce. Od trzech dni bez przerwy prowadzono przygotowania na stanowisku startowym, dokąd pozwalano się zbliżyć jedynie ludziom z wąskiego kręgu naukowców. Tego dnia jednak, o świcie, cała osada wybrała się ciężarówkami, samochodami, a nawet piechotą, żeby wziąć udział w tym wielkim wydarzeniu.

Kable i urządzenia pomocnicze zostały zabrane. Statek kosmiczny stał osamotniony i niejako osłabiony na środku piaszczystego placu: błyszcząca pionowa iglica, wiotka i krucha. Teren wokół niej odgrodzono linami; mieliśmy patrzeć z daleka, żeby nas nie dosięgły płomienie buchające z silników.

Jako załogę wybrano dwie kobiety i trzech mężczyzn: Judytę, która współprojektowała silniki, Leonarda di Filippo, przyjaciela Miriam Józefa oraz niejaką Sarę, którą pierwszy raz widziałem na oczy. Załogę oczywiście uzupełniał Mojżesz. To był jego rydwan, jego przygoda, jego marzenie. Nikt inny, tylko on musiał stać przy sterze, gdy „Exodus” przymierzał się do pierwszego skoku ku gwiazdom.

Wychodzili kolejno z betonowego schronu, gdzie mieściło się centrum kontroli lotu. Ostatni wyłonił się Mojżesz. Przyglądaliśmy się temu w całkowitej ciszy, bojąc się głośniej odetchnąć, nie mówiąc już o szeptaniu. Cała piątka miała na sobie kombinezony z białego atłasu, oślepiająco jasne w porannym słońcu, i osobliwe szklane banie, przypominające hełm nurka. Podeszli do statku, wspięli się po drabince i, odwróciwszy się po kolei w naszą stronę, zniknęli we wnętrzu pojazdu. Mojżesz zawahał się przed włazem, jakby się modlił, a może po prostu rozkoszował się tą wspaniałą chwilą.

Oczekiwanie, które nastąpiło, trudne do zniesienia, zdawało się przeciągać w nieskończoność. Mogło trwać dwadzieścia minut, a mogło i godzinę. Niewątpliwie kończono ostatnie testy lub borykano się z drobnymi problemami technicznymi. W każdym razie wszyscy nadal milczeli, podobni do posągów. Po pewnym czasie zobaczyłem, jak Eleazar kieruje na Miriam zatroskane spojrzenie. Naradzili się szeptem. Zaraz też ruszył truchtem do schronu. Upłynęło pięć minut, potem dziesięć. Wrócił uśmiechnięty, pokiwał głową i stanął obok Miriam. Ale ciągle nic się nie działo. Czekaliśmy.

Aż nagle rozległ się dźwięk przypominający burzowe gromy i hałas, jak gdyby ryk tysiąca rozwścieczonym byków. U podstawy statku rozeszły się kłęby czarnego dymu i pokazały błyski czerwonych płomieni. „Exodus” uniósł się kilka stóp nad ziemię i tak pozostał w magicznym zawieszeniu długo, bardzo długo. Wreszcie wzbił się wyżej, zrazu z szarpnięciami, potem już płynnie. Z oszałamiającą prędkością wystrzelił w stronę jaskrawego, błękitnego nieboskłonu. Westchnąłem. Jęknąłem, jakby ktoś mi przyłożył. I przyłączyłem się do owacji. Po policzkach spływały mi łzy wywołane radością i zdumieniem. Wokół mnie ludzie wiwatowali, popłakiwali, machali rękami, a rakieta z rykiem wzlatywała na niebotyczne pułapy. Już ledwo co było ją widać na tle jasnego nieba.

Aplauz jeszcze się nie zakończył, kiedy na firmamencie rozbłysła przeraźliwie biała świetlista kula, niczym drugie słońce, jaśniejsze od pierwszego. Wybuchła wysoko w górze i poraziła nas swoją nieziemską mocą. Padając na kolana, powaleni bólem i trwogą, krzyczeliśmy i zasłaniali twarze rękami.

Kiedy wreszcie odważyłem się podnieść wzrok, nie było już owego straszliwego punktu dzikiego światła. Na jego miejscu pojawił się upiorny warkocz czarnego dymu, rozlany na połowie nieba, stopniowo ginący na północy. Nie widziałem rakiety. Nie słyszałem rakiety.

— Nie ma jej! — rozległo się.

— Mojżesz! Mojżesz!

— Rozleciała się! Widziałem!

— Mojżesz!

— Judyta… — odezwał się ciszej ktoś za mną.

Zaskoczenie odebrało mi mowę, lecz wokół mnie narastał krzyk przerażenia i rozpaczy; rozpoczęty niskim, rwanym szlochem, przerodził się w przepotężny wrzask, dobywający się z setek gardeł. Powstała ogólna histeria, ludzie wpadli w popłoch — biegali na wszystkie strony jak wariaci. Niektórzy tarzali się na ziemi, inni bili pięściami w piasek.

— Mojżesz! — krzyczeli. — Mojżesz! Mojżesz! Mojżesz!

Odwróciłem się do Eleazara. Twarz mu poszarzała, w oczach zagościł dziki wyraz. Jednakże wziął głęboki oddech, uniósł ręce i postąpił naprzód, domagając się uwagi. Momentalnie wszyscy popatrzyli na niego. Odniosłem wrażenie, że ma z pięć łokci wzrostu, tak się nadął.

— Gdzie statek!? — wrzasnął ktoś. — Gdzie Mojżesz!?

— Był dzieckiem Bożym — zabrzmiał głos Eleazara niczym trąba Pana — i Bóg powołał go do siebie.

Wycia. Łkania. Histeryczne wrzaski.

— Nie żyje! — dał się słyszeć czyjś płaczliwy głos. — Mojżesz nie żyje!

— Będzie miał życie wieczne! — huknął w odpowiedzi Eleazar.

— Syn Boży! — złączyły się trzy głosy, potem pięć i więcej. — Syn Boży!

Czułem bliskość Miriam. Była taka gorąca, tuliła się do mnie, wsuwała mi rękę pod ramię, napierała miękką piersią na mój bok, szeptała mi do ucha:

— Musisz napisać książkę — stwierdziła z naciskiem. — Jego księgę! Żeby ten dzień na zawsze pozostał w pamięci. Żeby on nigdy nie umarł.

— Dobrze — odpowiedziałem machinalnie. — Dobrze.


* * *

W tamtych chwilach grozy i obłędu czułem się jak drzewo, którym chwieją wody wezbranego Nilu, wyrywają go z korzeniami i unoszą w dal. Ognista kula, w jaką zamienił się „Exodus”, wypaliła w mojej duszy niezatarte piętno, którego blask nigdy nie zgaśnie. Wiedziałem, że zostałem osaczony i pokonany. I że zostanę tu, aby pisać i nauczać — aż wykuję ewangelię nowego Mojżesza w kuźni mojej duszy, dzięki czemu wieść o tym wydarzeniu obiegnie całą ziemię. Tych pięcioro, którzy zginęli, zostanie wskrzeszonych. Narodom Republiki zaniesiemy przesłanie, od dawna oczekiwane w czasach zamętu i pustki. Kiedy je usłyszą, rozerwą kajdany. Na gruzach imperium wyrośnie nowy porządek rzeczy. Czy istnieją gdzieś inne światy i czy moglibyśmy na nich zamieszkać? Kto wie? Pojawiła się jednak nowa prawda, której powinniśmy się trzymać: prawda o drugim Mojżeszu, który oddał życie za to, żebyśmy mogli polecieć między gwiazdy. A ja zadbam o to, żeby ta nowa prawda nie zginęła. Będę pisał, inni zaś rozgłoszą moje słowa we wszystkich krajach i kraje się zmienią.

Może i jestem w błędzie, myśląc, że Republika upadnie. Bardziej możliwe, podejrzewam, że świat w ten czy inny sposób ma należeć do Rzymu. Tak było przez tysiące lat i najwidoczniej tak będzie zawsze, po wieki wieków. Trudno, niech sobie nim rządzą. Nie będziemy szli w szranki z odwiecznym przeznaczeniem Rzymu, po prostu wyzwolimy się z ucisku. Mamy własne przeznaczenie. Prędzej czy później nastanie dzień, kiedy zbudujemy drugi statek i trzeci, i czwarty… W końcu opuścimy ten padół łez. Bóg posłał nam swojego Syna i Bóg wezwał Go z powrotem do siebie, lecz kiedyś wszyscy wydobędziemy się spod żelaznego jarzma wiecznego Rzymu, żeby podążyć za nim na skrzydłach płomieni z ziemi niewoli do nieba, gdzie Jego wieczna siedziba.

Загрузка...