Jaskinia – Andrzej Drzewiński

Spotkali się na zakręcie ścieżki. On schodził z góry, cały utytłany w liściach, jakby lekko senny i już oczekujący końca jesieni. Człowiek przyglądał mu się chwilę, a potem delikatnie zszedł w trawę. Jeż fuknął gniewnie, pewnie zły, że musiał się zatrzymać dla takiego głupstwa, i ruszył dalej. Nawet się nie obejrzał.

Bogdan odruchowo zerknął na zegarek. Przeczucie, iż przyjdzie mu nocować w lesie, zaczynało zamieniać się w pewność. Do najbliższego schroniska miał dobre cztery godziny drogi: Zdążyłby, oczywiście, że zdążyłby, gdyby nie polana, na której przespał w południe kilka godzin. Był jednak tak zmęczony… chociaż nie, chyba po prostu miał ochotę przestać myśleć. Zauważył, że ostatnio szczególnie długo śpi. Ale czy sny są dużo lepsze…

Podrzucił plecak na ramionach. Ruszył zauważając po raz pierwszy tego dnia, jak intensywny jest zapach lasu. Aby w pełni go odczuć, mocno wydmuchał nos. Szyszki cicho skrzypiały, gdy natrafiał na nie swoim butem.

W tej części gór szlak był stosunkowo łagodny, nie męczący. Ścieżka biegła prawie na jednym poziomie, z rzadka zdobywając się na niewielkie podejście. Często robiła zakrętasy pomiędzy drzewami i odkrytymi przez erozję skałami. Las był sosnowy, wysokopienny; z długich igieł skapywały krople wody. Najwidoczniej niedawno musiała przejść tędy burza. Jej odgłosy słyszał niżej, zaraz po wyjściu z polany.

Jeszcze parę kroków do najbliższego znaku na drzewie i znalazł się na otwartej przestrzeni. Wśród traw biegło pierwsze od dawna ostrzejsze podejście. Mrużąc oczy przystanął. Był nieomal zadowolony, że zostawił za sobą gęstniejący cień lasu. Nad drzewami, zasłonięte przez chmury, przezierało mdłe, żółte słońce. Ścisnęło mu żebra jakimś bólem. Zadygotał jak w gorączce, gdyż ciało oblał żrący kwas płynący z głębi, spod serca. Jęknął i zaciskając zęby kilkakrotnie głęboko wciągnął powietrze nosem… To uczucie nie było niczym nowym. Było czymś przeraźliwie znanym, obrzydłą powszedniością. Zabijając mocnymi krokami niepokój, ruszył pod górę. Uciekał przed tym miejscem i tymi myślami. Może by się to udało, gdyby nie kępka trawy, o którą zaczepił but. Machając rękoma upadł twarzą w piach. Chwilę leżał bez ruchu, a potem uderzył pięścią o ziemię.

– Boże – jęknął. – Dlaczego? Do jasnej cholery, dlaczego… Obracając się na bok zrzucił plecak. Zagrzechotał stelaż namiotu kopnięty nogami.

– Nie mogę… już dość – wyszeptał cicho, tak jakby ten kopniak odebrał mu resztki energii. – Jak długo to będzie wracać?

Położył się na wznak i już spokojnie oparł głowę o zwinięty śpiwór. Słońca nie było widać, jedynie górna powłoka chmur przepuszczała ostatnie, tombakowożółte promienie.

Przymknął oczy.


S zczyt wzniesienia, z którego szlak zsuwał się dalej łągodnymi zakosami, osiągnął, kiedy w szarości nieba było więcej nocy niż dnia. Szybkim krokiem, prawie biegnąc, dopadł lasu, starając się, jak długo będzie to możliwe, iść szlakiem.

Znaki na drzewach rozpoznawał bardziej instynktem niż wzrokiem. Miał zamiar zejść jeszcze kilkadziesiąt metrów. Kiedy jednak uderzył kolanem o pniak, a po odzyskaniu równowagi nie wiedział, którędy ma iść, uznał, że najwyższa pora na nocleg. Zaczął więc zataczać małe kółka, chcąc znaleźć równe i w miarę suche podłoże. Silny zapach mchów upewniał go, że teren jest wilgotny i będzie musiał się posłużyć materacem.

Rozgarnął krzaki sapiąc z ulgą. W czarno – szarych plamach tańczył mu przed oczyma widok mikroskopijnej polanki. Odpinając plecak zrobił kilka kroków ku niskim jodłom zamykającym wolną przestrzeń. Zdążył tylko poczuć, że noga nie trafia na grunt, a potem desperacko chwytając się rękoma drzewka zawisł nad ginącym w mroku urwiskiem. Trwało to moment, gdyż gałąź pękła z trzaskiem i razem z nią pojechał ostro spadającym zboczem. Wystawił łokcie, lecz jedynym efektem był ostry ból ręki, od którego zrobiło mu się mdło. Plecak odczepił się i spadał samodzielnie, grożąc kontuzją w razie zderzenia. Przysiągłby, że spłoszył jakieś ptaszysko, które z przeraźliwym wrzaskiem uleciało ku niebu. Jeszcze jeden obłąkańczy kołowrót i rozcinając twarz gałęzią uderzył plecami o coś twardego.

Piekielne migotanie w głowie z wolna ustawało. Bał się, że zwymiotuje, lecz parę głębokich wdechów rozproszyło obawy. Trzymając się tego, co miał za plecami, stanął na drżących nogach i próbował dojrzeć plecak. Nic, ciemność.

Musiało upłynąć kilkanaście sekund, zanim zrozumiał, że bynajmniej nie o pień opiera ciało. Słup.

Ciekawe – pomyślał – może podtrzymuje linię przesyłową do schroniska. Chociaż nie, w tym miejscu to niemożliwe. Zrobił krok do tyłu w nadziei, że cokolwiek dojrzy u góry. Nie zdążył jednak, gdyż w twarz uderzył ostry snop światła.

– Co jest?! – warknął osłaniając oczy ramieniem. Jeszcze nie poczuł strachu, na razie było to tylko zaskoczenie.

– Zamknij się i podnieś łapy – głos zmaterializował się za piekącym kręgiem światła.

Przywarł plecami do słupa i uniósł ręce na wysokość pasa.

– Zjeżdżajcie!

– No, no – głos był beznamiętny. – Tylko bez chamstwa. Jesteś na terenie wojskowym.

Ze zdziwienia aż opuścił pięści.

– Mam w to wierzyć?

– Tam były ustawione tablice.

– Było ciemno, nie mogłem przecież nic widzieć. Światło przesunęło się wydobywając z czerni człowieka w polowym mundurze. Od niechcenia celował w niego z automatu.

– W porządku, teraz wierzę.

Światło znów wróciło.

– Wyciągnij ręce.

Bogdan chwilę się zastanowił, a potem posłusznie wykonał polecenie. Szczęknęły kajdanki.

– Dokąd idziemy?

– Do obozu. Idź przed nami i nie gadaj tyle.

Wzruszył ramionami i posłusznie poszedł depcząc pełznący po igliwiu krąg światła.


Obóz tak usytuowano, że dopiero z odległości kilkunastu metrów można było dostrzec namioty. Między nimi powoli przesuwały się ludzkie sylwetki. Gdzieniegdzie przezierało słabe światło i słychać było grające radia. Susząca się pod drzewami bielizna świadczyła, że teren jest już od dawna zamieszkany.

– Patrzcie, znów jakiegoś turystę capnęli – dobiegł go szept od stolika, gdzie czterech mężczyzn grało w karty.

Reszta zachichotała. Bogdan chciał się zatrzymać, powiedzieć coś, lecz pchnięcie w ramię ostudziło zapał. Trzymając ręce na piersi, jakby wstydząc się kajdanek, szedł dalej. Rychło namioty rozbiegły się na boki i stanęli na placyku wciśniętym między dwa baraki. Okna rzucały długie, wyraźne plamy. Gdzieś z boku burczał agregat.

– Pilnuj go, idę po porucznika.

Jeden z wartowników poszedł do niższego z budyneczków.

– Co robicie z takimi jak ja?

Obrócił się i dopiero wtedy dojrzał, że się pomylił, oceniając tych ludzi na nie więcej niż dwadzieścia lat. Żołnierz trzymający karabin miał pasmo siwych włosów nad czołem i wzrok zmęczonego człowieka:

– Co robimy? – zęby błysnęły mu w świetle niedalekich okien – rozstrzeliwujemy, i to trzykrotnie.

Łypnął okiem na Bogdana ciekaw reakcji, lecz ten obrócił się plecami. Mijała ich grupka ludzi.

– Bogdan! – krzyknął ten z przodu.

– Co ty tu robisz?

Przybysz zmarszczył brwi jeszcze nie rozumiejąc sytuacji.

– Kapralu, skąd wziął się ten człowiek?

Stuknęły przepisowo buty.

– Melduję, że w czasie obchodu znaleźliśmy go w jarze, między drugim a trzecim posterunkiem.

– Aha…

Dopiero kiedy człowiek ponownie obrócił się ku niemu, rozpoznał twarz. Trzy lata temu Bogdan zmienił miejsce zamieszkania. Pułkownik Jakub Kliper był do tego czasu jego sąsiadem. Mieli nawet wspólny ogródek.

– Jak to było?

Bogdan wyciągnął przed siebie ręce. Kapral nawet długo nie kazał czekać.

– Szedłem szlakiem, a że za późno wyruszyłem, złapała mnie noc – mówił masując ścierpnięte przeguby rąk. Potem szukałem miejsca na rozłożenie śpiwora i nie zauważyłem tego ostrego zejścia. Na dole oni mnie znaleźli. Kliper wyraźnie oczekiwał takiej odpowiedzi, gdyż widząc nadchodzącego porucznika zdecydowanym krokiem ruszył ku niemu. Nie potrzebował wiele czasu. Już po minucie wrócił do Bogdana i poufale klepnął go w ramię.

– Załatwione. Nie musisz spać w areszcie ani płacić mandatu. Idziemy do mnie.

Wiedział, że powinien podziękować albo chociaż okazać radość, lecz nie mógł, po prostu nie mógł. Mruknął coś i ruszył za Kliperem. Jak się spodziewał, szli do baraku.


Gdy wchodzili do pokoju, przypomniał sobie o plecaku.

– Nie martw się, tutaj nic nie zginie. Rano wyślę paru ludzi, aby go znaleźli.

Kliper pokazał gościowi zasłoniętą parawanem umywalkę, gdzie w – wiszącym lustrze Bogdan mógł dojrzeć brudną i podrapaną twarz z mnóstwem igliwia między włosami.

Nie spiesząc się, doprowadził wygląd do względnego porządku. Podziękował za ofiarowaną koszulę. Do rana, póki nie znajdą plecaka, może wytrzymać w tej z rozdartym rękawem.

– Bogdan – usłyszał, gdy wyszedł z zaimprowizowanej łazienki. – Czy to prawda, że…

Kliper był zmieszany.

– Słyszałeś, iż miesiąc temu…

Bogdan skoczył tak, jakby chciał zakryć mu dłonią usta.

– Tak, prawda – odparł. – Ale nie chcę o tym mówić.

Mimowolnie ujął w palce guzik jego munduru.

– Nigdy, rozumiesz?!

Kliper był nieomal wystraszony.

– W porządku. Rozumiem, że…

– Proszę cię! – głos był lodowaty i kategoryczny.

Kliper skrzywił usta, mruknął i uciekł w kąt pokoju, gdzie jak wybawienie zaczął gwizdać elektryczny czajnik.

– Pewnie chcesz wiedzieć, co my tu robimy, prawie stu chłopa – powiedział, kiedy już siedzieli nad herbatą i nieodłączną butelką wytrawnej wódki.

Bogdan uniósł wzrok z nad obracanego w palcach kieliszka, lecz nie odezwał się ani słowem.

– Tak więc…

Kliper najwyraźniej był zbity z tropu.

– Więc jesteśmy, aby zbadać, a właściwie pilnować, to paskudne miejsce – chrząknął i zaczął mówić swobodniej, gdyż wydawało mu się, że dostrzegł pewne zainteresowanie u słuchacza.

– Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Podobno już zdarzały się w tych górach przypadki, że ginęli ludzie, ale góry to góry i nie było tego aż tak dużo – dolał do kieliszków. – Mówię ginęli, w znaczeniu znikali. Poszedł na szlak i nie wrócił. Przerwał, gdyż ktoś zapukał do drzwi. Nie wpuścił gościa, jedynie wysunął się na korytarz przytrzymując klamkę. Bogdan zerknął na jego plecy, a potem szybkim ruchem. przytknął butelkę do ust. Pociągnął trzy łyki i zanim Kliper wrócił, zdążył zagryźć plastrem kiełbasy.

– Na czym to ja skończyłem? – zastanowił się tamten, gdy ponownie usiadł za stołem. – Aha… więc pierwszy pewny wypadek zdarzył się wiosną. Do schroniska przyszła dziewczyna mówiąc, że zaginęło troje jej przyjaciół. Mieli wejść do jakiejś groty, a ona została na zewnątrz, gdyż wolała się opalać. Po godzinie zaczęła się niepokoić. Podeszła do wejścia, wołała, lecz nie wracali. Bała się wchodzić sama i pobiegła po pomoc. W schronisku nikt nie miał pojęcia, że w tej części gór są jakiekolwiek jaskinie, ale oczywiście dwóch pracowników poszło z dziewczyną. Mieli linę, latarki i wyobraź sobie – Kliper uśmiechnął się do siebie – z nich też nikt nie wyszedł. Dziewczyna czekała umówione pół godziny, potem jeszcze godzinę i w efekcie wróciła do schroniska późną nocą w stanie szoku.

Kliper rozlał resztę alkoholu chyba trochę zdziwiony, że to koniec butelki.

– Rano poszedł do środka kierownik schroniska. Asekurowano go z zewnątrz na długiej linie. Wyobraź sobie, alpinista, uprawiał też speleologię, a skończył jak tamci. Wyciągnięto samą linę – Kliper pstryknął w kieliszek – była odwiązana. Dalsza historia jest obrzydliwie monotonna. Krótko mówiąc jeszcze osiem osób. W końcu wysłano nas i tak od dwóch miesięcy pilnujemy, aby nikt tam nie wlazł.

Bogdan tępo wpatrywał się w Klipera i dopiero po dłuższej chwili powiedział trzy słowa.

– I co znaleźliście?

– Co znaleźliśmy?

Kliper przeciągnął się na krześle.

– Kiedy już było wiadomo, że ze szczeliny nie wydobywa się gaz, promieniowanie czy inne draństwo, posłaliśmy trzech ludzi. Pierwszy niósł kamerę i reflektor. Dwaj następni ubezpieczali go z tyłu. Ale gdzie tam… – machnął ręką. – Ten korytarz jest diabelnie kręty. Wystarczyło parę metrów, aby zniknęli z oczu. Minutę później urwała się łączność radiowa. Nikt nie wrócił. To wszystko, co osiągnęliśmy, rozumiesz?

Zastygł z wpółotwartymi ustami, gdyż spostrzegł, że Bogdan śpi. Przechylony do tyłu na krześle ciężko oddychał. Palce jego lewej ręki ciągle trzymały kieliszek. Kliper pokiwał ze zrozumieniem głową.

– To dlatego chodzisz po górach – szepnął i chwycił go pod ramiona.

Wywracając krzesło, zawlókł bezwładne ciało na łóżko i gasząc światło wyszedł na korytarz.


Bogdan stał przy oknie, kiedy Kliper przyniósł mu śniadanie.

– Wolałem wziąć ci coś do żarcia. Chyba nie ma sensu, abyś jadł ze wszystkimi.

Bogdan patrząc na zbocze góry gładził włosy.

– Piękne.

– Co piękne? – Kliper w pierwszej chwili nie zrozumiał.

– A, góry! Tak, tylko wiesz, jak się siedzi w takiej dziurze dwa miesiące, to wszystko może zbrzydnąć.

Klasnął w dłonie.

– Siadaj i wcinaj.

Bogdan posłusznie przysunął się do stołu, lecz niedługo udawał, że je.

– Jakub – spojrzał na pułkownika. – Chciałbym wejść tam, do tej jaskini – poprawił się.

Kliper wypuścił powietrze jak przekłuty balon.

– To niemożliwe.

– Dlaczego, przecież możesz mnie tam wpuścić.

Tamten skrzywił się.

– Może i mógłbym. Ale nie chcę dopuścić, abyś i ty nie wyszedł. Tam za dużo ludzi znikło.

– Wiesz przecież, że jeszcze nie tak dawno uprawiałem speleologię.

Kliper chyba żałował, że nie pali, gdyż najwyraźniej nie wiedział, co ma uczynić z rękoma.

– Wiem. Wiem też, że jesteś fizykiem i mógłbyś niejedno zauważyć.

– To ostateczna decyzja?

Pułkownik wybrał w końcu między krzesłem a łóżkiem, siadając na tym ostatnim.

– Decyzja – żachnął się. – Właśnie oczekujemy teraz kilku grotołazów. Chcemy krok po kroku obudować korytarz i umieścić tam wózki z kamerami. Nic innego nie wchodzi w rachubę, nie mogę już stracić ani jednego człowieka.

– Żołnierza, a nie turysty. Kliper zerwał się na równe nogi.

– Nie gadaj od rzeczy. Zresztą ja w tej chwili muszę wyjść. Wrócę gdzieś za godzinę. Najlepiej będzie…

– W porządku – Bogdan wszedł mu w słowo. – Ja zostanę w pokoju.

Kliper skinął głową i pospiesznie wyszedł na korytarz. Ostrożnie, czując jeszcze wczorajszy upadek, Bogdan ułożył się na łóżku. Za oknem miał pozornie nieskończony rząd drzew. Patrzył na nie od rana, lecz dopiero teraz zauważył, że prawie wszystkie są liściaste.


Pułkownik wrócił tak, jak zapowiedział, po godzinie. Bogdan leżał wciąż bez ruchu.

– Czy podtrzymujesz swoją propozycję? – spytał od samych drzwi.

Uniósł się na łokciu.

– Z tą jaskinią? – Tak.

– Oczywiście. Coś się zmieniło?

Kliper trochę za płynnie zaczął odpowiedź:

– Z przyczyn od nas niezależnych przyjazd grotołazów opóźni się o prawie miesiąc. To będzie początek zimy. Dlatego, jeśli jesteś pod ręką, mógłbyś przejść kilka metrów i zamontować pierwsze szyny. Tam jeszcze ludzie dochodzili.

– Kilka metrów mówisz?

– Tak, a dlaczego pytasz?

– Nie, nic, tak sobie.

Uniósł się z łóżka i zaczął wciągać buty.

– Plecak się znalazł?

– Tak, już od dawna stoi w szafie. Ale strój i wyposażenie dostaniesz od nas. Mamy tu cały sprzęt.

Bogdan tupnął nogami, aby sprawdzić, czy dobrze zasznurował obuwie.

– Wojsko to potęga, nie?

Kliper nie odpowiedział, jedynie przytrzymał go za ramię.

– Czy ty… czy odpowiadasz za swoje zdrowie?

Bogdan ruszył ustami, jakby liczył w myślach.

– Tak – odparł w końcu. – Sądzę, że tak.


Szczelina musiała być kiedyś zasłonięta krzewami. Widać to było po kolorze skały wokół tego szerokiego na metr, a wysokiego na dwa otworu. Światło słoneczne ukazywało nie więcej niż metr rozpoczynającego się tutaj korytarza. Dalej było ciemno. Bogdan poprawił kask i jeszcze raz sprawdził zamocowanie liny. Stojący obok niego dwaj żołnierze z poważnymi minami ustawiali w wejściu reflektor. Poza nimi plac był prawie pusty. Kliper kazał wszystkim wrócić do zajęć. Nie chciał widowiska, jak to nazwał. Stał teraz z tyłu między grupką podoficerów i Bogdan wiedział, że gdyby się odwrócił, tamten pomachałby ręką i posłał mu serdeczny uśmiech. Wolał się obyć bez tego.

Z reflektorów trysnęło światło odsłaniając następne metry wapiennego korytarza.

– Może pan iść – powiedział ten sam kapral, który zatrzymał go w lesie. – Po pięciu metrach proszę założyć kołki.

Skinął głową. Od chwili kiedy Kliper przedstawił go jako wybitnego speleologa, wszyscy jakby zapomnieli o wczorajszym zdarzeniu. Popatrzył na rosnący wzdłuż zbocza ras i uważnie spoglądając pod nogi wszedł do jaskini, tuż za swoim cieniem.


Kliper siedział parę metrów od wejścia i nerwowo rysował patykiem gryzmoły na ziemi.

– Ile go nie ma?

Kapral nie musiał spoglądać na zegarek.

– Prawie dwie godziny, niedługo wyczerpią mu się akumulatory.

Pułkownik złamał patyk i z wściekłością odrzucił szczątki.

– Ale dureń – szepnął.

Kapral chciwie nadstawił ucha.

– Ma pan rację. Trzeba być idiotą, aby odwiązywać linę i leźć tam, gdzie już tyle osób zginęło.

Kliper spojrzał groźnie.

– O sobie, a nie o nim mówię. Dlaczego pozwoliłem na to? Z dołu, od strony kuchni, słychać było nadchodzących podoficerów. Kliper wiedział, że gdy nadejdą, będzie musiał wydać konkretne decyzje. Wstał. Sekundę później u wyjścia z jaskini pojawił się Bogdan. Widząc to, Kliper nie mógł uczynić nic innego, jak tylko ponownie usiąść.

– Przepraszam cię, Jakub, że odwiązałem linę, ale wydawało mi się, że muszę pójść dalej.

Słowa dochodziły do Klipera z trudem, jakby przesączały się przez watę. Kapral stojący z boku też miał niewyraźną minę i wyglądało, że najchętniej huknąłby tego niedoszłego samobójcę w ucho.

– Jak ty wyszedłeś? – wykrztusił Kliper. – Jakim cudem?

Bogdan odpiął kask i zaczął mocować się z kurtką.

– Normalnie, najzwyklej w świecie. Tam dalej, po jakichś dwudziestu minutach drogi, jest wysoka pieczara o suchym i piaszczystym dnie. Chodziłem wkoło, myślałem, że odchodzą z niej jakieś dalsze korytarze, ale nic takiego. Wygląda, że jaskinia definitywnie się kończy.

Kliper uniósł ręce ku górze.

– Ale ludzie? Tam powinny być zwłoki, oprzyrządowanie.

Bogdan zdecydowanie pokręcił głową.

– Nic takiego tam nie ma, a szukałem długo.

Nie wiadomo kiedy nowina obiegła obóz i wkrótce placyk zapełnił się żołnierzami. Kliper odwrócił się ku nim, jakby szukał poparcia.

– Przecież u diabła, tam znikali ludzie.

– Jakub, ja nie wiem. Nic tam takiego nie zauważyłem. Poza tym jestem zmęczony. Pozwolisz, że pójdę do siebie i odpocznę.

Kliper ostatecznie pokonany machnął ręką.

– Panie pułkowniku – odezwał się kapral, kiedy sylwetka Bogdana znikła w baraku. – Zgłaszam się na ochotnika. Sprawdzę tę jaskinię.

– Ja też… również… i ja… – głosy żołnierzy mieszały się i przekrzykiwały nawzajem.

Najwyraźniej czuli się oszukani, że warowali przy byle dziurze, którą spokojnie przeszedł ten cywil. Kliper odwrócił się do stojących podoficerów, lecz ci udawali, że nie wiedzą, czego od nich oczekuje. Chyba uważali go za starego pryka niezdolnego do podjęcia żadnej decyzji.

– Dobrze – chrapnął wysuszonym gardłem. – Niech idzie dwóch. Tylko ostrożnie i po dziesięciu minutach mają zawracać.

Dwójka, która zgłosiła się pierwsza, z niespodziewaną energią ruszyła po sprzęt. Kliper nie odezwał się już ani słowem do momentu, kiedy zniknęli w otworze.


Dotknięcie w ramię wyrwało Klipera z rozmyślań tak gwałtownie, że nawet nie mógłby powiedzieć po chwili, co było ich treścią.

– Mam list do pana pułkownika.

– List?

Zdziwiony ujął kartkę papieru w dwa palce.

– To od tego grotołaza.

Odprawił żołnierza i rozwinął złożony arkusz.

"Jakub. Wybacz, że odchodzę bez pożegnania, ale nie czuję się najlepiej. Postanowiłem, iż od razu wyruszę w dalszą drogę. Twoi żołnierze pokażą mi, jak wyjść na szlak. Cieszę się, że pomogłem Ci rozwiązać sprawę jaskini. Napisz, jak znajdziesz czas, co się ostatecznie okazało. Jeszcze raz przepraszam. Bogdan".

Jednym ruchem dłoni zmiął kartkę.

– Szeregowy! – krzyknął. – Czy ten człowiek już poszedł?

Żołnierz zawrócił.

– Tak. Sam pokazałem mu, jak dojść do szlaku. Chyba dobrze zrobiłem?

Kliper odprawił go ruchem ręki. Gdy wstał, nad lasem prześlizgnął się podmuch wiatru prowokujący gnieżdżące się w koronach drzew ptaki do jazgotu.

– Rozwiązałeś sprawę, skurczybyku – powiedział przekrzykując hałas i podszedł do otworu.

– Spóźniają się, panie pułkowniku – usłyszał głos stojącego tam porucznika.

Chłopak był najwyraźniej przestraszony, gdyż usilnie starał się cokolwiek wypatrzyć w zakamarkach korytarza. Jego palce aż do białości zaciskały się na skalnym występie.

– Hej! – krzyknął Kliper i porucznik zerknął na niego przerażony. – Jest tam kto? Odezwijcie się, do diabła. Głos dudnił krótko w korytarzu i jakby zdławiony umilkł między skałami.

– Do diabła, odezwijcie się!

Z ciemności nikt nie wychodził. To jedno widać było z całą pewnością.

Загрузка...