Gdybym mogła sobie wmówić, że to tylko zła passa! Ale nie, wszystko wskazywało na to, że to zwykły ludzki los, który dzielić będę przez najbliższe czterdzieści lat. Kiedy zwierzałam się Rinriemu, od razu mówił:
– Przestań pracować. Wyjdź za mnie. I skończą się twoje zmartwienia.
Brzmiało to kusząco. Zostawić swoją oprawczynię, korzystać z dobrobytu materialnego, cieszyć się wiecznym nieróbstwem, a wszystko pod jedynym warunkiem dzielenia życia z uroczym chłopakiem. Któżby się temu oparł?
Ale ja, nie umiejąc sobie tego wytłumaczyć, oczekiwałam od życia czegoś innego. Nie wiedziałam, na czym miałoby to polegać, ale byłam pewna, że tego oczekuję. Pożądanie jest tym silniejsze, gwałtowniejsze, im mniej znany jest jego przedmiot.
Uświadomioną częścią tego marzenia było pisanie, które już wtedy tak mnie absorbowało. Oczywiście, nie łudziłam się aż tak, żeby myśleć, iż któregoś dnia coś wydam, tym bardziej nie wyobrażałam sobie, że pisanie mogłoby stać się źródłem utrzymania. Ale niedorzecznie pragnęłam zakosztować tego doświadczenia, choćby po to, by później nie żałować, że nie spróbowałam.
Wcześniej, przed Japonią, nigdy o tym poważnie nie myślałam. Za bardzo się bałam upokorzenia, jakie niechybnie by mnie czekało w postaci odmownych listów od wydawców.
Obecnie, zważywszy, że stanowiło mój chleb powszedni, żadne upokorzenie nie mogło mnie przerazić.
Jednak wszystko to było bardzo niepewne. Głos rozsądku wołał, żebym zgodziła się na ślub: „Nie tylko będziesz bogata, nie pracując, ale też będziesz miała najlepszego z mężów. Nigdy jeszcze nie spotkałaś tak miłego, zabawnego i ciekawego chłopca. Ma wyłącznie zalety. Kocha cię, a i ty zapewne kochasz go bardziej, niż ci się wydaje. Odmowa wyjścia za Rinriego byłaby równoznaczna z samobójstwem”.
Nie mogłam się zdecydować. Słowo „tak” nie przechodziło mi przez usta. Tak samo jak na wyspie Sado, starałam się wybrnąć z sytuacji odwlekaniem.
Prośba powracała często. Odpowiedź była zawsze równie wymijająca. Nic po sobie nie okazując, umierałam ze wstydu. Wydawało mi się, że unieszczęśliwiam wszystkich, z sobą włącznie.
W pracy miałam piekło. Od Rinriego otrzymywałam słodycz, na którą nie zasługiwałam. Niekiedy myślałam, że moja droga krzyżowa w pracy jest sprawiedliwą karą za niewdzięczność w miłości. Japonia za dnia odbierała mi to, co ofiarowała nocą. Ta historia źle się skończy.
Bywało, że z ulgą wychodziłam do pracy. Czasami wolałam otwartą wojnę niż fałszywy pokój. I wolałam się w roli mimowolnej męczennicy niż oprawczyni ze szlachetnych pobudek. Władza zawsze napawała mnie grozą, ale mniej przykre jest znoszenie jej niż narzucanie.
Najgorsze wpadki w życiu są dziełem języka. Któregoś dnia w środku tygodnia, po północy, kiedy zapadałam już w głęboki sen, Rinri po raz dwieście czterdziesty poprosił, żebym za niego wyszła. Zbyt zmęczona, żeby się wymigiwać, odpowiedziałam nie i natychmiast zasnęłam.
Rano, obok moich przyborów do pisania, znalazłam od niego liścik: „Dziękuję, jestem bardzo szczęśliwy”.
Wyciągnęłam z tego wysoce umoralniającą naukę: „Stawiając sprawę jasno, uszczęśliwiłaś drugiego człowieka. Trzeba mieć odwagę powiedzieć nie. To nic miłego pozwolić ludziom karmić się fałszywymi nadziejami. Dwuznaczność jest źródłem cierpienia, itp. „.
Udałam się do firmy po moją codzienną dawkę upokorzeń. Wieczorem przed wejściem czekał na mnie Rinri.
– Zabieram cię do restauracji.
– Jesteś pewny? Jestem wykończona.
– To nie potrwa długo.
Nad miseczkami z zupą z górskich paproci Rinri oświadczył, że jego rodzice są uszczęśliwieni tą wspaniałą nowiną. Roześmiałam się i powiedziałam:
– To mnie nie dziwi.
– Zwłaszcza mój ojciec.
– To mnie dziwi. Wyobrażałam sobie, że to raczej twoja matka będzie zachwycona.
– Dla matki to trudniejsze, kiedy syn opuszcza dom.
Słowa te uruchomiły w mojej głowie niejasny sygnał alarmowy. Byłam pewna, że wczoraj powiedziałam nie, ale już mniej pewna, jak sformułowane były oświadczyny. Jeśli Rinri zadał pytanie w formie przeczącej, co było powszechne w tym skomplikowanym kraju, to już po mnie. Próbowałam przypomnieć sobie japońskie zasady odpowiedzi na pytania przeczące, które są równie złożone jak zapamiętanie kroków tanga. Ale mój wyczerpany umysł sobie z tym nie radził, więc postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Sięgnąwszy po karafkę sake, zapytałam:
– Nie chcesz jeszcze sake?
– Nie – odparł uprzejmie młodzieniec.
Odstawiłam niepotrzebną karafkę. Rinri wyglądał na stropionego, ale nie chcąc mi wydawać poleceń, wziął karafkę i sam się obsłużył.
Ukryłam w dłoniach twarz. Zrozumiałam. Musiał mnie zapytać: „Nadal nie chcesz za mnie wyjść?”. A ja odpowiedziałam w stylu zachodnim. Po północy mam tę irytującą przypadłość, że staję się wyznawczynią Arystotelesa.
To było straszne. Wystarczająco dobrze się znałam, by wiedzieć, że nie zdobędę się na sprostowanie i wyjawienie prawdy. Niezdolna sprawić przykrość komuś miłemu, poświęcę samą siebie, byle go nie rozczarować.
Zastanawiałam się, czy Rinri celowo zadał mi pytanie w formie przeczącej. Sądziłam, że nie. I nie miałam też wątpliwości, że to jego podświadomość podsunęła mu ten makiaweliczny plan.
Zatem z powodu językowego nieporozumienia poślubię uroczego, podświadomie przewrotnego chłopca. Jak wybrnąć z tej pułapki?
– Zawiadomiłem twoich rodziców – dodał. – Aż krzyczeli z radości.
No pewnie. Mój ojciec i matka mieli bzika na punkcie tego chłopaka.
– Czy to nie ja powinnam ich zawiadomić? – zapytałam, zdecydowana zadawać odtąd pytania wyłącznie w formie przeczącej.
Rinri uniknął pułapki.
– Wiem. Ale ty pracujesz, a ja jestem jeszcze studentem. Pomyślałem, że możesz nie mieć czasu. Masz mi to za złe?
– Nie – odpowiedziałam, żałując, że nie zadał pytania w formie przeczącej, co pozwoliłoby mi, pod sztandarem różnic kulturowych, powiedzieć mu, co o tym myślę.
„Zważywszy, jak daleko zabrnęłam!”, stwierdziłam.
– Jaka data by ci odpowiadała? – zapytał.
Tylko tego brakowało.
– Nie decydujmy o wszystkim w tak krótkim czasie – powiedziałam. – Zresztą i tak to niemożliwe, dopóki pracuję w Yumimoto.
– Rozumiem. Kiedy kończy się twój kontrakt?
– Na początku stycznia.
Rinri dojadł zupę i oświadczył:
– Zatem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Rok palindromu. Dobry rok na małżeństwo.
Rok 1990 zakończył się w stanie totalnego zamieszania.
Jedno było pewne: rezygnuję z pracy. Korporacja Yumimoto niedługo będzie musiała obyć się bez moich cennych usług.
Ileż bym dała, żeby móc zrezygnować również z małżeństwa. Jak na nieszczęście Rinri rozbrajał mnie coraz bardziej swoją dobrocią.
Którejś nocy usłyszałam wewnętrzny głos, mówiący: „Przypomnij sobie nauczkę z Kumotori Yama. Kiedy Yamamba cię uwięziła, znalazłaś rozwiązanie: ucieczkę. Nie potrafisz ratować się słowem? Ratuj się nogami”.
Gdy w grę wchodzi ucieczka z kraju, nogi przybierają postać samolotu: po kryjomu kupiłam bilet Tokio-Bruksela. W jedną stronę.
– Powrotny wypada taniej – powiedziała sprzedawczyni.
– W jedną stronę – uparłam się.
Wolność jest bezcenna.
Były to czasy, nie tak znów odległe, kiedy nie istniały jeszcze bilety elektroniczne; bilet samolotowy, kartonik w plastikowym etui posiadał namacalną realność w torebce lub w kieszeni, do których, dla pewności, po trzydzieści razy dziennie zaglądała dłoń. Miał tylko jeden minus: w przypadku zgubienia zdobycie duplikatu graniczyło z cudem. Ale nie było obawy, żebym zgubiła ów symbol swojej wolności.
Ponieważ rodzina Rinriego wyjechała do Nagoyi, spędziłam z nim w zamku z betonu trzy noworoczne dni, jedyne, kiedy praca w Japonii jest naprawdę zabroniona. Obejmuje to nawet zakaz gotowania; matka Rinriego napełniła tradycyjne naczynia z laki zimnymi daniami, zwyczajowo przypisanymi do tych trzech dni świętowania – makaronem gryczanym, słodką fasolką, ciasteczkami ryżowymi oraz innymi osobliwościami, przyjemnymi bardziej dla oka niż dla podniebienia.
– Nie czuj się w obowiązku tego jeść – mówił Rinri, który dla siebie bezwstydnie przyrządzał spaghetti.
Nie czułam się w obowiązku; było to niezbyt smaczne, ale fascynował mnie błysk lśniących od cukru ziarenek fasoli, odbijających się w głębokiej czerni laki. Brałam pałeczką jedną po drugiej, trzymając kwadratowe naczynie na wysokości oczu, żeby nie uronić najdrobniejszego szczegółu tego spektaklu.
Dzięki ukrytemu biletowi na samolot były to cudowne dni. Przeglądałam się Rinriemu z życzliwą ciekawością; a więc to jest ten chłopak, z którym byłam szczęśliwa przez całe dwa lata i od którego zamierzałam uciec. Co za dziwna historia, co za absurdalny galimatias – czyż nie miał najpiękniejszego karku, jaki tylko można sobie wyobrazić, najwytworniejszych manier, czyż nie czułam się w jego towarzystwie naprawdę dobrze, zaintrygowana, a zarazem swobodna, co przecież stanowiło ideał wspólnego życia?
Czyż nie pochodził z kraju, który kochałam nad wszystkie inne? Czyż nie był niepowtarzalnym dowodem tego, że uwielbiana wyspa mnie nie odrzuciła? Czyż nie ofiarował mi najprostszego i najbardziej legalnego sposobu uzyskania upragnionego obywatelstwa?
I wreszcie, czyż nie darzyłam go prawdziwym uczuciem? Oczywiście, że tak. Bardzo go lubiłam i było to dla mnie czymś nowym. A jednak właśnie to, że go lubiłam, a nie kochałam, przekonało mnie o pilnej potrzebie ucieczki.
Wystarczyło, że wyobraziłam sobie sytuację, w której drę bilet, a moja czuła przyjaźń dla Rinriego zamieniała się we wrogie przerażenie. I odwrotnie, wystarczyło mi pomacać jego gładki papier w torebce, by poczuć, jak serce wypełnia mi zachwyt i poczucie winy przypominające miłość, którą nie były, na tej samej zasadzie, na jakiej muzyka kościelna wyzwala w duszy poryw przypominający wiarę, którą nie jest.
Czasami Rinri w milczeniu brał mnie w ramiona. Najgorszemu wrogowi nie życzę, by poczuł to, co ja wtedy czułam. Nigdy nawet przez moment Rinri nie zachował się podle, wulgarnie czy małodusznie. Takie chwile bardzo by mi pomogły.
– Naprawdę nie ma w tobie zła – stwierdziłam.
Zdziwiony zamilkł, a potem zapytał, czy to było pytanie. Uznałam tę odpowiedź za budującą.
Trafiłam w sedno; właśnie dlatego, że nie było w nim zła, tak bardzo go lubiłam. I właśnie dlatego, że zło było mu tak obce, nie kochałam go. A przecież zło mi się nie podoba. Jednak danie wyszukane jest tylko wtedy, gdy zawiera odrobinę octu. Dziewiąta symfonia Beethovena byłaby nie do wytrzymania dla ucha, gdyby nie zawierała rozpaczliwych wahań. Jezus nie zainspirowałby tylu ludzi, gdyby nie używał czasami słów tak bliskich nienawiści.
Ta myśl przypomniała mi inną:
– Nadal jesteś samurajem Jezusem?
Rinri odpowiedział mi z cudowną szczerością:
– Ach, prawda. Już o tym nie myślałem.
– Jesteś czy nie jesteś?
– Jestem – odpowiedział takim tonem, jakby oznajmiał, że jest studentem.
– Masz na to dowody?
Wzruszył ramionami w swój zwykły sposób i powiedział:
– Czytam teraz książkę o Ramzesie II. Pasjonuje mnie ta cywilizacja. Mam ochotę zostać Egipcjaninem.
Zrozumiałam, do jakiego stopnia był Japończykiem; była w nim głęboka i szczera ciekawość wszystkich obcych zjawisk kulturowych. I tak spotyka się Japończyków specjalistów od dwunastowiecznego języka bretońskiego i od motywu tabaki w malarstwie flamandzkim. Myliłam się, doszukując się w kolejnych powołaniach Rinriego identyfikacji; on po prostu interesował się innymi, i tyle.
Dziewiątego stycznia 1991 roku oznajmiłam mojemu narzeczonemu, że następnego dnia lecę do Brukseli. Powiedziałam to tonem tak lekkim, jakbym mówiła, że idę po gazetę.
– Co będziesz robiła w Belgii? – zapytał Rinri.
– Spotkam się z siostrą i ze znajomymi.
– Kiedy wracasz?
– Nie wiem. Niedługo.
– Chcesz, żebym cię odwiózł na lotnisko?
– To miłe z twojej strony, ale poradzę sobie.
Nalegał. Dziesiątego stycznia biały mercedes po raz ostatni czekał na mnie pod domem.
– Jaka ta walizka jest wielka i ciężka! – zdziwił się, wkładając ją do bagażnika.
– Prezenty – powiedziałam.
Przewoziłam wszystkie swoje rzeczy.
W Narita poprosiłam, żeby od razu odjechał.
– Nie znoszę pożegnań na lotniskach.
Pocałował mnie i odszedł. Kiedy tylko zniknął, uścisk w moim gardle zelżał, serce wezbrało i smutek ustąpił miejsca nieopisanej radości.
Śmiałam się. Wymyślałam sobie od najgorszych, obrzucałam się wszelkimi wyzwiskami, na jakie zasłużyłam, co jednak nie przeszkodziło mi śmiać się z ulgą.
Wiedziałam, że powinno mi być smutno, wstyd itp. Ale nie potrafiłam wykrzesać z siebie tych uczuć.
W okienku odprawy poprosiłam o miejsce przy oknie.
Istnieje radość jeszcze większa niż znalezienie się na lotnisku: ta, której się doświadcza, zajmując miejsce w samolocie. Jej kulminacją jest chwila, kiedy siedzi się przy oknie i samolot startuje.
Byłam jednak szczerze zrozpaczona, opuszczając swój ukochany kraj, i to w takich okolicznościach; z czego wniosek, że u mnie strach przed małżeństwem przeważa nad wszystkim. Nie posiadałam się z radości. Skrzydła samolotu były moimi skrzydłami.
Pilot z pewnością umyślnie przeleciał nad górą Fudżi. Jakże była piękna, oglądana z wysoka. W duchu wystąpiłam do niej z tą przemową:
„Kocham cię, stara przyjaciółko. Wyjeżdżając, wcale cię nie zdradzam. Czasami ucieczka bywa aktem miłości. Żeby kochać, muszę być wolna. Wyjeżdżam, by zachować całe piękno uczuć, jakimi cię darzę. Nie zmieniaj się”.
Wkrótce Japonia zniknęła z pola widzenia. I tym razem rozdarcie nie umniejszyło mojego upojenia. Skrzydła samolotu były przedłużeniem mojego ciała, a czyż może być coś lepszego niż posiadanie skrzydeł? Jakie miasto mogłoby swą nazwą równać się z Las Vegas? Jak na ironię było to miasto, w którym najłatwiej było wziąć ślub, gdy tymczasem w Reno równie łatwo dostawało się rozwód.
Odwrotność wydawałaby mi się bardziej uzasadniona: skrzydła służą do tego, żeby uciec.
Podobno ucieczka jest czymś niezbyt chwalebnym. Szkoda, bo jest taka przyjemna. Dostarcza najcudowniejszego poczucia wolności, jakie tylko istnieje. Człowiek czuje się bardziej wolny, kiedy ucieka, niż wtedy, kiedy nie ma przed czym uciec. Nogi zbiega są jak w transie, jego skórę przebiega dreszcz, drżą mu nozdrza, rozszerzają się oczy.
Pojęcie wolności jest tematem tak oklepanym, że już przy pierwszych słowach zaczynam ziewać. Ale fizyczny aspekt wolności to co innego. Zawsze powinno się mieć przed czym uciekać, po to, by kultywować tę cudowną możliwość. Zresztą zawsze jest coś, przed czym się ucieka. Choćby przed samym sobą.
Dobrą wiadomością jest to, że można przed sobą uciec. W takim wypadku daje się nogę z tego małego więzienia, jakie stwarza osiadły tryb życia w dowolnym miejscu. Zabiera się swoje manatki i wybywa: własne „ja” jest tak tym zaskoczone, że zapomina o swojej roli strażnika. Można je zmylić, tak jak zbieg myli trop tych, którzy go ścigają.
Za oknem bezkresna, biała zimowa Syberia, więzienie idealne z racji swego ogromu. Ci, którzy z niej uciekają, umierają zagubieni pośród bezmiaru jej przestrzeni. To paradoks nieskończoności; przeczucie wolności, która nie istnieje. Z tak ogromnego więzienia nie wychodzi się nigdy. Łatwo to zrozumieć, gdy się je widzi z samolotu.
Zaratustra we mnie pomyślał, że na piechotę zostawiłabym ślady na śniegu i wyśledzono by mnie. Skrzydła to cudowny wynalazek.
Ucieczka jest niezbyt chwalebna? A przecież to lepsze niż dać się złapać. Jedyny dyshonor to nie być wolnym.
Wszyscy pasażerowie otrzymali słuchawki. Przelatuję po różnych programach muzycznych, oczarowana, że niektórzy mogą podróżować przy wtórze takich decybeli. Nagle natrafiam na Rapsodię węgierską Liszta, moje najwcześniejsze wspomnienie muzyczne. Mam dwa i pół roku, siedzę w salonie w Shukugawie, mama uroczyście mówi: „To Rapsodia węgierska”. Słucham jej jak opowieści. Jest opowieścią. Źli ścigają dobrych, którzy uciekają na koniach. Źli też są jeźdźcami. I teraz kto szybciej będzie galopował. Czasami muzyka mówi, że dobrzy są uratowani, ale to nieprawda, bo źli podstępnie sugerują im, że są już bezpieczni, żeby tym łatwiej ich schwytać. Dobrzy zrozumieli, że to podstęp, ale już za późno, czy uda im się ujść przed niebezpieczeństwem? Galopują do utraty tchu, tworzą jedno ze swoimi wierzchowcami, pęd wyczerpuje ich na równi z ich końmi, jestem po ich stronie, nie wiem, czy jestem dobra, czy zła, ale siłą rzeczy jestem po stronie uciekających, wczuwam się w rolę ściganej zwierzyny, serce wali mi jak szalone, och, przepaść, czy konie zdołają pokonać taką otchłań, muszą, bo jak nie, wpadną w ręce złych, słucham, wytrzeszczając oczy ze strachu, konie skaczą i z wielkim trudem przedostają się na drugi brzeg, uratowani, źli nie skaczą, brak im takiej odwagi, bo przed niczym nie uciekają, pragnienie, żeby schwytać jest mniej gwałtowne niż strach przed byciem schwytanym, oto dlaczego Rapsodia węgierska Liszta kończy się triumfem.
Nadaję samolotowi imię Pegaz. Muzyka Liszta tysiąckrotnie spotęgowała moją radość. Mam dwadzieścia trzy lata i nie znalazłam jeszcze nic z tego, czego szukałam. Dlatego życie tak mi się podoba. Dobrze jest w wieku dwudziestu trzech lat nie odkryć jeszcze własnej drogi.
Dnia 11 stycznia 1991 roku wylądowałam na lotnisku w Zaventem. Rzuciłam się w ramiona Juliette, która na mnie czekała. A kiedy już do woli narżałyśmy się, naszczekały, naryczały, namuczały, nahukały, naskowyczały i naskomlały, siostra zapytała:
– Już tam nie wrócisz, prawda?
– Zostaję! – oświadczyłam, chcąc skończyć z dwuznacznościami odpowiedzi na pytania przeczące.
Juliette zawiozła mnie do naszego mieszkania w Brukseli. A więc to była Belgia. Rozczulałam się nad szarym i niskim niebem, nad tym, że wszystko jest blisko, nad staruszkami w paletkach i z siatkami w tramwajach.
– Rinri przyjedzie? – zapytała Juliette.
– Nie sądzę – odparłam wymijająco.
Siostra taktownie nie kontynuowała tematu.
Wróciłyśmy do wspólnego życia jak przed 1989 rokiem.
Dobrze było mieszkać z siostrą. Belgijskie ubezpieczenia socjalne zalegalizowały nasz związek, przydzielając mi najprawdziwszy status gosposi: w moich papierach zapisano: „Gospodyni Juliette Nothomb”. Czegoś takiego nikt by nie wymyślił. Traktowałam swoje zajęcie bardzo poważnie i prałam bieliznę siostry.
Czternastego stycznia 1991 roku zasiadłam do pisania powieści zatytułowanej Higiena mordercy. Rano Juliette, wychodząc do pracy, wołała: „Cześć, gosposiu!”. Pisałam bardzo długo, a potem rozwieszałam bieliznę, którą zapomniałam wyjąć z pralki. Wieczorem Juliette wracała i nagradzała swoją gosposię uściskiem.
W Japonii odłożyłam część zarobków i teraz je ściągnęłam. Obliczyłam, że dzięki tym oszczędnościom mogę przeżyć, bardzo skromnie, dwa lata. Jeśli po tych dwóch latach nie znajdę wydawcy, zawsze zdążę znaleźć jakieś rozwiązanie, mówiłam sobie beztrosko. Kochałam takie życie. Przez kontrast z harówką w japońskiej firmie przypominało idyllę.
Czasami dzwonił telefon. Nie posiadałam się ze zdumienia, słysząc w nim głos Rinriego. Nigdy o nim nie myślałam i nie widziałam żadnego związku między moim życiem w Japonii a moim życiem w Belgii; to, że mogło dojść między nimi do kontaktu telefonicznego, wydawało mi się równie niesamowite, co podróż w czasie. Rinriego dziwiło moje zdumienie.
– Co robisz? – pytał.
– Piszę.
– Wróć. Tutaj będziesz pisała.
– Jestem także gosposią Juliette. Piorę jej rzeczy.
– A jak sobie radziła bez ciebie?
– Źle.
– Zabierz ją z sobą.
– Dobrze. Poślubisz nas obie.
Śmiał się. A przecież nie żartowałam. Tylko pod tym warunkiem mogłabym się zgodzić na to małżeństwo.
Na koniec mówił:
– Mam nadzieję, że się nie zasiedzisz. Tęsknię za tobą.
I odkładał słuchawkę. Nigdy żadnych wyrzutów. Był kochany. Miałam trochę nieczyste sumienie, ale szybko mi przechodziło.
Stopniowo telefon dzwonił coraz rzadziej, aż w końcu całkiem przestał. Został mi oszczędzony ten najbardziej ponury, barbarzyński i kłamliwy epizod zwany zerwaniem. Nie rozumiem dlaczego, z wyjątkiem przypadków haniebnej zbrodni, ludzie z sobą zrywają. Powiedzenie komuś, że to już koniec, jest brzydkie i fałszywe. To się nigdy nie kończy. Nawet kiedy już o kimś nie myślimy, nadal pozostaje w nas obecny. Istota, która się dla nas liczyła, liczyć się będzie zawsze.
W przypadku Rinriego byłoby to z mojej strony szczególnie paskudne: „Zrobiłeś dla mnie tyle dobrego, jesteś pierwszym mężczyzną, z którym byłam szczęśliwa, nie mam ci nic do zarzucenia, zachowałam po tobie wyłącznie piękne wspomnienia, ale nie mam ochoty dłużej z tobą być”. Miałabym do siebie żal, gdybym mu zaserwowała coś tak niegodziwego. To by zbrukało nasz piękny związek.
Jestem Rinriemu wdzięczna za jego klasę; sam zrozumiał przekaz, nie musiałam mu go wykładać. Tym sposobem dane mi było przeżyć romans doskonały.
Któregoś dnia zadzwonił telefon. Był to Francis Esmenard z wydawnictwa Albin Michel. Oznajmił, że pierwszego września 1992 roku wyda w Paryżu Higienę mordercy. Zaczynało się nowe życie.
Na początku 1996 roku zadzwonił z Tokio mój ojciec:
– Dostaliśmy zawiadomienie od Rinriego. Bierze ślub.
– No nie!
– Żeni się z Francuzką.
W grudniu 1996 roku japoński wydawca zaprosił mnie do Tokio z okazji wydania po japońsku Higieny mordercy.
W samolocie z Brukseli do Tokio czułam się dziwnie. Minęło prawie sześć lat, odkąd nie widziałam ukochanego kraju, z którego uciekłam. Przez ten czas w moim życiu tak wiele się zdarzyło. 10 stycznia 1991 roku byłam babcią klozetową, która zrezygnowała z pracy. 9 grudnia 1996 byłam pisarką, która odpowiadała na pytania dziennikarzy. W tej sytuacji nie był to już awans społeczny; to była kradzież tożsamości.
Pilot musiał otrzymać instrukcje: nie przelatywaliśmy nad górą Fudżi. Ledwie poznałam Tokio. Miasto nie zmieniło się wcale, ale przestało być moim terenem doświadczalnym. Służbowy samochód zawoził mnie w miejsca, w których dziennikarze okazywali mi względy i zadawali różne poważne pytania. Odpowiadałam na nie lekkim tonem i było mi głupio, kiedy widziałam, z jakim respektem wszystko notują. Miałam ochotę im powiedzieć: „Ejże, przecież to tylko wygłupy!”.
Wydawca japoński wydał koktajl z okazji pojawienia się książki na rynku. Zjawiło się wielu gości. Trzynastego grudnia 1996 roku ujrzałam w tłumie twarz, której nie widziałam od 9 stycznia 1991. Podbiegałam do niego, wymawiając jego imię. On wymówił moje. I nie wiedziałam, co dalej. Zostawiłam chłopaka ważącego sześćdziesiąt kilo, spotkałam młodego mężczyznę ważącego dziewięćdziesiąt. Uśmiechnął się i powiedział:
– Utyłem, prawda?
– Co się stało?
Ugryzłam się w język, ale już zdążyłam zadać to głupie pytanie. Mógł mi odpowiedzieć: „Odeszłaś”. Był na tyle elegancki, że tego nie zrobił, wzruszył tylko ramionami w ten tak charakterystyczny dla siebie sposób.
– Nie zmieniłeś się – powiedziałam z uśmiechem.
– Ty też nie.
Miałam dwadzieścia dziewięć lat, on dwadzieścia osiem.
– Słyszałam, że ożeniłeś się z Francuzką – powiedziałam jeszcze.
Potwierdził i przeprosił, że nie mogła z nim przyjść.
– Jej ojciec jest generałem – dodał.
Roześmiałam się z jego nowej ekstrawagancji.
– Skubany Rinri!
– Skubany ja.
Poprosił o dedykację na egzemplarzu Higieny mordercy. Nie mam zielonego pojęcia, co napisałam.
Na autograf czekali już inni. Trzeba było się pożegnać. I wtedy zdarzyło się coś niesamowitego.
Rinri powiedział:
– Chcę się z tobą po bratersku uściskać jak samuraj z samurajem.
Słowa te podziałały na mnie ze straszliwą mocą. Ja, która tak się ucieszyłam na jego widok, poczułam nagle ogarniające mnie nieopisane wzruszenie. Padłam mu w ramiona, żeby ukryć napływające mi do oczu łzy. Uścisnął mnie, ja uścisnęłam jego.
Rinri znalazł właściwe słowa. Znalezienie ich zajęło mu sześć lat, ale nie było za późno. Kiedy mówił mi o miłości, miałam to w nosie, bo nie było to właściwe słowo. Ale teraz powiedział mi właśnie, co z nim przeżyłam, teraz to zrozumiałam. A ja, dopiero usłyszawszy właściwe słowo, staję się zdolna do uczuć.
W czasie tego uścisku trwającego dziesięć sekund, poczułam to wszystko, co powinnam była odczuwać przez wszystkie te lata.
I tych siedem lat emocji przeżytych w dziesięć sekund było diabelnie mocnym doznaniem. A więc Rinri i ja to było właśnie to; braterski uścisk samuraja. O ileż piękniejszy i nobliwszy od głupiej historii miłosnej.
Potem każdy z samurajów wypuścił z uścisku drugiego. Rinri taktownie natychmiast odszedł, nie odwracając się.
Uniosłam głowę w górę, żeby łzy z powrotem spłynęły mi do oczu.
Byłam samurajem, który musiał podpisać książkę następnej osobie.