– A co tutaj robicie?
– Ot, co i w Odessie – wymawiał nazwę miasta z rosyjska: w „Odessje”. – Tańczym prysiudy, śpiewajem w „Bagateli” dwa raza w niedieli.
Z tańca i śpiewu nie żylibyście tak dobrze, pomyślał, i nie stać by was było na drogie ubrania i na dżyn u Atlasa, choć szef „Bagateli”, powszechnie znany pan Scheffer, nie należy do skąpców. Odwrócił się i zaraz miał odpowiedź na swoje pytanie. Ujrzał bowiem kilku mężczyzn, dla których niewielkim wydatkiem byłoby utrzymywanie tych wschodnich królewiczów.
– A w Sylwestra też tańczyliście w „Bagateli”?
– Kiedy? – Grawadze najwyraźniej nie zrozumiał.
No tak, pomyślał Cygan, u Sowietów to tylko urodziny się obchodzi. Nie mają pojęcia, że w kraju katolickim każdy dzień ma swojego świętego. Nawet ostatni dzień w roku. No nie bądź taki zajadły, zganił sam siebie, ci dwaj nie są członkami sodalicji mariańskiej.
– No, w Nowy Rok, kiedy o dwunastej pije się szampańskie! Gdzie wtedy byliście?
– Ach, szampańskie my pili na balu w „Cyganerii” -odpowiedział Czuchna. – Na którym my byli z naszymi narzeczonymi.
– Z którymś z nich? – Cygan wykonał krótki ruch głową, jakby chciał się obejrzeć do tyłu. – Który z nich może to potwierdzić?
– Nie. – Grawadze zrobił oburzoną minę. – My nie taki. My byli z diewuszkami naszymi.
– Nie okłamuj mnie, cioto! – Cygan wysunął dolną szczękę. – Bo inaczej porozmawiamy na komisariacie i wrócicie wy do tej swojej Odessy!
– My nie kłamiemy, pan połkownik. – Czuchna miał łzy w oczach. – One tiepier tańczą w „Bagateli”. Pojdiem wmiestie, pan z nimi pogada, a nawet nie wejdziemy tam, żeby wcześniej nic z nimi nie knuć.
– Tak powiadasz. – Cygan wstał, choć targała nim niepewność co do sensowności podjętej decyzji. – No to idziemy do „Bagateli”!
Powiedział to na tyle głośno, że usłyszeli to nie tylko jego rozmówcy. Kiedy wychodzili we trzech z Atlasa, odprowadzało ich kilka zazdrosnych spojrzeń i szmer głosów powtarzających wieść o najnowszym młodym przyjacielu przystojnych tancerzy.
Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,
godzina dziesiąta rano
Aspirant Walerian Grabski zasmucił się, kiedy wyszedł z archiwum komendy policji. Należał on do ludzi bardzo obowiązkowych, solidnych i zrównoważonych. Raz tylko w życiu opuścił go spokój – było to wtedy, gdy spotkał na swej drodze pewnego księdza katechetę. Podpadł mu kiedyś srogo za parodiowanie jego kazania rekolekcyjnego. Ksiądz, gdy przyłapał Grabskiego na tej zbrodni, stał się wobec niego surowy niczym Katon Starszy dla Kartagińczyków. Podczas gdy przymykał oczy na niewiedzę innych uczniów i promował ich wszystkich bez wyjątku tylko na podstawie własnego przekonania o ich mszalnej religijności, Grabskiego wypytywał szczegółowo o dekrety poszczególnych synodów i soborów, o poglądy Ojców Kościoła, o reformy liturgiczne i homiletyczne. Grabski uczył się tego wszystkiego na pamięć i recytował jak katarynka, ale i tak nie mógł zadowolić katechety. Po dwóch miesiącach udręki nie wytrzymał. Pewnego dnia, kiedy scharakteryzował relacje z Soboru Nicejskiego pióra Atanazego Wielkiego i Sokratesa Scholastyka, za co nie doczekał się pochwały, lecz dezaprobaty, nie wytrzymał. Podszedł do kapłana i tak go spoliczkował, że ten spadł z krzesła. W ten sposób Walerian Grabski opuścił gimnazjum klasyczne po sześciu latach nauki i omal nie trafił do więzienia. Wilczy bilet pozwolił mu jedynie na zdobycie zawodu buchaltera. Właśnie w kantorze buchalterskim na początku lat dwudziestych wypatrzył go Marian Zubik, wówczas szef referatu osobowego we lwowskiej komendzie policji. Poruszony akrybią i punktualnością buchaltera, zaproponował mu pracę w swojej jednostce. Grabski chętnie się zgodził. Potem wędrował po różnych działach, a nawet po różnych miastach, wraz z kolejnymi awansami swojego dobrodzieja. Był człowiekiem mrówczej pracy i miał szczególne upodobanie do archiwaliów. Dlatego trochę się zasmucił, kiedy – trzymając się kolejności zadań wyznaczonej przez Popielskiego – musiał zdjąć zarękawki i chroniący oczy przed kurzem daszek, opuścić archiwa policyjne i udać się na przepytywanie woźnych do internatów. Jego smutek był tym większy, że w aktach policji wszyscy mężczyźni, którzy mieli na sumieniu obyczajowe delikty, byli albo zbyt starzy na to, by udawać młodą kobietę, albo siedzieli w więzieniu, albo opuścili już dawno Lwów. Tych ostatnich było tylko dwóch i żaden z nich nie wyglądał na Cygana.
Bursa na Issakowicza była pierwszą na liście, którą precyzyjnie ułożył, począwszy od zakładów znajdujących się najbliżej gmachu na Łąckiego. Szedł powoli ulicą Potockiego i po raz nie wiadomo który gratulował sobie, że nie zdecydował się na przeniesienie do Lublina, co mu proponowano wraz z awansem. Nie oglądałby tak wspaniałych budowli – jak choćby teraz – pałacu Biesiadeckiego, stylizowanego na średniowieczną warownię – nie spacerowałby po rozległych i zadbanych parkach i nie mógłby odwiedzać swoich ulubionych lokali, ze słynną restauracją pani Teliczkowej na czele, która oferowała na śniadanie chrupiące bułki cebulaki, gotowaną szynkę z chrzanem, a skacowanemu filiżankę barszczu na „ukojenie żołądkowych humorów”.
Aspirant Grabski z żalem porzucił przyjemne myśli i zagłębił się w zadrzewioną uliczkę, gdzie stał potężny gmach bursy zwanej Domem Techników.
Pedel siedział w dyżurce, w której stała wąska kozetka, miednica i maszynka spirytusowa. Już po chwili wiadomo było, że jest charakternym, starym lwowiakiem. W odróżnieniu od właścicieli bursy, którzy dawali tu schronienie męskiej młodzieży bez względu na wyznanie czy pochodzenie, pedel nie był zbyt tolerancyjny. Z miejsca skrytykował „Rusinów zapieczonych, którym państwo daje tu spanie, a oni nic nie robią, tylko knują coś na Polskę”. To określenie nie przysporzyło mu przychylności Grabskiego, który powinien być pokazywany na wszystkich naradach komendantów wojewódzkich jako okaz całkowitej i absolutnej apolityczności, wymaganej przecież przepisami od policjantów.
Aspirant już po chwili wiedział, że pedel jest tak wrogo nastawiony do Ukraińców, że na pytanie o jakieś skrzywienia moralne na pewno odpowie, że wszyscy wychowankowie bursy tegoż pochodzenia mają wybujałą płciowość i popełniają po kilka razy dziennie grzech nieczystości. Postanowił jego wrogość wykorzystać.
– Hej, panie obywatelu! – powiedział groźnie. – A wie pan, że w tej chwili popełnia pan wykroczenie?
– A jakie to niby? – Pedel skulił się.
– Wie pan, że przed przedstawicielem prawa, właśnie tak!, przed funkcjonariuszem państwowym, sieje pan nienawiść narodowościową?
– Ja wcale nie… Jak ich nawet lubię, tych Rusinów… Niejedyn z nich to szac chłopaka!
– No, a wie pan, że ja sam jestem Rusinem? – Grabski zrobił srogą minę i założył na nos binokle.
– Nu, ja nic… Nic… – Woźny był najwyraźniej zakłopotany.
– No dobrze, dobrze, panie… panie…
– A Źrebik ja jestem, Józef na chrzcie mi dali…
– No, panie Źrebik – aspirant pogroził mu palcem – żeby mi to było ostatni raz! Niech pan nie mówi nic, tylko szczerą prawdę!
– Jawol, panie komisarzu. – Stary najpewniej służył za Franciszka Józefa, bo stuknął obcasami w swej dyżurce.
– No to teraz niech pan mi powie, bo pan to wie najlepiej, panie Źrebik. – Grabski pochylił się nad pedlem. – Jak się zachowują ci studenci i uczniowie rusińscy. I nie tylko rusińscy… Polscy, żydowscy, może jeszcze inni… Wie pan, o co mi chodzi… Dziewczynki i takie inne sprawy…
– Ja nikogo tu nie wpuszczam, panie komisarzu. – Źrebik zrobił urażoną minę. – Nikogo obcego! Jestem stary feldfebel i słucham zwierzchności!
– To bardzo dobrze, to się chwali. – Wyciągnął do pedla prawicę. – Niech uścisnę rękę tak dobrego funkcjonariusza państwowego. Ja jestem też niejako pańską zwierzchnością. Ale łagodną i wyrozumiałą…
Źrebik aż pokraśniał z zadowolenia, kiedy podawał rękę Grabskiemu, a ten szykował się do zadania trudniejszych pytań.
– No niech mi pan powie jedną rzecz. Przecież to są młodzi mężczyźni, oni potrzebują kobiecego towarzystwa, wie pan, ja w ich wieku to dnia nie mogłem wytrzymać, żeby… No wie pan…
– Panie komisarzu, myśmy to takiego w wojsku mieli, za kowala robił w Sanoku, co jak rano wstawał, to wiaderku z wodą mógł na zbóju nosić! Tak mu stał!
– No widzi pan. – Grabski roześmiał się szczerze. -Myśmy wszyscy tacy… Z niewiastami trudno, ale bez nich jeszcze gorzej…
– Ja tu zawszy mojej Mani mówię…
– No widzi pan… A tutaj te chłopaki… Żaden z nich na dziunie nie wyskoczy, bo może go nie stać, bo za drogie, prawda, panie Źrebik?
– Ni zichyr. Jedna dziunia kosztuji tyli, co niektórzy czasym na miesiąc maju…
– No to co? Zdarza się chyba, że oni… Wie pan, co mam na myśli… Muszą sobie ulżyć…
– A zdarza, si zdarza – westchnął pedel. – Nieraz to taki kolejki do wychodka, że aż strach, bo jedyn taki owaki zajął kibel na dłużyj… Nu to co un tam robi, jak nie wali kapucyna…
Aspirant przez chwilę się zastanawiał, czy zadając najważniejsze pytanie, nie odwołać się do doświadczeń wojskowych rozmówcy. Uznał jednak, że wprowadzenie typu: „Panie Źrebik, zna pan życie, no to ja pana zapytam wprost…”, może urazić starego, jeśli poczułby się posądzony o skłonności pederastyczne.
– A zdarzało się, żeby wzajemnie sobie robili zadość? – Grabski zadał najważniejsze pytanie bez wstępów. – To się rzadko zdarza, ale się zdarza…
Źrebik ku zaskoczeniu Grabskiego nie żachnął się wcale ani nie zapałał świętym oburzeniem. Jedynie ściszył trochę głos.
– A był tu taki. – Pedel spojrzał uważnie na policjanta spod nastroszonych brwi. – Wyjątkowo na kulegów zajadły. Tu nie Rusin, to rychtyg nasz ze Zdołbunowa. Syn… Żal to mówić, ali to syn pulicaja. Nocą na stryszku chodził i namawiał młodych ze sobu chodzić… On jedyn, inszego nie pamiętam.
– Jak się nazywa ten wychowanek? Ile ma lat? I co teraz robi?
– A to ja już muszy sprawdzić – powiedział pedel i wyciągnął zatłuszczony zeszyt. Poprzewracał kartki i jedną z nich przygwoździł żółtym od nikotyny palcem. – On, mam tegu… Zając Antoni, rocznik dziesiąty…
– Tysiąc dziewięćset dziesiąty, tak? No to ma teraz dwadzieścia siedem lat.
– Tak, tak by to było.
– A co robi, gdzie pracuje?
– Tego to nie wim. Studiował prawo, taki syn, i gdzieś się wyprowadził. Z pięć lat będzi. Nic więcej nie wim.
– A jak on wyglądał?
– A nieduże to było, ale silne, żylaste…
– Brunet, blondyn…
– A czarny…
– Ładny był?
– A bo ja wim? – Źrebik się zamyślił. – Czy to ja wim, kiedy jedyn z drugim ładny czy brzydki?
Grabski, kiedy już znalazł się na odśnieżonym chodniku, świeżo posypanym piaskiem, poczuł dawno nie-odczuwany dreszcz emocji i zrozumiał, że jego żal za archiwaliami jest śmieszny i niewytłumaczalny.
Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,
południe
Aspirant Herman Kacnelson nie był zachwycony zadaniem, jakie otrzymał. Wiele już razy próbował wytłumaczyć naczelnikowi Zubikowi, że sam fakt żydowskiego pochodzenia nie predestynuje go bynajmniej do pracy – jak to mawiał jego szef – „na odcinku mniejszości narodowe”. Kacnelson pochodził z dawno zasymilowanej żydowskiej rodziny, której przedstawiciele od dwóch pokoleń byli lwowskimi prawnikami. Ich stosunek do religii mojżeszowej był – delikatnie mówiąc – dość oziębły, podczas gdy do socjalizmu i niepodległości Polski – wręcz entuzjastyczny. Kacnelsonowie mówili wyłącznie po polsku i nosili tylko polskie imiona. On sam otrzymał wyjątkowe w rodzinie imię „Herman” na pamiątkę po pewnym austriackim oficerze, który pod Sadową uratował życie jego dziadkowi i którego portret wisiał w ich salonie obok portretu najjaśniejszego pana, Franciszka Józefa. Imię „Herman” było zresztą bardzo rozpowszechnione wśród polskich Żydów i aspirant z tego właśnie powodu szczerze go nienawidził, gdyż uważał je za nieznośne piętno żydowskie, za niepotrzebny balast, niegodny nowoczesnego człowieka, który sam decyduje o swojej przynależności narodowej. Nie mógł go jednak zmienić w obawie przed wydziedziczeniem, bo właśnie tak pewnie zareagowałby jego ojciec, gdyby dowiedział się o takim pomyśle. Nic zatem dziwnego, że zadania „narodowościowe”, przydzielane zasymilowanemu aspirantowi przez naczelnika, ten wykonywał niechętnie i czekał na lepsze czasy, kiedy jego szefem zostanie – w co głęboko wierzył – komisarz Edward Popielski, który doceniał jego talent śledczy, a nie dbał o pochodzenie narodowe.
Rozmowy z przedstawicielami religijnych środowisk żydowskich, w których pieczy leżały bursy, napawały go niechęcią. Widząc brudne salki modlitw przy synagogach, chłopców kiwających się w chederowych ławkach, wyświechtane chałaty i jarmułki starozakonnych oraz peruki pobożnych Żydówek, słuchając wywodów w nieznanym mu jidysz, czuł, że się cofa w mrok nieznanego świata, a jego logiczny i racjonalny umysł, wyćwiczony na nieukończonych studiach politechnicznych, zalewają męty jakichś odwiecznych zabobonów.
Z ulgą zatem odhaczył w swym policyjnym notesie wszystkie instytucje religijne, oferujące niezamożnej młodzieży mojżeszowej dach, wikt i opierunek. Było ich raptem kilka i wszędzie na swoje pytania uzyskiwał podobne negatywne odpowiedzi. Nikt ze zwierzchności sierocińców żydowskich nie chciał nawet słyszeć o tym, że w ich internacie mógłby się znajdować jakiś meszuge, który popełniałby grzech Onana lub – nie daj Boże! – sodomitów. Herman Kacnelson – mimo braku jakiegokolwiek tropu – odetchnął z ulgą, odprawił swojego dalekiego kuzyna, którego zatrudniał jako tłumacza z jidysz, i udał się do świeckich żydowskich zakładów wychowawczo-noclegowych.
Pierwszym z nich był Dom Sierot Żydowskich przy placu Strzeleckim. Po dłuższej chwili został dopuszczony przed oblicze jego dyrektora, pana Wolfa Tyśminicera. Policjant przedstawił się, wyjął notes i ołówek, po czym z ciężkim westchnieniem rozpoczął kolejne przesłuchanie. Zadał kilka pytań i poczuł, że jego tętno zaczyna żwawiej bić. Po kwadransie rozmowy Herman Kacnelson przestał przeklinać inspektora Mariana Zubika za to, że ten przydziela mu wyłącznie „żydowskie zadania”.
Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,
godzina dziewiąta wieczór
Aspirant Stefan Cygan wraz z dyrektorem restauracji i dancing-klubu „Bagatela”, Wasylem Pohorylcem, szedł labiryntem wąskich korytarzyków, jakie znajdowały się na tyłach tego znakomitego i znanego lwowskiego lokalu. Za nimi dreptali Czuchna i Grawadze. Nie mógł ich zostawić na zewnątrz w obawie, by któryś nie zatelefonował na zaplecze do „dziewuszek” i nie ustalił szybko wspólnej wersji. Wszyscy czterej zatrzymali się przed drzwiami z napisem „Garderoba”, których górny róg był ozdobiony kwiatkiem z bibuły.
– To tutaj – powiedział dyrektor Pohorylec. – Wraz z innym tancerkami przebierają się tu panna Stefcia i panna Tunia z naszej rewii. Ale usilnie upraszam pana aspiranta o pośpiech. Obie panny zaraz występują na scenie! A teraz niech sam pan aspirant spojrzy, jakie u nas tańczą śliczne dziewczyny. Może to zachęci pana aspiranta do odwiedzenia naszego lokalu? Nigdy pana aspiranta u nas nie widziałem!
A szkoda, wielka szkoda… Proszę posłuchać, jak na górze ładnie śpiewają!
Powiedziawszy to, dyrektor lokalu wskazał palcem na sufit. Z pomieszczenia nad nimi wyraźnie słychać było słowa skocznej piosenki:
Hulaj braci, fajnu.
Gdy harmonia gra.
Bier baby pod pachi,
Bóg ci zdrowia da.
Wszendzi braci hulaj,
Gródyk, Kliparów,
Pu sali katulaj,
Ni majak nasz Lwów.
Pohorylec pokiwał głową, jakby potwierdzał słowa piosenki, i otworzył bez pukania drzwi garderoby. Z pomieszczenia dobiegł śmiech i okrzyki udanego przestrachu. Cygan spojrzał surowo na Czuchnę i Grawadzego, którzy stali w niszy prowadzącej do toalety.
No już – warknął. – Nie ruszać się z tej dziury i czekać na mnie!
– A ja już pójdę, panie aspirancie – powiedział Pohorylec. – Wie pan aspirant, obowiązki czekają, teraz pełnia karnawału, usilnie upraszam o pośpiech…
Cygan powstrzymał się od zwrócenia uwagi dyrektorowi, że jego gadanina jest zupełnie czcza, skinął głową, wszedł do garderoby i zamknął za sobą drzwi.
Policjant miał już lat dwadzieścia osiem, był od niedawna zaręczony i nie pamiętał dobrze czasów, kiedy gimnazjalistę Stefcia Cygana niepokoiły erotyczne sny i marzenia o tancerkach z tingel-tangla. Ten niepokój i fantazje teraz powróciły. Widok tuzina półnagich kobiecych ciał, falbanek i pończoch, zapach perfum i pudru – wszystko to spadło na Cygana nieoczekiwanie i wyprowadziło go na moment z równowagi. W powrocie do niej nie pomagały mu bynajmniej uśmiechy, trzepotanie długimi rzęsami i zalotne, zaciekawione spojrzenia tancerek. Postanowił zastosować niezawodne remedium przeciwko płciowej ekscytacji – przypomniał sobie fotografie kobiecych genitaliów zdeformowanych przez choroby weneryczne, które oglądał na zajęciach z medycyny sądowej podczas szkolenia policyjnego w Tarnopolu. Pomogło. Spojrzał na tancerki ze sztuczną powagą.
– Które z was mają na imię Stefcia i Tunia? – zapytał.
– My. – Dwie dziewczyny, brunetka i blondynka, wystąpiły spośród innych.
– Nazwiska, nie pseudonimy!
– Ja jestem Stefania Mazur – powiedziała szczupła blondynka. – A to Antonina Kaniewska, czyli nasza Tunia. – Wskazała na swoją czarnowłosą koleżankę.
– Macie narzeczonych? – Cygan wyjął ołówek i zganił się w myślach za głupie pytanie.
– A bo to jednego, panie komisarzu? – roześmiała się w głos tancerka, która właśnie poprawiała pończochę.
– Milcz, głupia małpo! – krzyknęła do niej Stefcia i uśmiechnęła się do Cygana. – Mamy, ale przy panu komisarzu to każdy z nich słabowaty…
Plebejski komplement podziałał na Cygana elektryzująco. Przenosił wzrok ze Stefci, która oparła dłonie na wąskich biodrach i przypatrywała mu się z sympatią, na tancerkę, która rolowała pończochę na swoim kształtnym udzie.
Wyobraźnia pokonała go. Zamiast strasznych obrazów wciąż widział oplatające go lubieżne kobiece ciała. Na szczęście w garderobie rozległ się dzwonek wzywający tancerki na scenę.
– Z kim panna Stefcia i panna Tunia spędziły Sylwestra? – zapytał rozpaczliwie.
Wtedy otworzyły się drzwi i stanął w nich zaniepokojony dyrektor Pohorylec. Zza jego szczupłej sylwetki doskonale widoczni byli Czuchna i Grawadze.
– O, z nimi – krzyknęła z radością panna Tunia, wskazując palcem na obu cudzoziemców. – Z tymi ślicznymi Kozakami! Jakie oni robią piękne prysiudy!
Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,
godzina druga po południu
Aspirant Walerian Grabski siedział w poczekalni Banku Komercjalnego przy ulicy Legionów i wyglądał przez okno, czekając na pracującego w bankowym zespole jurystów pana Antoniego Zająca. Policjant był bardzo zadowolony ze swojego dnia pracy. Po uzyskaniu ważnej informacji od pedla Józefa Źrebika udał się natychmiast do sekretariatu Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza. Tam leciwa kierowniczka biura, panna Eugenia Koczurówna, założyła zarękawki i przeprowadziła skrupulatne poszukiwania w studenckich aktach. Znalazła bez trudu studenta o nazwisku „Antoni Zając”, urodzonego w roku 1910. Wynotowała numer indeksu onego i przejrzała akta absolwentów. Po tych sumiennych eksploracjach, które wprawiły Grabskiego w prawdziwy urzędniczy podziw, kierowniczka oznajmiła, iż pan magister Antoni Zając ze Zdołbunowa ukończył studia prawnicze rok temu i postanowił odbyć bezpłatną roczną praktykę w intendenturze uniwersytetu. Aspirant Grabski wygłosił wyrazy podziwu dla akrybii panny Koczurówny i udał się do intendentury, gdzie dowiedział się, iż praktykant o takim nazwisku pracuje od kilku tygodni w Banku Komercjalnym.
Grabski był teraz w owym banku, stał – bardzo z siebie zadowolony – przy oknie na korytarzu prowadzącym do gabinetów bankowych jurystów i z nudów przyglądał się pracownikom odśnieżającym chodnik przed cukiernią Bienieckiego, gdzie zamierzał w nagrodę za swoje dzisiejsze sukcesy zjeść kilka ciastek z kremem.
Szczęknęły drzwi i na korytarzu rozległy się powolne kroki. Grabski odwrócił się i ujrzał zbliżającego się ku niemu młodego mężczyznę w ciemnym ubraniu. Był on niewysoki, śniady, czarnowłosy, o dużych czarnych oczach.
– Pan Antoni Zając, rocznik 1910? – zapytał.
– Tak, to ja – odpowiedział mężczyzna. – O co chodzi? Z kim mam przyjemność?
– Aspirant Walerian Grabski. – Odsłonięta odznaka policyjna zrobiła na Zającu duże wrażenie. – W jakiej bursie pan mieszkał podczas studiów?
– W Domu Techników na Issakowicza – odparł urzędnik.
Grabski uchylił kapelusza na pożegnanie i przecisnął się z trudem obok Zająca, ocierając się o jego potężny wystający brzuch.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
południe
Dziękuję panu, panie Grabski, za relację – powiedział Zubik po polsku i zapalił ulubione cygaro „Patria”. – Ten Zając okazał się słoniem, a słonie nie chodzą po hotelowych rynnach…
Kacnelson i Grabski uśmiechnęli się wymuszenie, Zaremba wybuchnął szczerym i głośnym śmiechem; jedynie Mock milczał, nie zrozumiawszy ani słowa z dowcipu Zubika.
– Niedobrze, moi panowie, niedobrze – powiedział naczelnik. – Ci dwaj Ruscy mają alibi, kolejny podejrzany jest gruby, zbyt gruby, aby uprawiać akrobacje na dachu. – Tu przeszedł na niemiecki. – W sierocińcach i szkołach też nic, co zrelacjonował nam pan Zaremba. A co z mniejszościami narodowymi, panie Kacnelson? Mamy tu jakiś trop?
Herman Kacnelson skrzywił się, słysząc „mniejszości narodowe”, i opowiedział o swoich nieudanych poszukiwaniach w żydowskich środowiskach religijnych. Mimo jego kwaśnej miny koledzy słuchali w napięciu raportu, ponieważ wiedzieli, że ich „Gudłajek” – jak nazywali go po kryjomu – lubi niespodzianki tak bardzo jak szachową grę kombinacyjną i po niewinnym, niczego niezwiastującym początku nie raz i nie dwa potrafił na końcu swej relacji uderzyć prawdziwą bombą.
Po przesłuchaniu wszystkich ortodoksów – tak zawsze Kacnelson określał zaangażowanych religijnie staro-zakonnych – wziąłem na celownik świeckie bursy i te prowadzone przez żydowskie organizacje społeczne.
Dyrektor Domu Sierot Żydowskich, pan – spojrzał do notesu – Wolf Tyśminicer, podał mi interesujący trop. Dwudziestoletni mieszkaniec bursy, niewysoki i szczupły brunet o nazwisku Izydor Drescher, nader chętnie grywał role niewieście w przedstawieniach szkolnych. Po ukończeniu szkoły kupieckiej pracował w firmie drzewnej „Ingber i Wiener” i miał warunkowo mieszkać w bursie, dopóki nie znajdzie jakiegoś samodzielnego lokum. Pan Tyśminicer zastał go kiedyś pijanego na schodach bursy. Natychmiast wymówił mu miejsce. Drescher przeprowadził się na Zieloną. Wypytałem tam stróża o niego. Dowiedziałem się, że inwigilowany już nie pracuje w firmie drzewnej, lecz nadużywa alkoholu i jest artystą estradowym w pobliskiej knajpie Kanarienfogla. Przedwczoraj wieczorem obejrzałem program artystyczny pokazywany w tej spelunie. Doprawdy, było co oglądać! – Prychnął pogardliwie. – Drescher z obfitą brodą, w sukience, na scenie kręci się w kółko w żydowskim tańcu i wrzeszczy do klezmerskej muzyki: „Aj, waj!” A wokół ryczący z uciechy tłum żołnierzy i podoficerów z koszar na górze św. Jacka. Po występie podszedłem do Dreschera i przesłuchałem go szczegółowo. Nade wszystko chciałem sprawdzić, czy ta broda jest prawdziwa.
– Po co? – zapytał Zubik.
– Podejrzany odznacza się kobiecą urodą, tak? – Kac-nelson spojrzał przeciągle na naczelnika. – Gdyby miał brodę, to chyba nie zostałby we Wrocławiu porównany do kobiety, prawda?
– No i co się stało z tą brodą – dopytywał się Mock. -Urwał mu pan tę brodę?
– Coś się stało. Z moją twarzą. – Kacnelson dotknął swojego policzka, na którym widniał duży siniec. – Nie chciałem panom wyjaśniać, kiedy panowie dzisiaj pytali o siniak, bo panowie wiedzą, jak lubię niespodzianki. – Uśmiechnął się cierpko. – A zatem kiedy pociągnąłem Dreschera za jak najbardziej prawdziwą brodę, rzucił się na mnie jakiś drab, jego przyjaciel, który myślał, że chcę tancerzowi zrobić krzywdę. I dostałem fangę pod oko.
– A gdzie jest ten przyjaciel i jak się nazywa? – zapytał Mock.
– Nie wiem. – Kacnelson pogardliwie wzruszył ramionami. – Uciekł, a ja nie mogłem go zatrzymać. Akurat tego dnia nie wziąłem ze sobą broni.
Mock po każdym wygłoszonym dziś raporcie czerwieniał coraz mocniej, osobliwie na karku, a po wypowiedzi Kacnelsona jego szyja nabrała koloru purpury. Wyciągnął w górę krótkopalczastą dłoń – sygnet z onyksem błysnął – i spojrzał w oczy Zubikowi.
Bardzo proszę. – Naczelnik skinął głową. – Udzielam panu głosu!
– Dziękuję, panie inspektorze. – Mock wstał i rozejrzał się po zebranych. – Nie chciałbym panów urazić, ale żałuję, że nie ma z nami komisarza Popielskiego. Mam coś ważnego do powiedzenia, a on by to dobrze przetłumaczył…
– Nie ma go – powiedział Zubik z irytacją – bo dla niego jest za wcześnie. Świeci dziś słońce. Mógłby ulec atakowi choroby, której nikt nigdy nie widział…
– O, przepraszam pana naczelnika. – Zaremba zerwał się z krzesła. – Ja widziałem i zaręczam…
– Panowie! – przerwał mu Mock. – Przepraszam, że się wtrącam, ale nie czas na kłótnie. Czy pozwolą panowie, że wygłoszę kilka uwag krytycznych o panów pracy?
– Proszę! – Zubik obrócił się gniewnie w stronę Mocka, omal nie zrzucając z biurka przepełnionej popielnicy.
– Po pierwsze – Mock mówił już spokojnie – wszyscy z panów prowadzą samodzielne działania, a powinno się chodzić we dwóch! To policyjny elementarz! Pan Kacnelson został zaatakowany. A co by było, gdyby ten Drescher był rzeczywiście mordercą? Uciekłby razem ze swoim obrońcą, a policjant leżałby nieprzytomny gdzieś w kącie sali. Po drugie – nabrał tchu – panowie są zbyt łatwowierni i przepraszam, zbyt naiwni. Jak można iść do podejrzanego i nie wiedzieć, ani kim on dokładnie jest, ani jakie ma słabości, ani jak go można przycisnąć, by do wszystkiego się przyznał! Zaoszczędziliby panowie mnóstwo czasu, gdyby wypytali świadków o wygląd podejrzanego, czy jest chudy, czy gruby, czy ma brodę, czy też nie…
– Proszę nas nie pouczać! – warknął Zubik. – Co to znaczy „przycisnąć”? Szantażować? My nie stosujemy szantażu wobec przesłuchiwanych, my działamy zgodnie z prawem! To, co pan nam proponuje, to są jakieś… To są jakieś… Tortury – przypomniał sobie niemieckie słowo. I powiedział z naciskiem: – To są metody faszystowskie, może dobre w Niemczech, ale nie u nas, rozumie pan, szanowny panie dyrektorze kryminalny?
Zanim Mock zdołał ochłonąć i zebrać myśli po ostrej ripoście, uchyliły się drzwi i do gabinetu weszła panna Zosia. Jej widok i łagodny uśmiech podziałały kojąco na wszystkich mężczyzn. Zubik obciągnął kamizelkę na wydatnym brzuchu, Zaremba zaczął przewracać oczami, Grabski oderwał się od notatek, Kacnelson przestał masować policzek, a Mock zapomniał w jednej chwili o tym, że nie wprost został nazwany „faszystą”.
– Pukałam – powiedziała sekretarka – ale panowie byli chyba zbyt zaabsorbowani naradą i nie słyszeli. Mam ważny telegram z Katowic. Właśnie go rozszyfrowali.
– Proszę przeczytać, panno Zosiu. – Zubik przybrał władczą pozę. – A pan, panie Zaremba, niech przetłumaczy wszystko naszemu szanownemu gościowi!
– W zakładzie dla obłąkanych w Rybniku, stop, kobieta pogryziona na twarzy przez psa, stop, Maria Szynok, lat dwadzieścia, stop, twierdzi, że pogryzł ją jakiś hrabia – panna Zosia odczytała treść depeszy i spojrzała na obecnych.
– Dziękujemy pani. – Zubik nie krył rozczarowania, kiedy odbierał od sekretarki druk z podpisem policyjnego deszyfranta. – No i co, moi panowie? – Obrócił się do policjantów, kiedy już wyszła. – Który z panów ma ochotę pojechać na Śląsk, przesłuchać chorą psychicznie kobietę i dowiedzieć się, czy ugryzł ją hrabia, czy tygrys? Może pan chciałby, panie dyrektorze kryminalny Mock? Stamtąd jest tak blisko do Wrocławia…
– Nie wypędzi mnie pan stąd – odparł Mock przez zaciśnięte zęby i oparł się pięściami o blat biurka Zubika – dopóki nie znajdę tej świni! A pojadę do Katowic, bo ja nie lekceważę żadnego tropu, rozumie pan, wielce szanowny i wielce moralny panie inspektorze?
– Powinien pan powiedzieć „znajdziemy”, a nie „znajdę”! – Zubik wstał i również oparł pięści o biurko. – To nie jest pańska prywatna sprawa!
Żuchwy obu policjantów ruszały się, jakby młócili w ustach przekleństwa i obelgi. Obaj wyglądali jak goryle, które szykują się do ataku. Trwali w tej pozie dobre piętnaście sekund. Ani jeden, ani drugi nie mrugnął nawet okiem. Zapadła ciężka cisza.
Pierwszy ustąpił Mock. Odszedł od stołu, włożył płaszcz i melonik, po czym powiedział bardzo powoli:
– Tak, ma pan rację. Powinienem był użyć liczby mnogiej. „Znajdziemy” tę świnię. Ale to „znajdziemy” dotyczy mnie i jeszcze kogoś. Żadnego z panów tu obecnych! Z tym kimś znajdziemy we dwóch tego potwora i przyniesiemy tu jego głowę. Per fas et nefas. Wie pan, co to znaczy? Wnioskując z pana miny, sadzę, że pan nie wie. Ale ten ktoś będzie wiedział, bo zna łacinę.
Powiedziawszy to, Mock wyszedł z gabinetu naczelnika.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina pierwsza po południu
Na stole w zaciemnionym salonie stała patera z dużymi kawałkami sernika i makowca, a obok niej talerze z sałatką jarzynową, sztangielkami, przyozdobionymi grubą solą i kminkiem, i ze śledziami, owijającymi połówki jajek. Określenie poczciwej Hanny Półtoranos: „śledzie z beczki”, od lat co piątek korygował Edward Popielski, mówiąc: „Zawsze myślałem, że śledzie są z morza”. To żartobliwe poprawianie służącej należało do piątkowej tradycji domowej i wywoływało u domowników zawsze te same reakcje: u Hanny – pobłażliwe kiwanie głową, u Leokadii – lekki uśmiech, a u Rity – znudzone i pogardliwe wydęcie warg.
Dzisiaj Popielski z nikim się nie przekomarzał. Siedział przy stole w swej wiśniowej bonżurce z aksamitnymi wyłogami, w jego ustach dymił papieros w bursztynowej cygarniczce, a świeżo ogolona głowa wydzielała zapach wody kolońskiej, kupionej zeszłego dnia przez Leokadię w perfumerii „Pod Czarnym Psem”. Nie tknął ani ciastek, ani sałatki, ani ulubionych śledzi. Zastygł w osobliwej pozie dalekowidza, któremu się nie chce założyć binokli: w jednej wyprostowanej ręce trzymał jakiś list, a w drugiej gazetę, i co chwila przenosił wzrok między oboma tekstami.
Leokadia wiedziała, jaka jest przyczyna fatalnego humoru Edwarda. Był nią mały, adresowany do niego liścik z wystukanym na maszynie nazwiskiem, który ktoś około pierwszej w nocy wsunął w szparę na listy. Kuzynka położyła mu go na biurku; kiedy niosła list, czuła bijącą od koperty woń tanich perfum. Najpierw myślała, że nadawczynią jest jedna z jego dziewczynek, z którymi – w obawie przed nadszarpnięciem swej i tak wątpliwej reputacji – udawał się sleepingiem w nocne podróże do Krakowa. Odrzuciła jednak tę myśl. Po pierwsze, żadna z nich nie pisze na maszynie, a po drugie, wszystkie zdziry są ładne i mają kochanków na tyle bogatych, że używają lepszych perfum. Obawiała się, że liścik ten związany jest z jedyną tajemnicą w życiu Edwarda, której – mimo wielu zabiegów – nigdy jej nie wyjawił.
Kiedy patrzyła teraz na zachmurzonego kuzyna, który nawet nie tknął śniadania, czuła wzbierającą złość. Miała dosyć jego porannych humorów, ponurych spojrzeń przy śniadaniu, neurotycznych wybuchów i szalonej miłości do Rity, przy której udawał apodyktycznego tyrana, choć tak naprawdę był psem, skamlącym o drobne pieszczoty.Najbardziej jednak nie znosiła jego fałszywej tajemniczości. Wiedziała doskonale, że i tak jej wyjawi powód swojego dzisiejszego rozstroju, lecz najpierw się z nią trochę podroczy, porobi różne gesty i pantomimy, będzie sapać i syczeć, by w końcu wybuchnąć i wszystko opowiedzieć ab ovo. Jego reakcje i prawie wszystkie sekrety znała tak dobrze, jak bridżową rozgrywkę na przebitki. Atoli ten pachnący tandetnymi perfumami liścik wyprowadził ją trochę z równowagi. Obawiała się, że wiąże się on z czymś mrocznym i nieznanym, czego Edward jej nigdy nie powiedział i chyba nie powie. Była prawie pewna, że liścik ten ma związek z tajemniczymi wizytami w mieszkaniu tego baletmistrza Szaniawskiego, o czym powiedziała jej w magazynie sztucznych kwiatów na Halickiej sprzedawczyni, która często w tym lokum bywała w ramach, by tak rzec, obowiązków zawodowych.
Leokadia z irytacją rozrzuciła karty, które znów odmówiły ułożenia galernika, i podzieliła je na cztery odkryte kupki, a potem starannie ułożyła bridżowe rozdanie. To zwróciło uwagę Edwarda. Odłożył list i gazetę. Zapomniał na chwilę o swoim kłopocie, odkroił widelczykiem kostkę sernika i pochłonął go z wyraźną przyjemnością.
– Zobacz, Edwardzie – powiedziała, rozłożywszy karty. – Takie było wczoraj rozdanie. Asesor zalicytował jeden pik. Asesorowa spasowała. Co byś powiedział na moim miejscu? Oto moje karty – wskazała jedną kupkę szczupłą, wypielęgnowaną dłonią. – Uzgodniłbyś piki czy pokazał trefle? Jedno i drugie wątpliwe… Zaraz ci opowiem, co się stało, tylko najpierw spójrz uważnie na karty.
Leokadia nic jednak nie zdążyła opowiedzieć, a Popielski przeanalizować kart, bo zadzwonił dzwonek u drzwi. Po dziesięciu mniej więcej sekundach do salonu weszła Hanna.
Panie kumisarzu – powiedziała służąca wielce strapiona – jakiś aligancki spuchlak do pana.
– Ileż to razy Hannę prosiłem – powiedział ze złością Popielski – żeby Hanna nie wygłaszała jakichkolwiek uwag o gościach! Przecież ten pan mógł to usłyszeć!
– Ludzi ratujci! – Hanna nie poddawała się łatwo. – Ta on zichyr pu naszemu ni kapuji.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
kwadrans na drugą po południu
Mock nie zrobił najlepszego wrażenia na Leokadii, co Popielski od razu zauważył. Uznał, że jego kuzynka -maniaczka bridża – jest zła, ponieważ nie mogła mu dokończyć opowieści o wczorajszych licytacyjno-rozgryw-kowych perypetiach. Niemiecki policjant nie zyskał też wiele w jej oczach, kiedy zrobił wielce zdziwioną minę, gdy Popielski mu oznajmił, że przed Leokadią nie ma żadnych tajemnic i mogą śmiało rozmawiać przy niej o sprawach służbowych. Na widok grymasu niedowierzania u Mocka kuzynka demonstracyjnie zebrała karty ze stołu i wyszła pod jakimś pretekstem. Popielski nie przejmował się jej fumami, milczał, a jego myśli znów krążyły – jakby Mock w ogóle nie istniał – wokół gazety i listu leżących na stole. Niemiec również milczał, uważnie przypatrywał się Popielskiemu i nie mógł się skupić na tym, co miał mu zakomunikować. Powodem dekoncentracji Mocka były śledzie, które uwielbiał i które mu przypominały, że od śniadania nie miał nic w ustach. Hanna postawiła filiżankę przed gościem, który jej za to podziękował szerokim, nieszczerym uśmiechem.
– Czemu zawdzięczam pańską wizytę w moich progach? – Brzęk filiżanki, stawianej na spodeczku, wyrwał Popielskiego z zamyślenia. – Coś nowego pojawiło się na naradzie u naczelnika Zubika?
– Jest taki stary zwyczaj uniwersytecki – Mock ujął szczypczykami kostkę cukru i wrzucił ją do kawy – pochodzący z czasów, kiedy studia nie były tak masowe jak dzisiaj. Student pojawiający się na nowej uczelni odwiedza w domu swoich profesorów. Dlatego jestem tu u pana.
– Och, bardzo pan łaskaw dziś dla mnie. – Popielski podsunął gościowi paterę z ciastem. – Ale to porównanie jest grubo przesadzone. Nie będę robił zalotów i nie będę panu schlebiał, że to pan jest profesorem, a ja studentem. Nie, to byłaby nieprawda. My jesteśmy sobie równi. O, widzi pan? W gazetach piszą „Spółka Popielski, Mock i Zaremba”.
– Ładnie brzmi. – Mock łakomie włożył do ust kawałek makowca. – Popielski, Mock i Zaremba…
– Nawet zastanawiałem się przez chwilę, jakie to może być metrum. – Komisarz postukał rytmicznie paznokciem w blat stołu.
– To dymetr jambiczny z kataleksą, a ostatni jamb jest anapestem – powiedział Mock, przełknąwszy kęs ciasta.
– Interesuje się pan metryką? – Na twarzy Popielskiego odbiło się zdumienie pomieszane z radością. – Ja też się tym kiedyś bardzo interesowałem, zwłaszcza niezgodnościami akcentuacyjnymi w początkach wierszy dialogowych u Plauta. Zdaje się, że jakiś wasz uczony z Breslau pisał na ten temat.
– Być może, nie wiem… – Mock zamyślił się przez chwilę. – Na studiach rozebrałem metrycznie całą Casinę i Aulularię Plauta. – Wyjął złotą papierośnicę i podsunął ją swojemu rozmówcy.
– Łącznie z partiami chóralnymi? Naprawdę? – Popielski oglądał przez chwilę niemieckiego papierosa „Juno”, po czym znów spojrzał z radością na Mocka. – Zwłaszcza te rozbiory są fascynujące! To jak opisywanie nowych roślin i owadów!
Przez chwilę obaj milczeli, uśmiechali się do siebie, a ich myśli krążyły wokół dawnych lat gimnazjalnych i studenckich, kiedy obaj kroili ostrymi ołówkami wiersze starożytnych poetów i wycinali z nich całostki czyste i krystaliczne jak równania trygonometryczne.
– Ten dymetr z naszymi nazwiskami – Mock przerwał milczenie – ładnie brzmi, ale jest nieprawdziwy. My przecież tworzymy o wiele większą grupę pod wodzą naczelnika Zubika. Jest nas razem sześciu: pan, Zaremba, Grabski, Cygan, Kacnelson i ja. Dobrze pamiętam nazwiska? To trochę za dużo. Taka duża załoga jest nieco bezwładna, działa niesprawnie… – Zaciągnął się papierosem i spojrzał uważnie na swojego rozmówcę. -
Coś panu powiem… W zaufaniu… Coś mi przyszło na myśl na dzisiejszej naradzie… My dwaj, wie pan, tylko my dwaj, musimy w tej grupie stworzyć dwuosobową brygadę do specjalnych poruczeń. Brygadę uprzywilejowaną, o wyjątkowych uprawnieniach. Tylko pan i ja.
Bez konieczności składania raportów i ciągłych narad.
To przecież strata czasu! Jeśli ktoś z pozostałych dowie się czegoś istotnego, to nam na pewno powie. Co pan o tym sądzi?
Zanim jednak zdumiony Popielski zdążył pomyśleć i wyrazić swoje zdanie, Niemiec zaczął relacjonować w porządku chronologicznym poranną naradę u naczelnika Zubika, aż doszedł do swojej z nim kłótni na temat „metod faszystowskich”. Popielski słuchał tego bardzo uważnie aż do momentu, kiedy w wypowiedzi Mocka pojawiły się liczne przykłady zastosowania metody nacisku, zwanej przez niego samego „imadłem”. Słuchał, jak wrocławski policjant ścisnął niegdyś w owym imadle pewną prostytutkę morfinistkę, i czuł, że w jego gardle wzbiera gorycz. Przypomniał sobie siebie, szantażującego w Ossolineum niewinną dziewczynę. Wszystko to ujrzał w jednej chwili: strach, zapłakane, przerażone oczy, oplutą, przedartą w pół wizytówkę obok skrzynki z rewersami. Jak podarty szkolny mundurek na miejscu gwałtu.
– Dość, panie Mock! – przerwał mu gwałtownie. -Czyżby pan, tak szeroko opisując mi owo hiperskuteczne imadło i krytykując moich współpracowników, proponował mi po cichu stosowanie metod przestępczych?! A nade wszystko niehonorowych! I to w dodatku w tajemnicy przed moim zwierzchnikiem! To niby miałyby być te nasze specjalne uprawnienia?
– Nie sądziłem, że jest pan takim służbistą. – Mock położył na blacie stołu splecione dłonie, a jego spinki przy mankietach brzęknęły cicho. – Czyżby w Polsce policjanci byli szlachetnymi rycerzami, którzy walczą zawsze z otwartą przyłbicą?
– Ma pan dzieci?
– Niestety, nie. – Mock poprawi! się nerwowo na krześle, jakby był zły na siebie za zbytnią szczerość widoczną w słowie „niestety”. – Nie rozumiem pańskiego pytania.
– A ja mam. – Popielski obie dłonie oparł na wysokim czole i zza nich patrzył na Mocka poirytowanym wzrokiem. – Siedemnastoletnią córkę. Ukochaną Ritę, którą wychowałem sam. Bez matki. I wychowałem ją bardzo źle. A teraz muszę ją chronić przed Minotaurem i przed wieloma innymi mężczyznami, którzy chcieliby z nią zrobić to, co on! No może poza zamordowaniem i zjedzeniem… Mam wybór: albo zawrzeć z panem spółkę „Popielski & Mock” i tropić bestię per fas et nefas, albo nie przejmować się śledztwem, prowadzić je opieszale, a całą moją energię poświęcić na ochranianie córki!
Popielski zaciągnął się papierosem tak mocno, jakby chciał go połknąć, i rzucił go z wściekłością na podłogę. Opamiętał się jednak, nie zdeptał niedopałka na wypastowanym parkiecie, lecz chwycił list ze stołu, zebrał nań czerwone kruszyny żaru i wsypał je do popielnicy.
– Niech pan posłucha, Mock. – Popielski usiadł, otarł pot z czoła i spojrzał w oczy swojego rozmówcy. – Wybrałem to drugie. Będę chronić moją córkę. Nie będę ścigać bestii. A teraz przepraszam, ale muszę się ubrać. Idę wkrótce do pracy.
– Bardzo szanuję pańskie uczucia rodzinne – Mock udał, że nie rozumie sugestii Popielskiego – ale zamiast odpowiedzi na moje pytanie, czy polska policja to rycerze honoru, usłyszałem o pańskich lękach przed… tragedią, jaka oby nigdy nie spotkała pańskiej córki!
– No tak, mówię dość chaotycznie… Jestem panu winien wyjaśnienie – dłoń Popielskiego klasnęła o łysinę.
– Już mówię! Otóż chwyciłem w takie właśnie imadło koleżankę mojej córki, chcąc, aby mi donosiła, co robi Rita i z kim się widuje, kiedy nie mam nad nią kontroli. Ta koleżanka, niezwykle delikatne i subtelne dziewczę, popłakała się i przeżyła wstrząs. Chciałem z niej zrobić konfidentkę, donosicielkę! Zbrukałem ją! To tak, jakbym ją zgwałcił! Oto, do czego prowadzi pańskie imadło! A teraz coś panu przeczytam!
Popielski wstał, włożył binokle i zaczął powoli tłumaczyć pachnący liścik, na który przed chwilą zgarniał żar i popiół z papierosa.
– „Szanowny Panie Komisarzu! Po ostatnim naszym spotkaniu, kiedy ujrzałam w gazecie fotografię Pana Komisarza, zrozumiałam, jak ważną społecznie misję Szanowny Pan spełnia, szukając tej bestii, która morduje i zagryza niewinne dziewice. Gazetę z Pańską fotografią schowałam do szuflady mojego sekretarzyka i zawsze tam zaglądam, kiedy się czuję przez coś zagrożona. Wtedy patrzę na Pana Komisarza i jest mi tak dobrze, tak bezpiecznie… O wiele lepiej wygląda Pan Komisarz w rzeczywistości niż na tej fotografii, ale tutaj i tak lepiej od tego otyłego pana Niemca”…
– Niech pan pokaże tę gazetę! – przerwał mu Mock. -Rzeczywiście tak grubo wyszedłem na tej fotografii?
– No… – zawahał się Popielski i podał Mockowi gazetę. – Za szczupły to pan tu rzeczywiście nie jest… Ale w rzeczywistości dużo chudszy… To taka nieudana fotografia… No dobrze, ale czytam dalej: „Po naszym ostatnim spotkaniu zrozumiałam, jakie śmieszne miałam opory przed współpracą z Panem Komisarzem i że Pańska propozycja, ba!, nawet ostre żądanie, jest dla mnie zaszczytem. Niniejszy list jest dowodem mojej zgody.
Śpieszę donieść, że Ricie może zagrażać niebezpieczeństwo ze strony naszego polonisty, pana profesora Jerzego Kasprzaka. Jest to młody nauczyciel, który nastąpił po pani profesor Mąkosównie. Jest on kierownikiem kółka dramatycznego i uważa, że Rita ma olbrzymi talent aktorski. Nieustannie jej o tym mówi i proponuje jej role w szkolnych przedstawieniach. Jest to, moim zdaniem, szkodliwe, bo odciąga ją od nauki i od ważniejszych przedmiotów. A jeszcze większa szkodliwość jest w tym, że Rita skrycie się chyba kocha w profesorze Kasprzaku. Często rozmawiają ze sobą na przerwach, co oczywiście wszystkie koleżanki komentują. Z wyrazami szacunku, Jadwiga Wajchendlerówna”.
Popielski usiadł wyczerpany na fotelu pod zegarem. Szare smugi dymu snuły się pod jasno świecącym żyrandolem. Rozpalony piec ział gorącem. Obaj byli zmęczeni i czuli się jak zagorzali gracze po całonocnej grze w karty, którzy nie mają pojęcia, że nadszedł już nowy dzień i wciąż siedzą w dymie przy zasuniętych storach. Popielski rozpiął dwa guziki koszuli i wierzchem dłoni otarł pot z głowy. Mock wachlował się gazetą.
– Niechże pan otworzy okno, drogi panie – powiedział – bo się tu podusimy od gorąca.
Popielski zdjął haczyk oberluftu i do salonu wpadło świeże, mroźne powietrze. Mock najchętniej otworzyłby cały balkon, ale, jak zauważył, było to niemożliwe, ponieważ wszystkie okna oprócz małego lufcika były uszczelnione pakułami, a ich brzegi zalepione taśmą.
– Pozwoli pan, że podsumuję. Postaram się również oddalić pańskie obawy – powiedział Mock, znów łakomie patrząc na śledzie. – Jest pan teraz bardzo zdenerwowany. Rozumiem doskonale pana zaniepokojenie tym frantem nauczycielem, choć ja sam nie mam dzieci. Ale po kolei. Najpierw sprawa tej koleżanki. Cóż, została donosicielką, bo pewnie durzy się w panu, o czym świadczą niektóre passusy tego listu. Wyrzuca pan sobie, że ją pan zepsuł? Trudno, to już się stało. Jakaś dziewczyna złamała święte więzy przyjaźni – ironia w jego głosie była bardzo wyraźna – ale dzięki temu pan kontroluje córkę. Tylko że pan ma wciąż wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie! Ta mała Hedwig prędzej czy później sprzeniewierzyłaby się jakimś zasadom! Co ona w ogóle pana obchodzi?! Ważna jest pańska córka! Pańska krew!
Mock, wygłosiwszy swoją tyradę, uderzył pięścią w stół, aż brzęknął dzbanek z resztką kawy. Popielski odniósł wrażenie, że reakcja jego rozmówcy nie była autentyczna, lecz przemyślana i trochę wystudiowana.
– A teraz rzecz następna – ciągnął Mock. – Nie chce pan prowadzić śledztwa w sprawie Minotaura, bo nie ma pan na to czasu? Rozumiem, sam kiedyś byłem w takiej sytuacji, że nie obchodzili mnie seryjnie mordowani ludzie, bo przeżywałem silne nieporozumienia z moją pierwszą żoną. Rozumiem zatem! Cały czas musi pan przeznaczać na chronienie córki przed różnymi Minotaurami. To jasne! Ale na Boga! Niech pan działa zapobiegawczo! Niech pan usunie wszelkie obawy dodatkowe i drugorzędne, jakieś lęki o belfra uwodziciela! Niech pan po prostu ostudzi jego amory, niech pan go chwyci w imadło, a córkę niech pan odda pod opiekę jakiegoś policjanta, który nie zawaha się przed użyciem w jej obronie rewolweru albo chociaż pięści! A potem z czystym sumieniem i jasnym umysłem poświęci się pan naszej sprawie… – Mock zawahał się. – Ale teraz… Muszę jeszcze o coś pana zapytać. Przepraszam za bezpośredniość tego pytania… Czy pańskie obawy o córkę nie są przypadkiem…
Rozległo się pukanie do drzwi salonu, a po gromkim „Proszę!” Popielskiego w progu pojawiła się wysmukła sylwetka Rity, która w piątki właśnie o tej porze kończyła lekcje. Był to jej przedostatni dzień w szkole przed zimowymi wakacjami. Pod rozpiętym płaszczem miała na sobie granatowy mundurek z białym marynarskim kołnierzem, a jej kruczoczarne włosy ukryte były pod ciepłym beretem. Jeden kosmyk wymknął się spod nakrycia głowy i kręcił się jak spirala na zarumienionym od mrozu policzku. Była piękna, tak jak może być piękna młoda dziewczyna, która nie potrafi ukryć zmiennych uczuć, przenikających ją jednocześnie: od radości z powodu końca gimnazjalnego semestru, poprzez zdziwienie na widok Mocka, po lekki przestrach spowodowany chmurnym obliczem ojca. Bąknęła: „Przepraszam”, i zniknęła w przedpokoju. Mock zapatrzył się w drzwi, które za sobą zamknęła.
– No i widzi pan – widok córki rozpromienił Popielskiego – jak ja ją wychowałem? Dorosła panna, a ucieka jak sarna zamiast się grzecznie panu przedstawić! No, ale skończmy naszą rozmowę, a potem dokonam prezentacji. Coś chciał pan powiedzieć o tym, że dla rodziców ich dzieci są zawsze najpiękniejsze…
– Już nic… – Mock zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. – To jest… Chciałem powiedzieć, że doskonale rozumiem pańskie obawy o córkę. Doskonale. Ale, ale! Wróćmy do sedna. Najważniejsze jest to, że Proponuję panu spółkę. „Popielski & Mock”. Tylko my dwaj. Jednak najpierw niech pan usunie swoje wszelkie obawy o córkę. To jest najważniejsze.
– Dobrze – powiedział twardo Popielski. – Ale zrobię to po swojemu. Po rycersku! Nie żadne imadło! Ten nauczyciel to szanowany człowiek, profesor gimnazjalny! Zrobię to, a pan, panie Mock, będzie się przyglądał moim metodom i udowodnię panu, że są lepsze od przemocy!
– No dobrze. – Mock westchnął z rezygnacją. – Ale jak pańskie metody nie okażą się trafne, stawia mi pan dużą wódkę, dobrze?
– Dobrze – odpowiedział machinalnie Popielski.
– No to co? Firma „Popielski & Mock”?
Niemiec wyciągnął do niego prawą dłoń. Komisarz wahał się przez chwilę i podjął decyzję, kierując się wyłącznie intuicją. Uśmiałby się ktoś, komu wyjawiłby, co przeważyło i skłoniło go do przystąpienia do tej osobliwej spółki. Był to sygnet Mocka, ozdobiony onyksem, podobnie jak jego własny. Należymy do jednego klubu, pomyślał Popielski, przypominając sobie scenę z salonki, kiedy się poznali. Do klubu miłośników starożytności i kobiecego ciała. „Lubię członków tego klubu”, powiedziała wtedy Blondi.
Popielski i Mock – powiedział komisarz, podając mu rękę. – To też dobrze brzmi. Jamb i anapest, o ile się nie mylę. A teraz chcę przedstawić panu moją córkę.
Popielski wyszedł, a Mock nasunął jednego śledzia z jajkiem na łyżeczkę i łapczywie go połknął, po czym odgryzł kawał sztangielki. Następnie wstał, spojrzał krytycznie na swoje odbicie w oszklonej biblioteczce i wciągnął mocno brzuch.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina czwarta po południu
Profesor Kasprzak poprawiał w pustym pokoju nauczycielskim wypracowania na temat Wielkiej Improwizacji Mickiewicza. Wprawiło go to w zły nastrój. Syczał złośliwie i trzaskał zeszytami. Czy te idiotki, myślał o swoich uczennicach, muszą używać zawsze stylu tak nieznośnie patetycznego, tak barokowo przegadanego! Od pół roku staram się wybić im z głowy te głupie przyzwyczajenia, które im wpoiła ta stara sklerotyczka Mąkosówna. O Reju pisały językiem Reja, a o Mickiewiczu językiem Mickiewicza! Ale ja to wyplenię! Przeczytają kilka analiz Kleinera i będą pisać takim stylem jak on!
Polonista przypominał sobie w takich chwilach swoje magisterium, które napisał o dramacie romantycznym i obronił dziesięć lat temu summa cum laude właśnie u profesora Juliusza Kleinera. Te chwalebne momenty wbijały go w wielką dumę i były – jak to stwierdził po latach – preludium do jego błyskotliwej kariery. Dzięki protekcji dyrektora Teatru Wielkiego, samego Wilama Horzycy, u którego zresztą kilkakrotnie asystował, otrzymał natychmiast po studiach, jako dwudziestotrzylatek, posadę profesora literatury polskiej w gimnazjum Królowej Jadwigi. Protekcja ta była wyjątkowo skuteczna, bo złamała opory pani dyrektor Ludmiły Madlerowej, która na wakujące miejsce najchętniej przyjęłaby jakąś starszą i stateczną osobę, nie zaś przystojnego młodzieńca, udrapowanego w płaszcz hidalga, który mógł zawrócić w głowie niejednej uczennicy. Profesor Kasprzak – ku wielkiej uldze dyrektorki – ożenił się po roku pracy w gimnazjum, a jego żona, starsza od niego przechrzczona Żydówka, w ciągu dziesięciu lat pożycia urodziła czworo dzieci. Jego osiągnięcia pedagogiczne, a zwłaszcza dramatyczne, były tak duże, że dyrektor Madlerowa zgodziła się na jego prośbę, by zawsze uczył klasy siódme i ósme, gdzie wykładał romantyzm i modernizm. Nauczyciel, aby utrzymać rozrastającą się rodzinę, podjął współpracę z kilkoma znanymi sobie reżyserami teatralnymi. Była ona na wpół tajna i polegała na dostarczaniu teatrom widowni. Kasprzak chodził ze swoimi uczennicami na spektakle – nierzadko na te same – po dwa razy w tygodniu, a inspicjenci teatralni wypłacali mu po cichu należne honorarium – złotówkę od uczniowskiej głowy. Polonista nieźle zatem profitował, cieszył się estymą i znakomitymi znajomościami w środowisku teatralnym, a ponadto wielkim poważaniem u władz oświatowych ze względu na swoją niestrudzoną aktywność pozalekcyjną, polegającą na wystawianiu kilku sztuk dramatycznych rocznie w gimnazjum Królowej Jadwigi. Te sukcesy mocno go odmieniły. Stał się butny, pewny siebie i arogancki. Poza teatrem świata nie widział i zaczął zaniedbywać swoje obowiązki nauczycielskie. Całymi miesiącami nie poprawiał klasówek i zadań domowych, na co uprzejmie, acz stanowczo zwróciła mu uwagę dyrektor Madlerowa, zaniepokojona skargami rodziców. Wtedy Kasprzak znienawidził rodziców oraz pracę nauczycielską i wypatrywał już końca roku szkolnego i najbliższych wakacji, po których czekała na niego ciepła posada w kuratorium.
Z ulgą rzucił na kupkę ostatni zeszyt z poprawioną klasówką, wiedząc, że przed nim jeszcze tylko jeden dzień pracy, a potem cale dwa tygodnie zimowych wakacyj! Poświęci je na opracowywanie koncepcji nowego przedstawienia, które – jak mu to obiecano – mimo zaangażowania aktorek gimnazjalistek będzie miało premierę na normalnej scenie teatralnej i ujrzy je cały Lwów. Ubrał się, chwycił laskę i kapelusz i wyszedł z gimnazjum, ledwo skinąwszy woźnemu.
Na Piłsudskiego wskoczył w biegu do „trójki”. Widząc surową minę konduktora, uświadomił sobie, że wskakiwanie do tramwajów nie licuje z godnością profesora gimnazjalnego. Wysiadł przy palcu Halickim i ruszył Hetmańską w stronę Teatru Wielkiego, za którym rozciągał się właściwy cel jego wędrówki – labirynt wąskich uliczek zamieszkanych prawie wyłącznie przez Izraelitów. To tu odbywały się Krakidały, pchli targ, na którym można było stracić wszystko – grając w rozmaite gry hazardowe, wśród których królowały „trzy karty” – oraz kupić wszystko: od końskiego mięsa po niełamiące się grzebienie. W piątkowe popołudnie te uliczki były jednak nieco wyludnione z powodu przygotowań do szabasu i sprawiały w zapadającym już zmierzchu wrażenie dość niebezpiecznych. Potęgowała je obecność nielicznych ponurych handlarzy, którzy nie zdołali sprzedać swojego towaru i obwiniali o to cały świat. Patrzyli spode łba na przechodniów i zwijali swoje kramy. To jednak nie zrażało profesora, był bowiem umówiony z bukinistą zwanym Nachumem Rudym, który miał od niego stałe zlecenie wyszukiwania starych wydań dramatów romantycznych i programów teatralnych. Kasprzak minął ukochany Teatr Wielki, przeszedł przez plac Gołu-chowskich i zanurzył się w wąską Gęsią. Stąd było już niedaleko do Zakątnej, gdzie Nachum miał swój stragan. Spojrzał na zegarek i przyśpieszył kroku. Wtedy usłyszał za sobą donośny głos:
– Panie profesorze! Najmocniej przepraszam pana profesora!
Odwrócił się zaskoczony i ujrzał zdyszanego mężczyznę, którego natychmiast rozpoznał. Był to komisarz Edward Popielski, ojciec jednej z jego uczennic, Rity. Mężczyzna oparł dłonie na kolanach i sapał przez chwilę. Kasprzak go nie lubił. Drażniła go jego tężyzna fizyczna, połączona ze sławą brutala, alkoholika, oraz z estymą pogromcy bandytów. Nauczyciel nie lubił go z jeszcze jednego powodu. Podejrzewał go o donoszenie dyrekcji gimnazjum. Ponadto zupełnie nie w smak mu było, iż ktokolwiek go spotyka na Krakidałach, które – z powodu hazardu, prostytucji i pokątnej sprzedaży kartek pornograficznych – nie cieszyły się uznaniem w kręgach magistrackich, do jakich aspirował.
– Najmocniej przepraszam, że ośmielam się zaczepiać pana profesora na ulicy – rozpoczął Popielski. – Byłem w gimnazjum i woźny mi powiedział, że poszedł pan profesor w stronę teatru. Pobiegłem i udało mi się go spotkać. Mam niezwykle pilną sprawę. Jestem ojcem pańskiej uczennicy, Rity Popielskiej. Poznaje mnie pan profesor?
– Słucham pana komisarza – powiedział sucho Kasprzak, spoglądając na zegarek.
– Nie zajmę wiele czasu panu profesorowi. – Popielski już się wyprostował. Górował znacznie wzrostem nad nauczycielem. – Wiem od córki, że projektuje pan profesor w najbliższym czasie wystawienie Medei Eurypidesa. Stąd mój wielki pośpiech. Żeby zdążyć przedstawić moją prośbę przed wakacjami zimowymi. Otóż upraszam łaskawie pana profesora, aby Rita nie grała w tym przedstawieniu. Aktorstwo to dla niej nagroda, a ta się jej raczej nie należy, zważywszy na jej semestralną cenzurkę. To wszystko i już nie zajmuję więcej czasu. Czy mogę liczyć na łaskawą zgodę?
Kasprzak zdębiał. Odebrało mu mowę. Nie mógł przetrawić absurdalności tego całego zdarzenia. Oto na Krakidałach zaczepia go słynny komisarz Popielski i stawia mu jakieś żądania! Rozejrzał się wokół, jakby szukał świadków tej gorszącej i groteskowej sceny. Jego oburzony wzrok opacznie jednak zrozumiał jakiś typek w starym austriackim szynelu, dźwigający koszyk, z którego wystawały główki kudłatych szczeniaków. Spojrzał on na obu mężczyzn i zapytał:
– Całuji rączki, czy paniagi szanowni winszuju sobi szczeniaczki prawi rasowy?
– Nie – warknął Popielski, bo wiedział, że nie tak łatwo odpędzić zdesperowanego handlarza na Krakidałach.
To warknięcie, to obcesowe, pewne siebie warknięcie rozdrażniło jeszcze bardziej Kasprzaka. Co? Temu łysemu kutasowi wydaje się, że wszystkim może narzucać swoją wolę? Temu degeneratowi, o którym całe miasto mówi, że współżyje z własną bliską kuzynką?
Panie komisarzu – powiedział Kasprzak z trudem opanowując irytację – to przedstawienie ma być wielkim wydarzeniem teatralnym. A wie pan komisarz, dlaczego? Między innymi dlatego, że rolę Medei zagra pańska córka. Jest fenomenalnie uzdolniona aktorsko. Powinien być pan z niej dumny!
– Mój przełożony, naczelnik Zubik, wspominał mi już kiedyś o tym przedstawieniu. – Popielski uśmiechnął się słodko. – Wiele mówi się o panu profesorze w wyższych lwowskich kręgach urzędniczych… Wiele…
– No, nie dziwi mnie to. – Kasprzak otrzepał śnieg z rękawów palta i na chwilę zapomniał o Nachumie Rudym. – Co nieco uczyniłem dla tego miasta…
– Ma pan profesor talent tak wielki – Popielski rozpływał się w zachwytach – że nawet policjanci go podziwiają, o których opinio communis mówi, że są tępi i w ogóle nie chodzą do teatru…
– No nie wiem, nie wiem – Kasprzak delektował się komplementami. – Swoją drogą ciekaw jestem, czy jacyś policjanci chodzą do teatru. Nie znam oprócz pana komisarza nikogo w tych interesujących kręgach władzy wykonawczej, a pana komisarza nigdy nie widziałem w teatrze…
– Tak wielki talent – Popielski chwycił profesora pod łokieć i odchylił głowę w zachwycie – że na pewno docenią go różne wyższe władze, z którymi mam całkiem dobre kontakty…
Kasprzak spojrzał na policjanta bardzo uważnie i milczał przez chwilę. Zastanawiał się w pośpiechu. Ewentualne poparcie Popielskiego nijak nie mogło zrównoważyć prawie pewnego sukcesu Medei. Poza tym ten typ mógłby stawiać nowe żądania, aby na przykład Kasprzak protegował tę jego głupią, choć niewątpliwie bardzo ładną gęś u innych profesorów albo aby przepuścił ją za rok na maturze. O nie! On, profesor Jerzy Kasprzak, miałby mieć jakieś konszachty z takimi policyjnymi kreaturami, które na swych rękach mają pewnie krew niejednego? Co to, to nie!
– Ona zagra w tym przedstawieniu, panie komisarzu – powiedział z mocą Kasprzak. – Bez niej będzie ono porażką. A człowiek z moją pozycją na porażkę nie może sobie pozwolić.
– Zagra – Popielski przestał się uśmiechać – jeśli jej na to pozwolę. Kto ma głos decydujący w wychowaniu mojego dziecka? Ja czy szkoła? Ojciec czy nauczyciel?
– Panie komisarzu, proszę się nie denerwować – Kasprzak zmienił ton, lecz szykował się do decydującego ciosu. – Niech się pan zgodzi na udział córki w tym przedstawieniu! Nawet pan nie wie, jak wielką wdzięczność pan sobie zaskarbi. Odzyska pan Ritę całkowicie! Ona mi wiele mówiła o panu, o swej zmarłej mamie, której nie znała…
Kasprzak urwał, widząc, jak szczęki Popielskiego poruszyły się pod napiętą skórą. Komisarz pochylił się ku nauczycielowi i szepnął mu do ucha:
– Teraz zdeprawował pan mnie, ale Rity nie zdeprawuje pan.
Popielski odszedł. Wysoko, w wyciągniętej prawej ręce trzymał melonik, a rzadki śnieg osiadał na jego łysej głowie.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina czwarta po południu
Eberhard Mock przecierał oczy ze zdumienia. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział. Gdyby nie śnieg i mróz, byłby pewien, że oto znalazł się na jakimś tureckim albo arabskim targu. Brodaci Żydzi, zionący wonią czosnku, zamykali swe stragany i podtykali mu pod nos rozmaite przedmioty. Opędzanie się od natrętów za pomocą niemieckich przekleństw przyniosło skutek odmienny od zamierzonego. Przekupnie przeszli na osobliwy dialekt niemiecki i zaczęli jeszcze goręcej zachwalać swe towary.
I oto przed oczami Mocka rozpostarła się prawdziwa panorama tandety: zapalniczki, metalowe centymetry, spinki, kalendarze, osełki do żyletek, gumowe szelki, zegarki, maszynki do wiązania krawatów i do podpinania nogawek, podwiązki, pachnące mydełka i ramiączka do ubrań. Mock poczuł się całkowicie bezradny wobec handlarzy. Postanowił zatem nie reagować i pozwalał im obstępować się i dotykać. Miał nadzieję, że w końcu znudzi im się to molestowanie.
Znudziło się im szybciej, niż myślał. Po chwili nie było już wokół niego przekupniów. Spoglądał zatem teraz z jakąś fascynacją na brudne domy z hebrajskimi szyldami, psy wybiegające z bram, wrzeszczące dzieci w okrągłych czapeczkach i z długimi kosmykami włosów, zwisającymi w okolicach uszu. Teraz dla odmiany obstąpili go dwaj muzykanci, z których jeden grał na akordeonie, a drugi na mandolinie. Mimo zimna ubrani byli jedynie w marynarki, a zamiast krawatów szyje oplatały im kolorowe szaliki.
Z wąskich ulic napływały tumany mgły, zapadał zmrok, a muzykanci podchodzili coraz bliżej. Wydzielali z siebie woń alkoholu, a z ich oczu wyzierała zuchwałość. Skoczna melodia w połączeniu z mrokiem, mgłą i złymi zamiarami tych ludzi sprawiała upiorne wrażenie. Mock coś sobie nagle przypomniał. Walczyk na pustej, zardzewiałej i kręcącej się karuzeli w Breslau. A pod karuzelą zamordowane dziecko. Poczuł się nieswojo i rozejrzał się za Zarembą. I wtedy dostrzegł Popielskiego, który znikał u wylotu ulicy. Komisarz miał odkrytą głowę, a w wysoko uniesionej dłoni niósł swój melonik.
Mock rozepchnął zaskoczonych muzykantów i ruszył za człowiekiem, z którym przed chwilą rozmawiał Popielski.
Za sobą słyszał szybkie kroki zdenerwowanych i pijanych mężczyzn, lecz zaraz zagłuszył je warkot silnika. Mock obejrzał się.
Podobnie uczynił Kasprzak. I wtedy zobaczył oddalonego o kilka kroków mężczyznę średniego wzrostu, krępej i jakby kwadratowej budowy. A za nim dwóch rozwścieczonych muzykantów. A jeszcze dalej szybko biegł w śnieżnej zadymce jakiś jeszcze jeden. Wszyscy ci ludzie kierowali się w jego stronę, a wzdłuż chodnika sunął czarny samochód. Zaniepokoiło to nauczyciela, który skręcił nagle w ulicę Bóżniczą i chciał ją przeciąć szybkim krokiem.
Nie zdążył. Automobil przystanął i zablokował mu przejście. Wtedy ów kwadratowy mężczyzna zbliżył się do niego i uczynił gwałtowny ruch nogą. Kasprzak poczuł przenikliwy ból w piszczelu. Ogarnęła go niepohamowana wściekłość, że ktoś w centrum Lwowa ośmiela się napadać na niego. Nie dotknął bolącej nogi, lecz rzucił się na napastnika. Wtedy ten uniósł drugą nogę i wraził mu obcas w kolano. Kasprzak stęknął i machnął dłonią zaciśniętą w pięść. Napastnik uchylił się, a pięść profesora trafiła w dach samochodu. Wtedy otworzyły się drzwi od strony pasażera. Kasprzak schylił głowę i spojrzał odruchowo w głąb pojazdu. Wtedy otrzymał cios w potylicę, który go niemal wrzucił do auta. A potem już z bliska dostał w twarz od kierowcy. Jego usta wypełniły się krwią. Kiedy był wciągany do pojazdu za klapy paltota i krawat, trzasnęły szwy w przyciasnej marynarce. Nagle poczuł wszędzie ból, w piszczelu, kolanie, dłoni, w tyle głowy i w nosie.
– Ratunku! – wrzasnął Kasprzak. – Gwałtu! Mordują!
Wtedy usłyszał głos Edwarda Popielskiego:
– Policja! Rozejść się! Nie widzicie, że złapaliśmy smy-tracza?
Uniósł z trudem głowę i przez tylną szybę samochodu ujrzał, jak jeden z muzykantów plunął Popielskiemu pod nogi. Wtedy kierowca, który wciągnął Kasprzaka do wnętrza, narzucił pedagogowi na jego głowę jakiś śmierdzący smarem koc. Ktoś chwycił go pod pachy, wyciągnął z auta, otworzył tylne drzwi, wepchnął na kanapę, a potem ciężko zwalił się obok. Ostatnie, co nauczyciel usłyszał, to osobliwie wymówione słowo „łysy”, jakby z podwojeniem lub nawet potrojeniem głoski „s”. Wydawało mu się, że to słowo padło z ust muzykantów.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina piąta po południu
Chevrolet minął róg Kleparowskiej i Janowskiej i zatrzymał się. Kleparowska była oświetlona tylko nikłym światłem dochodzącym z mieszkań oraz żółtym blaskiem jednej jedynej latarni, która kołysała się w podmuchach wiatru trzy metry nad nierównym brukiem. Popielski, siedzący obok Zaremby, z niepokojem spojrzał na okna szynku. Podniesione głosy, a nawet jakieś śpiewy, potwierdziły jego obawy co do licznej frekwencji pijanej i rozpolitykowanej klienteli, która na widok policjantów natychmiast zareaguje wściekłością.
– Wiluś – zwrócił się do Zaremby – my z panem Mockiem zabieramy tego obywatela, a ty, bracie, jedź czym prędzej do domu, aby ta hałastra z knajpy nie rozpoznała naszego wozu. W domu czekaj, aż zatelefonuję. Na pewno będziesz jeszcze dzisiaj potrzebny – wskazał głową Kasprzaka, którego Mock przyciskał do oparcia kanapy – żeby gdzieś wyrzucić jego ścierwo.
Zaremba skinął głową i czekał, aż Popielski uczyni to, co zapowiedział. Komisarz wysiadł, otworzył drzwiczki, chwycił Kasprzaka za nogi i mocno pociągnął. Ten szarpnął gwałtownie rękami w kajdankach i choć zakneblowany, wydobył z siebie jakiś bulgot. Dobrze go obezwładnił, Popielski pomyślał o Mocku z pewnym uznaniem. Ten, siedząc wciąż obok Kasprzaka, podkurczył nogi, oparł stopę na ramionach leżącego obok nauczyciela i przeklinając swój brzuch, wypychał delikwenta z auta, głośno dysząc. Kiedy już prawie całe ciało Kasprzaka – oprócz głowy – spoczywało na bruku, Mock wyskoczył z auta, obszedł je dokoła i chwycił pod pachy leżącego, który rzucał się jak ryba, zawieszony między kanapą a jezdnią. Wtedy Popielski chwycił go za nogi i kiwnął głową. Na tę niemą komendę unieśli go obaj i z trudem zatargali w stronę bramy. Kiedy już wkroczyli do wnętrza budynku, Mock poczuł, że śliska skóra jego rękawiczek i materiał płaszcza Kasprzaka tracą ze sobą kontakt. Usiłował jedną ręką sięgnąć głębiej pod pachę mężczyzny, ale była to próba całkowicie nieudana.
Uderzenie głowy Kasprzaka o pierwszy drewniany schodek było głośne, jak się im zdawało, niczym mała eksplozja. Otworzyły się wtedy drzwi mieszkania na parterze. Popielski zrozumiał, że stanie się teraz najgorsze – zostaną zdemaskowani. W jednej chwili w jego umyśle pojawiła się wizja: oto stoi w gabinecie komendanta Goździewskiego i odbiera z jego rąk dymisję z dożywotnim zakazem pełnienia jakichkolwiek obowiązków państwowych. Zastygli wraz z Mockiem w oczekiwaniu na rozwój wypadków.
Tymczasem w drzwiach mieszkania stali w rozpiętych płaszczach dwaj chwiejący się na nogach mężczyźni. Jednemu z nich kaszkiet zjechał na potylicę, drugiemu druciane okulary – na czubek nosa. Obaj byli pijani.
– Ta, Józku, daj pyszczydła – wrzasnął jeden z nich.
– Ty byku krasy – odwrzasnął drugi. – Tylku nas dwóch jest na tym świeci, ty i ja!
Mężczyźni padli sobie w objęcia, a ich pijackie całusy były jak klaśnięcia dłoni o policzek. Popielski mrugnął do Mocka. Obaj chwycili pod pachy Kasprzaka i zaczęli go ciągnąć po schodach, szybko znikając z plamy światła, dochodzącego z otwartych drzwi. Kasprzak coś za-bełkotał. Ten odgłos oraz ruch na schodach nie uszedł uwagi dwóch pijaków.
– A co si dzieji? – Jeden z nich nasunął okulary na nos i wciąż się chwiejąc, starał się coś dojrzeć, wpatrując się w ciemne sylwety na schodach.
– A mój kulega fest dał du wiwatu – powiedział Popielski bałakiem – i niosy go na chawiry!
Buty Kasprzaka zadudniły o schody. Poły jego płaszcza wycierały kurz i zmiatały niedopałki. Znaleźli się na półpiętrze. Po drewnianych stopniach potoczył się urwany guzik. Zardzewiały gwóźdź, wystający z tralki, zaczepił o kieszeń spodni Kasprzaka. Mocno wdarł się w materiał i uniemożliwił dalszy transport. Szarpnęli. Nie pomogło. Pijacy wciąż spoglądali ku górze, lecz półmrok i wódka mąciły im wzrok. Popielski znów szarpnął. Usłyszał trzask materiału, lecz ciało ani drgnęło na zakręcie schodów.
– Zamykaj te drzwi! – wrzasnął ktoś ze środka mieszkania. – Bo zimno i muchi leco!
– Ta już zamykam! – Okularnik wpatrywał się w pół-piętro. – Ali trzeba tu jednemu oświecić, co kirusa kulege taszczy.
– Komu oświecić? – W knajpie rozległo się szuranie krzeseł i butów po trocinach pokrywających podłogę. – Pokaż no, kto si tam tarabani! Mozy to Tadziu? On nigdy fasonu ni trzyma!
Popielski i Mock szarpnęli. Na darmo. „Szanowany profesor gimnazjalny, skatowany przez sławnego policjanta”, takie nagłówki gazet widział już Popielski oczami wyobraźni. Na dole potężniały głosy ludzi poirytowanych zimnem dochodzącym z otwartych drzwi lokalu. „Dożywotni zakaz pełnienia obowiązków państwowych”. Poczuł jedyne w swoim rodzaju swędzenie w szczękach – znak nadchodzącej furii. Sięgnął ręką w stronę brzucha Kasprzaka i namacał pasek. Zaparł się piętą o stopień, zacisnął zęby i pociągnął. Wtedy zauważył gwóźdź, który zahaczał o spodnie profesora. Nie odczepił go. Spojrzał na Mocka ze wściekłością. Szarpnęli. Gwóźdź rozdarł materiał spodni, przebił kalesony i skórę. Jęk bólu wydostał się przez knebel. Ciało przesuwało się ku górze, a szpic gwoździa przecinał materiał i orał naskórek. Głowa Kasprzaka zadudniła na posadzce pierwszego piętra.
Na dole trzasnęły drzwi. Zapadła ciemność. Mock i Popielski ciężko oddychali, a Kasprzak znieruchomiał na ziemi. Po chwili Popielski wstał i kopnął w jedne z drzwi. Otwarły się i w smudze czerwonego światła stanął Juliusz Szaniawski. Miał na sobie bujną perukę, obcisłe majtki i sterczącą spódniczkę baletnicy. Z wnętrza mieszkania dochodził zapach tureckich kadzidełek oraz czerwone światło.
Ktoś głośno grał na gramofonie czardasza z Jeziora łabędziego.
Nie uprzedził mnie pan komisarz o swojej wizycie. -Tancerz poruszył dłonią, a dym z palonego przez niego papierosa zakręcił się w piekielnym poblasku. -Ani o swym towarzystwie… – Spojrzał obojętnie na Mocka i na człowieka z workiem na głowie, leżącego pod drzwiami. – Ale witam, witam, jak zwykle serdecznie. Pańskie gniazdko jest wolne.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina szósta po południu
W łazience Szaniawskiego, zwanej szumnie przez gospodarza „pokojem kąpielowym” albo „gniazdkiem Popielskiego”, paliło się światło. W wannie leżał Kasprzak w bieliźnie. Jego ubranie było zwinięte w kłębek i wepchnięte w kąt łazienki. Mock siedział na krześle, a Popielski na zamkniętym waterklozecie. Siedzieli bez marynarek, palili papierosy i wpatrywali się w Kasprzaka ciężkim, nieruchomym wzrokiem. Rękawy ich koszul były podwinięte, a krawaty – poluzowane. Było im duszno, ciężko oddychali, a przed chwilą ledwo zdołali uniknąć zdemaskowania. Patrzyli ponuro na mężczyznę w wannie. W oczach mieli złość. Nie musieli jej udawać. – Powiedziałeś, Kasprzak – Popielski mówił wolno i z naciskiem – że nie widziałeś mnie nigdy w teatrze. To prawda, bywam tam rzadko. A wiesz, czemu? Bo aktorzy za głośno krzyczą i zbyt mocno tupią na scenie. Mam kiepską wyobraźnię i jakoś nie mogę uwierzyć, że jestem na przykład w pałacu
Capulettich, gdy jakaś deska sceny tak potwornie skrzypi…
Kasprzak sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał słów Popielskiego. Syczał i jęczał z bólu, ślinił palec i próbował nim dotknąć rany na udzie. Krew spływała na dno wanny cienkim strumykiem, kalesony wisiały w strzępach po obu stronach nogi i odsłaniały chudą, kosmatą łydkę. Niezbyt czysta skarpetka opadła na kostkę, a pod kolanem kiwała się gumowa podwiązka. Drżał, jakby znajdował się w eskimoskim igloo, a nie w gorącej łazience.
– Napiszesz list, który ci podyktuję. – Popielski uniósł klapę waterklozetu, wrzucił niedopałek do wody i pociągnął rączkę rezerwuaru. – Zachowam go sobie na pamiątkę. A kiedy się dowiem, że rozmawiasz z moją córką poza klasą, kiedy się dowiem, że wciąż chcesz ją angażować do jakichś przedstawień, kiedy się dowiem, że rozpływasz się nad jej talentem aktorskim, wtedy pójdę z tym listem do dyrektor Madlerowej. A jeśli to nie pomoże, to pokażę go w magistracie, a „Sprawiedliwość” wydrukuje go w najbliższą sobotę pod tytułem Spóźnione amory belfra. A pierwsze, co masz zrobić, to zwolnić moją córkę z gry w Medei. Powiedz, że zrozumiałeś, co mówię!
Kasprzak nie zareagował. Popielski mrugnął do Mocka, a ten wstał ciężko z krzesła i pochylił się nad wanną.
– Tak, wiem! – wrzasnął Kasprzak, patrząc na Mocka. – Wszystko zrozumiałem!
Popielski wstał, podsunął krzesło kolegi do wanny. Z wewnętrznej kieszeni marynarki Kasprzaka wyciągnął jego bilet wizytowy oraz wieczne pióro. Następnie podał mu marynarkę.
– Wytrzyj o to ręce! – mruknął – bo poplamisz wizytówkę. I pisz!
– Co mam pisać? – Kasprzak z sykiem bólu przekręcił się w wannie i zdjął skuwkę.
– Już ci dyktuję. – Popielski był tak zdumiony szybką zgodą Kasprzaka, że przez chwilę nie mógł zebrać myśli. – „Droga i kochana Rito! Nie mogę przestać o tobie myśleć. Twój talent jest ogromny i niepowtarzalny. Och! Jak marzę o dotknięciu twojej dłoni! O dotknięciu ust nawet marzyć nie śmiem, choć to tylko marzenie…”
– Od słów „choć to tylko marzenie” już się nie zmieści – w oczach Kasprzaka była gorliwość lizusa. – Poproszę o nową wizytówkę!
Popielski deliberował przez chwilę. Samo przypuszczenie o pocałowaniu Rity przez tego chudego, włochatego kozła napawało komisarza wstrętem. Wciąż swędziały go szczęki. Tej wściekłości nie rozładowała ani krew Kasprzaka, ani jego psia gotowość do spełniania wszelkich żądań. Wciąż miał przed oczami słoneczne, wrześniowe popołudnie, kiedy szczęśliwa Rita wpada do domu po pierwszym dniu w szkole i woła radośnie: „Tatku, już mnie nie uczy polskiego ta ciocia drypcia Mąkosówna, mam nowego nauczyciela, który przepięknie wykłada i kocha teatr!”. Leokadia uśmiecha się nad kartami i pyta: „A przystojny jest ten nowy polonista?”
Popielski wstał i zbliżył się do wanny. Kasprzak nawet nie jęknął, kiedy kant dłoni komisarza trafił go w szczękę. Pióro upadło na kafelki podłogi, bakelit pękł na kilka małych części.
– Taki niby jest pan przystojny, panie profesorze? – wysyczał Popielski i uniósł znów dłoń, przez którą przeszedł mu silny ból od uderzenia. – Taki niby Casanova?
Nie zdążył jednak uderzyć, bo jego przegub znalazł się w silnej dłoni Mocka. Niemiec chwycił go również za drugą dłoń i rozkrzyżował na ścianie.
– Niech się pan uspokoi, do stu piorunów! – Mock przyciskał przeguby Popielskiego i patrzył, jak pod skórą jego twarzy przesuwają się jakieś guzy. – Chce pan go zatłuc? Przecież już osiągnęliśmy cel! Mamy go w garści! W imadle, z którego nie wyjdzie aż do matury pańskiej córki! Tak działa firma Mock & Popielski!
– Jestem zdeprawowany, jestem zdeprawowany – powtarzał Popielski półprzytomnie.
– Wszyscy jesteśmy zdeprawowani! – krzyknął Mock. – Patrz, zobacz, co to znaczy prawdziwa deprawacja!
Powiedziawszy to, otworzył w ścianie klapkę, o której Popielski dotychczas nie miał najmniejszego pojęcia. Przez to małe okienko wychodzące do salonu wpadły do łazienki dym kadzidełek i dźwięki muzyki. Za okienkiem widać było współczesną Sodomę i Gomorę. Szaniawski zrzucił już z siebie majtki i tańczył na stole Taniec małych łabędziątek. Miał na sobie jedynie sterczącą spódniczkę baletnicy i perukę. Roztrącał stopami puste butelki po winie. Pod stołem trzej nadzy mężczyźni chodzili na czworakach. Każdy z nich miał pawie pióra wpięte we włosy.
Popielski osunął się na krzesło. Mock wyjął papierosa, zapalił go i podał komisarzowi. W wannie rzęził profesor Kasprzak. Mock otarł pot z czoła.
– Najwyższy czas, abyśmy napili się wódki, nie sądzi pan? – wysapał.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina jedenasta wieczór
Stuknęli się kieliszkami, przełknęli z przyjemnością kminkówkę Baczewskiego i zakąsili, Mock – rolmopsem, Popielski – pasztetem z borówkami. Siedzieli w lokalu dancingowym „Palais de Dance” koło Teatru Wielkiego i patrzyli na okrągły obracający się powoli parkiet, na którym tańczono figlarny dość, angielski taniec lambeth walk. Na ich stoliku stała salaterka ze „studzininą”, półmisek ze śledziami, pasztetem i szyjkami gęsimi nadziewanymi wątróbką. Z wiaderka wypełnionego lodem wynurzała się butelka szampana, a pośród talerzyków pyszniła się wysmukła i zmrożona karafka wódki.
Milczeli. Mock nie był zadowolony z tego, że Popielski odprawił dwie młode fordanserki, które się do nich przed chwilą chciały dosiąść. Ten zaś przypominał sobie – już całkiem beznamiętnie – wypadki minionego dnia: upodlenie Kasprzaka, przyjazd Zaremby do Szaniawskiego i wyrzucenie nauczyciela na rogu Rzeźni i Starozakonnej w worku na głowie, potem cztery godziny bezskutecznych przesłuchań w urzędzie policyjno-śledczym przedstawicieli mniejszości ormiańskiej i gruzińskiej, którymi Herman Kacnelson nie zdążył się zająć, zanim został pobity w knajpie Kanarienfogla, następnie wspólne z Mockiem odprowadzenie Rity i Lodzi na sleeping do Kołomyi, a potem ukłony samego pana Zehnguta, właściciela „Palais de Dance”, który zaoferował im w swoim lokalu lożę dyrektorską. Mock pierwszy przerwał milczenie.
– Napijmy się jeszcze. Mam ochotę na tę wspaniałą galaretę. – Wskazał dłonią na „studzininę”. – A bez wódki nie mogę.
– Dlaczego? – Popielski zapytał machinalnie, nie patrząc na niego. – Nie smakuje panu?
– Wręcz przeciwnie. – Mock sięgnął po butelkę. – Za bardzo mi smakuje. Ale nie chcę więcej przytyć.
– Ale co wódka ma z tym wspólnego?! – Popielski starał się przekrzyczeć muzykę.
– Mój znajomy medyk sądowy – Mock zbliżył się do ucha komisarza – doctor rerum naturalium, twierdzi, że tłuszcz jest rozpuszczany przez alkohol. I wtedy on nie idzie w brzuch, lecz gdzieś tam się rozmywa nieszkodliwie w organizmie. – Poklepał się po brzuchu i wybuchnął sztucznym śmiechem.
Popielski mu nie zawtórował. Z wysokości loży patrzył na parkiet bez najmniejszego zainteresowania, ściskał mocno w dłoni kieliszek i zataczał nim małe koła na obrusie. Mock poczuł wzbierającą złość. Nie był jednak zły na to, że ten karnawałowy wieczór ciągnie się w nudzie i upływa im na nieznośnym wspólnym milczeniu. Chodziło o coś innego. Nie mógł po prostu uwierzyć, że ten człowiek, którego prawie przyłapał w pociągu na figlach z piękną dziewczyną, wprowadził go do jakiejś pieczary sodomitów, gdzie czuł się jak u siebie w domu i gdzie miał „własne gniazdko”. Nie wiedział, jak ma Popielskiemu powiedzieć, że ich spółka nie może istnieć bez całkowitego zaufania, bez wyznania sobie nawet mrocznych tajemnic. Ale bał się jednak, że Popielski mu wyzna jakiś straszny sekret własnej płciowości, którego nie chciał znać, bo obawiał się, że zrujnuje on ich policyjną spółkę.
– Muszę coś panu wyznać. – Orkiestra przestała już grać, a Popielski patrzył w ciszy na Mocka, jakby czytał w jego myślach. – Pewną moją wstydliwą tajemnicę…
– Zapomniałem o czymś panu powiedzieć – przerwał mu Mock. – Dostaliśmy dziś telegram z Katowic. Dwudziestoletnia kobieta w szpitalu psychiatrycznym. Pogryziona na twarzy. Twierdzi, że pogryzł ją jakiś arystokrata…
– Niech mi pan nie przerywa, proszę! – Popielski wypił gwałtownie wódkę i niczym nie zakąsił. – Co nas obchodzi jakaś wariatka ze Śląska! Niech pan słucha, co chcę panu powiedzieć…
– Musimy tam jechać – Mock nie pozwalał mu dokończyć – to może być ważne!
– Niech mi pan nie przerywa, do stu piorunów! -Popielski wrzasnął i wstał, szurając głośno krzesłem ku zaniepokojeniu kelnera.
– Nic mnie, kurwa, nie obchodzi – Mock również wstał i oparł się o stół – pańska intymna zażyłość z tym ciepłym bratem Szaniawskim! On nie ma związku z naszym śledztwem! Niech pan nie będzie Hamletem, do cholery! Najpierw pan rozpacza nad jakimś belfrem, a teraz chce mi pan zdradzić swój sekret seksualny! Nie chcę, nie chcę o tym słyszeć! Niech się pan bierze do śledztwa, a nie będzie miękkim jajem!
Słowa Mocka słychać było wyraźnie w sali podczas przerwy dla orkiestry. Popielskiego ocuciła ta cisza. Oprzytomniał. Miał nadzieję, że szybkość, z jaką Niemiec wyrzucił je z siebie, uniemożliwiła ludziom ich zrozumienie, tym bardziej że najistotniejsze słowa w tej wypowiedzi było niejasne nawet dla niego samego. Orkiestra zagrała tango, a Popielski usiadł spokojnie przy stole.
– Nie zrozumiałem pana. – Wyjął papierosa „Egipskiego” i postukał nim o stół. – Co to znaczy „z ciepłym bratem”?
– Nie tak się mówiło w Austrii na pederastów? – Mock wciąż stał, lecz zmienił ton.
– Niech pan słucha. – Popielski zaciągnął się głęboko. – Za chwilę będzie pan wiedział, co mnie łączy z Szaniawskim. – Podniósł rękę, kiedy Mock znów chciał mu przerwać. – Z nim nic, ale z jego mieszkaniem wiele. Udostępnia mi łazienkę zawsze i natychmiast, kiedy tylko sobie tego zażyczę. A ja chcę tego, kiedy zbliża się mój atak. Tak, drogi panie, jestem chory na epilepsję, o czym chyba już pan wie. Ale nie wie pan, że podczas ataków miewam wizje. Korzystał pan w swej policyjnej pracy z usług jasnowidza?
– Nie, nigdy.
– Ja też nie. Nie muszę. Sam jestem jasnowidzem, choć chyba najgorszym w tym państwie. Miewam podczas ataków wizje, ale nigdy nie potrafię ich dobrze i natychmiast zinterpretować. No, przesadzam. Parę razy mi się udało. Ale najczęściej jest tak, że dopiero po jakimś morderstwie, po jakimś porwaniu, uderzam się w czoło i mówię sobie: ja to już widziałem!
Orkiestra grała, Mock milczał, Popielski odsunął kieliszek, nalał sobie wódki do szklanki i jednym łykiem wypił chyba z półtorej setki. Otarł usta i patrzył na Mocka przytomnym wzrokiem.
– Cierpię na łagodną odmianę epilepsji, panie Mock.
Lekarstwa, które zażywam, prawie zupełnie ją neutralizują. Ale kiedy chcę mieć wizje, nie biorę lekarstw i wywołuję atak. I do tego potrzebne jest mi mieszkanie
Szaniawskiego, a ściśle mówiąc: jego wanna.
Mock otworzył szeroko usta, a Popielski odetchnął z ulgą. Wykroił widelcem duży trójkąt „studzininy” i wycisnął nad nim ósemkę cytryny. Włożył do ust połówkę trójkąta i przeżuwał, przymknąwszy z błogością powieki.
A nie może pan wywołać ataków w swoim własnym mieszkaniu? We własnej łazience? – Mock miał oczy okrągłe ze zdziwienia.
– Nie. – Popielski przełknął kęs galarety i spojrzał na
Mocka z pewną wesołością, choć to właśnie teraz miał mu wyznać najgorszą tajemnicę swojej epilepsji. – Niestety, przy ataku dochodzi czasami do mimowolnego oddania moczu i kału, a potem zasypiam. Ten sen trwa zwykle około kwadransa, ale bywa i dłuższy. Jak pan to sobie wyobraża, drogi panie Mock? Niech pan ujrzy taką oto scenę: zajmuję na długo łazienkę, moja kuzynka i córka zaczynają się niepokoić, stukają, a potem dobijają się do drzwi. Ja im nie otwieram, no to wzywają dozorcę. Ten wyważa drzwi i co wszyscy widzą? Popielskiego śpiącego we własnym gównie.
Przerwał i wpatrywał się w Mocka, szukając z trwogą u swojego rozmówcy oznak jakiejkolwiek wesołości. Nie znalazł ich i odetchnął z ulgą.
– Dlatego potrzebuję czasami dyskretnej łazienki, rozumie pan teraz? Jest pan drugą osobą oprócz Wilka Zaremby, która wie, po co chodzę do Szaniawskiego. Nie wie tego nawet moja kuzynka, a z nią mieszkam od dwudziestu lat!
Mock napełnił kieliszki. Pragnął nadrobić stracony czas. Wypili, zakąsili i Mock natychmiast nalał znowu. Wypili, jeszcze zanim dobrze spłynął im do żołądka alkohol. Obaj już czuli działanie wódki: lekkie pieczenie policzków, rozleniwienie, przyjemne zmęczenie mięśni.
– Jestem zaszczycony, że mi pan o tym powiedział -Mock przerwał milczenie. – Zachowam to na pewno w tajemnicy. Rozumiem pana doskonale i przepraszam za moje podejrzenia. Bardzo interesują mnie te pańskie wizje. Co pan widział podczas ostatniego seansu u Szaniawskiego? Niech pan powie, może jakieś kolory, może symboliczne postaci? Rozszyfrujemy to we dwóch. W końcu nie takie zawiłości składni łacińskiej potrafiliśmy rozwikłać!
– Nic. – Mock na to posmutniał. – Czasami tak jest. Nic nie widziałem. Chociaż coś słyszałem.
– Co? Ja naprawdę panu wierzę. Kilka lat temu miałem w Breslau przypadek pewnego Żyda jasnowidza, który wieszczył ludziom śmierć w jakimś transie.
– Widzę, że pan mi wierzy, no to panu powiem. Warczenie psa. Dochodziło ono spod wanny. A Szaniawski nie ma psa i w ogóle nienawidzi zwierząt. Tam nie było psa. To było chyba w mojej wizji.
Mock odsunął się od stołu i strzelił z palców.
– Płacić! – krzyknął.
– Zaraz, zaraz, po co ten pośpiech? – Popielski położył w serdecznym geście dłoń na przedramieniu Mocka. – Wyznałem panu tajemnicę, no to teraz możemy porządnie się napić! A pan chce już uciekać!
– Za godzinę mamy pociąg do Katowic. – Mock wciąż rozglądał się za kelnerem. – Sprawdziłem to dziś na dworcu.
– A po co mamy jechać do Katowic? I dlaczego tak nagle? Do jakiejś wariatki, która mówi, że pogryzł ją arystokrata? Przecież tam, w Katowicach, mogą wszystko na miejscu sprawdzić i przesłać nam szczegółowy raport.
– Jej rany zostały opisane jako zadane przez psa – powiedział Mock z naciskiem – a panu śnił się pies.
Popielski lustrował uważnie twarz Mocka. Szukał oznak szyderstwa, ironii. Niczego takiego nie dostrzegł. Niemiec czekał na jego decyzję, siedział skamieniały jak sfinks, jedynie jego palce poruszały się po stole, wybijając jakiś rytm.
– To wbrew logice. – Popielski oparł łokcie na stole. -Te moje wizje nie mają nic wspólnego z logiką śledztwa.
– Pan ma swoje metody, a ja mam swoje. Pan dzisiaj zawierzył mi, a potem ja panu. To wszystko. – Mock spojrzał na swojego rozmówcę z szelmowskim uśmiechem. – Popielski, niechże już pan nie nudzi! Niechże pan ode mnie nie wymaga, żebym to ja pana przekonywał do pańskich własnych metod! Osiągnął pan znaczącą pozycję w świecie policyjnym. Nawet jeśli to się stało dzięki wróżbom z kryształowej kuli, to powiem panu krótko: chcę mieć taką kulę. A ponadto ma pan jakiś lepszy, co ja mówię!, jakiś inny trop niż ten śląski?
– No to jedziemy do Katowic. – Komisarz spojrzał na parkiet, wciągnął nosem woń perfum, zamknął oczy i poruszył lekko głową. – Ale chyba nie sami, co? Dość się już dzisiaj wynudziliśmy w swoim towarzystwie.
Sobota 30 stycznia 1937 roku,
pociąg relacji Lwów-Katowice,
godzina ósma rano
Popielski, Mock i dwie żydowskie prostytutki, których imion nie pamiętali, siedzieli w salonce i jedli śniadanie. Dziewczęta odpoczywały nieco przepite i osowiałe, a rozmowa co chwilę się im rwała. Mężczyźni milczeli. Byli zmęczeni i niewyspani. Ich ponadpięćdziesięcioletnie organizmy nie regenerowały się tak szybko, jak to było dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nie męczył ich jednak poalkoholowy spleen – wódka Baczewskiego była najlepszej jakości, a zakąski tłuste i obfite – ani wyrzuty sumienia z powodu rozpusty. Przyczyną ich kiepskiego samopoczucia nie był też widok obu dziewcząt, które wczoraj wydawały się powabne i atrakcyjne, a dzisiaj ostre białe światło poranka obnażało bezlitośnie porowatą skórę ich twarzy, tusz sklejający rzęsy, tłuste włosy, zbytnią obfitość kształtów i braki w uzębieniu. Nie, nie to wszystko stanowiło powód markotnego nastroju obu mężczyzn. Byli zakłopotani zupełnie z innego powodu – przed dwiema bowiem godzinami, na krakowskim dworcu, odwiedził ich w salonce inspektor Marian Zubik, który przypadkowo tymże pociągiem odwoził swoich synów na wakacje zimowe do Zakopanego.
Ta wizyta była ostatnią, jakiej by oczekiwali po burzliwych wypadkach wieczoru i nocy. Poprzedniego dnia po wyjściu z „Palais de Dance” pojechali natychmiast na Dworzec Główny i kupili bilety do Katowic. Salonka była już niestety zajęta. Jednoosobowe przedziały sypialne również. Musieli się zatem zadowolić przedziałem, w którym dwa łóżka były umieszczone nad sobą. Jak na złość, karnawałowa noc wymiotła z okolic dworca wszystkie prostytutki i w drogę do Katowic ruszyli sami, sfrustrowani i zawiedzeni. W Przemyślu jednak salonkę zwolnił przemysłowiec, pan prezes Bronisław Bromberg, który wracał z targów zimowych w rumuńskich Czerniowcach. Mock i Popielski natychmiast się przenieśli do zwolnionego przez niego luksusowego przedziału, i to w towarzystwie dwóch młodych dam, o które na przemyskim dworcu postarał się przedsiębiorczy i hojnie opłacony konduktor. Potem już tylko lał się alkohol, salonka trzeszczała w szwach, części garderoby fruwały, młode damy oblewały szampanem swe nagie ciała, krzyczały i jęczały, a Mock i Popielski wznosili się na wyżyny sił witalnych, a nad ranem wymienili się partnerkami, wypijając przy tym bruderszaft.
Aż nadeszła ta chwila, która ich obu wprawiła we wspomniany nastrój. Usłużny konduktor wszedł do nich o szóstej nad ranem i zameldował, że przed chwilą rozmawiał z inspektorem Marianem Zubikiem, który życzy sobie odwiedzić ich salonkę. Pan inspektor, jak donosił kolejarz, wysiadł w Krakowie i ujrzał nieoczekiwanie Popielskiego, który stał w oknie i delektował się porannym papierosem. Wizyta miała być krótka, zapewniał konduktor, pociąg zaraz odjeżdża.
Mock i Popielski błyskawicznie posprzątali salonkę. Dziewczętami się nie przejmowali, gdyż obie smacznie spały w pomieszczeniu obok. Zubik wszedł, ceremonialnie się z kolegami przywitał, wypytał o cel podróży, pochwalił ich pracowitość, a potem zaniemówił ze wzrokiem wbitym w sufit. Popielski powoli powędrował za jego spojrzeniem.
Z żyrandola zwisała pończocha oraz dwie zużyte prezerwatywy.
Rybnik, sobota 30 stycznia 1937 roku,
południe
Zastępca dyrektora szpitala psychiatrycznego, doktor Ludwika Tkocz, nie znosiła, kiedy ją adorowali mężczyźni. Dlatego w obejściu z nimi była stanowcza, małomówna, dość obcesowa i przerywała ich zaloty natychmiast, skutecznie i nieodwołalnie. Takie postępowanie zaleciła sobie jeszcze na studiach medycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś jeden z jej kolegów grubiańsko sobie zażartował przy innych studentach, że profesor Władysław Heinrich nagrodził jej pracę seminaryjną publikacją w „Przeglądzie Psychiatrycznym” nie z powodu lekkiego pióra koleżanki Tkocz, lecz przez wzgląd na jej lekkie obyczaje. Pominąwszy już fakt, że była to zwykła, podła i nieuzasadniona potwarz, Tkocz zrozumiała wtedy jedno – że odwoływanie się do płci w naukowej dyskusji jest rozpaczliwe, bezsilne i stosowane przez miernoty i zawistników. Owemu studentowi mocno przywaliła z kolana w genitalia i kiedy zwijał się z bólu, wygłosiła wobec wszystkich swój manifest potępiający ograniczoność płciowych rozróżnień. Zgodnie z nim postępowała do dziś. Nie wyszła za mąż, aby nie być niczyją niewolnicą, nie używała kredki ani szminki, by żaden samiec nie ślinił się na jej widok, ubierała się po męsku, aby nikt nie traktował jej, jako kobiety, w sposób uprzywilejowany.
W ciągu dziesięciu lat od ukończenia uniwersytetu zrobiła błyskotliwą karierę. Z wielkim sukcesem zaliczyła trzy lata psychiatrycznych studiów uzupełniających na Sorbonie, zrobiła świetnie oceniony doktorat, a po objęciu – za drobną jednak protekcją – stanowiska wicedyrektora szpitala psychiatrycznego przygotowywała pracę habilitacyjną. Nie natrafiła nigdy na mężczyznę swojego życia, który byłby jednocześnie stanowczy wobec innych, a cierpliwy i uległy wobec niej samej, błyskotliwie inteligentny i potrafiący, kiedy trzeba, być jedynie tłem dla jej wywodów. Wręcz przeciwnie, przyciągała do siebie jednostki słabe i zagubione, które szukały u niej wsparcia i niemal matczynej troskliwości. Nie znosiła takich mężczyzn. Kiedy uświadomiła sobie, że nie znajdzie już swej platońskiej drugiej połówki, przestało jej w ogóle zależeć na jakichkolwiek związkach z płcią brzydką. Na plotki i złośliwości, wśród których nie brakowało podejrzeń o hołdowanie przez nią namiętności safickiej, prychała pogardliwie i załatwiała je śląskim przekleństwem: „A niech wos dunder świśnie!”, jakie nieraz słyszała u swojego ojca, sztygara w rybnickiej kopalni „Emma”. Stała się jeszcze bardziej zdecydowana i pewna siebie, spódnicę ostatecznie zmieniła na spodnie, a z łazienki wyrzuciła wszystkie kosmetyki oprócz mydła i proszku do zębów.
Mimo tych antypielęgnacyjnych działań i bezlitosnego upływu lat nie udało się Ludwice Tkocz ukryć swej urody. Tę delikatną blondynkę o porcelanowej cerze omijały najgorsze kataklizmy niewieściej aparycji – wszelkie burze hormonalne oraz przed- i poporodowe otyłości. Nie dziwiła się ona zatem, że dwaj siedzący w jej gabinecie mężczyźni pożerają ją wzrokiem. Była do tego przyzwyczajona. Dziwiła się raczej temu, że wpatrują się w nią mimo jej szorstkiego zachowania przy powitaniu, kiedy wyrwała jednemu z nich rękę, gdy już podnosił ją do ust, i ostro zapowiedziała, że nie znosi takich czułości. Ci dwaj byli chyba przypadkami beznadziejny mi, które nigdy nie zrozumieją istoty damsko-męskiego partnerstwa. Dwaj typowi policjanci, którym się zdaje, że świat do nich należy, a kobiety jedynie czekają na ich skinięcie. Dwa puszące się pawie po pięćdziesiątce, wydzielające zapach najlepszej wody kolońskiej i świecące jej w oczy sygnetami, zapalniczkami i brylantami, zatkniętymi w krawatach. Wypchane portfele są ich pryncypium, a pomarszczone robaki w kalesonach jedynym ich zmartwieniem! Co najgorsze, odniosła natychmiast wrażenie, że u tych dwóch mężczyzn nastąpiła gwałtowna zmiana, kiedy znaleźli się przed jej obliczem. Od słowa do słowa wzrastała między nimi jakaś niezgoda. Zaczęli się wzajemnie krytykować i stroić z siebie nawzajem coraz bardziej złośliwe żarty. Poczuła gorycz w ustach. To o nią nieświadomie rywalizowali, to ona miała się nabrać na perkal i koraliki ich przeciętnej inteligencji! Popatrzyła na nich z nieukrywaną pogardą, lecz pohamowała się szybko. Nie chciała, żeby rozszyfrowali jej prawdziwe uczucia. Nie chciała być bezbronna. Z zawodowego nawyku zaczęła rejestrować różne szczegóły ich stroju i zachowania.
Łysy mężczyzna po jakiejś – jak mu się pewnie zdawało – celnej ripoście, wymierzonej w jego tęższego, ciemnowłosego kolegę, patrzył na nią w nadziei na akceptację swoich słów. Jego piękne i wysmukłe palce były gotowe do każdej akcji, jego dobrze uformowane ciało było pełne napięcia, a piwnozielone oczy – przewrotnego oczekiwania.
Mój drogi panie – zwróciła się do łysego mężczyzny po niemiecku, którego to języka nadzwyczaj nie lubiła. -Zanim jeszcze pan zaatakował swojego kolegę tym kiepskim dowcipem o gryzieniu z namiętności… A zatem, zanim pan pokazał, jaki jest błyskotliwy, zapytał pan, czy ta pacjentka, Maria Szynok, ma rodzinę. Otóż nie. Nie ma ona żadnej rodziny. Jest wychowanką – zajrzała do kartonowej teczki – Sierocińca Mielęckiego w Katowicach. To takie typowe dla tego państwa i jego społecznych instytucyj! – Zza okularów spojrzała surowo na swoich rozmówców, jakby to oni właśnie byli owym krytykowanym państwem. – Wychowana przez siostry w niechęci i w pogardzie do swojego ciała! Nauczona, że jej jedynym celem jest wyjść za mąż i urodzić pięcioro dzieci… Nic dziwnego, że kiedy tego celu z jakichś tam powodów nie mogła osiągnąć, oddała się marzeniom. U niektórych na tym się kończy, u niej te marzenia przeszły w paranoję. Bardzo ostrą zresztą, ujawnioną natychmiast pod wpływem tego tajemniczego zdarzenia, po którym znalazła ją policja. Może to był gwałt? Stąd jej zmyślenia o małżeństwie z jakimś mitycznym hrabią, z jakimś księciem na białym koniu. Nie mogę tylko zinterpretować tych ran na twarzy… – Zamyśliła się na chwilę. – Nie do końca wierzyłabym tutejszemu medykowi policyjnemu, który uznał je za ugryzienia psa. To człowiek nieodpowiedzialny. Nawet nie zbadał jej ginekologicznie i nie wiemy, czy została zgwałcona, czy też nie. Ja te rany interpretuję zupełnie inaczej niż on…
– A jak, pani doktor? – Ciemnowłosy mężczyzna miał również piwnozielone oczy. – Jak pani to interpretuje? Bardzo jesteśmy ciekawi!
– Ty nie bądź taki ciekawy! – ofuknął go wesoło łysy. -Bo sprowokujesz panią doktor do wykładu naukowego, takiego jak po naszym przyjściu. A ja, jeśli jeszcze raz usłyszę o chorobie afektywnej i manii depresyjnej, to naprawdę oszaleję… To zresztą nie byłoby takie złe. Być pacjentem pani doktor i móc ją codziennie widywać… – Jego usta rozsunęły się, ukazując równe, mocne zęby.
– Moja interpretacja – Tkocz dopiero teraz zwróciła uwagę na starannie wypielęgnowaną bródkę łysego policjanta – jest następująca. Te rany to samookaleczenie, samoukaranie albo wstęp do przyszłej racjonalizacji. Krótko mówiąc, ona się okaleczyła niejako na przyszłość, aby sobie tak oto tłumaczyć swoje niepowodzenia w próbach zdobycia męża: nie mogę znaleźć męża? Nic dziwnego, jestem taka brzydka… Oczywiście, będzie tak sobie tłumaczyć, kiedy stąd wyjdzie i zaleczy się jej chorobę. To może być nawet za dziesięć lat!
– A wtedy znajdzie sobie jeszcze jeden powód do racjonalizacji. – Łysy założył nogę na nogę i pokazał swoje błyszczące trzewiki, na których nie było śladu śniegu z błotem, zalegających ulice po ostatniej odwilży. – Będzie sobie mówiła: jestem brzydka i stara…
– Nie sądzę – Tkocz poczuła, że się czerwieni, czego najbardziej nienawidziła – żeby kobieta trzydziestoletnia była stara!
– No i widzisz, Eduardzie – brunet poprawił swój perłowy krawat, który świetnie kontrastował z ciemnym prążkowanym garniturem – potwierdziły się twoje domysły. Ta Maria Szynok jest obłąkana, a jej opowieść o arystokracie to czysta fantazja… Miałeś rację, to wszystko moglibyśmy stwierdzić we Lwowie bez przyjeżdżania tutaj, choć ja – i tu się uśmiechnął do lekarki – wcale nie żałuję tej podróży…
– Ja też nie żałuję. – Węzeł krawata łysego mężczyzny pod śnieżnobiałym kołnierzykiem koszuli był, jak zauważyła, bardzo staranny i zawiązany a la Windsor. – Ale nie zgadzam się z państwem. Sądzę, że można tej pacjentce wierzyć.
– Żartujesz? – Jego kolega w geście rozpaczy podniósł ręce ku górze, odsłaniając bursztynowe spinki. – Rozumiem, że śnił ci się pies, ale uwierz mi, Eduardzie, ten trop jest fałszywy! Przecież gdyby to pogryzienie było sprawką Minotaura, to on by ją później zabił! A dlaczego jej nie zabił? Dlaczego naraził się na takie niebezpieczeństwo? Przecież mogłaby go rozpoznać!
– On nie był na pewno stąd. – Łysy wstał i sięgnął po drogie wieczne pióro, którym zaczął wymachiwać jak wskaźnikiem. – Po morderstwach w Mościskach i Drohobyczu stał się ostrożny. Zabija już w innych miastach, a nawet w innych państwach. W Breslau, w Katowicach…
– Panowie, panowie! – przerwała im Tkocz. – Może mi coś wyjaśnicie?! Jaki pies, jaki Minotaur? Ten, o którym kilka lat temu pisały gazety? Jeśli tak, to tu, w Katowicach, nie było żadnego zabójstwa popełnionego przez Minotaura!
– No widzisz? – Brunet roześmiał się triumfalnie. – Nie zabił tu nikogo! A ja się wciąż pytam: dlaczego nie zabił, choć niby pogryzł?
– Odpowiadam ci. – Łysy zaczął krążyć po gabinecie, omiatając obojętnie wzrokiem dyplomy Ludwiki Tkocz, wiszące na ścianach. – Może ona nie była już dziewicą? Przecież Minotaur morduje tylko dziewice!
– A była czy nie była dziewicą? – Brunet spojrzał na Ludwikę Tkocz.
Pani dyrektor roześmiała się donośnie.
– Czy była dziewicą? Chodźcie panowie za mną, coś panom pokażę! Czas, żeby panowie w końcu poznali pacjentkę, która tak ich interesuje!
Rybnik, sobota 30 stycznia 1937 roku,
kwadrans na pierwszą po południu
Szli wraz z doktor Ludwiką Tkocz długim korytarzem budynku z czerwonej cegły. Wicedyrektor szła przodem, szybko i energicznie, a jej wydatne pośladki poruszały się pod zbyt obszernymi spodniami. Popielski, słuchając objaśnień pani doktor, myślał o dniu powszednim w zakładzie dla obłąkanych. Mock, przechodząc przez kolejne pomieszczenia, pytał o historię szpitala, który bardzo mu przypominał wrocławskie budynki użyteczności publicznej. Jak się dowiedział, w czasach niemieckich też mieścił się tu szpital. I wtedy, i teraz słychać było chrapliwe okrzyki chorych, ich głośnie dyskusje lub monologi, obelgi, przekleństwa i wyzywanie Boga na pojedynek. I wtedy, i teraz szczękały metalowe talerze wypełnione kaszą ze skwarkami, a pielęgniarze stali wzdłuż ścian.
– Pora obiadu – powiedziała Tkocz. – Jesteśmy w stołówce, a za nią są separatki dla szczególnie niebezpiecznych chorych. Proszę dalej za mną!
– Maria Szynok jest niebezpieczna? – zapytał Popielski.
Tkocz zignorowała to pytanie i władczym gestem kiwnęła dłonią na krępego pielęgniarza, na którego karku odkładały się trzy fałdy tłuszczu. Podreptał przed nimi. Przeszli przez stołówkę, oddzieloną od kuchni jedynie długą ladą. Na suficie i ścianach pomieszczeń wykwitały jakieś fantazyjne brudne zacieki. Nie brakowało ich również w małym korytarzyku, do którego zeszli po wąskich schodach.
– Tu są separatki – powiedziała Tkocz i wskazała ręką na pierwsze drzwi. – Poznajcie, panowie, pacjentkę Marię Szynok. Na razie przez wizjer.
Popielski odsunął klapkę i spojrzał w głąb separatki. Odsunął się i pokręcił przecząco głową.
Znów gówno w judaszu. – Pielęgniarz spojrzał pytająco na wicedyrektor. – Auf?
– Jesteście, panowie, mocnymi mężczyznami? – zapytała Tkocz, uśmiechając się drwiąco do policjantów. -
Mocnymi, pewnymi siebie, którzy już wiele w życiu widzieli i nic ich nie przerazi? To najpierw coś powiem.
Nie zoperowano dobrze ran na policzku Marii Szynok.
Wdało się zakażenie i tak zwane dzikie mięso. Ropa szukała gdzieś ujścia. Pojawiły się małe dziury, przetoki wokół rany. Woń z jej ust czuć z odległości dwóch metrów. Jesteście panowie silnymi mężczyznami? Jeśli tak, to otwieramy drzwi. Jeśli nie, to lepiej nie otwierać.
Otwieramy?
Mock i Popielski spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
– Proszę otworzyć – odpowiedzieli prawie jednocześnie, a w ich głosie słychać było lekką urazę.
– Piotrze, otwierajcie – rozkazała pielęgniarzowi.
Drzwi uchyliły się ze skrzypieniem. Smród wydzielin odebrał im oddech. Policjanci ścisnęli sobie nosy i ustami wdychali zatrute miazmatami powietrze. Jedynie doktor Tkocz była nieporuszona, jakby z separatki dochodził zapach jej ulubionych karbinadli, nie zaś fetor urynału i kloaki. Pielęgniarz Piotr sprawiał wrażenie, iż ten widok bawi go niezmiernie.
Kobieta wewnątrz zaczęła tańczyć, unosząc nogi wysoko, jakby przechodziła przez jakiś niewielki płot. Jedną dłonią przyciskała do skroni dolny rąbek koszuli, zasłaniając sobie pierś i pół twarzy. Reszta jej ciała pozostawała odsłonięta. Jej zaczerwienione łono było doskonale widoczne.
Obfite owłosienie rozrastało się na uda i było czymś zlepione. Pełna, duża pierś ciężko się kiwała pod wpływem osobliwych skoków. Ze skóry wokół sutka wyrastały trzy długie czarne włosy. Nagle opuściła koszulę, jakby się zawstydziła. Sztywna materia opadła na jej ciało i ujawniła całą gamę okrągłych, ciemnożółtych zacieków. Pacjentka obie ręce włożyła między nogi i zaczęła się cofać, aż oparła się o ścianę. Mimo tej odległości zobaczyli dziurę w policzku. Skóra na jej brzegach była fioletowo-brunatna, połyskliwa i nieruchoma, nawet kiedy Maria Szynok się uśmiechała, zamykała oczy, a swe pięści coraz szybciej wpychała między uda.
Popielski odwrócił się od drzwi i usunął na bok. Mock zrobił natychmiast to samo. Oparł dłonie na kolanach i ciężko oddychał. Doktor Tkocz dała znak pielęgniarzowi, a ten zatrzasnął drzwi.
– Na widok rozkładającego się trupa powieka by wam nawet nie drgnęła. – Tkocz podciągnęła swoje opadające spodnie. – Ale nie możecie patrzeć na to, do czego doprowadziła tę nieszczęsną kobietę pogarda dla własnego ciała! Zrobiło to obłudne społeczeństwo, na którego straży stoicie!
– Zaraz mi pani powie, że to ja zrobiłem! – Mock patrzył na doktor równie przyjaźnie jak rano na Zubika. – Już mam się czuć winny?
– A pani doktor – Popielski przysunął się tak blisko lekarki, żeby poczuła jego perfumy – nie wychowała się przypadkiem w sierocińcu? W niechęci do własnego ciała?
– Nie. – W oczach psychiatry odbiło się pomieszanie. – Jak pan śmie! Co to w ogóle pana obchodzi?
– Bo ubiera się pani – Popielski znów się przysunął, a Tkocz odskoczyła jak oparzona – jakby gardziła pani swym ciałem. A ja jestem pewien, że jest ono nie do pogardzenia…
Dał znak Mockowi i ruszyli z powrotem do stołówki, gdzie przywitał ich nieznośny hałas metalowych misek. Doktor Tkocz stała w korytarzyku i płonęła z gniewu.
Katowice, sobota 30 stycznia 1937 roku,
godzina czwarta po południu
W narożnym apartamencie hotelu „Monopol” Popielski siedział pod oknem i tłumaczył Mockowi raport ze znalezienia pogryzionej Marii Szynok, które nastąpiło równo pięć miesięcy temu:
– Dnia 30 sierpnia 1936 roku posterunkowy III komisariatu Pampusz Karol podczas swojego służbowego obchodu został zaalarmowany przez Raburę Józefa, lat 12, iż u pani Wozignój Gertrudy, lat 60, zamieszkałej w Katowicach, przy ulicy Mieroszewskiego 4, znajduje się w stanie ciężkim jej sublokatorka i pomoc domowa, Szynok Maria, lat 20. Pani Szynok, ubrana w samą tylko bieliznę, była nieprzytomna i objawiała liczne krwawe rany na twarzy. Wedle pani Wozignój Gertrudy, pani Szynok Maria w takim stanie została znaleziona na progu domu przez wyżej wymienioną. Oprócz tego ranna miała przy sobie torebkę, której zawartość opisano poniżej. Pani Szynok Maria była jeszcze w przytomności, kiedy oznajmiła, iż rany na twarzy pochodzą od „hrabiego, który ją pogryzł”. Podjęto konieczne działania. Podpis nieczytelny.
– To wszystko? – Mock leżał na szezlongu, opierając obie stopy na jego oparciu.
– Nie, są jeszcze trzy adnotacje. Pierwsza od medyka. „Stwierdzono silne obrażenia prawego policzka oraz liczne sińce i potłuczenia całego ciała. Rany szarpane na policzku, połączone z naruszeniem tkanek, są najprawdopodobniej zwierzęcego pochodzenia, od kłów psa. Pani Maria Szynok po przebudzeniu wykazuje objawy choroby psychicznej. Doktor Zygmunt Mierzejewski, lekarz policyjny”. Kolejna adnotacja jest z października, pochodzi od sędziego śledczego Manfreda Dwornioka i brzmi: „Z powodu braku możliwości jakiegokolwiek porozumienia się z chorą, która po wypadku wciąż przebywa w Zakładzie dla Umysłowo Chorych w Rybniku, i wobec sprzecznych informacji podawanych przez sąsiadów i znajomych, których spis poniżej, umarza się śledztwo”. I ostatnia adnotacja. „Zawartość torby podręcznej: grzebień, różaniec, igła i nitka, woreczek ze sztucznej skóry, zawierający monety na sumę złotych czterech groszy piętnastu oraz kamyk po goleniu, ponadto obrazek Matki Boskiej Piekarskiej, szminka, zapałki, chusteczka do nosa i trzy papierosy grand-priksy”. To wszystko, Ebi.
– Po co tej nieszczęsnej kobiecie kamyk po goleniu? -Mock poruszył się na szezlongu i ułożył się z ramieniem pod głową.
– Może chciała udawać dziewicę? – Popielski założył obie dłonie na łysinę i zaczął lekko kołysać się na krześle.
– W jaki sposób miała niby udawać dziewicę? – ożywił się Mock.
– Nie wiem, to tylko taka pierwsza myśl. – Popielski nadal się kołysał, a jego rozpięta kamizelka falowała. -Wszystko mi się kojarzy z jednym… Kiedyś znałem pewną młodą damę, która smarowała sobie łono kamykiem po goleniu, czyli ałunem. Skóra jakoś się jej kurczyła, zwierała i wejście do antrum amoris było naprawdę niełatwe.
– Poczekaj, poczekaj. – Mock zerwał się na równe nogi. – Mamy następującą sytuację. Maria Szynok w sposób przerażający, godny ubolewania i wyzywający czyniła sobie zadość na naszych oczach. Tak nie postępuje dziewica. Tak postępuje kobieta wyuzdana… No, nie przymierzając tak robiła jedna z naszych towarzyszek w pociągu… Ale do rzeczy. To po pierwsze…
– To, co mówisz, wcale nie jest pewne. – Popielski wstał, podszedł do okna i długo się przyglądał Hali Targowej, spod której odjeżdżały furmanki. – Przecież jest obłąkana. A obłęd może zrobić z mniszki kurtyzanę.
– Po drugie, używa ałunu. – Mock szedł uparcie torem swojego rozumowania, jakby nie słyszał zastrzeżenia Popielskiego. – Załóżmy, że używa go do fałszowania dziewictwa… Najważniejsze jest pytanie: po co kobieta udaje dziewicę?
– Nie-dziewice są w trudnej sytuacji na rynku usług małżeńskich. Odpowiedź jest prosta: kobieta miała lat dwadzieścia i chciała wyjść za mąż!
– Dobrze. W torebce miała ałun. Do czego on służy? No, powiedzmy do fałszowania dziewictwa. A co się nosi w torebce? Artykuły pierwszej potrzeby: papierosy, chusteczkę do nosa, igłę, różaniec… Do tych wszystkich rzeczy ałun pasuje jak pięść do nosa. Nie jest artykułem pierwszej potrzeby, chyba że była prostytutką i udawała dziewicę na życzenie klienta, tak jak ta twoja…
– Masz rację, Ebi. – Popielski odwrócił się od okna. -Ałun pasuje jak pięść do nosa. A jednak miała go w torebce, czyli był jej do czegoś potrzebny. Chusteczkę do nosa nosisz zawsze, bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy wystąpi u ciebie katar, ale chyba nie zawsze masz przy sobie prezerwatywy, tylko zabierasz je wtedy, kiedy idziesz na dziewczynki! Kataru na ogół nie możesz przewidzieć, a fiku-miku to i owszem! Miała przy sobie ałun, bo szła na obcowanie, podczas którego miała odgrywać rolę dziewicy!
– Tak jest! – Mock uderzył dłonią o swoje udo. – Masz rację! A Minotaur ją pogryzł, lecz nie zabił, bo była już zdeflorowana. A on zabija tylko kobiety nienaruszone.
Mężczyźni zaczęli nerwowo krążyć wokół stołu, kilkakrotnie wpadając na siebie. Bladozielone tapety ciemniały, mrok powoli pokrywał kanapę, szezlong, stół i zegar stojący w rogu salonu. Nie przeszkadzało im to. Mocka bolała głowa od intensywnego myślenia, Popielski biegał wokół stołu, jakby chciał złapać jakieś ważne przeczucie, które zapaliło się i natychmiast zgasło podczas ostatniej wypowiedzi niemieckiego kolegi. Nagle się zatrzymał.
– Szła na spotkanie? Tak. Szła na obcowanie? Tak. Z kim? Powiedzmy, że z jakimś amantem. Ale teraz jest najważniejsze pytanie: gdzie się zetknęli? Gdzie poznała tego człowieka? Jeśli nazywała go „hrabią”, to musiał on być jej przedstawiony jako „hrabia”. A gdzie prosta dziewczyna może poznać hrabiego?
– W burdelu. – Mock usiadł przy stole, zapalił papierosa, a papierośnicę popchnął odruchowo po stole, tak mocno, że zleciała na podłogę. – Tak jest! W burdelu! I tam udawała dziewicę! Musimy przeszukać wszystkie burdele w tym mieście.
– Nie tylko w burdelu mogli się spotkać – powiedział Popielski w zamyśleniu. – Pamiętasz wypowiedź tej sawantki w szpitalu psychiatrycznym? Powiedziała, że Szynok roiła coś o małżeństwie z hrabią, z rycerzem na białym koniu… Pamiętasz?
– Tak, pamiętam.
– Może poznali się nie w burdelu, lecz w biurze matrymonialnym? Może tam Minotaur szukał swojej ofiary?
– Idziemy! – Mock wstał, poprawił krawat i założył marynarkę.
– Biura matrymonialne są już nieczynne. – Popielski zapali! w końcu światło i spojrzał na Mocka, który aż tryskał energią.
– Biura sprawdzimy w poniedziałek. – Mock stęknął, wzuwając buty przy pomocy długiej łyżki. – A burdele można odwiedzić zawsze.
– Jeszcze ci mało? – zapytał Popielski z uśmiechem.
– Polska, mój drogi – Mock uśmiechnął się szeroko -słynie z pięknych kobiet. Czy ja mogę w końcu spróbować tego specjału, czy mam się zadowolić kiepskim erzacem, tymi dwoma szczerbatymi kocmołuchami z pociągu?
Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,
godzina dziesiąta rano
Mock i Popielski jechali dorożką ulicą Marszałka Piłsudskiego. Ich nogi zostały przez fiakra bardzo troskliwie okryte szubą, ich policzki tryskały zdrowym rumieńcem, a mózgi pracowały na różnych, zupełnie odmiennych obrotach. Mock, przeżarty alkoholem, tytoniem i rozpustą, jakiej się oddawał w niedzielny wieczór, siedział teraz w milczeniu pod baranim kożuchem, przyglądał się mijanym gmachom i kamienicom i ze zdumieniem stwierdzał u siebie zaskakujący wzrost ciepłych uczuć do tego miasta. Było ono niezwykle podobne do Breslau. Piwiarnia „Zdrój Okocimski” przy Stawowej, od której zaczął sobotnią rundę po przybytkach wszelkiego nieumiarkowania, przypominała mu piwiarnię Kisslinga przy Junkernstrasse w Breslau. I tu, i tu był dyskretny stryszek z pokojami, gdzie panowie mogli spędzić kilka upojnych chwil w ramionach dam, i tu, i tu można było skosztować frankfurterek w sosie musztardowym, i tu, i tu podawano wyśmienitego pilznera. Te podobieństwa dostrzegł Mock nie tylko we wszystkich jedenastu domach publicznych, których część w sobotę odwiedził wraz z Popielskim, a w niedzielę resztę – już bez Eduarda. Widział podobieństwa również w okolicach swojego hotelu – pewien gmach na Piłsudskiego do złudzenia przypominał mu kamienicę przy Tiergartenstrasse, budynek gimnazjum przy Mickiewicza był bliźniaczo podobny do Elisabeth-Gymnasium, różniąc się od tego ostatniego jedynie kolorem, a ceglasta szkoła na Stawowej wybudowana została w tym samym stylu, co setki szkół w Breslau i w całych Niemczech. Mock czuł się w Katowicach jak u siebie w domu, a nawet lepiej, ponieważ kobiety były tu znacznie ładniejsze. W jednym z odwiedzonych burdeli dyrektor kryminalny tak się bowiem zachwycił urodą młodej damy, że nie ograniczył się tylko do rutynowego przesłuchania. Popielski nie zachwycał się Katowicami, ponieważ żadne z miast, które widział do tej pory – no, może poza Wiedniem – nie wytrzymywało porównania z jednym wielkim ogrodem, jakim był jego ukochany Lwów. A cóż dopiero to górnicze miasto o domach być może i ładnych, lecz pokrytych czarnym pyłem, który wciskał się w każde miejsce ściany! Poza tym był w kiepskim nastroju, ponieważ o tej porze zwykle przewracał się w łóżku na drugi bok.
W odróżnieniu od Mocka, spędził niedzielę bardzo przyzwoicie i pracowicie. Śniadanie zjadł w samotności, ponieważ jego niemiecki kolega spał snem człowieka wielce utrudzonego alkoholem. Komisarz był sobotniego wieczoru mocno podminowany całym tym katowickim śledztwem, które prowadzili w szaleńczym tempie oraz bez najmniejszych nawet uzgodnień ze śląską policją. Wyrzucał sobie, że w ogóle powiedział Mockowi o psim warczeniu, jakie słyszał po epileptycznym seansie. Pił niewiele i nie podzielał wesołości Ebiego, który na widok każdego psa pytał, czy to właśnie ten tak warczał w epileptycznej wizji. Popielski był więc w niedzielę rześki jak wiatr znad lwowskiego Kajzerwaldu i po południowym spacerze, kiedy Mock dochodził do siebie, komisarz przystąpił do dalszych działań śledczych. Przejrzał „Księgę adresową Województwa Śląskiego” i wynotował z niej dane dwóch istniejących w Katowicach biur matrymonialnych. Potem razem z Mockiem zjedli potężny obiad w niemieckiej restauracji „Zur Eisenbahn” na ulicy Dworcowej i udali się – już osobno – do pozostałych burdeli. W jednym z nich Mock gościł do rana.
Popielski siedział nieco pochmurny, nie kontemplował miasta, lecz zastanawiał się nad dalszym śledztwem i nad udziałem w nim katowickich policjantów. Był po bardzo nieprzyjemnej i nerwowej rozmowie telefonicznej z komisarzem Zygfrydem Holewą, który w ostrych słowach potępił kontrolowanie bez jego wiedzy katowickich domów publicznych i zagroził wyrzuceniem z Katowic tych dwóch natrętów, z których ani jeden nie był funkcjonariuszem Policji Województwa Śląskiego! Dopiero obietnica uzyskania specjalnego pełnomocnictwa, złożona przez Popielskiego, uspokoiła Holewę. Na domiar złego śledztwo po wizycie w przybytkach rozpusty ani drgnęło. W domach publicznych nie słyszano nigdy o odwiedzinach jakiegokolwiek arystokraty, a za najwyższe warstwy społeczne, z jakimi katowickie kurtyzany miały kontakt cielesny, uważano urzędników z hut i kopalń lub ajentów i komiwojażerów. W biurze matrymonialnym „Hestia”, w którym byli dziś rano, bardzo miły i uprzejmy urzędnik przewracał tylko oczami, a nawet się nieco wzruszył, słysząc o jakimś hrabim i biednej dziewczynie z ludu. Żałował, że nic podobnego nie zdarzyło się w jego firmie, ponieważ wykorzystałby to w jej reklamowaniu. Nic dziwnego, że Popielski po dotychczasowym katowickim śledztwie był ponury i jadąc do drugiego biura o nazwie „Matrimonium”, myślał o wspólnych i pewnie beznadziejnych działaniach, które będzie musiał prowadzić wraz z niechętnym mu komisarzem Holewą. Ten Ślązak będzie mi wszystko torpedował, myślał Popielski, to przecież on zamknął śledztwo w sprawie Szynok. Nie ma więc najmniejszego interesu, by nowa inwestygacja obnażyła jakiś jego błąd.
Myśląc o tym, jakimi słowami udobruchać komisarza Holewę, z którym mieli spotkanie w samo południe, Popielski wyskoczył ze stojącej już od kilku sekund dorożki na ośnieżony chodnik. Mock obudził się z lekkiej drzemki i mrugał powiekami. Stali przy bramie kamienicy na ulicy Stawowej. Nad wejściem do bramy oznaczonej numerem 10 znajdował się szyld z napisem: Zakład pośrednictwa małżeńskiego „Matrimonium”, i rysunkiem gołębia w absurdalnym koronkowym kołnierzyku, który w dziobie trzymał połączone obrączki.
Biuro mieściło się na pierwszym piętrze, a jego okna wychodziły na małe podwórko. Pani Klementyna Nowo-ziemska, powiadomiona przez Popielskiego o wizycie telefonicznie, już na nich czekała. Była to dama około pięćdziesiątki, bardzo starannie uczesana i uszminkowana, korpulentna i odziana w drogi kostium z wełny w prążki. Pod jej szyją widniał podobny koronkowy kołnierz jak u gołębia. Jej głos był cichy i kojący, a uśmiech subtelny, lecz pełen godności. Trudno wyobrazić sobie lepszą osobę na czele biura „Matrimonium”. Siedziała przy solidnym mahoniowym biurku; za nią znajdowała się sporych rozmiarów szafa z segregatorami, których rogi były wzmocnione fantazyjnymi złoconymi okuciami. Biurową atmosferę osładzały dwa wazony z goździkami.
Ponieważ pani Nowoziemska nie mówiła po niemiecku, Mock chciał natychmiast pożegnać Popielskiego i poczekać nań w jakiejś okolicznej knajpie, gdzie mógłby zagasić płomień kaca bardzo mu smakującym piwem okocimskim. Popielski, mimo iż z Mockiem łączył go bruderszaft, nie znał go jednak zbyt dobrze i nie wiedział, czy można mu ufać i czy poprzestanie na jednym lub dwóch piwach.
Wręcz przeciwnie, sądził, że Niemiec może się na dobre rozochocić i znowu gdzieś mu zniknie, jak w niedzielę. Uprosił zatem Mocka, by pozostał w biurze. Pani Nowoziemska, widząc zafrasowanie Popielskiego, wpadła na wspaniały pomysł zainteresowania „niemieckiego przyjaciela” ofertą samotnych pań. Ten ochoczo przystał na to, usiadł w małym, jasnym saloniku, wypełnionym wonią jakichś perfum, i zaczął z wielkim zainteresowaniem przeglądać anonse i fotografie kobiet.
– Dziękuję pani za znakomity pomysł. – Popielski uśmiechnął się szczerze uradowany.
– Och, mężczyźni są jak dzieci. – Pani Nowoziemska odwdzięczyła się pięknym uśmiechem. – Dać im jakiś album z powabnymi niewiastami, a natychmiast się uspokoją, jak mali chłopcy przy oglądaniu znaczków.
– Tak… Tak… – Popielski założył nogę na nogę. – Wie pani, co mnie tutaj sprowadza, prawda? Wyjaśniłem to pani telefonicznie. Szukamy z panem dyrektorem kryminalnym Eberhardem Mockiem z Wrocławia groźnego przestępcy, który podając się za arystokratę, bałamuci skromne, dobre dziewczyny z ludu. Czy był w pani zakładzie ktoś taki?
– Możliwe, że źle pana zrozumiałam. – Uśmiech znikł z twarzy pani Nowoziemskiej. – Ale już podczas naszej rozmowy telefonicznej nie robiłam panu nadziei, że zdradzę mu jakieś poufne wiadomości o moich klientach. A pan mimo to przyszedł mnie o nich wypytywać! No to teraz mówię jasno: nie udzielę panu żadnych informacji. To wszystko.
Pani Nowoziemska wstała, dając Popielskiemu znak, że audiencję uważa za skończoną. Komisarz również powstał.
Był pewien, że zadał jej niewłaściwe pytanie, idiotycznie długie i niejasne. A przecież powinien zapytać znacznie krócej i prościej. Tak właśnie zrobił.
– Czy Maria Szynok, kobieta lat dwudziestu, była pani klientką?
– Pan mnie chyba nie zrozumiał, panie komisarzu -odpowiedziała zimno właścicielka biura. – Nie poinformuję pana o moich klientach ani klientkach! Żegnam pana!
– Naprawdę? – Popielski z trudem panował nad sobą. – No to ja pani w ogóle nie będę o to prosić, tylko zarekwiruję akta z pani biura. Zabiorę je ze sobą na komendę, przejrzę i dowiem się wszystkiego, czego potrzebuję. Tak właśnie zrobię – podniósł głos – i to zaraz! Po pani reakcji już wiem, że pani coś ukrywa! I nie będę już teraz w ogóle z panią rozmawiał, bo podejrzewam, że będzie pani kłamać! Zabieram akta i już! A mogło być tak prosto i spokojnie…
– Jeśli chce pan zarekwirować akta – Nowoziemska nie podniosła głosu ani o ton, lecz zastawiła swoją korpulentną osobą oszkloną szafę – to musi pan użyć wobec mnie przemocy. Bo ja panu dobrowolnie niczego nie dam! Poza tym zaraz wezwę policję! U nas policja spoza Śląska nie ma nic do gadania!
Popielski klepnął się w świeżo wygoloną głowę. Nie wiedział, jak wygląda komisarz Zygfryd Holewa, ale go sobie dobrze wyobraził. Jest na pewno gruby, ponury i łatwo wpada we wściekłość. Nosi za małe kołnierzyki i pozłacaną dewizkę od zegarka. Teraz pewnie ociera wąsy po wypiciu szklanki piwa do śniadania i ostrzy sobie zęby na jakiegoś policjanta ze Lwowa, który na nie swoim terenie wsadza nos w nie swoje sprawy. Popielski wyobraził sobie następującą scenę: wraz z Mockiem wchodzą do gabinetu komisarza Holewy. Są obładowani segregatorami pani Nowoziemskiej, a za nimi ona, na pewno wielce tu szanowana obywatelka, wrzeszczy i jeszcze rzuca się z pazurami na swoich prześladowców. A potem Popielski komunikuje Holewie: będziemy razem prowadzić umorzone śledztwo. Otrząsnął się z ponurych wizji. Nowoziemska triumfująco się uśmiechała, a Mock wychylał głowę z saloniku, zaintrygowany podniesionym głosem kolegi. Na jego kolanach spoczywał tom akt z ofertami pań. Popielski spojrzał na Mocka i usiadł na kanapce. Zapalił papierosa i uśmiechnął się poprzez dym do pani Nowoziemskiej.
– Ile wynosi pani honorarium, madame? – zapytał. – Honorarium za wyswatanie takiego mężczyzny jak ja.
– Chce mnie pan przekupić? – Właścicielka biura mimo srogiej miny również usiadła.
– Nie. Ja chcę być pani klientem. Jestem bardzo dobrą partią. Samotny, zamożny wdowiec, lat pięćdziesiąt dwa…
– I co dalej? – lekki uśmiech znów pojawił się na twarzy jego rozmówczyni.
– Otóż właśnie! Co dalej… – Popielski dmuchnął dymem w stojącą obok palmę. – Proponuję pani układ handlowy. Pozwolę, aby pani wpisała mnie do swoich ksiąg, a potem przejrzę album, który ma teraz pan dyrektor kryminalny. Może wybiorę jakąś panią? Może się z nią spotkam tutaj, w tym gustownie urządzonym saloniku? Jestem dobrze sytuowany. Zapłacę solidnie za moje przyszłe małżeńskie szczęście… Ale najpierw musi pani coś o mnie wiedzieć. No niechże pani pyta! Ale po każdym pani pytaniu ja postawię swoje pytanie, a pani mi odpowie. Pytanie za pytanie, szanowna pani.
– Przecież i tak mi pan nie uwierzy! Na wszystkie pana pytania odpowiem: nie wiem, nie znam. I co pan mi wtedy zrobi?
– Zostanę pani klientem tylko w tym wypadku, jeśli pani odpowiedzi będą pozytywne. Niczego pani nie ryzykuje. Albo mi pani pomoże, a ja dam pani szansę wyswatania mnie, albo nie. To bardzo proste.
Pani Nowoziemska w milczeniu wpatrywała się w Popielskiego. Tymczasem rozdzwoni! się telefon na jej biurku, ale nie podnosiła słuchawki. Znudzony Mock odłożył album ze zdjęciami. Śnieg sypał za oknem i pokrywał białym całunem pryzmę węgla, który jakiś mężczyzna wsypywał szuflą do okienka piwnicy. Telefon znowu zadzwonił. Nowoziemska podniosła słuchawkę i chwilę rozmawiała po francusku.
– Przepraszam pana, komisarzu, muszę jeszcze gdzieś zatelefonować, bo mam dzisiaj bardzo pilne spotka nie. – Wykręciła numer i przez kilka minut rozmawiała znów w języku Kartezjusza.
Potem usiadła i splotła dłonie.
Najmocniej pana przepraszam, panie komisarzu. Pewien cudzoziemiec właśnie przyjechał do Katowic, szuka żony Polki i chyba coś dla niego mam. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Mam też coś dla pana. Ważne, jak sądzę, informacje na temat Marii Szynok. Ale wyjawię je dopiero jutro o szóstej wieczór. Po trzech spotkaniach, które pan odbędzie z moimi trzema klientkami. Trzeba dać szansę Amorowi.
– Przecież pani nic o mnie nie wie – zaoponował Popielski. – Jak mnie pani przedstawi tym klientkom?
– Wiem o panu komisarzu wystarczająco dużo. – Pani Nowoziemska znów była słodka i łagodna. – Wydaje się panu, że po dwudziestu latach pracy w tym zawodzie nie znam się na mężczyznach? No to co? Zapraszam pana jutro o trzeciej po południu. Pierwszą panią jest pani doktor Fryderyka Przybilla, czterdziestoletnia dentystka. Proszę, pokażę zdjęcia jej i jeszcze innych pań.
Popielski wstał, zgasił papierosa i podszedł do biurka właścicielki. Potrafił unosić górną wargę, odsłaniając – jak pies – ostre kły, potrafił mrużyć oczy tak, że jego twarz przypominała maskę wściekłości, potrafił nawet rozszerzać nozdrza swojego złamanego nosa, i wtedy jego twarz stawała się podobna do mordy goryla. Wszystko to potrafił robić na zawołanie, czym często zresztą bawił małą Ritę. Teraz te wszystkie umiejętności ujawniły się wbrew jego woli.
– Nie wie pani o mnie jednego, madame – głos dochodzący z jego krtani był dziwnie świszczący – tego, że teraz już stąd nie odejdę. I albo zaraz wszystko mi pani powie, albo rozwalę w proch tę szafę! Rozumiesz, ty stara rajfurko?
Pani Klementyna Nowoziemska powiedziała mu więc o Marii Szynok i o zainteresowanym nią panu. Wiedziała, co by się stało, gdyby odmówiła. W ciągu dwudziestu lat swojej pracy dobrze poznała mężczyzn.
Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,
południe
Mocka i Popielskiego łączyło wiele podobieństw. Obaj byli skorzy do gniewu i pedantyczni, obaj władali językami klasycznymi, uwielbiali szachy, bridża, obżarstwo oraz nie stronili od towarzystwa upadłych kobiet. Mieli jeszcze jedną wspólną cechę: niecierpliwość. Najczęściej ujawniała się u nich wtedy, gdy musieli długo czekać na realizację zamówienia w restauracji. Wtedy sapali z irytacją, wypalali mnóstwo papierosów, stukali palcami o blat stołu, zaczepiali co chwila kelnera, drapali się nerwowo po karku, słowem: byli w stanie przed-wybuchowym.
Teraz jednak, kiedy siedzieli w restauracji „Eldorado” przy ulicy 3 Maja, nie tylko zapomnieli o upływającym czasie, lecz nawet nie pamiętali, co zamówili na obiad. Mock wpatrywał się w Popielskiego i starał się nie uronić ani słowa z jego wypowiedzi:
Maria Szynok przyniosła pani Nowoziemskiej jakieś oszczędności w swoim woreczku i poprosiła o wpisanie jej do rejestru i zamieszczenie w prasie ogólnopolskiej ogłoszenia o następującej treści – i tu Popielski spojrzał na jedną z dwu kartek papieru, które wypożyczyła mu właścicielka biura. – „Kopciuszek szuka swojego księcia z bajki. Skromna, pracowita i urodziwa panna, lat dwudziestu, poszukuje statecznego, zamożnego i kulturalnego w obejściu pana, któremu jest gotowa dać wszystko, co najbardziej sobie ceni admirator domowego ogniska”. Dwa tygodnie później do biura przyszedł ten oto list – i tu zaczął czytać kartkę bloku listowego, pokrytą pismem maszynowym.
– „Wielmożna Pani! Bardzo zainteresował mnie anons «Kopciuszka», ogłoszenie numer 142/37. Chętnie zapoznałbym tę pannę. Ponieważ jednak od kilku lat szukam odpowiedniej kandydatki na małżonkę, jestem dobrze obeznany z oszustwami, jakie stosują niektóre bardzo sprytne i zdeterminowane młode osóbki, chcące zdobyć męża takiego jak ja – z koligacjami, majątkiem i tytułem szlacheckim. To z całą pewnością nie dotyczy renomowanego zakładu matrymonialnego Wielmożnej Pani, wolałbym jednakowoż zaoszczędzić sobie żmudnej, dalekiej podróży i późniejszych rozczarowań. Dlatego jestem zobligowany do postawienia Szanownej Pani dwóch pytań: 1. Czy «Kopciuszek» jest sierotą? 2. Czy jest czysta i nienaruszona cieleśnie? Abym miał przyjemność oglądania Pani oblicza oraz zapoznania się z «Kopciuszkiem», na oba pytania powinienem otrzymać odpowiedzi twierdzące. W przeciwnym razie będę zmuszony zrezygnować z tej arcyciekawej oferty matrymonialnej. Odpisywać proszę na Poste Restante w najbliższym urzędzie pocztowym. Z wyrazami głębokiego szacunku, hrabia…” – i tu wymienił jakieś osobliwe i z niemiecka brzmiące nazwisko, po czym aż cmoknął ze zdziwienia.
– Czemu tak się dziwisz? – zapytał Mock.
– Nic, nic… – Popielski zamyślił się na chwilę.
– Skąd ten list przyszedł?
– Nie wiadomo. Klementyna Nowoziemska znalazła go pod drzwiami swojego biura. Ktoś go tam wrzucił z korytarza.
– Żmudna, daleka podróż… – powtórzył Mock w zamyśleniu słowa listu.
– Poczekaj, teraz dopiero się zacznie. – Popielski aż uniósł się na krześle, jak sprinter startujący do biegu. -Nowoziemska odpowiedziała na oba pytania twierdząco…
– A jak sprawdziła dziewictwo, dozorcę poprosiła o przysługę?
– Nie. – Popielski parsknął śmiechem. – Też o to zapytałem. Powiedziała mi, że to najmniejsze zmartwienie… Chyba można jej wierzyć, wbrew swoim nienagannym manierom wygląda mi ona na byłą burdelmamę… Zatem odpisała hrabiemu, że dziewczyna jest sierotą i dziewicą, a on kilka dni później przyjechał…
– No i? – Mock był tak skoncentrowany, że nawet nie spojrzał na kelnerkę, która postawiła przed nimi po bombie piwa żywieckiego.
– Niski, chudy, około czterdziestki, bardzo elegancko odziany…
– Idealny pan Nikt – przerwał mu Mock. – Człowiek bez żadnych właściwości.
– Mylisz się. – Popielski łyknął piwa. – Pani Nowoziemska zmartwiła się niewymownie na jego widok. Gdy wszedł do biura, natychmiast sobie uzmysłowiła, że na tym panu to ona nie zarobi. „Niewyobrażalnie brzydki”, tak powiedziała. Pozwól, że ją jeszcze zacytuję. Zapisałem wszystko, co mówiła. A zatem: „Mężczyzna nie musi być piękny. Powinien być nieco ładniejszy od diabła. Ale nie może być diabłem”. Tak go scharakteryzowała. A oto dokładniejszy opis: „Gęste, grube i siwiejące włosy, jak czapka zaczynały się nad brwiami. Siny, wygolony zarost podjeżdżał aż pod oczy, które były małe i jakby wepchnięte w głowę. Kwadratowa szczęka, nierówne zęby, wąskie wargi”. Wzięła od niego wpisowe i umówiła go z Marią Szynok tego samego dnia, nie wierząc ani przez chwilę w matrymonialny sukces tego spotkania. I nawet odetchnęła, kiedy on nie przyszedł. Więcej już go nie widziała.
– Nie przyszedł… – powtórzył Mock w zamyśleniu.
– A teraz słuchaj uważnie. Spotkanie tego hrabiego z Klementyną Nowoziemską nastąpiło 30 sierpnia 1936 roku… I tegoż popołudnia miał się on spotkać z Marią Szynok. Mówi ci coś ta data?
– To wtedy znaleziono ją pogryzioną?
– Tak! – Popielski uderzył ręką w stół, aż rozlało się piwo – To on, Ebi! On przyszedł na to spotkanie, lecz nie wszedł do biura. Poczekał, aż z niego wyjdzie ta dziewczyna. I poszedł za nią. A ona może płakała, bo była zawiedziona, że nie zjawił się na spotkanie. Szła, nic nie widząc z powodu łez, a w swej nędznej torebce nadaremnie nosiła ałun, który miał przywrócić jej utracone dziewictwo. A to monstrum szło za nią… I gdzieś ją dopadło…
Podeszła kelnerka i rozstawiła przed nimi talerze. Przerwali rozmowę, lecz nie odrywali od siebie wzroku. Nie interesowała ich sztywna i przyrumieniona skórka, która lekko odstawała od różowego, wilgotnego mięsa, ani białe pryzmy klusek śląskich, ani małe kopce grochu i czerwonej, gęstej, parującej kapusty. Żaden z nich nie spojrzał nawet na kelnerkę, która nie odchodziła od stołu i patrzyła na nich wyczekująco.
– Czego ona chce? – Mock nie wytrzymał. – Napiwku? Daj jej, Eduardzie, bo ja nie mam drobnych!
– Nie chodzi o napiwek – odpowiedziała kelnerka po niemiecku, a jej twarz wyrażała oburzenie. – Dowiedziałam się o to, o co pan prosił – do Popielskiego zwróciła się już po polsku. – Właśnie przyszedł mój kolega, który obsługiwał wtedy tego brzydkiego pana.
– Może go pani zawołać? – Popielski wręczył jej pięćdziesiąt groszy napiwku.
– Helmut! – zawołała. – A pódź sam, synek!
– O co tu chodzi? – Mock nabił kluskę na widelec i zastygł. – Widziałem, że o czymś z nią długo konferowałeś, kiedy tu wchodziliśmy… Myślałem, że pytałeś o wolny stolik… Może mi wytłumaczysz w końcu…
Popielski przeniósł wzrok na kelnera Helmuta, który zbliżył się do ich stolika. Był to barczysty młodzieniec o twarzy ze śladami po ospie.
– Służę szanownemu panu. – Stanął obok nich w przepisowej pozie.
– Niech się pan napije, panie Helmucie, za moje zdrowie. – Popielski jemu też wręczył pięćdziesiąt groszy. -Możemy mówić po niemiecku?
– Mówić tak, napić nie – kelner wydukał po niemiecku, rozejrzał się po sali, lecz schował monetę do kieszeni. – Teraz nie mogę pić.
– A kto mówi, że teraz? – Popielski odkroił gruby plaster golonki i przesunął po nim nożem, zostawiając gruby nalot chrzanu. – Napije się pan później, a teraz to nam pan coś powie. Pańska koleżanka wspomniała, że pół roku temu był u państwa klient o odrażającej urodzie. A pan go obsługiwał… To może być bardzo ważne, ten człowiek może być niebezpiecznym mordercą – ostatnie słowa Popielski wypowiedział prawie szeptem, pokazując kelnerowi policyjną odznakę. – Może jest pan w posiadaniu niezwykle cennych informacji. Zechce pan nam je przekazać?
– Nie rozumiem jednego słowa. „Odrażający”? – Helmut był najwyraźniej zaaferowany.
– Brzydki jak małpa – wtrącił się Mock.
– Pamiętam go. – Kelner rozpromienił się. – Był rzeczywiście brzydki jak małpa i zabrudził całą serwetę… Coś na niej pisał… Zwróciłem mu uwagę. Przeprosił i nawet zapłacił za pranie. To wszystko, co pamiętam.
– Ejże, panie starszy – Popielski uśmiechnął się przyjaźnie – na pewno pan pamięta o wiele więcej… Niechże pan z nami usiądzie, napije się piwka albo wódeczki…
– Nie mogę przysiadać się do gości. – Helmut znów obejrzał się w stronę baru.
– Co zamówił ten klient? – zapytał Mock.
– Nie wiem, ale chyba to, co na ogół. Kluski śląskie i roladę. A potem poszedł. Więcej nie pamiętam. To było tak dawno…
– A co pisał na tej serwecie, pamięta pan? – Popielski podniósł do ust trzęsąca się skórkę, zbrązowiałą od musztardy.
– Nie, nie pamiętam. Zapisał całą serwetę. Nie do użytku.
– No co? List? Jakieś słowa? – Mock w odróżnieniu od Popielskiego nie przełknął ani kęsa.
– A gdzie tam! – Helmut potarł się w czoło. – Nie, on coś obliczał. Pisał liczby! I to atramentem! Serweta się nie chciała sprać!
– I pewnie ją wyrzuciliście? – zapytał Mock z rezygnacją w głosie.
– No tak. Co było robić? Przepraszam, ale muszę do gości.
Helmut ukłonił się i odszedł. Mock westchnął, zjadł kluskę, a potem wbił widelec w golonkę. Nie zdążył jejjednak podnieść do ust. Jego przedramię Popielski mocno przycisnął do stołu. Był cały napięty. Niemiec przyglądał mu się z otwartymi ustami, w których nie dane było zniknąć kawałkowi mięsa. Z golonki spływał teraz tłuszcz i kapał na obrus.
– Przyjechał tu z daleka, powtarzam „z daleka”, fałszywy hrabia, spotkał się matroną Nowoziemską, która poleciła mu ten lokal, powypisywał jakieś liczby na serwecie – Popielski przyciskał rękę Mocka do stołu, a żyły nabrzmiewały na jego czole – i w przerwie pogryzł Marię Szynok. A dwie pierwsze pogryzione ofiary znaleziono w okolicy Lwowa. Wiesz, jaka jest europejska stolica matematyki?
– Co to ma do rzeczy?
– Wiesz czy nie wiesz?
– No nie wiem… Chyba Getynga. Albo Paryż, Berlin?
– Nie, mój drogi – w głosie Popielskiego zabrzmiała duma. – Lwów. Właśnie moje miasto.
– Wiem, co chcesz powiedzieć. Że Minotaur jest matematykiem, który kreślił na serwecie wzory. A w liście do biura matrymonialnego pisał, że przyjedzie z daleka. Połączyłeś te dwa fakty. Ale przecież równie dobrze mógł być człowiekiem interesu i mieszkańcem Warszawy, który w wolnej chwili podlicza zyski… Wasza stolica też jest chyba daleko. I daj mi w końcu zjeść tę golonkę, do jasnej cholery!
– Wiesz, że we Lwowie jest słynna kawiarnia „Szkocka”, gdzie spotykają się matematycy? – Popielski puścił przedramię Mocka. – I wiesz, że przez całe lata pisali oni tam na serwetach albo po blacie stolika tak jak ten fałszywy hrabia? Może on też tam bywał i ten nawyk mu został?
– No może… – Mock żuł ze smakiem kęs golonki. – Rozumiem, że chcesz wracać do swojego miasta… I nie masz ochoty tłumaczyć się przed tym komisarzem Holewą, czy jak mu tam… Ale to tylko dwie informacje i twoja intuicja. I z tego powodu mamy wracać? Przecież tu jeszcze mamy wiele do roboty. Na przykład wypytać sąsiadów tej dziewczyny…
– Powiedziałeś, że połączyłem przypadkowo dwie informacje. Ale jest jeszcze fakt trzeci i najważniejszy. Powinienem od niego zacząć. To dlatego pojedziemy najbliższym pociągiem do Lwowa. Wiesz, jak się nazywa nasz hrabia? Jak się przedstawił w liście? „Hrabia Hugo Dionizy von Banach”. A wiesz, kim są profesor Hugo Dionizy Steinhaus i profesor Stefan Banach?
– Nie.
– Właśnie tak! – Popielski starannie ułożył resztki kapusty na ocalałych kawałkach golonki. – Są lwowskimi matematykami i bywalcami tej knajpy, gdzie się pisze po serwetach. Jedźmy, wstąpimy jeszcze na chwilę do „Matrimonium” i może tam zdobędziemy inne wiadomości. Żałuję, że nie wypytaliśmy pani Nowoziemskiej o akcent tego goryla, bo jestem pewien, że ta spostrzegawcza kobieta zauważyła w nim jakieś lwowskie osobliwości.
Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,
godzina druga po południu
Pani Klementyna Nowoziemska miała zwyczaj jeść obiad około drugiej w pobliskiej restauracji „Teatralna”. Zamykała wtedy biuro, a na jego drzwiach wywieszałainformację „Przerwa obiadowa. Biuro czynne od 15.30”. Tak też zrobiła i dzisiaj. Włożyła futro z soboli i mały kapelusik z kwiatkiem, umocowanym na fantazyjnej pętelce, po czym ruszyła ku drzwiom z torebką pod jedną pachą, z kartonową wywieszką – pod drugą. Drzwi się otworzyły. Stanął w nich niewysoki mężczyzna w płaszczu i kapeluszu oraz z laską.
Właśnie idę na obiad. – Pani Klementyna stuknęła pomalowanym na czerwono paznokciem w lakierowaną wywieszkę. – Chce mi pan towarzyszyć? Równie dobrze tam możemy porozmawiać.
Pierwszy cios, który otrzymała, omal nie złamał jej oczodołu. Ciepła krew zalała oko, na czole wyrosła czerwona pręga, która szybko zaczęła sinieć. Uderzenie odrzuciło panią Nowoziemską na ścianę pokoju. Zsunęła się po niej z wyprostowanymi nogami i ciężko upadła na kość ogonową. Napastnik odkręcił dolną część swojej laski, uwalniając dziesięciocentymetrowy stalowy szpic. Podniósł ręce i wbił jej w głowę stalowy szpikulec, który z równą łatwością przeszedł przez kości czaszki, jak i przez kapelusz. Wcisnął i wkręcił szpikulec do oporu. Był miłosierny. Nie chciał, aby widziała, jak pochyla się nad nią, wbija nóż w jej policzek, głęboko go nacina, a potem w miejsce nacięcia wsuwa górne zęby. Nie chciał, by widziała, jak odrzuca głowę i czerwony miąższ kląska o posadzkę.