– To ładnie – mruknął Mock. – Ale jaką kaucją mógł dysponować alkoholik Gelfrert i jaką reprezentował instytucję?
– Dyrektor Stein odpowiada jedynie na to drugie pytanie. Gelfrert był sekretarzem Towarzystwa Miłośników Śląskiej Ziemi Rodzimej.
– To miło ze strony dyrektora Steina, że zechciał to sprawdzić.
– Nie tylko to zechciał sprawdzić – zaaferowany Hartner wlewał w siebie jeszcze jeden kieliszek. – Przysłał mi także spis członków tego towarzystwa (tak się składa, że jest jego prezesem) i wyciąg z rejestru wypożyczeń…
– Tak? Słucham pana, doktorze. Proszę mówić dalej…
– Wynika z niego, że przed Gelfrertem z dziełem Barthesiusa zapoznało się ośmiu czytelników. Wszyscy oni noszą dziwne nazwiska…
– Na czym polega ich niezwykłość?
– Na tym, że są to nazwiska postaci historycznych.
– Chętnie się zapoznam z tymi nazwiskami.
– Może pan, drogi radco, zapoznać się również z ich obliczami. Wszystkie one widnieją w Auli Leopoldyńskiej naszej Alma Mater…
– Nie rozumiem – Mock kręcił kieliszkiem i obserwował, jak krople wódki spływają na szeroką stopkę. – Jestem dziś trochę chory, trochę smutny, trochę zmęczony… Niech pan mówi jaśniej.
– Jakiś czytelnik lub czytelnicy wypożyczali do czytelni Antiquitates Silesiacae Barthesiusa i nie wpisywali do rejestru własnych nazwisk, lecz nazwiska wybitnych uczonych i dobrodziejów naszego uniwersytetu, nazwiska postaci, których portrety znajdują się w Auli Leopoldyńskiej. Chyba ze rzeczywiście ci czytelnicy tak się nazywali… Chyba że w ostatnim roku do czytelni Biblioteki Miejskiej zawitali Kranz Wentzl, Peter Canisius, Johann Carmer i Carl von Hoym – Hartner podszedł do Mocka i przypatrywał się przez chwilę kilku czarnym ptakom, które stały na wartko płynącej płycie kry. – Będzie pan miał jutro sporo do referowania nadprezydentowi, o ile Mühlhausowi uda się pana z nim umówić. No niechże pan wypije na zakończenie dobrego dnia, w którym tyle udało się ustalić…
– Myślę, że jutro obaj będziemy to referowali burmistrzowi. Mamy w końcu tę świnię – powiedział cicho Mock, podał rękę Hartnerowi i nie tknąwszy wódki, opuścił gabinet dyrektorski.
WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA ÓSMA RANO
Służący Mocka, Adalbert Goczoll, i jego żona, Marta, ubrani dziś byli odświętnie, aby – jak to Adalbert oznajmił Mockowi przy budzeniu – uczcić szczęśliwy powrót swego pracodawcy do zdrowia. Stary kamerdyner wcisnął się w sfatygowany nieco frak, na dłonie nasunął rękawiczki, a jego żona owinęła się tuzinem śląskich zapasek. Śniadanie podawali w milczeniu, a rozjątrzony bezsennością Mock również milczał i napełniał żołądek – wbrew jego wyraźnym protestom – struclą z jabłkami. Martę cieszył apetyt pana, Adalberta – własna kieszeń, którą pracodawca wypełnił przed chwilą comiesięczną wypłatą, a Mocka – ascetyczny wygląd mieszkania ogołoconego wczoraj na jego rozkaz z czegokolwiek, co przypominałoby Sophie. Radca przełknął ostatnie łyki kawy i wyszedł do przedpokoju. Za pomocą bursztynowej łyżki wzuł trzewiki, przyjął od Adalberta palto i kapelusz, stanął przed lustrem i długo ugniatał i masował rondo, by nadać nakryciu głowy odpowiedni wygląd. Pod pachę wsunął aktówkę swojego służącego wypełnioną dokumentami i ciastem Marty, minął wielki worek, w którym znajdowała się jego własna teczka, podarowana mu kiedyś przez Sophie, i wyszedł z mieszkania. Pod kamienicą stały już zamówione przez Adalberta sanie, a fiakier rozmawiał z gazeciarzem, który potupywał dziurawymi butami w oblodzony chodnik. Wygnieciony daszek kaszkietu odsłaniał zielonoblade oblicze chłopca. Mock wziął od niego egzemplarz „Breslauer Neueste Nachrichten”, a za zapłatę dał mu pięciomarkową monetę i ciasto Marty. Nie słuchając podziękowań, wsiadł do sań i opadł na twarde siedzenie. Przenikliwy ból karku uprzytomnił mu przez moment istnienie wiarołomnych żon oraz woźnych i chirurgów ratujących życie ludzkie. Woźnica przygładził imponujące wąsy i trzasnął biczem z takim rozmachem, jakby chciał przepędzić nim wszystkie smutki tego świata. Mock schowany za gazetą rozpoczął poszukiwanie informacji o zbrodniach, historii miasta i rosyjskich arystokratach. Zamiast tego znalazł wiadomości o dzisiejszym zebraniu Sepulchrum Mundi, o niemiecko-polskich negocjacjach w sprawie układu o handlu dwustronnym i o głodzie w Chinach. W notowaniu informacji o wykładzie von Orloffa przeszkodził mu woźnica. Stali przed pałacem Hatzfeldów, w którym znajdowała się siedziba władz Regencji Śląskiej. Mock sięgnął do kieszeni, wręczył furmanowi tyle samo, co przed kwadransem gazeciarzowi, i czekał na resztę. Kiedy otrzymywał zlepione tłuszczem monety, rozwarły się usta furmana i zza połamanych zębów dotarły do Mocka słowa wyrzutu:
– A tamtemu pan dał taki napiwek… Zimno, panie, i do domu daleko…
Radca, pokonując odrazę, schylił się ku furmanowi i wyszeptał:
– Tamten na pewno przepije wszystko, a ty zainwestowałbyś?
– W co, panie? – poruszyły się sumiaste wąsy.
– W nowe pończochy z podwiązkami dla swojej córki – Mock krzyknął przez śnieg i wszedł do pałacu.
W hallu stał Mühlhaus i na widok Mocka spojrzał na zegarek.
– Jest pan punktualny – powiedział zamiast przywitania. – A ten pański Hartner?
– Spóźnia się w sposób wyliczony i regularny. Zawsze pięć minut. Tym razem będzie jednak na czas.
Umilkli. Obaj wiedzieli, że śląski nadradca rządowy von Schroetter prędzej znalazłby chyba zrozumienie dla słabostek Geissena niż dla arystokratycznej niepunktualności Leo Hartnera. Mock miał rację. Hartner i sekretarz von Schroettera nie byli spóźnieni. Przylizany urzędnik zszedł do hallu i zaprosił ich ceremonialnie do gabinetu nadradcy. Mijali ich zabiegani pracownicy – zafrasowane sekretarki i mniej lub bardziej ważne osobistości szukające daremnie szczęścia w stolicy śląskiej prowincji. Gabinet von Schroettera wypełniony był gdańskimi meblami. Nadradca przywitał ich nie mniej ceremonialnie niż jego asystent i – usprawiedliwiając się sesją śląskiego Landtagu – poprosił o możliwie szybkie przejście do rzeczy. Mühlhaus wziął sobie to do serca i poprosił Mocka o przedstawienie sprawy „kalendarzowego zabójcy”.
– Drogi panie nadradco – Mock darował sobie tytuł „ekscelencja”. – W naszym mieście działa morderca, pozostawiający na miejscu zbrodni kartki z kalendarza, i przywódca sekty, niejaki Aleksiej von Orloff, głoszący nadejście końca świata. Ten ostatni podpiera się różnymi przepowiedniami, zgodnie z którymi koniec świata jest poprzedzony przez straszliwe zbrodnie. Są one powtórzeniem zbrodni dokonanych przed wiekami – ludzie są mordowani w takich samych okolicznościach. Trzy morderstwa – trzy przykłady zbrodni sprzed wieków…
Nadradca von Schroetter otworzył okrągłe pudełko, z którego wystawały szpice cygar. Zapalili wszyscy oprócz Mühlhausa.
– Von Orloff na swoich wykładach udowadnia, że ma rację – Mock puścił kółko z dymu. – Twierdzi, że w ostatnim czasie odnowiły się trzy morderstwa sprzed wieków. Szczegóły jego dowodzenia zapisali moi ludzie… Teraz poproszę naszego eksperta, doktora Leo Hartnera, o kontynuowanie mojej wypowiedzi. Z powodu bólu gardła nie mogę zbyt długo mówić…
– Ekscelencjo – Hartner spojrzał do notatek Mocka. – Drodzy panowie. Von Orloff jako pierwszą przytacza historię „Dzwonu grzesznika”. Nie jest ona panom obca? – Mimo że znało ją każde dziecko w Niemczech, Hartner nie pozwolił odebrać sobie głosu. – Tę historię zrelacjonował Wilhelm Müller w swoim słynnym wierszu „Der Glockenguss zu Breslau” [19]. Czeladnik pewnego ludwisarza w czternastowiecznym Wrocławiu nie posłuchał swojego mistrza i odlał dzwon do katedry św. Marii Magdaleny niezgodnie z jego zaleceniami. Ten tak się rozsierdził, że zabił czeladnika…
– Jak twierdzi von Orloff – wtrącił się Mock – według najnowszych badań historycznych, czeladnik ten został przez ludwisarza zamurowany żywcem w kamienicy „Pod Gryfami” w Rynku. Stało się to 12 września – spojrzał do raportu Reinerta – 1342 roku. A teraz przechodzimy do teraźniejszości. 28 listopada znaleźliśmy w kamienicy „Pod Gryfami” ciało zamurowanego żywcem Emila Gelfrerta, muzyka, pracującego w Domu Koncertowym. Do kamizelki miał przypiętą kartkę z kalendarza z datą 12 września 1927 roku. Lekarz policyjny, Lasarius, stwierdził, że zgon Gelfrerta nastąpił w sierpniu lub wrześniu. W czternastym wieku czeladnik ludwisarza, czyli ktoś, kto słucha i analizuje dźwięk dzwonu, a przed kilkoma miesiącami ktoś, kto zawodowo zajmuje się dźwiękiem.
– Czy senator Geissen też? – wykrztusił von Schroetter.
– Idźmy chronologicznie – Mock zignorował to pytanie. – Nazajutrz, 29 listopada, znaleźliśmy poćwiartowane ciało bezrobotnego Bertholda Honnefeldera. Na stole leżał kalendarz z zaznaczoną datą 17 listopada. Nie musieliśmy pytać doktora Lasariusa, kiedy nastąpił zgon…
– Stało się to na Taschenstrasse 23-24 – Hartner uwielbiał wykładać, a nadradca był słuchaczem nader wdzięcznym, ponieważ pękał z ciekawości – tam, gdzie kiedyś były fortyfikacje miejskie za Bramą Oławską. W 1546 roku w tym mniej więcej miejscu został poćwiartowany niejaki Tromba, ryglarz. Nie znamy ani sprawcy, ani motywów, tego wszystkiego dowiedziałem się z dzieła Barthesiusa Antiquitates Silesiacae. Najgorsze jest to, że morderca się z nami bawi. Dom, w którym mieszkał Honnefelder, to dom „Pod Złotym Odlewem Dzwonu”…
Zapadła pełna grozy cisza.
– Tam ryglarz, tu bezrobotny ślusarz Berthold Honnefelder – przerwał ją Mock, nieco poirytowany zapędami Hartnera, który śmiało wkraczał na policyjne poletko. – Trzecia ofiara była panu nadradcy znana. Znane są panu również okoliczności mordu. Senator Geissen i prostytutka Rosemarie Bombosch zostali zabici dokładnie tak samo jak prawie pięćset lat temu szambelan cesarza austriackiego Alberta II. Cesarz obrał Wrocław za swoją bazę wypadową w walce z polskim królem Kazimierzem Jagiellończykiem o tron czeski. Jego szambelan…
– …udał się, jak pisze Barthesius – Hartner uznał, że przeszłość jest jego domeną, i wszedł Mockowi w słowo – dnia 9 grudnia do jakiegoś lupanaru na Przedmieściu Mikołajskim, w którym został zabity i obrabowany. Nie przeżyła także towarzysząca mu prostytutka. Niestety, o szczegółach zbrodni milczy Barthesius…
– Dnia 9 grudnia – zakończył Mock – zamordowany został w ramionach prostytutki rajca Geissen. Było to na Burgfeld 4, czyli na Przedmieściu Mikołajskim.
Nadradca pod wpływem ostatnich słów Mocka zarumienił się i sięgnął po pudełko z wiecznym piórem. Otworzył kilkakrotnie wieczko i jego goście ujrzeli wygrawerowaną na nim jakąś dedykację. Rumieniec rozlewał się powoli po łysinie von Schroettera i nasycał się intensywną barwą.
– Co wy właściwie tutaj robicie! – ryknął nagle i wstał gwałtownie. – Przyszliście do mnie, by prosić o pozwolenie na aresztowanie jakiegoś ruskiego markiza?! – pulchna pięść z całej siły walnęła w biurko. – Czemu ten bydlak jeszcze nie siedzi u was na Schuhbrücke?! Chcecie czekać na kolejne zbrodnie?!
– Za pozwoleniem – po raz pierwszy włączył się Mühlhaus. – Niech wasza ekscelencja raczy zauważyć, że o zbrodniach piszą w gazetach, które von Orloff z pewnością czyta. Swoje dowody prezentuje on na wykładach, zawsze po dokonaniu zbrodni, czyli, jak to stwierdzili wczoraj w czytelni radca Mock i doktor Hartner, po ukazaniu się stosownej notki prasowej. Nie mamy zatem najmniejszego powodu, by go aresztować. Żaden sędzia nie skaże człowieka tylko dlatego, że jakieś morderstwa przydają się w jego argumentacji za końcem świata. To jest jedynie ślad, który kieruje nas na trop von Orloffa i sprawia, że on lub ktoś z jego sekty staje w cieniu podejrzenia.
– Tak… – von Schroetter usiadł za biurkiem i zdusił w popielniczce cygaro, przez chwilę patrząc na pokruszone liście, które przypominały skrzydła zgniecionego monstrualnego owada. – Ma pan rację… Nie ma żadnych podstaw, by aresztować von Orloffa, ale musimy jakoś…
– Pozwoli pan, ekscelencjo – Mühlhaus po raz pierwszy tego dnia napełnił usta aromatem ulubionego tytoniu. – Wyjście jest jedno. Musimy poznać datę i miejsce kolejnego morderstwa. W ten sposób ochronimy przyszłą ofiarę i zrobimy zasadzkę na zabójcę.
– Jak panowie chcą to poznać? – zapytał von Schroetter, podnosząc do ust filiżankę.
– Morderstwa – Hartner znów przybrał nauczycielski ton – są popełniane w porządku chronologicznym. Niestety chronologia ta dotyczy tylko dat dziennych. A zatem zbrodnie-wzory mogły się zdarzać w różnych wiekach. Pierwsza pochodzi ze średniowiecza, druga – z renesansu, a trzecia z baroku. Trzeba zatem przejrzeć wszystkie dostępne materiały, szukając morderstw, które zostały popełnione od… – zawahał się. – Którego mamy dzisiaj? Tak, od 20 grudnia… Zwracać uwagę tylko na daty dzienne, nie roczne…
– Kto ma to uczynić? – zapytał von Schroetter.
– Z tym właśnie przyszliśmy do pana, ekscelencjo – odpowiedział Mühlhaus. – Trzeba powołać grupę ekspertów, którzy podejmą bardzo szybko badania archiwalne.
– Czym się muszą odznaczać ci ludzie? – Nadradca dobrze się poczuł, kiedy znów znalazł się w roli organizatora. – I ilu ma ich być?
– Muszą znać łacinę – powiedział Hartner. – Umieć czytać rękopisy i starodruki, wytrwale pracować dzień i noc, za co należałoby im zapłacić stosowne honorarium. Jeśli chcemy szybko odnaleźć kolejną datę zbrodni i uchronić przed nią potencjalną ofiarę… przydałoby się ich wielu…
– Muszą być ponadto poza jakimkolwiek podejrzeniem – dodał Mock. – Nie możemy zlecić tego zadania komuś, kto może być mordercą. Nie zapominajmy, że jest to człowiek, dla którego archiwa nie mają żadnych tajemnic. A my będziemy dobierali ekspertów spośród takich ludzi.
– No właśnie – von Schroetter położył przed sobą czystą kartkę papieru i coś zanotował – a kto skompletuje tę grupę?
– Jej kierownik – odparł Mühlhaus. – Doktor Hartner.
WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ RANO
Mühlhaus i Mock pożegnali się z Hartnerem przed drzwiami urzędnika, który na polecenie nadradcy miał spisać z nowo mianowanym kierownikiem zespołu ekspertów odpowiednią umowę. W milczeniu zeszli do hallu głównego i wyszli z pałacu Hatzfeldów. Ruszyli w stronę Prezydium Policji. Śnieg gromadził się na rondach ich kapeluszy.
– Ciekawi mnie jedno – Mühlhaus potarł dłonią uszy, które odmroził sobie w okopach na rosyjskim froncie nad Dźwiną. – Czy te zbrodnie odnawiają się tylko we Wrocławiu? A jeżeli tak, to jak to wyjaśnia von Orloff? Dlaczego koniec świata ma nastąpić właśnie w naszym mieście?
– Nie – Mock obserwował uważnie, jak dwaj okutani w szynele ludzie ładują na wóz zamarznięte na kamień kule końskiego nawozu. – Nie tylko we Wrocławiu, lecz również w Wiesbaden. Muszę tam zadzwonić. Ale pytanie jest dobre. Trzeba je zadać von Orloffowi.
– Może odpowiedzieć panu, że zbrodni dokonuje szatan lub anioł zagłady zwiastujący koniec świata.
– Jeżeli ma rzeczywiście nastąpić koniec świata, to w kamienicy „Pod Gryfami” powinien mieszkać autentyczny czeladnik ludwisarza. A tak mamy osobliwy substytut czeladnika, zapijaczonego muzyka, którego anioł ciemności transportuje do kamienicy „Pod Gryfami”… Ten anioł przypomina maturzystę, który ściąga na egzaminie, chociaż potrafi na pytanie doskonale odpowiedzieć…
WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA TRZECIA PO POŁUDNIU
W „Piwnicy Świdnickiej” panował zwykły obiadowy ruch. We wnękach przy wejściu ustawiły się, jak zawsze, piekarki i sprzedawały bułki i kiełbaski. Kelnerzy – ubrani, jak przed wiekami, w sutanny – zwijali się jak w ukropie i unosili ponad głowami tace z talerzami, wazami, szklankami i kuflami. Niektórzy z nich dźwigali długie drewniane tace, na których stały stare puchary o pojemności dwóch śląskich kwart. Wypełnione one były „białym” lub „ciemnym baranem” – tak od niepamiętnych czasów nazywano produkt piwnicznego browaru. W ciemnym lokalu bieliły się ich długie do ziemi fartuchy i serwetki równo przerzucone przez przedramiona. Na ścianach błyszczały kwadraty boazerii. Przy jednym ze stołów pod herbami studenckich korporacji błyszczały białe mankiety koszuli – mężczyzna czytał uważnie dokumenty, po czym, na ile pozwalał mu chirurgiczny gorset, odchylał głowę i wpatrywał się w sufit. Sprawiał wrażenie, jakby uczył się na pamięć jakichś informacji. Po jednej z takich operacji mężczyzna uniósł kufel i wypił ostatnie krople piwa. Ober, który prawie nie spuszczał oczu z mężczyzny, natychmiast wysłał do czytelnika dokumentów młodszego kelnera z zapytaniem, czy Herr Kriminalrat Mock czegoś sobie nie życzy. Życzył sobie jeszcze jednego fabiana. Polecenie to zostało prawie natychmiast wykonane przez kelnera, który aż oniemiał na myśl, że oto rozmawia ze słynnym policjantem. Bohater Wrocławia pociągnął duży łyk piwa i znów spojrzał na przygotowaną przez Domagallę listę członków wrocławskich stowarzyszeń okultystycznych. Ludzie występujący na niej byli opatrzeni jedynie niewielkimi notkami: ile mają lat, jaki wykonują zawód i czy byli notowani w policyjnych kartotekach. Podobne charakterystyki widniały też na drugim spisie przygotowanym przez dyrektora Biblioteki Miejskiej, Theodora Steina. Jednakże ci wypisani przez Steina odznaczali się zupełnie inną, znacznie bezpieczniejszą i bardziej przyziemną pasją: byli miłośnikami Śląska i Wrocławia. Podejrzliwość Mocka nie pozwalała mu odłożyć żadnej z list i wciąż podsuwała pytania typu: „Dlaczego czterdziestopięcioletnia gospodyni domowa, pani Christel Buschhorn, zaangażowała się w działalność różokrzyżowców?”, albo: „Czy wycieranie wrocławskich bruków i obserwacja miasta była dla trzydziestoośmioletniego listonosza, Paula Finka, inspiracją do wstąpienia do Towarzystwa Miłośników Śląskiej Ziemi Rodzimej?”
Do loży zbliżył się Hartner i przywitał się z Mockiem, przerywając mu rozmyślania nad źródłami ludzkiej motywacji.
– Mam już dwunastu ludzi w mojej grupie. Głównie profesorowie gimnazjalni – powiedział zadowolony, odbierając od kelnera kartę dań. – Nikt nie odmówił. Skusiło ich chyba wysokie honorarium. Von Schroetter pozwolił mi zwerbować tylko ośmiu ekspertów. Musiałem zatem wymyślić jakieś kryteria selekcji. Zażądałem więc od każdego z nich krótkiej charakterystyki swej pracy naukowej i spisu publikacji. Teraz decyzja należy do pana, panie radco. Dla mnie na przekąskę dwa kesselwursty, a potem kotlet cielęcy z jajkiem i sardelką – zwrócił się do kelnera, który stał grzecznie, czekając na zamówienie Mocka.
– Teraz pan…
– Taak… – mruknął radca. – Dla mnie dorsz w maśle musztardowym i węgorz w galarecie z pieczonymi kartoflami. Tak, to wszystko – spojrzał na Hartnera. – Ma pan rację, teraz kolej na mnie. Prześwietlę ich, a jeśli wynik będzie niekorzystny, nie będziemy marnować na nich pieniędzy burmistrza. Ale, ale… Niepotrzebnie zakładam, że nie przyjmiemy kogoś do grupy. Sam nie wiem, co mogłoby zdyskwalifikować spokojnych nauczycieli, których pan zebrał… Chyba że…
Mock spojrzał na listę Hartnera, potem wczytał się w spisy publikacji i stał się odporny na wszelkie impulsy. Nie widział zakąsek stawianych przed nim przez kelnera, nie czuł zapachu tytoniu, nie słyszał szczękania sztućców ani syku piwa nalewanego z beczek. Widział jedynie dwa nazwiska, które były wspólne dla list leżących przed nim, w tych nazwiskach krzyżował się okultyzm z miłością do śląskiej ziemi ojczystej, skomplikowane ludzkie motywacje stawały się proste i wyraziste, a ludzkie cele – jednoznaczne i zbrodnicze.
– Niech pan posłucha, doktorze Hartner – Mock odzyskał panowanie nad zmysłami. – Pamięta pan, że oprócz Gelfrerta ośmiu mężów pożyczało w Bibliotece Miejskiej Antiquitates Silesiacae Barthesiusa. Byli to viri Leopoldini [20]: Urban Papst, czyli papież Urban VIII, Franz Wentzl, Peter Canisius, Johann Carmer, Carl von Hoym. A teraz mamy ciekawego kandydata do zespołu: profesora Ericha Hockermanna, członka Towarzystwa Miłośników Śląskiej Ziemi Rodzimej i autora monografii o sławnych mężach, których portrety można podziwiać w Auli Leopoldyńskiej. (Jak to dobrze, że polecił pan kandydatom sporządzenie bibliografii swoich prac!) Nazwiska tych mężów widnieją w rejestrze wypożyczeń. Dlaczego one tam się znalazły? Mogły wyjść spod pióra kogoś, kto o nich myśli, kto się nimi zajmuje. A któż może się bardziej nimi zajmować niż autor monografii o nich? – Mock poczuł jednocześnie kłujący ból w szyi, drapanie w gardle i uciskanie gorsetu. – Sądzę, że Hockermann czytał Barthesiusa w czytelni, a nie w domu i podpisywał się nazwiskami mężów leopoldyńskich. Jeśliby Hockermann chciał pożyczyć Barthesiusa do domu, mógłby to uczynić o wiele łatwiej niż Gelfrert, podpisując się własnym nazwiskiem. Jest przecież profesorem gimnazjalnym! Wyjaśnienie jest jedno: nie chciał, by ktoś wiedział, że studiuje ten starodruk – Mock spojrzał z żalem na stygnącego dorsza i wywód kontynuował szeptem. – Natomiast w wypadku pracownika archiwum miejskiego, Wilhelma Diehlsena, nie trzeba zbytnio się wysilać, by uznać go za podejrzanego. Jest członkiem stowarzyszenia okultystycznego Wrocławskie Towarzystwo Badań Parapsychicznych, jak wynika z listy Domagalli.
Mock przerwał i zabrał się do stygnącej ryby.
– I co z nimi zrobimy? – Hartner wpatrywał się w swego rozmówcę mocno oszołomiony. – Nie przyjmiemy ich do zespołu?
– Owszem, przyjmiemy – w ustach Mocka rozpływał się węgorz w gęstych kroplach galarety – po to, by uważnie obserwować ich ekspertyzy. Moi ludzie nie będą ich spuszczać z oczu. Podobnie jak wszystkich pańskich ekspertów. Jeśli mają coś wspólnego ze zbrodniami, będą starali się nas oszukać, podać inną datę, abyśmy na nikogo nie mogli zastawić pułapki. Ktoś będzie musiał codziennie, powoli i dokładnie sprawdzać ich wyniki… W tajemnicy, poza godzinami pracy zespołu… I to teraz, przed świętami…
– Moja żona wyjeżdża dziś do Polski, do swoich rodziców, na święta – powiedział z uśmiechem Hartner, zapalając poobiedniego papierosa. – Mam do nich dołączyć w Wigilię. Dla mnie jeszcze jedno piwo – polecił kelnerowi, który przyplątał do stolika. – Dla pana też?
– Nie – Mockowi zdawało się, że słyszy obcy głos. – Dwa wystarczą na dzisiaj. Poza tym idę na wykład i nie mogę być pijany.
WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA SZÓSTA PO POŁUDNIU
Wymalowana na biało sala wykładowa we „Wrocławskiej Gminie Monistycznej” przy Grünstrasse nie mogła pomieścić wszystkich słuchaczy wierzących lub wątpiących w rychłe nadejście apokalipsy. Ci pierwsi oklaskiwali prelegenta wchodzącego właśnie na mównicę, ci drudzy wydymali pogardliwie wargi lub gwizdali. Mock, choć zdecydowanie identyfikował się z przeciwnikami apokalipsy, bił brawo z umiarkowanym entuzjazmem i przyglądał się publiczności. Większość stanowiły kobiety w wieku pobalzakowskim, gniewne i nadąsane, powtarzające nieustannie „taka jest prawda”, utwierdzające się we własnej niechęci do wszystkiego, co rozsadzało gorset ich zasad i nawyków. Nieliczni mężczyźni, głównie emeryci, śmiali się głośno, a w myślach powtarzali sformułowane już dużo wcześniej zarzuty wobec prelegenta. Było też kilka osób, które zdradzały oznaki choroby psychicznej. Młody człowiek otulony futrzanym kołnierzem sfatygowanego, kraciastego płaszcza podnosił wciąż rękę, a ponieważ nikt nie chciał udzielić mu głosu, siadał gwałtownie na krześle, kulił się, wypychał ku górze wąskie zaokrąglone plecy i odcinał się od reszty tłumu murem wściekłych spojrzeń. Pewien siedzący obok Mocka szpakowaty jegomość o wybitnie semickim wyglądzie przeglądał swoje notatki zaszyfrowane skomplikowanym systemem znaków i spoglądał czule na sąsiada, oczekując podziwu. Ponieważ Mock zachowywał kamienną twarz, mężczyzna ów prychał pogardliwie i próbował zainteresować tajemniczymi zapiskami sąsiadkę – tęgą staruchę, której piętrową fryzurę ozdabiał kapelusz wielkości żaglowca. W kącie, koło buchającego ciepłem pieca, przepychali się dwaj gimnazjaliści w wytartych mundurach pokrytych pod pachami kanciastymi liniami soli. Mock czuł, że odróżnia się od publiczności von Orloffa, i rozmyślał gorączkowo nad jakimiś próbami kamuflażu. Na szczęście wszystkie spojrzenia utkwione były w Aleksieja von Orloffa.
Mówca podniósł ręce i uspokoił klaszczącą i gwiżdżącą publiczność. Skręcona szczecina siwej brody sterczała wokół okrągłego i płaskiego oblicza zwieńczonego mongoloidalną fałdą. Małe, bystre oczy przesuwały się po twarzach publiki. Powoli. Od jednego słuchacza do drugiego. Kiedy prześlizgiwały się po twarzy Mocka, ten wyszczerzył zęby w entuzjastycznym uśmiechu. Jegomość siedzący obok poczuł w sąsiedzie bratnią duszę i schylił się ku niemu. Mock słuchał go ze zrozumieniem i kiwał głową z wyraźną aprobatą. Dalsze okazywanie przez radcę wyrazów sympatii zostało przerwane potężnym okrzykiem. W sali wykładowej rozległ się głos proroka.
– Tak, moi bracia – zahuczał głęboki bas. – Oto nadchodzi kres. Gniew Pana wszystkich zaleje, a z potopu ujdą z życiem tylko sprawiedliwi.
Jejmość w żaglowcu na głowie uniosła ku górze krótki palec i pokiwała potwierdzająco głową, a młody człowiek otulony futerkiem okręcił się dokoła i uczynił gest błogosławieństwa.
– Oto następuje obrót Koła Życia i Śmierci, a mandala wcieleń dobiega kresu – spokojniej kontynuował von Orloff. – Historia się powtarza. Historia zła, mordu i rozpaczy. Historia rzezi, zepsucia i sodomii. O, Sodomo – ryknął mówca. – Bądź przeklęta i zgiń…
Sąsiad Mocka pokrywał kartki notatnika dziwnymi znakami, gimnazjaliści robili do siebie miny „a nie mówiłem?”, a Mock zastanawiał się, czy von Orloff przygotował swoje wystąpienie, czy improwizuje. Za tym drugim wskazywałby bieg skojarzeń: mówca od sodomii przeszedł do Sodomy.
– O, Sodomo – rozległ się sceniczny szept – wybrańcy cię opuszczą, wybrańcy nie obejrzą się za siebie w twoim kierunku. Oni z radością przyjmą fale siarki, które wypalą twe plugawe ciało. Bracia! – krzyknął von Orloff. – Bądźcie z wybrańcami.
Modulacja głosu mówcy sprawiła, że pewna pomarszczona staruszka wojująca z gimnazjalistami o miejsce przy piecu obudziła się i wybuchnęła krótkim łkaniem.
– Bracia – von Orloff uniósł palec, a gest ten powtórzyła znaczna liczba zgromadzonych na sali dam. – Na całym świecie triumfuje zbrodnia. Ale zbrodnia odsłania swoją dawną twarz, zbrodnia mówi nam: „Ja już tu byłam, mnie już kiedyś popełniono, przed wiekami” – mówca umilkł i poszukał w oczach słuchaczy zrozumienia. – Tak, bracia, stare zbrodnie, ukryte w dawnych kronikach, odżywają w Sodomie… I to zbrodnie najstraszniejsze, najokrutniejsze, nieludzkie… Bo tylko one mogą wstrząsnąć mieszkańcami Sodomy, by się nawrócili… Wczoraj w Buenos Aires znaleziono na śmietniku oderwaną dziecięcą nóżkę. Przed stu laty hiszpański markiz rozdarł nieślubne dziecko swojej córki…
– Gdzie to było? – ucho Mocka owionął jakiś zgniły oddech.
– W Argentynie – odpowiedział dość głośno, wypuszczając powietrze z sykiem.
– Tak, drogi panie – ryknął do Mocka von Orloff. – W Buenos Aires w Argentynie. Ale straszliwe morderstwa, morderstwa z przeszłości popełnia się i tutaj. Zamurowany żywcem człowiek w samym sercu naszego miasta, inny – poćwiartowany niedaleko stąd, jeszcze inny wykrwawiony i powieszony do góry nogami… Te wszystkie mordy już kiedyś były… Przed wiekami… Chce pan dowodów?
Sąsiad Mocka, myśląc, że mówca zwraca się do niego, podskoczył radośnie i zakrzyknął: – Tak, tak! Chcę dowodów!
– Siadaj! Ciszej! Znamy te dowody! Są niepodważalne! – rozwrzeszczał się tłum.
Von Orloff milczał. Przerwa w wykładzie podziałała na słuchaczy dyscyplinujące.
– Jest dla nas jednak ratunek – ukryte pod szorstkimi wąsami usta rozciągały się w szerokim uśmiechu. – Przychodzi do nas święty mąż… On nas zbawi… To nie jestem ja, ja jestem tylko jego prorokiem, ja głoszę jego przyjście i pogrzeb świata, i grób wieczny świata, sepulchrum mundi… Ja nie jestem godzien zawiązać mu rzemyka u sandałów… On uratuje wszystkich i weźmie ich ze sobą do siódmego nieba… Bracia, bądźcie wśród wybrańców!
– Kiedyż on przyjdzie?! – w pytaniu tym, wykrzyczanym przez mężczyznę w futerku, nie było ciekawości. Było pragnienie. Mock uśmiechnął się w myślach, oczekując jakiejś wymijającej odpowiedzi. Okazała się ona jednak jak najbardziej konkretna.
– Święty mąż pocznie się za cztery dni w Wigilię. Dzień narodzin Chrystusa będzie dniem poczęcia nowego wybawiciela. Narodziny starego zbawiciela dadzą moc płodzącym nowego. Chrystus począł się ze skromnej niewiasty, a jego ojcem był Bóg przez swojego pośrednika, Ducha Świętego… Przyszedł na świat w miejscu przeznaczonym dla zwierząt, w całkowitym upodleniu… Nowy prorok pocznie się w jeszcze większym upodleniu… A oto święta księga proroctw Sepulchrum Mundi. Posłuchajcie, co powiada Mistrz w rozmowie z Uczniem w III księdze – von Orloff otworzył księgę oprawioną w białą skórę i rozpoczął czytanie. – „Mistrzu – zapytał Uczeń – dlaczego wybawiciel musi się począć z babilońskiej ladacznicy? – Zaprawdę, powiadam ci, Bóg jest wtedy najbliżej przy tobie, gdy grzeszysz… Jego moc jest wtedy największa, bo cała skierowana jest ku tobie, by cię od grzechu odciągnąć. Dlatego nowy wybawiciel pocznie się w grzechu, z grzesznej niewiasty, z nierządnicy babilońskiej, bo tylko tak moc Boża spocznie na nim”. Tyle mówi księga proroctw.
Starzec skończył czytanie i opadł na stojące za nim krzesło. Mock ze swojego miejsca widział krople potu pokrywające mongoloidalną fałdę. Do pulpitu podszedł wysoki młodzieniec, który sprzedawał bilety przed wykładem.
– Szanowni państwo – powiedział – książę pan czeka na państwa pytania. Proszę je zadawać. To ostatnia okazja. Następny wykład odbędzie się dopiero w niedzielę. Pan hrabia wyjeżdża na cykl wykładów do Berlina i we Wrocławiu będzie dopiero w ten dzień – w Wigilię.
Młody człowiek w wyżartym przez mole płaszczu podniósł rękę – po raz kolejny tego popołudnia. Von Orloff skinął z przyzwoleniem głową. – Mam pytanie – rzucał podejrzliwe spojrzenia na sąsiadów. – Kto zapłodni tę ladacznicę?
– Spiritus flat ubi vult [21] – odpowiedział von Orloff w zamyśleniu.
WROCŁAW, SOBOTA 21 GRUDNIA, GODZINA TRZECIA PO POŁUDNIU
– Spiritus flat ubi vult – zasępił się Mühlhaus, gdy Mock skończył relacjonowanie wykładu von Orloffa. – Mówi pan, że tak właśnie mu odpowiedział…
Zapadło milczenie. Hartner spojrzał na dyrektora kryminalnego i uznał, że mechaniczne powtórzenie łacińskiej sentencji, gwałtowne zadumanie i przymknięcie oczu zwiastują, iż policyjnego urzędnika ogarnęła po sytym obiedzie umysłowa ociężałość. W odróżnieniu od Hartnera, wszyscy siedzący u Mühlhausa policjanci byli przyzwyczajeni do niczego niewnoszących wypowiedzi ich szefa, do powtórzeń, które można by nazwać bezmyślnymi, gdyby nie świadczyły właśnie o gorączkowej pracy mózgu, która kończyła się zwykle jakimś celnym pomysłem, prostym i inspirującym podsumowaniem faktów, postawieniem nowej hipotezy. Tym razem tak nie było. Mühlhaus nie miał żadnego pomysłu. Hartner poczuł dokuczliwe swędzenie w dolnej partii pleców. Znał to palące uczucie zniecierpliwienia. Postanowił delektować się swoją zdobytą dziś wiedzą i głuchą ignorancją obecnych.
– Co pan o tym wszystkim sądzi, Mock? – zapytał Mühlhaus.
– Kurwy będą miały w Wigilię niezłe wzięcie. Wszyscy wyznawcy Sepulchrum Mundi będą szukali babilońskiej nierządnicy.
– Niech pan sobie daruje te kiepskie dowcipy – cicho wycedził Mühlhaus. Obiad odbierał mu ochotę do bardziej zdecydowanych reakcji – i powie coś, co nas zainteresuje.
– Dostałem od radcy kryminalnego Domagalli krótki raport o von Orloffie i Sepulchrum Mundi – Mock postąpił zgodnie z poleceniem swego szefa. – Jest tam życiorys tego guru i bardzo lakoniczne informacje o jego działalności we Wrocławiu, gdzie przebywa od roku. Mam to panom przedstawić?
Mühlhaus zamknął oczy, wyrażając w ten sposób zgodę, i wwiercił się małym szpikulcem w pokryte nagarem dno cybucha. Reinert oparł ciężką głowę na dłoni, rozgniatając pyzaty policzek, Ehlers skręcał papierosa, a Kleinfeld cmokał, usiłując się dobrać końcem języka do zepsutego zęba. Na zewnątrz rozległy się radosne okrzyki dzieci. Mock podszedł do okna i zobaczył sanki przywiązane do dużych sań, woźnicę i chudą szkapę, która właśnie podnosiła ogon i zostawiała pamiątkę na pokrytej brudnym śniegiem Ursulinenstrasse. Od grupki dzieci odłączyła się mała roześmiana dziewczynka i podreptała do woźnicy. Jej policzki zabarwione były krwawymi plamami. Mock odwrócił się od okna, nie chcąc wiedzieć, czy na policzkach dziecka jest krew, czy zwykłe rumieńce, czy woźnica jest zboczonym sąsiadem dziewczynki, czy jej ojcem, który za parę lat sprzeda ją w niewolę jakiejś burdelmamie. Mock nie chciał wiedzieć niczego o pustej i zimnej pościeli małżeńskiego łoża, o rozpaczliwych próbach omijania przez służących tematu ich pani, interesował się tylko apokalipsą głoszoną przez rosyjskiego arystokratę.
– Ten raport zawdzięczamy urzędnikom z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Sporządzili go na prośbę radcy kryminalnego Herberta Domagalli. Dysponują oni, niestety, jedynie życiorysem własnoręcznie napisanym przez naszego guru. Hrabia Aleksiej Konstantinowicz Orloff urodził się w roku 1857 roku w majątku Zołotoje Sioło koło Kiszyniowa. Pochodzi z zamożnej arystokratycznej rodziny. W 1875 ukończył w Sankt Petersburgu Szkołę Kadetów i rozpoczął służbę wojskową na Kaukazie. Nieoczekiwanie, w roku 1879, po wojnie z Turkami, porzucił karierę wojskową i wstąpił do seminarium duchownego w Tyflisie. Stamtąd usunięto go w 1881 roku za – jak to napisał – „brak pokory i umysłową samodzielność”. Przez następne dziesięć lat przebywa w Moskwie, gdzie publikuje powieść „Zaraza”, liczne broszury filozoficzne i artykuły w czasopismach. Można się domyślić, że utrzymuje go bogata familia – Mock przerwał i popatrzył uważnie na sennych słuchaczy. – Z jednego z tych artykułów był szczególnie dumny. Domagalla kazał przełożyć go na niemiecki i dołączył do raportu. Wczoraj przeczytałem go. Jest to, sit venia verbo [22], przerażająca religijna apoteoza zła i poniżenia – Mock przełknął ślinę obrzydzenia. – Każdy zbrodniarz powinien to przeczytać, a potem mordować, ciesząc się, że w chwili mordu jest w niemal namacalnym kontakcie z Bogiem…
Charakterystyka poglądów von Orloffa nie zrobiła na nikim – oprócz Hartnera – większego wrażenia. Mühlhaus orał szpikulcem w cybuchu, Reinert drzemał, Ehlers palił, a Kleinfeld z masochistyczną przyjemnością wydobywał z zęba nowe fale lekkiego bólu. Hartner gryzł się w język i dygotał.
– Von Orloff wyjeżdża w 1890 do Warszawy – kontynuował Mock – i podejmuje tam prywatną wojnę z katolicyzmem. Publikuje paszkwile na papiestwo i teologiczne artykuły polemizujące z katolickim pojęciem grzechu. Jeden z nich von Orloff dołączył do swojego życiorysu, i również dysponujemy jego przekładem. Twierdzi w nim, że od grzechu nie ma ucieczki, że grzechu nie można zmazać, że z grzechem należy żyć, a nawet grzech pielęgnować. Nasz guru był chyba agentem ochrany, tajnej policji carskiej, ponieważ w roku 1905 został postrzelony przez polskich bojowców. Ciężko go raniono i, jak pisze, tylko hospitalizacja w Niemczech ocaliła mu życie. W tymże roku trafia do Wrocławia, do szpitala „Bethanien”. Po opuszczeniu go i po rekonwalescencji podróżuje po Europie i w roku 1914 wraca do Wrocławia. Tu po wybuchu wojny, jako obywatel rosyjski, zostaje internowany i osadzony w więzieniu na Kletschkauerstrasse. Rok później wychodzi z więzienia, zakłada we Wrocławiu sektę Sepulchrum Mundi i prowadzi, jak twierdzi, badania historiozoficzne – Mock przerwał i postukał papierosem o srebrną papierośnicę. – Tyle życiorys. Teraz raporty ludzi Domagalli. Von Orloffem zainteresowali się ludzie z Wydziału II Prezydium Policji, po tym jak nawiązał on bliski kontakt z Wrocławskim Towarzystwem Badań Parapsychicznych, które było podejrzewane przez Domagallę o (uwaga!) stręczenie dzieci z sierocińca bogatym zboczeńcom. Podejrzenia o stręczycielstwo się nie potwierdziły, lecz von Orloff zagościł w naszych aktach. Aż do września tego roku było o nim cicho. Od października nadmiernie się zaktywizował. Daje dwa wykłady tygodniowo, podczas których bardzo się eksploatuje. To cały raport Domagalli. O tym, jak wyglądały wczorajsze roraty w Sepulchrum Mundi, już panom mówiłem.
Mock zapalił papierosa po raz pierwszy od wyjścia ze szpitala. Aromatyczny dym halpausa snuł się po płucach i napełniał głowę lekkim, przyjemnym zamętem. Spojrzał na znudzone miny współpracowników, po czym – czując pieczenie w gardle i kłucie w kręgosłupie – usiadł na swoim miejscu.
– To wszystko, drodzy panowie – Mühlhaus przerwał milczenie. – Możemy iść do domu. Ach, przepraszam, doktorze Hartner… Pan, widzę, ma coś do dodania…
– Tak – Hartner wyciągnął z żółtej aktówki ze świńskiej skóry równy stosik spiętych spinaczem kartek. Mówił bardzo powoli i delektował się zbliżającą się eksplozją wiedzy, pytań i zachwytów. – Po jednym dniu kierowana przeze mnie komisja miejska doszła do ciekawych wniosków. Jak panom wiadomo, ostatniego mordu dokonano 9 grudnia. Poleciłem zatem moim ludziom szukać zbrodni pomiędzy 9 grudnia a końcem roku – Hartner, jak każdy uczony gabinetowy, odczuwał dotkliwy brak słuchaczy. Dlatego postanowił retardacją przykuć ich uwagę. – Jak zauważył pan radca Mock, ostatni mord różnił się od pozostałych tym, że z całą pewnością musiał zostać odkryty… Nie pamiętam już dobrze pana rozumowania…
– Otóż – Mock zgasił papierosa – pierwsza zbrodnia mogła wcale nie zostać odkryta, gdyby szewc, w którego warsztacie zamurowano Gelfrerta, miał gorsze powonienie. Honnefeldera sąsiedzi mogli znaleźć dopiero po dwóch, trzech tygodniach, kiedy trupi odór wydostaje się ze szczelnie zamkniętego mieszkania. Geissena musiał odkryć ktoś bardzo szybko – strażnik albo kolejny klient wchodzący do pokoju Rosemarie Bombosch. Morderca skraca dystans czasowy pomiędzy zbrodnią a jej odkryciem… Jeśli nie jest to przypadek, kolejny mord zostanie dokonany prawie na naszych oczach… Żebyśmy tylko wiedzieli, kiedy i gdzie nastąpi…
– Właśnie wiemy – Hartner przeciągał sylaby i delektował się widokiem wykwitających rumieńców, rozbłysku źrenic, drżenia rąk. – Otóż wiemy. Kolejny mord nastąpi w Wigilię. A dokona się on na Antonienstrasse 27. Mamy nawet godzinę. Wpół do ósmej. W tej kamienicy w roku 1757 tego dnia i o tej godzinie zginęły dwie osoby…
WROCŁAW, 24 GRUDNIA 1757 ROKU, GODZINA DZIESIĄTA WIECZOREM
Miasto otulały dymy palenisk i gasnących pożarów. Wiły się one po dachach i wpychane były z powrotem do kominów przez porywisty wiatr. Pruscy żołdacy, którzy trzy dni temu zdobyli miasto, nie trzeźwieli w gospodach i zamtuzach. Wiatr napychał czapkę na oczy pruskiemu piechurowi, który w świetle pochodni obserwował kupca siedzącego na koźle dużego furgonu. Rozświetlone świecami okna manufaktury przed Bramą Mikołajską rzucały na nich i na uzbrojonego w szponton sierżanta, który do nich podszedł, migotliwe refleksy. Sierżant skinął głową swym ludziom, kryjącym się przed wichurą pod niewielkimi kamiennymi murkami przy okrągłej baszcie, i wskazał kupcowi wolną drogę, zainkasowawszy beczułkę miodu i małe puzderko z ałunem. Kupiec wtoczył się w wąską Nicolaistrasse i pozwolił koniowi ledwo przebierać kopytami w śniegu zmieszanym z końskim nawozem. W okienkach narożnego domu błyskały świece na obwieszonej jabłkami choince. Pies leżący pod domem warknął na kupca, a potem całą swą energię poświęcił drapaniu w drzwi i skomleniu. Zmęczony koń pociągnął furgon wzdłuż wałów, skręcił w Antonienstrasse i zatrzymał się za klasztorem Franciszkanów, przed małym drewnianym domem, w którym nie paliło się ani jedno światło. Flecista z ratusza zagrał na wieczerzę. Kupiec zlazł z wozu i wszedł na podwórze. W zaniedbanym ogrodzie na drewnianych szkieletach rozwieszono sukno, które zesztywniało od mrozu. Podszedł do małej drewnianej służbówki i zajrzał do niej przez okno. Dwóch czeladników tkackich siedziało nad ósemkami piwa i koszem bułek. Wyraźnie zaniepokojony kupiec wrócił i wszedł do frontowego domostwa. W sieni wciągnął w nozdrza zapach suszonych śliwek. Oparł się o beczułkę piwa stojącą przed drzwiami do izby i poczuł przypływ senności. Otworzył drzwi i znalazł się w dobrze mu znanym, ciepłym świecie różnorodnych woni. Znad pieca pachniał piernik, z kojca w rogu izby dochodził smród świńskich odchodów, z beczki wkopanej w klepisko – przyjemna woń solonego mięsa. Pod piecem się paliło, lecz z powodu zamkniętych drzwiczek ogień dawał lekkie, niewidoczne z zewnątrz światło. Kupiec usiadł przy stole i uruchomił inny swój zmysł. Słyszał skrobanie myszy, trzaskanie drewnianych okiennic, jęczenie kobiety w bocznej izbie, szelest łapek łasicy na słomie i szelest słomy wypychającej siennik, tarcie nieznanych mu sił w belkach zatopionych w ścianie, znane mu gardłowe okrzyki rozkoszy wydawane przez kobietę, syk ognia w zamkniętym piecu, posapywanie mężczyzny, trzeszczenie desek łóżka pod nimi. Kupiec cicho wyszedł na zewnątrz, zbliżył się do furgonu, pogłaskał chrapy konia, odrzucił okrywającą wóz derkę i prawie po omacku zaczął czegoś szukać wśród worków soli, beczułek miodu i małych bel gandawskiego sukna. Znalazł kuferek z medykamentami. Wszedł z powrotem do izby, usiadł przy piecu. Od zimna zdrętwiały mu nogi. Z kuferka wyjął posrebrzaną strzykawkę z dwoma oringami, flaszkę z jakimś płynem, którym wypełnił całą strzykawkę. Potem zbliżył się do drzwi bocznej izby i szybko zorientował się z dochodzących odgłosów, że oto nadchodzą ostatnie chwile, kiedy kochankowie najgoręcej czynią sobie zadość. Kupiec wszedł do izby i pogłaskał buzię niemowlęcia śpiącego w kołysce. Następnie całą uwagę skupił na miłosnej scenie. W słabym świetle wigilijnej gwiazdy dostrzegł ogromny zad podrygujący pomiędzy szeroko rozrzuconymi nogami. Na ziemi leżał mundur przeplatany sznurami i wielka czapa z dwiema kitami. Strój wskazywał na pruskiego huzara. Kupiec całkiem odzyskał władzę w nogach. Już mu nie było zimno. Podskoczył żywo do łoża i usiadł na plecach mężczyzny. Jedną ręką przyciskał jego kark, drugą wbił strzykawkę w pośladek i wpompował jej całą zawartość. Huzar zrzucił z siebie kupca, zerwał się z łoża i sięgnął po szablę. Wtedy zaczął się dusić. Kobieta patrzyła przerażona na swojego męża trzymającego strzykawkę w dłoni i czuła nadejście nieuniknionego.
WROCŁAW, SOBOTA 21 GRUDNIA 1927 ROKU, CZWARTA PO POŁUDNIU
Dom handlowy braci Baraschów pękał w szwach. Wypełniały go głównie dzieci, które zapamiętale biegały, nie zważając na strumyki potu wypływającego im spod kaszkietów i czapek. W ogromnej dwupiętrowej hali okolonej dwiema galeriami zwieszały się ze szklanego sufitu metrowe metalowe strzałki, które wskazywały na stoiska z zabawkami. Poruszały się one wertykalnie na sprężynach wprawianych w ruch przez ludzi czasowo zatrudnionych na okres świąteczny i noworoczny. Dzieci wiedziały zatem doskonale, jak trafić przed oblicze dobrotliwych Świętych Mikołajów, którzy – prezentując powaby towarów – wprawiali kolorowe bąki w obłąkane wirowanie, dosiadali ostrożnie koni na biegunach, przerzucali całe armie ołowianych żołnierzy, wtykali smoczki w usta niechętnym lalkom, pozwalali zjadać porcelanowym lwom szylkretowe żyrafy i kazali podnosić ciężary nakręcanym atletom i pokonywać wciąż tę samą trasę elektrycznym kolejkom.
Mock rozpiął palto, zdjął kapelusz, przyklepał niesforne fale włosów i usiadł na pikowanym siedzisku składającym się z dwóch współśrodkowych walców. Wygodnie oparty, zaczął się zastanawiać, po co tu przyszedł. Wiedział tylko tyle, że wszedł tu, kierując się niepowstrzymanym impulsem, który był wynikiem wcześniejszych myśli. Ku swojej zgrozie Mock nie mógł przypomnieć sobie żadnej z nich. A zatem, aby odbudować ten ciąg asocjacji, musiał wrócić do opowieści Hartnera. Przypomniał sobie swoje próby usprawiedliwienia niewiernej żony kupca: grzeszyła, a więc była taka ludzka, arcyludzka! Ba! Aleksiej von Orloff uznałby, że była w momencie grzechu bardzo blisko Boga! A jak oceniłby ten rosyjski mędrzec czyn jej męża? Kiedy ją zabijał, również popełniał grzech! Kto z nich był bliżej Boga? Czy ten, czyj grzech jest cięższy?
Mock pamiętał swoją gwałtowną reakcję na tę przewrotną aksjologię grzechu, poryw wściekłości, kiedy przechodził koło jubilera Sommego. „Czyż nie lepsze jest pozbycie się grzechu – myślał wtedy – i zapomnienie o nim niż trwanie w nim?” Myśl o odrzuceniu grzechu wywołała kolejną – pierwsza spowiedź małego Eberharda w ogromnym kościele Aniołów Stróżów w Wałbrzychu i spracowana dłoń ojca potrząsająca jego dłonią, kiedy przepraszał rodziców za swoje grzechy. Nie wiedział zresztą, za co przeprasza – czuł, że nie ma grzechów, żałował, że nie ma ich, myślał, że oszukuje ojca. Eberhard Mock czuł uścisk twardej dłoni szewca Johannesa Mocka, kiedy widział dzieci wyrywające się rodzicom i wbiegające pod wielki neon „Gebr. Barasch”. Wiedział już, po co przyszedł do domu towarowego. Wstał i udał się do stoiska z alkoholem, gdzie kupił kwadratową butlę wódki Schirdewana, uwielbianej przez jego brata Franza.
„Kolejna zbrodnia dopiero za trzy dni – myślał, mijając na parterze kwartet smyczkowy grający kolędę O, Tannenbaum. – Mam zatem sporo czasu. Wszyscy moi ludzie mają czas do Wigilii. Mogę się więc upić na wesoło, bo dlaczego miałbym się upić na smutno?”
WROCŁAW, SOBOTA 21 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO PIĄTEJ PO POŁUDNIU
Mock z trudem wspiął się na czwarte piętro kamienicy przy Nicolaistrasse i – głośno sapiąc – zastukał mocno do jednych z czterech par drzwi. Otworzyła mu Irmgard, po czym odwróciła się i usiadła jak automat na taborecie. Zaszczekały fajerki. Mock zajrzał w wylęknione oczy swojej bratowej, minął ją i wszedł do pokoju. Majster kolejowy Franz Mock siedział przy stole w koszuli bez kołnierzyka.
Mocna, czarna herbata wgryzała się w emalię stojącego przed nim kubka. Mięśnie przedramion napinały się, kiedy kciukiem i palcem wskazującym jednej i drugiej ręki ściskał liniowaną kartkę papieru zapisaną równym pismem. Eberhard postawił na stole wódkę i nie zdejmując palta ani kapelusza, sięgnął po kartkę. Franz ścisnął papier jeszcze mocniej i zaczął czytać mocnym, twardym głosem:
Kochana Mamo, opuszczam Wasz dom na zawsze. Był on mi bardziej więzieniem niż domem, bardziej ponurym lochem niż spokojną przystanią. A w lochu tym pomiatał mną wściekły tyran. Nie chciał mnie rozumieć i miał tylko toporne wyobrażenia o świecie, w którym każdy poeta musi być Żydem lub homoseksualistą, a receptę na sukces życie wypisuje jedynie inżynierom kolejowym. Rzucam szkołę i odchodzę do kobiety, z którą chcę dożyć kresu swoich dni. Nie szukajcie mnie. Kocham Ciebie i stryja Eberharda. Bądź zdrowa i żegnaj na zawsze.
Twój Erwin
Franz skończył czytać list, podniósł głowę i spojrzał na brata. W jego oczach czaiła się pewność wyroku.
– On ciebie uważa za ojca – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Dopiąłeś swego, co, świński ryju? Wychowałeś mi syna, co? Swojego nie mogłeś zrobić złamanym kutasem, więc zabrałeś się do wychowywania mojego…
Eberhard Mock zapiął płaszcz, postawił na sztorc kołnierz, nacisnął na głowę kapelusz i wyszedł z pokoju. Za kilka sekund wrócił po kwadratową flaszkę wódki Schirdewana, ulubionej wódki jego starszego brata Franza.
WROCŁAW, SOBOTA 21 GRUDNIA, TRZY KWADRANSE NA PIĄTĄ
W cukierni „Silesia” przy Ohlauerstrasse było głośno i tłoczno. Otulone papierosową mgłą kelnerki w granatowych sukienkach z koronkowymi kołnierzykami pokonywały slalomem trasę od baru ku marmurowym stolikom, zaparowanym lustrom, hałaśliwym sklepikarzom, urzędnikom napychającym się struclami i smutnym gimnazjalistom, którzy zaczerniali papierowe serwetki miłosnymi cierpieniami i odwlekali, jak długo mogli, moment uregulowania rachunku.
Jeden z cierpiących Werterów biedził się właśnie nad metaforą, która najtrafniej, w ekspresjonistycznej manierze, oddałaby Katullusowe odi et amo [23], kiedy na serwetkę, zapełnioną przez niego plątaniną uczuć, padł cień. Chłopak uniósł głowę i poznał pana Eberharda Mocka, stryja jego przyjaciela Erwina. W innych okolicznościach takie spotkanie sprawiłoby mu wielką radość. Teraz jednak widok radcy kryminalnego wprawił ucznia w silne zakłopotanie, tak jak wtedy, gdy Mock przed rokiem, na kilku spotkaniach, pomagał Erwinowi i jego kolegom zrozumieć pokrętny styl Liwiusza, tak jak wtedy, gdy po kilku darmowych korepetycjach zaprosili radcę do tej właśnie kawiarni i słuchali jego policyjnych historii. Mock usiadł bez słowa przy gimnazjaliście i uśmiechnął się do niego. Z kieszeni palta wyjął papierośnicę, zamówił u kelnerki kawę i jabłecznik. Uczeń też się nie odzywał i zastanawiał się, jak przedłużać w nieskończoność swoje milczenie. Wiedział, po co przyszedł radca kryminalny.
– Niech pan mi powie, Briesskorn – Mock podsunął papierośnicę rozmówcy – gdzie mogę znaleźć Erwina?
– Powinien być w domu – młodzieniec, nie patrząc na Mocka, wyłuskał papierosa zza gumki.
Mock wiedział, że Briesskorn kłamie, że zrobił sztubacki dowcip, tak jak kiedyś, gdy – jak mu opowiadał Erwin – zapytany przez łacinnika Piechottę, gdzie w tym zdaniu jest i orzeczenie, odpowiedział, że między wyrazem rozpoczynającym zdanie a kropką. Mock był pewien, że Briesskorn kłamie, ponieważ szukający go stryj zacząłby od domu, a nie od tej łaźni parowej wypełnionej ciastkami, kawą i ciepłymi gęstymi likierami; o tym wiedziałby każdy, kto byłby wtajemniczony w ucieczkę Erwina, a zatem mówiąc: „Chyba jest w domu”, gimnazjalista powiedział: „Wiem, gdzie jest, ale panu nie powiem”.
– Mój drogi panie Briesskorn – Mock wbił oczy w rozmówcę – wie pan, że profesor Piechotta jest moim kolegą z czasów studenckich? I to kolegą dobrym, prawie przyjacielem. Wiele przeżyliśmy, wypiliśmy niejedno piwo na zebraniach burszenszaftów, nie raz i nie dwa pociliśmy się ze strachu w ławie uniwersyteckiej, kiedy profesor Eduard Norden wpatrywał się w nas, wybierając kolejną ofiarę, która przeanalizuje metrycznie jakiś chór z Plauta… Tak… – rozkroił łyżeczką jabłecznik. – Byliśmy przyjaciółmi, jak pan i Erwin, mój bratanek, byliśmy lojalni wobec siebie, żaden z nas by drugiego nie wydał… Lecz gdyby Ferdinanda Piechottę szukał w tych zamierzchłych czasach jego krewny i przyjaciel po to, by z nim porozmawiać i zapobiec jakiemuś głupstwu, złamałbym słowo dane Piechotcie…
– Czy pan radca myśli, że ja zdradzę przyjaciela pod wpływem tak interesującej oferty? – Briesskorn obracał w długich palcach kolejnego papierosa. – Przecież wiem, że Piechotta mnie nienawidzi i prędzej zerwie z panem przyjaźń, niż przestanie mnie dręczyć…
– Pan mnie obraża – Mock dopił kawę, wstał od stołu i z uwagą pomacał flaszkę w kieszeni płaszcza. – Pan wątpi w moje słowa… Pan jest bystry i dobrze zrozumiał moją ofertę, ale pan myśli, że chcę pana oszukać, że jestem drobnym krętaczem, pokątnym oszustem, czy tak? Wiesz, młody człowieku, czym jest przyjaźń między mężczyznami?
– Erwin jest u Inge Gänserich – powiedział Briesskorn i zgniótł w palcach niezapalonego papierosa. Jasny tytoń „Georgia” rozsypał się na marmurowy blat stolika.
– Dziękuję panu – Mock podał mu rękę. Gimnazjalista chwycił ją i mocno trzymał.
– Męska przyjaźń i męskie słowo to chyba coś najpewniejszego na świecie – powiedział Briesskorn. – Wierzę panu, panie radco… To, że zdradziłem, gdzie jest Erwin, nie sprawi, że nasza przyjaźń zginie…
– Najpewniejszą rzeczą na świecie – Mock obrócił w palcach kapelusz – jest śmierć. Napisz tak do swojej Lotty.
WROCŁAW, SOBOTA 21 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO SZÓSTEJ
Mock nie musiał nikogo pytać, kim jest Inge Gänserich ani gdzie mieszka. Znał doskonale oficynę na Gartenstrasse 35 za pasmanterią Hartmanna. Tam właśnie mieszkała ta znana malarka, która – jak Mock pamiętał z kartoteki – przed dziesięcioma laty pojawiła się w śląskiej stolicy. Najpierw zaczęła tu szukać szczęścia jako modelka. Słynęła z tego, że – jeśli zgodziła się jakiemuś artyście pozować – było to jednoznaczne z wyrażeniem zgody na dzielenie z nim łoża. Owo „tak” nie było jednak wymawiane zbyt często i zależało w dużej mierze od płaconego jej honorarium. Nic zatem dziwnego, że piękna, tajemnicza i małomówna Inge była modelką i muzą jedynie najbogatszych malarzy. Jednemu z nich, niejakiemu Arno Gänserichowi, autorowi surrealistycznych podmorskich pejzaży, Inge odpowiedziała dwukrotnie „tak” – raz, krótko po tym, jak został jej przedstawiony, drugi raz – przy ołtarzu. Po hucznym weselu młoda para zamieszkała na Gartenstrasse 35 i przez ponad rok kontynuowała po nocach weselne przyjęcie, ku zgrozie i wściekłości spokojnych i spracowanych sąsiadów. Tam Mock zobaczył Inge po raz pierwszy, kiedy w 1920 roku został wezwany przez swojego ówczesnego szefa, oberpolicmajstra z rewiru piątego, na akcję uspokojenia dzikiej pijackiej orgii, jaką urządzili młodzi małżonkowie. Mockowi dała się wtedy mocno we znaki malarska pasja obecnych na przyjęciu gości. Przeklinał ordynarnie artystyczne uzdolnienia panów i pań, którzy zamroczeni morfiną porozlewali farby i własnymi nagimi ciałami mieszali je na palecie podłogi. Mock chwycił wtedy Inge w objęcia, okrył ją kocem, a potem rozpoczął ciężką walkę, by ją wyprowadzić z mieszkania. Jeszcze dziś, mijając pasmanterię Hartmanna, czuł jej zęby na swojej dłoni, wciąż widział, jak wylewa na jego garnitur z drogiej, polskiej, bielskiej wełny wiadro niebieskiej olejnej farby, którą jej mąż usiłował oddać melancholię podwodnego pejzażu. Mock pamiętał też siebie, jakby z oddalenia, w zwolnionym tempie, kiedy podnosił pięść nad kształtną głową Inge i zadawał cios.
Odrzucił przykre wspomnienie znęcania się nad aresztantką i skierował myśli ku późniejszym losom Inge. Przypomniał sobie inne wezwanie, jesienną noc i fotel, w którym Arno Gänserich dobrowolnie zakończył życie zaraz po tym, jak ujrzał swą żonę obejmującą smukłymi udami wygoloną głowę atlety z cyrku Buscha.
Mock stanął na półpiętrze i otworzył okno. Mimo zimna czuł strużki potu spływające mu za chirurgiczny gorset. Na niewielkim podwórku, w świetle gazowej latarni ślizgały się dzieci. Ich radosny wrzask płoszył gromady wron, które okupowały dekle śmietników, i nakładał się na dwa zgrzytliwe odgłosy. Pierwszy z nich wydawał szlifierz – rozstawił na podwórku napędzaną pedałem maszynę i ostrzył noże, które niedługo zagłębią się w miękkie brzuchy wigilijnych karpi. Drugi zgrzyt dobiegał spod pompy. Dziewczynka w pocerowanym płaszczyku huśtała się na niej, napełniając wiadro, a za duże na nią buty kłapały obcasami na udeptanym śniegu w rytm skrzypienia zardzewiałego urządzenia. Ze starej, pozbawionej dachu szopy na samym końcu podwórza wydostawała się strużka dymu. Dwoje dzieci, przebranych za Indian, wbiło w klepisko szopy cztery kije, a następnie rozwiesiło na nich połatany koc. W ten sposób powstał wigwam, w którego centrum płonęło ognisko. Po chwili z wigwamu dobiegły dzikie wrzaski czerwonoskórych.
Mock ruszył po schodach i odświeżał w pamięci dalsze informacje o Inge. Wernisaże, podczas których jej doskonałe ciało owinięte było jedynie płachtą aksamitu, jej kochankowie – przedstawiciele wszystkich zawodów, jej rozerotyzowane obrazy, które burzyły sny spokojnym wrocławianom, i jej gruba kartoteka w archiwum komisji narkotykowej – wszystko to Mock zbierał teraz skrzętnie w zakamarkach mózgu jak uzbrojenie przeciwko przebiegłemu przeciwnikowi. Na półpiętrze poniżej drzwi Inge ktoś stał. Radca jedną ręką sięgnął po rewolwer, drugą zaś zapalił zapalniczkę. Ogienek oświetlił korytarz. Mock schował starego walthera do kieszeni, a uwolnioną od jego ciężaru dłoń podał stojącemu mężczyźnie.
– Dobrze, Meinerer – sapnął Mock. – Jesteście tu, gdzie powinniście.
Meinerer, milcząc, podał mu rękę. W ciszy zimowego popołudnia, w mroku klatki schodowej słychać było kobiece jęki, których nie mogły zagłuszyć okrzyki Indian. Odgłosy te dochodziły zza drzwi Inge Gänserich. Do tego dołączyło się przeraźliwe zgrzytanie sprężyn łóżka.
– To mój bratanek? – zapytał Mock. Nie doczekawszy się odpowiedzi, spojrzał z troską na Meinerera. – Jesteście zmęczeni. Jutro macie wolne. Pojutrze przyjdźcie do mnie na ósmą na odprawę… Dobrze wykonaliście zadanie. Zamykamy sprawę Erwina Mocka. Od tej pory prowadzicie z nami sprawę „kalendarzowego mordercy”.
Meinerer bez słowa odwrócił się i zszedł po schodach. Mock uśmiechnął się na myśl o swoim bratanku i nasłuchiwał dalej. Mijały minuty, na klatce schodowej zapalało się światło, ubogo ubrani mieszkańcy kamienicy przechodzili obok Mocka, nawet jeden z nich, stary kolejarz, próbował go zapytać, czego tutaj szuka, ale policyjna legitymacja szybko zaspokoiła jego ciekawość. Kobiecy głos wołał dzieci do domu, na kolację, okrzyki na podwórzu umilkły, umilkły jęki Inge, już nie zgrzytała ani pompa, ani szlifierka, ani łóżko, na którym Erwin Mock stawał się mężczyzną.
Mock naciskał na dzwonek i czekał. Długo. Bardzo długo. W końcu drzwi się uchyliły i Mock ujrzał twarz, która czasem śniła mu się po nocach jak erynia, jak wyrzut sumienia. Inge wiedziała, kim jest stryj jej najnowszego kochanka – zatem wizyta Mocka nie mogła być pomyłką. Otworzyła drzwi na oścież i weszła do jedynego, jak pamiętał, pomieszczenia w tym mieszkaniu, zostawiając radcę samego w ciemnym przedpokoju. Mock rozejrzał się i – ku swojemu zdziwieniu – nie zauważył żadnych sztalug. Pociągnął nosem i nie poczuł zapachu farb. Jeszcze bardziej się zdumiał, gdy w ogromnym pokoju nie zobaczył, oprócz bałaganu, niczego, co by świadczyło o artystycznej profesji pani domu. Erwin, nic nie mówiąc, siedział na skrzypiącym łóżku owinięty prześcieradłem, które powoli wilgotniało od jego potu.
– Jak ładnie tu u pani, pani Gänserich – powiedział Mock, siadając przy stole. Na zawalonym niedopałkami blacie z trudem znalazł miejsce dla łokci. – Czy mogłaby pani zostawić nas na chwilę samych?
– Nie – powiedział twardo Erwin. – Ona ma tu być.
– Dobrze – Mock zdjął płaszcz i kapelusz. Z braku miejsca, gdzie mógłby je położyć, płaszcz przewiesił przez ramię, a kapelusz założył na kolano. – Powiem zatem krótko. Mam do ciebie prośbę. Nie rezygnuj ze szkoły. Jesteś uczniem primy. Za kilka miesięcy matura. Zdaj ją i studiuj germanistykę, filozofię czy cokolwiek innego, czego nie akceptuje twój ojciec…
– Przecież tego nie akceptuje także stryj. Przed dwoma czy trzema tygodniami powiedział stryj na obiedzie…
– Powiedziałem, com powiedział – zirytował się Mock. – Żałuję tego. Nie myślałem tak wcale. Chciałem cię o tym poinformować, co powiedziałem, jak zabrałem cię z kasyna, ale byłeś zbyt pijany.
– Trudno panu przychodzi słowo „przepraszam” – powiedziała Inge. Mock patrzył na nią przez chwilę i walczył ze swoją furią, zachwytem i chęcią upodlenia artystki. W końcu zachwyt zwyciężył. Inge była zbyt piękna z rozsypanymi ciemnymi włosami. Dojrzały samiec poczuł zapach ciepłej pościeli, rozgrzanego ciała i całkowitego spełnienia. Uśmiechnął się do niej i zwrócił się znów do Erwina.
– Skończ szkołę i zdaj maturę. Nie chcesz mieszkać z ojcem, to mieszkaj u mnie. Sophie bardzo ciebie lubi – podszedł do bratanka i klepnął go po karku. – Przepraszam – postawił na stole flaszkę wódki. – Napijmy się wszyscy na zgodę.
Erwin odwrócił się do okna, by ukryć wzruszenie. Inge przyłożyła do ust chusteczkę i się rozkaszlała, a w jej oczach utkwionych w Mocku pojawiły się łzy. Mock patrzył na nią, lecz nie myślał o niej, myślał o swoich słowach „Sophie bardzo cię lubi”, o swoim spotkaniu z żoną: oto są znowu razem, jego gabinet zajmuje Erwin, Erwin uczy się do matury, Sophie odwiedza go w gabinecie swojego męża…
– Musi stryj także ją przeprosić – powiedział Erwin.
Zapadło milczenie. Na podwórku rozległ się przeraźliwy krzyk i stukot buciorów po ubitym śniegu. Ktoś się potknął lub pośliznął na ślizgawce i głucho upadł w śnieg. Mock rzucił się do okna i wytężył wzrok. Niczego nie zobaczył w nikłym świetle gazowych latarni oprócz tłumu zgromadzonego wokół szopy. Mock ruszył. Zadudniły pod jego skokami deski przedpokoju, zadudniły drewniane schody. Wybiegł na podwórze i puścił się biegiem po ślizgawce. Wpadł między ludzi i zaczął ich rozpychać. Usuwali się w skamieniałym milczeniu. Mock odepchnął ostatniego mężczyznę, który zagradzał wejście do szopy. Odepchnięty odwrócił się z wściekłością. Mock poznał go – był to stary kolejarz, którego na schodach postraszył legitymacją. Na klepisku szopy leżał sfatygowany koc, z którego zbudowany był wigwam. Spod koca wystawały chude jak patyki nogi w podartych rajtuzach. Świeże plamy krwi pokrywały rajtuzy i buty, które były najwyraźniej za duże. Reszta ciała przykryta była kocem. Obok ciała leżało wiadro i rozsypane czekoladki.
Mock oparł się o ścianę szopy, otworzył usta i łapał płatki śniegu. Stary kolejarz podszedł do niego i plunął mu w twarz.
– Gdzie byłeś – zapytał – jak mordował to dziecko?
Na podwórko wpadło dwudziestu umundurowanych policjantów w czakach i w przepasanych pasami szynelach. Dowodził nimi jakiś policmajster z szablą u boku. Policjanci otoczyli ludzi i szopę. Tłum stał w milczeniu i patrzył na wąsate twarze stróżów prawa, na ich kabury i na wysokie czapki. Mock opierał się wciąż o mur i czuł, jak wilgotne płatki śniegu łaskoczą go za chirurgicznym gorsetem. Nie podszedł do policjantów, nie wylegitymował się, nie chciał być jednym z nich, chciał być kolejarzem, krawcem, spedytorem.
Na podwórko wszedł Meinerer z kilkoma uzbrojonymi stójkowymi i z jakimś mężczyzną dźwigającym statyw aparatu fotograficznego. Przeszedł na skos przez podwórko i udał się w jego róg, skąd dochodziła charakterystyczna woń gnojówki. Ciągnęły się tam przez całą wysokość budynku małe zamalowane na biało okienka ubikacji. Do najniżej położonej ubikacji wchodziło się wprost z podwórka po kilku schodkach.
– Tam go zamknąłem – Meinerer zupełnie niepotrzebnie wskazał palcem.
Stójkowi towarzyszący Meinererowi ruszyli we wskazanym kierunku. Pozostali rozpięli kabury i patrzyli wrogo na tłum, który groźnie się poruszył.
– Zabić skurwysyna! Ludzie! Zabić tego skurwysyna! – ryknął kolejarz i rzucił się na najbliższego policjanta. Ten wyciągnął rewolwer i wystrzelił w powietrze. Tłum stanął posłusznie. Mock poczuł drżenie na całym ciele i zamknął oczy. Przyszły do niego wszystkie trupy, które widział. Rajca Geissen częstował go cygarem, Gelfrert dmuchał w waltornię, Honnefelder krzyczał „Sieg heil”, a Rosemarie Bombosch odsłaniała z kuszącym uśmiechem chude uda. Oto odwiedził go w tej ponurej szopie jego ojciec, rozłożył narzędzia i nadział jakiś but na szewskie kopyto. Wtedy poruszył się stary koc, który był okryciem wigwamu. Wyczołgała się spod niego dziewczynka i dołączyła do innych upiorów. Robiony na drutach szalik zaciśnięty był na jej szyi, a w boku tkwił dobrze naostrzony nóż.
Mock okrył z powrotem zwłoki dziewczynki i sięgnął po rewolwer. Nie chciał być teraz żadnym rzemieślnikiem ani komiwojażerem. Nie chciał być także stróżem prawa. Chciał być katem. Wyjął z kieszeni legitymację policyjną, przecisnął się przez tłum i pobiegł w stronę ubikacji. Dwaj stójkowi wyciągnęli stamtąd mężczyznę, który był przykuty kajdankami do poruszanej pedałem szlifierki. Człowiek ten był zdrętwiały z zimna, a jego sine usta poruszały się jakby w modlitwie. Jego ubranie – fartuch roboczy i kombinezon – było pokryte krwią. Policjanci kopniakiem rzucili go na ziemię. Szlifierka uderzyła go w skroń.
Meinerer stanął nad związanym mordercą. Fotograf zwolnił migawkę. Wzniósł się słup magnezji. Mock z wysoko uniesionymi rękami trzymającymi pistolet i legitymację podbiegł do mordercy. Policjanci rozstąpili się posłusznie. Radca uklęknął i przyłożył pistolet do opływającej krwią skroni. Trzasnęła magnezja. Wszyscy patrzyli. Mock w ułamku sekundy ujrzał siebie wyrzuconego z pracy w policji. Odbezpieczył rewolwer. Wtedy zobaczył ponownie siebie na sali sądowej jako oskarżonego, a potem w więzieniu, gdzie z radością czekają na niego wszyscy, których kiedykolwiek wsadził za kratki. W myślach zaczął powtarzać odę Horacego Odi profanum vulgus [24]. Po pierwszej strofce schował pistolet do kieszeni. Niczego nie widział, niczego nie czuł – oprócz plwociny starego kolejarza, która zamarzała mu na policzku.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, GODZINA ÓSMA RANO
Specjalne wydanie świąteczne „Breslauer Neueste Nachrichten” z dnia 22 grudnia 1927 roku, s. 1 – wywiad z prezydentem policji Wilhelmem Kleibömerem: „Co się wczoraj wydarzyło na Gartenstrasse 35?
Kleibömer: Wachmistrz kryminalny, którego nazwiska nie mogę ujawnić, wykonując w tym budynku czynności śledcze, zauważył opuszczającego podwórze szlifierza. Człowiek ten wychodził w wielkim pośpiechu i ciągnął za sobą szlifierkę. Uwagę detektywa przyciągnęły plamy krwi na fartuchu szlifierza. Zatrzymał go i zamknął w toalecie na parterze sąsiedniego budynku. Następnie odkrył w szopie na podwórku zwłoki małej Gretchen Kauschnitz. Obawiając się samosądu ze strony mieszkańców budynku, sprowadził znaczne siły policyjne i pod ich osłoną dokonał aresztowania lege artis.
Ktoś próbował zakłócić aresztowanie.
K.: To pytanie czy stwierdzenie?
W posiadaniu prasy jest zdjęcie, na którym wysoki funkcjonariusz policji przykłada rewolwer do skroni mordercy. Chciał dokonać samosądu?
K.: Istotnie, jeden z moich ludzi tak się zachował. W wypadku tej ohydnej zbrodni nietrudno o nerwową reakcję. Na szczęście opamiętał się i pozostawił osądzenie mordercy wymiarowi sprawiedliwości.
Czy morderca, Fritz Roberth, jest zboczeńcem seksualnym?
K.: Tak. Jest pedofilem. Za to przestępstwo już siedział w więzieniu.
Czy ofiara została zgwałcona?
K.: Nie.
Czy Roberth przyznał się do winy?
K.: Jeszcze nie, ale przyzna się pod wpływem dowodów. Na świeżo naostrzonym nożu były jego odciski palców, a na jego fartuchu krew ofiary.
Tak szybko to stwierdzono?
K.: Pracowici ludzie mogą w ciągu jednej nocy wiele dokonać. A nasi technicy są pracowici.
Czy Roberth jest chory psychicznie?
K.: Trudno mi to ocenić. Nie jestem psychiatrą.
Jaka spotka go kara, gdy się okaże, że jest chory psychicznie?
K.: Zostanie poddany leczeniu.
A jeśli zostanie wyleczony?
K.: Wyjdzie na wolność.
Uważa pan, że to sprawiedliwe?
K.: Nie będę komentował postanowień kodeksu karnego. Nie jestem prawodawcą i prawdopodobnie nigdy nim nie będę.
Ale ma pan własną opinię na ten temat?
K.: Mam, ale jej pan nie pozna. Nie robi pan wywiadu z osobą prywatną, lecz z prezydentem wrocławskiej policji.
Większość prawników, lekarzy, psychologów i filozofów twierdzi, że człowiek wtedy jest winny, kiedy zbrodni dokona świadomie. Jeśli zbrodni dokona za człowieka choroba, on sam nie jest winny. Czy chorobę można skazać na śmierć?
K.: Nie należę do żadnej z wymienionych przez pana grup zawodowych.
Dziękuję panu za rozmowę”.
Mock odłożył gazetę i wpatrywał się dłuższą chwilę w portret swojego ojca wiszący na ścianie. Majster szewski zaciskał mocno zęby i uważnie patrzył na fotografa. Mock zadał ojcu pewne bardzo trudne pytanie i bezzwłocznie otrzymał odpowiedź. Była ona taka, jakiej się spodziewał.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, GODZINA DZIEWIĄTA RANO
Alfred Sommerbrodt zajadał z wielką przyjemnością niedzielne śniadanie składające się z dwóch sadzonych jajek i patrzył na krzątającą się po kuchni żonę. Z równą przyjemnością podziwiał porządnie wyszorowaną kuchnię i swój policyjny mundur wiszący na wieszaku przy kuchennych drzwiach, które były jednocześnie drzwiami wyjściowymi ich małego mieszkania na tyłach sklepu rowerowego Stangena przy Trebnitzerstrasse. Sommerbrodt cieszył się, że za chwilę włoży mundur, szynel, czako, do pasa przymocuje pałkę, która teraz leżała na wielkim liczniku prądu, i ustawi się, jak co dzień, na Trebnitzer Platz, by kierować ruchem. Jego żona znacznie mniej się cieszyła.
– Nawet w niedzielę nie dają ci spokoju – powiedziała ze złością.
– Kochanie, dzisiaj jest bardzo nerwowy dzień przedświąteczny – powiedział Sommerbrodt i się zamyślił. Pił kawę zbożową i poklepywał tęgą żonę, zastanawiając się, czy zdążyłby jeszcze przed wyjściem ją uhonorować. Stukanie do drzwi wywiało mu z głowy erotyczne zachcianki. Żona otworzyła i w tej samej chwili, mocno pchnięta, usiadła na stole. Wysłużony mebel zachwiał się niebezpiecznie. Kubek z kawą podskoczył i oblał koszulę Sommerbrodta. Ten rzucił się z wściekłością ku dwóm przybyłym, lecz lufa walthera pozwoliła mu szybko porzucić wojownicze zamiary. Obaj mężczyźni mieli obwiązane chustkami twarze. Jeden z nich wyjął kajdanki i zachęcił panią Sommerbrodt, by się ku niemu zbliżyła. Kiedy to uczyniła, przykuł ją do rurki łączącej licznik ze ścianą. Posterunkowy ruchem rewolweru został poproszony o to samo. Jego wahanie szybko pierzchło, kiedy walther pojawił się w dłoni drugiego mężczyzny. Po chwili Sommerbrodt klęczał obok żony przykuty do tej samej rurki. Pierwszy napastnik podsunął im dwa krzesła, a sam usiadł na stole i zaczął niefrasobliwie machać nogami. Drugi mężczyzna rozebrał się do bielizny, po czym włożył bluzę munduru i czako. Po chwili ściągnął spodnie z Sommerbrodta i nałożył je na swe chude biodra. Przypasawszy pałkę do boku, wyszedł z mieszkania. Ten, który został, podrzucił drew do ognia i nastawił na fajerce wielki czajnik.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, GODZINA DRUGA PO POŁUDNIU
Do aresztu śledczego przy Schuhbrücke podjechał duży, nowy horch 303, z którego wysiadło trzech mężczyzn. Weszli w ponurą bramę, wylegitymowali się u strażnika i ruszyli na pierwsze piętro do gabinetu oficera dyżurnego.
– Który z panów jest profesorem Nieswandem? – zapytał dyżurny.
– To ja – odparł szpakowaty mężczyzna w jaskrawym krawacie.
– Widzę, że nie tylko ja mam przedświąteczny dyżur – uśmiechnął się oficer dyżurny. – Gdyby jakiemuś wariatowi coś odbiło…
– To są chorzy, nie wariaci – zauważył sucho profesor.
– A panowie są zaufanymi ludźmi prezydenta Wilhelma Kleibömera – ton głosu oficera dyżurnego świadczył, że uwaga Nieswanda nie zrobiła na nim większego wrażenia. – Do ochrony więźnia podczas transportu, tak? Poproszę o rozkaz.
Dwaj pozostali mężczyźni skinęli głowami. Jeden z nich wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę i podał ją dyżurnemu. Ten otworzył ją i przeczytał półgłosem:
– Tajna instrukcja w sprawie transportu więźnia Fritza Robertha na badania psychiatryczne… Aha, dobrze… Dobrze… Podpisane, Fiu… fiu… fiu… Sam prezydent Kleibömer.
Dyżurny schował instrukcję do szuflady biurka i sięgnął po słuchawkę.
– Tu mówi Essmüller – warknął. – Natychmiast przyprowadzić Robertha pod wyjście C. Tak jest. Zachować szczególną ostrożność. Tam będzie na was czekał profesor Nieswand, który zbada więźnia w swoim gabinecie na Einbaumstrasse – spojrzał w zamyśleniu na obecnych w pokoju. – Panowie, do godziny ósmej więzień jest wasz.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, WPÓŁ DO TRZECIEJ PO POŁUDNIU
Na mieście panował duży ruch. Ponieważ śnieg nie padał od wczoraj, na jezdniach była ślizgawica. Ślizgały się nie tylko automobile, lecz również sanie i dorożki. W przepełnionych tramwajach cisnęli się wrocławianie i dyskutowali o wysokich cenach przedświątecznych zakupów.
Ośmiocylindrowy horch nie mógł rozwinąć imponującej mocy i jechał bardzo powoli, podobnie jak inne automobile tego dnia. Wewnątrz było duszno. Wszyscy mężczyźni oprócz skutego kajdankami więźnia wycierali zaparowane szyby. Utknęli na skrzyżowaniu koło Dworca Odrzańskiego. Horch stał za wielką ciężarówką z reklamą gumy Wrigley wymalowaną na plandece. Taka sama ciężarówka posuwała się za horchem. Policjant na skrzyżowaniu dał znak i pojazdy ruszyły. Kiedy druga ciężarówka przejechała przez skrzyżowanie, policjant nieoczekiwane zmienił kierunek ruchu. Kilka samochodów gwałtownie zahamowało. Jakiś szofer w kraciastym kaszkiecie wystawił głowę za okno i mało przyjaźnie patrzył na policjanta. Obie ciężarówki, z horchem pomiędzy nimi, wjechały pod wiadukt. Nie było tam żadnego innego pojazdu. Wszystkie zdążyły już pojechać w stronę mostu Różańskiego. Pierwsza ciężarówka zatrzymała się. Wyskoczyło z niej dziesięciu mężczyzn uzbrojonych w mauzery. Tyleż samo i tak samo uzbrojonych opuściło drugą ciężarówkę i stanęło za samochodem. Nikt z siedzących w środku nie zrobił najmniejszego ruchu. Wszyscy milczeli. Ospowaty olbrzym zbliżył się do horcha, otworzył drzwi i chwycił szofera za kołnierz uniformu. Po chwili szofer znalazł się na bruku jezdni. To samo spotkało pasażerów. Wszyscy oprócz więźnia stali przed samochodem. Ludzie z karabinami pokazali im wejście do pierwszej ciężarówki – wdrapali się na pakę. Na wiadukcie załoskotał pociąg. Do samochodu zbliżył się niewysoki elegancko ubrany człowiek z podłużną lisią twarzą. Towarzyszył mu starszy mężczyzna w kolejarskiej czapce. Kolejarz podszedł do auta, schylił się, przyjrzał się więźniowi i skinął głową małemu elegantowi. Nikt nie powiedział ani słowa. Jedynie więzień zaczął wrzeszczeć. Jego wycie zginęło w huku pociągu.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, GODZINA ÓSMA WIECZOREM
Na przystanku tramwajowym na Zwingerplatz stali tylko dwaj pasażerowie. Obaj mieli postawione kołnierze palt i naciśnięte na oczy kapelusze. Wyższy rysował w świeżym śniegu zygzaki i pochylał się ku niższemu, który szeptał mu coś, wspinając się na palce. Śnieg sypał ukośnie, przecinając nieostrą granicę pomiędzy czarnym niebem a strefą gazowego poblasku. Wyższy mężczyzna nasłuchiwał bez słowa pospiesznej relacji.
– Tak, jak pan radca kazał. Wypuściliśmy dwóch gliniarzy i konowała od czubków po dwóch godzinach, kiedy już było po wszystkim…
– A co z tym posterunkowym kierującym ruchem?
– Pojechaliśmy z moimi ludźmi do jego mieszkania i uwolniliśmy jego i jego żonę. Natychmiast po akcji…
– Bardzo był poturbowany?
– Trochę ścierpły im ręce. Poza tym wszystko w porządku.
– Wirth, pojedziesz teraz do niego – wyższy mężczyzna wyjął z wewnętrznej kieszeni zwitek banknotów i wręczył go swojemu rozmówcy – i zostawisz mu tych kilka marek. Daj mu tę forsę i nic nie mów – wyrysował w śniegu znak nieskończoności. – Dobrze się spisałeś.
– Nie chce pan radca wiedzieć, co zrobili z tą świnią?
– Oni? Oni byli tylko narzędziem w moich rękach.
Wirth schował pieniądze i uważnie spojrzał na radcę.
– To narzędzie wymknęło się panu trochę spod kontroli.
Radca podał rękę Wirthowi i ruszył w stronę Teatru Miejskiego, którego rozmazane światła promieniały w śnieżnej mgle. Wielkie afisze rozwieszone na filarach zachęcały do obejrzenia Wagnerowskiego Tannhäusera, z którego dochód miał być przeznaczony na cele charytatywne. Nieliczni spóźnieni widzowie wysiadali z sań i z automobili, rozsiewając drogeryjne aromaty. Radca kupił bilet na parter i wszedł do jasnego westybulu ozdobionego barokowymi złoceniami. Potężne dźwięki uwertury mimo swojej mocy wprawiały grubego szatniarza w ekstazę. Mock po trzydziestu sekundach chrząkania potrząsnął jego ramieniem, przywracając go do rzeczywistości. Zostawił w szatni zaśnieżoną garderobę i wszedł po schodach na pierwsze piętro, stukając laską. Tam odszukał lożę numer 12 i delikatnie nacisnął klamkę. Dźwięki rogów odmalowywały morski pejzaż. W loży siedział dyrektor kryminalny Mühlhaus. Drgnął, kiedy radca usiadł obok niego. Szybkie dźwięki smyczków przedstawiały teraz pluskanie najad.
– Tu nas nikt nie usłyszy, Mock – powiedział Mühlhaus i nabrał tchu, jakby chciał zawtórować chórowi syren „Naht euch dem Strande”. – Wie pan, że Hanscher z Wydziału IV ogląda dziś pańskie zdjęcie, na którym przykłada pan pistolet do głowy Robertha? Wie pan, że jest głównym podejrzanym o zorganizowanie samosądu na tym nieszczęśniku, który cierpiał na rozdwojenie osobowości?
Smyczki cięły bezlitośnie, z chirurgiczną precyzją. Dźwięki trąb podbite były głęboką czernią basów. Potem Wenus zaczęła uwodzić Tannhäusera.
– Dziękuję za ostrzeżenie – powiedział Mock.
– Ostrzec można przed czymś, co jest do uniknięcia. A ja dostałem rozkaz od prezydenta Kleibömera, by zawiesić pana w czynnościach do czasu, aż Wydział IV zakończy śledztwo w sprawie samosądu na Robercie, o którego dokonanie podejrzewa pana Hanscher. To nie jest ostrzeżenie, ale koniec pańskiej kariery.
– To byłby koniec, gdyby Wydział IV udowodnił, że miałem coś wspólnego z samosądem. A ja na początku rozpalę ich nadzieje. Powiem, że cieszę się ze smutnego końca Robertha.
– Pan wcale nie zaprzecza, że miał pan z tym coś wspólnego. Pan jedynie wątpi, czy znajdzie się dowód przeciwko panu. Pan już się przyznał przede mną – krzyczał Mühlhaus, lecz jego głos wtórował arii Tannhäusera „Dir töne Lob”. – Do jasnej cholery, ten człowiek mógł być niewinny! Zabijał nie on, lecz jego choroba! Pan to rozumie, idioto?
– Jeżeli nawet tak… – cichy głos Mocka dobiegał bardzo wyraźnie zza smutnych wyznań wzgardzonej przez Tannhäusera Wenus – to był on ciężko chory, po prostu śmiertelnie chory. Czy można się dziwić, że człowiek śmiertelnie chory umiera? Choroba zabijała innych, potem zabiła i jego.
Mühlhaus milczał, a Wenus dalej atakowała niewdzięcznego kochanka.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ WIECZOREM
Wrocławska socjeta kłębiła się w foyer, dmuchała dymem, pachniała perfumami i obficie wydzielała pot. Damy strzygły pawimi piórami i napawały się tym zgromadzeniem – substytutem balu noworocznego, którego nie mogły się już doczekać. Panowie dyskutowali jałowo o zbliżających się świętach, wzmożonym handlu i wydatkach. Ptasi szczebiot panien współgrał z intelektualnym marszczeniem przez młodzieńców chmurnych czół, co miało zwiastować dojrzały namysł nad oglądaną interpretacją Wagnera.
Mock wyjął z papierośnicy papierosa „Ariston”, przełamał go wpół i wetknął do cygarniczki. W tym momencie z czyichś palców wystrzelił żółty płomień i liznął poszarpaną końcówkę papierosa.
– Dobry wieczór, doktorze Hartner – Mock zaciągnął się dymem, – Dziękuję za ogień. Nie wiedziałem, że lubi pan Wagnera.
– Musimy porozmawiać w jakimś ustronnym miejscu – szpakowate włosy Leo Hartnera zjeżyły się w nieświadomym ostrzeżeniu. Było coś niezwykłego w jego zachowaniu.
Mock kiwnął ze zrozumieniem głową, zanurkował w rozdyskutowany tłum melomanów i lekkimi dotknięciami dłoni zaczął torować w nim drogę. Natychmiast podążył za nim Hartner. Mock wyszedł na korytarz i ruszył ku drzwiom opatrzonym złotym trójkątem. Jakiś niewysoki staruszek z trudem ciurkał do pisuaru. Radca zajął jedną z kabin, zamknął pokrywę muszli i usiadł na niej. Wypalając papierosa, słyszał podobne odgłosy w kabinie obok. Rozległ się gong, który – choć był bardzo donośny – nie wytłumił westchnienia ulgi, jakie wydał z siebie staruszek. Wreszcie drzwi trzasnęły. Mock i Hartner stali obok siebie, krytycznie oceniając swe odbicia w szerokim lustrze. Mock pootwierał wszystkie kabiny, a potem zablokował drzwi toalety swoją laską.
– W moim zespole ekspertów – powiedział cicho Hartner – jest morderca.
– Niech pan mówi dalej – Mock wiedział, co teraz nastąpi: seria pytań i odpowiedzi, majeutyczna metoda doktora Hartnera, odporna na wszelkie ponaglenia.
– Kto w moim zespole jest podejrzany i dlaczego? – Hartner nie zawiódł Mocka. – Diehlsen – radca dmuchnął w cygarniczkę, a papieros rozsypał się na lustrze deszczem iskier – ponieważ pracuje w miejskim archiwum i jest członkiem „Wrocławskiego Towarzystwa Badań Parapsychicznych”, i Hockermann, czytający tę samą książkę co Gelfrert i podpisujący się w rejestrze wypożyczeń nazwiskami sławnych mężów z Auli Leopoldyńskiej… Tak jest. W jakim przedziale czasowym prowadzone są badania moich ludzi?… Czas jest ograniczony dwoma-trzema wiekami… Nie o to chodzi. Postawiłem złe pytanie. Jakie daty dzienne badamy?… Od ostatniego mordu, czyli chyba od 9 grudnia, do końca roku… Tak. Aby jak najszybciej znaleźć kolejną datę mordu. I co stwierdziliśmy?… Że następne morderstwo nastąpi w Wigilię na Antonienstrasse 27. Będziemy tam i złapiemy tego drania. Podał pan nawet godzinę!… Boję się, że niedługo nastąpi morderstwo – Hartner przystępował do udowodnienia swej tezy. – Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie archiwista z Archiwum Miejskiego. Moi ludzie codziennie po pracy zwracają akta i książki, które danego dnia studiowali. Archiwista osobiście przychodzi po nie do naszego biura przy Neumarkt. Okazało się, że brakuje jednej o sygnaturze 4536. Pozycja ta jest z całą pewnością relacją z jakiegoś procesu, ponieważ akta o sygnaturach 4500-4555 są to akta procesowe. Ktoś z ekspertów je ukradł.
– Powinien pan w momencie odkrycia kradzieży zatrzymać wszystkich pańskich ludzi, wezwać policję i dokładnie ich obszukać – podsumował Mock.
– Zrobiłbym tak, gdyby archiwista odkrył to odpowiednio wcześnie. Nie przeglądał on jednak akt w ratuszu. Odkrycia dokonał dopiero w archiwum, kiedy wstawiał akta na miejsce.
Mock podszedł do umywalki, odkręcił kran i włożył głowę pod strumień wody. Po chwili wyjął głowę spod kranu i z przyjemnością czuł zimne strużki wlewające się za gorset. Podszedł wolno do Hartnera i chwycił go mocno za ramiona.
– Mamy go, Hartner – krzyknął i roześmiał się dziko. – Mamy go wreszcie! To ktoś z pańskich ludzi! Wystarczy, że ich będziemy śledzić… A jeśli to nie pomoże, każdego z nich odpowiednio przesłucham… A najdokładniej Diehlsena i Hockermanna.
– Akta muszą dotyczyć okresu od 19 grudnia – powiedział powoli Hartner. – Czyli morderstwo musiałoby nastąpić w okresie od 19 do 24 grudnia. Przecież sam pan odkrył tę gradację czasową. Kolejne morderstwa są coraz szybciej wykrywane. A zatem należy spodziewać się zabójstwa teraz, a wy musicie tego samego dnia znaleźć ciało. Tego samego, który widnieje na kartce z kalendarza. Nie możecie znaleźć ciała z kartką, dajmy na to, z 12 grudnia, jutro, czyli 23 grudnia – Hartner roześmiał się szczerze. – Tak, teraz rozumiem pańską radość. Przecież od wczoraj wszystkim moim ekspertom, a zwłaszcza Hockermannowi i Diehlsenowi, towarzyszy anioł stróż z pańskiego wydziału. Morderca zostanie złapany za rękę.
Mock milczał. Wczoraj – kiedy dowiedział się, że mord nastąpi w Wigilię – wszystkich swoich ludzi zwolnił od popołudniowej inwigilacji podejrzanych. Wyszedł teraz z toalety, pożegnał się z Hartnerem i zbiegł do szatni. Po raz drugi tego wieczoru obudził grubego szatniarza i szybko się ubrał. Wkładając na głowę kapelusz, poczuł, że coś go uciska w skroń. Zza tasiemki owijającej wnętrze kapelusza wyjął małe prostokątne pudełko po papierosach „Salem”. Ostatnio zachowywał się dziwacznie: wieszał się w toalecie, nie pił alkoholu, płaszczył się i prosił o wybaczenie młokosa, wymierzał sprawiedliwość na własną rękę. Ale nigdy w życiu nie zdarzyło mu się kupić papierosów miętowych. Włożył rękawiczki, potrząsnął pudełkiem i usłyszał grzechotanie kartonika. Otworzył pudełko i wyjął z niego małą białą wizytówkę: „Dr Adolf Pinzhoffer, adwokat, Tiergartenstrasse 32, tel. 34 21”. Odwrócił ją i ujrzał starannie wykaligrafowany napis: „Znowu to zrobiłem. Łaźnia parowa przy Zwingerstrasse”.
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, TRZY KWADRANSE NA DZIESIĄTĄ
O tej porze w Zakładach Kąpielowych przy Zwingerstrasse przebywali jedynie mężczyźni spragnieni swojego towarzystwa. Stali pod ścianami, niektórzy owinięci w ręczniki, inni półubrani, jeszcze inni, gotowi do wyjścia, wachlowali się mokrymi od potu melonikami. Nikt nie mógł jednak opuścić zakładu, gdyż wyjście blokował gruby mundurowy zapychający swoją osobą mały korytarzyk prowadzący do łazienek. Obok niego z trudem przecisnął się radca Mock. Powoli poszedł w stronę chłopca kąpielowego, który wskazywał ręką na otwarte drzwi.
Dr Adolf Pinzhoffer był od szyi po pięty szczelnie owinięty szorstkim powrozem. Wyglądał tak, jakby ktoś go wepchnął do sznurkowego kokonu. Najwyraźniej kokon zaczynał się od szyi, ponieważ wolny koniec sznura, przeciągnięty kilkakrotnie na ukos pomiędzy stopami, przytwierdzony był do ramienia natrysku skomplikowanymi supłami. Ciało dra Adolfa Pinzhoffera utrzymywał w pozycji pionowej powróz przywiązany do nóg, a głowa trupa tkwiła w poobijanym wiadrze aż po szyję, okolona ruchliwym wieńcem pływających włosów. Wiadro stało w wannie dokładnie pod siatką prysznica, z którego ciekła gorąca woda. Spływała po ciele, rozgrzewając je par exellence do czerwoności, napełniając wiadro i wannę. W wiadrze pływał słoiczek przywiązany do szyi ofiary, a w nim mała kartka.
Mocka to ostatnie odkrycie specjalnie nie zdziwiło. Podszedł do wanny i przez parę unoszącą się z poparzonej skóry dostrzegł, że jest prawie pełna – odpływ był zatkany zatyczką. Zakręcił wodę i spojrzał na chłopca kąpielowego, który nieustannie przełykał ślinę.
– Jak długo nalewa się woda do wanny? Kiedy się przeleje?
– A bo ja wiem? – wykrztusił kąpielowy, któremu zbierało się na wymioty. – Będzie z dwadzieścia minut, pół godziny…
WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, PÓŁNOC
Mock siedział na brzegu wanny w płaszczu i kapeluszu i wpatrywał się w kafelki posadzki. Słyszał, jak w sąsiednim pokoju kąpielowym technicy zabezpieczają ślady, jak ustawiają metalowe tabliczki przy istotnych szczegółach miejsca zbrodni. Słyszał trzaskanie magnezji i bieganie setek nóg po korytarzu. Nagle do pozornie bezładnego tupania wkradł się jakiś porządek i hierarchia. Oto rozległ się spokojny i ciężki krok podbitych metalem obcasów, który swym uroczystym dźwiękiem uciszał wszystko dokoła. Towarzyszył mu złowrogi świst dobywający się z chorych oskrzeli. Majestatyczny krok zatrzymał się pod drzwiami łazienki, w której przebywał Mock.
– Grüss Gott, Mock – głęboki głos współgrał z odgłosem butów. – Tak mówią w moim Monachium.
– Dobry wieczór, panie prezydencie policji – Mock wstał z wanny.
Wilhelm Kleibömer ubrany był wieczorowo. Najwidoczniej wracał z opery. Rozejrzał się po pomieszczeniu i ze wstrętem wzdrygnął się, gdy dostrzegł biegnącego wzdłuż ściany karalucha.
– Dziwicie się, Mock, co ja tutaj robię – czubkiem buta przydusił owada do ściany – zamiast spać. Otóż ostatnio wy spędzacie mi sen z powiek. Ale to już niedługo. Do końca roku. Tylko do końca roku.
Mock nie odzywał się ani słowem. Zdjął płaszcz i zarzucił go na ramię.
– Macie czas do końca roku – zagwizdał rozdzierająco astmatyczny wdech. – Jeżeli do końca roku nie złapiecie „mordercy z kalendarza”, wasze miejsce zajmie Gustav Meinerer. Bohater, który aresztował pedofila. Wrocław potrzebuje takich bohaterów. Nie donkiszotów, Mock. Nie donkiszotów.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA DRUGA W NOCY
Świeczka paląca się na środku okrągłego stołu oświetlała jedynie skupione twarze i zaciśnięte powieki siedzących wokół ludzi. Unosili oni nad blatem rozczapierzone dłonie stykające się kciukami, a każdy mały palec dotykał małego palca sąsiada. Na stole leżał nieruchomo porcelanowy talerzyk. Starsza dama otworzyła nagle oczy i krzyknęła:
– Duchu, daj nam poznać swoje przyjście!
Świeczka zgasła. Zebranych ogarnęła groza. Nie był to jednak duch. Otworzone gwałtownie drzwi spowodowały ruch powietrza, któremu nie oparł się wątły płomień. Rozległ się trzask. Trzask wyłącznika światła. Bezlitosny blask elektryczności usunął z twarzy siedzących przy stole koncentrację i obnażył zmarszczki i podkrążone oczy. Równie bezlitosne było dla dwóch nieogolonych mężczyzn, którzy stali w drzwiach pokoju. Obok nich dreptała przerażona gosposia.
– Policja kryminalna – ziewnął jeden z przybyłych. – Który z panów jest właścicielem tego mieszkania, profesorem Erichem Hockermannem?
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA DRUGA W NOCY
Pod narożny budynek z szyldem „Sierociniec Schiffkego” przy Zwingerstrasse 4 zajechał czarny adler i wpadł na ubitym śniegu w lekki poślizg, który sprawił, że automobil zaparkował krzywo, prawie w poprzek ulicy. Z adlera wysiadło dwóch mężczyzn, a dwóch zostało w środku. Jeden z nich miał najwyraźniej mało miejsca między szybą a masywnym ramieniem swojego sąsiada. Ci, którzy wysiedli, podeszli do drzwi i mocno załomotali. Z wnętrza nie dochodził żaden dźwięk. Jeden z mężczyzn odszedł kilka kroków, zadarł głowę i obserwował zapalające się światła w oknach. Drugi odwrócił się tyłem do drzwi i trzy razy kopnął w nie piętą. W okratowanej szybce pojawiła się wystraszona twarz starszej kobiety w czepcu. Kopiący przyłożył do szyby legitymację. Podziałała jak klucz.
– Jak panowie mogą – złorzeczyła kobieta, której kompletny strój świadczył o tym, że jeszcze nie spała. – To jest sierociniec. Pobudzą panowie nasze dzieci!
– Czy jest tu Wilhelm Diehlsen? – padło ostre pytanie.
– Tak. Jest – odpowiedziała kobieta. – Pomaga pastorowi Fohdorffowi w strojeniu choinek.
Mężczyźni weszli do środka, nie okazując żadnego zdziwienia.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, KWADRANS PO DRUGIEJ W NOCY
Adler zatrzymał się na pustej o tej porze Ofenerstrasse na wysokości bramy okolonej blaszanym szyldem „Wirth & Co. Transport i spedycja”. W bramie odsunęła się zasuwka, a po chwili żelazne wrota stały otworem. Adler skręcił i wjechał na małe podwórko pokryte kocimi łbami. Po kilkusekundowym postoju znowu ruszył, skręcił w lewo za ceglany wysoki mur i zatrzymał się przed dwupiętrowym budynkiem wyglądającym jak magazyn. Dwóm skutym kajdankami pasażerom adlera budynek ten wydał się więzieniem.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA DZIESIĄTA RANO
W magazynie należącym do firmy Wirth & Co. jedna z hal była rzadko używana. Na ogół stała zimna i pusta, co zresztą nikogo z pracowników firmy specjalnie nie dziwiło. Nawet gdyby zżerała ich ciekawość, do czego szef i jego nieodłączny ochroniarz wykorzystują tę halę, nikt nie ośmieliłby się zadać pytania na ten temat. Pracownicy firmy cenili dobrze płatną robotę, a zasadę niestawiania żadnych pytań wpoiły im długie lata spędzone w kryminale.
Zimowego przedwigilijnego ranka hala nie była pusta. Znajdowało się w niej sześciu ludzi. Kleinfeld, Ehlers i Meinerer ubrani byli w gumowe fartuchy, a na ich palcach błyszczały kastety. Siedzieli na poodwracanych do góry nogami skrzynkach, z zimna tupali nogami po śliskim od smaru klepisku i palili papierosy, przyglądając się Mockowi, który krążył dookoła dwóch skutych kajdankami mężczyzn. Mężczyźni ci rozebrani byli do kalesonów. Ten strój źle wpływał na ich krążenie w zerowej temperaturze. Mock po dwóch kwadransach takiej rundy wyczuł zmianę w nastawieniu więźniów. Diehlsen dygotał i co chwila zginał szyję, aby dmuchnąć w nadgarstki, na których kajdanki zostawiły smugi ciemniejszej barwy. Radca był pewien, że Diehlsen jest gotów do rozmowy, ale Hockermann nie. W odróżnieniu od swojego współwięźnia profesor gimnazjalny bez zmrużenia oka przypatrywał się policjantowi. Na jego sinej od zimna twarzy pojawiał się co chwilę pogardliwy uśmiech. Nie to jednak irytowało Mocka najbardziej. Niepojęte było dla niego, dlaczego Hockermann nie dygoce. Na razie starał się opanować gniew. Zdawał sobie sprawę, że będzie on mu potrzebny później.
– Moi panowie – powiedział łagodnie – wiem, że jest wam zimno. Proponuję zatem małą rozgrzewkę.
Przerwał swoją rundę i skierował się w róg hali. Podniósł rękę i dotknął wystającej ze ściany szyny. Była to szyna ręcznej suwnicy łącząca dwie przeciwległe ściany. Mock, krzywiąc się niechętnie, powiesił kapelusz na zardzewiałej klamce okna. Zdjął palto, troskliwie odwrócił je podszewką do góry, by się nie zabrudziło, i przerzucił przez szynę. Po zabezpieczeniu garderoby zręcznie podskoczył i chwycił się szyny. Wisiał na niej przez chwilę, po czym podciągnął się pięciokrotnie, aż żyły wyszły mu na czoło. Ludzie Mocka stłumili uśmiechy, w odróżnieniu od Hockermanna, który głośno dał upust wesołości. Mock roześmiał się również.
– Już nie te lata, profesorze Hockermann – powiedział radośnie. – Kiedyś podciągałem się dwadzieścia razy. Podczas wojny musiałem wydostać się z wyschniętej studni, w której się przypadkiem znalazłem, uciekając przed kozakami. I wie pan, co? Udało mi się. Byłem w sytuacji bez wyjścia.
Mock zbliżył się do więźniów i przykucnął koło nich. Pomacał dokładnie i barki, i ramiona jak handlarz niewolników. Nie był zadowolony z efektu.
– Wy też jesteście w sytuacji bez wyjścia – powiedział cicho. – Mróz, a wy tylko w gaciach. Zamarzniecie na śmierć. Chyba że zrobicie to, co ja przed chwilą, w zwielokrotnionej dawce.
Więźniowie milczeli, lecz w ich oczach pojawiło się zdumienie.
– Tak, tak. Rozgrzejecie się, jeżeli każdy z was zrobi po dwadzieścia podciągnięć. A potem zabiorę was z powrotem do waszej ciepłej piwniczki. Trochę tam śmierdzi, ale jest ciepło – roześmiał się głośno. – Od smrodu jeszcze nikt nie umarł. No co, jesteście gotowi?
– Pan chyba oszalał – w głosie Hockermanna dźwięczała powaga. – Jak pan śmie nas tu trzymać! Jest pan sadystą?
Mock podniósł się i podszedł do szyny. Włożył palto, po czym zajął się modelowaniem ronda kapelusza.
– Idziemy – powiedział do swoich ludzi. – Jutro Wigilia. Napijemy się czegoś mocniejszego, a tym panom damy czas do namysłu do wieczora. Wtedy się znowu tu spotkamy.
– Panie oficerze! – krzyknął Diehlsen. Jego okrągły brzuch wystawał lekko ponad tasiemkami kalesonów. Wąskie barki zapadały się, a na ramionach nie było śladu bicepsów. – Nie podciągnę się dwadzieścia razy, a nie chcę tu umrzeć z zimna!
– Ut desint vires tamen est laudanda voluntas [25]. – powiedział Mock.
– Dobrze – zaszczekały zęby Diehlsena. – Spróbuję.
– Meinerer, rozkuć go!
Po rozkuciu Diehlsen długo rozcierał dłonie i nadgarstki. Potem zaczął podskakiwać i poklepywać się po brzuchu i plecach.
– Gotów? – zapytał Mock.
Diehlsen kiwnął głową i podszedł do szyny. Odbił się i przez moment jego dłonie zaciśnięte były na zardzewiałym teowniku. Tylko przez chwilę. Potem Diehlsen spadł. Zasyczał z bólu, masując nogę. Kulejąc, zbliżył się znów do szyny. Próbował podskoczyć, lecz zrobił tylko żałosne dygnięcie.
– Nie dam rady, zwichnąłem nogę – załkał.
Mock podszedł do więźnia, chwycił go wpół i podniósł do góry. Ciało Diehlsena było mimo zimna pokryte potem.
– Chwytaj się – powiedział Mock, trzęsąc głową ze wstrętu. – Ale już!
Diehlsen objął dłońmi szynę i próbował się podźwignąć. Wywijał przy tym nogami, jakby chciał się na czymś oprzeć. Mock z obrzydzeniem wycierał chustką do nosa pot Diehlsena ze swojej twarzy. Podszedł do więźnia i uważnie przypatrywał się jego wątłym muskułom. Diehlsen podciągał się powoli i opadał. Kiedy dochodził już brodą do poprzeczki, puścił się i upadł. Zawył z bólu i uklęknął, trzymając się za zwichniętą kostkę.
– Nie mogę – wyszeptał.
– Widzi pan, Diehlsen – Mock rzucił chustkę w róg sali. – Owidiusz miał rację. Pochwalam pana wolę walki i w nagrodę kieruję pana do normalnego policyjnego aresztu. Tam długo będziemy mogli gawędzić o historii kryminalnej naszego grodu. Tak, tam w cieple spędzi pan święta – spojrzał na swoich ludzi. – Słyszał pan, Ehlers?
Zapytany kiwnął głową, zdjął gumowy fartuch, schował kastet do kieszeni i rzucił Diehlsenowi jego ubranie.
– Ubieraj się – warknął. – Idziesz ze mną.
Mock odwrócił się do Hockermanna.
– Ty jesteś chyba silniejszy niż twój kamrat – powiedział. – Pokaż, co potrafisz, a również znajdziesz się w areszcie śledczym.
– Nie pozwolę się upokarzać, ty skurwysynu – słowa te zostały wypowiedziane przez Hockermanna normalnym tonem. Bez emocji, bez szczękania zębami.
Mock patrzył mu przez chwilę w oczy, a potem się odwrócił do pozostałych policjantów.
– Pozwólmy mu trochę pomyśleć nad swoimi manierami. To wstyd, żeby profesor gimnazjalny tak się wyrażał.
Mock wyszedł z hali do ciemnego korytarza, którego mrok ledwo rozjaśniał brudny świetlik. Za nim wyszli Kleinfeld i Meinerer. Na ich widok podniósł się z krzesła jakiś człowiek i zaczął obijać sobie boki ramionami.
– Zimno – powiedział.
– Pilnujcie go dobrze – Mock wręczył mu kilka monet.
– A tu macie na flaszkę dla rozgrzewki. Wasz szef też o was nie zapomni.
– Ja nie dlatego… Tylko by coś powiedzieć…
– Nieważne. Wchodźcie do niego raz na jakiś czas i nie pozwólcie, by usnął lub stracił przytomność.
Wsiedli do adlera. Mock, zapuszczając silnik, widział w lusterku zdziwione twarze Kleinfelda i Meinerera. Auto wolno ruszyło przez dziedziniec.
– Co się tak patrzycie, panowie? Zawsze, jak ktoś nazywa was skurwysynem, dajecie mu po głowie?
– Nie o to chodzi – powiedział Kleinfeld po chwili milczenia. – Ale dlaczego kazał pan im się podciągać?
Mock zatrzymał adlera przed szlabanem oddzielającym Ofenerstrasse od magazynów Wirtha.
– Co jest z wami? – Mock wjechał gwałtownie na zasypaną śniegiem jezdnię i wpadł w lekki poślizg. Zatrzymał auto na środku jezdni i nie zwracając uwagi na wściekłe dzwonienie tramwajarza, taksował twarze swoich podkomendnych. – Już żyjecie tylko świętami? Honnefeldera, Geissena i tego ostatniego… No… Jak mu tam? Pinzhoffera… Tak, Pinzhoffera. Ich zamordował ktoś bardzo silny. Poćwiartować faceta i powiesić go za nogę na lampie lub na prysznicu może tylko ktoś silny, ktoś, kto podciągnie się dwadzieścia razy na drążku. Nie sądzicie?
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, POŁUDNIE
Przy okrągłym stole, przy którym minionej nocy uczestnicy seansu spirytystycznego tworzyli magiczny krąg, siedział teraz Mock. Dokoła niego, na podłodze, krzesłach, półkach i wszędzie, gdzie było to możliwe, walały się kartonowe teczki wiązane tasiemkami. Na teczkach tych wyrysowane były rozmaite kabalistyczne i okultystyczne znaki. Na niektórych znajdowały się symbole planet i ich układów albo krótkie hebrajskie napisy. W teczkach upchane były pożółkłe kartki z notatkami albo małe fiszki. Te ostatnie pokryte były kaligraficznym pismem Sütterlinowskim, a podsumowanie ich treści wypisane było czerwonym atramentem u góry fiszki. Mock wyjął z kieszeni i przetarł rzadko używane binokle, i wsłuchał się w odgłosy dochodzące z innych pomieszczeń, które Kleinfeld, Ehlers, Meinerer oraz niedawno przybyły Reinert przeszukiwali centymetr po centymetrze. Potrząsnął głową i znów zaczął przeglądać notatki i fiszki. Były to typowe materiały naukowe dotyczące historii Wrocławia. Mockowi nie mogły dać spokoju pytania: dlaczego Hockermann zaszyfrował napisy na teczkach, skoro ich zawartość nie była tajna? Dlaczego nie posegregował swoich materiałów w zwykły sposób, pisząc po prostu na wierzchu i grzbiecie teczki, co ona zawiera? Jedynym wytłumaczeniem, jakie Mockowi przyszło do głowy, była ekstrawagancja uczonego. Uporawszy się w ten sposób z natrętną myślą, Mock zagłębił się w lekturze materiałów. Brnął przez notatki o targach polskim bydłem na czternastowiecznym Ołbinie, o zamieszkach wśród sezonowych robotników w piętnastym wieku, o pierwszych protestanckich mszach odprawianych przez księdza Jana Hessa, o zbezczeszczeniu grobu Włostowiców przez pijany motłoch w 1529 roku, aż poczuł, że nieprzespana noc domaga się zwrotu długu. Zamknął oczy i zobaczył scenę ćwiczeń na drążku w zimnej hali magazynu. Otrząsnął się z narastającej senności, zawiązał tasiemkę dziesiątej przejrzanej dziś teczki i przekrwionymi oczami spojrzał na leżące na stole i wokół niego stosy. Wstał i zaczął je liczyć. Szybko się jednak zniecierpliwił i uprościł maksymalnie metodę: podsumowywał mniej więcej po dziesięć teczek. Po minucie wiedział: teczek było około czterystu. Westchnął, spojrzał na leżące przed nim notatki i dowiedział się, że więźniowie byli w osiemnastowiecznym Wrocławiu zatrudniani do sprzątania miasta.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA CZWARTA
Mockowi zostało do przejrzenia jeszcze dziesięć teczek. Z ponurą miną odsznurował tasiemki, otworzył kolejny karton pokryty rzędem hebrajskich powyginanych liter i przygotował się na fascynujące relacje o problemach sołtysa z podwrocławskiej wioski Mochbor, który nie chciał płacić magistratowi podatku od ryb złowionych w Ślęży. Zawsze, kiedy zbliżał się do końca jakiejś żmudnej pracy, pojawiało się nieoczekiwanie mnóstwo subiektywnych i obiektywnych przeszkód, które uniemożliwiały mu dokończenie dzieła. Ta, która przeszkadzała mu w sięgnięciu do kolejnej teczki, była obiektywnej natury. Senność opadła na jego głowę ciężko i zdecydowanie. Została ona – jak zwykle – poprzedzona wizualnym przypomnieniem zdarzenia, które nastąpiło w nieodległej przeszłości. Mock widział swoich ludzi, wychodzących z mieszkania Hockermanna, i usłyszał swój głos: „Idźcie już. W końcu są święta. Sam przejrzę te teczki”. Widział wdzięczne twarze policjantów i próby protestu Kleinfelda: „Zostanę i pomogę panu, panie radco. Ja nie mam żadnych świąt, a w gimnazjum byłem dobry z łaciny i mogę to wszystko czytać”. W uszy wdarł się jego własny śmiech: „A jak jest po łacinie morderstwo?” „Chyba homicidium…” – Kleinfeld nie zastanawiał się długo. Mock położył ramię na kartce, a potem oparł na nim głowę.
Homicidium – dźwięczało mu w głowie. Mrugnął oczami i poczuł nowy impuls zmysłowy. Już nie tylko słyszał to słowo, on w mrugnięciu powiek je zobaczył. Otworzył oczy. W odległości pięciu centymetrów od jego źrenic znajdowała się pożółkła karta z grubego, czerpanego papieru, a na niej wypisane starą kaligrafią Homicidium Gnosi Dni Raphaelis Thomae in balneario pedibus suspensi die prima post festivitatem S. Thomae Apostoli AD MDCLXXXV. Nad łacińskim tekstem widniała pieczątka zawierająca cztery cyfry „4536”.
– Zabójstwo Raphaela Thomae – mruknął do siebie. – Co to są za skróty Gnosi i Dni? A więc „Zabójstwo jakiegoś tam Raphaela Thomae powieszonego w łaźni za nogi dwa dni przed Wigilią w roku 1685”.
Mock poczuł przypływ krwi do mózgu. Wstał gwałtownie, przewracając ciężkie krzesło. Obiegł dokoła stół, a potem rzucił się do przedpokoju. Chwycił za słuchawkę bakelitowego aparatu telefonicznego i wykręcił numer Hartnera.
– Jaka była sygnatura akt ukradzionych przez eksperta? – krzyknął. Mijały sekundy. – Proszę powtórzyć – powiedział, kiedy Hartner w końcu się odezwał. – Tak, notuję… 4536.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO PIĄTEJ
Adler zajechał bardzo powoli na podwórze firmy spedycyjnej Wirth & Co. Mock wysiadł i zobaczył stojącego na rampie właściciela firmy. Wykrzykiwał coś gwałtownie i machał ręką, otwierając drzwi do kantoru. Mock stał chwilę w oszklonym pomieszczeniu, strzepując z płaszcza i kapelusza mokry śnieg.
– Panie Mock – Wirth był najwyraźniej zaaferowany. – Mój człowiek nie wie, co ma robić z pańskim nagusem. Powiedział mu pan, żeby go nie wypuszczał z magazynu. A on zawołał mojego człowieka, chwycił się rękami rury i dwadzieścia razy się podniósł…
– W kajdankach? – przerwał mu Mock.
– Tak, w kajdankach. Potem chciał, żeby go zabrać z powrotem do tej piwnicy, gdzie siedział. Mój człowiek machnął na niego ręką, ale ten tak się wydzierał, że musiał dostać po mordzie. Mimo że dostał, znów skakał na rurę i się podnosił. Jak małpa, panie Mock. A potem się darł, żeby go wypuścić do tamtej celi, bo tak pan obiecał. Ze dwadzieścia razy się podniósł… Dostał znowu po mordzie, ale nie poskutkowało. Znów się drze. To jakiś wariat, panie Mock…
– Widzisz, Wirth – roześmiał się Mock – czego ludzie nie zrobią, by znaleźć się w lepszych warunkach? Podnosi się w kajdankach na rurze. Ładnie. Widzisz, jak bardzo chce być w ciepłej celi? Taka determinacja musi być nagrodzona. Zamknij go w tej piwnicy, rzuć mu trochę drewna i węgla, niech pali w kozie i ciepło spędza święta – wyjął z kieszeni pognieciony banknot. – Kup mu za to trochę chleba i kiełbasy. Najtańszej. Ja po świętach przyjdę i go porządnie przesłucham.
– A kto ma go pilnować? Wie pan, moi ludzie mają rodziny…
– Wiem, Wirth. Mają rodziny i są przykładnymi obywatelami – Mock pogłaskał siedemnastowieczny dokument, który trzymał za pazuchą. – Nikt go nie będzie pilnował. A klucz będę miał ja – przyjacielsko klepnął Wirtha po ramieniu. – Wesołych świąt, Wirth! Jutro mamy Wigilię.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 23 GRUDNIA, GODZINA PIĄTA PO POŁUDNIU
W mieszkaniu Inge Gänserich panował potworny bałagan. Dwa stojące na środku pokoju parawany zarzucone były sukienkami, halkami i pończochami. Na stole piętrzyły się brudne talerze z resztkami jedzenia. Pod stołem i na kredensie stały rzędy pustych butelek po winie. Na parapecie, nad którym wisiała trzymająca się jednej żabki zasłona, leżały zakurzone gazety i czasopisma. Na środku pokoju, obok pieca, o który ktoś strzaskał gitarę, stało żelazne łóżko, na którym spał Erwin Mock.
Jego stryj zamknął drzwi wejściowe i rozejrzał się ze wstrętem. Podszedł do śpiącego i szarpnął go mocno za ramię. Erwin otworzył oczy i znowu je zamknął, po czym nasunął na głowę pozbawioną poszewki kołdrę. Mock poczuł od swojego bratanka kwaśną woń przetrawionego wina. Usiadł na fotelu, zrzuciwszy z niego wcześniej nieforemną bryłę nakrycia, z kieszeni wyjął sprężynowy nóż, otworzył go i podrapał się nim po karku pod gorsetem. Następnie skręcił papierosa z jasnego tytoniu „Georgia”, zapalił i zapatrzył się na owinięte kołdrą ciało Erwina. Ten zaczął się wiercić, aż w końcu wystawił spod kołdry rozczochraną głowę.
– Przepraszam, że stryja tak przyjmuję, ale… – mówił z trudem, jakby słowa nie mogły się przecisnąć przez spierzchnięte gardło. – Wczoraj było u nas przyjęcie, które się przeciągnęło do rana…
– Gdzie jest Inge? – przerwał mu Mock.
– W atelier – odpowiedział Erwin. – Pracuje…
Mock pomyślał o swoim pustym mieszkaniu, bez Sophie, Adalberta i Marty, którzy wyjechali do rodziny pod Strzegom, nawet bez psa Argosa, którego ze sobą wspaniałomyślnie wzięli, by pan radca nie miał kłopotu. Mock wyobraził sobie jutrzejszą kolację wigilijną – oto siedzi sam u szczytu wielkiego stołu i kroi plastry pieczonej gęsi, oto zapala świeczki na choince, oto pijany kolęduje tak głośno, aż doktor Fritz Patschkowsky z góry wali laską w podłogę, oto z butelką wódki wpatrzony w tarczę telefonu… Nie chciał, by jego przewidywania się spełniły, pragnął nakładać dzwonka karpia na talerz Erwina, pić wódkę i kolędować wraz z nim. Dlatego teraz musiał stłumić wściekłość z powodu pijaństwa bratanka, z powodu meliny, w której mieszkał, a którą sprzątali kolejni kochankowie wrocławskiej femme fatale, z powodu jego dwudniowych wagarów w szkole i z powodu jego zagubienia, w którym nikt nie mógł mu pomóc.
– Zapraszam cię… was – poprawił się Mock – do mnie na kolację wigilijną. Rodzina musi spędzać święta razem…
Erwin usiadł na łóżku, spojrzał na stół i sięgnął po szklankę z resztką wody. Wbrew oczekiwaniom Mocka nie wypił jej, lecz wylał sobie na dłoń i przyklepał sterczące włosy.
– Dziękuję bardzo stryjowi – starał się nie bełkotać – ale spędzę święta z Inge. A ona nie przyjdzie do stryja. Chyba że stryj ją przeprosi za dawne rzeczy… A teraz stryj wybaczy… Muszę iść do toalety na półpiętro…
Erwin owinął się w wytarty szlafrok, który – jak przypuszczał Mock – był pucharem przechodnim zdobywców ponętnej artystki, i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju. Radca podszedł do okna i otworzył je szeroko. Ze zdziwieniem nasłuchiwał terkotania deszczu w rynnach, który ciął po zaśnieżonych dachach. Spływały z nich małe lawiny i odrywały się sztylety sopli. Usłyszał kroki Erwina i się odwrócił.
– Przedwczoraj zaproponowałem ci, byś zamieszkał u mnie, dziś zapraszam cię na wspólną Wigilię – powiedział wolno Mock. – Przedwczoraj przerwał nam pedofil. Dziś ty sam usiłujesz skończyć tę rozmowę. Powiedziałeś: „Niech stryj przeprosi Inge”, i wyszedłeś do toalety. Nie poczekałeś na moją odpowiedź, nie chciałeś jej znać, bo spodziewałeś się, że się obrażę i wyjdę, a wtedy będziesz miał czyste sumienie i spędzisz święta, wieczór wigilijny z winem w brudnej melinie, w brudnym barłogu… – Mock wetknął papierosa w rozpadającego się śledzia na talerzyku. – Zawsze możesz na mnie liczyć, ale czy ja mogę liczyć na ciebie?
Erwin wstał i podszedł do stryja. Chciał go objąć za szyję, ale się powstrzymał. W jego oczach zabłysły łzy. Spojrzał ponad ramieniem Mocka i łzy momentalnie mu wyschły. Mock odwrócił się i zobaczył Inge. Stała bez kapelusza, a mokre od deszczu czarne włosy oplatały jej twarz. Patrzyła na nich piękna, drwiąca i pijana.
– Stryju, przeproś ją – szepnął Erwin.
– Przeprosiny – Mock zapinał płaszcz – muszą być poprzedzone prośbą o wybaczenie. Cóż są warte przeprosiny, których się nie przyjmie? Kompromitują przepraszającego. A ja nie poproszę jej o wybaczenie – Mock ucałował Erwina w oba policzki. – Wesołych świąt, Erwinie – odwrócił się do Inge. – Wesołych świąt, droga pani.
Nie usłyszawszy od Inge odpowiedzi, wyszedł z mieszkania i stanął w ciemnym korytarzu. W kieszeni wymacał butelkę ulubionej wódki Franza. Już wiedział, jak spędzi Wigilię.
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, GODZINA CZWARTA PO POŁUDNIU
Mock stał przed lustrem w łazience i ze złością patrzył na gorset chirurgiczny, który uniemożliwiał mu założenie muszki. Bezradny, w pięknie odprasowanym przez służącą smokingu, manipulował wokół szyi, usiłując przypiąć do koszuli jak największy kołnierzyk, który rozsadzany przez gorset, rozpinał się i sterczał. Mock plunął ze złością do zlewu i trzasnął kołnierzykiem o kafelki. Odkręcił kurek z ciepłą wodą i spłukał z brzytwy pianę kremu do golenia. Gorąca para osiadała na lustrze, napełniała łazienkę i zapierała Mockowi oddech. Zakręcił kurek i wyszedł z łazienki.
Duży stół w salonie przykryty był białym obrusem. Na stole stały jedynie popielniczka, dzbanek z kawą i patera z piernikiem. Mock nie wyjął ze spiżarki żadnych przygotowanych przez Martę potraw. Nie był głodny. Wczorajsza noc spędzona z szachownicą i butelką wódki odebrała mu apetyt. Nie cieszył się ze znalezienia seryjnego mordercy. Nie cieszył się wolnym dniem, jaki sam sobie dziś przyznał.
Cieszył go jedynie mróz, który skuł nad ranem kałuże, i śnieg kładący się pulchną warstwą na śliskiej gołoledzi. Usiadł u szczytu stołu obojętny i znudzony. Z radia płynęła kolęda „Stille Nacht”, która go zawsze zasmucała. Myśl o samotnej Wigilii jeszcze nie nadeszła z całą mocą. Patrzył na telefon i wciąż wierzył, że zadzwoni. Myślał o pięknych kobiecych dłoniach, które gdzieś daleko podnoszą słuchawkę i niepewnie ją odkładają na widełki. Myślał o słowach wybaczenia i o prośbie o wybaczenie, które przenoszone telefonicznym drutem przebijałyby się przez trzaski i potępieńcze wycie.
Telefon nie dzwonił. Mock poszedł do swojego gabinetu i przyniósł z niego szachownicę i książkę „Pułapki szachowe” Uberbrandta. Rozstawił figury i rozpoczął rozgrywanie partii Schmidt kontra Hartlaub z 1899 roku. Przypomniał sobie jednak, iż rozgrywał ją ostatniej nocy i nie ma w niej żadnych zagadek. Machnął ręką i figury rozsypały się po podłodze.
Mock wstał i obszedł dokoła stół. Zbliżył się do choinki i pozapalał wszystkie świeczki. Usiadł, nalał sobie kawy i rozdłubał widelczykiem ciasto. Po chwili przyniósł z gabinetu ostatnie teczki, które zabrał z domu Hockermanna. Otwierał je po kolei i próbował przeglądać ich zawartość. Nie potrafił powtórzyć, co w nich znalazł, wyczuwał jednak instynktownie, że nie było tam niczego ważnego. Przeglądając je, czuł na sobie ironiczne spojrzenia Hockermanna i Inge Ganserich, kiedy tłumaczył Erwinowi, iż wybaczenie stanowi preludium przeprosin. Uchwycił się tej myśli gorączkowo. Wstał i z filiżanką w ręku ruszył dokoła stołu.
„Nie jestem w stanie prosić Inge o wybaczenie. A czy jestem w stanie prosić Sophie o wybaczenie?”
Spojrzał na telefon, zbliżył się do niego, wrócił do stołu, zapalił papierosa i znów usiadł. Nagle wstał i gwałtownie podniósł słuchawkę. Prawie na ślepo wykręcił numer telefonu Mühlhausa.
– Dobry wieczór, panie dyrektorze kryminalny – powiedział po usłyszeniu pyknięcia fajki i przeciągłego „hallo”. – Chciałbym złożyć panu i całej pańskiej rodzinie najlepsze życzenia świąteczne.
– Dziękuję i nawzajem – usłyszał Mock i wyobraził sobie, jak szef długo patrzy na puste miejsce przy stole, gdzie przez całe lata siedział jego syn Jakob.
– Panie dyrektorze kryminalny – powiedział Mock, czując uciskanie przepony – chciałbym złożyć życzenia świąteczne mojej żonie. Czy mógłby mi pan dać berliński numer Knüfera?
– Oczywiście, proszę chwilę poczekać… O, już mam: 5436. Proszę mu powiedzieć, żeby do mnie zadzwonił. Zupełnie o nim zapomniałem i nie wiem, co się z nim dzieje…
Mock podziękował i się rozłączył. Moc nacisku przepony zwiększyła się, kiedy poprosił telefonistę o wybranie berlińskiego numeru 5436. Odłożył słuchawkę i czekał na połączenie. Mijały minuty, siedział i palił. Ze świeczek choinkowych kapał wosk, Mock wlepiał oczy w aparat Po kwadransie słuchawka podskoczyła na widełkach i rozległ się ostry dźwięk. Czekał. Podniósł ją po trzecim dzwonku. Głos po drugiej stronie należał do starszej kobiety, która była zapłakana albo pijana.
– Dobry wieczór pani – krzyczał głośno Mock – jestem kolegą Rainera Knüfera. Chciałbym mu złożyć życzenia świąteczne. Czy mogę go prosić do aparatu?
– Nie może pan – kobieta najwyraźniej płakała. – Nie żyje. Nie wrócił z Wiesbaden. Ktoś go tam zabił. W zeszły poniedziałek. Odkręcił mu głowę do tyłu. Złamał mu kręgosłup…
Kobieta rozszlochała się i odłożyła słuchawkę. Mocka zaintrygowała ta informacja. Na kartce papieru napisał „24 grudnia = wtorek”. Potem stwierdził, że „zeszły poniedziałek’, o którym mówiła jego rozmówczyni, wypadał 16 grudnia. Teraz wszystko zaczęło się układać. Drżącymi rękami odwiązał teczkę, w której Hockermann trzymał rachunki i planował wydatki. Wśród nich był bilet kolejowy relacji Wiesbaden-Wrocław z datą 16 grudnia. Mock krzyknął z radości.
– Mam kolejny dowód przeciwko tobie, skurwysynu.
Mock zaczął analizować informacje o Knüferze pod innym kątem. Pół minuty rozmowy wystarczyło, nie musiał o nic więcej pytać. Ostatni człowiek, który widział Sophie, leży w trumnie. Radość prysła.
„Zginął anioł stróż Sophie – pomyślał. – Przepadła i ona sama. Nie ma Sophie, nie ma bólu”.
Znów zadzwonił telefon. Mock odebrał. W słuchawce usłyszał dobrze znajomy głos:
– Pańska żona. Coś bardzo niedobrego.
– Coś niedobrego z nią?! Żyje?! – wrzasnął Mock.
– Żyje, ale robi coś złego. Piwnica w budynku Briegerstrasse 4.
– Kto mówi, do cholery?!
– Kurt Smolorz.
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, GODZINA PIĄTA PO POŁUDNIU
Budynek nr 4 przy Briegerstrasse był przeznaczony do remontu. Schody groziły zawaleniem, przeciekał dach, wiecznie zatykała się kanalizacja, a rzadko czyszczone kominy powodowały eksplozje sadzy w nędznych dwuizbowych mieszkaniach. Po podjęciu decyzji o remoncie właściciel budynku wykwaterował na własny koszt mieszkańców i tak się przy tym wyeksploatował finansowo, że postanowił rozpocząć prace remontowe dopiero po Nowym Roku. Tymczasem mieszkania oddał do użytku szczurom i miejscowej łobuzerii, która z dziką radością ogałacała z szyb okna kamienicy.
W ten wigilijny wieczór na ogrodzonym terenie posesji nie było ani miejscowych łobuzów, ani stróża. Toteż Mock bez problemów dostał się do ciemnej bramy. W jednej ręce trzymał walthera, w drugiej latarkę. Nie zapalał jej jednak, lecz przyzwyczajał oczy do ciemności. Udało mu się to bez trudu. Po lewej stronie zobaczył wejście do piwnicy. Drzwi lekko zaskrzypiały. Mock schodził powoli. Musiał zapalić latarkę. Ostry snop światła wydobył z mroku piwnicznego korytarza porozbijane i wyłamane drzwi do pomieszczeń piwnicznych. Wszedł do jednego z nich. W jego nozdrza uderzyła woń gnijących kartofli, spleśniałych konfitur i potu. Ludzkiego potu.
Mock przeciągnął światłem dookoła i zlokalizował źródło tej woni. Na podłodze siedział skrępowany człowiek. Latarka oświetliła skute kajdankami ręce wygięte za plecy, knebel i krople potu na łysej ogolonej głowie, na której mnożyły się wybroczyny i sine pręgi otrzymanych ciosów.
– To Moritz Strzelczyk – Mock usłyszał szept Smolorza. – Ten, co mnie skopał na basenie. Goryl barona von Hagenstahla. Teraz rewanż. Zaskoczyłem go.
– Gdzie jest Sophie? – Mock oświetlał na zmianę to Strzelczyka, to Smolorza. Jego podkomendny przedstawiał dość opłakany widok. Oczy prawie nie były widoczne w opuchniętych oczodołach. Nos był chyba złamany, a ubranie Smolorza podarte i pozbawione guzików.
– Idziemy – mruknął Smolorz.
Ruszyli ciemnym korytarzem w stronę migotliwego poblasku, skąd dochodził dźwięk szurania nóg. Za chwilę stanęli u wejścia do bocznego korytarzyka, który był oświetlony lampami naftowymi. Smolorz szedł, robiąc sporo hałasu. Mock powstrzymał go i położył palec na ustach.
– Oni mało co słyszą – powiedział Smolorz. – Wracałem po telefonie do pana. Strzelczyk tu mnie dopadł. Bijatyka. Nic nie słyszeli. A Strzelczyk darł mordę.
Doszli do wylotu korytarza i wystawili lekko głowy. Nie był to typowy korytarz, lecz raczej mały piwniczny dziedziniec, zamknięty z trzech stron drzwiami do lokatorskich piwnic. Na tym dziedzińcu walały się szmaty, które prawdopodobnie służyły bezdomnym za pościel, i butelki po piwie, winie i tanich kosmetykach. Na środku dziedzińca stała choinka i szopka z kołyską, wokół której rozrzucone były małe owieczki z cukru. Obok szopki znajdował się taboret przykryty białą serwetą. Na serwecie leżały trzy do połowy pełne strzykawki, a obok nich aptekarski słoik wypełniony tą samą cieczą, która była w strzykawkach. Wśród tych wszystkich przedmiotów podrygiwały dwie postaci. Baron von Hagenstahl opierał się o ścianę i co chwilę bezwładnie kucał. Powoli, kiwając się na boki, podnosił się z kucków i po chwili znów zginały się pod nim kolana. Aleksiej von Orloff był całkiem nagi. Również oparty o ścianę, przybierał podobne pozy jak von Hagenstahl, lecz jego oczy w odróżnieniu od oczu barona nie były zamglone. Za choinką kucała Sophie i oddawała mocz na klepisko. Po zakończeniu fizjologicznej czynności wyszła zza drzewka i rozciągnąwszy usta w nienaturalnym uśmiechu, położyła się pod nim na stercie szmat Mock zamknął oczy, bo wydawało mu się, że do niego był skierowany uśmiech Sophie.
– Święty mąż pocznie się za sześć dni w Wigilię. Dzień narodzin Chrystusa będzie dniem poczęcia nowego wybawiciela. Narodziny starego zbawiciela dadzą moc płodzącym nowego. Chrystus począł się ze skromnej niewiasty, a jego ojcem był Bóg przez swojego pośrednika, Ducha Świętego… Narodził się w miejscu przeznaczonym dla zwierząt, w całkowitym upodleniu… Nowy Chrystus pocznie się w jeszcze większym upodleniu… w grzechu, z grzesznej niewiasty, z nierządnicy babilońskiej…
Mock otworzył oczy. Von Orloff położył się obok Sophie i zaczynał na nią wchodzić. Z półotwartych ust spływała mu strużka śliny na sterczącą brodę. Mock pojawił się w świetle naftowych lamp z pistoletem w prawej ręce. Baron zaniepokoił się, potrząsnął głową, chwycił za strzykawkę i ruszył w jego stronę. Nie uszedł daleko, ponieważ silny cios Smolorza rzucił go na ścianę. Opadł na kolana. Smolorz uruchomił swoją nogę. Głowa barona odchyliła się gwałtownie do tyłu. Potem wróciła do poprzedniej pozycji, by za chwilę wraz z całym ciałem osunąć się na stertę pustych butelek.
Von Orloff na widok atakującego go Mocka wstał i rzucił się w stronę najbliższych piwnicznych drzwi. Kula trafiła go w pośladek i przeszła na wylot. Smolorz dostrzegł fontannę krwi buchającą z pachwiny von Orloffa. Mock strzelił jeszcze dwukrotnie, lecz nie trafił. Kule rykoszetowały z sykiem po ścianach. Guru wpadł do lokatorskiej piwnicy i sięgnął do kieszeni wiszącego na haku płaszcza. Mock kopnął go tak mocno, że poczuł ból w nodze i w szyi. Szpic buta trafił von Orloffa w zraniony pośladek. Ranny zawył, upadł na płaszcz i zdarł go z haka, urywając wieszak. Mock podskoczył do niego, przyłożył mu pistolet do skroni i pociągnął za spust. Suchy trzask iglicy zadźwięczał w zatęchłym powietrzu. Von Orloff wyjął z kieszeni małego sauera i strzelił na oślep. Mock poczuł wilgoć koło ucha i wymierzył jeszcze jeden cios nogą. Jego podkuty but trafił von Orloffa w skroń. Głowa uderzonego zakołysała się na szyi, jakby miała się urwać, i przekręciła się gwałtownie, uderzając skronią o wielki kamień, który prawie przesiąkł zapachem kiszonej kapusty. Przywódca sekty przez chwilę rył stopami ziemię i znieruchomiał.
Mock wyszedł z małego pomieszczenia i ruszył do wyjścia. Nie spojrzał nawet na Sophie, która stała zmarznięta i bezbronna koło kołyski, i świecąc sobie latarką, wydostał się na klatkę schodową, a potem przed bramę budynku. Krople krwi spływały z ucha na kołnierz i ramiona jasnego flauszowego palta. Przyłożył do ucha chusteczkę. Za chwilę poczuł obok woń papierosów „Bergmann Privat”, ulubionej marki Smolorza.
– Przebaczy mi pan? – powiedział Smolorz, a dym z papierosa mieszał się z parą oddechu. – Okłamałem pana… Miałem z nią… To nie fotomontaż…
– Milcz i słuchaj mnie uważnie – powiedział Mock. – Tu masz klucz od magazynu Wirtha na Ofenerstrasse. Skuj kajdankami ją i barona, zawieź ich tam adlerem i ulokuj w piwnicy pod kantorem. Tam już jest jeden. Strzelczyka kopnij w dupę i pozbądź się gdzieś po drodze. Potem porzuć ciało starego na Niskich Łąkach. Gdy to wszystko zrobisz, wyjedź mi naprzeciw. Będę szedł Klosterstrasse w stronę Ofenerstrasse. Przyda mi się spacer.
Mock ruszył w stronę dziury w parkanie, którą się dostał na teren posesji.
– Aha – odwrócił się w stronę Smolorza – wybaczam ci, że mnie okłamałeś i uciekłeś przede mną. Śledziłeś dalej barona i dzięki temu znaleźliśmy się tutaj. A poza tym, czy mógłbym się gniewać na kogoś tylko dlatego, że zerżnął babilońską nierządnicę?
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, GODZINA SZÓSTA WIECZOREM
Mock szedł powoli ulicą Klosterstrasse. Z naprzeciwka jechały sanie. Minęły go, dźwięcząc i błyskając kolorowym światłem lampionów przytwierdzonych do kozła woźnicy. Mock przyjrzał się ludziom siedzącym w saniach. Mała dziewczynka w kraciastym płaszczyku ściskała w rękach paczkę obłożoną białym papierem i obwiązaną czerwoną kokardą. Dostała prezent. Sophie kucała, oddając mocz na klepisko piwnicy. Potem leżała na stercie pod choinką i rozdawała wszystkim wokoło uśmiechy jak świąteczne prezenty. Mock też dostał prezent Chwycił się za głowę i skręcił w lewo przed szpitalem „Bethanien” w Margareten Damm. Słaniając się na nogach, otarł się jasnym płaszczem o chropowaty ceglany mur, wszedł na jakieś małe podwórko i oparł się o trzepak. Wokół jaśniały wigilijne okna przystrojone gałązkami świerkowymi. Okna mieszkania, do którego prowadziły niskie schodki, nie były zasłonięte. Dolatywał stamtąd śpiew kolędy.
O du fröhliche, o du selige
O du fröhliche, o du selige, Gnadenbringende Weihnachtszeit!
Weltging uerloren, Christ ward geboren:
Freue, freue dich, o Christenheit!
O du frohliche, o du selige…
Mock stanął na schodkach i zaczął przypatrywać się śpiewającym ludziom. Dwaj wąsaci mężczyźni wznosili wysoko kufle piwa i kiwali się na boki, wprawiając w ruch wszystkich zgromadzonych wokół stołu. Ich tęgie małżonki śmiały się głośno, ukazując braki w uzębieniu. Babcia wyjmowała ostatnie czekoladki z adwentowego kalendarza. Dzieci albo śpiewały wraz z rodzicami, albo biegały wokół stołu tak szybko, że omal nie przewróciły choinki. Spod stołu wysunęła się jasna główka i roześmiana buzia czteroletniego może chłopczyka. W ręku trzymał męski but. Ludzie cieszyli się i śpiewali, bo mieli do tego prawo. Byli po pracy. Mock nie miał prawa. Nigdy nie był po pracy. Nawet teraz, kiedy uwolnił miasto od seryjnego mordercy.
Dowody które miał przeciwko Hockermannowi, wyśmieje każdy adwokat. „Profesor gimnazjalny, historyk, który pisze historię miasta, ma w swoich materiałach kartkę z archiwum. Ukradł ją, bo potrzebował jej do swoich badań. To nie znaczy, że zabił Pinzhoffera. Odwiedził starą ciocię w Wiesbaden, by złożyć jej świąteczne życzenia. To nie znaczy, że zabił Knüfera. Nawet jeśli to był nietypowy profesor gimnazjalny, który zmarznięty na kość i zakuty w kajdanki swobodnie podciąga się dwudziestokrotnie na rurze w opuszczonym magazynie”. Hockermann wyjdzie na wolność, a Mock straci pracę za sadystyczne znęcanie się nad więźniem.
Zszedł ze schodków i opuścił małe podwórko, w którym huczały kolędy w bezpiecznym świetle choinek. Na ulicy poczuł mdłości, wcisnął dłonie w mur i zostawił na puszystym śniegu parującą kupkę piernika. Otarł usta i ruszył dalej. Minął szpital „Bethanien” i willę Webskiego. „Jak się teraz czuje ten nieco zwariowany profesor zamknięty w celi z degeneratem i babilońską nierządnicą? Czy rzeczywiście skręcił kark Knüferowi i utopił Pinzhoffera w wiadrze wody? – Mock uderzył się lekko w policzek. – Oczywiście, ostatecznym dowodem będzie dzisiejszy wieczór. Zbrodnia nie nastąpi, bo morderca siedzi w piwnicy kantoru Wirtha i nie może jej dokonać. Dziś nic złego nie zrobi, a jutro, pojutrze do wszystkiego się przyzna. Dzisiaj w tym mieście umrą tylko z przejedzenia i ze starości”.
Ślizgając się, szedł powoli. Zobaczył nagle prosty kawałek rozjeżdżonego śniegu. Rozpędził się jak dziecko, rozłożył ramiona i ruszył z impetem. Na końcu ślizgawki podeszwa lewego buta trafiła na małe wzniesienie i oderwała się na chwilę od gładkiej powierzchni. To wystarczyło. Mock stracił równowagę i machnął gwałtownie ramionami. Po chwili poczuł, jak trzasnął chirurgiczny gorset. Zamroczył go kłujący ból w karku. Leżał na ziemi, cierpliwie czekał na odejście bólu i patrzył w rozgwieżdżone niebo. „A może wśród tych gwiazd jest gwiazda nowego proroka? A co, jeśli na Antonienstrasse ktoś popełni morderstwo? Jeśli para kochanków zostanie przyłapana in flagranti przez zazdrosnego męża i zginie od jakiejś trucizny?” Próbował wstać, lecz osiągnął jedynie pozycję na czworakach. „Trzeba tam być. Na Antonienstrasse. Ze wszystkimi ludźmi. Obserwować każde drzwi, legitymować i przepytywać tych, którzy wchodzą do bramy”. Podniósł się z wielkim trudem, sapnął kilkakrotnie i zadarł głowę ku rozkolędowanym oknom. „Mogę jechać jedynie po Żyda Kleinfelda, inni siedzą w domu ze swoimi rodzinami. Świętują. Po co mam ich odrywać od żon i dzieci? Żeby skostniali z zimna i stali w jakiejś kamienicy nie wiadomo po co? Przecież morderca siedzi w piwnicy Wirtha. A na Antonienstrasse pojadę ze Smolorzem. Wystarczy. Miasto jest bezpieczne”.
Z bramy, nad którą widniał szyld „B. Brewing Fahrradschlosserei”, wyszła zataczająca się para. Wielki i gruby mężczyzna opierał się całym ciężarem na ramieniu wątłej kobiety. Kiedy przechodzili obok Mocka, kobieta posłała mu wesołe spojrzenie. Jej towarzysz zauważył to. Odepchnął ją od siebie i huknął bełkotliwym głosem:
– Ty kurwo, co się patrzysz na tego kutasa! Miałaś w dupie tyle kutasów, ile jest nitów w moście Cesarskim, i wciąż chcesz nowych?! – zamachnął się, lecz nie trafił przerażonej kobiety, która pobiegła kilka kroków do przodu. – Ty wyciruchu! – wydarł się i rzucił się w ślad za swoją towarzyszką.
– Coś ty, Friedrich – roztrzęsiona kobieta przystawała co chwilę, a kiedy Friedrich zbliżał się i machał swoimi pięściami, znów uskakiwała. – Nawet na niego nie spojrzałam.
Friedrich pośliznął się i ciężko klapnął na zadek, coś głośno trzasnęło. Mężczyzna leżał na śniegu i wył. Poły palta odsłoniły lewą nogę, w której ponad kolanem wysklepiła się jakaś kula. Kobieta oddalała się bardzo szybko. Mock przyspieszył kroku i zostawił wyjącego Friedricha sam na sam ze swoim otwartym złamaniem podudzia.
„Gdyby ten pijak wiedział, że ma nastąpić koniec świata we Wrocławiu i że ostatnią zbrodnią będzie zabicie wiarołomnej żony i jej kochanka, mógłby raz na zawsze skończyć ze swoim obłędem. Mógłby umieścić żonę na Antonienstrasse 27, dołączyć do niej jakiegoś fikcyjnego czy rzeczywistego kochanka i oboje zakłuć zatrutym sztyletem. Choćby była niewinna, otępiała narkotykami jak Sophie. Jak Sophie…”
– Nie chce pan radca wiedzieć, co zrobili z tą świnią?
– Oni? Oni byli tylko narzędziem w moich rękach.
Jadący z naprzeciwka automobil oślepił Mocka. Policjant zdrętwiał od nagłej iluminacji. Potem zdjął płaszcz i rzucił go na zamarzniętą pryzmę przy krawężniku. Ukląkł w śniegu, zsunął kapelusz i zaczął wcierać w policzki kryształki lodu.
– Oszalałem, ale to zrobię! – krzyknął w stronę kamienic. Nikt nie słyszał jego przejmującego wyznania. Syci wrocławianie siedzieli przy suto zastawionych stołach i cieszyli się bożonarodzeniowym świętym spokojem.
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, KWADRANS NA SIÓDMĄ WIECZÓR
Z adlera wysiadł krępy rudowłosy mężczyzna bez nakrycia głowy. Podbiegł do klęczącego w śniegu bruneta, chwycił go pod pachy i postawił na nogi. Brunet włożył kapelusz, na dłonie naciągnął rękawiczki, wszedł do samochodu i zajął miejsce pasażera.
– Jedziemy tam, gdzie byliśmy.
Adler ruszył, skręcił w lewo w Webskystrasse i znów w lewo w Brockauerstrasse. Zatrzymał się na rogu Briegerstrasse, koło knajpy Linkego. Z auta wysiadł mężczyzna w jasnym płaszczu, w którego kołnierz wgryzły się krwawe plamy. Odnalazł dziurę w parkanie otaczającym zrujnowany budynek i dostał się na teren posesji. Świecąc latarką, wszedł do bramy, a potem do piwnicy. Po kilku sekundach stał koło bożonarodzeniowej szopki, choinki i taboretu, na którym leżały strzykawki i stał aptekarski słoik z bezbarwnym płynem nazwanym niegdyś najcudowniejszym lekiem z Bożej apteki. Mężczyzna wpompował w dwie strzykawki płyn ze słoika. Rozejrzał się dokoła. Jego wzrok padł na stary kufer lekarski, który leżał w kącie, obok płaszcza von Orloffa. Otworzył kufer i poczekał, aż jego wnętrze opuści kilka czarnych pająków. Potem włożył do niego strzykawki i słoik. Jego kroki zadudniły w piwnicy, na podwórku i na chodniku. Samochód osiadł na resorach, kiedy wskoczył do niego mężczyzna z kuferkiem.
– Teraz po więźniów – powiedział do kierowcy – a potem wszyscy pojedziemy na Antonienstrasse 27. Jasne? Adler ruszył.
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO ÓSMEJ WIECZOREM
Meinerer stał na pustej i ciemnej klatce schodowej i wbijał wzrok w drzwi ostatniego mieszkania na poddaszu. Z dołu dochodziły wesołe odgłosy wigilijnych wieczerzy, szczękanie sztućców, syk gazu z butelek piwa, rozwleczone sylaby kolęd. Tego wszystkiego nie słychać było tylko zza drzwi, przed którymi stał Meinerer. Tam od niedawna panowała cisza. Tam jego ukochana przestała grać na pianinie. Umilkł też męski głos należący do jej kochanka.
Meinerer podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Usłyszał szepty i przytłumione śmiechy. Ocierając się plecami o framugę, usiadł na posadzce. Chwycił się za głowę i nasłuchiwał. Szepty dochodziły zza drzwi, szepty dochodziły z dołu, stawały się coraz wyraźniejsze, były dziwnie znajome, wypełniały czaszkę Meinerera, syczały w skroniach, świdrowały w szczęce, zmieniały się w głosy. Głosy swawolne, lubieżne, podniesione, pieszczotliwe, pełne wyrzutu głosy jego córek, które porzucił w czasie kolacji w ten wigilijny wieczór, pełne słodyczy głosy jego kochanek, które porzucały go zawsze w zimowe wieczory, huczący głos Mocka, którym był upokarzany. Wszystkie one nałożyły się na siebie i Meinerer słyszał już tylko świst, kiedy tracił przytomność.
WROCŁAW, 24 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO ÓSMEJ WIECZOREM
W adlerze panował zaduch. Trzy osoby siedzące z tyłu wydzielały ostrą woń. Znał ją i Mock, i Smolorz. Tak śmierdział pot przesłuchiwanych i zastraszonych. Podobną wonią biło od oskarżonych na sali rozpraw. Tak cuchnęli ludzie prowadzeni na śmierć. Mock zatrzymał samochód pod kamienicą na Antonienstrasse 27. Otworzył kuferek i podał go Smolorzowi.
– Weźcie, Smolorz, strzykawki i odbijcie na nich łapy Hockermanna – powiedział, wychodząc z auta.
Smolorz włożył dłoń do kuferka i wyczuł kształty okrągłe i śliskie oraz okrągłe i porowate. Założył, że te pierwsze to strzykawki, a drugie latarki. Obejrzał się do tyłu i spojrzał na zakneblowanych i związanych więźniów. Baron drżał i wytrzeszczał oczy, Sophie, okryta derką znalezioną w magazynie Wirtha, siedziała spokojnie z opuszczonymi powiekami, Hockermann prężył mięśnie, a jego mimiczne zmarszczki kurczyły się i rozkurczały. Smolorz chwycił go za ramię i z trudem odwrócił w stronę Sophie. Na jej piersi wylądowało spocone czoło Hockermanna. Smolorz nacisnął rękawiczki głęboko na palce, lewą ręką sięgnął po strzykawki, prawą – do związanych na plecach dłoni więźnia. Po kilku nieudanych próbach zacisnął na strzykawkach jego napuchnięte sine palce. Kiedy to robił, zauważył, że knebel Hockermanna wilgotnieje, a potem zaczyna na nim pojawiać się jakiś płyn.
– Kurwa mać! – westchnął Smolorz. – Porzygał się, skurwysyn jeden. Teraz się jeszcze udusi…
Smolorz wrzucił strzykawki do kuferka i wyrwał Hockermannowi knebel. Mylił się. Na ustach więźnia wykwitała epileptyczna piana. Hockermann złamał się wpół, głowę oparł na kolanach Sophie, wyprężył się i zaczął podrygiwać. Szyba od wewnątrz pokryła się parą. Mock, widząc kiwające się na resorach auto, otworzył drzwi od strony Hockermanna i wyciągnął go na śnieg.
– Zamknij drzwi – krzyknął do Smolorza, nie chcąc widzieć utkwionych w sobie oczu Sophie.
Smolorz zrobił, co mu kazano, i podbiegł do Mocka. Ten usiłował wcisnąć więźniowi w usta własny portfel, by nie dopuścić do przegryzienia języka. Nagle Hockermann otworzył oczy i się roześmiał.
– Właśnie dokonuje się ostatni mord przed nadejściem proroka – powiedział cicho do Mocka. – Tam, to tam! On nadchodzi! – wrzasnął i rzucił się nagle całym ciałem w stronę drzwi do kamienicy.
– O żesz ty – sapnął Smolorz i wcisnął knebel do ust Hockermanna. Chwycił go pod ramiona i z trudem łapiąc równowagę, otworzył drzwi od auta i wepchnął ciało do środka.
Przez sypki lekki śnieg doszedł znany wszystkim dźwięk. Zegar na ratuszu uderzył dwukrotnie. Mock, słysząc to, zastygł.
– Wpół do ósmej! – krzyknął do Smolorza. – Wtedy kupiec zabił! Idziemy! Sprawdzamy wszystkie mieszkania! Zaczynamy od góry.
Policjanci wpadli do kamienicy i zapalili światło na korytarzu. Ich ciężkie, oblepione śniegiem kamasze uderzały o drewniane stopnie schodów. Zza mijanych drzwi dochodziły mniej lub bardziej wesołe odgłosy. Odgłosy życia. Mock przykładał ucho do każdych i oddychał z ulgą. Stanęli na ostatnim piętrze.
– A tam już tylko strych – Smolorz wskazał ręką ku górze.
Mock zaczął powoli wchodzić. Światło załamywało się na piętrach i półpiętrach. Do poddasza docierały jego marne resztki. Mock poruszał się bardzo powoli, uważnie macając butem każdy stopień. Tam, gdzie doszedł, było całkiem ciemno. Podniósł stopę i poruszał nią w powietrzu, szukając kolejnego schodka. Nagle usłyszał stłumiony jęk. Z jednej kieszeni płaszcza wyjął rewolwer, z drugiej – zapalniczkę. Spojrzał w dół i zobaczył, że nogę trzyma na czyimś brzuchu. Pochylił się i w migotliwym świetle gazowego płomyka ujrzał bladą twarz Meinerera. Przestąpił przez niego i podszedł do drzwi. Z mieszkania nie dochodził żaden dźwięk.
– Oni tam są – usłyszał głos Meinerera. – Ona i jej kochanek.
Mock chwycił za klamkę. Drzwi były zamknięte. Cofnął się i oparł o chybotliwą poręcz. Odbił się od niej i runął na drzwi. W całej kamienicy rozległ się głośny trzask. Mock poczuł, jak gips i kawałki gruzu wpadają mu za pęknięty gorset Kiwnął głową Smolorzowi. Ten ponowił natarcie barkiem. Gruz posypał się po deskach. Gdzieś niżej ktoś wyszedł na klatkę schodową i nie odchodził. Smolorz jeszcze raz uderzył i wpadł z drzwiami i kawałkami cegieł do środka. Mock wsunął ramię do mieszkania i przeciągnął ręką po ścianie obok framugi. Natrafił na wyłącznik światła. Przesunął w dół małą dźwigienkę i uskoczył na bok w silnym błysku elektryczności. Nic się nie stało. Smolorz na podłodze nie ruszał się, Mock stał na korytarzu obok leżącego Meinerera. Obaj lustrowali wnętrze mieszkania. Ich oczom ukazał się jeden wielki pokój, którego centralny punkt stanowiło pianino. Stały na nim dwie butelki wina i wpółopróżnione talerze. Pod ścianami i koło tapczanu rozłożone były szerokie stojaki. Mock poczuł ucisk gorsetu. Deski te miały swoją nazwę, której nie mógł sobie przypomnieć. Róg pokoju oddzielony był dwoma parawanami. Mock widział gdzieś niedawno takie parawany… Pamięć najwyraźniej odmawiała mu posłuszeństwa. Smolorz podniósł się, ukucnął i rzucił się na ścianę. Nic się nie stało, nikt nie strzelił. Mock wszedł wolnym krokiem do pomieszczenia i skierował się ku parawanom. Chwycił jeden z nich i złożył go jak harmonijkę. Za parawanami był półokrągły zlew. Pod nim leżały dwa nagie ciała. Kobieta i mężczyzna. Na ciałach widniały małe okrągłe rany, z których wypływały strużki krwi. Głowy trupów ukryte były w cieniu zlewu. Mock nie zbliżał się do ciał, usiadł na tapczanie i zamknął oczy. Właśnie przypomniał sobie, jak nazywają się takie stojaki. Zaciskał mocno napuchnięte czerwone powieki i nie pozwalał wypływać gorącym łzom. W gardle czuł piekący, gorzki smak. Nie mógł zaczerpnąć tchu. Już wiedział doskonale, że takie stojaki nazywają się „sztalugami” i zwykle stoją w malarskich atelier.
WROCŁAW, PIĄTEK 27 GRUDNIA, GODZINA DZIEWIĄTA RANO
Na pierwszym piętrze gmachu Prezydium Policji przy Schuhbrücke trzaskały ku sufitowi dymy magnezji. W sali odpraw tłoczyli się i pokrzykiwali dziennikarze. Za szerokim stołem siedział Heinrich Mühlhaus i pykał spokojnie fajkę. Sekretarz Mocka, Ernst von Stetten, szybkimi wyciągnięciami ramienia udzielał głosu dziennikarzom.
– Czy to prawda, że kochankowie zostali otruci narkotykiem?
– Prawda.
– Co radca Mock robił tam o tej porze?
– Zamordowany jest… był jego bratankiem. Radca Mock szedł do niego, by złożyć mu życzenia.
– Dziwne… stryj do bratanka… Nie powinno być odwrotnie?
– Nie wiem. Savoir-vivre nie jest moją specjalnością.
– Jaki był motyw?
– Sprawca zabił z zazdrości. Był odrzuconym kochankiem.
– Zamordowana porzuciła go dla bratanka radcy Mocka?
– Tak.
– Trzydziestoletnia kobieta ma dziewiętnastoletniego kochanka?
– Miała, drogi panie. I gratuluję dobrej pamięci. O wieku ofiar mówiłem przed pięcioma minutami. Bystrzak z pana.
– Jak Mock złapał sprawcę?
– Zastał go rozpaczającego nad trupem kobiety.
– Skąd sprawca, policjant, znał Inge, królową półświatka?
– Praca policji w dużej mierze dotyczy ludzi z półświatka.
– Co sprawca ma wspólnego z „mordercą z kalendarza”?
– Sprawca podszył się pod „mordercę z kalendarza”.
– Kim jest „morderca z kalendarza”?
– Erich Hockermann. Dziś rano przyznał się do popełnienia pięciu morderstw we Wrocławiu i jednego w Wiesbaden.
– Dlaczego je popełnił? Jaki miał motyw?
– Był fanatycznym zwolennikiem von Orloffa i znanym okultystą. Twierdził, że jest ramieniem Boga, biczem bożym… Kimś, kto przygotowuje świat do paruzji… Ze swoją wiedzą historyczną łatwo znajdował zapisy w starych aktach o dawnych zbrodniach, a potem je odtwarzał…
Mühlhaus wstał i wyszedł, a von Stetten uprzejmie podziękował dziennikarzom za przybycie.
NOWY JORK, PONIEDZIAŁEK 21 LISTOPADA 1960 ROKU, PIĄTA RANO
Anwaldt wstał i podszedł do wiszącej na ścianie mapy. Przesunął po niej palcem i przez chwilę przebywał w zasypanym śniegiem mieście, mieście wysmukłych wież kościołów, mieście otulonym dymem fabryk, które teraz nazywa się już inaczej i leży w innym kraju.
– Nie powiedziałeś mi, Eberhardzie – Anwaldt odszedł od mapy i usiadł z powrotem w fotelu – co zrobiłeś ze swoją żoną…
Za oknem rozległo się szczekanie, a potem psie łapy zapluskały w kałuży.
– Puściłem ją wolno – powiedział Mock. – Pozwoliłem jej dalej grzeszyć z baronem. Niedługo później się rozwiodłem. Per procura. Sophie nie wzięła ode mnie żadnych pieniędzy i gdzieś wyjechała.
Nocną ciszę przecinało bulgotanie kroplówki. Mock patrzył na Anwaldta i nic nie mówił.
– Jest to niezwykła i tragiczna historia – Anwaldt przetarł senne oczy – ale dlaczego od niej uzależniłeś swoją spowiedź? Ach, już rozumiem… Nigdy nikomu nie wyznałeś jeszcze tego grzechu… I mnie najpierw chciałeś o tym powiedzieć… Rozumiem…
– Niczego nie rozumiesz – zaświstał Mock. – Po pierwsze, już się z tego grzechu spowiadałem, a po drugie, mam dość odwagi, by spowiadać się przed śmiercią bez próbnych wyznań przed tobą.
Po suficie i po ścianie przesunęła się smuga światła. Przez moment w jej blasku znalazła się twarz Anwaldta.
– Ostatniego morderstwa na moim Erwinie i Inge Ganserich nie dokonał Meinerer – Mock powoli dobierał słowa. – To było dzieło diabła, złego ducha czy jak tam go nazwiesz – Mock sięgnął po papierośnicę i obrócił ją w palcach. – To nie Meinerer. On w ogóle nie wszedł do atelier Inge. Tkwił pod drzwiami i twierdził, że słyszał jakieś głosy… Nasz lekarz sądowy, doktor Lasarius, dokonał analizy chemicznej trucizny, która zabiła Erwina. Znajdował się w niej jakiś związek, który…
WROCŁAW, WTOREK 16 STYCZNIA 1928 ROKU, PIERWSZA PO POŁUDNIU
Zegar na wieży zboru luterańskiego przy Kaiserstrasse uderzył raz. Jego dźwięk rozszedł się daleko w rozsłonecznionym powietrzu i sforsował szybę laboratorium Instytutu Medycyny Sądowej przy Maxstrasse, w którym siedzieli Lasarius i Mock odziani w białe fartuchy.
– To opium – powiedział Lasarius i potrząsnął probówką. – Niegdyś uważane za cudowny lek. W wypadku pańskiego bratanka i jego przyjaciółki stało się śmiertelną trucizną. Wstrzyknięto im po dziesięć centymetrów sześciennych rozpuszczonego w wodzie opium.
Doktor Lasarius przesunął binokle na koniec pofałdowanego poziomymi bruzdami nosa, któremu zawdzięczał wśród studenckiej braci pseudonim „Mrówkojad”, i przyjął z pobłażliwością tępe spojrzenie Mocka.
– Udusili się. Tak działa opium i morfina, kiedy wraz z krwią dostanie się do płuc. Coś mnie jednak niepokoi. W ciele pańskiego bratanka jest bardzo dziwny rodzaj opium.
Mock spojrzał na probówki, na retorty, palniki gazowe, na cały ten uporządkowany świat nauki, w którym – o dziwo! – znalazło się miejsce dla młodego i wrażliwego poety Erwina Mocka.
– Wspaniale! – Mock czuł narastającą wściekłość. – Ciało mojego bratanka było katalizatorem, który wyizolował czy też uwolnił pańskie „dziwne opium”! Niech pan napisze na ten temat habilitację i podaruje ją mojej bratowej!
– Problem w tym, drogi panie radco – uśmiechnął się smutno Lasarius – że opium to jest bardzo zanieczyszczone.
– Nie rozumiem – Mock powoli się uspokajał.
– Opium, jak pan z pewnością wie, jest produktem, z którego na początku dziewiętnastego wieku uzyskano morfinę. Każdy gram opium także zawiera morfinę. To w ciele nieszczęsnego Erwina również, lecz jest jej wyjątkowo mało. Dlaczego? Bo zawiera mnóstwo innych substancji, które zwykle usuwa się w procesie oczyszczania. Ktoś nafaszerował denatów nieoczyszczonym opium. Tylko skąd je wziął?
– Po co pan to wszystko mi mówi? – Mock oparł nogę na dużym palcu, przez co wprawił ją w nieskończone drganie.
– Na wrocławskim, a może nawet ogólnoniemieckim, czarnym rynku – Lasarius stuknął w probówkę odbarwionym przez kwasy paznokciem – opium nie jest zbyt popularne. Narkomani wolą wstrzykiwać sobie morfinę, która jest tańsza i mocniejsza. Morderca pańskiego bratanka musiał sprowadzić to opium z daleka… Ale skąd? Przecież nawet w Chinach się je oczyszcza… To prawdziwa zagadka…
– Czyli ten bydlak musiał sam je wyprodukować – mruknął Mock. – Nie ma innego wyjścia…
– Jest – zadumał się Lasarius. – To opium może być stare. Bardzo stare…
– Jak stare? – zapytał Mock.
– Wie pan co – Lasarius z przyjemnością wystawiał swoją łysinę na działanie przecinającego szybę słońca – nie jestem dobrym historykiem, ale wydaje mi się, że gdzieś w połowie dziewiętnastego wieku Anglia i Francja toczyły z Chinami tzw. wojny opiumowe. Po tych wojnach znacznie poprawiła się jakość tego narkotyku. Zawierał on około dwudziestu, a nie trzydzieści, czterdzieści alkaloidów, jak ten w ciele Erwina. Jest to dość absurdalne, ale może to opium, które spowodowało śmierć Erwina, pochodzi sprzed 1850 roku?
NOWY JORK, PONIEDZIAŁEK 21 LISTOPADA 1960, KWADRANS NA SZÓSTĄ
Mock podniósł się na łóżku i skierował palec w stronę mapy.
– W tym mieście, w Wigilię 1927 roku – krzyknął – nastąpiła demonstracja zła, rozumiesz, Herbercie? Ja to zło uwolniłem, wywołałem je moim złem. Tym, które chciałem zadać tej nieszczęśliwej znarkotyzowanej kobiecie. W mieście Wrocławiu pojawił się diabeł, a ja go tam wezwałem.
Mock opadł na poduszki i ciężko oddychał. Guzowate palce skubały pościel.
– Spowiadałem się z tego, Herbercie – powiedział Mock. – Nie dawało mi to spokoju i musiałem o tym komuś powiedzieć. Komuś, kto walczy z diabłem – odkaszlnął sucho. – Było to na początku lat trzydziestych. Mój spowiednik miał dla mnie tylko jedną radę. Musiałem przebaczyć wszystkim, którzy mnie skrzywdzili i na których chciałem wywrzeć zemstę. Czyli baronowi von Hagenstahlowi i Sophie…
– I co, przebaczyłeś im?
– Baronowi – tak, ale Sophie gdzieś zniknęła i nawet rozwód wziąłem z nią per procura.
– Posłuchaj, Eberhardzie – Anwaldt trzepnął się gazetą po udzie. – Muszę…
– Niczego nie musisz, oprócz jednego – Mock skręcił się z bólu, który przecinał jego zgruchotane nowotworem piszczele. – Musisz mi obiecać, że znajdziesz Sophie i wręczysz jej ten list – podał Anwaldtowi białą podłużną kopertę. – To moje przebaczenie. Wybaczam jej wszystko. Obiecujesz, że znajdziesz ją i jej to dasz?
– Obiecuję – odparł Anwaldt i wbił wzrok w kopertę.
Mock podniósł się, aby uściskać Anwaldta, lecz porzucił tę myśl. Uświadomił sobie, że w tej chwili jego ciało wydziela taką woń jak przed laty ciała Hockermanna i barona w starym adlerze na rynku miasta, którego nie ma.
– Dziękuję – powiedział Mock z uśmiechem. – Idź już i zawołaj tego księdza. Mogę umierać…
Anwaldt podał choremu rękę i wyszedł z pokoju, zszedł po schodach i minął śpiącego w fotelu księdza Cupaiuolo. Włożył palto i kapelusz i opuścił dom. Ruszył wolno w stronę najbliższej stacji metra. Na rogu zauważył ogromną śmieciarkę, która mełła odpady. Wyjął z kieszeni wczorajszą „Süddeutsche Zeitung” i jeszcze raz przeczytał informację o śmierci znanej berlińskiej aktorki teatralnej Sophie von Finckl. Pod nekrologiem znalazł się wywiad ze słynną skrzypaczką Elisabeth Körner, serdeczną przyjaciółką zmarłej. Pani Körner po raz pierwszy ujawniła w tym wywiadzie tajemnicę Sophie: otóż była ona już wcześniej zamężna, a jej mężem był wysoki funkcjonariusz wrocławskiej policji, Eberhard Mock. Anwaldt przeczytał to wszystko raz jeszcze i pomyślał o wybaczeniu. Potem wrzucił gazetę do trybów śmieciarki i zszedł w dół betonowymi schodami.