25

Ostatni rozdział

- Cześć! Przychodź na imprezę – Samantha Jones dzwoniła do Carrie z galerii sztuki w SoHo. – Nie widziałam cię całe wieki.

– No, nie wiem. Powiedziałam Bigowi, że może mu ugotuję obiad. Jego akurat nie ma, jest na jakimś koktajlu…

– On się bawi, a ty czekasz na niego w domu? No wiesz! – obruszyła się Samantha. – To duży chłopiec. Może sobie sam zrobić obiad.

– Ale są jeszcze rośliny…

– Rośliny?

– Domowe rośliny – wyjaśniła Carrie. – Mam taką nową obsesję. Niektóre rośliny hoduje się dla liści, ale mnie nie interesują liście, tylko kwiaty.

– Kwiaty – skwitowała Sam. – Ślicznie. – Zaniosła się czystym, dźwięcznym śmiechem. – Wsiadaj do taksówki. Nie będzie cię raptem pół godziny, no, góra czterdzieści pięć minut.

Kiedy Carrie dotarła na miejsce, Samantha skomentowała:

– A jak ty ślicznie wyglądasz. Jak spikerka telewizyjna.

– Dzięki – powiedziała Carrie. – To mój nowy styl. Wczesny Stepford.

Miała na sobie jasnoniebieski kostium ze spódnicą do kolan i satynowe pantofelki w stylu lat pięćdziesiątych.

– Szampana? – spytała Sam na widok przechodzącego obok kelnera z tacą pełną kieliszków.

– Nie, dzięki – powiedziała Carrie. – Staram się nie pić.

– Świetnie, to wypiję twój. – Sam wzięła z tacy dwa kieliszki. Skinęła poprzez salę wysokiej, opalonej kobiecie o krótkich, jasnych włosach. – Widzisz tę dziewczynę?

– spytała. – To jedna z tych, które mają idealne życie. W wieku dwudziestu pięciu lat wyszła za Rogera, tego faceta, który stoi obok niej. Scenarzysta. Jego trzy ostatnie filmy to przeboje. Była zwyczajną dziewczyną jak my, nie modelka, ale śliczna. Spotkała tego Rogera, który, uważam, jest fantastyczny, mądry, seksy, miły i naprawdę zabawny. Nigdy nie musiała pracować. Mają dwoje dzieci, niańkę, piękny apartament w city i dom w Hamptons. A ona nigdy nie musiała się niczym martwić.

– No i?

– No i dlatego jej nienawidzę – stwierdziła Sam. – Pominąwszy fakt, że jest naprawdę miła.

– A dlaczego nie miałaby być miła?

Obserwowały kobietę. Jak chodziła po sali, tu i ówdzie z kimś rozmawiała, pochylała się, by się zaśmiać komuś do ucha. Miała odpowiednie ciuchy, odpowiedni makijaż, odpowiednią fryzurę. I emanował z niej ten rodzaj spokoju, który pochodzi z absolutnej, niezachwianej pewności i prawa posiadania. Podniosła głowę, zobaczyła Sam i pomachała do niej.

– Co u ciebie? – spytała entuzjastycznie, podchodząc.

– Nie widziałam cię od… ostatniej imprezy.

– Twój mąż to teraz prawdziwa szycha, co? – powiedziała Sam.

– O tak – potwierdziła kobieta. – Wczoraj jedliśmy obiad z… – tu wymieniła bardzo znanego, hollywoodzkiego reżysera. – Wiem, że nie powinno się ekscytować gwiazdami, ale to było naprawdę podniecające – dodała, patrząc na Carrie.

– A co u ciebie? – spytała Sam. – Jak tam dzieci?

– Świetnie. A ja właśnie zdobyłam pieniądze na mój pierwszy film dokumentalny.

– Naprawdę? – zdziwiła się Sam i nerwowo poprawiła torbę na ramieniu. – A o czym ten film?

– O tegorocznych kandydatkach na polityczne stanowiska. Mam już kilka hollywoodzkich aktorek, które chcą wziąć w tym udział. Pójdziemy z projektem do którejś z dużych sieci. Będę musiała spędzić sporo czasu w Waszyngtonie, więc zapowiedziałam Rogerowi i dzieciom, że muszą sobie dać radę beze mnie.

– Ale jakim cudem? – spytała Sam.

– No właśnie, sama tego nie wiem – powiedziała kobieta. – To znaczy, wiesz, nie mogłabym zrobić tego projektu, gdybym nie była mężatką. Roger dał mi tyle wiary w siebie. Jak tylko coś mi nie wychodzi, biegnę z płaczem do jego biura. Nie dałabym rady bez niego. Skuliłabym się w sobie i nigdy bym nie podjęła żadnego ryzyka. Nie wiem, jak wy, dziewczyny, dajecie radę, same przez tyle lat.

– Niedobrze mi się robi – powiedziała Sam, kiedy kobieta odeszła. – Dlaczego ona ma dostać pieniądze na zrobienie dokumentu? W całym swoim życiu nie zrobiła jednej, pieprzonej rzeczy.

– Każdy może zostać gwiazdą – stwierdziła Carrie.

– Coś mi się zdaje, że Rogerowi przyda się towarzystwo, kiedy jej nie będzie – powiedziała Sam. – Za takiego faceta zdecydowanie bym wyszła.

– Tak, ty byś wyszła tylko za takiego faceta – mruknęła z przekąsem Carrie, zapalając papierosa. – Za takiego, który już jest żonaty.

– Pieprzysz bzdury – powiedziała Sam.

– Idziesz gdzieś potem? – spytała Carrie.

– Na obiad z… – Sam wymieniła znanego malarza. – A ty do domciu?

– Powiedziałam Bigowi, że mu ugotuję obiad.

– Jakie to słodkie. Gotowanie obiadu – zaśmiała się Sam.

– A pewnie – powiedziała Carrie. Zgasiła papierosa i przez obrotowe drzwi wymaszerowała na ulicę.


Związek? Co za głupota Sam miała wspaniały tydzień.

– Masz czasem takie tygodnie, kiedy, no, sama nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale wchodzisz gdzieś, a każdy facet chce z tobą być? – spytała Sam, dzwoniąc do Carrie.

Sam poszła na imprezę, gdzie wpadła na faceta, którego nie widziała od mniej więcej siedmiu lat. To był jeden z tych, za którymi siedem lat temu uganiały się wszystkie kobiety na Upper East Side. Był przystojny, pochodził z zamożnej rodziny z koneksjami, umawiał się z modelkami. A teraz, jak twierdził, szukał stałego związku. Na imprezie Sam pozwoliła mu osaczyć się w kącie. Wypił już kilka drinków.

– Zawsze uważałem, że jesteś piękna – powiedział. – Ale się ciebie bałem.

– Bałeś się? Mnie? – zaśmiała się Sam.

– Byłaś bystra. I ostra. Myślałem, że mnie rozerwiesz na strzępy.

– Mówisz po prostu, że uważałeś mnie za sukę.

– O nie, nie za sukę. Bałem się, że ci nie dorównam.

– A teraz?

– Nie wiem.

– Lubię, kiedy mężczyźni uważają mnie za mądrzejszą od siebie – powiedziała Sam. – Bo to zwykle prawda.

Poszli na obiad. Znów wypili.

– O Boże, Sam – powiedział. – Nie wierzę, że tu z tobą jestem.

– Dlaczego? – spytała Sam, patrząc na niego przez uniesioną do góry szklankę.

– Ciągle o tobie czytałem w gazetach. Chciałem się z tobą skontaktować. Ale myślałem sobie, ona jest teraz sławna.

– Wcale nie jestem sławna – zagruchała Sam. – Nawet nie chcę być sławna…

I zaczęli się całować. Sam dotknęła jego niewymownego, a ten był duży. Naprawdę duży.


– Wiesz, jest coś w tych naprawdę, naprawdę dużych – mówiła później do Carrie. – Chcesz się z nimi pieprzyć.

– I to właśnie zrobiłaś? – spytała Carrie.

– Nie. Powiedział, że chce wrócić do domu. Następnego dnia zadzwonił. Chce… prawdziwego związku. Masz pojęcie? Co za głupota.


Gadająca papuga Carrie i Mr. Big pojechali na weekend do rodziców Carrie. W jej domu wszyscy gotowali. Mr. Big dokonywał heroicznych wysiłków, by się przyłączyć.

– Ja zrobię sos – zaofiarował.

– Tylko go nie spieprz – szepnęła mu Carrie do ucha, przechodząc obok.

– A co jest nie tak z moimi sosami? Robię wspaniałe sosy.

– Ostatnim razem dolałeś do sosu whisky czy coś takiego. Był straszny.

– To ja dolałem – powiedział ojciec Carrie.

– O, przepraszam – poprawiła się Carrie drwiąco. – Zapomniałam.

Mr. Big nic nie powiedział. Następnego dnia wrócili do miasta i poszli na obiad z jego znajomymi. Same pary, od lat po ślubie. Ktoś zaczął rozmowę o papugach. Ze mają papugę, która mówi.

– Kiedyś poszedłem do Woolwortha, kupiłem papużkę za jedyne dziesięć doków i nauczyłem ją mówić – powiedział Mr. Big.

– Takie papugi nie mówią – stwierdziła chłodno Carrie.

– Ta gadała – upierał się Mr. Big. – Mówiła „cześć, Snippy”. To było imię mojego psa.

W drodze powrotnej do domu, w taksówce, Carrie powiedziała:

– To nie mogła być taka papuga. To musiał być inny gatunek.


– Gadała – powtórzył Mr. Big i zapalił cygaro. Przez resztę drogi do domu nie odezwali się do siebie ani słowem.


„W to się nie ładuj”


Carrie i Mr. Big pojechali na weekend do Hamptons. Wiosna jeszcze nie całkiem nadeszła, pogoda była depresyjna. Zapalili w kominku. Czytali książki. Wypożyczyli filmy. Mr. Big lubił tylko filmy akcji. Kiedyś Carrie oglądała je razem z nim, ale teraz już nie mogła.

– To dla mnie strata czasu – stwierdziła.

– To sobie poczytaj – powiedział Mr. Big.

– Czytanie mnie znudziło. Idę na spacer.

– Pójdę z tobą. Jak tylko ten film się skończy.

Więc usiadła obok niego, patrzyła na film i miała podły nastrój. Na obiad poszli do Palm. Carrie coś powiedziała, a on na to: „Jakie to głupie”.

– Naprawdę? Interesujące, że nazywasz mnie głupią. Zwłaszcza że jestem od ciebie mądrzejsza – wycedziła Carrie.

Mr. Big się roześmiał.

– A skoro tak uważasz, to naprawdę jesteś głupia.

– Nie zaczynaj, kurwa, ze mną – syknęła Carrie. Przechyliła się przez stół, nagle tak wściekła, że sama siebie nie poznawała. – Bo jak ze mną, kurwa, zadrzesz, to już dopilnuję, żeby cię rozpieprzyć w drobny mak! I nawet przez sekundę nie miej wątpliwości, że zrobię to z największą radością.

– Nie wstajesz dość wcześnie, żeby mnie pieprzyć – próbował zażartować Mr. Big.

– Bo nie mam ochoty. Jeszcze to do ciebie nie dotarło?

– Otarła kącik ust serwetką. „W to się nie ładuj – myślała.

– Tylko się w to nie ładuj”. A na głos powiedziała: – Przepraszam. Odbiło mi, jestem jakaś spięta.


Nazajutrz rano, kiedy wrócili do miasta, Mr. Big powiedział:

– No, to pogadamy później.

– Pogadamy? To znaczy, że dziś wieczorem się nie zobaczymy? – spytała Carrie.

– Nie wiem. Myślę, że może powinniśmy zrobić sobie małą przerwę. Odpocząć od siebie przez kilka dni, aż ten nastrój ci przejdzie.

– Już dawno mi przeszedł.

Zadzwoniła do niego do pracy.

– Chyba o czymś nie wiem, prawda? – spytał.

– Daj spokój, głuptasie. Czy już nie można mieć po prostu kiepskiego humoru? Przecież to nie koniec świata. W związkach tak czasem bywa. Powiedziałam, że przepraszam.

– Nie chcę żadnych awantur.

– Obiecuję, że będę słodka. Czy teraz nie jestem słodka? Widzisz? Koniec ze złym nastrojem.

– Powiedzmy – mruknął Mr. Big.


Kiedy Biga nie ma Czas mijał. Mr. Big wyjechał na wiele tygodni w interesach. Carrie w tym czasie mieszkała u niego. Czasami wpadał Stanford Błatch i wtedy zachowywali się z Carrie jak dwoje nastolatków, których rodzice wyjechali z miasta: palili trawę, pili whisky, piekli czekoladowe ciasteczka i oglądali głupie filmy. Robili bałagan, a rano przychodziła sprzątaczka i wszystko doprowadzała do porządku, na kolanach czyszcząc plamy od soku na białych dywanach.

Kilka razy zadzwoniła Samantha Jones. Opowiadała Carrie o tych wszystkich cudownych facetach, jakich poznała, i o tych wszystkich genialnych imprezach, na których była. A potem nieodmiennie pytała:

– A ty co porabiasz?


– Pracuję, po prostu pracuję – odpowiadała Carrie.

– Powinnyśmy gdzieś razem wyjść. Póki Biga nie ma… – kusiła Sam, ale nigdy nie padły żadne konkretne propozycje. Po pewnym czasie Carrie już nawet nie miała ochoty z nią rozmawiać. Ale potem miała chandrę, więc sama zadzwoniła do Samanthy i poszła z nią na lunch. Na początku było miło. Ale potem Sam znów zaczęła rozprawiać o tych wszystkich projektach filmowych i o wielkich szychach, z którymi będzie robić interesy. Carrie pracowała nad własnym projektem, a Sam go skomentowała:

– To słodkie, wiesz. Miluśki pomysł.

– A co w nim takiego miluśkiego? – spytała Carrie.

– No, miłe. Wiesz, lekkie. No, sama wiesz. Tołstoj to to nie jest.

– Nie próbuję być Tołstojem – mruknęła Carrie. Ale oczywiście próbowała.

– A więc o to ci chodzi – powiedziała Sam. – Daj spokój, znam cię od zawsze. Powinnam chyba móc ci szczerze powiedzieć, co myślę, żebyś się od razu nie obrażała. To nie ma z tobą nic wspólnego.

– Doprawdy? – spytała Carie. – Ciekawe.

– A poza tym – ciągnęła Sam – prawdopodobnie i tak w końcu wyjdziesz za Mr. Biga i urodzisz dzieci. Daj spokój. Wszystkie tego chcemy.

– No proszę, ale mam szczęście, co? – warknęła Carrie i zapłaciła rachunek.


„Chcę znać prawdę”


Mr. Big wrócił z podróży i wybrali się z Carrie na długi weekend do St. Barts. Pierwszej nocy Carrie się śniło, że Mr. Big ma romans z jakąś ciemnowłosą kobietą. Carrie weszła do restauracji, a Mr. Big był tam z tą kobietą, która siedziała na miejscu Carrie. Całowali się.

– Co się dzieje? – spytała Carrie.


– Nic – powiedział Mr. Big.

– Chcę znać prawdę.

– Zakochałem się w niej. Chcemy być razem – wyjaśnił Mr. Big.

Carrie doznała znajomego uczucia zranienia i niedowierzania.

– W porządku – powiedziała.

Wyszła z restauracji i poszła na jakieś pole. Z nieba zlatywały gigantyczne konie w złotych uprzężach i zbiegały po zboczu góry. Kiedy Carrie zobaczyła te konie, zrozumiała, że Mr. Big i jego uczucia do niej są w ogóle nieistotne.

Obudziła się.

– Miałaś zły sen – zatroszczył się Mr. Big. – Chodź do mnie.

Wyciągnął ramię.

– Nie dotykaj mnie! – prawie krzyknęła. – Niedobrze mi.

Sen wisiał nad nią przez następne dni.

– Co mogę na to poradzić? – narzekał Mr. Big. – Nie mogę przecież konkurować ze snem.

Siedzieli na brzegu basenu ze stopami zanurzonymi w wodzie. Światło słoneczne było niemal białe.

– Uważasz, że dosyć ze sobą rozmawiamy? – spytała Carrie.

– Nie. Prawdopodobnie nie.

Pojechali na spacer, poszli na plażę i na lunch, i rozmawiali o tym, jak jest pięknie i jak świetnie wypoczywają. Wydawali okrzyki zachwytu nad kurą przecinającą jezdnię z dwoma małymi kurczątkami. Litowali się nad maleńkim węgorzem uwięzionym w kałuży po odpływie, nad szczurami rozgniecionymi na poboczu.

– Czy my jesteśmy przyjaciółmi? – spytała Carrie.

– Był czas, kiedy naprawdę byliśmy przyjaciółmi – powiedział Mr. Big. – Wtedy czułem, że rozumiesz moją duszę.

Jechali wąskimi, krętymi, bocznymi drogami.


– Człowiek się stara i stara, aż do chwili, kiedy się w końcu zmęczy albo go to przestaje interesować – powiedziała Carrie.

Nie odzywali się przez jakiś czas. W końcu Carrie spytała:

– Dlaczego nigdy mi nie mówisz „kocham cię”?

– Bo się boję. Boję się, że jeśli powiem „kocham cię”, to sobie pomyślisz, że chcę się z tobą ożenić…

Mr. Big zwolnił. Przejechali przez próg na drodze, minęli cmentarz pełen plastikowych, jaskrawych kwiatów. Przy drodze stała grupka młodych chłopaków w samych spodniach, bez koszul. Palili papierosy.

– Sam nie wiem – powiedział Mr. Big. – A co jest złego w tym, jak jest teraz?

Później, kiedy już się pakowali przed powrotem, Mr. Big zapytał:

– Nie widziałaś moich butów? Dopilnuj, żeby spakować mój szampon, dobrze?

– Nie, nie widziałam i tak, oczywiście, kochanie – rzuciła lekko Carrie.

Poszła do łazienki. W lustrze wyglądała dobrze. Opalona, szczupła blondynka. Zaczęła pakować swoje kosmetyki. Szczoteczka do zębów. Krem do twarzy. Jego szampon wciąż leżał w kabinie prysznicu, ale zdecydowała, że go nie zauważy. „A co będzie, jak zajdę w ciążę?” – pomyślała. Nie powie mu, w tajemnicy dokona aborcji i nigdy już się do niego nie odezwie. Albo powie mu i przerwie ciążę, i nigdy się do niego nie odezwie. Albo urodzi to dziecko i wychowa je samotnie, ale to by mogło nie wypalić. Bo gdyby tak bardzo go nienawidziła za to, że nie chciał z nią być, że zaczęłaby też nienawidzić jego dziecko?

Wróciła do sypialni, włożyła buty na wysokich obcasach i słomkowy kapelusz. Był robiony na zamówienie i kosztował ponad pięćset dolarów.

– Och, kochanie… – zaczęła.

– Tak? – spytał. Był odwrócony tyłem. Pakował rzeczy do walizki.

Chciała powiedzieć: „No to tyle, mój drogi. To koniec. Świetnie nam było razem. Ale zawsze uważałam, że lepiej kończyć w dobrym momencie i z klasą. Rozumiesz…?”

Mr. Big podniósł głowę. – No co? – spytał. – Chciałaś czegoś, skarbie?

– Nie, już nic – powiedziała Carrie. – Zapomniałam o twoim szamponie, to wszystko.


„To taki padalec”


W samolocie Carrie wypiła pięć krwawych mary i kłócili się przez całą drogę. Na lotnisku. W limuzynie. Carrie nie chciała się przymknąć, aż on powiedział:

– Chcesz, żebym cię podrzucił do twojego mieszkania? Czy tego właśnie chcesz?

Kiedy dotarli do jego mieszkania, zadzwoniła do swoich rodziców.

– Strasznie się pokłóciliśmy – powiedziała. – To taki padalec. Jak wszyscy faceci.

– Dobrze się czujesz? – zapytał ojciec.

– Och, wspaniale.

A potem Mr. Big był miły. Kazał jej się przebrać w pidżamę i usiadł przy niej na kanapie.

– Kiedy tylko cię spotkałem, od razu cię polubiłem – powiedział. – A potem bardzo, bardzo cię lubiłem. Teraz… dorosłem do tego, by cię kochać.

– Bo zwymiotuję – jęknęła Carrie.

– Dziecinko, dlaczego ja? – spytał. – Dlaczego z tych wszystkich facetów, z którymi chodziłaś, chcesz właśnie mnie?

– A kto powiedział, że chcę?

– Co to, błędne koło? Teraz, kiedy ja się bardziej zaangażowałem, ty chcesz się wycofać? Chcesz uciec? No cóż, nic na to nie mogę poradzić.

– Możesz – powiedziała Carrie – bo nie tylko o to chodzi.


– Nie rozumiem – westchnął Mr. Big. – W jaki sposób nasz związek różni się od wszystkich innych, w jakich byłaś?

– Nie różni się. Jest dokładnie taki sam – powiedziała Carrie. – Jak dotąd jest jedynie zadowalający.

Następnego ranka Mr. Big był jak zwykle radosny. To było irytujące.

– Dziecinko, pomóż mi wybrać krawat – powiedział jak zawsze.

Do sypialni, gdzie Carrie usiłowała jeszcze spać, przyniósł pięć krawatów, zapalił światło i wręczył jej okulary. Przyłożył krawaty do garnituru.

Carrie spojrzała na niego przelotnie.

– Ten – rzuciła.

Zerwała okulary, opadła na poduszkę i zamknęła oczy.

– Ale prawie wcale na nie nie spojrzałaś – powiedział Mr. Big.

– To moja ostateczna decyzja – warknęła. – Poza tym, czy wszystkie krawaty nie są do siebie podobne?

– A, ciągle jesteś zła – stwierdził Mr. Big. – Nie rozumiem. Powinnaś być szczęśliwa. Myślę, że po wczorajszej nocy sprawy mają się znacznie lepiej.


Dom, słodki dom


- Dziecko głoduje, niańka odeszła, ja jestem spłukana – powiedziała Amalita przez telefon. – Przynieś jakąś pizzę, dobra, słoneczko, ze dwa albo trzy kawałki z pepperoni, później ci zapłacę.

Amalita mieszkała teraz u swojej koleżanki, na Upper East Side. To była jedna z tych bocznych uliczek, które Carrie znała aż za dobrze: brudne, ceglane kamienice, wąskie klatki schodowe zawalane resztkami chińskiego żarcia na wynos, a na ulicy niechlujni ludzie z zapchlonymi psami. A latem otyłe kobiety wysiadują na frontowych schodach. Przez długi czas Carrie myślała, że nigdy się stamtąd nie wyrwie. Kupiła pizzę tam, gdzie kiedyś zawsze ją kupowała. Niedaleko miejsca, gdzie mieszkała przez cztery lata, kiedy sama była spłukana. Pizzę ciągle robił ten sam facet z brudnymi paluchami, za kasą siedziała jego niska żona, która nigdy się nie odzywała.

Mieszkanie Amality było na szczycie czterech rozchwianych pięter, z tyłu budynku. Jedno z tych miejsc, gdzie ktoś nadaremnie starał się zrobić coś z widokiem na brudne, gołe mury.

– Cóż – stwierdziła Amalita. – To tylko tymczasowe. Czynsz jest niski. Pięć stów na miesiąc.

Jej córeczka, śliczna mała dziewczynka z ciemnymi włoskami i ogromnymi błękitnymi oczami, siedziała na podłodze przed stertą starych, kolorowych magazynów i odwracała strony.

– No więc – powiedziała Amalita – Righty się nie odezwał. Po tym, jak chciał mnie zabrać w trasę i jak wysłałam mu książkę, o którą mnie prosił. Ci faceci nie chcą dziewczyny, która się wspaniale pieprzy. Ani nawet takiej, która się dobrze pieprzy. Oni chcą takie, które się źle pieprzą.

– Wiem – powiedziała Carrie.

– Mamusiu! Patrz! – krzyknęła z dumą dziewczynka. Znalazła w magazynie zdjęcie Amality, zrobione w Ascot u boku lorda jakiegoś tam.

– Japoński biznesmen chciał mnie umieścić we własnym apartamencie – powiedziała Amalita. – Wiesz, nienawidzę takich rzeczy, ale z drugiej strony prawda jest taka, że czasowo nie mam ani grosza. Rozważałam to jedynie ze względu na dziecko. Staram się ją zapisać do dobrego przedszkola i potrzebuję forsy, żeby za to zapłacić. Więc się zgodziłam. Minęły dwa tygodnie, a ten się nie odezwał. Ani dudu. No to już chyba po ptakach.

Amalita siedziała na kanapie w dresach i oddzierała ręką kawałki pizzy. Carrie usiadła na wąskim, drewnianym krześle. Miała na sobie dżinsy i stary podkoszulek z żółtymi plamami pod pachami. Obie miały tłuste włosy.


– Kiedy tak patrzę wstecz – westchnęła Amalita – to może nie powinnam była spać z tym facetem, nie powinnam była spać z tamtym. Może powinnam to wszystko inaczej rozegrać. – Zamyśliła się. – Wiem, że się zastanawiasz, czy nie zostawić Mr. Biga – zaczęła po chwili. – Trzymaj się go. Oczywiście, jesteś piękna, milion gości powinno do ciebie wydzwaniać, chcieć z tobą być. Ale ty i ja, my obie znamy prawdę. Wiemy coś o prawdziwym życiu, no nie?

– Mamo – zawołała dziewczynka. Trzymała w rączce magazyn i wskazywała na rozkładówkę z Amalita: na jednym zdjęciu stała na stoku w St. Moritz ubrana w biały narciarski kombinezon od Chanel; na innym, w czarnym kostiumie i perłach wysiadała z limuzyny przed koncertem Rolling Stonesów i uśmiechała się tajemniczo do pewnego senatora.

– Carrington, nie teraz! – powiedziała Amalita z udawaną srogością.

Dziewczynka spojrzała na nią i zachichotała. Rzuciła pismo.

Był słoneczny dzień. Przez brudne okna wdzierały się jasne promienie.

– Choć tutaj, słoneczko – powiedziała Amalita. – Chodź, dostaniesz trochę pizzy.


– Cześć! Wróciłem! – zawołał Mr. Big.

– Cześć – powiedziała Carrie. Podeszła do drzwi i pocałowała go. – Jak tam twoje koktajl party?

– W porządku, w porządku.

– Robię obiad.

– Dobrze. Tak się cieszę, że dziś wieczorem nie musimy nigdzie wychodzić.

– Ja też.

– Chcesz drinka? – zapytał.

– Nie, dzięki – odparła. – Może tylko kieliszek wina do kolacji.

Zapaliła świece, usiedli w jadalni. Carrie siedziała sztywno wyprostowana na krześle. Mr. Big mówił i mówił bez końca o jakimś interesie, który właśnie prowadził, a Carrie patrzyła na niego, kiwała głową i wydawała zachęcające dźwięki. Ale tak naprawdę, nie słuchała. Odezwała się dopiero, kiedy skończył.

– Jestem taka podniecona. Amarylis w końcu zakwitł. Ma cztery kwiaty.

– Cztery kwiaty. – Mr. Big pokiwał głową. – Tak się cieszę, że się tak wciągnęłaś w te kwiaty.

– Prawda? Jakie to miłe? To niesamowite, jak wspaniale rosną, jeśli tylko poświęca im się trochę uwagi.

Загрузка...