13. Równina Ramy

Nużąca nieskończoność schodów sprawiła, że luksusem wydawała im się teraz wędrówka po równinie. Przed sobą mieli teren zupełnie płaski; tylko gdy patrzyli w prawo czy w lewo, widzieli niewyraźnie u granic zasięgu reflektora wznoszące się zaokrąglenie. Równie dobrze mogliby iść przez rozległą płytką dolinę: aż nie sposób było sobie uzmysłowić, że pełzają w rzeczywistości po wnętrzu ogromnego walca, którego krągła ściana ponad ich małą oazą światła wznosi się — nie, przechodzi w niebo.

Chociaż szli do Paryża ufni we własne siły i pełni tłumionego podniecenia, po pewnym czasie zaczęła im ciążyć prawie namacalna cisza Ramy. Każdy krok, każde słowo natychmiast ulatywało w próżnię bez echa; po przejściu kilometra z okładem porucznik Calvert nie mógł już tego wytrzymać.

Wśród swoich pomniejszych walorów miał on talent zdarzający się rzadko, aczkolwiek zdaniem wielu osób jeszcze za często -mianowicie potrafił gwizdać. Nawet nie trzeba go było zachęcać: godzinami wygwizdywał muzykę z większości filmów nakręconych w ciągu ostatnich dwustu lat. Teraz, biorąc pod uwagę okoliczności, zaczął od melodii “Hej, ho, hej, ho, do pracy by się szło!”, ale stwierdził, że jakoś nie za świetnie mu wychodzi ta basowa pieśń maszerujących krasnoludków Disneya, więc w pół taktu podjął “Most na rzece Kwai”. Potem zaprezentował w porządku mniej lub bardziej chronologicznym melodie z kilku filmowych eposów, wieńcząc to motywem ze słynnego filmu Sida Krasmana “Napoleon” z drugiej połowy dwudziestego wieku.

Była to inicjatywa dobra, ale nie podnosząca na duchu. Rama wymagał wspaniałości Bacha bądź Beethovena, bądź Sibeliusa czy też Tuan Suna, a nie błahej popularnej muzyki rozrywkowej. Norton już chciał doradzić, żeby Joe oszczędzał oddech z myślą o późniejszych wysiłkach, gdy nagle młody oficer sam pojął niestosowność swego popisu. Odtąd, poza chwilami konsultowania się ze statkiem, wędrowali w ciszy. Rama wygrała tę rundę.

Norton pozwolił na jedno zboczenie z wytyczonej pierwotnie trasy. Paryż leżał prosto przed nimi, w połowie drogi między podnóżem schodów a brzegiem Morza Cylindrycznego, ale na prawo od ich szlaku — tylko o kilometr było coś bardzo interesującego i dosyć tajemniczego, co nazwali Prostą Doliną: długie wyżłobienie z łagodnie pochyłymi zboczami, głębokie na czterdzieści metrów i szerokie na sto. Rów albo kanał nawadniający — uznali na razie; podobnie jak schody, miało to dwa swoje odpowiedniki w równych odstępach krzywizny Ramy.

Te trzy doliny o długości prawie dziesięciu kilometrów urywały się raptownie przed morzem — rzecz dziwna, jeżeli miały służyć do odprowadzenia wody. Po drugiej stronie morza układ się powtarzał: jeszcze trzy ponad dziesięciokilometrowe rowy ciągnęły się promieniście ku rejonowi bieguna południowego.

Dotarli do końca swojej Prostej Doliny po piętnastu zaledwie minutach łatwej wędrówki, odwrócili się i przez chwilę stali wpatrzeni w głąb niej, zadumani. Idealnie gładkie zbocza bez żadnych schodków ani progów opadały pod kątem sześćdziesięciu stopni; płaskie dno pokrywała jakaś biała substancja przypominająca powłokę lodową. Próbka tej substancji mogłaby rozstrzygnąć wiele kwestii spornych. Norton zadecydował, że należy pobrać próbkę.

Gdy Calvert i Rodrigo wypuszczali linę ratunkową, pełniąc rolę jej kotwic, Norton zsuwał się powoli ze zbocza. Nie wątpił, że na dnie poczuje pod stopami dobrze znaną śliskość lodu. Ale mylił się. Tarcie było zbyt duże i mógł stanąć pewnie. To musiało być jakieś szkło albo kryształ; czubkami palców dotknął tej powierzchni — zimnej, twardej, nieustępliwej.

Odwrócił się tyłem do światła reflektora i osłaniając oczy przed blaskiem bijącym mu spod nóg, spróbował zajrzeć w kryształową głębinę jak przez lód, który skuwa jezioro. Ale nic nie zobaczył — nawet gdy spróbował zogniskować smugę światła ze swojego hełmu. Owa powierzchnia przeświecała, wcale jednak nie była przezroczysta. Jeżeli to zamarznięta ciecz — pomyślał — temperatura jej topnienia jest znacznie wyższa niż wody.

Stuknął delikatnie młotkiem ze swego wyposażenia geologicznego: usłyszał, jak młotek odbija się z głuchym stukiem. Uderzył mocniej, też daremnie, i już miał stuknąć z całej siły, gdy nagle odruchowo się powstrzymał.

Roztłuczenie tego materiału wydawało się ze wszech miar nieprawdopodobieństwem, ale co by było, gdyby jednak się roztłukł? Kapitan Norton okazałby się nie lepszy od wandala rozbijającego ogromną taflę szyby. Sposobność do pobrania próbki na pewno jeszcze się nadarzy, a teraz przynajmniej są cenne informacje. Już wiadomo, że to nie jest kanał: to tylko jakiś szczególny rów, który raptownie się zaczyna i tak samo raptownie się urywa nie prowadząc donikąd. Jeżeli kiedykolwiek zawierał jakąś ciecz, to gdzie są te plamy, gdzie skorupa z zaschniętych osadów? Nie było żadnych pozostałości, jakich należałoby się w takim wypadku spodziewać. Jasne to i czyste, jak gdyby ci budowniczowie odeszli stąd wczoraj…

A więc znowu ta podstawowa tajemnica Ramy, narzucająca się, nie do uniknięcia. Norton nie miał zbyt bujnej wyobraźni; gdyby dawał się jej ponosić, nigdy przecież nie znalazłby się w obecnej sytuacji. Teraz jednak coś go tknęło — niezupełnie przeczucie, to było raczę] oczekiwanie. Jest zupełnie inaczej, niż się wydaje: jest dziwnie, bardzo dziwnie w tym miejscu, gdzie wszystko lśni nowością, chociaż istnieje od miliona lat.

Bardzo rozważnie i powoli poszedł środkiem dna wąskiej doliny owiązany w pasie liną, którą trzymali jego towarzysze idąc za nim krawędzią. Nie liczył na żadne dalsze odkrycia, chciał po prostu rozładować swój niezwykły nastrój. Denerwował się i to nie miało nic wspólnego z niewytłumaczalną nowością Ramy.

Przeszedł niespełna dziesięć metrów, gdy raptem doznał olśnienia.

Ja znam to miejsce. Ja tu kiedyś już byłem.

Nawet na Ziemi czy innej z dobrze znanych planet takie wrażenie jest niepokojące, chociaż nie należy do rzadkości. Większość ludzi miewa to uczucie w jakichś tam chwilach i na ogół je zbywa, uważając za nagłe wspomnienie dawno zapomnianej fotografii, czysty zbieg okoliczności — bądź też, jeżeli ktoś jest skłonny do mistycyzmu, za formę telepatii, a nawet za przebłysk przyszłości. Ale tak poznać miejsce, którego żadna istota ludzka dotychczas na pewno nigdy nie widziała… jest to rzeczywiście wstrząsające. Przez kilka sekund komandor Norton stał jak wryty na gładkim, krystalicznym dnie Prostej Doliny, usiłując wyjaśnić swoje wzruszenie. Jego uporządkowany wszechświat ni stąd ni zowąd wywrócił się i mignęły mu owe tajemnice na skraju bytu, których istnienia udawało mu się dotychczas po prostu nie przyjmować do wiadomości.

Potem, ku jego ogromnej uldze, przyszedł mu na ratunek zdrowy rozsądek. Denerwujące wrażenie deja-w zniknęło zastąpione prawdziwym, wyraźnym wspomnieniem z’ młodych lat.

To była prawda — rzeczywiście stał kiedyś pomiędzy takimi zboczami i patrzył, jak one na pozór zbiegają się w dali przed nim. Ale tamte zbocza porastała równo strzyżona trawa, a on stał na tłuczonych kamieniach, nie na gładkim krysztale.

Było to przed trzydziestu laty, gdy spędzał wakacje w Anglii poniekąd ze względu na koleżankę z wyższych studiów (pamiętał jej twarz, ale zapomniał, jak ona się nazywała). Przeszedł kurs archeologii przemysłowej, którą wówczas bardzo się interesowali absolwenci politechniki i uniwersyteckich wydziałów nauk ścisłych. Razem z tą koleżanką zwiedzał zabytkowe kopalnie węgla i przędzalnie, wspinał się na zrujnowane piece hutnicze i wyparniki, wybałuszając oczy patrzył pełen niedowierzania na prymitywne (więc nadal niebezpieczne) reaktory atomowe i prowadził napędzane spalinowymi silnikami bezcenne antyki na odrestaurowanych szlakach ruchu kołowego.

Nie wszystko, co wtedy widział, było autentyczne — wiele starych urządzeń zaginęło na przestrzeni stuleci, ponieważ ludzie rzadko kiedy zawracają sobie głowę konserwowaniem pospolitych artykułów codziennego użytku. Ale tam, gdzie uznawano potrzebę ich odtwarzania, czyniono to z pietyzmem.

Tak więc młody Bill Norton mógł przejechać się lokomotywą, która turkotała po szynach z ucieszną prędkością stu kilometrów na godzinę, gdy on zawzięcie dorzucał łopatą cenny węgiel, i wyglądała doprawdy na dwustuletnią staruszkę, chociaż rzeczywiście była młodsza od niego. Jednakże trzydziestokilometrowy odcinek Wielkiej Zachodniej Linii Kolejowej był zupełnie autentyczny, bo też dobrze się natrudzono przy odkopywaniu go i przywracaniu do stanu używalności.

Gwizdało, sapało i młody Norton z piękną koleżanką wjechał w zadymioną, oświetloną tylko ogniem z kotła ciemność. Po czasie zdumiewająco długim lokomotywa wynurzyła się z tego tunelu w głęboki prosty rów między stromymi zboczami porośniętymi trawą. Tamten widok od dawna zapomniany prawie nie różnił się od widoku, jaki komandor Norton miał przed sobą teraz.

— Co się stało, kapitanie? — zawołał porucznik Rodrigo. — Natrafiłeś na coś?

Norton otrząsnął się ze wspomnień, już nie tak zgnębiony jest przedtem. Jest tu tajemnica — owszem, ale może nie przekracza ludzkiego zrozumienia. Dostał nauczkę, chociaż tej nauczki nie chciałby przekazać podwładnym. Za nic nie wolno mu dopuścić, by Rama go przytłoczyła. W uległości wobec Ramy czai się klęska, może nawet obłęd.

— Nie — odpowiedział. — Tutaj nic nie ma. Wciągnijcie mnie na górę. Pójdziemy prosto do Paryża.

Загрузка...