3

Chylące się ku zachodowi słońce nadawało ośnieżonym szczytom barwę starego srebra. Genie w dolinie wydłużyły się, w lesie pociemniało, ale rozległa łąka wydawała się jaśniejsza niż wcześniej. W wieczornej ciszy było wyraźnie słychać wszystkie dźwięki: szum i plusk rzeki, uderzenia siekiery, stąpanie koni pasących się w wysokiej trawie. W powietrzu rozchodził się dym z ogniska.

Mongołowie byli najwyraźniej zbici z tropu zarówno z powodu nieoczekiwanego spotkania, jak i przedwczesnego postoju. Obserwowali Everarda i Sandovala z obojętnymi minami, odmawiając cicho modlitwy najróżniejszych wyznań, głównie pogańskie, ale również buddyjskie, muzułmańskie i nestoriańskie. Nie przeszkadzało im to wcale w rozbijaniu obozu, rozstawianiu straży, oporządzaniu zwierząt i przygotowywaniu posiłku. Manse uznał jednak, że są bardziej milczący niż zazwyczaj. Podczas seansu pod hipnoedukatorem dowiedział się, że Mongołów uważano za ludzi rozmownych i wesołych.

Siedział po turecku w namiocie obok Sandovala, Toktaja i Li Tai-Tsunga. Dywany izolowały ich od ziemi, a na przenośnym piecyku grzał się kociołek z herbatą. Mongołowie rozbili tylko ten namiot, prawdopodobnie jedyny, jaki ze sobą zabrali. Zarezerwowali go na specjalne okazje, takie jak ta. Nojon własnoręcznie nalał Everardowi kumysu, który wypił łyk, głośno siorbiąc wedle reguł etykiety, i podał czarkę sąsiadowi. W życiu pijał już gorsze napitki niż sfermentowane kobyle mleko, ale ucieszył się, kiedy później gospodarze zwrócili się w stronę naczynia z aromatyczną herbatą.

Następnie mongolski dowódca przemówił do rzekomych posłów. Nie umiał mówić równie gładko jak jego sekretarz. Instynktownie się wzdragał: kim są ci cudzoziemcy, którzy ośmielili się zbliżyć do wysłannika chana chanów, nie pełzając po ziemi? Mimo to powiedział dwornie:

— A teraz niechaj nasi goście powiedzą, czego pragnie ich król. Czy nie zechcieliby jednak najpierw wymienić jego imienia?

— Jego imienia nie wolno wymawiać — odparł Everard. — O jego królestwie słyszałeś tylko pogłoski. Możesz sobie wyobrazić jego potęgę, biorąc pod uwagę fakt, że wysłał tak daleko jedynie nas dwóch i że każdy z nas potrzebował tylko jednego konia.

Toktaj chrząknął i rzekł:

— Macie piękne rumaki, chociaż zastanawiam się, jak by się spisywały w stepie. Czy przebyliście długą drogę, żeby tu przybyć?

— Zajęło nam to nie więcej niż jeden dzień, nojonie. Mamy pewne środki…

Manse wyjął z kieszeni dwie niewielkie paczuszki owinięte w kolorowy papier.

— Nasz pan polecił nam wręczyć ten dar przybyszom z Kathaju w dowód szacunku.

Kiedy dwaj Azjaci odwijali papier, Sandoval szepnął Everardowi do ucha:

— Przyjrzyj się ich minom, Manse. Popełniliśmy gafę.

— Jak to?

— Celofan i podarunek wywarły wrażenie na barbarzyńcy takim jak Toktaj, ale zwróć uwagę na Li. Jego cywilizacja uczyniła z kaligrafii sztukę, kiedy nasi przodkowie malowali się jeszcze na niebiesko. Właśnie wyrobił sobie fatalną opinię o naszym smaku.

Everard wzruszył nieznacznie ramionami.

— Przecież ma rację, czyż nie?

Ich rozmowa nie umknęła uwadze pozostałych. Toktaj rzucił im zimne spojrzenie, lecz skoncentrował uwagę na otrzymanej w podarunku elektrycznej latarce, której działanie trzeba mu było wytłumaczyć. Nie obyło się bez okrzyków zdumienia. Na początku Mongoł lękał się jej trochę i nawet wymamrotał jakieś zaklęcie, ale później przypomniał sobie, że Mongoł nie powinien bać się niczego oprócz pioruna. Szybko się opanował i cieszył się z prezentu jak dziecko z nowej zabawki. Najlepszym darem dla uczonego konfucjanisty, jakim był Li, wydawała się książka z serii „Rodzina ludzka”, której różnorodność i technika ilustracji mogły go zaskoczyć. Chińczyk podziękował wylewnie, lecz Manse powątpiewał, czy go to naprawdę zadziwiło. Każdy agent Patrolu prędko się uczył, że ludzi o wyrafinowanych gustach można spotkać w każdej kulturze.

Teraz im z kolei wręczono dary: piękny chiński miecz i wiązkę skór wydry morskiej z wybrzeża Pacyfiku. Dopiero po pewnym czasie wrócili w rozmowie do polityki. Wówczas Sandoval zdołał uzyskać informacje od Mongołów, zanim sam ich udzielił.

— Skoro wiecie tak dużo — zaczął Toktaj — musicie również wiedzieć, że przed kilku laty nie udała się nam inwazja na Japonię.

— Niebo miało inne plany — odparł Li ze zręcznością dworaka.

— Bzdury! — burknął Toktaj. — Miałeś na myśli ludzką głupotę. Było nas niewielu, zbyt mało wiedzieliśmy i popłynęliśmy za daleko po wzburzonym morzu. Ale co z tego? Kiedyś tam wrócimy.

Everard wiedział, że to zrobią. Pomyślał ze smutkiem, że sztorm zniszczy ich flotę i że utonie mnóstwo młodych mężczyzn. Pozwolił jednak Toktajowi mówić.

— Chan chanów zrozumiał, że powinniśmy dowiedzieć się więcej o tych wyspach. Może należało założyć bazę gdzieś na północ od Hokkaido? Poza tym od dawna słyszeliśmy opowieści o ziemiach leżących dalej na wschód. Widywali je od czasu do czasu rybacy, których wiatry zepchnęły z kursu, a kupcy syberyjscy mówili o cieśninie i o znajdującym się zadnią kraju. Chan chanów zgromadził cztery statki z chińską załogą, polecił mi zabrać stu mongolskich wojowników i odkryć tamte ziemie.

Manse skinął głową. Słowa nojona go nie zaskoczyły. Chińczycy pływali na dżonkach od setek lat, a niektóre z nich mogły zabrać nawet do tysiąca ludzi. Wprawdzie nie były jeszcze tak zdatne do żeglugi, jakie stały się później pod wpływem Portugalczyków i ich właścicieli nie nęcił żaden ocean ani tym bardziej zimne północne morza, ale mimo to istnieli nieliczni chińscy żeglarze, którzy nauczyli się handlu od Koreańczyków i Tajwańczyków, jeśli nie od swoich ojców. Musieli co nieco wiedzieć o Wyspach Kurylskich.

— Popłynęliśmy wzdłuż dwóch archipelagów — ciągnął nojon. — Okazały się dość niegościnne, ale mogliśmy się zatrzymać, wypuścić konie i wypytać tubylców. Tengri wie, jak trudna może być ta druga czynność, jeśli czasami trzeba dokonywać tłumaczenia na sześć języków! W końcu przekonaliśmy się, że istnieją dwa kontynenty: Syberia i jeszcze jeden, które tak bardzo zbliżają się do siebie na północy, że można przepłynąć dzielącą je cieśninę w skórzanej łódce albo przejść zimą po lodzie. Wreszcie dotarliśmy do nowego kontynentu. To wielka, porośnięta lasami kraina obfitująca w zwierzynę łowną i foki, ale zbyt często padają tam deszcze. Nasze statki trzymały się dobrze, więc popłynęliśmy mniej więcej wzdłuż brzegu.

Everard wyobraził sobie mapę. Jeżeli popłynąć wzdłuż Kuryli, a później Aleutów, można nie oddalać się od lądu. Uniknąwszy katastrofy, płaskodenne dżonki mogły zakotwiczyć nawet przy skalistych wybrzeżach tych wysp. W dodatku niósł je prąd Kuro Siwo, tak że zakreśliły prawie koło. Toktaj odkrył Alaskę, zanim w pełni zdał sobie z tego sprawę. Ponieważ okolice stawały się coraz bardziej gościnne w miarę, jak statki płynęły na południe, minął Pudget Sound i dotarł do rzeki Czehalis. Może Indianie ostrzegli go, że położone dalej ujście Columbii jest niebezpieczne, a później pomogli mu przeprawić na tratwach jeźdźców i konie przez nurty rzeki.

— Pod koniec roku rozbiliśmy obóz — kontynuował Toktaj. — Tutejsze plemiona są zacofane i bojaźliwe, lecz przyjazne. Tybylcy dawali nam żywność i kobiety i pomagali, kiedy o to prosiliśmy. W zamian za to nasi żeglarze nauczyli ich nowych metod połowu ryb i budowy statków. Przezimowaliśmy tam, poznaliśmy kilka języków i dokonaliśmy wypadu w głąb lądu. Wszędzie opowiadano nam o ogromnych lasach i równinach, gdzie ziemia jest czarna od stad dzikiego bydła. Zobaczyliśmy dostatecznie dużo, żeby uwierzyć w prawdziwość tych opowieści. Nigdy nie widziałem bogatszej krainy. — Jego oczy zabłysły jak u tygrysa. — I żyje tu tak mało mieszkańców, którzy nie znają nawet żelaza!

— Nojonie! — mruknął ostrzegawczo Li, ledwie dostrzegalnym ruchem głowy wskazując „ambasadorów”, i Toktaj zamilkł.

Wówczas Chińczyk zwrócił się do Everarda:

— Słyszeliśmy również opowieści o złotym królestwie leżącym na południu. Uznaliśmy, że naszym obowiązkiem jest to sprawdzić, badając po drodze dzielące nas od niego tereny. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli zaszczyt spotkać wasze dostojności.

— Cały zaszczyt po naszej stronie — mruknął z zadowoleniem Manse, po czym przybrał najpoważniejszą minę i oświadczył: — Władca Złotego Cesarstwa, którego imienia nie można wymawiać, wysłał nas z posłaniem przyjaźni. Byłby niepocieszony, gdyby spotkało was nieszczęście. Przybyliśmy tu, żeby was ostrzec.

— Co takiego?! — Toktaj usiadł prosto. Sięgnął muskularną ręką po miecz, którego nie miał przy sobie ze względu na etykietę. — O co tu chodzi, do diabła?!

— Właśnie o diabła, nojonie. Chociaż ta kraina wydaje ci się gościnna, w rzeczywistości spoczywa na niej klątwa. Opowiedz o tym, mój bracie.

Sandoval, który umiał mówić bardziej przekonująco, zabrał głos. Przygotował swoją bajeczkę w taki sposób, żeby wykorzystać siłę oddziaływania przesądów, których na poły cywilizowani Mongołowie jeszcze się nie wyzbyli, i zarazem nie obudzić sceptycyzmu u Chińczyka. Wyjaśnił, że w rzeczywistości istnieją dwa wielkie południowe królestwa. Ich leży bardziej na południe. Rywalizujące z nim mocarstwo znajduje się bliżej, jest nieco przesunięte na wschód i posiada twierdzę na równinie. Oba państwa władają potężnymi mocami, które można nazwać albo czarami, albo wyrafinowaną techniką. Położone bliżej państwo złych ludzi uważa całe to terytorium za własne i nie ścierpi obecności żadnej obcej ekspedycji. Jego zwiadowcy na pewno wkrótce odkryją Mongołów i zabiją ich za pomocą piorunów. Życzliwie nastawione królestwo dobrych ludzi nie jest w stanie ich obronić, wysłał więc posłów, żeby ostrzegli podróżników i poradzili im wrócić do ojczyzny.

— Dlaczego tubylcy nic nie mówili o tych monarchach? — zapytał chytrze Lr.

— A czy wszystkie małe plemiona w birmańskiej dżungli słyszały o chanie chanów? — odparował Sandoval.

— Jestem cudzoziemcem i ignorantem — odparł na to Chińczyk. — Wybaczcie mi, jeśli nie zrozumiałem waszych słów o broni, której nikt i nic nie może się oprzeć.

Jeśli sienie mylę, nigdy dotąd nie nazwano mnie kłamcą w tak uprzejmy sposób” — pomyślał Everard, ale nie dał nic po sobie poznać i powiedział:

— Chętnie ją wam zademonstruję, jeśli nojon ma zwierzę, które można zabić.

Toktaj zastanowił się. Jego oblicze było nieruchome, jak gdyby zostało wykute w kamieniu, ale lśniło od potu. Klasnął w ręce i wydał rozkaz strażnikowi, który stawił się na wezwanie. Później rozmowa ucichła i zapanowała złowroga cisza.

Po godzinie, która wydawała się trwać wieczność, pojawił się jeden z wojowników. Zameldował, że dwóch jeźdźców złapało daniela. Czy takie zwierzę odpowiada nojonowi? Tak. Toktaj pierwszy wyszedł z namiotu i utorował drogę przez gęsty tłum szepczących żołnierzy. Everard poszedł za nim, żałując, że musi urządzić ten pokaz. Przymocował kolbę do swojego mauzera.

— Czy chcesz to zrobić? — spytał Sandoval.

— Na Boga, nie.

Daniela, a właściwie łanię wkrótce przywiedziono do obozu. Stała nad rzeka, drżąc na całym ciele; gruby sznur z końskiego włosia zaciskał się na jej szyi. Słońce muskające szczyty gór na zachodzie nadawało jej sierści brązowy kolor. Wielkie łagodne oczy zwierzęcia spoglądały z wyrzutem na Everarda. Manse dał znak żołnierzom, żeby się cofnęli, i wycelował. Łanię zabiła już pierwsza kula, ale Manse nie przestał strzelać, póki nie porozrywał jej ciała na krwawe strzępy.

Kiedy opuścił broń, odniósł wrażenie, że powietrze wokół niego zgęstniało. Spojrzał na krępych krzywonogich wojowników o płaskich stężałych twarzach, którzy ze wszystkich sił starali się zapanować nad sobą. W jego nozdrza bił charakterystyczny zapach: silna woń potu, koni i dymu. Czuł się równie nieludzki, jaki musiał się im wydawać.

— To jest najmniej groźna broń, której się tutaj używa — powiedział. — Dusza wyrwana w ten sposób z ciała nie znajdzie drogi do świata zmarłych.

Odwrócił się na pięcie. Sandoval poszedł za nim. Ich konie były przywiązane do palików, a ekwipunek złożony w pobliżu. Osiodłali wierzchowce w milczeniu, wskoczyli na siodła i pojechali w stronę lasu.

Загрузка...