Wiesz za co? – mówi Natasza, nabiera łyka i spluwa mi z nienawiścią na rozporek. Wiesz, kurwa, za co? Za to, że jestem wkurwiona dziś, za to, że na całym mieście nie ma prochu, bo na Dzień Bez Ruska wszystko musi być na mieście git i kokardka na ratuszu, fajerwerek w dupę burmistrzowi, zdrowe społeczeństwo z grillem na balkonie, po jednym kwia-cie doniczkowym na okno. I za to też kurwa, że ty mi zamiast po przyjacielsku pomóc w szukaniu towaru w twym własnym domu, bo na pewno tu jest i ja tego nie popuszczę, zresztą wiem to od Magdy, przechadzasz się jak tirówka bułgarska. Spierdalaj mi z oczu, fajkę mi daj lepiej, bo zaraz cię zajebię. Dwie fajki. Dawaj zresztą, ile masz.

Wtedy odwraca się do Andżeli: na ciebie tylko tak łajcikowo splunę, bo widzę, że jesteś bardzo delikatna i mogłoby cię znieść.

Andżela patrzy na nią zupełnie ogłupiała ze zdziwienia. Nie musiałabyś wcale na mnie pluć – mówi do Nataszy, odgarniając włosy. Gdybyś tylko powstrzymała swoje negatywne emocje.

Natasza patrzy na nią, nie wiadomo, co myśli. Silny – mówi – po ile ty ją kupiłeś? Bo ona chyba była przeceniona jakaś w promocji. Poczym spluwa Andżeli bardzo, jak ostrzegała, delikatnie w oko rzadką, białą śliną.

Andżela wtedy wstaje gwałtownie i trzymając się za usta leci do ubikacji. Natasza ni stąd ni zowąd kładzie się na tapczan i zakrywa się kołdrą:

Silny – mruczy – Silny dosyć tego pitolenia się. Sprzedajmy ten magnetowid Ruskom, będzie kaski trochę, no bądź kolegą. Od razu weźniemy taksę, pojedziemy do Wargasa i kupimy. Mama nic się nie dowie. Ty połowę towaru, ja połowę towaru, a twojej lasce damy też coś polizać. No nie lamp się na mnie już, wyglądam dziś jak gówno w lesie, a ty nic lepiej, chodź, chodź tu mnie przytul, powiedz mi lepiej z imienia i z nazwiska tę flądre, którą wczoraj puknęłeś, bo wiem, że puknęłeś, a to z psem to ścierna równa, ładna chociaż była, ładne miała włosy, blond czy czarne? To ta, co rzyga teraz?

Ja mówię wtedy jej szeptem na ucho, by się odpierdoliła.

Ona mi głośnym szeptem odpowiada. No to nie mogłeś sobie jakiejś przyzwoitej wziąć, bez okresu? Masz zakola, Silny, już od razu widzę, że będziesz łysiał niedługo, świnio.

To mówiąc przykłada czule swe usta do mych ust, i kiedy ja myślę, że raptem wszystko między nami jest na najlepszej drodze i że fajna to jest dziewczyna, że mógłbym dla niej porzucić Andżelę, ona spluwa z całej siły mi do buzi, całe ślinę, co w sobie miała, może nawet więcej, całe swe zawartość, wszystkie płyny ustrojowe, co tam miała, gdyż jest tego tyle, że gwałtownie się krztuszę.

Z ubikacji dochodzą odgłosy rzygania.

Gdzie z tym ozorem, gdzie? – Natasza mówi, a ci by było miło, jakbym ci język wsadziła do czystej buzi? Jesteś nienormalny? Pies. Świnia.

Gadaj, gdzie masz rzuty skitrane – mówi, siada na mnie i zaciska mi ręce na gardle. Bo zaraz się skończy, zaraz weznę telefon i po suki zadzwonię, że jak ty nie wiesz, to żeby oni przyjechali i dobrze poszukali. Kurde, jak ty wyglądasz, żebyś ty się widział. Ja się tu czuję jak na twoim pogrzebie. Silny nie żyje, Andżela! A fajny to był kumpel, wesoły chłopak. W ziemi go nie grzebią, bo ma za dużo grzechów, za dużo amfy kitrał u siebie i nie chciał się dzielić. Grzebią go w tapczanie, żeby go matka mogła często odwiedzać, jak będzie sobie tapczan rozkładać. Fajny to był chłopak, wszyscy cię żałujemy, Silny, koleżanki i koledzy z podstawówki, wychowawczyni, Andżela również, choć sama ma się źle. Ta pizda Natasza, co cię udusiła dostanie za swoje, ale miała rację, że byłeś cham, że jej nie chciałeś dać wtedy spida.


Dusi coraz mocniej. Dusi coraz to mocniej. Na poważnie mnie zaraz zabije, że nie będę już zaraz żył. Całe me życie staje mi przed oczami takie, jakie było. Przedszkole, gdzie dowiedziałem się, że wszystkim nam chodzi o pokój na świecie, o białe gołębie z bristolu 3000 złotych za blok, a potem raptem za 3500 złotych, mus tak zwanego leżakowania, siku w majtki, epidemia próchnicy, klub wiewiórki, brutalna fluoryzację uzębienia. Potem przypominam sobie podstawówkę, złą wychowawczynią, złe nauczycielki w kozakach kurwiszonach, szatnie, obuwie zamienne i izbę pamięci, pokój, pokój, gołębie pokoju z bristolu frunące na nitce bawełnopodobnej przez hol, pierwsze kontakty homo w szatni wuef. Potem chłodniczak, Arleta dziewczyna mego kolegi, którą jako pierwszą swą kobietę miałem na wycieczce klasowej do Malborka, z czym zresztą miałem dość problemy, gdyż ona była dla mnie za szybka. Potem jeszcze inne były w dużych ilościach, choć żadnej nie kochałem. Prócz może Magdy, lecz między nami się skończyło.

Ptasie mleczko, idiotko – jęczę spod Nataszy uścisku strasznego. Ona mi w twarz prosto z dużej wysokości sączy ślinę: jakie ptasie mleczko, kurwa, ptasie mleczko to zaraz zwrócisz z powrotem, jak nie powiesz – mówi i uciska mi treść żołądkową kolanem.

No w ptasim mleczku masz towar – ryczę i ona mnie puszcza, zeskakuje z tapczana, nawet adidasów ta złodziejka nie zdjęła, i wszystkie dobre jeszcze zupełnie ptasie mleczka wypieprza na wykładzinę, co ja je muszę zbierać. A za nimi wylatuje jeden woreczek maleńki, ostatni, z towarem. Wychodzi jej z tego ścieżka gruba jak robal, co ja nawet nie mam już siły się podnieść z tapczana, ciemno robi mi się przed oczami, patrzę na swe paznokcie. Ona już sobie Zdzisława Sztorma przyniosła z kuchni, ale teraz myśli chwilę i robi trzy kreski. Zasady mam, mówi. Jedna kreska grubsza, całkiem sforna, druga tak bardzo cienka, że barszcz w proszku by mi lepiej zrobił, a trzeciej chyba wcale nie ma.


A co ja, kurwa, od macochy? – wrzeszczę. Obmacuję swe obrażenia po śmierci klinicznej przez uduszenie, do której mnie doprowadzono. Natasza od razu obraca się tyłem i swe ścieżkę pizd do nosa, jeszcze z mojej kawałek, i z Andżeli kawałek, i zanim zdążę się zerwać, ona do mnie tak: a co? Mało ci? Mało ci? Jak ci mało, to sobie po kablach daj.


Jednakoż zaraz łagodnieje zupełnie i nosem siorbiąc nieco mówi tak: no chodź chodź tu, ciocia ci pomoże. Hop. Zwleka mnie z tapczana, co jestem bardzo osłabiony, choć może to od tej pewnej systematyczności, z jaką praktykuję amfę. Noooo – mówi Natasza – chodź chodź, nie bój się, małe doinwestowanie nosogardzieli i jesteś jak nowy, Silny, świeżo kupiony, jeszcze w pudełku, jeszcze z metką. Tak. Teraz pociągnij noskiem. Oo. Teraz będzie dobrze. Choć na starość impotencja.

Jak mi już trochę pomoże uporać się z kreską, rozgląda się i mówi tak:

Co to jest za nieporządek, Silny, tu trzeba odkurzyć, mam wielką ochotę odkurzyć tu to całe bagno, wiesz, raz i na zawsze. Ale jak wezmę odkurzacz, to tak ci odkurzę, że wykładzinę wciągnę, podłogę wciągnę, piwnice wciągnę, wszystko. Cały dom pójdzie się jebać, cały ruski siding obleci z hukiem. Więc lepiej mi nie dawaj. Albo daj mi niepodłączony. Już ja tu przejadę. A ty, nie, Silny, bez takich, ty musisz ze sobą porządek zrobić, taki duży chłopak, a portki uświnione, wyglądasz jak kasjer w sklepie mięsnym, jak na ciebie patrzę, to mi się źle robi.

No to zwlekam te portki, jako że już lepiej się czuję nieco, bardziej klarowny obraz, bardziej ścięta galareta. Masz za chude nogi – ona mówi, po czym podnosi z ziemi długopis, patrzy na niego i mówi tak: Zdzisław Sztorm, Wytwórnia Piasku, znasz go?

Ja mówię, że nie znam, chociaż ta Andżela, co właśnie rzyga tak fatalnie w ubikacji, to podobno go zna. A Natasza na to, czy wiem, co to za koleś. Ja mówię, że taki producent piasku. Ona pyta, czy on ma gotówkę. Ja mówię, że może ma, a może nie ma. Ona na to, że jedziemy do niego zaraz, że powołamy się na moją z nim znajomość, albo tej Andżeli najlepiej z nim znajomość, ona zrobi czary mary i wychujamy go na jakąś fajną kaskę, a Dzień Bez Ruska wtedy należy do nas, budki z grillem, wszystko wykupimy, co będzie.


I raz dwa ona wszystko ma gotowe, cały plan, ja jestem tu tylko najemnikiem od robienia niższych czynności, nie wymagających umysłu, ja zmywam garki, ja przymykam drzwi od kibla, gdzie Andżela rzyga. Natasza przegląda, co jest w szafach, tę bluzkę, Silny, trzeba wyrzucić, ja nie wiem, co twoja matka ma na ten temat do powiedzenia, ale ja bym w tym do piwnicy nie wyszła. Po czym na wykładzinie znajduje pocztówkę Andżeli od koleżanki ze Szczecina, co Andżela w pośpiechu umykając wczoraj przed moją kurwicą, porzuciła gdzieś koło tapczana i głośno, z trudem czyta. O kurde – mówi – co to za pizda to napisała, świetnie się bawię, przebywam dużo na świeżym powietrzu, ładna pogoda słońce. Ognisko. Ja pierdolę. Silny, ty ją znasz? To jest pewnie jakaś bogata pizda, co do sanatorium pojechała leczyć odciski, nie wiesz, czy by się dało z tego wykręcić jakiś ha je? Rozumiesz? Ale nic na serio brutalnego z krwią. Najlepiej list z pogróżkami. Profesjonalnym szablonem do pogróżek zrobionym. Twój bracki powinien mieć gdzieś u siebie taki szablon. Jeden list o tym, że niedługo zginie. Drugi o tym, że niedługo jej dzieci zginą. A trzeci, że już nie żyje, że już jest w grobie. Chyba, że da pieniądze. Ale kurde wiesz, z czym jest grubszy sztapel? Że ona ze Szczecina jest. To to by dłużej potrwało w czasie, a nam jest ta kąska potrzebna dzisiaj, na Dzień Bez Ruska. Inaczej jesteśmy tu nikim, zero pozycji. To ten Sztorm nam zostaje tylko do wychujania, nie ma przebacz, on wygrał to koło fortuny, już się nie wywinie. A wtedy, Silny, ty i ja, zaprowadzimy w tym mieście taki porządek, że się ani Ruski, ani nasi nie spostrzegą, jak zostaną bez kasy. Zrobimy tu nowy ustrój, jeszcze dzisiaj. Wszystko, co kto ma, telefony komórkowe, portfele, klucze od domów, piloty do samochodów, na środek rynku.

Wtedy ona mnie denerwuje. Obie mnie denerwują. Ciągną mojego spida, robią zamieszki. Jedna rzyga, druga mnie zagaduje, i ja się pytam, co to jest, dwuosobowy związek psychicznej eksterminacji Andrzeja Robakoskiego? Są siebie warte, powinny się nawzajem ożenić i byłby koniec pierdolenia od rzeczy, dwoje żeńsko-żeńskich dzieci wojny, jakaś firma zajmująca się spidem i panadolem, rzyganie kamieniami, Natasza by się zajęła wymuszeniami, Andżela by szyła jak dzień długi czarne makatki. A mój numer na telefon komórkowy niech zapomną.

Weź, Natasza, zamknij pizdę teraz, bo coś chcę ci zaproponować korzystnie, wiesz? – mówię trochę wkurwiony. Uważaj teraz. Jak chcesz, to sprzedam ci Andżelę. Powaga. Na niewolnika. Jest miła. Jest towarzyska. Umie mówić wiersze. Będzie ci z nią dobrze. Będzie ci dupkę podcierać, będzie za ciebie gryźć jedzenie, jak będziesz miała chęć, to wyrzyga ci, czego sobie zażyczysz. Kamień. Spid w woreczku. Kwas. Palenie. Co tylko będziesz chciała, co tylko powiesz. Pozna cię ze Zdzisławem Sztormem. Będzie za ciebie przybijać twą pieczątkę. Będzie twoją sekretarką.

Natasza już nie marzy, patrzy na mnie, jak na głupiego. Nie, dupa, mówi. Chyba całkiem ci odpierdoliło już. Dupa i koniec, nie idę na to. Mnie na taką lewą transakcję nie weźmiesz. Co jak co. Handel żywym trupem handlem żywym trupem. Ale że niby jak ja się z nią urządzę. Z kasą jest krucho, a to jest i karma, i szczepienia, i wychodzenia na spacer, myślisz, że mnie na to skusisz? Sprowadziłeś ją tu sobie z niewiadomokąd, z piekła chyba, to teraz się w to baw, a mnie na żadne takie szemrane interesy nie naciągniesz. Choć powiem ci tak. Z tego by się dało wysępić jakiś hajc, ale bym musiała zagadać z Wargasem. On by może coś pomyślał, lecz to by był grubszy sztapel ze sprowadzaniem jej na Zachód i tak dalej.


Jak chcesz, mówię do Nataszy i idę do ubikacji, bo jednak przyzwyczaiłem się dość do Andżeli, do tego, że ona żyje i jest żywa, a sytuacja tak, że ona by, załóżmy, umarła, jest dla mnie nie do pomyślenia. Więc idę do ubikacji. Andżela żyje. W tradycyjnej pozie wisi przez kibel i zwraca, co tam miała wewnątrz. Po wczoraj musiało tego niewiele zostać. Jest to pozornie organiczne, białe, tylko jeden pojedynczy żwirek pływa w sedesie i poznaję w nim żwirek ze ścieżki przed domem. Reszta – nie wiem co. Wapno do wapnowania, kreda szkolna, farba podpita w chwilach nieuwagi robotnikom.

Już wszystko wporzo? – mówię do niej, szturchając ją nogą. Ona żyje. Patrzy na mnie wzrokiem opalanej nad kuchenką kury. Ja dalej do niej: wiesz co, Andżela? Ty tak masz zawsze? Wiesz, z tym rzyganiem. Bo nie wiem czy wiesz. Ale kiedyś to się może źle skończyć. Ty tu sobie niby wszystko w porządku, spokojnie rzygasz, ale w pewnym momencie okazuje się, że wyrzygałaś swój żołądek. Albo przykładowo wywinęłaś się na podszewkę. Ciebie to kręci?

Andżela obciera sobie usta i patrzy na mnie w ten sposób, że zastanawiam się, czy nie było jeszcze ostrzej i nie zwróciła rdzenia kręgowego wraz z mózgiem. Po czym ostatecznie zamyka oczy. Biorę ją pod pachy. Mogłaby wrócić Izabela i chcąc się załatwić, potknęłaby się o Andżelę, to by od razu był płacz i zgrzytanie zębami o bałagan w domu. Wołam Nataszę. Natasza bierze ją za nogi. Do twojego brackiego do pokoju ją weźmiemy na izbę wytrzeźwień, decyduje. No to niesiemy. Kładziemy na leżankę. Natasza podnosi Andżeli rękę. Kęka opada. Natasza siada jej z całej pety na brzuch. To zaraz jakiś bulgot, ja krzyczę: no uważaj kurwa!, ale na szczęście to tylko biała bańka wylatuje Andżeli z ust i zaraz pęka.

Ja nie wiem, skąd ty ją, Silny, wzięłeś, ale jedno jestem pewna. To jest wadliwy egzemplarz – mówi Natasza. Nawet na Zachód jej nie wezmą, chyba że na części zamienne. I to całe flaki wytną jako uszkodzone, że zysk z tego będzie żaden.

Ja wtedy trochę dostaję nerwów.

Ona zgłupiała do reszty? – krzyczę, bo to już mnie doprowadza do ostateczności, do zupełnej utraty równowagi umysłowej. Zgłupiała całkiem do reszty? Czy ona chce mi koniecznie problemy zrobić? Suki na chatę sprowadzić? Przecież jak czasem, to ten dom skrzypi, taki jest pełen amfy. Przecież on jest wytynkowany amfą. A ta idiotka sobie tu seanse samobójcze urządza, myśli sobie, że tu i teraz można bezpiecznie wyłączyć komputer, proszę uprzejmie, przytułek dla samobójców, dom pobytu dziennego dla denatów, państwo z niedrogą eutanazją sobie znalazła, ona sobie raz wreszcie powinna pomyśleć poważnie i uzmysłowić, jaka jest umowa, że w tym domu może być, owszem, ale tylko żywa najwyżej, a jak chce sobie samobój strzelać, to gdzie indziej. Za furtką, ale ani milimetra bliżej.

Natasza w tym czasie, gdy ja mam to załamanie, tą histerię, ze znudzoną miną przeprowadza na Andżeli eksperymenty naukowe. Zagląda jej do ust, trochę się krzywiąc, maca jej po zębach, co sobie potem rękę wyciera o spodnie. Grzebie jej w kieszeniach spodni, grzebie jej w torebce i wywleka jakieś papiery, szpargały, jakieś kartki.

Weź się uspokój, bo jak dobrze pójdzie, to jeszcze zrobimy na niej jakąś kaskę mówi do mnie. Jedno papierzysko to ksero dyplomu z obozu wędrownego w Bieszczadach za zajęcie drugiego miejsca w biegu na orientację. To Natasza od razu drze, podarte wtyka Andżeli do kieszeni i mówi: jak się ta wymokła księżniczka zbudzi ze swego wiecznego snu, to pomyśli, że ostro się wkurwiła i sama sobie podarła. Wtedy jeszcze wysmarkane dwie chusteczki, co wyciera nimi Andżeli usta z pyłu i tego białego jadu, i również wtyka do kieszeni i na koniec jakiś większy halun, listy jakieś. Myślę tak sobie, co za idiotka z tej Andżeli, żeby najpierw nosić niewysłane listy w torebce, a potem dostawać zgona przy Nataszy, zero instynktu samozachowczego, naprawdę.

Lecz co się już stało, to się już nie odstanie, Natasza rozdziera zębami koperty i leci do dużego, co ja lecę za nią, siadam na tapczanie i zaglądam jej przez ramię. Natasza czyta głośno i z trudem pierwszy list. Tam jest napisane tak. Szanowni państwo, droga dyrekcjo. Głośno i stanowczo wnoszę protest i sprzeciw przeciwko powstawaniu w Polsce ogrodów zoologicznych oraz cyrków. Głośno postuluję uwolnienie z nich zwierząt i ich ekstradycję ojczystym krajom. Głośno postuluję uwolnienie nieletnich dzieci od obowiązku zwiedzania w ramach wycieczek czy to szkolnych, czy niedzielnych, tych miejsc kaźni, okrucieństwa, niezawinionego cierpienia. Moim mottem jest w życiu: chcesz, by twoje dziecko zobaczyło ból, zaprowadź je do cyrku. Jestem uczennicą trzeciej klasy liceum ekonomicznego. Moim hobby są między innymi zwierzęta. Razem z przyjaciółmi założyłam organizację animacji ekologicznej, której jestem przewodniczącą. Nie grozimy, lecz ostrzegamy. Z poważaniem uczennica klasy trzeciej liceum ekonomicznego numer dwa, Andżelika Kosz, łat siedemnaście.

Ona się nazywa: Kosz? – pyta Natasza, patrząc niedowierzająco. Po czym bierze długopis z podłogi i swoim analfabetycznym pismem pisze tak. Pe es. Zróbcie nam wszystkim laskę. Napisałabym może i więcej, lecz teraz idę do piekła, czastalawista, zabijemy was.

Po czym śmieje się szatańsko i kawałkiem gumy wyjętym z buzi na powrót zakleja kopertę. Potem są dwie następne. Ten sam list odbity przez kalkę, w tym jeden do Jolanty Kwaśniewskiej, a drugi do ogrodu zoologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim. Na pierszym Natasza dopisuje: pe es. W razie dalszego powstawania obozów koncentracyjnych na potrzeby niemieckich turystów, mój kumpel Silny zabije ciebie, twego męża i dzieci. Do zobaczenia w piekle. A na drugim znowu to o lasce. Wtedy wraca do pokoju mojego brackiego, a ja za nią. Andżela jakby trochę się przebudziła i przez chwilę martwię się, że słyszała przez ścianę moje z Natasza przeczytanie jej korespondencji. Natomiast Natasza nie widzi w tym zero problemu. Andżela, obróć się na chwilę na bok do ściany, co? – mówi i kiedy Andżela patrzy na nią bezrozumnie i bezrozumnie się obraca, to Natasza wtyka jej na powrót te listy do torebki.

A co, mam tam coś? – przestrasza się Andżela słabym głosem. No mówi Natasza całkiem na poważnie komar ci siedział na dupie i chciał cię ugryźć, ale zabiłam skurwla. Możesz się już nie bać.

Dzięki – uśmiecha się Andżela dość mętnie, jak rzadko zmieniana woda w rybkach akwariowych. Jakiej słuchasz muzyki?

Każdej po trochu – odpowiada Natasza patrząc z góry i boję się przez chwilę, czy nie ześwirowała, nie weźmie kolumnę od wieży i jej nie spuści na twarz.

Ale smutnej czy wesołej? – nalega Andżela, nie wiedząc o zagrożeniu.

Może tak. a może nie – mówi Natasza, boję się, że zbiera ślinę, by omylać Andżelę. Różnej. I wolnej, a czasem i szybkiej.

A z szybkiej jaką lubisz? – docieka Andżela. podpierając się łokciem i wtedy dobiega z niej charkot, kaszlenie i wypluwa w powietrze pokaźną białą chmurę pyłu czy pudru.

Różną, przeważnie najbardziej to lubię teledyski – mówi na to Natasza. Ale nie że śpiewają jakieś kurwieńcze lesby, że jak je ktoś w tej chwili nie przerżnie, to się zesikają. Tylko ja wolę jak mężczyźni śpiewają. Na przykład hip hop, piosenki angielskie o tym, że dzieje się terror, że żyjemy tu w getto, no.

Też to lubię – mówi Andżela. A jakie czytasz książki? Po czym dodaje: albo gazety?

Natasza na to odpowiada: ha, dużo by mówić. Wszystkie po trochu. Program tele. Telegazeta. Trochę takie przygodowe, Conan Niszczyciel, Conan Barbarzyńca, Conan sam w wielkim mieście, to całą serię przeczytałam kiedyś. Plakaty lubię. Dowcipy. Kawały. Programy.

To fajnie – mówi Andżela. Zupełnie jak ja. A lubisz się odchudzać?

Na to Natasza jakby przegląda na oczy, zastyga na chwilę, po czym nachyla się raptowanie nad Andżela tak, że Andżela przestaje móc zwyczajnie oddychać i cień fioletowy z oczu Nataszy sypie jej się pod powieki. Nie wiem za bardzo, co robić, by Natasza nie poczuła się urażona, bo ona czuje się w moim domu swobodnie i może chce z Andżela po prostu bliżej porozmawiać.

Kto ci, kurwa, płaci? – mówi Natasza do ust Andżeli. Gadaj, kurwa. Już. Raz dwa.

Ale że za co? – mówi płaczliwie Andżela ze zdziwieniem, gdyż jest nagle całkowicie zdziwiona, jakby chce całą sytuację wyjaśnić.

Za informacje, kurwa, o mnie – mówi jej Natasza do ust.

Że jakie informacje? – szepcze Andżela.

Nie pytam czy informacje, tylko pytam kto, kurwa, słuchaj pytań. Jak skłamiesz, to nie żyjesz. Kto ci płaci? Moskwa?

Weź ją nie zabij, okej? – mówię do Nataszy spokojnie. A ty, Silny, zwal sobie konia – mówi ona, podnosi się i podchodzi do mnie. Że aż robię unik, gdyż boję się tej dziewczyny szorstkiej i oschłej. Co kurwa, Silny? Może ty stoisz za tym, że mi twoja dupa robi przesłuchanie, a jak się teraz obrócę to ona wyciągnie latareczkę i mi zaświeci prosto do oka? My tu gadu gadu, pogoda ładna z przejaśnieniami, kultura i literatura piękna, a ona wtenczas zadzwoni na komórkę do Zdzisława Sztorma i wszystko zaśpiewa ruskiemu wywiadowi, każde me słowo plus jeszcze swoje własne w tym temacie impresje? Co? kto za tym stoi, gadaj. Lewy? Wargas?

Znasz Zdzisława Sztorma? – rozpogadza się z miejsca Andżela

Jasne. To znaczy niby nie znam. Ale jakbym chciała, to bym znała mówi Natasza, poczym zwraca się do mnie – nie mówiłeś jej, Silny?

Ze co jej nie mówiłem? – pytam, bo gubię wątek.

No że ma dać dupy Sztormowi, a kasa do podziału? mówi Natasza.

Nie, nie mówiłem – odpowiadam zgodnie z tym, jaka jest prawda.

Okej, jak nie mówiłeś, to ja powiem rozchmurza się Natasza i zapomina o całej sprawie z wywiadem. No to słuchaj, jest taki projekt. Trochę Silnego i trochę mój. Taki projekt, więc lepiej słuchaj i notuj dobrze. Bo inaczej bez tego Miss Dnia bez Ruska nie zostaniesz i nawet sobie bułki suchej w grillu nie kupisz. Ja zresztą też, co więc jedziemy na jednym wózku. Jest tak. Teraz za tę kaskę, co masz w torebce, bujamy się taksówką do Sztorma. Spokojnie, na pełnym luzie, może starczy, a do połowy drogi na pewno, a potem to już się zagada. Adres jest na długopisie, co masz w torebce. Idziemy tam, bajerujemy go. Że niby, że jesteśmy z organizacji animacji ekologicznej i czy da nam kasę na ochronę zwierząt polskich przed zagładą przez Ruskich. Mamy ze sobą różne pisma, różne pieczątki, teczki. Wtedy on mówi, że nie da, gdyż jest w długach, interes mu nie idzie, recesja, bezrobocie, „Gazeta Wyborcza”. Wtedy ja wychodzę, mówię, że muszę wyjść się wysikać czy zrzygać, to już nieważne, możliwości jest dużo, że właśnie dostałam okresu albo coś i jak nie wyjdę natychmiast, to zachujam mu jego śliczny fotelik. I tu jest twoja rola, twój gwóźdź programu. Wszystko pięknie, nachylasz się, wysuwasz język. Mówisz mu wiersz o zwierzętach. Nie musi być jakiś szczególnie romantyczny, może być zwykły, ale ważne, że na pamięć. Wtedy on cię rozbiera i cię bierze, i kasa jest nasza.

Andżela patrzy na Nataszę z nieskrywanym podziwem, zachwytem. Skąd wiesz o organizacji animacji ekologicznej? – pyta rozmarzona zupełnie, wzruszona.

Natasza ani mrugnie okiem, skąd to wie, chociaż oboje to wiemy, skąd ona to wie.

Czytałam w telegazecie czy jakiejś krzyżówce panoramicznej, już nie pamiętam, lecz to nieważne.

Naprawdę? Świat jest tak mały. Nie chcę się chwalić, ale ja jestem prezesem tej organizacji – mówi Andżela zachwycona. Walczymy o emancypację i uwolnienie zwierząt, o ich własny głos w tej sprawie.

No to nie ma problemu – mówi Natasza zadowolona. Tylko czy wiersz jakiś znasz. Nie musi być o zwierzętach, byle był wiersz po prostu.

Oczywiście – uśmiecha się Andżela i od jej zębów, co są rozsadzone rzadko i dość nieregularnie niczym nagrobki na cmentarzu, roznosi się blask trupiego szczęścia – mogłabym nawet powiedzieć któryś ze swoich utworów.

Tutaj zupełnie jak gdyby ożywiona wstaje i obciera z ust i sukienki białe naloty i osady, po czym mówi tak: Na przykład taki. Robertowi. To znaczy trzy gwiazdki, ale Robertowi. Rozumiecie. Jak gdyby dla Roberta, bardzo osobiste, chociaż on nigdy tego już nie przeczyta.


I wtedy ona mówi pochyłą czcionką. Dużo słów, co nie wszystkie jestem w stanie ogarnąć, zrozumieć, czy mają sens oraz rym. Ona mówi do nas tak, patrząc raz to na mnie, raz to na Nataszę: oto epitafium dla zmarniałego człowieka, twoje bezwładne ręce milczą w kieszeniach. Jeśli chcesz wiedzieć, nigdy nas nie było. Jeśli chcesz wiedzieć, teraz też nas nie ma. To jest minuta ciszy po nas. I jeśli nawet się kochamy, to tylko oddzielnie. Jesteś tak bardzo egoistyczny, że sam siebie tylko bierzesz.

Świetne – mówi Natasza i z uznaniem kręci głową, i jeszcze mnie szturcha, bym coś pochwalił od siebie – ale mu żeś napisała, to był pedał zwykły przecież, skurwiały impotent. Jakbym miała taki talent, to też bym tak napisała, taki sam identyczny jak twój wiersz. Lolowi. I bym podpisała inaczej. Blokus Natasza. Nienawidzę cię, trzepiący się dewiancie, nie będę z tobą. Ale do rzeczy. Teraz jakiś sztapel o zwierzętach i w drogę.

O zwierzętach? – mówi z frustracją Andżela i chwilę się zastanawia. O zwierzętach nic nie mam, chyba, że o zlepionym kołtunie skrzydeł, jest to smutne i można to podciągnąć pod kategorię ptaki. Odnośnie tych skrzydeł właśnie zlepionych, jest to bardzo smutne.


Patrzymy z Natasza po sobie niczym komisja do spraw konkursu o zwierzętach, co myślisz, Silny? – mówi ona. Ja myślę tyle, żeby sobie stąd już poszły, bo chce mi się żreć, a te tu siedzą i rozprawiają o literaturze. Ale tego przecież nie mówię, że to myślę. Ja nic nie myślę – wyznaję, wstając. Na mój gust jest dobrze, szczególnie możesz podkreślić, że to do Roberta. To Sztorma powinno do reszty rozkleić w sprawie tej ekologii, bo to jego syn.

Okej, to idziemy – mówi Natasza i chwyta Andżeli torebkę.

Ale gdzie idziemy? – pyta nagle Andżela z przestrachem, spoglądając na swą torebkę i sukienkę czarną w białe kropki. Natasza wtedy widać, iż wytrzymuje resztkami sił.

Do zoo na protestację antypolityczną, wiesz? Oddajcie zwierzęta z powrotem. Zostawcie nasze żubry. Uwolnijcie dozorców.

Poczym łapie Andżelę pod ramię i ciągnie ją do drzwi. Ja drepczę za nimi, bo chce mi się sikać. Stop – odwraca się wtem do mnie Natasza – a ty dokąd? Ja stoję i nie wiem, co na to powiedzieć, bo niby że co, sikać już zabronione?

Ty nigdzie, Silny, nie idziesz – mówi do mnie Natasza – ty już dzisiaj swoje pięć minut zaspidowałeś, ty już masz dość. Początkowo miało być inaczej w planie, ale teraz też jest inaczej, jak widzisz. Andżela ze mną, a ty w domu zostajesz. Opierz się, oczyść z tych jelit, żebyś wyglądał jak przyzwoity człowiek i podczas festynu sobie zarwał jakąś przyzwoitą dupę bez okresu, co ci na spida zarobi. My idziemy, tyle, do widzenia do zobaczenia.


Arleta pijana i ujarana dość, obnośny handel śmiechem. Maszyna do mszczenia dokumentów, cokolwiek do Arlety powiesz, za chwilę w rezultacie wylatuje z niej ustami w postaci śmiechu, w postaci strzępów, papierzysk, śmieci, konfetti i sypie się w powietrze. Automat do gier, zamiast oczu dwa małe neony mrugające spod przerośniętych od jarania powiek, dwie małe lampki rowerowe na dynamo. W kurtce z wężowej skóry, w chmurze z brokatu.

Pyta się mnie, czy chcę od niej jedną fajkę. Mówię, że jak ruskie, to ja dziękuję bardzo, umywam od takiego interesu ręce, bo nie chcę się wtopić w jakąś rusofilię. Ona na to mówi, że ruskich nigdy nie paliła, kto jak kto, owszem Lewy, owszem Barman, ale ona jako Arleta nigdy z Ruskami nie miała wiele wspólnego, praktycznie nic, prócz paru razów dawno i nieprawda, jak była pijana i poza tym kilka lat temu, jak jeszcze nie chujali tak polskiego przemysłu płytowego, nie rozkradali polskiego piasku.

Więc jak mi daje carmeny, to choć bez banderoli, to biorę, bo co mi innego zostało, jak nie zapalić.

Wtedy palimy, nic nie mówimy. Dzień Bez Ruska, festyn, szczęk i skurcz w mikrofonach, tańczy zespół Biedronki i bardziej młodzieżowy Fantastic Dance. Dym z grilla doszczętnie pokrył miasto, ofiara z kiełbasy, żeberek i chrzęści zwierzęcych złożona bogom w imię zwycięstwa z zaborcami. Swąd pełznie ulicami wokół amfiteatru miejskiego i brudzi na tę część budynków, co miała niby być biała. Co więc teraz jesteśmy państwem flagi szaro-czerwonej, brudny orzeł na czerwonym tle w okopconej koronie. Andżeli by się nie spodobało, choć nie wiem, gdzie ona teraz jest, pewnie zdejmuje majtki. Definitywny wzrost zawartości czadu w powietrzu naturalnym, kiełbasa matka jej zwyczajna poddana całopaleniu, wszędzie śmierć, wszędzie zbrodnia, poćwiartowane zwierzęta, gdyby mogły, to by krzyczały, ale już nie mogą, już im usta skonfiskowano i zapakowano w inną paczkę. Krtań cielęca, ucho, oko, zmielone, zapakowane w paczki po dwadzieścia deka, następnej zimy wyrosną czarne przebiśniegi, następnej zimy w całym mieście pogasną światła i wszystko po ciemku. Popkultura sadzi na scenie swe fałszywe rośliny, sztuczne gerbery, sztuczne palmy, atrapy kwiatów doniczkowych bezpośrednio w nieurodzajnej blasze, w wacie szklanej. Lecą fajerwerki, lecą papierki od cukierków, lecą ulotki, pękają bańki mydlane, przewracają się pokale na stołach.

I niebo jest jak w dzień ostatecznej apokalipsy, ciemne, obwisłe, że gdyby chciało mi się wyciągnąć rękę do góry, to bym to wszystko rozwalił, szwy by poszły i cała konstrukcja by zjebała się na miasto, łącznie ze wszystkimi filiami. Z czyścem i całym zapleczem produkcyjnym. Taką mam myśl. A parasole opatrzone informacją „Coca-Cola” są niczym biało-czerwone rośliny liściaste wołające o pomstę do nieba, wywinięte na lewą stronę. I plastikowe sztućce plastikowe talerze frunące przez amfiteatr miejski w tym samym kierunku co dym, niczym osobny wiatr.


Wtem Arleta mówi do mnie tak. Że jak jej postawię dużą kole i frytki, to mi coś powie, co wie na pewno na sto procent. Ja zastanawiam się, czy się opłaca robić z taką degeneratką interes. Mówię jej, że co najwyżej mała koła i to na samo, że tyle mogę jej postawić. Ona mówi na to, że to jest informacja za kilo spida i kurczaka z rożna, ale ona mi spuszcza, bo jestem jej dobrym kolegą, przyjacielem, dawnym chłopakiem jej przyjaciółki, dawniejszym również jej samej chłopakiem, co wiadomo całą sytuację zmienia i ona mi to powie po znajomości za kole i frytki. To ja mówię, żeby ona mi powiedziała, a wtedy ja wycenie, ile ta informacja była rzeczywiście warta. No to ona mówi, że okej, ale żebym się nie zdziwił i nabrał dużo świeżego powietrza, co bym się nie podusił. Otóż dzisiejsze wybory najsympatyczniejszej dziewczyny Dnia Bez Ruska o osiemnastej wygra Magda.


Ja spokój. Niewzruszenie całkowite. Że niby co z tego, że Magda. Kto to jest w ogóle ta Magda? Może ją kiedyś znałem, a może nie znałem jej wcale. Może miałem z nią kiedyś jakieś punkty zbieżne, a teraz już nie mam, bo wszystko skreślone, z tą suką, jebniętą miss, co ją nieraz widziałem w takich sytuacjach, w samych rajstopach, w połamanych paznokciach, jak wylizuje me kieszenie ze śladów po woreczkach spida, jak podciąga majtki, jak ogląda telewizję, rzygając sobie w suknię, bo program z typu reality show tak ją wciągnął, że nie może się oderwać i iść po miskę. Że gdyby mieli teraz to pokazać na projektorze, to to by był super-brutalny film tylko dla szczególnie dorosłych o szególnie mocnych nerwach, bo co słabszym mogłyby doszczętnie popękać do krwi i kości.


I co z tego? – pytam niby, że obojętnie, żeby nie pokazać żadnego wrażenia po sobie i jak najmniej jej postawić z czystej złośliwości. Bo to jest Arleta i jak jej kupię kole, to potem zjawi się zaraz Magda i powie: daj popić. A to się jej przecież tak stać nie może, gdyż to jest koła ode mnie. Gdyż to jest zatruta fałszywa, czarna koła za pieniądze moje i mej matki, i jak Magda przyjdzie i powie: daj łyka, to to ją otruje, to jej zaszkodzi, tą koła szemraną śmierdzącą moimi pieniędzmi ona się zakrztusi, zachłyśnie i zaplami sobie suknię swe piękną i nikt jej na żadną miss nie weźmie. I na Zachód robić kariery sekretarki, robić kariery aktorki nie pojedzie, gdyż takich kaszlących nikt przez granicę nie przepuszcza, bo roznoszą zarazki, choróbska, które w Unii Europejskiej nie mają prawa bytu.

Arleta nie traci jednak nadziei, że uda jej się na coś więcej mnie naciągnąć. To jeszcze nic – mówi. Teraz słuchaj dalej, bo to cała historia, jakiej jeszcze na mieście nie było. Ona te wybory wygra, bo dała jednemu organizatorowi. Ale opłacało się. Teraz podobno ma dostać rower górski i diadem, i wiesz, różne bombonierki, talon na kupno butów.


Wtedy mi się jest już trudno powstrzymać, choć bardzo usiłuję się bardziej nie wkurwić. Ale już mimo starań, usiłowań, zaczynam rozglądać się i odgarniam może nieco zbyt silnie jakiegoś faceta, co mi zasłania, pierdolniętego ojca dwóm dzieciom, co im kupuje jakąś kiełbasę czy inne gówno w papierku. I on się owszem przewraca w błoto, ale zaraz wstaje podniesiony przez dzieci, otrzepuje spodnie od garnituru i mówi do mnie: przepraszam pana bardzo. Dzieci oboje upośledzone, w tym jedno w okularach, a drugie płci żeńskiej też nienormalne, ocierają mu z błota spodnie, wszyscy się w imię solidarności rodowej trzęsą. Ja na to mu mówię, nieźle już rozsierdzony: uważaj sobie, kurwa, jak chodzisz, a następną rażą używaj antykoncepcji.

To odnośnie tych dzieci, z których co jedno, to gorszego gatunku. Bo niby po co taki palant produkuje to badziewie na masową skalę, po co zatruwa takimi bublami społeczeństwo, że ja mam pracować na opiekę medyczną dla takich dwóch ślepych naboi.

Wtedy on mówi, że tak właśnie będzie, jak mówię, a do dzieci zaznacza, że muszą już iść, bo tu jest za drogo. Wtedy Arleta jak się nie zerwie i od razu za nim leci i woła, że ja mówię, że on ma jej kupić dużą kole. On sumiennie zawraca, dzieci uczepione u spodni, okulary w newralgicznym punkcie pęknięte, i już chce kupować, jak ja mówię: stop. Nic jej nie kupuj. Ona nie jest tego warta, ona się może napić z rzeki.

Wtedy on trzęsie się cały, że zastanawiam się, czy z tego szoku nie poszedł mu w środku przełyk albo jakiś inny sznurek, przewód. Patrzy raz na Arletę raz na mnie, i pośpiesznie opuszcza ten cały interes w przyspieszonym tempie. Arleta się śmieje, mówi: dobrze żeś go zrobił, pełno tu ostatnio jakiegoś grekokatolickiego elementu, co się szwenda wszędzie i oddycha naszym wspólnym powietrzem.


Niby, że mnie to gówno obchodzi, co Arleta w tym temacie uważa. Niby, że mnie to gówno obchodzi, co Magda wyczynia. Niby że nie jestem wkurwiony. A jednak noga mi cała chodzi tak, iż na stoliku chlupocze bronks w pokalach. Patrzę wtedy w motłoch, lumpenproletariat, co się przetacza falą przed wejściem, ściskając w brudnych łapskach biało-czerwoną watę cukrową i bialo-czerwone parówki. I to mnie jeszcze bardziej rozkurwia, bo najpierw jest brak higieny, czy biało-czerwony, czy czerwony, czy inny, a potem salmonella i robaki w powyższych czy innych kolorach. A potem rzyganie, biało-czerwona fala rzygów płynąca przez miasto, fala rzygów widzialna wyraźnie z kosmosu, co by Ruskowie wiedzieli, gdzie jest nasze państwo, a gdzie ich, i jaka to w Polsce potrafi być wspólna akcja solidarność wobec drapieżnych zaborców. Magdy nie ma, pewnie siedzi gdzieś za kulisem albo w przyczepie i w tempie błyskawicznym daje dupki dźwiękowcowi, co by podkręcił głośność, jak ona będzie miała coś wygłosić, na przykład co lubi jeść, jaką najbardziej lubi pogodę.

A jednak ciężko jest mi się powstrzymać, bo rower górski niech sobie zatrzyma i na zdrowie, i jeszcze piłkę jej plażową i daszek na słoneczne dni, wszystkiego najlepszego, ale oficjalnie dawać to ona nikomu pod moją nieobecność nie będzie, jakby nie było. I wtedy mimowolnie mam w oczach tego niby organizatora. Inżyniera magistra prezesa. Jaki jest chamski wobec niej, jaki jest brutalny, w jednej ręce aktówka, w drugiej kalkulator i tak ją bierze, obliczając przychód i rozchód Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Polskich, obliczając kurs dolara, obliczając alimenty swej od dwudziestu lat żonie Zofii, obliczając na palcach wiek swych dzieci. Magda się pyta, czy jest dość dla niego ładna, on w tym czasie podpisuje odbiór listów poleconych z prokuratury rejonowej. Mówi jej, że jest owszem bardzo ładna, jest tak bardzo ładna, że żeby się teraz nie obracała do niego, bo mylą mu się rachunki, mylą mu się obliczenia, myli mu się pasjans, mylą mu się klocki w „Tires”, niech się zamknie i bardziej skupi na dawaniu.


A posłuchaj najlepsze – mówi Arleta, jak już widzi, że jako takie wrażenie na mnie zrobiła i jestem okurwiały ze złości i nienawiści. Posłuchaj najlepszego, bo teraz się robi dopiero gorąco – mówi – bo ten niby organizator, ten prezes ją chce zabrać z miasta i zawieźć do Reichu. Mnie może nawet też, jak dobrze wszystko pójdzie i nie będzie kłopotu z papierami. Bo mam zawiasy za wpółudział niby w pobiciu, ale to się podobno wszystko da załatwić, tak on mówi. Taka to jest informacja. Magda wyjeżdża. Odlatuje do ciepłych krajów. Wraz zresztą ze mną. Już się, Silny, nie zobaczymy, więc raz byś mógł być fair na sam koniec: koła i frytki teraz. Mogą być same frytki, bo chce mi się żreć.


Jeszcze chwilę stoję. Stoję i te słowa, co ona wypowiedziała rozbrzmiewają w mej głowie jak audycja radiowa bezpośrednio z miejsca wypadku, prosto z miejsca zbrodni, a z głośników dobiegają jeszcze ostatnie westchnienia trupów, ostatnie jęki świeżo zmarłych, szelest rosnących im paznokci. Magdę. Zabiera. Do Reichu. Prezes. Klamki naciśnięte wszystkie jednocześnie, misiek na Polskę w paszporcie przybity, szlabany spadają na głowę przechodniom, Andżela umiera w pół stosunku z Sztormem, wypluwając ustami małe, czarne, zwęglone niemowlę, Natasza spluwa na podłogę i jej ślina zatrzymuje się w powietrzu w pół drogi. Arleta schyla się i wybierając spomiędzy desek frytkę, paznokieć zahacza jej się o listwę. Barmanka chciała powiedzieć: dziękuję proszę, a zdanża powiedzieć tylko: dzięk. Gdyż wszystko nagle się dla mnie urywa, cały festyn zatrzymany w pół kroku, na hasło wszystkie dzieci rozwierają rękę i biało-czerwone balony unoszą się do nieba, co zapewne widać z kosmosu, a skali zjawiska nie da się przecenić. Wszystko raptem jak gdyby zatrzymuje się, cały festyn kostnieje, cały festyn spryskany lakierem do włosów, koniec. Coś się przewracało, ktoś się śmiał, na scenie coraz to nowy zespół wykonywał jeszcze inne niż poprzedni piosenki. A teraz koniec, kropka na końcu zdania wielokrotnie złożonego, flagi biało-czerwone zostają zwieszone do połowy, w adidasach Arlety rozwiązują się sznurówki. Koniec tej bajki, strop amfiteatru pęka i zwala się na wykonawców

Ej, Silny, chyba mnie nie wychujasz teraz, co Silny? – mówi Arleta. Ja milczę. Nic nie mówię. Patrzę. Patrzę. Nic nie mówiąc


Ale Silny, ja mam pakmana, jak mi nie postawisz czegoś do żarcia, to ja umrę śmiercią głodową – stęka Arłeta i widząc kawałek kiełbasy utknięty między szczeble stolika, wydłubuje go znowuż paznokciem i zjada, ale po chwili wypluwa z powrotem na stół i mówi: to było co innego, ale nie wiem, kurwa, co.

No to umrzyj jak najszybciej – odpowiadam jej dość z agresją, wysuwając się bardziej do przodu. Umrzyj sobie od razu – mówię. Bo i tak nic nie dostanie, a tylko straci resztki pozycji pionowej i będą musieli jej robić specjalną trumnę na jej zwłoki z przodozgięciem i dodatkowy pojemnik na wyciągniętą w błagalnej pozie rękę.

Jak mi nie kupisz, idę po Lola – obraża się Arleta


Ale mnie już nie obchodzi, co ona ma więcej do powiedzenia, co ona sądzi, a czego nie i kogo sprowadzi na mnie w imię egzekwacji swojego mienia, bo teraz jak dla mnie może ona tu zadzwonić po samego nawet Wargasa i choćby powiedzieć, że obiecałem jej kupić frytki, a teraz się migam, i Wargas może na to odpowiedzieć do mnie: jak obiecałeś, to bądź kolegą i kurwa teraz kup, a ja mu wtedy powiem: nie kupię, właśnie, że nie kupię, ani jej, ani tobie. Właśnie, że możecie oboje sobie nawzajem postawić laskę, bo mnie teraz gówno obchodzi, czy robię teraz dobre uczynki, czy nie, jaki to jest paragraf i na które piętro pojadę po śmierci w górę czy w dół. Mnie to teraz chuj obchodzi. Bo ja się nie będę nawet zastanawiał, czy Bóg jest, czy Boga nie ma, bo nawet jeśli był, to dawno poszedł spać, skoro zesłał na Magdę tego ściemnionego prezesa. Bez skrzydeł, ale z aktówką. Nie może świętego, ale przy gotówce. I to jest jedna chwila, jak rozgarniam jedną ręką ten motłoch, co się kłębi bałwochwalczo wokół swej królowej kiełbasy i frytek. Parę jakichś osób może upada, lecz ja już tego nie widzę, jak będzie dym, to wszystko pójdzie teraz na Arletę ze strony tych ludzi, bo ona teraz stoi i patrzy za mną, mówiąc: Silny? Silny, ja ci mówię. Nie bądź chamem i kup mi, co trzeba, to nie zadzwonię po kolegów. Silny?

I już się robi dość gorąco, gdyż kilka osób potraciło od mojego ciosu swe kupione świeżo jedzenie, co pieni się teraz w błocie, parując. I teraz Arletko, choć patrzysz na nie łakomie, nie będzie, nie będzie jedzenia, teraz zaraz oni wezmą i cię zabiją, i nie dość, że zero koli i frytek, nie dość, że nic ci nie dadzą, to jeszcze w ramach rekompensaty wywleką ci ze środka resztki tego, co tam zjadłaś, tę frytkę wygrzebaną zmiędzy szczebli. Bo ja ci mówię do widzenia, choć się już pewnie teraz nie zobaczymy więcej, przynajmniej z twojej strony.


I idę spokojnie. W kierunku tam, gdzie myślę ją znaleźć. Rozglądam się. Biało-czerwone lody kręcone. Polskie lalki w strojach narodowych mazurskich i innych. Dziesięć zeta – dziesięć strzałów z wiatrówki do wyciętego z bristolu Ruska. Gdyby były strzały do Magdy, to bym zapłacił. Pizd – i odpada jej but. Pizd – i odpada jej noga. Pizd – i odpada jej dupka. I tyle mi starczy, niech tak zostanie, Magda bez dupki nie może nikomu dawać, i tak niech zostanie, więcej się nad nią bym nie znęcał, nawet może bym ją taką właśnie przygarnął, przyjął do siebie.

Idę. Całkowicie spokojnie. Krok za krokiem. Pierw muszę popychać motłoch, a później już on sam wie, gdzie jego miejsce i w popłochu kuli się pod bandami przede mną, ustępuje z drogi. Piski tratowanych, sukienki darte o płot, przewracające się bandy, kiełbasa lecąca w błoto. Twarze zupełnie zaskoczone gapiące się we mnie. Ja idę. Spokojnie. Bo wiem, co mam robić i nikt mi teraz nie przyjdzie i nie powie, Silny, Silny, uspokój się, wszystko będzie dobrze. Nikt mi nie zatknie papierosa w usta i powie: zapal, zapal, Silny, to ci przejdzie, nie przejmuj się Magdą, ona taka jest. Sam wyjmuję papierosa, podpalam, chociaż jest wiatr. A jak wyjmuję zapałki, to odsuwają się jeszcze dalej, wstrzymują oddech, bo się boją, że im to wszystko podpalę. Że im podpalę te kobiety w ciąży, ich wydęte przez wiatr błoniaste spódnice, te garnitury wymięte, wózki pełne dzieci niczym jakiegoś produktu ubocznego, ich watę cukrową na patykach. Lecz ja tego nie robię, bo mi się nie chce. Sam wiem, co mam robić.


I kiedy tak idę i już wyczajam, gdzie są kulisy, garderoby, napotykam Kacpra. Kacpra. Co jest zupełnie nie na miejscu, gdyż od kilku dni go nie widziałem. W dodatku jest z jakąś dziewczyną, co jej wcześniej nie widziałem.

Kacper ma oczy wydęte na wierzch od amfy, wypolerowane i błyszczące się jak gałki od meblościanki, wykonując nadprogramową ilość ruchów. Mówię, czy nie przedstawi mi swej koleżanki, bo gdzieś ją już chyba widziałem. Ona wtedy mówi: Ala i podaje rękę ze złotym pierścionkiem, co od razu zauważam. Studiuje ekonomię – mówi Kacper i kładzie jej rękę na tyłku, co dziwię się, że się nie spuścił z satysfakcji. Ona łagodnie, lecz stanowczo zdejmuje jego rękę i mówi: ale jednocześnie kończę kurs dla sekretarek z językiem niemieckim. Po tym kursie będę mogła pracować wszędzie, w kancelariach, w sekretariatach.

Wtedy nie mam czasu nawet przyjrzeć jej się dokładniej, bo Kacper mówi do mnie, że gdzie niby idę. Ja mówię, niby obojętnie, że tak sobie idę, po Magdę. Wtedy widzę, że on się trochę nagle denerwuje, patrzy na wszystkie strony, wyjmuje papierosa. Na co ona, ta Ala, kładzie mu rękę na paczce i patrzy mu w oczy jakby przybyła tu z odległego Monaru ratować moralnie ofiary nikotyny. Wtedy on, widać, że zupełnie wkurwiony, ale gestem psa chowa tą paczkę do kieszeni i mówi:

Chodź, Silny, gdzieś z nami, napijemy się czegoś, to pogadamy o tym i owym, powiem ci, jak jest z Magdą.

Ta panienka wtedy od razu staje na baczność jak popieszczona prądem i mówi: co to, to nie, Kacper, w takim wypadku ja wracam do domu. I jest jakby występowała w akademii szkolnej odnośnie zgubnego wpływu alkoholu i papierosów na kondycję i uprawianie sportu.

Wtedy Kacper jak gdyby mięknie, rozkleja się, ale robi dobrą minę, że niby wszystko w porządku i że on też niby występuje w tej akademii.

Ja mówię wypijemy, to nie mówię: najebiemy się, to znaczy upijemy się, tylko mówię jedno piwo w szklance zero koma dwa.

A ta dziewczyna na to zastanawia się, co teraz miała powiedzieć, co teraz było w scenariuszu i wreszcie przypomina sobie i mówi: ale Kacper, wiesz przecież, że tak się zawsze mówi, że to jest oszukiwanie samego siebie, moralna zasłona dymna. Wiesz, jaka jest między nami umowa i jeśli traktujesz mnie poważnie, to powinieneś ją respektować.

Kacper patrzy na mnie przepraszająco i mówi z udręką:

Silny chodź na kole – poczym gdy dziewczyna odwraca głowę za jakimś lecącym ptakiem czy balonem, on czyni do mnie dramatyczne gesty rąk i oczu, istny teatrzyk, z którego przesłania wynika, że dziewczyna jest niedawalska i ogólnie oporna. Ale kiedy już zwracamy się w stronę sprzedaży napojów, to ona pozwala mu się chwycić za mały palec u ręki i Kacper pokazuje mi oczami, że może jeszcze będą z niej normalni ludzie, z tej Ali, że może coś się z niej uda wydusić, jakieś przyjemności.


No to idziemy. Jest to pozornie wbrew memu planowi, wbrew moim ówczesnym zamiarom, ale myślę, że jak trochę się napiję, to cały ten mój plan nabierze jakby wyrazistszych linii, które wszystkie zmierzają do garderoby, za kulisy. Okej. Kacper kupuje dla siebie małą kole, dla tej niby Ali małą wodę mineralną, a dla mnie bro. Okej. Siedzimy. On cały chodzi, jakby wciągnął choćby jedną kropeczkę spida więcej, to by wybuchł na kawałeczki. Szyje nogą. Spogląda raz na Alę, raz to na mnie. Ala mówi, że musi teraz wyjść do toalety i patrzy wymownie na Kacpra, co by pod jej nieobecność nie wypił całej koli przypadkiem, nie wdał w bójkę. Patrzymy, jak idzie w kierunku kibla. Jest z nią tak: przede wszystkim golf. Włosy szare, myszate, spięte na czubku spinką z napisem zakopane 1999. Na szyi złoty łańcuszek z krzyżem wyciągnięty na golf, co już wcześniej zauważyłem. Potem tak: spodnie od garnituru lub garsonki, zwężane na dół plus sandały ortopedyczne. Jest to dziewczyna typu kura. Posprzątnie, ugotuje, nawróci na katolicyzm. Lecz nie dla Kacpra, tego mi nikt nie wmówi. Ona jeszcze zanim otworzy drzwiczki od toi-toia spogląda z niepokojem, a Kacper do niej macha porozumiewawczo ręką. A jak ona tylko zamyka drzwiczki, to on zaraz zaczyna klepać się po kieszeniach z nadmierną zapalczywością, wywleka woreczek i sypie na oko sobie do szklanki, co rozsypuje połowę, bo mu ręce chodzą. Poczym pije łapczywie do dna, resztki ściera ręką i wylizuje z palców. Poczym zaczyna udawać, że niby, że nic, nic się nie stało, łokcie na stół, ręce na kołdrę, wiatr wiał, ale przestał wiać, deszcz padał, ale przestał padać, luz, spokój, nic się nie zmieniło, końca świata nie było.

Jest beznadziejna – mówi do mnie nagle po chwili milczenia. Jestem z nią dwa dni, a ona już mówi, bym szedł z nią do domu na obiad do jej rodziców. O żadnym dawaniu dupy na razie nie ma mowy, to już wyczaiłem. Choć miałem jeszcze nadzieję, że to się zmieni wkrótce, bo jak nie, to po chuj, pojedziemy na wakacje do domu starca.

Po czym patrzy lękliwie w kierunku kibla, co ona dość długo nie wychodzi.

Zaległa pewnie – szepce Kacper histerycznie i zastanawiam się, czy może już zwariował – wpadła do toi-toia. Wyjdzie zaraz z nowym imidżem. Nowy kolor włosów i nowy kolor twarzy. Hę!

Poczym, rozglądając się, kitra się głębiej po stół i odpala sobie ode mnie fajkę. Czekaj, mówi, patrząc wokół lękliwie. Póki ta prorodzinna cipa nie wróci, muszę sobie pomówić: kurwa.

Wtedy mówi parę razy: kurwa i ja pierdolę, chujoza i gówno.

Zaraz jednak otwiera się toi-toi i wychodzi Ala, co jak widać nie zaległa, żyje i ma się dobrze, poprawia sobie gumkę od majtek i rozgląda się dumnie, szczęśliwa niezmiernie, dogłębnie wypróżniona królewna. To Kacper od razu wpycha mi fajkę do ręki, weź to, weź to, kurwa, ode mnie zabierz co prędzej. Że naraz muszę palić dwie fajki naraz, żeby nie było marnacji.

Ona przysiada się. I z miejsca tak: przepraszam, ale musiałam na chwilę skorzystać z toalety. Ale już jestem. Wiecie, skoro już tak tu siedzimy, to może ja wam opowiem taką historię. To znaczy to nie jest właściwie historia, to jest film, który niedawno zdarzyło mi się widzieć w kinie Silverscreen. Tak naprawdę to pojechałam tam z moimi rodzicami i moją siostrą, a także kuzynką, która akurat wtedy nas odwiedziła. Przywiozła nam dużo przetworów mięsnych, ale niestety, mama musiała je wyrzucić, ponieważ teraz jest wiele przypadków salmonelli, gronkowca.

Kacper szyje nogą i rozgląda się wszędzie dookoła, czasem wtrąca, nie patrząc na nią: dobre!

No ale nie przerywaj – mówi wtedy ona, lekko urażona – nigdy nie pozwalasz mi skończyć, chociaż znamy się już od kilku dni. Ale posłuchajcie dalej. No i pojechaliśmy do tego kina. Już nie wspominając o tym. że zapodziałam gdzieś bilet! Moja siostra mówi do mnie: wiesz Ala, ależ ty jesteś zapominalska. Do licha, wkurzyłam się wtedy, bo rzeczywiście zdarza mi się być roztrzepaną. Taki mam już charakter i nikt nie potrafi mnie tego oduczyć. Powiedziałam sobie wtedy: kurczę pieczone, ten bilet musi gdzieś być. I wyobraźcie sobie, wiecie gdzie był? Miałam go centralnie w torebce, na samym wierzchu. Jest takie przysłowie: najciemniej pod latarnią. Oczywiście bez żadnych skojarzeń. To wtedy weszliśmy do sali. Ja już nieraz bywałam na wielu filmach w Multikinie, ale na przykład ta moja kuzynka Aneta, ona pochodzi z dość niewielkiej wsi i to była dla niej totalna egzotyka. Mówię wam, było mi aż wstyd, wszyscy się patrzyli na nią. Ale nieważne, to taka dygresja. I wtedy rozpoczął się film. Nieważne jaki tytuł, pewnie oglądaliście. Była kobieta i mężczyzna, zresztą pewnie to widzieliście. Różne takie perypetie, najpierw ona go odrzuciła, potem on do niej wrócił, wiecie. Wszystko działo się w Ameryce. Uważam, że z całego filmu najlepsze było, jak miał miejsce wypadek samochodowy. To znaczy autobusu z samochodem. Oni akurat jechali tym autobusem, ale jeszcze się nie znali. I wpadli na siebie, było to szalenie zabawne i nawet moja mama się śmiała, uważała, że to było bardzo zabawne. Najgorsza moim zdaniem scena, to gdy bohater i bohaterka idą ze sobą do łóżka. Rozumiecie. Kochają się ze sobą. Czułam się bardzo skrępowana, ponieważ siedziałam tuż obok mojego taty i dotykałam go ramieniem. Zdawałoby się, że on także czuł się skrępowany. Ciągle wydaje mu się, że jestem jego małą córeczką, że nie wiem nic o źle tego świata, o prawdziwym bagnie. I wiecie jak się skończyło?


Silny, wiesz, że Magda wyjeżdża? – mówi Kacper dość poważnie, patrząc na mnie.

Przepraszam, ale nie jestem w temacie – odpowiada mu Ala – mówicie o Magdzie? Mam jedną kumpelę Magdę, jest ze mną na roku, jest świetna z socjologii makrostruktur. Chociaż jest beznadziejną kujonką. Nazywa się Magda Stencel. Jej rodzice oboje są po prawie.

Nie, mówimy akurat o innej Magdzie – mówi jej Kacper powoli i wyraźnie, jakby znał jakiś inny obcy język, którym mówi się przez zęby. I boję się, że zaraz krew się poleje, że będzie dym, bo on powoli traci cierpliwość i dobre serce. Choć ona ma twarz na wskroś niewinną, jak gdyby błonę dziewiczą bezpośrednio nadrukowaną na twarzy.

Wiesz, Kacper, mam wrażenie, że źle się odżywiasz – mówi nagle Ala – jesteś jakiś nerwowy, wiecznie po prostu zdenerwowany. Wyluzuj się trochę, bo jesteś jakiś spięty, zupełnie rozedrgany. Z tej strony cię nie znałam.


Kacper rozgląda się nerwowo wokoło i mówi: idę siku, jak gdyby mówił: kara boska.

Wtedy ona skromnie spuszcza oczy na swoją skórzaną torebkę, wyjmuje chusteczkę higieniczną i ściera z blatu to, co się rozlało z koli i mojego piwa.

Słuchaj – mówi do mnie – Andrzej, bo ty się chyba nazywasz Andrzej, tak? Ja Ala. Chciałabym, żebyś mi jedną rzecz powiedział jak przyjaciel. Szczerze. Nawet najgorszą prawdę. Bo moim zdaniem najgorsza prawda jest lepsza niż najpiękniejsze kłamstwo. Czy Kacper ćpa?


Nie – odpowiadam. Patrzę, jak kiełbasa się smaży, jak powiewają flagi, jak przewracają się plastikowe kubki.


Żadnych narkotyków, serio? – mówi Ala nie do końca przekonana -ani ciężkich, ani lekkich? To dobrze, bo ja tego bagna nie uznaję. Wiem, że kilku moich znajomych z uczelni ma z tym coś niecoś wspólnego, ale nie zniosłabym, gdyby mój chłopiec nurzał się w takim upadku. Podobno to niszczy umysł, niszczy szare komórki, ludzie są po tym całkowicie chorzy, fizycznie i psychicznie wycieńczeni. Wchodzą w złe środowiska, wysprzedają z domu sprzęty. To jest okropne.

Ja pokazuję głową pośrednio między tak i nie, że się zgadzam z nią.

Ona na to tak: słuchaj, Andrzej, czy ty masz jakiś problem? Wyglądasz na kogoś przygnębionego, zdołowanego. Powiedz szczerze. Być może ci pomogę, jeśli będę umiała. Sama jestem po przejściach, niedawno zerwałam ze swoim chłopakiem. Byliśmy ze sobą dwa lata. Kwiaty, pocałunki, wiesz. Potem nagle koniec. Odeszłam. Chociaż on studiował stosunki międzynarodowe, może go znasz. Powiem ci szczerze, jak było. Bo z natury jestem osobą szczerą, spontaniczną i takich ludzi także cenię. Bez kompleksów, bez fałszywych tabu.


Ja pierdolę, myślę sobie.

I było między tak, ona mówi, że kiedy już mieliśmy półtora roku, taką rocznicę, on przyniósł kwiaty, wino. Ja się wkurzyłam, bo ani on, ani ja przecież nie piję. Wybacz, ale to bardzo osobiste. Chodziło, potem się okazało, o przysłowiowy dowód miłości. Ja mówię, kurczę, nie jestem przecież żadna puszczalska. Spytałam się go, czy moja czułość, moja bliskość mu nie wystarczy, bo jeśli nie, nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. Pokłóciliśmy się wtedy dość ostro. Mogę mówić ci: Andrzej? No to do ciężkiej cholery, powiedz mi, Andrzej, czy to było z jego strony poważne, odpowiedzialne? On miał dwadzieścia jeden lat, ja dwadzieścia.

Słyszałeś legendę o nadgryzionym jabłku, które raz napoczęte gnije, robaczeje?


Wtedy coś mi przestaje grać. Mów, mów dalej – zachęcam ją i idę na chwilę do baru. Pytam, czy nie wiedzą, gdzie ten chłopak, co z nami siedział. Oni na to, że siedział z nami, a potem poszedł do toi-toia, a gdy wyszedł czekała na niego jakaś dziewczyna i razem gdzieś wyszli.

Ja mówię, jak wyglądała ta dziewczyna, z którą wyszedł. Oni że blond włosy długie i raczej elegancka suknia z tiulem i dekoltem, i mrugające lewe oko.

Ja wtedy od razu już wiem: Magda.


I kiedy tak wracam do stolika zupełnie od siebie, ona jest w tej samej pozycji niczym lakierem spryskana spikerka w dzienniku telewizyjnym i cały notujący skrzętnie naród poinformowuje akurat: bo ja nie jestem dziewczyną łatwą jak inne. I mam nadzieję, że się ze mną w tej kwestii. Andrzej, zgadzasz.


No – odpowiadam dość krótko i ponuro, gdyż po zdarzeniach ostatnich chwil przeszłem na minimal. Gdyż właśnie stwierdziłem, że nie. Właśnie, że nie. Ona może sobie mówić, co chce, może zacząć śpiewać piosenki wszystkie jakie zna włącznie z kolędami, z teledyskiem i tekstem płynącym pod spodem. Może wymienić wszystkie swe grzechy począwszy od pierwszej klasy szkoły podstawówki, podając ilość i stopień zaawansowania oraz biorąc pod uwagę stosunek częstotliwości do przyrostu masy ciała. Bo ona może teraz wszystko. Może powiedzieć przebieg swej operacji wyrostka i stadia eliminacji swych zębów mlecznych na rzecz zębów stałych. Może, proszę bardzo. A ja będę tylko patrzył. Ładna jest średnio, choć ewentualnie może być. Ewentualnie mogę odwrócić głowę i spojrzeć gdzie indziej, w razie co na meble, widok z okna. Te włosy to hoduje prawdopodobnie począwszy od Pierwszej Komunii Świętej, a zetnie dopiero po ślubie, by krewni dostali cynk o jej szczęśliwym pożyciu małżeńskim. Powiedziawszy szczerze, pewien rodzaj niesmaku mnie bierze na samą myśl, gdyż wiem, że to mi przyjdzie z trudem, z wysiłkiem, niczym miałbym zabierać się za własną matkę lub gorzej: użytkować jakieś niezidentyfikowane ptactwo domowe, niedogotowany drób. Gdyż dziewczyna ta ma aparycję siną i niezdecydowaną, co mnie niesmaczy, co mnie irytuje.

Więc w związku z tym staję się dość opryskliwy i oschły, i odnośnie właśnie swych przemyśleń na temat jej sinawego wyglądu chcę jej zrobić jakąś kąśliwość, uszczypliwość.

Ty mieszkasz w piwnicy? – zagajam niby że na poważnie. Gdyż tak czy inaczej, czy będę owijał w bawełnę, jesteś ładna i piękna, czy też nie, i tak będę ją miał, i to jest nieuniknione, nie ma bata.

Kacper, owszem, odebrał mi Magdę. I choć jest to absurd, choć jest to czyste chamstwo bez domieszek, bez erzacu i masy tabletkowej, stuprocentowe chamstwo bez cukru i barwnika, choć jest to dla mnie całkowity szok, upadek, gwałt na światopoglądzie, to ja i tak wyjdę na swoje i jeszcze z nadwyżką. I wtedy tak sobie liczę szeptem na palcach. On teraz puka Magdę, to jest dla niego plus jeden. Ale Magda każdemu da, to jest dla niego minus półtora. Ja puknę mu Alę, choć to jest dla mnie minus jeden za jej wygląd. Ale za to, że ona nie dawała jakiemuś palantowi dwa lata plus za to, że w ciągu kilku dni nie udało się jej Kacperowi ani jeden raz puknąć, to za to jest plus trzy dla mnie.


Ona patrzy jakby zaskoczona i mówi: w piwnicy? Skądże przyszło ci to do głowy? Mój tata jest nauczycielem, a moja mama także nauczycielką. Mieszkamy w domku jednorodzinnym nieopodal. Cieszę się, że nie mieszkam na wielkim osiedlu. W ogóle to trochę może infantylne, ale hoduję papużki faliste. Ten inteligentny i towarzyski ptak pochodzi z Australii i żyje tam w dużych stadach, w Polsce papużka falista jest najpopularniejszą papugą pokojową. Jest niewielka, nieuciążliwa w hodowli, a samca z łatwością możesz nauczyć naśladowania różnych dźwięków. Może to się wydać dość monotonne, ale klatkę trzeba sprzątać codziennie.

Ja wtedy, gdy tak słucham tych jej morskich opowieści, już postanawiam przystąpić do zmasowanego ataku, najazdu, nalotu, desantu. To mówię jej, że jest bardzo oczytana, choć kiedy to wypowiadam, to brzmi to bez mała jak gdybym mówił, iż niech się nie obraża, ale chcę ją zabić.


Dzięki – mówi ona – dzięki Andrzej, ale powiem ci jak koledze, wbrew temu co czujesz, pozostańmy na razie przyjaciółmi. Nie chciałabym zapoznawać nowych chłopców, zanim wszystko się nie ułoży. Ale to nie znaczy, że nie możemy zostać dobrymi kolegami. Notabene mam takie małe pytanie, czy widziałeś gdzieś Kacpra?

Wtedy ja wytaczam kamienie i karabiny przeciwko kasztanom, ciężkozbrojna mściwa armia najeźdźców z rozpędu wdeptuje Ali w same centrum stopy w sandale ortopedycznym.

Widzisz… – tak mówiąc, patrzę raz w nią, raz w swój pokal pusty. I choć jest taka jakaś, że nie należy jej dotykać kijem przez ubranie, bo można się zarazić zarówno tą groźną chorobą toksyczną bluzką typu golf, jak i jakimś niewspółwymiernie gorszym syfem, to wiem, iż musze, bo taki jest mój do niej stosunek jako płci męskiej w wieku rozrodczym. Więc mówię tak, dość smutny i jakby skrępowany: widzisz, Ala, czy mogę tak mówić: Ala? Ciężko mi to mówić, lecz muszę być szczery wobec takiej dziewczyny jak ty. Kacper jest poszukiwanym przestępcą gwałcicielem kobiet. „Wampir z Zagłębia II”, film erotyczny USA, koniec kropka. Totalna aberracja, nienaturalne odchylenie dżordża w kierunku kobiet bezbronnych i czystych jak ty. Tyle do gadania, gdyż to nie jest sprawa na pogaduszki przy piwie i słone paluszki. To nie są już przelewki, to nie jest już nagana dyrektora i kara administracyjna dziesięć złoty w ratach.


Widzę całoliniowe zszokowanie i raptowny uwiąd jej twarzy w kierunku podłogi. No to daję dalej, triumfalny przejazd armii męsko-męskiej po palcach dziewiczych złudzeń. Drzewiec sztandaru wbity w sandał ortopedyczny, międzynarodowy dżordż łopocze dumnie na wietrze i pokazuje fakju.


Wiesz, Ala, przykro mi to mówić. Niby taki Kacper. A dziesięć lat w zawieszeniu, komornik, nieuregulowany stosunek do służby wojskowej, alimenty na terenie całego kraju. Produkcja lewych dzieci pozamałżeńskich na każdym kroku. Gdzie on nie stanie, tam zrobi bezpańskie dziecko na przebitych numerach. Z rozpędu. Widziałaś jak szłaś do toi-toia, iż patrzał się wtedy na ciebie tak, iż ja od kiedy tylko cię ujrzałem pierwszy raz, przeczuwałem, że on chce od ciebie tylko jednego, a czego, to i ja i ty wiesz.


I po przedstawieniu na tematy martyrologiczne, wiersz o ofiarach powstania wyrecytowany, można usiąść, spokojnie zapalić. Całkowicie z siebie zadowolony wyjmuję sobie fajkę. Ala całkowicie porażona patrzy na mnie jakby co najmniej przeczytała na gazetce ściennej w klatce schodowej, gdy wchodziła do domu, że jutro własnoręcznie umrze i od decyzji nie ma odwołań. Nagle śmieje się dużymi literami i mówi coś w stylu, że jestem prawdziwie niesmaczny.


Ty się możesz śmiać, lecz ja mówię poważnie – stwierdzam dość ponuro. Są na to dowody, jest wiele dowodów, wiele kobiet płacze o niego późną nocą. Przynajmniej dziesięć w tym mieście, sto w Polsce, w tym pięćdziesiąt ruskich. Gdyż on jest zwykłym za przeproszeniem zboczeńcem, nosicielem skutecznie skrywanych dewiacji, niby zostańmy przyjaciółmi, zostańmy przyjaciółmi, a w rzeczywistości chodzi mu tylko o jedno i to samo, wiadomo zresztą o co.

Ty tak żartujesz chyba, Andrzej… jaja sobie ze mnie robisz… – ona mówi, choć lepiej by tego nie mówiła, bo jak to mówi, to robi się blada i wygląda wtedy jeszcze gorzej, niż kiedykolwiek, niczym wyprane gruntownie i wypłukane z rysów twarzy i znaków szczególnych swoje własne zdjęcie legitymacyjne. Ze spinką „Zakopane 1999” niczym zwichrowaną zszywką, co trzyma się ostatkiem sił.


No mówię ci i jestem tego tak na bank pewien, jak swego imienia, nazwiska i nazwiska panieńskiego swej matki – odpowiadam jej smutnie. Wiem to z pierwszej ręki. dobrze iż poszedł. Zostaliśmy sami, możemy spokojnie porozmawiać. A on swe fabrykę nieślubnych dzieci pozamałżeńskich niech urządzi gdzie indziej, w dziewczynie głupiej i łatwej, nie tak jak ty. Bo on nie jest ciebie warty – dodaję już w ramach fantazji erotycznych, gdyż wiem, że przydusiłem odpowiedni guzik i domino ruszyło.


Dobre sobie! – ona mówi i patrzy przed siebie, pijąc z butelki po wodzie, choć już od dawna to wypiła. Gdybym powiedziała to mojej mamie, to bym do dwudziestego pierwszego roku życia miała zakaz wychodzenia z domu. Ba, może nawet wyglądania przez okno. Ciągle nie mogę uwierzyć, że ten łajdak tak perfidnie chciał mnie skrzywdzić, może nawet wywieźć do Niemiec. Był dla mnie czuły, przyjemny. Owszem, parę razy chciał mnie częstować papierosem. To powinno mi było dać do myślenia, bo kobiety przecież nie palą. Dym tytoniowy zabija nienarodzone niemowlęta, zabija krwinki w krwi, działa destrukcyjnie względem układu oddechowego. Statystyki mówią same za siebie i tobie, Andrzej, także bym radziła niezwłocznie rzucić to świństwo w przysłowiową cholerę. Zgaś zanim sam zgaśniesz. Wybacz, ale opowiem ci pewną anegdotę, która powinna ci dać sporo do przemyślenia swojej postawy. Mój tata też kiedyś palił i to był z jego strony błąd. Miała taka sytuacja miejsce przez dwadzieścia łat, aż pewnego dnia zachorował. Ni z gruszki, ni z pietruszki. I nic nie pomogło, ani bańki, ani witaminy, trzeba było ostatecznie podać antybiotyk. Od tego czasu powiedział sobie: nie. Dłużej nie będę się truł, mam żonę, mam dwie wspaniałe córki. I rzucił. Od tego czasu codziennie je landrynki. Miętusy. Mama niezadowolona, bo to wychodzi dosyć drogo. Nawet kupując w hurcie.


Wtedy ja rozglądam się chwilę, jest szesnasta. No to zdążymy jeszcze tu wrócić zanim rozlegną się światła i Magda powie co myśli na temat swej ulubionej pogody. A wtedy będzie już po wszystkim, po całym zasranej wojnie na pożądanie żony bliźniego swego, na wydolność dżordża i biegłość w zaciskaniu oczu. A wynik tej wojny jest już wszystkim znany. Ja – plus dwie dioptrie, a Kacper – minus pół.

Wtedy ja wyciągam rękę z kieszeni i niby że przypadkiem przekładam ją przez stół, przypadkiem niechcąco odgarniając z twarzy Ali włosy. Z miejsca udaję, iż łapię się na tym wręcz podświadomym geście i cofam swe rękę, ukradkiem pod stołem obcierając ją z wszystkich zarazków i pierwotniaków, jakie mogły na mnie z tej dziewczyny przejść i mnie obpełznąć całego, złożyć w mych dżinsach śliskie jajeczka. Z których za kilka dni wylęgną się najpierw okulary w pozłacanej oprawce, potem krzyżyk na łańcuszku, a na koniec wypełznie bluzka typu golf, co będzie już oznaczało śmierć i natychmiastowy mój zgon.

Idziemy do mnie – mówię dość obrażony, gdyż ta historia z krwiopijczymi zarazkami i insektami mnie rozsierdzą, a jakby tego było mało, przypomina mi się, co za impreza iście satanistyczna jest u mnie na mieszkaniu z orałem, analem i krwią, i przychodzi mi myśl, czy przypadkiem Izabela nie wróciła i nie zmarła na sam widok swojego tapczana. Lub lepiej może do ciebie – dodaję więc szybko.


* * *

A czy Ala jest w rzeczywistości dziewicą, tego nigdy własnoręcznie się nie dowiedziałem. Z jakich powodów, o tym później. Nie dowiedziałem się także nigdy, czy ogólnie jest kobietą. Gdyż podejrzewam, że raczej nie jest. Jest czymś pośrednim. Drobiem. Ptactwem domowym. Rośliną doniczkową. Zwierzęciem typowo cieniolubnym. Używającym pudru w kamieniu, a między nogami ma zszyte na okrętkę, by żaden zboczeniec nie mógł zamachnąć się na jej świętość. Gdyż ona prawdopodobnie jest świętą. Gdyż nie popełnia żadnego grzechu. Nie pije alkoholu i nie pali papierosów oraz nie współżyje przed ślubem. Za te właśnie nieprzeciętne zasługi dostanie wkrótce medal i dyplom towarzystwa przyjaciół wstrzemięźliwości za bezwzględne sprzeciwianie się popełnianiu grzechów przez ludzi. Za te właśnie nieprzeciętne swe zasługi pójdzie do osobnego nieba dla niepalących, gdzie dostanie własny fotel w świetlicy. Będzie tam siedzieć jak teraz, noga założona na nogę, i przerzucać strony magazynu dla kobiet pod tytułem „Twój Styl”.


Wiesz, Andrzej? – będzie pokrzykiwać w dół, w stronę piekła, gdzie ja będę siedział i palił niedopałki, kipy, co ludzi rzucają, gdyż nic innego mi nie zostanie – szalenie ciekawe jest to czasopismo. Naprawdę na poziomie. Są tu ciekawe artykuły, wywiady, krzyżówki. Powinieneś przeczytać i sam ocenić. Pozornie jest to magazyn dla kobiet, ale moim zdaniem mężczyzna może tam znaleźć wiele dla siebie ciekawych wątków i informacji, uwag. Podrzucę ci parę numerów, a szczególnie mój ulubiony, majowy. Jest w nim wydrukowany bardzo fajny i interesujący pamiętnik. Jego autorka nazywa się Dorota Masłowska i ma szesnaście lat. Mimo różnicy wieku sądzę, iż mogłybyśmy się zapoznać, zaprzyjaźnić. Jest ona osobą ciekawą, oryginalną, ma uzdolnienia artystyczne, tworzy i pisze. W tak młodym wieku to zaskakujące, intrygujące. Jak czasem coś napisze, to aż chce się śmiać albo płakać. Ma też poczucie humoru. Chociaż jednocześnie uważam, że jest osobą dość zagubioną we współczesnym świecie, przeżywa bunt, zaczyna palić papierosy. Myślę, że gdybyśmy poznały się i zakolegowały, to miałaby szansę zmienić się na lepsze, poprawić, a jej życie, jej uczucia stałyby się łatwiejsze. Bo cokolwiek o mnie, Andrzej, myślisz, ja wiem, jak to jest – nie zawsze byłam taka jak teraz. Też kiedyś kłóciłam się z mamą, chciałam być kim innym, ba, myślałam nawet o ścięciu włosów, o całkowitej zmianie swojej osobowości. Ale moja mama przez cały czas pozostawała moją przyjaciółką, była czasem surowa, ale uważam, że wyszło mi to na dobre.


Gdy ona to mówi, to ja siedzę na wersalce i wpatruję się w okno, co ona ma na nim poprzylepiane taśmą klejącą kończynki z zielonej bibuły. Prócz tego ma meblościankę oszkloną, w której trzyma w świetnym stanie zakonserwowane trupy maskotek typu pieski i miśki.

Na dwóch listwach przyczepiony do ściany jest plakat filmowy z filmu „Buntownik z wyboru”. Ma również dużo pamiątek, kubek porcelanowy nietłukący z napisem „Strzelec”. A gdy ona widzi, iż się tam patrzę, to z miejsca tłumaczy mi jak głupiemu: dostałam na osiemnastkę. Chociaż nie wierzę w horoskopy, uważam że to zabobon, głupia zabawa dla prostych, niezobowiązujących wewnętrznie ludzi. Oraz ten łańcuszek również dostałam. Od chrzestnej.

Prócz tego ma dwie papugi, co obie do złudzenia mi ją przypominają i ponieważ nudno mi dosyć, mówię z uszczypliwością:

Nazywają się oba Ala? – i aż chce mi się śmiać z własnej aluzji, dowcipu.

Skądże! – mówi ona, podchodzi do klatki i daje tym dwóm zagłodzonym ścierwom po jednym lub dwa ziarka na lepka. Zwierzętom nie daje się ludzkich imion, nie wiesz, że zwierzęta nie mają duszy?


Akurat w tym temacie nie mam nic wiele do mówienia.

Twoi starsi są na chacie? – pytam jej, bo już chcę co trzeba z nią załatwić, chcę już się z jej łykowatą dupką rozprawić, chcę już mieć to za sobą, chcę mieć swoje należne sobie punkty zdobyte i wyjść stąd nareszcie, póki nie śpię jeszcze i nie przegapię wyborów miss.

Nie, moi rodzice pojechali na odpust, a potem w gościnę do wujostwa – mówi ona i od razu podlewa podręczną konewką kwiaty, kaktusy różne, które rosną na jej oknie. Po czym nagle jakby się przestrasza: a czemu pytasz?

A nic. Odpowiadam przebiegle: nic nic. Tak pytam, bo nie chcę robić kłopotu.


Tak jak każdy – odpowiada ona z troską. – Ale nie martw się, wiesz, oni są bardzo w porządku, wbrew pozorom. Pozwalają mi na wszystko. Są kochani, po prostu cudowni, są moimi przyjaciółmi. Myślę, że powinieneś ich poznać. Na pewno by ci pomogli, coś doradzili na twoje problemy i zmartwienia. Są niby dojrzali, poważni, ale czasem mam wrażenie, że to para zakochanych nastolatków. Razem za rękę jeżdżą na rower, razem na aerobik, razem na spacer.

Ja wtedy, jak ona to mówi, wyobrażam sobie, jak to musi wyglądać. To znaczy jej stara. Po pierwsze śpi w okularach, by dobrze widzieć, co jej się śni i nie przeoczyć, jak jej się objawi święty Amol od bólu głowy. Rzecz jasna, nie ma też mowy o żadnym dotykaniu się z mężem powyżej łokci ze względu na nienaruszalność osobistą i godność kobiety. Na męża już w myślach nie wjeżdżam, gdyż mam do niego pewne poważanie. Gdyż musiał włożyć wiele frustracji w zmontowanie tego całego majdanu z dwoma nieudanymi córkami, odpędzany na wszelkie sposoby czasopismem dla samodokształcających się nauczycieli lub innym magazynem kobiecym. Zduszony, wykastrowany, zepchnięty na brzeg tapczana.


I wtedy ja zaczynam przeczuwać porażkę. Gdyż w całej sytuacji ogarnia mnie bezsilność, wewnętrzny opornik mówi mi stop, czerwone światło, ręce precz od garnka. Nie tykaj, bo się poparzysz, nie tykaj bo się zarazisz. Nie używaj tych samych ręczników, nie siadaj na tej samej desce w kiblu, przed użyciem przeczytaj ulotkę. I gdy ona tak siedzi obok, czyści sobie rąbkiem bluzki typu golf swe okulary, chuchnąwszy pieczołowicie w oba szkła, ja myślę doszczętnie opadły z sił jak się do tego wszystkiego zabrać. Ona siedzi dość blisko i ja powinienem mieć reakcję na to inną, tymczasem ze strony dżordża jest dół, apatia, dżordż nawet nie chce spojrzeć w tamte stronę, udaje, że śpi, a naprawdę wręcz drży i węszy, gdzie by tu uciec przed przeznaczeniem, w którą nogawkę. Przeznaczenie jego natomiast też również jest skutecznie zduszane kurczowo między dwoma udami, nieczynne i pogaszone światła.


Ona natomiast nagle się rozkręca, nie wiadomo dlaczego akurat w moim temacie, czym jestem zamiast być zadowolonym, zniesmaczony.

Co uważasz o polityce, o tej całej wojnie polsko-ruskiej? – ona mówi z bliska patrząc mi w oczy. Zauważam niezwłocznie, iż ma chorowite żółte zęby. Ja nie chcę tak od razu z nią popadać w konflikty zbrojne na tematy narodowe czy nienarodowe, więc przebiegle pytam, co ona w tym temacie sądzi. Ona mówi tak:

Mój tata, który jest bardzo rozważny, zresztą dzięki czemu za komuny zawsze mieliśmy i różne wędliny, duży wybór różnych gatunków mięsa, środków piorących, mówi, iż nie należy w tej sprawie głośno mieć żadnych wiążących opinii. I ma tutaj rację. Ponieważ teraz wszyscy są nagle ważni, demonstracyjnie wypowiadają swoje zdania, a potem już tacy mądrzy nie będą. I tutaj ma rację. Jak więc ktoś cię zapyta, za kim jesteś, dobrze ci radzę, Andrzej, powstrzymaj się od ostentacyjnego uważania czegokolwiek. Bo na tym się można przejechać. Czy ty traktujesz mnie poważnie? – pyta ona nagle patrząc mi na usta.

A czemu pytasz? – mówię nieco przerażony, gdyż chcę, by już zeszła ze mnie, by już wyjść, bez punktów, ale zdrowy na umyśle, tuż za drzwiami otrzepać się z resztek jej piór, włosów, dać Izabeli do wyczyszczenia dżinsy z trocin mokrą gąbką.

Ona na to tak: dlaczego pytam i dlaczego pytam. Przecież wiadomo, że nie dlatego, by się tobie jakoś przypochlebić. Po prostu myślałam, że pojedziemy za kilka dni do mojej siostry do szpitala rejonowego. Ona właśnie urodziła, są już w końcu z Markiem prawie rok po ślubie i weselu, na którym było bardzo przyjemnie, bardzo przyjemna atmosfera. Leży na oddziale, bo Patryczek złapał prawdopodobnie żółtaczkę. Nie wiadomo, do jasnej i ciasnej, skąd. Mama podejrzewa, że to wina lekarzy, którzy są niekompetentni, nie mają dobrej woli względem pacjenta. Czasami nawet przez to ludzie umierają, zabici przez lekarzy, którzy właśnie powinni im. tym pacjentom, najbardziej pomagać, przecież to jakiś absurd, paradoks. Poza tym na powszechną skalę tak zwane łapówkarstwo, lekarze nie mają za grosz lojalności, za grosz motywacji do wykonywania swojego zawodu. Można przeczytać o tym w bieżącej prasie, w tygodnikach, usłyszeć w programach telewizyjnych, po prostu wszędzie.

Ja milczę i postępuję tak, by jak najmniejszą powierzchnią się z nią stykać. Czuję się całoliniowo przegrany, minus dziesięć punktów i dyskretny rzucik z jej śliny na mojej twarzy, gdy do mnie mówiła. Sandał ortopedyczny odbity na mojej twarzy. Ciężkozbrojna armia cofa się w panice do najgłębszego wnętrza spodni. Całkowity odwrót, całkowity popłoch.


Tak więc już wtedy robię się mało rozmowny, gdyż lędźwie dostały już cynk, że nie jest to ten adres, co trzeba i żadnego przedłużania gatunku nie będzie. Dżordż również chce już iść z tej imprezy, bo wie, iż nie będzie ani konkursów, ani gier sprawnościowych. Więc biorę i przesuwam się nieco dalej w kierunku zasłon, co by ona sobie za wiele przypadkiem nie wyobrażała, że chcę z nią zostać przyjaciółmi. Co staram się, by nie była o tę moją emigrację obrażona, a co ona chyba jednak jest. No to od razu staram się całą sytuację jakoś zatuszować, by się nie czuła specjalnie urażona i by nie było, że nie mamy tematów na rozmowę i do siebie ostentacyjnie milczymy. Więc pytam się, czy słyszała jej siostra o takiej chorobie zatrucie ciążowe. Ona mówi, że owszem tak, że jest to dokuczliwa dolegliwość kobiet w stanie ciężarnym.

Wtedy ja wstaję z wersalki. Idę kawałek w stronę okna. Potem idę kawałek w stronę drzwi. Gdyż jestem na skraju wytrzymałości i ostrzegam, iż jeśli za chwilę nie dostanę albo jakiegoś bro, lub też choć kropeczkę spida, lub choćby kostkę Rubikę do pokręcenia, to me nerwy zaczną najpierw puszczać oczka, potem pójdą się jebać i nie odpowiadam za to, co się stanie jeszcze potem. Gdyby ona mi choć włączyła komputer pasjansa pająka lub choćby kalkulator mi dała do ręki, co bym mógł obliczyć te tysiące i setki punktów, o które przez jej niedorzeczność, przez ogólnie zjebany charakter jej osoby, jestem do tyłu. Bo jest to liczba prawdopodobnie nieskończona, której co jak co, ale w pamięci się policzyć nie da. Chwilę myślę o tym, co by teraz było, gdyby Bóg miał choć za grosz przyzwoitości, uczciwości. Bo gdyby tak było, a nie inaczej, gdyby choć odrobinę dobrej woli, choć odrobinę logiki włożył do tego scenariusza, to teraz ja bym miał Magdę, gdyż ona od samego początku została kupiona w prezencie dla mnie. Ale nie. Nawet w pozornie uczciwym Królestwie Bożym korupcja, konfederacja, kopanie leżących, tuszowanie przed policją bagażnika od golfa pełnego spida. Nawet tam prywata, jawne wspieranie dilerstwa i prostytucji, eksportu dziewcząt polskich na Zachód. Sam Bóg pozuje na takiego niby wielkiego lewaka, wszystkim po równo, ani więcej, ani mniej, tyle samo. A jak mnie nie walnie po łapie, oddawaj, Andrzej, Magdę, pobaw się teraz czym innym, teraz damy Magdę Kacperkowi. A potem jeszcze Lewemu, niech się pobawi czymś normalnym, za dużo czasu spędza przecież ten chłopak przed komputerem, przecież to mu szkodzi na postawę, skoliozę. A ty Andrzejek nie martw się, oddadzą ci ją, prawda chłopaki? Słowo Boga trzy palce na sercu. Ty się teraz pobaw Alą, ona jest trochę nie tego, że tak powiem, nieczynna i popsuta, ale to nie znaczy, że nie da się nią pobawić, chcieć znaczy móc.


Fakju, tak to ja się nie bawię – mówię pod nosem i patrzę do góry. Lecz to nie jest nawet żadne niebo, to jest sufit obłażący z tynku, i to nie jest lalka nawet chętna do zabawy, tylko zmarła przedwcześnie prezenterka telewizyjna, co w dodatku ubrała okulary w złotej oprawce i przegląda czasopisma, ślini sobie palec.

By chociaż ona mi ten kalkulator dała, co już podkreślałem. Bym choć przez chwilę miał jakąś rozrywkę, dodawanie, odejmowanie, pierw wszystkie cyfry od lewej do prawej, wtedy od prawej do lewej, a na końcu mnożenie. Wszystko bym obliczył. Odnośnie Magdy. Jej wzrost. Jej wiek. Długość jej włosów. Długość jej domniemanego życia. Kąt nachylenia Kacpra względem niej. Ilość spida we krwi. Procent jej satysfakcji. Zapewne niski. Zapewne ujemny. Szybkość, z jaką przybliża się armia ruska do miasta. Ilość sprzedanej kiełbasy. Wszystko bym policzył, gdyby mi ona dała kalkulator.

Ale ona nie. Ona siedzi, gapi się trochę we mnie, a drugą ręką poprawia sobie coś w zębach. I nawet jej nie przejdzie przez głowę, iż zaraz już nie. Iż oto waży się los jej kończynek przyklejonych na okno, oraz szyb w jej meblościance, iż to zaraz wszystko podpalę włącznie z jej włosami, które zresztą obetnę, oraz sam własnymi nogami podepczę na miazgę. W końcu mówię tak. Gdyż to już nie są przelewki: sratatata, co o mnie sądzisz, Andrzej, czy jestem ładna, czy jestem brzydka, czy ona jest taka jak ja. Gdyż ja jestem z natury dobry, ale chodzący przytułek Caritas też nie jestem, by wysłuchiwać antykoncepcyjnych pogadanek z poradników domowych i nawet nic z tego nie mieć, żadnej przyjemności, tylko melodramat i melorecytaeję, i długie rozmowy o sztuce, poezji i obronie życia poczętego przy zachodzie słońca.

A ty jesteś raczej oszczędny? – mówi wtedy ona jakby na pohybel moim myślom, jakby kopiąc leżącego, a masz, masz za swoje, nie chciałeś rozmawiać o pogodzie, nie chciałeś rozmawiać o zatruciu ciążowym, to będziemy rozmawiać o oszczędności, tak Andrzej, żarty się skończyły, kamera start, dzień dobry państwu witamy bardzo, moje imię Alicja Burczyk i teraz właśnie dla państwa wymienię wszystkie produkty po promocyjnych cenach, jakie możemy kupić, by prowadzić nasze gospodarstwo domowe oszczędniej i funkcjonalniej. Gdyż nie jest tak, byśmy kupując jak leci wszystkie produkty, wrzucając je do koszyka bez ładu i składu, mogli prowadzić dom skromnie i bezpiecznie. Zakupy to kwestia, którą należy dokładnie przemyśleć, zaplanować, obliczyć wszystkie za i przeciw. Spójrzmy, to mięso pozornie wygląda dobrze, ale proszę tylko spojrzeć na cenę, jest horrendalnie wysoka, szczególnie że obok leży zupełnie podobne mięso, zaledwie kilka dni wcześniej wyprodukowane, ale jeszcze zupełnie dobre, i kosztuje połowę mniej. Zadanie pierwsze brzmi, które mięso wybierzesz, Andrzej, bo chyba nie okażesz się na tyle rozrzutny, by wybrać to droższe, a w rezultacie zapewne mniej smaczne. Nie musisz odpowiadać, ważne, że się zgadzasz. Teraz prowadzimy nasz wózek na następne pole na naszej planszy. Przed nami półka z tekstyliami. Twoje zadanie, Andrzej, to wybrać najodpowiedniejsze skarpety. Owszem, te są dość trwałe, ale w ich cenie możesz mieć trzy pary mniej trwałych, choć równie dobrych. Doskonale, ten ruch głową zaliczam jako przytaknięcie i tym samym odpowiedź prawidłową. Więc ruszamy dalej, kolejne pole przedstawia półkę z alkoholami. Zadanie brzmi: nie kupuj alkoholu, a tym bardziej papierosów. Jeśli kupisz, automatycznie tracisz nagrodę. Jeśli nie kupisz – przejdziesz do dalszych etapów, które są równie wspaniałe i pełne emocji jak ten. I wiemy, iż ty jako człowiek poważny i rozsądny, przychylasz się do naszego wspólnego wyboru, kiedy to wszyscy na jedno hasło wstajemy i wszyscy razem wołamy głośno: alkohol precz, rozbroić fabryki tytoniu, zakazać sprzedaży alkoholu powyżej pięciu procent zawartości, Andrzej, wiercisz się niespokojnie, na pewno nie możesz doczekać się następnej planszy, która przedstawia stoisko z owocami. Koszyk A, oto drogie owoce sprowadzane z odległego Zachodu, pokryte grubą warstwą trujących pestycydów – zarazków roznoszonych przez Murzynów, którzy ich dotykali. A teraz spójrzmy do koszyka B, oto są owoce ruskie, nieco tańsze od naszych, ale są to sfałszowane podróbki, zapewne puste w środku. Natomiast w koszyku C prawdziwe polskie niedrogie owoce, nawet obite polskie jabłka smakują lepiej niż jabłka zgniłego Zachodu, rzecz jasna, Andrzej jest roztropny i wybiera koszyk C, a to jest wspaniała, prawidłowa odpowiedź, zapewniając nam wszystkim dobrą wspólną zabawę w dalszych etapach teleturnieju!

Czy mogę się iść wysikać? – pytam ponuro dosyć, po czym szybko lecę do kibla. Głośno puszczam wodę i w nadziei, iż nic nie słychać, trzepię wszystkie szafki. Poziom narkotyków jest w tym domu taki. Jeden nervosol. I jedne pudełko panadolu. Co pośpiesznie sobie zapodaję oba te drągi superciężkie, gdyż nagle zaczęłem obawiać się. Że oszalałem może albo coś, za dużo spida walniętego przez ostatnie dni, zwarcie w blachach, bałagan w kablach. Tak tak, Andrzej, teraz panadol, nervosol, a potem dworzec, od razu słyszę i rozglądam się, lecz to tylko echo w mej głowie tak grało. Impotencja, zero zainteresowania kobietą, co siedzi obok, wręcz może homoseksualizm, i gdy to tylko pomyślę, od razu patrzę w lustro, czy widać może na mnie jakieś fizyczne znamiona pedalstwa, lecz nic się nie mogę dopatrzyć, żadnego śladu.

Zaraz, by nie zbudzić podejrzeń, jestem z powrotem i siadam na swe miejsce. Zabawa trwa nadal. Witamy po przerwie. Ten etap polega na kupieniu najodpowiedniejszego dla ciebie, Andrzej, obuwia. I tu dajemy ci do wyboru fantastyczne i funkcjonalne buty z CCC, która to firma ma swoje filie na terenie całego kraju. Są to buty na każdą pogodę, gdyż wszystkie są równie praktyczne, równie łatwe w użyciu, po prostu zakładasz i nosisz, do pracy i po domu, do spódnicy i do spodni. Do spodni – odpowiadam szybko, by jak najszybciej mieć za sobą prawidłową odpowiedź i nie zostać publicznie oskarżonym o pedalstwo i inne trans.


Otóż to! jest coraz goręcej, coraz więcej emocji, gdyż okazuje się, Andrzej, że jesteś taki, jak powinieneś być, oszczędny, praktyczny, a teraz kolejny etap naszego wspólnego programu. Pytania są tu kontrowersyjne, może nawet krępujące, czy opowiadasz się za tak, czy za nie, napotykając ni stąd ni z owad na naszej wspólnej planszy klasyczną rodzinę sześcioosobową, i jak się teraz zachowasz, czy przesuniesz swój egoistyczny, hedonistyczny, samolubny koszyk na bok i ustąpisz miejsca prawdziwym wartościom, czy będziesz pchał go pod prąd, potrącając i przewracając dzieci boże, depcząc im po małych, bezbronnych stopkach, wytrącając im z rączek niedrogie i krzepiąco słodkie lizaki serduszka? Czy przejedziesz po stopach temu mężczyźnie, który tak ciężko pracuje, by utrzymać przy życiu swe płody rolne? Czy ustąpisz miejsca w autobusie kobiecie z dzieckiem na ręku? I nawet jeśli nie odpowiadasz, twoja twarz mówi za ciebie, że jesteś człowiekiem przyzwoitym i w przyszłości chciałbyś mieć wiele dzieci.


A teraz przechodzimy na innej kategorii, do której jesteś może lepiej przygotowany, bo może to właśnie twoje hobby, którym się interesujesz, dajmy na to, choćby to, czy jesteś z natury nieśmiały, skup się teraz dobrze, to pytanie jest proste, na rozgrzewkę, przecież wszyscy, i ja, i publiczność w studio, jesteśmy tu z tobą i trzymamy kciuki, byś wygrał w tym programie, to zadamy ci inne pytanie. Tym razem na temat psychologii, bo się nią bardzo interesuję, jakie są korelacje międzyludzkie, jak możemy siebie samych zmienić, nad sobą pracować, by zwalczyć swoje słabości, uzdrowić swoje życie z lęków i niedoskonałości, i stać się świadomymi swojego poczucia własnej wartości. Bo widzę po tobie, że jesteś spięty, mało swobodny, może dlatego nie potrafisz dać odpowiedzi na tak elementarne doprawdy pytania, może krępujesz się mnie, a tak nie może być, jeśli mamy zostać prawdziwymi przyjaciółmi, bo w takiej sytuacji powinniśmy być wobec siebie swobodni, szczerzy, spontaniczni, nic przed sobą nie ukrywać, największych swoich słabości. Bo teraz mówię to tobie, jak również do wszystkich osób fizycznych oglądających nasz program: przyjaciel to osoba, wobec której zawsze możemy pozostać sobą i nie tłumić w sobie naszych emocji, a czy i ty masz swojego przyjaciela? Napisz nam o tym, na odpowiedzi na kartkach pocztowych czekamy do końca tygodnia, czekają nagrody rzeczowe, prenumerata mojego ulubionego czasopisma. Ale wracając do zabawy: może teraz inne pytanie, zadane w ten sposób, gdyż tamto może było sformułowane dla ciebie zbyt trudno, dlaczego jesteś tak małomówny, czy to z powodu obecności mojej osoby, czy to ja cię krępuję, jeśli chcesz, to wyjdę, a telewidzowie na chwilę zamkną oczy i będziesz mógł swobodnie się przygotować do wypowiedzi na zadane tematy, ustalisz, co na nie sądzisz, możesz zrobić sobie notatki, szkielet wypowiedzi, a porozmawiamy później, w tym czasie zrobimy przerwę w nagraniu, nasza publiczność zebrana w studio wstanie i wszyscy na raz podnosimy ręce do góry, bierzemy głęboki oddech i wkręcamy żaróweczki, a ja natomiast teraz wstanę z fotela, o tak, zdejmę swoje piękne okulary, które były relatywnie drogie, nawet wziąwszy pod uwagę, że było to jeszcze w szkole podstawowej, lecz był to zakup prawie ponadczasowy, odłożę moje ulubione czasopismo, sponsorujące zresztą nasz program i powiem ci Andrzej coś zupełnie szczerze, że to ja jestem nagrodą w tym programie, jeśli odpowiesz prawidłowo na wszystkie pytania, jeśli przyznasz mi rację, jeśli okaże się, że masz takie same zainteresowania, to możesz mnie pocałować, w usta, ale bardzo delikatnie, bo ja mam bardzo wrażliwe usta, które zaraz pękają, schodzą razem ze skórą, odrywam je płatami, odrywam je z całą twarzą i wszystkimi wnętrznościami, ale to nic, nie ma się w sumie czym martwić, bo zaraz odrastam jeszcze lepsza, z jeszcze dłuższymi niż teraz włosami, i krzyż, który mam na szyi, o, widzisz, odrasta jeszcze większy, jak również moje sandały ortopedyczne, stopy i ręce. Ale wracamy do naszego programu, pozdrawiamy wszystkich widzów przed telewizorami i publiczność zebraną w studio.

A tę rundę rozpoczniemy od kluczowego zadania, dzięki któremu nie wszystko jeszcze stracone – możesz nawet znaleźć się jeszcze w finale, rozluźnij się, gdyż jest to pytanie ostatnie i teraz ważą się twoje losy, czy dostaniesz główną nagrodę, czy też nie mamy o czym ze sobą rozmawiać, i wtedy koniec – publiczność zebrana przed telewizorami kieruje kciuki obu rąk w dół i na sygnał, który pojawi się w rogu ekranu, opluwa telewizor, a tego przecież nie chcemy, więc weź głęboki oddech, wypluj gumę, pytanie brzmi: co studiujesz?


Co studiujesz, Andrzej? – mówi Ala z powrotem zakładając swe magiczne pozłacane okulary, czary mary hokus pokus i studiuję ekonomię, lubię dobrą książkę i dobry film, nie słucham żadnego rodzaju muzyki, poznam kulturalnego chłopca bez nałogów w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat celem poważnego, kulturalnego związku.


Ja milczę. Milczę. Ona patrzy na mnie badawczo, czyżbyś nie znał odpowiedzi? Skup się, na pewno znasz, przecież na pewno coś studiujesz, inaczej nie byłoby cię tutaj, przecież wszyscy coś studiujemy i się tego nie krępujemy, wręcz otwarcie to przyznajemy, pomyśl dobrze, na pewno przecież pamiętasz.

Dobrze, to skoro nie możesz sobie przypomnieć, podpowiedz pierwsza, posłuchaj uważnie: a więc jest to kierunek studiów… związany z administracją… z zarządzaniem…


Administracja i zarządzanie! – mówię natychmiast i przyduszam odpowiedni klawisz na wersalce, co by ta odpowiedź nie wzięła dupy w troki z ekranu, zanim zdążę ją wybrać. I patrzę na Alę niepewnie, czy to jest prawidłowa odpowiedź.

Ona patrzy trochę badawczo, czy to na pewno ta odpowiedź, czy na pewno chcesz ją zaznaczyć, czy jesteś pewien, czy na pewno chcesz ją zaznaczyć?

Wtedy ja już na totalnym wydechu powtarzam, że administrację i zarządzanie.

O kurczę pieczone! – mówi ona, gdyż prawdopodobnie odpowiedź okazała się prawidłowa. Ja też to miałam studiować, ten kierunek wybrali dla mnie rodzice już w podstawówce, jednak nie dostałam się z braku wolnych miejsc, zresztą moja mama mówi, że to nie żaden brak wolnych miejsc, tylko że nie dostałam się ze względu na korupcję, kumoterstwo, niekompetencję elit rządzących i złą sytuację w kraju, a poza tym mama mówi, że ekonomia też jest dobra, a nawet lepsza, korzystniejsza, ma większe perspektywy i właściwie nie chcę cię przerażać, nie chcę cię martwić, ale administracja i zarządzanie jest to kierunek całkowicie skazany na upadek, po ukończeniu którego nie dostaniesz pracy w żadnym szanującym się przedsiębiorstwie. To samo zresztą powtarzam zawsze mojej koleżance od serca Beacie, która wtedy się dostała i myśli, że teraz raptem świat leży u jej stóp, cała Polska z Rosją włącznie.


Wracam na festyn – mówię na to, nie znosząc sprzeciwu. Gdyż to już jest koniec tego programu, a czy wygrałem, czy przegrałem, to cokolwiek by się działo, nagrodę główną się zrzekam na rzecz sierot, na rzecz Polskiego Związku Administrantów Polskich, na rzecz mego kumpla najlepszego Kacpra, niech on tę nagrodę ma, jemu się ona pełnoprawnie należy, on może będzie miał na nią chęć. I chuj, że w moim obliczeniu, w mojej punktacji jestem setki milionów punktów do tyłu, co bym musiał teraz wziąć Magdę tysiąc razy pod rząd plus jeszcze po kilka razy Andżelę jako dziewicę, by wyjść jakoś na prostą z tymi punktami i nie stracić twarzy.

Okej – mówi Ala i cieszę się, iż jest w końcu gamę over, czas antenowy się kończy i program „Gotuj z nami” wraz z nim dobiega końca, nasza pieczeń z łabędzia jest gotowa do spożycia po zdjęciu tekstylnych dekoracji, na razie jeszcze w bluzce typu golf wygląda dość nieapetycznie, ale smakuje wybornie, chociaż jest odrobinę łykowata. Można serwować na bankietach i grillach w rodzinnym gronie oraz oficjalnych przyjęciach formalnych.

Szkoda, że już musisz iść, miło się z tobą rozmawiało, jesteś fajnym kolegą. Poczekaj jeszcze momencik, chciałam pokazać ci zdjęcia z wesela mojej siostry, to było bardzo przyjemne przyjęcie, bardzo smaczne, choć skromne potrawy, bardzo przyjemna, rodzinna atmosfera. Siedź tu i nic nie dotykaj – mówi pieczeń z łabędzia i wygładza golf, poprawia ustawienie złotego krzyża na swych piersiach. I idzie. A ja w tym czasie tej chwili sam na sam ze sobą, oko w oko z kwiatami doniczkowymi i papużkami falistymi w jej pokoju, nie marnuję. Choć po zażyciu wymienionych już powyżej specjalnych środków czuję się jakby spokojny, wyrachowany. Gdyż jeszcze tego nie wspominałem, ale taki system to ja pierdolę, i z takim systemem ja współpracować nie będę, w żadnych wywiadach publicystycznych, w żadnych „Wybacz mi” o poezji nie będę występować jako uczestnik, tego jednego jestem pewien. I biorę. tak. Wpierw ustawiam kwiat doniczkowy na dywan, wyjmuję dżordża i w ostentacji sikam do doniczki, co z nerwów przed wykryciem leję nierówno i nie zawsze idealnie trafiam, tak że część idzie na dywan. Nie wszystko wchodzi, więc jeszcze resztę, co zostało, to stawiam na ziemię klatkę z papużkami i odreagowuję mocz na nich, na ich poidełku. Co one w międzyczasie drą te swoje krzywe pyski i uciekają po drążkach, aż się boję, by łabędziowa tu nie przybiegła zaraz zwiedziona ich odgłosami kaźni. Spokojnie, ścierwa – mówię do nich – odrobina moczu normalnego człowieka lepiej wam zrobi niż hektolitr psychicznie chorej wody od matki przełożonej.

Wtedy one jednak jak nienormalne drą mordę dalej i zaraz zaczną próbować z desperacji odlecieć do ciepłych krajów po pomoc, po posiłki, gdyż ta wariatka tak je wychowała, że w towarzystwie przeciętnego człowieka one się nie umią porządnie zachować, tylko są szczute i napuszczane na przyzwoitych, umysłowo normalnych ludzi, są skłonne wyraźnie zrobić mi co złego. Więc wtedy ja patrzę tak na nie, jakie są głupie zupełnie jak ich sucza matka Ala, pewnie studiowały ekonomię, albo tak: ta po lewo bankowość i rozporządzanie, a ta po prawo finanse i finanse. Wasza matka jest pierdolnięta – mówię im cicho jakby w sekrecie i szeptem spluwam temu jednemu na łeb.


Okej. Wtedy już na luzie całkiem biorę sobie jeszcze do kieszeni parę rzeczy, co leżą na wierzchu, długopis w konwencji podhalańskiej w kształcie ciupagi, złoty pierścionek z kamyszkiem i klej szkolny w sztyfcie, bo to zawsze może się przydać. Są to nagrody pocieszenia w tym programie ufundowane przez prowadzącą, co by nie było, że jestem tak do końca na minus, bo niby jest tak, że punkty odejmują mi się z każdą chwilą same od siebie i przyjmują wartość coraz bardziej malejącą, ale jakby co, to jakieś korzyści z całej tej imprezy odniosłem. Wtedy ustawiam wszystko jak było i szeptem, w całkowitej konspirze otwieram drzwi, co rozlega się od razu z nich pokaźny, przeciągły jęk.

Idziesz gdzieś? – woła Ala z otchłani, z jakiś odległych nieistniejących pokoi, z klubu książki, co na półkach w porządku alfabetycznym stoją albumy, fotografie, literatura, proza, zdjęcie Ali i jej siostry witających proboszcza solą i chlebem w ludowych strojach kaszubskich oraz dyplom ukończenia szkoły podstawowej z wynikiem z czerwonym paskiem oraz za wzorową pracę skarbnika klasowego.

No i kiedy ja słyszę, iż ona jest gdzieś zapewnię daleko i nie zdoła dobiec tu nim ja wyjdę, to zbiegam po schodach, łapię w rękę adidasy i wybiegam z tego domu, trzaskając furtką. Gdzie dyszę ciężko i się oddalam, gdyż gdy ona stwierdzi mój brak oraz zaszłości zaszłe w jej osobistym ekosystemie w kwestii flory i fauny, będzie źle, może zacząć mnie gonić lub też, co gorsza, chcieć mi pokazać te zdjęcia.


Pierwszy lepszy autobus, co akurat przyjechał, więc siadam do niego, choć muszę stwierdzić, iż czuję się słaby, jakby senny, iż bym teraz mógł tak tym autobusem jechać bez końca, i nikt by mi nie zarzucił braku biletu, gdyż nawet nie mógłby mnie stąd ruszyć, tak jestem ciężki, iż ten cały interes może się w jednej chwili zawalić. Jedziemy wolno również najprawdopodobniej przez mój ciężar, ciężar moich rąk, które są tak ciężkie iż nie mogę ich podnieść, tylko wiszą. Boję się iż zaraz spadną mi na podłogę razem z resztą ciała, i już nikt ich stamtąd nie ruszy, nie podważy. Jedziemy coraz wolniej i miasto również porusza się powoli, jak gdyby falą morską przysuwa się i odwleka, zdalnie sterowane przez znudzonych, pijanych jak świnie radnych. Chmury są nad miastem jak złowrogie brwi zaciągnięte. Bóg się wkurzył, Bóg robi porządki. Lecz takiej Ali, jak by tu była, nic by nie było straszne, to muszę przyznać. Gdyby nawet się waliło i paliło, ona by pokazała swą legitymację studencką plus by wyciągnęła spod kurtki swój krzyż i panikujący tłum zadeptujący sam siebie nawzajem by rozstąpił się przed nią, o, studentka ekonomii, kulturalna, najwyraźniej katoliczka, co prawda z jakimś chłopakiem nieco sennym, zapewne upośledzonym swym synem, ale w takim wypadku tym bardziej trzeba jej pomóc go podnieść z siedzenia, odkleić go od dermy. Rozsunąć się, przepuścić, może mają ważne sprawy, idą właśnie wypożyczyć najnowszą książkę Bolesława Leśmiana, idą właśnie po przydział na ziemniaki, pożar poczeka, pożar nie ucieknie, odsuńcie się i przepuście.


Tak sobie właśnie myślę, że chujowo zrobiłem, że jej ze sobą nie wzięłem. Bo teraz ona by mnie jakoś poprowadziła lub chociażby poprawiła mi ustawienie rąk w kolejności alfabetycznej, a tak to zapewne w tym stanie dojadę do Uralu i nikt mnie nawet nie obudzi jak będą święta Bożego Narodzenia, matka moja w rozpaczy, gdyż kupiła mi prezent, a tu nagle stwierdza iż Andrzejka niet, nie ma, chociaż jeszcze kilka miesięcy temu dzwoniła na mieszkanie i był. A teraz go raptem nie ma, od wielu miesięcy jedzie niekomfortowym autobusem marki PKS na koniec świata, na stypendium. Myślę, iż ona jedna jeszcze będzie w tej sytuacji o mnie pamiętać, pośle mi szczotkę do zębów, jakieś zapasowe skarpetki, dżem, igłę z nitką i życzenia dużo dobrego humoru. I gdy tak myślę, myślę nad tym, jak me życie jest chujowe, że tyle przegrałem, a jeszcze więcej, diabli wzięli sobie mnie na pamiątkę i gdy tak nie jestem do końca pewien, czy już może umarłem albo może jeszcze nie. gdyż autobus zdecydowanie jedzie, ale jak gdyby przez mgłę, przez dym, co roznosi się wewnątrz niego. I me powieki są automatycznie zamykające, gdzie nie spojrzę, tam zaraz zasuwają się na powrót, lecz zawsze zdołam zauważyć, że wszędzie pełno jest dymu, a pasażerowie są jak gdyby pozbawieni granic, rozlewają się po całym autobusie, gdyż dzień jest raczej ciepły. Jak również zauważam, iż ich głosy dochodzą jakby zza waty, zza ściany, z ciepłych krajów, z drugiej strony.


I wtem, gdy tak myślę coraz to wolniej, coraz to większymi literami, coraz to mniej wyraźnym pismem, to nagle słyszę tak. Słyszałeś już?

Takie pytanie słyszę. Jest ono dość wyraźne, powtórzone kilka razy na tle silnika spalinowego, co w nim wieje jakiś szczególny głośny wiatr, wręcz cyklon. Nie – planuję odpowiedzieć, lecz okazuje się to szczególnie trudnym zadaniem na tej klasówce, gdyż nijak ni w tę ni wewtę nie mogę ruszyć ustami, gdyż są one jak gdyby zalane betonem, doszczętnie zaklajstrowane klejem z mąki lub innym gipsem, jedne zęby zalakowane do drugich i oprawione pieczęcią, ściśle tajne, nie otwierać. Natomiast jedno, co jeszcze stwierdzam, to iż nie mam języka w ustach, musiał mi gdzieś na jakimś zakręcie wypaść, potoczyć się pod siedzenia. Natomiast w ramach miejsca po języku w mych ustach występuje jakiś twór mięsopodobny, wąż gumowy, którym za chuja nie umiem sterować.


Słyszałeś? – mówi tak do mnie ktoś ciągle, rozlegając się echo, a na dodatek coś mnie z jednej strony szarpie, jakiś dodatkowy, pomocniczy wiatr w lewe ramię.

I po wielu zmaganiach udaje mi się wcisnąć właściwy przycisk, tak że mówię zgodnie z prawdą coś brzmiącego podobnie jak „nie”, lecz jak gdyby z ustami pełnymi niezidentyfikowanych ziemniaków, kartofli. Z miejsca odczuwam lęk, iż może przeszłem teraz za sprawą swojego gadulstwa, swojej prostolinijności do kolejnego etapu i trzeba było nic nie mówić, to by może zgasili tą kamerę.

I tak jest istotnie. Jak mówię to „nie”, to cała karuzela kręci się na nowo, wiatr szarpie mnie za ramię, silnik warczy, i teraz z kolei kolejne pytanie do mnie brzmi „nie słyszałeś?”. Nie słyszałeś i nie słyszałeś, jak nie zrozumiałeś pytanie, to zadamy ci je jeszcze raz, i jeszcze raz, i tak do końca, aż odpowiesz, aż odpowiesz, i możesz umrzeć, lecz publiczność chce wiedzieć, słyszałeś, nie słyszałeś, publiczność chce znać prawdę.

I pełen ufności w swe umiejętności artykulacji staram się jeszcze raz podkreślić, że nie, lecz wtedy już mi to nie wychodzi tak dobrze, tylko jakoś inaczej, mniej zrozumiale, być może nawet mówię coś pośredniego pomiędzy „tak”, bo sam już nie wiem, słyszę tylko szum, a dym jest coraz gęstszy, coraz mniej przejrzysty i widzę to w chwili, zanim ostatecznie zamykają mi się oczy.


* * *

A potem jest długa przerwa gorzej niż śniadaniowa i gdybym miał to przedstawić graficznie, bym musiał namalować całą kartkę czarne i najwyżej kilka białych trzykropków. Gdyż przebudzam się dopiero, gdy stwierdzam, iż zdecydowanie idę, choć może raczej toczę się niczym kupka kamieni owinięta szmatą i jako tako trzymająca się niby kupy, lecz mogąca się lada chwila rozsypać. Tak czy siak wygląda na to, iż jestem w ruchu. Lub też może być tak, iż to ulica przemieszcza się w stosunku do mnie, przewija się tuż przede mną niczym jebnięta taśma biało-czerwona naszpikowana flagami jak gdyby tort urodzinowy, ciasto zrobione dla mnie przez mamę Izabelę z okazji mego powrotu z nieprzebranej ciemności, gdzie byłem najwyraźniej na jakiejś rekonwalescencji, resocjalizacji. Gdyż tak to sobie mogę tylko wytłumaczyć. Ja przywożę różne turystyczne wspomnienia, pamiątkowe landszafty, na których widać tę właśnie ciemność uchwyconą zarówno w dzień, jak i w nocy, z profilu, i z lotu ptaka, a która zawsze wygląda tak samo i jest kategrycznie czarna. Mam też jakieś zdjęcia zrobione własnym aparatem, ja na tle ciemności, na których mnie nie widać, lecz prawdopodobnie tam byłem. Przywożę też ci Izabelo również trochę ciemności w słoiczku, specjalność regionu, trochę napoczęta, gdyż było złe żywienie, jakby niekaloryczne, mało pożywne.


Wtem rozlega się beknięcie i zauważam wtedy, iż siła, która mnie napędza, jest to Lewy, trzymający mnie przyjacielsko pod ramię i w pasie. My się przemieszczamy, a to ulica stoi w miejscu poza małymi wyjątkami przechodniów – to również stwierdzam. Lecz skąd się tu wzięłem, to me wspomnienia są naprawdę dość wolno się krystalizujące, lecz na pewno był to któryś z etapów teleturnieju, czy po śmierci wolałbyś pójść do nieba, czy piekła, ja zapewne wybrałem nieopatrznie nieodpowiedni przycisk i tym samym złe odpowiedź, lecz teraz jestem już z powrotem razem ze wszyskimi w studio, wszystko na swoim miejscu, nienadpalony, od biedy mogący nawet chodzić. Choć chwilę się boję, iż było to pytanie o homoseksualistach i teraz dlatego stąd ta krępująca sytuacja z ramieniem i ręką jego na mojej talii.

Co się tak do mnie kleisz? – oburzam się na to, jednogłośnie stwierdzając, iż dosyć mogę mówić, choć przykładowo nie mam już śliny w ustach, totalna melioryzacja mych ust, osuszanie bagien, przez co odczuwam pewne zgrzyty w zawiasach.

I wtedy zupełnie niechcąco uruchamiam burzę ze strony co jak co, ale mego kolegi, Lewego. Który wtedy nagle wszystko uświadamia mi w tonie nieco wulgarnym i nieczułym, iż nie wie, czego się naćpałem, lecz musiało być grubo. Iż grubszą się miało jazdę, desperka i samobój, po prostu haloperidol. autobusem się na tamten świat jechało. I mówi jeszcze, iż dobrze, że akurat jechał w tamte stronę jako mój kolega i przyjaciel, bo by był grubszy ze mną sztapel, bocznica, detoks albo nawet całkowita śmierć, gdyż już w takim byłem stanie, iż trzech przypadkowych pasażerów i jedna pasażerka żeńska musiało mu pomagać wyjąć mnie z tego autobusu na odpowiednim przystanku, straszna siara na całe miasto, a jeszcze upierdoliłem mu komórkę śliną, co ją toczyłem na wszystko, niczym po prostu bym oddychał tą śliną. A jeszcze na końcu podkreśla jako przykład, iż zainwestował na moją rzecz całego rzuta spida w moje dziąsła, bym jakoś szedł po ludzku, a ja mu jeszcze wyjeżdżam z jakimiś gejoskimi ciągotami, gdyż on z własnej woli kota by prędzej wziął pod rękę niż mnie, gdyż w ogóle nie jestem w jego typie. A podobno jeszcze jak mi zapodawał rzuta to mu ufajdałem śliną całe rękawy po łokcie od kurtki, co mi on nawet demonstruje mokre plamy, lecz mi to bardziej wygląda, że on zrobił co najmniej jakąś grubszą przepierkę wcześniej a teraz wkręca mi jakiś chory film.

Ja na to bym chciał coś odpowiedzieć, żeby się odpierdolił, gdyż łyknąć sobie na zszargane nerwy nervosolu z panadolem to nie jest jeszcze żaden grzech, co bym się z niego miał spowiadać na Sądzie Ostatecznym przed wujkiem Lewym, co też bezgrzeszny nie jest w tej kwestii, gdyż sam sobie lubi ostrzej przypierdolić. Lecz nic nie mogę powiedzieć, gdyż on cały czas napiżdża od rzeczy, co do końca nie rozumiem. Że cośtam, że gdyby oni wiedzieli, że tak zareaguję na tę wiadomość, to by wcale nie mówili, tylko cicho sza, tematu nie ma.

Niby że czego jaką wiadomość? – mówię do niego nagle zaskoczony.

No a nie słyszałeś? – on mnie się wtedy pyta niczym głupiego – nie słyszałeś, że Magda nie wygrała na miss?

Ja wtedy zaczynam kumać, że tu się zrobiło na mieście jakieś czary mary pod moją duchową nieobecność i że nie wszystko z tego melanżu jest do końca dla mnie jasne i logiczne. Na jedną chwilę się trochę najebać, na jedną chwilę zniknąć, zostawić ten cały interes sam sobie, a w jeden moment robi się syf i epidemia jednego wielkiego burdelu.

Jak nie wygrała? – mówię – jak niby nie wygrała skoro miała wygrać?

Miała, miała, ale to, że miała, to jeszcze nic nie znaczy. Sciemiony prezes dał dupy. Miał długi odnośnie jakiegoś Sztorma, co jest niby szychą, ma udziały w piasku i czasopismo „Piasek Polski”. I Natasza wygrała, co ze Sztormem przyjechała jego samochodem, a jeszcze była z nimi jakaś taka pizdowata metalowa, co dostała tytuł „Miss Publiczności”, choć na sto procent to żaden normalny facet by nie dał rady jej puknąć na trzeźwo.


Milczę na to, gdyż jak ja pukałem Andżelę, to byłem na spidzie i równanie się w takim wypadku zgadza, lecz to nie oznacza, iż mam ochotę naraz o tym dyskutować, bo nie mam, bo podkreślam, iż czuję się teraz kategorycznie źle, szczególnie nervosolem mi się jak gdyby odbija.

No to idziemy tam niby do amfiteatru, niby w tym kierunku, ale jednak gdzie indziej, bo nie jest tak, by bynajmniej Lewy był usposobiony pokojowo. Podejrzewam go nawet, iż sam sobie odstąpił nieco z tego spida, sam sobie dosyć tyle pożyczył, co mnie cucił z tej na szeroką skalę apatii i bezsilności. I za to mu chwała i respekt, że mnie owszem uratował od zguby, ale musiał sobie zapodać jakoś sporo, gdyż oko mu mruga, niczym mruganie okiem byłoby jego nerwicą obsesji lub gdyby brał przykładowo udział w zawodach w mruganiu okiem, kto szybciej mruga, ten wygrywa. Mruganie okiem zawód wyuczony, mruganie okiem ulubione zajęcie w czasie wolnym oraz postępujące uzależnienie od mrugania okiem.

On jest cały w nerwach. Najwyraźniej wpierdoliłby komuś, chociażby nawet i mnie. Mimo nawet iż po piersze jest moim kolegą i kumplem, po drugie puknął moją dziewczynę i to zapewne nie raz i nie dwa, a po trzecie zatracił na rzecz mojego zgona całego rzuta, to mu teraz się nie opłaca mnie zabijać, bo towaru na powrót i tak nie odzyska, czysta marnacja i zero zysku z poważnej inwestycji. Niejednak usiłuję nie iść zbyt blisko niego.


Suszy mnie, kurwa nędza – mówię mu, mój głos wydobywając się spośród zwałów śliny w stanie stałym. A gdybym przykładowo nie miał na tyle kultury, by po chamsku splunąć, lecz nie robię tego. Gdyż obawiam się, co by na chodnik ni mniej ni więcej nie wyleciała ma ślina w kostkach lub tym bardziej płatach, może nawet zwojach. Zastanawiam się, czy to nie jest wina jakiegoś ściemnionego towaru od Wargasa. Jako że ten typ zawsze trzyma rzuty wewnątrz buta z nie wiadomo jakim innym tałatajstwem i o zatrucie nie jest w dzisiejszych czasach przez to trudno. Teraz może nawet zaraz skonam tu w męczarniach, gdyż całe wodę, jaką w sobie miałem, wyplułem wcześniej Lewemu na katanę i teraz nie ma już we mnie złamanej kropli, a krew w proszku przesypuje się na prawo i lewo z jednej do drugiej żyły.

To pij kurwa, a nie gadaj – mówi mi Lewy świetną poradę życiową, maksymę i przysłowie na całe życie do haftowania na makatce. Z kałuży pić nie będę, nie? – odpowiadam mu posępnie, gdyż również w nastroju na żarty, rebusy słowne i zagadki nie jestem. Wtedy on się lituje w miarę, gdyż on tu, jakby nie było, fundował towar i on tu teraz jest master of ceremony. on tu teraz zapuszcza kawałki, więc idziemy na Mc Donald's. I wchodzimy niczym dwuosobowa drużyna imienia Matki Amfetaminy. Duże kole -mówię w konwencji dość szorstkiej do kasjerki, że aż ona wychyla się podejrzliwie spod swego super firmowego daszka, po czym równie podejrzliwie jest skłonna na nasz widok zalepić kasę przylepcem. I również podejrzliwie idzie na zaplecze. Lewy jest dość tyle podkręcony, że cały czas zaczyna napiżdżać różne rzeczy w kierunku tej kasjerki, choć ogólnie rzecz biorąc ona nie ma szans tego na swym firmowym zapleczu usłyszeć, szczególnie iż swe firmowe uszy ma ściśnięte oraz zatkane firmowym daszkiem.

Co kurwa, lej tą kole i streszczaj się z tą masturbacją ekspres przez fartuch, bo Silnemu chce się pić, kurwa, a jak nie, to ja tam wejdę i ci pomogę, lecz tego byś nie chciała. A gdy on tak mówi, ja sobie uświadamiam, iż on ma prawdę i sporo racji w tym, że jest tak szorstki i oschły wobec kasjerki. Gdyż prawda jest taka, że w jedne taką kole jest naliczone również dla niej za jej pracę i uprzejmość obsługi z co najmniej dwadzieścia groszy i nie może być tak, iż ona ma akurat ciotę, to robi miny, fochy i feministyczne nalewanie koli przez pół godziny po gram na minutę, jak mi się akurat chce pić. Tak więc również się podkurwiam razem z Lewym i tak stoimy we dwóch i mówimy za pusty bar: dawaj, kurwo babilońska, nie rób loda Babilonowi, tylko dawaj tą kole, bo naszczujemy na twe skundlone dzieci kapitalistów, co im wpierw ogryzą rączki, potem nóżki, potem pisiolki, a na koniec ciebie same odgryzą i już ci nie będzie już tak lekko szło z przyczepnością, będziesz zapierdalać na chmurze i czynić cudy, uzdrawiać wiernych z biegunki.

Z pierdolonej wysypki! – ryczy Lewy, aż się wszystko trzęsie, wiatr wieje, a na tekturowym klaunie pojawiają się zmarszczki, pęknięcia.

A gdy ona wreszcie posłusznie się pojawia i niesie w jednej ręce kole, i zarówno jak ją lekko wystraszona mi podaje, a ręce jej się trzęsą mówiąc cztery złotych czterdzieści groszy, to Lewemu wtem coś odpieprzą i on mówi raptem do niej: e. A gdy ona podnosi głowę z lękiem, to on dodaje: Osama i tak cię zapierdoli.

Ja wtedy słucham tego. co on mówi i myślę, iż to jest mój dobry kumpel, wesoły, z poczuciem humoru, i że nie można tak dać Brukseli się robić w chuja. Więc podchwytuję wątek i mówię: Osama cię zajebie za robienie laskę eurocwelom.

Zarówno ja jak i Lewy jesteśmy wtedy śmiertelnie poważni, nawet oko przestało się puszczać Lewemu, co gdyby jak zwykle się puszczało, to mogłoby być cała sytuacja wzięte za głupi żart, lecz nie jest.

Toteż ze strony kasjerki konsterna. Cisza. Ręka drżąca na firmowym walkie-talkie. Daj mi to – mówi jej Lewy w tonie raczej wulgarnym, wskazując głową na słuchawkę – zawsze chciałem takie gówno mieć na Pierwszą Komunię.

A gdy tak mówi, z jego ust leci wiatr, co rozwiewa kasjerkę, podwiewa jej włosy, rozpina je fartuch. Ona trochę się waha, niczym by się miała co najmniej rozpłakać i zaraz możliwe, że nawet zapłakać gorzko: nie dam, nie dam, to moje, ja to dostałam od szefa. Lecz tak się nie dzieje, ona jakby z frustracją odpina z paska tą słuchawkę i ją Lewemu zgodnie z przykazaniem daje z miną niczym zarzynane zwierzę.

Lecz na tym się nie kończy, gdyż Lewy najwyraźniej jest całkiem podkręcony, zaangażował się totalnie i teraz postanowił doszczętnie zwalczyć wszystkie odciski palców tirówki euroamerykańskiej na ziemi polskiej. A teraz won na zaplecze – mówi do tej zdenerwowanej raczej kasjerki – i skołuj jeszcze jedne taką machinę dla Silnego. Tylko działająca żeby była, a nie żadna ściemniona, inaczej nie żyjesz.

Kasjerka patrzy na niego, raz to na mnie, ma trądzik. Patrzy jakby dostała co najmniej po łapach, co najmniej gałęzią, a teraz nie mogła się jeszcze otrząsnąć z szoku. Natenczas idzie na zaplecze i długo nie wychodzi, a wraca jeszcze bledsza, niosąc przed sobą walkie-talkie, rzuca je na ladę i pospiesznie cofa się w kierunku automatu z kawą.

Wtedy ja biorę to, co nasze, jak również kole i skoro ona jest taka zszokowana, to nawet specjalnie nie płacę nic, fuli gratis, Babilon funduje, wielka promocja z okazji USA. A nim wychodzimy, Lewy spluwa w pysk klaunowi, mówiąc do niego: a ciebie też zapierdoli. Osama osobiście. I jeszcze do nieszczęsnej kasjerki: a ty, do kurwy, uprawiaj więcej seksu. I zdejm ten fartuch. Bo źle wyglądasz na chorą.


Wtedy wychodzimy. Koledzy. Zbrojne Bractwo Świętego Dżordża najeżdża na świat. Uwaga uwaga, są groźni, są uzbrojeni. Uzbrojeni w scyzoryk, uzbrojeni w łączność przez krótkofalówki. Uzbrojeni w amfetaminę, uzbrojeni w adrenalinę. Depczą trawnik, obrywają kwiaty. Robią wgniecenia w chodniku, robią podkop pod świat.


Fajne, nie? – mówi Lewy do mnie, jak tak idziemy, i pokazuje mi, jak wciska przyciski na swym walkie-talkie. Zajebiste – odpowiadam mu. Wtedy on mówi do mnie, żebym tam poszedł i stanął tuż przy ulicy, a on będzie stał tutaj, i będziemy ze sobą gadać. Tak też robię, bo to mi się wydaje świetny pomysł.

Wtedy okazuje się, iż to nie są walkie-talkie jakieś sztuczne, pić na wodę, sklep z zabawkami „Bartosz”, zestaw mała policja, tylko są to walkie-talkie profesjonalne niczym na filmach w oddziałach antynarkotykowych.

Halo. Halo. Tu baza. Odbiór – mówi Lewy głosem poważnym i skupionym, a ja mam jego głos stereo, gdyż po piersze słyszę to co on mówi normalnie, a po drugie słyszę to też również w słuchawce. Bardzo mi się to podoba, bardzo fajny sprzęt taka krótkofalówka, lepsza nawet zabawa niż komórka, a choć gier sprawnościowych nie ma, to jest to sprzęt fajny, w każdej sytuacji przydatny do zapoznawania nowych osób, do zamawiania sobie spida do łóżka.

Podaj hasło, podaj hasło, odbiór – mówię, popijając ze smakiem swą promocyjną kole i patrząc, czy nie nadciąga wróg.

Ptaki latają kluczem – mówi Lewy. Takie hasło on niby podaje. No to ja mu mówię z czystej uszczypliwości: boot error. Hasło nieprawidłowe.

I tak stoję i się cieszę z własnego dowcipu, koła jest dobra, zimna, promocyjna za darmo.

Wtedy, czego ja się zupełnie nie spodziewam, Lewy wtem wyłącza odbiór. Nagle wrzeszczy tak: co powiedziałeś?! – lecz w tonie zaczepnym. Ja wtedy też odłączam i mówię dość obrażony: no co kurwa, nieprawidłowe hasło żeś zrobił!

A on na to: co kurwa nieprawidłowo, co niby nieprawidłowo, coś się nie podoba? W podstawówce to jeszcze mówili, chyba na tyle nie mam jeszcze blachy pogięte, żebym nie pamiętał.

Poczym rzuca swoje walkie-talkie o trawnik.

To jest, kurwa, hasło chyba nieprawidłowe, nie? – mówię do niego wytrącony całkowicie z równowagi napadem adrenaliny. Co, że niby jakimś kluczem, odpiąłeś?! – i w przypływie gniewu odrywam od swego walkie-talkie antenkę, co rzucam ją na trawnik.

To jakie jest, kurwa, hasło twoje, no wal, jakie jest twoje do kurwy nędzy hasło jak nie te?! – drze mordę Lewy, fuli powaga, czerwony na gębie.

Inne, kurwa! – ja się wydzieram, gdyż nagle moja słabość całkowicie ustępuje i czuję się raptem podkurwiony do granic całą tą sytuacją z walkie-talkie. Zasady są proste, albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna, a jak nie, to niech się nie zaczyna.

Wtedy Lewy podnosi swą słuchawkę z ziemi i jeszcze raz włącza. Tu, kurwa, baza – mówi do słuchawki niby że tonem spokojnym – podaję hasło: Silny robi Moskwie lachę. Silny robi Moskwie lachę. Odbiór.

Wtedy ja się do reszty wkurwiam, bo co jak co, ale o tendencje proruskie nikt mnie nie będzie bezkarnie insynuował.

Uwaga uwaga – wrzeszczę do walkie-talkie, by mimo urwanej antenki było wyraźnie słychać – Łącza zerwane, sytuacja alarmowa. Lewy to pedał, gej i kastrat.

Komunikat odwołany – wrzeszczy wtedy do słuchawki Lewy – prawidłowe hasło: Silny to cwel, a jego matka zdejmuje majtki dla Ruskich.

Wtedy ja już nie wytrzymuję. Nie wytrzymuję psychicznie. Myślę o tym, by go zabić. Powaga. Gdyż moja matka co jak co, wszystko o niej można wypowiedzieć, ale by nosiła jakieś majtki, to jest to podłe oszczerstwo, jest to osoba z natury spokojna, płci matka, żadna to nie jest jebnięta kobieta, tym więcej proruska, i żadnych zboczonych rzeczy nikt nie będzie o niej mówił, a szczególnie Lewy. Okej. Jak tak, to tak. Byliśmy kolegami? Byliśmy. Lecz już nie jesteśmy? Nie jesteśmy. Tyle. Łapię więc za walkie-talkie i mówię tak, gdyż to już nie są przelewki: odbiór. Odbiór.

I wtedy walę bez żadnych skrupułów. Arka Gdynia kurwa świnia.

Po czym rozłanczam się ostatecznie na wieki, choć i tak już tą słuchawkę popsułem i w sumie po chuja ją wyłączam, dla efektu chyba, dla pointy. Lewy stoi w miejscu, z wrażenia upuszcza swe krótkofalówkę. Stoi. Ręce kołyszą mu się na wietrze. Szok, frustracja, chaos, panika. Zastanawiam się, czy nie przesoliłem teraz trochę z siłą swego argumentu.


Więc wtedy zaraz mogłoby być tak, iż akcja dzieje się już szybko. Raz dwa trzy, czary mary, liść na twarz, bo Lewego wkurwić idzie go łatwo, więc niczym w „Dynastii” kamera by zrobiła w tył zwrot, gdyż by to był program na żywo dla telewidzów wyłącznie po pierwszej w nocy, wyłącznie powyżej lat czterdziestu. Pokazaliby teraz klomb, drzewa, totalna sielanka, wsi spokojna wsi wesoła, Mc Donald's o zachodzie słońca, jakbym mógł, to bym kupił Izabeli taką fototapetę do dużego, co by sobie wieczorem siadała na wersalce i spoglądała. Natomiast na zapleczu poza kadrem, gdzie by już nie pokazali, by miał miejsce totalny hardkor między mną a Lewym, na paznokcie i zęby, na szarpanie się za włosy. Których zresztą nie ma, lecz to już by można było zrobić efekty specjalne. Gdyż łącznie z Lewym jesteśmy tak na siebie napaleni, by sobie napierdolić, iż byśmy szli na szajbę, a nie żadne nunczako, taktyki techniki i boks zawodowy, tylko wydłubane oko i wywleczone gardłem wątroba i jajnik. I przyznam iż ja również miałbym udziały w tym interesie, bo rozkurwiony jestem równo na całej linii. Nawet powiem tyle, iż to ja może bym uderzył pierszy, jako że jestem takiego zdania, iż by nie miało sensu co wiele urządzać wielkich oczekiwań, „to nie tak, Lewy, jak myślisz”, „ja wcale tak nie uważam, to są poglądy Kacpra” i inne ścierny. Arka Gdynia kurwa świnia i koniec, raz się rzekło i klamka została otwarta, Lewy by dostał parę klapsów na pysk, ja co swoje to też bym dostał na adres zwrotny, gdyż to jest chłopak duży i mocno naspidowany. I tak byśmy się napiżdżali przez jakiś czas dość ostro, raz ja bym był na wierzchu, to bym mówił: Arka Gdynia kurwa świnia, raz on by był na wierzchu, to był mówił: Lechia Gdańsk kurwa szajs. I tak by się cała historia może skończyła, nawzajem byśmy się zajebali i potem już tylko życie pozagrobowe, które nawet nie wiadomo, czy jest, czy go nie ma, czy inna jeszcze trzecia możliwość.


Lecz, jak już wspomniałem, tak się nie dzieje, o nie. Wręcz całkiem odwrotnie. Gdyż gdy on już ma podejść i zabrać się kategorycznie za zajebanie mnie, wtem pojawia się Andżela. Andżela. Ni z gruszki, ni z pietruszki. Całkowicie bez sensu, nadjeżdża nagle na rowerze górskim marki Mountain City. Jest to ładny rower, jakie kradzione można łatwo kupić u Ruskich. Srebrny, bajerancki, z kulkami na szprychach. Od strony amfiteatru nadjeżdża. W diademie zatkniętym na głowie i odpowiedniej szarfie „Miss Publiczności 2002” zatacza wokół nas kółko, jedną rękę ma na kierownicy, a drugą macha i pozdrawia tłumy, czyni gesty rozdawania autografów, zakłada z torebki czarne okulary do odganiania tłumów. Ja wtedy, jak również Lewy, z miejsca od razu zapominam o sprawie. Gdyż ona jest jak czarna królowa, zwycięska królowa jeżdżąca na rowerze, ma koronę i szarfę, i czekoladę od bombonierek w kącikach ust, łopoczą jej czarne włosy niczym osobna chorągiew, gdyż to ona prawdopodobnie wygrała tę wojnę.

Zatacza koła, przyjechała tu rowerem prosto z zagranicy, z zimnych krajów, z czarnych krajów, zbawić nas. Przywiozła nam szkiełko do oka, przywiozła zagraniczne słodycze, pomarańcze i mleko w kartonach, i zgrzewkę dobrej zagramanicznej amfetaminy w opakowaniach po dwa rzuty o smaku owocowym musującą. Przyjechała nas zabrać, mnie na bagażnik, a Lewego na ramę. I wtedy co? I wtedy nic. My od razu zapominamy z Lewym o wszystkim, co nas dzieliło, szybko idziemy w jej kierunku, ramię w ramię macamy rower, co najwyraźniej okazuje się, iż Rada Miasta ufundowała kradziony.

Natasza mi się dała karnąć – mówi z dumą Andżela i sprawdza, czy wiatr jej nie zwiał z głowy diademu. Ma ciemne smugi w kącikach jej ust. Dziś będzie rzygać węglem opałowym.

Daj pojeździć – prosi Lewy i składa ręce jak do pacierza, Boże, bądź dobry i daj pojeździć, na co ona mówi, że dobra, ale niech nie popsuje przerzutek ani dzwonka, bo Natasza nas wszystkich razem wtedy zapierdoli.


A gdy Lewy jeździ, to nim zdążę pogadać z Andżelą, co i jak, i jak się dawało Sztormowi, fajnie czy głupio, to zza zakrętu ni stąd ni zowąd wydobywa się niebieski samochód marki policja z uchyloną szybą niczym obwoźny handel Sądem Ostatecznym. Wtedy wszystko mi się wydaje nagle jasne, bo dochodzi wtem do mnie, iż ta klempa z Mc Donald's zadzwoniła w zemście po suki. Zapewne obraziła się, jak jej Lewy powiedział, że źle wygląda. I zaraz za słuchawkę, halo, tu dwaj tacy mnie przezywają, korona mi z głowy spadła, daszek firmowy mój mi spadł, złapcie ich, panowie, i do kamieniołomu z nimi. I zaraz suki oderwały się od swych ważnych robót ziemnych z przeganianiem pijaków i proruskich zamieszek, halo halo, tu mówi Żbik, chłopaki, jest sprawa, próba wyłudzenia koli w Mc Donald's, jedziemy na miejsce zdarzenia. I przyjechały wnet tu ratować świat boży przed anal seks terrorem.


Ja pierdolę – mówię, gdyż nagle wszystko zdaje mi się przegrane. Gdyż jestem świadom, jako że nie będzie teraz lekko, buzi buzi, nie plujcie, nie przeklinajcie i nie piszcie kredą po chodniku. Że będzie grubszy hardkor, gdyby jeszcze to jedne walkie-talkie urwana antenka, gdyby jeszcze to drugie, co użyźnia teraz trawnik, gdyby jeszcze ten klaun opluty, to wszystko by było wporzo, wszystko by można było jeszcze wytłumaczyć, załagodzić, a to, co nazylane, obetrzeć. Ale nie. Bo kasjerka z żalu posikała się w firmowe majtki, Mc Donald's narażony został na poważne finansowe i moralne straty.

Za co zarówno ja, jak i Lewy, a czy może i nawet nie Andżelą, kipniemy.

A Lewy jeszcze nie wie, ufnie robi rowerem kółka, raz to włancza, raz wyłancza dynamo. A gdy podjeżdża do nas, wtem również widzi, jaka jest sytuacja. A jestem pewien, że ma przy sobie towar. Lecz już jest za późno. Samochodzik podjeżdża. Szybka uchyla się. Palant w czarnym kombinezonie przeciwpożarowym o twarzy seryjnego mordercy z dożywociem i karą śmierci na karku, wozi tym wózkiem swą państwową, czarną dupę jakby co najmniej jechał na wakacje, ramię wystawione, pełen luz, jeszcze może drink i rozkładane łóżko. Ten obok to samo, tyle jeszcze, że w ramach swej pracy, swych super poważnych obowiązków trzyma kierownicę. Za to mu płacą, każdy by tak chciał, trzymasz kółko, masz z tego kupę kasy i jeszcze gratisowo kombinezon kuloodporny do prac w ogrodzie i na działce.

I on mówi do nas: dokumenciki są? Ani dzień dobry, ani spierdalaj, zero kultury, czyste chamstwo bez sztucznych barwników.

Jest to jak moment śmierci, już umierasz, już nie ma przebacz, a wiesz, że jeszcze masz pełno towaru upchanego po kieszeniach, pełno grzechu zapisanego ołówkiem na marginesach, a właśnie, że nie, żadnego mazania, pani wyrywa ci kartkę, czas się skończył. I tak też jest właśnie teraz, koniec tego dobrego: dokumenciki proszę, my tu się z takimi jak wy nie pierdolimy, mamy tu taką specjalną ekstra maszynkę zakupioną przez podatników, pana dowodzik wkładamy tu i on wychodzi z drugiej strony w postaci paseczków, i pana już NIE MA, nie istnieje pan, zero świadczeń, zero opieki społecznej, nie ma pan dzieci, nie ma pan NIP-u, nie ma pana. Baa, żeby jeszcze pana, nie ma cię, chuju, właśnie znikłeś, możesz iść do domu, choć twego domu też pewnie już nie ma, został on anulowany.


To stoimy i patrzymy na nich. Oni już wtedy są bardziej kategoryczni. Klapka otwiera się i oni wysiadają, stają w dwuszeregu i mówią do nas: dokumenty, lecz w taki sposób, że można powiedzieć tylko jedną odpowiedź na to: już, już daję. Plus przykląc na jedno kolano, ucałować kolejno w sygnet rodowy i zegarek.

My z Lewym patrzymy po sobie. Tak czy nie. Dajemy czy nie dajemy. Liżemy tych palantów po trzewiczkach samym czubkiem języka, czy nie. To się dzieje szybko, to są ułamki sekund, co sypią się jak szkło spod naszych stóp. Starczy. Jedno spojrzenie i wiem, że nie będzie dobrze. Czarne świnie rasy gestapowskiej tupią z niecierpliwości butem z ludzkiej skóry.

W tym samym czasie Andżeli przewraca się rower.

Dokumenty na rower – oni zaraz mówią do niej, jak to widzą, celując w nią krótkofalówką – zaświadczenie na prawo posiadania roweru. Jest to ich zawodowy odruch warunkowy, tego ich uczą w liceum policyjnym, pokazać im człowieka, to im ślina napływa do pyska, zapala się odpowiednia żarówka i mówią: dokumenty, a pokazać im rower, to to samo, ślina, żarówka i tylko hasło inne: dokumenty na rower.

My z Lewym zaraz patrzymy na Andżelę. Gdyż nagle uświadamiamy sobie, iż całe zdarzenie jest przez nią osobiście sprowokowane do dziania się. To nie jest nasza wina, to ona tu przyjechała na rowerze, porobiła ślady na chodniku, o proszę, wielka wyznawczyni sekty przyrodniczej, a zniszczyła bez skrupułów piękny, firmowy, niczemu winny trawnik. Poza tym ta amfetamina, co Lewy ma w kieszeni, to od niej. Ona sama ciągnie jak smok, zeszła już na trzydzieści kila, bo wali już teraz sobie pół kila dziennie, a potrzebuje coraz więcej, zresztą to po niej widać, że praktycznie składa się już z samej amfy, a resztę ma wyrysowaną na twarzy węglem.

No i przyjechała tu teraz, jak myśmy stali tu sobie z kolegą, pili kole. My od razu mówiliśmy, by nie jeździła po trawniku, nie niszczyła zieleni. Ona nic. Wepchnęła koledze do kieszeni towar i powiedziała: macie, chłopaki, pierwsza dawka za darmo, zobaczycie, jak będzie wam dobrze, wszystkie wasze problemy ze szkołą i rodzicami znikną. Myśmy nie chcieli tego bagna, tego po prostu szamba, ale ona nalegała. I po wzroku Lewego widzę, iż mamy w tej kwestii zeznań całkowitą współpracę i porozumienie.


Andżela mówi do nich tak, choć ewidentnie się boi: ale ja jestem Miss Publiczności.


Oni patrzą na nią, potem na siebie. To można sprawdzić – rzuca jeden. No to wywlekają przez okno z radiowozu czarną gestapowską gałkę na kablu i jeden mówi do Andżeli taki wiersz, co się nauczył w pierszej klasie w liceum policyjnym wieczorowym. Nazwisko, imię, data urodzenia i zamieszkania, numer domu, nazwisko panieńskie rodzica, numer buta, ilość okien w mieszkaniu. Jest to ustna tabela do wypełnienia przez Andżelę. Wtedy wszystko idzie po kolei. Wiadomo, Andżelina Kosz i tak dalej. Waga dwadzieścia osiem kilo. I tak dalej. Wtedy oni to, co zdołają zapamiętać, nadają do swojego gestapowskiego radia. A na zapleczu tego całego systemu siedzi Wielki Brat, pali fajkę i odpowiada. Potwierdza, iż Andżela jest, iż ją mają w swoich notatkach. Wtedy potwierdza dane, co ona podała. A jednocześnie dodaje co nieco od siebie ze swego archiwum. Że widziana w podejrzanych towarzystwach, podejrzewana o obrazoburcze zaplamienie autobusu linii numer 3, co doniósł jeden w mieszkańców miasta, przywódczyni opozycji ekologicznej donosząca rządowi i organizacjom roślinnym na władze miasta w sprawie ścieków. Wyznanie: satanistyczny fundamentalizm antyruski, tegoroczna miss publiczności Dnia Bez Ruska. Wszystko to płynie przez słuchawkę, ta audycja radiowa ku chwale Andżeli, a my z Lewym rozglądamy się, przeczesujemy ręką włosy, sto procent niewinności, my z nią nie mamy nic wspólnego, nawet innej płci jesteśmy.


Wtedy ci policjanci przez chwilę naradzają się w pełnej gestapowskiej konfidencji. I wtem mówią tak, czego myśmy się z Lewym najmniej spodziewali. Mówią tak: panią proszę jechać dalej i uważać, bo drogi są śliskie od farby, i nie rozmawiać już z żadnymi podejrzanymi typami. I jeśli byśmy mogli z kolegą prosić o mały autograf.

Ależ to nie ma żadnej sprawy – uśmiecha się Andżela i błyskają flesze, czerwony dywan rozwija się jak język wywalony na mnie i do Lewego z paszczy tego systemu. Z którym ona współżyje na dogodnych warunkach.

A kolega by jeszcze chciał dla swojej żony i dzieci – mówią suki i podają jej bloczek do wypisywania mandatów.

Imiona żony? – mówi fachowo Andżela i zamaszystym pismem obrazkowym podpisuje wszędzie: Miss, Miss Angela, Miss Publiczności roku 2002, dla Anety i Wojciecha z najlepszymi pocałunkami miss publiczności Angela Kosz. Plus, jak zaglądam jej przez ramię, to jeszcze widzę, że dopisuje gdzieniegdzie „szatan 666” i „jedna rasa, polska rasa”.

Hola – mówię, bez już zważania, że policja słucha – co ty się nagle taka radykałka zrobiłaś, co Andżela? Sława uderzyła ci chyba na bańkę.

Co – odpyskowuje Andżela, proszę bardzo, jaka się wygadana zrobiła raptem, powiedziała trzy zdania o swych ulubionych gatunkach warzyw i raptem teraz sprawność „gadanego” dostała od zastępowego Sztorma przyszyte na rękaw sukni – wybrali mnie Polacy, to jestem chyba za Polakami, a nie za żadnymi Ruskimi, logiczne, nie?

Po czym mówi w kierunku policjantów: chwileczkę, i bierze mnie na stronę.

Nie rozumiesz, Andrzej? – mówi szepcząc, pełna konspira – czy Polska czy przyrost ZSRR, i tak koniec jest bliski. A Sztorm mi parę rzeczy uświadomił. Mówi, że jak wystąpię z ramienia narodowego prawicy, to i dostanę własny wieczorek w centrum kultury, a i może nawet będę drukowana w „Piasku Polskim”, to się jeszcze zobaczy. To była dla mnie wielka szansa.

A co, pani kolega za Ruskimi optuje? – pyta podejrzliwie ten suk, jak widzi naszą postępującą konfidencie i tryb ściśle tajny naszej rozmowy, kabel przeciągnięty z ust do ust, top secret.

Andrzej? – mówi Andżela jak głupia, jakby w ogóle nic nie kumała, iż on trzyma swe łapsko na pistolecie. My się to właściwie dość krótko znamy – dodaje ni do rymu, ni do sensu. Po czym widząc, co narobiła, bierze rower, przesyła mi i Lewemu pocałunek z ręki, poczym macha do policjantów i przydusza na pedał. – Jak będę wiedziała, co i jak z tym odczytem, to dam znać! – woła odjeżdżając niczym tramwaj zwany pożądaniem i dzwoni dzwonkiem.


No to zostajemy sami. Wtedy w jedną chwilę już się nie robi tak znowu miło.

Może mały autograf? – mówię, by rozluźnić nieco tę napinającą się atmosferę, co jest rozciągnięta między nimi a nami tak bardzo, iż zaraz pęknie, a że myśmy ciągnęli mocniej, to my dostaniemy z całej pety po pysku.

Może mały chuj? – mówi ten jeden suk i spluwa, zupełnie już bez krycia się ze swoimi zamiarami. Już mi, do bagażnika – mówi do nas drugi wyjmując pałkę – Jedziemy na komisariat.

Ja niby to stoję, spoglądam na Lewego. Lewy całkowicie w rozstroju, domyśla się już, iż to jego ostatnie chwile na świeżym powietrzu, więc stara się jak najwięcej nałapać w płuca i do buzi. Rozgląda się cały czas, namierza, by prysnąć, łzy mu kręcą się w oczach. Oko mu już chodzi niczym oszalała żaluzja, niczym zepsuta szatkownica

Ale panowie władzo, niby dlaczego? – mówi wreszcie płaczliwie, gdyż zapewne ma nadzieje, że my tu gadu gadu, pogoda zanosi się na burzę, a festyn bardzo udany, a w międzyczasie pstryk – cała amfa raptem zniknie od niego z kieszeni. Jak zatrzymywanie się tu jest zabronione, jak stanie tu jest zabronione, to my najmocniej przepraszamy. Obiecujemy, iż już nigdy nie będziemy tak po chamsku się zachowywać. Raz nam się zdarzyło – prawda. Ale wiedzą panowie władzo jak to jest. Jak idzie człowiek, zdyszy się, przystanie, popije. Raptem zagada się i zapomina, że tu jest zakaz zatrzymywania. Lecz my już z Silnym idziemy…

– Idziemy wpierdolić jednym typom… – dodaję ja, gdyż mimo całej oschłości może oni tam w tych wszystkich ściśle tajnych kieszonkach w swych kombinezonach ogrodniczych trzymają jakieś służbowe serce prócz sekatora. Znaczy się nie – tłumaczę i gestykuluję, gdyż łapię się, iż wszystkie brzydkie słowa zostaną zamazane na czarno. Znaczy się idziemy pokazać gdzie pieprz rośnie takim jednym cholerom…

…z Kazachstanu – ożywia się Lewy i uderza w sentymenty prawicowe. Bo przyjechali tu podobno, jakaś jebnięta wycieczka, robić pomiary pod przyszłe wysiedlenia Polaków, pod grabienie polskich domostw… idziemy im spuścić manto. I tak przystanęliśmy złapać oddech, gdyż się spieszymy, by nie odjechali…


Jednak suki nie są wrażliwi całkowicie na tę smutną przecież propol-ską historię, zero współczucia, zero wyrozumienia dla nastrojów patriotycznych, całkowita oschłość. Jeden mnie bierze pod rękę do tańca, drugi Lewego, panowie proszą panów, święte oficjum, jednocześnie wpychając nas do radiowozu i recytuje do pierszego: pisz, kurwa, tak, bez żadnego popuszczania. Kilkakrotna obraza policjanta. Wulgaryzm i obelżywość. Bezprecedensowe na szeroką skalę niszczenie zieleni i kwiatów publicznych własności państwowej. Próba nawiązania kumoterstwa i usiłowania korupcji, proruski oportunizm.


I nim my się obejrzymy, co się dzieje, nim w ogóle nam przyjdzie myśl, że oto koniec tego dobrego, to już oni pizd nam drzwiczkami w żywą twarz, i światło gaśnie, dopływ powietrza zostaje wyłączony, i nie, koniec, nie ma pogody, jest czarna pogoda. Lecz nim jeszcze oni zdążają nas za-kluczyć na kłódkę, to Lewy w rozpaczy zdąży krzyknąć w odwecie złamanym na wpół głosem:

Pierdolone zasrane lego! Pierdolone lego policja!


Na to oni też są całkowicie niewzruszeni, gestapowscy sanitariusze. Pisz dalej tak – mówi ten jeden na słowa Lewego w tonie „Wy nam tak. to my wam jeszcze bardziej” – oboje pod ciężkim wpływem narkotyków bez możliwości nawiązania szeroko pojętego kontaktu. Ciężkie halucynacje, krzyki, prawdopodobnie szeroko pojęta choroba psychiczna z przerzutami.


A nim odjedziemy, to oni jeszcze sobie zapalą fajkę. Nic wcześniej nie miałem im tak bardzo za złe, gdyż samemu łapię się na tym, iż chcę tak bardzo palić, że jestem skłonny Lewego choćby w proteście wziąć jako zakładnika. Poza tym chce mi się pić, czuję się coraz to bardziej źle. I jak na podłodze w wozie znajduję długopis firmowy z napisem „Policja Polska Spółka Z.o.o, Przedsiębiorstwo Porządkowe wł. Zdzisław Sztorm”, to od razu wystawiam go przez kratkę w wozie i kole jednego suka w plecy, błagając, by mi dał choć trochę pomachać papierosa.

Na co on się zaraz jak oparzony odsuwa i mówi do drugiego: Oż kurwa. Pisz zaraz tak, byś nie zapomniał. Nieuzasadnione napady agresji z użyciem ostrego narzędzia.


I na tym się kończy. On niedopaloną nawet fajkę gasi, rzuca, co tę marnację widzę dokładnie przez okienko, pierdolony pies ogrodnika, sam nie spali, a drugiemu nie da. I jedziemy. Lewy w rozpaczy, płacze. Tamci tak. Jeden kręci kółkiem, drugi zerka, czy nic nie kombinujemy. Lewy mi oczami daje do zrozumienia na swą kieszeń, gdzie amfa płonie suchym białym ogniem, że jesteśmy skończeni, a on tym bardziej. No to ja wtedy już nie wiem, co robić, to wrzeszczę: uwaga, pali się!

Oni mimo szyby jakby słyszą, więc oglądają się na nas. A wtedy ja mówię: po prawo! Pokazując na prawo. I w ułamek sekundy, jak oni z czystego głupiego odruchu patrzą na prawo, to nim zdążą się skapnąć, że to ścierna, to Lewy nadąża z wywleczeniem amfy z kieszeni i skitraniem jej pod jakiś koc, a drugą ręką przeżegnuje się. Tak to się dzieje.


No i wszystko wtedy jest raz dwa. Wysiadamy. Idziemy potulnie bez nawet kajdanek, gdyż już jesteśmy nauczeni, że cokolwiek powiesz lub zrobisz, są na to niezliczone paragrafy, każde twe słowo jest poprzekręcane na lewą stronę i wykorzystane przeciw tobie.

Ja pierdolę – powtarza tylko Lewy – pierdolone lego, pierdolone lego.

Wtedy są różne święte inkwizycje, robią nam wpierw zdjęcie legitymacyjne, co myślę, że muszę dość źle wyglądać. A potem pokój numer dwajścia dwa, a Lewy jeszcze inny. A ja właśnie mam przydzielony dwajścia dwa, do którego jestem za ramię podprowadzony przez suka, jeszcze przez krótkofalę słyszę, jak nadaje: prowadzę go na dwudziestkę dwójkę, to niech Masłoska spisze zeznania i koniec z tym burdelem.

Ja już jestem całkiem obojętny na to, co ze mną robią, ale to akurat coś mi się wydaje dziwne, to nazwisko. Gdyż słyszałem je już gdzieś, co nie jestem pewien gdzie, lecz nadzieja we mnie odżywa, iż może się uda coś się zakręcić po znajomości, tu i tam podać rękę, powiedzieć coś miłego zarówno za mnie, jak i za Lewego i wszystko jeszcze jakoś się ułoży, uda, jeszcze nas pocałują rękę przed wyjściem, a ślady naszych butów obwiodą czerwonym flamastrem, tu chodził Andrzej „Silny” Kobakoski i Maciej Lewandoski „Lewy” męczennicy w obronie rewolucji anarchistycznej w Polsce, niesłusznie oskarżeni i aresztowani w łapance dnia 15 sierpnia 2002 o godzinie ósmej wieczór. A na komisariacie w ogóle pierdolną tu muzeum sponsorowane przez Radę Miasta, w gablocie moje dżiny i katana na manekinie, w klapie katany ordery za wierność anarchistycznym ideałom, za obalanie faszyzmu, spuszczanie wpierdol faszystowskim turystom. A dżiny jeszcze z plamą jako relikwia po miss publiczności Dnia Bez Ruska, będą przychodzić tłumy, przykładać rękę do szyby i wszystko im się w kilka dni uzdrowi, i wysypka, i trądzik, i dałn, wszystkie choroby im raptem odejdą, a tym dziewczętom, które są już po, a na przykład wolałyby nie być, to odrasta co trzeba i mogą spokojnie się żenić bez wyrzutu sumienia i w razie spisu ludności i inwentarza, zakreślać sobie dziesięć na dziesięć punktów w rubryce „czystość i niewinność”. A ja nie będę wtedy próżnował, pierdolnę sobie jakieś grubsze przebranie i będę szefem tego całego interesu. Wstęp – dziesięć zeta, uzdrowienie: pięćdziesiąt, ptasie mleczko, zeta od sztuki, od pudełka czterdzieści (reklamówka – 50 gr), wycieczka do grobu Suni – trzydzieści zeta plus autokar dziesięć od łebka, porada Ali – dwadzieścia, choć sam nie wiem w sumie ile, bo tak naprawdę to jej porada jest gówno warta, a ja nie chcę ludziom wciskać szarlataństwa i proroctw sekty New Agę. Tylko samą anarcho-lewicową istotę wszechrzeczy i statki wolności pływające po morzu wolności.


A kiedy to tak sobie myślę, wyobrażam, widzę to oczami duszy swojej, to naraz otwierają się drzwi. I wychodzi z nich facet jakiś, który właściwie to nie ma nic do całej sprawy, gdyż jest niby to zwyczajnym jednym z wielu statystów, którzy pracują w tym filmie. Ale ja go od razu zauważam, iż coś jest z nim nie tak i to ma bezpośredni związek z tym pokojem, wszedł pewnie uśmiechnięty, pełen optymizmu i o prostym kręgosłupie, a jak już wychodzi to postępująca skolioza i garb pełen zapasowej wody na moralnego kaca, a wszystko, cała jego zmiana, to była kwestia wejścia na ten jeden właśnie pokój dwajścia dwa. Lampę mu w oczy, tortury psychiczne, przyzna się czy nie przyzna się do faktu, iż ma u Ruskich kuzynostwo, mamy na to dowody, mamy twoje zdjęcia, tu niby patriota, a wkłady do ołówków automatycznych kupowało się dzieciom ruskie, ot, za to mu lampa w oczy, za to mu skolioza. Za maszyną siedzi jakaś ściemniona maszynistka i spisuje wszystko, co powiedział, ale tak, jak jej pasuje do formularza, jakkolwiek pytanie by było sprekonfigurowane, to ona wpisze: tak. Tak, żywi orientację proruską, tak: chce zaboru, tak: przysięga na Polskę, iż to nie Ruscy wpuścili zasolenie do Niemenu. A wszystko tylko dlatego, iż „nie” w tej maszynie nie działa, ten wyraz akurat został wyeliminowany z czcionki. I to jeszcze zanim rozpętała się wojna, wyrwali je już, jak przesłuchiwali artystów plastyków o ciągotach solidarnościowych.


No ale jak słyszę „następny” i tam włażę, to stwierdzam, iż tej maszynistki akurat nie można oskarżyć o fałszowanie wyników wyborów moralnych ze stanu wojennego, gdyż obliczam sobie w pamięci, iż ona wtedy nawet nie wiedziała, co to tak, a co nie, gdyż ona wtedy prawdopodobnie jeszcze nie żyła ot co i nawet się na nią nie zanosiło. Gdyż na oko to ma maksimum trzynaście lat.

Dzień dobry – mówię z góry, żeby być uprzejmym dla niej, to może raptem nauczy się pisać „nie”. Ta nie odpowiada, to od razu zaczynam podejrzewać, że jest między nami brak respektu, szczególnie iż ona ma krzesło wyższe niż moje. Za mną zaraz wchodzi ten suk i mówi: te zeznania, Masłoska, to masz potem zanieść razem z kawą i ciastkiem do komendanta, tak on mówi, i sama też masz do niego przyjść na dłuższą chwilę na poważną gawędę, on tak mówi. Na to Masłoska mówi głośno: tak, panie sierżancie, a równocześnie stereo coś mruczy do siebie, jakieś wulgaryzmy, coś o ZHP. Jak to słucham co ona mówi, kiedy tak gapi się w te klawisze i celuje w jeden po drugim jednym palcem, a drugi ogryza paznokieć, to od razu zdaje mi się, iż to ja tu powinienem prędzej siedzieć za tą maszyną i spisywać jej historię choroby. Umysłowej zresztą.

Nazwisko – ona mówi. No to ja nic. Robakowski – mówię. Imię? Andrzej, bardzo mi miło dodaję a ty?

Ja Dorota – mówi ona i na mnie dziwnie patrzy, że aż dostaję halun na bańkę, iż ona wszystko jak gdyby o mnie wie. Lecz o co chodzi. Patrzę na nią, czy może ją gdzieś kiedyś już spotkałem, na jakiejś dyskotece w Luzinie czy w Choczewie latem, lecz trudno mi to poznać, gdyż ma na sobie niebieski kombinezon, kostium pod tytułem „kierowca autobusu Neoplan”, za duży zresztą. Zegarek ma ze złą godziną ustawione, na lewej ręce napisane ma długopisem „L” jak lewy, a na prawej „P” jak pinda, co pisząc lub robiąc cokolwiek, często gęsto sprawdza.

Imię matki… – ona szemrze do siebie – jo, imię matki kurwa…Ma…ci…ak…Iz., a…b., ela… i jedno „l”, a po mężu…Ro… ba… kos… ka… kurwa.

I wtedy coś mnie tchnęło. Coś mnie tyka wielkim palcem, e, Silny, obudź się, jakiś grubszy halun się kręci na twoich oczach, oto siedzi tu ta maszynistka, nawet nie wiesz sam jeszcze, czy chciałbyś ją przelecieć, czy nie, a raptem zna imię i nazwisko twojej rodzonej matki. Obudź się, Silny, bo kręci się tu coś, o czym nie wiesz, pod spodem, w ścianach poukrywane czyjeś są tajne, jasnowidzące oczy.

Pracujesz? Uczysz się? – zagaduję ją, by trochę się oderwać od tego chorego filmu, co mi został wkręcony i zamyślam się, czy to przypadkiem nie początek jakichś tortur.

Ta pisze dalej, ma tak wolny zapłon, a jak wtem nie powie raptem: co? do mnie, to sam aż się jej boję, gdyż wygląda na raczej nienormalną, jakby całkowicie nie z tego osiedla była co ja, tylko z innego. No i wtedy jakby zrozumienie tekstu mówionego przez nią z jej strony, ma dziewczyna tą zaletę przynajmniej, że rozumie po polsku, choć najprawdopodobniej mówi jakimś własnym narzeczem wewnętrznym śródlądowym, w który zalicza się również palenie papierosów. Nawiasem mówiąc, jak ona tak pisze na tej maszynie, to najwyraźniej toczy ze sobą jakieś grubsze potyczki słowne w myślach, jakąś śródwewnętrzną wojnę domową i walki bratobójcze na noże do smarowania chleba, jakieś wewnętrzne obliczenia na własnych liczbach niewymiernych. No ale po polsku też jako tako się porozumiewa, to mówi do mnie tak: Jo. I to, i tamto też. Wszystkie. Odpowiedzi. Są Prawidłowe. Wygrałeś. Tę nagrodę.

Wtedy bierze, wyrywa z maszyny literkę „n” i do mnie rzuca. Ale nie trafia, bo pewnie pomyliły jej się strony.

No to wtedy ja już postanawiam nie popuścić, bo nić przyjaźni między nami została nawiązana, a kto wie, jak to będzie, od słowa do słowa, fajny film widziałem wczoraj, potem ona się rozkręci, da mi swój numer na komórkę, ja od Kacpra pożyczę jego golfa, to po nią przyjadę, pojedziemy gdzieś nad jezioro czy na kawę, herbatę, a raptem w międzyczasie okaże się, iż literki „n”, „i” oraz „e” się odnalazły i zaczęły gwałtem działać, i cisną jej się pod palce jak oszalałe w odpowiedniej konfiguracji, konfiguracji „nie”, proruski? – ona wpisuje: nie, alkoholik? – ona wpisuje: nie, winny? – ona wpisuje: NIE.

No to mówię do niej tak: a gdzie się uczysz? Gimnazjum, ekonomik, maturka zaocznie?

Ona na to coś tam majstruje przy tej maszynie raczej agresywnie, tłucze w nią ręką. NIE, odpowiada raczej z niezadowoleniem, jakby żalem. Wtedy znów ładuje się ten suk, mówi do Masłoskiej, by się pospieszyła z tą kawą i ciastkiem, bo komendant się nudzi i by się nauczyła jakichś nowych dowcipów i kawałów, bo tamte już się komendantowi podobno znudziły. I ma jeszcze natychmiast rzucić palenie, bo to jej szkodzi na kaszel czy coś, a to komendanta denerwuje. Ta znowu mówi: tak, panie sierżancie, a pod nosem coś burczy do siebie, złorzeczy coś znowu o ZHP i obozach koncentracyjnych.

Wtedy jeszcze coś tam niby klepie niczym by grała na jakimś instrumencie klawiszowym w zespole nurtu regres, a potem raptem odsuwa tą maszynę z wielkim hałasem tak bardzo, iż ta maszyna ledwie co się na mnie nie zjebie i latają przez to różne papiery, kartki, jak białe, pierdolnięte ptactwo jej domowe, które ona żywi okruszkami z kanapek. Takiej palniętej jeszcze nie widziałem.

Fajnie tu masz, przytulnie – zagajam strachliwie, by coś jeszcze gorszego nie przyszło jej do głowy, by mnie przykładowo zabić, zakłuć ostrzem długopisu i ołówka, bo widać po niej, że jest do tego zdolna. Nawiasem mówiąc jest ruda. Ale ma odrosty. Na parapecie wszystkie kwiaty są na amen zwiędnięte, pionowe żaluzje produkcji ruskiej na amen zaciągnięte, plus jeszcze szklanka porośnięta drobnymi, nieruchawymi zwierzętami wodnymi, plus na biurku są rozłożone różne wykresy, co ona robi cały czas, nawet podczas rozmowy ze mną. I jak ona tak siedzi, to ja tylko zdanżam podejrzeć, że pionowa kreska igrek oznacza kurwicę, a pozioma iks upływ czasu. Funkcja jest rosnąca. Teraz, w stosunku do obecnej godziny, jest poziom kurwicy bardzo wysoki.

No to ona zapala, mi też nawet daje, co czuję, iż będzie jeszcze między nami dobrze.

A gdzie się uczysz? – nalegam.

Studium. Zaoczne. Nauczania. Początkowego – mówi ona takim tonem „ja tu zostawiam swój pionek, dalej grajcie sami”. Dla osób. Bez. Matury.

A co zrobiłaś, zawodówkę? – naciskam.

Nie – ona mówi – liceum. Zrobiłam. Ale na maturze. Mnie oblali.


O, do chuja pana – ja na to mówię, niby, że oburzony, z nią zsołidary-zowany, ramię w ramię idący na gmach MEN-u wywozić prawicę na taczkach – a czemuż to?

Czemuż? – ona mówi gorzko – bo mam moralność. Ujemną. Minusową.

Wtedy ona zaczyna coś niby odpowiadać mi. Że niby tam wygrała jakiś konkurs, coś gdzieś, jakaś gazeta, „Ty i Styl”, czy „Kobieta i Życie”, że niby wygrała to dwa lata temu, ale teraz nadrukowali dopiero, gdyż wcześniej mieli dużo pilnych reklam do drukowania. I jeśli nie zgubiłem wątek, to chodziło o to, iż tam był wydrukowany jej niby jakiś dziennik lub pamiętnik. Ja pierdolę, co za historia – mówię, by nie być wzięty za głupka, że niby nie rozumiem i z rozpaczą kręcę głową. No zamknij się – ona się jak gdyby rozżala i pstryka na wyścigi długopisem, kto będzie pstrykał szybciej, ona, czy ja szyję nogą. To jest jeszcze pikuś, a teraz dopiero będzie hardkor, co się dalej stało.

I opowiada. Że ten dziennik to niby przeczytała jakaś jej nauczycielka czy coś, i wtedy jak ona poszła na maturę, to ta nauczycielka była dla niej z gruntu nieprzyjemna, wrogo i podchwytliwie nastawiona. Bo chodziło, że ona coś w tym dzienniku napisała nie tak, że pali na przykład, że różne rzeczy się działy w jej życiu natury immoral, i ta nauczycielka przechwyciła ten dziennik i to po chamsku przeczytała. Tak to rozumiem, tą całą historię.

I oblałam – ona mówi, waląc głową w biurko – z religii oblałam.


Serialnie? – pytam, niby że to z zainteresowaniem, bo z wariatami należy ostrożnie, należy ich obchodzić na palcach, cicho sza, jesteś całkiem normalna, tylko nieco inaczej niż wszyscy.

No serialnie – ona mówi załamanym głosem i z rozpaczy obwija sobie twarz papierem do maszynopisania – Serialnie, ustną z religii. Zapytała mnie ta kobieta, czy Bóg jest. To ja całkiem zgłupiałam z nerwów, w końcu strzelałam, że odpowiedź A, że jest. Ale ona była na mnie tak cięta za ten dziennik, za wszystko tam opisane, palenie papierosów, pokazywanie majtek, że i tak mnie oblała, powiedziała wobec komisji, że niby że zrzynałam, że sama tego niby nie wiedziałam, tylko zrzynałam od kogoś. I oblała mnie.

Co za suka – mówię dobitnie, by wiedziała, iż się z nią całoliniowo zgadzam i jeszcze jestem skłonny przyjść z ekipą do tej nauczycielki na osiedle i jej najszczać na drzwi, a także jej dzieciom przemówić do rozumu, by więcej się nie pokazywały ani na klatce schodowej, ani na dworzu, ani na drabinkach.

Wtedy ona popłakuje, siorbie nosem, pyta, czy mam chusteczki.

Nie płacz, masz tak piękne oczy, ja na to mówię. Lecz gdy ona je podnosi raptem znad biurka, wtem error, zwarcie, nie te hasło, nie te napięcie, wybuch, porwane instalacje. Gdyż wtem nagle dochodzi do mnie w przerażeniu, iż choćbym nawet bardzo chciał, to bym jej nigdy nie mógł puknąć, całkowity zakaz, czerwone światło plus wibrujący brzęczyk, kontakt grozi śmiercią. Lecz dlaczego. Gdyż wtem jest to odczucie rodem z mego snu dawnego, co dobrze pamiętam, ale tu nie będę mówił, powiem tylko, iż w rolach głównych ja i mój bracki, lecz w tym miejscu twarze są zamazane i głosy komputerowo zmodyfikowane, gdyż to grubsza czysto psychiatryczna iberacja od normy, zboczenie nie w tę stronę co trzeba, jakieś chore filmy dżordża lecące ze złej jakości taśmy, jakiś podświadomy hard porno thriller odwijający się przez sen ze szpulek. Jednym słowem kazirodcza perwercha zaczyniona we wzajemnym łonie rodzinnym na rodzinnym tapczanie. Zbudziłem się wtedy w przerażeniu, w rozpaczy i cały dzień z niesmaku na mego brackiego nie mogłem spojrzeć, iż ja i on, wiadomo. I zarówno właśnie teraz mam podobne odczucie przerażenia i chęci ucieczki przed tą dziewczyną, gdyż gwałtem nabieram przekonania, że ona jestem moją jakąś genetyczną być może siostrą lub matką, choć raptem może jej nigdy nawet nie spotkałem. Bo co jak co, lubię różne kobiety i dziewczyny, ale totalnie tak zboczony nie jestem, by postulować współżycie wewnątrzrodzinne. A już szczególnie, biorąc pod uwagę jej wygląd, pedofilię.

A ona również wygląda na tym wystraszoną. Weź mi daj spokój, Silny – mówi zniesmaczona, poczym zaraz się poprawia – to znaczy Andrzej.

Lecz ja już wszystko słyszałem, co powiedziała, powiedziała „Silny”, co pogłębia moją paranoję. Gdyż jeśli to są jakieś utajone tortury, mające wydobyć ze mnie skryte proruskie kompleksy Edypa, to ja się poddaję i ona, jak chce, może z góry wszędzie wpisać: tak, tak, tak, byleby tylko już mnie zostawiła, możesz już iść, Robakoski, ja tu wszystko za ciebie wpiszę sama, jak mi pasuje, ale za to ty jesteś zwolniony, koniec z wkręcaniem ci tego chorego filmu i drożdżówka na drogę.

Lecz ona nie.

Ostatecznie nie jest mi tu aż tak źle – ona wzdycha, wolną ręką wskazując na swe zrujnowane księstwo zaciągniętych żaluzji i pozdychanych kwiatów, księstwo praktycznie bez okien, w którym jest jedna pora dnia: noc, i jedna pora roku: listopad, a dziwne, iż z sufitu się nie sypie brzydka pogoda, grad ze śniegiem i że ona tu nie siedzi w płaszczu zaciągniętym na twarz. Wiesz, nie jest źle, mam od niedawna własne krzesło – ona mówi – własną maszynę do pisania…

Co jest pewnie dalszy ciąg niby to zwierzeń, ale mających ujawnić moje proruskie zapatrywania nienarodowe antypatriotyczne

Bo ja niby miałam iść na studia – ona ciągnie. Na polonistykę, bo wiesz, zawsze byłam dobra z polskiego, z gramatyki. Najbardziej lubiłam rozbiór gramatyczny zdania. Poza tym pisałam wiersze, różne utwory. Niektórzy nawet moi przyjaciele i znajomi twierdzili, że ładne, że mogłabym nawet z nimi wygrać niejeden konkurs. Bo wiesz. Miałam talent, umiałam i użyć odpowiednio podmiotu lirycznego, i epitetu gdzie trzeba. I im się to niby podobało, ale jednocześnie słyszałam opinie, że widać wpływ frazy Świetlickiego przetworzonej przez Dąbroskiego…, sam rozumiesz, jak to wtedy przeżyłam, ja myślałam, że piszę o swych odczuciach, a okazało się, że piszę o odczuciach, które Świetlicki i Dąbroski już mieli. I tak to wygląda, co tu dużo opowiadać. Wtedy nie zdałam matury i wszystko runęło, mama mi tu załatwiła po znajomości posadę. Tak to wszystko wygląda.

Ty mi tu za dużo nie pierdol – ja mówię, bo ja powoli tracę cierpliwość dla tych jej dwulicowych zwierzeń, dla tych jej fałszywych, pośpiesznie składanych mi na pohybel zeznań, co je zmyśla na poczekaniu, bym być może też coś od siebie powiedział „nie martw się, Dorotka, moje życie też nie jest łatwe, odeszłem od dziewczyny, wdałem się w rozboje, grubsze kłopoty z sukami, bo w głębi duszy to mam na domu położone ruskie panele, a mój bracki diluje amfą, nie mówiąc nic o matce, co mówiąc między nami robi przekręty na imporcie kafelków” i tak dalej, od słowa do słowa, ta suka by sobie niby nigdy nic klepała w tą swą maszynę, butem przyduszała pedał, a w rezultacie by wyszło na jaw, że jestem ugotowany na wyrok pięć lat w zawiasach na dożywocie i zsyłkę. Choć taka niby miła, otwarta, z wyglądu trzynaście lat, a będzie jaz tylko młodsza, aż zniknie. Niby by nawet pozbierała okruchy ze stołu i mi dała, niby by mi nawet powróżyła przyszłość z fusów od zgnitej herbaty, gdzie hoduje zwierzęta niewidzialne, ale skuteczne. Taką ona udaje moją wielką przyjaciółkę, od razu jesteśmy na ty, mimo iż ona ma maks trzynaście lat, to od razu jesteśmy na ty, od razu ona nie wiadomo skąd zna moją ksywę.

A nawet, jeśli tak nie jest, jak myślę i ona mnie tak po chamsku nie zrobi i mnie nie zakapuje, to zawsze ona może wziąć i mnie opisać w jakimś swoim utworze, a co jej zależy, z użyciem prawdziwego mego nazwiska i danych osobowych, niech nie wychodzi ten prorusek z domu na miasto do końca życia ze wstydu.

Teraz tak – ja mówię fuli powaga, bo dowcipy i żarty się skończyły, więc popycham nawet oburęcznie biurko dla wywołania u widzów grozy. Skąd znasz mą ksywę? Tylko bez żadnej ścierny.

Na to ona trochę się miesza, trochę nie wie, co powiedzieć. Rozgląda się, gdzie by się tu schować przed moim gniewem, może do szuflady, proszę bardzo, ja i tak ją stamtąd wywlekę ze włosy, jak się dosyć tyle podkurwię. Wtem ona mówi tak.

Skąd znam twoją ksywę? No znam, to się nie da ukryć. I wtedy wyjmuje jakieś teczki, akta, cały burdel, całą swą hodowlę papierzysk, białych ptaszysk gruntownie rozprasowanych na płask, pospinanych w pliki. I zaczyna mi czytać, co ma opanowane biegle mimo wieku ewidentnie dziecięcego. „Andrzej Robakoski, pseudonim „Silny”, nazwisko panieńskie matki Maciak Izabela rozwódka zatrudniona oficjalnie przy promocji artykułów higienicznych Zepter przez Zdzisława Sztorma numer pesel, to nieważne. Widziany w dniu dzisiejszym 15 sierpień 2002 na festynie w amfiteatrze miejskim pod hasłem „Dzień Bez Ruska” z niejaką Arletą Adamek pseudonim „Arleta”, skazaną w zawieszeniu za współudział w pobiciu paragraf numer, to nieważne, w rozprawie z dnia 22 luty 1998, numer seryjny rozprawy jeden trzy osiem trzy jeden jeden, numer seryjny pobicia tysiąc siedemdziesiąt osiem, numer seryjny oskarżenia jaki, to już nieważne. Podejrzewany o doprowadzenie do upadku mieszkańca miasta Adama Witkowskiego i przewrócenie go w błoto, jak również prowokacyjnego zniszczenie jego mienia w postaci kiełbasy zwyczajnej w barwach manifestujących sympatie pronarodowe. Poszkodowany Adam Witkowski zeznaje…”

Dość – mówię, gdyż zaczyna mi się kręcić w głowie. Gdyż również może i w wannie, i nawet moje sny są być może permanentnie inwigilowane. Masz tego więcej? – dodaję słabo.

Wtedy ona wzrusza ramionami, odsuwa jakąś szufladę i wtem ja mówię: ja pierdolę, bo ujawnia się moim oczom jakieś całe wypasione archiwum kagiebe rodem z filmów sensacyjnych USA, gdzie niczym osobne zwierzęta, poprasowane i pospinane, są akta, istne laboratorium, gdzie na masową skalę kwitnie inwigilacja i mentalne ocieractwo.

Lecz nim ona to zdąży zamknąć, to już wchodzi jeden jakiś suk i mówi tak: Masłoska, streszczaj się i do komendanta, on czeka na ciebie, ma zero towarzystwa, jest całkiem o to rozkurwiony. To po pierwsze. Kazał, żebyś się przedtem przyzwoicie uczesała, a ogólnie narzekał na twoje odrosty. A po drugie teraz zostaw tego buca na moment, bo jest taka sprawa, którą komendant nakazał w trybie ściśle pilnym. Podobno jacyś kazachstańscy szpiedzy, co przyjechali na wycieczkę, dostali po pyskach od wracających z festynu – tłumaczy ten suk – lecz dowodów nie ma i zero świadków.


To ona szybko zmienia kartki w maszynie i zaraz tamten jej dyktuje tak z kartki:

„Do ambasady kazachstańskiej w Warszawie – ambasady z małej litery pisz. To ma być bardziej pośrodku. I teraz tak, od akapitu. Informujemy, iż Rada Miasta – to dużą czcionką walnij – nie przyznaje, jakoby doszło do napaści ze strony rdzennych polskich – polskich z dużej – mieszkańców miasta na wycieczkę krajoznawczą z Kazachstanu. Rada Miasta z przykrością – to dużą czcionką – zaprzecza, jakoby doszło do zamieszek, a cztery obywatelki kazachstańskie zostały poturbowane i znieważone ze względu na pochodzenie (legitymowały się one nieudowodnionymi korzeniami polskimi prawdopodobnie sfałszowanymi, śledztwo w toku). Wyrażamy ubolewanie nad tymi nieudowodnionymi napaściami ze strony Kazachstanu, a także tolerowaniem i wspieraniem szpiegostwa. Z bólem ogłaszamy zerwanie stosunków dyplomatycznych oraz całkowity zakaz wjazdu na teren miasta autokarów i wycieczek krajoznawczych z Kazachstanu. Z Kazachstanu – to walnij dużą czcionką, a pod spodem: podpisano, Prezes Rady Miasta Niezależny Przedsiębiorca -Mgr inż. administracji zasobami naturalnymi i stosunków wodnych -Roman Widłowy”.

Masłoska wyjmuje wtedy kartkę z maszyny, dmucha na nią, poczym w miejscu na podpis składa zamaszysty podpis „Roman Widłowy mgr inż” i wali odpowiednią pieczątkę.


Suk bierze ją od niej, patrzy, czy nie narobiła literówek, czy wszystko jest fuli powaga i mówi: spisz tego buca i idź do starego. Poczym wtedy wychodzi.


Co ty tu jesteś, dupa komendanta? – pytam się jej wtedy wprost, jak jest. Gdyż ona tu taka nieśmiała, cienki głosik, wielka satysfakcja z tytułu własnego krzesła obrotowego, wstukuje skromnie po jednej literce na minutę, a po cichu zapewne wykrada komendantowi order generała, kompas i lampas, i z ukrycia trzęsie całym przedsiębiorstwem, popalając jego fajki. Jooo – ona mówi pełna goryczy – wręcz odwrotnie, ten Landau istny mnie zabija. Co piętnaście minut on mnie woła, bo mu się nudzi. Każe sobie malować pejzaże, swoje portrety en face na tle niby lasu. Go kręci, że ja czytam różne książki. Każe mi najpierw powiedzieć tytuł i autora, co sobie notuje. Obiecuje mnie za to niby przenieść na inny pokój z podnoszącą się żaluzją. I niby mundur w moim rozmiarze, ale to niepewne, bo niby budżet. Muszę mu zawsze wszystko powiedzieć, plan ramowy tej przeczytanej książki, okej. Cały świat przedstawiony. On wszystko notuje sobie do kalendarza, a potem uczy się na pamięć. Potem jak coś, jakieś starcie z Zakładem Oczyszczania Miasta, jakiś protest anarchistów, to on przez mikrofon wali odwołaniami literackimi na prawo i lewo, i udaje wykształconego. Naprawdę. Na tej podstawie zresztą on w Komendzie Wojewódzkiej nakręcił Ogólnopolicyjny Klub Czytelnika, tak zwane tu Okace. Wyjmuje za to kasę. Jest tam przewodniczącym. W wolnych chwilach muszę mu pisać referaty na zebrania, czaisz? Przykładowo ten ostatnio, co pisałam – tu Masłoska wyciąga jakieś pokreślone kartki – „w ostatnich tygodniach czytelnictwo w służbie porządku wzrosło nawet o 25%. Wypożyczane są najczęściej pozycje fantasy i przygodowe. Najniższym zainteresowaniem cieszy się półka z literaturą radziecką, są to sporadyczne i szybko wykrywalne przypadki wśród personelu niższego. Najwięcej wypożyczeń odnotowano natomiast w dziale polskiej literatury romantycznej, w związku z czym komitet OKC zadecydował o zakupie nowych wznowień Mickiewicza i Słowackiego”.

Takie rzeczy muszę pisać, a czasami celowo robię błędy. Przykładowo dwa dni temu nawet ostentacyjnie zrobiłam kilka antysystemowych ortograficznych i interpunkcja, policja maską Babilonu. A nikt się nie skapnął nawet, ci z klubu pewnie w ogóle tego nie słuchają, jak on czyta, tylko ukradkiem żrą słone paluszki i rzucają się papierkami.

Wtedy wzrusza ramionami i mówi tak: bo to ich wszystkich to tu wszystko tak naprawdę gówno obchodzi. I tak tego miejsca tak naprawdę nie ma, to po co się męczyć, po co brać to na poważnie, przykładać się, mieć motywację do lepszego udawania? Wtedy ona głośno puka w ścianę i mówi tak: tu przecież w ścianach nie ma żadnego żelazobetonu ani muru nawet, ani nic, Silny. Sprawdź sobie, tam są napchane stare gazety. To wszystko jest prowizorka, Silny, tego wszystkiego tu nie ma.


Jak ja na nią patrzę, to mi się robi słabo. Bo to już jest grubsza przesada, ostentacyjny prowokacyjnie robiony mi na moich oczach halun, jak ja mam patrzyć na takie rzeczy, to chyba wolę zacząć chodzić do kościoła. Przecież albo ona jest spalona tak bardzo, że jej złącza poszły na bańce, albo ma jakiś grubszy schiz, drzwi percepcji z nawiasów na amen wywichnięte i tak chodzi tu po komisariacie, złorzeczy swoje chore doszczętnie filmy o tworzywach sztucznych. A że co ma zrobić, wpisać do maszyny – to wpisze, to dają jej spokój, czasami jej najwyżej doleją nervosol do herbaty, by za dużo nie przepowiadała komendantowi pójścia do piekła za malwerchy.


Nic nie rozumiesz, Silny? – ona mi się jeszcze usiłuje wszystko wytłumaczyć i jeszcze się dziwi, że mnie jej zeschizowane horoskopy nie robią wrażenia, na żadne zbiórki do tej sekty przychodził nie będę i nie chcę ani mundurka, ani cukierka, co ona mi wciska, piersza dawka za darmo, mówi, to jest zajebisty drag, zdaje ci się, że niczego nie ma.

Ale ona dalej z tym swoim filmem: chyba nie wierzysz, że ten komisariat istnieje? Ja ci nie chcę nic mówić, ale on jest tu podstawiony. Ja też jestem tu podstawiona, a ten mundur, co mam na sobie – tu mi pokazuje, jak ma za duże rękawy o pół metra, co sięgają do kolan – to wszystko jest wypożyczona ścierna, włókno szklane, papier. A za oknem nie ma ani pogody, ani krajobrazu, tylko jest scenografia. Że jak mocniej uderzysz, to się rozleci i przewróci. To się nie dzieje naprawdę, tylko, rozumiesz, to jest napisane. W wykresach, w tabelach, w aktach, w dziennikach lekcyjnych…

Okej okej – ja mówię, i przesuwam swoje krzesło do tyłu, by mnie jeszcze ta psychiczna nie uderzyła ni stąd ni z owad jakimś prętem, nie dźgnęła długopisem dla podniesienia ekspresji – ja wszystko rozumiem. Nie ma mnie, nie ma ciebie, nie ma nas, to już ustalone. A teraz koniec porad na temat sens istnienia i istota wszechrzeczy, bo my tu gadu gadu, a Ruski się zbroją. Pytaj mnie, co tam trzeba, i ja stąd spierdalam, gdyż nie przyszłem tu na elektrowstrząsy psychiczne, tylko na uczciwe autentyczne zeznania. Albo zeznaję, albo koniec, ja na sekty nie idę, mam dość innych zainteresowań w czasie wolnym.

Masłoska już nabiera powietrza, by jeszcze coś powiedzieć mi i wytłumaczyć swoje urojenia,

Zaraz jest gotowa wyciągnąć planszę, wskaźnik i pokaże wzrost swojego urojenia w stosunku do ilości wypitej herbaty. Ilość herbaty wzrasta, to pojawiają się efekty dźwiękowe, świetlne, żurawie z origami latają jej przed oczami, pani już na dzisiaj podziękujemy, było miło, ale powinna pani się porządnie przespać. I ona o tym wie, odpuszcza sobie. I dobrze gdyż jeszcze jedne słowo i bym dzwonił z komórki po szpital, żeby tu przyjechali, przywieźli ze sobą cały budynek i ją natychmiastowo pod haloperidol podłączyli.

Ale ona rozumie chyba moje zaciekłe niewzruszone stanowisko, mówi, okej, Silny, okej, tematu nie było. To jak już chcesz, ja ci zostawiam wolną rękę. Mogłabym wszystko w twych zeznaniach ujawnić, twoje poglądy lewackie, a nawet posunąć się do tego, że bym ci wpisała do karty udział w związku wojujących bezbożników. Miałbyś przesrane w całym mieście. Ale nie, respekt, cokolwiek ty tam sobie masz za poglądy, ja ci tu wpisuję kategorię: radykalnie antyruski o tendencji prawicowej. W „osiągnięcia indywidualne na rzecz polskości” to damy… nieważne, coś wpiszę, działalność agitacyjną, propinację chłopów… zaraz pomyślę. A ty, jak chcesz, możesz już iść, jesteś zwolniony, wpadnij jeszcze kiedyś, to pogramy w warcaby, przepadam za warcabami.

Jasne – ja mówię na koniec w konwencji niby bardziej przyjacielskiej, gdyż generalnie była to dziewczyna miła, uczuciowa, choć na wskroś na wylot chyba pierdolnięta. Póki co jeszcze nic nie jest pewne, czy to nasze solo przeżyję, na razie tu stoję i przykładowo, nim zdążę wyjść, ona mnie może rzucić nożem lub strzałką wyjętą spod biurka. Temu ja nie zadzieram z nią i głośno mówię jej serdeczne życzenia na nową drogę życia, żeby dostała jakieś zupełnie nowe, wypasione literki do maszyny, co dotychczas takie nie istniały.

Czego i ja sobie życzę – wzdycha ona, przekładając papiery – bo już wariuję tutaj. Teraz ostatnio, pomyśl sam, są same sprawy o proruskość, kolaborację z wrogiem, sianie fermentu. Jedna, dosłownie jedna była o usiłowanie wymuszenia amfetaminy, co się ze szczęścia prawie posikałam, że jakieś nowe słowa prócz „proruski”, „antypolski” i „tak” mogę wpisywać. A tak to ciągle jakieś odpiłowanie łańcucha z barierki, jakieś poplamienie flagi, jakiś handel niepolską herbatą, już dostaję dosłownie filmu, że książkę tu o tym piszę.

– No jasne, pisz – mówię jej na koniec – najlepiej wspomnieniową. Pod tytułem „Byłam pierdolnięta”.

I to mówiąc nim ona zdąży mnie za to zabić, co jestem pewien, iż planuje, czmycham z pokoju w trybie fast forward, trzaskam drzwiami. Gdyż muszę się jeszcze wrócić po tą utraconą krótkofalę, co nie popuszczę, a ją odzyskam. Gdyż podobała mi się, fajna to była zabawa.


A jak wybiegam na podwórko przez nikogo nie zatrzymywany, to od razu chcę sprawdzić, czy to, co ona mówiła, to czy aby przypadkiem to nie jest jakaś niby prawda. I ja muszę to sprawdzić, bo inaczej wtem okaże się, iż wszyscy mnie tu ostro chujali. Podbiegam pod mur i wpierw leko w niego pukam puk puk. I istotnie ku memu zszokowaniu rozlega się dźwięk niczym bym nie stukał w mur, tylko bawił się w styropian przy rozpakowywaniu telewizora. Styropian tektura i wata szklana, oto z czego zbudowane jest to miasto, zdawało ci się, Andrzej, mówi moja matka znad kuchenki smażąc kiełbasę, zdawało ci się, że żyjesz, sam się sobie przyśniłeś, miałeś na swój temat sen erotyczny. Przecież nie myślisz chyba, że to się dzieje naprawdę, przecież to miasto jest papierowe, gdyż ja również jestem zrobiona z tektury i jeżdżę do pracy niby samochodem, a jak ty patrzysz przez okno, jak odjeżdżam, to nie kumasz, że to resorak zakupiony w kiosku. Tak tak, Andrzej, łudź się, współpracuj z fotomontażem, co Masłoska wysmażyła na twoje potrzeby, wsadzaj głowę w ten otwór.


A ja już takiego chorego filmu nie zniosę. Nie zniosę. Takiego chamstwa psychicznego, jakie oni na mnie praktykują, nieznani wrogowie zza drugiej strony rzeki, co pociągają w tym całym teatrze za żyłki, przeprowadzają na mnie eksperymenty na zwierzętach, z moich tkanek produkują kremy z elastyną i kolagenem, hodują mnie na buty i torebki. Nie wytrzymam tej niepewności, cały drżę z oburzenia, z rozpaczy. I jak się nie rozpędzę z niejakiej odległości, jak się nie rozbiegnę i nie pierdolnę w tę ścianę, ramieniem, całym ciałem włącznie z głową, jak nie walnę w ten cały interes. A wtedy to już nie wiem, co jest prawda a co jest papier. Znowu rozlega się ciemność.


* * *

A dalej już nie było tak lekko, jak to pokazują na animowanych kreskówkach o szmacianym piesku czerwonym w czarną kratkę. Że tralalala, piesek zapierdala po podłodze, pizdnie się w kant szafki i widzi gwiazdki, lajcik, zaraz wstanie, otrzepie się z tego, co mu odpadło i zapieprza dalej, fikając ogonkiem. I że jak on zbije wazon, to spoko, bo wazon zaraz sam się sklei, pan montażysta już zadba, by taśma poleciała do tyłu, wciśnie rev, zanim Ola łamane na Ela wróci ze szkoły i się wkurzy, coś narobił, głuptasku, co za nieporządek, istna stajnia Augiasza, jak mama wróci, to dopiero cię złaja.

Nie ma tak, w tym urządzeniu jest tylko jeden przycisk play, wciśnięty już na wieczność, wrośnięty w obudowę. I film leci. Lecz jednego jestem pewien, ta maszynka się panu popsuła, proszę pana. Jakiś elemencik, jakaś śrubka nie tego, taśma się zerwała i łopocze na wietrze.

Ostatecznie nie chcę być oskarżony, iż jakoby kłamię. Bo każdy powie: tak tak, Silny, do widzenia, idź się leczyć do przychodni rejonowej z mitomanii, a my ci jeszcze założymy kartę stałego pacjenta i za ciebie będziemy składki do ZUS-u płacić. Bo takie rzeczy się nie dzieją, powiedz sam, kto rzyga kamieniami, przez to jest z gruntu niemożliwe. Rozumiem, raz niby Kisiel się napił piwa z kipami, to połknął jeden, a wyrzygał dwa, ale to jest fizycznie możliwe. A natomiast ty tu coś kręcisz, coś ściemniasz grubo, a twój halun jest niewspółwymierny, masz blachy grupo pogięte, halun cynkowski, już nie odróżniasz człowieku, co się dzieje naprawdę od twych omamów. Tak tak, Silny, to wszystko fajnie się opowiada z twojej strony, my cię lubimy, szacunek na osiedlu, ale w to nie wierzymy, co to to nie i bądźmy dorośli.

A ja powiem tak: ja tu nic nikomu udowadniał nie będę. Dupa. Koniec. Przysięgi na flagę biało-czerwoną nie złożę.


Powiem tak wprost: ta noc nieprzebrana zapadła prawdopodobnie uchwałą z dnia 15 sierpień 2002 z okazji mojego zderzenia z murem komendy rejonowej Policji Polskiej Sp. z o. o., co w pełni sobie zdaję z tego sprawę i mówię z góry uczciwie. I to nie są żadne czary mary, palec włożony mi w oko przez dystrybutora krainy Oz na Polskę. To jest utrata przytomności w wersji klasycznej, o czym można przeczytać w każdym poradniku sympatyka PCK. A jeśli jeszcze doliczyć do tego inne naleciałości chemiczne, zatrucie trującym amerykańskim panadolem i niepożądane koreakcje z innymi lekami amfa i nervosol, to logiczne chyba, że nie jest ze mną dobrze, i blacha w mózgu nie tyle pogięta, co złamana na dwie części, i nie żadne tam zwarcie na stykach, Kasia Kowalska bierze spida lecz nie ma spida, tylko ostateczny krach systemu instalacji nerwowych. I biorąc nawet na logikę, to to nie było możliwe, bym po prostu w takich okolicznościach przyrody walnął głową w ten mur i co. Poszedł spać na kilka godzin, obudził się w świetnej formie, rześki i pełen sił na nowy lepszy dzień, i zaczął przestawiać meble.

A powiem jeszcze tak: gdyż zapewne straciłem przytomność, ale to nie jest taka zwykła utrata przytomności, że ciemność, patrzysz w prawo, patrzysz w lewo i nic. Tylko różne sny, haluny ostre i wyraziste, z których nie sposób tak po prostu wyjść, powiedzieć do widzenia i trzasnąć drzwiami. Nie da się. Impreza się kręci, a ty jesteś na tej imprezie, podłączony do sufitu tysiącem kabelków i nie ma odwrotu.

Powiem tylko, że odnośnie tego co powiedziałem wcześniej: był to gruby, naprawdę gruby halun, największy mój halun życia i jeśli wcześniej miewałem złe sny, to nie były one nigdy złe aż w tym stopniu. Zawsze jakieś naczynie połączone z rzeczywistością. A tu słoik pełen haluna zakręcony starannie i UHT.

Więc było tak i mówię to wprost, bez już wielkich teorii, metafor i tłumaczenia trudniejszych wyrazów: fabryka godeł. Facet odkręca orłowi łeb, drugi wyjmuje zawartość, zakręca, trzeci prasuje i dokleja koronę, czwarty przykleja na czerwone tło. Pełna współpraca, wydajność sto godeł na minutę. Odgłosy totalnej rzezi, prasowane orły wrzeszczą ze ścieżki produkcyjnej o pomstę do nieba, zostawcie nas, my się nie zgadzamy. Wtem okazuje się, że to taki film puszczony z rzutnika. Masłoska stoi pod ekranem, macha wskaźnikiem. Jest publiczność. Podwójna, bo odbija się w oknach, więc dwa razy więcej publiczności, coraz to więcej publiczności. Kto to są? – wrzeszczy Masłoska do wzburzonego tłumu, tłukąc wskaźnikiem w ekran. Mor der cy – skanduje rozjuszona publiczność. A co oni robią? Mor du ją. A co czują orły? Gier pie nie. I co jeszcze? Ból!

I tak w kółko. Wtem na ekranie pojawia się ni mniej ni więcej tylko Kwaśniewski z Jolantą Kwaśniewską, przekopiowani z gaziet, kolejno pod rękę, za rękę, w lesie i na spacerze, co za halun, publiczność już zobaczyła, już skojarzyła i wrzeszczy raptem: wypchać prezydenta, wypchać prezydenta!. Tłum szaleje, niszczy wszystko co napotka i wtem ni z tego ni z owego słyszę wrzask wznoszący się nad inne: wypchać Silnego! I już tłum podchwytuje, ja raptem też, by się nie ujawnić ze swymi poglądami, wołam razem z nimi: wypchać Silnego! wypchać Silnego! A wtem jak Masłoska nie wyceluje we mnie wskaźnikiem, widzę jego czubek, co mierzy mi w klatę, na co ja mówię: no co, Masłoska, przecież jesteśmy kolegami, nie? Jesteśmy przecież koleżanką i kolegą, co ty tak nagle, nie lubisz mnie już? Jak cię obraziłem wtedy, no to sorka, no przez nie mówiłem poważnie, no Masłoska… nie rusz… zostaw… lecz mam przeczucie, że koniec mój jest blisko, że to już niedługo, że coś pulsuje, jak gdyby wręcz pika i myślę, iż to memu sercu zebrało się na takie desperackie rozruchy tuż przed śmiercią.


* * *

Kurde, mówił coś o Masłoskiej – mówi ktoś do kogoś i ja dostrzegam wtem, tyle ile jestem w stanie zobaczyć przez szparę, że to jest dziewczyna, Andżelika Kosz zresztą. A założyłabym się, że on nie czyta „Twój Styl”, że go takie gazety denerwują. Jak go poznałam, wiesz, to myślałam, że on jest taki z gruntu męski, mroczny, pierwotny. Ale okazało się, że jest wrażliwy, najpierw ta desperka teraz, a jeszcze okazuje się, że on czyta „Twój Styl”, naprawdę się tego nie spodziewałam, pozory są tak mylne. Gdybym wiedziała, to nasza znajomość by też potoczyła się inaczej. Przecież ja znam tą Masłoska, to wszystko mogło wyglądać inaczej, ona czasami czyta przecież w „Strychu”, mogliśmy tam razem pójść, posłuchać, razem to poczuć. Jej poezja jest właśnie taka jak lubię, o zniszczeniu, o rozkładzie kobiety przez mężczyznę, przecież mogliśmy tam razem pójść. Ta cała tragedia, ta przelana Silnego krew, co miała miejsce, była niepotrzebna, po prostu zbędna.

No kurwa – słyszę drugi głos. Tym razem bardziej z pierwiastkiem męskim, lecz przez szparę widzę w słabej jakości obrazie Nataszę Blokus i to jest prawidłowa odpowiedź. – To jest pojeb, żeby się do takiej despery uciekać, poniechaj go, Andżela.

Ale nie rozumiesz, że kimkolwiek bym teraz nie była miss publiczności i objawieniem środowisk młodoliterackich, to on nie może w takich ciężkich chwilach pozostać sam zdany na pastwę cierpienia, oschłości ze strony otoczenia.

No i kurwa co, ja tam go teraz przewijać nie będę, przejebał sobie na policji, przejebał sobie na mieście, to ja teraz też mam ważniejsze sprawy. Widziałaś tego tapicera w dżinsach, to on wziął ode mnie numer na komórkę.


Szpara we mnie, przez którą ja to wszystko widzę, a prawdopodobnie i słyszę, jest wąska. Reszta wokół szpary jest czarna, bezbrzeżna i sięga niewiadomokąd, a w dodatku boli. Robię wysiłki, by tę szparę mocniej uchylić, i choć wszystko mnie boli, to udaje mi się, co prócz Andżeli Kosz i Nataszy Blokus, w tle widzę różne rzeczy białe, jak gdyby umieszczono mnie w samym środku poszewki na kołdrę. Wszystko jest białe, a zapach jest jak gdyby lizolu, więc mam różne wizje na temat tego, jak i czym mnie tu potraktowano, a przede wszystkim, gdzie jestem, bo to jest kwestia kluczowa. Już reszta mnie nie obchodzi, czy popełniłem samobójstwo, czy nie, chociaż go nie popełniłem. Chcę po prostu wiedzieć, na czym leżę, bo wiem tyle, że leżę i nie próbuję nawet tego faktu zmienić, gdyż wiem, i iż jak tylko jakaś dywersja, próba ruchu z mojej strony, to bach, i oni z powrotem mnie do tamtej sali, gdzie Masłoska wbija we mnie cyrkiel i rysuje wokół mnie koła coraz większe i większe, a publiczność bije brawo, bo wie, że mi się należało.


Cicho, kurwa, bo się budzi – mówi Natasza, bierze i brutalnie podnosi mi na siłę powieki, co ja nie jestem nawet w stanie oponować, tak jestem powszechnie ciężki, jestem chyba w ciąży z samym sobą, tak ciężki się czuję i bezbrzeżny. Wołaj tę pizdowatą salową, niech mu zapoda jakieś swoje czary mary, by trochę przejrzał na oczy.

To wtedy ja mrugam dość nieumiejętnie i widzę obraz kręcony z ręki.

Przytrzym mu te powieki – mówi Natasza do Andżeli i przekazuje jej do moje powieki do potrzymania – idę po tę białą herbaciarę, bo ona chyba poszła na wakacje pić drinki.

Wtedy podług mojego rozeznania Natasza wychodzi i Andżela nachyla się nade mną, co widzę własne odbicie przybliżające się do mnie w jej oczach, dość źle wyglądam, co więcej, wcale nie wyglądam, gdyż jestem gruntownie zasłonięty, okablowany i zapieczętowany, do odbioru po wpłaceniu kaucji.

Andrzej? – ona pyta – nic ci nie jest?

I wtedy porażka, bo kiedy ja chcę coś powiedzieć, obojętnie co, to me usta zamiast się otworzyć, są jeszcze to bardziej zamknięte. Są zamknięte tak bardzo, że aż nie da się ich otworzyć, a co więcej, już ich chyba wcale nie ma, tak bardzo stały się organem szczątkowym. A jak chcę podnieść rękę, to jej też jakby nie ma, lub też być może jest przymocowana na stałe do podłoża. Gdyż raptem to stałem się może w ogóle rośliną doniczkową, kwitnę w białej ziemi na parapecie, a Andżela mówi do mnie po to, co bym lepiej rósł i wypuszczał więcej korzeni, to mnie na wiosnę przesadzi.

Okej, nic nie mów – ona mówi i robi gest poprawiania poduszki – ja ci powiem, jak jest. Bo pewnie nie wiesz. To już nie jest wczoraj, to jest jutro. To znaczy dzień następny. Usiłowałeś popełnić samobójstwo. Ale odratowali cię. Niniejszym leżysz w szpitalu, a jak myśmy z Natą to się dowiedziały od Lewego, to zaraz Sztorm nas tu podwiózł. No to jesteśmy. Nata poszła teraz po pielęgniarkę. Jak wróci, to potwierdzi moje słowa.


To mówiąc, ona wyjmuje z torebki osprzętowanie bojowe, promocja piekła, poprawia sobie oczy, by były bardziej na czarno. Po czym zastanawia się chwilę, liczy coś, może kiedy dostanie okres, i ostatecznie decyduje się na pocałowanie mnie w policzek.

Nie musiałeś tego zrobić dla mnie – mówi, malując sobie na twarzy różne kreski kredką świecową wyjętą z torebki – nie jestem warta tyle cierpienia, bólu, zagubienia. Wiem, co musiałeś czuć, gdy wtedy odjechałam rowerem, pozostawiając cię samego ze zdeptanym kwiatem naszego uczucia niszczejącym na zgliszczach. Teraz to wiem: nie grałam fair, zraniłam cię, lecz gdy byłam wtedy ze Sztormem, to nie obchodziło mnie to, jaki on jest, bo on nie był taki jak ty.


Ja chcę coś powiedzieć, że to miło z jej strony, że o mnie wtedy myślała, ale zamiast tego z moich ust wydobywa się bańka, co spektakularnie pęka i się po mnie rozpryska, a może i nawet odłamki szkła idą Andżeli w twarz. Dochodzę do wniosku, iż w ostatecznym rozrachunku usta jednak mam, nie odkleiły się od reszty, za co serdecznie wszystkim dziękuję.

Cicho, bo Natasza idzie – mówi Andżela i zaraz łapska z powrotem na moje powieki, pełna gotowość do zdania służby, niby że cały czas je trzyma i neutralny temat. A wiesz? Bo niby ta wojna z Ruskimi została wczoraj załagodzona. Wiemy od Sztorma. Ma być podarowany statek, taki symbol przyjaźni, na którym polscy obywatele będą mogli jeździć na strefę bezcłową. A dla Rady Miasta bilety za darmo i barek. Dla uczniów i studentów zniżkowe na 37%.

Okej, Silny – dodaje Natasza, siadając mi na rękę. Ta franca tu zaraz przyjdzie, puści ci Eleni różne kawałki o słońcu, żeby cię trochę rozkręcić tu, bo ty nic nie gadasz. Albo inną zajebistą grecką piosenkarkę. Pizdę Gratis ze swym mężem z castingu Kutasem Gratisem.


I tyle ja widzę przez tę szparę, co mi raz to Andżela, raz to Natasza podtrzymują, istny poród kleszczowy przeprowadzony na żywca na moich oczach. Wtedy widzę jeszcze jakieś szwindle i matactwa w handlu bielą przed moim oczami, wszystko jest tak bardzo rasy białej, iż podejrzewam, że właśnie Izabela zapakowała mnie w papier śniadaniowy pergamin i że sam siebie niosę do szkoły na drugie śniadanie, że wokół wielki szept szelest idący echem po korytarzach. Co jakiś czas zapala się jarzeniówka i rozlega się wokół galeria twarzy w kamiennych bluzkach, gadające popiersie Andżeli, waza o twarzy Nataszy, muzeum interaktywne, autentyczny zapach autentycznego lizolu B, autentyczny szelest prześcieradeł. Tu postawimy łóżeczko, Magda – wapienne łóżeczko dla odlewu naszego dziecka, a tu sztuczny telewizor. Biali ludzie o białej krwi i mięsie też białym, bo drobiowym, wapiennym. I zero czerwieni, biały orzeł na białym tle, wojna pomiędzy rasą białą pod flagą biało-białą.


Ej, Silny – słyszę szept w całkowitej konfidencji i zostaję popchnięty bardziej w głąb łóżka, co mnie już nawet nie zdziwi. Gdyż jestem do niego szczerze przywiązany, jest moim dodatkowym organem w ramach kompensacji całej reszty narządów, które mi być może odpadły. Nie umieraj jeszcze, na razie jeszcze żyj. To ja, Magda.

Nie kłam – mówię lub też mi się zdaje być może, że mówię, granice są w płynie, granice są w proszku, przesypują się po planszy i nie wiadomo, czy jestem jeszcze na polu czerwonym, czy już na białym, lecz to nie obchodzi mnie. Gdyż ten lizak po obu stronach ma dla mnie smak całkowitej goryczy. Nie kłam, Magda, iż niby przyszłaś. W chuja mnie robisz, „jestem tu, Silny, przyszłam, ale prima aprilis i wcale mnie nie ma”. Koniec. Mogłaś przyjść.

Mogło być jeszcze wszystko dobrze. Ale nie przyszłaś.

No, Silny, głupku – mówi Magda wtedy i samodzielnie otwieram oczy bez udziału rąk. I przerażam się, bo rzeczywiście niby ona, ale może to tylko jej makieta, jej atrapa zakupiona dla mnie przez Barmana w zestawie ze strzałkami do rzucania. Palant z tego Barmana, czy on nie jarzy, że kurwa ja mam nogi i ręce w awarii, że oni mnie tu obwiązali różnymi rurkami i tylko dzięki temu jedynie trzymam się kupy. Zastanawiam się, jak ja na dłuższą metę będę w ten sposób żyć. Bo łaź teraz wszędzie z tym całym osprzętowaniem, butle jakieś, jakiś radar, kable się plączą pod nogami, poruszaj się teraz w promieniu metra od ściany, nurkuj w powietrzu na głębokość metra i jeszcze nie pomyl wtyczek, bo wtedy zwarcie i osobiste użyźnienie gleby.


Silny, to ja Magda – mówi Magda i macha do mnie ręką z odjeżdżającego autobusu na wakacje. To ja, Magda, wpadłam tak ot, pogadać. Kupiłam ci malborasy, mentole, pomyślałam, że się ucieszysz. I gazetę o motocyklach, „Świat Motocykli”, żebyś tu do reszty nie zdumiał.

Fajnie jest, myślę. Jedziemy autobusem. Mnóstwo pyłu jest, ale jest fajnie, silnik furczy, wszystko się trzęsie, białe pola, plantacja kredy, muzeum interaktywne, tyle zrobili pyłu, że nie widać eksponatów. Może to zresztą amfa unosi się w powietrzu, bo to jest akurat czas kwitnienia amfy, pełno pyłków lata w powietrzu, powszechna akcja narodowa alergia, zatrudnienie dla bezrobotnych.

Słuchaj teraz tak – słyszę ze strony Magdy – nie bądź, Silny, głupi. Nie daj się tak zrobić, przecież oni chcą tu z ciebie wyhodować rododendron sobie na korytarz.

Wtedy wyciąga z torebki „Świat Motocykli” i próbuje tak zrobić, żebym mógł sobie poczytać. Lecz co ona jedną rękę mi zaciska, to druga się rozwiera i gazeta więdnie. Wtedy Magda wyprowadzona takim moim zachowaniem z równowagi zdejmuje z półki radar, co do niego jestem podłączony i aż dziwię się, że jak ona go bierze, to mnie to nie boli. I buch mi go na brzuch, co aż prawie samego siebie z bólu wyplułem, lecz moje zdolności sprzeciwu są ograniczone.

Nikt nie skuma – szepcze mi Magda z otuchą i kładzie „Świat Motocykli” gazetę na radarze, co cały czas pika i być może jest to moje sztuczne serce, które teraz już zawsze będę musiał nosić ze sobą w reklamówce, to więc niech ona się z tym obchodzi ostrożnie, żeby nie zepsuć. Widzę teraz prosto przed twarzą różne literki idące przez strony do swojego mrowiska. I żałuję iż tak szybko się ruszają, bo to może jest tekst piosenki o mnie i moim bólu, którą mógłbym teraz wszystkim zaśpiewać. Lecz to jeszcze nie koniec tej modernizacji, gdyż Magda najwyraźniej zdecydowała się polepszyć moje warunki bytowe i sanitarne. Wyjmuje paczkę fajek już napoczętą i kategorycznym gestem wkłada mi jednego do ust, co on mi od razu wypada, ale ona go wtyka na powrót głębiej, prawie prosto mi do gardła.

Tu się nie pali – odzywa się słabo jakiś głos z daleka, zapewne automatycznie włączająca się akcja antynikotynowa, co zaraz powie, co sądzi na temat papierosów i ich skutków.

Jakiś problem? – mówi zaraz Magda głośno – ja pana nie częstowałam.

Wtedy Magda patrzy na mnie, widząc iż coś jest niezupełnie tak z tym paleniem.

Co oni chcą od ciebie, żebyś ty nagle zaczął mówić stereo i podbicie basów? – mówi, bierze i wyszarpuje ze mnie te wszystkie wtyczki od kabli, co ciągną się od mego nosa i z powrotem. Tak będzie ci dużo lepiej.

Wtedy jeszcze udaje mi się zobaczyć w przyspieszonym tempie, jak ona rzuca te rurki na podłogę, podpala mi papierosa, a potem już niewiele widzę. Gdyż raptem coś ciężkiego na mnie spada na klatę, być może kamień, być może to moja własna powieka, być może to wiatrak oderwał się z sufitu, a być może to po prostu jakieś urwanie chmury z drugiego piętra, śnieg łóżek i pacjentów. Lecz już nad tym nie myślę więcej, gdyż możliwość myślenia również nagle tracę, co symbolizuje ostatecznie mój regres w kierunku roślinności.


* * *

Nie umieraj… – taką audycję nadają w radiu. „Nie umieraj, razem zwalczymy naszą wspólną śmierć” – społeczna akcja charytatywna radia Zet i polskich muzyków rockowych. – Nie umieraj – powtarza radio, a potem jakby spiker gubi wątek, bo pomyliły mu się kartki. Nie umieraj – mówi – to wszystko moja wina.

Wtedy znowu klamka uchyla się i pojawia się szpara, przez którą bezczelnie podglądywuję, co jest na zewnątrz. Być może nawet rodzę się właśnie, wyglądam na świat z mojej matki, lecz nie podoba mi się to, co tu się dzieje. Otóż nie jest to zwykły sufit, tylko sufit ruchomy, sufit przewija się na moich oczach, świetlówki znikają i pojawiają się na powrót, gdyż może jesteśmy teraz w interaktywnej fabryce świetlówek. I raptem są też różne twarze, jest hałas. To wszystko moja wina – tłumaczy ktoś z płaczem – będę teraz już tylko z tobą, tylko nie umieraj, przecież nie o to tu chodzi, tu chodzi, żeby się dobrze bawić… A to wszystko były takie żarty… tak naprawdę to nie byłam z nikim, ani z Lewym… ani z tym całym dźwiękowcem… zrozum to, tak tylko żartowałam, żeby cię rozzłościć, idioto… a teraz wszystko będzie dobrze…


Nie umieraj, Silny, to mówisz ty, Magda, mówisz to przez telefon, mówisz to przez megafon. Jest to kolejna twa fanaberia, kup mi fajki, kup mi rajtki, nie umieraj. Jeśli możesz, nie umieraj. Nie umieraj, jak chcesz, by było między nami fajnie. Bądź kolegą, nie umieraj, bo mam akurat umówione solarium, nie mam teraz czasu na grożenie, może później. Zadzwoń do mnie pod wieczór i przysięgnij, że tak żartowałeś i nie umarłeś, już zaraz dosłownie lecę, ale obiecaj wpierw, że to wszystko nieprawda.


Chcę coś myśleć, lecz nie. Żadnego myślenia, mam zabronione myślenie, co mam chęć coś pomyśleć w jakimś temacie, to radio z wyrwaną anteną nadaje ekstraciekawą przyrodniczą audycję o wietrze, że wiatr wieje. Że wieje. To jest relacja live nadawana z miasta, początkowo był jakiś reporter na żywo, proszę państwa, nie słyszą mnie państwo, lecz jesteśmy świadkiem niezwykłego zjawiska, w całym mieście wieje wiatr. Pojawił się z zachodu i wyrwał już wszystkie flagi biało-czerwone. Mimo iż mnie państwo nie słyszą lub nie słyszą mnie wcale, zaznaczę, że już osiem osób utraciło włosy, a liczba osób, które zostały zaginione jest ciągle nie znana. Wiatr skręca właśnie w lewo, odrywa balkony od wieżowców. Pojawiły się pogłoski i nadinterpretacje, jakoby wiatr ten został skonstruowany przez Niemców, którzy chcą urządzić tu poligon, a na pozostałościach domów urządzić ścianki alpinistyczne dla oddziałów specjalnych. Wiatr wieje na niespotykaną skalę, nie da się porównać nawet z wiatrem z 1997, o którego nasłanie na Polskę rząd obciąża Moskwę.

Загрузка...