Rozdział drugi



Interesująca heraldyka:
GLINIANA POKRAKA NA CZARNYM POLU


Nie byłem w klubie co najmniej od pięciu lat. I mniej więcej tak samo długo nie byłem w mieście; zgiełk działał na mnie niezmiennie przytłaczająco. Również i tym razem zaraz za bramami miasta zaczęła mnie boleć głowa.

Klub mieścił się w samym centrum, kawałek za placem targowym, naprzeciw pałacu publicznych widowisk. Wejście do budynku klubu ozdobione było dwoma gryfami z brązu - podczas gdy jeden leżał, opierając łeb o szponiastą łapę, drugi rozpościerał skrzydła i otwierał pysk, gotowy do ataku. Wyciosane z różowego marmuru wejściowe schody nie były zbyt strome. W otwarcie drzwi musiałem włożyć sporo wysiłku. Wszedłem do środka; po prawej stronie znajdowało się lustro i przez sekundę widziałem swoje odbicie: czarny, długi do kostek płaszcz, czarna, ozdobiona gwiazdami czapka; wszystko zgodnie z protokołem. Różnokolorowe oczy - prawe błękitne, lewe żółte. Ta drugorzędna cecha maga dziedzicznego była w moim przypadku wyjątkowo wyraźna - u ojca, na przykład, obie źrenice były błękitne, różniły się jedynie odcieniem.

- Jak zdrowie pańskiej sowy?

Odwróciłem się.

Staruszek był siwy, jak dojrzały dmuchawiec. Prawe oko miał piwne, lewe również piwne, lecz z przebłyskami zieleni; oba patrzyły na mnie z profesjonalną życzliwością:

- Czy miody panicz jest członkiem klubu, czy dopiero pragnie wstąpić?

Zdjąłem z szyi skórzaną torebkę na dokumenty. Wyjąłem kartę członkowską i pomachałem nią przed nosem staruszka:

- Sowa czuje się dobrze. Nazywam się Hort zi Tabor, chciałbym...

- Ależ ten czas leci - powiedział staruszek i oczy zaszły mu lekką mgiełką. - Pamiętam, miłościwy panie, jak ojciec cieszył się z pana pomyślnych narodzin. A pana biedna mama! Po takich stratach, w tak dostojnym wieku - w końcu udany poród.

Nachmurzyłem się. Nie lubię, kiedy nieznajomi okazują się wtajemniczeni w intymne tajemnice naszej rodziny. Tym bardziej nie lubię, gdy o tych tajemnicach rozprawiają.

- Ile ma pan lat? - zapytał staruszek, z rozbrajającym uśmiechem. - Dwadzieścia pięć?

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, udam się do zarządu - rzekłem lodowatym tonem.

Na wypolerowanej ladzie szatni niczym zastygła kałuża leżały ptasie odchody. Sądząc po ich wyglądzie, zdrowie sowy, która je zostawiła, było w jak najlepszym porządku.


* * *


Po raz ostatni wpłaciłem składkę dwadzieścia pięć miesięcy temu; teraz mój dług legł złotą górką na czarnym aksamicie stołu. Pan przewodniczący zarządu kiwnął panu kasjerowi - moje pieniążki przewędrowały do sakiewki, a następnie do sejfu.

- Tak więc, panie zi Tabor, otrzymuje pan do pełnego wykorzystania Rdzenne zaklęcie, pod warunkiem, że zostanie ono zrealizowane przed upływem sześciu miesięcy. Jeśli w czasie tego terminu nie wykorzysta pan swego prawa, zostanie ono, to znaczy prawo, panu odebrane, a w ramach kary utraci pan możliwość uczestnictwa w kolejnym losowaniu.

Na ramieniu przewodniczącego zarządu przestępowała z nogi na nogę wiekowa, znająca życie sowa. Uchyliła oko, obrzuciła mnie żółcią sennego, pogardliwego wzroku i na powrót zamknęła oko.

- Zaklęcie wymaga znacznego wysiłku, zaś jego użycie jest ograniczone ze względu na stopień... zresztą panu, panie zi Tabor, jako dziedzicznemu magowi ponad rangą, ta część instrukcji nie będzie potrzebna. Proszę się podpisać i odebrać atrapę.

Przewodniczący pochylił się i otworzył szufladę stołu; sowa musiała odchylić skrzydła, żeby utrzymać się na jego ramieniu.

Na czarnym aksamicie stanęła topornie wykonana, gliniana statuetka - nieproporcjonalna, ludzka figurka. Podłużna głowa była tej samej wielkości co reszta tułowia; kolana i łokcie potworka były lekko zgięte, zaś plecy wyprostowane.

Drgnąłem - taką siłą emanował ten niepozorny na pierwszy rzut oka przedmiot.

- Atrapa jest jednorazowa; aby zainicjować zaklęcie, należy naruszyć jej jednolitość, to znaczy oderwać głowę. Karany może być tylko jeden, karany musi znajdować się w bezpośrednim polu widzenia, Kara wymierzana zostaje jednorazowo. Podczas bezpośredniego dotknięcia karku atrapy uruchamia się reżim oskarżenia: to znaczy musi pan wyraźnie, najlepiej na glos, przedstawić winę, będącą przyczyną Kary. Uwaga! Przytoczona wina musi dokładnie odpowiadać faktycznemu przewinieniu; w wypadku fałszywego oskarżenia zaklęcie obraca się przeciw karzącemu! Wymierzając Karę musi być pan absolutnie pewien, że wymieniony uczynek jest dziełem karanej osoby! W przeciwnym wypadku czeka pana straszliwa śmierć!

Przewodniczący patetycznie uniósł głos i sowa na jego ramieniu znów uchyliła jedno oko.

- Od chwili, gdy podpis posiadacza Kary pojawi się w odpowiednim rejestrze - przewodniczący delikatnie pogładził stronicę grubej, magicznej księgi - przez sześć miesięcy, bądź do momentu naruszenia jednolitości atrapy, prawo do wymierzenia Kary posiada właściciel i tylko on. Jeśli jednolitość atrapy naruszy osoba postronna, magiczne działanie nie będzie miało miejsca. Osoba postronna zginie, a właściciel straci swoje prawo do Kary. Uwaga! Po rozpoczęciu procedury Kary - to znaczy od chwili, gdy atrapa znajdzie się bezpośrednio w rękach karzącego - znajduje się on w reżimie zmniejszonej podatności. Oznacza to, że jakiekolwiek szkodliwe oddziaływanie na niego będzie utrudnione, a sama próba takiego oddziaływania będzie się łączyć z groźbą utraty życia przez osobę napadającą. - Przewodniczący zamyślił się, jakby próbował pojąć znaczenie wypowiedzianych przed chwilą słów.

- Czy wina powinna być adekwatna do zamierzonej Kary? - zapytałem ochryple.

Przewodniczący zamilkł. I pozwolił sobie na uśmiech.

- W najmniejszym stopniu, najmilszy panie zi Tabor. W praktyce tego zaklęcia był przypadek, kiedy człowieka ukarano śmiercią za rozlanie kawy... To znaczy, ukarany rzeczywiście ją rozlał, rozumie pan?

Sowa na jego ramieniu wydobyła z siebie przytłumione „chichi”. Poczułem się nieswojo.

- Było też, niestety, kilka przypadków, kiedy zupełnie niegłupi ludzie stawali się ofiarą własnego błędu. Pewien zazdrośnik postanowił ukarać domniemanego kochanka żony. Fatalnie się jednak pomylił. Ten człowiek i jego żona w rzeczywistości mieli pewną tajemnicę, jako że żona w tajemnicy przed mężem paliła fajkę, a ów człowiek dostarczał jej tytoń... Gdyby właściciel Kary w trakcie oskarżenia powiedział - „za tytoń”, karany by umarł. A tak - umarł wymierzający karę... A inne przypadki tego rodzaju... A... - przewodniczący z goryczą machnął ręką.

- Czy można ukarać maga? - spytałem, czując jak wali mi serce. - Jakiego stopnia?

- Dowolnego - przenikliwie oznajmił przewodniczący. - Jest to wszak Rdzenne zaklęcie, powinien pan rozumieć...

- Zaklęcie nie może zostać wykorzystane przeciwko członkom Klubu Kary - odezwał się kasjer. Z pewnym, jak mi się wydało, pośpiechem. Sowa pana przewodniczącego spojrzała na niego z wyrzutem.

Przez chwilę rozmyślałem, czy moje następne pytanie nie będzie nietaktem, i nic nie wymyśliwszy, zapytałem:

- Czy członkowie klubu nie mogą zostać ukarani z zasady? Zaklęcie nie zadziała?

- To Rdzenne zaklęcie - z westchnieniem powtórzył przewodniczący. - Jeśli jednak wykorzysta je pan przeciwko członkowi Klubu Kary, powinien być pan gotowy na, hm, sankcje... Bardzo poważne, po magicznej linii. Rozumie pan?

- Rozumiem. - Lekko skłoniłem głowę.

- Oficjalną część instrukcji można uznać za zakończoną - powiedział przewodniczący z, jak mi się wydało, ulgą. - Teraz, zgodnie z tradycją...

Z tego samego sejfu, w którym znikły moje składki za dwa i pół roku, wyjęte zostały trzy kielichy i pękata butelka.

- No cóż, panowie... dla jednego władza jest zabawką, dla drugiego sensem życia, dla innego śmiertelnym jadem... My, magowie, bawimy się władzą, jak inni bawią się z ogniem. Wypijmy zatem za to, by nasz miody przyjaciel, Hort zi Tabor, miał ze swej wygranej pożytek i satysfakcję!

Osuszyli kielichy. Ja, czując się wyjątkowo niezręcznie, ledwie zamoczyłem usta.

- Nie piję alkoholu - odparłem na ich pytające spojrzenia.

- Konsekwencje... ciężkiej choroby.


* * *


PYTANIE: Za pomocą czego dokonuje się magicznych oddziaływań?

ODPOWIEDŹ: Za pomocą zaklęć.

PYTANIE: W jaki sposób dokonuje się zaklęć?

ODPOWIEDŹ: Werbalnie bądź intuicyjnie.

PYTANIE: W jaki sposób rozpowszechnia się zaklęcia?

ODPOWIEDŹ: W środowisku magów mianowanych ogólnie przyjęte zaklęcia rozpowszechnia się bez ograniczeń za pośrednictwem osobistych spotkań bądź też poprzez literaturę fachową. Rzadkie i egzotyczne zaklęcia są sprzedawane lub dawane w arendę (jeśli posiadają materialny nośnik).

PYTANIE: Czym jest materialny nośnik zaklęcia?

ODPOWIEDŹ: Jest to przedmiot, który ucieleśnia zaklęcie.

PYTANIE: Czy każde zaklęcie wymaga materialnego nośnika?

ODPOWIEDŹ: Nie, nie każde. Jedynie Rdzenne zaklęcia wymagają stałego materialnego nośnika.

PYTANIE: Czym jest Rdzenne zaklęcie?

ODPOWIEDŹ: Jest to zaklęcie o absolutnej sile, pochodzące z rdzenia wszystkich rzeczy.

PYTANIE: Jakie zna pan ograniczenia magicznych oddziaływań?

ODPOWIEDŹ: Całkowicie zakryty przed magicznym oddziaływaniem jest obszar medycyny (oprócz weterynarii). W przypadku wyższych oddziaływań magicznych istnieją ograniczenia zależne od stopnia maga, aktualnego zapasu sił magicznych oraz liczby obiektów poddawanych takiemu oddziaływaniu.

PYTANIE: Jaka jest maksymalna liczba obiektów, na które może oddziaływać mag pierwszego stopnia?

ODPOWIEDŹ: Czterdzieści obiektów, plus minus dwa.


- Czy mogę panu pogratulować, drogi panie Hort?

Staruszek dmuchawiec stal obok szatni - nie zagradzając przejścia, nie pozostawiając go jednak swobodnym. Jakoś tak dwuznacznie stal.

Znowu zobaczyłem swe odbicie w lustrze - uśmiech od ucha do ucha, prawe oko lśni błękitnym światłem, lewe żółtym i należałoby natychmiast przerzuć trochę chininy, żeby zetrzeć z twarzy tak prostoduszny wyraz szczęścia.

- Gratuluję - z uczuciem powiedział staruszek. - Czy mogę coś panu doradzić? Na prawach starego znajomego pańskiej rodziny?

Niezobowiązująco wzruszyłem ramionami.

- Niech pan zapamięta, Hort: Rdzenne zaklęcie, nawet jednorazowe, zawsze pozostawia po sobie ślad do końca życia. A jaki to ślad - zależy od tego, jak wykorzysta pan Karę.

Kiwnąłem niecierpliwie głową:

- Tak, tak...

- No i wszystko pan zbywa - miło uśmiechnął się staruszek. - Pewna siebie młodość... Lecz na wszelki wypadek proszę pamiętać: im sprawiedliwsza będzie Kara, im potężniejszy ukarany i im więcej zbrodni będzie miał na sumieniu, tym więcej odkryje się przed panem możliwości. Może się pan zmienić z maga ponad rangą w wielkiego... tak, może pan. Jeśli ukarze pan sprawiedliwie - najstraszniejszego, najbardziej obrzydliwego, najniebezpieczniejszego dla ludzi zbrodniarza. Tak jest. - Znowu się uśmiechnął. - A teraz - niech pan idzie... Przecież musi pan jeszcze znaleźć odpowiedni hotel?

Zatrzymałem się.

- Proszę wybaczyć... Ten, hm, związek pomiędzy Karą i... Podczas instruktażu nie mówiono mi niczego takiego. Czy to... prawda?

Staruszek uśmiechnął się po raz trzeci, wesołe zmarszczki rozpełzły się po jego twarzy jak promyki słońca:

- No co pan, Hort... To taka plotka. Legenda, inaczej mówiąc.

...Zgiełk ulicy, blask słońca, turkot kół, upał i kurz, szum głosów, wszystko to - powietrze, światło i gwar - spadło na mnie, jak spada zerwana tiulowa zasłona. Stałem przed wejściem do klubu między gryfami z brązu i oddychałem szybko i głęboko, do zawrotów głowy.

Stałem na progu świata.

Ja. Wszechmocny. Mogący ukarać największego na świecie zbrodniarza, maga, króla, kogokolwiek. Ja, władca. Ja...

Tylko się nie spieszyć. Tylko wybrać jak należy. Nasycić się władzą i nie pomylić w wyborze - już ja będę wiedział. Będę wiedział. Będę...

Gryfy z brązu spoglądały na mnie - przychylnie, lecz z odrobiną wyższości.


* * *


Pięć lat temu zatrzymałem się w hotelu „Północna Stolica”, największym i najokazalszym w mieście. Masywny budynek „Stolicy” wznosił się w samym centrum miasta, na placu targowym; pamiętam, że dobijał mnie ciągły hałas, tupot nóg i gwar pod oknami.

Teraz potrzebowałem spokoju i odosobnienia, dlatego nie pożałowałem czasu na znalezienie w zakamarkach ulic maleńkiego, lecz z wyglądu w pełni przyzwoitego hotelu „Odważny suseł”. Widząc tak ważnego gościa (a wciąż ubrany byłem w czarny klubowy płaszcz i kapelusz ze złotymi gwiazdami), właściciel pomknął, by zwolnić dla mnie najlepszy numer; okazało się, że w godnych mnie pokojach już od dwóch dni mieszka pewna dama i dla wygody pana maga (mojej wygody!) dama jest pospiesznie przenoszona do skromniejszego apartamentu; czekając, aż pokój będzie gotowy, zagłębiłem się w fotelu stojącym pośrodku hollu, wyciągnąłem nogi w stronę wygasłego kominka i zamknąłem oczy.

Futerał z glinianą figurką wpijał mi się w bok. Takiego przedmiotu nie można było powierzać bagażom; taki przedmiot mógł zmienić całe życie, a w każdym razie wzburzyć jego niespieszny nurt, jak już się to stało w moim przypadku.

Taki przedmiot jest zdolny zatruć na śmierć; sam czułem, jak wykluwa się we mnie i rośnie pogarda Najwyższego Sędziego.

Odstawiasz fuszerkę, myślałem, patrząc na pokojówkę pospiesznie przecierającą stopnie schodów wiodących na piętro. Odstawiasz fuszerkę, trzeba być dokładniejszym. Za takie lekceważenie obowiązków wcześniej czy później można się doigrać...

Pokojówka poczuła mój wzrok. Miałem niewątpliwie specyficzne spojrzenie, bo dziewczyna wyraźnie zbladła. Uśmiechnąłem się i ten uśmiech wprawił ją w przerażenie; choć trzeba jej przyznać, że nie porzuciła swoich pozycji i domyła schody. Choć była to chałtura ponad wszelką miarę.

Uśmiechałem się, spoglądając na jej rozpaczliwe wysiłki. Kiedy uciekła, uśmiechnąłem się za nią; każdy z nas ma coś, cokolwiek, na sumieniu. Dokładniej mówiąc, każdy z was, gdyż ja znajduję się teraz po drugiej stronie wyroku. Przypadkowo i nie na długo, to prawda - ale i życie, jeśli się zastanowić, jest krótkie.


* * *


Pojawił się późnym wieczorem, o takiej porze dobrze wychowani ludzie nie składają wizyt. Uprzejmość była zresztą ostatnią rzeczą, jaką by się przejmował.

Wiał silny wiatr. Wyglądało na to, że zapowiada się zmiana pogody; być może upał w końcu osłabnie i nie będę musiał tracić sił na utrzymanie chłodu nocą w swym pokoju. O tym, lub mniej więcej o tym rozmyślałem, siedząc przy otwartym oknie, wdychając zapomniany po pięciu latach zapach wielkiego miasta i patrząc na przepływające pod oknem załogi.

Nie dało się nie zauważyć gościa, który po prostu przyszedł i stanął po przeciwnej stronie ulicy, nie patrząc na mnie, lecz gdzieś w dal - jakby nie obchodziło go nic na świecie, a w szczególności wyglądający przez okno człowiek. Wiatr malowniczo rozwiewał jego płaszcz i długie włosy, jednak nadciągający mrok powoli zakrył ten wspaniały widok i wkrótce widać było jedynie białą jak ściana twarz.

I wówczas spojrzał na mnie po raz pierwszy. Spojrzał - i natychmiast odwrócił wzrok.

I kiedy właściciel „Susła” - w szlafroku narzuconym na nocną koszulę - przepraszającym tonem zapytał, czy nie oczekuję gościa, wiedziałem już, że oczekuję.

- Jak zdrowie pańskiej sowy?

Głos gościa pozbawiony był wyrazu, tak jak jego brwi i wąsy; jeszcze zanim wymówił powitalną formułę, wiedziałem, że jest magiem. Dziedzicznym. Niestety, jednak - trzeciego stopnia.

- Sowa ma się znakomicie - odparłem automatycznie. I, przyglądając się gościowi, nieoczekiwanie dodałem: - Jeśli tylko u sów istnieje życie pozagrobowe. Bowiem dawno już zdechła.

- Bardzo mi przykro - odparł gość bez śladu współczucia w głosie. - Wiem, że wygrał pan zaklęcie.

Zaprosiłem go do środka.

Jego nakrycie głowy, gdy znalazło się na wieszaku, okazało się klubową czapką w złote gwiazdy. Nie przyszło by mi do głowy, że wśród członków elitarnego klubu spotyka się tak zubożałych magów.

- Należę do klubu - oznajmił, jakby czytając w moich myślach. - Już niemal dwa lata. Aby opłacić wstępną składkę, musiałem sprzedać dom.

- Nie jest pan zamożny? - zapytałem, uznając, że skoro on z progu jest do tego stopnia szczery, to ja tym bardziej nie muszę się bawić w ceregiele.

Uśmiechnął się.

- Handluję ziołami. Proszę... - Rozchylił poty płaszcza. Od wewnętrznej strony przymocowane były do niego płaskie woreczki z pstrymi etykietkami. Mój wzrok przykuła najbardziej krzykliwa: „Lubczyk! Bezpłatna próbka! Można wypróbować na miejscu!” Tak, zdaje się, że trudno niżej upaść.

- Nie domyśla się pan, po co do niego przyszedłem? - zapytał sucho.

Przemilczałem jego pytanie; w moim późnym gościu wyczuwało się jakąś sprzeczność. Niski stopień, żałosna profesja, wytarty płaszcz - i ani śladu litości nad sobą, płaszczenia się czy kalectwa.

Najwidoczniej dlatego, że własna osoba była mu w najwyższym stopniu obojętna.

- Nie - odparłem ostrożnie. - Nie domyślam się. Tego, najwidoczniej, nie oczekiwał. Między jego brwiami pojawiła się głęboka, brunatna zmarszczka. Nie poganiałem go.

- Nikt jeszcze do pana nie przychodził - rzeki mój gość i w jego słowach nie było pytania - raczej zdziwienie. Zdziwienie niezwykłym szczęściem.

Na wszelki wypadek przemilczałem.

- A więc tak - handlarz ziołami odchylił się w fotelu; rzadki, bezbarwny lok opadł mu na czoło i nagle zauważyłem, że jeszcze zupełnie niedawno mój gość był przystojnym blondynem, pogromcą niewieścich serc. - Trzy i pół roku temu porwano mi córkę.

Zapadła cisza; mój rozmówca zamilkł, jednak jego twarz pozostała niezmieniona. Jakby mówił o pogodzie.

- Wiem kto i dlaczego to zrobił. Wiem, że moja córka została zamordowana... sam ją pochowałem. Porywacz, zabójca, ukrywa się teraz za oceanem, na wyspie Stan. Nie jest magiem, jest jednak bardzo bogaty i wpływowy. Otoczył się ochroniarzami, wiedząc, że poświęcę resztę życia... Panie Hort zi Tabor, jeśli pragnie pan mieć dożywotniego niewolnika - słowo „niewolnika” wymówił z naciskiem - niewolnika wiernego i oddanego do ostatniej kropli krwi - udajmy się razem na wyspę Stan i niech pan ukarze... zabójcę. Córka miała czternaście lat. Moja żona tego nie przeżyła. Nie, nie jestem obłąkany. Jeśli pan odmówi, będę szukał innego sposobu - tak, jak szukałem przez te wszystkie lata. Płaciłem składki klubowe, licząc na cud... na to, że na świecie istnieje sprawiedliwość. Lecz ona nie istnieje. Dlatego przyszedłem do pana.

- Nie poradziłby pan sobie z Rdzennym zaklęciem - powiedziałem powoli.

Uśmiechnął się i zrozumiałem, że bez wątpienia by sobie poradził. Bez względu na swój trzeci stopień.

- Podczas ostatniego losowania - znowu się uśmiechnął - także ja miałem trochę szczęścia. Wygrałem zestaw srebrnych łyżek i zaklęcie czyszczące szkło. Proszę - wykonał palcami odnawiający gest i w pokoju od razu zrobiło się jaśniej, gdyż abażur hotelowej lampy w jednej chwili oczyścił się z kurzu i kopciu. Nie wiadomo skąd pojawiła się ćma i przyćmiła swym truchłem to święto uwolnionego światła.

- Widzi pan - rzekłem ostrożnie. - Współczuję panu i wierzę, że ten niegodziwiec zasługuje na karę, lecz ja dopiero dzisiaj dostałem... Mam przed sobą sześć miesięcy... A tak, przy okazji, przez te dwa lata, kiedy jest pan członkiem klubu, zaklęcie było losowane czterokrotnie. Czy zwracał się pan do ludzi, którzy...

- Tak - odparł, nie czekając aż skończę. - Odmawiali mi mniej więcej takimi samymi słowami. Najpierw przez sześć miesięcy niańczyli w sobie Sędziego. Potem wydarzała się sprawa znacznie ważniejsza i wina o wiele straszniejsza... Tak. Nawet nie spodziewałem się innego rezultatu. Proszę wybaczyć, że pana niepokoiłem.

Wstał.

- Proszę poczekać - rzekłem z rozdrażnieniem. Coraz mniej podobała mi się jego maniera mówienia. Podczas rozmowy ciągnął za sobą rozmówcę jak zakurzony worek.

- Jedyne, co mnie niepokoi - powiedział, zwracając się do przypalonego truchła ćmy - to możliwość, że zabójca umrze naturalną śmiercią. Jest stary i chory, czas upływa... Jeśli jednak pociągnie jeszcze choćby rok - znajdę sposób. Zegnam pana, panie Hort zi Tabor.

Odwrócił się i wyszedł. Po minucie tępego przyglądania się martwej ćmie uświadomiłem sobie, że nawet się nie przedstawił.


* * *


Po kolejnym długim dniu spędzonym w hotelu „Odważny suseł” wiele zrozumiałem.

Po pierwsze, wszystkie moje plany, by nacieszyć się światowym życiem, pójść do teatru, pałacu publicznych widowisk, czy choćby pospacerować po mieście w godzinach, gdy nie jest w nim szczególnie tłoczno - wszystkie te plany wzięły w łeb.

Po drugie, pod wieczór zacząłem się poważnie zastanawiać nad ucieczką. To znaczy nad tym, by niezauważenie opuścić hotel i miasto; kiedy do drzwi mojego numeru zapukał dwudziesty dziewiąty interesant, niewiele się namyślając zamieniłem się w korpulentną pokojówkę i bawiąc się ścierką oznajmiłem, że pan Hort zi Tabor raczy! udać się na przechadzkę. Następnie - dopóki pechowiec schodził po schodach - szybko wysunąłem się z okna i narzuciłem na fasadę hotelu cieniutki welon zawijający.

Przez jakiś czas obserwowałem, jak pod samym moim oknem pałętają się zagubieni interesanci. Jak pytają przechodniów o hotel „Odważny suseł”, a zdezorientowani przechodnie kręcą głowami i kierują interesantów w różne strony, jak interesanci patrzą na mnie, wychylonego do pasa z okna - i nie widzą, choć patrzą wprost na mnie.

Gliniana figurka leżała na stole, a nad nią krążyła samotna hotelowa mucha.

Była u mnie kobieta, której zabito męża. Była staruszka, której nocni złodzieje wycięli w pień całą rodzinę; zapłakana służąca, którą zgwałcił jej własny pan. Wielu odwiedzających bolało nie tylko nad własnymi krzywdami - dowiedziałem się w ten sposób o występnym sędzim, który za łapówki uniewinniał zabójców, a niewinnych posyłał na szafot, o pyszałkowatym arystokracie, którego rozrywką było polowanie z psami na ludzi; chudy jak szczapa chłop opowiedział mi o losie swojej wsi - jakiś niegodziwy kupiec wykupił od sprzedajnego starosty ziemie gromadzkie, doprowadzając niemal setkę rodzin do głodu i nędzy. Wszyscy przychodzący do mnie opowiadali - ze łzami lub przesadną obojętnością - o swoich nieszczęściach i winowajcach tych nieszczęść i nawet ja, będąc człowiekiem raczej oschłym, stawałem się coraz bardziej przygnębiony.

Welon na fasadzie „Odważnego susła” utrzymał się niemal przez godzinę. Miasto tonęło w ciepłym zmierzchu; nie czekając, aż zasłona opadnie, znów zamieniłem się w grubą, brzydką kobietę, włożyłem klucz od numeru do kieszeni fartucha i zszedłem do holu. Córka właściciela, mająca dyżur za kontuarem, wytrzeszczyła na mnie okrągłe, błękitne oczka; nie wytrzymałem i pokazałem jej język.

- ...panią, nie orientuje się pani, gdzie mogę znaleźć hotel „Odważny suseł”?

Pytał siedemnastoletni młodzieniec, szczupły, dobrze ubrany, o bardzo nieszczęśliwym wyglądzie.

- A po co on panu? - zapytałem. Głos mojej powłoki okazał się piskliwy i kojarzył się, nie wiedzieć czemu, ze śniętą rybą.

- Muszę... - Zaciął się. Popatrzył na mnie, to znaczy na grubą, brzydką powłokę, spode łba: - A... pani co do tego?

- Nie ma tu żadnego susła - powiedziałem(am) swarliwie. - Był, ale się zmył.

Młodzieniec oddalił się; najwyraźniej nie uwierzył odpychającej kobiecie, w którą się zamieniłem i miał zamiar kontynuować poszukiwania.

Nie mogę powiedzieć, by w tym momencie było mi go żal. Przez jeden dzień przewinęło się przede mną tyle dramatów i tragedii, że na współczucie dla delikatnego młodzieńca nie miałem już sił. Kto zresztą wie, na kim i za co chciał się zemścić. Może ktoś zabił mu psa. Albo odbił dziewczynę.

Szedłem ulicą ciężkim krokiem praczki. Brudny kraj fartucha powiewał tuż ponad brukiem, zwycięsko stukały drewniane trzewiki. Cóż za perwersyjna fantazja skłoniła mnie do wybrania właśnie takiej, w najwyższym stopniu odpychającej powłoki?

Euforia - radość z niespodziewanej nagrody, hymn podarowanej przez niebiosa wszechwładzy - stopniowo zmieniała się w tępe zmęczenie, wręcz przygnębienie. Patrzyłem, jak w stercie odpadków grzebie oślepiająco biały kot o arystokratycznych manierach. Jak z gracją podbiera czystą łapą śledziowe ości albo ziemniaczaną łupinę; nieciekawa sytuacja, myślałem. Po pierwsze, ukarać można tylko jednego złoczyńcę, podczas gdy na świecie są ich cale zastępy. Po drugie - jakże nikczemna jest ludzka natura, cóż to za podle pragnienie ukarania wroga cudzymi rękami, wykupienia sprawiedliwości, zamiast pomóc jej zatriumfować.

Świadomie rozdrażniałem samego siebie. Bardzo chciałem dostrzec w mych dzisiejszych gościach pazernych, wyrachowanych kupców.

Gdyby tylko winnym wszystkich ich nieszczęść był jeden człowiek, rozmyślałem ponuro. Gdyby tylko... Jak to mówił staruszek dmuchawiec? „Im sprawiedliwsza będzie Kara, im potężniejszy ukarany i im więcej zbrodni będzie miał na sumieniu...”

- Ej, kobitko, oczu nie masz?!

To, co początkowo uznałem za ścianę, która nagle pojawiła się na mojej drodze, okazało się jedynie pijanym rzemieślnikiem, sądząc po zapachu, garbarzem.

- Ej, kobitko! Bodziesz? No co ty? - Zdziwienie w jego tonie coraz szybciej zmieniało się w figlarność.

Gust garbarza wstrząsnął mną do tego stopnia - połasić się na taką maszkarę! - że nawet się nie opierałem, gdy wcisnął mnie - to znaczy moją powłokę - w ciemny kąt jakiejś bramy.

- Ty, tego... - Jego głos zmiękł i zadrżał romantycznie. - Trochę dziś zarobiłem, ślicznotko, chcesz, to do karczmy pójdziemy?

Smród bił od niego nieopisany. Ciągle jeszcze licząc na to, że obejdzie się bez rękoczynów, wydusiłem z siebie zmieszane „chi, chi”.

- Gołąbeczku - odezwałem się piskliwym głosem. - Zajmij się lepiej swoimi sprawami. Nie mam czasu się z tobą zabawiać, mężulek mój, kowal, pewnikiem się na mnie doczekać nie może.

Zapomniałem, że moja powłoka wygląda na czterdzieści lat. Taka nie spieszy się do męża i niańczenia wnuków; pijany garbarz albo nie zrozumiał, albo uznał moje słowa za kokieterię.

- Ptaszynko... Dokąd się spieszysz... Dokąd lecisz...

I szorstka dłoń śmiało wsunęła się mojej powłoce pod spódnicę.

- Ej! - Strząsnąłem jego rękę. - Bo zawołam straże!

Garbarz się obraził.

- Ja, tego... Sama zaciągnęłaś, a teraz jazgoczesz?!

I przycisnął mnie do ceglanej ściany - a ważył tyle, co roczny byczek.

Trzeba było pewnie znaleźć bardziej wyszukane wyjście - byłem jednak zmęczony. Pospiesznie, niemal gorączkowo - nerwy, nerwy! - powróciłem do swej naturalnej postaci i ręka garbarza, wsunięta pod suknię tłuścioszki, znalazła coś zupełnie innego, niż się spodziewała.

- Eee...

Przez sekundę zrobiło mi się go nawet żal.

- Eee... - Już chrypiał. Przyjaciele niewątpliwie nieraz uprzedzali go, że nieumiarkowane picie szkodzi. Że prędzej czy później do każdego pijaka przychodzi goła myszka na zielonych łapkach i ze smutkiem puszczając mu oko, mówi: koniec. W tym momencie garbarz był niewątpliwie przekonany, że upił się do gołej myszki; jego bezmyślne spojrzenie przesuwało się po moim ubraniu, po twarzy, która przed chwilą była twarzą tłuścioszki. Procesy myślowe garbarza były do tego stopnia spowolnione, że musiałem w ramach zachęty walnąć go pięścią pod żebra.

Po sekundzie zaułek był już pusty.


* * *


„...Ja, mówi, jestem teraz mianowanym magiem, i figa wam wszystkim z makiem. Pojadę do miasta, otworzę własny interes, pieniędzy zarobię i będę was na starość utrzymywać. Wsunęła za pas swoją magiczną różdżkę i tyleśmy ją widzieli, takie buty.

Po miesiącu list przyszedł; urządziła się! I jeszcze jak się urządziła, figa wam wszystkim z makiem! W prawdziwym biurze magicznym, u maga drugiego stopnia, i niejako dziewka na posyłki - a jako pełnoprawna pomocnica, właściciel powiedział, że niedługo do udziału ją dopuści... I bardzo chwalił za talent, za zdolności magiczne.

Na początku nie odpisywaliśmy, no a potem samiśmy list z okazją przesiali, nie wytrzymaliśmy... Jak to biuro się nazywa? Co robi, w jakim fachu?

Biuro poszukiwań, odpowiada. Że jeśli kto co zgubi - do panów magów idzie i panowie magowie odszukują. Sama, odpowiada, już dwa portfele znalazła (wybebeszone, co prawda), kozę znalazła, kota i guzik z brylantem.

Och, myślimy, może faktycznie? Jasna sprawa, interes to marny - szukanie kotów, ale jak się jej podoba, jak zadowolona i pieniądze z tego jakieś i szanse na udział.

A jeszcze po dwóch miesiącach - nieszczęście. Biuro nie takie znów zwyczajne się okazało; z podwójnym dnem się okazało. Niby to kotów szukali, a tak naprawdę ciemnymi sprawkami się zajmowali - cudzymi cieniami i mordowaniem na zamówienie, na odległość. Kiedy wieczorem spać się kładziesz, a rano już trup, bo ktoś twój cień wywabił i na miedziany haczyk nawinął... Nakryli biuro. Właściciel - w nogi... i złap go teraz, maga drugiego stopnia! A nasza głuptaska naiwna została. I na kogo odpowiedzialność? Na nią. Do więzienia... A ona tych cieni nawet nie widziała! Ona pojęcia nie ma, jak to się robi - na miedziany haczyk! Śledczy, co ją przesłuchiwał, mówi: jasne, że wasza dziewczyna nic z tym wspólnego nie ma, ale będzie siedzieć, dopóki jego nie złapią... a jakże go złapać?!

I siedzi nasza ślicznotka już pół roku. Do króla prośbę napisała, ale odpowiedzi na razie ani widać. Jedna pociecha: więzienie u nich czyste, karaluchów nie ma, pościel miękka, karmią znośnie, widać, że jej im żal, głuptaski... I chyba strażnik jeden wpadł jej w oko. Nie dziwota: jak jej różdżkę magiczną odebrali, to i się dziewczęce uczucia w niej obudziły. Co z nią będzie? Złapią go, czy nie złapią. Kochają ten strażnik - czy żal mu jej tylko? Odpowie król na prośbę, ułaskawi - czy do starości w więzieniu zamknie?

Nie wiadomo...”


* * *


Centrum miasta tonęło w niepewnym blasku latarni. Lokale konsumpcyjne były tu jeszcze otwarte, przechadzał się patrol, obracała się skrzypiąca karuzela i spódniczki kręcących się na niej dziewcząt fruwały, jak pochwycona przez wiatr morska piana. Targ zamykano, co chwilę trzeba było wymijać ogromne, rozwożone na taczkach kufry. Na specjalnej kolumnie na prawo od wejścia stał dwunastoletni chłopiec i dźwięcznym, nieco ochrypłym głosem wykrzykiwał płatne ogłoszenia:

- Dom sprzedam, ulica Włóczników, piętrowy, niedrogo! Krowę sprzedam... kupię uprząż! Sierociniec zatrudni kucharkę! Sprzedam kuźnię z całym wyposażeniem! Sprzedam...

Zdecydowanym krokiem oddaliłem się od placu. Od głosu chłopca dzwoniło w uszach.

- Ogłaszamy nabór na trzymiesięczne kursy na katów! - niosło się za mną. - Zapewniamy wspólne lokum! Trzy posiłki dziennie, kitel na koszt skarbca i pięć monet stypendium! Ci, którzy zdają... umożliwiamy... kata... na akord...

Im głębsza noc spowijała miasto, tym bardziej wyludnione stawały się ulice. Włóczyłem się bez konkretnego celu - centrum, gwarne i oświetlone nawet po północy, zostało daleko w tyle. Do pałacu widowisk publicznych w końcu nie poszedłem, a publiczne dziewczęta, próbujące skraść mój wolny czas, wydały mi się wyjątkowo brudne i nieapetyczne.

Kiedy zgasły nocne latarnie - znikły też dziewczęta. Wszyscy przechodnie w ogóle gdzieś się podziali; otaczały mnie najwyraźniej rzemieślnicze zaułki. Być może w świetle dziennym te niskie budynki, szyldy i progi miały swój specyficzny urok, teraz jednak patrzyłem na nie nocnym wzrokiem i wszystkie przedmioty przybierały niechlujny, brunatny odcień. Już dawno zauważyłem, że pejzaże, które po raz pierwszy widziałem nocnym wzrokiem nie miały szans mi się spodobać.

Szedłem i rozmyślałem, że zapewne lepiej by było, gdybym wygrał nie Rdzenne zaklęcie, a zestaw srebrnych łyżek i zaklęcie czyszczące szkło. I nie dlatego bynajmniej, że dla sprawiedliwej kary trudno wybrać jednego jedynego złoczyńcę, nie popełniając przy tym błędu. A dlatego, że za sześć miesięcy - a może nawet wcześniej - przyjdzie mi zmienić się z władcy losów w zwykłego prowincjonalnego maga. Taka pozycja była, co prawda, zupełnie niezgorsza i dotąd w zupełności mi odpowiadała - dopóki nie poznałem smaku prawdziwej władzy. Nawet nie smaku - zaledwie przedsmaku.

„Im sprawiedliwsza będzie Kara, im potężniejszy ukarany i im więcej zbrodni będzie miał na sumieniu...”

I kogóż to, ciekawe, muszę ukarać, by stać się wielkim magiem?

Włóczyłem się wąskimi uliczkami, nie mając zielonego pojęcia, dokąd idę. Dzielnica rzemieślnicza zmieniła się w targową. Dookoła panowała kompletna ciemność, szczelnie zamknięte okiennice nie przepuszczały ani promyczka światła; gdzieś w oddali przekrzykiwali się strażnicy.

Całkiem możliwe, że założę gruby zeszyt, w którym zacznę zapisywać skargi licznych interesantów. A następnie, gdy zeszyt będzie pełny, urządzę obchód po ujawnionych przez nich złoczyńcach, by na własne oczy przekonać się o prawdziwości oskarżeń. Będę pojawiać się przed oskarżonymi w czarnym płaszczu do pięt, nasuniętym na czoło klubowym kapeluszu i z glinianą maszkarą w rękach; do tego czasu plotki rozniosą po miastach i wsiach prawdę i bujdy o mojej „jednorazowej atrapie”. Na mój widok złoczyńcy będą tracić przytomność, padać na kolana, a w ostateczności robić się biali jak kreda. A ja, otwierając swój gruby zeszyt, będę z wyrzutem patrzeć im w oczy. Niekiedy będę sprawdzał zapiski - i znów patrzył. I będę czuł, jak wszechmoc łaskocze mnie w gardło.

A potem to wszystko się skończy. Wrócę do domu - i jedyną moją rozrywką będzie trzebienie kur. Zacznę zmieniać się w tchórza tak często, że na jakiekolwiek inne zajęcia zabraknie mi sił. Dom popadnie w ruinę, ogród przestanie dawać owoce, a wtedy...

Mój nocny wzrok boleśnie się zjeżył, gdyż za rogiem świeciła samotna latarnia. Jej blask padał na półokrągły szyld - „Odważny suseł”. Najwidoczniej moim nogom znudził się przeciągający się spacer i doprowadziły mnie do miejsca noclegu - w pełni samodzielnie, bez konsultacji ze świadomością.

Bezbłędnie poznałem okna swojego numeru - z położonego najbardziej na prawo zwisał jeszcze mizerny fragment welonu maskującego. Na progu hotelu siedział, oparty o ścianę, nieznajomy młody człowiek. Jego nieruchome oczy patrzyły wprost przed siebie; cały przypominał niewielką rzeźbę, wrażenie to rozwiewały jedynie jego palce, obracające, tarmoszące i głaszczące jakiś niewielki przedmiot na łańcuszku. Bez trudu można było rozpoznać w nieznajomym jednego z moich interesantów, który nie miał zbyt wiele szczęścia, był jednak niewątpliwie najbardziej uparty.

Już miałem zamiar zamydlić oczy nieproszonemu gościowi i niezauważenie wejść do hotelu, kiedy dostrzegłem, co takiego obraca on w rękach.


- Nie, jest w pełni przytomna. Doskonale pamięta, że coś jej się przytrafiło. Jakaś strata... Pamięta, jak ją schwytali. I dokąd przywieźli - zamek z fosą i umocnieniami, z łańcuchowym smokiem na moście. I ktoś - nie pamięta jego twarzy - coś z nią robił. Potem ma lukę w pamięci. Ocknęła się na skrzyżowaniu, sto kroków od naszego domu. I na szyi miała właśnie to.

„Właśnie to” było wisiorem. Masywnym, niemal takiej samej wielkości, jak należący do staruszka Jatera. Nie jaspisowym, a z krwawnika, żółto-różowym. I zamiast wyszczerzonej paszczy z kamienia patrzyły jedynie oczy - napięte, lekko wytrzeszczone. Jedno z nich było umieszczone nieco wyżej niż drugie. Nieludzkie oczy; kiedyś widziałem w zwierzyńcu nieszczęsną starą małpę - pamiętam, że miała podobne spojrzenie.

Wisior leżał teraz na pustym stole; nie musiałem mu się przyglądać, by wyczuć gęsty obłoczek cudzej siły, który otaczał różowawy kamień.

- Krwawnik nie poddaje się takiej obróbce - przygnębionym głosem powiedział młody człowiek; w dalszym ciągu uważałem nocnego gościa za młodego, mimo że jego głowa pod czapką okazała się mocno wyłysiała. - Jestem jubilerem. Znam się na tym.

- Ma pan rację, to magiczny przedmiot - przytaknąłem ostrożnie.

Wszystko starałem się teraz robić bardzo ostrożnie. Od chwili, gdy dostrzegłem wisior w rękach nocnego gościa, wewnątrz mnie nie ucichało dygocące przeczucie wielkiego sukcesu; niewątpliwie podobne gorące swędzenie męczy nos psa, który właśnie złapał ślad.

- Ta rzecz - mój rozmówca z odrazą opuścił kąciki ust - jest największym dowodem. Ścieżką do przestępcy, przy którym wszyscy leśni bandyci okażą się zwykłymi psotnikami. I jako że tradycyjny wymiar prawa...

- Zrozumiałem. - Być może przerwałem mu niezbyt uprzejmie, jednak piosenki, którą zamierzał zaintonować, wysłuchałem dzisiaj co najmniej trzydzieści razy. - Zrozumiałem doskonale. Uważa pan, że znalazł najlepsze zastosowanie dla Kary; jednak pańska żona wróciła do domu żywa i względnie zdrowa, podczas gdy wielu z tych, którzy prosili o moje poparcie, straciło swoich bliskich. I mówimy tu o ludziach, którzy stracili życie, podczas gdy pańska żona...

- Została okaleczona! - wykrzyknął szeptem. - Wykorzystali ją do... prawdopodobnie do jakiegoś rytuału, pan się w tym lepiej orientuje, to przecież pan jest magiem, nie ja!

- Ale jest przecież przy zdrowych zmysłach - rzekłem ugodowym tonem. - Nawet jeśli została zgwałcona - nie pamięta tego i...

Spojrzał na mnie tak, jakbym to ja na jego oczach sponiewierał właśnie jego żonę.

- Rytuały bywają różne - rzekłem przepraszająco. - Możliwe jednak, że w ogóle jej nie...

- Nie... nie została zgwałcona - powiedział, a ja postanowiłem nie zaprzeczać.

- Sam więc pan widzi - kiwnąłem głową. - I zewnętrznie także się nie...

- Nie zmieniła się. - Zawahał się, po czym jego wargi wykrzywiły się w grymasie, który przypominał uśmiech. - Proszę spojrzeć.

Wyjął spod koszuli medalion, otworzył go delikatnie i wyciągnął w moją stronę - na ile pozwalał łańcuszek. Miniatura przedstawiała kobietę; może nie piękną, jednak bez wątpienia atrakcyjną. Dwudziestoletnią.

- To prawda, zewnętrznie się nie zmieniła... zmieniła się wewnątrz.

- W jaki sposób?

Przez jakiś czas patrzył na mnie, nie mogąc się zdecydować na odpowiedź.

- Więc?

- Zgłupiała - powiedział szeptem.

Mocno ścisnąłem wargi - żeby się nie uśmiechnąć. Tylko się nie uśmiechnąć, bo konsekwencje mogą być nieodwracalne.

- Tak! - powiedział z wyzwaniem. - Stała się weselsza, częściej śpiewa. Częściej bywa w dobrym nastroju. Niezależnie od tego, co musiała przeżyć. Wiem, co pan teraz pomyślał... Niech pan mówi bez krępacji! Nie powie pan?!

- Pomyślałem, że to nie tak znowu źle - przyznałem otwarcie.

Mój gość z goryczą pokiwał głową:

- Tak... nie pan pierwszy. A ja ją kocham! Kochałem... tę poprzednią.

Znowu zapadło milczenie. Patrzyłem na wisior; jaspisowy pysk, który niegdyś zdobił pierś ojca Jatera, wydawał się być rodzoną siostrzyczką tego krwawnika.

Sowa sama leci do myśliwego.

- Tak przy okazji - przesunąłem dłonią nad złowieszczym krwawnikiem. - Jak długo nie było pana żony?

- Tydzień - ponuro odparł jubiler.

- Tylko tydzień?!

Spojrzał na mnie niemal z nienawiścią.

- Tylko? Zdążyłem sto razy umrzeć. Wyłysiałem...

I ze smutkiem pogładził resztki swoich włosów.


* * *


„Mój przyjacielu, lekarze nie są magami, są jednak im pokrewni. Jak sam wiesz, zdrowie każdego człowieka jest świętością. Lekarze mają władzę nad chorobami, jednak prawdziwymi władcami naszego zdrowia jesteśmy my sami, synku. Jesteś magiem dziedzicznym, chwała sowie; jesteś ponad rangą, a to rzadkie szczęście. Możesz zamienić się w lwa albo w mysz - lecz twoje święte zdrowie jest już nadgryzione przez podstępne niedomagania, przez które, niestety, przedwcześnie umarła twoja matka.

Mój przyjacielu! Aby spokojnie dożyć starości, musisz przez całe życie przestrzegać prostych, lecz bardzo surowych reguł.

Zapamiętaj!

Niezależnie od tego, czy na zewnątrz jest zima, czy lato - zaczynaj dzień od oblewania się zimną wodą.

Niezależnie od tego, czy na zewnątrz pada deszcz, czy wieje zamieć - kończ każdy dzień przechadzką.

Siadając przy stole, przysuwaj krzesło jak najbliżej, żeby brzeg blatu na czas uprzedza! cię, że masz już pełny brzuch. Nigdy nie jedz niczego pieczonego, wędzonego i solonego, unikaj mięsa; niech twoim pożywieniem będą wspaniałe pachnące kasze omaszczone odrobiną roślinnego oleju, aromatyczne warzywa i słodkie owoce, chrupiące białe sucharki, cienkie i przezroczyste jak wiosenny lód.

Nigdy nie pij wina!

Znajdź sobie przyjaciela wśród lekarzy - dowiedz się jednak najpierw, czy jest dobry w lekarskim rzemiośle. Lekarza można uznać za dobrego, jeśli na dziesięciu wyleczonych przez niego chorych wypada nie więcej, niż jeden-dwóch, którzy umierają.

Mój przyjacielu, wobec chorób nasze zaklęcia są bezsilne. Oprócz magii mamy też jednak także wolną wolę i zdrowy rozsądek...”


* * *


Wieczorem wydarzył się nieprzyjemny incydent: wątroba, dotychczas zachowująca się spokojnie, w końcu przypomniała mi o konsekwencjach nieprzestrzegania reżimu. Wielkie mi co: bezsenna noc, śniadanie w biegu, pieczone mięso, którym szczodrze ugościła mnie żona jubilera, syta, lecz niezbyt wyszukana hotelowa kolacja... w rezultacie musiałem się zakrzątnąć, dobierając składniki i przygotowując lekarstwo, i męczyć się całą godzinę w oczekiwaniu, aż zacznie ono działać.

Uciszając protest wątróbki, postanowiłem zachowywać się rozsądniej.

Nadchodziła noc; spędziłem u jubilerów trzy czy cztery godziny, a potem, wiedziony nagłym pomysłem, odwiedziłem niepozorne biuro położone na prawo od miejskiego targu. Porozmawiałem ze zmęczonym urzędnikiem w zżartym przez mole brązowym surducie i dostałem do swej dyspozycji skrzypiący, poplamiony atramentem stół, trzeszczące krzesło oraz skrzypiące pióro. Pięć minut zabrało mi wymyślenie tekstu; w końcu zamaszyście wypełniłem rudy blankiet: Skupuję szlachetne i półszlachetne kamienie, wisiory, wisiorki. Drogo!”

Zżarty przez mole urzędnik policzył słowa i policzył mi pięć monet. Oddalając się od bazaru słyszałem jak chłopiec dźwięcznym głosem wykrzykiwał ze swojej kolumny moje dziwne ogłoszenie, niezmiennie zająkując się na słowie „półszlachetne”. Wpatrując się w twarze przechodniów, nie zauważyłem, by ktokolwiek ożywił się w odpowiedzi na krzyki chłopca; cóż, od początku nie wiązałem z tym przedsięwzięciem szczególnych nadziei. Nie miałem jednak prawa ignorować tej szansy.

Tak więc rodzina jubilerów.

Filia Drozd, żona łysego młodzieńca, Jagora Drozda, okazała się bardzo podobna do miniaturowego portretu w medalionie męża. Młoda atrakcyjna kobieta z warkoczami do kolan; rozmowna, by nie rzec gadatliwa. Co dziwne, porwanie, które biednego Jagora kosztowało czuprynę, nie zrobiło na niej większego wrażenia - mówiła o nim beztrosko, niemal ze śmiechem.

Wybrały się z przyjaciółką do dzielnicy handlowej na jakieś zakupy. Kupiły materiał na sukienkę (cierpliwie wysłuchałem, jaki dokładnie materiał i dlaczego wełnę a nie aksamit). Potem były w drogerii - powąchały dwa dziesiątki perfum (opowieść o specyfice każdego z zapachów zajęła pięć minut), w rezultacie obie nabawiły się kataru. Zaszły do specjalistycznego sklepiku, w którym sprzedawano farby akwarelowe - okazało się, że żona jubilera zajmowała się malarstwem i rok temu sprzedała nawet kilka swoich obrazów. Potem skierowały się do szewca - przyjaciółka musiała odebrać zrobione na zamówienie trzewiki... I właśnie wtedy, pod samymi drzwiami szewca, Filia miała pierwszą lukę w pamięci. To znaczy miedzianą obręcz na drzwiach i drewniany młotek na sznurku pamięta, potem nastąpiła ciemność i ocknęła się dopiero, kiedy ktoś wlewał jej do gardła czerwone grzane wino.

- Miałam wrażenie, że cudza ręka wlewa mi wino prosto do gardła... Potem patrzę - przecież sama trzymam kubek. Sama piję - wyobraża pan sobie? Za takim długim stołem. Pali się świeca, na stole prosię z chrzanem, ryba duszona z marchwią, do tego ruszty, żeby jedzenie nie ostygło.

Wysłuchałem także tego. W końcu każdy szczegół mógł okazać się ważny.

Potem we wspomnieniach pojawił się złoczyńca - na jego temat żona jubilera miała jednak bardzo mgliste wspomnienia:

- W masce był, czy jak? Nie, maski nie pamiętam. Ale twarzy też jakby nie było... Pamiętam, że ze mną rozmawiał. Wyszliśmy na mur, patrzę - droga! Zamek, mury wyższe, niż u nas w mieście. Most opuszczony, a na moście - najpierw myślałam, że to sterta kamieni leży! A potem jak się ta sterta nie poruszy - znowu omal nie zemdlałam.

- Pamięta pani, jak wyglądał smok?

- Tak, o tak! - ożywiła się żona jubilera. - Brązowy, z odcieniem zieleni, skrzydła maciupkie - przy takiej tuszy... Był na łańcuchu, a każde ogniwo tego łańcucha jak... - zacięła się, poszukując najbardziej barwnego porównania. - Wiem! Jak kolo królewskiej karocy!

- O czym pani rozmawiała? - zapytałem. - Z porywaczem.

Na zarumienionej twarzy żony jubilera pojawił się bezradny wyraz człowieka z wadą krótkowzroczności, który właśnie usiadł na swoich okularach:

- Nie pamiętam. Ale mówił pięknie.

Zerknąłem na pana Jagora i prawie drgnąłem. Tak pełna bólu była w tym momencie twarz łysego jubilera.

„Zgłupiała” - wspomniałem jego rozpaczliwe wyznanie.

Po ciężkim, tłustym obiedzie (który przypomniała mi pamiętliwa wątroba) jubiler wynalazł powód, by znaleźć się ze mną sam na sam w salonie. „No jak?” - pytanie było wypisane na jego twarzy. Jakbym był lekarzem, a jego żona - ciężko chorą.

- Czy ona naprawdę była inna? - spytałem ostrożnie.

Zamiast odpowiedzi kiwnął w stronę ściany obwieszonej różnej wielkości obrazami w wyszukanych drewnianych ramkach:

- Proszę... tu można podziwiać jej prace.

Podszedłem bliżej. Na mój gust nie było w nich nic szczególnego, choć nigdy nie ukrywałem, że nie znam się na malarstwie. Tylko jeden obrazek naprawdę mi się podobał: mostek, drzewo, przywiązana pod mostem łódka, tyle że na płynące po wodzie liście chciało się patrzeć bez końca. Wydawało się, że naprawdę się poruszają... i ich niespieszny potok nastrajał na wzniosłą nutę, człowiek miał ochotę uśmiechnąć się, westchnąć i być może...

- A to malowała potem.

Jubiler wysunął zza szafy dwa arkusze kartonu. Na pierwszy rzut oka wydało mi się, że wstydliwie ukryte prace niewiele odróżniają się od tych oprawionych w ramki; dopiero przypatrując się jak należy, zrozumiałem, że różnica jednak jest.

- To bazgrały - szeptem rzekł jubiler. - Utraciła smak. Widział pan, jak się teraz ubiera... Jak próbuje się ubierać.

- Współczuję - powiedziałem szczerze.

Jubiler machnął ręką - na co mi, niby, pana współczucie.

- Czy mogę porozmawiać z przyjaciółką? - spytałem, patrząc jak chowa obrazy żony z powrotem za szafę.

- Z jaką przyjaciółką?

- Z tą samą, która towarzyszyła pana żonie w wyprawie po zakupy. Która miała odebrać trzewiki od szewca.

Jubiler patrzył na mnie i dwie zmarszczki między jego brwiami robiły się coraz głębsze:

- Tissa Grab. Tak... Szukałem jej, chciałem wypytać ją o Filię. Tissa Grab zaginęła i nie została jeszcze odnaleziona. Może pan sam zapytać - ulica Słupników trzy.

Pożegnawszy się z jubilerami straciłem pół godziny, by znaleźć wymienioną ulicę i dowiedzieć się, że pani Tissa Grab w istocie wynajmowała tu pokój - lecz minęły już dwa miesiące odkąd wyjechała. Nie, nie znikła niespodziewanie, a właśnie wyjechała - rozliczając się za wszystkie dni, zabierając rzeczy i żegnając się z gospodarzami.

I nikomu nie mówiąc, dokąd się wybiera.

Jubilerzy, jubilerzy.

Siedziałem, podobnie jak wczoraj, przy oknie w swoim pokoju. Właścicielowi najsurowiej zabroniłem wpuszczać do mnie kogokolwiek; za to przy drzwiach wejściowych, obok drewnianego młotka, wisiał na żelaznym łańcuszku gruby zeszyt, kupiony przeze mnie w sklepie z artykułami kancelaryjnymi. Na okładce zeszytu napisane było wielkimi literami: „Skargi i propozycje zostawiać tutaj”.

I zostawiali. Moje okno było zasłonięte grubym welonem ochronnym - mogłem więc obserwować jak zajmują kolejkę, jak przekazują sobie nawzajem kałamarz i klną półgłosem, że łańcuszek jest za krótki. Jeden z chłopców był niepiśmienny - jego skargę zgodziła się zapisać pomarszczona staruszka w ciemnej chustce; chłopak dyktował półgłosem, dochodziły do mnie pojedyncze słowa: „pieniędzy nie będzie przez... i młyn spali...”

A może - założyłem ręce za głowę - może powinienem poważniej potraktować podarek losu, który zwalił mi się na głowę. Nie zatrzymywać się na jednokrotnym wykorzystaniu zaklęcia Kary - lecz zmienić się w profesjonalnego mściciela z księgą skarg pod pachą. Ci nieszczęśliwcy nie przyszli do mnie dla pięknych oczu - nawet jeśli tylko połowa z nich to pamiętliwe, skłonne do donosicielstwa osoby, są jednak przecież tacy, jak ten handlarz ziołami.

„Miała czternaście lat. Moja żona tego nie przeżyła”.

„Im sprawiedliwsza będzie Kara, im potężniejszy ukarany...”

Ten jego złoczyńca, który ukrywa się przed zemstą na wyspie Stan, jest chyba odpowiednio potężny?

I pomyślałem, że dobrze by było na wszelki wypadek odnaleźć handlarza.


* * *


„...I nie mów mi o ochronach, moja droga! Na moich oczach takie rzeczy się działy, że żadnego czarodziejstwa do samej śmierci nie tknę, do ręki nie wezmę.

Powtarzają: ochrony, ochrony... Moja przyjaciółka niedawno wyszła za mąż, a teściowa trafiła jej się wredna. No i co? Nie ma mowy, żeby ustąpić starej - szybciej zamiatać, wcześniej wstawać... Poszła do maga, który błyskotkami handlował i kupiła ochronę przed teściową, wymyślny naszyjnik. Przez tydzień wszystko się udawało - nie ma się do czego przyczepić; przyjaciółka próżnowała, roboty nie tykała, do późna się w łóżku wylegiwała i złego słowa od teściowej nie usłyszała. A potem coś się popsuło w ochronie, może ją upuściła, nie wiem - ale rzuciła się na nią teściowa z pogrzebaczem, bez rozumu, no i bije, bije, bije. Na szczęście mąż i teść byli niedaleko, na podwórzu, przybiegli na krzyk, odciągnęli starą - ta już sina się zrobiła i rzuciła się dusić dziewczynę. I dopóki głupia dziewczyna ochrony nie odwołała, teściowa się na nią wydzierała, mężowi i synowi z rąk się wyrywała. A kiedy kretynka odwołała - teściowa się ocknęła; tyle że cala sień we krwi, panna młoda w siniakach, z rozbitym nosem, kilka kości złamanych. A najgorsze, że poroniła. Tak... tyle są warte czarodziejskie błyskotki. Potem przyjeżdżał jakiś mag z miasta, mówił wszystkim, że nie można u byle kogo kupować ochron, że do każdego powinna być dołączona pieczęć specjalna i dokument i wtedy niby można kupować. Ale ja się zarzekłam. Mogą przecież podrobić i pieczęć, i dokument. Ja co - piśmienna? A niech ich wszystkich z tymi ich ochronami...”


* * *


Połowę dnia i wieczór spędziłem w klubie.

W przewodzie ogromnego kominka gwizdał wiatr - pogoda gwałtownie się zmieniała i kataklizmy z burzowych chmur odzywały się tępym bólem w mojej potylicy. Panowie klubowi bywalcy zaczęli się schodzić około dziesiątej, z wszystkich twarzy znałem jedynie fizjonomie przewodniczącego i kasjera. Na ramieniu przewodniczącego, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania, tkwiła senna sowa.

Czternastoletni młodzieniec, pełen poczucia własnej ważności, roznosił wśród panów magów napoje na srebrnej tacy. Wziąłem zimną lemoniadę.

Przechodzący obok mojego stolika magowie uprzejmie skinęli głowami:

- Jak zdrowie pańskiej sowy?

I za każdym razem, podnosząc się zgodnie z etykietą, kiwałem w odpowiedzi:

- Dziękuję, sowa ma się znakomicie.

I czułem na sobie zaciekawione spojrzenia. Wszyscy wiedzieli już oczywiście, że ten prowincjonalny dzikus, który zajął miejsce za stolikiem w rogu, wygrał właśnie Rdzenne zaklęcie.

Naprzeciwko, nad kominkiem, znajdował się zegar ścienny wielkości psiej budy. Ciężkie wahadło wzbudzało we mnie dreszcze, a z okienka nad cyferblatem co piętnaście minut wyglądała drewniana sowa. Kiedy wyjrzała jedenaście razy pod rząd - i wszystkim już znudziła się mecząca etykieta - w drzwiach pojawiła się jedyna w tym towarzystwie dama.

Dama była blondynką w czarnym płaszczu do pięt. Jej jedyną ozdobą był pas z mnóstwem wisiorków; ten pas zainteresował mnie przede wszystkim. Twarz i figura przybyłej niczym mnie nie zdziwiły: kobiety nie bywają magami dziedzicznymi, a jedynie mianowanymi, mają najczęściej niski stopień i większość ich magicznej działalności sprowadza się do poprawiania swej powierzchowności. Wszystkie wybierają włosy w kolorze słomy, duży biust, pociągłe twarze i błękitne oczy; w każdym razie te nieliczne kobiety magowie, które spotkałem w swym życiu, właśnie tak wyglądały.

A pas...

Pas był męski, wytarty i zatłuszczony, nie pasował do czarnego płaszcza. Sprzączki były zmatowiałe; do mnóstwa brązowych kółek umocowanych było dwadzieścia łańcuszków, na których wisiała zamszowa kabza, futerał na przybory piśmiennicze, kałamarz, ochrona przed męską samowolą i wśród tego całego chłamu - mały wisiorek, który natychmiast przykuł moje spojrzenie.

Niech będą przeklęte. A może ja wszędzie widzę te kamienie?!

Spróbowałem określić stopień damy, jednak mi się nie udało. Być może ta druga ochrona właśnie do tego służyła - do obrony przed ciekawością innych.

- Jak zdrowie pańskiej sowy?

Drgnąłem mimowolnie. Przy moim stoliku stał sam pan przewodniczący; jego policzki przejęły kolor od wypitego przez niego czerwonego wina, a wypił, najwyraźniej, sporo. Miałem nawet wrażenie, że sowa na jego ramieniu spogląda na swego pana z dezaprobatą.

- Znakomicie - odparłem krótko.

- Nie ma pan nic przeciwko, szlachetny panie zi Tabor?

I nie czekając na moją odpowiedź, rozsiadł się w fotelu.

- Widzę, że nie spieszy się pan z powrotem do domu; najwidoczniej nasze gorączkowe miejskie życie przypadło panu do gustu?

- Dawno nie byłem w mieście - odparłem, patrząc jak dama w czarnym płaszczu przemierza salę. Witano się z nią, jednak dość chłodno; najwidoczniej dama nie była tu obca, nie należała jednak do bywalców.

Przewodniczący, nie patrząc, złapał kielich, który wleciał mu w dłoń z tacy posługującego chłopca. Zmrużył oczy, patrząc na mnie przez czerwieniące się w krysztale wino:

- Poznał pan już wszystkie pokusy, jakie niesie ze sobą pańska wygrana? Tłumy interesantów...

- Tak - odparłem.

- Moja rada... - przewodniczący łyknął z kielicha. - Proszę nikogo nie słuchać, proszę nie dać się sprowokować, proszę nie budzić w sobie fałszywego poczucia sprawiedliwości. Rdzenne zaklęcie kary nie istnieje po to, by kogokolwiek karać... lecz po to, by je posiadać. Posiadać - i to wszystko. Niech pan oderwie swej glinianej pokrace głowę - lecz dopiero ostatniego dnia terminu ważności. Aby nie zmarnować ani jednego dnia. A to, kogo pan przy okazji ukarze, jest całkowicie obojętne, zapewniam pana, Hort. - I znów napił się wina.

- Tak? - spytałem z niedowierzaniem. - A ja słyszałem...

- Członkowie zarządu klubu - kontynuował przewodniczący nie słuchając mnie - nie mają prawa do uczestniczenia w losowaniu. Tym niemniej... - Zrobił przebiegłą minę. Pochylił się do mojego ucha, aż sowa na jego ramieniu zadreptała z niezadowoleniem. - To eu-fo-rycz-ne uczucie, panie zi Tabor... Upija lepiej niż wino... A przy okazji, proszę wybaczyć wścibskie pytanie. Co to za choroba? Ta, która uniemożliwia panu picie alkoholu? Mogę polecić panu pierwszorzędnego lekarza.

- Dziękuję - rzekłem pospiesznie i chyba nie do końca uprzejmie. - Dziękuję... na razie nie mam takiej potrzeby.

- Jak pan chce - przewodniczący lekko się obraził. - Przy okazji... nie sądzi pan, że kobieta w magii jest równie na miejscu, jak mysz w beczce miodu?

- Co? - oderwałem wzrok od nieznajomej w czerni.

- Tak, tak. Ta dziwna dama, której przygląda się pan z takim zainteresowaniem. To niejaka Ora Szantalia, która już od kilku lat uparcie pojawia się na każdym losowaniu. Po co jej Kara, jak pan myśli?

- Różnie bywa - odparłem powoli.

Przewodniczący przygryzł wargi:

- Kara w rękach suki to... koszmar. Mam nadzieję, że nie wygra zaklęcia... słabo ją znam i niczego nie mogę powiedzieć na pewno... Ale ona naprawdę sprawia wrażenie suki. Po co, chociażby, ta wystawa świecidełek na pasie? I wszystkie te ochrony, kamyki...

- Kamyki - powtórzyłem w zamyśleniu.

- Tak... A jej przedmiotem inicjującym nie jest różdżka, broszka czy obrączka, lecz sztuczny ząb w ustach, może mi pan wierzyć.

- Naprawdę? - zdziwiła mnie jego wiedza.

- Tak... - posępnie potwierdził przewodniczący. - To niezbyt przyzwoite - zjawiać się w naszym klubie z ochroną przed męską samowolą, nie sądzi pan? Gdyby była mężczyzną, już dawno nakazano by jej zdjąć połowę świecidełek albo opuścić salę. Jednak wszyscy moi koledzy, do których zwracałem się z tą propozycją, tylko mnie zbywali: że to, niby, jedyna osoba płci pięknej, a jeśli brak jej pewności siebie - niech pociesza się tymi wątpliwymi artefaktami.

- W istocie - rzekłem, patrząc jak dama w czarnym płaszczu sączy wino przy stoliku w przeciwległym kącie sali.

- Kiedy pana bezceremonialnie odprawi - powiedział przewodniczący, śledząc mój wzrok - proszę nie mówić, że pana nie uprzedzałem.

- Nie pij więcej, Onri - skrzeczącym głosem rzekła sowa na jego ramieniu. - I tak za dużo gadasz.

Drgnąłem.

- Tak - z pokorą odparł przewodniczący. - Nie denerwuj się, Fili, nie wypiłem tak znowu dużo i czuję się znakomicie... Moje uszanowanie, panie Hort zi Tabor. Długich lat pana sowie.

I oddalił się niepewnym krokiem.

Przez jakiś czas uczciwie piłem swą lemoniadę. Następnie wstałem, przeszedłem przez salę, co chwilę życząc zdrowia czyimś sowom, aż znalazłem się obok niej.

- Pozwoli pani?

Obrzuciła mnie mrocznym spojrzeniem. Krótko kiwnęła.

- Jak zdrowie pani...

- Zdechła - odparła dama, patrząc mi w oczy.

- Moja też zdechła - wymamrotałem ze zmieszaniem. - A to pech.

Dama wzruszyła prawym ramieniem:

- Żaden pech. Nie znoszę sów. To pan jest tym szczęśliwcem, który wygrał zaklęcie?

- Tak... Proszę wybaczyć. Wydaje mi się, że na fotelu, w którym pani usiadła, ktoś dziesięć minut temu niechcący rozlał sos.

Gdy instynktownie wstała i obejrzała się, mogłem przez chwilę popatrzeć z bliska na jej pas. Wśród innych drobiazgów wisiał tam duży kamienny breloczek w kształcie paszczy tygrysa.

Jeszcze jeden kamień z oczami.

- Pomyliłem się - rzekłem z przygnębieniem. - Fotel jest czysty.

Zaczerwieniła się.

Jej oczy okazały się nie błękitne, lecz piwne. Włosy koloru wyblakłej bawełny. Wargi - purpurowe i wąskie, przy czym kąciki ust co chwilę się opuszczały. Tak jak teraz:

- Mądrze i sprytnie, mój młody panie. Tylko po co takie podchody? Mógł pan poprosić, bym przeszła się tam i z powrotem - wówczas, oceniwszy zalety i wady mojej figury, mógłby pan ostatecznie zdecydować, czy kontynuować znajomość... gdyby miał pan taką możliwość. A teraz będzie pan łaskawy wrócić do swojego stolika.

- Proszę wybaczyć - odparłem, faktycznie czując coś na kształt zmieszania. - W rzeczywistości nie jestem wcale tak brutalny...

Chciałem tylko...

- Proszę mnie uwolnić od swego towarzystwa.

Powiedziane to było przekonująco i jasno; zwlekając jeszcze przez chwilę, wróciłem na wyjściowe pozycje.

Pan przewodniczący przyglądał mi się z drugiego końca sali.

Spoglądał z mieszaniną współczucia i satysfakcji.


PYTANIE: Czym jest przedmiot inicjujący?

ODPOWIEDŹ: Jest to podstawowy przedmiot magiczny, który umożliwia magowi mianowanemu dokonywać oddziaływań magicznych. W przypadku zdania egzaminu mianowany otrzymuje przedmiot inicjujący do wiecznego użytku.

PYTANIE: Czy mag dziedziczny potrzebuje przedmiotu inicjującego?

ODPOWIEDŹ: Nie, nie potrzebuje.

PYTANIE: Jaką formę mają przedmioty inicjujące?

ODPOWIEDŹ: Formę miniaturowych różdżek magicznych, pierścieni, medalionów, bransolet i tym podobnych wyrobów jubilerskich; w rejonach górskich niekiedy kosturów.

PYTANIE: Jakie są skutki zgubienia magicznego przedmiotu?

ODPOWIEDŹ: W przypadku zgubienia magicznego przedmiotu, zainteresowany powinien nie później, niż po dziesięciu dniach, zgłosić to w komisji okręgowej. Komisja rozpatruje sprawę i w zależności od okoliczności, albo wyznacza karę i wydaje zainteresowanemu nowy przedmiot magiczny, albo pozbawia go magicznego tytułu.


* * *


Po dwóch dniach zajrzałem do biura na prawo od targu - żeby mieć czyste sumienie, nie licząc na nic. Zżarty przez mole urzędnik wydał mi zaświadczenie, na którym koślawym charakterem pisma zapisane były trzy adresy - ta trójka chciała sprzedać mi kamienie.

Pod pierwszym Z nich mieszkała biedna wdowa, wyprzedająca sprzęty i biżuterię. Z litości kupiłem od niej pierścień z rubinem.

Pod drugim adresem powitał mnie piętnastoletni chłopiec i zaproponował całą szkatułkę z kosztownościami. Od razu orientując się, o co chodzi, obiecałem, że o wszystkim poinformuję jego matkę; chłopak zmienił się na twarzy i błagał mnie, bym tego nie robił. Matka ma tyle błyskotek, nawet nie zauważy straty, podczas gdy on, wchodzący w życie młodzieniec, musi godzić się z poniżającą biedą. Matka jest skąpa i nie daje mu na najbardziej konieczne wydatki i tak dalej, i tym podobne. Odszedłem, zostawiając młodzieńca sam na sam z jego problemami.

Jako trzeci adres wymieniony był jakiś zajazd na przedmieściach. Długo zastanawiałem się, czy warto tłuc się tak daleko po brudnych ulicach, w końcu jednak przyzwyczajenie, by doprowadzać wszystko do końca, zmobilizowało mnie do wykosztowania się na karetę ze stangretem i odwiedzenia zajazdu „Trzy osły”.

I nie żałowałem poświęconego czasu.


* * *


- ...Ej, nie wygląda pan na kupca, szlachetny panie. Ejże, nie wygląda...

Staruszek bynajmniej nie klepał biedy - był właścicielem większości zapełniających podwórze powozów, góry worków na tych powozach, koni, mułów i masy innego dobra - tym niemniej zatrzymał się w najbardziej obskurnym numerze „Trzech osłów”, ubrany był w zatłuszczony kaftan i workowate spodnie z dziwacznymi łatami na kolanach i na własne oczy widziałem, jak troskliwie podniósł walający się na podwórzu kawałek sznurka: wartościowa rzecz, przyda się.

- To nie pana sprawa, drogi panie, do kogo jestem podobny, a do kogo nie. Sprzedamy kamyk, czy będziemy języki strzępić?

Staruszek poruszał krzaczastymi brwiami; na jego opalonej na czarno, pomarszczonej twarzy, brwi były niczym dwie wysepki piany. I pływały po twarzy niezależnie od mimiki staruszka.

- Kamyk, oczywiście, bardzo dobrze... Piękny kamyk. Proszę, raczy pan spojrzeć.

Raczyłem; z zatłuszczonego woreczka z różnymi drobiazgami wyciągnięty został kamyk wielkości średniego żołędzia. Spojrzałem i poczułem, jak zalewa mnie ciepła, łaskocząca nerwy fala.

Turkus. Nieskazitelnie błękitna psia morda; to znaczy na pierwszy rzut oka wydała się być psią, jednak gdy przyjrzało się dokładniej, trudno było powiedzieć, co to za zwierzę. Taki przyjazny, stareńki, otępiały marazmem wilk ludojad.

- Podoba się, szlachetny panie? - przechwyciwszy moje spojrzenie, staruszek pospiesznie schował kamień z powrotem do woreczka. - Jeśli się podoba, może zastanowimy się nad ceną. To droga rzecz, nie sprzedawałbym, gdyby nie konieczność.

Kłamał tak naturalnie, jak się drapał. Bez szczególnego sensu i nie z pazerności. Automatycznie.

- Niech pan, przeszanowny panie, nie chowa towaru - rzekłem sucho. - Nie jest przyjęte lak kątem oka towar oceniać. Obejrzę - wtedy o cenie porozmawiamy. Więc jak?

Kamień pojawił się ponownie; jeszcze zanim go dotknąłem, wyczułem obłoczek cudzej siły, skupionej w psim (wilczym?) pysku.

Był to trzeci taki kamień. Lub czwarty, jeśli liczyć zawieszony na pasie damy w czerni; i najprawdopodobniej z kamieniem wiązała się kolejna historia.

- Chyba go wezmę - rzekłem z zadumą. - Proszę mi tylko opowiedzieć, szanowny panie, skąd ma pan taką ładną błyskotkę.

Za opowieść dopłacę. Zgoda?

Staruszek patrzył mi prosto w oczy - ironicznie i chłodno.

Białe jak piana, zdziwione brwi uniosły się tak wysoko, iż miało się wrażenie, że za moment przemieszczą się na potylicę.

- Tylko wam, szlachetni panowie, bajki opowiadać. Zdarza się, że do siwych włosów panisko dożyje - a jak chlebem niekarmiony, to tylko bajek by słuchał, jak jakiś smarkacz... Ale pan, szlachetny panie, zamierzał kupić kamyk, bo ja językiem swoim nigdy nie kupczyłem i nie mam takiego zamiaru. Bierze pan - czy jak?

Sięgnąłem do kieszeni i położyłem na zatłuszczonym stole garść solidnych srebrnych monet.

Staruszek spojrzał na srebro, a potem na mnie; białe brwi zawahały się, po czym wróciły na swoje miejsce, za to kąciki pozbawionych warg ust uniosły się w złym, ironicznym grymasie:

- Czy to pana cena za kamień?

- To moja cena za opowieść - wpadając mu w ton, odparłem chłodno. - Kamień nie jest wart nawet połowy tej sumy... Ma pan rację, szanowny panie, nie wyglądam na kupca i nigdy nie zajmowałem się tym fachem. A za pana bajki, jak raczył się pan wyrazić, jestem gotów zapłacić - pod warunkiem, że chociaż połowa opowieści okaże się prawdą. Skąd więc pan ma tę... błyskotkę?

Przez jakiś czas staruszek wpatrywał mi się w źrenice. Po trzeciej minucie tego spojrzenia uznałem, że mogę dorzucić kilka monet do błyszczącego na stole kopczyka.

- Alropka! - zawołał staruszek, niemal nie podnosząc głosu.

Za jego plecami, w drzwiach, natychmiast pojawiło się barczyste chłopisko - wyższe ode mnie o pół głowy i dwa razy szersze w ramionach.

- Alropka - zmrużył się staruszek. - Pan tu pozwala sobie na żarty ze starego Prorwy, bądź więc tak dobry...

Nie wierzyłem własnym uszom. Staruszek, który troskliwie podnosił upuszczony przez kogoś sznurek, rezygnuje z solidnego kopczyka srebra?!

- Raczy pan wyjść - zabuczał Alropka. Jego głos odpowiadał posturze. A może specjalnie mówił basem - w charakterze uzupełniającej groźby.

- Doprawdy - rzekłem łagodnie. - Doprawdy, nie rozumiem. Wisiorek biorę, muszę się jednak przecież upewnić, że nie jest kradziony.

Teraz staruszek patrzył nie tylko z ironią, lecz także z pogardą. Atropka znalazł się za moimi plecami:

- A raczy pan...

Czekałem, aż mnie dotknie. Raz! - szorstka ręka nieuprzejmie złapała mnie za łokieć; dwa - zamiast barczystego chłopiska na podłogę upadł gruby wąż z nieprzyzwoicie żółtym brzuchem. Duży, lecz nie jadowity.

- Aaa...

Przez jakiś czas Atropka wił się na deskach, bezskutecznie próbując pojąć, w jaki sposób należy pełznąć. W końcu mu się udało - migocząc matową łuską dotychczasowy barczysty bohater wężowym ruchem skierował się w stronę drzwi. Przeniosłem spojrzenie na staruszka.

Jego twarz, także bez tego ciemna, napłynęła krwią i zrobiła się czarna jak węgiel. Jedna biała brew poleciała do góry, druga zaś opadła, całkowicie zakrywając oko. Wystraszyłem się, że przekorny staruszek dostanie udaru.

- Jak to tak, szanowny panie; ja do pana po dobroci, a pan wyrwidębów swoich wzywa... A więc skąd ma pan kamyk?

- Na drobne się pan rozmienia, panie magu - rzekł staruszek i jego brwi połączyły się w jedną krzaczastą wysepkę. - Onegdaj czarownicy sami do ludzi nie przychodzili, sługi posyłali. To mój kamień, nie ukradłem go, nie kupiłem. Mój... A chłopaka proszę z powrotem zamienić, musi jeszcze dziś” z kowalem pogadać, który robotę spaprał, a pieniędzy nie...

Błękitna, zygzakowata błyskawica, słabiutka, lecz niezwykle piękna, uderzyła w blat przed samym staruszkiem. Zapachniało spalenizną; dziadek odchylił się, nie zapominając jednak schować wisiora w dłoni. Czułem rosnące rozdrażnienie: Zamiast tego, by szybko i skutecznie wyciągnąć ze staruszka tak potrzebne mi informacje, coraz głębiej grzęzłem w wątpliwym zamieszaniu. Węże, błyskawice...

- Tak, drobny się trafił czarodziej - oznajmił staruszek przez zęby. - Drobny i nerwowy, cóż z tego, że oczy różne. Mój ojciec czarodziejowi służył - ten to był czarodziejem, może być pan pewien. Ale żeby sam do karczmy przychodził, przed chłopem błyskawicami ciskał?!

Nie mówiąc ani słowa, sięgnąłem za pas. Wyjąłem futerał; gliniany potworek okazał się zimny w dotyku. Zimny i szorstki. Lewą ręką złapałem atrapę w poprzek tułowia, prawą chwyciłem nieproporcjonalnie wielką głowę. „Po pierwszym dotknięciu karku atrapy uruchamia się reżim oskarżenia...”

Spojrzałem staruszkowi w oczy.

Gdyby się uśmiechnął, poruszył brwiami, lub coś jeszcze powiedział, gliniana głowa oddzieliłaby się od tułowia bez ogłoszenia wyroku. Potem - zaledwie minutę później - z goryczą i wstydem wspominałem ten atak wściekłości, który złapał mnie w tamtej chwili.

Staruszek się jednak nie odezwał. Mało prawdopodobne, by wiedział, do czego służy gliniana figurka - najprawdopodobniej prawidłowo odczytał wyraz moich oczu.

Następna minuta upłynęła w milczeniu; potem się opamiętałem. Oderwałem wzrok od twarzy staruszka, mającej teraz barwę brudno-cytrynową; spojrzałem na swe ręce i zaciśniętą w nich figurkę. Przesadnie powoli - ze wszystkich sił starając się uniknąć pośpiechu - schowałem figurkę z powrotem do futerału. „W praktyce tego zaklęcia był przypadek, kiedy człowieka ukarano śmiercią za rozlanie kawy... Przytoczona wina musi dokładnie odpowiadać faktycznemu przewinieniu, w wypadku fałszywego oskarżenia zaklęcie rykoszetem uderza w karzącego...”

Jeszcze sekunda - i gliniana pokraka przestałaby istnieć.

I zakończyłaby się moja władza. Na równej drodze. A ten... ten uparty...

Przypadek?

Rozlana kawa?

- W porządku - cicho powiedział staruszek. - Proszę słuchać.


* * *


„Jest pan magiem dziedzicznym, a pana syn ma stopień wyższy niż pan. Z całego serca gratulujemy! Jeśli chce pan jednak, by pana relacje z synem układały się normalnie, proszę zastosować się do naszych rekomendacji.

Po pierwsze. Proszę nigdy nie dopuszczać do bezpośredniej magicznej konfrontacji. Przegra pan z dzieckiem, co może mieć dla niego i dla pana tragiczne konsekwencje. Pana ojcowski autorytet musi opierać się na wartościach niemających związku z magią.

Po drugie. Proszę nie przeszkadzać mu w zabawie, dopóki jego zabawy mają niewinny charakter. Dopóki zamienia sąsiedzkie kury w gryfy i pawie - proszę milczeć, niech dokazuje... Lecz jeśli zechce zamienić pański nos w marchewkę - proszę sprawić mu lanie. Przy relacjach z małym magiem użyta we właściwym czasie rózga jest niezastąpionym narzędziem.

Po trzecie. Proszę kształcić go w kierunku nauk, sztuk pięknych i szlachetnych rzemiosł. Niech od rana do wieczora ma jakieś zajęcie. Jeśli będzie naśmiewał się z nauczycieli, proszę nie reagować - sami powinni dbać o swój autorytet.

Po czwarte. Proszę nie ukrywać przed nim faktu, że ma wyższy stopień magiczny. Proszę mu to spokojnie i zrozumiale wyjaśnić”.


* * *


Po półgodzinie zatrzymałem się przed apteką na rogu i spojrzałem w metalowe lustro wiszące przy wejściu. Mój wygląd się jeszcze nie zmienił: błękitne oko zmatowiało, jakby pokryło się bielmem, za to prawe lśniło wyzywająco i dziko. Nie było się czemu dziwić, że przechodnie uskakiwali na bok, a młody, szczuplutki strażnik, na którego natknąłem się wychodząc z karczmy, od tamtej pory nie opuszcza mnie ani na krok. To właśnie jego zaniepokojona twarz odbiła się w lustrze za moimi plecami.

Odwróciłem się gwałtownie.

- Czy szlachetny strażnik życzy sobie obejrzeć moje dokumenty?

Szlachetny strażnik był blady, lecz zdecydowany. Okazałem mu kartę członkowską Klubu Kary z opłaconymi składkami; po pobieżnych oględzinach dokumentów gołowąs przełknął ślinę i ukłonił się:

- Proszę wybaczyć, że pana niepokoiłem, panie zi Tabor... Służba.

Kiwnąłem ze zrozumieniem. Napięcie powoli słabło; jeszcze chwila i moje oczy wrócą do względnej równowagi, będzie można zejść do jakiejś piwniczki, posiedzieć nad kielichem lemoniady i przemyśleć opowiadanie przekornego staruszka.

- Racuchy, bułeczki, ciastka! Brać, póki gorące!

Sprzedawczyni wypieków była wbrew oczekiwaniom nadspodziewanie koścista. Kiepska reklama dla słodkich bułeczek - koścista handlarka.

Zdałem sobie sprawę, że stoję dwa kroki od placu targowego, a lekko ochrypły głos chłopca z kolumny tonie w zgiełku tłumu: „...aję... chętne... i dosta… lachetne ...ory... orki. Drogo!” Po chwili wahania postanowiłem zajrzeć do biura na prawo od rynku, i sprawdzić, czy nie ma dla mnie nowych adresów; nie było niczego nowego i uświadomiłem sobie, że odczuwam ulgę.

Staruszek mnie zmęczył.

Był hurtownikiem, interes kwitł głownie dzięki żelaznej woli staruszka i dyscyplinie, którą utrzymywał wśród pomocników i sług. Zawierając nową znajomość staruszek za każdym razem dobrze wiedział, jakie wygody przyniesie ona w przyszłości. Jednak przed mniej więcej pół rokiem surowy system doznał porażki. Na jakimś jarmarku, „Nic tutaj to było, daleko” - wyrachowany dziadek spotkał młodego kupca i pokochał go „bardziej, niż syna”.

W ich znajomości nie było żadnej korzyści. Chłopak okazywał szacunek, był mądry, surowy w stosunku do siebie i do innych - „nie to, co dzisiejsze plemię lekkoduchów”. Staruszek zaproponował młodzieńcowi wsparcie i opiekę, ten zgodził się z radością. Ta dziwna przyjaźń - właśnie przyjaźń, a staruszek nigdy nie miał przyjaciół - trwała, wedle jego słów, dwa miesiące. A potem wydarzyło się, ot co:

Wielmożny młodzieniec zawiózł staruszka do jakiejś oddalonej rzemieślniczej osady - zapowiadał się niezły interes z garbarzem. Po drodze podróżnicy wstąpili do karczmy i po pierwszym kubku piwa staruszek stracił przytomność. Ocknął się na ziemi, cała odzież i kabza z pieniędzmi były na miejscu; walcząc z zawrotami głowy i mrokiem przed oczami, zorientował się, że leży sto kroków od kutych wrót swego niemałego domostwa.

Najciekawsze zaczęło się potem. Ojca i gospodarza powitano okrzykami i omdleniami; okazało się, że od czasu jego ostatniego pobytu w domu minęło ni mniej, ni więcej, a sześćdziesiąt osiem dni. Rodzina zdążyła wyprawić staruszkowi ostatnie pożegnanie - a nikt nie miał wątpliwości, że nie żyje, gdyż według wiarygodnych plotek dokładnie w noc pamiętnej wyprawy z rąk rozbójników zginęło dwóch bezbronnych kupców.

Wstrząśnięty tym wydarzeniem staruszek nie od razu zauważył wisior na swej szyi. Turkus schowany był pod ubraniem; gdy staruszek po raz pierwszy wziął go do ręki, poczuł niejasny niepokój.

Troska o sprawy zawodowe oderwała go od głupich rozmyślań. Podczas jego nieobecności interes popadł w ruinę - winę za to ponosili bezmyślni synowie, którzy zamiast pracą, zajęli się dzieleniem majątku. Próbując przywrócić rozwiązane przez synów umowy i sprawdzając zapisy w księdze przychodów i rozchodów, żelazny staruszek nie pozwalał się dręczyć pytaniu: Gdzie podziewały się jego ciało i rozum przez wszystkie te sześćdziesiąt osiem dni?! Ocknął się, nie odczuwając głodu ani pragnienia, jego odzież była czysta, broda rozczesana; nie wyglądało na to, by przez cały ten czas walał się bez pamięci w zwierzęcej norze czy w kryjówce rozbójników. Po kilku tygodniach od cudownego powrotu - interesy wróciły już mniej więcej do normy - odważył się na wizytę w przydrożnej karczmie, tej samej, w której stracił świadomość; karczmarz poznał go i przypomniał sobie jego towarzysza. Według jego słów, obaj najedli się, wypili, zapłacili i spokojnie ruszyli w dalszą drogę.

Jego młodego przyjaciela nikt już nigdy nie widział. Przez jakiś czas staruszka bolało serce - sam nie podejrzewał, że jest w stanie tak się przywiązać do innej istoty ludzkiej, w dodatku różniącej się od niego pod każdym względem. Czas jednak płynął i rany na duszy się zagoiły (w tym momencie pomyślałem, że dusza staruszka jest żywotna jak karaluch). Jedynie wisior męczył kupca; kilkakrotnie próbował go wyrzucić, jednak za każdym razem, stękając, powstrzymywał rękę. Nigdy nie wyrzucał, ani nikomu bez przyczyny nie oddawał drogich rzeczy; po zastanowieniu zdecydował, że przy pierwszej okazji sprzeda kamień. Dwóch handlarzy błyskotkami pod różnymi pretekstami zrezygnowało z kupna, po czym zjawiłem sieja ze swymi pieniędzmi, błyskawicami i ciekawością.

Po wysłuchaniu staruszka delikatnie zainteresowałem się jego psychicznym samopoczuciem. Czy nie zaczął zauważać czegoś nowego w swoim zachowaniu, lub może otoczenie zauważyło, że po porwaniu się zmienił?

Staruszek długo spoglądał na mnie z ironią. Wszystko zrozumiałem i przeprosiłem za nietaktowne pytanie.

Węża Atropkę odnaleźliśmy dzięki wrzaskom jakiejś kobiety - dochodzącym z kuchni. Żółtobrzuch spadł kucharce na głowę z dymnika i cudem uniknął kotła z wrzątkiem; przez pięć minut próbowano węża złapać i wrzucić do pustego garnka. Rzucony do moich nóg Atropka miał dziwaczny i żałosny wygląd; pod spojrzeniami wystraszonej czeladzi zażądałem odosobnionego pokoju do powrotnej zamiany.

Udostępniono mi ciasną, lecz względnie czystą klitkę.

Z pewnym wysiłkiem - zmęczenie i nerwy - przywróciłem Atropce ludzką postać. I nie czekając, aż półżywy chwat podniesie się z podłogi, złapałem go za kołnierz i zbliżyłem jego oszalałe oczy do swojej twarzy:

- Mów! Jak zmienił się gospodarz po tej awanturze? Po tym, jak to niby zmartwychwstał? Mów, jak się zmienił, bo zamienię cię w żabę!

Atropka miał czkawkę. Przestraszyłem się, że wpadnie w omdlenie.

- Stał się lepszy czy gorszy?

Dziwne poruszenie głową.

- Stał się bardziej hojny, czy skąpy? Hojny?

Tym razem gest był całkowicie czytelny: „Nie”.

- Powiedz - rzekłem najłagodniej, jak potrafiłem. - Czy przychodziło ci do głowy, że stracił rozum?

„Nie”

- A jednak widziałeś, że się zmienił?

„Tak”.

- Inni też widzieli?

- Tak - poruszyły się wargi Atropki. - Niech mnie pan puści, panie magu, niech mnie pan oszczędzi, oj-oj-oj...

Jego twarz wykrzywiła się płaczliwie.

- Mów! - przyciągnąłem go bliżej. - Mów, jak zmienił się gospodarz i w tej chwili cię wypuszczę! No?

- P-przestał śpiewać - wydusił z siebie Atropka, starając się jak najdalej ode mnie odsunąć.

- Śpiewać?!

- Wcześniej zdarzało się, że ciągle śpiewał... W drodze, na jarmarku... Nawet jak kogoś batem ćwiczył - też pogwizdywał... A teraz nie. Milczy. Zawsze.

Po wypuszczeniu Atropki poczułem nagłe zmęczenie. Każde krzywe spojrzenie - a przecież cały zajazd patrzył na mnie krzywo - budziło rozdrażnienie. Futerał z atrapą niewygodnie ocierał się o bok.

Śpiewający staruszek. Słowiczek, żeby go pokręciło...

- Konfitury! Kupujcie, zacni panowie, konfitury!

- U mnie pierogi, komu pierogi!

Przywołałem handlarkę palcem. Kupiłem okrągłą bułkę, zażyczyłem sobie, by od razu posmarowano ją konfiturami i żując ją po drodze (wybacz mi wątrobo!) powlokłem się w kierunku hotelu „Odważny suseł”.

Wydawało się, że gruby zeszyt na łańcuszku strzeże wejścia.

Zeszyt łańcuchowy. Przez dni, które wisiał na straży, spuchł nieprzyzwoicie. Kartki się marszczyły, tu i ówdzie ciemniały plamy atramentu. Wolnego miejsca już nie było i ostatni interesanci zostawiali swoje skargi na samej okładce.

Okazał się także ciężki jak cegła. Ciążył mi, gdy zaciskając ten balast skarg pod pachą, wspinałem się po schodach do swego pokoju.

Na widok pokojówki zażyczyłem sobie, aby w moim numerze rozpalono kominek. Nawet jeśli się zdziwiła, nie dała tego po sobie poznać - kamienne ściany ciągle jeszcze pamiętają potworny upał, wieczór jest jasny i ciepły, jak świeże mleko, jednak życzenia pana maga nie muszą mieć wcale logicznego wytłumaczenia. Kominek znaczy kominek.

Gdy drwa dobrze się rozpaliły, usiadłem przed kratą kominka i przez dziesięć minut patrzyłem w ogień. Potem wyciągnąłem rękę i wrzuciłem do ognia gruby, zapisany maczkiem zeszyt.

I tyle.

Patrzyłem, jak przeciąg kartkuje brudne liliowe stronice, jak skręcają się na brzegach, ciemnieją i gasną. Krzyki i jęki o zemście, karze i niesprawiedliwości sączyły się dymkiem i znikały w wywietrzniku kominka. Niemal bezgłośnie.

Wybaczcie mi, dobrzy ludzie, ale wszystkim wam na pewno nie będę mógł pomóc. Ani wdowom, ani sierotom, ani ograbionym, ani oszukanym - szczerze mówiąc, do rozwiązania waszych problemów niepotrzebna jest żadna Kara.

Z trudem oderwałem wzrok od dopalającego się zeszytu. Podszedłem do stołu i wyciągnąłem z woreczka błękitny kamyk na łańcuszku. Przyjazna psia (wilcza?) morda.

I jeszcze jeden, z krwawnika, z dwojgiem smutnych oczu, przypominających mi o starej małpie.

I jeszcze jeden - pokryty kopciem, zdjęty z szyi spalonego żywcem starca.

...Ogień, rozpalona krata, obłąkany starzec, którego mógłbym uratować, gdybym znalazł się we właściwym czasie w odpowiednim miejscu.

Czy rzeczywiście chcę go pomścić? Sobiepana, tyrana, starego barona Jatera, który już od dawna był dla mnie obcym człowiekiem?

Zamknąłem oczy. W wyobraźni zobaczyłem jeszcze jeden kamyk - nie mogłem położyć go na stole obok trzech pozostałych, gdyż został przy pasie krnąbrnej damy w czerni. Przedstawiał żółty tygrysi pysk.

Ptaszki z jednego gniazda. Zabawki stworzone ręką jednego mistrza. Prawdziwego mistrza. Mistrza z dużej litery. Kogoś tak potężnego, że na samą myśl o granicach jego możliwości przechodziły mnie ciarki. Kogoś” pomysłowego, podstępnego i pozbawionego uczuć. Bez wątpienia potężnego maga.

„Im sprawiedliwsza będzie Kara...”

Nie może być bardziej sprawiedliwa! Obłąkany wujek Dow, żywa pochodnia... Zony jubilera oraz starego kupca można nie brać pod uwagę, to prawda, nic strasznego im się nie slalo... Lecz istnieją przecież inne ofiary mistrza kamieni. Na pewno.

Złapałem się na tym, że dłubię w nosie małym palcem. Spróbować? Rozwikłać ten kłębek? Zapłatą będzie na pewno wielka sława. A jeśli staruszek dmuchawiec mówił prawdę - także potęga.

I Dow de Jater zostanie pomszczony.

Zastanawiałem się jeszcze przez chwilę.

Potem usiadłem na parapecie i zwabiłem z sąsiedniego dachu najbardziej tłustego i silnego z wyglądu gołębia. Droga będzie długa, ale ten powinien dolecieć.

„Drogi Iw! W imię naszej przyjaźni zgadzam się podjąć niesłychane ryzyko... trudności i wydatki...”

Drewniany koń na kółkach - polerowany cud, znacznie bardziej fascynujący, niż wszystkie rasowe konie ze stajni Jaterów. Za tego konia wujek Dow zapłacił więcej, niż za całą uprząż; Iw chce się przejechać pierwszy, ja jednak odsuwam go, wskakuję na aksamitne siodło i nieustraszenie przesuwam dźwigienkę - kola zaczynają się kręcić. Mechaniczny wierzchowiec rusza z miejsca, jedzie jednak zbyt powoli; Iw biegnie obok co sił, wyprzedza mnie i już jest przede mną; odwraca się, na twarzy maluje mu się strach: „Zatrzymaj się! Z górki lepiej nie!”.

Bez drżenia zjeżdżam na swoim wierzchowcu z górki. Rozpędza się coraz bardziej, drzewa i kamienie pędzą mi na spotkanie, mój zadek nieoczekiwanie boleśnie obija się o siodło, lecz ja znoszę to i nawet wykrzykuję coś zuchowato. W końcu kółka nie wytrzymują, koń najpierw się przechyla, potem wywraca z hukiem, a ja padam w kurz - nie zdążając przypomnieć sobie w locie żadnego przydatnego zaklęcia. Ląduję na ostrym kamieniu - strasznie boli; z trudem powstrzymuję się, by nie wrzasnąć, a łzy już płyną mi po policzkach, żłobiąc siady w kurzu. Koń leży obok - nieodwracalnie zepsuły, pęknięty, z odłamaną prawą nogą. Z góry biegnie, krzycząc i szlochając, Iw, a za nim pędzi wujek Dow, milczący i straszny. Oblizuję wargi, zamierzając powiedzieć mu o mieszku srebra, który mój ojciec na pewno mu zwróci.

Wujek Dow trzema skokami przegania syna. Rzuca się ku mnie - ma znieruchomiałą twarz, boję się. Bierze mnie na ręce: „Gdzie boli? Tu boli? A tu?”

I nie spoglądając nawet na zniszczoną zabawkę niesie mnie do domu - na rękach, ostrożnie, jak syna, jak nikt nie nosił mnie od chwili, gdy skończyłem pięć lat.

„...I ruszyliśmy do ataku, Horciku. Mój ojczulek, ziemia mu puchem, w boju był niepowstrzymany, jak odyniec, walczyłem z nim ręka w rękę, a brat mój, ziemia mu puchem, ochraniał tyły. Wtedy się zaczęło! Zaszliśmy ich z prawej, a oni, ziemia im kamieniem, ukryli łuczników w zasadzce, a piechotę rzucili na przemiał, byleby nas pod te strzały zwabić... Gdyby nie mój ojczulek, ziemia mu puchem, nie siedziałbym teraz z tobą, czarodziejki! i nie opowiadałbym bajek...”

Czuć paskudny zapach jakiegoś lekarstwa. Kolano spuchło jak piłka. Znoszę to. Uśmiecham się nawet, słuchając opowieści wujka Dowa; ojciec jest daleko, w mieście, a wujek Dow siedzi przy łóżku, co jakiś czas dotykając szorstką dłonią mojego czoła.

Jestem dobry, myślę zasypiając. Jestem dobry, to Iw jest głupi...

„Drogi Iwie!” Tak. To jest już napisane. „I wydatki... i odnaleźć złoczyńcę winnego tragicznej śmierci twego ojca...”

Potarłem nasadę nosa, odpędzając niepotrzebne wspomnienia.

Co łączy starego barona, żonę jubilera i starego kupca?

Baron i kupiec mieli wystarczająco dużo cech wspólnych. Obaj byli głowami rodzin, obaj byli bogaci i byli sobiepanami. Obaj mieli okropny charakter... ale żona jubilera? Łagodna i romantyczna, ze swą fascynacją malarstwem, ze swym małym kobiecym szczęściem...

No dobrze. To na razie ślepa uliczka. Teraz czas: starego barona nie było... jak długo? Rok i osiem miesięcy. Żony jubilera? Tydzień. Kupiec? Sześćdziesiąt osiem dni. Taki rozrzut robi wrażenie. Gdyby ciężar straty zależał od czasu spędzonego w niewiadomym miejscu - baron zajmowałby miejsce pierwsze, które zresztą nieszczęśnik zajmuje. Dalej byłby kupiec, na końcu zaś żona jubilera, jako najmniej pokrzywdzona.

Jak jednak porównać ciężar straty kupca i żony jubilera? Biedna kobieta straciła, wielkie mi co - gust. Staruszek mógł w ogóle nie mieć gustu, mógł go też mieć, a jego straty tak czy siak nikt by nie zauważył.

Dobrze. Odnotujemy i zostawimy na później.

Idziemy dalej. Kiedy zaginął baron? Rok i osiem miesięcy temu. Żona jubilera? Dziewięć tygodni temu. Czyli dwa miesiące.

Kupiec? Cztery miesiące temu. Co daje nam ta wiedza? Na razie nic, ale trzeba zapamiętać.

„Drogi Iwie! W imię naszej przyjaźni jestem gotów narazić się na olbrzymie ryzyko, trudy i wydatki i odnaleźć złoczyńcę, winnego tragicznej śmierci twego ojca... Niegodziwiec zostanie ukarany! Mówię to ja, Hort zi Tabor”.

Przywiązałem wiadomość do łapki gołębia, zamówiłem go od drapieżnych ptaków i wypuściłem w niebo. Oszołomiony gołąb najpierw zatrzepotał między wiatrowskazami i dopiero po chwili, prowadzony moją wolą, pewnie wyruszył w podróż. Siedząc na parapecie, odprowadziłem go wzrokiem.

...Okoliczności zaginięcia. Stary baron Jater zakochał się w młodej aferzystce, ta namówiła go na podróż i... aha. A kupiec nieoczekiwanie dla siebie samego i swego otoczenia zaprzyjaźnił się z młodym, szacownym... który stał się dla niego droższy niż syn. I ten przyjaciel również zabrał go w drogę - zrealizować dobry interes. Kolejna zbieżność... I znów nie pasuje żona jubilera. Ona donikąd nie jechała, poszła po prostu na zakupy... Z kim? Z serdeczną przyjaciółką. Jak jej tam, Tissą Grab, która po historii z żoną jubilera przepadła jak kamień w wodę.

I znowu poczułem, jak wzbiera we mnie ciepła, kłująca fala. Jak niewidoczne ostrza wbijają mi się w poduszeczki palców.

Coś ważnego. Nie przegapić.


* * *


PYTANIE: Proszę wymienić znane panu magiczne obiekty i niezależne przedmioty magiczne.

ODPOWIEDŹ: Wielka Łyżka, Buty Szybkości, Dobra Jodła, Dom Odzieży, Dąb z Oczami, Okrutne skrzypce, Kłamliwe Lustro, Prywatny Słój, sabaja, Świeże Źródło, Sieciowy Czarnoust, Cud z Głębin.

PYTANIE: Jakie znaczenie w życiu maga odgrywa symboliczny ptak?

ODPOWIEDŹ: Sowa jest symbolem przynależności do magicznej społeczności, obiektem ślubów, klątw, a niekiedy także przysiąg. Najpoważniejszą jest przysięga współsownictwa, kiedy to dwóch magów, będących właścicielami tej samej sowy, jednoczy się więzami znacznie mocniejszymi nawet niż więzy rodzinne. Połączona moc tych magów rośnie wielokrotnie, za to każdy z nich staje się zależny od swego współsownika. Właśnie ta ostatnia okoliczność sprawia, że podobne przysięgi są rzadkością.

PYTANIE: Jaka jest średnia długość życia maga mianowanego?

ODPOWIEDŹ: Sześćdziesiąt lat w przypadku magów czwartego stopnia, siedemdziesiąt - trzeciego, osiemdziesiąt - drugiego, zaś sto lat - w przypadku magów pierwszego stopnia. Panuje pogląd, że mag mianowany, który osiągnął poziom ponad rangą, otrzymuje możliwość wiecznego życia. Tak zwani „magowie prehistoryczni” są według podań magami z przeszłości, którzy będąc z natury magami mianowanymi, dysponują jednak wyjątkową mocą dzięki wielu przeżytym wiekom.

WNIOSEK: Ubiegający się przeszedł przez teoretyczną część egzaminu nie bez wpadek (do których zaliczyć można wymienianie czczych domysłów), jednak zupełnie zadowalająco. Proponuję przejście do prób praktycznych.


* * *


W domu jubilerów wszyscy już spali. Służąca najpierw się guzdrała, potem, wystraszona moją natarczywością, groziła, że wezwie straże; w końcu jednak poszła budzić gospodarza.

- O... Pan zi Tabor... Cóż za niespodzianka... Są jakieś nowości? Proszę powiedzieć, znalazł pan?...

W następnej sekundzie jubiler zauważył podróżną torbę stojącą przy moich nogach. Najwidoczniej z rozespania ubzdurało mu się, że przyjechałem się do nich wprowadzić na stałe.

- Na razie nie - odparłem, pozwalając mu złapać walizki i wnieść je do korytarza. - Mam jednak bardzo ważne pytanie... proszę mi powiedzieć, czy można obudzić teraz pana żonę?

Zaspana żona jubilera w czepku wydawała się młodsza. I sympatyczniejsza.

- Proszę wybaczyć, że panią niepokoję, pani Filio... Kiedy po raz ostatni widziała pani swoją przyjaciółkę, Tissę Grab?

- Wtedy - zabrzmiała wyczerpująca odpowiedź. - No, wtedy... Przed tym. Gdy robiłyśmy zakupy...

- To znaczy w dniu waszego zniknięcia?

- Tak...

- Czy próbowała pani ją później odnaleźć?

- Próbowałam... ale...

Jubiler nerwowo przesunął dłonią po resztkach włosów:

- Panie Hort zi Tabor... Pora jest późna i...

- Czy nie prosił mnie pan o odnalezienie przestępcy? Czy nie po to zjawił się pan u mnie w hotelu o jeszcze późniejszej, proszę zauważyć, porze?

Poczerwieniał. Nawet łysina mu spurpurowiała:

- Filia powinna już spać... panie zi Tabor. Jeśli pan chce, odpowiem na wszystkie pana pytania... Nie ma pan nic przeciwko temu?

Zastanowiłem się. Przeniosłem wzrok z męża na żonę i z powrotem:

- Nie, panie Jagor... nie mam nic przeciwko temu. Spokojnej nocy, pani Filio, jeszcze raz proszę o wybaczenie...

Oddaliła się. Jubiler oblizał wąskie wargi:

- Podejrzewałem tę Tissę. Nie podobała mi się. Od razu popędziłem ją odszukać, przecież właśnie z nią Filia wybrała się na zakupy i nie wróciła! Próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale ona ulotniła się, jak kamfora. Ja...

- Czy widziano ją po zniknięciu pańskiej żony? - przerwałem mu.

- Tak - odparł jubiler przez zęby. - Wróciła do swego domu, do pokoju, który wynajmowała...

- Na ulicy Słupników - wtrąciłem.

Spojrzał na mnie bez zdziwienia:

- Aha, był pan tam jednak... Wróciła, zapłaciła, spakowała się i wyjechała. Zwracałem się do naczelnika straży... Ten powiedział jednak, że nie rozpocznie poszukiwań. Mojej żony - tak, będą szukać... tak jak zwykle szukają. - Na twarzy jubilera pojawił sarkastyczny uśmieszek. - A tej Tissy Grab... Nikt nie zgłosił jej zaginięcia. Miała pełne prawo opuścić mieszkanie, długów nie miała, nie była podejrzana o kradzież.

- Jeszcze jedno pytanie. - Potarłem nasadę nosa. - Jak i kiedy pańska żona poznała tę damę?

Jubiler zmarszczył brwi:

- To było niedawno. Jakiś miesiąc przed... Byłem wstrząśnięty. Ta Tissa pojawiła się znikąd i stała się dla mojej żony bliską istotą, czasami wydawało mi się, że nawet ze mną nie jest tak szczera, jak z tą...

- Był pan zazdrosny? - zapytałem ostrożnie.

Jubiler drgnął:

- W pewnym stopniu... To nic nieprzystojnego, proszę zrozumieć. Ale spędzały ze sobą tyle czasu, że...

Zamilkł i z rezygnacją machnął ręką. Pod oknem - a siedzieliśmy w salonie - koncertowały świerszcze.

- Czy ona... to znaczy pańska żona, niczego sobie nie przypomniała? Na temat zamku, łańcuchowego smoka, człowieka, który rozmawiał z nią w trakcie uczty?

Jubiler przecząco pokiwał głową. Jeszcze jedna różnica pomiędzy damą, a kupcem i baronem. Jako jedyna pamięta ona - urywkami - to, co działo się z nią po zniknięciu.

- I ostatnie pytanie, panie Jagor. Jak się panu wydaje - czy wszystkie te wspomnienia, zamki, smoki, nie mogą być płodem fantazji, hmm, twórczego człowieka?

Przez chwilę jubiler patrzył mi w oczy. Co nie było takie proste: sam czułem, że w tej chwili mój wzrok nie należy do przyjemnych.

- Nie wiem - odparł w końcu. - Niekiedy gubi się w szczegółach... Można odnieść wrażenie, że wymyśla je na gorąco - i natychmiast sama w nie wierzy... Ale nie potrafię powiedzieć na pewno. Czy był zamek ze smokiem, czy nie było...

- Dziękuję. - Wstałem.

Jubiler również się podniósł:

- Proszę mi wybaczyć zuchwałość, panie zi Tabor... niech mi pan jednak powie: czy mam szansę się zemścić? Za... Filię. Za nasze życie i... miłość - zakończył niemal bezgłośnie.

- Przestał ją pan kochać? - spytałem cicho.

Jubiler się odwrócił.

Namacałem na pasie futerał z glinianą maszkarą. Ostrożnie, z pewnym obrzydzeniem, wyciągnąłem to cudo na blade światło jedynej świeczki; „jednorazowa atrapa” spoglądała na mnie bez żadnego wyrazu.

- Ma pan szansę, panie Drozd... Całkiem sporą. Jednak, widzi pan, zanim ukarzemy złoczyńcę, trzeba go najpierw odszukać.

Świerszcz pod oknem zamilkł.

Milion lat temu
(początek cytatu)


- Doskonale rozumiem... Obrażanie się było głupie, było wstrętne... ale to czysto fizjologiczna reakcja. Jeśli jestem na przykład w tramwaju, jestem przygotowana na chamstwo. Ale kiedy spaceruje się po parku i myśli o swoich sprawach... to jak brudnym workiem zza węgła.

Miała na imię Ira. I mieszkała z mężem w pensjonacie. Mąż pływał na desce z żaglem. „Zorganizowali tam cały klub, pływają od rana do wieczora... więc poszłam do parku, no i masz...”

Siedzieli we trójkę na ławce przy jeziorku, Alik łaził po kamieniach, usiłując nakarmić łabędzie. Łabędzie odwracały dzioby od bułeczek z makiem - w wodzie pływały kawałki rozmoczonego chleba, rogalików, a nawet orzeszki, ale Alik nie poddawał się, wabił ptaki, przymilnie cmokał i pstrykał palcami na różne sposoby.

Mąż Iry miał na imię Aleksiej. Oboje pracowali jako redaktorzy popularnego kanału telewizyjnego i całkiem nieźle im się wiodło - Julia odniosła w każdym razie takie wrażenie; Ira, która sama była gadatliwa, sama też chętnie wypytywała się o codzienne życie nowych znajomych:

- Och, Instytut Mikrobiologii? Jakie to współczesne, jakie aktualne... Zakład Genetyki? Ma pani bardzo ciekawą specjalność, Juleczko.

Julii nie podobał się nawyk Iriny nazywania dopiero co poznanych ludzi zdrobniałymi imionami.

Och, Stanisławie, jest pan chirurgiem! Jakie to wspaniałe, zawsze poważałam mężczyzn chirurgów... To wyjątkowi ludzie - tak w każdym razie uważam. Trochę pani zazdroszczę, Juleczko... Gdzie się zatrzymaliście?

Staś powiedział, że wynajęta kwatera przy poczcie jest bardzo wygodna i tania; Ira przytaknęła i uśmiechnęła się. I nie powiedziała im głośno o tym, że pensjonat, w którym mieszka, ma własną plażę, restaurację i wygodne pokoje z balkonami i widokiem na morze.

- A ile kosztuje pływanie na tej desce surfingowej - zainteresował się Staś. - A przez godzinę? A na dłuższy czas? A wieczorem?

Nadeszła pora obiadu; Ira poszła do pensjonatu, a Julię i Stasa czekały plastikowe stoliki kolejnej ulicznej kawiarenki. Alik kaprysił, nie chciał jeść zupy. Staś ostentacyjnie nie zwracał uwagi na jego grymasy; „zjesz, co dają, albo będziesz głodny”. Julia była zdenerwowana; nadąsany Alik przesiedział pół godziny nad stygnącym talerzem i nic nie wskórawszy, skierował się do domu. Maszerował przodem, dumnie unosząc głowę. Patrząc na jego szczupłe, nieugięte plecy, Julia niemal z przerażeniem myślała, jacy są do siebie podobni...

Staś też prawie nigdy nie zmieniał decyzji. Julia wiedziała już, że jego ciche „nie” jest równie nieugięte, jak betonowa ściana z wystającymi prętami uzbrojenia; niewątpliwie la cecha konieczna była w jego pracy. Musiał podjąć decyzję, wziąć za nią pełną odpowiedzialność i nie ustępować do końca. W codziennym życiu zawodowe zalety często zmieniają się w wady, jednak upór i zdecydowanie Stasa nigdy szczególnie Julii nie przeszkadzały.

Z Alikiem nie będzie lekko. Ale mężczyzna powinien mieć charakter. Tak mówił Staś i Julia się z nim zgadzała. Człowiek, który nie potrafi powiedzieć „nie”, nie może w dzisiejszych czasach liczyć na sukces. Ośli upór należy obrócić na własną korzyść - wtedy będzie się to nazywało żelaznym charakterem; tak mówił Staś, Julia potakiwała, a z przodu majaczyły, wznosząc się po zalanej słońcem serpentynie, wyprostowane plecy syna.


Następnego dnia poznali Aleksieja, męża Iry. Młody, niziutki - wzrostu Julii - ruchliwy mężczyzna długo ściskał rękę mężowi Julii - z opowiadania Iry wynikało, że Staś obronił jej cześć niemalże w pojedynku.

Pensjonat zrobił na Julii wrażenie. Ich wynajęta kwatera okazała się w porównaniu z nim jeszcze mniej przytulna; plaża przy pensjonacie była prawie pusta, a na jej końcu, na maleńkiej przystani, zbierali się surferzy.

Alik siedział w kucki i jak zaczarowany przypatrywał się przezroczystemu żaglowi w kształcie skrzydła ważki, na mokrej desce z kilem, niekiedy ostrożnie muskając te świętości koniuszkami palców. Wyglądający jak negatyw, siwy i opalony instruktor coś objaśniał, a Staś przytakiwał. Potem pojawił się portfel z pieniędzmi i Julia zdziwiła się, widząc, że mąż płaci z góry.

Po półgodzinie Staś zjawił się na pomoście w kąpielówkach i nie swoich butach założonych na grube skarpetki; zręcznie wszedł na deskę, wysłuchał instrukcji i natychmiast zwalił się do wody, która tego dnia miała nie więcej niż piętnaście stopni. Julia wystraszyła się, widząc jego wytrzeszczone oczy, ale już w następnej sekundzie Staś zapanował nad sobą i pod gradem sypiących się z pomostu wskazówek, zaczął wdrapywać się na mokry, śliski pokładzik.

Tego dnia sterczeli na pomoście do zapadnięcia zmroku. Lokatorzy pensjonatu zjedli obiad i kolację. Julia z synem przekąsili kanapki, kupione u roznoszących je sprzedawców, a Staś w ogóle niczego nie jadł - samotny żagiel majaczył już przy odległej przystani. Koordynacja i zręczność męża Julii zostały wielokrotnie docenione przez wszystkich zebranych, w szczególności przez Irę i Aleksieja. Alik w końcu znalazł sobie kolegę do zabawy i wystarczyło, że Julia na chwilę spuściła go z oczu, a już jakaś staruszka biegła ze skargą, że rzucili w nią kamieniem. „A gdyby tak w głowę?”

Stasa udało się sprowadzić na brzeg tylko dzięki wysiłkom instruktora, który miał już serdecznie dość i musiał zamykać szopę. W drodze do domu mąż wydawał się w pełni szczęśliwy. Posępny Alik też się rozweselił - ojciec żartował z nim i bawił się w berka. Na wesołe psoty ojca i syna oglądali się przechodnie. Julia szła z tyłu i myślała, że miniony dzień był niczego sobie, że chodzenie do pensjonatu jest ciekawsze, niż tłoczenie się na miejskiej plaży i że dobrze byłoby zjeść coś ciepłego.

Po grubym, łykowatym pniu biegała ruchliwa wiewiórka. To nurkowała w mrok, to ukazywała się z powrotem; Alik próbował ja nakarmić, bez rezultatu.

Łabędzie spały dokładnie pośrodku stawu - chowając głowy pod skrzydła i wyginając w pętle puszyste szyje, wolno dryfowały w ledwo wyczuwalnym prądzie.


(koniec cytatu)

Rankiem następnego dnia w „Północnej Stolicy”, wielkim i gwarnym hotelu wznoszącym się naprzeciw targowiska, pojawił się nowy gość - gruby, zamożny ziemianin, który wpisał w księdze meldunkowej nikomu nieznane nazwisko, zaś jako cel przyjazdu podał „rozrywkową podróż”. Podobnych rozrywkowych gości było w „Stolicy” wielu i liczyłem, że na grubasa nikt nie zwróci uwagi.

I na początku tak było.

Zamykając się w pokoju, zrzuciłem (potwornie ciężką) powłokę, buty i płaszcz. Nie rozbierając się padłem na łóżko, na wymyślnie haftowaną narzutę: numer był półtora raza droższy niż moje apartamenty w „Suśle”, mogłem teraz jednak liczyć na pewną anonimowość. Tylko na pewną, gdyż żadnego doświadczonego maga moja powloką nie zmyli.

Dobrze, że na świecie nie ma zbyt wielu naprawdę doświadczonych magów.

Leżałem z założonymi za głowę rękami i patrzyłem, jak palce moich nóg poruszają się w skarpetkach. Bezsenna noc dawała o sobie znać - myśli płynęły spokojnie, zdyscyplinowanie, żadna nie śmiała wybić się ponad pozostałe, wznieść się na poziom szlachetnego szaleństwa i uzyskać w ten sposób status Idei.

Po półtorej godziny wylegiwania wstałem, umyłem się w zimniej wodzie z wiaderka, zmieniłem koszulę, przywdziałem powłokę skorego do zabaw tłuściocha i udałem się do miejskiej ekscelencji.


* * *


Najpierw - pod postacią grubasa - zrobiłem przechadzkę po centrum; potem, znajdując zupełnie przyzwoity drewniany wychodek na tyłach jakiegoś biura, zrzuciłem powłokę i udałem się do magistratu. Zaprowadzono mnie do poczekalni, w której musiałem przemęczyć się piętnaście minut; jestem pewien, że przez cały ten czas ekscelencja obserwował mnie przez dziurkę w gobelinie i próbował dowiedzieć się, kim jestem, jaki mam stopień i czym się wsławiłem. Informatorzy ekscelencji najwidoczniej dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków, gdyż witając się ze mną, uśmiechając i proponując, bym usiadł, ekscelencja doskonale wiedział już o zaklęciu Kary, którego szczęśliwym posiadaczem stał się niedawno jego gość.

- Mmm, panie Hort zi Tabor, ma pan może ochotę na wino, śmietankę albo ciastka?

Ekscelencja był dwumetrowym drągalem o szerokich, jak U kowala, ramionach. Kiedy opuszczał zaczerwienione, nieco opuchnięte powieki, jego twarz wyglądała na zmęczoną i dobrą; niemal przez cały czas jego oczy były ukryte i tylko dwa czy trzy razy spojrzał mi prosto w oczy. Nie, gospodarz gabinetu nie był magiem - lecz aż się zjeżyłem pod tym spojrzeniem, jak tchórz, który wyczuł wnyki.

- Dziękuję, wasza ekscelencjo. Niedawno jadłem śniadanie... Poza tym nie chcę niepotrzebnie zajmować panu czasu.

Ekscelencja skinął głową; jego oczy zamknęły się niemal całkowicie i tylko ledwo dostrzegalny błysk między spuchniętymi powiekami uświadamiał mi, że nie należy się odprężać.

Kontynuowałem:

- Najprawdopodobniej nie słyszał pan o mnie wcześniej, ekscelencjo. Jestem dziedzicznym magiem ponad rangą i jestem wystarczająco zamożny, by nie musieć dla nikogo pracować. Jednak całkiem niedawno mój przyjaciel, baron, którego imię niczego panu nie powie, poprosił mnie o pomoc w prywatnym śledztwie. Ja zaś z kolei zwracam się o pomoc do pana. Wie pan, że w mieście znikają ludzie?

Spuchnięte powieki uniosły się na sekundę - oczy ekscelencji, dwa mosiężne guziki, nieprzyjemnie wpiły się w moją twarz.

Sekunda - i powieki znowu były przymknięte. Potężna, długa ręka uniosła się, by w zamyśleniu potrzeć skroń:

- Na wstępie uściślijmy może, panie dziedziczny magu, kogo pan reprezentuje w tym gabinecie?

- Siebie - odparłem bez zastanowienia. - Siebie, Horta zi Tabora, posiadacza zaklęcia Kary, które kładzie na mnie obowiązek podjęcia pewnego śledztwa.

- Przykro mi, panie zi Tabor - ręka ekscelencji opadła na boczne oparcie fotela, całkowicie zakrywając wyrzeźbioną w nim lwią łapę - posiadanie żadnego magicznego artefaktu nie daje panu przewagi nad urzędnikiem państwowym. Służę miastu i królowi i nie mogę udostępnić panu żadnych dokumentów dotyczących działalności wymiaru ścigania czy wymiaru sprawiedliwości Północnej Stolicy. Bo przecież tego pan ode mnie oczekiwał?

- Tak - przyznałem po chwili ciszy. - Potrzebne mi są pewne materiały i dlatego chciałem pana najpokorniej prosić, wasza ekscelencjo...

Przerwano mi. Bardzo rzadko ktoś ośmielał się mi przerywać, nigdy zaś - bezkarnie.

- Przykro mi - powiedział ekscelencja bez śladu współczucia w głosie. - Magistrat nie wydaje dokumentów osobom prywatnym. - Proszę mi wybaczyć. - I gospodarz gabinetu wstał, dając do zrozumienia, że audiencja jest skończona. - Nie podniosłem się.

- Ja również proszę o wybaczenie, wasza ekscelencjo... Mam jednak dowody pewnego, mmm... lekceważenia, z jakim władze miejskie traktują ofiary porwań prostych mieszkańców stolicy. I mam możliwość już dzisiaj podać do wiadomości mieszkańców i króla dowody owego lekceważenia...

Blefowałem. Nie miałem żadnych dowodów.

- Miesza się pan w nie swoje sprawy. - Ekscelencja przerwał mi po raz drugi, tym razem dość bezceremonialnie. - Jestem zmuszony prosić pana o opuszczenie ratusza, panie dziedziczny magu.

Zza niepozornej zasłonki za jego plecami wyłoniło się dwóch strażników - jeden trzymał w rękach naciągniętą kuszę, drugim był mag pierwszego stopnia i zdaje się, że w rękawie ukryte miał berło bojowe.

Niech będzie zdrowa moja sowa. Cóż takiego powiedziałem, cóż uczyniłem, by zasłużyć na podobne traktowanie?!

- Wydaje mi się, panie ekscelencjo - powiedziałem, ledwie rozlepiając wargi - że nie bierze pan pod uwagę pewnych okoliczności.

I powoli, by nie sprowokować uzbrojonych mężczyzn, położyłem dłoń na otwartym futerale z atrapą.

Zaklęciu Kary jest obojętne, czy jesteś ekscelencją, czy włóczęgą. Zaklęcia Kary nie obchodzi, czy jesteś uzbrojony, czy też nie; moja ręka dotknęła gliny, zaczęło więc działać prawo zmniejszonej podatności. Jak mówił pan przewodniczący - „jakiekolwiek szkodliwe oddziaływanie na pana będzie utrudnione, a sama próba podjęcia takiego oddziaływania będzie się łączyć z groźbą utraty życia przez osobę napadającą”. W tłumaczeniu na język ludzki oznacza to, że zarówno kusza, jak i berło, zwrócą się przeciw swym właścicielom.

Hm, chętnie bym coś takiego obejrzał.

Grałem na zwłokę.

Był to czas mojej wszechmocy - poszarzała twarz ekscelencji, białe twarze maga i kusznika... ich życie było w moich rękach i, widzi sowa, powstrzymać się przed wymierzeniem Kary było równie trudno, jak przerwać miłosne zabawy na chwilę przed spełnieniem.

Na skronie ekscelencji wystąpiły kropelki potu. Wiedział, że nie skorzystam z Kary - jednak spoglądanie w twarz okrutnej śmierci było najwidoczniej średnią przyjemnością.

Na jego gest kusznik i mag z widoczną ulgą schowali się na powrót za zasłoną. Jeszcze chwilę odczekałem i uśmiechając się, oderwałem dłoń od karku atrapy. Demonstracyjnie osłoniłem się także zaklęciem „przed żelazem”.

- Zdaje pan sobie sprawę, że to szantaż? - spytał niemal bezgłośnie ekscelencja. Jego twarz wciąż była szara, za to mosiężne oczy wyłoniły się spod powiek w całym swym matowym, paraliżującym blasku.

- Zdaję sobie sprawę - rzekłem z westchnieniem.

- Nie ma pan racji, panie dziedziczny magu. - Opuchnięte powieki znów się opuściły. - Gdyż pana jednorazowa władza dobiegnie końca - najdalej za pół roku. Wielu widziałem takich... którzy stracili głowę od samego przedsmaku Kary. I wiem, czym kończy się taki błąd. Gorzko się kończy. Upokarzająco i podle. Jest pan magiem ponad rangą. Jest pan tylko magiem ponad rangą. Czy naprawdę sądzi pan, że magistrat Północnej Stolicy wybaczy panu podobny... demarche?

- Srała sowa na magistrat Północnej Stolicy i na pana osobiście, wasza ekscelencjo.

Zasłona się zakołysała.

Pod opuszczonymi powiekami jego ekscelencji mignęła chłodna i w najwyższej mierze nieprzyjemna iskra.


* * *


W archiwum była masa ciemnych zakątków, w których mogły się ukrywać nie tylko szczury.

Mag, którego przydzielono mi w charakterze szpiega, był bez powłoki; przypomniałem sobie, że widziałem go przelotnie w klubie. Cóż za upadek obyczajów - mag pierwszego stopnia posługuje w magistracie miejskim! A jednak poświęca co miesiąc niemałą część pensji, płaci składki i ma nadzieję, że kiedyś wygra zaklęcie Kary!

Młody, postawny archiwista wydał mi ciężką drewnianą skrzynię po brzegi wypełnioną papierami. Usiadłem na trzynogim taborecie i zdmuchnąłem świecę, by nie kusić kuszników, nożowników i innych obdarzonych inicjatywą jegomości, których ekscelencja najprawdopodobniej posłał tu za mną. Nie mogę ciągle trzymać ręki na glinianej maszkarze, a szpiegujący mnie mag stał, nie ukrywając się, trzy kroki ode mnie. Przeglądając zdobyte z takim trudem dokumenty, starałem się nie spuszczać go z oczu.

Od razu stało się jasne, że w mieście nie panuje spokój. W mieście zdarzały się grabieże, zabójstwa, podpalenia i włamania; oglądane nocnym wzrokiem papiery zdawały się być czerwonawe, a atrament - brunatny. Papiery leżały pojedynczo - „zabił, schwytany, stracony” - i całymi paczkami, spięte ze sobą miedzianymi klamrami. Wychodziło na to, że cały miniony rok jego ekscelencja pracował nie szczędząc sił i magistrat miejski rozwiązał bóg wie ile przestępstw.

Zostawiłem wydaną mi skrzynię i, wciąż w ciemności, ruszyłem wzdłuż regału. Szpiegujący mnie mag podążał za mną niczym cień, który odrobinę spóźnia się za tym, który go rzuca. Ponad godzinę zabrało mi znalezienie tego, czego szukałem.

Informacji o nierozwiązanych porwaniach.


* * *


Mój młody przyjacielu! Masz już dziesięć, może dwanaście lat. Jesteś już podrostkiem, a wkrótce staniesz się młodzieńcem; czy zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza?

Jesteś magiem dziedzicznym, a więc otrzymałeś swą moc za darmo. Myślisz, że magia istnieje po to, byś mógł wypuszczać w niebo skrzydlate żaby, zamieniać sługi w słupy cukrowej waty i zachwycać przyjaciół fajerwerkami. Mylisz się, mój mały; nie po to, a raczej nie tylko po to istnieje magia. Pomówmy lepiej o rzeczach znacznie bardziej poważnych, niż zaklinanie powłoki czy prosta błyskawica.

Chcesz, by otaczający cię ludzie szanowali cię, a nie tylko bali się ciebie? Chcesz mieć prawdziwych przyjaciół? Chcesz, żeby wczorajsza kłótnia z babcią okazała się ostatnią?

Na pewno tego pragniesz. Kto lubi słyszeć za plecami: „Co to za mag, może i potężny, ale bezużyteczny i niewykształcony”?

Umówmy się więc, że od dnia jutrzejszego - a lepiej już od dzisiaj! - zaczniesz stosować się do moich rad.

RADA PIERWSZA: W twoim wnętrzu od dnia narodzin kryje się wielka, przepiękna kraina; twoje wygłupy z przemianami są jedynie maleńką jej częścią. Aby w pełni poznać swą magię, musisz codziennie spędzać co najmniej godzinę z dala od ludzi, w pełnym odosobnieniu. Niezależnie od tego, czym się będziesz zajmował, twoje myśli powinny być wówczas skierowane w głąb ciebie, w głąb twojej duszy, zwrócone ku twojej magii.

RADA DRUGA: Za każdym razem, gdy udajesz się w odosobnienie, umyj dokładnie ręce, zęby i wyczyść buty. Twój ład wewnętrzny w dużym stopniu zależy od stanu twego obuwia - tak to, niestety, wygląda.

RADA TRZECIA: Nim skorzystasz z jakiegoś zaklęcia w życiu codziennym, naucz się za każdym razem liczyć do piętnastu. Jeśli po tym potrzeba działania nie zniknie - działaj. Jeśli pojawi się najmniejsza nawet wątpliwość - wstrzymaj się.

RADA CZWARTA: Zwracaj baczną uwagę na zachowanie zapasu sił. Nigdy nie zużywaj go bardziej, niż w połowie! Pamiętaj, że jeśli zużyjesz swoje siły w całości, przestaniesz być magiem - na długo, dopóki twoje siły się nie odnowią.

RADA PIĄTA: Jeśli uwierają cię buty, lub rozpruła ci się kurtka, nie ulegaj pokusie naprawienia ich za pomocą magii. Magia domowa jest poniżająca dla magów dziedzicznych; zwróć się z tym do matki bądź służącej.

RADA SZÓSTA: Pilnie ucz się geografii, astronomii, matematyki, kaligrafii, chemii i w miarę możliwości - medycyny. Każdy mag powinien być wszechstronnie wykształcony i znać się na leczniczych ziołach.

RADA OSTATNIA: Od dziecka dbaj o zdrowie. Pamiętaj: nadwerężonego zdrowia nie da się przywrócić za pomocą magii.

Teraz już wiesz, młody przyjacielu, co robić, aby w pełni poznać swą władzę i wykorzystać ją na pożytek swój i innych. Życzę ci wielu sukcesów w życiu!

* * *


Nie łudziłem się nadzieją, że ekscelencja zapomni o swoich groźbach. Przeżył kilka bardzo nieprzyjemnych chwil, a podwładni byli świadkami jego strachu; sam był sobie winien, jednak trochę żałowałem teraz, że dałem się ponieść emocjom. Taki ekscelencja jest jak cegła na dachu. Lepiej go nie poruszać, bo spadnie w najmniej odpowiedniej chwili.

Choć mój świeżo upieczony nieprzyjaciel dysponował potrzebnymi do szybkiej zemsty środkami, miałem powody, by przypuszczać, że nie będzie się spieszył. Tym niemniej po wejściu do „Północnej Stolicy” postawiłem pięć zaklęć wartowniczych - przy wejściu, w korytarzu, pod oknem, przy drzwiach do pokoju i pod własnym łóżkiem - dopiero wówczas, zupełnie wyczerpany, wezwałem pokojówkę i poleciłem jej, by przyniosła przybory piśmiennicze.

Zyskałem sobie wpływowego wroga, jednak moja zdobycz była tego warta. Skrzypiąc lichym hotelowym piórem, wyciągałem z pamięci imiona i daty - wyciągałem, by przenieść je na czystą kartkę papieru.

Dokumenty, które przejrzałem w ciemności, zawierały najczęściej typowy zapis: „jakiś tam zgłosił, że jego jakiś tam krewny jakiegoś tam miesiąca jakiegoś tam dnia zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Strat materialnych nie stwierdzono... Rozpoczyna się poszukiwania wymienionej osoby”. Wśród innych dokumentów znalazłem także zgłoszenie jubilera, Jagora Drozda o zaginięciu jego małżonki, Filii. Dokument był przekreślony na czerwono, a u jego dołu znajdowała się adnotacja: „Zaginiona powróciła do domu. Zakończyć poszukiwania”. Przypomniał mi się sarkastyczny uśmieszek nieszczęsnego jubilera: „Tak, jak to oni szukają...”

Wśród dokumentów dotyczących zaginionych bez wieści (gruba sterta - tylko za kilka ostatnich miesięcy!) dwadzieścia było przekreślonych na czerwono. Nie powiem, że łatwo było je zapamiętać, tym niemniej miałem je teraz przed sobą, imiona i adresy wypisane w słupku, i pozostawało teraz tylko je sprawdzić i dowiedzieć się, kto z zaginionych...

Nagłe uczucie niepokoju przerwało moje gorączkowe rozmyślania. Nie od razu zdałem sobie sprawę, że zadziałało zaklinanie wartownicze, które umieściłem przy wejściu do hotelu; po kilku sekundach mój niepokój się wzmógł - odezwał się stróż, którego umieściłem w korytarzu.

Odwróciłem się twarzą do drzwi. Nie wstając z krzesła złączyłem dłonie i splotłem palce; mój ojciec nie uznawał berła, kańczuga, ani innych modnych zabawek. Mój ojciec był naturalistą i w tym samym duchu wychował jedynego następcę.

Czyżby któryś z magów ponad rangą zniżył się do służby państwowej? Nie, to raczej ten sam, który towarzyszył mi w archiwum. Pierwszy stopień, poparty bojowym berłem w szerokim rękawie.

A mój gliniany przyjaciel leży na stole... Gdzie?! Gdzie on się podział?! Czapka poleciała na podłogę, za nią szalik... A, jest, pod niedbale rzuconą serwetą... Sowo najmilsza, przez kilka sekund poszukiwań zrobiłem się mokry, niczym zagoniony koń!

Zadziałało wartownicze zaklęcie pod drzwiami, skoncentrowałem się - do wizyty jednak nie doszło. Ten, kto przyszedł do mnie w gości, potrafił przewidzieć, jak jestem go w stanie przywitać.

Już po wszystkim, odchodzi. Z korytarza słychać odgłos demonstracyjnie oddalających się kroków - podczas gdy wcześniej gość poruszał się zupełnie bezgłośnie. Kolejno ucichają trzy wartownicze zaklęcia. Zapada cisza, tylko gdzieś pod oknem przekrzykują się handlarki.

Nie był to, oczywiście, napad. Jedynie przymiarka, sprawdzenie plotki.


* * *


- Zdrowia i pomyślności pańskiej sowie, drogi Horcie zi Tabor! Zechce pan zdjąć powłokę, w naszym klubie nie jest przyjęte...

Staruszek dmuchawiec uśmiechał się wręcz po ojcowsku - złapałem się na tym, że jego uśmiech już mnie nie drażni; wręcz przeciwnie, ma nawet swój urok.

Odwróciłem się - oczywiście, lustro w szatni było nastrojone na ujawnianie powłok. Odbijał się w nim teraz uśmiechający się staruszek, polerowany wieszak - i gruby ziemianin, przy czym ten ostatni wyglądał jak góra rozpuszczającej się galarety - przez rozpływające się kontury wyraźnie prześwitywała czarna, stała postać.

Zamknąłem oczy, a gdy otwarłem je z powrotem, z lustra spoglądało na mnie moje własne odbicie: jedno oko żółte, drugie błękitne, znoszona kurtka i pokryte kurzem buty. Zjawiłem się w klubie ubrany niezgodnie z protokołem; staruszek z wyrzutem pokręcił głową i po chwili pojawił się skądś chłopiec z dwiema ogromnymi szczotkami - do odzieży i do obuwia. Podczas, kiedy mnie czyścił, uświadomiłem sobie z zakłopotaniem, że nie potrafię określić magicznego stopnia staruszka dmuchawca. Nie potrafię - i tyle.

- Oj - odezwał się chłopiec.

Na szczotce do odzieży wił się jasnoczerwony, cienki robak.

- Daj go tutaj - nieoczekiwanie sucho powiedział staruszek. Strzasnął robaka do okrągłego pojemnika na śmieci. Szczelnie zasuną! miedzianą pokrywkę.

Poczułem, jak krew napływa mi do uszu. Chłopiec nie wiedział, co zrobić z oczami, staruszek udawał, że nic się nie stało; ja zaś tylko mrugałem, próbując pojąć, jak udało mi się nie zauważyć siedzącego zaklęcia nitki. Kiedy mi je podwiesili? Wczoraj? Dziś rano? Za dnia? A więc ekscelencja (A komu innemu przyszłoby do głowy mnie śledzić?) już wie, że po kolei odwiedzam zdobyte w archiwum adresy.

Dzisiaj złożyłem wizytę pięciu ostatnim figurantom z mojego spisu. Teraz u mojego boku wisiał wypchany woreczek - okazyjnie kupiona skórzana sakiewka. Była pełna i ciężka; zabrzęczała głucho, gdy chłopiec przypadkowo zahaczył ją szczotką.

- A kysz.

Chłopiec zniknął razem ze swym orężem; niezręcznie rozłożyłem ręce:

- Zdarza się.

- Zdarza się - potwierdził staruszek, bez typowego dla siebie uśmiechu. - Zdrowia pańskiej sowie, panie zi Tabor. Najważniejsze jest zdrowie... I miło spędzić czas.

Wyczyszczony jak miedziak, urażony i zły, skierowałem się do dużej sali.


* * *


Pierwszą osobą, którą zobaczyłem po przestąpieniu progu, była dama z błyskotkami. Była w tym samym czarnym płaszczu, siedziała za tym samym stolikiem w głębi sali i wydawało się, że nie ruszała się stąd od naszego ostatniego spotkania. Że przez te wszystkie dni siedziała tutaj sącząc czerwone wino z wyrazem lekkiej odrazy na twarzy.

- O, nasz szczęśliwiec, zi Tabor! Zdrowia pańskiej sowie, przyjacielu!

Odwróciłem się gwałtownie; pozdrawiała mnie zupełnie mi nieznana kompania, panów magów było pięciu, ich poczerwieniałe twarze błyszczały pijaną, nachalną dobrodusznością. Moje kiwnięcie w odpowiedzi było suche jak bezgraniczna pustynia:

- Zdrowia waszym sowom, panowie.

Zostawiając kompanię za sobą, przywitałem się z kilkoma na wpół znajomymi bywalcami, wziąłem kielich lemoniady z tacy zasapanego lokaja - i spotkałem się wzrokiem z magiem pierwszego stopnia, siedzącym samotnie za ogromnym, obliczonym na dwadzieścia osób stołem.

Mag z magistratu pierwszy opuścił wzrok. Zacisnąłem zęby; przypomniał mi się czerwony robak na szczotce do ubrania, zmieszany chłopiec, staruszek dmuchawiec mówiący bez uśmiechu: „zdarza się”.

- Szanowny panie... przepraszam, ale nie znam pana imienia. Zdrowia pańskiej sowie. Czy mogę zamienić z panem kilka słów na osobności?

Wątpię, by się przestraszył. Wyraźnie się jednak spiął:

- Jestem do usług, panie Hort zi Tabor.

Wychodząc, przechwyciłem spojrzenie Ory Szantali. Obok charakterystycznego chłodu było w nim również zdziwienie.

- Czemu w toalecie? - ze zdziwieniem spytał mag z magistratu. - W klubie jest wiele pomieszczeń, w których moglibyśmy...

Nie słuchając go przestąpiłem próg ustronnego miejsca. Trzeba przyznać, że toaleta panów magów była urządzona lepiej, niż salon niejednego barona. Wśród materiałów wykończeniowych królowały marmur i aksamit.

Wciąż nie patrząc na pana szpicla, wyciągnąłem z futerału glinianą atrapę - narzędzie Kary. Przez chwilę podziwiałem szpetną zabawkę - po czym odwróciłem się w stronę swego rozmówcy i wyraz jego twarzy sprawił mi pewną satysfakcję.

- Panie Hort zi Tabor, te tanie aluzje...

Chlusnąłem szpiclowi w twarz kielichem lemoniady.

- Ssss...

Krople słodkawego napoju wciąż jeszcze zwisały mu z wąsów - a bojowe berło już było skierowane w mój brzuch; położyłem palec wskazujący na karku glinianego potworka:

- Oskarża się pewnego szpicla z magistratu o grubiańską ingerencję w prywatne życie dziedzicznego maga Horta zi Tabora...

Oskarżenie było zgodne z prawdą. Bojowe berło drgnęło, jednak nie kwapiło do schowania w rękawie.

- Zabiję na miejscu - wychrypiał oblany lemoniadą mag.

- Śmiało. - Uśmiechnąłem się. - I raz, i dwa, i...

- Nie odważysz się - wycedził przez zęby szpicel. - Zaklęcie Kary... przeciwko członkowi klubu...

- Wyrzucą cię z klubu - powiedziałem z takim przekonaniem, że samego mnie to zdziwiło. - Hańbisz tytuł maga dziedzicznego, odmieńcu.

Mój rozmówca silnie pobladł, nie stracił jednak przytomności umysłu.

- Szantażujesz mnie, jak wcześniej ekscelencję. Nie zrealizujesz zaklęcia w tym momencie!

- A jeśli? - zapytałem, wygodniej łapiąc atrapę.

Sekunda napięcia, długa jak struna, zawisła między nami.

Uśmiechałem się i to sprawiło, że mag z magistratu bladł coraz bardziej.

Berło opuszczało się coraz niżej; w końcu znikło w rękawie. Starając się nie odwracać do mnie plecami, szpicel wziął z marmurowej półeczki śnieżnobiałą serwetkę i zaczął wycierać oblaną lemoniadą twarz; jeszcze jeden śmiertelny wróg, pomyślałem beztrosko.

Sowo, sowo, byle się nie rozsmakować! Strach potencjalnej ofiary jest zabójczym narkotykiem. Wkrótce nie będę mógł przeżyć dnia, żeby nie zagrozić komuś” Karą.

Szpicel ciągle wycierał twarz resztkami serwetki. Bał się chyba wyjść z toalety bez mego rozkazu.

- Niech się pan postara nie wchodzić mi w drogę - rzekłem ostro. - Nawet bez żadnego zaklęcia Kary mogę wsadzić panu to berło... nie będę precyzował, gdzie. Żegnam pana.

I zamykając za sobą drzwi udałem się z powrotem do dużej sali, przy czym mój nastrój uległ wyraźnej poprawie.

Kompania podpitych nieznajomych tym razem nie zwróciła na mnie uwagi - za to co chwilę natykałem się na nowo przybyłych, chcących się ze mną przywitać, pogratulować i bliżej mi się przyjrzeć. Wziąłem z tacy nowy kielich lemoniady, rozejrzałem się w poszukiwaniu spokojnego miejsca i napotkałem pytające spojrzenie damy w czarnym płaszczu.

Po sekundzie demonstracyjnie odwróciła wzrok, uprzedzając moją próbę odnowienia znajomości.

Szkoda.


* * *


„...Ech, przyjacielu, kim ja przez te trzy lata nie byłem! Niektórym magom mianowanym przez całe życie nie przydarza się tyle, co mnie przez ten czas.

Instalowałem domowe systemy - od najprostszych, rolnikom w spichlerzach, przed myszami i zgnilizną, do takich wymyślnych i złożonych, że szkoda gadać! Jeden dziedziczny zamówił na przykład dla matki staruszki - jego matka sama mieszkała w wielgachnym domu, sama, chora, z łóżka nie wstając - kompleks z takim warunkiem, żeby żadnego sługi nie było! Żeby się jego matka z żadnym żywym człowiekiem nie spotykała... No i zamontowałem mu domowy system iluzyjny; produkty same podjeżdżają i się rozpakowują, kuchnia funkcjonuje bez obsługi, kurz sam się wyciera, mole same się zabijają, wartownicy przy drzwiach stoją, a pościel pod babcią niemnąca się, nieprzemakalna, wieczna... I jeszcze, wyobraź sobie, o dziesiątej rano otwierają się drzwi do sypialni i do babci wbiegają wnuki, czasem sześcioro, czasem siedmioro, różnie się zdarzało... No i bawią się te wnuki na podłodze przy łóżku, zajączki z lusterek puszczają... Na dworze listopad, mokro, śnieg pada - a oni, proszę ciebie, zajączki puszczają! Pohałasują pół godziny i wtedy z głębi domu głos się rozlega dzieci, chodźcie...” - jakby je synowa wołała. Dzieci wybiegają... wchodzi deklamatorka i czyta babce z książki moralizatorskie historyjki. Po obiedzie - spać. A potem znowu wnuki, deklamatorka, powierniczka... I znowu spać. Były tam też inne patenty, sam już nie pamiętam... Tak. Babka doskonale wiedziała, że to wszystko nieprawdziwe, że to iluzje, zaklęcia - wiedziała, ale nawet się z tego cieszyła. Patrzę, mówi, na wnuki i dobrze mi jest... I bać się o nie nie muszę, niepokoić, co z nimi będzie... Tak cicho, miło, wnuczęta za próg wyszły - i ich nie ma... A kiedy zawołam - przybiegają... Umarła, wyobraź sobie, szczęśliwa. A ten mag bogaty był, że aż strach! Trzy słoje miał w piwnicy, z każdego złoto całymi garściami nabierał! Zapłacił mi po królewsku... Co - kłamię?! Ja kłamię?! Niby czemu? Że bytówka takich rozmiarów jest niestabilna? A widziałeś te rozmiary? Trzymaj lepiej język za zębami, bo dobry ze mnie człowiek, ale tylko do czasu...

W porządku, przesadziłem. Na podwórzu i w kuchni byli służący I kucharze... A bytówka była tylko w wewnętrznych pokojach. Ale za to jaka! Dwa lata utrzymała się bez jednej awarii! Co, znowu kłamię?!

...Była niewidoma. Jaka to dla niej różnica? Tak, pod koniec iluzja padła. Dzieci wyglądały tak, że... sowi koszmar, a nie dzieci... Ale ona i tak była niewidoma! Patrzyła na te potworki i uśmiechała się takim dobrym uśmiechem...

A idź ty... I pić już z tobą nie będę”.


Podeszli do mnie z dwóch stron - obaj w czarnych płaszczach zamówionych do sztywności. Materiał wyginał się jak karton: była w nim nocna niewidzialność, ochrona przed cudzymi zaklęciami i jeszcze coś, trudne do określenia na pierwszy rzut oka.

Gliniana pokraka, dotknięcie której zapewniało obrażoną podatność, wisiała na moim pasie w zamkniętym futerale. Byłem beztroski, za bardzo przyzwyczaiłem się do wiary we własne siły. I zapomniałem, że Północna Stolica nie jest moją rodzinną wichurą, gdzie każdy mag ponad rangą jest unikalny jak Słońce.

- Proszę nie robić gwałtownych ruchów, panie Hort zi Tabor. Ktoś chce z panem tylko porozmawiać.

Było jasne, że obaj są mi równi. Lub niemal równi. I to „niemal” kompensowała liczebna przewaga.

- Nie jesteśmy wysłannikami jego ekscelencji, panie Hort zi Tabor.

To coś nowego. Tylko czy w to wierzyć?

- Pewna osoba, na tyle znacząca, że nie przystoi przed czasem wymieniać jej imienia, pragnie porozmawiać z panem na temat wygranego przez pana zaklęcia Kary. Kareta czeka.

- Nie zwykłem ulegać sile - rzekłem przez zęby.

- W takim razie proszę zrobić nam grzeczność. - I rozchylając zamówione płaszcze nocni posłańcy po kolei złożyli mi ukłon.


* * *


Kareta była niewątpliwie bardzo droga. Lekka i bezgłośna, bez nadmiernego przepychu, lecz niezwykle wygodna; nawet najlepsza kareta barona Jatera wydałaby się przy niej rozklekotanym powozem. Zauważyłem też, że na drzwiach mieścił się herb. Kiedyś się mieścił, a teraz został z jakichś powodów zdjęty.

Moi towarzysze (konwojenci?) usiedli naprzeciw mnie, plecami do kierunku jazdy. Firanki były szczelnie zasłonięte. Podróż przebiegała w ciemności, nocny wzrok umożliwiał mi przyjrzenie się ich twarzom - mężczyźni w zamówionych płaszczach okazali się niezwykle do siebie podobni, tyle że jeden miał pięćdziesiąt, a drugi dwadzieścia lat. Ojciec i syn?

Możliwie niedbale rozparłem się na skórzanych poduszkach; prawą rękę niby to przypadkiem oparłem na futerale z glinianą figurką, lewą przycisnąłem do woreczka z kolorowymi kamykami. Nie zaryzykowałem pozostawienia w hotelu tak cennego dobra, choć noszenie go ze sobą nie było zbyt wygodne.

Miarowe postukiwanie bruku pod kołami zmieniło się głośnym grzmieniem mostu, a następnie nieregularnym postukiwaniem wybojów. Wyjechaliśmy za miasto.

- Proszę się nie niepokoić, panie zi Tabor - rzekł w odpowiedzi na moje spojrzenie starszy z konwojentów. - Po audiencji zostanie pan odwieziony z powrotem w to samo miejsce i nie zajmie to wiele czasu.

Zamknąłem oczy. A więc ta równie znacząca, co przedsiębiorcza osoba mieszka za miastem, choć w jego pobliżu. I trzeba być osłem, by od razu nie zorientować się, o kim mowa.

Po raz pierwszy pożałowałem, że po otrzymaniu swej wygranej nie opuściłem natychmiast Północnej Stolicy i nie ukryłem się w rodzimej głuszy.

Przez dwadzieścia minut jechaliśmy traktem, potem kareta skręciła, a wertepy zamieniła cisza i gładkość innej, dobrej i wyjeżdżonej drogi. A po kolejnych dwudziestu minutach pod kołami ponownie zastukał bruk. Kareta zwolniła i zatrzymała się; zazgrzytał opuszczany most. Nie słyszałem okrzyków straży, haseł, ani w ogóle żadnych głosów.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział starszy z konwojentów.

- Domyśliłem się - wycedziłem przez zęby.

Zamek Skała, stara królewska rezydencja, tonął w ciemności. Krocząc jak pod konwojem, między dwoma milczącymi magami, doskonale zdawałem sobie sprawę, jaki będzie cel rozmowy. Nie wiedziałem jedynie, jak się będę wykręcał. W jaki sposób spróbuję wyjaśnić Jego Wysokości, że jego plany względem mego zaklęcia są daremne i próżne.


Na początek Jego Wysokość pogratulował mi niesłychanego szczęścia - wygrania Rdzennego zaklęcia Kary.

Następnie wysłuchałem krótkiego wykładu na temat polityki wewnętrznej, choć i bez tego wiedziałem, że najwyższa władza w kraju znajduje się w opłakanym stanie. Choćby Iw de Jater uważał się za jedynego i pełnoprawnego właściciela swych rodowych włości, nic nie wpłacał do skarbca i na uwagi o „państwie” wysoko unosił brwi. A stolica nie była w stanie (przynajmniej na razie) wpłynąć na mego przyjaciela barona i jemu podobnych. Realna władza tronu rozciągała się jedynie na położone blisko stolicy włości, zaś mieszkańcy pozostałych ziem uważali się, podobnie jak Jater, za całkowicie niezależnych.

Jego Wysokość Ibrin Drugi opowiedział mi o tym wszystkim przy dwóch filiżankach herbaty (kawy odmówiłem i monarcha poszedł za moim przykładem). Król był wysoki i raczej korpulentny, jego ozdobna bródka przypominała mi starannie przystrzyżony krzew bukszpanu. Jego duże, lekko wypukłe oczy spoglądały na mnie ze smutkiem i lekkim wyrzutem: jakbym to ja po kryjomu rozsiewał w państwie zamęt i samowolę.

- Wasza Wysokość - rzekłem, tracąc cierpliwość. - Ta herbata jest przewyborna.

Przez jakiś czas patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

- Cóż - odezwał się w końcu król - ma pan rację. Czas przejść do rzeczy.

Sprawa okazała się dokładnie taka, jak przypuszczałem. Prosta sprawa. Największym zagrożeniem dla państwa są buntownicze nastroje na południu - w nadmorskim stepowym księstwie. Uosobieniem niebezpiecznych nastrojów jest miejscowy książę, pewny siebie wichrzyciel, będący (co za pech!) teściem króla. O tym, by dogadać się na rodzinnym gruncie, nie ma nawet mowy; stepowe księstwo demonstracyjnie okazuje stolicy nieposłuszeństwo, podczas gdy szlaki handlowe... Porty... Chyba sam pan rozumie... Krótko mówiąc, by nie obciążać gościa, czyli mnie, smutnymi szczegółami, poleca mi ukarać księcia Driwegocjusa (o tutaj, na karteczce, jest zapisane prawidłowo jego imię) za czyny, które doprowadziły do groźby rozpadu państwa i perspektywy wojny domowej (pełne oskarżenie napisane jest niżej - wymienione są tam konkretne uczynki, z których każdy miał miejsce w rzeczywistości. To chyba wystarczające dla Rdzennego zaklęcia, prawda?).

Długo przeglądałem papiery, które podsunął mi Jego Wysokość; chociaż nie zawierały niczego, co można by tyle czasu studiować. Wszystko było wręcz nadmiernie zrozumiale; imię buntowniczego księcia rozpisane było po sylabie, jego przewinienia wobec państwa wykaligrafowano filigranowym pismem skryby; szczerze mówiąc ledwo się powstrzymałem, by nie zamienić się na miejscu w jakieś szybkie nocne stworzenie i nie przerwać audiencji w najbardziej bezczelny sposób.

Udało mi się jednak powstrzymać.

- Tak - król uśmiechnął się lekko. - Za pięć... nie, już za cztery dni w pałacu odbędzie się największe od ostatnich dwóch lat przyjęcie. Naprawdę wielkie przyjęcie. Śmietanka arystokracji, magowie pierwszego stopnia i wyżej... Nasz teść, ten podły buntownik, oczywiście także został zaproszony; mało tego - zjawi się. Jest do tego stopnia arogancki i przekonany o swoim bezpieczeństwie, że...

Milczałem.

- Jest pan magiem poza rangą - łagodnie przypomniał mi król. - Jest pan oczywiście również zaproszony. Prawdopodobnie ochrona nie dopuści pana blisko Driwegocjusa. Ale nie chodzi tu o zamęczenie karanego jakąś konkretną wymyślną śmiercią. Nie, nie ma takiej potrzeby - wręcz odwrotnie. Potrzebujemy, by umarł jak najbardziej naturalną śmiercią, żeby nie wywołała ona niepotrzebnych domysłów... Musimy wyrwać tę drzazgę, by w końcu przestał on czynić zło - kraj będzie mógł wówczas odzyskać jedność.

Wyobraziłem sobie, jak w samym środku balu królewski teść pada na ręce strażników, podbiegają lekarze i orzekają naturalną śmierć od wylewu.

Potem zaś wyobraziłem sobie, jak w zamku de Jatera pojawiają się królewscy emisariusze. I jak krnąbrny Iw pokornie obowiązuje się przestrzegać ustanowionych przez kogoś praw, corocznie oddawać taką to a taką ilość pieniędzy i rekrutów, a w przypadku wojny - choćby ze stepowym księstwem - stawiać się na zew trąby i podstawiać pod czyjś miecz swą niepokorną głowę.

- Rozumiem troski Waszej Wysokości - rzekłem z westchnieniem. - Muszę jednak przyznać, że miałem własne plany co do...

Smutne wypukłe oczy zrobiły się jeszcze smutniejsze. Zaciąłem się.

- Obawiam się, mój przyjacielu, że nie zrealizuje pan swoich planów. Jego ekscelencja na przykład jeszcze nigdy w życiu nie wybaczył zniewagi - a szantaż, panie zi Tabor, to ciężka zniewaga, chyba sam pan rozumie... A ja dysponuję instrumentami nacisku na jego ekscelencję. Mógłbym was pogodzić.

- Nie jestem znów taki bezbronny - odparłem, przyglądając się cienkiej białej bliźnie na królewskim czole.

Brodacz przytaknął:

- Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak także ekscelencja... nie jest pozbawiony kłów. A co do zaklęcia Kary, mój przyjacielu - jest ono jednorazowe. A nas jest wielu. I uśmiechnął się - po raz pierwszy od początku rozmowy; ozdobnie przystrzyżona bródka w jednej chwili zmieniła kształt. Ja również się uśmiechnąłem:

- Jeszcze chwila i Wasza Wysokość przekona mnie, że dla własnego bezpieczeństwa powinienem spełnić groźbę i ukarać jego ekscelencję!

- Nie do końca - król potarł nasadę nosa. - Wszak wówczas ja będę niezadowolony. A ja, nawet w najcięższych czasach, zawsze mam na służbie kilku... bardzo skutecznych ludzi.

- Upadek obyczajów - rzekłem z goryczą. - Za starych czasów pójście na służbę było hańbą dla maga. Tym bardziej dla dziedzicznego.

- Jest pan zbyt miody, by rozprawiać o starych czasach - oznajmił król z powagą. - Dobrą tradycję bardzo łatwo pomylić z przesądami.

I Jego Wysokość mrugnął do mnie. Mrugnął wesoło, a nawet nonszalancko.

- Powinien pan, drogi Horcie, pomyśleć o własnym losie. Miał pan szczęście i zaklęcie tym razem dostało się panu. Nie to jest jednak najważniejsze. Szczęśliwy traf wyrwał pana z głuszy i zaprowadził do stolicy. Tak, każdy mag sam jest sobie panem, samotność uszlachetnia duszę, wszystko to wiem, nasłuchałem się w swoim czasie. Niech się pan jednak zastanowi, Hort. Dobrze zastanowi. Kraj czekają wielkie wstrząsy - ale i wielkie wyzwania. I pan, drogi dziedziczny magu, mógłby się stać nie tylko wspaniałym - ale i wielkim. Wojownikiem, dyplomatą, ministrem koniec końców... Proszę pomyśleć. Nie uważa pan?

Milczałem.

- A teraz - zupełnie innym tonem rzekł Ibrin Drugi - raczy się pan opowiedzieć. Musimy zawczasu opracować plan działania, a i pan musi się przygotować. Nie będzie pan chyba czytał oskarżeń z kartki?

Milczałem.

Królewski teść nie jest magiem, jest jednak dostatecznie potężny. I jego występki są więcej niż poważne. To znaczy, że jeśli ukarzę Dri... wegocjusa, będę miał prawdopodobnie szansę na awans... Tym bardziej, że sam król...

Ale moja wszechwładza trwała tyle, co nic!

Nie zdążyłem... nie zdążyłem zrobić niczego, prócz nastraszenia ekscelencji i oblania lemoniadą jego lokaja.

Ach, gdyby król domyślił się, że nie należy mnie szantażować, działać siłą! Kto wie...

Bardzo trudno mnie zmusić. Praktycznie niemożliwe jest nakłonienie mnie do czegoś siłą.

Zastanawiałem się, czy mam zacząć udawać i odegrać pokorę. Czy wprost powiedzieć Jego Wysokości, że nie ma racji, zamienić się w nietoperza i...

- Niewątpliwie interesowałeś się, Wasza Wysokość, mechanizmami Kary’?

- Oczywiście - radośnie przytaknął brodacz. - Konsultowałem się z samym panem przewodniczącym Klubu Kary.

Oby ci sowa zdechła, pożyczyłem w myślach panu przewodniczącemu.

- Więc proszę zrozumieć, Wasza Wysokość, że tak długi spis oskarżeń... Jeśli najmniejszy choćby detal okaże się niedokładny, Kara zabije mnie, a nie Dri... waszego teścia.

Król się zachmurzył.

- Tekst był wielokrotnie redagowany.

- Mimo wszystko. - Gniewnie wysunąłem szczękę. - Wolałbym się zabezpieczyć... w interesach sprawy! I skrócić oskarżenie do jednego punktu. Najbardziej oczywistego. Na przykład, karze się takiego a takiego za to, że w dzieciństwie paskudził w pieluszki.

Król przyglądał mi się przez jakiś czas, zastanawiając się, czy sobie z niego nie kpię.

A może jednak zamienić się w nietoperza?

- Co takiego ma pan w sakiewce? - spytał nagle król. - Nie, wiem, że w tym futerale jest atrapa. A tę sakiewkę tak pan ściska, jakby miał pan w niej co najmniej brylanty.

- To moja kolekcja, Wasza Wysokość. - Zmusiłem się do uśmiechu. - Zbieram wisiory z kamieni ozdobnych. I przesadziłem...

Skórzany sznurek nie od razu się poddał. Akuratnie zdjąłem sakiewkę z pasa, zanurzyłem w niej rękę i wyciągnąłem garść kamyków - nie spuszczając przy tym wzroku z królewskiej twarzy.

Gęsty obłok cudzej magii szczypał mnie w dłoń.

W sumie miałem dwadzieścia kamieni. Zdobycz, która kosztowała mnie masę wysiłku, czasu i potu - i, niewykluczone, krwi, jeśli brać pod uwagę mściwość ekscelencji.

Różnokształtne mordy, twarze, pyski, oczy. Wszystkie zdjęte z piersi ludzi, którzy na jakiś czas zaginęli, a potem wrócili do domów.

Król przyglądał się kamykom na mojej dłoni. Był zainteresowany, lecz nic poza tym.

Jeszcze nigdy nie widział takich świecidełek.


* * *


„...Czarny Mańkut? Tylko bez bajek, ja doskonale wiem, kto to taki i skąd się wziął...

...Od dzieciństwa był dziwny - bał się, że coś zgubi. Ciągle miał zmartwioną minę, sprawdzał, czy czapka jest na miejscu, chusteczka, kałamarz, czy monetka się nie potoczyła... Dzieci, jego koledzy, śmiały się z niego i kpiły. Jego dziwactwo bynajmniej się przez te drwiny nie zmniejszało - na odwrót; zresztą w nauce mu ono w ogóle nie przeszkadzało, przeciwnie, nauczyciel, który miał z nami teorię i praktykę magii, był z niego bardzo zadowolony.

...Kiedy miał trzynaście lat, zdarzyło się nieszczęście: po raz kolejny sprawdzając zawartość swej torby, wpadł pod przejeżdżającą karetę i stracił lewą rękę, od nadgarstka. Nie zaprzestał jednak nauki magii.

...Wybieraliśmy sami. Ja na przykład uważałem i uważam, że tradycyjna forma niewielkiej różdżki ze szlachetnym kamieniem jest idealna dla przedmiotu inicjującego. Dziewczyna, która razem z nami otrzymała tytuł maga, zdecydowała się na złotą obręcz na głowę. A on niezwykle długo myślał, rozmyślał i gdy otworzył usta, wstrząsnął wszystkimi: komisją i kolegami. Chcę, powiedział, mieć przedmiot inicjujący, którego nie można zgubić. Chcę, aby mój przedmiot inicjujący miał formę ręki - sztucznej lewej ręki.

Nieświadomie mści się za wszystkie upokorzenia, jakich doświadczył w dzieciństwie. Wszystkie zaklęcia, wszystkie oddziaływania magiczne przekierował na lewą rękę. Tak, ludzie nazywają go teraz Czarnym Mańkutem i na dźwięk tego imienia drżą i oglądają się za siebie...”


* * *


Odwieziono mnie, jak było obiecane, w to samo miejsce, w którym zostałem zaproszony na audiencję. Pod drzwi frontowe hotelu „Północna Stolica”.

Pożegnawszy się z panami magami na służbie (a nie ukrywałem swojego do nich stosunku, w związku z czym rozstaliśmy się nadzwyczaj chłodno), przez jakiś czas tkwiłem przed bramą, łapczywie wdychając czyste nocne powietrze. Z jakiegoś powodu wydawało mi się to bardzo ważne - nawdychać się powietrza; zatęchły zapach komfortowej karety i dym niezliczonych królewskich świec na dobre zatkały mi nos i gardło.

Jakiś ty beztroski, przyjacielu, moja gliniana pokrako. Wygląda na to, że możliwość nacieszenia się tobą przez pól roku jest niedopuszczalnym luksusem.

Przez jakiś czas bezmyślnie podziwiałem gwiazdy. Potem odwróciłem się plecami do hotelu i ruszyłem przed siebie.

Przyćmione światło latarń nie tyle pomagało mojemu dziennemu widzeniu, co przeszkadzało nocnemu. W Klubie Kary świeciły się okna, najwyraźniej nie zakończyli jeszcze imprezki, jednak na myśl o powrocie do hałaśliwego towarzystwa podpitych magów opanowało mnie przygnębienie.

Dlaczego król nie wykończy teścia w zwykły królewski sposób - dosypując na przykład trucizny do wina? Lub dając w prezencie zatrute rękawiczki? Mało to jest sposobów? Cała historia aż kipi morderstwami ze względów państwowych i zabijają ludzie niezależnie od wysokości urodzenia.

Niewykluczone, że zbuntowany książę także ma na służbie „skutecznych ludzi”. Książę nie jest głupi, na pewno jest chroniony magiczną tarczą - przed jadem, przed żelazem, przed każdym możliwym draństwem.

Nie istnieją jednak tarcze chroniące przed Rdzennym zaklęciem. Nie wykuli takiej i nigdy tego nie zrobią. Nie na darmo jest ono Rdzenne.

Poczułem ukłucie niepokoju. Gdyż, oddawanie takiej broni w ręce przypadkowego człowieka, nieodpowiedzialnego szczęściarza, którego wskazał los, jest - jak by to powiedzieć - co najmniej lekkomyślne. Niech sobie założyciele zarabiają na składkach członkowskich niewiarygodne pieniądze - powinno się jednak zwracać minimum uwagi na zdrowy rozsądek?!

Przez chwilę wyobraziłem sobie drogę szantażu wiodącą na szczyty władzy. Niewiele trzeba, by za pomocą strachu i wymuszeń zaczepić się na jakimś tronie; wystarczy na to pół roku, a potem do gry wkroczą inne siły i inna broń będzie chronić byłego posiadacza Kary.

Czyżby nikt tego nie próbował? A jeśli próbował, czemu się nie udało? Zabrakło siły ducha? Zdecydowania? Szczęścia?

A może...?

Przyćmione światło latarni nad drzwiami jakiegoś - kobiecego salonu drażniło oczy, przeszkadzało w patrzeniu, przesłaniając nocny wzrok żółtą watą swego bezsilnego blasku. Zgasiłem ją z rozdrażnieniem i w następnej sekundzie zatrzymałem się zamieniając się w słuch.

Zamieszanie.

Przytłumione okrzyki. Sapanie. Ciosy.

Daleko, kilka przecznic stąd. Usłyszałem to wszystko tylko dlatego, że wiatr zupełnie ucichł, w okolicy milczały nawet świerszcze, a drażniąca mnie latarnia w końcu zgasła.

Uznałbym to za zwykłą bójkę lub szarpaninę złodzieja z ofiarą, która okazała się uzbrojona, gdyby nie słaby strumień magicznej woli, rwany jak płótno na worki.

Mag był tam tylko jeden. A spoconych muskularnych ciał aż pięć.

Jeszcze kilka tygodni temu bez namysłu pomknąłbym do źródła dźwięków. Niekoniecznie po to, by się wtrącać; po prostu popatrzeć.

Teraz się jednak zawahałem. Czy to przypadkiem nie prowokacja? Nosząc u pasa tak potrzebnie wielu ludziom zaklęcie, mimowolnie można stać się podejrzliwym.

Strumień magicznej woli gwałtownie słabł.

Początkowo szedłem powoli. Stopniowo jednak przyspieszałem kroku. Rzadkie latarnie gasły, gdy się do nich zbliżałem; zacząłem widzieć wyraźnie i ostro, nie rozróżniałem jedynie kolorów. Wszystkie zdawały się być różnymi odcieniami brązu.

I w jednej chwili zobaczyłem ich wszystkich.

Czterech pięknisiów - skórzane kurtki, szerokie noże, wszy i zapach potu - stało w półokręgu. Naprawdę przerażająco wyglądał tylko jeden - kudłata głowa, opaska na oku i zeszpecone blizną usta. Pozostali byli smarkaczami, namiętnie łaknącymi krwi. Jeden trzymał się za ucho, ręka drugiego zwisała bezsilnie, trzeci miał na wpół spalone włosy. A winna temu wszystkiemu była ofiara, której te chwaty nie zdołały od razu powalić; ofiara stała przyciśnięta plecami do ściany bogatego kupieckiego domu. Zauważyłem, że przez szczelinę w okiennicach trzy pary uważnych i wystraszonych oczu czekały na zbliżający się koniec potyczki.

Nie znoszę tchórzliwych kupców.

Twarz ofiary zasłonięta była kapturem, płaszcz sięgał do samych kostek, nie mogłem się jednak pomylić. Surowa dama w czarnej sukni spotkała się oko w oko z ludzką niewdzięcznością.

Starszy rozbójnik wydał z siebie niewyraźny, ponaglający odgłos.

Jego uczniowie (byli to niewątpliwie uczniowie) bezgłośnie i wściekle atakowali. Z trzech stron jednocześnie. Nie był to ich pierwszy atak.

Dama w czerni uniosła rękę; odrobinę później, niż należało. Dwóch smarkaczy odrzuciło, trzeci jednak przebił się przez cienkie zaklęcie i chwycił damę za nadgarstek.

Wyniosła piękność krzyknęła z bólu.

Patrzyłem, co będzie dalej.

Smarkacz - znacznie silniejszy fizycznie od najsilniejszej nawet kobiety maga - wykręcił jej rękę za plecy, oderwał kobietę od ściany i powlókł ją do swego nauczyciela. Najwyraźniej czekał na pochwałę.

Starszy rozbójnik znowu wydał z siebie jakiś przeżuty dźwięk, brzmiący jak triumfalne przekleństwo. Wątpliwe, by ta kreatura potrafiła zrozumiale się wysławiać, jednak ekspresji w jego głosie było aż nadto.

Kobieta zawyła przez zęby, próbując jeszcze stworzyć zaklęcie, nie mając już jednak na to sił. Dwie pary rąk przeszukiwały jej pas; raz! - i ochrona przed męską samowolą upadła w kurz. Nie uchroniła, czyli nic nie warta! A chwaty dobrały się już do sakiewki. Raz-dwa - i ich łupem stał się brelok w kształcie tygrysiego pyska i srebrny kałamarz.

Jednak w tym momencie do chciwych wyrostków, którzy dorwali się do złotych monet i innych drobiazgów, dołączył stary lubieżny cap. Zatrzeszczał materiał płaszcza, dama w czerni głucho zawyła, próbując wyswobodzić się z rąk bandyty. Na chwilę je się to udało, jednak gwałciciel powtórnie przystąpił do ataku i pozbawiona sit dama runęła na ziemię i jej krzyki dochodziły już spod zadartej na głowę sukni. Uznałem, że lekcję, jaką dostała krnąbrna dama, można uznać za zakończoną. Wyciągnąłem ręce - na cztery metry - i chwyciłem atamana za gardło.

Lubieżny stwór zachrypiał. Zajęte grabieżą chwaty usłyszały to chrypienie dopiero po sekundzie. Jeszcze jakiś czas zajęło im uwierzenie we własne oczy: ich jednooki mentor unosił się nad ziemią, szarpiąc się jak w pętli; dokładnie tak zresztą było.

Puściłem go w ostatniej chwili. Oczywiście nie z litości, lecz obrzydzenia. Uduszenie takiego niegodziwca to średnia przyjemność; bez tego będę musiał poświęcić sporo czasu na domycie rąk.

Rozbójnik runął na ziemię i już się nie podniósł. Szczeniakami tak wstrząsnęło moje pojawienie się i niewiarygodnie rozciągnięte ręce, że próbowali się ulotnić - złapałem ich „w siatkę” i ścisnąłem razem tak mocno, by oddychać mogli tylko po kolei.

Zamiast trzech niebezpiecznych młodzików na ziemi walał się chrypiący, tryskający strachem kłębek. Sekundę wcześniej pozatykałem im usta, by nie zakłócali snu uczciwych obywateli. Okiennice kupieckiego okna były teraz szczelnie zamknięte i można było pomyśleć, że te trzy pary oczu tylko mi się przywidziały.

Z delikatności nie patrzyłem na uratowaną damę. Trzeba było dać jej czas na dojście do siebie i doprowadzenie do porządku garderoby; ochrony, które wcześniej wisiały na jej pasie, walały się teraz na ulicy. Przy samych moich butach leżał uwalany w kurzu żółty kamyk w kształcie tygrysiej paszczy.

Kobieta wydała z siebie głośne, nierówne westchnienie. Policzyłem do dziesięciu i spojrzałem na nią.

Nie sprawiała już wrażenia suki. Wyniosła członkini Klubu Kary przypominała teraz raczej zmokłą kurę. Białe włosy sterczały spod kaptura niczym zlepione pióra. Nos był podrapany i wyraźnie opuchnięty. Wargi drżały.

- Nie należy spacerować samemu po ciemnych zaułkach - rzekłem pouczającym tonem.

Nie oczekiwałem, że rzuci mi się na szyję. Nie udało się jej jednak całkiem powstrzymać i wybuchła płaczem.

Odważna, lecz jednak baba.


* * *


- Nazywa się pan Hort zi Tabor, niedawno wygrał pan zaklęcie Kary. Ja jestem Ora zi Szantalia.

- Nie rozumiem - przyznałem szczerze. - Ora „zi”?

- A co w tym dziwnego? Mój ojciec był magiem dziedzicznym i nie miał synów. Owszem, nie mógł przekazać mi dziedzicz - nie zdolności magicznych. Nie uważa pan jednak, że miał prawo przekazać mi imię?

Postanowiłem nie zaprzeczać. W rzeczywistości moja rozmówczyni nazywała się po prostu Ora Szantalia i jej próby dodania do swego nazwiska przedrostka „zi” świadczyły jedynie o jej nadmiernej miłości własnej.

- Nie lubię być czyjąś dłużniczką - powiedziała Ora Szantalia. - Głupio byłoby jednak zaprzeczać, że jestem pana wielką dłużniczką. Dlatego też, miłościwy panie, raczy pan wymyślić, w jaki sposób mogłabym wyrównać ten dług. Nie pieniędzmi, nie musi pan robić zdziwionej miny. Działaniem. Odpracować, jeśli pan chce. Jak mogę być dla pana przydatna?

- Szanowna pani - rzekłem przypochlebnie. - Dlaczegóż to właśnie ja miałbym się martwić pani długiem?

Siedzieliśmy w maleńkiej mansardzie, którą, jak się wyjaśniło, Szantalia wynajmowała już od kilku tygodni. Przy wejściu mogłem jeszcze stać wyprostowany, jednak w miarę zbliżania się do okna musiałbym najpierw się schylić, a potem stanąć na czworakach - tak ostro opadał sufit.

- Dobrze - odparła o ton ciszej. - Proszę wybaczyć, to nerwy.

Być może nie mam racji. Spotkajmy się dziś wieczorem w klubie, około ósmej... Spokojnie o wszystkim porozmawiamy.

Wzruszyłem ramionami.

- Naprawdę nie rozumiem, o czym tu rozmawiać.

Zacisnęła wargi, hamując rozdrażnienie:

- Widzi pan... Rodzina Szantalia przestrzega Prawa Wagi, to wielowiekowa tradycja i ja, jako ostatnia spadkobierczyni...

Przypomniałem sobie słowa króla: „Dobrą tradycję bardzo łatwo pomylić z przesądami”.

Prawo Wagi. Uratowany przed śmiercią staje się niemal niewolnikiem swego wybawcy - dopóki nie wyrówna długu tą samą monetą.

- To nie tak - rzekłem łagodnie. - To nie było uratowanie życia. Ci szubrawcy ograbiliby panią jedynie i zgwałcili...

Oczy Ory zrobiły się wąskie jak u węża. Rozłożyłem ręce:

- Przyznaję, że jestem cyniczny... O, a cóż to za kamyk mam w kieszeni? Czy to nie pani własność?

I położyłem na serwetce żółty kamień w kształcie paszczy tygrysa.

Nie zauważyłem żadnej szczególnej reakcji. Jedynie radość kobiety, której zwrócono zgubiony drobiazg.

- Aaa... dziękuję. Myślałam, że mi zginął.

- Jest dla pani ważny? - spytałem niedbale. - To prezent, czy wygrana?

- Wygrałam go w karty. - W jej głosie zabrzmiała chełpliwość. - Zauważył pan na pewno, że to przedmiot magiczny.

- Czy to prawda, że pani przedmiotem inicjującym jest jej własny ząb? - chlapnąłem i natychmiast pożałowałem, że nie ugryzłem się w język.

Przez chwilę przyglądała mi się ponuro. Po czym uchyliła usta. Miała wspaniałe zęby. Równe i białe, co do jednego.

- Proszę. - Wąski palec z różowym paznokciem wskazał na jeden z kłów. - To faktycznie mój przedmiot inicjujący. Co pana jeszcze interesuje?

- Proszę wybaczyć. - Byłem zmieszany. - Akceptuję pani propozycję, pani Oro zi Szantalia. Oczekuję pani dzisiaj, jednak nie w klubie, lecz w hotelu „Północna Stolica”, w numerze dwieście sześć o wpół do ósmej wieczorem. Mam nadzieję, że się pani nie wycofa?

Obserwowanie jej twarzy było czystą przyjemnością. Poczułem nawet lekkie rozczarowanie, kiedy wzięła się w garść, przełknęła ślinę i krótko kiwnęła głową.


* * *


„Posłuchajcie legendy o pobratymcach współsownikach, potężnych jak huragan. Było dwóch przyjaciół i złożyli sobie przysięgę współsownictwa i mieli wspólną sowę. Połączyły się ich siły i wzrosły stukrotnie; i tworzyli wspólnie rzeczy niesłychane, dzisiaj niewidziane - takie rzeczy, o których pieśni nie wstyd śpiewać... Jeden współsownik pragnął, aby ludzie żyli w pokoju, aby wszyscy byli równi, jak kamienie na brzegu morza, od króla po najbiedniejszego chłopa... Zaś drugi współsownik inne miał zdanie i nauczył ludzi, by pragnęli dla siebie lepszego losu. Tak by i zostało, lecz ludzie są zawistni, niezgoda się między nimi zrodziła, a gdzie niezgoda, tam też krew. Ujrzał starszy współsownik, co brat jego uczynił, chwycił widły, którymi się siano przerzuca, i nadział na nie współsownika swego... Tak złamana została przysięga współsownictwa i zemściła się ona okrutnie - powiadają, że po dziś dzień, jeśli pijak, o północy z karczmy powracając, do studni zajrzy, ujrzy na jej dnie ich zastygłe cienie, jak jeden widłami drugiego przebija...”


* * *


W dzień udało mi się chwilę przespać. O czwartej wyszedłem z hotelu i nie ściągając powłoki udałem się do rzemieślniczej dzielnicy.

Garncarze pracowali na samej ulicy; przez jakiś czas włóczyłem się między rzędami stanowisk, przyglądając się, pytając o ceny i wybrednie sprawdzając gotowe wyroby. Potem spodobał mi się dzbanek - zwykły dzbanek z wąską szyjką. Głośno, tak by słyszała cała ulica, dogadałem się z mistrzem, że od ręki zrobią mi taki sam, tyle że dwa razy mniejszy i bez ucha.

Czeladnik, roztropny piętnastoletni chłopak, zdziwił się w milczeniu zachciance bogatego grubasa, bez słów wziął się jednak do pracy. Komórka czeladnika mieściła się w głębi podwórza, za wysokim plecionym płotem. Zażyczyłem sobie osobiście oglądać, jak będzie robiony mój dzbanek. Chłopcu się to nie spodobało, ale mistrz dostał monetę i chłopiec musiał się zgodzić.

Poczekałem, aż chłopak wyrobi i zagniecie glinę.

Potem zawołałem go cicho i spotkałem się z nim wzrokiem.

Wprowadzenie podrostka w stan uległości nie jest łatwym, lecz także niezbyt skomplikowanym zadaniem. Dzieci są mniej podatne; dorośli znacznie bardziej. Chłopak miał zręczne ręce i wprawne oko; już po półgodzinie miałem przed sobą pokraczną figurkę z gliny - niemal dokładną kopię atrapy Kary.

Trzeba było wypalić szkaradę we wspólnym piecu. Postarałem się, by wszyscy obecni w pracowni widzieli zamiast niej mały dzbanek bez ucha. W końcu dzieło było gotowe; zostawiłem chłopca ze srebrną monetą w kieszeni i pełnym przekonaniem, że dzbanek udał mu się na medal.

Dzień zbliżał się ku końcowi. Musiałem się pospieszyć, by zastać garbarzy przy pracy. Na szczęście wśród gotowych sakiewek i woreczków znalazłem jeden, który bardzo przypominał futerał na moją atrapę. Zapłaciłem.

Zegar na miejskiej wieży wybił siódmą. Należało się spieszyć - za pół godziny przybędzie mój gość.

Zjawiła się co do minuty. Po kolei odezwały się moje wartownicze zaklęcia; upewniwszy się, że za drzwiami rzeczywiście stoi oczekiwana przeze mnie osoba, odsunąłem zasuwę.

- Proszę wybaczyć skromne warunki. Mieszkam pod powloką. Inaczej petenci nie daliby mi spokoju.

Była blada i skoncentrowana. I roztaczała delikatny zapach perfum, czego nie zauważyłem podczas naszych poprzednich spotkań; cóż, Prawo Wagi - rzecz święta.

- Pięknie pani wygląda, Oro - rzekłem szczerze.

- Pan za to wygląda nieszczególnie - odparła bez uśmiechu.

- Prowincjuszowi trudno znieść zgiełk stolicy, jej niezliczone rozrywki.

Dama milczała. Pod wybielonymi magią włosami jej piwne oczy wydawały się być znacznie ciemniejsze, niż w były w rzeczywistości. Powaga z lekkim odcieniem cierpiętnictwa czyniły jej twarz ciekawszą i bardziej wyrazistą, bez porównania z dotychczasowym wyniosłym grymasem.

- Odnoszę wrażenie, że nie zabawił się pan jeszcze ani razu - powiedziała wreszcie. - Trapiła pana konieczność wymierzenia kary. I szukał pan godnego obiektu. Dla Kary z dużej litery. Znalazł pan?

- Wszystkich złoczyńców nie da się ukarać - rzekłem, z nieoczekiwaną nawet dla samego siebie goryczą. - Ludzie zapisali skargami gruby zeszyt, całą wielką księgę. Spaliłem ją. W kominku.

- I nadszedł czas na zabawę? - zapytała z wymuszonym uśmiechem.

- Pani rzeczywiście tak poważnie traktuje to Prawo Wagi? - odparłem pytaniem na pytanie.

Skinęła powoli:

- Oczywiście. Czy to powód do kpin?

- Nie... Wydaje mi się, że jest pani bardzo nieszczęśliwa, Oro. Jej blade policzki lekko się zaróżowiły; oczy jednak pozostały jasne, a głos spokojny:

- Zamierza mnie pan uszczęśliwić, Hort?

- Nie - rzekłem z żalem. - To jednorazowa sprawa.

- Tym lepiej. - Kiwnęła głową. - Przyjemnie jest mieć do czynienia z uczciwym człowiekiem. - Przy słowie „uczciwy” jej głos wyraźnie drgnął.

Rozejrzała się. Numer, który wynająłem pod postacią grubego kupca, nie był wyszukany, nie był też jednak nędzny. Łóżko przypominało statek z brokatowym żaglem kotary; naczynie do mycia i nocna waza pod łóżkiem utrzymane były w tym samym stylu - porcelana ozdobiona dużymi błękitnymi kwiatami.

- Znajdzie się u pana wino? - zapytała i głos jej znowu zadrżał.

- Osobiście nie piję, mogę jednak zamówić dla pani.

- Poproszę - rzekła niemal żałośnie.

Podczas gdy wydawałem polecenia obsłudze, siedziała przy stole, wyprostowana, czarno-biała i kompletnie załamana.

Czy mi się podobała?

Jeszcze pół godziny temu niewątpliwie odparł bym: „nie”. Nie lubię kobiet z wybielonymi włosami, władczych, kapryśnych, zgryźliwych.

Czyżby mogła mnie jednak pociągać kobieta ofiara? Taka właśnie uległa, związana Prawem Wagi, z prostymi plecami i wysuniętym podbródkiem, z wielkimi smutnymi oczami?

Czy to zaklęcie Kary zadrwiło sobie ze mnie? Ja go jeszcze nie wykorzystałem, a ono już „wykorzystało” mnie; bo skąd u mnie ten nawyk - kochać ofiarę w swym bliźnim?

Do drzwi zastukał służący z winem Poleciłem mu postawić tacę przy drzwiach numeru.

- Oro, po starej przyjaźni... Mieszkam tutaj pod powłoką, służący na pewno podgląda. Będzie pani łaskawa wziąć swoje wino spod drzwi. Podniosła się bez sprzeciwu, Prawo Wagi to Prawo Wagi. Gdybym poprosił, by zdjęła mi buty - zdejmie? Czy okaże sprzeciw? Ciekawe.

- Zupełnie się pani nie podobam, Oro? - spytałem z fałszywym uśmiechem.

Zmierzyła mnie suchym, nieprzyjemnym spojrzeniem. Jednym haustem osuszyła kielich; byłem gotów zrealizować pomysł z butami, jednak się rozmyśliłem. W tym przypadku potrzebuję damy do działania, nie dla rozrywki.

Dama w tym czasie osuszyła wargi serwetką. Westchnęła głęboko, wstała i królewskim krokiem ruszyła w stronę łóżka; kiedy szła, maleńkie haczyki na plecach jej sukni zaczęły wyskakiwać z równie małych pętelek, same z siebie, jeden za drugim, trzask, trzask, trzask.

Gardzę kobiecą magią i z powodzeniem się jej przeciwstawiam; Ora nie pomagała sobie jednak bezpośrednim magicznym oddziaływaniem. Jej wola skierowana była na małe metalowe haczyki, jakich pełno można znaleźć w każdym sklepie z galanterią. A to, że haczyki wylatywały z pętelek tak dziwacznie, iż suknia obnażała plecy niedbale i przedziwnie, jakby kobieta zmieniała skórę i że plecy pod jedwabiem były tak nienagannie białe i kształtne, nie miało nic wspólnego z magią, lecz z szacunkiem do Prawa Wagi, które wymagało, by z wierzycielem rozliczać się bez fuszerki.

Ja również wstaję, dwoma krokami doganiam ofiarę, delikatnie chwytam za włosy, odwracam ją twarzą do siebie i równie delikatnie wgryzam się w ciepłe, pachnące perfumami wargi...

Nie. Siedzę za stołem wszystkimi palcami wczepiony w jego blat. Niekiedy można ulec własnej słabości. Jednak robić to, czego oczekuje od ciebie prowokator...

- Oro - rzekłem głucho w stronę obnażonych pleców. - Przysługa, o którą chcę panią prosić, nie ma nic wspólnego z cielesnymi uciechami.


* * *


- To wszystko? - zapytała z niedowierzaniem.

- Potem wracamy. Jeśli coś mnie zatrzyma, wróci pani sama. Opłacę karetę.

- Wykorzystuje mnie pan w charakterze pionka - rzekła w zamyśleniu.

- Nie jest powiedziane, że muszę wykorzystać panią jako asa w rękawie. Tak czy inaczej po balu pani zobowiązania wobec mnie zostaną wypełnione. Czy nie tego pani oczekuje?

Uśmiechnęła się nieoczekiwanie:

- Czy zwrócił pan kiedyś uwagę, że pana oczy odgrywają różne role? Gdy świeci się błękitne, staje się pan nieodparcie atrakcyjny. Gdy jednak zapala się żółte, strach na pana patrzeć. Jakie to dziwne.

I roześmiała się. Przez chwilę przyglądałem się, jak się śmieje. Po czym również się uśmiechnąłem:

- Ja również jestem ciekaw, czy specjalnie maluje pani powieki nieco innymi kolorami? By stworzyć iluzję różnych oczu, jak u magów dziedzicznych?

- Jesteśmy kwita - uśmiech znikł z jej twarzy. - A przy okazji... dlaczego od razu nie rozprawił się pan z tymi bydlakami? Zauważyłam, że stał pan w cieniu dobre trzy minuty, zanim...

Wzruszyłem ramionami.

- Trzy minuty? Przesadza pani.

- Nie, Hort. Przecież dla pana to nic złego, poznęcać się trochę nad kobietą, czyż nie tak?

- Jeszcze trochę - odparłem zjadliwie - i okaże się, że to ja napuściłem na panią tych... przedsiębiorczych młodych ludzi. Dla zabawy. Czyż nie tak?

Znowu się uśmiechnęła. Ze zmiennością nastrojów na jej twarzy mogła konkurować jedynie wiosenna aura.

- Nie chcę się z panem kłócić, Hort.

- Ja również nie chcę się z panią kłócić - rzekłem ugodowo. - A tak przy okazji: rzeczywiście wygrała pani ten kamień, ten żółtawy... w karty?

- Co miało oznaczać to „rzeczywiście”? Sądzi pan, że kłamałam?!

Jej rozdrażnienie było jak sypnięcie piaskiem w oczy. Ledwie się powstrzymałem przed zasłonięciem twarzy ręką.


* * *


Ten, kto mnie obserwował, już nigdy nie uciekł się do bezpośredniego zaklęcia śledzącego. Co prawda ja również byłem czujny; po kilka razy dziennie udawało mi się odczuwać czyjąś skupioną na mnie uwagę. Obserwatorem był mag, nie miałem jednak możliwości przekonać się, komu służył - ekscelencji, królowi, czy komuś innemu.

Częsta zmiana powłok nie przynosiła już pożądanych rezultatów. Po tym, jak pod oknami „Północnej Stolicy” pojawili się interesanci - kolejni poszukiwacze zaklęcia Kary - musiałem wyprowadzić się z hotelu i wynająć pokój w pobliżu klubu.

Mag szpicel, służący ekscelencji, nie pojawił się już więcej w klubie. Dzień przed królewskim balem spotkałem się za to z handlarzem ziołami, tym, którego córka została zamordowana. Znał przestępcę, pragnął zemsty i był pierwszym, któremu odmówiłem.

To spotkanie nie było dla mnie przyjemne. Wymieniliśmy uprzejmości, jak na wpół znajomi, dobrze wychowani ludzie; unikałem jednakże jego wzroku. Wynędzniały lecz dumny mag założył na głowę sfatygowany klubowy kapelusz, pożegnał się ze staruszkiem szatniarzem i wyszedł. Spoglądając za nim pomyślałem, że ma większe prawo mnie szantażować, niż gorączkujący się dobrem państwa król.

Obie atrapy kary - prawdziwa i fałszywa - spoczywały w futerałach, oczekując na królewskie przyjęcie.


* * *


Doskonale pamiętałem, że mój podróżny kufer był zamówiony przed molami, pchłami i innymi pasożytami. Jeszcze wiosną.

Teraz stałem pośrodku pokoju i mrużyłem oczy jak krótkowidz, chociaż dziurę w mojej odświętnej kamizeli miałem przed samym nosem i bez trudu mogłem ją obejrzeć.

Do domowej magii uciekałem się tylko w skrajnych przypadkach. Zdaje się, że taki przypadek właśnie nastąpił i przyjdzie mi upodobnić się do krawca czeladnika, który z tępą gorliwością ślęczy nad rozpruciem.

Czy mól kieruje się ludzką logiką? A jeśli nie, to dlaczego wszystkie dziury pojawiają się zwykle w najbardziej widocznym miejscu? Tak jak teraz - po lewej stronie piersi, na sercu, gdzie nosi się ordery. Nie miałem orderów. Nie miał ich kto przyznawać. Zi Taborowie nigdy nikomu nie służyli. Chyba że medal honorowy?

Wahałem się tylko przez chwilę. Znalazłem w kabzie dużą srebrną monetę, skoncentrowałem się i zmieniłem ją w medal: czarny tchórz na srebrnym polu. Uznałem żart za celny; mało tego, gdy Ora Szantalia raczyła wyrazić zainteresowanie, nie bez satysfakcji opowiedziałem jej o molu i o tchórzu.

- Jest pan snobem? - zapytała przymilnie. - Naprawdę uważa pan, że magią gospodarczą powinni zajmować się wyłącznie magowie mianowani, tacy jak ja?

- Niczego podobnego nie mówiłem - odparłem łagodnie.

- Mogę rzucić okiem? - wyciągnęła rękę po mój zaimprowizowany „medal”. Po chwili wahania odczepiłem go i położyłem na jej dłoni.

Dłoń okazała się ciepła i sucha.

- Ciekawe. - Szantalia pokręciła „medalem” przed oczami. - Teraz może pan przypiąć go z powrotem. Może pan też nie przypinać.

Podążyłem za jej spojrzeniem.

Zjedzone przez mole miejsce było gładkie i czyste. Po okropnej dziurze nie został nawet ślad.

- Magia gospodarcza - uśmiechnęła się. - Prosta i skuteczna.

- Wolę korzystać z usług krawców - rzekłem sucho i przypiąłem medal z powrotem na miejsce.

Uśmiechnęła się:

- A więc pana ulubioną rozrywką jest trzebienie kur? To niepokojący symptom, drogi panie zi Tabor. Oznacza to, że pod ludzką postacią nie radzi pan sobie z agresją... Niechże pan zamknie swoje żółte oko i nie zerka na mnie w ten sposób.

Zapanowałem nad sobą.

Przygotowując się do królewskiego balu pani Szantalia ubrała czarną suknię, niewiele różniącą się od codziennej; może tylko poły były nieco bardziej eleganckie i dekolt odrobinę śmielszy. Pas był zamszowy ze złotymi klamrami; do pasa przymocowane były, jak wcześniej, liczne błyskotki, zarówno nieodzowne, jak i bezużyteczne.

- Tak na marginesie, przed molami chronią nie tylko zaklęcia. Chociażby olejek lawendowy jest wystarczająco skuteczny. Zauważył pan, jak się ochłodziło? Jeszcze niedawno wszyscy przeklinali upały, a dziś rano nie mogłam spać z zimna. Musiałam rozpalić ogień.

Dobra sowo, ona nie potrafi się ogrzać bez pomocy ognia! I pcha się do Klubu Kary. I cóż by ona zrobiła z Rdzennym zaklęciem?

Milczeliśmy do samego zamku, wyglądając przez okna wynajętej karety - każde przez swoje; od czasu do czasu spoglądałem też przez małe tylne okienko. Od bram miasta do samych wrót królewskiej rezydencji towarzyszyło nam - w przyzwoitej odległości - dwóch nieznajomych jeźdźców.


* * *


Do zamku przybyliśmy o siódmej, tak jak było ustalone. Karety podjeżdżały przed bramę, zatrzymywały na moment i na komendę ochrypniętego odźwiernego odjeżdżały, ustępując miejsca następnym. Poła czarnej sukni mej towarzyszki utknęła w pospiesznie zatrzaśniętych drzwiczkach i ten drobny nieprzyjemny incydent nieomal doprowadził do skandalu.

- Grubianin! Ja tego tak nie zostawię! - gorączkowała się Ora.

- Droga pani, raczy pani przejść, proszę się nie zatrzymywać... - monotonnym głosem powtarzał odźwierny.

Tu i tam dostrzegałem w tłumie przebranych strażników. Młodszy z królewskich magów, ukryty za ogromnym wazonem z kwiatami, udawał, że zachwyca się urodą mej pieklącej się towarzyszki; mrugnąłem do niego.

W końcu, lawirując w tłumie wytwornie ubranych osób, znaleźliśmy się w obszernym holu. Na półokrągłym balkonie grali muzycy. Ludzka masa, w której nie dostrzegałem żadnej znajomej twarzy, powoli formowała się w długą kolejkę, która niczym wąż wpełzała na szerokie frontowe schody.

Znaleźliśmy się w samym centrum ogólnego potoku. Rozlegał się przygłuszony szmer głosów; kolejka krok za krokiem posuwała się do przodu.

- Czemu tak powoli? - spytałem przez zęby.

Byłem wyraźnie zdenerwowany. Serce tłukło mi wściekle, a policzki płonęły.

- Zawsze się tak dzieje na wielkich balach - chętnie wyjaśniła Ora. - Tam, u góry schodów, stoi król i wita się z każdym po kolei.

A każdy chce z nim przecież jak najdłużej porozmawiać - stąd ten zastój.

- Jest pani dobrze zorientowana - rzekłem ze zdziwieniem.

- To pan jest niezorientowany, drogi Hort. Dziecię pól i lasów. Tchórz - jednym słowem.

W innych okolicznościach obraziłbym się, dziś miałem jednak ważniejsze sprawy.

W gęstym tłumie posuwaliśmy się do przodu. Tuż przed nami szedł ktoś w aksamitnym, purpurowym płaszczu zarzuconym na skórzaną zbroję i z ogromnym mieczem u pasa. Wojowniczemu jegomościowi towarzyszyły dwa barwnie ubrane karły. Po prawej były dwie mieniące się od brylantów damy - widziałem, jakim wzrokiem oceniły czarną suknię mej towarzyszki, widziałem, że Ora dostrzegła ich spojrzenia i poczułem coś w rodzaju złośliwej satysfakcji.

Po lewej szła para - leciwe małżeństwo niewiarygodnie podobne jedno do drugiego. Oboje szczupli, przygarbieni, w błyszczących, znoszonych strojach; na szyi męża wisiał złoty medalion wielkości niewielkiego talerza; gruby łańcuch przyginał starego grzyba jeszcze bardziej do ziemi. Na palcach żony pobłyskiwało pięć brylantów, z których każdy wart był tyle, co niewielki domek w dobrej dzielnicy.

- Niezłe towarzystwo - szepnęła Ora, jakby w odpowiedzi na moje myśli.

Kolejka się przesuwała. Po prawej i lewej stronie schodów stali strażnicy. Wojowniczego jegomościa w aksamitnym płaszczu poprosili o oddanie groźnego miecza; ten zgodził się, ku mojemu zdziwieniu; mało tego - oba karły oddały swoje sztylety.

Ani u mnie, ani u mojej towarzyszki nie znaleziono broni. W każdym razie takiej, którą można by odebrać.

Młodszy ze służących królowi magów stał teraz na balkonie z muzykami. Opierał się o marmurową balustradę i uważnie obserwował potok przybyłych; z góry.

A było na co popatrzeć.

Zamorscy posłowie, magnaci z żonami, pokryci bliznami bohaterowie minionych wojen, czyjeś pryszczate latorośle, czyjeś wysztafirowane faworyty; kilka stopni przed nami na swoją kolejkę cierpliwie czekał staruszek z białą brodą. Po dokładniejszym przyjrzeniu się mu rozpoznałem maga pierwszego stopnia, jednak nie dziedzicznego, a mianowanego. Zaś kawałek za nami przestępował z nogi na nogę niepozorny czterdziestoletni jegomość; gdy na niego spojrzałem, dreszcz przeszedł mi po plecach, gdyż był to podobnie jak ja dziedziczny, niezwykle mocny mag ponad rangą.

Jemu należało przyjrzeć się w pierwszej kolejności.

Zajęty obserwacjami nie zauważyłem, że minąwszy trzy półpiętra, znaleźliśmy się na szczycie schodów, a kilka kroków od nas stoi król; w galowym mundurze, napudrowany i wymalowany do tego stopnia, że ledwie go poznałem.

- Oczywiście, że was pamiętam, drodzy państwo - zwracał się król do przygarbionego i błyszczącego małżeństwa. - Takich przysług się wszak nie zapomina... Nie mówmy jednak, proszę, o interesach; pragnę, by wszyscy się dzisiaj bawili.

Za plecami króla stal, bawiąc się sznurkiem od portiery, starszy z będących na służbie magów. Roztaczał on gęsty i niezbyt subtelny potok magicznej woli; bardzo interesowały go zamiary zaproszonych gości. Rozsądnie pominął mnie swą uwagą, zaś na Orę nawet nie spojrzał.

- Miło mi pana powitać, panie Hort zi Tabor. Niewielu jest w naszym królestwie tak znakomitych magów, chciałbym, aby częściej nas pan odwiedzał.

Jego słowa płynęły same z siebie, podczas gdy oczy na królewskiej twarzy żyły własnym życiem Oczy te bardzo pragnęły przewiercić mnie na wylot, zajrzeć we mnie, wypatroszyć, ostatecznie się przekonać; lojalność maga jest wszak niezwykle efemeryczną materią.

Wypukłe królewskie oczy rozczłonkowałyby mnie na kawałki, gdyby tylko mogły. W pewnej chwili zacząłem nawet współczuć Jego Wysokości - takie napięcie myśli! Ora Szantalia pochyliła się w głębokim reweransie, ja zaś” ukłoniłem się dokładnie tak, jak tego wymagała etykieta, i ani o włos niżej.

- Piękny wieczór, Wasza Wysokość. Wszystko się uda...

I ustępując prawa powitania innym gościom, znaleźliśmy się w końcu w sali balowej.

- O tak!.. - wyszeptała Ora i mimowolnie ścisnęła mój łokieć.

Zmrużyłem oczy od jasnego światła i ogłuszającej muzyki. Przezacna żaba, jak mawiał mój przyjaciel, Iw de Jater; jak w tym tłumie, zgiełku i hałasie cokolwiek zrozumieć?!

- Zna tu pan kogokolwiek? - z przytłumionym śmiechem zapytała Ora.

Początkowo odniosłem wrażenie, że nie znam tu nikogo. Mało tego, że wszystkie te napudrowane twarze i uśmiechające się, wyszczerzone usta funkcjonują samodzielnie, niezależnie od wysokich kołnierzy, epoletów, sprzączek, kamizelek i wyszywanych złotem mundurów. Miałem wrażenie, że wysokie fryzury dam pływają w powietrzu oddzielnie od dekoltów i krynolin - jednym słowem, królewski bal wydał mi się czymś w rodzaju kolosalnego bigosu w złotym kotle. Zapanowanie nad sobą kosztowało mnie sporo wysiłku; w pewnym momencie sądziłem nawet, że ten stan nosi magiczny charakter, że ktoś na mnie oddziałuje; nie było w tym jednak najmniejszego śladu obcej woli. Byłem po prostu zdenerwowany i zmęczony; po prostu „wolne tchórze” rzadko są zapraszane na tak tłumne bale.

A w porównaniu z tym zbiorowiskiem, nawet miejskie targowisko wydawało się oazą ciszy i spokoju. Minęło co najmniej pięć minut, nim w tym potwornym hałasie zacząłem rozróżniać poszczególne głosy, a wśród masy twarzy rozpoznałem w końcu znajome fizjonomie.

Po pierwsze, jego ekscelencja; w galowym mundurze, z dala od innych gości, otoczony gromadką nadętych, równie wysokich i równie barczystych panów. Za ich plecami - mag pierwszego stopnia, szpieg, którego niedawno oblałem lemoniadą.

Po drugie, młodszy z królewskich magów; nie kryjąc się i nie tracąc spokoju młodzieniec stał na stopniach schodów prowadzących ku pustemu na razie tronowi i przyglądał się tłumowi zaproszonych gości; nie próbował wnikać w ich zamiary, odnotowywał jednak najmniejszą nawet oznakę nielojalności.

Potem dostrzegłem wojowniczego jegomościa, który zostawił swój miecz przed wejściem na schody. W tłumie nie było widać towarzyszących mu karłów i tylko wolna przestrzeń wokół miecznika wskazywała na ich obecność.

Potem zobaczyłem staruszka o miłym wyglądzie, mianowanego maga pierwszego stopnia. Rozmawiał o czymś z tym niepozornym mężczyzną, którym zainteresowałem się jako bardzo poważnym magiem ponad rangą.

Kiedy rozejrzałem się dokładniej, zorientowałem się, że w sali jest około dwudziestu magów, wśród których nie ma żadnego poniżej pierwszego stopnia. Za wyjątkiem, oczywiście, Ory.

- Ora - rzekłem, obdarzając swą towarzyszkę miłym uśmiechem. - Musimy zawrzeć wiele znajomości. Widzi pani tych dwóch rozmawiających ze sobą jegomości? I tego młodzieńca w klubowej kamizelce? I tego chuderlaka z odstającymi uszami?

I tego...

- Interesują pana magowie? - rzekła Ora, odpowiadając uśmiechem na uśmiech. - Na upartego potrafię rozpoznać w tłumie maga, jakiego by pan nie był zdania o moich możliwościach!

- Wspaniale - odparłem niecierpliwie. - Musimy więc zapoznać się z wszystkimi tymi...

W tym momencie ktoś mocno złapał mnie za łokieć. Z trudem udało mi się nie drgnąć.

- Proszę za mną - rzekł niemal bezgłośnie starszy z królewskich magów (gdyż był to właśnie on).

- Jest ze mną dama - nie przestając się uśmiechać, uwolniłem rękę.

- Damy nie było w umowie - odparł mag i tylko bardzo uważny obserwator mógłby dostrzec oznaki zdenerwowania w jego głosie. - Tylko pan. Teraz.

Ora patrzyła pytająco. Zauważyłem, że młody mag na stopniach schodów także spogląda w moją stronę. I że rozwój wydarzeń bardzo uważnie obserwuje jego ekscelencja.

- Oczywiście - rzekłem, uśmiechając się jak najszerzej. - Jedną sekundę... Odwróciłem się do Ory. - Droga pani... Opuszczę panią na jakiś czas. - I pochylając się nad samym jej uchem, dodałem - Magowie. Proszę obserwować. Jasne?

- Ależ naturalnie, drogi panie - zamruczała Ora tak głośno, że stojący najbliżej goście spojrzeli w naszą stronę. - Naturalnie, że będę tęsknić.


* * *


Królewski mag przeprowadził mnie przez szereg niepozornych, gdzieniegdzie ukrytych, gdzieniegdzie po prostu zasłoniętych kotarami drzwi. Wspiąwszy się po krętych schodach, znaleźliśmy się w zupełnie ciemnym, wąskim jak krecia nora korytarzu; mój przewodnik odsunął ciężką, aksamitną zasłonę i zmrużyłem oczy od niespodziewanego potoku światła.

Wprost przed nami - nieco u góry - znajdował się ogromny pałacowy żyrandol. Z bliska gigantyczna lampa porażała zarówno wielkością, jak i kunsztownością wykończenia. Żyrandol wydawał się być dorodnym brązowym drzewem; każdy jego liść, każda gałązka były wykute tak precyzyjnie i z uwzględnieniem tylu szczegółów, że robiło się żal; wszak z dołu, z sali, nie można było ocenić całego przepychu tego dzieła sztuki.

Spojrzałem w dół.

Całą salę widać było jak na dłoni; bardzo dużej dłoni. Gdzieniegdzie, między grupkami gości, lśnił niczym lód biały parkiet.

Zauważyłem, że w sali jest tak ciasno dlatego, iż jej część jest odgrodzona parawanami, za którymi krząta się służba i uginają się pod jadłem nakryte już stoły. Zrozumiałem, że patrzę przez jeden z witraży pod sufitem - kolor szkła nadawał maleńkim twarzom gości to kukiełkowo-różowy, to martwo-niebieskawy odcień.

- Mówię w imieniu króla, panie Hort zi Tabor. To pana dzisiejsze miejsce. Za kilka minut Jego Wysokość zasiądzie na tronie. Za kolejne pół godziny, według naszych obliczeń, pojawi się Driwegocjus. Specjalnie się spóźnia, aby jego wejście było jak najbardziej efektowne. Da mu pan czas na przywitanie się. Potem jak najszybciej dokona pan niezbędnego obrzędu i użyje zaklęcia Kary. Driwegocjus uwielbia efekty, jego śmierć będzie więc wielkim widowiskiem. I tysiące ludzi będą świadkami tego, że nie było żadnego płatnego zabójcy. Gdy ucichnie zamieszanie, zostanie pan wywieziony z pałacu.

- Nie do końca pana zrozumiałem - rzekłem, czując jak moje lewe oko nieuchronnie nabiega żółcią. - Przybyłem na bal, jak to przyjęte, w towarzystwie damy. Chcecie podczas całego przyjęcia więzić mnie pod dachem?!

- Przybył pan, aby wywiązać się ze swej umowy z Jego Wysokością - odparł nieprzyjaznym tonem mag. - Nie było mowy o tym, gdzie będzie się pan wówczas znajdował. Chyba że chce pan oderwać głowę swej zabawce w sali, na oczach wszystkich?

Milczałem.

- W sali jest ekscelencja - rzekł mój rozmówca o ton ciszej. - Ma w kieszeni niepodpisany nakaz aresztowania pana. Król może zatwierdzić go w każdej chwili. I nie pomoże panu zmniejszona podatność; pana życiu nic nie grozi, zaś wtrącenie do więzienia...

- Za co?! - zdumiałem się.

Mag wzruszył ramionami.

- Podwładni ekscelencji sprawdzili rachunki pana rodziny i natknęli się na olbrzymią nieścisłość, pieniądze, które ukrył przed skarbcem królewskim jeszcze pana dziadek.

- Ale magowie dziedziczni nie płacą podatków!

- Podwładni jego ekscelencji znaleźli w archiwach dokument, podpisany jeszcze przez Gawra Piątego - przywileje magów dziedzicznych zostały cofnięte na dwa lata, były to czasy Wojny Północnej, skarbiec potrzebował... Dlaczego tak pan na mnie patrzy, panie Hort zi Tabor? Jaka to różnica, za co; czy naprawdę pan sądzi, że ekscelencja nie znajdzie powodu?

Zrozumiałem, że ma rację. I że muszę nad sobą zapanować.

Spojrzałem na salę.

- Jest tu wielu magów - od razu zorientują się, że wykorzystano Rdzenne zaklęcie.

- A my odrzucimy ich podejrzenia jako bezpodstawne - spokojnie odparł królewski sługa. - Dość, panie zi Tabor. Wszyscy obecni tu magowie doskonale wiedzą, że Driwegocjus jest złem wcielonym i należy się go pozbyć dowolnym sposobem. A ci, których przyprowadzi ze sobą, nie są pana zmartwieniem.

- Oczywiście - rzekłem powoli.

I kogóż to, ciekawe, nasz buntownik przyprowadzi ze sobą? Oczywiście magów ochroniarzy. I gdy ich zobaczę, stanie się jasne, co mam robić. Albo trzymać się planu, albo szybko szukać dróg odwrotu.

- Zapomniałem, jak się pan nazywa? - jakby od niechcenia zapytałem swego rozmówcę, który spokojnie mógłby być moim ojcem.

- Nazywam się Gor zi Harik - odezwał się po krótkiej pauzie.

- I radziłbym panu, młody człowieku...

- Niech pan już idzie, drogi panie Gor. - Ziewnąłem, nie zakrywając ust. - Wypełnił pan polecenie Jego Wysokości. Teraz proszę odejść. Przeszkadza mi pan.

Zabawnie było przyglądać się, jak tłumi gniew.

- Drogi panie Hort - w słowo „drogi” mój rozmówca wsączył cały swój jad. - Wedle rozkazu Jego Wysokości będę przy panu cały czas, obserwując przebieg... procesu. Będzie się pan musiał pogodzić z moją obecnością.

Demonstracyjnie wzruszyłem ramionami. Odwróciłem się do okna i zacząłem patrzeć w dół.

Wszystko przebiegało nie po mojej myśli. Wszystko działo się na opak.

Przyjrzawszy się, dostrzegłem Orę. Wokół niej - tylko tego brakowało! - już uwijał się jakiś dworski chłystek, a ona uśmiechała się do niego łaskawie. W każdym razie stąd, z góry, uśmiech ten wyglądał na łaskawy.

Goście się roili, przechodzili z miejsca na miejsce, łączyli w grupki, czekali. Ora także. Była pewna, że lada chwila powrócę.

Po raz pierwszy poczułem wewnętrzny dyskomfort; poczułem się winny wobec niej. Była niemającym o niczym pojęcia pionkiem i mogła mieć spore kłopoty. Wszyscy widzieli, że przyszła ze mną. Jeśli ucieknę, król może uchwycić się jej, jak nitki. I zmuszać, by przyznała się do czegoś, o czym nie ma pojęcia.

Jeśli uda mi się uciec.

A jeśli mój plan się powiedzie... Wówczas Ora znajdzie się w centrum zamieszania, w przerażonym tłumie. Z jakiegoś powodu sądziłem, że gdy tylko buntowniczy książę upadnie, rozpęta się zamęt.

Musi upaść. Ten przeklęty bydlak koniecznie musi się wywrócić. Choćby na minutę. W swoim czasie przebijałem bezpośrednim zaklęciem uderzeniowym kamienną ścianę. Dlaczego miałbym nie przebić książęcej ochrony? Tym bardziej, że wszystko, czego potrzebuję, to siad na czole i głębokie omdlenie.

Tłum w dole zahuczał głośniej i nagle ucichł. W tej ciszy, na żyrandolu jedna za drugą zaczęły zapalać się świece; ten widok był równie piękny, jak jesienny zachód słońca. Światło tysiąca ogników odbijało się w mrowiu kryształowych wisiorków, przy czym gdzieniegdzie dodane były maleńkie magiczne iskierki, które szczególnie cieszyły oczy; na jakiś czas pozwoliłem sobie zapomnieć o zadaniu i po prostu zachwycać się widowiskiem.

Dopiero po paru sekundach zorientowałem się, że świece zapala - prostym, szkolnym zaklęciem - mój towarzysz i obserwator, królewski mag Gor zi Harik.

- Wiernie służy pan królowi - rzekłem z uśmiechem. - Nie każdy lokaj potrafi zapalić świecę na odległość!

On także miał różne oczy. Ciemnopiwne i jasnopiwne. Ciemne oko poczerniało mu niczym węgiel.

- Na próżno stara się pan wyprowadzić mnie z równowagi, drogi Hort zi Tabor. Najwyraźniej mamy inne zdanie na temat tego, co jest hańbą dla maga.

Odwróciłem się. Jeszcze przez chwilę zachwycałem się żyrandolem, po czym spojrzałem w dół.

Okazało się, że drocząc się z Harikiem przegapiłem pojawienie się króla. Jego Wysokość stał już na stopniach tronu, a zebrani witali go wspólnym pokłonem. Dostrzegłem też Orę; jej białe włosy lśniły w tłumie, niczym latarenka.

Król wygłosił mowę do swoich gości; mówił same banały i trwało to trzy minuty.

Następnie władca wezwał do odpoczynku i zabawy.

Parawany się rozsunęły i w sali od razu zrobiło się przestronniej. Ukryta na balkonie orkiestra zagrała delikatnie, a jednocześnie mocno. Głosy się ożywiły, rozległ się zmanierowany kobiecy śmiech; zabawa się rozpoczęła.

- Zaraz pojawi się obiekt - rzekł szeptem Harik.

Spojrzałem na niego mimo woli - nie zwracał się jednak do mnie. Mag ponad rangą denerwował się do tego stopnia, że zaczął mówić sam do siebie. Być może jego kariera - lub kariera jego syna - zależy od powodzenia tego zamachu?

Uśmiechnąłem się krzywo. Samo zestawienie słów „kariera maga” brzmiało obraźliwie.

Harik dostrzegł mój uśmieszek. I dosłownie się zatrząsł. A może, pomyślałem, on widzi przed sobą konkurenta? Może sądzi, że po udanym użyciu Kary wstąpię na królewską służbę, i zepchnę go (oraz jego syna) na drugi plan?

Goście gęstym kręgiem obstąpili stoły. Jedli mało - więcej pili; widziałem jak niepewnie rozgląda się Ora. Wokół niej krzątał się już nie jeden, a trzech adoratorów; dwóch trzymało przed nią tace z jadłem i owocami, trzeci nalewał wina. Taka da sobie radę, pomyślałem ponuro.

Ora przestała się rozglądać i zaczęła z ożywieniem rozmawiać z najwyższym ze swych wielbicieli. Przyjrzałem się uważniej... i na sekundę wstrzymałem oddech: Tyczkowaty zalotnik był magiem ponad rangą. Zdaje się, że był jednym z tych, których zdążyłem jej wskazać.

Widziałem, jak Ora zaśmiała się, kokieteryjnie dotykając magicznych kamyków na szyi. Mag uśmiechnął się w odpowiedzi; ona wskazała na kogoś w tłumie i poufale łapiąc maga ponad rangą za rękaw, pociągnęła go gdzieś w kierunku tronu.

Śledząc ją wzrokiem, spotkałem się spojrzeniem z królem. Było to krótkie, jakby rzucone od niechcenia spojrzenie; gościom mogło wydawać się, że król zerknął w sufit. Jego Wysokość spoglądał jednak na małe witrażowe okno i miałem wrażenie - choć było to niemożliwe - że mnie widzi.

W każdym razie na pewno wiedział, że tu jestem.

Mrugnąłem; poszukałem wzrokiem Ory. Tyczkowaty mag przedstawiał ją... tak, właśnie temu czterdziestoletniemu niepozornemu mężczyźnie - również ponad rangą!

Poczułem, że batystowa koszula lepi mi się do pleców. Ora Szantalia znakomicie wywiązywała się ze swojego zadania. Była bronią, która wciąż działa, nawet wypuszczona z trzymającej ją ręki. Teraz uczciwie wypełniała swój wynikający z Prawa Wagi dług; błyszczała, zwracała na siebie uwagę, zawierała znajomości z magami. I obserwując ją z góry mogłem przy łucie szczęścia coś zauważyć.

Niczego jednak nie zauważyłem.

Nie widzieli w niej słabego maga, lecz piękną kobietę. Prawili jej komplementy, śmiali się, kilku Ora powitała jak starych znajomych... Czułem emitowane przez nich figlarne, na razie jeszcze delikatne potoki magicznego uroku. Flirt? Czy któryś z nich zaangażuje się bardziej, niż na to pozwala przyzwoitość? I jak zachowa się wówczas Ora? Być może romanse podczas przyjęć nie są dla niej niczym nowym? I to, co mnie, „wolnemu tchórzowi”, wydaje się nieprzyzwoite, dla niej jest dopuszczalne i przyjemne?

Królewski mag ciężko oddychał za moimi ramieniem. Minuty mijały, goście się bawili, król rozmawiał z jakimś... nie, nie z „jakimś”, lecz z ekscelencją! Tylko bardzo uważny obserwator mógł dostrzec oznaki napięcia na rumianej twarzy Jego Wysokości. Czas mijał, a krnąbrny książę bezczelnie się spóźniał.

- Niech pan posłucha, drogi Harik... A może ten wasz Drago... ten wasz książę w ogóle się nie pojawi? Może pan zejdzie i zorientuje się, o co chodzi?

- Mam rozkaz pozostać tutaj, niezależnie od rozwoju wydarzeń - odparł mag i po chwili dodał: - drogi panie Hort.

Zgiełk w sali narastał. Któryś z magów zastukał widelcem w miedziany talerz, próbując zwrócić ogólną uwagę. Hałas nieco przycichł i udało mu się wznieść toast na cześć króla; ten, uśmiechając się łaskawie, wstał, osuszył do dna swój kielich i zszedł z tronu, by porozmawiać z gośćmi.

Przyglądałem się, jak Ora gawędzi z pryszczatym młodzieńcem, dziedzicznym magiem pierwszego stopnia. Jak chłopak czerwieni się i blednie. Przez chwilę wydawało mi się, że wstrząsnęły nim nieszczęsne kamyki. Gotów byłem zrobić stójkę, niczym pies myśliwski, po chwili okazało się jednak, że smarkacza interesuje raczej dekolt Ory.

Ekscelencja wciąż stał obok pustego tronu i wyraz jego twarzy bardzo mi się nie podobał. Przypomniała mi się groźba na temat niepodpisanego nakazu mojego aresztowania; czy naprawdę by się na to zdecydowali? Stwarzając precedens, który bardzo wzburzyłby dziedzicznych magów?

Niech będzie przeklęty dzień, w którym wygrałem zaklęcie Kary.

Harmider w sali balowej osiągnął apogeum. Gor zi Harik, który już od pięciu minut pożerał własne wąsy, zaczął teraz gryźć wargi.

- Proszę się zorientować, o co chodzi - rzekłem gderliwie.

W tej samej chwili za wysokimi drzwiami sali rozległ się krótki dźwięk trąby. Strażnicy przy wejściu stanęli na baczność; do środka wbiegł niziutki mistrz ceremonii i trzykrotnie uderzył berłem o podłogę:

- Jego jaśnie wielmożność, książę Driwegocjus ze świtą!

Pochyliłem się do przodu. W sali zapadła cisza i moje serce, jakby z szacunku dla tej ciszy, też na chwilę zamarło.

Goście rozsunęli się na boki, oswobadzając drogę do tronu.

Sekundę później król zajął swoje miejsce; twarz Jego Wysokości wydala mi się nieprzyzwoicie rumiana. Być może spowodowane było to czerwonym szkłem witrażu.

Przez powstały w tłumie korytarz kroczył postawny, pięćdziesięcioletni mężczyzna o ciemnej twarzy. Pięć-sześć kroków za nim podążała świta - trzech niskich, barczystych ochroniarzy o obwisłych wąsach i czwarty, niewiarygodnie wysoki. Wielkolud miał na gładko wygolonej głowie szeroką obręcz z żółtego metalu.

Obręcz przyciągała mój wzrok. Z trudem oderwałem od niej oczy.

Skoncentrowałem się, patrząc jak książę z królem uroczyście się witają.

Za moim ramieniem w napięciu czekał Gor zi Harik.

Patrzyłem na księcia. Patrzyłem i czułem jak w mojej piersi i żołądku narasta chłód, a na czole zbierają się krople zimnego potu.

Wokół księcia, niczym gęsty kokon, rozpościerała się zasłona cudzej magicznej woli i nie były to proste zaklęcia. Była to tarcza o strasznej sile. Sile, która znacznie przewyższała moją. A na świecie nie było wiele podobnych sil; tak mi się dotychczas przynajmniej wydawało.

Rdzenne zaklęcie Ochrony!

- Niech pan zaczyna - rzekł za moimi plecami Gor zi Harik.

- Jeszcze za wcześnie - odparłem wyschniętymi wargami.

- Niech pan zaczyna - warknął królewski mag ponad rangą - albo przebiję pana sztyletem!

A więc tak to wygląda.

Odwróciłem się. Mag ponad rangą był niebezpieczny; nerwy odebrały mu rozsądek.

- Co panu za to obiecano? - zapytałem łagodnie. - Co panu grozi, gdyby zamach się nie udał?

Jego oczy zwęziły się w dwie pełne nienawiści szparki.

- Do dzieła, niech pana krew zaleje, do dzieła, drogi panie!

Prawą rękę miał schowaną za plecami. Mag ponad rangą ze sztyletem jest jeszcze bardziej śmieszny i żałosny, niż ubrana w kamizelkę małpa z laseczką.


* * *


- Bo się panu sowa rozchoruje - rzekłem z wyrzutem. Zdjąłem z pasa skórzany futerał, wytrząsnąłem z niego glinianą maszkarę. Gor zi Harik wciąż świdrował mnie wzrokiem.

Demonstracyjnie odwróciłem się do niego plecami.

Przyłożyłem czoło do zimnego szklą.

W dole na powrót zaczęła się zabawa, czuło się w niej jednak jakąś sztuczność. Król stal obok księcia u podnóża tronu; jego głowa była jakoś dziwnie pochylona do ramienia. Jakby ze wszystkich sił powstrzymywał się przed spojrzeniem na witrażowe okno pod sufitem.

Książęca świta z uwagą przysłuchiwała się rozmowie dwóch władców. Widziałem, że wąsy przysadzistych ochroniarzy zwisały niemal do ramion. I że żółta obręcz na wygolonej głowie wielkoluda może wchłonąć w siebie całą magię, absolutnie całą znajdującą się teraz w sali magię; wpatrując się w skaczące po matowym metalu iskry, usłyszałem nagle wyraźnie głos Jego Wysokości: „...nie udało jej się zaszczycić nas swą obecnością. Już od dwóch tygodni leczy się na wyspach...”

W następnej sekundzie glos zaniknął.

Dłonie, w których gliniana pokraka czekała na swój los, zrobiły się wilgotne.

- Nikt nie wie, jak dokładnie zadziała Kara - rzekłem zduszonym głosem. - Niech się więc pan, Gor, nie spieszy ze swoim sztyletem. Jeśli książę nie upadnie od razu, nie będzie to wcale znaczyć...

- Do dzieła!!!

- Proszę się uspokoić - rzekłem wyniośle. - Już ja panu przypomnę jego histerię.

I położyłem trzy palce na karku glinianej pokraki.

Przeklęty książę. Przeklęty czarodziej z przeklętą obręczą. Nie uda mi się pokonać takiej ochrony. Musiałbym wytracić do tego wszystkie swoje siły, a czym to się kończy, zrozumiałem już w wieku trzynastu lat, na ciemnym dnie studni.

A może nie robić cyrku? Po cichu zamienić figurki i... naprawdę ukarać. Nie trzeba się będzie przejmować ani książęcą ochroną, ani drągalem z obręczą; wszystkim zajmie się Kara.

Lecz oznaczałoby to, że Hort zi Tabor został wynajęty. A jeśli niewynajęty, to zmuszony, skłoniony siłą. Ze oddałem swą nietykalną własność w zamian za obietnicę, że nikt mnie, sierotki, nie skrzywdzi.

Będzie to także oznaczać koniec mojej władzy.

- „Ukarany zostaje - zamknąłem oczy, jakbym przypominał sobie tekst - książę Driwegocjus, winny czynów będących zagrożeniem dla jedności państwa, takich jak: oderwanie dzielnic Litka, Hadra, wysp Mały Kin i Duży Kin; wprowadzenie w wymienionych okręgach własnych praw książęcych, a także...”

Tekst pamiętałem doskonale.

Widziałem teraz, jak ładunek cudzej woli wokół księcia powoli obraca się, niczym wrzucona do wody piłka. Tarcza była jednorodna, równie mocna ze wszystkich stron. Nie było sensu szukać w niej słabego punktu.

-”...a także sprzeciwianie się rozkazom swego Władcy...”

Człowiek z obręczą na głowie rzucił szybkie spojrzenie na witrażowe okna. Na ułamek sekundy zdrętwiał mi język.

W następnej chwili książę po przyjacielsku kiwnął królowi i skierował się do wyjścia z sali!

- Szybciej - wysapał zi Harik za moimi plecami.

- „A także sprzeciwianie się...” - powtórzyłem mechanicznie.

- Wychodzi! Nie mogę...

Gor zi Harik uderzył z góry na dół - w moje ręce. Chuda gliniana szyjka nie wytrzymała. Rozległ się trzask i wielka głowa maszkary znalazła się w mojej lewej ręce, a tułów w prawej.

- Sssowa... - wydusiłem z siebie.

I uderzyłem w wychodzącego księcia. Uderzyłem, gdyż nie miałem innego wyjścia.

Czy mi się zdawało, czy rzeczywiście zachwiał się w drzwiach?

Zdawało mi się, czy...

Orkiestra grzmiała nie do wytrzymania. Zagłuszając wszystko na świecie, nawet szum krwi w moich uszach.

Na dywanie u moich nóg walała się pozbawiona głowy atrapa.

Oparłem się o udrapowaną aksamitem ścianę. Gor zi Harik patrzył na mnie, a w jego opuszczonej ręce jawnie już pobłyskiwała stal.

A ja byłem pusty.

Byłem wyzuty z sil, jak wówczas, na dnie studni. Nie dałbym rady nawet zapalić świeczki.

- I po wszystkim - rzekłem, zmuszając się do uśmiechu. - Wszystko poszło jak należy, książę został ukarany i...

Królewski mag już na mnie nie patrzył.

Patrzył w dół, na salę i jego twarz przybrała błękitny odcień witrażowego szkła.

Podążyłem za jego wzrokiem. W sali panował zamęt. Słychać było szemranie głosów. Król stał u podnóża tronu, wzrok miał przykuty do drzwi. Po sekundzie drzwi się otwarły i wpadł przez nie, plecami do przodu, ten sam wojowniczy jegomość, któremu towarzyszyło dwóch karłów.

Teraz karłów nie było widać. Wojownik ledwie utrzymał się na nogach; był co najmniej zmieszany. Jego koronkowy kołnierz był niemal oderwany i zwisał w strzępach. Chwilę później do sali wpadł - nieprzytomny z wściekłości - książę.

Zobaczyłem go i pociemniało mi w oczach. Książę miał na czole fioletowego guza - poza tym był rześki i w pełni zdolny do działania.

- ...Obraza, jakiej od nikogo jeszcze nie doświadczyłem! A ty - to do króla - ty, drogi zięciu, zapłacisz mi później! Teraz żądam satysfakcji od tego bydlaka, który śmiał ozdobić się odwróconym herbem Driwegocjusów!

I książę potrząsnął strzępem tkaniny, w którym wszyscy rozpoznali kawałek koronkowego kołnierza.

Wokół zaroiło się od strażników. Obok księcia natychmiast pojawił się olbrzym z obręczą na wygolonej głowie. Książę pełnym rozdrażnienia gestem kazał mu się oddalić.

- Zróbcie coś - krzyknął histerycznie król. - Harik, zrób coś!

Zobaczyłem, jak obok księcia znalazł się drugi królewski mag, Harik młodszy. I jak przegnał go człowiek z obręczą, jednym ruchem ręki.

- To jakaś pomyłka, drogi teściu! - ryknął król i niemal udało mu się przekrzyczeć wrzawę tłumu. - Nikt nie chciał pana...

Książę już zdarł z siebie kamizelę. Przy pasie miał dwa krótkie miecze; nie został rozbrojony przed wejściem do sali!

- Pojedynek! Natychmiast! Nie chcę słyszeć żadnych usprawiedliwień! Wszyscy widzieliście tę... Ten obraźliwy znak! Wszyscy! - I obwiódł salę szerokim, oskarżającym gestem, a ci, których wskazywał, pospiesznie odstępowali na krok.

Książęca świta zbiła się w gromadkę. Wygolony mag z obręczą, wciąż górując nad tłumem, wpatrywał się w witrażowe okienko pod sufitem; miałem wrażenie, że patrzy mi w oczy.

- Zdrajca!

Ledwie zdążyłem chwycić rękę ze sztyletem. Na szczęście Harik starszy nie zdążył zorientować się, że jestem bezbronny i jego zaklęcia były na razie ukierunkowane na obronę. Byłem wdzięczny ojcu, który swego czasu wynajmował dla mnie nauczycieli gimnastyki i fechtunku. Dzięki miłosiernej sowie, Gor zi Harik był ode mnie dużo starszy i ustępował mi siłą. Sztylet upadł na podłogę.

Książę w sali coś krzyczał; poczułem falę magicznej woli. Harik także ją poczuł i jego uchwyt nieco osłabł.

Odrywając się od siebie, przylgnęliśmy do szkła. W samą porę, by zobaczyć, jak książę wrzeszczy na człowieka z obręczą:

- Zdejmij ją ze mnie! Zdejmij! Nie życzę sobie! Pojedynek! Uczciwie przelana krew! Zdejmij!

Nawet z góry widać było wyraźnie, jak człowiek z obręczą zaciska szczęki.

I jak wokół oszalałego księcia Driwegocjusa opada magiczna zasłona - nie, nie opada, a rozchyla się na boki, wpuszczając do środka przeciwnika księcia.

I jak wojownik z oderwanym koronkowym kołnierzem - obrażony, poniżony, pozbawiony przy wejściu swego ogromnego miecza, lecz zaopatrzony w zamian w jeden z krótkich mieczy księcia, przygotowuje się do odparcia ataku.

I książę zaatakował! Wściekle, nieustraszenie, umiejętnie i z ogromnym impetem.

Zadźwięczała stal. Kilka dam w tłumie zemdlało.

- To niesłychane! - krzyknął król. - Straże!

Strażnicy podjęli próbę rozdzielenia walczących, natknąwszy się jednak na ochronną magię wygolonego olbrzyma, szybko zrejterowali.

Zdążyłem zauważyć, że niektórzy goście kontynuują zabawę, jakby nic się nie działo... I że Ora, moja towarzyszka Ora, stoi za plecami człowieka z obręczą i z uwagą wpatruje się w jego wygoloną potylicę.

Zaś on się odwraca, wyczuwając jej spojrzenie. Patrzy jej w oczy i przenosi spojrzenie na grono świecidełek zdobiących jej wysoką szyję.

A ona beztrosko się uśmiecha.

Przeciwnicy, odgrodzeni kręgiem magicznej woli, walczyli w zaciekłym milczeniu. Obaj okazali się doświadczonymi wojownikami. Obaj byli skrajnie wściekli i brak opanowania im przeszkadzał.

- Już po wszystkim - rzeki ochryple Gor zi Harik i mimowolnie drgnąłem, słysząc brzmiącą w jego głosie rozpacz.

Na żyrandolu zadrżały płomyki świec - jakby od przeciągu.

Niektóre z nich zgasły.

Książę Driwegocjus, na którego twarzy zastygł grymas nienawiści, patrzył swemu wrogowi w oczy - wrogowi, którego jeszcze przed kwadransem nie znał i którego ostrze sterczało teraz z jego piersi.

A po chwili jego jaśnie wielmożność Driwegocjus, tak znamienity, tak niebezpieczny i tak niewygodny królewski teść, powoli osunął się na podłogę - w kałużę własnej krwi.


* * *


„...To wszystko, co kosztuje nas taki trud, oni osiągają bez wysiłku, z urodzenia. Tym wszystkim, co my osiągamy dopiero w wieku dojrzałym, oni władają już w dzieciństwie. Jesteśmy, młody przyjacielu, magami mianowanymi i nasi synowie nie mogą przejąć ani naszego daru, ani tytułu. Pracowicie zbierając przez całe życie magiczne mądrości, jesteśmy skazani na zabranie ich ze sobą do grobu. Lecz czy jest to powód do rozpaczy?

Piszesz, mój przyjacielu, że twoje wysiłki są bezsensowne, a ich rezultaty są wyśmiewane. To smutne słyszeć coś takiego od obdarzonego silną wolą, poważnego młodzieńca, jakim cię pamiętam. Nic pod słońcem nie jest pozbawione sensu. Stajemy się godni pożałowania nie z powodu kpin, lecz przez rezygnację ze swych życiowych celów ku uciesze prześmiewców.

Mam nadzieję, że twój list został napisany i wysłany pod wpływem chwilowej słabości, a dziecięca rozpacz minęła bez śladu i sam chciałbyś zapomnieć o napisanych przez ciebie słowach; z wielką chęcią ci w tym pomogę. Zapomnijmy o twoim ostatnim liście i porozmawiajmy o rzeczach znacznie bardziej pożytecznych i właściwych.

Świat magii spoczywa na naszych barkach; to właśnie mianowani magowie rzemieślnicy, a nienadęte dziedziczne snoby, stanowią trzon magicznej społeczności. Magia gospodarcza, magia użyteczna dla ludzi, daje duchową satysfakcję i przynosi stały dochód. Magowie mianowani nie zabijają i nie niszczą, doskonaląc się w bojowych zaklęciach - lecz tworzą, osiągając sukcesy w budownictwie, krawieckim i kuśnierskim rzemiośle, sterowaniu pogodą i sprawianiu urodzaju. Mag mianowany, nawet czwartego stopnia, jest szanowanym przez wszystkich człowiekiem pracy, pszczołą, która niesie kroplę miodu do wspólnego ula; podczas gdy dziedziczny obibok, choćby i ponad rangą, jest tylko pstrym motylem, fruwającym bezmyślnie ku uciesze dziatwy.

Dlatego też nie bądź zazdrosny, mój przyjacielu! Nie bądź zazdrosny o coś, co nie jest warte zazdrości!”.


* * *


- Nikogo nie przyjmuję! - krzyknąłem ochryple.

Pukanie się powtórzyło. I rozległ się przygłuszony głos właściciela:

- Ale szanowny panie, tu jest dama... Nazywa się Szantalia i twierdzi, że ją pan na pewno przyjmie!

Stłumiłem jęk. Na co ona sobie pozwala, ta...

Wszystkie moje kamyki zostały u Ory. Wiedziałem, że znowu się spotkamy - lecz, miłosierna sowo, tylko nie dzisiaj!

Usiadłem na łóżku. Głowa mi pękała, nie chciałem jednak tracić sił na najmniejsze nawet lecznicze zaklęcie. Będę musiał poprosić właściciela o jakieś pigułki.

Tylko tego brakuje, żeby mnie zobaczono bez powłoki! Służąca na pewno nie odmówi sobie podglądania przez dziurkę od klucza.

- Drogi panie - rozległ się za drzwiami celowo miękki, niemal mruczący głos Ory. - Powinien mnie pan wpuścić, gdyż to, co powiem, jest dla pana bardzo ważne, drogi przyjacielu... rozumie pan?

Jak zdobyła mój nowy adres? Przecież przeprowadziłem się nie uprzedzając jej.

Podszedłem do drzwi. Narzuciłem płaszcz, by zakryć twarz kapturem. Moja ostrożność okazała się uzasadniona; gdy otwarłem drzwi wpuszczając Orę, właściciel nie omieszkał wsunąć do środka swego wścibskiego nosa.

Zdziwił się, dlaczego gość odpoczywa w płaszczu. Zdziwiłby się jeszcze bardziej, gdyby zamiast pryszczatego sklepikarza - mojej ostatniej powłoki - ujrzał prawdziwą twarz Horta zi Tabora.

A na powłokę nie mam już sił. Nawet na powlokę!

- Nieciekawie pan wygląda - rzekła Ora przez zęby. Po jej mruczeniu nie zostało nawet śladu.

- Zechce mi to pani wybaczyć. - Zgiąłem się w błazeńskim ukłonie.

- Tak, powinien pan przeprosić. - Ora usiadła w zapadniętym fotelu. - I wcale nie jest powiedziane, że zaakceptuję te przeprosiny.

Zdjąłem płaszcz. Szczelniej otuliłem się szlafrokiem i uśmiechnąłem się:

- Powinna się pani cieszyć; spłaciła pani dług wobec mnie. Prawo Wagi zostało wypełnione... I proszę oddać świecidełka.

Królewskim gestem rzuciła na stół pęk magicznych kamieni. Uśmiechnęła się sucho.

- Nie są to wcale takie zwykłe świecidełka, jak próbuje mnie pan przekonać. Co najmniej dwie ryby złapały się wczoraj na tę przynętę.

- Co?!

Skoczyłem na równe nogi. Znów wstrząsnęły mną dreszcze. Ora surowo patrzyła mi w oczy; jej wzrok był niczym mokry kamień.

- Jest pan łajdakiem, Tabor. Postawił mnie pan w wyjątkowo paskudnej sytuacji.

- Jest pani kobietą - rzekłem, nerwowo przełykając ślinę. - Być może uda mi się więc zapomnieć o słowie, którym mnie pani...

- Łajdak - powtórzyła spokojnie. - Zabrał mnie pan tam i zostawił. Wiedząc, co się wydarzy!

- Nie wiedziałem - wyrwało mi się i natychmiast pożałowałem swych słów.

Zmrużyła oczy.

- Jeśli nie wiedział pan, co się święci, to dlaczego od razu się pan ukrył? Przecież obserwował pan wszystko z ukrycia. Czułam pana spojrzenie.

- To nie jest możliwe - rzekłem głucho.

Uniosła podbródek.

- Wiem, jakie ma pan zdanie o moich możliwościach. Tym niemniej udało mi się wyczuć pana spojrzenie. I zrozumieć, że od początku oczekiwał pan problemów.

- Nie jestem temu winny; nie tak, jak się pani wydaje - rzekłem, odwracając się. Nie cierpię się usprawiedliwiać.

- Szczerość za szczerość - odparła Ora po chwili milczenia. - Pan opowie mi, co robił w pałacu; ja powiem, którzy z magów zainteresowali się pana kamykami. Zainteresowali to mało powiedziane; aż nimi zatrzęsło! Przecież bardzo chce się pan tego dowiedzieć? - Rozejrzałem się. W pokoju był tylko jeden fotel. Aby się uspokoić, musiałem usiąść na łóżku, założyć nogę na nogę i policzyć do dziesięciu.

- Po pierwsze, naprawdę chcę panią przeprosić za wszystko, co wydarzyło się nie z mojej winy. Tak wyszło. Po drugie, poszedłem na to przyjęcie, by obserwować... by, jak się pani sama domyśliła, zobaczyć reakcję magów na kamyki. Właśnie po to tam poszedłem, przysięgam na pamięć mego ojca.

- Mówi pan prawdę - rzekła Ora powoli. - Jak ma się do tej wersji pana nagle zniknięcie?

- Podszedł do mnie królewski ponad rangą - odparłem, patrząc jej w oczy. - Widziała go pani. Nazywa się Gor zi Harik.

Podstępem zabrał mnie... Krótko mówiąc, nie mogłem wrócić. Nie wiedziałem, że to się tak potoczy, przysięgam... na co tylko pani chce.

- Proszę przysiąc na pamięć ojca - zażądała Szantalia.

- Nie miałem pojęcia, że tak się to skończy - rzekłem powoli. - Przysięgam na pamięć ojca.

Uśmiechnęła się niespodziewanie.

- Jest pan mistrzem w zabawie słowami... Dobrze. Nudzi mnie pan, panie Hort zi Tabor. Zegnam.

I lekko podnosząc się z fotela, perfidna łotrzyca skierowała się w stronę drzwi.

- Minutkę!

Zastąpiłem jej drogę. Teraz miałem ochotę ją uderzyć; na poważnie.

- Minutkę, moja miła pani! O niczym pani nie zapomniała?

- Nie. - Patrzyła mi w oczy. Jej prawe oko było podmalowane na błękitno, lewe - na zielono.

Złapałem ją za rękę. Nadgarstek miała chudy, wysmukły i taki kruchy...

- Złamie mi pan rękę!!!

- Złamię - obiecałem cicho. - Nie powinna pani ze mną pogrywać. Obiecała pani, że o czymś mi opowie!

- Niech pan puszcza!

I uderzyła mnie ręczną błyskawicą. Słabą, damską, piekącą jak użądlenie osy.

Puściłem ją - na sekundę. Już w następnej chwili próbowała otworzyć ciężką zasuwę na drzwiach. Złapałem ją za kołnierz i rzuciłem na łóżko.

Wyszczerzyła się, pokazując równe, białe zęby. I całkowicie spokojnie powiedziała:

- Nie ma pan sił na zaklęcia, Hort. Całkowicie je pan wyczerpał. Ojciec nigdy pana nie uczył, że nie należy tak postępować?

Nie patrząc, wyciągnąłem rękę. Zdjąłem z gwoździa wąski rzemień, który był własnością gospodarza i był razem z pokojem do mojej dyspozycji.

- Wystarczy mi sił na coś innego.

- Doprawdy? - Jej grymas zmienił się w słodki uśmiech. - Obiecuje pan?

Dotarło do mnie, jak dwuznaczne były moje słowa. Z wściekłością uderzyłem rzemieniem w oparcie fotela.

- Niech pani mówi, kto zainteresował się kamykami, i wynosi się stąd! Albo sprawię pani lanie bez żadnych zaklęć!

Skóra na czole, w miejscu gdzie uderzyła mnie jej cherlawa błyskawica, zaczęła odczuwalnie piec.

- Jest pan przepiękny, Hort - rzekła kobieta, przyglądając mi się bezwstydnie. - Ależ świeci się pana wściekłe, żółte oko... Stop. - Podniosła rękę, jakby odgradzając się ode mnie i od mojego rzemienia. - Stop, niech pan zaczeka. Po co ta awantura. Wszystko panu opowiem... Niech pan usiądzie!

Patrzyłem jej w oczy.

- Niech pan siądzie - powtórzyła rozkazującym tonem. I poprawiając sukienkę, dodała gderliwie: - rozerwał mi pan kołnierz...

- Niech pani mówi - rzekłem. - Po raz ostatni proszę jak człowiek.

Uśmiechnęła się ledwo zauważalnie.

- Dobrze... A więc pierwszą osobą, która zainteresowała się pana kamykami, był ten prowincjonalny mag ponad rangą. Nazywa się Mart zi Gorof, ma czterdzieści dwa lata, z wyglądu jest zupełnie niepozorny. Jednak sam pan go zauważył, jeszcze na schodach. Wszyscy, z którymi zapoznałam się wcześniej, przyglądali się tym kamykom wyłącznie z ciekawością, jedynie ten Gorof był naprawdę wstrząśnięty. Rozumie pan, o czym mówię?

Przełknąłem ślinę. Okazuje się, że damulka była niezwykle sumienną i uważną obserwatorką.

- Drugi - zawahała się, lekko marszcząc brwi. - Drugi... proszę się tylko nie przestraszyć. To ten, który utrzymywał ochronę księcia. Który tak dosłownie wypełnił rozkaz swej jaśnie wielmożności i ją zdjął; najwyraźniej sam nie miał nic przeciwko temu, żeby księcia zadźgano. Możliwe, że został przekupiony. Wszystko zostało bardzo zręcznie zorganizowane.

- Ten wielki typ z obręczą - rzekłem szeptem.

- Dokładnie - przytaknęła Ora. - Obręcz... Jeśli zdjąć jego obręcz, jest ponad rangą, jak pan. Lecz sam ten przedmiot jest wiele warty. To Rdzenny przedmiot, coś w rodzaju pańskiej Kary. Jednak gdy Karę dostał pan „do zabawy”, to ta obręcz należy wyłącznie do Nagiej Iglicy.

- Co?

- Tak go zwą. To jego przydomek. Naga Iglica - pasuje do niego, prawda?

- Nigdy nie słyszałem o takim magu - rzekłem powoli.

Wzruszyła ramionami.

- Nie pretendował pan przecież do bycia wszechwiedzącym?

Milczeliśmy przez chwilę. Ora doprowadzała do porządku swój kołnierz, mrucząc krótkie gospodarcze zaklęcia. Nagle poczułem, że jestem kompletnie wypompowany. I nie mam nawet siły wstać.

- Skąd pani to wszystko wie? - spytałem w końcu.

Ora uniosła wzrok:

- Co konkretnie?

- O Nagiej Iglicy. O rdzennym charakterze jego obręczy...

- Jestem spostrzegawcza - przerwała mi ostro. - Zawarłam też wczoraj wiele pożytecznych znajomości. Nie wiem jednak, czy utrzymają się one po tym całym koszmarze. Wszyscy goście bez wyjątku nocowali w pałacu, a podejrzanych, takich jak ja, w ogóle nie chcieli wypuścić, grozili wtrąceniem do kamiennego lochu, nawet kata wezwali...

- Kata?!

- Nie było przy mnie nikogo, kto mógłby za mnie poręczyć - sucho rzekła Ora. - Było nas takich dziewięć osób - tych, których król nie znał osobiście, którzy na balu byli po raz pierwszy, którzy mniej lub bardziej oficjalnie zdobyli zaproszenie. Czterech panów i pięć dam. Zapędzili nas do jednego pokoju... Gdy pojawił się kat, damy zaczęły mdleć, a ich kawalerowie pełzali na kolanach, zapewniając, że nie mają nic wspólnego z prowokacją i zabójstwem księcia.

Milczałem.

- Wypuścili nas nad ranem - westchnęła Ora. - Tylko jednego wtrącili do ciemnicy. Jakiegoś durnia, który zaczął protestować i krzyczeć o swoich prawach.

- Proszę o wybaczenie - rzekłem głucho. - Naprawdę nie miałem pojęcia...

- Wierzę. - Ora wstała. - A teraz pozwoli pan, że się pożegnam. Prawu Wagi rzeczywiście stało się zadość, wypełniłam swój dług; żegnam pana, panie Hort zi Tabor.

- Jeśli czymś panią... - wymamrotałem.

Ora zamknęła za sobą drzwi.


* * *


„Proszę nie mylić magicznych przedmiotów z magicznymi obiektami, a tych z kolei z magicznymi podmiotami. Proszę zapamiętać - Wielka Łyżka, Buty Szybkości, Okrutne Skrzypce, Kłamliwe Lustro i tak dalej - to wszystko magiczne przedmioty. Świeże Źródło - to już obiekt magiczny; jest on umiejscowiony terytorialnie. Zwykle w miejscu występowania Świeżych Źródeł wznosi się królewskie pałace. Tylko osoba królewskiej krwi może czerpać ze Świeżego Źródła. Kiedy próbuje robić to ktoś nie królewskiego pochodzenia, Źródło wysycha, „chowa się”. Świeże Źródło niektórzy nazywają także Żywym Źródłem, jednak płyn, który z niego pochodzi, nie ma nic wspólnego z legendarną żywą wodą, choć wykorzystuje się go w farmakologii do wytwarzania niektórych silnie działających leków. Dom Odzieży również jest magicznym obiektem, zaś Sieciowy Czarnoust - magicznym podmiotem. To praktycznie nieuchwytne stworzenie podobne jest do pająka, nie żywi się jednak muchami ani krwią, lecz negatywnymi emocjami. Siedząc w pajęczynie nad często uczęszczaną drogą, Czarnoust zalewa przechodniów potokami inwektyw - i rośnie jak na drożdżach, wchłaniając wykrzykiwane w odpowiedzi przekleństwa i złorzeczenia...”


* * *


Siedziałem nad stertą kamyków, wodziłem nad nimi dłonią, czując dotyk cudzej woli, i zastanawiałem się, co robić dalej, gdy znów rozległo się pukanie do drzwi:

- Szanowny panie, tym razem pyta o pana jakiś mag... Mówi, że jest na królewskiej służbie... Obawiam się, mój panie, że powinien go pan przyjąć...

- Wołaj - rzekłem ostro.

Po czym wyjąłem z futerału autentyczne zaklęcie Kary i ukryłem je w szerokim rękawie szlafroka. Moje siły nie zregenerowały się jeszcze nawet w połowie, a nie lubiłem czuć się bezbronnym.

Moim gościem nie był Gor zi Harik, jak przypuszczałem, lecz jego syn. Po raz ostatni widziałem go na przyjęciu, od tego czasu młodzieniec wyraźnie schudł i zmizerniał, choć minęły tylko dwa dni.

- Proszę usiąść - rzekłem sucho. Gliniana pokraka w rękawie nieprzyjemnie ocierała skórę.

Chłopak zawahał się na chwilę i zdjął zamówiony płaszcz. Gest niewątpliwie zdradzał dobre zamiary, kto wie jednak, co chłopakowi może strzelić do głowy. Szczególnie, że tym chłopakiem jest mag ponad rangą.

Przysiadł na samym brzegu krzesła. Ja usiadłem na brzegu łóżka.

- Po pierwsze - odezwał się Horik młodszy, patrząc na mnie przez ramię. - Król jest zadowolony. Być może uwierzył, że Kara działa właśnie tak. Tym bardziej, że pokazaliśmy mu resztki atrapy...

Napiąłem się.

- Jest zadowolony i nie zamierza pana ścigać.

- A ekscelencja? - zapytałem cicho.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Król oznajmił mu swoją wolę. Ekscelencja nie będzie się mścił jawnie. A co do jego tajnych zamiarów... Tu nie pomoże nawet król, rozumie pan.

- Czyli zostałem oszukany - rzekłem z goryczą.

Chłopak przełknął ślinę i po raz pierwszy spojrzał mi prosto w oczy.

- Pan przecież także nas oszukał, panie Hort zi Tabor. Proszę... - zdjął z paska płócienny woreczek i wytrząsnął jego zawartość na stół. Był to gliniany człowieczek - tułów i oderwana od niego szkaradna głowa.

- Oryginalne - cicho rzekł chłopak. - Ale sam pan rozumie...

Mogliśmy z ojcem po prostu otworzyć królowi oczy. Wyjaśnić, że - atrapa jest fałszywa. Potwierdzi to każdy mag powyżej drugiego stopnia.

- Dlaczego tego nie zrobiliście? - zapytałem szeptem.

- Dlatego, że... - Chłopak westchnął. - Dlatego, że... Krótko mówiąc, książę tak czy siak zginął. Król triumfuje... Spełnił obietnicę. Dopuścił ojca do Źródła... I ojciec mógł przygotować lekarstwo dla mamy. Trzy porcje. Tego wystarczy jej na półtora roku.

Milczałem.

- Moja matka jest chora - wyjaśnił chłopak sucho. - Jedyne lekarstwo, które może utrzymać ją przy życiu, sporządza się na bazie wody ze Źródła. Jego Wysokość - uśmiechnął się krzywo - czerpie ze Źródła... Służymy królowi tylko dlatego, że niekiedy daje nam tę wodę. Niekiedy nie daje.

Wstał. Ja również się podniosłem.

- Ojciec prosił, bym przekazał panu coś jeszcze - rzekł chłopak, odwracając się od drzwi. - Książę Driwegocjus nigdy nie cierpiał na ataki nieuzasadnionej wściekłości. Zawsze był spokojny, zrównoważony i wyrachowany. Nigdy nie pojawiał się publicznie bez swego mistrza ochrony, któremu płacił więcej, niż wszystkim swoim najemnikom. Najgorsza potwarz nie była go w stanie wyprowadzić z równowagi na tyle, by wpakował się w głupi pojedynek. To po pierwsze.

Milczałem. Takie było moje przeznaczenie tego wieczoru.

- Po drugie... Przyczyną pojedynku stała się złota broszka na kołnierzu kapitana Wichi - będąca jakoby odwróconym herbem Driwegocjusów. Podczas pojedynku broszka została rozdeptana, jednak rysunek wciąż jeszcze był wyraźnie widoczny. Abstrakcyjny wzór, przecinające się linie. Wczorajszej nocy kapitan w obecności kata potwierdził, że broszka jest jego własnością, że dostał ją od matki i nikt nigdy nie widział na niej żadnych odwróconych herbów.

Oblizałem wargi.

- Tym niemniej kapitan umarł o świcie. Serce nie wytrzymało.

Milczałem.

- Po trzecie i ostatnie... Mieliśmy z panem szczęście, panie zi Tabor. Książę padł ofiarą innego spisku, znacznie bardziej kunsztownego i wyrafinowanego; przy czym pułapka została zastawiona za pomocą niewiarygodnie subtelnej magii. Głównym podejrzanym jest mistrz ochrony Driwegocjusa, Ondra o przydomku Naga Iglica. Nie ma jednak szans, by postawić go przed sądem. Zniknął od razu po incydencie i zaszył się teraz niewątpliwie w jednej ze swych nor. Nie wiadomo, na co mu się to wszystko zdało, dostawał przecież gigantyczne pieniądze! Własnoręcznie ściął złotonośne drzewo. Jednak...

Chłopak przerwał w pół słowa. Milczał przez chwilę, po czym chwycił klamkę:

- Zegnam pana, panie zi Tabor. Proszę wybaczyć, jeśli coś poszło nie tak.

- Życzę zdrowia pańskiej matce - rzekłem.

Chłopak uśmiechnął się z goryczą:

- Dziękuję. Jeszcze jedno, panie zi Tabor. Kiedy zdecyduje się pan kogoś ukarać... proszę zapamiętać moje słowa. I ukarać króla.

Drzwi się zamknęły.

Milion lat temu
(początek cytatu)


Leżeli, obejmując się. Alik w ciemności posapywał na swoim rozkładanym łóżku. Staś miał gładkie, opalone ramię. Wtulając gorący nos mężowi w ucho, Julia myślała, że wszystko jest dobrze. Że jest prawie w domu. Jest jej ciepło, przytulnie i niczym nie musi się niepokoić.

...Spotkali się w metrze. Dwoje dorosłych już, samodzielnych, ani trochę nie lekkomyślnych ludzi po raz pierwszy spotkało się w metrze - w ludzkim potoku, a dokładniej, niemal w tłumie. Był listopad; oboje wracali z pracy, zmęczeni i głodni, obojgu było nieprzytulnie i smutno, na żadne z nich nikt w domu nie czekał.

Ruchome schody niosły ich - najpierw na spotkanie - a potem dalej, w różne strony; oboje mieli zwyczaj patrzeć na sunący z naprzeciwka ludzki potok. Od razu się zauważyli.

Julia prawie natychmiast odwróciła wzrok; niezręcznie jest gapić się na nieznajomego mężczyznę. W pewnym momencie wydało się jej, że skądś zna tego człowieka, ale nie może sobie przypomnieć, gdzie się już spotkali.

Po zejściu z ruchomych schodów na chwilę zatrzymała się obok kiosku z książkami, a potem nieoczekiwanie dla samej siebie zawróciła i pojechała w dół, tam, skąd dopiero co wyjechała. Połowę dystansu na zmianę to wymyślała sobie za szczenięcą głupotę, to pocieszała tym, że czasu na idiotyczną przejażdżkę straciła niewiele - góra siedem minut.

A dokładnie pośrodku schodów - jak poprzednim razem - zobaczyła znajomego nieznajomego, który jechał jej na spotkanie.

I od razu odwróciła wzrok.

Być może kiwnął w jej stronę. A może przyglądał się z niedowierzaniem, jak ona odwraca się, z uporem udając, że go nie zauważa.

Czerwieniąc się i patrząc sobie pod nogi, zjechała na dół, na peron.

W pierwszym odruchu chciała uciekać. Wskoczyć do wagonu metra i o wszystkim zapomnieć; przyjedzie do domu jakieś czterdzieści minut później, nie będzie jednak trzeba wybijać się z ustabilizowanej, komfortowej i zaplanowanej samotności. Żadnych znajomych, żadnych trosk.

Potem pomyślała, że może naprawdę się znają? Po prostu zapomniała o poprzednim spotkaniu, a ten mężczyzna nie? Może spotykali się w instytucie i jej ucieczka okaże się w takiej sytuacji dziwna i obraźliwa?

Zjechała na peron i stanęła obok budki dyżurnej, na przelocie.

Na białym marmurze ściany wydrapane było niecenzuralne słowo;

Julia czuła się nieswojo, jak w kolejce do lekarza. Minęło pięć minut; co chwila podnosiła zegarek do samego nosa i miała wrażenie, że stanął.

Przeszło dziesięć minut.

Potem piętnaście.

Dyżurna spoglądała z przeszklonej budki ze współczuciem. A Julia co chwilę zahaczała wzrokiem o niecenzuralny napis, jakby wdeptywała w krowi placek.

Gdy upłynęło dwadzieścia minut, zrozumiała że dwadzieścia cztery przeżyte lata nie dodały jej ani kropelki rozumu. Czerwona, jak pierwszomajowe prześcieradło, weszła na jadące do góry schody i przez całą drogę na powierzchnię nie unosiła wzroku.

Przez kilka dni czuła nieuzasadniony smutek, a potem wszystko potoczyło się po dawnemu. Na dobre zapomniała już o człowieku na ruchomych schodach i bardzo się zmieszała, gdy któregoś dnia w metrze ktoś delikatnie chwycił ją za łokieć.

- Proszę wybaczyć...

Patrzyła na niego, nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie go wcześniej widziała. Coś takiego zdarzało się jej już wcześniej - nieznani ludzie witali się z Julią jak starzy znajomi i życzliwie pytali o różne rzeczy, a ona uśmiechała się z przymusem, nie mając nadziei, że przypomni sobie imię rozmówcy, czy okoliczności, w których się poznali. Teraz również mrugała, próbując pojąć, kto przed nią stoi. Tylko że tym razem zmieszany był mężczyzna.

- Proszę wybaczyć, chyba nie powinienem... Ruchome schody, Pamięta pani?

Przypomniała sobie.

Nadjechał jej pociąg. Miała jeszcze szansę chłodno kiwnąć głową i wślizgnąć się do wagonu, gdzie tak obiecująco widać było wolne miejsca na siedzeniu z dermy. Zawahała się i drzwi zatrzasnęły się jej przed nosem. Pociąg odjechał.

- Mam na imię Stanisław.

Poznawali się stopniowo, ostrożnie, bojaźliwie - jak dwa nieufne zwierzątka, jak dwaj tchórzliwi bokserzy. W milczeniu wędrowali zaśnieżonym parkiem i krążyli po własnych śladach, cały czas w milczeniu. Julia opierała się o ramię Stasa i nie raz i nie dwa jej nogi w paradnych bucikach, nieprzeznaczonych do takich wypraw, potykały się i ślizgały na oblodzonych bruzdach. Wtedy muskularna ręka zmieniała się w stalową poręcz, żelbetonową podporę i ani razu - ani razu! - Staś nie pozwolił jej, by upadła - czy dotknęła śniegu rąbkiem zimowego płaszcza.

Jakoś od razu okazało się, że wszystkie problemy, wcześniej doprowadzające Julię do rozpaczy, są łatwo rozwiązywalne. Wszystkie: od kataru, do awantur z nieprzyjemnymi sąsiadami. Wydawało się, że nawet psy gryzące się na ulicy, przy samym pojawieniu się Stasa kończyły walkę i rozchodziły się, powarkując, do przeciwnych narożników.

Nowy rok powitali cicho i spokojnie, na krętej historycznej uliczce niedaleko domu Julii, a potem piechotą przeszli przez całe miasto do Stasa, zagrzali czerwone wino i ani razu, do końca nocy, nie włączali telewizora. Okazało się, że jeszcze jedna bariera, która wydawała się Julii nie do przezwyciężenia, ta przerażająca ją bariera między mężczyzna i kobietą, przełamuje się lekko i naturalnie. Jak skorupka jajka, która poddaje się wysiłkom wykluwającego się pisklęcia.

Ranek pierwszego stycznia okazał się mokry i mglisty. Julia siedziała za malutkim stołem w niewielkim „dużym pokoju” Stasa, a nad ogromnym, białym garnuszkiem mleka z miodem unosiła się para.

Po miesiącu okazało się, że Staś był wcześniej żonaty. Julia poczuła się urażona: dlaczego nie powiedział jej o tym od razu?! I poprosiła, wręcz zażądała, by opisał jej szczegóły: co zaszło w jego rodzinie, czy była żona ponownie wyszła za mąż i, co najważniejsze, czy Staś ma dzieci?

Nie odpowiedział.

Julia wpadła w złość, a Staś odszedł. Przez cztery miesiące, a nawet cztery i pół, nie spotykali się i nie dzwonili do siebie. A współpracownicy Julii, którzy zauważyli, oczywiście, początek jej romansu, teraz zauważyli jego koniec i współczująco kiwali głowami.

Julia zrobiła się nerwowa i trudna w pożyciu. Ona, którą cały oddział cenił (i troszeczkę się z niej naśmiewał) za ugodowość.

A pewnego razu w poniedziałek, o ósmej wieczór w jej mieszkaniu rozległ się dzwonek u drzwi; w odpowiedzi na wystraszone: „kto tam”, niezmieszany Staś odpowiedział: „czy to pani wzywała lekarza?”

Po następnych dwóch tygodniach przeniósł się do niej. Zaczęło się od tego, że Julia zatopiła sąsiadkę pod sobą - zatkała się rura. Sąsiadka była oczywiście aż czerwona ze złości i groziła Julii nieprzyjemnościami, wśród których najskromniejszą była wizyta mitycznych (albo nie mitycznych) „chłopaków z ferajny”.

Staś przyszedł dokładnie w szczytowym momencie awantury i po dwóch minutach od jego pojawienia się sąsiadka spuściła z tonu, a po półgodzinie konflikt został zażegnany, całkowicie i bezpowrotnie. Staś w milczeniu naprawił rurę, umył ręce, a potem bez jednego słowa zjedli kolację - co Bóg dał.

A kiedy herbata była już wypita, Julia zaproponowała nieśmiało: Może byś dzisiaj został? Późno już...

I on został.

Nigdy więcej nie wracali do rozmowy o jego byłej rodzinie. Uznała jego prawo do tej tajemnicy; oprócz tego, mówiąc szczerze, po prostu się bała. Zauważyła, że bywają momenty, kiedy Stasowi lepiej się nie sprzeciwiać. Że jest często do tego stopnia przekonany o swojej racji, że jakiekolwiek wątpliwości odbiera jak napaść, wręcz agresywnie.

Półtora miesiąca później wzięli ślub.

Wcześniej wydawało się jej, że samotność to najbardziej naturalny stan człowieka. Bała się, że pozbywając się jej, straci cząstkę siebie. Było zupełnie na odwrót.

Osiągnęła to, czego brakowało jej - zrozumiała to nie od razu! - już od wielu lat. Nabrała pewności siebie. Zyskała prawdziwy dom, którego ceglane ściany stały się granicami jej wolnego i spokojnego terytorium.

Miała teraz własną, pokrytą lasem górę, do której w każdej chwili można było przylgnąć plecami.

Wszystkie rzeczy w domu przejęły na siebie cząstkę Stasa. Najzwyklejsze przedmioty uzyskały coś” na podobieństwo duszy tylko dlatego, że Staś ich dotykał, że były mu potrzebne; Julia, która kiedyś nienawidziła prania, pokochała stanie na balkonie i rozkoszowanie się powieszoną do wysuszenia bielizną.

Koszule kołysały rękawami - w każdej z nich była cząsteczka Stasa.

Jak białe kulisy trzema rzędami wisiały pieluszki. Po powrocie z pracy Staś, gdy tylko zjadł kolację, wychodził z wózkiem. Sąsiedzi poszepty wal i z aprobatą.

Roczny Alik uśmiechał się od ucha do ucha i mówił: „Tata”.

A za jakiś czas razem już kleili jakieś piórniki, koperty i przeróżne poglądowe pomoce naukowe dla przedszkola, dla całej grupy. Staś mógł majsterkować całymi godzinami, a jego pomysły w tym czasie porażały wyobraźnię. Podarował Alikowi tornister uszyty ze starych dżinsów z naklejoną na klapę mordką niedźwiadka, przy czym oczy u misia poruszały się, a w plastikowym naczyniu przelewał się „miód”. Alik przynosił do przedszkola samodzielnie wykonane zabawki, na widok których nie tylko dzieci, ale i wychowawcy szeroko otwierali usta; raz czy dwa Staś miał też coś na kształt konsultacji w przedszkolnym kółku „Zręczne ręce”. Alik chodził wtedy cały dumny, w blasku ojcowskiej sławy.

Mieli jakieś ukrywane przed Julią męskie sekrety; widać smak u ojca i syna był podobny. Razem chodzili kupować książki i kasety z kreskówkami. Tylko raz kasetę wybrała Julia. Był to film o Leprekonie, złym gnomie. Przyzwyczajona do miłych krasnali staruszków z Królewny Śnieżki, nie przypuszczała nawet, że gnoma można się przestraszyć. Alik jednak wystraszył się do granic histerii, kaseta została uroczyście wyrzucona i od tego dnia Julia postanowiła nie mieszać się w „politykę repertuarową” - niech mężczyźni sami decydują.

Zły gnom - nieopisanie okrutny potwór - przyśnił się jej raz czy dwa. Pewnie dlatego, że żal jej było przestraszonego, zapłakanego Alika. Na szczęście cała historia się na tym skończyła - jedynie ich syn stanowczo odmówił oglądania Królewny Śnieżki; nikt go zresztą do tego nie zmuszał.

Kiedy Alik miał cztery lata, razem ze Stasem zaczął chodzić na basen.

Kiedy miał pięć lat, zaczęli uczyć się piosenek pod gitarę. W ciągu dnia do ich domu przychodzili koledzy i przyjaciele Alika, a kiedyś pojawił się nawet wyrośnięty chłopak z sąsiedztwa, który za coś nie lubił syna Julii. Pamiętała, jak pięcioletni wtedy Alik przybiegł z płaczem i rzucił się do ojca z żądaniem ukarania krzywdziciela. Staś zamiast tego zorganizował jakiś program kulturalny, który Julii wydał się naiwny i niepotrzebny. Impreza przyniosła jednak oczekiwany skutek; ponury chuligan nie został co prawda przyjacielem Alika, jednak na długo przestał się go czepiać.

...Ciemność była gęsta i nieprzenikniona.

Alik poruszył się na rozkładanym łóżku. Kaszlnął raz i drugi. Po chwili rozkaszlał się na dobre i Julia naprężyła się, gotowa wyskoczyć i biec na pomoc, jednak Staś w półśnie trochę silniej ścisnął jej rękę, aby pozostała na miejscu.

- Śpij... Juleczko... Śpij... maleńka, wszystko w porządku.

Posłusznie zamknęła oczy.


(koniec cytatu)
Загрузка...