Herkules Poirot patrzył z zaciekawieniem i uznaniem na młodą osobę, która weszła do jego gabinetu.
Otrzymany od niej przedtem list niczym się nie wyróżniał, zawierał tylko prośbę o widzenie, bez najmniejszej wzmianki o tym, co ta wizyta ma na celu. Byt krótki i rzeczowy, jedynie zdecydowany charakter pisma zdradzał, że autorka jest osobą młodą i energiczną.
I oto stała przed nim wysoka, smukła, bardzo młoda. Chyba niedawno skończyła dwadzieścia lat. Ten typ kobiety, za którą oglądają się mężczyźni. Dobrze skrojony drogi kostium, wytworne futro. Pięknie osadzona głowa, szerokie czoło, kształtny delikatny nos i zdecydowany podbródek uzupełniały obraz. Wyczuwało się w niej pełnię życia i to właśnie, w większym stopniu niż uroda, stanowiło dominującą cechę jej powierzchowności.
Zanim weszła do gabinetu, Herkules Poirot czuł się człowiekiem starym, teraz jakby nagle odmłodniał, wstąpiła w niego nowa energia, rześkość. Podchodząc, aby ją powitać, spostrzegł, że jej ciemnoszare oczy również obserwują go uważnie i badawczo. Usiadła i wzięła papierosa, którym ją poczęstował. Przez kilka chwil siedziała w milczeniu, zaciągając się i wciąż wpatrując się w Poirota poważnym, skupionym wzrokiem.
— Trzeba to rozstrzygnąć, prawda? — spytał łagodnie Poirot.
— Przepraszam, co pan powiedział? — drgnęła zdumiona.
Głos miała miły, jakby leciutko zachrypnięty.
— Pani się zastanawia, czy jestem zwykłym szarlatanem, czy też człowiekiem, jakiego pani trzeba. Zgadłem?
— Rzeczywiście, coś w tym rodzaju — odpowiedziała z uśmiechem. — Bo widzi pan, panie Poirot... pan wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam...
— W dodatku jestem stary, prawda? Starszy, niż pani przypuszczała?
— Tak. i to także. — Zawahała się chwilę. — Jak pan widzi jestem zupełnie szczera. Bo ja szukam. ja chciałabym kogoś najlepszego.
— Niech pani będzie spokojna. Jestem najlepszy!
— Nie jest pan skromny. — rzekła Karla — ale mimo to skłonna jestem panu uwierzyć.
— Niech pani pamięta, że mięśnie nie rozstrzygają w życiu o wszystkim — odpowiedział spokojnie Poirot. — Nie potrzebuję się schylać, żeby mierzyć calówką ślady stóp, zbierać niedopałki papierosów i badać przydeptane kępki trawy. Wystarczy mi tylko usiąść w fotelu i myśleć. O, to! — Tu stuknął się palcem w jajowatą głowę — To działa!
— Wiem o tym — odparła Karla — i dlatego wybrałam pana. Bo widzi pan, chcę, żeby dokonał pan rzeczy niezwykłej!
— To bardzo obiecujące — rzekł Poirot, a w spojrzeniu jego odmalowała się życzliwość i zachęta.
— Właściwie mam na imię Karolina, a nie Karla — powiedziała, zaczerpnąwszy głęboko tchu. — Tak samo jak moja matka — umilkła na chwilę, po czym mówiła dalej.
— I chociaż, odkąd sięgam pamięcią, nazywałam się Lemarchant, to to także nie jest moje prawdziwe nazwisko. W rzeczywistości nazywam się Crale.
Herkules Poirot zmarszczył czoło, potem szepnął jakby do siebie:
— Crale. Crale. coś sobie przypominam.
— Mój ojciec był malarzem. Nawet bardzo znanym malarzem. Niektórzy mówią, że był wielkim artystą. Ja w każdym razie jestem tego zdania.
— Amyas Crale? — zapytał Poirot.
— Tak. A moją matkę, Karolinę Crale, skazano za to, że go zabiła.
— Aha! Już sobie przypominam! Ale jak przez mgłę. Byłem wtedy za granicą. To było już dawno...
— Tak. Przed szesnastu laty. — Karla zbladła, oczy jej błyszczały jak rozżarzone węgle. — Czy pan rozumie? Sądzono ją i skazano! Nie powieszono jej tylko dlatego, że były pewne okoliczności łagodzące, ograniczono więc karę do dożywotniego więzienia. Ale już w rok po procesie umarła w więzieniu. Rozumie pan? Wszystko minęło. przeszło. wszystko się skończyło.
— A więc? — spytał cicho Poirot. Dziewczyna zacisnęła kurczowo ręce. Potem zaczęła mówić, wolno, z lekkim wahaniem, ale i ze szczególnym naciskiem:
— Musi pan zrozumieć. dokładnie zrozumieć, jaki to ma związek ze mną. Kiedy się to wszystko działo, miałam pięć lat. Byłam za mała, żeby zdawać sobie z czegokolwiek sprawę. Pamiętam, oczywiście, mego ojca i matkę; pamiętam też, że z domu wyjechałam nagle, gdzieś na wieś, gdzie były świnki i miła, tęga gospodyni. Wszyscy byli tam dla mnie bardzo dobrzy, ale patrzyli na mnie jakoś dziwnie, jakby ukradkiem. Czułam oczywiście, jak to zwykle dzieci, że coś jest nie w porządku, ale nie wiedziałam, o co chodzi. A potem płynęłam gdzieś okrętem. To było niesłychanie ciekawe. Podróż trwała długo, wiele dni, aż wreszcie przybyliśmy do Kanady, gdzie przyjechał po mnie wuj Szymon. Potem mieszkałam z nim i jego żoną, ciotką Ludwiką, w Montrealu. Kiedy się dopytywałam o mamusię i tatusia, zawsze mi odpowiadali, że niedługo przyjadą. A potem. potem zapomniałam o wszystkim, wiedziałam tylko, że moi rodzice nie żyją, chociaż nie pamiętam, żeby mi ktoś o tym wyraźnie powiedział. Bo już nigdy o nich nie myślałam. Było mi bardzo dobrze, czułam się zupełnie szczęśliwa. Wuj Szymon i ciotka Ludwika byli dla mnie bardzo dobrzy, miałam w szkole mnóstwo przyjaciółek i koleżanek i zapomniałam zupełnie, że nie nazywałam się dawniej Lemarchant. Ciotka Ludwika powiedziała mi, że to jest moje kanadyjskie nazwisko, co mi się wtedy wydawało zupełnie naturalne. To było po prostu moje nazwisko na Kanadę, ale jak już mówiłam, z biegiem czasu zapomniałam, że miałam kiedyś inne.
Karla podniosła wyzywająco głowę i ciągnęła dalej:
— Proszę mi się dobrze przyjrzeć. Gdyby mnie pan spotkał na ulicy czy w towarzystwie, pomyślałby pan sobie: oto młoda dziewczyna, która nie ma żadnych trosk! Bo rzeczywiście, mam spory majątek, jestem idealnie zdrowa, dość przystojna i mogę cieszyć się życiem. Kiedy skończyłam dwadzieścia lat, nie było na świecie młodej dziewczyny, z którą bym się zgodziła zamienić. Wkrótce jednak zaczęłam zadawać różne pytania. O matkę, o ojca. kim oni byli? Czym się zajmowali? I tak musiałabym się w końcu dowiedzieć. Wujostwo powiedzieli mi prawdę. Musieli, bo osiągnąwszy pełnoletność, miałam prawo samodzielnie rozporządzać swoim majątkiem. A poza tym, widzi pan, był ten list. List, który matka napisała do mnie przed śmiercią.
Przy tych słowach Karla zmieniła się, jakby przygasła. Oczy jej nie płonęły już jak rozżarzone węgle, lecz stały się podobne do ciemnych, otulonych mgłą jezior.
— Wtedy to właśnie dowiedziałam się całej prawdy. że moją matkę skazano za zabójstwo. To było. okropne. Muszę panu powiedzieć coś jeszcze. Byłam zaręczona. Powiedziano nam, że ze ślubem musimy zaczekać do mojej pełnoletności. Kiedy się dowiedziałam prawdy, zrozumiałam, dlaczego.
Poirot poruszył się na krześle i odezwał się po raz pierwszy:
— A jak zareagował na tę wiadomość pani narzeczony?
— John? Nie przejął się tym wcale. Powiedział, że to nie ma dla niego żadnego znaczenia. On i ja, to po prostu John i Karla, a przeszłość nie istnieje.
Pochyliła się do przodu.
— Jesteśmy w dalszym ciągu zaręczeni. Ale mimo wszystko uważam, że to jednak ma znaczenie, przynajmniej dla mnie. Ale i dla Johna z pewnością także. Nie chodzi o przeszłość, ale o przyszłość. — Zacisnęła dłonie. — Widzi pan, chcemy mieć dzieci. Oboje tego chcemy. I nie chcielibyśmy obserwować naszych dorastających dzieci z nieustannym lękiem.
— Czy nie zdaje pani sobie sprawy, że każdy człowiek ma wśród swoich przodków takich czy innych gwałtowników albo przestępców, słowem, ludzi złych?
— Pan nie rozumie. Oczywiście, że tak. Ale na ogół nie wie się o tym. A my wiemy. To jest zbyt bliskie. I czasem... Czasem chwytam spojrzenie Johna. Takie szybkie spojrzenie, jeden błysk. Przypuśćmy, że będziemy małżeństwem i pokłócimy się. I pochwycę takie spojrzenie. i zrozumiem, że on się zastanawia.
— W jaki sposób zginął pani ojciec? — zapytał Poirot.
— Został otruty — odpowiedziała dobitnie.
— Rozumiem — rzekł Poirot.
Zapadło milczenie.
Wreszcie Karla powiedziała spokojnym, rzeczowym tonem:
— Cieszę się, że pan jest mądry i wie, że to jednak ma znaczenie i co to za sobą pociąga. Nie stara się pan załatać sprawy pocieszającymi frazesami.
— Rozumiem to wszystko bardzo dobrze. Jednego tylko nie mogę pojąć: mianowicie, czego pani sobie ode mnie życzy.
— Chcę wyjść za Johna! — odpowiedziała z prostotą Karla Lemarchant. — I wyjdę! Chcę poza tym mieć co najmniej dwie córki i dwóch synów. A pan musi mi to umożliwić!
— Chce pani, żebym porozmawiał z pani narzeczonym? — Ach, nie! Cóż za głupstwa mówię! Pani oczekuje ode mnie czegoś zupełnie innego. Proszę mi więc szczerze powiedzieć co pani ma na myśli.
— Niech mnie pan posłucha, drogi panie Poirot, i niech mnie pan dobrze zrozumie. Zwróciłam się do pana po to, żeby pan przeprowadził dochodzenie w sprawie zabójstwa.
— Czyżby pani miała na myśli.
— Właśnie to. Zabójstwo pozostaje zabójstwem bez względu na to, czy je popełniono wczoraj, czy przed szesnastu laty.
— Ależ, droga pani.
— Chwileczkę. Pan jeszcze nie wie wszystkiego. Jest jeszcze jeden bardzo ważny punkt.
— A mianowicie?
— Moja matka była niewinna.
Herkules Poirot potarł nos.
— Nnnno tak. oczywiście — mruknął po chwili.
— Rozumiem, że.
— Nie, tu nie chodzi o sentymenty. Ale jest list. Matka zostawiła przed śmiercią adresowany do mnie list, który miałam otrzymać po dojściu do pełnoletności. Zostawiła go z jednego wyłącznie powodu. Po to, żebym mogła być zupełnie pewna. Tylko tyle w nim było. Pisała, że ona nie popełniła tego, o co ją oskarżono, że jest niewinna, że zawsze mam być tego pewna.
Herkules Poirot patrzył w zamyśleniu na młodą, pełną życia twarz dziewczyny, która wpatrywała się w niego z takim przejęciem. Wreszcie powiedział powoli:
— Tout de meme ...l
— Nie, moja matka nie była taka — uśmiechnęła się Karla. — Pan myśli, że skłamała, że to było po prostu takie sentymentalne kłamstwo? — Pochyliła się do przodu. — Proszę mnie posłuchać, panie Poirot. Są rzeczy, które dzieci podświadomie doskonale rozumieją. Pamiętam moją matkę. Może to wspomnienie jest trochę zamglone, ale jednak wyraźnie sobie przypominam, jakiego rodzaju była człowiekiem. Nigdy nie kłamała — mam tu na myśli właśnie takie kłamstwa z litości. Wizyta u dentysty czy drzazga w palcu, czy coś podobnego. Prawda była dla niej naturalnym odruchem. Może jej tak bardzo głęboko nie kochałam, ale
1 fr. Jednakże zawsze ślepo jej wierzyłam. I wierzę nadal. Jeżeli mówi, że nie zabiła mego ojca, to znaczy, że nie zabiła. Powtarzam, że to nie była osoba, która by w obliczu śmierci wypisywała jakieś uroczyste kłamstwa.
Poirot wolno, jakby z ociąganiem, pochylił głowę.
Karla mówiła dalej:
— Dlatego też ja mogę spokojnie wyjść za Johna. Wiem, że wszystko jest w porządku. Ale on nie wie. Uważa za rzecz naturalną, że wierzę w niewinność mojej matki. Więc chcę to raz na zawsze wyjaśnić. I pan to musi zrobić!
— Założywszy nawet, że to, co pani mówi, jest prawdą — powiedział powoli Poirot — przecież minęło już szesnaście lat!
— Ach, ja wiem, że to nie będzie łatwa sprawa. Ale tylko pan jeden potrafi tego dokonać.
— Pani mnie bierze pod włos, mademoiselle? — rzekł Poirot, a w oczach jego zabłysły figlarne ogniki.
— Dużo o panu słyszałam — odpowiedziała Karla. — O tym, co pan potrafi zrobić i w jaki sposób. Pan kładzie przede wszystkim nacisk na psychologię, prawda? A ta przecież nie ulega zmianie z biegiem czasu. Rzeczy materialne, oczywiście, już minęły. te niedopałki papierosów, ślady stóp, wydeptana trawa. Tych rzeczy już pan nie znajdzie. Ale może pan zbadać wszystkie fakty, porozmawiać z ludźmi, którzy wtedy tam byli. Wszyscy jeszcze żyją. A wtedy.wtedy, jak to pan powiedział na początku, usiądzie pan sobie w fotelu i zacznie myśleć. I odtworzy pan, co się naprawdę stało.
Herkules Poirot wstał i przygładził wąsy.
— Mademoiselle., jestem głęboko zaszczycony — rzekł. — Postaram się usprawiedliwić zaufanie, którym mnie pani darzy. Zajmę się tą sprawą. Zbadam wypadki, które się rozegrały szesnaście lat temu i wykryję prawdę.
Karla wstała. Oczy jej rozbłysły, zdołała jednak powiedzieć tylko dwa słowa:
— To dobrze.
Herkules Poirot pokiwał wymownie palcem.
— Jeszcze chwileczkę! Powiedziałem, że wykryję prawdę. Ale musi pani wiedzieć, że będę bezstronny. Nie przyjmuję do wiadomości twierdzenia, że pani matka była niewinna. A jeżeli się okaże, że jednak była winna — to co wtedy?
Karla dumnie odrzuciła głowę w tył.
— Jestem jej córką. Chcę znać prawdę!
— Więc en avant1 — rzekł Poirot. — Chociaż właściwie nie to powinienem powiedzieć. Wprost przeciwnie: en arriere...2
Część I
Rozdział pierwszy Obrońca
— Czy sobie przypominam sprawę Crale’ów? — spytał sir Montague Depleach. — Oczywiście. Pamiętam doskonale. Ona, bardzo przystojna kobieta, chociaż, niestety. niezrównoważona. Żadnego opanowania. Ale czemu mnie pan o to pyta? — dodał, zerkając z ukosa na Herkulesa Poirot a.
— Interesuje mnie ta sprawa.
— Nie bardzo to taktowne z pańskiej strony, drogi panie — rzeki Depleach, ukazując zęby w swym słynnym „wilczym uśmiechu”, który robił podobno tak niesłychane wrażenie na świadkach. — Nie należała ona, niestety, do moich sukcesów. Nie udało mi się uzyskać wyroku uniewinniającego.
— Wiem o tym.
Sir Montague wzruszył ramionami.
— Rzecz prosta, nie byłem wtedy takim doświadczonym obrońcą jak dzisiaj — rzekł. — Mimo to sądzę, że zrobiłem wszystko, co leżało w ludzkiej mocy. Ale trudno wiele zrobić, jeżeli się nie czuje współudziału. Tyle osiągnęliśmy, że złagodzono wyrok do dożywotniego więzienia. Mnóstwo szacownych żon i matek złożyło petycję o ułaskawienie. Oskarżona budziła powszechne współczucie.
Rozparł się wygodnie w fotelu i wyciągnął przed siebie długie nogi. Twarz jego przybrała wyraz skupienia i namysłu.
— Gdyby go była zastrzeliła, albo nawet zasztyletowała, byłbym jakoś z tego wybrnął. Ale trucizna? Nie, z trucizną nie można żartować! To rzecz drażliwa, bardzo drażliwa.
— Na czym opierała się obrona? — spytał Herkules Poirot. Znał już sprawę gruntownie z dawnych roczników prasy, które zdążył do tej pory przejrzeć, nie widział jednak nic złego w tym, że zagra wobec sir Montague’a rolę zupełnie nieświadomego.
— Na samobójstwie. Tylko tego można się było chwycić. Ale nie wyszło. Crale nie był typem samobójcy. Czy pan go znal? Nie? Otóż to był taki zawadiaka, gość z temperamentem. Wielki kobieciarz, piwosz i tak dalej. Cenił sobie wszelkie rozkosze doczesne i używał życia na całego. Trudno wmówić sądowi przysięgłych, że tego rodzaju człowiek nagle usiadł i najspokojniej popełnił samobójstwo. To się nie trzymało kupy. Nie! Od początku czułem, że zająłem straconą pozycję. A ona ani krzty mi nie pomogła. Od pierwszej chwili, kiedy zaczęła zeznawać, wiedziałem, że sprawa jest przegrana. Nie próbowała się wcale bronić. Ale z drugiej strony, jeżeli się nie pozwoli klientowi zeznawać, sąd przysięgłych wyciąga z tego faktu nieprzychylne dla niego wnioski.
— Czy pan to właśnie miał na myśli, wspominając przed chwilą o braku współdziałania ze strony pani Crale? — spytał Poirot.
— Tak jest, drogi panie. My, obrońcy nie jesteśmy przecież magikami. Bitwa jest w połowie wygrana albo przegrana zależnie od wrażenia, jakie oskarżony wywrze na przysięgłych. Znam moc wypadków, kiedy przysięgli ogłaszali werdykt wręcz przeciwny podsumowaniu sędziego. „Zrobił to i szkoda gadania” — powiadali. Albo znów: „Nie, ten człowiek nie mógł zrobić czegoś podobnego, nikt nam tego nie wmówi!” A Karolina Crale nawet nie próbowała podejmować jakiejkolwiek walki.
— Jak pan sądzi, dlaczego?
Sir Montague znów wzruszył ramionami.
— Niech mnie pan o to nie pyta. Rzecz oczywista, że kochała tego faceta. Załamała się kompletnie, kiedy oprzytomniała i pojęła, co zrobiła. Myślę, że nie otrząsnęła się już po tym przeżyciu.
— A więc według pańskiej opinii była winna?
Depleach drgnął zaskoczony i odpowiedział:
— Ee. hm. myślałem, że uważamy to obaj za przesądzone.
— Czy kiedykolwiek przyznała się panu do winy?
Pytanie to wyraźnie zgorszyło Depleacha.
— Oczywiście, że nie. Mamy swój kodeks, proszę pana. Zakładamy zawsze, że nasz klient jest niewinny. Ale jeżeli pan tak się interesuje tym procesem, to wielka szkoda, że nie może pan pogadać ze starym Mayhew. To jego firma zleciła mi obronę. Stary Mayhew mógłby panu powiedzieć o wiele więcej. Niestety, rozstał się już z tym światem. Jest, co prawda, młody George Mayhew, ale on w owych czasach był jeszcze młodym chłopcem. To już stare dzieje, proszę pana, stare dzieje!
— Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Ale i tak mam szczęście, że pan tak dużo z tych czasów pamięta. Ma pan doskonałą pamięć.
Uwaga ta pochlebiła Depleachowi.
— Cóż — bąknął — musi się pamiętać główne zarysy, proszę pana. Zwłaszcza, jeżeli w grę wchodzi najwyższy wymiar kary. No, i rzecz prosta, proces pani Crale był szeroko komentowany przez całą prasę. Sprawy miłosne i w ogóle. Dziewczyna zamieszana w tę historię była bardzo oryginalnym typem. Wyrafinowana, twarda sztuka.
— Proszę mi wybaczyć moją zbytnią może natarczywość, ale chciałbym jeszcze raz usłyszeć od pana, że pan nie miał nigdy wątpliwości co do winy Karoliny Crale — spytał Poirot.
Depleach wzruszył ramionami.
— Mówiąc szczerze, jak mężczyzna z mężczyzną — sądzę, że nie można mieć co do tego wątpliwości. Tak, jestem pewien, że była winna.
— A jakie były przeciwko niej konkretne dowody?
— Niesłychanie obciążające. A więc przede wszystkim — pobudki. Państwo Crale od wielu lat żyli ze sobą jak pies z kotem. Nieustanne kłótnie i awantury. Crale wiecznie miał jakieś miłostki. Taki już był. Ona, na ogół biorąc, nieźle to znosiła. Wiele mu wybaczała, kładąc te wybryki na karb jego artystycznego temperamentu. A trzeba przyznać, że był z niego naprawdę pierwszorzędny malarz. Jego obrazy wzrosły potem niesłychanie w cenie. Osobiście nie przepadam za tym rodzajem malarstwa — wszystko brzydkie, brutalne, ale dobre, niewątpliwie dobre. No więc, jak już mówiłem, były tam od czasu do czasu nieporozumienia na tle kobiet. Pani Crale nie należała do tych żon, co to cierpią i milczą. W rezultacie stałe kłótnie i awantury. W końcu jednak zawsze do niej wracał, a wszystkie miłostki, prędzej czy później, mijały. Ale ta ostatnia historia była trochę innego rodzaju, widzi pan. Chodziło o młodą dziewczynę, zaledwie dwudziestoletnią. Nazywała się Elza Greer i była jedyną córką jakiegoś bogatego przedsiębiorcy z Yorkshire. Posiadała znaczny majątek i była osóbką bardzo zdecydowaną. Wiedziała, czego chce. A chciała Amyasa Crale’a. Namówiła go, żeby malował jej portret, chociaż z zasady nie był portrecistą i nie robił takich banalnych portretów pań z towarzystwa, zatytułowanych: „Pani Iks Ypsylon w różowej sukni i perłach”, ale malował akty. Wątpię, czy kobiety chętnie mu pozowały, bo ich nie oszczędzał. Zdecydował się jednak namalować portret panny Greer i skończyło się na tym, że zakochał się po uszy. Miał już wtedy pod czterdziestkę i był od dawna żonaty. Dojrzał więc całkowicie do tego, żeby zgłupieć dla jakiejś smarkuli. Była nią właśnie Elza Greer. Szalał za nią i postanowił uzyskać rozwód i ożenić się z Elzą. Ale Karolina nie miała zamiaru dać mu rozwodu. Groziła mu zemstą. Dwie osoby słyszały, jak mu groziła, że jeżeli nie zerwie z tą dziewczyną, to go zabije. A mówiła to nie na żarty! W przeddzień katastrofy byli na herbacie u sąsiada, pana Blake’a. Pan Blake zabawiał się zbieraniem ziół i fabrykowaniem domowych leków. Między jego różnymi naparami ziołowymi była także cykuta, wyciąg z szaleju. Przy herbacie rozmawiano o tej roślinie i jej trujących właściwościach.
Nazajutrz Blake zauważył, że z jego butelki z cykutą ubyła prawie połowa. Przeraził się oczywiście. Butelkę z resztkami cykuty znaleziono później w pokoju pani Crale, ukrytą na dnie szuflady.
Herkules Poirot poruszył się niespokojnie.
— Mógł ją tam podrzucić ktoś inny.
— Och! Przyznała się policji, że to ona ukradła truciznę. Bardzo nierozsądnie, rzecz prosta, ale wtedy nie miała jeszcze adwokata, który by nią pokierował. Kiedy ją zapytano, szczerze przyznała, że to ona zabrała truciznę.
— W jakim celu?
— Twierdziła, że chciała odebrać sobie życie. Nie potrafiła wytłumaczyć, jak to się stało, że butelka była prawie pusta i dlaczego nie wykryto na niej żadnych innych odcisków palców, prócz jej własnych. To był dowód bardzo obciążający. Dopuszczała fakt, że Amyas Crale popełnił samobójstwo. Ale gdyby był zażył cykuty z butelki ukrytej w jej pokoju, to przecież byłyby na niej także odciski i jego palców.
— Słyszałem, że truciznę podano mu w piwie?
— Tak jest. Pani Crale sama wyjęła butelkę z lodówki i zaniosła ją własnoręcznie do ogrodu, gdzie Amyas malował. Nalała piwa do szklanki i przyglądała się, jak pił. Wszyscy poszli potem na lunch, zostawiając go samego w ogrodzie. Crale często nie przychodził na posiłki, kiedy był zajęty pracą. Potem pani Crale i guwernantka znalazły go w ogrodzie. Już nie żył. Według jej opowiadania, w piwie, które mu nalała, nie było nic szkodliwego. Naszą teorią natomiast było, że Crale poczuł nagle tak głębokie wyrzuty sumienia, że sam wlał sobie truciznę. Wszystko, oczywiście, dyrdymałki. On nie był tego rodzaju typem, a odciski palców zupełnie ją pogrążyły.
— Czy znaleziono na butelce odciski jej palców?
— Nie, nie znaleziono. Znaleziono jedynie jego odciski, które zresztą były sfabrykowane. Trzeba bowiem panu wiedzieć, że guwernantka poszła wezwać doktora, a pani Crale tymczasem została przy zwłokach. I wtedy właśnie musiała zetrzeć odciski swoich palców z butelki i szklanki i przycisnąć w to miejsce jego palce. Udawała, widzi pan, że nie miała nawet w ręku butelki z piwem. No, ale to się na nic nie zdało. Stary prokurator Rudolph miał z tym niezłą zabawę. Przeprowadził na sali sądowej doświadczenie dowodzące niezbicie, że nikt nie byłby w stanie trzymać butelki w tej pozycji! Rzecz prosta, że usiłowaliśmy dowieść za wszelką cenę, że to możliwe, że w chwili agonii ręce Crale’a mogły się w ten sposób wykręcić. Ale mówiąc szczerze, nasze argumenty były niezbyt przekonujące.
— Widocznie cykutę wlano do piwa, zanim pani Crale zaniosła butelkę do ogrodu — zauważył Poirot.
— W butelce nie było śladów trucizny. Jedynie w szklance.
Depleach umilkł. Jego szeroka, przystojna twarz zmieniła się nagle. Gwałtownym ruchem odwrócił się do Poirota i spytał:
— Hola, panie Poirot! Do czego pan zmierza?
— Jeżeli Karolina Crale była niewinna, to w jaki sposób cykuta dostała się do piwa? Obrona twierdziła w swoim czasie, że Amyas Crale sam ją tam wlał, ale pan powiada, że to w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, z czym się, nawiasem mówiąc, zgadzam. Crale nie był typem samobójcy. Jeżeli zatem Karolina Crale tego nie zrobiła, musiał to zrobić kto inny.
— Tam do licha, człowieku! — wyjąkał Depleach, zacinając się niemal z przejęcia. — Niechże pan da spokój nieboszczykom! Toć to już sprawa miniona i pogrzebana od tylu lat! Oczywiście, że Karolina była winna. Gdyby pan ją wtedy widział, sam byłby pan o tym najgłębiej przekonany. Było to wprost wypisane na jej twarzy. Powiedziałbym nawet, że wyrok sprawił jej ulgę. Nie bała się wcale. Ani cienia nerwowości. Pragnęła tylko, żeby proces jak najprędzej się skończył. Bardzo dzielna kobieta, doprawdy!
— A jednak — zauważył Poirot — przed śmiercią zostawiła list, który miał być wręczony córce z chwilą, gdy skończy dwadzieścia jeden lat. W liście tym przysięga, że była niewinna.
— Ba! Nic w tym nie ma dziwnego — odrzekł sir Montague Depleach. — Pan czy ja na jej miejscu zrobilibyśmy to samo.
— Jej córka twierdzi, że Karolina nie była tego typu kobietą!
— Córka twierdzi! Phi! A cóż ona może o tym wiedzieć? Mój drogi panie Poirot, w okresie procesu córka była małym dzieckiem. Ileż ona mogła mieć? Cztery, pięć lat? Zmieniono jej nazwisko i wysłano z Anglii do jakichś krewnych. Cóż może z tego pamiętać?
— Dzieci wykazują czasem doskonalą znajomość ludzi — zauważył Poirot.
— Bardzo być może. Ale nie wiadomo, czy tak właśnie jest w naszym wypadku. Córka chce oczywiście wierzyć, że jej matka była niewinna. Niech więc dalej wierzy! Cóż to komu szkodzi?
— Ale, niestety, ona żąda dowodów.
— Dowodów, że Karolina Crale nie zabiła swego męża?
— Tak jest.
— No, więc ich nie zdobędzie — oświadczył Depleach.
— Tak pan sądzi?
Znakomity adwokat spojrzał z namysłem na rozmówcę.
— Panie Poirot, zawsze uważałem pana za uczciwego człowieka — rzekł. — Ale co pan właściwie robi? Stara się pan zarobić pieniądze, grając na uczuciach jakiejś dziewczyny?
— Nie zna pan tej dziewczyny. Jest niezwykła. Odznacza się niespotykaną siłą charakteru.
— Tak, mogę sobie wyobrazić, że córka Amyasa i Karoliny Crale’ów może być silna. Ale o co jej chodzi?
— Chce znać prawdę.
— Hm. Obawiam się, że ta prawda będzie dla niej ciężko strawna. Doprawdy, kochany Poirot, sądzę, że tu nie może być wątpliwości. Pani Crale zabiła swego męża.
— Daruje mi pan, drogi przyjacielu, ale muszę się osobiście o tym upewnić.
— Nie mam pojęcia, co więcej może pan zrobić. Niech pan sobie przeczyta sprawozdania prasowe z procesu. Humphrey Rudolph występował jako oskarżyciel publiczny. Już nie żyje. Zaraz, zaraz! Kto był jego zastępcą? Aha, młody Fogg, zdaje mi się. Tak, Fogg. Może pan z nim pogadać. A poza tym żyją jeszcze ludzie, którzy byli świadkami całej historii. Wątpię jednak, czy będą zachwyceni, że odgrzebuje pan te dawne sprawy. Ale chyba uda się panu coś niecoś z nich wydobyć. Pan potrafi owinąć każdego wokół palca.
— Ach tak. Osoby w to zamieszane. To bardzo ważne. Pamięta pan może, kto to był?
Depleach zastanowił się.
— Chwileczkę. To już kawał czasu. Prawdę powiedziawszy, wchodziłoby tu w grę tylko pięć osób, oczywiście, nie licząc służby, dwojga oddanych staruszków. Byli piekielnie wystraszeni i nie wiedzieli o niczym. Nie sposób ich podejrzewać.
— Więc pięć osób. Proszę mi coś o nich opowiedzieć.
— Cóż, przede wszystkim Filip Blake. Był najlepszym przyjacielem Crale’a i znał go chyba od dziecka. Podczas tragedii bawił w ich domu. Ten żyje. Spotykam go nawet na golfie od czasu do czasu. Mieszka w St. Georges Hill. Makler giełdowy. Gra na giełdzie z dużym szczęściem. Ostatnio może za bardzo przytył.
— Doskonale. Następny?
— Poza tym był jeszcze starszy brat Blake’a. Obywatel ziemski, wielki domator.
Coś zaświtało w mózgu Poirota. Usiłował stłumić ten sygnał, nie powinien przecież stale myśleć o dziecinnych wierszykach. W ostatnich latach stawało się to już wprost obsesją. A jednak dzwoneczek nie przestawał dzwonić: Jedna Świnka na targ biegała, druga świnka w domu siedziała...
— Siedział dużo w domu, tak? — mruknął.
— Właśnie o nim panu opowiedziałem. Miał bzika na punkcie ziół i różnych traw leczniczych. Taki amator-zielarz. To jego mania. Zaraz, zaraz, jak to on się nazywał? Takie jakieś imię z literatury. O, już wiem! Meredith. Meredith Blake. Nie mam pojęcia, czy jeszcze
żyje.
— Kto jeszcze?
— Jeszcze? No, cóż? Przyczyna całej katastrofy. Ta dziewczyna, Elza Greer.
— Trzecia świnka mięsko zajadała — szepnął Poirot.
Depleach spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— O, niewątpliwie! Bestyjka była dość żarłoczna, to znaczy sprytna i bezwzględna. Od tego czasu zdążyła już mieć trzech mężów. Jest stałą klientką sądu do spraw rozwodowych. Nic sobie z tego nie robi. W dodatku każda zmiana jest zmianą na lepsze. Nazywa się teraz lady Dittisham. Proszę wziąć do ręki pierwszy lepszy numer „Tatlera”, a z pewnością ją pan tam znajdzie.
— A pozostałe dwie osoby?
— Jeszcze była guwernantka. Nie pamiętam, niestety, jak się nazywała. Miła kompetentna osoba. Thompson czy Jones, coś w tym rodzaju. No i wreszcie dziewczynka, przyrodnia siostra Karoliny Crale. Mogła mieć wtedy najwyżej piętnaście lat. Cieszy się teraz pewnym rozgłosem. Wykopuje różne rzeczy z ziemi i bada prehistorię! Nazywa się Warren. Angela Warren. Dzisiaj to dość groźna młoda osoba. Spotkałem ją gdzieś ostatnio.
— A więc to nie ta mała świnka, co kwiczała: kwil kwil kwil
Sir Montague Depleach spojrzał na Poirota nieco podejrzliwie. Po chwili powiedział oschle:
— Miała w życiu powody, żeby kwiczeć: kwil kwil Jest zeszpecona, uważa pan. Ma głęboką bliznę przez cały policzek. Bo. ale pan sam się pewno o wszystkim dowie.
Poirot wstał.
— Bardzo panu dziękuję, był pan doprawdy bardzo dla mnie uprzejmy. Jeżeli pani Crale nie zamordowała swego męża.
Depleach przerwał mu:
— Ależ zamordowała, drogi panie, zamordowała! Niech mi pan wierzy.
Poirot jednak mówił dalej, nie zwracając uwagi na słowa mecenasa.
— .to, biorąc logicznie, zbrodni musiała dokonać jedna z tych pięciu osób.
— Przypuszczam, że któraś z nich mogła jej dokonać — rzekł z powątpiewaniem Depleach — ale nie widzę żadnego powodu, dla którego miałaby tę zbrodnię popełnić. Absolutnie żadnego powodu! Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że żadna z nich tego nie zrobiła. I niech pan to sobie wybije z głowy, drogi panie.
Ale Herkules Poirot tylko uśmiechnął się i potrząsnął głową.
Rozdział drugi Prokurator
— Winna bez wątpienia! — stwierdził krótko pan Fogg.
Herkules Poirot patrzył w zamyśleniu na gładko wygoloną, szczupłą twarz prawnika.
Quentin Fogg, prokurator JKM, był typem całkowicie odmiennym od sir Montague’a Depleacha. Depleach posiadał jakąś moc, magnetyzm. Miał sugestywną, despotyczną nieco indywidualność. Zawdzięczał swoje sukcesy szybkiej i dramatycznej zmianie taktyki. Przystojny, uroczy światowiec potrafił w jednej chwili przedzierzgnąć się w wilkołaka, odsłaniającego zęby w szyderczym uśmiechu, czyhającego na zgubę przeciwnika.
Quentin Fogg był szczupły, blady, całkowicie pozbawiony tak zwanej indywidualności. Zadawał pytania spokojnie i beznamiętnie, za to jednak niezmordowanie. Jeżeli Depleacha można by porównać do rapieru, to Fogg był świdrem. Wiercił wytrwale i uporczywie. Nie osiągnął nigdy wielkiej sławy, ale był pierwszorzędnym prawnikiem. Zazwyczaj wygrywał swoje sprawy.
Herkules Poirot przyglądał mu się zamyślony.
— A więc takie pan odniósł wrażenie? — spytał po chwili.
Fogg. skinął stanowczo głową.
— Trzeba ją było widzieć na lawie oskarżonych — rzekł. — Stary Humphie Rudolph (bo to on oskarżał) po prostu starł ją na miazgę, mówię panu!
Milczał chwilę, a potem dodał nieoczekiwanie:
— Mówiąc prawdę, to trafiła mu się gratka!
— Nie jestem pewien, czy pana zrozumiałem. — rzekł Poirot.
Fogg ściągnął delikatnie zarysowane brwi, pogładził wysmukłymi palcami wygoloną górną wargę.
— Jakby to wyrazić? — powiedział. — To takie bardzo angielskie powiedzonko. Może najlepiej określiłbym to jako „pogrążanie tonącego”. Czy pan rozumie, co mam na myśli?
— Istotnie, jak pan powiedział, to bardzo angielskie powiedzonko, ale chyba pana rozumiem. Bo zwykle, czy to w Centralnym Sądzie Karnym, czy na boiskach w Eton, czy wreszcie na terenach łowieckich, Anglik lubi dawać swej przyszłej ofierze tak zwane sportowe szanse.
— O to właśnie chodzi! Otóż w tym wypadku oskarżona nie miała żadnych szans. Humphie Rudolph robił z nią, co chciał. Przewód rozpoczął się od przesłuchania oskarżonej przez obrońcę, Depleacha. Zachowywała się w czasie tego przesłuchania grzecznie jak młoda panienka na oficjalnej wizycie. Odpowiadała na pytania Depleacha, jakby wyuczyła się ich na pamięć. Sformułowane doskonale, wypowiedziane bezbłędnie, ale absolutnie nieprzekonujące. Nauczono ją, co ma mówić, i posłusznie to powtarzała. Depleach nic temu nie był winien. Stary szarlatan grał swą rolę znakomicie, ale — jak w każdym dialogu, wymagającym udziału dwóch aktorów — sam nie mógł dać rady. Bo ona nie starała się wcale grać. Cała ta scena wywarła na ławie przysięgłych jak najgorsze wrażenie. No, a potem wstał stary Humphie!. Widział go pan chyba? Jego śmierć to wielka strata. Uniósł nieco togę, zakołysał się w tył i w przód i uderzył! Podchodził ją to z tej, to z tamtej strony i za każdym razem wpadała w pułapkę. Zmusił ją do tego, żeby uznała swoje poprzednie zeznania za niedorzeczne, żeby przeczyła sama sobie. Brnęła coraz głębiej i głębiej. Wreszcie zakończył, jak to on zwykle. Powiedział z wielkim przekonaniem, bardzo sugestywnie: „Pani Crale, twierdzę, że całe pani opowiadanie o skradzeniu cykuty w celu samobójczym to wierutne kłamstwo. Wzięła ją pani po to, żeby otruć męża, który zamierzał panią porzucić dla innej, i tę truciznę podała pani mężowi świadomie i rozmyślnie”. A ona spojrzała tylko na niego. Taka śliczna kobieta, subtelna, pełna wdzięku, i powiedziała: „Och, nie, nie, nie zrobiłam tego”. Trudno było o coś banalniejszego, mniej przekonującego. Widziałem, że Depleach wierci się niespokojnie na krześle. Wiedział już, że sprawa jest przegrana.
Fogg urwał, a potem mówił dalej:
— A jednak. Czy ja wiem? Może to było najmądrzejsze, co mogła zrobić. Zaapelowała do rycerskości, do tej rycerskości tak ściśle związanej z okrutnymi sportami, z powodu których większość cudzoziemców uważa nas, Anglików, za takich hipokrytów. Cała ława przysięgłych, cały sąd, wszyscy czuli, że ta kobieta nie ma najmniejszej szansy. Nie potrafiła nawet walczyć o własne życie. A już na pewno nie potrafiła stawić czoło takiemu staremu wydze jak Humphie. To słabe, nieprzekonujące: „och, nie, nie, nie zrobiłam tego” było wzruszające, po prostu wzruszające. Bo przecież była zgubiona. Tak, pod pewnym względem to było jeszcze najlepsze, co mogła zrobić. Narada przysięgłych nie trwała dłużej niż pól godziny, a wyrok brzmiał: „Winna, z zaleceniem łaski”.
— Poza tym pani Crale wygrywała przez kontrast z tą drugą kobietą, z Elzą Greer. Przysięgli od pierwszej chwili niechętnie się do niej ustosunkowali. Ale ona nic sobie z tego nie robiła. Niezwykle przystojna, nowoczesna, bezwzględna. Wszystkie kobiety obecne na sali widziały w niej typową niszczycielkę ogniska domowego. Dopóki tego rodzaju dziewczęta włóczą się po świecie, żadna rodzina nie jest bezpieczna. Dziewczyny z diabelskim seksapilem, a przy tym zupełnie amoralne. Żadnych względów na prawa żon i matek. Muszę jeszcze przyznać, że wcale siebie nie oszczędzała. Była szczera, zdumiewająco szczera. Zakochała się w Amyasie Crale’u, a on w niej, i bez cienia skrupułów usiłowała go odebrać prawowitej małżonce. Podziwiałem ją do pewnego stopnia. Dziewczyna miała odwagę. Podczas przesłuchiwania jej Depleach zastosował kilka ostrych chwytów, ale zniosła wszystko bez zmrużenia oka. Miała przeciw sobie całą salę, nie wyłączając sędziego. Pamiętam, że to był stary Avis. Ma niemało grzechów na sumieniu, ale kiedy zasiada jako przewodniczący sądu i wkłada urzędową togę, staje się zaciekłym obrońcą moralności. Jego podsumowanie przewodu w procesie przeciwko Karolinie Crale było pełne wyrozumiałości. Rzecz jasna, nie mógł zmienić faktów, podkreślił jednak z dużym naciskiem moment prowokacji i tym podobne okoliczności łagodzące.
— A czy nie poparł teorii samobójstwa, którą wysunęła obrona? — spytał Poirot.
Fogg potrząsnął głową.
— Ta teoria nie miała najmniejszych podstaw. Nie chcę uchybić Depleachowi, robił, co mógł. Był doprawdy wspaniały! Naszkicował wzruszający portret człowieka o bujnym temperamencie, wielkim sercu, opętanego gwałtowną namiętnością do młodej dziewczyny, dręczonego wyrzutami sumienia, ale niezdolnego do oporu. Potem opamiętanie, wstręt do samego siebie, skrucha w stosunku do żony i dziecka i wreszcie nagła decyzja, żeby z tym wszystkim skończyć. Honorowe wyjście. Mówię panu, to było wspaniałe przemówienie! Słowa Depleacha wyciskały łzy z oczu. Widziało się wprost tego biedaka, targanego namiętnością, w gruncie rzeczy uczciwego i porządnego człowieka. Efekt był wstrząsający. Ale kiedy przemówienie się skończyło, cały czar prysł. Trudno było połączyć w wyobraźni tę mityczną postać z prawdziwym Amyasem Crale’em. Wszyscy zbyt dobrze go znali. To nie był człowiek tego typu. Depleach zresztą nie mógł przytoczyć na poparcie swych słów żadnych dowodów. Ja, na przykład, osobiście uważałem Crale’a za człowieka niemal zupełnie pozbawionego sumienia. To był bezwzględny, samolubny, niefrasobliwy egoista. Jeżeli miał jakąś moralność, to tylko w sztuce. Jestem pewien, że nie namalowałby nigdy niechlujnego, marnego kiczu bez względu na to, jaka mogłaby być pobudka. Ale poza tym był stuprocentowym mężczyzną, kochającym życie. Samobójstwo? O, nie!
— Może więc to nie był najszczęśliwszy pomysł obrony?
Fogg wzruszył sceptycznie ramionami.
— A cóż innego można było wymyślić? Trudno przecież siedzieć z założonymi rękami i oświadczyć z góry, że sprawa jest przesądzona i prokurator ma tylko udowodnić winę oskarżonej. Zbyt wiele było dowodów. Sama się przyznała do tego, że to ona wzięła truciznę. Więc mieliśmy środki, pobudki i okazję, słowem — wszystko.
— A czy nikt nie próbował dowieść, że to wszystko było sztucznie spreparowane?
— Ależ ona prawie do wszystkiego się przyznała! A poza tym to było zbyt nieprawdopodobne. Jeżeli dobrze rozumiem, ma pan na myśli, że to ktoś inny otruł Crale’a i zaaranżował wszystko tak, że podejrzenia padły na żonę?
— A pan wyłącza tę możliwość?
— Chyba tak — odpowiedział wolno Fogg. — Zakłada pan istnienie jakiegoś tajemniczego X. Ale gdzie mamy go szukać?
— Oczywiście, że w kole najbliższych — odpowiedział Poirot. — Mogło w tym brać udział tylko pięć osób, prawda?
— Pięć?. Zaraz, zastanówmy się! Stary niedołęga ze swoimi preparatami ziołowymi. Niebezpieczne zamiłowania, ale on sam był bardzo miły. Ogromnie roztargniony. Nie widzę go jako Iksa! Potem ta dziewczyna, ale ta wyprawiłaby chętnie na tamten świat raczej Karolinę, ale nigdy Amyasa. Potem ten makler giełdowy — najlepszy przyjaciel Crale’a. Takie rzeczy zdarzają się w powieściach kryminalnych, ale nie w życiu. Nie bardzo w to wierzę. A poza tym już chyba nikt? Ach, tak! Jeszcze ta dziewczynka, przyrodnia siostra Karoliny. Jej jednak nie można brać w rachubę. Mielibyśmy więc czworo.
— Zapomniał pan o guwernantce — podsunął Poirot.
— Ach, tak, rzeczywiście zapomniałem o guwernantce! Guwernantki to biedne stworzenia, zawsze się o nich zapomina. Chociaż muszę powiedzieć, że tę właśnie przypominam sobie trochę. Kobieta w średnim wieku, nieładna, doskonale znająca swój fach. Być może jakiś psychiatra wysunąłby tezę, że żywiła grzeszną namiętność do Crale’a i dlatego go zamordowała. Niewyżyta stara panna! Ale to na nic, po prostu w to nie wierzę. O ile pamiętam, wcale nie była typem patologicznym.
— Od tego czasu upłynęło już wiele wody.
— Tak, zdaje się, że piętnaście czy szesnaście lat. Trudno wymagać ścisłości od mojej pamięci.
— Ależ wprost przeciwnie, pan doskonale wszystko pamięta — zapewnił Poirot. — Przyznam, że mnie to zdumiewa. Bo pan to wszystko widzi, prawda? Opowiada pan tak, jak gdyby miał cały obraz przed oczami.
— Tak, ma pan rację — rzekł powoli Fogg. — Widzę to wszystko przed sobą zupełnie wyraźnie.
— Chciałbym, drogi przyjacielu, żeby pan sobie uprzytomnił, dlaczego pan widzi to wszystko tak wyraźnie.
— Dlaczego? — Fogg zastanowił się nad tym pytaniem. Jego wrażliwa inteligentna twarz ożywiła się. — Tak, rzeczywiście. Dlaczego tak to pamiętam?
— Kto stoi panu tak żywo przed oczami? — spytał Poirot. — Świadkowie? Obrońca? A może przewodniczący sądu? Oskarżona przed trybunałem?
— Tak, właśnie ją widzę tak wyraźnie — odpowiedział cicho Fogg. — Trafił pan w sedno. Będę ją zawsze widział. Dziwna rzecz ten romantyzm. Bo ona miała w sobie coś romantycznego. Nie wiem nawet, czy była piękna w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie była już bardzo młoda, wyglądała na bardzo zmęczoną, miała podkrążone oczy. Ale cały dramat, całe zainteresowanie skupiło się wokół jej postaci. A przecież była na sali obecna jakby tylko połowicznie. Odchodziła gdzieś daleko, daleko. Tu zostawało tylko jej ciało: spokojne, skupione, z lekkim, uprzejmym uśmiechem na ustach. Była cała jak gdyby w półtonach, pan rozumie — światła i cienie. A mimo to miała w sobie więcej życia od tamtej drugiej, od tej dziewczyny o wspaniałej figurze i pięknej twarzy, obdarzonej brutalną młodą siłą. Podziwiałem Elzę Greer za jej odwagę, za to, że tak dzielnie walczyła, że potrafiła stawić czoło swym dręczycielom i nie załamała się ani na chwilę. Ale Karolinę Crale podziwiałem za co innego. Za to, że nie walczyła, że usunęła się w swój własny świat cieni i świateł. Nie doznała porażki, bo nie brała wcale udziału w walce.
Fogg milczał przez jakiś czas.
— Jednego jestem pewien — rzeki wreszcie. — Ona kochała człowieka, którego zabiła. Kochała go tak bardzo, że połowa jej istoty umarła razem z nim.
Prokurator JKM Fogg przerwał i przetarł chusteczką okulary.
— Mój Boże! — westchnął. — Zdaje mi się, że mówię dziwne rzeczy! Byłem w owym czasie bardzo młodziutkim, ambitnym chłopcem. Takie historie wywierają wówczas wrażenie. Mimo to dzisiaj jeszcze twierdzę, że Karolina Crale była niezwykłą kobietą. Nigdy jej nie zapomnę. Nie, nigdy jej nie zapomnę.
Rozdział trzeci Młody adwokat
George Mayhew był w rozmowie ostrożny i pełen rezerwy.
Owszem, przypomina sobie proces, ale bardzo niewyraźnie. Sprawę prowadził jego ojciec
— on sam miał wówczas zaledwie dziewiętnaście lat. Tak jest, proces narobił wiele hałasu, bo Crale był bardzo znaną osobistością. Jego obrazy były znakomite, rzeczywiście, znakomite. Dwa z nich są obecnie w Tate Gallery. Chociaż to niczego nie dowodzi.
Pan Poirot zechce mu darować, ale doprawdy nie rozumie, czemu pan Poirot interesuje się tą sprawą. Ach, tak, córka! Rzeczywiście? Naprawdę? W Kanadzie? Zawsze mu się zdawało, że wysłano ją do Nowej Zelandii.
George Mayhew rozkrochmalił się trochę.
Tak, to niełatwa rzecz dla młodej panny, najgłębiej jej współczuję. Byłoby niewątpliwie lepiej, gdyby nigdy nie dowiedziała się prawdy. Ale nie czas na żale, skoro już się tak stało. Córka chce znać prawdę? Ale cóż tu jest jeszcze do zbadania? Są przecież sprawozdania z procesu, on osobiście niewiele może do nich dodać.
Nie, co do winy pani Crale nie ma chyba wątpliwości, choć było sporo okoliczności łagodzących. Ci artyści to ludzie trudni w pożyciu. O ile mu wiadomo, Crale zawsze miał jakieś romanse, nie z tą, to z inną.
Pani Crale była przypuszczalnie zaborcza i ambitna, nie mogła się z tym wszystkim pogodzić. W dzisiejszych czasach by się po prostu z nim rozwiodła i zapomniała o wszystkim. W końcu dodał ostrożnie:
— Zaraz. hm. Zdaje mi się, że obecna lady Dittisham była wówczas tą trzecią?
Poirot odpowiedział, że o ile mu wiadomo, chodziło rzeczywiście o nią.
— Gazety wywlekają od czasu do czasu tę sprawę — rzekł Mayhew. — Lady Dittisham rozwodziła się kilkakrotnie. Wie pan zapewne, że to bardzo bogata dama. Zanim wyszła za mąż za Dittishama, była żoną pewnego słynnego podróżnika. Jest wciąż mniej lub więcej na widoku publicznym. Przypuszczam, że lubuje się w rozgłosie.
— A może tylko ma słabość do ludzi sławnych?
Myśl ta zaskoczyła widocznie pana Mayhewa; przyjął ją z niejakim powątpiewaniem.
— Hm. być może. Tak, sądzę, że to możliwe. Zdawało się, że rozważa starannie tę hipotezę.
— Czy pańska firma przez długi czas zajmowała się sprawami majątkowymi pani Crale?
— spytał Poirot. George Mayhew potrząsnął przecząco głową.
— Nie. Reprezentowała je firma Jonathan & Jonathan. Ale w owych zupełnie wyjątkowych okolicznościach pan Jonathan uważał, że nie może występować jako doradca pani Crale, i prosił nas — to jest mojego ojca — żeby przejął sprawę. Powinien pan odwiedzić starego pana Jonathana. Usunął się wprawdzie z czynnego życia — ma ponad siedemdziesiąt lat — ale doskonale znal rodzinę Crale’ów od kilku pokoleń i będzie mógł panu powiedzieć znacznie więcej ode mnie. Bo ja w gruncie rzeczy nie mogę panu powiedzieć prawie nic. Byłem wtedy jeszcze chłopcem i w owym czasie bodajże nie widziałem jeszcze nigdy sali sądowej.
Poirot wstał, a George Mayhew, również wstając, dodał:
— Być może chciałby pan porozmawiać z naszym najstarszym pracownikiem, Edmundsem. Pracował już wtedy w naszej firmie i bardzo się całą sprawą interesował.
Edmunds cedził powoli słowa, w oczach jego błyskała prawnicza ostrożność. Dopiero po pewnym czasie Poirot nakłonił go do rozmowy.
— Hm. owszem, pamiętam proces pani Crale — a potem dodał surowym tonem: to była haniebna sprawa! Badał przez chwilę wzrokiem Herkulesa Poirota.
— Ale to już za dawne dzieje, aby się na nowo w nich grzebać — rzeki wreszcie.
— Wyrok sądowy nie zawsze jest ostatecznym zakończeniem.
Edmunds wolno skinął kwadratową głową.
— Tak, co to, to racja.
— Pani Crale pozostawiła córkę — ciągnął dalej Poirot.
— Aha, tak. Pamiętam, że była córka. Zdaje się, że wysłano ją do krewnych za granicę, prawda?
— Córka jest głęboko przekonana, że jej matka była niewinna.
— To tak się rzeczy mają? — zauważył Edmunds, podnosząc krzaczaste brwi.
— Czy mógłby pan przytoczyć jakieś fakty, które by usprawiedliwiały to jej przekonanie? — zapytał Poirot.
Edmunds zastanowił się, po czym potrząsnął głową.
— Uczciwie mówiąc: nie. Podziwiałem panią Crale. Nie wiem, co robiła, ale to była dama! W przeciwieństwie do tej drugiej. Tamta to dziwka! Nic więcej. Bezczelna prostaczka! I nie umiała tego ukryć! Ale pani Crale to była osoba na poziomie.
— A jednak morderczyni?
Edmunds zmarszczył się, a po chwili powiedział tonem znacznie żywszym niż dotychczas:
— Nad tym właśnie codziennie się zastanawiałem. Siedziała na ławie oskarżonych taka spokojna i łagodna. „Nigdy nie uwierzę w jej winę” — powtarzałem sobie w duchu. Ale z drugiej strony, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli, trudno też było znaleźć inne wytłumaczenie. Ta cykuta nie mogła przecież dostać się przypadkiem do piwa, ktoś ją musiał tam wlać. A jeżeli nie pani Crale, to kto?
— Tak — odpowiedział Poirot — kto? Oto jest pytanie!
Starcze, przenikliwe oczy znowu spojrzały na niego badawczo.
— Więc taką ma pan hipotezę?
— A co pan sam o tym myśli?
Minęło kilka chwil, nim usłyszał odpowiedź Edmundsa:
— Nic wtedy na to nie wskazywało, absolutnie nic.
— Czy byt pan na sali podczas procesu? — zapytał Poirot.
— Codziennie.
— I słyszał pan zeznania świadków?
— Tak jest.
— Może pana coś uderzyło w ich zeznaniach? Coś nienaturalnego? Jakaś nieszczerość?
— Pyta pan, czy ktoś z nich kłamał? — spytał Edmunds bez ogródek. — Czy komuś z nich zależało na tym, żeby panią Crale skazano na śmierć? Bardzo pana przepraszam, ale to melodramatyczny pomysł.
— Ale może jednak zechce się pan nad tym chwilę zastanowić — nalegał Poirot, wpatrując się intensywnie w przenikliwe, przymrużone oczy i skupioną twarz starego urzędnika. Edmunds potrząsnął ze smutkiem głową.
— Ta panna Greer — rzekł — była rzeczywiście bardzo rozgoryczona i żądna zemsty. Powiedziałbym, że w pewnych swych zeznaniach przebrała miarkę. Ale chodziło jej przecież o żywego Crale’a, nic jej było po umarłym. Owszem, na pewno chciała, żeby powieszono panią Crale, ale tylko dlatego, że śmierć sprzątnęła jej sprzed nosa upragnionego mężczyznę. Przypominała rozjuszoną tygrysicę. Ale, jak powiadam, chodziło jej o żywego Crale’a. Pan Filip Blake także był przeciw pani Crale — był do niej bardzo uprzedzony i zeznając mówił o niej wszystko, co mógł najgorszego. Ale muszę go bronić i rozumiem, że jako najlepszy przyjaciel Crale’a musiał mieć takie, a nie inne nastawienie. Jego brat, Meredith Blake. bardzo słaby świadek. Niepewny, wahający się. Miało się wrażenie, że nie wie, co ma odpowiedzieć. Widziałem już w sądzie wielu takich świadków. Wygląda na to, że kłamią, chociaż mówią w gruncie rzeczy szczerą prawdę. Meredith Blake nie chciał powiedzieć nic ponad to, co musiał. Toteż prokurator używał na nim, jak mógł. Meredith Blake należał do ludzi, których łatwo speszyć. Bo na przykład ta guwernantka spisywała się doskonale. Nie traciła słów po próżnicy i na wszystko odpowiadała zwięźle i jasno. Słuchając jej, trudno się było zorientować, po czyjej jest stronie. Miała głowę na karku. Energiczna kobieta!
Umilkł na chwilę, a potem dodał:
— Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w gruncie rzeczy wiedziała o tej sprawie znacznie więcej, niż zeznała!
— Ja bym też się nie zdziwił — potaknął Herkules Poirot.
Spojrzał bystro na pomarszczoną, mądrą twarz Alfreda Edmundsa. Była zupełnie spokojna i obojętna, ale Herkules Poirot zaczął się zastanawiać, czy słowa starego urzędnika nie zawierały jakiejś ukrytej wskazówki.
Rozdział czwarty Stary prawnik
Pan Kaleb Jonathan mieszkał w Essex. Po kurtuazyjnej wymianie listów pan Poirot otrzymał zaproszenie utrzymane w tonie niemal królewskim, aby przyjechał go odwiedzić i zechciał zanocować. Stary dżentelmen byt najwidoczniej osobistością o zdecydowanym charakterze. Po nudnawym, mdłym młodym Mayhew, pan Jonathan robił wrażenie kielicha wina z własnego rocznika.
Miał indywidualny sposób traktowania tematu i było już dobrze po północy, gdy siedzieli, pociągając stary wonny koniak i pan Jonathan wreszcie się rozkrochmalił. Ocenił należycie kurtuazję pana Poirota, który nie starał się go przynaglać do wynurzeń. Teraz z własnej woli skłonny był porozmawiać o rodzinie Crale’ów.
— Nasza firma — zaczął — znała rodzinę Crale’ów od wielu pokoleń. Znalem osobiście Amyasa Crale’a i jego ojca, Ryszarda, a nawet przypominam sobie jeszcze dziada, Enocha Crale’a. Wszyscy byli ziemianami, bardziej interesowali się końmi niż ludźmi. Jeździli konno doskonale, lubili kobiety i nie zawracali sobie głowy myśleniem. Traktowali wszelkie myślenie nieufnie. Ale żona Ryszarda Crale’a była wielką intelektualistką, miała więcej intelektu niż rozsądku. Bardzo poetyczna i muzykalna, grywała nawet na harfie. Słabego zdrowia, wyglądała niezwykle malowniczo, leżąc na szezlongu. Uwielbiała Kingsleya i dlatego nadała swemu synowi imię Amyas. Ojciec zżymał się na to, ale w końcu ustąpił. To mieszane pochodzenie wyszło Amyasowi na dobre. Po słabowitej matce odziedziczył żyłkę artystyczną, po ojcu pasję życia i egoizm. Wszyscy Crale’owie byli na wskroś egoistami — i nie uznawali niczyjego zdania poza własnym.
Pukając delikatnymi palcami w poręcz fotela, staruszek zerknął chytrze spod oka na Herkulesa Poirota.
— Może się mylę, odniosłem jednak wrażenie, że interesują pana przede wszystkim problemy psychologiczne. Czy tak?
— Istotnie, to mnie najbardziej interesuje we wszystkich zagadnieniach, które mam do rozwiązania — przyznał Poirot.
— Rozumiem to. dostać się jakby pod skórę przestępcy. Jakież to pasjonujące! Nasza firma nie zajmowała się nigdy sprawami kryminalnymi, nie mogliśmy więc prowadzić sprawy pani Crale, gdyby nawet etyka prawnicza pozwoliła nam na to. Ale firma Mayhew stanęła na wysokości zadania. Mayhewowie zaangażowali Depleacha jako obrońcę. Nie wykazali tym może specjalnej pomysłowości, ale w każdym razie był to obrońca drogi i, oczywista, bardzo efektowny. Nie przewidzieli tylko, że Karolina nie zechce zagrać roli, którą dla niej przygotował. Karolina Crale nie miała w sobie nic z efekciarstwa.
— Jaka właściwie była? — spytał Poirot. — Tego właśnie najbardziej chciałbym się dowiedzieć.
— Tak, naturalnie. Jak to się stało, że popełniła zbrodnię? Oto najistotniejsze pytanie. Znałem ją jeszcze jako pannę. Nazywała się wtedy Karolina Spalding i była nieszczęśliwą istotą, przy tym niesłychanie żywą. Matka jej wcześnie owdowiała i Karolina była do niej bardzo przywiązana. Potem pani Spalding wyszła powtórnie za mąż. Przyszło na świat drugie dziecko. Tak—tak. to bardzo smutne, bardzo bolesne. Taka dziecinna, niepohamowana w zazdrości!
— Była zazdrosna?
— Piekielnie! Zaszedł nawet na tym tle pewien godny pożałowania wypadek, biedna dziewczyna bardzo sobie to później wyrzucała. No, ale zdarzają się tego rodzaju rzeczy, człowiek nie potrafi nad sobą zapanować. Opanowanie przychodzi wraz z dojrzałością.
— Cóż się stało? — spytał Poirot.
— Skrzywdziła to dziecko, to niemowlę. Cisnęła w nie przyciskiem. Dziecko straciło wzrok w jednym oku i zostało na całe życie zeszpecone. — Pan Jonathan głęboko westchnął i mówił po chwili dalej: — Może pan sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarło pytanie na ten temat podczas przewodu. — Pokiwał głową. — Nasuwało to podejrzenie, że Karolina Crale jest kobietą o nieposkromionym temperamencie. A tymczasem tak nie było. Nie, to była nieprawda.
Umilkł, a potem ciągnął dalej:
— Karolina Spalding często przyjeżdżała w odwiedziny do Alderbury. Doskonale jeździła konno i była bardzo odważna. Ryszard Crale przepadał za nią. Oddawała też liczne drobne przysługi pani Crale, była zręczna i łagodna. Pani Crale także bardzo ją lubiła. Dziewczyna nie czuła się szczęśliwa w domu, tu natomiast było jej bardzo dobrze. Przyjaźniła się z siostrą Amyasa, Dianą Crale. Filip i Meredith Blake, chłopcy z sąsiedztwa, byli częstymi gośćmi w Alderbury. Filip był zawsze wstrętnym, chciwym na pieniądze chłopcem. Muszę przyznać, że nigdy go specjalnie nie lubiłem. Mówiono mi jednak, że potrafi doskonale opowiadać i że ma opinię oddanego, wiernego przyjaciela. Meredith to takie, jak to się mówi, „ciepłe kluski”. Lubił botanikę i motylki, obserwował ptaki i zwierzęta. Dzisiaj to się nazywa studiować przyrodę. Ach, mój Boże! Wszyscy młodzi sprawili zawód rodzicom. Żadne nie odziedziczyło ich zamiłowali do polowania, do strzelania, do rybołówstwa. Meredith wolał obserwować ptaki i zwierzęta, niż do nich strzelać. Filip zdecydowanie wolał miasto niż wieś i zajął się interesami, chcąc jak najprędzej dorobić się majątku. Diana wyszła za mąż, ale nie za żadnego dżentelmena: on był tak zwanym oficerem czasu wojny. A Amyas, silny, piękny, męski Amyas, został nagle malarzem. Przysiągłbym, że to spowodowało udar, na który umarł pan Ryszard Crale.
Niedługo potem Amyas ożenił się z Karoliną Spalding. Kłócili się i zawsze darli z sobą koty, ale niewątpliwie było to małżeństwo z miłości. Byli w sobie zakochani do szaleństwa. Uczucie to nie gasło, ale Amyas odziedziczył wszelkie cechy Crale’ów, więc i bezwzględny egoizm. Kochał wprawdzie Karolinę, ale absolutnie się z nią nie liczył. Robił, co chciał. Moim zdaniem kochał ją taką miłością, do jakiej w ogóle był zdolny, ale na pierwszym miejscu stawiał swoją sztukę. I powiedziałbym, że żadna kobieta w jego życiu nie mogła rywalizować ze sztuką. Owszem, miał wiele miłostek, kobiety były mu natchnieniem, ale skoro już przestały go interesować, porzucał je bez najmniejszych skrupułów. To nie był człowiek sentymentalny ani romantyk, o nie! Ale trzeba przyznać, że nie był także na wskroś zmysłowy. Jedyną kobietą, o którą dbał w życiu, była z pewnością jego żona. Ona to czuła i dlatego na wiele rzeczy patrzyła przez palce. Był doskonałym malarzem. Karolina wiedziała o tym i szanowała jego talent. Robił różne wypady miłosne, ale zawsze wracał — zazwyczaj z jakimś nowym obrazem. Mogło to trwać jeszcze długie lata, gdyby nie trafił na Elzę Greer. Bo Elza Greer. — Jonathan nie dokończył, pokiwał tylko znacząco głową.
— A co było z Elza Greer? — spytał Poirot.
— Biedne dziecko. biedne dziecko — rzekł niespodziewanie Jonathan.
— Taki pan ma do niej stosunek? — zapytał Poirot.
— Może to dlatego, że jestem stary — odpowiedział Jonathan — ale powiem panu, że w bezbronności młodych jest coś, co mnie wzrusza do łez. Młodość jest taka wrażliwa, taka łatwa do zranienia. A przy tym taka bezwzględna, taka pewna siebie. Taka wspaniałomyślna i wymagająca.
Stary prawnik wstał i podszedł do półki z książkami. Wyjął jeden z tomów, otworzył go, przerzucił kilka kartek i zaczął czytać głośno:
Dwa słowa, drogi, a potem naprawdę Dobranoc. Jeśli twa miłość uczciwa, a twym zamiarem małżeństwo, to jutro
przez kogoś, kogo ci przyślę, mi donieś, gdzie, kiedy chciałbyś dopełnić obrzędu, a cały los swój u stóp twoich złożę i za mym panem pójdę na kraj świata3
— Tak słowami Julii przemawia miłość w połączeniu z młodością — powiedział. — Żadnej powściągliwości, żadnych niedomówień ani tak zwanej dziewiczej wstydliwości. Odwaga, dążenie do celu, bezwzględna siła młodości! Szekspir dobrze wiedział, co to młodość. Julia wybiera Romea. Desdemona chce Otella. Młodzi nie wiedzą, co to zwątpienie, co to strach, co pycha.
— Więc do pana Elza Greer przemawiała słowami Julii? — spytał zamyślony Poirot.
— Tak. Była rozpieszczonym dzieckiem szczęścia. Młoda, piękna, bogata. Spotkała swego mężczyznę: chciała go mieć. No, ale to nie był młody Romeo, tylko żonaty, niemłody malarz. Elza Greer nie miała żadnego kodeksu moralnego, który by ją powstrzymywał, wyznawała jedynie kodeks nowoczesnej młodzieży: „Bierz z życia, ile zdołasz, wszak żyjemy tylko raz!”
Tu westchnął, odchylił się w fotelu i znowu zaczął pukać palcami w poręcz.
— Zaborcza Julia. Młoda, okrutna, lecz niesłychanie wrażliwa, bezbronna. Śmiało stawia wszystko na jedną kartę i pozornie wygrywa. A potem w ostatniej chwili wkracza na scenę śmierć i ta żywa, radosna, płomienna Elza także umiera. Zostaje mściwa, zimna, twarda kobieta i tylko z całej mocy nienawidzi tej drugiej, której ręka popełniła zbrodnię.
Pan Jonathan zmienił ton.
— Do licha! Popadam w melodramat!. A więc pozostaje twarda, młoda kobieta o równie twardym poglądzie na świat. Niezbyt interesujący charakter. „Biało-różowa młodości, namiętna, blada.” Odejmijmy to i cóż nam pozostanie? Dość przeciętna młoda niewiasta, szukająca innego bohatera naturalnej wielkości, którego mogłaby postawić na opróżnionym piedestale.
— A gdyby Amyas Crale nie był słynnym artystą. — zaczął Poirot.
— Otóż to, otóż to — potaknął gorąco pan Jonathan. — Trafnie pan to ujął. Dzisiejsze Elzy to wielbicielki sławnych ludzi. Mężczyzna musi czegoś dokonać, musi być kimś. Ale Karolina Crale mogłaby się była równie dobrze zakochać w urzędniku bankowym czy — agencie towarzystwa ubezpieczeń. Karolina kochała Amyasa Crale’a — mężczyznę, nie Amyasa Crale’a — wielkiego malarza. Karolina nie była wulgarna, natomiast Elza Greer, owszem. Ale Elza była młoda i piękna, i — dla mnie — niezmiernie wzruszająca.
Herkules Poirot kładł się spać mocno zamyślony. Fascynowało go zagadnienie psychologiczne.
Dla Edmundsa, urzędnika biura prawnego, Elza Greer była zwykłą dziwką, niczym więcej.
Dla starego pana Jonathana była odwieczną Julią.
A Karolina Crale?
Każdy widział ją inaczej. Montague Depleach pogardzał nią za jej defetyzm, za uległość wobec losu. Dla młodego Fogga była uosobieniem romantyzmu. Edmunds widział w niej przede wszystkim wielką damę. Pan Jonathan wyraził się o niej jako o osobie o gwałtownym, burzliwym temperamencie.
Jaka by się wydala jemu, Poirotowi?
Czuł, że od trafnej odpowiedzi na to pytanie zależy powodzenie jego misji.
Dotychczas jednak żadna z osób, z którymi rozmawiał, najwyraźniej nie wątpiła wcale, że Karolina Crale — bez względu na inne jej cechy — była morderczynią.
Rozdział piąty Inspektor policji
Były inspektor policji. Hale, pykał w zamyśleniu fajkę.
— To dziwny pomysł, panie Poirot — rzekł wreszcie.
— Tak, być może, że dość niezwykły — przyznał ostrożnie Poirot.
— Widzi pan — ciągnął Hale — to działo się tyle lat temu.
Herkules Poirot był przygotowany, że nieraz jeszcze usłyszy to zdanie, powiedział więc łagodnie:
— To utrudnia sprawę, rzecz prosta.
— Grzebanie się w przeszłości — zastanawiał się Hale. — Żeby chociaż był w tym jakiś cel.
— Owszem, cel jest.
— Mianowicie?
— Można dochodzić prawdy dla samej satysfakcji jej wykrycia — rzekł Poirot. — Ja właśnie to mam na celu. A poza tym niech pan nie zapomina o tej młodej damie.
Hale skinął głową.
— Owszem, jeżeli chodzi o nią, to doskonale ją rozumiem. Ale — niech mi pan daruje, panie Poirot — panu nie brak przecież pomysłowości. Może pan zmyślić dla niej jakąś historyjkę.
— Nie zna pan tej młodej damy — odparł Poirot.
— Proszę pana! Człowiek z pańskim doświadczeniem.
Poirot wyprostował się i rzeki z godnością:
— Mon cher,4 jestem, być może, mistrzowskim kłamcą — pan przynajmniej zdaje się tak sądzić — ale takie postępowanie byłoby, moim zdaniem, w najwyższym stopniu nieetyczne. Mam swoje zasady.
— Przepraszam, nie chciałem pana urazić. Ale byłoby to, że tak powiem, kłamstwo w dobrej sprawie.
— Nie jestem tego pewien.
— Tak, kiedy młoda, śliczna dziewczyna, która ma właśnie wyjść za mąż, dowiaduje się, że jej matka popełniła morderstwo, musi to być dla niej okropny cios. Na pana miejscu poszedłbym do niej i powiedział, że koniec końców to było samobójstwo. Niech pan powie, że pokpił sprawę Depleach, a pan nie ma najmniejszej wątpliwości, że Crale świadomie zażył truciznę!
— Ależ wprost przeciwnie, mam mnóstwo wątpliwości! Nie wierzę ani przez chwilę, że Crale odebrał sobie życie. Czy pan dopuszcza taką ewentualność?
Hale wolno pokręcił głową.
— A widzi pan! Nie, muszę dowiedzieć się prawdy. Jakieś mniej lub bardziej prawdopodobne kłamstwo mi nie wystarczy.
Hale odwrócił się i spojrzał na Poirota. Jego kwadratowa czerwona twarz stała się jeszcze bardziej czerwona, a nawet jeszcze bardziej kwadratowa.
— Mówi pan o prawdzie — rzekł. — Chciałbym, aby pan zrozumiał, że naszym zdaniem w procesie Karoliny Crale ustaliliśmy faktyczny stan rzeczy.
— Pańska wypowiedź ma dla mnie ogromne znaczenie — rzekł Poirot. — Znam pana jako uczciwego i zdolnego człowieka. Więc proszę, niech mi pan powie całkiem szczerze, czy nigdy nie wątpił pan ani przez chwilę w winę pani Crale?
Odpowiedź inspektora nastąpiła bardzo szybko:
— Ani przez chwilę, panie Poirot. Okoliczności najwyraźniej wskazywały na nią, a dalsze fakty ustalone w toku śledztwa jeszcze nas w tym przekonaniu utwierdziły.
— Czy mógłby pan opowiedzieć mi z grubsza, jakie były obciążające ją dowody?
— Oczywiście. Po otrzymaniu pańskiego listu przejrzałem akta sprawy. — Wyciągnął z kieszeni notes. — Wynotowałem sobie tutaj wszystkie zasadnicze fakty.
— Bardzo panu dziękuję, drogi panie. Zamieniam się w słuch.
Hale odchrząknął. Głos jego przybrał urzędową intonację:
— Osiemnastego września po obiedzie, czyli dokładniej mówiąc o godzinie 14,45, do inspektora Conwaya zatelefonował doktor Andrzej Faussett. Doktor zawiadomił inspektora, że pan Amyas Crale z Alderbury zmarł nagle i że w związku z okolicznościami towarzyszącymi lej śmierci oraz zeznaniami bawiącego wówczas w Alderbury gościa, pana Blake’a, sprawą powinna się zająć policja.
Inspektor Conway w towarzystwie sierżanta policji i lekarza udał się natychmiast do Alderbury. Tam już czekał na niego dr Faussett, który natychmiast zaprowadził go na miejsce, gdzie znajdowały się zwłoki pana Crale’a tak, jak go śmierć zaskoczyła.
Pan Crale malował w małym, ogrodzonym ze wszystkich stron ogródku, który nosił nazwę „Bateria”, ponieważ roztaczał się z niego widok na morze, a przy balustradzie ustawiona była miniaturowa armatka. Ogródek znajdował się w odległości niespełna czterech minut drogi od domu. Pan Crale nie wrócił do domu na lunch, ponieważ pragnął wykorzystać pewną grę światła na kamiennych płytach, czego w późniejszych godzinach nie udałoby mu się osiągnąć. Znajdował się więc w ogródku sam i malował. Jak wynikało z zeznań świadków, nie było w tym nic niezwykłego, bo nie zawsze stosował się do godzin posiłków. Niekiedy posyłano mu kilka kanapek, ale najczęściej wolał, by mu nie przeszkadzano. Ostatnimi osobami, które go widziały przy życiu, były panna Elza Greer (mieszkająca podówczas w domu Crale’ów) i pan Meredith Blake, bliski sąsiad. Obie wyżej wymienione osoby wróciły razem do domu i udały się z resztą mieszkańców na lunch. Po lunchu podawano na tarasie czarną kawę. Po kawie pani Crale oświadczyła, że pójdzie zobaczyć, jak tam Amyasowi idzie. Guwernantka, panna Cecylia Williams, wstała i poszła razem z nią. Szukała swetra swej wychowanki, panny Angoli Warren, siostry pani Crale, który mała gdzieś zarzuciła. Panna Williams sądziła, że może dziewczynka zostawiła go na plaży.
Ruszyły więc obie razem. Dróżka biegła w dół, przez mały lasek do furtki ogródka. Można było z niej wejść do ogródka albo iść dalej aż do plaży.
Panna Williams poszła na plażę, a pani Crale weszła do ogródka. Ale niemal w tej samej chwili pani Crale krzyknęła i panna Williams zawróciła spiesznie. Pan Crale siedział na ławce, nie dając znaku życia.
Na prośbę pani Crale guwernantka pospieszyła natychmiast do domu, żeby wezwać doktora. Po drodze spotkała jednak pana Mereditha Blake’a i zleciła mu swoje zadanie, sama zaś powróciła do pani Crale, przypuszczając, że może jej być potrzebna. W kwadrans później zjawił się doktor Faussett. Stwierdził od razu, że pan Crale nie żyje już od jakiegoś czasu — przypuszczał, że zgon musiał nastąpić między godziną pierwszą a drugą. Nie było żadnych oznak, podług których można by ustalić przyczynę śmierci, ani śladu jakiejkolwiek rany, a ciało znajdowało się w najzupełniej naturalnej pozycji. Niemniej jednak doktorowi Faussettowi, który doskonale znał stan zdrowia pana Crale’a i wiedział, że nie cierpiał on na żadną chorobę, sprawa wydała się podejrzana. Ponadto w tym właśnie momencie pan Filip Blake złożył Faussetowi pewne oświadczenie.
Tu inspektor Hale przerwał i zaczerpnął tchu, jak gdyby miał przystąpić do „rozdziału drugiego”.
— Pan Blake powtórzył później swoje oświadczenie inspektorowi Conwayowi. Brzmiało ono następująco: Krytycznego ranka telefonował do niego jego brat, pan Meredith Blake, zamieszkały w Handcross Manor, odległym o półtorej mili od majątku Crale’ów. Pan
Meredith Blake był amatorem-chemikiem albo może, ściślej mówiąc, zielarzem. Wszedłszy tego ranka do laboratorium, pan Meredith Blake spostrzegł ze zdumieniem, że butelka, zawierająca wyciąg z szaleju, prawie pełna dnia poprzedniego, jest obecnie niemal pusta. Zaniepokojony tym faktem, poradził się telefonicznie brata, co robić. Pan Filip Blake powiedział mu, żeby natychmiast przyjechał do Alderbury celem osobistego omówienia sprawy. Pan Filip wyszedł na spotkanie brata, po czym obaj wrócili do Alderbury. Nie zdecydowali jednak, co należy przedsięwziąć, i odłożyli sprawę do ponownego rozważenia po lunchu.
W trakcie dalszych dochodzeń inspektor Conway ustalił następujące fakty: poprzedniego popołudnia pięć osób udało się z Alderbury do Handcross Manor na herbatę. Byli to państwo Crale’owie, panna Angela Warren, panna Elza Greer i pan Filip Blake. Przy herbacie pan Meredith Blake miał obszerny wykład na temat zielarstwa, po czym zaprowadził gości do swego laboratorium. Przy tej okazji mówił o niektórych lekarstwach — jednym z nich była właśnie cykuta, wyciąg z szaleju. Tłumaczył jej właściwości, ubolewał, że znikła teraz z oficjalnego spisu leków, i nadmienił, iż małe dawki tego wyciągu dają doskonałe rezultaty przy kokluszu i astmie. W dalszym ciągu podkreślił trujące właściwości ziela i odczytał gościom fragment dzieła jakiegoś Greka, opisujący działanie trucizny.
Inspektor Hale przerwał, nabił fajkę i przeszedł do „rozdziału trzeciego”:
— Główny inspektor policji, pułkownik Frere, powierzył śledztwo mnie. Wynik sekcji nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości co do przyczyny śmierci. O ile się orientuję, cykuta nie zostawia żadnych wyraźnych śladów po śmierci, lekarze jednak wiedzieli, czego szukać, w rezultacie więc wykryto znaczne ilości tej trucizny, i stwierdzono, że została zażyta na dwie lub trzy godziny przed zgonem. Na stoliku, przy którym siedział pan Crale, znajdowała się pusta szklanka i pusta butelka po piwie. Poddano je dokładnej analizie i znaleziono ślady cykuty w szklance, natomiast nie było jej w butelce. Z zadawanych pytań dowiedziałem się, że chociaż w altanie w ogródku stała skrzynka piwa i szklanki, na wypadek, gdyby pan Crale poczuł pragnienie podczas pracy, tego właśnie przedpołudnia pani Crale przyniosła z domu butelkę piwa zmrożonego w lodówce. Pan Crale był zaabsorbowany malowaniem, kiedy pani Crale przyniosła piwo, a panna Greer pozowała mu do portretu, siedząc na balustradzie. Pani Crale otworzyła butelkę, nalała piwa do szklanki i podała mężowi, który stał przed sztalugami. Wypił jednym haustem — taki miał zwyczaj, jak to ustaliłem. Potem skrzywił się, odstawił szklankę na stolik i powiedział: „Wszystko mi się dzisiaj wydaje obrzydliwe”. Panna Greer roześmiała się i powiedziała:
— To pewno wątroba”. Na to pan Crale dodał: „Ale piwo przynajmniej było zimne”.
Hale urwał znowu, a Poirot spytał:
— O której godzinie to było?
— Mniej więcej kwadrans po jedenastej. Pan Crale nie przerywał pracy. Jak twierdzi panna Greer, skarżył się potem na sztywność stawów i burczał, że się pewno nabawił reumatyzmu. Ponieważ jednak niechętnie się przyznawał do fizycznych dolegliwości, starał się zapewne nie okazywać, że się źle czuje. To jego gniewne żądanie, żeby wszyscy poszli na lunch i zostawili go samego, było moim zdaniem bardzo dla niego charakterystyczne.
Poirot skinął głową, inspektor Hale zaś ciągnął dalej:
— Crale został tedy sam w ogródku. Przypuszczalnie usiadł zaraz na ławce, chcąc odpocząć. Po chwili nastąpił paraliż mięśni, a ponieważ nie było natychmiastowej pomocy — zgon.
Poirot ponownie skinął głową, a Hale ciągnął dalej:
— Zastosowałem zwykłą procedurę. Stwierdzenie faktów nie nastręczało trudności. Poprzedniego dnia doszło do ostrej wymiany słów między panią Crale a panną Greer. Ta ostatnia wyliczała bezczelnie zmiany w ustawieniu mebli, które wprowadzi, kiedy zamieszka tu na stałe. Pani Crale spytała, co chce przez to powiedzieć, na co tamta odpowiedziała: „Nie udawaj, że nie rozumiesz, Karolino. Przypominasz strusia chowającego głowę w piasek. Wiesz przecież doskonale, że się kochamy z Amyasem i mamy zamiar się pobrać”. Wtedy pani Crale powiedziała: „Nic o tym nie wiem”, a panna Greer odparła: „To się teraz dowiedziałaś!” Na to pani Crale zwróciła się do męża, który wszedł właśnie do pokoju, z pytaniem: „Amyasie, czy to prawda, że się żenisz z Elzą?”
— Cóż odpowiedział pan Crale? — spytał zaciekawiony Poirot.
— Zwrócił się podobno do panny Greer i wrzasnął: „Po co, u diabła, paplesz?! Czy nie masz dość oleju w głowie, żeby trzymać język za zębami?!” Panna Greer odpowiedziała: „Uważam, że Karolina powinna znać prawdę”. „Czy to prawda, Amyasie?”, powtórzyła pani Crale, a on, nie patrząc na nią, odwrócił się i mruknął coś pod nosem. Powtórzyła więc jeszcze raz: „Mów głośniej, muszę wiedzieć”. Wtedy on odpowiedział: „Tak, to prawda, ale nie chcę o tym teraz mówić”. Potem wybiegł z pokoju, a panna Greer powiedziała: „Widzisz?” i dodała, że Karolina nie powinna zachowywać się jak pies ogrodnika, bo to się na nic nie zda. Muszą postępować jak ludzie rozsądni. Wyraziła też nadzieję, że Karolina i Amyas pozostaną nadal przyjaciółmi.
— A co na to pani Crale?
— Według zeznań świadków roześmiała się. Potem rzekła: „Po moim trupie, Elzo!” Poszła ku drzwiom, a panna Greer zawołała za nią: „Co to znaczy?” Pani Crale odwróciła się i powiedziała: „Prędzej zabiję Amyasa, niż oddam go tobie!” — Hale urwał. — Obciążający materiał, co? — spytał.
— Tak — odpowiedział zamyślony Poirot. — Kto słyszał to wszystko?
— W pokoju znajdowali się wtedy panna Williams i Filip Blake. Czuli się bardzo głupio.
— Czy ich relacje o tej scenie się pokrywają?
— Prawie całkowicie, bo trudno znaleźć dwu świadków, którzy by tę samą rzecz pamiętali identycznie. Pan chyba najlepiej o tym wie, panie Poirot.
Poirot kiwnął głową. Po chwili zamyślenia rzekł:
— Tak. tak. To będzie interesujące. — urwał, nie kończąc zdania.
Hale opowiadał dalej:
— Zarządziłem rewizję w domu. W pokoju sypialnym pani Crale w dolnej szufladzie pod zimowymi pończochami znalazłem małą buteleczkę z napisem: „Jaśmin”. Była pusta. Zbadałem odciski palców. Były na niej tylko odciski palców pani Crale. Analiza wykazała lekkie ślady olejku jaśminowego i resztki silnego roztworu cykuty. Ostrzegłem panią Crale i pokazałem jej butelkę. Odpowiedziała od razu. Twierdziła, że była niesłychanie przygnębiona. Po wysłuchaniu objaśnień Mereditha Blake’a o właściwościach trucizny, wśliznęła się powtórnie do laboratorium, wylała perfumy jaśminowe, które miała w torebce, i napełniła buteleczkę roztworem cykuty. Na moje pytanie, dlaczego to zrobiła, odpowiedziała: „Nie chcę mówić o pewnych sprawach więcej niż to konieczne, mogę tylko powiedzieć, że doznałam silnego wstrząsu. Mąż mój zamierzał opuścić mnie dla innej kobiety. Gdyby się tak miało stać, nie chciałabym dłużej żyć. Dlatego wzięłam tę truciznę”.
Hale znowu przerwał.
— Ostatecznie, to zupełnie prawdopodobne — wtrącił Poirot.
— Być może, ale nie bardzo zgadza się z tym, co zeznawali świadkowie. Poza tym następnego dnia rozegrała się nowa scena. Filip Blake słyszał jedną część rozmowy, a panna Greer inną. Rozmowa toczyła się między państwem Crale’ami w bibliotece. Blake znajdował się wtedy w holu i słyszał kilka zdań, panna Greer zaś siedziała na tarasie pod otwartym oknem biblioteki i słyszała znacznie więcej.
— I cóż mówiono w bibliotece?
— Pan Blake słyszał, jak pani Crale mówiła: „Ty i twoje baby! Zamordowałabym cię. Przyjdzie taki dzień, że to zrobię!”
— Żadnej wzmianki o samobójstwie?
— Absolutnie żadnej. Nic. Nic takiego w rodzaju, na przykład: „Jeżeli tak, to się zabiję”. Zeznania panny Greer były bardzo podobne. Według jej słów pan Crale powiedział: „Bądźże rozsądna, Karolino. Kocham cię i zawsze będę ci dobrze życzył. Tobie i dziecku. Ale ożenię się z Elzą. Umówiliśmy się przecież, że nie będziemy się nawzajem krępować”, na co pani Crale odpowiedziała: „Doskonale! Ale pamiętaj, że cię ostrzegłam!” On odpowiedział: „Co to znaczy?” A ona: „To znaczy, że cię kocham i nie chcę cię stracić. Prędzej cię zabiję, niż pozwolę, żebyś odszedł do tej dziewczyny”.
Poirot poruszył się na krześle i rzekł;
— Wydaje mi się, że panna Greer bardzo niemądrze postąpiła, poruszając w ogóle tę sprawę. Pani Crale mogła przecież odmówić mężowi rozwodu.
— Co do tego również mieliśmy pewne wyjaśnienia — rzekł Hale. — Pani Crale zwierzała się panu Meredithowi Blake’owi, który byt jej starym, wypróbowanym przyjacielem. Pełen rozterki odbył nawet na ten temat rozmowę z panem Crale’em. Działo się to poprzedniego popołudnia. Pan Blake usiłował w sposób delikatny przemówić do sumienia przyjacielowi, podkreślił, że on osobiście będzie zrozpaczony, jeśli małżeństwo Crale’ów się rozbije. Podkreślił też, że panna Greer jest bardzo młoda, a stawanie przed sądem w sprawie rozwodowej może mieć dla tak młodej dziewczyny fatalne następstwa. Pan Crale odpowiedział ze śmiechem (musiał być z niego nie lada cynik): „Elza ani myśli stawać przed sądem. Nie będzie o tym wcale mowy. Załatwimy to w zwykły sposób”.
— W takim razie wybuch panny Greer świadczyłby o wielkiej nierozwadze — wtrącił Poirot.
— Pan wie, jakie są kobiety! — odrzekł inspektor. — Muszą skakać sobie do oczu. Tak czy owak, sytuacja musiała być niełatwa. Dziwię się tylko, że pan Crale mógł do tego dopuścić. Jak twierdzi pan Meredith Blake, chodziło mu przede wszystkim o to, żeby skończyć portret. Czy pan z tego coś rozumie?
— Owszem, drogi panie, chyba tak.
— Bo ja nic! Ten człowiek po prostu sam ściągnął na siebie nieszczęście.
— Był pewnie bardzo zły na swoją młodą przyjaciółkę o scenę, którą zrobiła.
— O, tak. Meredith Blake mówił o tym. Jeżeli musiał skończyć ten portret, to nie rozumiem, czemu nie zrobił po prostu kilku fotografii, mógłby przecież z nich malować dziewczynę. Znam jednego faceta, który maluje akwarelą różne widoczki. On zawsze tak robi.
— Nie. Rozumiem Crale’a jako artystę. Musi pan sobie uprzytomnić, drogi przyjacielu, że w owym czasie portret był dla Crale’a wszystkim — nic poza tym nie miało znaczenia. Choćby jak najprędzej chciał poślubić tę dziewczynę, obraz był na pierwszym miejscu. Dlatego też pragnął, aby podczas jej pobytu nie doszło do żadnych wyjaśnień na ten temat. Z dziewczyną, oczywiście, rzecz się miała inaczej. Kobiety zawsze stawiają miłość na pierwszym miejscu.
— Któż tego nie wie! — westchnął inspektor Hale.
— Ale mężczyźni — ciągnął Poirot — a zwłaszcza artyści, to inna sprawa.
— Sztuka! — rzekł pogardliwie inspektor. — Cała ta gadanina o sztuce! Nigdy nie mogłem tego zrozumieć i chyba nigdy już nie zrozumiem! Trzeba było panu widzieć ten obraz. Wszystko na nim było brązowe, śnił mi się nawet. Co gorsza, odbiło się to na moim wzroku. Zdawało mi się, że wszystkie balustrady, ściany i tak dalej, są krzywe. I kobiety także.
Poirot uśmiechną! się.
— Składa pan nieświadomie hołd sztuce Amyasa Crale’a — powiedział.
— Co też pan mówił! Dlaczego malarz nie może malować czegoś, na co milo jest popatrzeć. Po co za wszelką cenę szukać brzydoty.
— Niektórzy z nas, mon cher, znajdują piękno w najdziwniejszych formach!
— Dziewczyna była bardzo ładna, ani słowa! — rzekł Hale. — Nie miała na sobie prawie nic prócz szminki. W ogóle sposób ubierania się dzisiejszych dziewcząt to szczyt nieprzyzwoitości. A proszę pamiętać, że to wszystko było szesnaście lat temu, dzisiaj nikt już na to nie zwraca uwagi. Ale wtedy. no, przyznam się, że byłem zgorszony. Spodnie i jakaś koszulka z dużym wycięciem, a poza tym dosłownie nic!
— Pan, jak widzę, doskonale zapamiętał sobie te szczegóły — rzucił półgłosem Poirot. Inspektor Hale zaczerwienił się.
— Opisuję panu po prostu moje ówczesne wrażenia — rzekł surowo.
— Oczywiście, oczywiście — uspokoił go skwapliwie Poirot, po czym zapytał: — Więc głównymi świadkami oskarżenia w procesie pani Crale byli Filip Blake i Elza Greer?
— Tak jest. Oboje byli bardzo wrogo do niej nastawieni. Ale prokurator powołał także na świadka guwernantkę i jej zeznania przeważyły szalę. Guwernantka była całkowicie po stronie pani Crale, gotowa była bronić jej jak lwica. Ale jako osoba z gruntu uczciwa, zeznała tylko prawdę, nie starając się nic zniekształcić ani zatuszować.
— A Meredith Blake?
— Biedny pan Blake był niesłychanie przygnębiony tą całą historią, no, i nic dziwnego! Wyrzucał sobie manię zielarską, a sędzia również mu ją wytykał. Cykuta i sole AE notowane są w cedule trucizn. Usłyszał kilka bardzo przykrych uwag. Był przyjacielem obu stron : wszystko to bardzo głęboko go dotknęło, pomijając już fakt, że jako spokojny i solidny ziemianin unikał rozgłosu i nie lubił, by nazwisko jego było na ustach wszystkich.
— A czy młodsza siostra pani Crale też zeznawała?
— Nie, to nie było potrzebne. Nie było jej przy tym, kiedy pani Crale groziła mężowi, i nie mogła nam opowiedzieć nic takiego, czego nie moglibyśmy się dowiedzieć od innych. Owszem, widziała, jak pani Crale wyjęła z lodówki butelkę piwa i, oczywiście, obrona mogłaby ją powołać na świadka, że pani Crale zaniosła butelkę prosto do ogrodu, nic przy niej nie manipulując. Ale to było niepotrzebne, bo w butelce nie znaleziono żadnych śladów cykuty.
— Ale jakim sposobem pani Crale udało się wlać truciznę do szklanki w obecności tamtych dwóch osób?
— Przede wszystkim te osoby wcale na nią nie zwracały uwagi. Innymi słowy: pan Crale malował, patrząc wyłącznie na płótno i na model. A panna Greer pozowała, odwrócona plecami do pani Crale i wpatrywała się w jakiś punkt powyżej ramienia Crale’a.
Poirot skinął głową na znak, że rozumie.
— Jak powiadam, żadne z nich nie patrzyło na panią Crale. Miała truciznę w takiej pipetce, wie pan, jakich się dawniej używało do napełniania wiecznych piór. Znaleźliśmy ją potłuczoną na dróżce prowadzącej do domu.
— Pan ma na wszystko odpowiedź — mruknął Poirot.
— Ależ, panie Poirot! Bądźmy bezstronni! Pani Crale grozi mężowi, że go zabije. Kradnie truciznę z laboratorium. Pusta buteleczka zostaje znaleziona w jej pokoju i nie ma na niej innych odcisków palców prócz jej własnych. Rozmyślnie zanosi mężowi mrożone piwo do ogrodu, co jest dziwne, jeżeli się zważy, że właściwie ze sobą nie rozmawiali.
— Bardzo ciekawa okoliczność. Zwróciłem już na nią uwagę.
— Otóż właśnie. Tym się zdradziła. Czemu zrobiła się nagle taka uprzejma? Crale skarży się na dziwny smak piwa, a cykuta ma przykry smak. Pani Crale urządza wszystko tak, że to ona sama znajduje zwłoki i wysyła guwernantkę do telefonu. Po co? Po to, żeby móc wytrzeć szklankę i butelkę, a potem odcisnąć na nich palce męża. Potem już śmiało może powiedzieć, że mąż popełnił samobójstwo pod wpływem wyrzutów sumienia. Historyjka jej zdaniem zupełnie wiarygodna.
— Tak, nie było to zbyt mądrze pomyślane.
— Istotnie. Moim zdaniem ona w ogóle nie myślała. Nienawiść i zazdrość wszystko jej przesłoniły. Myślała tylko o tym, żeby go zabić. A potem, kiedy już było po wszystkim, kiedy zobaczyła, że mąż nie żyje, przypuszczalnie oprzytomniała nagle, zdała sobie sprawę, że popełniła zbrodnię i że za zbrodnię grozi kara śmierci. I w rozpaczy chwyciła się jedynego wytłumaczenia, jakie jej przyszło do głowy — samobójstwa.
— Wszystko, co pan mówi, jest bardzo logiczne, niewątpliwie logiczne — rzekł Poirot. — Istotnie, mogła tak rozumować.
— Z jednej strony można by to nazwać zabójstwem z premedytacją, z drugiej jednak nie — powiedział Hale. — Mnie osobiście się zdaje, że nie obmyśliła sobie tego wcześniej, a po prostu pchnęła ją do tego jakaś ślepa siła.
— Ciekawe. — szepnął Poirot.
Hale spojrzał na niego badawczo.
— Czy udało mi się pana przekonać, panie Poirot, że to była zupełnie jasna sprawa? — zapytał.
— Prawie. Chociaż może nie na sto procent. Jest tu kilka bardzo dziwnych punktów.
— Czy może pan podać jakieś inne rozwiązanie, które dałoby się udowodnić?
Zamiast odpowiedzi Poirot spytał:
— A co robiły tego dnia wszystkie inne zamieszane w sprawę osoby?
— Zapewniam pana, że zbadaliśmy wszystko. Nie darowaliśmy nikomu. Żadna z osób zainteresowanych nie posiadała alibi w pełnym tego słowa znaczeniu, bo zawsze o nie trudno w wypadku otrucia. Morderca może przecież dzień przedtem dać ofierze truciznę w jakiejś kapsułce, powiedzieć, że to jest środek na niestrawność i że trzeba go zażyć przed obiadem, a potem wyjeżdża na drugi koniec Anglii.
— Ale pan nie przypuszcza, że w tym wypadku tak było?
— Pan Crale nie cierpiał na niestrawność. A w każdym razie nie widzę tu podobnej możliwości. Co prawda, pan Meredith Blake gorąco zalecał wszystkim napary swej fabrykacji, ale nie przypuszczam, żeby pan Crale dat się na nie namówić. Gdyby nawet tak było, to z pewnością dużo by na ten temat mówił i dowcipkował. A poza tym, dlaczego pan Blake miałby zabić pana Crale’a? Wszystko przemawia za tym, że byli ze sobą w jak najlepszych stosunkach, jak zresztą wszyscy inni. Pan Filip Blake był przecież jego najlepszym przyjacielem. Panna Greer kochała się w nim, panna Williams zapewne potępiała jego postępowanie, ale potępienie moralne nie prowadzi jeszcze do trucia. Mała panna Warren często się z nim kłóciła, była w trudnym wieku, zdaje się, że miała tego roku wstąpić do szkoły, ale on ją bardzo lubił, a i ona jego także. Ponadto w domu Crale’ów otaczano ją specjalną troskliwością i miłością. Słyszał pan może z jakiego powodu? Kiedy była mała, pani Crale okaleczyła ja w napadzie furii. To także dowodzi, jak bardzo nieopanowaną osobą była pani Crale, prawda? Rzucić się na dziecko i oszpecić je na całe życie!
— Może to też dowodzić — rzekł Poirot zamyślony — że Angela Warren mogła żywić głęboką i uzasadnioną urazę do Karoliny Crale.
— Owszem, ale nie do Amyasa Crale’a. Pani Crale zresztą była niezmiernie oddana swej młodszej siostrze. Po śmierci rodziców wzięła ją do siebie i, jak powiadam, traktowała ją bardzo serdecznie, podobno ją nawet okropnie rozpieszczała. Dziewczynka była niezmiernie przywiązana do siostry. Trzymano ją z dala od całego procesu i starano się jak najbardziej oszczędzić jej uczucia i właśnie pani Crale najbardziej na to nalegała. Ale dziewczynka była bardzo przygnębiona i błagała, żeby jej pozwolono odwiedzić siostrę w więzieniu. Karolina jednak nie chciała się na to zgodzić. Twierdziła, że to mogłoby zostawić dziewczynce uraz na całe życie. Postarała się, żeby Angelę wysłano do szkoły za granicę. — Hale zamilkł na chwilę, po czym dodał: — Panna Warren wyrosła na bardzo wybitną osobę. Podróżniczka i badaczka. Odczyty w Królewskiej Akademii Geograficznej i tak dalej.
— I nikt jej nie wypomina procesu siostry?
— No, po pierwsze Angela nosi inne nazwisko. Nawet panieńskie nazwiska miały różne. Były z jednej matki, ale z różnych ojców. Pani Crale była z domu Spalding.
— Czy ta panna Williams była guwernantką córki Crale’ów czy tylko Angeli Warren?
— Angeli. Dziecko miało bonę, ale zdaje się, że panna Williams miała z nią codziennie jakieś lekcje.
— A gdzie było wtedy dziecko?
— Pojechała z boną do niejakiej lady Tressillian. To była wdowa, która straciła dwie córeczki i była bardzo przywiązana do małej.
— Rozumiem — wtrącił Poirot. Hale zaś mówił dalej:
— Jeżeli idzie o to, co robiły inne osoby w dniu zabójstwa, to mogę to panu dokładnie podać. Panna Greer po śniadaniu siedziała na tarasie w pobliżu okna biblioteki. I wtedy właśnie, jak już panu mówiłem, słyszała kłótnię państwa Crale’ów. Następnie poszła razem z Crale’em do ogrodu, gdzie mu pozowała aż do lunchu, z krótkimi tylko przerwami dla rozprostowania mięśni.
Filip Blake został po śniadaniu w domu i też słyszał urywki kłótni. Po odejściu Crale’a z panną Greer czytał gazetę aż do chwili, kiedy brat do niego zatelefonował. Po tym telefonie poszedł na plażę na spotkanie brata. Później szli razem ścieżką wiodącą obok ogródka. Panna Greer szła właśnie tamtędy do domu po sweter, bo zrobiło się jej chłodno, a pani Crale była z mężem i rozmawiali o wyjeździe Angeli do szkoły.
— O, zapewne już się pogodzili.
— No nie, bynajmniej. Crale podobno krzyczał wprost na nią. Był zły, że zawraca mu głowę domowymi sprawami. Mam wrażenie, że Karolina chciała omówić wszystko na wypadek rozwodu.
Poirot skinął potakująco głową.
Hale ciągnął dalej:
— Bracia zamienili kilka słów z Amyasem. Potem wróciła panna Greer i usiadła do pozowania, a Crale wziął pędzle do ręki, chcąc się najwidoczniej pozbyć braci Blake’ów. Zrozumieli to i odeszli w stronę domu. Ale, ale! Właśnie podczas ich bytności w ogrodzie Amyas powiedział, że piwo w altanie jest ciepłe i żona obiecała przysłać mu z lodówki zimne.
— Aha!
— Właśnie: aha! Zrobiła się nagle słodka jak miód. Bracia poszli do domu i usiedli na tarasie. Pani Crale i Angela Warren przyniosły im tam piwa. Później Angela poszła się kąpać, a Filip Blake udał się razem z nią.
Meredith Blake poszedł na polankę znajdującą się tuż nad ogródkiem. Usiadł tam na ławce i widział stąd siedzącą na balustradzie pannę Greer, i słyszał jej głos i głos Crale’a. Cały czas zastanawiał się nad sprawą cykuty. Wciąż był niespokojny i nie wiedział, co właściwie ma robić. Elza Greer dostrzegła go i skinęła mu ręką. Kiedy uderzył gong na lunch, Meredith Blake zszedł do ogrodu i razem z Elzą wrócił do domu. Zauważył wtedy, że Crale wygląda jakoś dziwnie, nie przywiązywał jednak do tego większej wagi. Crale nigdy na nic nie chorował, nikt więc nie mógł sobie wyobrazić, że to możliwe. Z drugiej zaś strony miewał napady furii lub depresji, kiedy praca mu nie szła tak, jak by chciał. W takich razach pozostawiano go samemu sobie, starano się jak najmniej z nim rozmawiać i tak właśnie postąpili Meredith Blake i Elza.
Jeżeli chodzi o innych, to służba zajęta była pracą domową i przygotowywaniem lunchu. Panna Williams część przedpołudnia spędziła w pokoju szkolnym na poprawianiu zeszytów. Potem wyszła na taras z jakąś robótką. Angela Warren prawie cale przedpołudnie spędziła w ogrodzie. Wdrapywała się na drzewa, coś tam zajadała — jak to piętnastoletni podlotek. Śliwki, kwasie jabłka, twarde gruszki i tym podobne paskudztwa. W końcu wróciła do domu i, jak wspomniałem, poszła w towarzystwie Filipa Blake’a na plażę, żeby się wykąpać przed lunchem.
Inspektor Hale zamilkł na moment.
— Cóż — rzucił po chwili zaczepnie — czy widzi pan w tym coś podejrzanego?
— Absolutnie nic — odpowiedział Poirot.
— No, proszę!
W tych dwu słowach zawarta była treść całych tomów.
— Mimo to jednak — powiedział Poirot — muszę się sam upewnić. Chcę.
— Co zamierza pan zrobić?
— Odwiedzę tę całą piątkę i posłucham, co każda z zainteresowanych osób mi powie.
Inspektor westchnął melancholijnie i rzekł:
— Człowieku, pan ma bzika! Żadne z tych opowiadań nie będzie się zgadzało z innymi. Czy nie może pan pojąć tego elementarnego faktu? Nie ma dwóch osób, które by w identyczny sposób pamiętały jakieś zdarzenie. A w dodatku po tylu latach! Ależ usłyszy pan pięć różnych opowiadań o pięciu różnych morderstwach!
— Właśnie na to liczę — odpowiedział Poirot. — Będzie to dla mnie niezmiernie wymowne.
Rozdział szósty Jedna świnka na targ biegała. .
Filipa Blake’a łatwo można było poznać z opisu mecenasa Montague’a Depleacha. Zamożny, sprytny, jowialny mężczyzna z lekką skłonnością do tycia.
Herkules Poirot umówił się z nim na godzinę szóstą trzydzieści w sobotę. Filip Blake właśnie skończył partię golfa, wygrywając od partnera pięć funtów szterlingów. Był więc usposobiony przyjaźnie do świata.
Herkules Poirot objaśnił mu pokrótce cel swej wizyty. Nie zdradzał tym razem zbytniego zamiłowania do prawdy. Oświadczył panu Blake’owi, że zamierza napisać cykl książek o głośnych procesach.
Filip Blake zmarszczył brwi i rzekł:
— Wielki Boże, po co się w tym grzebać?
Herkules Poirot wzruszył ramionami. Przybrał dziś swój najbardziej kontynentalny sposób bycia. Chodziło mu o to, aby rozmówca traktował go z pewnym lekceważeniem, ale zarazem z pobłażliwością.
— Publiczność tego żąda. Rozumie pan. publiczność. Połyka po prostu tego rodzaju rzeczy.
— Hieny — rzekł Filip Blake.
Powiedział to jednak z humorem, nie z niesmakiem i obrzydzeniem, które okazałby ktoś bardziej wrażliwy. Herkules Poirot odpowiedział, wzruszając ramionami:
— Taka już jest natura ludzka. Pan i ja, na przykład, jako ludzie znający świat, nie żywimy złudzeń co do naszych bliźnich. Większość z nich to nieźli ludzie, ale na pewno nie trzeba ich idealizować.
— Dawno już straciłem złudzenia — odparł rubasznie Blake.
— Ale za to, jak słyszałem, potrafi pan świetnie opowiadać anegdoty.
— O! — Oczy Blake’a zamigotały. — Czy to pan zna?
Poirot roześmiał się w odpowiednim miejscu. Anegdota była niezbyt budująca, ale zabawna.
Filip Blake rozparł się wygodnie w fotelu, a oczy jego zwęziły się z ukontentowaniem. Herkules Poirot pomyślał raptem, że Blake wygląda teraz zupełnie jak zadowolona świnka.
Świnka. Jedna Świnka na targ biegała...
Co to za człowiek ten Filip Blake? Zdawałoby się, ze nie ma żadnych trosk. Zamożny, zadowolony, żadnych wyrzutów sumienia, niepotrzebnych reminiscencji z przeszłości, których by żałował, żadnych przykrych wspomnień. Nie, nic podobnego. Dobrze wypasiona świnka, która poszła na targ i osiągnęła doskonałą cenę.
Ale niegdyś może Filip Blake był czymś więcej? Musiał być w młodości bardzo przystojny. Może oczy trochę za małe i za blisko osadzone — ale poza tym to był na pewno dobrze zbudowany, przystojny młodzieniec. Ile może mieć teraz lat? Na oko wyglądał na pięćdziesiąt do sześćdziesięciu. Więc w chwili śmierci Crale’a miał pod czterdziestkę. Musiał być wtedy poważniejszy, mniej pochłaniało go zaspokajanie doraźnych zachcianek. Może więcej wymagał od życia, a otrzymywał mniej.
— Rozumie pan moje położenie, prawda? — rzucił Poirot.
— Nie, przyznaję, że absolutnie nie rozumiem! — Makler wyprostował się w fotelu, spojrzenie jego stało się znów bystre i przebiegłe. — Dlaczego właśnie pan? Przecież pan nie jest literatem?
— Ściśle biorąc — nie. Jestem detektywem.
Poirot nigdy w życiu jeszcze nie wypowiedział chyba tych słów z większą skromnością.
— Oczywiście, oczywiście, wszyscy o tym wiemy. Słynny Herkules Poirot.
W głosie Blake’a brzmiała jednak leciutka drwina. Filip Blake był Anglikiem do szpiku kości, nie mógł brać na serio jakiegoś tam cudzoziemca. Do swoich kompanów powiedziałby o nim: „Nieszkodliwy kabotyn. Cóż, kobiety dają się pewnie nabierać na jego pretensjonalne miny”.
I chociaż Poirotowi chodziło właśnie o to, aby Blake przybrał w stosunku do niego tę ironiczno-protekcyjną postawę, poczuł teraz, że go to jednak irytuje. Ten człowiek, ten syty biznesmen, nic sobie nie robił z Poirota! To skandal!
— Pochlebia mi to ogromnie — powiedział nieszczerze — że tak mnie pan dobrze zna. Proszę mi wierzyć, że sukcesy, które udało mi się odnosić w życiu, polegały przede wszystkim na znajomości odwiecznych psychologicznych pobudek ludzkiego postępowania. I od tej strony zabójstwa interesują dzisiaj świat. Dawniej zbrodnię otaczała raczej atmosfera romantyzmu. Słynne morderstwa ujmowano pod jednym tylko kątem, a mianowicie związanej z nimi historii miłosnej. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Ludzie z zainteresowaniem czytają, że doktor Crippen dlatego zamordował żonę, że była dużą, tęgą kobietą, gdy tymczasem on był mały i niepozorny, co wytworzyło w nim kompleks niższości. Czytają o jakiejś innej słynnej zbrodniarce, że zabiła, bo ojciec ostro się do niej odezwał, kiedy miała trzy lata. Jak powiadam, dzisiaj interesują nas pobudki zbrodni.
Filip Blake odpowiedział z lekkim ziewnięciem:
— Moim zdaniem pobudki zbrodni w większości wypadków są oczywiste. Zwykle chodzi o pieniądze.
— Ależ, drogi panie, pobudki nigdy nie powinny być oczywiste. W tym sedno! — wykrzyknął Poirot.
— I tu właśnie zaczyna się pańska rola?
— I tu właśnie, jak pan powiada, zaczyna się moja rola! Zaproponowano mi, żebym opisał na nowo pewne dawne sprawy kryminalne pod kątem psychologii. A psychologia zbrodniarzy to moja specjalność. Przyjąłem więc propozycję.
Filip Blake roześmiał się.
— Przypuszczam, że to rzecz bardzo lukratywna? — spytał.
— Tuszę, że tak. oczywiście.
— Gratuluję! A teraz może zechce mi pan powiedzieć, co to ma wspólnego ze mną?
— Ależ oczywiście. Chodzi o sprawę Karoliny Crale.
Filip Blake nie zdradził zdziwienia. Zamyślił się tylko.
— Tak, naturalnie, sprawa Karoliny Crale. — powiedział wreszcie.
— Mam nadzieję, że rozmowa na ten temat nie sprawia panu przykrości? — zapytał szybko Poirot.
— Ach, jeżeli o to chodzi. — Filip Blake wzruszył ramionami. — Nie warto złościć się o coś, jeżeli się nie może temu przeszkodzić. Sprawa Karoliny Crale jest publiczną własnością. Każdemu wolno o niej pisać. Mój sprzeciw na nic się nie zda. Mimo to jednak muszę się panu przyznać, że myśl ta jest dla mnie bardzo przykra. Amyas Crale był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Bardzo mi nieprzyjemnie, że całą tę obrzydliwą sprawę będzie się znów rozgrzebywać. Ale trudno, to się zdarza, trudno!
— Jest pan filozofem.
— Nie, nic podobnego. Po prostu jestem zbyt doświadczony, żebym miał bić głową o mur. Przypuszczam, że pan zrobi to dyskretniej od wielu innych.
— W każdym razie będę się starał opisać to wszystko subtelnie i z dużym umiarem — rzekł Poirot.
Filip Blake roześmiał się głośno, ale śmiech ten nie był wcale wesoły.
— Nie mogę się powstrzymać od śmiechu, kiedy mówi pan takie rzeczy.
— Zapewniam pana, że sprawa ta mnie naprawdę interesuje. Nie jest to dla mnie zagadnienie czysto materialne. Pragnę rzeczywiście zrekonstruować przeszłość, odczuć i zobaczyć tamte wydarzenia, zajrzeć poza oczywiste fakty, za kulisy i wyobrazić sobie myśli i uczucia osób działających.
— Wątpię, czy znajdzie pan jakieś ukryte tajemnice — odpowiedział Blake. — Wszystko było najzupełniej jasne i oczywiste. Żywiołowa, kobieca zazdrość — oto wszystko!
— Ciekaw byłbym niezmiernie, panie Blake, pańskich ówczesnych reakcji na tę sprawę.
Twarz Blake’a pociemniała.
— Reakcje! Reakcje! — zawołał z nagłym uniesieniem. — Niech pan nie używa takich pedantycznych zwrotów! Myśli pan, że po prostu stałem i reagowałem! Pan widocznie nie rozumie, że mojego przyjaciela, powtarzam panu, mojego przyjaciela zamordowano, otruto! I gdybym działał szybciej, mógłbym go uratować!
— W jaki sposób, proszę pana?
— Zaraz panu powiem. Przypuszczam, że zna pan zasadnicze fakty, że czytał pan o nich.
Poirot skinął potakująco.
— Doskonale. A więc pewnego ranka zatelefonował do mnie mój brat Meredith. Był okropnie wzburzony. Zauważył brak jednego ze swoich piekielnych wywarów, a w dodatku ten wywar to była śmiertelna trucizna. Co zrobiłem? Powiedziałem, żeby do mnie przyszedł, to porozmawiamy i zdecydujemy razem, co należy zrobić. „Zdecydujemy, co zrobić!” Nie mogę teraz wprost zrozumieć, jak mogłem być takim osłem! Powinienem byt się od razu zorientować, że nie ma chwili do stracenia. Powinienem był natychmiast pójść do Amyasa i ostrzec go. Powinienem był powiedzieć mu tak: „Karolina buchnęła jeden z trujących ekstraktów Mereditha — ty i Elza musicie się mieć na baczności”. — Blake wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. — Człowieku! Sądzi pan, że w myślach nie wracałem do tego bez końca? Bo przecież wiedziałem. Mogłem go uratować, a tymczasem zwlekałem, czekając na Mereditha! Dlaczego nie miałem dość rozsądku, żeby rozumieć, że Karolina nie będzie miała żadnych skrupułów i nie będzie się wahać. Wzięła tę truciznę po to, żeby jej użyć, i to przy pierwszej sposobności. Nie będzie czekać, aż Meredith spostrzeże kradzież. Doskonale wiedziałem, wiedziałem z całą pewnością, że Amyasowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. I nie zrobiłem nic, żeby go ratować!
— Mam wrażenie, że pan sobie niesłusznie robi wyrzuty, proszę pana. Nie miał pan przecież tak wiele czasu.
Blake przerwał mu:
— Czasu? Miałem mnóstwo czasu!. I miałem mnóstwo możliwości. Mogłem ostrzec Amyasa, jak już wspomniałem, ale istniało pewne ryzyko, że mi nie uwierzy. Nie należał do ludzi, którzy wierzą, że grozi im niebezpieczeństwo. Wyśmiałby mnie tylko. I w gruncie rzeczy Amyas nie zdawał sobie sprawy, jaka diablica była z Karoliny! Ale mogłem przecież pójść do niej. Mogłem powiedzieć: „Wiem, co knujesz. Znam twoje plany. Ale jeżeli Amyas albo Elza umrą otruci cykutą, to ciebie powieszą!” To by ją powstrzymało. Wreszcie mogłem się zwrócić do policji! Och! Ile rzeczy można było zrobić — a zamiast tego dałem się zasugerować powolnymi, ostrożnymi metodami Mereditha. „musimy się upewnić. musimy to omówić, stwierdzić z całą pewnością, kto to mógł zrobić” — i tym podobne brednie! Niech go licho! Stary dureń. Nigdy w życiu nie powziął szybkiej decyzji. Szczęśliwie się dla niego złożyło, że jako najstarszy syn odziedziczył majątek i mógł mieszkać na wsi. Gdyby spróbował kiedykolwiek dorobić się pieniędzy, straciłby wszystko co do grosza!
— A pan osobiście nie miał najmniejszej wątpliwości, kto skradł truciznę? — spytał Poirot.
— Oczywiście, że nie! Wiedziałem od razu, że to Karolina. Widzi pan, znałem ją bardzo dobrze.
— To bardzo ciekawe. Chciałbym się właśnie dowiedzieć, co to była za osoba.
Filip Blake odrzekł ostro:
— W każdym razie nie była skrzywdzonym niewiniątkiem, jakim wydawała się publiczności podczas procesu!
— Więc jaka właściwie była?
Blake usiadł znowu.
— Naprawdę chciałby pan wiedzieć? — zapytał poważnym tonem.
— Bardzo bym chciał.
— A więc Karolina była istotą na wskroś zdeprawowaną. Musi pan jednak pamiętać, że miała wiele uroku. Miała tę słodycz obejścia, która wprowadza ludzi w błąd. Sprawiała wrażenie kobiety kruchej i bezbronnej, budziła w mężczyznach rycerskie uczucia. Czasem, kiedy czytam historyczne książki, wyobrażam sobie, że taka właśnie musiała być Maria Stuart. Zawsze pełna słodyczy. nieszczęśliwa, obdarzona nieodpartym urokiem, i w gruncie rzeczy zimna, wyrachowana intrygantka, która na chłodno uplanowała zabójstwo Darnleya i której uszło to bezkarnie. Karolina była taka sama — zimna i wyrachowana. Miała przy tym usposobienie piekielnicy.
Nie wiem, czy słyszał pan o tym, bo to nie było istotne dla procesu, ale charakterystyczne dla niej, co zrobiła kiedyś swojej małej siostrze? Zawsze była z niej zazdrośnica. Matka jej wyszła po raz drugi za mąż i całą miłość i troskę przelała na młodszą córkę, Angelę. Karolina nie mogła tego znieść. Usiłowała pewnego razu zabić dziecko żelaznym drążkiem, rozbić mu po prostu głowę. Na szczęście cios nie był śmiertelny. Ale co to za potworność!
— Tak, to prawda.
— Otóż taka była Karolina naprawdę. Zawsze musiała być pierwsza, nie mogła wprost znieść myśli, żeby ktoś mógł być przed nią. A poza tym drzemał w niej zimny, egoistyczny demon, który, rozbudzony, mógł ją popchnąć aż do morderstwa. Sprawiała wrażenie osoby impulsywnej, w rzeczywistości jednak była zimna i wyrachowana. Jeszcze jako panna, odwiedzając Alderbury, rozważyła możliwości każdego z nas i ułożyła plan działania. Nie posiadała żadnego własnego majątku. Ja nie wchodziłem nigdy w grę — jako młodszy syn musiałem sam przebijać się przez życie. Śmieszne, gdy pomyślę, że dziś mógłbym kupić i Mereditha, i Crale’a, gdyby żył! Przez pewien czas zastanawiała się nad Meredithem, ale w końcu wybrała Amyasa. Amyas miał odziedziczyć Alderbury, a chociaż posiadłość ta nie przynosiła wielkich dochodów, Karolina orientowała się, że jego talent malarski jest czymś zgolą rewelacyjnym. Postawiła więc na niego, licząc, że talent ten przyniesie też znaczne powodzenie materialne. Wygrała. Amyas dość szybko zyskał powszechne uznanie. Nie był tak zwanym „modnym” malarzem, ale uznano jego geniusz, a jego obrazy cieszyły się wielkim popytem. Czy pan widział jakieś jego płótna? Mam tutaj jedno, proszę zobaczyć.
Poprowadził Poirota do jadalni i wskazał na ścianę po lewej strome.
— Proszę, to jest Amyas.
Poirot przyglądał się obrazowi w milczeniu. Poczuł na nowo zdumienie i podziw, że ktoś mógł do tego stopnia nasycić obiekt najzupełniej konwencjonalny czarem własnej osobowości. Wazon z różami na politurowanym mahoniowym stole. Oklepany temat, stary jak świat. W jaki więc sposób Amyas sprawił, że jego róże płonęły tak bujnym, wyuzdanym niemal życiem? Politurowany blat stołu drżał, odbijając to życie. Jak wytłumaczyć sobie niepokój, który budził ten obraz? Bo był niewątpliwie niepokojący. Proporcje stołu wzburzyłyby z pewnością inspektora Hale’a, narzekałby też, że nigdy w życiu nie widział róż takiego kształtu i koloru. A potem przez długi czas dziwiłby się, czemu nie podobają mu się róże, które widzi w ogrodach, a okrągłe mahoniowe stoły irytowałyby go z niewiadomego powodu.
Poirot westchnął i powiedział półgłosem:
— Tak, tu jest wszystko.
Blake zaprowadził gościa z powrotem do gabinetu.
— Nigdy się nie znałem na sztuce — mruknął. — Nie wiem, czemu tak lubię patrzeć na ten obraz, ale lubię. On jest — tam do licha! — on jest dobry!
Poirot energicznie skinął głową.
Blake poczęstował gościa papierosem i sam też zapalił.
— I ten człowiek — powiedział Blake — który namalował te róże, który namalował Kobietę z cocktailem .. zadziwiające, bolesne Narodziny, ten człowiek zginął w rozkwicie bujnego twórczego życia z ręki mściwej, podłej kobiety.! Może pan pomyśli, że jestem zgorzkniały albo uprzedzony do Karoliny — ciągnął dalej. — Karolina miała bez wątpienia wiele uroku. Sam mu uległem. Ale wiedziałem zawsze, od samego początku, co kryje się za tymi pozorami. To była zła kobieta, panie Poirot. Okrutna, złośliwa i zaborcza!
— A jednak mówiono mi, że pani Crale doznała wiele goryczy w pożyciu małżeńskim.
— Owszem, ale też opowiadała o tym na prawo i na lewo! Wiecznie ta poza męczennicy! Biedny Amyas! Pożycie małżeńskie było dla niego nieustannym piekłem, a raczej stałoby się piekłem, gdyby nie był człowiekiem wyjątkowym. Widzi pan, zawsze miał swoją sztukę! Ona była jego ucieczką. Kiedy malował, nic go nie obchodziło, zapominał o Karolinie, o tych bezustannych awanturach i kłótniach. Bo nigdy tydzień nawet nie minął bez jakiejś straszliwej awantury o to lub owo. Karolina wyżywała się w tym, kłótnie były dla niej jakby środkiem podniecającym. Stanowiły ujście dla jej temperamentu. Potrafiła nagadać najgorszych, najboleśniejszych rzeczy, a potem mruczała z zadowolenia jak kotka. Ale jego to kosztowało dużo zdrowia. Pragnął spokoju, zacisznego, pogodnego życia. Inna rzecz, że człowiek jego pokroju nie powinien się w ogóle żenić. Amyas nie był stworzony do małżeństwa. Człowiek tego pokroju może mieć romanse, ale nie wolno mu się z nikim wiązać. Wszelkie więzy muszą go krępować i ciążyć mu.
— Czy zwierzał się panu z tego?
— Hm. Wiedział, że jestem mu bardzo oddany. Dawał mi czasem coś niecoś do zrozumienia, choć nigdy się nie skarżył, to nie leżało w jego charakterze. Powiadał tylko niekiedy: „Niech diabli porwą wszystkie baby!” Albo: „Nigdy się nie żeń, mój stary! Zdążysz zakosztować piekła na tamtym świecie”.
— A czy wiedział pan o jego romansie z panną Greer?
— O, tak, a w każdym razie domyślałem się tego. Amyas opowiadał mi, że poznał cudowną dziewczynę. Nigdy jeszcze takiej nie spotkał. Nie zwróciłem na to wtedy specjalnej uwagi. Amyas wciąż spotykał jakieś kobiety „zupełnie niepodobne do innych”. Zazwyczaj już po miesiącu, gdyby pan o takiej kobiecie wspomniał, spojrzałby na pana ze zdumieniem i nie miałby pojęcia, o kim pan mówi. Ale Elza Greer rzeczywiście była inna: zrozumiałem to, kiedy przyjechałem z wizytą do Alderbury. Wzięła go, proszę pana, i trzymała mocno w garści. Jadł jej po prostu z ręki jak baranek.
— Więc Elza Greer też się panu nie podobała?
— Tak jest. Nie podobała mi się. Była zbyt zaborcza. Ona też chciała posiadać Crale’a z duszą i ciałem. Ale mimo wszystko byłaby chyba odpowiedniejszą żoną dla Amyasa niż Karolina. Gdyby już go była pewna, być może dałaby mu większą swobodę. Albo też znudziłby się jej może i porzuciłaby go dla kogo innego. A dla Amyasa byłoby najlepiej, gdyby w ogóle uwolnił się od kobiet!
— Ale on, zdaje się, wcale tego nie chciał?
Filip Blake odpowiedział z westchnieniem:
— Niestety, ten głupiec zawsze wikłał się w jakieś afery miłosne. A jednak w gruncie rzeczy kobiety nie miały dla niego wielkiego znaczenia. Tylko dwie kobiety wywarły jakiś wpływ na jego życie: Karolina i Elza.
— A czy kochał dziecko? — spytał Poirot.
— Angelę? O, wszyscyśmy bardzo lubili Angelę. Taka była żywa i wesoła! Zawsze gotowa do figlów. Co za urwanie głowy miała z nią ta nieszczęsna guwernantka! Owszem,
Amyas bardzo lubił Angelę, ale mała czasem posuwała się za daleko i Amyas bywał zły. Lecz wtedy wkraczała Karolina. Zawsze brała stronę Angeli i to doprowadzało Amyasa do furii. Nie znosił, kiedy Karolina sprzymierzała się z Angelą przeciwko niemu. Pewną rolę odgrywała tu wzajemna zazdrość. Amyas był zazdrosny o to, że Karolina zawsze stawiała Angelę na pierwszym miejscu i gotowa była zrobić dla niej wszystko. Angela znów była zazdrosna o Amyasa i buntowała się przeciwko jego apodyktycznym tonom. To on zadecydował, że Angela ma pojechać na jesieni do szkoły i dziewczynka była o to wściekła. Nie chodziło jej, jak sądzę, o sam fakt wyjazdu do szkoły, bo miała nwwet na to ochotę, ale wściekał ją despotyczny sposób, w jaki Amyas rozstrzygnął sprawę. Przez zemstę płatała mu wciąż złośliwe figle. Pamiętam, że raz włożyła mu do łóżka dziesięć ślimaków. Na ogół biorąc, musiałem przyznać Amyasowi rację. Czas już był, żeby ją wzięto w karby. Panna Williams była doskonałą guwernantką, ale nawet ona przyznawała się czasem, że nie może sobie z Angelą poradzić.
Blake umilkł. Korzystając z tej przerwy, Poirot rzekł:
— Pytając, czy Amyas kochał dziecko, miałem na myśli jego własne dziecko, jego córkę.
— Ach, mówi pan o małej Karolince?. O, tak! To była ulubienica wszystkich. Amyas chętnie się z nią bawił, kiedy był w dobrym humorze. Ale jeżeli pan sądzi. że miłość do małej mogłaby go odwieść od poślubienia Elzy, to się pan grubo myli. Nie kochał jej aż tak bardzo.
— A czy Karolina Crale bardzo kochała córeczkę?
Po twarzy Filipa przebiegi skurcz.
— Skłamałbym, gdybym powiedział, że była złą matką — odparł. — Nie, stanowczo nie mogę tego powiedzieć. I to jedyne.
— Tak? Słucham pana, panie Blake?
Filip Blake dokończył powoli i jakby z bólem:
— To jedyne, co mnie naprawdę martwi w tej całej sprawie: myśl o tym dziecku. Jaki tragiczny cień padł na jej dzieciństwo! Wysłano ją za granicę do zamężnej kuzynki Amyasa. Mam nadzieję, szczerze mam nadzieję, że ci krewni zdołali ukryć prawdę przed małą.
Poirot potrząsnął głową.
— Prawda, drogi panie Blake — powiedział — ma tę właściwość, że wypływa na wierzch. Nawet po wielu latach.
— Nie jestem tego pewien — mruknął makler.
Poirot mówił dalej:
— I właśnie w imię prawdy chcę pana o coś prosić.
— O co?
— Chciałbym pana prosić, żeby pan zechciał opisać dokładnie wszystko, co zaszło w owych dniach w Alderbury. To znaczy chciałbym, żeby opisał mi pan to zabójstwo i towarzyszące mu okoliczności.
— Ależ, drogi panie! Po tylu latach? To będzie okropnie nieścisłe.
— Niekoniecznie.
— Ależ z pewnością!
— Nie, bo przede wszystkim z upływem lat pamięć zachowuje sprawy zasadnicze, odrzucając nieistotne szczegóły.
— Chodzi panu tylko o ogólny szkic?
— Bynajmniej. Chodzi mi o dokładny opis każdego wydarzenia i każdej rozmowy, jakie pan pamięta.
— A jeżeli pamiętam je błędnie?
— Może pan w każdym razie przytoczyć to, co i jak pan sobie przypomina. Oczywiście będą pewne luki, ale na to nie ma rady.
Blake spojrzał na gościa z zaciekawieniem.
— Ale po co to wszystko? Akta śledztwa odtworzą panu wszystko znacznie dokładniej.
— Nie, panie Blake. Rozpatrujemy teraz sprawę pod kątem psychologii. Nie chodzi mi o nagie fakty. Chodzi mi o wybór faktów dokonany przez pana. O tym wyborze zadecyduje czas i pańska pamięć. Mogą się tam znaleźć jakieś drobne wydarzenia, jakieś słowa, których na próżno bym szukał w aktach śledztwa. Jakieś fakty i słowa, o których pan nigdy przedtem nie wspominał, uważając je, być może, za nieważne albo dlatego, że wolał pan o nich nie mówić.
— Czy to moje sprawozdanie będzie opublikowane? — spytał ostro Blake.
— Nie, z całą pewnością. Jest wyłącznie do mojej wiadomości. Dopomoże mi wysnuć ze sprawy własne wnioski.
— I bez mojej zgody nie opublikuje pan nawet fragmentów?
— Przyrzekam to panu.
— Hm. — rzekł Blake — widzi pan, panie Poirot, jestem człowiekiem bardzo zajętym.
— Rozumiem, że narażam pana na fatygę i stratę czasu. Będę szczęśliwy, jeśli ustalimy za to honorarium. oczywiście w granicach rozsądku.
Nastąpiła chwila milczenia. Potem Filip Blake rzekł nagle:
— Nie, jeżeli to zrobię, zrobię to za darmo.
— A czy zrobi pan?
Filip Blake rzekł tonem ostrzeżenia:
— Proszę pamiętać, że absolutnie nie odpowiadam za dokładność mojej pamięci.
— To się rozumie samo przez się.
— W takim razie — rzekł Blake — przyznam się, że zrobię to chętnie. Czuję, że jestem to w jakimś stopniu winien Amyasowi Crale’owi.
Rozdział siódmy Druga świnka w domu siedziała. .
Herkules Poirot nigdy nie zaniedbywał szczegółów, więc obmyślił starannie sposób, w jaki ma zwrócić się do Mereditha Blake’a. Był pewien, że Meredith Blake jest typem zupełnie odmiennym od brata. Zaskoczenie nie da tu dobrych rezultatów. Należy raczej działać powoli.
Poirot zdawał sobie sprawę, że istnieje tylko jeden sposób dostania się do twierdzy Mereditha Blake’a: trzeba się zaopatrzyć w odpowiednie polecenia. A polecenia te muszą mieć charakter towarzyski, nie zawodowy. Szczęśliwym trafem Herkules Poirot podczas swej długoletniej kariery zdobył sobie przyjaciół we wszystkich częściach Anglii, a hrabstwo Devonshire nie było wyjątkiem. Zasiadł do biurka, aby sprawdzić, jakie możliwości ma w Devonshire. W rezultacie stwierdził, że zna dwie osoby, będące znajomymi czy też przyjaciółmi pana Mereditha Blake’a. Przybył tedy do niego uzbrojony w dwa listy; jeden od lady Mary Lytton-Gore, arystokratycznej wdowy o skromnych funduszach, osoby żyjącej w kompletnym odosobnieniu; drugi od emerytowanego admirała, którego rodzina mieszkała w Devonshire od czterech pokoleń.
Meredith Blake przyjął pana Poirota z pewnym zdziwieniem. Nieraz odczuwał ostatnio, że świat zmienił się mocno od czasów jego młodości. Tam do licha! Dawniej prywatni detektywi to byli naprawdę prywatni detektywi, których się wynajmowało do pilnowania podarunków podczas uroczystości ślubnych, osobnicy, do których się z pewnym zażenowaniem zwracano, jeżeli się miało do czynienia z jakąś nieczystą sprawą i trzeba było zbadać ją dokładniej. Ale miał oto przed sobą list lady Mary Lytton-Gore:
Herkules Poirot jest moim dawnym i cenionym przyjacielem. Bardzo proszę, żeby postarał się mu pan pomóc.
A przecież lady Mary Lytton-Gore nie była, stanowczo nie była tego rodzaju kobietą, jaką można by kojarzyć z pojęciem prywatnego detektywa. Admirał Cronshaw zaś pisał:
Bardzo zacny człowiek, niezwykle porządny. Będę panu wdzięczny, jeżeli mu pan pomoże. W dodatku nie znudzi się pan z nim na pewno — opowie panu moc ogromnie ciekawych historii.
I oto miał teraz tego człowieka przed sobą. Doprawdy, typ zupełnie niemożliwy! Fatalnie ubrany. Buty zapinane na guziki! I te nieprawdopodobne wąsy! Absolutnie nie w guście jego, Mereditha Blake’a. Nie wyglądał na to, żeby polował, czy w ogóle uprawiał jakieś sporty. Słowem — cudzoziemiec.
Herkules Poirot czytał te wszystkie jego myśli z lekkim rozbawieniem.
Trzeba podkreślić, że w miarę jak pociąg zbliżał się do Devonshire, ciekawość Poirota wzrastała. Rozmyślał, że ujrzy wkrótce na własne oczy miejsce, gdzie rozegrała się owa dawno zapomniana tragedia.
Tu właśnie, w Handcross Manor, mieszkali dwaj młodzi bracia. Odwiedzali Alderbury, żartowali, grali w tenisa i przyjaźnili się z młodym Crale’em i dziewczyną imieniem Karolina. Stąd owego fatalnego ranka Meredith wyruszył do Alderbury. Szesnaście lat minęło od tego czasu. Herkules Poirot przyglądał się ciekawie stojącemu przed nim mężczyźnie, który przywitał go uprzejmie, lecz z wyraźnym zażenowaniem.
Tak go sobie właśnie wyobrażał. Meredith Blake i wyglądu przypominał każdego angielskiego ziemianina i ograniczonych funduszach, spędzającego wiele czasu na powietrzu. Wytarta stara tweedowa marynarka; ogorzała, miła twarz mężczyzny w średnim wieku;
spłowiałe niebieskie oczy, usta zdradzające słabość charakteru, półukryte pod wąsami. Herkules Poirot stwierdził, że Meredith Blake stanowi przeciwieństwo swego brata. Mówił niepewnie, z wahaniem i myślał najwidoczniej dość powoli. Zdawało się, iż tempo jego życia osłabło z biegiem lat, gdy tymczasem tempo życia jego brata znacznie wzrosło.
Jak się Poirot domyślił, Meredith był człowiekiem, z którym nie należało działać pospiesznie. Rozleniwiający tryb życia angielskiego ziemiaństwa wszedł mu w krew. Wyglądał znacznie starzej od brata, chociaż z tego, co mówił pan Jonathan, wynikało, że różnica ich wieku wynosiła zaledwie dwa lata.
Herkules Poirot pochlebiał sobie, że umie postępować i tego rodzaju ludźmi ze „starej szkoły”. Nie próbował wcale uchodzić za Anglika. Nie, powinien wystąpić tu jako cudzoziemiec szczerze i otwarcie i uzyskać wspaniałomyślne przebaczenie tego faktu: „Oczywiście, ci cudzoziemcy nie umieją się zachować. Na przykład podają rękę na powitanie co dzień rano. Ale mimo wszystko to porządny chłop.”
Poirot starał się wywrzeć takie właśnie wrażenie. rozmawiano chwilę dość ostrożnie o lady Mary Lytton-Gore i o admirale Cronshawie. Wymieniono poza tym kilka innych nazwisk. Na szczęście Poirot znał czyjegoś kuzyna i spotkał kiedyś jeszcze czyjąś szwagierkę. Po chwili dostrzegł cieplejszą iskierkę w oczach pana Blake’a. Ten cudzoziemiec zna jednak właściwych ludzi.
Zręcznie, chytrze Poirot skierował rozmowę na cel swej wizyty. Dostrzegłszy naturalny odruch niechęci gospodarza, postarał się go szybko udobruchać. Ta książka będzie niestety napisana! — Panna Crale — czyli panna Lemarchant, jak się obecnie nazywa — prosiła go, żeby zredagował tę historię najdyskretniej. Na nieszczęście fakty są już własnością szerokiego ogółu. Ale można je przecież tak przedstawić, aby nie ranić niczyich uczuć. Poirot napomknął, że kiedyś już udało mu się wpłynąć w sposób dyskretny na usunięcie drastycznych ustępów z pewnego pamiętnika.
Meredith Blake zaczerwienił się z gniewu. Ręka jego drżała, gdy nabijał fajkę. Potem powiedział, zacinając się z lekka:
— To ohydne! Po co odgrzebywać stare sprawy? Sz-sz-szesnaście lat temu. Czemu nie zostawić tego w spokoju?
Poirot wzruszył ramionami.
— Zupełnie się z panem zgadzam. Ale co począć! Publiczność domaga się tego rodzaju książek. A każdy ma prawo pisać o znanych, stwierdzonych zbrodniach i dowolnie je komentować.
— Moim zdaniem to haniebne.
— Niestety — powiedział Poirot — żyjemy w takich czasach. Zdziwiłby się pan, panie Blake, gdyby pan wiedział, w ilu przypadkach udało mi się, powiedzmy, złagodzić różne przykre publikacje. Pragnę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby oszczędzić uczucia panny Crale.
— Mała Karla! — rzekł Meredith Blake. — To maleństwo!. A dzisiaj dorosła panna!. Trudno po prostu uwierzyć.
— Tak, znam to. Jak ten czas leci, prawda?
Meredith Blake westchnął.
— Zbyt szybko — rzekł.
— Jak się pan przekona z listu panny Crale, który panu wręczyłem, zależy jej na tym, aby poznać możliwie jak najdokładniej owe smutne wydarzenia.
— A po co? — zapytał Blake z irytacją. — Po co to wszystko rozgrzebywać na nowo? O ileż lepiej zapomnieć o tym, co było.
— Dlatego tak pan mówi, że zna pan tę przeszłość aż nazbyt dobrze. Ale panna Crale nie wie absolutnie nic, proszę nie zapominać! Nic! To znaczy, że wie tylko tyle, ile mogła się dowiedzieć z oficjalnych sprawozdań.
Meredith Blake skrzywił się jakby z bólu. Powiedział po chwili:
— Tak jest, zapomniałem. Biedne dziecko. Co za okropna sytuacja. Jakim ciosem musiała być dla niej ta wiadomość. A potem te bezduszne, okropne sprawozdania z procesu!
— Prawdy nie pozna się nigdy ze sprawozdań sądowych — zauważył Poirot. — Najczęściej właśnie to, co sprawozdania pomijają, posiada najdonioślejsze znaczenie. Wzruszenia, uczucia. charaktery osób działających. Okoliczności łagodzące.
Tu przerwał, a gospodarz zaczął mówić z przejęciem jak aktor, któremu poddano replikę:
— Okoliczności łagodzące! O to właśnie idzie! Jeżeli kiedykolwiek można o tym mówić, to właśnie w tym wypadku istniały okoliczności łagodzące. Amyas Crale był moim starym przyjacielem. Nasze rodziny przyjaźniły się od wielu pokoleń, ale trzeba bezstronnie przyznać, że postępował okropnie. Oczywiście, był artystą, i to zapewne wiele tłumaczy. Dopuścił jednak do powstania zupełnie niemożliwej sytuacji. Żaden przeciętnie uczciwy człowiek nie mógłby w takim położeniu wytrzymać.
— Ciekawe, że pan o tym mówi — rzekł Poirot. — Bo właśnie ta sytuacja jest dla mnie zagadką. Człowiek dobrze wychowany, człowiek światowy, nie załatwia w ten sposób swoich spraw osobistych.
Szczupła, niezdecydowana twarz Blake’a ożywiła się.
— Tak — powiedział — ale rzecz w tym, że Amyas nigdy nie był przeciętnym człowiekiem! Był malarzem i sztuka była dla niego najważniejsza. Czasami przejawiało się to w sposób bardzo niezwykły”! Ja osobiście zupełnie nie rozumiem tych tak zwanych artystów i nigdy ich nie zrozumiem. Crale’a, co prawda, trochę rozumiałem, bo znałem go od dziecka. Pochodził z takiej samej rodziny jak moja. Zresztą pod pewnymi względami był typowym ziemianinem. Dopiero gdy w grę wchodziła jego sztuka, wyłamywał się ze zwykłych ram. Bo on pod żadnym względem nie był amatorem. To był człowiek wysokiej klasy. Niektórzy nawet twierdzili, że jest geniuszem. Może i mieli rację. Ale w rezultacie tego wszystkiego brakowało mu równowagi. Kiedy malował, nie istniało dla niego nic na świecie, nie uznawał żadnych przeszkód. Był jakby w transie. Praca pochłaniała go bez reszty. Dopiero kiedy skończył obraz, budził się z transu i wracał do normalnego życia.
Spojrzał pytająco na Poirota, który skinął głową ze zrozumieniem.
— Widzę, że mnie pan rozumie. Otóż to tłumaczy chyba, jak się wytworzyła ta sytuacja. Zakochał się w tej dziewczynie, chciał się z nią ożenić. Gotów był opuścić dla niej żonę i dziecko. Ale zaczął malować ją w Alderbury i chciał za wszelką cenę dokończyć portret. Nic go poza tym nie obchodziło. A tego, że sytuacja dla obydwu kobiet stała się wprost nie do zniesienia, wcale nie dostrzegał.
— Czy któraś z nich rozumiała jego stan ducha?
— Owszem, do pewnego stopnia. Przypuszczam, że raczej może Elza. Wielbiła jego talent. Ale rzecz prosta, sytuacja nie była dla niej łatwa. A co się tyczy Karoliny.
Zatrzymał się na chwilę, a Poirot powiedział:
— Tak, rzecz oczywista, dla Karoliny.
Meredith Blake ciągnął dalej z pewną trudnością:
— Byłem zawsze bardzo przywiązany do Karoliny. Był czas, kiedy miałem nadzieję, że zostanie moją żoną. Ale te nadzieje szybko się rozwiały. Mimo to byłem jej zawsze oddany, jeżeli się tak mogę wyrazić. Zawsze do jej usług.
Poirot skinął głową w zamyśleniu. To nieco staroświeckie zdanie doskonale charakteryzowało człowieka, którego miał przed sobą. Meredith Blake był właśnie człowiekiem, który by mógł poświęcić życie szlachetnemu, romantycznemu uczuciu i służyć wiernie damie swego serca, nie spodziewając się żadnej nagrody. Tak jest, to leżało w jego charakterze.
Powiedział po chwili, starannie ważąc słowa:
— Ze względu na nią musiał pan brać Crale’owi za złe jego postępowanie?
— Tak jest. Och, miałem mu bardzo za złe. Próbowałem nawet przemówić do jego sumienia.
— Kiedy to było?
— Dzień przedtem, nim się to wszystko stało. Przyszli tutaj na herbatę. Odciągnąłem Crale’a na bok i powiedziałem mu, co o nim myślę. Powiedziałem nawet, pamiętam, że postępuje nieuczciwie wobec obydwu kobiet.
— Ach, tak mu pan powiedział?
— Tak, bo myślałem, że może sobie z tego nie zdaje sprawy.
— To możliwe.
— Oświadczyłem mu, że stawia Karolinę w nieznośnej sytuacji. Jeżeli ma zamiar ożenić się z tą dziewczyną, to nie powinien zapraszać jej tu, do domu, żeby żona musiała wciąż na nią patrzeć. Przecież to zniewaga dla Karoliny.
— I co panu na to odpowiedział? — spytał zaciekawiony Poirot.
— Odpowiedział — rzekł pan Blake z niesmakiem — że „Karolina musi to jakoś znieść”.
Herkules podniósł brwi.
— Niezbyt ładna odpowiedź — rzekł.
— Bezczelna, moim zdaniem. Straciłem panowanie nad sobą. Powiedziałem mu, że oczywiście, gdy nie kocha żony, wszystko mu jedno, jakie jej zadaje cierpienia. Ale, spytałem, co z dziewczyną? Czy nie rozumie, że ona też jest w okropnej sytuacji? Odpowiedział, że Elza też musi to jakoś znieść. A potem dodał: „Drogi Meredith! Nie rozumiesz, zdaje się, że maluję teraz najlepszy obraz w moim życiu. Powiadam ci, rzeczywiście dobry. I nie pozwolę, żeby dwie zazdrosne kobiety popsuły mi go swoimi kłótniami. Do wszystkich diabłów, nie pozwolę!” Wszelkie perswazje były bezcelowe. Powiedziałem mu tylko, że zatracił elementarne poczucie przyzwoitości. Malarstwo to nie wszystko. Przerwał mi: „Dla mnie to wszystko”. Byłem ciągle jeszcze bardzo zły. Zarzuciłem mu, że zawsze traktował Karolinę w sposób ohydny. Pożycie z nim jest dla niej nieprzerwanym pasmem udręki. Odparł, że wie o tym i że bardzo mu przykro. Przykro! Potem dorzucił: „Wiem, Merry, że mi nie wierzysz, ale to prawda. Pożycie ze mną było dla Karoliny piekłem na ziemi, a ona znosiła wszystko jak święta. Ale wiedziała chyba, co ją czeka, bo uprzedziłem ją uczciwie, jaki ze mnie rozpustnik i egoista”.
Tłumaczyłem mu gorąco, że nie powinien burzyć swego domu. Musi pamiętać o dziecku,
0 wszystkim. Rozumiem, że dla takiej dziewczyny jak Elza można stracić głowę, ale nawet dla niej nie powinien poświęcać rodziny. Jest taka młoda. Miłość zupełnie ją teraz zalepia, ale z czasem może tego gorzko żałować. Czy Amyas nie potrafi wziąć się w karby, zerwać z Elzą
1 wrócić do żony?
— I co na to odpowiedział?
— Był jakby zakłopotany. Poklepał mnie po ranieniu i powiedział: „Dobry z ciebie chłop, Merry. Ale jesteś zbyt sentymentalny. Poczekaj, aż skończę obraz, a przyznasz, że miałem rację”. Zawołałem: „Niech diabli porwą twój obraz!” Amyas uśmiechnął się cynicznie i odparł, że wszystkie historyczki Anglii razem wzięte nie zdołałyby teraz oderwać go od pracy. Nadmieniłem wtedy, że postąpiłby przyzwoiciej, gdyby aż do zakończenia obrazu trzymał całą sprawę w tajemnicy przed Karoliną. Odrzekł, że to nie jego wina, to Elza wszystko wypaplała. Zapytałem, czemu? „Bo sobie wbiła do głowy — odrzekł — że tak będzie uczciwiej. Chciała jasno postawić sprawę. Cóż. można to do pewnego stopnia zrozumieć, a nawet szanować za to Elzę. Postąpiła wobec Karoliny okrutnie, ale chciała przynajmniej być uczciwa”.
— Uczciwość często przysparza wiele bólu i zmartwień — zauważył Herkules Poirot.
Meredith Blake spojrzał na niego z powątpiewaniem. Sentencja ta nie przypadła mu do
smaku. Westchnął powiedział tylko:
— To były bardzo ciężkie chwile dla nas wszystkich.
— Jedynym człowiekiem, który tego nie odczuwał, był chyba Amyas Crale — rzekł Poirot.
— Nieuleczalny optymista — mruknął Poirot.
— Amyas nie brał kobiet serio — powiedział Meredith Blake. — Bo ja dobrze widziałem, że Karolina jest doprowadzona do ostateczności.
— Czy panu o tym mówiła?
— Może nie dosłownie. Ale zawsze będę pamiętał, jak wyglądała owego popołudnia. Miała twarz bladą i ściągniętą i była nienaturalnie, wisielczo wesoła. Dużo mówiła i śmiała się. Ale jej oczy. Czaił się w nich nieznośny ból. Nigdy nie widziałem nic bardziej przejmującego. A była przecież uosobieniem łagodności.
Ten człowiek najwyraźniej nie uważał wcale, że to określenie może być dziwne w stosunku do kobiety, która nazajutrz zamordowała z premedytacją swego męża. Opowiadał dalej. Podejrzliwość i niechęć do przybysza rozwiały się już zupełnie. Herkules Poirot umiał słuchać jak mało kto. Dla ludzi pokroju Mereditha Blake’a odtwarzanie przeszłości miało nieodparty urok. Mówił teraz raczej do siebie niż do gościa.
— Powinienem był się czegoś domyślać. Bo przecież Karolina sama skierowała rozmowę na moją. na moją manię. Muszę się przyznać, że uprawiałem to moje zamiłowanie z pasją. Staroangielskie zielarstwo to niesłychanie ciekawy przedmiot studiów, niech mi pan wierzy! Istnieje takie mnóstwo ziół używanych dawniej do celów leczniczych, które teraz zupełnie zniknęły z oficjalnej farmakopei. To doprawdy zadziwiające, jakich cudów może dokonać zwykły napar tego czy owego ziela. Można się częstokroć obchodzić bez doktorów. Francuzi doskonale to rozumieją, ich tisane jest pierwszorzędna.
Meredith Blake najwidoczniej puścił wodze swojej ulubionej manii.
— Na przykład taki mlecz! Wspaniały środek! Albo wyciąg z głogu! Czytałem gdzieś ostatnio, że medycyna znowu wraca do ziół. O, tak, muszę się szczerze przyznać, że warzenie tych ziół sprawiało mi dużą przyjemność. Zbieranie ich w odpowiednim okresie, suszenie, moczenie i tak dalej. Czasem nawet robiłem się przesądny, zbierając, na przykład, pewne zioła tylko podczas pełni księżyca czy w inny sposób zalecany przez dawne przepisy. Przypominam sobie, że właśnie owego dnia miałem przed gośćmi obszerny wykład o szaleju. Kwitnie on raz na dwa lata. Owoce trzeba zbierać tuż przed dojrzewaniem, kiedy zaczynają żółknąć. Wyciska się z nich czystą cykutę. O ile mi wiadomo, w wykazach farmaceutycznych ten środek zupełnie nie figuruje. Ja sam jednak stwierdziłem w praktyce, że jest bardzo skuteczny przy kokluszu i astmie.
— Czy opowiadał pan to wszystko w swoim laboratorium?
— Tak. Pokazywałem wszystkim i tłumaczyłem działanie różnych leków. Waleriana na przykład działa bardzo silnie na koty: wystarcza im jedno pociągnięcie nosem. Następnie goście pytali mnie o wilczą jagodę, a ja im opowiedziałem o belladonnie i atropinie. Bardzo to wszystkich zainteresowało.
— Wszystkich? Kogo obejmuje pan tym słowem?
Meredith Blake spojrzał na gościa trochę zdziwiony, jak gdyby zapomniał, że jego słuchacz nie brał czynnego udziału w opisywanej scenie.
— O, całe towarzystwo. Zaraz. Tam był Filip i Amyas, no, i oczywiście Karolina. Poza tym Angela i Elza Greer.
— I nikt więcej?
— Chyba nie. Tak, jestem pewien, że nikt. — Blake spojrzał na Poirota ze zdziwieniem. — A któż by mógł być jeszcze?
— Sądziłem, że może guwernantka.
— Aha, rozumiem. Nie, nie było jej tego popołudnia. Zapomniałem już, jak się nazywała. Bardzo zacna osoba. Brała swoje obowiązki bardzo poważnie. Mam wrażenie, że martwiła się o Angelę.
— A to czemu?
— Widzi pan, w gruncie rzeczy było to dobre dziecko, ale potrafiła być bardzo niesforna. Wiecznie pełna najdzikszych pomysłów. Na przykład pewnego razu, kiedy Amyas pracował, wrzuciła mu za kołnierz ślimaka czy jakieś inne obrzydlistwo. Wpadł wtedy w furię, klął, aż się rozlegało. I właśnie po tym wybryku przeforsował projekt wysłania jej do szkoły.
— Do szkoły?
— Tak. To nie znaczy, że jej nie lubił, ale czasem działała mu na nerwy. I mam wrażenie. zawsze mi się tak zdawało.
— Tak? Słucham?
— Że był trochę o nią zazdrosny. Bo, widzi pan, Karolina była po prostu niewolnicą Angeli. Pod pewnym względem Angela zajmowała w jej sercu pierwsze miejsce — a Amyasa to złościło. Nawiasem mówiąc, istniał po temu pewien powód. Nie chcę się w to wgłębiać, ale.
— Karolina Crale robiła sobie pewne wyrzuty, że przez nią dziewczynka została zeszpecona na całe życie. To jest ten powód? — przerwał mu Poirot.
— Ach, więc pan o tym wie? — zawołał Blake. — Nie chciałem o tym wspominać. Ale owszem, moim zdaniem takie właśnie było podłoże stosunku Karoliny do Angeli. Uważała zawsze, że niczym nie zdoła tego okupić.
Poirot pokiwał głową.
— A Angela? — zapytał. — Czy żywiła urazę do przyrodniej siostry?
— Ależ nie! Bynajmniej! Angela uwielbiała Karolinę. Jestem pewien, że nie myślała nigdy o tej dawnej sprawie. Tylko sama Karolina nie mogła sobie tego darować.
— Czy Angela zgodziła się chętnie na projekt wyjazdu do internatu?
— O, nie! Wściekała się na Amyasa. Karolina stała po jej stronie, ale Amyas się uparł. Przy całej swej zapalczywości Amyas miał łatwe usposobienie, ale kiedy raz sobie coś postanowił, to już nie ustępował. Zarówno więc Karolina, jak i Angela musiały podporządkować się jego decyzji.
— A kiedy Angela miała wyjechać do szkoły?
— Na semestr jesienny. Przygotowywano właśnie jej ekwipunek, o ile pamiętam. Gdyby nie ta tragedia, wyjechałaby już za parę dni. Była nawet mowa o tym, że miała rano zacząć pakować rzeczy.
— A co z guwernantką? — zapytał Poirot.
— Jak to, co z guwernantką?
— No, jak guwernantka przyjęła tę zmianę. Bo przecież traciła z tego powodu posadę.
— N-no, owszem. Chyba tak! Mała Karla trochę się uczyła, ale ileż ona mogła wtedy mieć? Pięć czy sześć lat? Miała bonę. Nie zatrzymaliby dla niej panny Williams. O, właśnie tak się nazywała: Williams! Dziwne, jak w trakcie rozmowy człowiekowi się przypominają pewne rzeczy.
— To prawda. Pan cofnął się już w przeszłość, prawda? Przeżywa pan na nowo dawne sceny, słyszy słowa wypowiadane wówczas przez owych ludzi, widzi ich gesty, wyraz twarzy?
Meredith Blake rzekł powoli:
— Tak, do pewnego stopnia. Ale są też i luki. Brak całych fragmentów. Pamiętam, na przykład, jakim wstrząsem była dla mnie wiadomość, że Amyas chce rozejść się z Karoliną — ale nie mógłbym przysiąc, czy dowiedziałem się o tym od niego, czy od Elzy. Pamiętam, że usiłowałem to Elzie wyperswadować, starałem się jej wytłumaczyć, że tak postępować nie wolno. Ale ona roześmiała się tylko zuchwale i powiedziała, że jestem staroświecki. Owszem, jestem chyba staroświecki, ale nadal uważam, że miałem słuszność. Amyas miał żonę i dziecko, i jego miejsce było przy nich.
— Ale panna Greer była zdania, że tego rodzaju poglądy są przestarzałe?
— Tak. A niech pan zważy, że przed szesnastu laty rozwód nie był takim powszechnym wydarzeniem jak dzisiaj. Ale Elza chciała być na wskroś nowoczesna. Uważała, że jeżeli małżeństwo nie jest szczęśliwe, to należy je rozwiązać. Jak mówiła, Amyas i Karolina nieustannie się z sobą kłócą i wobec tego dla ich dziecka będzie lepiej, jeżeli się rozejdą, niżby się miało wychowywać w tak niezgodnej atmosferze.
— A czy jej argumenty trafiały panu do przekonania?
— Miałem przez cały czas wrażenie — rzekł powoli Meredith — że w gruncie rzeczy Elza nie wie, co mówi. Powtarzała po prostu rzeczy zasłyszane od innych albo wyczytane w powieściach. Paplała jak papuga. Może się to panu wyda dziwne, ale z tym wszystkim była wzruszająca. Taka młoda i ufna w swoje siły. — Urwał na chwilę, a potem dokończył: — Wie pan, panie Poirot, młodość miewa w sobie czasem coś ogromnie wzruszającego.
— Rozumiem, co pan ma na myśli — odpowiedział Poirot, patrząc na Blake’a z zaciekawieniem.
Blake mówił dalej, raczej do siebie niż do gościa:
— Dlatego właśnie próbowałem przemówić Amyasowi do rozumu. Był starszy od dziewczyny blisko o dwadzieścia lat. Sądziłem, że ją krzywdzi.
— Niestety, jak rzadko udaje się osiągnąć jakieś skutki w podobnej sprawie — rzekł Poirot. — Jeśli ktoś sobie cos postanowi, zwłaszcza jeżeli w grę wchodzi kobieta — nie ma na to rady!
— Ma pan rację — przyznał z goryczą Blake. — W każdym razie nic wówczas nie wskórałem. Ale ja w ogóle nie umiem przekonywać. Nigdy jakoś nie posiadałem daru perswazji.
Poirot rzucił mu szybkie spojrzenie. Odczuł w jego tonie żal człowieka rozgoryczonego brakiem silnej indywidualności. W głębi ducha musiał przyznać mu rację. Meredith Blake nie należał do ludzi, którzy potrafią swą wymową odwieść kogoś od powziętego zamiaru. Jego wysiłki, podejmowane z najszlachetniejszych nawet pobudek, nie osiągają zapewne nigdy skutku. Ludzie bez gniewu, raczej pobłażliwie wzruszają ramionami i przechodzą do porządku dziennego nad jego argumentami. Nie potrafi nadać im wagi, jest człowiekiem słabym z natury.
Poirot zapytał, jakby pragnąc zmienić przykry temat:
— Czy pan w dalszym ciągu prowadzi swoje laboratorium zielarsko-lecznicze?
— Nie.
Powiedziane to było ostro, z bolesną niemal skwapliwością. Twarz Mereditha Blake’a zalał rumieniec.
— Skończyłem z tym raz na zawsze. Zdemontowałem całe urządzenie. W tym stanie rzeczy nie potrafiłem kontynuować mojej pracy. no, bo jakże? Po tym wszystkim, co zaszło! Mógł przecież ktoś powiedzieć, że to ja byłem wszystkiemu winien.
— Ależ skądże, skądże, panie Blake! Pan jest przewrażliwiony.
— Jak to? Czy pan tego nie widzi? Gdybym nie zbierał tych piekielnych ziół, gdybym o nich tyle nie mówił, nie chełpił się nimi, nie podsuwał ich uwadze moich gości owego popołudnia? Ale nie przypuszczałem nigdy. Nie śniło mi się nawet. Skąd mogłem wiedzieć.
— Oczywiście.
— Ale ja gadałem i gadałem, dumny ze swych wiadomości. Byłem ślepym, zarozumiałym głupcem! I właśnie taki nacisk kładłem specjalnie na cykutę. A potem, dureń, poprosiłem ich do biblioteki i przeczytałem fragment z Fedona, opisujący śmierć Sokratesa. Bardzo zresztą piękny fragment, zawsze się nim zachwycałem. Od tego czasu prześladuje mnie ustawicznie.
— Czy znaleziono na butelce z cykutą jakieś odciski palców? — zapytał Poirot.
— Tylko jej.
— Karoliny Crale?
— A pańskich nie?
— Nie. Bo widzi pan, nie brałem butelki do ręki, wskazałem ją tylko.
— Ale przecież musiał ją pan kiedyś mieć w ręku?
— Oczywiście, ale od czasu do czasu odkurzałem wszystkie butelki, bo służbie naturalnie nie wolno było wchodzić do pracowni. Właśnie cztery czy pięć dni przedtem ścierałem kurze.
— Czy laboratorium było zawsze zamknięte na klucz?
— Zawsze.
— A kiedy Karolina Crale mogła odlać cykutę z butelki?
Meredith Blake odpowiedział z pewnym ociąganiem.
— Wyszła z pokoju ostatnia. Zawołałem ją, pamiętam, i przybiegła szybko do nas. Miała tylko trochę zaróżowione policzki i dziwnie błyszczące oczy. Ach! Mam ją jak żywą przed oczami!
— A czy pan w ciągu tamtego popołudnia miał wizję z nią rozmawiać? — zapytał Poirot. — Chodzi o to czy rozmawiał pan z nią o sytuacji, jaka powstała między nią a jej mężem?
Blake odpowiedział cicho i powoli:
— Bezpośrednio — nie. Jak już powiedziałem przedtem, Karolina była bardzo przygnębiona. W pewnej chwili, kiedy zostaliśmy z dala od reszty towarzystwa, spytałem: „Czy ci coś dolega, kochanie?” Na co odpowiedziała: „Wszystko mi dolega”. Szkoda, że pan nie słyszał, z jaką to powiedziała desperacją. Słowa te zawierały całą prawdę. Amyas Crale był dla Karoliny wszystkim na świecie. Dodała jeszcze w końcu: „Wszystko przepadło. skończone. I ze mną też już koniec, Meredith!” Ale roześmiała się zaraz, wróciła do reszty towarzystwa i ogarnęła ją nagle nienaturalna, hałaśliwa wesołość.
Herkules Poirot pokiwał głową niby porcelanowy mandaryn.
— Tak, rozumiem — rzekł. — Zatem to tak było .
Meredith Blake uderzył nagle pięścią w stół i krzyknął niemal:
— I jedno panu powiem: kiedy Karolina Crale zeznała w sądzie, że wzięła tę truciznę dla siebie, przysięgnę, że powiedziała prawdę. W pierwszej chwili na pewno nie myślała o zabójstwie, ta myśl nasunęła się jej dopiero później.
— Jest pan tego pewien?
— Przepraszam?. Nie bardzo rozumiem — rzekł Blake, otwierając szeroko oczy.
— Pytałem pana, czy jest pan zupełnie pewien, że myśl o zbrodni w ogóle nasunęła się Karolinie? Innymi słowy, czy żywi pan niezbite przekonanie, że Karolina z całą świadomością popełniła morderstwo?
Meredith Blake oddychał z trudem.
— Jeżeli nie? — powiedział — jeżeli nie. czyżby pan podejrzewał jakiś wypadek?
— Niekoniecznie.
— Mówi pan bardzo dziwne rzeczy.
— Czyżby? Określił pan przedtem Karolinę Crale jako uosobienie łagodności. Czy tego rodzaju osoby popełniają zbrodnie?
— Była naprawdę łagodna. Ale mimo to były między nimi bardzo gwałtowne kłótnie.
— Więc nie taka znowu łagodna.
— Ależ owszem! Och, jak to trudno wytłumaczyć!
— Staram się właśnie zrozumieć.
— Karolina była bardzo impulsywna, co się także wyrażało w jej sposobie mówienia. Potrafiła powiedzieć: „Nienawidzę cię! Chciałabym, żebyś umarł!” — ale to jeszcze nie znaczyło. to nie pociągało za sobą czynów.
— A więc, pańskim zdaniem, morderstwo nie leżało w charakterze pani Crale?
— Pan to ujmuje bardzo dziwnie, panie Poirot. Mogę tylko powiedzieć. no więc, tak: wydawało mi się to zupełnie niezgodne z jej charakterem. Mogę to sobie wytłumaczyć jedynie tym, że została sprowokowana w sposób niezwykle silny. Uwielbiała męża. W tych warunkach kobieta. kobieta może nawet zamordować.
— Owszem, zgadzam się z tym — przyznał Poirot.
— W pierwszej chwili byłem jak piorunem rażony! Wydawało mi się to niemożliwe! I to
rzeczywiście było niemożliwe, jeżeli pan sobie zdaje sprawę, jak ja to rozumiem. Osoba,
która się tego dopuściła, nie była prawdziwą Karoliną.
— Ale w sensie prawnym jest pan jednak pewien, że to Karolina?
Meredith Blake znowu spojrzał ze zdumieniem na Poirota.
— Drogi panie, jeżeli to nie ona.
— No?. Jeżeli nie ona?
— Nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Wypadek? To nieprawdopodobne! Bez wątpienia.
— Nieprawdopodobne. Ja też tak sądzę.
— Nie uwierzę też nigdy w teorię samobójstwa. Musiano brać pod uwagę tę możliwość, ale nikomu, kto znał Crale’a, nie mogła się ona wydać sensowna.
— Zgoda.
— Cóż więc pozostaje? — spytał Meredith Blake.
— Pozostaje hipoteza, że Amyasa Crale’a otruł ktoś inny — stwierdził z zimną krwią Poirot.
— Ależ to absurd!
— Tak pan sądzi?
— Jestem pewien. Któż by go chciał zabić? Kto by mógł go zabić?
— To raczej powinien wiedzieć pan, nie ja.
— Nie przypuszcza pan chyba na serio.
— Może i nie. Ale chciałbym rozważyć tę możliwość. Proszę się nad tym poważnie zastanowić i powiedzieć, co pan o tym sądzi.
Meredith wpatrywał się w niego przez długi czas. Potem spuścił oczy i potrząsnął głową.
— Mimo najszczerszej chęci nie potrafię wysunąć żadnej alternatywy. Gdyby istniał choć cień prawdopodobieństwa, że zrobił to ktoś inny, uwierzyłbym bez wahania w niewinność Karoliny. Nie chciałem wierzyć w jej winę, mówiłem już, że w pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć. Ale któż by inny? Kto tam jeszcze był? Filip? Najlepszy przyjaciel Crale’a. Elza? Śmieszne! Ja sam? Czy wyglądam na mordercę? Albo guwernantka, zacna i solidna kobieta. Para starych, oddanych służących. A może powie pan, że to mata Angela? Nie, panie Poirot! Nie ma alternatywy. Nikt poza jego żoną nie mógł zamordować Crale’a. On sam jednak doprowadził ją do tego. W gruncie rzeczy więc można by to podciągnąć pod samobójstwo.
— Sądzi pan, że zginął wskutek własnego postępowania, chociaż nie z własnej ręki?
— Właśnie. Może to na pierwszy rzut oka dziwaczne ujęcie, ale wie pan. przyczyna i skutek.
— Czy zastanawiał się pan kiedy — spytał Poirot — że przyczynę morderstwa najłatwiej można znaleźć, badając charakter ofiary?
— Zaraz, bo ja niezupełnie. Owszem, rozumiem chyba, co pan ma na myśli.
— Dopóki się nie pozna dokładnie psychiki ofiary, nie widzi się wyraźnie okoliczności morderstwa. O to mi właśnie idzie. Obaj panowie, pan i pański brat, bardzo mi w tym pomogli. Chodziło mi o rekonstrukcję charakteru Amyasa Crale’a.
Meredith Blake pominął zasadniczy sens tych słów, gdyż uwagę jego przykuło słowo „brat”.
— Filip? — rzucił szybko.
— Tak.
— Pan z nim także rozmawiał?
— Oczywiście.
— Trzeba było najpierw zwrócić się do mnie — rzekł ostrym tonem Meredith Blake.
— Jeżeli idzie o starszeństwo, ma pan słuszność — odparł z kurtuazją Poirot. — Wiem, że pan jest starszym bratem. Ale pan rozumie, brat pański mieszka pod Londynem i było mi łatwo odwiedzić go najpierw.
Meredith Blake nie rozchmurzył się jednak, ale skubał w rozterce dolną wargę.
— Powinien pan był najpierw zwrócić się do mnie — powtórzył.
Tym razem Poirot zwlekał z odpowiedzią, aż Meredith Blake musiał dodać tonem
wyjaśnienia:
— Bo Filip jest uprzedzony.
— Tak?
— Jeżeli chodzi o ścisłość, ma moc uprzedzeń, zawsze tak było. — Tu zerknął z
niepokojem na gościa. — Na pewno starał się oczernić przed panem Karolinę.
— Czyż to ma jakieś znaczenie. po tak długim czasie?
Meredith Blake głęboko westchnął.
— Tak, wiem. Zapominam, że to już tyle lat minęło. Karolinie nic już nie może zaszkodzić. Ale mimo to nie chciałbym, żeby pan miał o niej fałszywe pojęcie.
— A sądzi pan, że brat mógłby ją przedstawić mi w fałszywym świetle?
— Szczerze mówiąc, tak. Bo widzi pan, między moim bratem a Karoliną zawsze istniał jakiś, jakby to powiedzieć, antagonizm.
— Czemu?
Pytanie to wyraźnie podrażniło Blake’a.
— Czemu? Skąd mogę wiedzieć? To się przecież zdarza. Filip zawsze dokuczał jej przy każdej sposobności. Był mocno niezadowolony, kiedy Amyas się z nią ożenił. Przeszło rok w ogóle się z nimi nie widywał. A przecież Amyas był chyba jego najlepszym przyjacielem. Zdaje się, że tu właśnie tkwiła przyczyna. Uważał, że żadna kobieta nie jest godna Amyasa, i lękał się zapewne, że wpływ Karoliny zniweczy ich przyjaźń.
— Czy rzeczywiście tak się stało?
— Ależ nie, bynajmniej! Amyas zawsze, aż do końca, był tak samo przywiązany do Filipa. Zawsze mu docinał, że jest groszorobem i filistrem, ale Filip się tym wcale nie przejmował. Śmiał się tylko i twierdził, że to dobrze, gdy Amyas ma przynajmniej jednego solidnego i zamożnego przyjaciela.
— Jak brat pana zareagował na sprawę Elzy Greer?
— Czy ja wiem? Trudno właściwie określić jego stanowisko. Zły był na Amyasa, że się tym romansem ośmiesza. Nieraz powtarzał, że nic z tego nie będzie i Amyas w końcu będzie żałował. Ale równocześnie miałem wrażenie. tak, miałem zupełnie wyraźne wrażenie, że cieszy go niepowodzenie Karoliny.
Poirot podniósł w górę brwi.
— Doprawdy? — spytał.
— Och, proszę mnie źle nie rozumieć! Chciałem tylko powiedzieć, że to uczucie tkwiło gdzieś w jego podświadomości. Przypuszczam, że nie zdawał sobie nawet z tego sprawy. Chociaż niewiele mamy z Filipem wspólnego, to jednak istnieje jakiś związek krwi między członkami bliskiej rodziny. Jeden brat często wie, co drugi myśli.
— A po tej tragedii?
Meredith Blake potrząsnął głową. Po jego twarzy przebiegł skurcz bólu.
— Biedny Fil! — powiedział. — Zupełnie go to złamało. Zawsze był ogromnie przywiązany do Amyasa. Uczucie to, jak sądzę, zbliżało się do ślepego uwielbienia. Byliśmy w jednym wieku z Crale’em, a Filip był dwa lala młodszy i zawsze uważał Amyasa za istotę wyższego rzędu. Przeżył okropny cios. Ogromnie go to rozgoryczyło na Karolinę.
— On przynajmniej nie miał żadnych wątpliwości?
— Nikt z nas nie miał wątpliwości.
Zapadło milczenie. Wreszcie Blake rzekł z płaczliwą irytacją, tak częstą u ludzi słabych:
— Wszystko to minęło, zostało zapomniane. a tu raptem pan na nowo wszystko rozgrzebuje.
— To nie ja. To Karolina Crale.
— Karolina? — Blake spojrzał na niego zdumiony.
— Jak to?
— Karolina Crale numer drugi — odpowiedział Poirot, obserwując gospodarza uważnie.
Na twarzy Mereditha odmalowała się ulga.
— Ach, tak. Ich dziecko, mała Karla. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pana.
— Sądził pan, że mówię o pierwszej Karolinie Crale? Myślał pan, że to ona — jakby to powiedzieć — nie może zaznać w grobie spokoju?
Meredith Blake zadrżał.
— Niech pan przestanie!
— Czy panu wiadomo, że zostawiła list do córki — ostatni, który napisała przed śmiercią — że jest niewinna?
Meredith patrzył na niego zdumiony, a gdy przemówił, w jego tonie brzmiało niedowierzanie:
— Karolina to napisała?
— Tak jest. Czy to pana dziwi?
— Pana także by to zdziwiło, gdyby ją pan widział przed sądem. Nieszczęsna, bezbronna, zaszczuta istota. Nie próbowała nawet walczyć.
— Defetystka?
— Nie, nie! Nic podobnego. Dręczyła ją świadomość, ze zabiła ukochanego mężczyznę, przynajmniej tak wtedy sądziłem.
— A teraz nie jest pan tego pewien?
— Jeżeli napisała coś podobnego, uroczyście, w obliczu śmierci.
— Może to było miłosierne kłamstwo — podsunął Poirot.
— Może — odrzekł powątpiewająco Meredith. — Ale to. to niepodobne do Karoliny.
Poirot skinął głową. Tych samych słów użyła Karla Lemarchant. Ona jednak kierowała się
tylko upartą pamięcią dziecka. Meredith Blake natomiast znał Karolinę bardzo dobrze. Było to dla Poirota pierwsze potwierdzenie, że na sądzie Karli może polegać.
Meredith Blake spojrzał znów na gościa.
— Jeżeli. jeżeli Karolina była niewinna — rzekł wolno — nie, to szaleństwo!. Nie widzę żadnych możliwości innego rozwiązania.
Odwrócił się raptownie do Poirota.
— A pan? Co pan o tym sądzi?
Zapanowała cisza.
— Jak dotąd — odpowiedział wreszcie Poirot — nie sądzę nic. Zbieram tylko wrażenia. Jaka była Karolina? Jaki byt Amyas Crale? Wszyscy inni, którzy wplątani byli w ten proces? Co się działo w ciągu tych dwóch dni? Tego się muszę dowiedzieć. Zbadać dokładnie wszystkie fakty jeden po drugim. Pański brat mi w tym dopomoże. Prześle mi opis wydarzeń, jak je pamięta.
— Nie na wiele się to panu przyda — rzekł gwałtownym tonem Meredith. — Filip jest bardzo zajęty. Gdy jakaś sprawa jest skończona, zapomina o niej szybko. Jego wspomnienia będą z pewnością bardzo niedokładne.
— Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że będą luki.
— Wie pan co. — zaczął Meredith. Urwał, zaczerwienił się i dokończył po pauzie: — Jeżeli pan chce, mogę zrobić to samo. Miałby pan materiał porównawczy, prawda?
— Byłoby to dla mnie niezmiernie cenne! — zawołał uradowany Poirot. — To pierwszorzędny pomysł, pierwszorzędny!
— A więc doskonale! Napiszę. Mam tu gdzieś swoje stare pamiętniki. Ale uprzedzam pana — roześmiał się z zażenowaniem — że nie mam najlepszego stylu literackiego, a nawet moja ortografia pozostawia wiele do życzenia. Pan nie będzie za bardzo wymagający?
— Ach, tu przecież nie chodzi o styl. Zwykły opis faktów, które pan zapamiętał. Co ktoś wtedy a wtedy powiedział, jak wyglądał, co się wydarzyło. Mniejsza o to, że coś wydaje się panu nieważne. Wszystko połączone razem pozwoli mi odtworzyć atmosferę, że tak powiem.
— Tak, rozumiem. Panu trudno jest pewnie wyobrazić sobie osoby i miejsca, których nigdy pan nie widział.
Poirot skinął głową.
— Właśnie. I jeszcze o coś chciałem pana prosić. O ile się nie mylę, Alderbury sąsiaduje bezpośrednio z pańską posiadłością? Czy mógłbym się tam udać, żeby na własne oczy zobaczyć miejsce tragedii?
Meredith Blake odpowiedział wolno:
— Mogę pana tam zaprowadzić, chociażby zaraz. Ale rzecz prosta, że wiele się tam przez ten czas zmieniło.
— Może przebudowano dom?
— Dzięki Bogu, nie, nie jest aż tak źle. Ale założono tam coś w rodzaju hotelu. Jakieś przedsiębiorstwo zakupiło całą posiadłość. W lecie zjeżdżają tu całe hordy młodzieży, no i oczywiście, wszystkie pokoje podzielono na klitki. Sam teren także znacznie zmieniono.
— Będzie mi pan musiał dopomóc odpowiednimi wyjaśnieniami.
— Zrobię, co będę mógł. Szkoda, że nie widział pan tej posiadłości za dawnych lat. To był jeden z najpiękniejszych majątków w okolicy.
Poprowadził gościa przez drzwi balkonowe i zaczęli razem schodzić na dół po zboczu porośniętym trawą.
— A kto sprzedał posiadłość?
— Opiekunowie osieroconej dziewczynki. Odziedziczyła wszystko, co Crale posiadał. Nie zostawił testamentu, przypuszczam więc, że majątek byłby został podzielony automatycznie między żonę i dziecko. Karolina w testamencie również zapisała wszystko córce.
— A nic przyrodniej siostrze?
— Angela posiadała osobisty majątek po ojcu.
— Rozumiem — rzekł Poirot, a po chwili zawołał: — Ale dokąd mnie pan prowadzi? Przecież idziemy nad morze!
— Ach, muszę panu wytłumaczyć naszą topografię. Za chwilę sam się pan przekona. O, widzi pan, tam jest taka mała zatoka, nazywa się Zatoka Wielbłądzia. Wrzyna się w ląd tutaj. wygląda prawie jak ujście rzeki, ale to złudzenie, to tylko morze. Jeżeli się chce iść do Alderbury lądem, trzeba skręcić na prawo i okrążyć zatokę, lecz najbliższa droga prowadzi po prostu łodzią przez to wąskie pasemko wody. Alderbury leży naprzeciwko, o tam! Może pan zobaczyć dom między drzewami.
Doszli do małej plaży. Naprzeciwko widać było lasek, a między wysokimi drzewami — duży biały dom. Na piasku leżały dwie łodzie. Meredith Blake przy niezbyt zręcznej pomocy Poirota spuścił jedną z nich na wodę i po chwili wiosłowali już ku przeciwległemu brzegowi.
— Dawniej zawsze jeździliśmy w ten sposób — wyjaśnił Meredith — z wyjątkiem, oczywiście, niepogody albo burzy, kiedy posługiwaliśmy się autem. Ale wtedy odległość wynosi blisko trzy mile.
Podpłynął zręcznie pod kamienne umocnienie przeciwnego brzegu. Spojrzał niechętnie na szereg drewnianych szałasów i betonowe tarasy.
— To wszystko jest nowe. Dawniej stała tu szopa na łódki i nic więcej. Szło się wzdłuż wybrzeża i kąpało się tam, przy tych skałach.
Pomógł gościowi wysiąść, przycumował łódź i poprowadził Poirota stromą ścieżką w górę.
— Może pan być pewien, że nie spotkamy nikogo po drodze — rzucił przez ramię. — W kwietniu jest tu jeszcze zupełnie pusto. chyba że na Wielkanoc. A zresztą. gdybyśmy nawet kogoś spotkali, nic nie szkodzi. Żyję w zgodzie z sąsiadami. Jak pięknie grzeje dzisiaj słońce, zupełnie jak w lecie. I wtedy także był piękny dzień, raczej lipcowy niż wrześniowy. Wspaniałe słońce, ale lekki chłodnawy wietrzyk.
Ścieżka wyłaniała się już spośród drzew i okrążała występ skalny. Meredith wskazał ręką.
— To ogród, który oni nazywali „Baterią”. Jesteśmy teraz mniej więcej pod nim, mijamy
go.
Znowu weszli do lasu. Po chwili dróżka ostro skręciła znaleźli się przed furtką, umieszczoną w wysokim murze. Ścieżka biegła zygzakowato dalej, ale Meredith otworzył furtkę i obaj weszli do ogrodu.
Po przejściu cienistej drogi Poirot był przez chwilę oślepiony blaskiem. „Bateria” była tarasem z obmurowaniem, na którym stała armatka. Zdawało się, że zwisa nad samym morzem. Nad tarasem i pod nim rosły drzewa, lecz od strony morza nie widać było w dole nic prócz lśniącego błękitu wód.
— Piękny widok — zauważył Meredith, a po chwili dodał, wskazując wzgardliwie głową na rodzaj pawilonu przybudowanego do starego muru: — Tego, oczywiście, wówczas nie było. Była tylko szopa, w której Amyas przechowywał swoje przybory malarskie, butelki z piwem i kilka leżaków. Wtedy nie było jeszcze betonu. Stała tu ławka i mały stolik, wszystko z żelaza malowanego olejną farbą. Nic poza tym. A jednak niewiele się tu zmieniło — głos mu się załamał.
— I to właśnie tu się stało? — zapytał Poirot.
Meredith potwierdził skinieniem głowy.
— Ławka stała tam, pod szopą. Amyas na niej siedział. Lubił sobie siedzieć na tej ławce, kiedy malował — ot, tak po prostu, rzucał się na nią i patrzył, patrzył. Potem zrywał się raptem i zaczynał nakładać farby na płótno jak szalony.
Urwał na chwilę. — Dlatego właśnie, wie pan, wyglądał wtedy zupełnie naturalnie. Jak gdyby spał, ot, zdrzemnął się na chwilę. Ale oczy miał otwarte i był już sztywny. Ta trucizna paraliżuje człowieka. Nie czuje się żadnego bólu. Zawsze, zawsze pocieszała mnie ta myśl.
— Kto go pierwszy znalazł? — spytał Poirot, chociaż znal już odpowiedź na to pytanie.
— Ona, Karolina. Po lunchu. Ja i Elza byliśmy prawdopodobnie tymi, którzy ostatni raz widzieli go przy życiu. Trucizna zaczęła już pewnie działać, bo wyglądał jakoś dziwnie. Wolałbym o tym nie mówić. Łatwiej mi będzie opisać panu to wszystko.
Odwrócił się szybko i wyszedł z ogródka, a Poirot ruszył za nim w milczeniu.
Szli znowu w górę krętą ścieżką. Nieco powyżej ogrodu znajdował się jeszcze jeden niewielki taras, ocieniony drzewami, na którym stała ławka i stolik. Meredith rzekł:
— Jak widzę, niewiele tutaj zmieniono. Ławka jednak nie była w tym starym, wiejskim stylu. ale zwykła, żelazna, malowana. Trochę twardo było na niej siedzieć, ale za to widok roztaczał się stąd piękny.
Poirot podzielał jego zdanie. Pomiędzy drzewami połyskiwała w dole zatoka.
— Siedziałem tu tego rana dość długo — rzekł Meredith. — Drzewa były znacznie niższe, widać było doskonale murek tam w dole. Na nim właśnie siedziała Elza, pozując Amyasowi. Głowę miała odwróconą w bok.
Wzruszył lekko ramionami i ciągnął dalej:
— Drzewa rosną prędzej, niż się przypuszcza. Cóż, starzeję się pewno. Chodźmy dalej, dojdziemy do domu.
Szli w dalszym ciągu dróżką pod górę, dopóki nie doprowadziła ich prosto przed piękny, stary dom. Posiadał nowe dobudówki, a na otaczającym go trawniku stało około pięćdziesięciu małych drewnianych kabin kąpielowych.
— Tu sypiają chłopcy, a w domu dziewczęta — wyjaśnił Meredith. — Przypuszczam, że nic tu pana nie zainteresuje. Wszystkie pokoje podzielono. Tam była równiej niewielka oranżeria. Teraz nowi właściciele wybudowali loggię. No, cóż? Zapewne dobrze się tutaj bawią podczas wakacji. Trudno utrzymać wszystko tak, jak było dawniej, chociaż to wielka szkoda. — Odwrócił się raptownie. — Zejdziemy inną drogą. Wszystko. wszystko staje mi na nowo przed oczami. Widma przeszłości. Wszędzie widma.
Wrócili do przystani inną, trochę dłuższą i bardziej krętą ścieżką. Szli w milczeniu. Poirot nie chciał niepokoić towarzysza pogrążonego w smutnych wspomnieniach.
Gdy znaleźli się znów przy Handcross Manor, Meredith Blake rzekł nagle:
— Wie pan? Kupiłem ten obraz. Ten, który Amyas wtedy malował. Nie mogłem po prostu znieść myśli, że kupi go ktoś obcy, dlatego że związana z nim jest jakaś sensacja i że jacyś ludzie, żądni niezdrowych wrażeń, będą się na niego gapili. Wspaniałe płótno. Sam Amyas twierdził, że nigdy w życiu nie namalował nic lepszego. Miał słuszność. Portret był prawie skończony. Amyas chciał jeszcze tylko popracować nad nim dzień czy dwa. Czy pan. czy ma pan ochotę go obejrzeć?
— Ależ oczywiście! — rzekł skwapliwie Poirot.
Blake poprowadził go przez hol i wyjął z kieszeni klucz. Otworzył jakieś drzwi i znaleźli się w obszernym, pachnącym nieco stęchlizną pokoju. Okna były szczelnie zasłonięte. Blake podniósł drewniane żaluzje. Z niejakim trudem otworzył jedno z okien i do pokoju wpadł strumień orzeźwiającego, wiosennego powietrza.
— Teraz jest lepiej — rzekł Meredith. Stał przy oknie, wciągając w płuca powietrze. Poirot przyłączył się do niego. Nietrudno było domyślić się, do jakiego celu służył dawniej ten pokój. Półki były obecnie puste, ale pozostały na nich jeszcze ślady po butelkach. Przy jednej ze ścian był zlew i jakiś zniszczony aparat chemiczny. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu.
— Jak wyraźnie mi się teraz wszystko przypomina — rzekł Meredith, patrząc w okno. — Stałem właśnie tu, wdychając zapach jaśminu, i gadałem, gadałem jak głupiec o moich wspaniałych wywarach i ekstraktach.
Poirot w roztargnieniu wysunął rękę przez okno. Przyciągnął gałązkę jaśminu pokrytą ledwie rozwijającymi się listkami. Meredith Blake odwrócił się i zdecydowanym krokiem przeszedł przez pokój. Na jednej ze ścian wisiał obraz zasłonięty płótnem. Meredith nagłym ruchem zerwał zasłonę.
Poirotowi dech zaparło w piersi. Do tej pory widział tylko cztery obrazy Amyasa Crale’a: dwa w Tate Gallery, jeden u londyńskiego handlarza obrazów i tamte róże u Filipa. Teraz jednak patrzył na obraz, uznany przez samego malarza za jego najlepsze dzieło. Zrozumiał od razu, jakim wielkim artystą musiał być ten człowiek.
Obraz wydawał się banalny. Na pierwszy rzut oka nożna by go nawet wziąć za plakat, tak ostre na pozór były w nim kontrasty. Dziewczyna. Młoda dziewczyna w kanarkowożółtym sweterku i granatowych spodniach siedziała w pełnym słońcu na szarej kamiennej balustradzie, mając za tło intensywny błękit morza. Zupełnie plakatowy temat.
Ale owo pierwsze wrażenie było zwodnicze. Była to jakaś subtelna deformacja — światło miało zadziwiający blask i niezwykłą jasność. A dziewczyna.
Tak, to było uosobienie życia. Wszystko, co jest, co może być życiem, młodością oślepiająco witalną. Twarz promieniała życiem, a oczy. Ile w nich życia! Namiętna, żywiołowa młodość! Oto więc, co pociągało Amyasa Crale’a w Elzie Greer; oto, co uczyniło go ślepym głuchym w stosunku do tego uosobienia łagodności, jakim była jego żona. Elza była samym życiem, samą młodością. Wspaniała, smukła, zwycięska, z dumnie odwróconą w bok głową, z oczami triumfującymi bezwstydnie. Patrzyła na widza bacznie, jakby wyczekująco.
Herkules Poirot rozłożył w zachwycie ręce.
— To wspaniałe, tak, to naprawdę wspaniałe!
Meredith Blake rzekł głosem zmienionym ze wzruszenia:
— Była taka młoda!.
Poirot skinął głową. W duchu mówił sobie: „Wymawiając te słowa: jaka młoda! co ludzie miewają na myśli? Jakąś istotę niewinną, bezbronną, wzruszającą. Ale młodość wcale nie jest taka! Jest szorstka, silna, mocna i — tak jest! — okrutna! I jeszcze jedno. Młodość łatwo zranić”.
Poszedł za gospodarzem do drzwi. Elza Greer, którą miał teraz z kolei odwiedzić, interesowała go obecnie znacznie żywiej niż przedtem. Jak obeszły się minione lata z tym namiętnym, triumfującym, szorstkim dzieckiem? Jeszcze raz spojrzał na portret. Te oczy. Obserwują go. obserwują. Jakby chciały mu coś powiedzieć. Przypuśćmy, że nie zrozumie ich wymowy? Czy żywy prototyp będzie w stanie mu to wytłumaczyć? A może te oczy mówią coś, o czym żywa kobieta wcale nie wie?
Taka pewność siebie, takie zwycięskie oczekiwanie!
A nagle wkroczyła śmierć i odebrała łup chciwym, drapieżnym, młodym rękom. I zgasło światło tych namiętnych, wyczekujących oczu. Jakie są teraz oczy Elzy Greer?
Wychodząc z pokoju, Poirot spojrzał jeszcze ostatni raz na obraz.
„Miała w sobie zbyt wiele życia”.
Poczuł, że budzi się w nim jakiś nieokreślony lęk.
Rozdział ósmy Trzecia świnka mięsko zajadał a..
W skrzynkach okiennych domu przy Brook Street rosły tulipany. Wewnątrz holu białe lilie, umieszczone w ogromnym wazonie, wysyłały ku otwartym drzwiom fale mocnej woni.
Kamerdyner w średnim wieku zabrał od Poirota kapelusz i laskę. Młodszy lokaj wyrósł jak spod ziemi wziął je z rąk kamerdynera, który zwrócił się do Poirota tonem pełnym szacunku.
— Pan będzie łaskaw za mną.
Poirot poszedł za nim przez hol, a potem trzy schodki w dół. Otwarły się jakieś drzwi i kamerdyner zaanonsował go, wymawiając nazwisko zupełnie poprawnie. Następnie drzwi się za nim zamknęły, a z fotela przy kominku podniósł się wysoki, szczupły mężczyzna i podszedł do pana Poirota. Lord Dittisham miał pod czterdziestkę i prócz tego, że był parem Anglii, był jeszcze poetą. Dwa jego fantastyczne dramaty poetyckie zostały wystawione z wielkim nakładem kosztów i odniosły tzw. succes d’estime5. Miał wypukłe czoło, energiczny podbródek, a oczy i usta niespodziewanie piękne.
— Proszę, niech pan spocznie, panie Poirot — rzekł.
Poirot usiadł i wziął papierosa, którym go poczęstował lord Dittisham. Gospodarz zamknął szkatułkę z papierosami, zapalił zapałkę i podał gościowi ogień. Gdy Poirot zapalił papierosa, lord Dittisham usiadł znowu i patrzył z namysłem na gościa. Wreszcie odezwał się:
— Pan chce się zobaczyć z moją żoną, wiem o tym.
— Lady Dittisham była łaskawa wyznaczyć mi ten dzień.
— Tak.
Po tych słowach nastąpiła pauza, aż wreszcie Poirot zapytał:
— Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciw mojej wizycie?
Szczupłą, marzącą twarz rozjaśnił nagle szybki, niespodziewany uśmiech.
— Obiekcje mężów, panie Poirot, nie są w dzisiejszych czasach brane pod uwagę.
— Więc jednak ma pan obiekcje?
— Nie. Tego nie mogę powiedzieć. Muszę się jednak przyznać, że lękam się trochę wrażenia, jakie ta wizyta może wywrzeć na mojej żonie. Będę zupełnie szczery. Przed wielu laty, kiedy moja żona była jeszcze młodziutką panną, przeżyła ciężką próbę. Powróciła do równowagi po tym wstrząsie. Sądzę nawet, że zupełnie już o wszystkim zapomniała. A teraz oto nagle zjawia się pan i pytania pańskie siłą rzeczy obudzą te dawne wspomnienia.
— Niezmiernie mi przykro — rzekł uprzejmie Poirot.
— Nie wiem wcale, jakie skutki to za sobą pociągnie.
— Mogę pana tylko zapewnić, że będę się starał być jak najdyskretniejszy i uczynię wszystko, aby nie sprawić lady Dittisham przykrości. Przypuszczam, że żona pańska jest osobą słabowitą i nerwową.
Ku jego zdumieniu lord Dittisham wybuchnął niespodziewanym śmiechem.
— Elza? Elza jest silna jak koń!
— A więc?. — Poirot dyplomatycznie zawiesił głos. Cała ta sytuacja mocno go intrygowała.
— Moja żona jest odporna na wszelkiego rodzaju wstrząsy — rzekł lord Dittisham. — Nie wiem, czy domyśla się pan, czemu zgodziła się pana przyjąć?
— Przez ciekawość? — spytał spokojnie Poirot.
— Ach, widzę, że zdaje pan sobie z tego sprawę — odparł gospodarz, a w jego oczach mignął wyraz uznania.
— To rzecz niezmienna — stwierdził Poirot. — kobieta zawsze przyjmie detektywa prywatnego. Mężczyzna natomiast posyła go do wszystkich diabłów.
— Ale istnieją też kobiety, które mogłyby tak samo postąpić.
— Owszem, ale dopiero po zobaczeniu się z nim. Nigdy przedtem.
— Być może. — Lord Dittisham milczał chwilę, a potem spytał wprost: — O co chodzi w tej książce?
Herkules Poirot wzruszył ramionami.
— Wskrzesza się stare melodie, stare wodewile, stare kostiumy. Można także wskrzesić stare zbrodnie.
— Phi! — fuknął lord Dittisham.
— Może pan tak to ująć, jeżeli tak się panu podoba. Ale mówiąc: „phi!” nie zmieni pan natury ludzkiej. Zbrodnia jest dramatem. A żądza dramatu jest w gatunku ludzkim głęboko zakorzeniona.
— Wiem o tym — rzucił półgłosem lord Dittisham.
— Rozumie więc pan, że książka zostanie napisana. Moja rola polega zaś na dopilnowaniu, żeby nie było w niej wielkich nieścisłości, żadnego zniekształcenia znanych faktów.
— Fakty stanowią chyba własność publiczną?
— Owszem, ale nie ich interpretacja.
— Jak pan to rozumie, panie Poirot? — spytał ostro lord Dittisham.
— Są różne sposoby interpretowania faktów, chociażby faktów historycznych. Weźmy przykład: napisano mnóstwo książek o waszej szkockiej królowej, Marii Stuart, przedstawiając ją raz jako męczennicę, drugi raz jako kobietę niestałą i pozbawioną zasad moralnych, jako niezbyt mądrą świętą, jako morderczynię i intrygantkę, to znów jako ofiarę losu i okoliczności. Można wśród tego wybrać, co się chce.
— No, a w tym przypadku? Crale’a zabiła jego własna żona. Ten fakt jest bezsprzeczny. Podczas procesu rzucano na moją żonę zupełnie nieuzasadnione oszczerstwa. Musiano ją po wyroku po kryjomu wyprowadzić z sądu. Opinia publiczna bezapelacyjnie ją potępiła.
— Anglicy — rzekł Poirot — są ludźmi niezwykle moralnymi!
— To prawda, pal ich licho! — powiedział lord Dittisham. — A pan? — dodał, patrząc na gościa.
— Ja. rzekł Poirot — prowadzę życie niesłychanie moralne. Ale to nie jest równoznaczne z posiadaniem zasad moralnych.
— Zastanawiałem się czasem, jaka była właściwie ta pani Crale — powiedział lord Dittisham. — Ta poza skrzywdzonej żony. Czuję, że musiało się za tym kryć coś innego.
— Pańska żona może coś o tym wiedzieć — przyznał Poirot.
— Moja żona nigdy ani słowem nawet nie wspomniała o tej sprawie.
Poirot spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— Ach, zaczynam rozumieć.
— Co pan zaczyna rozumieć? — spytał ostro lord Dittisham.
— Twórczą wyobraźnię poety — odpowiedział Poirot z ukłonem.
Lord Dittisham wstał z fotela i zadzwonił.
— Żona moja oczekuje pana — rzekł szorstko.
Drzwi się otworzyły.
— Proszę zaprowadzić pana Poirota do jaśnie pani.
Dwa piętra w górę, po miękkim dywanie, w którym zapadały się stopy. Przyćmione, ukryte światła. Wszędzie pieniądz, pieniądz. Nie za wiele natomiast gustu. W gabinecie lorda Dittishama panowała jakaś surowość — tu jednak, w pozostałej części domu, tylko rozrzutność. Wszystko, co tylko można mieć najkosztowniejszego. Niekoniecznie najefektowniejszego lub najładniejszego. Po prostu tylko „cena nie gra roli” w połączeniu z brakiem wyobraźni.
Poirot szepnął do siebie: „Mięsko? Tak jest! Mięsko!”
Pokój, do którego go wprowadzono, nie był zbyt duży, gdyż oficjalny salon znajdował się na pierwszym piętrze. Ten zaś był osobistym salonikiem pani domu, i ona sama stała przy kominku, w chwili gdy Poirota zaanonsowano i wprowadzono. W uszach zabrzmiały mu nagle słowa, których w żaden sposób nie mógł odpędzić: „Zmarła młodo.”
Takie bowiem wrażenie wywarła na nim od pierwszego wejrzenia lady Dittisham, ongi Elza Greer.
Nigdy by nie poznał w niej kobiety, której portret pokazał mu Meredith Blake. W dziewczynie z portretu rzucała się w oczy przede wszystkim jej młodość, jej żywotność. W tej kobiecie natomiast nie widać było młodości, jak gdyby jej nigdy nie zaznała. A jednak dostrzegł to, czego nie dojrzał na obrazie Crale’a, że Elza jest piękna. Tak, kobieta, która podeszła, aby go powitać, była bardzo piękna. Z całą pewnością nie stara. Ileż mogła mieć lat? Najwyżej trzydzieści sześć. Jeżeli wówczas była dwudziestoletnią dziewczyną. Nieskazitelnie ułożone czarne włosy okalały kształtną główkę, rysy niemal klasyczne, cera wypielęgnowana, twarz podmalowana prześlicznie.
Poirot poczuł dziwne ukłucie w sercu. Może to z winy pana Jonathana, który cytował Romea i Julię.. .Stojąca przed nim kobieta nie miała w sobie nic z Julii, chyba żeby ktoś sobie wyobraził Julię, która przeżyła śmierć Romea. Bo przecież rzeczą zasadniczą w postaci Julii było to, że musiała umrzeć młodo.
Elza Gruer pozostała przy życiu.
Powitała gościa równym, dość monotonnym głosem:
— Bardzo mnie pan zainteresował, panie Poirot. Niechże pan usiądzie i powie, czego pan sobie ode mnie życzy?
„Ależ wcale ją to nie interesuje. Ją nic nie interesuje” — pomyślał Poirot.
Wielkie szare oczy przypominały martwe jeziora.
Poirot przybrał, jak to miał w zwyczaju, pozę wyraźnie cudzoziemską. Zawołał więc:
— Jestem doprawdy skonfundowany, proszę pani! Ogromnie skonfundowany!
— Ależ dlaczego?
— Bo zdaję sobie sprawę, że ta rekonstrukcja minionego dramatu musi być dla pani bardzo bolesna.
Te słowa jak gdyby ją ubawiły. Tak, to było rozbawienie, szczere rozbawienie.
Odezwała się po chwili:
— Podejrzewam, że to mój mąż podsunął panu tę myśl? Bo to on, zdaje się, pana tu powitał. Ale on tego zupełnie nie rozumie. Absolutnie nie rozumie i nigdy nie rozumiał. Nie jestem wcale przewrażliwioną osobą, za jaką mnie uważa.
W głosie jej ciągle jeszcze dźwięczało rozbawienie.
— Mój ojciec, proszę pana, był pomocnikiem młynarza. Własną pracą dorobił się fortuny. A do tego nie można dojść, jeżeli się ma cienką skórę. Ja jestem taka sama jak ojciec.
„To prawda — pomyślał Poirot. — Osoba subtelna nigdy by się nie zgodziła na pobyt w domu Karoliny Crale”.
— Czego więc pan sobie życzy? — zapytała lady Dittisham.
— Czy jest pani pewna, że rekonstrukcja przeszłości nie sprawi pani bólu? — upewnił się Poirot.
Lady Dittisham zastanowiła się nad tym chwilę, zanim odpowiedziała, a Poirot zrozumiał nagle, że lady Dittisham jest osobą niezmiernie szczerą. Taka kobieta kłamie tylko z konieczności, nigdy z zamiłowania.
— Nie, bólu to mi nie sprawi. Pragnęłabym nawet, żeby było inaczej.
— Czemu?
— To tak głupio nigdy nie odczuwać nic. nic — odpowiedziała niecierpliwie.
„Tak — pomyślał Poirot — Elza Greer nie żyje.”
— Bądź co bądź, to mi bardzo ułatwi zadanie — rzekł na glos.
— A co by pan chciał wiedzieć? — spytała wesoło lady Dittisham.
— Czy ma pani dobrą pamięć, madame?
— Chyba niezłą.
— I jest pani pewna, że nie będzie pani przykro odtworzyć szczegóły z tamtych dni?
— Będzie mi to najzupełniej obojętne. Człowieka boleć może tylko to, co się aktualnie dzieje.
— Wiem, że w stosunku do niektórych osób jest to prawda.
— Tego właśnie Edward, mój mąż, nie może zrozumieć. Jest przekonany, że ten proces i tak dalej, był dla mnie ciężkim przejściem.
— A czyż tak nie było?
— Nie. Bardzo mnie to bawiło — powiedziała Elza Dittisham z odcieniem zadowolenia. — Boże, jak ten stary Depleach na mnie napadał. To diabeł wcielony, niech mi pan wierzy. Walka z nim sprawiała mi prawdziwą przyjemność. Nie udało mu się mnie zgnębić.
Spojrzała na Poirota z uśmiechem.
— Przypuszczam, że nie rozwiewam pańskich iluzji. Jako dwudziestoletnia dziewczyna powinnam była czuć się zmiażdżona, wić się ze wstydu, czy coś w tym rodzaju. Ale ja nie. Nic mnie nie obchodziło, co o mnie mówią. Pragnęłam tylko jednego.
— A mianowicie?
— Oczywiście, żeby ją powieszono — rzekła Elza Dittisham.
Poirot przyjrzał się jej rękom. Piękne ręce o długich zagiętych paznokciach. Drapieżne ręce.
— Uważa pan, że jestem mściwa? — zapytała. — A więc, tak, jestem mściwa w stosunku do każdego, kto mnie skrzywdził. Ta kobieta była, moim zdaniem, wcieleniem podłości. Wiedziała, że Amyas mnie kocha, że ma ją porzucić, więc go zabiła, byle mi go nie oddać. Nie uważa pan, że to szczyt podłości? — spytała, patrząc na Poirota.
— Pani nie ma zrozumienia ani współczucia dla zazdrości?
— Nie, chyba nie. Jeżeli się przegrało, to trudno. Jeżeli nie potrafisz utrzymać męża, pozwól mu odejść. Żądza posiadania jest dla mnie niezrozumiała.
— Może by pani to zrozumiała, gdyby pani wyszła za niego za mąż.
— Nie przypuszczam. Nie byliśmy. — Uśmiechnęła się nagle do Poirota. Uśmiech ten przeraził go, tak był zimny, pozbawiony wszelkiego uczucia. — Chciałabym, żeby pan to dobrze zrozumiał — powiedziała. — Niech pan nie myśli, że Amyas uwiódł niewinną młodą dziewczynę. Nic podobnego! Z nas dwojga raczej ja ponosiłam za wszystko odpowiedzialność. Poznałam go na jakimś przyjęciu i zakochałam się w nim. Czułam, że muszę go zdobyć.
Trawestacja, groteskowa trawestacja, ale.
...a cały los swój u stóp twoich złożę
i za mym panem pójdę na kraj świata...
— Mimo, że był żonaty?
— „Osobom obcym wstęp wzbroniony”? Rzeczywistość wymaga czegoś więcej niż drukowanego ostrzeżenia. Jeżeli był nieszczęśliwy ze swoją żoną, a mógł być szczęśliwy ze mną, to czemu nie? Ma się tylko jedno życie.
— Ale przecież mówiono, że jego pożycie małżeńskie było całkiem szczęśliwe?
— Nic podobnego. — Elza potrząsnęła głową. — Żyli ze sobą jak pies z kotem. Zadręczała go. Och, to była okropna kobieta!
Wstała i zapaliła papierosa. Potem zwróciła się do Poirota z lekkim uśmiechem.
— Może jestem dla niej niesprawiedliwa. Ale naprawdę uważam, że postępowała wstrętnie.
— To była wielka tragedia — rzekł powoli Poirot.
— Tak, to była wielka tragedia.
Odwróciła się ku niemu nagłym ruchem, a w monotonnej martwocie jej twarzy zadrgało coś żywego.
— To mnie zabiło. Rozumie pan? To mnie zabiło. Od tamtej chwili w moim życiu nie ma nic, zupełnie nic. — Zniżyła głos do szeptu. — Pustka!. Jestem jak wypchana ryba w szklanej skrzyneczce — dodała z niecierpliwym ruchem ręki.
— Tak bardzo kochała pani Amyasa Crale’a?
Skinęła głową. Był to szybki ruch, pełen ufności, dziwnie wzruszający.
— Zawsze chyba byłam jednokierunkowa — dodała posępnie. — Sądzę, że powinnam była wbić sobie sztylet w serce jak Julia. Ale gdybym to zrobiła, przyznałabym tym samym, że jestem pobita. że życie mnie pokonało.
— Zamiast tego?
— Myślałam, że jeżeli przez to wszystko przebrnę, wszystko będzie znów jak dawniej. No i przebrnęłam. Nie miało to już dla mnie żadnego znaczenia. Postanowiłam wtedy, że poszukam sobie innego mężczyzny.
Tak, następnego mężczyzny. Poirot wyobrażał sobie jasno, jak starała się wykonać swoje brutalne postanowienie. Widział tę piękną i bogatą uwodzicielkę, jak usiłuje chciwymi, drapieżnymi rękami wypełnić pustkę życia. Małżeństwo ze słynnym lotnikiem, następnie podróżnik, ten jasnowłosy olbrzym Arnold Stevenson, być może fizycznie podobny do Amyasa Crale’a, no i powrót do sfer twórczych — Dittisham!
— Nigdy nie byłam hipokrytką — rzekła Elza Dittisham. — Jest takie hiszpańskie przysłowie, które mi się zawsze bardzo podobało: „Pan Bóg mówi: bierz, co chcesz, i zapłać za to”. Tak właśnie robiłam. Brałam to, co chciałam, ale zawsze byłam gotowa zapłacić należytą cenę.
— Pani nie rozumie jednak, że są rzeczy, których nie można kupić — zauważył Poirot.
— Nie mam na myśli tylko pieniędzy — odparła, patrząc na niego przenikliwie.
— Ach, nie, nie. Rozumiem, co pani miała na myśli. Ale nie wszystko w życiu ma swoją cenę, tyle a tyle. Istnieją rzeczy, które nie są na sprzedaż.
— Bajki!
Detektyw uśmiechnął się lekko. W głosie jej zabrzmiała pewność siebie młynarczyka, który doszedł do majątku. Poczuł nagle zalewającą go falę współczucia. Patrzył na tę gładką, bez określonego wieku twarz, na znużone oczy i przypomniał sobie dziewczynę, którą malował Amyas Crale.
— Proszę mi opowiedzieć o tej książce — powiedziała Elza. — Co ma na celu? Czyj to pomysł?
— Och, droga pani, jakiż może być inny cel niż podanie wczorajszej sensacji w dzisiejszym sosie.
— Ale pan nie jest literatem.
— Nie, jestem rzeczoznawcą od zbrodni.
— Jest pan więc konsultantem przy pisaniu powieści kryminalnych?
— Nie zawsze. W tym konkretnym przypadku zwrócono się do mnie o to.
— Kto się zwrócił?
— Mam, jakby to powiedzieć, skontrolować tę książkę z ramienia osoby zainteresowanej.
— Kto jest tą osobą?
— Panna Karla Lemarchant.
— Któż to taki?
— To córka Amyasa i Karoliny Crale’ów.
Elza przyglądała mu się przez chwilę, a potem powiedziała:
— Ach, rzeczywiście, było jeszcze dziecko. Pamiętam. Jest już pewnie dorosła.
— Tak, ma dwadzieścia jeden lat.
— A jak wygląda?
— Wysoka, ciemnowłosa, moim zdaniem, piękna. Przy tym ma odwagę i silną indywidualność.
— Chciałabym ją zobaczyć — powiedziała Elza w zamyśleniu.
— Ale ona być może wcale tego nie pragnie.
— A to dlaczego? — zapytała zdziwiona Elza. — Ach, rozumiem. Cóż za nonsens! Nie może przecież nic pamiętać. Miała wtedy najwyżej sześć lat.
— Wie jednak, że jej matkę skazano za zabójstwo ojca.
— I sądzi, że to się stało z mojej winy?
— Taka interpretacja jest zupełnie prawdopodobna.
Elza wzruszyła ramionami.
— Co za głupota! Gdyby Karolina była rozsądna.
— Więc pani zupełnie nie czuje się odpowiedzialna?
— A dlaczegóż miałabym się czuć odpowiedzialna? Nie mam się czego wstydzić. Kochałam go. Byłby ze mną szczęśliwy.
Spojrzała znowu na Poirota i w tej chwili twarz jej zupełnie się zmieniła — niewiarygodnie, raptownie. Ujrzał teraz dziewczynę z portretu Crale’a.
— Gdybym potrafiła to panu wytłumaczyć. Gdyby pan to mógł ujrzeć z mojego punktu widzenia. Gdyby pan wiedział.
— Ależ mnie o to właśnie idzie — rzekł Poirot, pochylając się ku niej. — Proszę posłuchać: Filip Blake, który był wtedy w Alderbury, ma mi opisać szczegółowo wszystko, co się stało. Tak samo pan Meredith Blake. Gdyby pani także.
Elza Dittisham głęboko odetchnęła i powiedziała tonem lekceważenia:
— Ach, ci dwaj! Filip zawsze był głupcem. Meredith dreptał za Karoliną, ale to kochany chłopiec. Ale z ich opisów nic pan się naprawdę nie dowie.
Poirot obserwował ją uważnie. Oczy jej nabrały blasku, martwa kobieta zaczynała powracać do życia. Powiedziała szybko i jakby wyzywająco:
— Chce pan znać prawdę? Ach, nie dla publikacji oczywiście, ale po prostu dla siebie.
— Zobowiążę się niczego nie ogłaszać bez pani zgody.
— Chciałabym opisać, jak to było rzeczywiście. — Umilkła i zamyśliła się. Gładka jędrność jej policzków przybrała odmienny kształt — kształt młodości. Życie pulsowało w niej coraz mocniej pod wpływem głosu przeszłości.
— Przypomnieć sobie wszystko. wszystko opisać. Dowieść panu, kim ona była.
Oczy jej błysnęły — pierś podniosła się gwałtownie.
— Zabiła go. Zabiła Amyasa; Amyasa, który chciał żyć, który kochał życie. Nienawiść nie powinna być mocniejsza od miłości, a jednak jej nienawiść była mocniejsza. I moja nienawiść do niej także. Nienawidzę jej, nienawidzę, nienawidzę.
Podeszła do Poirota. Zatrzymała się, zaciskając palce na rękawie jego ubrania. Powiedziała z naciskiem:
— Musi pan zrozumieć. musi pan zrozumieć, czym byliśmy dla siebie. Amyas i ja. Mam coś. zaraz panu pokażę.
Przebiegła przez pokój. Otworzyła małe biureczko, wysunęła szufladkę, ukrytą w jednym z przedziałów. Wróciła w okamgnieniu, trzymając w dłoni zgnieciony list, na którym wyblakłym już atramentem widniały nakreślone słowa. Wcisnęła mu go do ręki i Poirot przypomniał sobie naraz pewne znajome dziecko, które tak samo wcisnęło mu do ręki swój skarb — jakąś wspaniałą muszelkę znalezioną na plaży i skrzętnie przechowywaną. Dziecko stało zupełnie tak samo i obserwowało go pilnie: dumne, a zarazem pełne lęku, badając uważnie jego reakcję na ten skarb. Rozwinął wyblakłe kartki.
Elzo! Cudowna moja dziewczyno! Nigdy na świecie nie było nic równie pięknego jak ty. A jednak — boję się. Jestem za stary. Starszawy, nieznośny typ, niezdolny do stałości. Nie ufaj mi. Nie wierz mi. Poza moją sztuką nie jestem nic wart. W niej jest wszystko, co mam najlepszego. Pamiętaj, że cię ostrzegałem. Tam, do diabła, moja śliczna! Mimo wszystko — muszę cię mieć! Pójdę za tobą do piekła i wiesz o tym dobrze. I namaluje taki twój portret, że cały ten głupi świat gębę rozdziawi! Szaleję za tobą... Nie mogę spać, nie mogę jeść... Elzo! Elzo! Jestem twój na całe życie — twój aż do śmierci — Amyas.
Szesnaście lat temu. Wyblakły atrament, zmięty papier. Ale słowa wciąż żyją — wciąż jeszcze wibrują.
Spojrzał na kobietę, do której te słowa były pisane.
Ale to już nie była tamta kobieta. Miał przed sobą zakochaną dziewczynę.
Pomyślał znowu o Julii.
Rozdział dziewiąty Czwarta świnka nic nie miała.
— Czy wolno spytać, po co, panie Poirot?
Herkules Poirot zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią. Czuł na sobie spojrzenie bystrych szarych oczu w drobnej, zwiędłej twarzy.
Wdrapał się na najwyższe piętro i zapukał do drzwi opatrzonych numerem 584 Gillespie Building — ponurego budynku, który zbudowano specjalnie na „kawalerki” dla pracujących kobiet.
Tu, w małym kwadratowym pomieszczeniu, mieszkała panna Cecylia Williams. Pokój był równocześnie pokojem sypialnym, bawialnym, jadalnym i kuchenką. Coś w rodzaju przyległej kwadratowej nory czy wnęki mieściło w sobie ćwierć normalnej wanny i inne wygody.
Nawet na tak mizernym otoczeniu panna Williams potrafiła wycisnąć piętno swej indywidualności. Na pofalowanych na ascetyczny bladoszary kolor ścianach rozwieszone były różne reprodukcje. Między innymi Spotkanie Dantego z Beatrycze na moście i ów obraz, o którym pewne dziecko powiedziało, że jest to „niewidoma dziewczynka, która siedzi na pomarańczy, i nie wiem, dlaczego nazywa się Nadzieja”. Oprócz tego dwie weneckie akwarelki i robiona sepią kopia botticellowskiej Primavery. Na niskiej komodzie stało sporo wyblakłych fotografii przedstawiających osoby — sądząc z koafiur kobiet — sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat. Kwantowy dywan był mocno wydeptany, meble zniszczone, tanie. Dla Herkulesa Poirota było jasne, że panna Cecylia Williams pędzi żywot bardziej niż skromny. Tutaj na pewno nie było „mięska”. To była ta mała świnka, która nie dostała nic.
Panna Williams tonem dobitnym i prawie rozkazującym powtórzyła pytanie:
— Chce pan, żebym opowiedziała swoje wspomnienia z procesu pani Crale? Czy wolno zapytać, po co to panu?
Niektórzy przyjaciele i znajomi Herkulesa Poirota twierdzili w momentach, kiedy ich najbardziej irytował, że woli kłamstwo od prawdy i dochodzi do celu raczej za pomocą skomplikowanych łgarstw aniżeli prostej prawdy. W tym jednak wypadku Poirot szybko powziął decyzję. Nie pochodził wprawdzie ze sfery belgijskich czy francuskich dzieci, które miały angielskie guwernantki, ale zareagował w sposób równie bezpośredni jak wielu innych małych chłopców, pytanych w swoim czasie przez pannę Williams: „Czy umyłeś rano zęby, Haroldku (albo Rysiu czy Tony)?” Chłopcy tacy chwileczkę się wahali, czyby nie skłamać, natychmiast jednak tę możliwość odrzucali i przyznawali się nieszczęśliwym głosem: „Nie, proszę pani!” Bo panna Williams posiadała tę tajemniczą cechę, którą powinna mieć każda prawdziwa wychowawczyni — autorytet! Gdy panna Williams mówiła: „Johny, idź umyć ręce” lub „Chciałabym, żebyś przeczytał sobie ten rozdział o poetach z epoki elżbietańskiej i odpowiedział mi potem na pytania” — zawsze jej bezapelacyjnie słuchano. Pannie Williams w ogóle nigdy nie przyszło do głowy, że można by jej nie słuchać.
Toteż pan Herkules Poirot nie próbował wcale opowiadać o książce na temat dawnych zbrodni. Zamiast tego opowiedział po prostu, w jakich okolicznościach odwiedziła go panna Karla Lemarchant.
Drobna, starsza pani w schludnej, acz wytartej sukni wysłuchała go uważnie.
— Bardzo mnie interesują wszelkie wiadomości o tej dziewczynce — rzekła w końcu. — Co z niej wyrosło?
— Wyrosła na czarującą i przystojną młodą kobietę, która ma odwagę i wie, czego chce.
— To dobrze — rzekła krótko panna Williams.
— W dodatku, muszę powiedzieć, że to osóbka bardzo uparta. Niełatwo jej odmówić lub zbyć ją jakimiś wykrętami.
Eks-guwernantka skinęła potakująco i spytała jeszcze:
— Czy wykazuje jakieś zdolności artystyczne?
— Zdaje się, że nie.
— No, to chwała Bogu — rzekła oschle panna Williams. Ton, jakim wypowiedziała to zdanie, nie pozostawiał żadnej wątpliwości, co do jej nastawienia pod tym względem. Po chwili dodała: — Z pańskiego opisu wnoszę, że jest raczej podobna do matki niż do ojca.
— Być może. Będzie mi to pani mogła powiedzieć, jak ją pani zobaczy. Pani chciałaby ją zobaczyć?
— Bardzo nawet. Zawsze mnie interesuje, co wyrosło z dzieci, które kiedyś znałam.
— Była chyba jeszcze bardzo mała, kiedy ją pani widziała po raz ostatni?
— Miała pięć i pół roku. Urocze dziecko. może tylko trochę za spokojna, zawsze jakby zamyślona. Bawiła się chętnie sama i nie lubiła zapraszać innych dzieci. Bardzo naturalna i nie zepsuta.
— To całe szczęście, że była w owym okresie jeszcze taka mała — zauważył Poirot.
— Oczywiście. Gdyby była starsza, to wstrząs wywołany tragedią mógł mieć bardzo niepożądane rezultaty.
— Niemniej jednak — rzeki Poirot — sprawa musiała się jakoś na niej odbić. Chociaż dziewczyna wówczas niewiele rozumiała i wiedziała, jednak musiała tam być atmosfera tajemnicy i niedomówień, a potem jakby gwałtowna zmiana warunków. Tego rodzaju rzeczy nigdy nie wychodzą dziecku na dobre.
— Może jednak były dla niej mniej szkodliwe, niż pan to sobie wyobraża — odpowiedziała po namyśle panna Williams.
— Póki mówimy o Karli Lemarchant, czyli ówczesnej małej Karolince Crale, chciałbym o coś panią zapytać. Jestem przekonany, że właśnie pani powinna mi na to najlepiej odpowiedzieć.
— Co takiego mianowicie? — spytała z rezerwą.
Poirot rozłożył ręce, usiłując sformułować swoją myśl.
— Tu jest coś. jakiś niuans, na który nie mogę znaleźć bliższego określenia. Mam wrażenie, ilekroć wspomnę o tym dziecku, że nikt nie umie mi o nim nic powiedzieć. Wszyscy odpowiadają z lekkim zdziwieniem, jak gdyby zapomnieli, że tam w ogóle było jakieś dziecko. Przyzna pani przecież, mademoiselle, że to nie jest rzecz naturalna? W tych okolicznościach dziecko jest czynnikiem bardzo doniosłym: może nie samo przez się, ale jako punkt, wokoło którego wszystko się obraca. Może Amyas Crale miał powody, a może nie miał, żeby porzucić żonę, ale na ogół przy rozchodzeniu się małżeństwa dziecko odgrywa bardzo ważną rolę. A tutaj o dziecku prawie że się nie wspomina. Wydaje mi się to bardzo dziwne.
Panna Williams odpowiedziała szybko:
— Pańska uwaga jest bardzo trafna, panie Poirot. Ma pan zupełną słuszność. I po części dlatego właśnie powiedziałam przed chwilą, że przeniesienie Karli w inne otoczenie mogło być dla niej pod pewnymi względami bardzo korzystne. Widzi pan, z czasem mogłaby odczuwać pewien brak w swym życiu. — Pochyliła się ku panu Poirotowi i mówiła powoli, starannie dobierając słowa: — Rzecz jasna, że w toku mojej kariery nauczycielskiej miałam możność stykania się z najróżnorodniejszymi rodzajami rodziców i dzieci. Dużo dzieci — powiedziałabym raczej większość dzieci, cierpi na nadmiar troskliwości ze strony rodziców. Za wiele okazują im miłości, za wiele uwagi. Dziecko podświadomie przyjmuje niechętnie te objawy uczuć i stara się z nich wyzwolić. Chce być wolne, wymknąć się spod nieustannej obserwacji. Stosuje się to w szczególności do jedynaków, a naturalnie, że najgorsze są zwykle matki. Skutki takiego postępowania nierzadko odbijają się bardzo ujemne na małżeństwie. Mąż irytuje się, iż zajmuje drugie miejsce, szuka pocieszenia, czy raczej może pochlebstwa i uwagi, poza domem. Rezultatem, wcześniej czy później, jest rozwód. Moim zdaniem najlepszą taktyką wobec dziecka jest, że tak powiem, zdrowe zaniedbanie ze strony obojga rodziców. To objaw naturalny w rodzinach, gdzie jest dużo dzieci, a ograniczone środki materialne. Zaniedbuje się dzieci z konieczności, bo matka nie ma dla nich czasu. Dzieci doskonale czują, że są kochane, ale nie zadręcza się ich przesadną wylewnością uczuć. Ale istnieje jeszcze drugi aspekt tego zagadnienia. Spotyka się czasem takie małżeństwa, gdzie mąż i żona tak są zaabsorbowani sobą, że dziecko jest w ich życiu czymś niemal nierealnym. Wtedy przypuszczalnie dziecko ma za to żal do rodziców, czuje się oszukane i pobawione ciepła. Proszę nie rozumieć moich słów w ten sposób, że chodzi tu o jakiekolwiek zaniedbanie. Pani Crale, na przykład, była tak zwaną idealną matką. Zawsze dbała o dobro swego dziecka, o jego zdrowie, bawiła się z nim w odpowiednich porach i zawsze była łagodna i wesoła. A mimo to w gruncie rzeczy myślała wyłącznie o mężu. Można by nawet powiedzieć, że istniała tylko dla niego i przez niego. — Panna Williams zrobiła pauzę, po czym dodała ciszej nieco: — Tu, sądzę, należałoby szukać usprawiedliwienia dla jej czynu.
— Chce pani powiedzieć, że byli bardziej kochankami niż małżeństwem? — zapytał Poirot.
Panna Williams odpowiedziała z lekkim grymasem niesmaku z powodu tej obcej sobie frazeologii:
— Można to bez wątpienia ująć w ten sposób.
— A czy on był tak samo oddany żonie jak ona jemu?
— Byli sobie nawzajem bardzo oddani. Ale on, oczywiście, był mężczyzną.
Panna Williams nadała ostatniemu słowu prawdziwie wiktoriański odcień.
— Mężczyźni — zaczęła panna Williams i raptem urwała.
Panna Williams powiedziała „mężczyźni” takim tonem, jakim bogacz wymawia słowo „bolszewicy”, ideowy komunista słowo „kapitaliści”, a dobra gospodyni — „karaluchy”.
Z jej staropanieńskiego, nauczycielskiego żywota szedł jakiś powiew nieposkromionego feminizmu. Każdy, kto słyszał pannę Williams, nie mógł ani na chwilę wątpić, że dla niej „mężczyźni” byli równoznaczni z wrogami.
— Pani nie jest zbyt wysokiego mniemania o mężczyznach? — spytał Poirot.
— Mężczyźni mają na tym świecie wszystko, co najlepsze — odpowiedziała twardo panna Williams.
— Mam jednak nadzieję, że nie zawsze tak będzie.
Poirot przyglądał się jej uważnie. Doskonale mógł sobie wyobrazić pannę Williams systematycznie i dokładnie przywiązującą się dla demonstracji łańcuchem z kłódką do poręczy albo przeprowadzającą wytrwale strajk godowy. Konkretyzując jednak sprawy ogólne, spytał:
— Nie lubiła pani Amyasa Crale’a?
— Rzecz prosta, że nie, i nie pochwalam jego postępowania. Gdybym była jego żoną, odeszłabym od niego bez namysłu. Są rzeczy, których żadna kobieta nie powinna tolerować.
— Ale pani Crale je tolerowała.
— Tak jest.
— Pani zdaniem, niesłusznie?
— Oczywiście. Kobieta powinna się szanować i nie pozwolić się upokarzać.
— Czy wypowiadała pani kiedyś tego rodzaju poglądy wobec pani Crale?
— Naturalnie, że nie. Nie czułam się do tego powołana. Zaangażowano mnie po to, żebym wychowywała Angelę, a nie po to, bym udzielała nieproszonych rad pani Crale. Byłoby to wysoce niewłaściwe z mojej strony. Wprost impertynenckie.
— Pani lubiła panią Crale?
— Bardzo ją lubiłam. — Energiczny dotychczas głos panny Williams złagodniał i nabrzmiał uczuciem. — Lubiłam i niezmiernie jej żałowałam — dodała.
— A pani uczennicę, Angelę Warren?
— To była bardzo interesująca dziewczynka, jedna z najbardziej interesujących uczennic, jakie miałam. Prawdziwie niezwykły umysł. Trochę niezdyscyplinowana, wybuchowa, pod wieloma względami bardzo trudna do prowadzenia, ale wspaniały charakter — po krótkim milczeniu ciągnęła dalej: — Zawsze wierzyłam, że Angela dokona w życiu czegoś niezwykłego. Tak się też stało. Czytał pan pewnie jej książkę o Saharze? Dokonała tych niezwykle interesujących odkryć archeologicznych w Fayum! Tak jest, dumna jestem z Angeli. Nie byłam specjalnie długo w Alderbury, zaledwie dwa i pól roku, ale zawsze droga mi jest myśl, że dopomogłam w rozwoju jej umysłu i zachęciłam do studiowania archeologii.
— Słyszałam, że zapadło postanowienie, aby kontynuowała naukę w szkole, dokąd ją zamierzano wysłać — powiedział Poirot. — Pani musiała być bardzo przeciwna temu projektowi?
— Wcale nie, proszę pana. Całkowicie go popierałam.
— Po pauzie mówiła dalej: — Chciałabym to panu wyjaśnić. Angela była kochaną dziewczyną, naprawdę kochaną, miała bardzo dobre serce, a przy tym taka impulsywna! A równocześnie, jak już przedtem podkreśliłam, trudna do prowadzenia, może raczej należałoby powiedzieć, że przechodziła trudny wiek. Taki przełomowy okres, kiedy dziewczynka jest taka nie bardzo pewna, czy jest jeszcze dzieckiem, czy dorosłą panną. Raz była rozsądna i dojrzała, zupełnie już dorosła, aby po minucie stać się znów rozbrykanym dzieckiem, płatającym najdziksze figle, wybuchowym, niegrzecznym. Dziewczęta w tym wieku są niesłychanie wrażliwe, proszę pana, gniewa je wszystko, cokolwiek się powie. Taką dziewczynę drażni, jeśli się ją traktuje jak dziecko, a za chwilę czuje się zażenowana, jeżeli do niej mówić jak do osoby dorosłej. Angela właśnie znajdowała się w tym stadium. Miała napady złego humoru, nagle obrażała się za żarty i wybuchała. Potrafiła dąsać się całymi dniami i siedzieć nachmurzona i naburmuszona. Potem wpadała raptem w dziką wesołość, wdrapywała się na drzewa, ścigała się z chłopcami ogrodnika i buntowała się przeciwko wszelkiemu przymusowi.
Kiedy dziewczynka dochodzi do tego wieku, szkoła bardzo dobrze jej robi. Z jednej strony daje pewne bodźce, wychodzące od innych dziewcząt, z drugiej zaś uczy społecznego zdyscyplinowania, co przyczynia się do wychowania użytecznego członka społeczeństwa. Domowe warunki Angeli nie były wcale idealne. Przede wszystkim, pani Crale ją rozpieszczała. Wystarczyło, żeby się w jakiejkolwiek sprawie do niej zwróciła, a pani Crale brała zawsze jej stronę. W rezultacie Angela uważała, że ma pierwszeństwo, jeżeli chodzi o czas i miłość starszej siostry — i wtedy właśnie najczęściej następowały utarczki z panem Crale’em. Pan Crale, oczywiście, był zdania, że to on powinien być na pierwszym miejscu i do tego też zmierzał. W gruncie rzeczy bardzo lubił Angelę. Byli doskonałymi kompanami i świetnie potrafili się razem bawić, ale zdarzały się okresy, kiedy pan Crale złościł się z powodu względów okazywanych Angeli przez panią Crale. Jak wszyscy mężczyźni był rozpieszczonym dzieckiem. Zdawało mu się, że wszystko musi się kręcić wokół niego. Wówczas następowały gwałtowne sceny między nim a Angelą i bardzo często pani Crale stawała po stronie siostry. To doprowadzało go do furii. A znowu jeżeli pani Crale przyłączała się do jego zdania, Angela wpadała w nieopisaną złość! Właśnie w takich wypadkach stawała się znowu psotnym dzieckiem i płatała mu diabelskie figle. Miał zwyczaj wypijania duszkiem napojów i pamiętam, że raz Angela wsypała mu do szklanki całą garść soli. Podziałało to, oczywiście, jak emetyk i trudno opisać jego wściekłość. Ale kryzys nastąpił dopiero wtedy, kiedy włożyła mu do łóżka garść ślimaków. Czuł dziwną awersję do ślimaków. Wpadł w pasję i oświadczył, że dziewczynkę trzeba wysłać do szkoły. Dość już miał tych psich figlów. Angela była okropnie zmartwiona, chociaż prawdę powiedziawszy, raz czy dwa razy sama wyraziła chęć pójścia do internatu. Postanowiła jednak grać rolę strasznie pokrzywdzonej. Pani Crale była przeciwna wysłaniu Angeli do szkoły, dała się jednak przekonać — głównie, zdaje się, dzięki perswazjom z mojej strony. Tłumaczyłam jej, że będzie to tylko z korzyścią dla Angeli i że ja osobiście uważam to za bardzo wskazane. Postanowiono więc, że Angela pojedzie na jesieni do Helston, do doskonalej szkoły z internatem na południowym wybrzeżu Anglii. Mimo to pani Crale przez całe wakacje była bardzo tym przybita, a Angela miała urazę do pana Crale’a, kiedy sobie o tym przypominała. Nie było to w gruncie rzeczy nic poważnego, proszę pana, ale wytworzyło tego lata w domu państwa Crale’ów pewnego rodzaju podskórny prąd, równoległy do innych, rozgrywających się wtedy wypadków.
— Ma pani na myśli Elzę Greer? — spytał Poirot.
— Właśnie — odpowiedziała ostro panna Williams.
— A jakiego pani była o niej zdania?
— Nie miałam o niej w ogóle żadnego zdania. Ta młoda osoba była pozbawiona wszelkich zasad moralnych.
— Była wtedy jeszcze bardzo młoda.
— Ale dość dorosła, żeby się lepiej zachowywać. Nie widzę dla niej żadnego usprawiedliwienia. Absolutnie żadnego!
— Zakochała się w nim pewnie.
— Zakochała się! — parsknęła pogardliwie panna Williams. — Ośmielę się twierdzić, panie Poirot, że bez względu na to, jakie żywimy uczucia, powinniśmy nad nimi panować. A już bezsprzecznie powinniśmy panować nad swoimi uczynkami. Ta dziewczyna jednak była na wskroś amoralna. To, że pan Crale był żonaty, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. W całej tej sprawie zachowywała się zupełnie bezwstydnie. Była zimna i zdeterminowana. Może ją źle wychowano, ale to jedyne usprawiedliwienie, jakie mogę dla niej znaleźć.
— Śmierć pana Crale’a musiała być dla niej strasznym wstrząsem.
— Och, bez wątpienia. I sobie wyłącznie mogła przypisać winę za to, co się stało. Nie chcę posunąć się tak daleko, aby usprawiedliwiać morderstwo, panie Poirot. ale jeżeli kiedykolwiek doprowadzono kobietę do ostateczności, to właśnie Karolinę Crale. Przyznam się szczerze, że bywały chwile, kiedy sama chętnie bym zamordowała tamtych oboje. Narzucać towarzystwo tej dziewczyny żonie, słuchać spokojnie wszystkich bezczelności, które ta rzucała żonie w twarz — a Elza była bezczelna, panie Poirot! Amyas Crale zasłużył na to, co go spotkało. Żadnemu mężczyźnie nie wolno bezkarnie postępować w ten sposób z żoną. Jego śmierć była po prostu tylko odkupieniem za ten postępek.
— Pani odczuwa to bardzo żywo — zauważył Poirot. Drobna kobieta spojrzała na niego nieugiętymi szarymi oczami i powiedziała:
— Jeżeli idzie o węzły małżeńskie, to rzeczywiście moje uczucia są bardzo mocne. Skoro bowiem nie będziemy szanowali tych więzów, cały kraj się zdegeneruje. Pani Crale była wierną i oddaną żoną. Mąż jednak sprowadził pod swój dach kochankę i narzucił jej towarzystwo żonie. Jak już powiedziałam, zasłużył na swój los. Sam ją pchnął do tego czynu i, jeżeli idzie o mnie, się nie potępiam jej za to, co zrobiła.
— Przyznaję, że postąpił bardzo brzydko — zgodził się Poirot. — Ale proszę pamiętać, że to był wielki artysta.
Panna Williams znów parsknęła głośno.
— Oczywiście, wiem o tym. To są te dzisiejsze wymówki. Artysta! Tym się usprawiedliwia wszelką rozwiązłość, pijaństwo, burdy, zdrady. A ściśle biorąc, czy pan Crale był aż tak wielkim artystą? Moda na jego obrazy utrzyma się może jeszcze przez kilka lat. Ale to nie potrwa długo. Przecież on nie potrafił nawet poprawnie rysować! Perspektywa w jego obrazach była zawsze fatalna! Nawet nie znał się na anatomii. Wiem, co mówię, panie Poirot, bo jako młoda dziewczyna studiowałam przez pewien okres malarstwo we Florencji i dla każdego, kto się trochę na nim zna i ceni wielkich mistrzów, kicze pana Crale’a są po postu śmieszne! Ot, jakichś kilka kolorowych kleksów tu i ówdzie, żadnej kompozycji, śladu poprawnego rysunku. Nie! — tu pokiwała głową — nie skłoni mnie pan do zachwytu nad obrazami Crale’a.
— A jednak dwa z nich znajdują się w Galerii Tate — przypomniał pan Poirot.
Panna Williams pogardliwie pociągnęła nosem.
— Możliwe. Jest tam także, o ile mi się zdaje, jedna z rzeźb pana Epsteina.
Pan Poirot zrozumiał, że panna Williams powiedziała już ostatnie słowo. Porzucił więc temat sztuki i spytał:
— Pani była z panią Crale, kiedy ona znalazła zwłoki?
— Tak. Wyszłyśmy obie z domu po lunchu. Angela zostawiła po kąpieli swój sweterek na plaży czy w łódce, już nie pamiętam. Zawsze rozrzucała wszędzie ubranie. Rozstałam się z panią Crale przy furtce „Baterii”, ale prawie natychmiast zawołała mnie z powrotem. Sądzę, że pan Crale nie żył już od godziny. Siedział rozparty na ławce obok sztalug.
— Czy to odkrycie bardzo wstrząsnęło panią Crale?
— Co pan chce przez to powiedzieć?
— Pytam panią o pani wrażenie w owej chwili.
— Ach, rozumiem. Tak, w pierwszej chwili zupełnie osłupiała. Posłała mnie, żebym zatelefonowała do doktora. Przecież nie byłyśmy całkiem pewne, że już nie żyje, może to był jakiś atak katalepsji.
— Czy wyraziła takie przypuszczenie?
— Nie pamiętam.
— I poszła pani do telefonu?
Ton panny Williams stał się chłodny i szorstki.
— Byłam już w połowie ścieżki, gdy spotkałam pana Mereditha Blake’a. Powierzyłam mu zawezwanie doktora wróciłam do pani Crale. Obawiałam się, wie pan, że mogła zemdleć, a w takich wypadkach mężczyźni są do niczego.
— A czy rzeczywiście zemdlała?
— Nie, była całkowicie opanowana — odpowiedziała sucho panna Williams. — Różniła się w tym diametralnie od panny Greer, która zrobiła histeryczną i bardzo nieprzyjemną scenę.
— Jakiego rodzaju scenę?
— Starała się zaatakować czynnie panią Crale.
— Sądzi pani, że podejrzewała, iż to pani Crale ponosi winę za śmierć męża?
Panna Williams zastanawiała się kilka sekund.
— Nie, przypuszczam, że nie mogła być tego pewna. To.hm. okropne podejrzenie jeszcze wówczas nie przyszło nikomu na myśl. Panna Greer wrzasnęła tylko: „To twoja wina, Karolino! To ty go zabiłaś! To twoja wina, twoja!” Nie powiedziała dosłownie: „Ty go otrułaś”, ale — moim zdaniem — niewątpliwie tak myślała.
— A pani Crale?
Panna Williams niespokojnie poruszyła się na krześle.
— Czyż mam udawać, panie Poirot? Nie mogę panu odpowiedzieć na pytanie, co pani Crale faktycznie czuła lub myślała w tej chwili. I czy była wstrząśnięta tym, co robiła.
— Czy na to wyglądało?
— Nie. Nie mogłabym tego powiedzieć. Była oszołomiona. Tak. i jakby przerażona. Tak, jestem tego pewna, przerażona. Ale to całkiem naturalne.
— Tak, może to i naturalne. A oficjalnie, co sądziła o śmierci męża.
— Że to samobójstwo. Od samego początku twierdziła stanowczo, że to musiało być samobójstwo.
— Czy tak samo powtarzała, zostawszy z panią sam na sam, czy też miała jakąś inną teorię?
— Nie. Usiłowała wpoić we mnie przeświadczenie, że to było samobójstwo. — W tonie panny Williams zabrzmiało wyraźne zakłopotanie.
— A co pani jej na to odpowiedziała?
— Proszę pana, czy to ma jakieś istotne znaczenie, co ja odpowiedziałam?
— Owszem, w moim przekonaniu, tak.
— Nie rozumiem czemu — zaczęła opornie. Ale jego pełne wyczekiwania milczenie wywierało na nią widocznie jakiś hipnotyczny wpływ, bo rzekła w końcu niechętnie: — Zdaje się, że powiedziałam: „Oczywiście proszę pani. to musiało być samobójstwo.”
— A czy pani wierzyła we własne słowa?
Panna Williams podniosła głowę i rzekła stanowczym tonem:
— Nie, nie wierzyłam. Ale proszę zrozumieć, panie Poirot, że stałam całkowicie po stronie pani Crale. Cała moja sympatia była przy niej, nie przy policji.
— I pragnęła pani, aby ją uniewinniono?
— Tak jest, pragnęłam tego — odpowiedziała panna Williams wyzywająco.
— Więc pani podziela uczucia jej córki?
— Cała moja sympatia jest po stronie Karli.
— Czy miałaby pani coś przeciwko temu, aby złożyć mi na piśmie dokładny opis całej tragedii?
— Chciałby pan dać jej to do przeczytania?
— Tak jest.
— Nie, nie mam nic przeciwko temu — rzekła powoli panna Williams. — Karla jest całkiem zdecydowana dotrzeć do sedna sprawy, prawda?
— Tak. Wprawdzie byłoby może lepiej, gdyby ukryto przed nią prawdę.
Panna Williams przerwała mu:
— Nie. Zawsze jest lepiej spojrzeć prawdzie w oczy. Na nic się nie zda przeinaczanie faktów, żeby uniknąć cierpień. Prawda była dla Karli wielkim wstrząsem, teraz więc chce wiedzieć dokładnie, jak doszło do tej tragedii. To stanowisko wydaje mi się całkiem słuszne i dowodzi, ze jest dzielną młodą kobietą. Skoro dowie się wszystkiego, będzie mogła zapomnieć i zająć się znów własnym życiem.
— Może pani ma rację — zauważył Poirot.
— Jestem tego zupełnie pewna.
— Ale, widzi pani, chodzi o coś więcej. Ona nie tylko chce się dowiedzieć, ale chce dowieść, że jej matka była niewinna.
— Biedne dziecko — powiedziała panna Williams.
— Tak pani mówi?
— Teraz rozumiem, dlaczego pan powiedział, że może byłoby lepiej, gdyby nigdy nie dowiedziała się prawdy. Mimo to sądzę, że tak jest lepiej. Pragnienie oczyszczenia pamięci matki jest zupełnie naturalne — i choćby prawda w rezultacie okazała się bardzo ciężka bolesna, sądząc z tego, co pan mówi, Karli nie zabraknie chyba hartu ducha.
— A pani jest pewna, że to prawda?
— Nie rozumiem?
— Nie widzi pani najmniejszej nawet luki, dzięki której można by podać w wątpliwość winę pani Crale?
— Nie sądzę, aby taka możliwość była kiedykolwiek brana poważnie pod uwagę.
— A jednak ona sama trzymała się uparcie teorii samobójstwa.
— Nieszczęśliwa kobieta musiała przecież coś mówić — odparła oschle panna Williams.
— Czy wie pani o tym, że pani Crale przed śmiercią zostawiła list do córki, w którym zapewnia ją najsolenniej o swej niewinności?
Panna Williams otworzyła szeroko oczy.
— Postąpiła bardzo źle — rzekła twardo.
— Tak pan sądzi?
— Tak jest. Widzę, że jak większość mężczyzn, jest pan sentymentalny.
— Wcale nie jestem sentymentalny — oburzył się Poirot.
— Istnieją jednak fałszywe sentymenty. Po co kłamstwa w tak doniosłej chwili? Aby oszczędzić dziecku cierpień? Owszem, wiele kobiet postąpiłoby w ten sposób, ale nie spodziewałam się tego po pani Crale! Była kobietą odważną i prawdomówną. Byłoby bardziej w jej charakterze, gdyby prosiła córkę, by ta nie sądziła jej zbyt pochopnie.
— Więc ani na chwilę nie bierze pani pod uwagę możliwości, że Karolina Crale napisała prawdę? — spytał Poirot z lekką irytacją.
— Oczywiście, że nie!
— I twierdzi pani, że ją pani lubiła?
— Tak, lubiłam ją. Byłam do niej szczerze przywiązana i ogromnie jej współczułam.
— W takim razie.
Panna Williams spojrzała na niego z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.
— Pan mnie nie rozumie, panie Poirot. Minęło już tyle lat, że to, co powiem, nie ma już znaczenia. Ale widzi pan, ja przypadkiem wiem, że Karolina Crale była winna.
— Co.?
— To szczera prawda. Nie jestem pewna, czy postąpiłam właściwie, zatajając to, co wiedziałam, ale faktem jest, że coś zataiłam. Musi mi pan uwierzyć, kiedy powiem, że wiem ponad wszelką wątpliwość, iż Karolina Crale była winna.
Rozdział dziesiąty Piąta świnka „kwi. .. kwi. .. kwi. .kwiczała. .
Okna mieszkania Angeli Warren wychodziły na Regent Park. Owego wiosennego dnia przez otwarte okno napływały fale ciepłego powietrza i można było mieć złudzenie, że się jest na wsi, gdyby nie ciągły, groźny łoskot ruchu ulicznego, dobiegający z dołu.
Na odgłos otwierających się drzwi Poirot odwrócił się od okna i stanął twarzą w twarz z Angelą Warren.
Widział ją dziś nie po raz pierwszy, gdyż niedawno poszedł specjalnie na jej odczyt, wygłoszony w Królewskim Towarzystwie Geograficznym. Odczyt był jego zdaniem znakomity, choć nieco może zbyt suchy jak na gusta przeciętnej publiczności. Panna Warren mówiła doskonale, bez niepotrzebnych pauz i szukania właściwych wyrażeń. Nie powtarzała się, glos miała czysty i dość melodyjny. Nie robiła żadnych ustępstw na rzecz łatwej romantyki czy zamiłowania do przygód. W odczycie nie było nic z popularnej, interesującej gawędy, tylko doskonałe zestawienie ścisłych faktów, ilustrowane świetnie zdjęciami i zakończone wysnutymi z tych faktów, bardzo inteligentnymi wnioskami. Odczyt rzeczowy, przejrzysty, prawdziwie naukowy.
Serce Poirota rosło. Oto będzie miał wreszcie do czynienia z umysłem ścisłym i uporządkowanym.
Teraz widząc ją tak blisko, stwierdził, że Angela Warren mogła być bardzo piękna. Rysy jej, chociaż surowe, odznaczały się wielką regularnością. Miała piękne zarysowane ciemne brwi, inteligentne piwne oczy i delikatną jasną cerę. Tylko że ramiona jej były kwadratowe, a ruchy nieco męskie.
Nic w niej nie przypominało piątej małej świnki, ćwiczącej „kwi, kwi, kwi”. Ale przez prawy policzek, zniekształcając go i ściągając skórę, biegła owa blizna. Prawe oko było wskutek tego również trochę wykrzywione, z kącikiem ściągniętym w dół — nikt by jednak nie mógł się domyślić, że Angelą na to oko nie widzi. Herkulesowi Poirotowi wydało się prawie pewne, że oswoiła się już zupełnie ze swym kalectwem i nie zdaje sobie z niego wcale sprawy. Przyszło mu też na myśl, że spośród pięciu osób, z którymi się zetknął w związku z powierzoną mu sprawą, najwięcej szczęścia i powodzenia w życiu osiągnęli wcale nie ci, którzy przy starcie posiadali najwięcej szans. Elza, która miała przecież wszystkie dane: młodość, urodę, majątek — nie zdobyła właściwie nic. Można by ją przyrównać do kwiatu zmrożonego przedwczesnym chłodem. Wciąż jeszcze kwiat, i już bez życia. Cecylia Williams na pozór nie mogła się poszczycić specjalnymi sukcesami. Niemniej jednak, w przekonaniu Poirota, nie było w niej rozczarowania ani goryczy. Życie interesowało ją, ciągle jeszcze ciekawili ją ludzie i wydarzenia. Posiadała tę olbrzymią umysłową i moralną przewagę surowego wiktoriańskiego wychowania, którego, niestety, w dzisiejszych czasach jesteśmy pozbawieni. Czuła, że dobrze spełniła swoje obowiązki na posterunku, na którym podobało się Bogu ją postawić, i przeświadczenie to opancerzyło ją przeciw strzałom zawiści, niezadowolenia i próżnego żalu. Miała swoje wspomnienia, swoje małe przyjemności za cenę jak najdalej posuniętych wyrzeczeń, wystarczająco dobre zdrowie i dość energii, aby nie stracić zainteresowania życiem.
W Angeli Warren, tej młodej istocie, w której życiu wielką przeszkodą było oszpecenie twarzy i wynikające stąd upokorzenia, Poirot widział silnego ducha, który wzmocnił się zdobywając pewność siebie i wiarę we własne siły. Niesforna uczennica zmieniła się w żywą, silną kobietę, obdarzoną wybitnym umysłem i energią dość wielką, aby doprowadzić do celu swoje ambitne zamierzenia. Poirot wiedział, że Angela czuje się szczęśliwa i zadowolona z osiągniętych sukcesów. Życie jej było pełne, bogate, a przy tym bardzo urozmaicone. Poirot, nawiasem mówiąc, nie przepadał wcale za kobietami tego typu. Podziwiał wprawdzie precyzyjny, jasny umysł Angeli, ale jednocześnie — jako słaby mężczyzna — czuł pewien lęk przed tą, jak mówią Francuzi, femme formidable1. Gustował zawsze raczej w kobietach żywiołowych, kapryśnych i egzotycznych.
Porozumienie się z Angela Warren co do celu wizyty nie nastręczało żadnych trudności. Nie potrzebował uciekać się do podstępów. Opowiedział jej tylko po prostu rozmowę z Karlą Lemarchant. Surową twarz Angeli Warren rozjaśnił wyraz uznania.
— Karolinka? Nie wiedziałam, że przyjechała. Bardzo bym się chciała z nią zobaczyć.
— Więc nie utrzymywała pani z nią kontaktu?
— Nie w takim stopniu, jak bym powinna. Kiedy wyjeżdżała do Kanady, byłam jeszcze w szkole, ale już wtedy zdawałam sobie sprawę, że za rok czy dwa Karla zupełnie o nas zapomni. W ostatnich latach nasz kontakt ograniczał się do upominków gwiazdkowych od czasu do czasu. Przypuszczałam, że zaaklimatyzowała się już zupełnie w Kanadzie i że tam jest jej przyszłość. Biorąc pod uwagę okoliczności, byłoby to może i lepiej.
— Owszem, można by tak sądzić — przyznał Poirot. — Zmiana nazwiska, zmiana otoczenia. Nowe życie. Ale najwidoczniej w praktyce nie wyglądało to tak prosto.
Opowiedział o zaręczynach Karli, o odkryciu, którego dokonała po uzyskaniu pełnoletności, i o motywach, jakie ją skłoniły do przyjazdu.
Angela Warren słuchała spokojnie, oparłszy na dłoni swój zeszpecony policzek. Podczas opowiadania nie odradziła żadnego wzruszenia, ale kiedy Poirot skończył, powiedziała cicho:
— To bardzo dzielnie ze strony Karli.
Poirot zdziwił się, po raz pierwszy bowiem spotkał tego rodzaju reakcję.
— Pani pochwala jej zamiar? — zapytał.
— Oczywiście, i życzę jej jak największego powodzenia. Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, by jej dopomóc. Widzi pan, czuję się trochę winna, że sama nie starałam się nic zrobić w tym kierunku.
— Zdaniem pani istnieje więc jakieś prawdopodobieństwo, że ona ma słuszność?
— Oczywiście, że ma słuszność — odparła ostro Angela. — Karolina tego nie zrobiła. Zawsze byłam tego pewna.
— Słowa pani dziwią mnie ogromnie — rzekł cicho zaskoczony Poirot. — Wszyscy, z którymi rozmawiałem.
— Nie powinien pan na to zważać — przerwała mu gwałtownie. — Nie ulega wątpliwości, że wszystkie poszlaki przemawiają przeciwko niej. Moje osobiste przekonanie opiera się na znajomości charakteru mojej siostry. Po prostu wiem z całą pewnością, że Karolina nie mogła nikogo zabić.
— Czy można twierdzić to z całą stanowczością o jakiejkolwiek ludzkiej istocie?
— W większości przypadków na ogól nie. Zgadzam się, że zwierzę ludzkie kryje w sobie moc przedziwnych niespodzianek. Ale w wypadku Karoliny były specjalne powody — i to powody, które ja, bardziej aniżeli kto inny, jestem w stanie ocenić. — Dotknęła palcami blizny. — Widzi pan tę bliznę? Słyszał pan o tym zapewne?
Poirot skinął potakująco.
— To zrobiła Karolina i właśnie dlatego nie tylko jestem przekonana, ale wiem, że nie popełniła zabójstwa.
— Większość ludzi nie uważałaby tego za argument zbyt przekonujący.
— Oczywiście, stanowiłoby to argument wręcz przeciwny. Nawet w ten sposób to interpretowano, o ile mi wiadomo: jako dowód, że Karolina miała usposobienie porywcze i gwałtowne. Ponieważ okaleczyła mnie, kiedy byłam mała, różni luminarze twierdzili, że mogła tym bardziej otruć niewiernego męża.
7 fr. Kobieta sukcesu
— W każdym razie zrozumiałem, jaka to różnica — zauważył Poirot. — Atak niepohamowanej wściekłości nie prowadzi bynajmniej do tego, żeby najpierw skraść gdzieś truciznę, a nazajutrz użyć jej z premedytacją.
Angela Warren machnęła niecierpliwie ręką.
— Wcale nie to miałam na myśli. Postaram się to panu jasno wytłumaczyć. Dajmy na to, że jest pan człowiekiem normalnym i łagodnym, ale równocześnie skłonny jest pan do uczucia gwałtownej zazdrości. I załóżmy, że w okresie dojrzewania, kiedy najtrudniej jest panować nad sobą, popełnił pan w furii coś równającego się niemal zbrodni. Proszę pomyśleć o strasznym wstrząsie, o przerażeniu, o wyrzutach sumienia, które pan odczuje. Osoby o wrażliwości Karoliny przerażenie i wyrzuty sumienia nie opuszczą już nigdy, do końca życia. Jej w każdym razie nie opuściły. Wątpię, czy zdawałam sobie z tego wtedy sprawę, ale teraz patrząc wstecz, widzę to wyraźnie. Karolinę nieustannie prześladowała myśl, że mnie oszpeciła. Ta świadomość nie dawała jej ani chwili spokoju, odbijała się we wszystkich jej czynach. Tym też tłumaczył się jej stosunek do mnie. Nic nie było dla mnie dość dobre. W jej oczach ja musiałam być zawsze pierwsza. Połowa jej kłótni z Amyasem wybuchała z mojego powodu. Bywałam o niego zazdrosna i płatałam mu różne figle. Ukradłam kiedyś kocie krople, żeby mu je wlać do piwa, a innym razem wsadziłam mu do łóżka jeża. Ale Karolina zawsze mnie broniła.
Panna Warren umilkła, a potem mówiła dalej:
— Rzecz prosta, że to nie wychodziło mi na dobre. Zrobiłam się nieznośna i rozpieszczona. Ale mniejsza o to, ważne jest, jakie to miało skutki dla Karoliny. A więc po owym fatalnym wybuchu żyła w nieustannym lęku, że to się może kiedyś powtórzyć. Wypracowała sobie własne metody, żeby się przed takim wybuchem ustrzec. Jedną z nich był sposób wyrażania się. Sądziła — i jest to chyba psychologicznie uzasadnione — że im bardziej gwałtowna będzie w mowie, tym mniej będą ją kusiły gwałtowne czyny. Doświadczenie ją nauczyło, że metoda ta jest słuszna. Dlatego słyszałam często, jak Karo mówiła: „Chętnie bym tego a tego pokrajała na kawałki i smażyła we wrzącym oleju”. Albo potrafiła powiedzieć do mnie lub do Amyasa: „Jeżeli mnie będziesz tak męczyć, to cię zamorduję”. I w kłótniach była równie pobudliwa i gwałtowna. Zdawała sobie widać sprawę, że jest porywcza z natury i dawała w ten sposób upust swemu temperamentowi. Między Amyasem a nią dochodziło do potwornych wprost awantur.
— Tak — potwierdził Herkules Poirot — słyszałem o tym. Mówiono mi, że żyli jak pies z kotem.
— Właśnie — rzekła Angela Warren. — Dlatego też wszelkie zeznania są przeważnie głupie i wprowadzają tylko w błąd. Pewnie, że Karolina i Amyas się kłócili! Owszem, mówili sobie rzeczy okropne. Ale nikt nie rozumie, że te kłótnie sprawiały im przyjemność. A to szczera prawda! Sprawiały przyjemność nie tylko Karolinie, Amyasowi także. Tacy już byli. Oboje lubowali się w dramatycznych sytuacjach i wzruszających scenach. Większość mężczyzn raczej tego nie lubi, ceni spokój. Ale Amyas był artystą. Lubił wrzeszczeć, grozić i awanturować się. Była to dla niego jak gdyby klapa bezpieczeństwa. Należał do ludzi, którzy zgubiwszy spinkę, ryczą na cały dom. To brzmi dziwnie, wiem, ale ta burzliwa atmosfera z ustawicznymi kłótniami, czułymi pojednaniami, była Amyasowi i Karolinie niezbędna do życia. — Angela zrobiła gest zniecierpliwienia. — Gdyby mnie wtedy nie wysłali i pozwolili mi zeznawać, byłabym to wszystko powiedziała. — Wzruszyła ramionami. — Chociaż nie wiem, czyby mi uwierzono. A poza tym nie zdawałam sobie wtedy ze wszystkiego sprawy tak jasno jak teraz. To było coś, o czym wiedziałam, ale nie zastanawiałam się nad tym nigdy, a już z pewnością nie próbowałam ująć tego w słowa. Czy pan rozumie, co mam na myśli?
Poirot skinął energicznie głową.
— Rozumiem doskonale i wiem, że to, co pani mówi, jest całkowicie słuszne. Są ludzie, dla których życie w zgodzie jest zbyt monotonne. Kłótnie są dla nich podnietą niezbędną do stworzenia pozorów dramatu w życiu.
— To właśnie miałam na myśli.
— Czy wolno zapytać panią, co pani sama odczuwała w tym okresie?
— Głównie oszołomienie i bezradność — odpowiedziała z westchnieniem. — Wszystko wydawało mi się jakimś koszmarem. Karolinę wkrótce aresztowano, zdaje mi się, że już w trzy dni później. Do dzisiaj pamiętam moje oburzenie, moją bezsilną wściekłość, no i oczywiście dziecinną wiarę, że to tylko śmieszne nieporozumienie, że wszystko się da naprawić. Karolina przede wszystkim niepokoiła się o mnie: żądała, żeby trzymano mnie jak najdalej od całej sprawy. Kazała pannie Williams odwieźć mnie czym prędzej do krewnych. Policja nie oponowała. A potem, kiedy uznano, że moje zeznania nie będą potrzebne, postanowiono wysłać mnie do szkoły za granicę. Nie chciałam, oczywiście, jechać. Ale mi wytłumaczono, że Karolina bardzo się o mnie martwi i to jedyny sposób, w jaki mogę jej pomóc.
Po chwili milczenia opowiadała dalej:
— Wyjechałam więc do Monachium. Tam dowiedziałam się o wyroku. Nie pozwolono mi zobaczyć się z Karoliną, ona sobie tego nie życzyła. To chyba jedyny raz, kiedy Karolina nie chciała mnie zrozumieć.
— Nie powinna pani być tego pewna. Odwiedzenie w więzieniu osoby bliskiej i kochanej może wywrzeć niezatarte wrażenie na młodej subtelnej dziewczynce.
— Być może. — Angela Warren wstała. — Po wyroku — rzekła — siostra napisała do mnie. Nie pokazywałam tego listu dotychczas nikomu, ale sądzę, ze powinnam go teraz panu pokazać. Łatwiej pan zrozumie, kim była Karolina. Jeżeli pan sobie życzy, może pan ten list pokazać także Karli. — Poszła ku drzwiom. Od progu odwróciła się i powiedziała: — Proszę pójść ze mną. Mam w pokoju portret Karoliny.
Poirot po raz drugi oglądał portret kobiety.
Jako dzieło sztuki portret Karoliny Crale byt mierny. Poirot patrzył jednak na niego z zaciekawieniem, bo to nie strona artystyczna go interesowała.
Miał przed sobą szczupłą, owalną twarz, wdzięczny zarys podbródka i wyraz pełen słodyczy i nieśmiałości. Była to twarz osoby pozbawionej pewności siebie, skłonnej do wzruszeń, twarz przepojona ukrytym, dyskretnym pięknem. Brakło w niej siły i żywotności, która cechowała twarz jej córki — ową energię i radość życia Karla Lemarchant odziedziczyła niewątpliwie po ojcu. Kobieta na portrecie była osobą znacznie mniej barwną. Jednak, patrząc na tę twarz, Herkules Poirot zrozumiał, dlaczego człowiek obdarzony taką wyobraźnią jak Quentin Fogg, nie potrafił jej zapomnieć.
Angela Warren stanęła znowu przy Poirocie, trzymając w ręce list. Powiedziała cicho:
— Teraz, kiedy pan już wie, jak wyglądała, proszę przeczytać ten list.
Poirot rozwinął ostrożnie kartki i przeczytał słowa pisane przez Karolinę Crale przed szesnastu laty:
Moja najdroższa maleńka Angelo!
Otrzymasz złe wiadomości i będziesz się bardzo martwić, ale chodzi mi o to, żeby Cię przekonać, że wszystko jest w porządku. Nigdy Ci nie kłamałam i nie kłamię teraz, kiedy w gruncie rzeczy jestem szczęśliwa. Doznaję jakiegoś spokoju, poczucia wewnętrznej równowagi, którego nigdy dotychczas nie znałam.
Wszystko w porządku, Kochanie, wszystko w porządku. Nie oglądaj się na to, co było, niczego nie żałuj, nie martw się o mnie. Myśl o własnym życiu i niech ci się szczęści. Wiem, że potrafisz to szczęście sobie zdobyć. Wszystko, wszystko jest w porządku, Kochanie, a ja odchodzę do Amyasa. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że będziemy razem. Nie mogłabym żyć bez niego.
Zrób dla mnie to jedno: bądź szczęśliwa. Jeszcze raz Cię zapewniam — ja jestem szczęśliwa. Każdy musi płacić swoje długi. A spokój to cudowne uczucie. Twoja kochająca siostra. Karo.
Herkules Poirot przeczytał list dwukrotnie, po czym zwrócił go Angeli.
— To bardzo piękny list, proszę pani — rzekł — bardzo znamienny. Bardzo znamienny.
— Karolina była osobą niezwykłą.
— Tak, niezwykły umysł. Pani sądzi, że ten list jest dowodem jej niewinności?
— Bez wątpienia!
— Ale tutaj nie mówi się o tym wyraźnie.
— Bo Karo wiedziała doskonale, że ani przez chwilę nie wierzyłam w jej winę.
— Może. może. Ale można to inaczej rozumieć. Mianowicie, że była winna i w odkupieniu swojej zbrodni znalazła spokój.
„To by się zgadzało z opisem jej zachowania się w sądzie”— pomyślał. I w tej samej chwili poczuł najsilniejsze zwątpienie w wynik sprawy, której się podjął. Wszystko, jak dotąd, niezbicie wskazywało na winę Karoliny Crale. Nawet jej własne słowa świadczyły przeciw niej.
Na drugiej szali miał tylko niezachwianą wiarę Angeli Warren. Angela niewątpliwie znała ją bardzo dobrze, ale czy to przekonanie nie wynikało z fanatycznej lojalności dorastającej dziewczynki, walczącej o ukochaną siostrę?
Jak gdyby czytając w jego myślach, Angela Warren powiedziała:
— Nie, panie Poirot. Ja wiem, że Karolina nie była winna.
— Bóg widzi, że nie chcę pani odwodzić od tego przekonania — rzekł żywo Poirot. — Ale bądźmy rozsądni. Pani powiada, że siostra była niewinna. Doskonale. Przyjmijmy, że tak jest. Cóż więc zaszło naprawdę?
Angela pokiwała w zamyśleniu głową.
— Sprawa jest trudna, przyznaję. Byłabym skłonna przypuszczać, że, jak twierdziła Karolina, Amyas popełnił samobójstwo.
— Czy to prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego usposobienie?
— Dość nieprawdopodobne.
— Ale pani nie twierdzi, że w pani przekonaniu było to absolutnie niemożliwe?
— Nie, ponieważ, jak już poprzednio powiedziałam, większość ludzi robi rzeczy nieprawdopodobne — to znaczy rzeczy, które pozornie nie leżą w ich charakterze. Ale zakładamy, że gdyby się ich znało bardzo dobrze, okazałoby się, iż w gruncie rzeczy są one zgodne z ich charakterem.
— Czy pani dobrze znała swego szwagra?
— Owszem, ale nie tak jak Karolinę. Samobójstwo Amyasa wydaje mi się rzeczą fantastyczną — ale przypuszczam, że on mógł je popełnić. Co więcej, musiał je popełnić.
— Nie widzi pani innego wytłumaczenia?
Angela przyjęła te słowa spokojnie, lecz nie bez pewnego zaciekawienia.
— O, rozumiem, co pan ma na myśli. Nigdy nie brałam pod uwagę tej możliwości. Sądzi pan, że go zabił ktoś z tamtych? Że to było morderstwo z premedytacją?
— Przecież to chyba możliwe?
— Owszem, możliwe. Ale wydaje się bardzo mało prawdopodobne.
— Mniej prawdopodobne niż samobójstwo?
— To trudno powiedzieć. Właściwie nie było powodu, aby podejrzewać kogokolwiek innego. A i teraz, gdy powracam myślą do tych czasów, również takiego powodu nie widzę.
— A jednak zastanówmy się nad tą możliwością: która z tych bezpośrednio zainteresowanych osób mogłaby to zrobić, jak pani sądzi?
— Zaraz, zaraz, niech trochę pomyślę. No więc, ja go nie zabiłam. No i ta wstrętna Elza też na pewno nie. Szalała z wściekłości po jego śmierci. Któż tam był jeszcze? Meredith Blake? Zawsze był bardzo oddany Karolinie, był u nich czymś w rodzaju kota domowego. Można by dopatrzyć się tu jakichś pobudek. W powieści może pragnąłby pozbyć się Amyasa, żeby poślubić Karolinę. Ale mógł dopiąć tego celu równie dobrze, pozwalając Amyasowi odejść z Elzą i starając się pocieszyć Karolinę. A poza tym doprawdy nie mogę sobie wyobrazić Mereditha jako mordercy. Zbyt był na to łagodny ostrożny. Któż tam był jeszcze?
— Panna Williams?. Filip Blake? — podsunął Poirot.
Poważna twarz Angeli odprężyła się na chwilę w uśmiechu.
— Panna Williams? Trudno mi uwierzyć, żeby moja guwernantka zdolna była do zbrodni! Panna Williams była zawsze taka nieugięta i pełna cnót wszelkich. I bardzo przywiązana do Karoliny — dodała po chwili. — Dla niej gotowa była zrobić wszystko. I nienawidziła Amyasa. Zawzięta feministka, nienawidząca mężczyzn. Ale czy to wystarcza, żeby popełnić zbrodnię? Chyba nie.
— Rzeczywiście, trudno w to uwierzyć — przyznał Poirot.
— Filip Blake? — mówiła dalej Angela. Zastanowiła się, po czym powiedziała spokojnie: — Wie pan. jeżeli mówimy o prawdopodobieństwie, to on chyba jest najbardziej prawdopodobnym sprawcą.
— To ciekawe. Czy wolno zapytać, czemu pani tak sądzi?
— Nic określonego. Ale o ile go pamiętam, byt człowiekiem raczej pozbawionym wyobraźni.
— A pani zdaniem brak wyobraźni predysponuje do zbrodni?
— Może doprowadzić człowieka do rozstrzygnięcia trudności życiowych w sposób bardzo drastyczny. Ludziom tego pokroju pewne czyny sprawiają określoną satysfakcję. Zbrodnia to rzecz brutalna — nie sądzi pan?
— Tak. ma pani rację. Taki pogląd ma swoje podstawy. Ale to jednak za mało, proszę pani. Cóż za powód miałby Filip Blake?
Angela Warren odpowiedziała nie od razu. Stała ze spuszczoną głową, wpatrzona w ziemię.
— Przecież to byt najlepszy przyjaciel Amyasa, nieprawdaż? — dodał Poirot.
Angela potwierdziła skinieniem głowy.
— Ale pani ma coś konkretnego na myśli, panno Warren. Coś, czego mi pani jeszcze nie powiedziała. Może oni obaj rywalizowali z sobą o tę dziewczynę, o Elzę?
Angela potrząsnęła głową.
— Ona nic Filipa nie obchodziła, ach, nie!
— Cóż to więc jest?
Angela Warren powiedziała powoli:
— Jak to wszystko wypływa nagle w pamięci po tylu latach. Postaram się wytłumaczyć, co mam na myśli. Kiedy miałam jedenaście lat, ktoś mi opowiedział pewną historię. Nie widziałam w niej na razie sensu, ale nie zawracałam sobie tym głowy, po prostu wypadło mi to z pamięci. Przypuszczam, że wcale o tym nie myślałam. Ale jakieś dwa lata temu, kiedy siedziałam na jakiejś rewii, raptem przypomniała mi się ta historia i byłam tym tak zaskoczona, że powiedziałam sobie: „Ach, teraz rozumiem pointę tej głupiej anegdotki o ryżowym budyniu!” A przecież na scenie nie mówiono nic, co by kojarzyło się bezpośrednio z tamtym tematem, padł tylko jakiś dość dwuznaczny dowcip.
— Rozumiem, co pani ma na myśli, mademoiselle — rzekł Poirot.
— W takim razie zrozumie pan to, co panu opowiem. Zatrzymałam się kiedyś w hotelu. Kiedy przechodziłam korytarzem, drzwi jednego z pokojów otworzyły się i wyszła z nich pewna pani, którą znałam. Nie były to drzwi jej pokoju i na mój widok odbiło się to wyraźnie na jej twarzy. I wtedy zrozumiałam, co oznaczał wyraz twarzy Karoliny, kiedy pewnego wieczora widziałam, jak wyszła z pokoju Filipa Blake’a. — Pochyliła się naprzód, nie dopuszczając Poirota do słowa. — Wówczas nie miałam o tym pojęcia, rozumie pan. Owszem, wiedziałam już coś niecoś., dziewczęta w tym wieku zazwyczaj są już uświadomione, ale nie kojarzyłam tego z rzeczywistością. Karolina wychodząca z pokoju Filipa Blake’a była dla mnie po prostu Karoliną wychodzącą z pokoju Filipa Blake’a. Mógł to być równie dobrze pokój panny Williams czy mój. Ale zwróciłam uwagę na wyraz jej twarzy. Dziwny wyraz, jakiego nie znałam i nie mogłam zrozumieć. Nie rozumiałam go aż do owej nocy w Paryżu, kiedy ujrzałam ten sam wyraz na twarzy tamtej kobiety.
— Ale to, co pani mówi, zdumiewa mnie — rzekł powoli Poirot. — Ze słów Filipa Blake’a odniosłem wrażenie, że nigdy nie lubił siostry pani.
— Wiem o tym. Toteż nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Ale fakt pozostaje faktem.
Poirot powoli pokiwał głową. Już podczas rozmowy z Filipem Blake’em czuł
instynktownie, że coś tu brzmi fałszywie. Jego przesadna animozja w stosunku do Karoliny wydawała się nienaturalna.
Poirot przypomniał sobie urywki rozmowy z Meredithem Blake’em. „był bardzo przygnębiony wiadomością o ożenku Amyasa. nie pokazywał się u nich chyba z rok.”
Czyżby Filip od najwcześniejszej młodości kochał się w Karolinie? I czy jego miłość, kiedy Karolina wybrała Amyasa, przerodziła się w rozgoryczenie i nienawiść?
Tak, Filip mówił o tym zbyt namiętnie, zbyt wrogo. Poirot ujrzał go oczyma wyobraźni. Wesoły, zamożny biznesmen, amator golfa, posiadający wygodny własny dom. Co naprawdę czuł Filip Blake szesnaście lat temu?
— Nie rozumiem tego — rzekła Angela. — Widzi pan, nie mam doświadczenia w sprawach miłosnych. Mnie one w życiu ominęły. Opowiedziałam to panu tylko na wszelki wypadek. Na wypadek, gdyby to mogło mieć jakiś związek z tym, co zaszło.