Joanna Chmielewska
Rzeź bezkręgowców

– …Chodziłam z nią do szkoły. No, nie razem, to znaczy razem, ale oddzielnie, o rany, co ja wygaduję, wcale nie oddzielnie, tylko równocześnie, z tym, że do różnych klas. Ona jest ode mnie o przeszło dychę młodsza, w ogóle bym jej nie zauważyła, gdybym się na nią nie natknęła, a już byłam w ostatniej klasie… Chuda gówniara siedziała w wychodku i ryczała tak, że woda się sama spuszczała, nie wiem, po co, bo jej łzy cały kolektor mogły spłukać. No to litość mnie wzięła i spytałam, o co chodzi. Już jej się te upusty otworzyły, więc całą spowiedź odpracowała, Klotylda jej dali na imię, dzieci się z niej od urodzenia nabijają, Klocia i Klocia, nazwisko też głupie, Wystrzyk, Klocia strzyka, wołają, i Klocia strzyka. A tymczasem na drugie imię ma Ewa i chce używać tej Ewy, ale przy zapisywaniu do szkoły znów Klotylda wylazła. Tylko w domu mówią na nią Ewa, a i to nie zawsze. Tej Kloci strzyka ma już dosyć i teraz się idzie utopić.

Słuchałam z wielkim zainteresowaniem. Lalka złapała oddech i napiła się wina.

– Powiedziałam, że nie musi nigdzie chodzić, we własnych łzach się zaraz utopi, a ja razem z nią. Ale w histerię wpadła wulkaniczną, więc postanowiłam być dobra, taki szlachetny anioł, zadrażnień żadnych w szkole nie miałam, uczyłam się nieźle, mogłam sobie na te wspaniałe czyny pozwalać, ruszyłam ciało pedagogiczne, wtedy jeszcze istnieli nauczyciele, którzy mieli trochę rozumu, aż do matury pilnowałam, żeby się ta Ewa przyjęła. No i udało się, ale czekaj, bo to nie koniec. Ona się ze mną zaprzyjaźniła na zasadzie bóstwo jestem i trzymała kontakt pazurami i zębami, doroślała przecież, nie? Ja też. Ciągle jakieś takie wzdrygi nerwowe miała, coś się w niej zacinało, jakby jej się psychika po zadziorach tarzała, aż wyszło na jaw, że to tatuś kochany. Upodobania miał chyba takie więcej wojskowe, bo od urodzenia komendy jej wydawał, właściwie jedną komendę, marsz! Mamusia mówiła, czas już spać Ewuniu, tatuś na to: Ewa, marsz! Mamusia: pomóż mi dziecko posprzątać ze stołu, a tatuś: Ewa, marsz! Na spacer wychodzą, tatuś drzwi otwiera i: Ewa, marsz! W dodatku był złośliwy, natrząsał się z niej, tę Klocię wytykał, głupie dowcipy lubił robić, zdaje się, że on z tych, co to chcieli mieć syna, a tu córka, nie podobało mu się, no to ugniatać, ugniatać. No i dlatego właśnie, jak zaczęła pisać, wymyśliła sobie ten pseudonim, Ewa Marsz, trochę na przekór, na złość tatusiowi, niech mu się nie wydaje, że ją zdołował. To jak, skombinujesz mi jej książki?

Całe to przemówienie Lalka wygłosiła jednym ciągiem, nie dopuszczając mnie do słowa i teraz ją wreszcie zatchnęło. Siedziałyśmy w potwornie niewygodnym bistro u znajomego patrona w Paryżu, nie poświęciwszy żadnej uwagi nędznej jakości posiłku, popijając za to całkiem niezłe białe wino i wykorzystując każdą sekundę czasu, którego nam straszliwie brakowało. Ona musiała zdążyć na odbiór dekoracji jakiegoś wściekle eleganckiego holu gdzieś tam, była cenioną projektantką wnętrz, ja zaś nazajutrz o poranku odjeżdżałam do kraju, a jeszcze musiałam po drodze zaczepić o Kopenhagę. Nie wiadomo, dlaczego od szkolnych czasów spotykałyśmy się w najbardziej idiotyczny sposób, jaki można wymyślić, w dziwacznych miejscach i zawsze w pośpiechu.

– Ale ona przestała pisać – powiedziałam z urazą, nie kryjąc niezadowolenia z tego faktu. – Już od paru lat żadnej jej książki nie było. Siedem sztuk i cześć.

– A ja mam tylko trzy. Dla Kaśki chciałam, czepia się jak rzep!

– Kaśka czyta po polsku?

– No pewnie! Od urodzenia pilnuję!

Ewa Marsz. Pewnie, że znałam książki Ewy Marsz, były świetne. Czatowałam na kolejne, bezskutecznie. Zaraz, Lalka powinna przecież wiedzieć, dlaczego ona przestała pisać…

Pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia. Ten kontakt z nią straciłam od wyjazdu, masz pojęcie, ile to lat? Osiemnaście, prawie dziewiętnaście! Jakieś takie mam głupie uczucie, że ją zostawiłam własnemu losowi i teraz mi łyso, chociaż była już przecież dorosła. No, ledwo, co, ale jednak. Zdaje się, że za mąż wychodziła, inaczej się chyba teraz nazywa. A w ogóle to była twarda dziewczyna, tatuś jej nie dał rady, to i nikt nie da. To, co, skombinujesz mi…?

– No pewnie. Gdzieś znajdę. Albo ją samą złapię…

Zajmowałyśmy stolik na zewnątrz, przy samym wejściu do lokalu, bo tu akurat było najmniej niewygodnie i widok miałyśmy piękny, na całe skrzyżowanie, a przy tym oszklone boczne ścianki tego zewnętrznego kawałka, na dwanaście stolików, tłumiły nieco hałas z ulicy. Stolik po drugiej stronie drzwi zwolnił się, podeszli nowi goście z pieskiem i natychmiast piesek, doskonale wyrośnięty, niewiarygodnie długi jamnik, znalazł miejsce dla siebie. Uwalił się tuż pod małym, wejściowym schodkiem, w poprzek, pyskiem sięgając stolika swoich państwa, a ogonem naszego. Mnóstwo psów tak się kładzie. W dwie sekundy później z bistra wybiegł kelner z tacą, nie spodziewał się jamnika, gwałtownie spróbował zmienić krok, żeby na niego nie wleźć, potknął się i niepowstrzymanym truchcikiem popędził przejściem między stolikami wprost ku jezdni. Trochę mu to wyszło jak tancerkom w „Jeziorze Łabędzim”, na paluszkach. Nie przewrócił się i nie upuścił tacy, ale doleciał aż do jezdni i omal nie wpadł pod samochód, bo trafił na swoje czerwone światło. Wyhamował tuż za krawężnikiem, zawrócił i z przyjemnym uśmiechem na ustach oraz mordem w oczach obsłużył gości.

W ułamku sekundy pomyślałam, że w filmie mogłaby to być przecudowna scena. Migawka, przerywniczek. A jakiś gruboskórny i prymitywny reżyser zrobiłby z tego ordynarne zamieszanie, które pasowałoby do treści filmu jak pięść do nosa i wół do karety, z komedii realistycznej uczyniłoby groteskę i bezapelacyjnie musiałoby spaskudzić cały dalszy ciąg…

I w tym samym momencie mnie olśniło.

– Zaraz. Czekaj. Czy jej przypadkiem telewizja czegoś nie spieprzyła…?

– O! – ucieszyła się Lalka. – Właśnie! Przecież cały czas o tym mówię!

Na zewnątrz nie było już miejsca, nowi goście weszli do wnętrza knajpy, pokonując jamnika razem ze schodkiem wielkim krokiem. Tuż za nimi to samo uczynił wracający kelner.

– Niech oni zgarną sobie tego psa pod nogi, bo w końcu ktoś na niego wlezie – zdenerwowałam się. – Nic podobnego, o żadnej telewizji słowa nie powiedziałaś.

– Nie…? To widocznie nie zdążyłam albo mnie w gardle zadławiło. Też się martwię tym psem… No dobrze, już nie. Przestałam.

Jamnik litościwie zdjął nam troskę z głowy, bo błyskawicznie, wężowym ruchem, przeczołgał się pod stolik państwa, wyraźnie oczekując jakichś łakoci. Dostał żółty serek i pozostał w tym bezpiecznym azylu, dzięki czemu państwo nie mieli gdzie trzymać nóg. Ich nogi jednakże snu nam z powiek nie musiały spędzać.

– No! – popędziłam Lalkę niecierpliwie. – Upewnij mnie. Bo już sobie przypomniałam, że jej spieprzyli.

Oderwała wzrok od psa i kiwnęła głową.

– I to chyba przeraźliwie, mnie w każdym razie zemdliło. No i rozumiesz, rzecz w tym, że Kaśka po różnych językach lata, francuski, to nic dziwnego, w końcu tu ją urodziłam i tu chodziła do szkoły, ale angielski, niemiecki, włoski, teraz się łapie za hiszpański i grecki po niej chodzi…

– Ale mówisz, że i polski…?

Lalka ciężko westchnęła.

– Otóż to. Tak samo go traktuje jak wszystkie inne. A ja bym chciała, żeby lepiej. I czekaj, tu właśnie te kamienie sypnęły mi się pod nogi. Ona czyta, dlaczego nie, ale znasz współczesną literaturę, co bardziej okrzyczane, to większy gniot psychiczny, arcydzieło, po którym absmak zostaje, całkiem jak te potrawy dietetyczne, dla przyjemności nic. A jeśli nawet, to nie nasze, różne obce, więc jej specjalnie chciałam zaserwować Ewę Marsz. Tymczasem przysłali mi kasety, dwa filmy, telewizja Ewę nakręciła i mnie też skręciło, w dwunastnicy. Kaśka obejrzała, rozmiaru bubla nie doceniła, powiedziała, że przeciętna może nie chała, ale chałka i nie widzi powodu, żeby się do tego rwać…

– A te trzy, które masz…?

– No właśnie, te trzy tak, ale sama wiesz, że następne są lepsze. I nawet chciała te następne, bo pierwsze jej się spodobały, ale obejrzała filmy i chęci jej przeszły, ale zaraz potem obejrzała mnie, a możliwe, że jakiegoś ataku dostałam, a jak już rzuciłam w Marcela pilotem i podeptałam okropnie drobne części zamienne do kosiarki wielofunkcyjnej…

Zdziwiłam się.

– Dlaczego akurat kosiarki?

– Myślałam, że to kaseta wideo, kolorystycznie wyglądało podobnie. Teraz nie możemy tych funkcji zastosować, ale nie w tym rzecz. Kaśkę moje efekty specjalne zainteresowały, prawie się ze mną pokłóciła i teraz Ewę Marsz chce koniecznie. Ja zresztą też. Możliwe, że trochę temu brakuje logiki, ale ja ci skrótowo opowiadam…

Pokręciłam głową, bo żadnej logiki mi nie brakowało, i złapałam przebiegającego kelnera.

Encore une fois, je vous prie – powiedziałam grzecznie, wskazując kieliszki. – Nie, ja wszystko rozumiem. Też bym się uczepiła, gdyby ktoś do mnie wrzeszczał „to sama zobacz, to sama zobacz”, nawet, jeśli kretyn…

– Kretyn tym bardziej. Zawsze jakieś studium umysłu i charakteru.

– No owszem, możliwe. Gdzieś znajdę i przyślę ci DHL – em, bo w żadne poczty nie wierzę. A swoją drogą, ja ci nie wymawiam, broń Boże, ale dlaczego nie dorwałaś tego za ostatnim pobytem? Jeździsz przecież do Warszawy?

– Nie jeżdżę – zaprzeczyła Lalka złym głosem i ponuro wpatrzyła się w marsjanina, z wysiłkiem wpychającego na chodnik przed knajpą straszliwie dekoracyjną hondę. Źle mu to jakoś wychodziło. Zawahałam się przed zadaniem następnego pytania, ale odniosłam wrażenie, że ona na nie czeka.

– Bo co…?

– Bo jestem podła.

– Co ty powiesz? – zdziwiłam się znów, tym razem uprzejmie.

Od szkolnych czasów Lalka się prawie nie zmieniła, bez wątpienia starsza była obecnie niż w chwili zdawania matury, trochę zmarszczek ją obsiadło, nie farbowała włosów i w ciemnej fryzurze ozdobnie błyskały srebrne niteczki, ale ani figura, ani charakter nie doznały żadnego uszczerbku. Podła nie była nigdy, awanturnicza owszem, niecierpliwa, żywa, aktywna, odrobinę lekkomyślna, czasem uparta i despotyczna, jednakże nie podła.

Czekałam na ciąg dalszy.

– Przestałam jeździć, bo już nie wytrzymuję narzekań mojej matki – wyznała z irytacją. – Teraz niech ta małpa wysłuchuje jojczenia, ja mam dosyć.

– Jaka małpa?

– Moja siostra. Ustawicznie wszystko było na mnie, uciekłam do Francji, ale nie pomogło, każde wakacje, każde święta, każde ferie, każdy długi weekend, wariactwo, wszystko w Warszawie, ledwo czasem w sobotę i niedzielę udawało nam się wyskoczyć nad morze, bo w góry nie, do gór za daleko, a do morza ledwo dwieście dwadzieścia, ale to nie na urlop przecież! Urlop w Warszawie!

– A z matką gdzieś pojechać…?

– Ona nie chce. Nigdy nie chciała. Nie cierpi lasu, nienawidzi morza, nienawidzi gór. Nie znosi w ogóle podróży, a na zabytki patrzeć nie może. Do samolotu nie wsiądzie za skarby świata, na żaden statek tym bardziej, transatlantyk na Jeziorku Czerniakowskim, to też będzie rzygała, w samochodzie histerii dostaje!

– Choroba lokomocyjna?

– Jaka tam choroba, po mieście może jeździć całą dobę na okrągło. Chociaż ogólnie woli w domu, masz siedzieć z nią w domu i ją zabawiać, a zabawianie polega na tym, że ona narzeka, a ty masz kiwać łbem i pocieszać. Narzeka na wszystko. Na wodę, na światło, na sracze, na deszcz i na słońce, na mróz i na upał, na ustrój, na żarcie, na służbę zdrowia, na drzwi skrzypią, okno szczęka, na telewizor mży, na sąsiedzi grają, drą mordy, warczą…

Sąsiedzi…? Rany boskie!

– Czekaj, moment, ona mieszka tam, gdzie kiedyś mieszkałaś?

– No pewnie. I teraz już sama. O, na sprzątaczkę, na samotność, jeszcze ojciec żył i Miśka mieszkała w domu, a już narzekała na samotność. A ludzi nie trawi, gości sobie nie życzy…

No tak. Czteropokojowy apartament w przedwojennej willi, mury grube, izolacja akustyczna idealna, sąsiedzi tylko z jednej strony, bo z drugiej ogródek, to któż tam obecnie mieszka? Orkiestra strażacka ćwiczy?

– Córeczki są upragnione – ciągnęła rozdrażniona Lalka. – O, na Miśkę też narzeka, tak blisko, a wcale jej nie ma. Fakt, Miśka się zawsze migała z wielkim talentem, ale ja już mam dosyć. Przyleciałam kiedyś, raban straszny, wyrwałam dzień wolny, w nocy odwalałam robotę…

– Masz nienormowany czas pracy – przypomniałam, usiłując ją pocieszyć.

– Wypchaj się. Wiesz, co to było? Do apteki iść, bo doktór recepty zostawił. Czegoś tam na ciśnienie za dwa dni by jej zabrakło, a katar miała, więc nie mogła wyjść z domu. A jutro przychodziła sprzątaczka. To ja, cholera, z Paryża leciałam, żeby pójść do apteki! Więcej się narwać nie dałam i zbuntowałam się wreszcie, przestałam jeździć do ojczystego kraju. Od pięciu lat już nie jeżdżę, najwyżej raz do roku na dwa dni. I te dwa dni na Akacjowej spędzam. Marcel i Kaśka jadą ze mną z litości, ale nie spędzają, pozwalam im się urywać.

Obejrzałam się za kelnerem i uczyniłam właściwy gest. Marsjanin ustawił wreszcie hondę na chodniku, zdjął z siebie częściowo oprzyrządowanie kosmiczne i okazał się młodziutką i wiotką blondyneczką. Hondę natychmiast obsikał z wielkim zapałem prześliczny dalmatyńczyk, czekający na zielone światło ze swoją panią na smyczy. Pomyślałam, że gdyby to nie była pani, tylko pan, biedny pies zostałby pozbawiony możliwości poddania się naturalnym odruchom wyłącznie z uwagi na blondyneczkę.

– No to taka podła możesz być – zezwoliłam. – Ten rodzaj podłości popieram. Bo rozumiem, że mamusia ma, z czego żyć?

Lalka wzruszyła ramionami.

– Daj nam Boże wszystkim połowę tego, przecież jeszcze po dziadkach zostało.

– A Miśka, co?

– Pyskuje. Niech pyskuje, póki jej dzieci były małe, nic nie mówiłam, ale teraz? A mamusia ma dużą siłę przebicia, da sobie z nią radę. O rany, rozgadałam się, ale wiesz, dobrze mi to zrobiło, pękł we mnie szkodliwy balon. Ty zresztą, o ile wiem, masz w tej kwestii dosyć rewolucyjne poglądy, może, dlatego właśnie na ciebie padło. Zaraz, która to…?

Kelner postawił przed nami nowe kieliszki. Lalka spojrzała na zegarek.

– O, zdążę. Metrem jadę, stąd na miejsce potrzeba mi ośmiu minut. My głupie jesteśmy, trzeba było od razu zamówić całą flachę. Zdaje się, że już dawno słyszałam od ciebie coś o tych samotnych, na których nikt nie czeka…?

– Nienawidzę pijawek – wyjaśniłam bardzo spokojnie i grzecznie, tylko pozornie bez związku. – Obrzydliwe są dla mnie, jako rodzaj fauny…

– Fauny…? – wyraziła niepewność Lalka.

– No, nie flory przecież! Co one są, płazy, gady, insekty? Nie skorupiaki, to pewne.

– Insekty fruwają.

– Zależy, w jakiej postaci. Nawet motyle w charakterze gąsienic pełzają.

– A motyl to insekt?

– Cholera, głowy nie dam. Ogólnie biorąc, owad, tak mi się wydaje. Ale komar…?

– Widziałaś, kiedy gąsienicę komara…?

– Nie, a ty?

– Też nie. Słuchaj, nie jesteśmy przecież pijane? O czym my mówimy?

– O poglądach na charaktery ludzkie – przypomniałam i zdaje się, że zabrzmiało to jakoś jadowicie. – A trzeźwe jesteśmy jak świnie i zaraz to sobie udowodnimy, rozstrzygając kwestię pijawek. Czego one nie mają na pewno? Lalka się spłoszyła.

– O rany, jak w szkole. No, na pewno nie mają nóg. I skorupy, sama mówiłaś.

– Co do narządów wewnętrznych, powątpiewam w istnienie serca…

– Serca, gwarantowane! Wysysają bezlitośnie!

– Miałam na myśli organ jako taki, nie uczucia…

– Uczucia wykluczam stanowczo – uparła się Lalka. – I stanowczo wątpię w mózg!

– Ja wątpię także w wątrobę, nerki, śledzionę i płuca – poparłam ją. – Chociaż płuc nie będę się czepiać, bo i skrzela mi nie pasują. Żołądek, o! Przewód pokarmowy! Wnioskując z tego, jak zmieniają swoje gabaryty i, powiedzmy, figurę… w trakcie ssania, pijawki składają się wyłącznie z przewodu pokarmowego!

– Jak wąż z ogona…?

– Dokładnie.

– Jesteś pewna?

– Widziałam to na własne oczy. Mają przewód pokarmowy i na tym koniec ich stanu posiadania.

– No, kręgosłupa moralnego też bym się po nich nie spodziewała – westchnęła Lalka w nagłej zadumie.

Patrzyłam na nią przez całą sekundę.

– No i widzisz, jaka jesteś nie dość, że trzeźwa, ale i mądra? Przypomniałaś mi, już wiem, co one są. Bezkręgowce. I w dodatku jeszcze chodzi mi po głowie, że płazińce, za płazińce zabić się nie dam, ale nazwa jest dostatecznie obrzydliwa, żeby do nich pasowała. Przyjmijmy płazińce, chcesz?

Lalka zgodziła się chętnie.

– Wracajmy do początku, który, sama sobie się dziwię, doskonale pamiętam. Pijawki są dla ciebie obrzydliwe…

– Jako płazińce. Zarówno ze względu na poczucie estetyki, jak i na efekty bezpośredniego kontaktu z nimi. Sposób egzystencji mają ustabilizowany, pasożyty, bez wysysania drugiego żywego organizmu nie mogą istnieć…

– Ale miało być o ludziach…?

– I właśnie zaczyna być. Do diabła z pijawkami, akurat najwstrętniejsze, ale ogólnie miałam na myśli pasożyty. Przytrafiają się śliczne, na przykład jemioła, nie posłużę się przecież czymś pięknym, żeby wyeksponować negatywny stosunek do tego, nie? Pijawki zrozumie każdy, jemiołę rzadko, kto.

– Przyjmij, że ja jestem rzadko, kto – zaproponowała żywo Lalka.

– Przyjmuję. Otóż generalnie nienawidzę żerowania na niczym… nie tak, na nikim, skoro mówimy o ludziach. Nienawidzę żerujących. Nienawidzę tych wszystkich pustych w środku, którym najłatwiej napełnić się, zapchać cudzym żywym materiałem, znajdującym się pod ręką, łatwo dostępnym. Materiał niech się wysuszy, niech się wyjałowi, niech zdechnie, pasożyt ma to w dupie, jeszcze zgłosi pretensje, że tworzywo zbyt mało zniosło. Natychmiast postara się znaleźć następne. Nienawidzę takich, nie dam tej pijawce nic, niech się zagłodzi, niech sama zdechnie, nie mam w sobie cienia litości, zero, nie mam także litości dla tych współczujących głupów, cepów, kretynów, którzy jej pożywienie podetkną. Szkodliwe elementy, troskliwie hodują pijawkę. Porąbane osły. A ponieważ mowa o ludziach, których biologiczny stan posiadania zdecydowanie pijawkę przewyższa, niech ruszą swoje człowieczeństwo. Niech się przebiją przez swoje śmierdzące lenistwo, upieram się dziko, że pasożytnictwo w dziewięćdziesięciu procentach pochodzi z lenistwa. Niech się powieszą. Ale nawet sznurka im nie dam!

– Zacięta dosyć jesteś – zauważyła Lalka z rosnącym zainteresowaniem. – Skąd ci się to bierze? Znamy się przecież od wieków?

Jednakże wino miało swój wpływ na szczerość.

– Niedostatecznie – westchnęłam. – Otóż, nie zauważyłaś może, ja w sobie miałam pasożytnicze skłonności. Możliwe, że mam nadal. Z tym, że mieszczę się w tych dziesięciu procentach, co nie z lenistwa, a chyba przeciwnie, zawsze chciałam za dużo i chętnie bym wyssała zewsząd pomoc do tego „za dużo”. W skłonnościach połapałam się dosyć wcześnie, niewątpliwie przy pomocy otoczenia, które wcale nie chciało być dojone, a ile wysiłku mnie kosztowało, żeby je pohamować, te skłonności, wyobrazić sobie nie potrafisz. Umęczyłam się jak dzika świnia za pługiem na przednówku, przegięłam pałę, sama pozwoliłam się doić, znów musiałam wprowadzać korekty, jak Boga kocham, katorga i galery. Nie darmo na widok francuskiej tablicy informacyjnej na autostradzie „Travaux”, zwykłe roboty drogowe, we mnie samo się lęgnie „Travaux forces”, ciężkie roboty, wyrok dla galernika. No dobrze, ale skoro ja mogłam dać temu radę, każdy może. Zacięta się zrobiłam, jak wszyscy diabli.

Lalka przez chwilę milczała zamyślona, wpatrzona w seksownie przyodzianą panienkę, konwersującą z facetem w samochodzie o trzy metry od nas. Nie uzgodnili sprawy, facet odjechał, panienka została, zdziwiło mnie to, ładna była. Lalka się ocknęła.

– Ciekawe, w dawnych czasach nigdy tego u ciebie nie zauważyłam, o ile pamiętam, to ja sama nawet kiedyś pasożytnęłam na tobie…

– Iii tam, takie pasożytnictwo! Przyjemność mi sprawiło.

– No rzeczywiście, ciemno, wicher, deszcz ze śniegiem… No nic, rozumiem. Z oporem dochodzę do wniosku, że chyba masz rację.

Zaciekawiła mnie.

– Dlaczego z oporem?

– Bo gdybyś miała rację, sprawiłoby mi to zbyt wielką przyjemność. Więc muszę brać pod uwagę, że zgadzam się z tobą nie na rozum, tylko dla przyjemności. Mylące, nie?

Zastanowiłam się, co będzie po kolejnym kieliszku wina. Mnie nic, do hotelu mam parę kroków, ale Lalka…? Metrem, niemożliwe jest nie trafić metrem, robotę odwaliła, ekipę wykonawczą ma stałą i godną zaufania, o szesnastej kontrolowała stan pomieszczenia, teraz powinna już tylko przyjmować zachwyty i gratulacje, a w razie jakichś głupkowatych zastrzeżeń, wino pomoże jej zachować pogodę ducha. Ale gdyby, co…? O kurczę, wszystko musi być gotowe na ósmą rano, noc roboty… Dam jej może odtrutkę, mam przy sobie…

– Szlag niech trafi te kieliszki – powiedziała Lalka z nagłą energią. – Gdzie kelner? Monsieur, toute la bouteille, s'il vous plait… Nawet, jeśli się spóźnię cały kwadrans, nie szkodzi, niech sobie w spokoju pooglądają, a do kwadransa jeszcze daleko. Popatrz, na ile lat zdarzyło się nam raz spokojnie pogadać? Ty naprawdę musisz jutro jechać?

– Może nie muszę, ale powinnam, inaczej nawalę łańcuchem paru osobom. A i tak lecę jednym ciągiem. Wszędzie kolejno wszyscy na mnie czekają, poumawiani, może się nic nie przytrafić, a mogę dziewczynie zniszczyć karierę. Głupio trochę, nie lubię nawalać.

– Szkoda. Ale i tak…

Kelner radośnie otworzył nam butelkę tego samego wina. Obie znałyśmy podstawową zasadę: nie mieszać! Jak Sauvignon Blanc, to Sauvignon Blanc, w dodatku z tego samego roku, dobra, niech da jeszcze trochę serka, obiad… Chyba to był obiad…? Jadłyśmy, nie pijemy na głodno.

– Duch bojowy we mnie wstąpił – oznajmiła Lalka. – Ale chciałam powiedzieć, że i tak głupoty mówię, jutro już ruszam nowe zlecenie i na rozmowę z tobą miałabym czas najwcześniej pojutrze wieczorem, ty jesteś na wakacjach, a ja w pracy.

– Znam ten ból – mruknęłam niechętnie, wspominając lata niedosypiania.

– No i właśnie, też do bani. Co tu będziemy sobie szklić, przecież obie wiemy, że chodzi o moją matkę, nie? Klasyczna pijawka w odwrotną stronę.

Miło jest czasem rozmawiać z osobą, która rozumie każdą przenośnię, każdy skrót myślowy, której nie trzeba niczego tłumaczyć jak sołtys krowie na miedzy. Miło jest także czuć cudze zaufanie.

Lalka nie miała najmniejszych wątpliwości, że zrozumiem. Pijawka ssie. Ale może też mniej ssać, a więcej wpuszczać jadu, jak meszka, wstrzykuje ten jad i wstrzykuje, aż w końcu człowiekowi trucizna zaszkodzi nieodwracalnie. Znałam doskonale oba rodzaje szkodnictwa i, nie wiadomo skąd, ona wiedziała, że znam.

– Zgadza się – potwierdziłam. – Ale to przypadek prosty i powszechnie, można powiedzieć, stosowany. Ja zaś miałam na myśli szerszy wachlarz, matka – dziecko, żona – mąż, siostra – brat, dwie siostry, jasne jak słońce, kliniczne przykłady. Gorzej, jeśli to wychodzi poza sferę rodzinnych uczuć i związków, a włazi na pracę zawodową. Do uchwycenia trudniejsze, do ukrócenia tym bardziej.

Lalka złapała w mgnieniu oka, ale jeszcze nie oderwała się od własnych problemów.

– W zawodowej uczucia nie brużdżą – zastrzegła się. – Nie musisz kochać wspólnika, dyrektora, prezesa, pomocnika i całej reszty. A tu, sama widzisz, jeśli osoba nie przegryzie ci gardła, będzie nieszczęśliwa, a ty byś osobie…

– Krzywdę ciężką wyrządziła – przerwałam bezlitośnie. – Chłopczyk zatłukł młotkiem kotka. Z zapałem. A potem chłopczyka trzeba było leczyć, bo po stracie kotka wpadł w te tam różne psychiczne. Ale gdybyś gnojowi odebrała młotek i jeszcze zdrowo strzeliła go w tyłek, ryczałby przeraźliwie i byłby taaaaki okroooopnie nieszczęęęęśliwyyyy…

– Ale dzieci my wychowujemy! – wrzasnęła zdenerwowana Lalka. – A rodziców nie!

– I dlatego odczepmy się od odpowiedzialności za nich. Dajmy im tyle, ile zdołamy, dajmy im wszystko, z wyjątkiem nas samych. Jeśli chcą nas zeżreć, trudno, musimy uciekać, tak jak dzikie lwie szczenię przed głodną mamusią. Albo tatusiem. A jeśli już ci się uda upolować antylopę, proszę bardzo, przywlecz ją mamusi, niech sobie zeżre. Antylopę, nie ciebie. Przeciwko sobie mówię, bo lubię antylopy. Ale mamusia, tatuś, to jedno, a obcy człowiek to drugie, obcy człowiek ani cię nie urodził, ani nie wychował, ani nie wykarmił, ani nie kocha. I ty jego też nie musisz. Jednak próbuje żerować na tobie, jakie tam próbuje, żeruje! Ty wymyśliłaś, a on zeżarł. Jeśli mu zaszkodzi, to sama przyjemność, ale, niestety, nie zawsze szkodzi.

– Wyraźnie widzę, że masz konkret na myśli – zainteresowała się Lalka, nagle uspokojona i opanowana. – Dobra, przyjęłam to rodzinne i postanowiłam się z tobą zgodzić, ulżyło mi na sumieniu. Co z tymi obcymi ludźmi? Gdzie sedno?

– W Ewie Marsz.

Teraz Lalka czekała na dalszy ciąg, patrząc na mnie pytająco, z kieliszkiem wina przy ustach. Spróbowałam uporządkować myśli i dokonać jakiegoś skrótu, bo było tego strasznie dużo.

– Ewa Marsz stanowi symbol i kwintesencję, nie tkwi w tym sama, tłok dookoła niej jak w tramwaju w godzinach szczytu. To ona napisała książkę, nie? Wymyśliła ją, wyjęła ją z siebie, miała jakąś myśl, przekazała jakiś obraz. W każdym razie z całą pewnością chciała przekazać. W jej myśl wessał się pasożyt w postaci buca niedomytego, reżysera, wycmoktał ją, wyćlamał, doprawił ulubionymi przyprawami, zapchał się, nic nie zrozumiał, przetrawił wszystko niedokładnie i wysrał.

Lalka kiwnęła głową tak gwałtownie, że puknęła nosem w kieliszek i napiła się wreszcie tego wina.

– Wnioskując z tego, co widziałam, wymieniony przez ciebie produkt końcowy w pełni odpowiada jakości dzieła. Ale dlaczego reżyser? Może to scenarzysta?

– Nic z tych rzeczy. Za dużo spotykałam znakomitych scenariuszy, idealnie spaskudzonych przez reżyserów. I nie mnie dotyczyły, żeby nie było nieporozumień, nie ja osobiście zostałam pogryziona, Sienkiewicz się w grobie przewraca, Kraszewski, Reymont, Prus, Dickens, Dumas się już w ogóle chyba rozkopał, że nie wspomnę o żyjących…!

– Od żyjących trudno wymagać, żeby się przewracali w grobie – zauważyła Lalka trzeźwo. – Ale samobójstwo by mnie nie zdziwiło.

– Mnie też nie, bo to potem straszny wstyd, wszystko się wali na autora. I nie scenarzysta, zwracam ci uwagę, decyduje o obsadzie aktorskiej, tylko reżyser, cała książka, na przykład, oparta jest na tłustej blondynce i z jej urody całość akcji wynika, a na ekranie widzisz chudą brunetkę i nic ci się nie zgadza. Bo on, ten bydlak, nie znosi tłustych blondynek, a uwielbia chude brunetki!

Lalka kiwała głową z nadludzką regularnością i wyraźną aprobatą. Weszła w temat aktywnie, przypominając sobie i mnie wszystkie znane, lubiane i śmiertelnie spaskudzone utwory, przeniesione na ekran zgodnie z poglądami reżysera i sprzecznie z zamierzeniami autora. Czas się kurczył bez naszej wiedzy.

Obok wiotkiej blondyneczki przy hondzie pojawił się nagle znacznie solidniejszy od niej młodzieniec, również w stroju kosmicznym i z hełmem w ręku. Blondynka rzuciła się na niego, waląc go pięściami w klatkę piersiową. Zwątpiłam, czy jest to objaw gorącej miłości, szczególnie, że dobiegły nas fragmenty czułych słów, a glos miała przenikliwy, przebijający nawet hałas uliczny. Obdarzyła go mianem łajdaka, imbecyla, kretyna i czegoś jeszcze, co już zostało zagłuszone silnikami. Uczyniłam przypuszczenie, że spóźnił się skandalicznie na spotkanie, wystawił ją rufą do wiatru i zmusił do wysiłków przy parkowaniu motoru, ciężkiego jak diabli.

Lalka się nagle ocknęła.

– O rany boskie, ostatnia chwila, ten kwadrans mi się kończy! Lecę. O samotności, którą też potępiasz, pogadamy następnym razem. Zostawić ci jakieś pieniądze?

– Puknij się. Jeszcze mnie stać na butelkę wina. Poleciała. Zostałam nad ostatnim kieliszkiem z myślą o Ewie Marsz.

Przed północą zdążyłam jeszcze zadzwonić do Lalki na komórkę.

– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, przypomniałam sobie. One są pierścienice, te pijawki, a nie płazińce. Ale z punktu widzenia obrzydliwości płazińce mi bardziej pasują, więc nie musisz w umyśle korygować…


* * *

Ilekroć ostatnimi laty wracałam z dłuższego wojażu, natychmiast nadziewałam się na wydarzenia dość mocno wstrząsające, rozmaitego gatunku. Czekały już na mnie informacje, od których włos się na głowie jeżył, ręce opadały, a pod ciemieniem ruszała karuzela. Albo odwrotnie, pojawiała się próżnia kosmiczna, z której należało wydłubać błyskawiczne decyzje.

A swoją drogą ciekawe, czy z próżni kosmicznej można w ogóle cokolwiek wydłubać…?

Tym razem radosna wieść dopadła mnie, zanim jeszcze zdążyłam dotrzeć do własnej bramy.

Ze cztery kilometry mi brakowało i musiałam zjechać z udającej autostradę ulicy, bo zasłyszane informacje okazały się zbyt sensacyjne, żeby potraktować je lekceważąco. Z komórką przy uchu zatrzymałam się na jakimś podjeździe do cudzego domu.

– Niech pan to powie jeszcze raz, panie Tadeuszu – poprosiłam mojego agenta. – Ta parcela przy Kabatach…?

– Właśnie ta, przy której pani się…

– Awanturowała – podsunęłam niecierpliwie, bo pan Tadeusz najwyraźniej szukał jakiegoś eleganckiego słowa.

– Awanturowała, powiedzmy. Jest, to znaczy będzie, do sprzedania, to znaczy do kupienia i jeśli pani rzeczywiście ją chce, trzeba natychmiast zastrzec prawo pierwokupu i zadatkować. Nie mogłem wcześniej zadzwonić, to wyskoczyło w ostatniej chwili, myślałem, że pani już jest…

– Jestem, dojeżdżam do domu. Po czemu ona?

– No właśnie, na tym przecież polega okazja. Po trzydzieści dolarów za metr.

– Ile…?!

– Trzydzieści dolarów…

– Ona nie odrolniona? – spytałam podejrzliwie.

– Odrolniona. W tym rzecz. Bo znów może wejść w grę przedawnienie, te przepisy zmieniają się, co chwila, nie zdążyłem się upewnić w kwestii terminu, ale trzeba sprawdzić natychmiast i stąd pośpiech…

– Dlaczego tak tanio?

– Sprzedaje córka i chce się tego natychmiast pozbyć, tam jakieś małżeńskie rozliczenia wchodzą w grę, a ja przypadkiem mam kontakt i mogę być pierwszy w kolejce, a pani przecież chciała…

– Zaraz. Przeszło dwa tysiące pięćset metrów po trzydzieści dolarów, trzy razy dwa i pół… Panie Tadeuszu, nie mam tyle! Zejdę poniżej zera, nie chcę brać żadnych kredytów…

– Ależ nie, nie trzeba! Tylko zadatek dla zapewnienia prawa pierwokupu, dwadzieścia tysięcy złotych wystarczy, ale to musi być załatwione jeszcze dziś, jutro będzie za późno! Banki są czynne do dwudziestej…

Oszołomiona nieco komunikatem, spróbowałam zebrać myśli. W niezwykłej transakcji węszyłam jakiś straszliwy kant, na omawianym terenie parcele budowlane kształtowały się w granicach stu dolarów za metr, a nie trzydziestu, ta akurat działka była moim marzeniem, no dobrze, najwyżej stracę dwadzieścia tysięcy, kto nie ryzykuje, ten nie je, ale gdzie tu siedzi ten haczyk, na który za chwilę dam się złapać…?

– Zaraz, panie Tadeuszu, chwileczkę. Przelew mogę załatwić z domu, będę tam za osiem minut, od pana chcę numer konta, ale, o co tu chodzi z tą taniością? Obwodnica jest przewidziana? Wykryli pod spodem promieniowanie radioaktywne? Na bagnie to leży?

– Ależ nie, mówię przecież, sprzedaje córka ofiary…

– No to, co, że córka ofiary! I w ogóle, jaka córka i jakiej ofiary?!

– Córka Wajchenmanna. Jak to, pani nic nie wie? Wajchenmann nie żyje, został zamordowany!

– Co takiego…?

– No mówię, nie żyje, jak pani może o tym nie wiedzieć, szum się dopiero zaczyna, ale telewizja już napomykała, i radio, na razie bez szczegółów, ja przypadkiem wiem więcej, ale jak to mogło pani umknąć?

– Nie oglądałam telewizji – bąknęłam słabo i zamurowało mnie doszczętnie. A zarazem w zakamarkach organizmu wybuchła euforia i pienia anielskie zagrzmiały z mocą spiżowych trąb.

Wajchenmann nie żyje, niemożliwe, to zbyt piękne, żeby mogło być prawdą. Zamordowany! A cóż za jakiś Robin Hood go trzasnął, Janosik, Zorro, Szkarłatny Kwiat, jaka tam jeszcze szlachetna postać po historii się plącze…? Jeśli zwykły bandzior, niech mu będzie na zdrowie, kocham bandziora! Nigdy więcej ten łajdak, ten bufon, ten kretyn nadęty, niedorobiony wieszcz, buc porąbany i bezczelny, megalomański zbuk, wredny karierowicz i pluskwa, barbarzyńca i wandal, nie spaskudzi nikomu niczego! Nigdy więcej nikogo nie okradnie, nigdy więcej nie przywłaszczy sobie cudzego wysiłku, natchnienia, osiągnięcia, nigdy już nie dostanie niczego, co mu się należy jak mnie korona hiszpańska…!!!

Nawet się nie zdążyłam zastanowić, dlaczego akurat hiszpańska i mignęło mi zaledwie, że właściwszym porównaniem byłby chyba Nobel za moje osiągnięcia w fizyce, z którą nie mam kompletnie nic wspólnego, bo z domu obok wyszedł człowiek i łypiąc w moim kierunku złym okiem, zaczął otwierać bramę. Stałam metr od niej. W eksplozji szczęścia kochałam także człowieka razem z jego bramą. Macając na oślep, otworzyłam lewe okno, bez sensu, człowieka miałam z prawej, w nerwach zablokowałam wszystko, odblokowałam pośpiesznie, otworzyłam prawe tylne, też źle, lewe tylne, łaska boska, że więcej okien do otwierania już nie miałam, trafiłam wreszcie na prawe przednie. Przechyliłam się w prawo.

– Bardzo pana przepraszam, już odjeżdżam!

– Tam dalej też jest droga – poinformował mnie nieco jadowicie.

– Dziękuję bardzo! – wyrwało mi się z wielkim uczuciem. – Wszystkiego najlepszego!

– Słucham? – zdziwił się w telefonie pan Tadeusz. – No, ja rozumiem, ale to nie moja zasługa…

– Nie, to nie do pana, sekundę, ręka mi potrzebna…

Odjechałam, zatrzymałam się kawałek za domem, pozamykałam okna. Odetchnęłam głęboko.

– Niech pan to powie jeszcze raz – poprosiłam – bo może ja mam takie jakieś majaczenia.

– Nic pani nie ma, Wajchenmann nie żyje, został zabity, rozumiem, że o to chodzi…

– Kiedy? Gdzie? Jak? Przez kogo?! Wszystko o tym cudownym wydarzeniu!!!

– To chyba nie w tej chwili, długo by gadać. Wczoraj wieczorem… Jego córka… O, właśnie, to jest pilniejsze, bierze pani tę działkę czy nie?

– Ależ biorę! Wszystko biorę! Nic z tego nie rozumiem, ale nie szkodzi! Gdzie pan jest?!

– Na mieście. Potwierdzę tylko, że pani bierze i zaraz do pani jadę z umową, jeszcze pani zdąży zrobić przelew…

– To już! Za dziesięć minut będę u siebie!


* * *

Parcela pod Lasem Kabackim wpadła mi w oko już dawno i koniecznie chciałam ją kupić. Realizacja chęci napotykała jakieś tajemnicze trudności, tak potężne, że przez długi czas nie zdołałam się nawet dowiedzieć, do kogo ów grunt należy. Brakowało mi siły na sprężystą akcję, poza tym głupia sytuacja denerwowała mnie nieziemsko, w rezultacie zwaliłam całą sprawę na pana Tadeusza, który tuż przed moim wyjazdem zdołał wydoić skądś komunikat, iż jest to własność prywatna jakiejś ważnej osoby, która o sprzedaży na razie nie myśli, aczkolwiek budować się też nie zamierza. Sprecyzował ważną osobę, Wajchenmann, no, jemu pieniędzy z pewnością nie brakowało i niczego sprzedawać nie musiał. Nadzieje mi nieco sklęsły, ale nie zdechły całkiem i proszę, okazało się nagle, że słusznie ostatnim wysiłkiem utrzymały się przy życiu. Cena tylko wydawała się nie do pojęcia.

W obliczu drugiej wieści wymarzony teren zszedł na dalekie tyły.

Manipulacje papierowe przetrzymałam z roziskrzonym wzrokiem i zaciśniętymi zębami, dokonałam przelewu na konto całkowicie mi obcej osoby, o której nie wiedziałam nawet, że istnieje, bo stan rodzinny Wajchenmanna był mi dokładnie obcy, podpisałam się na czymś, nie wnikając w treść dokumentu. Całym jestestwem oczekiwałam deseru w postaci szczegółowych informacji o przepchnięciu podleca na lepszy świat, parcela poszła w zapomnienie.

Wiedza pana Tadeusza na temat cudownego wydarzenia wydawała się, niestety, jakby nieco wybrakowana. Pochodziła z krótkiej wzmianeczki mediów i odrobiny plotek.

– Nie zdążyłem pogadać więcej i dowiedzieć się czegoś, bardzo przepraszam – usprawiedliwił się pan Tadeusz gorąco – bo od rana zajęty byłem załatwianiem tej działki. Pani rozumie chyba, że to jest tylko zabezpieczenie, i tak zakupu nie da się sfinalizować, dopóki nie uprawomocni się testament, w zasadzie dziedziczy córka, ale tam są legaty dla byłych żon i zabezpieczenie roszczeń wspólników…

– Do diabła z córką, żoną i wspólnikami! O zabójstwie chcę! Zaraz… – zainteresowałam się nagle. – Wczoraj go trzasnęli? To skąd już dziś wiadomo, tak szybko, co zawiera testament? Otworzyli go nad trupem?

– A nie, skąd, ale już dawno było wiadomo… no, parę miesięcy, on sam ujawnił treść kilku osobom, w wyniku jakiejś wzajemnej kłótni nastąpiła taka scena… Wyciągnął i pokazał kopię, tę kopię wszyscy obecni czytali, no, a dalej już poszło. Rozeszło się. Nie zmienił później ostatniej woli.

– W każdej chwili mógł złapać kawałek papieru i napisać: „Wszystko żonie” – mruknęłam z powątpiewaniem. – Na świadków upolował dwie osoby z ulicy…

– Nie, zainteresowani pilnowali go. Nic takiego nie nastąpiło, poza tym on nie miał aktualnej żony, z ostatnią się rozwiódł, a córce w każdym wypadku zachowek się należy…

– No dobrze, pies trącał testament, jak było ze zbrodnią? Kiedy, gdzie, jak, kto go znalazł? Detale proszę!

– No właśnie, detali mało. Wczoraj córka do niego dzwoniła, nie odbierał, komórki wyłączone, a wiedziała, że powinien być w domu, zdenerwowała się i pojechała. Zdaje się zresztą, że była na mieście i miała go po drodze, więc wstąpiła. Willa pusta, wszystko otwarte, a on leżał w drzwiach do ogrodu. Zastrzelony. Wezwała pogotowie, a pogotowie wezwało policję. Dziennikarze nie zdążyli, za późno dostali wiadomość, telewizja nie zdążyła tym bardziej i stąd takie skąpe informacje. Więcej niestety nie wiem, tyle się dowiedziałem od córki, bo ją znam, kiedyś byliśmy zaprzyjaźnieni…

Skrzywiłam się okropnie.

– Od córki, od córki… Zawracanie głowy. W środowisku, co się gada, chcę wiedzieć! Niech skisnę, jeśli nie wymyślili już ze dwudziestu podejrzanych, nie ja jedna mu z serca nagłej śmierci życzyłam! Pan zna tych ludzi prywatnie, siedzi pan wśród nich…

– Ja znam raczej dziennikarzy, nie filmowców – zakłopotał się pan Tadeusz. – Z telewizją nie mam…

– Z radiem pan ma! Radio też się cieszy!

Do radia pan Tadeusz nie mógł się nie przyznać. Zaczął coś mówić, przez chwilę nie słuchałam, bo uświadomiłam sobie, że myśl mi lata przerażająco chaotycznie, sama sobie robię śmietnik pod ciemieniem. Pan Tadeusz może być przecież bezcennym źródłem informacji, skoro zna osobiście córkę ofiary, kiedyś się z nią przyjaźnił, jasne, że rozmiary przyjaźni ukryje za wszelką cenę, jako dżentelmen słowa nie piśnie, ale cokolwiek wie, z pewnością od niej! Córka musi wiedzieć więcej, ma prawo być zorientowana na bieżąco. W dodatku bez żartów, coś podpisałam, zrobiłam przelew, niech ja mam pewność, że mienie po ojcu należy do niej i nie szastamy się nim bezprawnie…

Przerwałam panu Tadeuszowi, który chwilowo wpuszczał mnie w maliny, w dodatku krętymi ścieżkami. O, żadne takie, wydarzenie jest zbyt piękne, żeby je zaniedbać!

– Zaraz, panie Tadeuszu, moment. Nie udawajmy idiotów. Nawet nie wiedziałam, że Wajchenmann miał córkę, ona się jakoś nie eksponowała…

– Istotnie, żyła w cieniu, po większej części za granicą, tam nie było bliskich więzi rodzinnych…

– Rozumiem, nie lubili się z tatusiem… Zaraz, a mamusia gdzie? Sam jej sobie chyba nie urodził?

– Dawno nie żyje. To była pierwsza żona.

– A córka jedna? Nie miał więcej potomków?

– Nie miał. Następne związki…

– Czort bierz następne związki, córka ważna. Pan ją znał osobiście, mnie to nie robi różnicy, mógł pan mieć z nią sześcioro dzieci…

– Nie miałem! – krzyknął strasznie pan Tadeusz.

– Nie to nie, mnie nie zależy. Ale znajomość pozostała, co wyraźnie wynika z tego prawa pierwokupu, nienawiści ona do pana żywić nie może, chyba, że ta impreza jest jakimś straszliwym kantem…?

Wpatrzyłam się w pana Tadeusza wzrokiem podejrzliwej Meduzy. Nie przestraszył się wcale.

– Nie jest, mówiłem pani, testament…

– E tam. Sam pan mówił, nikogo w domu nie było, więcej razy tak mogło nikogo nie być, a taki świstek, wszystko dla żony… syna, córki, bezpańskich psów… no, w tym wypadku córki, bo i tak dla niej zachowek… razem z łapaniem świadków pięciu minut wymaga…

Pan Tadeusz zachował przytomność umysłu.

– To nie u nas – rzekł z naciskiem. – Taki świstek zostałby natychmiast podważony, tam w grę wchodzą pieniądze producenta, instytucji, odszkodowania za zerwane umowy, mnóstwo utrudnień, ciągnęłoby się latami…

Miał rację. Nawet w przyzwoicie ucywilizowanym kraju, gdzie system prawny istnieje dla ludzi, a nie dla oszustów, taki strzęp marginesu gazety spowodowałby istne trzęsienie ziemi. Główny spadkobierca, podatek, roszczenia uboczne, długi, napoczęte umowy, trwałoby to do uśmiechniętej śmierci i najlepszym wyjściem dla nieszczęsnego głównego spadkobiercy byłoby skrócić katusze i utopić się od razu.

Kiwnęłam głową, czymś postanowiłam się wzmocnić. Normalnie po powrocie do domu wystarczyłaby mi świeżo zaparzona herbata, ale zastana sytuacja wymagała czegoś więcej. Właściwie szampan aż się prosił, ale Wajchenmann na szampana w najmniejszym stopniu nie zasługiwał, wino…? Te korki trzeba wyciągać… Piwo nie, zwyczajny ludzki napój… Koniak!

Zdecydowałam się na koniak, ponieważ nie lubię koniaku. Nigdy nie lubiłam, zawsze traktowałam go jak rodzaj lekarstwa, bardzo dobrze, koniak mi do Wajchenmanna pasował. Wyciągnęłam flachę i kieliszki, pan Tadeusz skoczył do kuchni po wodę mineralną, usiedliśmy wreszcie w salonie.

– A tego testamentu dopilnowano – kontynuował pan Tadeusz w trakcie starań o zaopatrzenie. – Tam były legaty, w tym solidny legat dla wieloletniej gosposi… I dom rzadko bywał pusty, prawie nigdy, on przecież… no… mimo wieku… lubił towarzystwo…

Zlekceważyłam upodobania obrzydliwca.

– A co w ogóle robił tego dnia? Gdzie był? Z kim? Ta córka to wie? Ona w ogóle razem z nim mieszka? Do niego przyjeżdża?

– Ależ nie, skąd! Oddzielnie, a przeważnie wcale jej nie ma. I wie tylko, że miał być w domu od wczesnego popołudnia, tak się z nią umówił, ale, z kim jeszcze się umówił, nie wiadomo. I gdzie się podziała gosposia, też nie wiadomo. Aż do przyjazdu lekarza i policji nie było nikogo, tylko córka…

– O której go rąbnęli?

– Na razie nie wiem, córka też nie wiedziała, ale chyba późnym popołudniem.

– Lekarz musiał coś powiedzieć!

– No, więc właśnie, powiedział z zastrzeżeniami i niepewnie, że między piątą a szóstą, to znaczy osiemnastą…

Zastanawiałam się przez chwilę.

– Panie Tadeuszu, kontakt z tą córką pan przecież utrzymuje. Skoro ona dziedziczy, padną na nią podejrzenia, to pewne. Ma ona może jakiegoś męża?

– Ma, ale on siedzi w Stanach…

– Nie szkodzi. Mógł ją namówić, żeby kropnęła tatusia dla spadku…

– Ale co też pani…! – żachnął się gwałtownie pan Tadeusz. – Wykluczone, to bogaci ludzie! Poza tym tam są jakieś kontrowersje… chociaż nie, to raczej z pierwszym mężem… I ona ma niezachwiane alibi, przed wizytą u ojca cały czas była między ludźmi, najpierw w zakładzie kosmetycznym, potem jadła obiad z kostiumologiem teatralnym, potem w takim magazynie garderoby na Sadybie, też z kilkoma osobami, załatwiała sprawy, ona jest właśnie kostiumologiem, jej mąż…

Nader interesujące były te matrymonialne komplikacje, ale nie miałam teraz do nich głowy.

– Bierz diabli męża. Przyjechał z nią?

– Ależ nie, siedzi w Stanach! To scenograf. I prosto z Sadyby pojechała do ojca, dzwoniła do niego ustawicznie, to już była prawie ósma wieczorem…

– No to córkę mamy z głowy, męża też. Niech pan się dowie od niej, co się stało z gosposią, to po pierwsze, a po drugie, z kim Wajchenmann ostatnio się kłócił, z kim bezpośrednio współpracował, kto miał jakieś prywatne pretensje… Długo ona tu jest?

– Wszystkiego raptem dwa tygodnie. Może nie wiedzieć…

– Nie szkodzi. Może wie o czymś z dawniejszych czasów. A, jeszcze trzecie! Co tak naprawdę zastała w domu, weszła chyba i popatrzyła, nie? Ślady jakiejś wizyty, czegoś brak, nie musiało być kosztowne, bałagan w papierach, cokolwiek. Prywatnie panu powie…

Szczerze mówiąc, bez przekonania pytałam, z góry nie wierzyłam w rozszalałą chciwość córki, kochała tatusia czy nie, od niekochania do ordynarnej zbrodni dosyć daleko, ale mogła coś wiedzieć na tematy bliższe mojej duszy i wyjawić jakiś kluczowy sekret. Nigdy nic nie wiadomo, kłaniał mi się wszelki wypadek.

Pan Tadeusz niezdecydowanie kiwał głową. Znęcałabym się nad nim dłużej, zaświtała mi jednakże myśl, że uwolniony ode mnie, zdoła uzyskać więcej wiedzy jeszcze dziś i jutro tę wiedzę z niego wydrę. Wypuściłam go z pazurów.

Ledwo wyszedł, zaczęły się telefony.

Komórki oczywiście, nikt, bowiem nie wiedział, że już wróciłam, w dodatku jedną komórkę, tę o łatwiejszym numerze, miałam przez pomyłkę wyłączoną, a nie mogłam jej włączyć, ponieważ nie pamiętałam tego jakiegoś idiotycznego numeru PIN i włączyłam ją dopiero w domu, przed chwilą, znalazłszy numer w wygrzebanym z dna walizki notesie. Wrócić zaś miałam najwcześniej jutro, a może nawet pojutrze. Pan Tadeusz znał oba moje numery i dzięki temu mnie dopadł.

Pierwsza była Martusia.

– Słuchaj, słyszałaś już? Gdzie jesteś? Ten barbarzyńca nie żyje, wyobrażasz sobie, ktoś go załatwił, nie do wiary, coś cudownego, tłumy szaleją, nikt nic nie wie…!

Małgosia:

– Słuchaj, ledwo do domu weszłam, Witek mówi, że Wajchenmanna ktoś kropnął…!

Julita:

– Gdzie ty jesteś, wracaj natychmiast, sensacja! Podobno ktoś zamordował Wajchenmana, co za szczęście, że to nie ty…!

Magda:

– Joanna? Podobno wyjechałaś, może jeszcze nie wiesz, Wajchenmann nie żyje, zamordowany! Mam nadzieję, że nie zleciłaś nikomu…?

Niejaki Adam Ostrowski, dziennikarz:

– Ostrowski z tej strony, pani Joanno, z zamordowaniem Wajchenmanna nie ma pani chyba nic wspólnego…? Może zbyt szczerze pani się wypowiadała, bo jakoś wszystkim pani się na myśl nasuwa… Tadzio:

– Pani Joanno, co jest? Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wajchenmanna…? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie!

Paweł:

– Joanna? Cześć! Zdaje się, że twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie…

Nie czułam się zaskoczona, z góry wiedziałam, że będę pierwszą podejrzaną. Może i rzeczywiście nie należało do tego stopnia gębą kłapać publicznie…? Z drugiej strony nie szkodzi, jeśli na mnie padnie, prawdziwemu sprawcy ujdzie na sucho i niech w zdrowiu kwitnie! Może rozpęd weźmie i na tym jednym szlachetnym czynie nie poprzestanie…?

Tak mi się jakoś pomyślało w złą godzinę…

Wajchenmann Wajchemannem, jadowita uciecha jadowitą uciechą, a obowiązki obowiązkami. Poszukiwania lektury dla Lalki zaczęłam prawie od rana, najpierw przez telefon.

W znajomej księgarni książek Ewy Marsz chwilowo zabrakło. Owszem, dwie ostatnie były do niedawna, ale właśnie poszły, dopiero co, z hurtowni nie pobiorą, bo też ich tam nie ma. W znajomym antykwariacie w ogóle nigdy ich nie mieli, bo Ewy Marsz nikt się tak łatwo nie wyzbywał. Znajomy dystrybutor obiecał się dowiedzieć. W nieznajomych księgarniach czwarta kolejna książka utrzymywała się dłużej, ale już jej nie ma i w ogóle Ewy Marsz nie ma. Owszem, ludzie się pytają i oni sami się dziwią, bo w takiej sytuacji wydawnictwo powinno chyba zrobić dodruk.

Dopiero teraz zainteresowałam się, kto właściwie Ewę Marsz wydawał, dotychczas nie zwracałam na to uwagi. Złapałam dostępną mi książkę, znalazłam stopkę wydawniczą.

Coś podobnego, „Gratis”! Współpracowałam z nimi kiedyś, bardzo sympatyczni i równie bezwzględni, prawdziwi ludzie interesu, nacięli mnie na ładne pieniądze, co im przyszło z największą łatwością. Więcej w tym było mojej głupoty niż ich starań i talentu, ale można mniemać, że i Ewę Marsz załatwiają koncertowo. Chociaż może ona rozumniejsza ode mnie…? W każdym razie jej książki powinni mieć, a ja powinnam mieć u nich chody, wynikłe z dawnych układów. Z pewnością woleliby mnie nie rozdrażniać…

Zadzwoniłam, umówiłam się, porzuciłam telefon, pojechałam.

No owszem, jeszcze mieli, ale, ach, to absolutnie ostatnie egzemplarze, spod serca wyjęte, z dna magazynu wygrzebane, w drodze wyjątku, tylko dla mnie! Prawie płacząc, wręczyli mi cztery książki, co najmniej tak, jakbym z nich żywcem wyrywała wątroby i śledziony na części zamienne.

Rozzłościłam się.

– To, dlaczego, do diabła, panowie nie zrobią drugiego wydania albo, chociaż dodruku?

Zmieszali się obaj zgoła niewspółmiernie, pytanie w końcu nie było intymne i nieprzyzwoite, nie zahaczało o żaden przekręt, zwykła czynność natury zawodowej. Łypnęli na siebie wzajemnie okiem, łudząc się zapewne, że nieznacznie.

– No, wie pani, to nie zawsze takie proste… Dystrybutorzy…

– Co dystrybutorzy? Z kim panowie mają do czynienia? Wasi dystrybutorzy są głusi, niedorozwinięci? Zboczeńcy w wojnie z księgarzami? Z całym społeczeństwem?

– No jak to, sama pani wie, niesolidni…

– Ściągnąć należności… Finansowo same straty! Udało mi się nie powiedzieć ani słowa na temat tych strat, których niegdyś podobno i ja przyczyniałam, ratując przed bankructwem wydawnictwo i drukarnię, co wyszło na jaw znacznie później. Zależało mi w tej chwili na Ewie Marsz, a nie na sobie.

– Niech ich panowie zmienią na innych – poradziłam złośliwie. – Ewę Marsz każdy chętnie złapie, a to przecież wasza autorka!

I tu chyba dziabnęłam w czułe miejsce.

– Niezupełnie… Są pewne komplikacje z umowami… Na dodruk też trzeba… Autor… Sfinansować… Reklama…

Wyduszali z siebie te głupie słowa na zmianę i widać było, że najchętniej wyrzuciliby mnie za drzwi, ale jakoś im nie wypadało. Na wszelki wypadek usiadłam na torbie z czterema zdobytymi książkami. Zaczynałam odgadywać sedno rzeczy, nie mieli umowy z Ewą, ciekawe, kto zerwał, ona czy oni? Może przesadzili z wyzyskiem, ona się połapała, odmówiła podpisu, a im teraz głupio przyznać się do zdrożnych chęci i wystąpić z dwa razy lepszą ofertą, niezbitym dowodem, że przedtem ją kantowali. Mogłaby zażądać odszkodowania, wyrównania wstecznie czy czegoś w tym rodzaju.

– No dobrze, a nowa książka? – spytałam podstępnie. – Strasznie dawno nic nie było. Dlaczego Ewa Marsz nie pisze?

– To pani nie wie…? – wyrwało się jednemu.

– Ależ pisze, kto powiedział, że nie? – zagłuszył go natychmiast drugi. – Na razie nie dostarcza, ma jakieś swoje zahamowania, każdy autor miewa takie chwile… no, trudności. Trzeba przeczekać.

Podejrzane. W oczy się rzucało, że kręcą. Naknocili z tą Ewą i zrobili supeł nie do rozwiązania, może idą na przetrzymanie, kto tu, kogo. Zaraz, ale autor ma pełnię swobody, prawo do zerwania umowy z odpowiednim wyprzedzeniem, prawo do wybrania sobie innego wydawnictwa. Ona chyba nie zwariowała i nie dała im bezwarunkowej wyłączności na dwadzieścia lat? Lalka nic nie mówiła o paranoi, która musiałaby opętać Ewę Marsz już, co najmniej dziesięć lat temu, a przecież coś by się o tym rozeszło. Niemożliwe, żeby Ewa Marsz była jeszcze głupsza niż ja!

Odezwał mi się charakter, pisnął ośli upór, adres i telefon Ewy, kontaktu z autorem szuka się przez wydawnictwo, przez redakcję, przez cokolwiek, z czym współpracuje. Właśnie znalazłam się w wydawnictwie…

– Potrzebny mi jest telefon Ewy Marsz. Ewentualnie adres. Od razu powiem, szuka jej szkolna przyjaciółka, siedzi we Francji, zobligowała mnie do złapania jej, żeby się do niej odezwać i tak dalej. Panowie mają te rzeczy.

– Telefon Ewy Marsz jest oczywiście zastrzeżony…

– No to, co, że zastrzeżony! – zezłościłam się. – Dzwoni się do osoby i pyta, czy komuś tam można ją dać, albo daje się jej mój numer i niech ona zadzwoni. Niejaka Lalka jej szuka, można jej to powiedzieć. Niech pan dzwoni, ale już!

Wyglądało to tak, jakby obaj usiłowali się wydostać z płonącego pomieszczenia rurą kanalizacyjną, bardzo krętą, z mnóstwem kolanek.

– Jej może nie być w domu…

– Na komórkę! Niemożliwe, żeby nie miała komórki! Wszyscy mają!

– Nie, komórki numeru nie mamy, właśnie zmieniła ostatnio i jeszcze nie zdążyła zawiadomić…

– Często wyłącza…

– Adres! W umowie musicie mieć adres!

– Ale to jest dawny adres, a ona zmieniła mieszkanie…

– To jak panowie się z nią kontaktują?

– W zasadzie czekamy na jej telefon… umówieni jakoś… na domowy, ale ona często wyjeżdża… można się nagrać na sekretarkę… to wieczorem… rano…

Jedno stało się pewne. Od tych dwóch niczego się nie dowiem, zablokowało ich, jeśli przestaną się jąkać, zaczną łgać, a do łgarstwa mają talent ogromny. Trzeba szukać inaczej. Dziwne, swoją drogą, że nie zmienili tematu, skoro był dla nich tak niewygodny, a nowy, sensacyjny, sam się przecież nasuwał, zabójstwem Wajchenmanna grzmiały już wszystkie media, a ci nic, ani słowa.

A, do diabła z Wajchenmannem, chwilowo też mi wyleciał z głowy.

Dlaczego Ewa Marsz od sześciu lat przestała pisać…?


* * *

Wróciłam do domu, postawiłam na ogniu garnek z wodą w celu ugotowania sobie obiadu w postaci brokuła i zadzwoniłam do Lalki.

– Słuchaj, czy Ewa Marsz całkiem prawnie zmieniła nazwisko na Ewę Marsz, czy tylko używa pseudonimu?

– Czekaj, przymknę drzwi, straszny mam hałas obok, cudem trafiłaś, bo tylko przez niedopatrzenie nie wyłączyłam telefonu. Ale zaraz wyłączę. Ewa…? Nie mam pojęcia. Zamierzała zmienić, ale nie wiem, czy to zrobiła. A co?

– Nic. Mam już te książki, wyślę ci jutro DHL – em, zaraz do nich zadzwonię. Jakaś draka z Ewą, daj mi telefon do Miśki. Jak ona się nazywa?

– Kto? Miśka?

– No pewnie, że Miśka!

– Też nie wiem. Rozwiodła się. Albo wróciła do panieńskiego, Kamińska, albo została przy mężu, Ruszczyc, nie była zdecydowana i nie wiem, na czym stanęła. Na imię ma, przypominam ci, Stefania. Już ci daję numer, masz, czym pisać…?

Miałam, czym pisać, technicznie byłam przygotowana do działania. Słusznie powiedziała o tej Stefanii, bo nawet mi do głowy nie przyszło, że jej siostra posiada jakieś chrzestne imię. A żaden ksiądz nie ochrzciłby dziecka imieniem Miśka, takiej świętej nie było. Wyraziła dziką wdzięczność za książki i na tym był koniec rozmowy.

Zadzwoniłam do DHL – u, umówiłam się wcale nie na jutro, tylko od razu na dziś, przed wieczorem zdążą przyjechać.

Zadzwoniłam do Miśki.

Rozpoznała mnie po chwili tak krótkiej, że prawie niezauważalnej, czemu niewątpliwie sprzyjało wspomnienie sceny, jaką przeżyłyśmy wspólnie, z Lalką i trzema kotami syjamskimi, z czego jeden należał do Lalki, jeden do Miśki, a jeden był sporny i ten spór musiałam rozstrzygać. Metafizyka weszła wtedy w grę, kot zadecydował samodzielnie, takich chwil się nie zapomina.

Nie, też nie wiedziała nic o oficjalnym nazwisku Ewy Marsz, w ogóle prawie nie miewała z nią osobistych kontaktów, ale znały się oczywiście. O adresie nie miała pojęcia.

– Ale wiem, w jakim banku ma konto – oznajmiła pocieszająco. – W tym samym, co ja, spotkałam ją tam przypadkiem.

– No? W jakim?

– Piętnasty oddział PKO, wiesz, ten na rondzie…

Wiedziałam doskonale.

– Przez bank trafiać do człowieka, proszę, Europa! Natchnęłaś mnie nadzieją na cywilizację, dziękuję ci bardzo!

– Nie ma, za co. Ciekawe, czy trafisz…

Sama byłam ciekawa. Konto w tym banku miałam od wieków, robiłam za stałego klienta. Znając życie we własnym kraju, nie próbowałam nawet przez telefon, postanowiłam tam pojechać i byłabym to uczyniła od razu, gdyby nie ten garnek na ogniu i umówiona wizyta posłańca z DHL – u.

Myśl, że właściwie prośbę Lalki już spełniłam, zdobyłam książki Ewy i zaraz je wyślę, nawet we mnie nie drgnęła. Osobliwa reakcja wydawnictwa zaczęła mnie korcić, znaleźć Ewę Marsz…

Zarazem ulągł mi się drugi kierunek poszukiwań.

Zapragnęłam zdobyć filmy z jej książek. Zapragnęłam, to za mało powiedziane, uparłam się, musiałam, pchało mnie, ciągnęło, szarpało pazurami i gryzło wszędzie. Dwie ekranizacje, tytułów nie pamiętałam, były idiotyczne, tak samo zresztą jak cała reszta, nie miałam także pojęcia, kto reżyserował. Mignęły na ekranie parę lat temu i znikły, czemu trudno było się dziwić.

Posiadała je telewizja, dwójka, ale w telewizyjnym drugim programie żadnych znajomości nie miałam i ogólnie byłam tam raczej źle widziana od czasu, kiedy z wielkim krzykiem odmówiłam udziału w straszliwym gniocie, okrzyczanym jako dzieło kultowe. Dzieło wprawdzie niedawno zeszło z ekranu razem z jednostką prowadzącą, ale niechęć do mnie pozostała, zapewne wsiąkła im w mury i wydzielała nieprzychylne miazmaty. Ponadto wątpliwe było, czy w obliczu ekscytującej zbrodni ktokolwiek w ogóle zrozumie, co do niego mówię.

Należało złapać Magdę. Co prawda, odeszła już z dwójki, możliwe, że ją wyrzucili za przesadnie wysoki wskaźnik inteligencji, i przeszła do TVN, ale kontakty i różne przyjaźnie ocaliła. Niektórym osobom swój szkodliwy wskaźnik udawało się ukrywać, dzięki czemu spokojnie pracowały nadal i znajomość z Magdą traktowały jak rodzaj wytchnienia. Relaksik po ciężkiej orce umysłowej poniżej poziomu terenu.

Stanowiła moją jedyną nadzieję. Zadzwoniłam do niej i okazało się, że znajduje się właśnie w Łęczycy. Jeszcze trochę pobędzie.

– O Boże! – jęknęłam. – Jak mogłaś teraz wyjeżdżać! Jesteś mi tutaj potrzebna jak powietrze!

– Coś się stało? – zaniepokoiła się Magda.

– No wiesz…! Taki atrakcyjny trup leży, a ty pytasz, czy coś się stało…

– A, nie, ja nie o tym. Mam tu reportaż, który powinnaś pochwalić, takie trochę historyczne, bardzo a propos, warcholstwo narodu, Diabeł Stadnicki i tak dalej, byłam na to umówiona już dawno i nie będę sobie psuła dobrej roboty przez Wajchenmanna. Pytam, czy tobie coś się stało?

Uspokoiłam ją. Rzeczywiście, paskudzić cokolwiek dobrego dla Wajchenmanna, poroniony pomysł.

– Nie, nic takiego. Ale z wiekiem robię się coraz bardziej niecierpliwa i chciałabym wszystko załatwić natychmiast, już, a nawet jeszcze prędzej. Powiem ci oczywiście od razu, żebyś sobie nie myślała. Trzeba podwędzić dla mnie dwie kasety z archiwum dwójki.

– No, to nie taki wielki problem, szczególnie teraz, w tym bajzlu. Jakie kasety?

– Dwa filmy z książek Ewy Marsz. Z niechęcią i dławiąc się, używam słowa ekranizacje.

– Oooooo… – powiedziała Magda takim tonem, że zaintrygowała mnie niezmiernie.

– A co…?

– To jednak będzie, problemik. Nie pamiętam szczegółów, ale obiło mi się o uszy, że coś tam śmierdziało. No nic, jak tylko wrócę, ruszę do szturmu, wracam pojutrze ku własnej rozpaczy.

– Dlaczego rozpaczy?

– Od pierwszego kopa przytrafił mi się tu chłopak, jak z marzeń sennych, ucywilizowany, meksykański desperado, szał! Skąd taki w Polsce…?

– I uprawia rodeo? – zainteresowałam się chciwie.

– Nie wymagaj za wiele! Z zawodu prozaicznie, elektronik od różnych zabezpieczeń, ale co za różnica. I też uwiązany do koryta. To trzeba mieć porąbane szczęście, żeby spotkać coś podobnego w nieodpowiednim miejscu i czasie, klątwa nade mną wisi!

– Umów się z nim, do licha, to nie Syberia, tylko Polska, mały kraj. Gdzieś w połowie drogi…

Magda westchnęła ciężko.

– Droga to pryszcz, czas, czas! No nic, spróbuję. W trakcie powrotu zmobilizuję się i natychmiast przystąpię do działań podziemnych. Opowiesz mi, o co chodzi, bo jestem pewna, że jakaś zadra w tych kasetach tkwi…

Telefon to urządzenie znane, proste i w zasadzie przyjazne. Nie wypuszczałam go z ręki, ruszyłam znajome i co młodsze osoby do poszukiwania kaset po sklepach i rozmaitych giełdach. Wszystkich musiałam zapewniać, że to nie ja wykosiłam Wajchenmanna, ale ten haracz składałam chętnie, chociaż z lekkim żalem. Woda w garnku wygotowała mi się doszczętnie, nalałam nowej i przykręciłam palnik, żeby się nie czuć poganiana. Prawie przestawałam być głodna.

Zadzwonił Tadzio.

– Popytałem po kumplach, nikt nic nie wie o Ewie Marsz. Jakie one miały tytuły, te filmy?

A skąd, do pioruna, mogłam to wiedzieć…?!

– Tadziu, nie mam pojęcia. I nie wiem, kto to robił, ale na wierzchu drobnym drukiem powinno być napisane. Wiesz, taka „Pensja pani Latter” na podstawie „Emancypantek”…

– Trudno będzie. Gdyby pani, chociaż tytuł podała… Zaczęłam dzwonić do Lalki. Wyłączyła komórkę i cześć, a domowy telefon nie odpowiadał. Zadzwoniłam do Magdy, może pamięta, nic z tego, wyłączyła komórkę, a pewnie, desperado… Zadzwoniłam do Julity, niech usiądzie do Internetu i poszuka Ewy Marsz, okazało się, że akurat dojeżdża do Radomia.

Późnym wieczorem przyjechał kurier z DHL – u. Brokuła udało mi się ugotować w trzeciej kolejnej wodzie, trochę był przesolony, bo każdą nową wodę starannie soliłam. W kwestii kaset zacięłam się, spod ziemi wygrzebię…!


* * *

Władza śledcza przybyła do mnie o wczesnym poranku, piętnaście po dziewiątej, skąd taki pośpiech…?

Zdumiałam się śmiertelnie, bo że wszystkim znajomym od razu do głowy przychodziłam, było zrozumiałe, ale urzędowa instytucja miałaby taką głupotę potraktować poważnie…? Na jakiej, do licha, podstawie? W końcu mnie osobiście ten wredny nieboszczyk niczego nie spaskudził, co ja dla niego, barachło, nie będzie się bóstwo byle, czym zajmowało, ku szczytom rączki wyciągał. Więc dlaczego ja?

Zdążyłam jeszcze ucieszyć się, że od wczoraj żadnej dodatkowej wiedzy nie uzyskałam i nie muszę nikogo ani chronić, ani wrabiać. Przyjęłam dwóch panów chętnie, na ile o tej porze było to dla mnie możliwe, z cichą nadzieją, że więcej dowiem się ja od nich, niż oni ode mnie. Zasób posiadanych informacji z pewnością wypadał na ich korzyść.

Obaj obcy. Też mnie to zdziwiło, prawie obraziło, po czym tknęło przyjemnym niepokojem. Bo dlaczego nie Górski? Tym razem wolał mnie unikać? Może po prostu nie miał ochoty osobiście przypudlić osoby, zaprzyjaźnionej z nim od prawie dwudziestu lat. Znaczy, podejrzenia musiały zaistnieć silne, cudowna myśl!

– Gdzie pani była czternastego maja między godziną piętnastą a dwudziestą pierwszą? – spytali od razu, bez straty czasu i owijania w bawełnę.

– Może usiądziemy? – spytałam wzajemnie.

Nie chcieli. Nie to nie, niech sobie stoją. Częściowo rozkopane walizki i torby wciąż jeszcze leżały w holu, może usiłowali podejrzeć, co ze sobą przywiozłam, proszę bardzo, brudne zdążyłam wynieść do łazienki, żadna kompromitacja mi nie groziła.

Nie umiem rozmawiać na stojąco, więc usiadłam, żeby nic z przyjemności nie stracić. Wyjątkowo nie musiałam niczego sprawdzać, świetnie wiedziałam, gdzie byłam i co robiłam czternastego maja, było to trzy dni temu, wracałam do kraju.

Twardo stali i czekali na odpowiedź.

– Różnie – powiadomiłam ich życzliwie. – W Danii, w Niemczech i w Polsce, spędziłam dzień w sposób ruchliwy. Życzą sobie panowie szczegóły?

– Poprosimy.

– Z promu w Warnemunde zjechałam o czternastej pięćdziesiąt, tłoku nie było, o piętnastej znalazłam się już na autostradzie…

Z wielką przyjemnością opisałam wszystkie perypetie podróży, zakończonej w Szczecinie, gdzie o dwudziestej pierwszej siedziałam w hotelowej restauracji i jadłam kolację.

– Skąd pani jechała?

– Z Danii.

Milczeli przez chwilę. Najwyraźniej w świecie moje odpowiedzi nie spodobały im się okropnie. Walczyli zapewne z zakorzenioną już nadzieją, że naprawdę ja kropnęłam Wajchenmanna i moje alibi jest niewyraźne. Nadzieja czepiała się pazurami. Z nagłym rozczarowaniem nie wiedzieli, co począć, wiadomo, że pogodzić się trudno…

Ruszyło moje dobre serce. Przelotnie zastanowiłam się, który to już raz śmieci z podróży dostarczają mi alibi. Nadal nie będę ich wyrzucać!

– Panowie, przecież ja domyślam się, w co tu gramy. Różne głupoty podejrzany może wygadywać, nie będę udawać, że nic nie rozumiem i strasznie się dziwię, otrząsało mnie na niego od lat i własnymi rękami gardło bym mu poderżnęła, gdyby nie to, że się brzydzę. Będziecie szukali dowodów, na co wam ta strata czasu, proszę bardzo, rachunki z hoteli, numery telefonów, granicę musicie odpracować sami, bo ja nie wiem, co i jak tam obecnie rejestrują, ale jakieś fotokomórki albo inne świństwo muszą mieć. Samochód stoi w garażu, numery ma na sobie, możecie obejrzeć, zdaje się, że jest tam gdzieś wetknięty także bilet na prom i kwitek z parkingu. Papiery, proszę uprzejmie…

Skorzystali z propozycji. Wnikliwie i z dużą wprawą obejrzeli wygrzebaną z mojej torebki makulaturę, wciąż milcząc. Usiedli nawet. Po chwili sklęśli troszeczkę, sztywność im przeszła pi razy oko w połowie, porzucili papierowy chłam i znów milczeli przez chwilę.

– Zna pani Waldemara Krzyckiego? – spytał znienacka jeden, przedstawili mi się, ale nie zapamiętałam nazwisk.

– Proszę…?

– Waldemara Krzyckiego, pytam, czy pani zna.

Tu mnie ustrzelił.

– A kto to jest? – zaciekawiłam się chciwie. – Nie znam człowieka, w życiu o takim nie słyszałam, ale może go znam z twarzy? Bez nazwiska?

– Zna pani ludzi z twarzy bez nazwiska?

Idiotyczne pytanie. Z politowaniem wyjaśniłam, że każdy zna takich miliony. Może się okazać, że tego jakiegoś Waldemara Krzyckiego widuję parę razy do roku w sklepie ogrodniczym i co z tego? Skąd mam wiedzieć, że ten przy skrzyneczkach z sadzonkami to Waldemar Krzycki?

Zezłościłam się nawet trochę i chyba stało się to widoczne. Ten, który zaczął pierwszy, zmiękł odrobinę silniej.

– Waldemar Krzycki, asystent reżysera, od niedawna współpracował z denatem… to znaczy, z Wajchenmannem. Zna go pani?

Odetchnęłam głęboko dla uspokojenia i pokręciłam głową.

– Nie. Nawet, jeśli go kiedyś widziałam, nic o tym nie wiem. I nie słyszałam o nim. W jakim jest wieku?

– Około trzydziestu pięciu…

– Nie. I nie ma sensu, żebym zaczęła zgadywać. Oczywiście nie dowiem się, po co on panom?

Zamilkli. Wyglądało na to, że moja wyraźnie udokumentowana nieobecność w kraju, pełna niemożność osobistego kontaktu z Wajchenmannem i niewiedza o Krzyckim rzeczywiście nabruździły im przeraźliwie. No, może nie uwierzyli w Krzyckiego, mogłam zełgać. Ale z tajemniczych powodów to właśnie ja miałam być podejrzana i koniecznie ja powinnam była drania trzasnąć. Ciekawe…

– Rozumiem, że panom przykro, że to nie ja – powiedziałam ze szczerym współczuciem, bo sama znałam ten ból, kiedy się cała koncepcja wali. – Będziecie pewnie sprawdzać z nadzieją, że coś się gdzieś opsnie, nie da rady, naprawdę byłam w drodze, ale może, chociaż mogłabym się dowiedzieć, jak go kropnęłam? Podobno w wyjściu do ogrodu leżał, tak wieść gminna niesie, od czego tak leżał? Strzał z broni palnej, trucizna, w łeb dostał przedmiotem twardym? Musiało być coś wyraźnego, bo od początku nikt nie wspominał o żadnym wylewie, zawale, przypadkowym potknięciu… A…! Uczciwość każe mi panów poinformować, że pomagać nie będę. Przeszkadzać też nie, palcem o palec nie stuknę, ale niech przynajmniej coś mam z tych podejrzeń!

Nie polubili mnie, to było widać. Właściwie powinni byli pożegnać się zimno i wyjść, nie czynili tego, zapewne rozstawanie się z nadzieją wymagało czasu i wysiłku. Spróbowałam wynieść z tego korzyść własną.

– No…? – zachęciłam delikatnie. – Słyszałam, że zastrzelony. Nie z łuku chyba, nie z procy, ani z kuszy? Prawda to czy nie? Jeśli panowie nie chcą mówić, to nie, i tak dowiem się wszystkiego od ludzi, ale z każdego gadania zawsze coś wynika. Może przypadkiem wiem coś, o czym sama nie wiem, że wiem?

Ożywili się. Młodzi, bo młodzi, ale już fachowcy, każdemu maciupeńka iskierka w oku błysnęła, odpadłam jako sprawca, jednakże źródłem nieuświadomionej wiedzy mogłabym się okazać.

– No dobrze – złamał się ten pierwszy. – Tetetka starego typu, o ile wie pani, co to jest…

– Wiem – warknęłam.

– Skąd…? – wymamrotał odruchowo drugi, ale pierwszy ciągnął dalej, więc kolejne głupie pytanie pozostało bez odpowiedzi.

– Jeden strzał od tyłu, prosto w plecy, z bliskiej odległości, ale nie z przystawienia. Trafiło w serce…

– W komorę… – wyrwało mi się.

– Pani poluje?

– Co pan? Żywe, niewinne stworzenie miałabym zabijać…? Jak stał? Z pewnością to wiecie, frontem do ogrodu czy do domu? Wchodził czy wychodził? Tetetka ostro wali, mogło go obrócić, ale lekarz umie stwierdzić takie rzeczy. To jak było?

– Bardzo dużo pani wie – dokonał odkrycia drugi, najwidoczniej wyznaczony do roli tego gorszego, siląc się na przekąs.

Machnęłam ręką, bo już straciłam cierpliwość i wpatrzyłam się w pierwszego.

– Wchodził – wyznał z resztkami oporu. – Z tarasu do domu. Możliwe, że tylko otworzył drzwi, wyszedł na chwilę i wrócił…

– Ktoś był w ogrodzie, skorzystał z okazji i rąbnął – podchwyciłam. – Cholera, nie mam pojęcia, jak to wszystko wyglądało, ten jego dom i ogród, nigdy się tym nie interesowałam. Ale nie szkodzi, dowiem się…

– Od kogo? – wdarł się ostro drugi.

– Niech pan mnie nie rozśmiesza, od znajomych osób. Tłumy to wiedzą.

– Napomknęła pani coś o motywach? – podjął z nadzieją pierwszy.

Odsapnęłam, ulżyło mi i zebrałam myśli. Nie, zbyt wielkich kłód pod nogi nie zamierzałam im rzucać.

– Ostrzegam panów, że to jest mój osobisty wymysł, a motywy dopuszczam niejako podwójne. Młody to on już nie był, z wiekiem popadł w megalomanię rozdętą i zaczął przerabiać wieszczów na swoje kopyto. Wszystko przerabiał na swoje kopyto. Ekranizował rozmaite rzeczy wedle własnego gustu, paskudząc treść i formę, jedno i drugie powszechnie znane i wysoko cenione, i w końcu ktoś mógł tego nie wytrzymać. Albo go trzasnął z zemsty za dzieła wykonane, albo nie chciał dopuścić do kolejnego. I nie było na niego siły, miał wysokie protekcje, nasze władze, niestety, za szkolnych czasów nie czytały książek, najwyżej bryki, więc nie czuły paskudztwa, finansowały, można powiedzieć, bezmyślnie. Ktoś nie znalazł innej drogi ukrócenia procederu, jak tylko usunąć go z tego świata, co sama chętnie bym uczyniła, ale jakoś nie miałam okazji. A drugi kierunek zwyczajny, kwestia kariery, komuś bruździł, nogę podstawiał albo, co, łatwo mu było, no i sprawca stracił cierpliwość. Ogólnie mówię, bo szczegółowo tego środowiska nie znam. Poszukajcie jego innych wrogów, nie ja jedna na świecie.

Nie wydawali się zadowoleni i widać było, że na żadne moje pytanie postarają się już nie odpowiedzieć. Pogawędka nie trwała długo i to raczej ja ich uszczęśliwiłam własnymi poglądami, a nie oni mnie. Poszli sobie wreszcie, dostarczywszy mi wyłącznie tego jakiegoś Waldemara Krzyckiego, o którym, byłam pewna, w życiu nie słyszałam.

Z pewnym wysiłkiem wróciłam do równowagi i zajęłam się sobą.

Kasety kasetami, ale korcił mnie też straszliwie adres Ewy Marsz, głównie chyba dlatego, że okazał się trudno osiągalny, chociaż z drugiej strony nawet ukrywającą się osobę w miejscu zamieszkania jakoś da się złapać. W ostateczności wystarczyłby mi jej numer telefonu, dalej już dałabym sobie radę.

W banku zdobyłam tylko stary adres, sprzed lat. Nie wprowadziła później żadnej zmiany, korespondencja nie szła nigdzie, miała być odbierana. Numery telefonów zastrzeżone, zaprzyjaźniona pani zadzwoniła od razu, przy mnie, ale domowy nie odpowiadał, a komórka była wyłączona. Ewa Marsz, najwyraźniej w świecie, odcięła się od kontaktów ze społeczeństwem.

Podałam własne numery i numer komórki Lalki ze słabą nadzieją, że może bodaj do Lalki ona się odezwie i niczego więcej dokonać nie zdążyłam. W drodze do domu dopadł mnie pan Tadeusz.

Powinnam sobie załatwić w samochodzie zestaw głośnomówiący, ale jakoś nigdy nie miałam na to czasu. Także serca, od tych wszystkich wynalazków dla młodzieży odrzucało mnie, co trzy miesiące zmiana, już rzeczywiście nie mam, co robić, ustawicznie tylko kupować nowe ustrojstwo i uczyć się nowych metod prztykania! Nic dziwnego, że ogólny poziom oświaty jest taki niski, skoro oni zajęci są wyłącznie zdobywaniem wiedzy na tle ulepszeń w elektronice. Ulepszeń, cha, cha!

Zestawu, zatem nie posiadałam i obecność radiowozu na ulicy nie pozwalała mi przyłożyć komórki do ucha. Dziwne sztuki czyniąc, wcisnęłam się przy Hożej na miejsce dla inwalidy, jeśli się ktoś przyczepi, będę udawała, że wcale nie stoję, tylko tak wolno przejeżdżam, są ograniczenia szybkości czy nie?! Co prawda nie wiadomo, gdzie przejeżdżam, chyba przez budynek na durch, ale może nie zauważyłam zabudowań. Albo myślałam, że zmieszczę się w drzwi do sklepu, optymistka jestem.

– Ja nie wiem, pani Joanno, czy nie należałoby zmodyfikować planów – powiedział zakłopotany pan Tadeusz. – Przepraszam, że pani zawracam głowę, może ja w ogóle przeszkadzam?

– Nie, wcale – zapewniłam go, niespokojnie latając wzrokiem po wstecznych lusterkach. – Jakich planów?

– To może pani zaszkodzić, plotki się tak łatwo rozchodzą, a zna pani przecież media…

– Jakich planów?!

– Już mówię. Co do tej działki od Luizy… to znaczy od córki Wajchenmanna, może powinna się pani wstrzymać z zakupem…

– Po pierwsze, sam mnie pan pogonił, po drugie przecież już wysłałam zadatek i mam od niej podpis na prawie pierwokupu, a po trzecie, dlaczego? Co się stało od przedwczoraj?

– No właśnie, te plotki… Ze względu na możliwe plotki…

– Jakie plotki…?!!!

– No jak to, pani nie wie? – zgorszył się pan Tadeusz. – Oczywiście, że to bzdura, ale zaczynają krążyć, może to za dużo powiedziane, mogą zacząć krążyć pogłoski, jakoby miała pani coś wspólnego ze śmiercią Wajchenmanna…

Po wizycie dwóch czarujących gliniarzy nie zdziwiłam się wcale, za to pojęłam nagle, skąd moje zaszczytne miejsce na liście podejrzanych. Nie dość, że uczucia do niego, to jeszcze korzyść…

– Kto takie kretyństwo wymyślił?

– No, nie ja przecież! – zdenerwował się pan Tadeusz. – Nie wiem, kto… Ale przesłuchiwała mnie policja jako pani agenta, zdaje się, że nie mnie jednego…

– Niech się pan nie martwi, mnie też.

– Jak to, już…? Chyba za dużo mówiła pani publicznie, co pani o nim myśli, a on teraz chciał się złapać za „Krzyżowców” Kossak – Szczuckiej…

– Za co…?!

– Za „Krzyżowców”…

Łaska boska, że stałam, bo w trakcie jazdy chyba bym spowodowała katastrofę.

– Pan jest pijany, czy mnie jakaś maligna opadła? Co pan mówi?

– Jak to, nie wiedziała pani…?

– Przecież mnie nie było!

– No tak, możliwe. Pertraktacje zaczynał…

– Nie, tego już za wiele. „Krzyżowców”…?! Przysięgam Bogu, gdyby jeszcze żył, zabiłabym go własną ręką! Gdzie on mieszka?!

– Przecież nie żyje.

– Ja nie wiem, czy nie żyje! Ja jego trupa nie widziałam! Pan widział? Na własne oczy?

– Nie, ale…

– Gdzie on mieszka?!!!

Pan Tadeusz wydawał się lekko skołowany.

– Niedaleko pani, ta duża willa przy samym parku wilanowskim, jak ta ulica się nazywa, zapomniałem, Wygodna czy coś takiego… Ale, po co to pani, jego zwłoki już tam nie leżą…

– Zabrali?

– No oczywiście, od razu…

– Szkoda. Warto by wezwać paru kibiców piłkarskich, żeby na nich odtańczyli jakiś prestiżowy mecz. Przy tym przesłuchaniu nie powiedzieli panu, jak ja go miałam kropnąć na odległość?

– Nie musiała pani osobiście. No, więc właśnie… Może ja wpadnę do pani, bo to trochę śliski temat…

W jednym z lusterek ujrzałam nagle dwie panie w mundurkach, sprawdzające w samochodach bileciki parkingowe. Zbliżały się do mnie. Niech ja skonam, Paryż…!

– Tak – zgodziłam się, czym prędzej. – Niech pan wpadnie od razu. Ja właśnie jadę do domu i za pół godziny tam będę, do zobaczenia.

Zdążyłam wyjechać z miejsca dla inwalidy, zanim panie do mnie dotarły.

Upór mnie wiódł, był silniejszy ode mnie. Stary adres Ewy Marsz, przy Czeczota, miałam może szansę tam się czegoś dowiedzieć. Zaczęłam jechać strasznie dziwną trasą, w Odyńca postanowiłam wjechać od strony alei Niepodległości, żeby tego Czeczota mieć po prawej, bo mętnie pamiętałam, że trudno go znaleźć. Musiałam, zatem przebić się do alei Niepodległości, zaplanowałam sobie Madalińskiego, ale na Puławskiej był jakiś korek i w rezultacie, najgłupiej w świecie, skręciłam w Narbutta. Wijąc się po jednych kierunkach ruchu, mogłam dalej osiągnąć Kazimierzowską, ale tuż za Wiśniową znów trafiłam na korek. Nietypowy. Gliny, dwie karetki pogotowia, dwa lekko uszkodzone samochody, taśmy i tłum ludzi. Cofnąć się nie dałam rady, za mną już hamowali następni, bo każdy był taki mądry, żeby tędy ominąć korek na Puławskiej, do przodu jechać owszem, proszę bardzo, najwcześniej za jakieś pół godziny albo i lepiej.

Nie miałam tyle czasu. Zaczęłam się rozglądać, może uda mi się tyłem osiągnąć Wiśniową, w przeciwną stronę pojadę, ale lepiej w przeciwną niż wcale. Policja okazała odrobinę litości i zrozumienia, ruszyli akcję pozbywania się niepotrzebnych pojazdów, które im się tu wrąbały niczym klęska żywiołowa. Czekając na swoją kolej, nie miałam, co robić, opuściłam szybę, z czystej ciekawości chciałam się zorientować, co tu zaszło i skąd przy dwóch ledwo tkniętych pudłach takie zamieszanie. Nie wjechali przecież obaj w wycieczkę turystów, bo skąd wycieczka turystów na Narbutta?

Ludzie gadali, nikt mowy nie stracił. Wyleciał jakiś, nie jakiś, tylko jakaś, jakiś by tak nie leciał, do takiego lecenia wyłącznie baba zdatna, z tych drzwi wyleciała i prosto na jezdnię, pod samochód. Bo jeżdżą jak wariaci…! Jacy znowu wariaci, wloką się jak za pogrzebem, a ona mu prosto pod koła! A i to jeszcze przyhamować zdążył, ominąć chciał wariatkę, skręcił i tego drugiego dmuchnął. Pod dwa samochody wpadła. Całkiem na śmierć zabita. Nic jej się kompletnie nie stało. Głowa rozwalona, nogi połamane… Ledwo parę siniaków, rajstopy jej się podarły, kapelusz zleciał… Nic podobnego, w ogóle nie miała żadnego kapelusza, o własnych siłach na nogach stanęła i do karetki poszła. Całkiem pijana była, to pani chyba pijana, trzeźwa leciała i krzyczała, fakt, darła się jak powietrze. Wypchnął ją ktoś. O trupie wrzeszczała, bandyci. Huknęło strasznie. Nic nie było słychać…

Nader ścisłe informacje…

Jedna baba i dwie karetki…? Cóż za niespotykana rozrzutność służby zdrowia! Zaraz, ta druga karetka, tuż przede mną nadjechała, jakaś inna… Czy to przypadkiem nie taka dla nieboszczyków?

Na skręcie w Wiśniową udało mi się zadać pytanie policjantowi, który już opanował ruch na jezdni i ocierał pot z czoła.

– Obaj niewinni – zaopiniował. – I z refleksem. Inaczej by ją rozmazali jak nic, pod dwa samochody razem się rzucić, to duża sztuka.

– Samobójczyni?

– Gdzież tam. Na zwłoki się nadziała, histeria jak róży kwiat!

– Jakie zwłoki? Znajomych mam w tym domu – wymyśliłam pośpiesznie.

– Jakiś artysta czy coś… Drżączek Eugeniusz. Zna pani?

– Nie, Drżączkanie…

– Pani jedzie, już, już!

Pojechałam.

Zełgałam podwójnie. Znajomych w tym domu nie miałam absolutnie żadnych, za to, co do Drżączka… Nie było to obce nazwisko, chyba on mi się po zwojach mózgowych plątał!

Pan Tadeusz czekał pod moją furtką niepewny, czy nie powinien przeleźć przez ogrodzenie i zajrzeć do wnętrza domu, bo powinnam być, więc może umarłam, skoro nie otwieram. I nie odbieram komórki. Rzeczywiście nie odbierałam, słyszałam, że dzwoni, ale nie mogłam się do niej dogrzebać, a na Sobieskiego tuż za mną jechał radiowóz i wolałam nie ryzykować.

– Panie Tadeuszu, Eugeniusz Drżączek, czy ja przypadkiem nie zetknęłam się z takim nazwiskiem?

– No jak to, przecież to jeden z pani ulubieńców – odparł pan Tadeusz z lekkim sarkazmem, przechodząc do salonu. – Sam go pani w Internecie znalazłem, kazała mi pani. Robił tę megakomedię, która panią tak zachwyciła. „Niepotrzebni mogą odejść”… nie, nie tak, „Najpiękniejsze mogą zostać” czy coś w tym rodzaju…

Przypomniałam sobie, skąd mam Drżączka w zwojach. Padłam na fotel i z jadowitą satysfakcją wpatrzyłam się w czarny ekran wyłączonego telewizora.

– Czy James Mason jeszcze żyje? Bo jeśli tak, powinien panu zdrowo przywalić, a jeśli nie, przewraca się w grobie. Cóż za porównanie!

– Przecież James Mason to aktor, nie reżyser.

– Nie szkodzi. Sam poziom filmu, jako taki, wystarczy. W każdym razie coś mi się widzi, że Drżączek żadnego więcej megastrupla już nie spłodzi.

– Bo co się stało? – zaniepokoił się pan Tadeusz i zatrzymał się w połowie siadania na drugim fotelu. – Coś mu pani zrobiła…?

– Nie ja! – westchnęłam z żalem i ulgą równocześnie. – Pan mnie przecenia, to ktoś inny. Podobno jego trupa znaleźli, dlatego się spóźniłam. Powątpiewam, co prawda, w ścisłość takiej pięknej informacji, bo on za cudze jeszcze się nie łapał. Własne wysiadywał.

Pan Tadeusz usiadł.

– Zaraz. Czy pani była przy tym? Pani tego trupa znalazła?

– Gdybym znalazła go osobiście, nie miałabym wątpliwości. I przy wydarzeniu mnie nie było. Tylko obok.

– Też źle. Pani sobie w ogóle nie zdaje sprawy, jak pani się naraża!

– Nijak się nie narażam, niech pan nie zawraca głowy. Mogę nie jeździć po mieście, mam, co robić w domu. Ale wtedy pan będzie musiał za mnie wszystko odpracowywać.

Pan Tadeusz gorliwie wyraził gotowość odpracowywania za mnie wszystkiego, nie mając pojęcia, co mogłoby go czekać. Jednakże ocalały mi gdzieś jakieś resztki przyzwoitości.

– Bez przesady, nie wytrzyma pan, a ja wcale nie mam ochoty oglądać pańskich zwłok. Wracajmy do tematu, o co chodzi z tym Wajchenmannem?

– No właśnie. Może lepiej tego nie nagłaśniać, otóż… widzi pani… w grę wchodzi kwestia motywu, pani trochę zbyt szczerze wyrażała swoje zdanie, nie zostało w pełni opublikowane, ale na taśmach istnieje, a to się nazywa afekt…

– Trwały afekt.

– Trwały. Powiedzmy, że zostawia miejsce na wątpliwości, ale jeśli do tego dojdzie chęć osiągnięcia korzyści materialnych…

Przyjrzałam się panu Tadeuszowi z wielkim niesmakiem.

– Sam pan to wymyślił, czy jakiś kretyn panu podsunął?

– Nie mnie! – odrąbał się stanowczo pan Tadeusz. – Policji. Ktoś im zwrócił uwagę na panią w obu aspektach…

– Ciekawe, kto. I pan to potraktował poważnie? Niech mnie pan nie rozśmiesza! Co pana tak skołowało?

– Może te szczątki wykształcenia prawniczego, jakie posiadam…

– Szczątki to i ja posiadam. Jakich korzyści?

– Proszę…?

– Korzyści materialne chciałam osiągnąć. Jakie?

– To nie jest moje zdanie ani mój pogląd – zastrzegł się, czym prędzej i z silnym naciskiem pan Tadeusz, nie życząc sobie zapewne, żebym go nagle zaczęła uważać za półgłówka. – To jest może zbyt daleko posunięta ostrożność, ale strzeżonego i tak dalej. Ta parcela… ta działka…

– Jasne, on nie chciał sprzedać, więc postarałam się go kropnąć, żeby swobodnie kupić od córki za nędzne grosze. A skąd, do cholery, miałam wiedzieć, że córka będzie sprzedawać, pomijam to, że będzie dziedziczyć? Przecież jej w ogóle nie znałam i nadal nie znam! Na oczy się nie widziałyśmy!

– Najtrudniej udowodnić to, czego nie było. Przy dużym uporze jakiegoś zdolnego, zaciętego prokuratora mógłby to być malutki punkt zaczepienia. I już swąd koło pani…

– Wynajętego zawodowca też mi się da przypisać? Bo na odległość, siłą woli, naprawdę nie dałabym rady. Szkoda, ale jednak.

– Oczywiście, może ja przesadzam. To przesłuchanie dało mi coś do myślenia, zważywszy, iż rabunek nie wchodził tam w grę… Wywnioskowałem, że brane jest pod uwagę kilka motywów… W zasadzie jeden motyw w kilku wariantach, do zemsty pani niestety pasuje…

– Zaczęłabym pasować idealnie dopiero po „Krzyżowcach” – wyłupałam mściwie. – Teraz zemsta byłaby nieco opóźniona… a, prawda, trwały afekt.

– Ale jeśli dojdzie korzyść materialna…? Niech pani zauważy, że tego rodzaju motyw jest powszechnie zrozumiały dla ogółu społeczeństwa, a szczególnie dla władz śledczych, uczucia mogą budzić kontrowersyjne poglądy, to mogłaby być taka kropka na „i”.

– W nosie mam nawet krowi placek nad „i” – oznajmiłam i podniosłam się z fotela. – Chce pan herbaty? Bo ja owszem.

– Chętnie, dziękuję…

Udałam się do kuchni i prztyknęłam czajnikiem. W trakcie przygotowań pan Tadeusz zdążył wystąpić z dalszym ciągiem.

– No i teraz mnie pani zaniepokoiła tym Drżączkiem. Jak to było? Mógłbym usłyszeć?

Proszę bardzo, mógł usłyszeć. Opowiedziałam ze szczegółami, zajmując relacją cały czas gotowania się wody i nalewania napoju. Wspólnymi siłami przenieśliśmy szklanki do salonu.

Pan Tadeusz z troską zastanawiał się, w jaki sposób i w jakim stopniu mógłby mi zaszkodzić nader krótki i przypadkowy pobyt na ulicy Narbutta, szczególnie, że ten cały Drżączek wcale tam nie mieszkał. Stały adres miał w Łodzi, w Warszawie tylko bywał, co prawda znacznie więcej niż w Łodzi, ale nie wiadomo gdzie. Może na Narbutta miał kogoś albo coś, krewnych, dziewczynę, wynajętą metę, często odwiedzanych przyjaciół? Współpracownika, stałego pomagiera?

– Kocha pan ten cały Internet, niech pan sobie sprawdza – powiedziałam z irytacją. – Albo przez znajomych. Ja bym sprawdziła przez dziewczyny, Martusię albo Magdę, ale nie chce mi się. Do Drżączka, jak pan wie, wyrazistych uczuć nie miałam, takie ogólne obrzydzenie i nic więcej. Na zbrodnię to za mało.

– Ale tym bardziej temat parceli trzeba zostawić na uboczu!

– A czy ja lecę na miasto z gigantofonem? Skoro jednak powyciągał pan z przesłuchania rozmaite wnioski, może połapał się pan także, jak to tam było? Kogo oni tak naprawdę podejrzewają? I kogo pan podejrzewa?

Pan Tadeusz dał mi do zrozumienia, że co najmniej pół miasta. Konkurentów Wajchenmanna, młodszych od niego. Pracowników, którymi pomiatał. Odrzuconych aktorów i aktorki. Scenarzystów, bezlitośnie skrytykowanych i odpędzonych od kasy. Zlekceważonych producentów. Debilowatych włamywaczy, przekonanych, że każdy znany człowiek sztuki musi trzymać w domu nieprzebrane skarby, godne jaskini piratów. I jeszcze kilka innych grup społecznych.

Nic mi z tego nie przyszło. Dowiedziałam się od pana Tadeusza tylko tyle, że podobno znalazł się na miejscu zbrodni ktoś z telewizji, jako sprawca wykluczony, kto złośliwie przypomniał, że mieszkam w pobliżu, a stosunku do Wajchenmanna nie kryłam i mają to nawet na taśmach. Słyszał także różne uwagi na mój temat, źle o mnie świadczące, ale nie sprecyzował, gdzie słyszał i od kogo. Postanowiłam wydusić z pana Tadeusza coś więcej, nie miał w umyśle skłonności przestępczych i wnioski wyciągnął ograniczone, należało mu, zatem pomóc.

– Córka – powiedziałam, przerywając złowieszcze prognozy. – Wajchenmanna, nie pańska. Rozmawiał pan z nią przecież?

Z lekkim wahaniem pan Tadeusz wyznał, że owszem.

– I co?

– Jak to, przecież właśnie mówimy…

– Nie. Mam na myśli konkrety śledcze. Gdzie w końcu była ta gosposia, której nie było? Porwał ją ktoś? Uciekła? Córka powinna to wiedzieć.

– A, to… Wie, oczywiście. Gosposia pojechała do rodziny gdzieś pod Białystok, zdaje się, że na pogrzeb brata. Ale już wróciła.

– Powiedziała coś ważnego?

– W jakim sensie ważnego?

– No, o znajomych Wajchenmanna, o jego zwyczajach, może go ktoś sobaczył, może jakaś nowa podrywka, porzucona gwiazda, przetrącony talent… Córkę takie rzeczy powinny interesować!

– Oczywiście, była mowa… O gwiazdach nic nie wiem, ale z pewnością na kogoś czekał i otworzył furtkę. Taki właśnie miał zwyczaj, jeśli był z kimś umówiony, zostawiał furtkę otwartą, jeśli ktoś się spóźniał, z niecierpliwości wychodził na taras i rozglądał się, gosposia te obyczaje ganiła. Każdy mógł wejść… Więcej nie wiem, krótko rozmawialiśmy.

Na tym musiałam poprzestać. Pana Tadeusza tknął niepokój, z naciskiem poprosił, żebym przypadkiem nie poleciała sama maglować gosposi. Nie żywiłam takiego zamiaru, tragiczne zejście Wajchenmanna było upojnie piękne, ale zajmowały się nim władze śledcze i miałam nadzieję pożerować na ich osiągnięciach. Osobiście bardziej interesowała mnie Ewa Marsz…


* * *

Jadąc teraz już specjalnie na ulicę Czeczota, układałam sobie całą legendę. Nie mogłam zdradzać banku, wymyśliłam, zatem, że adres na Czeczota dostałam od Lalki, która go znała z dawnych czasów, bo niby, dlaczego nie. Cienia prawdy w tym nie było, po pierwsze, nie dodzwoniłam się ponownie do Lalki… Po pierwsze, nie mamy armat… A po drugie, wątpiłam, czy Lalka go pamięta albo w ogóle kiedykolwiek znała. Dawny adres, diabli wiedzą, w jakim stopniu on dawny, może wszystkiego raptem sprzed dziesięciu lat. Nie szkodzi, do Lalki nikt się nie dodzwoni, skoro mnie się nie udaje, i nikt jej nie zapyta. Dodzwonić się do Ewy Marsz też nie było sposobu, bank zostawiał wiadomości na sekretarce. Zdecydowałam się jechać i powęszyć chyba tylko po to, żeby cokolwiek zrobić.

Domofon był zepsuty, weszłam bez przeszkód, znalazłam właściwy numer mieszkania i zadzwoniłam do drzwi. Dzwonek w środku się rozległ, było go słychać, ale nikt nie otwierał. Dzwoniłam uporczywie, co kilkanaście sekund z nadzieją, że nastąpi scena z byle, którego filmu albo powieściowa, jakaś sąsiadka wyjrzy i coś powie, względnie ktoś będzie szedł po schodach i okaże się mieszkańcem tego domu. W naturze również się to przytrafia, tyle, że znacznie rzadziej.

Nic podobnego się nie zdarzyło. Zgniewało mnie i zaczęłam dzwonić do wszystkich drzwi obok, jak leci. Niewiele ich było, raptem troje, rezultatów nie osiągałam, dokonywałam właśnie wyboru, iść piętro wyżej czy piętro niżej, kiedy jedne z nich otworzyły się nagle. W progu pojawił się bosy młodzieniec koło dwudziestki, mocno rozchełstany i rozczochrany, zionący ponurą niechęcią. Miał na sobie spodnie i niedopiętą koszulę.

Zanim zdążył otworzyć usta, zadałam pytanie zasadnicze.

– Przepraszam bardzo, jak długo pan tu mieszka?

– Rok…? – odparł odruchowo, zaskoczony, i zastanowił się. – Więcej. Z półtora roku. A co…?

– Nic. Szukam kogoś, kto tu mieszka od dawna, co najmniej kilkanaście lat.

Nie ciekawiło go, po co tego kogoś szukam, wyraźnie było widać, że chce się mnie pozbyć, czym prędzej.

– A, to na dole. Piętro niżej mieszka taka stara raszpla… to jest… przepraszam bardzo, wiedźma… znaczy nie, no, wścibskość wcielona. Wścibskość to rodzaj żeński, nie?

– Żeński. Pod panem?

– Nie, pod tamtym.

Wskazał byłe mieszkanie Ewy Marsz i zaczął przymykać drzwi. Podziękowałam, wycofałam się i dałam mu spokój. Możliwe, że jego niechęć do mnie nawet nieco przybladła.

Do drzwi na dole nie musiałam dzwonić, były uchylone i błyskało w nich oko. Jednak nie ma siły, w każdym domu znajdzie się jakaś istota, która żyje cudzym życiem, a sama ze sobą nudzi się śmiertelnie. Zatrzymałam się i zagapiłam w oko, usiłując przybrać możliwie zmartwiony wyraz twarzy.

Oko wylazło i podwoiło się, drzwi uchyliły się szerzej, przytrzymywał je łańcuch. Nie zależało mi na rozwieraniu wrót i zapraszaniu do wnętrza, wolałam pogawędkę na klatce schodowej. Nudzące się osoby, zwabiwszy gościa, natychmiast zaczynają z upodobaniem marnować czas, częstują herbatą albo kawą, jedno farfoclówa, drugie plujka, podtykają zeschnięte ciasto, robią, co mogą dla przedłużenia rozrywki.

– Pani tu, co? – spytał otwór gębowy poniżej oczu.

– Chodzi mi o kogoś spod czwórki. Pani tu mieszka dłużej? Zna pani może sąsiadów?

– Pani jest sama?

Zdumiałam się. Męża i dzieci ma na myśli czy co?

– W jakim sensie sama?

Łypała okiem, próbując spojrzeć za moje plecy tak sugestywnie, że też się obejrzałam, czy ktoś się gdzieś za mną nie czai, ale nie, nikogo nie było.

– Tutaj, mówię, czy pani jest sama, czy z kim?

– Sama, proszę pani. Ja umiem chodzić, nie potrzebuję towarzystwa.

Baba cofnęła się, zmniejszyła szparę w drzwiach i zaczęła gmerać przy łańcuchu. Wyglądało na to, że jednak nie uniknę ceremonii.

I rzeczywiście.

– Pani wejdzie – rozkazała.

Robiła wrażenie przeraźliwie typowe, idealnie przeciętna, zażywna i chciwa wrażeń dwustronnych. Z siebie wypuści i ode mnie dostanie. Byłam skłonna pójść na taką wymianę, z góry wiedząc, że rozczaruję ją beznadziejnie.

W ostatniej chwili przypomniałam sobie panieńskie nazwisko Ewy Marsz.

– Tu podobno mieszkali kiedyś państwo Wystrzyk…?

– A to pani ich szuka?

– No właśnie, szukam. Pani może ich znała?

Prychnęła wzgardliwie i wzruszyła ramionami.

– Pani usiądzie, bo co to tak stać. A jak ich mam nie znać, jak mi nad głową siedzą i w sufit walą!

Odruchowo spojrzałam w górę.

– Nie walą…

– Bo ich jak raz nie ma.

– To znaczy, że nadal tu mieszkają?

– No pewnie. A teraz to ich nie ma, bo on do sanatorium pojechał, a ona tam razem z nim siedzi i pilnuje, i usługuje. A na co oni pani? Pani w ogólności znajoma?

Nauczyłam się w dawnych czasach błyskawicznie oceniać audytorium i od pierwszego kopa dostosowywać treść i formę wypowiedzi do oczekiwań słuchaczy. Każda nauka się przydaje.

– Osobiście to nie, proszę pani, ale jedna moja przyjaciółka znała ich doskonale dawno temu, bywała u nich ciągle, zdaje się, że tam nawet istnieje jakieś dalekie pokrewieństwo, straciła z nimi kontakt i prosiła mnie, żeby się o nich dowiedzieć.

– A ona sama nie może?

– Nie bardzo, bo od lat nie ma jej w Polsce, to Australia, to Ameryka, tak ją nosiło po świecie, a teraz…

…Gdzie by tę Lalkę wypchnąć…?

– …w Pirenejach siedzi, z nogą ma kłopoty i zrobiła się nieruchawa. Przez te podróże pogubiła ludzi i tak ich szuka. Z Ewą, ich córką, była bardzo zaprzyjaźniona. Córka też tutaj mieszka?

Moja rozmówczyni ożywiła się wyraźnie i jęło się z niej ulewać.

– A, co też pani! Ewa to już dawno od nich uciekła, kiedy to było, z piętnaście lat będzie albo i więcej! Najpierw, wcześniej jeszcze, tak zwyczajnie się wyniosła, nie chciała powiedzieć gdzie się podziewa, całkiem na długo z oczu znikła, ale potem przychodziła czasami, nie bardzo często, ale przychodziła, aż wyszło szydło z worka. Z jednym takim żyła na kocią łapę, że to niby tak dobrowolnie i na zawsze, razem mieszkali bez ślubu. No to się dopiero awantury zaczęły! Awantury to tam zawsze były, bo on, jak się zezłościł, na całą ulicę ryczał, a i bez złości, niby żarty takie, też ryczał, a wtedy to już dom roznosił. Do ślubu marsz, wrzeszczał, do ślubu marsz! Przez wszystkie trzy piętra było słychać. I że to znać ich nie chce jak tego ślubu nie wezmą, więc ona, Ewa znaczy, powiedziała, że dobrze, wezmą ślub, a potem coś się zrobiło dziwnego, bo ten jej gach zaczął tu się pokazywać bez niej. Ale, gdzie, po długim czasie i nawet nie powiem, czy to był ten sam, czy jaki drugi. Z tatusiem w taką komitywę popadł i pokazało się, że wcale tego ślubu nie wzięli. Raz się matce wyrwało, że Ewa od niego też uciekła, bo jednego ojca jej starczy i drugiego nie chce. O co im poszło, to ja nie wiem. No i wtenczas przepadła całkiem i już jej tu więcej nigdy nie było do tej pory. On tam coś ryczał, że w pierze porasta, a ojciec dla niej gnój i mierzwa, ale jeszcze zobaczy i sam jej pokaże, o matce jakoś mowy nie było, ale i nie było, żeby na ulicę poszła albo, co. Matka cicha kobieta i spokojna, tylko w niego wpatrzona jak w obraz święty, jakaś taka całkiem zwyczajna.

Rozpęd wzięła taki, że siedziałam jak mysz pod miotłą. Najwidoczniej dawno z nikim nie rozmawiała, nie plotkowała, nikomu nie dostarczała ekscytujących nowości. Zatchnęło ją, ale bałam się odezwać, żeby nie spłoszyć weny, nie zacementować przypadkiem tego pęknięcia, przez które ulatywał nadmiar duszonych w sobie emocji. Wpatrywałam się w nią wytrzeszczonymi oczami, niewątpliwie pełnymi zachłannego oczekiwania dalszego ciągu. Zapomniałam nawet, że jest to najlepszy sposób na podpuszczanie rozmówcy. Ruszyła dalej.

– A jeszcze do tego w podłogę czymś walił, a mnie nad głową w suficie łomotało, to jak miałam nie słyszeć? I ryczał, ciągle, znaczy się, ryczy, teraz trochę spokoju przez to sanatorium, ale tylko patrzeć jak wróci i znowu będzie. A już mi się zdawało, że wrócił, że tam coś drzwiami szczęka, ale nie, Bóg ustrzegł, bo niemożliwe, żeby był, choćby i pięć minut, a nie ryczał. Herbaty chce, ryczał, pogoda niedobra, ryczał, gdzie coś tam, ryczał, że znaleźć nie może, w telewizji głupoty, też ryczał. A już jak mecz, jaki, nie daj Boże, to chyba siekierą parkiet rąbał, tak się rozlegało, a u mnie najgorzej, bo to przecież zaraz nade mną. Jak się śmieje, to też ryczy, a ciągle się śmieje, guzik do zupy wrzuci albo, co i tak się cieszy, jak komu w zęby wlezie, a tej Ewie to do łóżka szyszki podkładał, miskę z wodą, a kiedyś to kisielu nalał, dobrze słyszałam, że kisiel, ale nie wiem, na prześcieradło czy pod. Takie żarty lubił.

O Jezu… I ona nie uciekła wcześniej…? A, prawda, jako nieletnią przywlekliby ją na siłę z powrotem…

– Wiśniewska się nazywam – i tu w tonie głosu zazgrzytała nienawiść – to nie mówi do mnie inaczej, jak pani Owocek albo jeszcze gorzej, pani Świniewska, oj, przepraszam, czeski błąd, powiada i pęka ze śmiechu. To ja na złość mówiłam panie Wybryk, panie Strzykacz, ale, na co mi to, jak on się z tego cieszył. No, co za człowiek, mówię pani…!

Teraz już i rozgoryczenie się przyplątało. No tak, straszliwe tajemnice odsłaniały się przede mną, ale przecież nie o to mi chodziło. Tatuś Ewy Marsz zdecydowanie przerastał wizję, roztoczoną przez Lalkę, możliwe, że sąsiadka nieco przesadzała, ale możliwe też, że pozbawiony córki mocno się nudził i dla własnej rozrywki rozwijał, co przedniejsze cechy charakteru. Nic dziwnego, że Ewa znikła z horyzontu, na uzyskanie wiedzy o niej nie miałam tutaj żadnych szans.

– Coś rzeczywiście okropnego – przyświadczyłam, nie kryjąc zgrozy. – Zaraz, a ten jej… konkubent… no, ten, co to bez ślubu… Wie pani może, jak się nazywał?

– A co pani z tego, jak on się nazywał, jak ona od niego też uciekła? Z nim, z tym… – wskazała palcem ku górze, najwidoczniej nazwisko pana Wystrzyka budziło w niej wstręt – tak się zakumplowali, że jakby, co o niej wiedział, zaraz by mu powiedział. No, nieprzyzwoicie to, ale ona przecież od ojca uciekła!

– A pani by nie uciekła? – wyrwało mi się.

– Ja…! Ja to bym mu taki kisiel pokazała, że do śmierci by nie zapomniał!

– Ale może z matką ona jakiś kontakt utrzymuje? Matka normalna…

– A gdzie ona tam normalna, co też pani! Druga połowa tego rykacza, sama z siebie to może i owszem, ale jemu się nie sprzeciwi, żeby nie wiem, co. Co on każe, to zrobi, to mowy nie ma, żeby, co wiedziała, a on nie. Co pani myśli, on też tak myślał, bo i takie rzeczy słyszałam, jak się czepiał i gniótł, wiesz gdzie poszła, i wiesz gdzie poszła, mów mi zaraz, ślubny mąż jestem i ojciec, a matka na zbawienie się zaprzysięgała, że tyle wie, co i on. I płakała, aż strach. A on swoje, gnębił i gnębił. Jak tej Ewie zależało, dobrze zrobiła, że matce nie powiedziała…

Byłam takiego samego zdania.

– …bo raz się przytrafiło… Widocznie ta Ewa do matki serce miała, bo zadzwoniła. Że wszystko w porządku i dobrze się miewa. I tyle.

– I co?

– A co pani myśli? O tym telefonie też wszystko z niej wywlókł. A skąd dzwoniła, a czy z komórki, czy z automatu, czy jakoś tam, a co mówiła, każde słowo, a co tam z boku słychać było w tym telefonie, aż do mdłości. Już tam ona przed nim nic nie ukryje i jak dwadzieścia lat na to patrzę, to zawsze tak było!

– Szkoda. Myślałam, że pod dawnym adresem czegoś się o niej dowiem, a tu nic. Moja przyjaciółka tylko ten adres pamiętała…

– A ten nieślubny to ja nawet wiem, jak się nazywał – podjęła znienacka pani Wiśniewska, nie słuchając. – Takie schodowe nazwisko, Poręcz. Florian Poręcz. Raz słyszałam, ona wyszła za nim na klatkę, „panie Poręcz”, tak powiada, „mąż prosi, żeby pan o tym piśmie pamiętał”, no to znaczy się, Poręcz. Nawet myślałam w pierwszej chwili, że jej o prawdziwą poręcz idzie, bo tam piętro wyżej poręcz była taka trochę rozchwierutana, ale zaraz zgadłam. A że Florian, to głuchy by usłyszał, jak on ryczał Florek, Florian, Florciu. I nic pani z niego.

Może i nic, ale w środku mnie nagle otrząsnęło. Poręcz. Florian Poręcz. Nie do wiary, czyżby ten sam…? Znałam to nazwisko, kojarzyło się z nieprzyjemnością, pamięć się ledwo przecknęła, niedokładnie i mętnie, ale wiedziałam przynajmniej, gdzie szukać i kogo pytać…

Pani Wiśniewska, chwalić Boga, herbatą, kawą i zeschniętym ciastem nie próbowała mnie częstować, potok jednakże wciąż z niej płynął. Gdzieś po drodze jakiś prawdziwy mąż Ewy wyskoczył, ale szybko znikł z horyzontu, zlekceważony, wyglądało na to, że zaistniał na krótko i pani Wiśniewska w ogóle w niego wątpiła. Powtarzała się już teraz, niestety, mściwie opiewając postać główną. Musiał ten tatuś Ewy rzeczywiście prezentować osobowość cudowną, skoro tak jej dokopał, że na plotki o rynsztokowym upadku marnotrawnej córki prawie nie było miejsca. Tymczasem aż się prosiło, bo i mąż niepewny, i z domu uciekła, i bez ślubu żyła, i rodziców się wyrzekła, istna kopalnia! A tu córka – mały pikuś, tatuś przebijał wszystko.

Wyszłam wreszcie. Z całej wizyty został mi Florian Poręcz.

– Joanna, słuchaj, to cała afera, śmierdzi jak w komunistycznym wychodku! – powiadomiła mnie Magda już od progu. – Nie wiem, czy nie powinnaś się włączyć bezpośrednio, to ty masz kryminalistyczne ciągoty, a nie ja. Ja mam ciągoty innego rodzaju i musiałam się ich wyrzec, okropne! No, jest pewna pociecha, może tylko chwilowo.

Pocieszyłam ją, że z pewnością chwilowo, i spytałam, co pijemy.

– Wino! Specjalnie przyjechałam taksówką. Dopiero, co wróciłam i muszę opić na pociechę rozstanie z moim desperado. Zazwyczaj masz dobre?

– No, raczej mam dobre. Takie łagodne, do popijania. I paszteciki z oliwką na zagrychę.

– Super. Bo już się martwiłam, że nie przywiozłam kiełbasy do upieczenia na kominku. Ale na kominek chyba za ciepło?

– Owszem, to po pierwsze, a po drugie kominek absorbuje, a my tu mamy, jak zrozumiałam, aferę? Kiełbasę załatwimy następnym razem, przy trzecim trupie.

Magda odwróciła się nagle.

– O…! To już wiesz…?

Przystąpiłam do wysiłków z butelką i korkociągiem.

– Wiem. Eugeniusz Drżączek. Prawie byłam przy tym.

– Ale to nie ty…?

– No coś ty! On mnie tylko zniesmaczył, to nie powód. Na motyw za mało.

– Słusznie, niewart starań. Skąd wiesz? Chyba jeszcze nawet wzmianki nie było, debatują nad formą i treścią, zdaje się, że gliny zażądały lekkiego opóźnienia. Jakim sposobem wiesz wcześniej? Przecież to dopiero wczoraj…?

Powiedziałam jej w skrócie i wyjęłam kieliszki. Magda opadła na fotel, zainteresowana bardzo, ale trochę niespokojna.

– A skąd weźmiemy trzeciego trupa? I kto to ma być?

– Nie mam pojęcia, ale żywię nadzieję, że ktoś się postara. Następny z branży. Jak dotąd poszedł wielki balon i mały prymitywek, może teraz będzie coś pośredniego. Ty mnie tak nie trzymaj w niepewności, tylko mów, co z tymi kasetami?

– Zaraz, czekaj, bo to cała sensacja. Naprawdę myślisz, że motyw tkwi w ich twórczości?

– A ty wątpisz? Lubisz klasyków? Czytujesz Thackeraya?

– Z upodobaniem!

– No to wyobraź sobie, że do roli Rebeki Sharp Wajchenmann wybrałby ciebie…

Magda prychnęła pasztecikiem i o mało nie oblała się winem. Jak wiadomo, Rebeka Sharp była drobną, szczupłą blondynką z niebieskimi oczami, z gatunku łasicowatych, Magda zaś prezentowała posągową urodę. Wysoka, czarnowłosa, ciemnooka, stanowiłaby doskonały model dla Fidiasza, Praksytelesa, nawet Michała Anioła, chociaż dla Michała Anioła musiałaby jednak nieco utyć, nawet na początku na baroku była za chuda. Wspaniała, dorodna dziewczyna.

– Ja nie jestem aktorką!

– No to, co? Nie ma znaczenia. Wybrałby, bo mu pasujesz i cześć. Pomijam już fakt, że „Targowisko próżności” zostało sfilmowane, na szczęście nie wiem, kto reżyserował, bo gdyby go ktoś kropnął, znów byłoby na mnie, ale tam u niego ciąża trwa trzy miesiące.

– Nie żartuj! Nie widziałam tego…

– Nie wiem czy powinnaś żałować, chociaż taka osobliwość fizjologiczna może jest warta obejrzenia. Powrót Napoleona trwał, jak powszechnie wiadomo, sto dni, trzy miesiące z drobnymi groszami, ich ciąża też. Gorzej, Amelia w ogóle wychodzi za Jerzego krótko przed bitwą pod Waterloo, Rebeka ostatecznie mogła ruszyć wcześniej, chociaż nie było widać, ale obie rodzą zaraz po zwycięstwie. W zamęcie, można powiedzieć, pobitewnym. Mnie się od tego coś robi.

– Mnie też. Nie do uwierzenia. Jesteś pewna?

– Miałam to nagrane, ale chyba już skasowałam. To, co z filmami Ewy Marsz? Skąd afera?

Magda usadowiła się wygodniej i wypiła trochę wina.

– Nie będę ci truła początkiem, bo sama przez chwilę nie mogłam tego zrozumieć, na pierwsze słowo o kasetach blady strach padł na osoby wmieszane, ale ma się te trochę znajomości i doszłam. Wyciągnęłam wnioski. Otóż dwie książki Ewy Marsz zostały udostępnione ekranizacji nielegalnie!

– Achchch…! – wydobyło się ze mnie ze świstem.

– Ona wcale nie chciała sprzedawać ich telewizji, nie ma żadnej umowy z nią bezpośrednio, nie ma jej zgody…

– Wydawca…!

– Skąd wiesz? Owszem, sprzedało wydawnictwo, zaraz, jak ono się…

– „Gratis”!

– Zgadza się, „Gratis”. Gdyby wytoczyła sprawę, na zachodzie miliony odszkodowania, u nas upierdol jak stąd dookoła księżyca. Pani dyrektor od akceptacji programu, która podpisała to do produkcji, już nie pracuje, odeszła trzy lata temu, a była to wyjątkowo głupia kurwa, porąbana na tle facetów i każdy chłop poniżej dziewięćdziesiątki mógł w nią wmówić wszystko. Parę numerów wywinęła takich, że oko bieleje. Ty znasz to wydawnictwo?

Z wielką satysfakcją i kieliszkiem wina w ręku rozsiadłam się na kanapie. Uczuciami mogłam zająć ją całą, opakowania nie starczało, bo była trzyosobowa.

– No pewnie. Dwóch chłopców w kwiecie wieku i urody, każdy w innym typie, obaj, uczciwie mówiąc, całkiem przystojni. Teraz rozumiem, dlaczego na tle Ewy Marsz tak zdrętwieli i dlaczego już nie mają z nią umowy!

– Zerwała? – ucieszyła się Magda. – Dobrze zrobiła. Sprawy, o ile wiem, nie wytoczyła, ale ciągle się boją, bo jeszcze parę osób tam zostało z tych, co podpisywali za namową pani dyrektor…

– A pani dyrektor gdzie się podziała? Uciekła do burdelu w Argentynie?

– Nie wzięliby jej, wiek nie ten. Przeszła do Ministerstwa Kultury. Oni tam i tak nic nie robią, więc wielkiej szkody nie przyczyni. W każdym razie nawet najmniejszej wzmianki o ekranizacjach Ewy Marsz boją się jak diabeł święconej wody i kasety ukryli w tajnym sejfie, pod łóżkiem, pod podłogą w magazynie albo w jakimś grobowcu na cmentarzu. Ale ja się dokopię, chociażby im na złość! Wrogom na złość, bo oprócz przyjaciół, mam tam także i wrogów.

Pochwaliłam ją z całego serca. W żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć twórców paskudztwa, w które przeistoczono książki Ewy Marsz i mogłam to sprawdzić wyłącznie na czołówce filmu. Wątpiłam, czy Lalka jeszcze posiada te arcydzieła, może nagrała na nich coś innego albo w zdenerwowaniu wyrzuciła je do śmietnika, stwierdziwszy pomyłkę z instrukcją obsługi kosiarki. Magda również nie pamiętała żadnych nazwisk.

– Martusia mogłaby to wiedzieć – podsunęła. – Ona ma więcej kontaktów z poronionymi geniuszami, ja się obracam w innej grupie złoczyńców.

– Ale powinnaś wiedzieć – przypomniałam sobie nagle – na przykład, co to za facet, ten Krzycki? Pytali mnie o niego, mam na myśli gliny, a ja nic nie wiem. Podobno asystent Wajchenmanna.

– Walduś Krzycki? – zdziwiła się Magda. – Oczywiście, że znam Waldusia. Asystent od niedawna, a może raczej taki uczeń czarnoksiężnika, sama byłam zaskoczona, że poszedł w jarzmo, bo to przyzwoity chłopak. Sympatyczny i niegłupi. Do Wajchenmanna pasuje jak frak do sianokosów…

– Pasował…

– Słusznie, pasował. Dobrze, że to już przeszłość.

– A po co on właściwie do niego przystał?

– Zdaje się, że Wajchenmann sam mu zaproponował współpracę. Potrzebował świeżej krwi, a Walduś się zgodził. Pytali cię o niego? Czy to znaczy, że jest podejrzany?

– Wygląda na to. Myślisz, że mógł go rąbnąć? Z zawiści na przykład albo ze zdenerwowania, od pomysłów arcymistrza ciemno w oczach mu się robiło… Nie wiem, jaki on miał stosunek do tego niewyżytego twórcy…

Magda zastanowiła się i pokręciła głową.

– Negatywny, to wiem. Ale Walduś jest pozbawiony zbrodniczych skłonności, w ciągu kilku miesięcy nie pozwoliłby się do tego stopnia wyprowadzić z równowagi. Jeśli już, to raczej dopiero na planie, ewentualnie przy doborze aktorów. Ja na Waldusia nie stawiam.

Ja również nie musiałam. W zapasie miałam następnego.

– Słuchaj, jeszcze drugi. Czy ty może przypadkiem słyszałaś takie nazwisko, Florian Poręcz?

– No jak to? – zdumiała się Magda. – Ty chyba też słyszałaś? Grzmotem się rozlegało, podobno pluskwa, ale to nie do mnie te numery, Brunner. Martusia pluła nim na prawo i na lewo, trudno było nie słyszeć, zdaje się, że jej życie spaskudził. Spytaj ją, będzie wiedziała.

Zgadzało się, jasne, że Martusię zamierzałam spytać w pierwszej kolejności, tylko zwyczajnie nie zdążyłam, Magda pojawiła się, ledwo wróciłam z miasta. Wszystko następowało zbyt szybko, czwarty dzień znajdowałam się w kraju, a już wydarzenia waliły Niagarą. Nie mieściłam się w dobie, nie miałam, kiedy uporządkować myśli.

– I każdy się dziwi, że ja usiłuję ukrywać swoje powroty z wakacji – powiedziałam z lekkim rozgoryczeniem. – Nie wiem, co w tym jest, ale nogi na progu nie zdążę postawić i już rusza kołomyja. Czyste wariactwo, czy nie jest mi przeznaczone pożyć spokojnie? I pomyśleć, że istnieją ludzie, którzy się nudzą na emeryturze!

– Tylko mi nie mów, że ci przeszkadzam i niepotrzebnie przyszłam – poprosiła Magda gorąco. – I nie dawaj mi do zrozumienia, że mam się stlenić.

– No coś ty…? Broń Boże! Stanowisz samą przyjemność! Gdyby to były tylko takie rozrywki, świeciłabym własnym światłem z radości. Nigdzie nie pójdziesz, mamy więcej wina.

Magda sięgnęła po torbę.

– Czekaj, pozwól, że pokażę ci zdjęcie tego mojego, mam parę sztuk. Rozumiesz sama, że w połowie jestem zajęta tematami uczuciowymi. On tu będzie w Warszawie w przyszłym tygodniu, a ja próbuję załatwić sobie reportaż w Trójmieście, konkurencja szalona, ale może mi się uda, to też historyczne, bursztyn, szesnasty, siedemnasty wiek…

– Deotyma się kłania?

– No? Ekranizacja dla dorosłych, uczciwa, zebrałabym materiał…

– Czekaj – powstrzymałam ją. – Czy już ktoś tego kiedyś nie spieprzył? Coś mi majaczy w pamięci…

– To może było przed wojną – zawyrokowała Magda z niesmakiem. – Bo nic takiego sobie nie przypominam. A mój desperado mexicano już tam jest zafiksowany, co najmniej na trzy miesiące, będę robiła tak wolno, jak tylko potrafię. O, popatrz! To ten.

O, do licha. Rzeczywiście, chłopak jak brzytwa. Razem z Magdą na zdjęciu, piękna para, miała rację, Teksas, Meksyk, nawet sombrero mu niepotrzebne, najprawdziwszy desperado w pełni ucywilizowany, Europa! Rzadki okaz.

– Tylko mu konia i lasso – pochwaliłam. – I taką spluwę przy boku…

– Dwie!

– Mogą być dwie. Nie w moim typie, ale nie dziwię ci się. Bardzo dobrze, rób ten bursztyn, ale przedtem wydłub mi kasety z telewizji, żebym ci mogła dobrze życzyć!

Zostałam z Poręczem. Co on miał do Ewy Marsz? Gach Ewy Marsz paskudził życie Martusi, Ewę miał w Warszawie, Martusi paskudził w Krakowie, podróżnik taki…? I kiedy to było, bo przecież nie równocześnie…?

Pamięć przetarła oczy i rozbudziła się porządniej. Dawno i możliwie szybko wyrzuciłam z niej temat, bo napełniał mnie niesmakiem, ale teraz zaczynały wracać szczegóły i każdy następny rozpalał rozmaite uczucia, w których na pierwszy plan wychodziła wręcz zgroza, natrętnie sugerująca pomyłkę.

Czy to w ogóle możliwe, żeby Ewa Marsz poderwała sobie takiego Poręcza…?

A otóż właśnie wcale nie poderwała.

Dopiero późnym wieczorem Martusia uruchomiła swoją komórkę i już od pierwszej chwili splunęła jadem w telefon.

– Poręcz…! To już nie masz, o kim…? Nie mów do mnie takiego obrzydliwego słowa! Ta świnia…!!!

– Co do świni, tak mi się właśnie wydawało, ale nie pamiętam detali – powiedziałam kojąco. – Kiedy to było dokładnie, ta cała twoja afera?

– No ile to…? Prawie cztery lata temu! I gówno mu z tego przyszło, nie utrzymał się, czekaj, zaraz ci przypomnę, chociaż mówiłam sto razy i ciągle jeszcze mnie trzęsie ze wstrętu… Darować sobie nie mogę, że jeszcze i ciebie o mało, co nie wplątałam!

Wreszcie błysnęło dokładne przypomnienie. Oczywiście, że mówiła, nawet poznałam wtedy tego Poręcza przelotnie jako amanta Martusi, na oko robił doskonałe wrażenie, jednakże tuż pod wierzchem miał coś, co mnie z miejsca cofnęło. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego trysnęła ku niemu takim zapałem, chociaż może to kwestia gustu, ale od samego początku miałam złe przeczucia…

Ściągnęła go wtedy do Krakowa na własną zgubę. Miała być drugim reżyserem przy fabularnym filmie niejakiego Łapińskiego, który robił rzadko, ale za to rzeczy bardzo dobre. Telewizja krakowska szarpnęła się na produkcję, oglądałam to bez żadnej niechęci, chwilami z dużą przyjemnością, zatrutą nieco łzami żalu i wściekłości pokrzywdzonej Martusi. Rozumiałam jej furię, wyrolowana została artystycznie, a już błyszczała przed nią życiowa szansa na szerszy zakres uprawnień, tymczasem reżyseria przeistoczyła się w kierownictwo produkcji, czyste kpiny. Ten zgnilec, Poręcz, tam się zahaczył, umizgał się do niej, wielbiciela udawał, ogniami pałał, prawie się na to narwała… Jakie tam prawie, narwała się całkiem, jak potłuczona… wprowadziła wredną pluskwę w świat telewizji, po czym okazała się wyślizgana. Jak on to zrobił, nie wiadomo, zapewne wpływ na sprawę miała pani Iza, sypiająca z całą dyrekcją i z tym struplem gnojnym też. Ale jest sprawiedliwość na świecie, pozbyli się go, kiedy zaczął Łapińskiemu wprowadzać zmiany w scenopisie, jakieś potężne turbulencje z tego wynikły, tyle, że krótkie, wszystko wyciszyli i tak cichutko sobie poleciał, że nawet nikt szmerku nie usłyszał, jedna pani Iza czas jakiś z króliczymi oczkami chodziła. A co Martusi złego zrobił, to zrobił, i niech go syf i malaria ogarnie. Jak ja mogę nie pamiętać tej całej martyrologii, o której mi przecież mówiła…?!

Nie znałam pani Izy i jej życie uczuciowe nic mnie nie obchodziło, ale wszystkiego wysłuchałam teraz z dużym zainteresowaniem, znakomicie odświeżając zaniedbaną wiedzę. Poczułam, że powinnam się usprawiedliwić, bo też istotnie swoją rozpacz Martusia wypłakiwała wtedy na moim łonie.

– No nie, bez przesady, świństwo ogólnie pamiętałam, oczywiście, a nazwisko owszem, od razu mnie tknęło, tylko musiałam się upewnić…

– Upewnić…! Jeszcze ci było mało…?!

– Okoliczności mi do niego nie pasowały. Czekaj, ty o nim wszystko wiesz, ja mniej. Podobno on był wcześniej przypisany do Ewy Marsz…

– Gówno!!! – prychnęła dziko Martusia, ziejąc mściwym jadem. – Chciał być przypisany! On właśnie takie rzeczy rozgłasza, w ogóle łapie baby, które mogą mu się do czegoś przydać. Wiesz, poznać z ludźmi, wkręcić w środowisko, zaprotegować, a jeszcze do tego pożyczyć pieniędzy. Których nie oddaje!

– Rozumiem z tego, że i ty…

– A jak…?! Jasne, też się dałam naciąć!

– Ale z Ewą Marsz podobno razem mieszkał…

Martusia zacharczała chichotliwie i drwiąco.

– Mieszkał. Owszem, razem. Na tym samym piętrze w dwóch oddzielnych lokalach i przez czysty przypadek. Ona tam miała swoje już dawno, a on wynajął pokój od jakichś, co ciągle wyjeżdżali za granicę i prawie ich nie było. To się nazywało, że razem.

– Ale ogólnie uważało się, że stanowią parę…

– Kto tak uważał? Kto tak mówił? Od niej to słyszałaś? Bo on owszem, dawał to do zrozumienia tak subtelnie, że ciszej by wypadła orkiestra dęta. Ona chciała z nim mieszkać, ale on wolał nie, ona na niego leciała, a on z grzeczności nie odmawiał, ona się uparła, żeby z nim razem pisać scenariusz, a on uległ i nie wiem, co tam jeszcze. Akurat było odwrotnie.

– Skąd wiesz?

– Od niego samego. Trzeba było słyszeć, JAK o tym mówił, nawet łgać porządnie nie potrafił! Ustawicznie mu się coś wyrywało i wyłaziło szydło z worka. Zły na nią jak diabli, męczennika próbuje udawać, hetera taka wyzyskała go, oszukała, wystawiła rufą do wiatru, więc musiał ją porzucić…

– Niekonsekwentny jakby trochę…?

– I nawet sobie z tego nie zdaje sprawy! Albo mnie uważał za kretynkę… Ona może i zwróciła na niego uwagę, w końcu on jest przystojny, tfu… i robi dobre wrażenie, ohyda, z wierzchu sreberko, a w środku gnój! Mogła się tak od razu nie połapać, niechby się nawet z nim zdrzemnęła, ale przecież nie zgłupiała kompletnie! A jeśli nawet, rozum jej wrócił przy scenariuszu.

– Przy jakim scenariuszu? – spytałam podejrzliwie, równocześnie myśląc, że ktoś tu coś poprzestawiał, albo sąsiadka źle podsłuchiwała, albo tatuś dał z siebie zrobić balona.

– Tym, co go razem pisali.

– Zaraz. Jaki znowu scenariusz razem pisali? Pierwsze słyszę.

– Jak to, nic nie wiesz? A…! Może i nie wiesz. Chciał pisać z tobą, bardzo cię przepraszam, to przeze mnie, ale na szczęście nie poszłaś na to. Tu się pokitosiło we własnym gnojku i uleżało bez huku. Ledwo ta jej druga ekranizacja się pokazała, już ją namówił na scenariusz…

– Tak jak ty mnie namawiałaś?

– Nie wypominaj mi, już się przecież przyznałam, że mnie pogięło! Ale pewnie tak. On ma chody, sam będzie reżyserował, takiego kitu jej nawciskał, twierdzi, że mu uwierzyła… No, chyba uwierzyła, skoro napisali, ściśle biorąc, ona napisała. Czytałam to, bardzo dobre, co ja mówię, super, jak w pysk dał jej zasługa, to widać. Odcinkowe. Nakręcili dwa odcinki i nawet ci nie powiem, co z tego wyszło, bo takich słów nie znam. Gówno to byłby niezasłużony komplement. Zrezygnowano z reszty i to chyba gdzieś leży. Potem ten… elegancko chciałam… odrostek płciowy… naraził się Łapińskiemu i poleciał.

– No, no, no – powiedziałam, bo czułam się skołowana i nic innego nie przyszło mi do głowy. I pomyśleć, jakiego niebezpieczeństwa bezwiednie uniknęłam! Nie doceniłam wtedy powagi sytuacji…

– A, czekaj! – przypomniała sobie nagle Martusia. – My tu o bzdetach, a tam Drżączek! Naprawdę nie żyje? Naprawdę zamordowany?

– Magda mówi, że tak.

– Komu się chciało takiego flaka…

Przerwałam jej.

– Jakiś esteta, nie wytrzymał jego twórczości. Gdzie oni mieszkali na tym jednym piętrze? Poręczowi wyrwał się adres?

– Tak, momencik, zaraz sobie przypomnę, bo słyszałam, taka śmieszna ulica… Wiem, Kubusia Puchatka! Gdzie to jest?

– W Śródmieściu. Czekaj. Kubusia Puchatka? Kubusia Puchatka nie istnieje.

– Jak to nie istnieje? – zdziwiła się Martusia.

– Administracyjnie nie istnieje. W praktyce owszem.

– Może ja się zdenerwowałam obrzydliwymi wspomnieniami, ale nie rozumiem, co mówisz. Pamiętam, że słyszałam, że mieszka na Kubusia Puchatka i nawet się tym chwalił.

– Bo to ogólnie eleganckie miejsce. I tak się mówi, ale urzędowo Kubusia Puchatka to jest ulica Warecka. Tak jak Tuwima, to jest Świętokrzyska i Nowy Świat. Już się kiedyś na to narwałam i wiem na pewno.

Zaciekawiłam ją nadzwyczajnie.

– Co ty powiesz, strasznie dziwnie to macie w tej Warszawie. To właściwie jak? Skąd wiadomo, że to jest ulica Kubusia Puchatka?

– Napisane na murze, jak byk. Ale na wejściach do budynków Warecka. Ile?

– Co ile?

– Numer. Chwalił się, że Kubusia Puchatka ile?

Oszołomiona nieco Martusia zaczęła strasznie myśleć.

– Czekaj, nie pamiętam… Ale chyba też słyszałam… Komuś mówił… Już wiem, dwadzieścia ileś! Osiem albo dziewięć. Ale numeru mieszkania nie słyszałam. Pierwsze piętro.

– Bzdura. Warecka w ogóle nie ma tylu numerów. Znaczy, słyszałaś numer mieszkania, też dobrze, to któraś tam klatka schodowa. I gdzie on teraz jest, ten cały Poręcz?

– Pojęcia nie mam. Może w Łodzi? Albo wrócił do Warszawy?

– No nic, jakoś to znajdę…

– A on ci potrzebny do czegoś?

– Przeciwnie, chcę go uniknąć. Potrzebna mi Ewa Marsz.

– Do czego?

– Do niczego. To znaczy, do wszystkiego. Do różnych rzeczy.

Martusia nie wykazała przesadnej dociekliwości, dziabnięta wspomnieniem Poręcza wróciła do wydarzeń zawodowych.

– Wiesz, co oni zrobili z tym ich scenariuszem? Z tą wspólnotą Ewy i swołoczą? W życiu byś nie zgadła! Tam były sceny super, w scenariuszu nieziemsko śmieszne, wiesz, co nakręcili? Flakowate dłużyzny! I zastąpione jedno drugim, zamiast żywej ryby, surrealistyczne cycki ekspedientki! I nic więcej! I to ma być śmieszne…!

– To taki nowy trend – pouczyłam ją. – Jak w „Ogniem i mieczem”, zamiast gąsiorka pana Zagłoby, biust dziewki karczemnej. Wymiana doznań smakowych na wzrokowe.

– Co…?

– Nic, Rzędzian się w to wpatruje i na sam widok odżywa.

– A, rzeczywiście… A dialog w tym arcydziele gorszy niż na reklamach, słowo ci daję, takiego dna dawno nie widziałam! A może nawet nigdy w życiu!

Zaczęłam nagle bardzo dużo rozumieć.

– Kto to robił?

– Taki rozkwitający geniusz, Juliusz Zamorski się nazywa, ktoś go wepchnął na siłę, ktoś z Warszawy oczywiście, wielkie ambicje w nim szaleją…

– A co zrobił do tej pory?

– Z pięć albo sześć filmów już w bólach urodził, rżnie ze starych kryminałów, przerabia na swoje kopyto i wychodzi mu… o…! Takie coś jak Agata Christie w Orient Ekspressie, Poirot w postaci wielkiego, czarnego bałwana z laptopem. Nie umiem inaczej skomentować, tylko tak…

Tekst zrozumiały nagle się skończył. W telefonie usłyszałam przerażające jęki, wycia i charkoty, godne izby tortur, podobne nieco do popisów wokalnych amatorów, pełnych nadziei na sukces. Martusia przez chwilę dawała wyraz poglądom bez słów, wyłącznie akustycznie, po czym znów przeszła na ludzki język.

– To już rozumiesz…

– O, tak! – przyświadczyłam gorąco. – Rozumiem coraz więcej…


* * *

Adam Ostrowski uparł się przy złożeniu mi wizyty, co przyjęłam radośnie, rezygnując z zaplanowanych działań, bo też chciałam z nim pogadać. Słowa nie mówił na temat wywiadu, ale sama zgadłam, że właśnie o to mu chodzi. Gdziekolwiek bym się z nim spotkała, wszędzie istniały jakieś zakłócenia i nie mógłby spokojnie nagrywać, u mnie w domu zaś w zasadzie panowała cisza.

Ostrowski był dziennikarzem przyzwoitym. Nie przekręcał wypowiedzi rozmówcy, nie wkładał mu w usta obcych słów, nie wymyślał bzdetów, pytania zadawał sensowne i pisał gramatycznie. Ponadto był sympatyczny i błyskotliwy. Znaliśmy się już parę lat, mieliśmy za sobą trzy wywiady, dwa obszerne, a trzeci malutki, i musiałabym być we wściekle złym humorze, żeby do któregoś z nich się przyczepić i zgłaszać zastrzeżenia.

Usiedliśmy przy kawie i herbacie, Ostrowski wolał kawę.

– I co pani na to? – spytał wprost. – Bo w środowisku aż szumi.

– A co, na twarzy mi nie widać? Powinnam do tego jeszcze kwiczeć perliście i podskakiwać?

Ostrowskiemu myśl się spodobała. Sięgnął do swojej torby.

– To nie wywiad – zastrzegł się. – W każdym razie nie konkretny, jeszcze nie jestem przygotowany. Ale wiadomo przecież, że pani drugi raz tego samego i tak samo nie powtórzy. Mogę nagrywać?

Wzruszyłam ramionami.

– No pewnie. Tylko niech pan przesadnie z kontekstu nie wyrywa.

– Nie, bez obaw. Szczerze mówiąc, sam jestem ciekaw, jakie pani ma podejrzenia. Tak prywatnie.

– Tak prywatnie, to na dwoje babka wróżyła. Mnie osobiście taka cholera na niego brała… zaraz, o którym pan mówi? O Wajchenmannie czy o Drżączku?

– Obaj mnie interesują.

– Z obu się bardzo cieszę i nie zamierzam swoich uczuć ukrywać. I właściwie obu mój pogląd dotyczy. Szlag mnie trafiał taki, że starałam się wyrzucać tych zbuków z pamięci i kompletnie nie znam żadnych szczegółów ich życia prywatnego. Drżączek to taka tam sobie mała, nadęta ropuszka, ale Wajchenmann…? Diabli go wiedzą, co komu złego zrobił i kto go nienawidził za przydeptywanie. Pewno wszyscy. Chyba, że istnieje jakiś wyjątek?

– O wyjątku nie słyszałem.

. – No proszę. Dobrze mi się wydawało. Wobec tego z jednej strony ktoś skrzywdzony służbowo, urzędowo, zastopowany w karierze, wykopany od koryta, a z drugiej szaleniec, któremu ta cudowna twórczość stanęła kością w gardle. Wpadł w szał i kropnął. Trzeciej możliwości nie widzę.

– A Drżączek? Myśli pani, że też komuś przeszkadzał?

– Pan to powinien wiedzieć lepiej ode mnie! Bo ja, tak całkiem prywatnie i na poczekaniu, mogę wymyślić, że jakiemuś kretynowi od reklamy albo od układania programu, no, wszystko jedno jak to się nazywa, wmówił ogrom swego dzieła, hit stulecia, twórczość super, wszystkie nagrody już czekają i aż się trzęsą z niecierpliwości, ten kretyn uwierzył i na niewidzianego grzmotnął salwą z katiuszy. Potem obejrzał zareklamowane przez siebie arcydzieło i z zaćmą na oczach poleciał do Drżączka wyrażać swoje zdanie. Jak oprzytomniał, było za późno, zewłok już leżał.

Ostrowski słuchał z wielkim zainteresowaniem.

– Bardzo mi się podoba ten pani kryminał, chociaż trochę wątpię w aż takie emocje. A nie myśli pani, że jakiś patriota?

– Patriota…? A! Chodzi panu o pokazy, konkursy…?

Ostrowski, rzecz jasna, wiedział o takich rzeczach znacznie lepiej ode mnie.

– Wysyłamy przecież filmy za granicę, na festiwale, te poronione komedie Drżączka też szły, mnie osobiście wstyd za taki poziom.

– Patriotycznie?

– Można to tak określić. Patriotycznie.

– To mnie też wstyd. I z jakim skutkiem?

– Taktownie pomijano je milczeniem.

Pokręciłam głową z powątpiewaniem, usiłując zachować odrobinę obiektywizmu, co mi się raczej nie udało.

– Gdyby Drżączek robił ekranizacje, bezwzględnie stawiałabym na autora dzieła. I gdyby Wajchenmann znęcał się nad żywymi…

– Jak to, kilku złapał…

– No to u mnie wychodzą na prowadzenie. Chyba, że ich uczucia zostały złagodzone reklamą…

– Co też pani mówi, jaką reklamą? – obruszył się Ostrowski, nie kryjąc niesmaku. – To jest antyreklama! Dla autora ciężka kompromitacja. Jak to, jeszcze pani nie powiedziano? No, może istotnie, raczej się o tym milczy.

– Ejże…?

Przyglądałam mu się pytająco i podejrzliwie. Ostrowski skrzywił się i wypił resztkę kawy.

– Po złym filmie sprzedaż książki gwałtownie spada, naprawdę pani o tym nie wiedziała? Autor traci popularność, wygasa zainteresowanie. Parę osób już na tym ucierpiało, między innymi Benigna, Dyszyński, Marsz…

– Ewa Marsz…!

– No właśnie. Przez te, pożal się Boże, wizje na ekranie. A pani sama…?

– Niech mi pan tego nie przypomina! Ja mam rekord, nigdy nie poszło i zostało wykasowane, ale tu przynajmniej znam przyczyny. Wzajemne animozje twórców, może i z Drżączkiem ktoś się kłócił, bo z Wajchenmannem nikt by się nie ośmielił. A może…? Wielkie emocje to potęga! Zaraz – zaniepokoiłam się. – Naprawdę po filmach sprzedaż spadła?

– W różnym stopniu, ale generalnie tak. Osobiście zetknąłem się z tym zjawiskiem, rodzaj zniechęcenia do autora. Panią to zdumiewa?

– Ależ, co pan, przeciwnie! To znaczy owszem, zdumiewa mnie, że reakcje czytającego społeczeństwa są tak bardzo zbliżone do moich, nie spodziewałam się takiego poparcia!

– Przecież pani to zna – wytknął mi Ostrowski z lekkim zgorszeniem. – Sama pani tak mówiła, zawsze wina spada na autora.

Kiwnęłam głową bardzo gwałtownie i nawet kilka razy, rezygnując z obiektywizmu całkowicie.

– Szczerze mówiąc, gdybym najpierw zobaczyła filmy z Agaty Christie, konkretnie „Strzały w Stonygates” i „Tajemnicę bladego konia”, jej książek do ręki bym nie wzięła. Także „Uśpione morderstwo”. Śmiertelna kompromitacja i rzeczywiście antyreklama, zresztą ona o tych cudach natury miała podobną opinię. Mary Higgins Clark to samo, szczęście, że ja dużo czytam i zawsze wyprzedzam film. A Ewa Marsz? Mała, tłusta blondyneczka w postaci Agnieszki Dygant…! Jeżeli Agnieszka Dygant jest małą, tłustą blondyneczka, to ja śpiewam w operze! Co za kretyn tak dobierał obsadę?!

– Jak to, co za kretyn, oczywiście reżyser.

– Który?!

– Błyskotliwy twórca, Juliusz Zamorski. Ostatnio dostał jakieś wyróżnienie.

Zamorski…! Ten od scenariusza! No, wreszcie, tyle się przynajmniej dowiedziałam. Pomamrotałam pod nosem, używając słów, powszechnie ocenianych jako wysoce obraźliwe, i gestem zaproponowałam Ostrowskiemu drugą filiżankę kawy. Zgodził się chętnie, bo filiżanki miałam dość małe.

– Myśli pan, że dlatego ona przestała pisać? – spytałam ostrożnie, stawiając repetę napoju na stole.

Ostrowski, z łyżeczką w cukiernicy, wstrzymał gest i łypnął na mnie bystrym okiem.

– Ewa Marsz? Interesująca supozycja. Ale sądziłem, że pani wie lepiej?

– Dlaczego ja miałabym…?

– Takiego doznałem wrażenia, że pani jest z nią jakoś związana… Nie, złe słowo. Raczej zaprzyjaźniona… No, zainteresowana nią…

– Przeciwnie, nic o niej nie wiem i właśnie chciałabym się dowiedzieć. Skąd się panu to wzięło?

Ostrowski mieszał kawę i zastanawiał się przez chwilę.

– Chyba ktoś coś napomykał. Z kimś pani o niej rozmawiała…? Filmy…? Kasety…? Taki mętny powiewek…

Zdążyłam pomyśleć, że po telewizji plotki latają nie z żadnym mętnym powiewkiem, tylko z dzikim świstem, kiedy nagle szczęknęły drzwi i w przedpokoju rozległ się rumor. Nie dzwoniąc do furtki, nie pukając, potykając się na wycieraczce, wpadła Magda niczym trąba powietrzna. Wyhamowała dopiero przy schodkach salonu, łapiąc dłońmi blat bufetu. Rozpędzoną torbą zdołała jeszcze brzęknąć w stojącą lampę.

Zerwałam się z kanapy. Magda, zawsze elegancka, dopracowana, z nieskazitelnym makijażem, teraz miała włos rozwiany i rozmazaną, pobladłą twarz, wsparta o bufet stała i ziajała. Ostrowski zerwał się również i zamarł, wpatrzony w nią ze zdumieniem.

– Magda…? – bąknął słabo.

– Jezus, Mario! – wykrzyknęłam ze zgrozą, pośpiesznie wyłażąc zza stołu. – Co się stało?!

– Daj mi coś – zaszczękała zębami Magda. – Wódki, koniaku, co tam masz. To ty powinnaś… Te różne trupy to twoje hobby, nie moje! Daj cokolwiek!

Rzuciłam się do szafki, pod rękę wpadł mi calvados, trunek rzetelny, chwyciłam dużą koniakówkę, chlupnęłam jej od serca. Nie certoliła się, zużyła całość za jednym zamachem, wyciągnęła ku mnie kieliszek.

– Widziałam samochód, Adam… mnie odwiezie. Mam nadzieję… Daj jeszcze trochę!

Powtórzyłam operację. Magda wykazała już teraz pewien umiar. Ostrowski troskliwie, acz jakby odrobinę niepewnie, zdjął jej torbę z ramienia, pomógł zejść po trzech schodkach, usadził w fotelu. Magda odetchnęła głęboko i spróbowała przygładzić nastroszoną fryzurę. Z grzeczności wymacałam drugi kieliszek, nieco mniejszy, też sobie trochę nalałam, do towarzystwa.

– No, mów! – zażądałam niecierpliwie.

– Uciekłam – zakomunikowała Magda. – Potworny widok. Trudno, uciekłam.

– Skąd uciekłaś?

– Jak to, skąd, z telewizji. Znad tych zwłok.

Mignęło mi, że może kręcili kryminał i ofiarę zaprezentowali zbyt realistycznie. Ale przecież Magda powinna być przyzwyczajona…?

– Mimo wszystko, telewizja to nie prosektorium. Skąd ci się tam wzięły zwłoki?

– To nie mnie się wzięły, one były. Czekaj, zaczynam bredzić. Chyba jakieś dziwne pytania mi zadajesz, nie mogę ich opanować.

– Może lepiej opowiedz wszystko własnymi słowami – zaproponował delikatnie Ostrowski.

– Czy my nie jesteśmy na siebie obrażeni? – zainteresowała się Magda chłodno i podejrzliwie.

Ostrowski się zakłopotał.

– Nie jestem pewien, ale chyba już nie. No, tak sądziłem. Od tej ostatniej kolaudacji w Łodzi…

– Teraz już nie jesteście – zadecydowałam stanowczo. – Bez znaczenia. Pan Adam ma rację, opowiedz wszystko własnymi słowami, od początku. Poszłaś do telewizji i…?

– Skąd wiesz, że poszłam do telewizji?

– Skoro stamtąd uciekłaś, musiałaś przedtem pójść, nie mieszkasz tam przecież. Poszłaś do telewizji i… Na Woronicza?

– Zgadza się, na Woronicza. Przez ciebie, poszłam szukać tych kaset. Przez telefon nic mi się nie udawało, więc musiałam iść osobiście.

– Z wdzięczności, w razie potrzeby, wezmę trupa na siebie – zapewniłam ją gorliwie i szlachetnie.

– Nie dasz rady, on duży. No, średni. Ale tłusty. Okropność!

Otrząsnęła się z lekka i spojrzała na swój kieliszek, już pusty. Czym prędzej nadrobiłam niedopatrzenie, nie żałowałam jej calvadosu. Ostrowski na moment jakby stracił wątek, ze zmarszczonymi brwiami wpatrzył się w breloczek z kwiatkiem, wiszący za oparciem kanapy.

– Ciekawa rzecz – rzekł w zadumie. – Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu widział tłustego trupa…

– A chude trupy widywałeś?

– Zdarzyło się parę razy…

– Tłuste trupy przytrafiają się rzadko – przerwałam im znów z wielką stanowczością w obawie, że dyskusja rozwinie się w niepożądanym kierunku, aczkolwiek głowy bym za własną opinię nie dała. Być może tłuste trupy spotyka się często. – Mów dalej. Poszłaś i…?

Magda westchnęła i wzmocniła się nieco.

– Pogadałam z paroma osobami, zdemoralizowałam znajomego ochroniarza, za skarby świata nie powiem, który to, zmyliłam tropy i zeszłam do takiego jednego tajnego magazynu. Przez czysty przypadek wiedziałam, gdzie on się znajduje. Oczywiście wstęp tam jest wzbroniony, ale starego kodu nie zmienili, niedopatrzenie zapewne albo zwykła głupota. Chociaż, prawdę mówiąc, trochę się bałam jakiegoś alarmu, nic mi wprawdzie nie mogą zrobić, bo i tak mnie już wylali, ale drugi raz taka sztuka by nie wypaliła.

– Czyli to był tak zwany ślepy fart…

– Właśnie zaczynam w to wątpić. Raczej ślepy niefart. Tam takie małe schodki na końcu, ciemno było, nie chciałam na oślep macać po ścianach, żeby na jakiś guzik nie trafić, zaświeciłam sobie zapalniczką i on tam leżał. O mało sama trupem nie padłam!

Obydwoje z Ostrowskim zgodnie wyraziliśmy jej współczucie. Magda ponownie się otrząsnęła, powiedziała „brrrr” i sięgnęła po papierosa.

– Prawie na niego wlazłam. Dobrze, że się zatrzymałam przy tym pstrykaniu zapalniczką, bo jeszcze krok, a wyłożyłabym się obok. Taki skłębiony leżał na dole tych schodków, trochę nawet na ostatnim stopniu, zakrwawiony, okropny widok, przyśni mi się! W dodatku twarzą był obrócony do góry, rozpoznałam go, własnym oczom nie uwierzyłam!

– I kto to był? – spytał szybko Ostrowski, błysnąwszy okiem w kierunku dyktafonu.

– Jesteś pewna, że był nieżywy? – zatroskałam się równocześnie. – Bo może zleciał i tylko się potłukł?

– Ze strasznym wstrętem zdobyłam się na wielkie męstwo – pochwaliła się Magda. – Pomacałam go. Zimny jak trup! I nie próbowałam go ugniatać, ale chyba raczej sztywny. I w ogóle niemożliwe, żeby człowieka tak zdemolowało i zostawiło przy życiu!

– I kto to był? – powtórzył Ostrowski.

– Jak to, jeszcze tego nie powiedziałam? Zamorski!

– Juliusz Zamorski…?!

– Juliusz, zgadza się.

– Jesteś pewna?

– Chyba, że ma brata bliźniaka, ale o tym nic nie wiem.

Ostrowski okazał poruszenie, przez chwilę wyglądał tak, jakby równocześnie chciał tu zostać na zawsze i wybiec z nadprzyrodzonym przyśpieszeniem. Zakręciło mnie w środku, nie dość, że książki, to jeszcze i ten scenariusz Ewy złapał… No i dobrze, więcej nie złapie!

– Pomór na płazińce… – wyrwało mi się z nieprzyzwoitą satysfakcją.

Na moment zamarli obydwoje. Ostrowski jakoś charknął.

– Co proszę…?

– Czy to obelga? – zainteresowała się gwałtownie Magda.

Z żalem poczułam się zmuszona uściślić określenie.

– No nie… Chociaż może tak… Naprawdę to są pierścienice, ale nazwa wydaje mi się zbyt wdzięczna, wolę płazińce. Mam na myśli pijawki. Pijawki w sensie pasożytów, żywią się cudzym i pęcznieją…

Magda złapała w mgnieniu oka i pochwaliła z uznaniem.

– Zgadza się, aprobuję, jeden spęczniał już prawie do pęknięcia! Ciekawe swoją drogą, co ten tam robił…?

Ostrowski miał na ustach sto pytań naraz, wyraźnie to było widoczne, ale nie dałam mu dojść do słowa.

– Czekaj, mów teraz dokładnie – zażądałam. – Spódnicę, widzę, masz wąską… Przykucałaś do tego macania?

– Nie, schyliłam się. Wiem, o co ci chodzi, specjalnie uważałam, żeby się niczym nie umazać, to odruch.

– Zeszłaś niżej? Deptałaś dookoła?

– Przeceniasz moją odporność – skarciła mnie Magda. – Gdzie stałam, tam wrosłam. Tę potworną twarz miał najwyżej, nie leciał do góry nogami, bohatersko spełniłam obowiązek, pomacałam i wyszłam tyłem. I nie potknęłam się, co mnie bardzo dziwi.

Pochwaliłam ją wręcz euforycznie. Ostrowski otworzył usta i znów mu je zamknęłam.

– Ktoś cię tam widział?

– Nie wiem. Miałam nadzieję, że nikt.

– I co potem zrobiłaś?

– Spróbowałam pomyśleć, co mi chyba niezbyt dobrze wyszło. Tam zaraz obok jest lekarz, ten taki ośrodek rehabilitacyjny, pielęgniarki, pacjenci i tak dalej, uchyliłam drzwi, w środku byli jacyś ludzie, krzyknęłam, że zwłoki leżą na schodkach, i uciekłam. Szybko uciekłam, a drzwi za sobą zamknęłam, więc możliwe, że nie zostałam rozpoznana. Ale czułam się niezmiernie wstrząśnięta i nie przyszło mi do głowy nic lepszego, jak tylko natychmiast przyjechać do ciebie. Szczególnie, że z Woronicza do ciebie najbliżej i miałam prostą drogę.

– Może lepiej było zadzwonić anonimowo do policji – mruknął z naganą Ostrowski, jakiś zmartwiony i zakłopotany. – Z byle, którego telefonu w telewizji. W tej sytuacji mnie się wszystko sypie z rąk.

– Oni tam nagrywają, a mój glos łatwo rozpoznać – zauważyła przytomnie Magda.

– Co się panu sypie? – spytałam surowo. – A, rozumiem, wiedza, nie ujawniać źródła i tym podobne?

– Mniej więcej. Bo tu masz rację, co on tam robił? – zwrócił się do Magdy. – Po co polazł do magazynu? Czy rzeczywiście polazł tam sam, dobrowolnie, czy może ktoś go kropnął gdzie indziej i spuścił ze schodków pośmiertnie? Jeśli tak, to, kto i dlaczego? Powinienem tam już być, ale nie mogę, bo niby skąd coś wiem? Ja jestem prasa, w telewizji rzadko bywam, żaden pretekst na poczekaniu nie przychodzi mi do głowy! Nawet wzmianki puścić nie mam szans!

– No to trudno, wzmiankę tym razem pan sobie daruje. A jeśli Magdę wykryją, ma pan wiadomości z pierwszej ręki…

– Myślisz, że mogą mnie wykryć? – zaniepokoiła się Magda. – Wolałabym nie, bo co mam powiedzieć? Że, po co tam poszłam?

– Jak to, po co, do tego centrum rehabilitacyjnego! Pojęcia nie mam, co oni tam robią, ale chciałaś sobie coś wyleczyć albo usprawnić, wymyśl cokolwiek. Albo o…! Chciałaś się właśnie dowiedzieć, co robią. A w ostateczności niech będzie, zwal na mnie.

– Ale jeśli ty powiesz prawdę, zwrócisz powszechną uwagę na Ewę Marsz.

O, cholera…! Ewa Marsz… Klęska jej życia padła trupem na schodkach w podziemiach telewizji, wróg numer jeden, każdy ćwok natychmiast wymyśli, że musiała mieć z tym coś wspólnego! Nawet, jeśli miała, nie szkodzi, będę ostatnią osobą, która wepchnie ją w taką mielonkę. Już prędzej rzucę podejrzenia na siebie.

– Otóż to! – podchwycił żywo Ostrowski, znów z troską spoglądając na dyktafon. – Myśli pani, że ma to związek z Ewą Marsz? Rozeszło się, że pani się nią interesuje… Rozmawialiśmy o motywach… Co prawda ani Wajchenmann, ani Drżączek na razie jeszcze jej nie ruszali, chociaż… sprawdzę to… ale Zamorski…? Już jej się ostro naraził, ale pani chyba wie coś więcej…?

– Uważasz, że tamtych pozabijała dla kamuflażu, żeby nieznacznie dojść do Zamorskiego? – zainteresowała się Magda.

Zirytowali mnie obydwoje.

– Jeśli nawet, to zdaje się, że nieznacznie jej się nie udało, na Woronicza mają już chyba duży ubaw. Gdzie ona w ogóle jest, do diabła, ta cała Ewa?

– To pani nie wie?

– Nikt nie wie! Nawet rodzice!

– Ciekawe – pokręcił głową Ostrowski. – Może powinien wiedzieć mąż?

Magda przyszła już do siebie, calvados pozwolił jej dość szybko odzyskać siłę ducha.

– Ona ma męża? – zdziwiła się i pomacała włosy na głowie. – Słuchaj, Joanna, z pewnością masz jakieś lustro, czy ja bym mogła trochę się uporządkować?

– Mam kilka luster, ale chyba najbardziej przyda ci się to w łazience. Idź do sypialni, łazienka jest na końcu. Powinna mieć męża, o ile wiem, ale chyba rozwiodła się dość dawno…

Przypomniałam sobie, Lalka mówiła coś o nazwisku Ewy Marsz po mężu, ktoś mówił, że i od męża uciekła tak jak od ojca, a, to ta Wiśniewska… Z pewnością mężem nie był Poręcz, który pojawił się w tym układzie niczym wrzód na tyłku i pasował jak pięść do nosa. A może nie od męża uciekła, tylko od gacha, zaraz, według opinii sąsiadki Wiśniewskiej uciekła właśnie od Poręcza. To gdzie mąż…? Ostrowski okazał się lepiej zorientowany.

– Miała męża, rozwiodła się, ale niemożliwe, żeby wszelkie kontakty zostały zerwane, bo przecież w grę wchodzi dziecko. Syn, został przy ojcu. Kulturalnie się to odbyło i po cichu, nikt się nie wtrącał, Ewa Marsz jeszcze wtedy nie była znana, dopiero zaczynała pisać. Teraz ten syn to już nastolatek, nie pamiętam jak mu na imię, tyle wiem, że obaj wyjechali z Polski. Zdaje się, że do Szwajcarii, chodziło o jakieś kwestie zdrowotne, mąż Ewy Marsz był lekarzem i mam wrażenie, że robił specjalizację w ortopedii.

Magda słuchała, zatrzymawszy się w holu.

– Do ortopedii Szwajcaria pasuje – zaopiniowała i poszła wreszcie do tej łazienki.

– Pamięta pan może, jak się nazywał? – spytałam szybko.

– Pamiętam, bo przypadkiem jest to panieńskie nazwisko mojej byłej teściowej. Siedlak. Żadna rodzina, a jeśli istniał wspólny przodek, to ze trzysta lat temu i nic o nim nie wiem, poza tym ciekaw jestem, jak tego Siedlaka wymawiają w Szwajcarii.

– Coś mu tam pewnie zmienili…

Z pustej ciekawości zaczęliśmy snuć rozmaite przypuszczenia. Magda, znów elegancka, uczesana i upiększona, wróciła z łazienki akurat na Schelacka, z którego wychodził nam zwykły szelak, i Saidlaque'a, budzącego duże wątpliwości. Grzecznie spytała, czy filmowe zbrodnie na umysł nam padły.

– Nie zdziwiłabym się! – westchnęłam. – Umysł umysłem, ale jak ja mam tego Siedlaka znaleźć w Szwajcarii?

– Przez Internet…?

– Ręka by mi uschła… – zaczęłam ponuro i nagle przyszła mi na myśl Lalka. Lalka, oczywiście! Nawet gdyby kochała Internet tak samo jak ja, może się posłużyć mężem albo Kaśką, Kaśka z pewnością w tym tkwi, internetowe pokolenie, a do tego znajomość języka. I znajomość Lalki z Ewą. Bardzo dobrze, niech go Kaśka szuka!

Ostrowskiemu coś tam w nagrywającym przyrządzie się skończyło, nieznacznie wyłączył go i schował, co dowodziło nie tylko poczucia taktu, ale także dużej przezorności.

– Nie chcę niczego sugerować ani podsuwać własnych pomysłów – rzekł – ale czy przypadkiem nie wystąpiło tu coś w rodzaju inspiracji? Zabójca Wajchenmanna… w plecy dostał, więc samobójstwo wykluczone… miał swoje powody, może mu i Drżączek podpadł…

– Też zastrzelony? – spytałam szybko, bo policja po pierwszym zrywie jakoś mnie zlekceważyła i nie miałam szans na żadne intymne szczegóły.

– Też. I zdaje się, że z tej samej broni, chociaż tego wyraźnie nie powiedzieli. Wracając do tematu, komuś innemu przyszło do głowy skorzystać i na konto owego zabójcy kropnąć dodatkowo Zamorskiego. De facto nie żaden seryjny morderca, tylko dwóch różnych sprawców. Co panie na to?

Panie rozbiegły się w poglądach. Magdzie w zasadzie było ganc pomada, chętnie godziła się nawet na trzech zabójców, mnie odpowiadał bardziej jeden. Z przyjemnością powitałabym także jeden motyw, przy wszystkich ofiarach ten sam, żeby przestali paskudzić. Skoro nie ma innego sposobu ukrócenia ich twórczości, należy zadziałać radykalnie.

Przez długą chwilę rozważaliśmy sprawę. Ostrowski powątpiewał w słuszność mojego zdania, motyw niejako artystyczny wydawał mu się niedostatecznie silny, stawiał raczej na czyjeś dążenie do kariery i usuwanie kłód z życiowej drogi. Magda bez nacisku podsuwała myśl o wątku romansowym, na który jej wyobraźnia aktualnie reagowała wręcz żywiołowo.

Ostrowski chętnie podzielił się z nami swoją wiedzą na temat Drżączka i usunięcie z pola widzenia dyktafoniku stało się w pełni zrozumiałe. Nie wszystkie informacje uzyskał legalnie, a wnioski powyciągał już we własnym zakresie, przy czym samokrytycznie stwierdził, iż oblicze owych wniosków może o jego własnym morale świadczyć nie najlepiej.

Otóż ktoś tam w Łodzi podsłuchał, jak Drżączek umawiał się na spotkanie z kimś tam w Warszawie, ustalał dzień i godzinę, miejsce jak zwykle, wszyscy wiedzieli, że zatrzymuje się z reguły na Narbutta, metę ma taką, mieszkanie puste, właścicielka umarła, syn i spadkobierca za granicą siedzi, o lokal dba sąsiadka i ta sąsiadka Drżączkowi wynajmuje, ciągnąc dla siebie skromne zyski. Zagnieżdżony wygodnie i bezpiecznie. Tyle, że drzwi wejściowe bez zamka zatrzaskowego, zatem wychodząc, trzeba kluczem gmerać, co tłumaczy niejako cały dalszy ciąg wydarzeń, których finał osobiście oglądałam na ulicy.

Z kim się ten Drżączek umówił, w pierwszej chwili nie było wiadome. Głupie miny stroił, pęczniał zadęciem i powiedzieć nie chciał, ale druga strona rychło farbę puściła. Hochsztaplerstwo się u nas rozpleniło, złodzieje mienia publicznego jawnie i bezczelnie występują, no i ten… wszyscy wiedzą, który… no, ten taki… pochwalił się, że nikt mu już teraz nie przytruje, bo będzie robił za sponsora. Artystycznego. Właśnie zaczyna pertraktacje, epokowe dzieło sfinansuje, producent światowej klasy, mistrz Drżączek będzie kręcił z rozmachem nową wersję „Starej baśni”, bo ta poprzednia mu się nie podoba…

– A jest ktoś, komu się podoba? – zdziwiłam się.

– Owszem. Twórca – pouczyła mnie uprzejmie Magda.

– Ale przecież już w tytule popełnił plagiat z Kosidowskiego! „Gdy słońce było bogiem” to Kosidowski, między innymi o Aztekach! Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi?

– Bo Kosidowski chyba nie żyje?

– No to, co? Plagiat żyje i kwiczy!

Magda wzruszyła ramionami. Nie zwracając na nas uwagi, Ostrowski kontynuował, bo co mu szkodziło.

– Teraz ten wielki niedorobiony producent gimnastykuje się i na łbie staje, żeby udowodnić, że go wcale u Drżączka nie było. Nie poszedł na to umówione spotkanie, bo usłyszał od kogoś, że mistrz Drżączek wcale nie jest takim mistrzem i istnieją lepsi od niego, więc się zawahał i jął pilniej rozglądać. Gdzie indziej poszedł i z kim innym się spotkał, i moim zdaniem jest to prawda. Alibi byłoby murowane, gdyby nie to, że ten świadek, z którym się spotkał, za cholerę się do podejrzanego nie przyzna, ponieważ zalicza się do grona naszych wicepremierów…

– A wicepremierów u nas jak mrówków…

– Otóż to. Także byłych. I można sobie dowolnie zgadywać, który z nich w grę wchodzi. W każdym razie z podsłuchu społecznego wynika, że Drżączek o uzgodnionej porze był w domu i czekał. No i doczekał się. Na kogoś innego. Ten ktoś go kropnął prawie identycznie jak Wajchenmanna, tyle że od frontu, dwa strzały. Zostawił zwłoki i wyszedł. Zapewne się śpieszył, bo o drzwiach zapomniał, chociaż oczywiście mógł wziąć klucze Drżączka i zamknąć, opóźniając tym samym odkrycie zabójstwa, ale nie. Nawet chyba na klamkę porządnie nie domknął, bo ta sąsiadka, opiekunka lokalu, wracała z miasta i natychmiast zauważyła, że coś jej nie gra. Weszła, zobaczyła ofiarę, wpadła w histerię i ze strasznym krzykiem wyleciała na ulicę… To już znałam z relacji bezpośrednich.

– I zdaje się – dołożył Ostrowski nieco złośliwie – że tam jej od razu rozkwitł dodatkowy kłopot. Jak tu się, mianowicie, nie przyznać właścicielowi do potajemnego wynajmowania. Żeby chociaż ten Drżączek popełnił samobójstwo, no, na upartego dałoby się może coś z tego wycisnąć, jakiś podlec się włamał i świństwo porządnym ludziom zrobił, ale dwóch…? To już za dużo, nie ma przeproś.

– Przechlapane – potwierdziła stanowczo Magda.

Zastanowiłam się.

– Gdzie ten Drżączek umawiał się przez telefon?

– Jak to…? W Łodzi. Mówiłem przecież?

– Nie, ja mam na myśli konkretne miejsce. W jakiejś knajpie, w telewizji, u kogoś w mieszkaniu…?

– W telewizji. W bufecie. Przez swoją komórkę wśród ludzi rozmawiał.

– No to w godzinę później mógł o tym wiedzieć cały świat, nie tylko miasto. Myślałam, że bardziej kameralnie, i udałoby się wytypować kogoś z grona słuchaczy, ale w tej sytuacji można sobie pokichać. Zresztą, nawet jedna sztuka by wystarczyła, żeby przekablować dalej, telefony działają i proszę, już się sprawca zasadził.

– I myślisz, że on myślał…

– Ogólnie z pewnością coś myślał, ale oprócz tego przypuszczam, że ujrzał okazję. Kropnie Drżączka, a na tego umówionego padnie. Może nie lubił obu.

– Wysoce prawdopodobne – zaopiniował z uciechą Ostrowski.

I dopiero, kiedy obydwoje z Magdą poszli, moje całe jestestwo przyjęło do wiadomości zaistniałą sytuację i poczuło wspaniały dreszcz emocji. Ależ to piękne! No, niepokojące również… Trzeci kolejny szkodnik padł u progu haniebnego zamiaru, nie zdążył napaskudzić, na likwidację Wajchenmanna doprawdy był już najwyższy czas, Drżączek śmiecił na razie we własnym zakresie, ale zważywszy ujawnione dotychczas talenty wrodzone, lada chwila mógł się złapać za cudze. Pomysł, że podpuszczony reklamiarz stracił równowagę, wydawał mi się coraz bardziej realny, skompromitował się przecież tą reklamą dennie! No i teraz ten nadęty grdul, konkursowy płaziniec Zamorski…

Do licha! Gdzie się podziewa Ewa Marsz…?


* * *

Telewizja rzeczywiście przeżywała ubaw po pachy.

Zagadkowy i krew w żyłach mrożący okrzyk zza drzwi usłyszały wszystkie osoby obecne w pomieszczeniu. Nikt w jego treść nie uwierzył, ale zgodnie z naturą ludzką ciekawość zrobiła swoje. Słowo „schody” stanowiło wskazówkę, pierwsze spojrzenia odruchowo pobiegły tam, gdzie niższy poziom stwarzał możliwość istnienia wymienionego elementu, ktoś obeznany z topografią budynku zapalił światło i straszny widok objawił się w całej pełni.

Lekarz był na miejscu, personel pielęgniarski również i wszelkie ślady wokół zwłok w mgnieniu oka zostały dokładnie zadeptane. Przybyłej w ekspresowym tempie policji o mało szlag nie trafił.

W kwestii informacyjnego okrzyku zeznania brzmiały następująco:

Po pierwsze, osoby, która wrzasnęła przez szparę w uchylonych drzwiach, nikt nie widział.

Po drugie, z pewnością była to osoba ludzka, a nie okaz fauny, na przykład papuga.

Po trzecie, okrzyk brzmiał:

Piskliwie, jakby dyszkant albo dziecko.

Jakiś taki przepity baryton.

Chrapliwe i okropnie krwiożercze. Mściwe!

Stanowczo męski, prawie bas.

Stanowczo damski, mezzosopran, chyba śpiewaczka.

Coś jakby spiżowy dzwon, alarmujący i stanowczy.

Grobowe, ponure, okropne, cmentarne, jakby z zaświatów.

Jakieś takie chichotliwe, głupi dowcip albo, co.

Odkrywcą, ewentualnie nawet sprawcą zbrodni mógł być, zatem każdy, od pijanego ciecia poczynając, a na pani wiceprezes – członkini zarządu kończąc. Pani wiceprezes dysponowała wprawdzie wysokim sopranem, ale pod wpływem stresu mógł jej się trochę głos zmienić. Pani wiceprezes, najzupełniejszym przypadkiem zaplątana akurat w dolnych rejonach budynku na poziomie studiów i obarczona podejrzeniami, zdenerwowała się okropnie i rzeczywiście głos jej się zmienił, tyle, że na nieco wyższy. Prawie można ją było podciągnąć pod „piskliwie, jakby dyszkant”. Naturalną rzeczy koleją błyskawicznie zdenerwował się cały zarząd i kłody pod nogi władz śledczych runęły lawiną. Po większej części błotną.

Równie szybkie stwierdzenie tożsamości zwłok spowodowało efekty jeszcze potężniejsze, acz nieco odmiennego rodzaju.

Rany boskie…! Zamorski…? Jak to, Zamorski?! Komu on się ostatnio naraził…? Co się dzieje, pomór na reżyserów, hekatomba! To musi mieć związek z Wajchenmannem, zaraz, tylko nasi idą pod nóż czy zagraniczni też…? Skąd on się tam wziął na schodach do magazynu, skąd w ogóle wiedział o tym magazynie, co miał tam za interes…? Zaniesiono go… Brednie, trzech silnych z trupem leciało i nikt nie zauważył…? Sam poszedł, ale, po co? Krzyckiego wygryzał, Żeromskiego mu zamierzał odebrać… Nie Żeromskiego, tylko Rodziewiczównę, jaką znowu Rodziewiczównę, jak to jaką, „Dewajtis”! To Litwa, zadrażnienia międzynarodowe jak w banku, mało nam jeszcze…? Na zlecenie go ktoś ukrócił, bo się upierał, nonsens, nie żadną Rodziewiczównę, tylko Kraszewskiego! Bzdura, o „Placówkę” poszło, przerabiał ją na zabór rosyjski…!

Supozycje natury czysto personalnej były znacznie piękniejsze, odrzucił scenariusz Kamińskiej, baba się wściekła, spieprzył strasznie opowiadanie Grzelaka, Grzelak szału dostał, nic podobnego, nie o to poszło, poderwał Pawlakowi tę jego dziunię, Pawlak już się dawno odgrażał, obraził publicznie Baśkę z montażu, jak się do niego kleiła, Baśce nóż się w ręku otwierał, z daleka było widać, a skąd, to ten mały Józio natrząsania się nie wytrzymał…

Sposób usunięcia ofiary z tego padołu również okazał się niepomiernie urozmaicony, od trucizny, poprzez uduszenie i strzały z broni wszelkiego autoramentu, aż do przebicia harpunem rybackim, nie pożałowano sobie niczego. Gwałtowny brak pomysłów i trudności słowne pojawiały się dopiero w obliczu konkretnego przesłuchiwania przez władze.

Policja miała ciężką zgryzotę, a budynek doznał czegoś w rodzaju stanu oblężenia. Nie wypuszczać nikogo, nie dopuszczać dziennikarzy prasowych! Zablokować wszelką łączność!

To ostatnie okazało się najdoskonalej niewykonalne, dzięki czemu w błyskawicznym tempie wieści rozeszły się po świecie i dotarły nawet do mnie z najmniej oczekiwanej strony.

Zadzwonił telefon i odezwała się w nim Miśka, siostra Lalki.

– Nie słyszy się o człowieku przez piętnaście lat, a potem nagle raz za razem wali mu się na głowę – powiedziała z niezadowoleniem. – Ze względu na Lalkę i na dawne czasy czuję się w obowiązku ci powiedzieć, że niejaki Jaworczyk rzuca na ciebie podejrzenia.

Żadnego Jaworczyka w życiorysie, mimo gwałtownego wysiłku, nie mogłam sobie przypomnieć.

– Kto to jest Jaworczyk i jakie podejrzenia? – spytałam surowo. – Nie znam Jaworczyka.

– Jeden taki. Ja też go nie znam. Pracuje w telewizji.

– To skąd ci się, na litość boską, bierze taka dziwna informacja…?

– Z elementarnej przyzwoitości. Nigdy mi nic złego nie zrobiłaś, więc uznałam, że powinnam.

– Może powiedz to odrobinę dokładniej?

– Nie mam czasu. W telewizji dzisiaj kogoś zabili, podobno to twój wróg czy coś takiego i ten Jaworczyk donosi policji, że masz z tym coś wspólnego. Jakieś tam są niejasne powiązania z Ewą Marsz, pytałaś mnie ostatnio o Ewę Marsz, więc ja nie wiem, mówię ci na wszelki wypadek.

– Skąd w ogóle o tym wiesz?!

– Mój chłopak dzwonił, on z tych sfer i słyszał gadanie Jaworczyka. On cię lubi. Muszę już kończyć, cześć!

– Cześć, dziękuję ci bardzo – powiedziałam w lekkim osłupieniu do rozłączonego już telefonu.

Ogólny sens wypowiedzi Miśki był w pełni zrozumiały. Co myślę o twórczości Zamorskiego, ujawniałam wielokrotnie, nie bacząc na liczbę i rodzaj słuchaczy. Szukałam kaset z jego filmami. Specjalnie uczepiłam się ekranizacji woniejących smrodem jakiegoś tajemniczego kantu. Kropnęłam padalca, można powiedzieć, u wrót tajemnicy! Ówże Jaworczyk, w przeciwieństwie do chłopaka Miśki, musiał mnie bardzo nie lubić, być może naraziłam mu się przy okazji któregoś nieudanego występu, pokojarzył sobie wszystko wedle własnego upodobania i radośnie uszczęśliwił mną gliny. A, czort go bierz, razem z jego skretynieniem!

Ze wszystkich obgadywanych w pierwszym rzucie osób nie znałam kompletnie tylko dziuni Pawlaka i małego Józia. Z pozostałymi zetknęłam się przelotnie.

W kwestii chłopaka Miśki nie miałam żadnej wiedzy.

Przytłoczone barwnością zeznań władze śledcze zdołały zachować zdrowe zmysły i wiarę w prawdomówność faktów. W pierwszej kolejności stwierdzono, iż denat Juliusz Zamorski padł trupem od ciosu w potylicę przedmiotem bardzo twardym i obficie tępokrawędziastym, możliwe, że ozdobnym, oraz od takiegoż ciosu w kark tymże samym przedmiotem. Podejrzenia natychmiast padły na któryś z historycznych rekwizytów, królewskie berło, hetmańską buławę, względnie turecki buzdygan, z przewagą dwóch ostatnich przedmiotów. Sprawca grzmotnął raz za razem, oba ciosy były prawie śmiertelne i równoczesne, nie wiadomo, zatem, któremu dać pierwszeństwo. Po czym zleciał lub też został zepchnięty ze schodków jakoś tak nieszczęśliwie, że dodatkowo uszkodził sobie, co tylko mógł, przedmiot zaś przejechał mu po twarzy. „Prawie śmiertelne” polegało na tym, że gdyby nawet ekstraordynaryjną sztuką medyczną utrzymano go przy życiu, pozostałby mu na zawsze całkowity paraliż i nieuleczalny debilizm. Sztuka medyczna jednakże wkroczyła z opóźnieniem i spokojnie zdążył sobie umrzeć bez dodatkowych zachodów.

Leżał tak w tym ciemnym i rzadko wizytowanym miejscu mniej więcej trzy i pół godziny, co od razu kazało wykluczyć winę herolda, ryczącego przez uchylone drzwi ośrodka rehabilitacyjnego. Bo niby, co? Zabójca trzasnął gościa i potem siedział nad nim przez trzy i pół godziny? Płacząc ze skruchą? Napawając się uroczym widokiem? Czekając na liczniejszą widownię? Następnie zerwał się, gromko obdarzył ekscytującą wieścią rehabilitowane społeczeństwo i w dzikim pośpiechu uciekł? A przedtem mu się nie śpieszyło?

Totalny idiotyzm.

Znaczy, Zamorskiego wykosił ktoś inny, raczej normalny, o ile ktokolwiek na tym świecie w ogóle jest normalny, na nic nie czekał, tylko oddalił się subtelniutko i dyskretnie, unosząc ze sobą narzędzie zbrodni. Bez wątpienia świadomie, dla utrudnienia śledztwa, ciężar owego torobajdła, bowiem wykluczał zabranie go przez roztargnienie. O ciężarze świadczył rodzaj obrażeń.

Zważywszy, zatem, iż złowieszczy komunikat zagrzmiał około dwunastej trzydzieści, zbrodnia nastąpiła w okolicy dziewiątej rano.

Chyba, że…

Pomieszczenie, do którego wiodły drzwi za schodkami, zostało udostępnione ekipie śledczej dopiero po niezbyt długich, ale nader gwałtownych pertraktacjach. Telewizja za nic w świecie nie chciała wpuścić nietaktownie wścibskiej policji do swojego wstydliwego sanktuarium, gdzie między innymi znajdowały się takie rzeczy, jak film „Jasne łany”, przystosowany w okresie licznych błędów i wypaczeń do ekranu telewizyjnego i nigdy nie emitowany, względnie dokumentalne kroniki filmowe, w tym pełne wzniosłych uniesień instrukcje, jak pracowita pani domu może w ciągu miesiąca poczynić oszczędności, wystarczające na zakup kapci szkolnych dla dziecka, worek na te kapcie zaś uszyć własną ręką. Także migawkowe scenki natury politycznej i społecznej, ujawniające oblicza osób, biorących w prezentowanych wydarzeniach udział, obecnie najstaranniej skrywany. Świetne materiały do szantażu. Oraz różne inne kompromitacje.

Policja jednakże krótką bitwę wygrała i wdarła się do sekretnej komnaty.

Bez najmniejszego trudu ekipa techniczna stwierdziła, iż w komnacie panuje lekki nieporządek. Bałagan to było za duże słowo, ale nieporządek pasował doskonale. Kurz nie rozkładał się równomiernie, gdzieniegdzie wydawał się wręcz wytarty, opakowania wykazywały jakby pewną żywiołowość, kasety luzem stały i leżały krzywo, jedno pudło na ziemi było w ogóle rozgrzebane, razem wziąwszy robiło to takie wrażenie, jakby często szukano tu czegoś w pośpiechu, zabierano, przynoszono i odkładano niedbale. Zważywszy, iż przytłaczająca większość pracowników telewizji o istnieniu komnaty nie miała najmniejszego pojęcia, nieliczna mniejszość zaś bez wahania przysięgła, że tam się wcale nie chodzi i prawie nie zagląda, wniosek nasuwał się prosty.

Ktoś tam był i czegoś szukał dopiero, co, zgoła przed chwilą.

Albo zabójca, albo ofiara.

Pytanie podstawowe: przed zbrodnią czy po?

I drugie: znalazł czy nie?

I oczywiście trzecie: czego, do pioruna, cholernik szukał?

Na poczekaniu wymyślono cztery warianty poczynań obu jednostek ludzkich, żywej i martwej.

Pierwszy: zaczął denat, przylazł, szukał, po nim przyleciał sprawca, nadział się na szukającego, kropnął go i uciekł. Szukanie miał w nosie, wykorzystał cudowną okazję pozbycia się wroga, a znalezisko zabrał tak sobie, bez powodu.

Drugi: wkradł się sprawca, też szukał, zakłada się, że znalazł, cokolwiek to było, zastał go przy tym denat na własne nieszczęście, został zabity i cześć. Sprawca uciekł od razu ze znalezionym łupem.

Trzeci: denat szedł pierwszy, sprawca za nim, rąbnął ofiarę, żeby jej nie dopuścić do pomieszczenia, wszedł sam i rozpoczął poszukiwania. W takim wypadku mógłby tam tkwić nawet i dwie godziny, i uciec z dowolnym opóźnieniem.

Czwarty: razem byli, razem szukali, znaleźli, nastąpiła kłótnia, sprawca wyszedł z niej zwycięsko, wydarł zdobycz z rąk ofiary i też uciekł.

W trzech wariantach zabójca opuścił miejsce zbrodni natychmiast, czyli zaraz po godzinie dziewiątej, w jednym gmatwał się tam nie wiadomo jak długo, może nawet do godziny dwunastej. W każdym z tych wszystkich wypadków dochodzenie musiało iść w odrobinę innym kierunku, co gorsza wszystkie hipotezy były technicznie możliwe. Ową dekoracyjną buławą czy buzdyganem sprawca mógł grzmotnąć równie skutecznie od góry, jak i od dołu, czyli znajdować się wyżej lub niżej niż ofiara, obojętne. Tyle, że koniecznie z tyłu. Nie od frontu. Nikt na razie jeszcze nie wiedział, czy to stwierdzenie będzie stanowiło jakąkolwiek pociechę.

Rzecz oczywista, daktyloskopia odwaliła swoją robotę, ponadto natychmiast złapana została archiwistka. Co powinno znajdować się w tym cholernym magazynie i czego obecnie brakuje, ma to określić natychmiast, a nawet jeszcze trochę prędzej.

Archiwistka, niejaka pani Danusia, zrobiła się śmiertelnie blada i gorzko pożałowała, że nie uciekła wcześniej, nie wpadła pod tramwaj, nie złamała nogi i nie uderzyła się w głowę przy niebezpiecznych pracach domowych. Mignęła jej nawet rozpaczliwa myśl o jakimś przestępstwie, dowodzącym pomieszania zmysłów, bo w takim wypadku stałaby się niedostępna wszelkim badaniom i starannie zamknięta w domu wariatów. Niestety, została tu, jak idiotka, ogromnie zaciekawiona sytuacją i teraz już było za późno. Osobnik z ekipy śledczej, wytypowany do pomocy, stał obok i nie odrywał od niej chciwego spojrzenia.

Zabezpieczanie wszelkich śladów w podejrzanym pomieszczeniu potrwało na szczęście dostatecznie długo, żeby pani Danusia zdążyła podjąć męską decyzję, rozpaczliwą i ryzykowną. Postanowiła mówić prawdę. Trudno, najwyżej wyleci z roboty, ale nie da się wplątać w żadne przestępcze kombinacje na wysokim szczeblu, w żadne kanty, przekręty i świństwa. Prawdę, samą prawdę, i tylko prawdę, gdyby udało się niekoniecznie całą, chętnie skorzysta, ale jak nie, to nie. W ostateczności nawet całą!

– Od tego się zaczyna, panie komisarzu, że ja tu pracuję dopiero dziewięć lat – rzekła z determinacją do przydzielonego bardziej może kontrolera niż pomocnika, i była to święta prawda – a to tutaj istnieje od wieków. Od początku. Za tamtego ustroju już było zapychane, nawet ten, co po dywanach butami od gnoju deptał, jak mu tam było… Szczapielski, Szczypański… tylko dokładał. Znaczy, kazał dokładać. Bo to nie ja decyduję, co tu ma leżeć, tylko ktoś wyżej i nie zawsze nawet wiadomo, kto.

Komisarz, z racji przydzielonych mu funkcji natychmiast obdarzony przez pracowników telewizji wdzięcznym, radzieckim mianem Kontropoma, stał w progu pomieszczenia i zastanawiał się, od którego kąta zacząć.

– Ale orientuje się pani w zawartości tego… magazynu czy archiwum… Wie pani, co się tu znajduje?

– Co też pan…? – zgorszyła się szczerze pani Danusia. – Tego się nie przekazuje komisyjnie. Normalne archiwa i magazyny, uporządkowane i ogólnie dostępne, znajdują się gdzie indziej, a to… to jest taki, można powiedzieć… tajny śmietnik. Co za moich czasów przyszło, to owszem, z wcześniejszych też trochę, ale reszta…?

– Ale ogólnie? Rodzaj rzeczy? Rodzaj materiałów?

– Prawdę mówiąc, tu jest wszystko. No, nie ubrania ani buty, ale kasety, płyty, spaskudzone taśmy, złe nagrania, dokumenty na piśmie i na kasetach, takie poufne, tajne, takie, których nie można pokazać i do których nikt się nie chce przyznać, pofałszowane umowy, kompromitujące sceny różne, urzędowe i prywatne, próbne zdjęcia karalne, całe metry i kilometry taśm, całe filmy nawet pousuwane przez cenzurę, zmarnowane pieniądze, a ile…! Wprost obraza boska!

– A to, co przy pani doszło, pani jakoś zapisywała, notowała?

– No pewnie.

– Na piśmie czy w komputerze?

Pani Danusia zawahała się.

– Różnie. Takie rzeczy mniej wstydliwe albo tylko do przeczekania… no, wszystko może się zdarzyć… To owszem, wprowadziłam do komputera, ale takiego… on nie jest podłączony do Internetu… Na wszelki wypadek, żeby w razie, czego nie było na mnie. A inne na piśmie, alfabetycznie, w jednym egzemplarzu, taki spis… Oryginały albo kopie jak przyszły, tak leżą…

Ostatnia informacja zainteresowała komisarza Kontropoma najbardziej, aczkolwiek przez moment miał wielką ochotę na próbne zdjęcia karalne. Przedłożył jednak obowiązki służbowe nad rozrywki prywatne z lekkim żalem, za to czystym sumieniem, i zwalczył pokusę.

Zabrali się do roboty.


* * *

Pojechałam na Kubusia Puchatka, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

Byłam tam kiedyś z wizytą u facetki, której za skarby świata nie mogłam sobie przypomnieć i pojęcia nie miałam, kto mnie do niej przyprowadził, wszystko, bowiem przebiła wówczas przerażająca dyskusja z jakąś panią stomatolog na temat zębów. Pewnie, o czym dyskutować ze stomatologiem, jak nie o zębach? Tyle, że ona upierała się przy pełnej niemożliwości dokonania zabiegu, którego wspaniałe rezultaty ja osobiście oglądałam na własne rodzone oczy. Zatem zabieg został wykonany z pełnym powodzeniem, prawie byłam przy tym, zdał egzamin celująco, sprawdziłam, nie posunęłam się wprawdzie do żądania, żeby zoperowana osoba mnie ugryzła, ale jeszcze w cztery lata później upewniałam się, czy wszystko w porządku i wciąż było cudownie. Znaczy, pani stomatolog bździła kitem i zezłościła mnie tak, że reszta okoliczności umknęła mi z pamięci.

Kto mnie tam zawlókł, do diabła…?

Już ubrana, w kurteczce, w pantoflach, cofnęłam się od drzwi i chwyciłam notes. Zawierał w sobie informacje, co najmniej z ćwierćwiecza albo i lepiej, i miałam nadzieję, że coś mi przypomni. Ta facetka, u której byłam dziesięć czy dwanaście lat temu, nazywała się jakoś na K. Z całą pewnością, na K. I miała coś wspólnego z medycyną, świat medyczny u niej siedział, do zębów nikt się nie wtrącał, zapewne mieli inne specjalności, lekarzy się na ogół starannie zapisuje, bo nigdy nie wiadomo…

Na K… Jest! Krysia Godlewska, Kubusia Puchatka, od Wareckiej, dwa łamane przez cztery, to ona! Z całą pewnością nie znam nikogo więcej z Kubusia Puchatka, mieszkania 14. Krysia Godlewska, oczywiście! Skąd ona mi się wzięła…?

Machnąwszy ręką na nieodgadnionych wspólnych znajomych, pojechałam.

Udało mi się zaparkować tuż przy Świętokrzyskiej, czyli na drugim końcu ulicy na szczęście krótkiej, i wówczas uświadomiłam sobie, że w ostatnich latach nastąpiło przeraźliwe rozmnożenie domofonów, a nie wszystkie bywają zepsute. Gwarantowane, że mają to świństwo i tutaj, co wobec tego powinnam powiedzieć, zadzwoniwszy z dołu? A jeśli tej Ewy nie będzie…? Który ona ma w ogóle numer domu, zaraz, Krysia Godlewska mieszka pod dwa przez cztery, drugie piętro, tak zapisałam w notesie, Martusia mówiła, że Ewa z tym idiotą Poręczem pierwsze piętro, może, zatem następna klatka schodowa…? Co tam, ryzyk – fizyk, spróbuję!

Nie musiałam próbować, bo tuż przede mną otworzyły się drzwi sześć przez osiem i wybiegł chłopiec w wieku szkolnym z foliową torbą w garści i plikiem kartonowych teczek pod pachą. Jedna teczka mu się wypsnęła, cofnął się po nią, skorzystałam natychmiast z miłym uśmiechem na obliczu, nadzwyczajnie zadowolona, że to chłopiec, a nie dziewczynka. Dziewczynka byłaby bardziej ciekawska, mogłaby spytać „pani, do kogo?”, chłopiec miał to w nosie.

Na pierwszym piętrze troje drzwi, no i pytanie, które? Listy lokatorów odeszły w siną dal, wizytówki i tabliczki z nazwiskami również, dobrze, że chociaż numery mieszkań zostały. Dwadzieścia osiem albo dwadzieścia dziewięć, jedno to Poręcz, drugie Ewa. Które…? O, co tam, po kolei.

Podzwoniłam sobie czas jakiś do drzwi numer dwadzieścia dziewięć łagodnie brzęczącym gongiem bez żadnego skutku. Nie to nie, pozostała jeszcze druga możliwość, nie daj Boże, Poręcz. Może mnie w ogóle nie pamięta i nie pozna? A nawet, jeśli, przecież łba mi nie odgryzie!

Drzwi numer dwadzieścia osiem również dość długo nie reagowały, zdążyłam się nawet zastanowić, jak tego Poręcza powitać, jeśli na niego trafię, prawie zrezygnowałam, kiedy z wnętrza dobiegł jakiś dźwięk. W wizjerze mignęło, ktoś szczęknął zamkiem. Bez głupich pytań drzwi otworzyły się niezbyt szeroko, zaledwie w jednej trzeciej i ujrzałam dużego faceta, niepodobnego do Poręcza w najmniejszym stopniu, gabarytów zdecydowanie potężniejszych. Zakasłał chrypliwie.

Owinięty był szczelnie kąpielowym szlafrokiem, szyję miał okręconą bandażem i szalikiem, jak przy anginie, i zmierzwione włosy. O, do licha, wywlokłam go z łóżka…?

– Słucham, pani, do kogo? – zachrypiał nieżyczliwie.

Równocześnie stwierdziłam, że spod szlafroka nie wystaje mu żadna piżama, tylko normalne spodnie i nie żadne domowe kapcie, tylko solidne obuwie wyjściowe. Leżał w łóżku w portkach i butach…? Zarazem doznałam silnego wrażenia, że szlafrok skrywa w swoim wnętrzu nie żadną piżamę, tylko zwyczajną marynarkę. Do tego ten rozczochrany łeb, osobliwy strój jak na chorobę, jak na igraszki prywatne chyba jeszcze dziwniejszy. Przez ułamek sekundy miałam w oczach wizję małpy, bawiącej się włoskami pana, małpy to lubią, nawet szlafrok zrozumiały, zwierzątko mogłoby zapaskudzić odzienie, ale co tu ma do rzeczy anginowy kompres?

– Przepraszam, czy tu mieszka pani Ewa Siedlak? – spytałam najwdzięczniej jak mogłam w tych okolicznościach.

– Nie – odparł sucho facet, najwidoczniej małomówny.

– A… Wobec tego mieszka tu obok. Może pan się orientuje, kiedy bywa w domu?

– Nie.

– Ale w ogóle jest? Nie wyjechała?

– Nie wiem. Nie znam sąsiadów. Pożałowałam, że nie wzięłam książki ze zdjęciem Ewy na skrzydełku.

– A w ogóle pan tu kogoś widuje?

– Nie wiem. Jestem chory. Zaraźliwie.

– Nic nie szkodzi, ja jestem odporna – zapewniłam go pocieszająco, ale dałam spokój. Czymś dziwnym mi tu zalatywało.

Zamknął drzwi skwapliwie i z nieskrywaną ulgą. Zeszłam, smętnie myśląc, że wyrabiam chyba jakąś normę, raz za razem natykam się na facetów, żywiących do mnie zdecydowaną antypatię. Dobrze, chociaż, że oni mi się też nie podobają, ten chory jeszcze bardziej niż młodzieniec z Czeczota, a w dodatku bawi się z małpą…

Zanim wolnym krokiem dotarłam do samochodu, zdążyłam uświadomić sobie, że nie chcę stąd odjeżdżać. Żadnego sensu to nie ma, niczego się nie dowiedziałam, poza tym, że jakiś półgłówek jest zakaźnie chory, ma anginę i leży z nią w łóżku w butach i w garniturze. Z tą anginą, znaczy. I ma małpę… a, nie, małpa to mój prywatny wymysł. Należało bodaj zajrzeć do skrzynki na listy, pusta czy zawiera w sobie ślad korespondencji? Należy w ogóle złapać kogoś więcej, jakiegoś normalnego sąsiada bez anginy, może ciecia, może kogoś znajomego… O, Krysia Godlewska!

Siedziałam chwilę przy kierownicy bezczynnie, bo mignęło mi drobniutkie wspomnienie czegoś podobnego, co okazało się kiedyś wysoce podejrzane. Gdzieś w zakamarkach umysłu pisnęło błyskawiczne skojarzenie, coś w rodzaju deja vu. Uczestniczyłam już kiedyś w takiej scenie. Drzwi mieszkania, do którego się nachalnie dobijałam, otworzył facet normalnie ubrany i zdrowy, niewątpliwie gość, bo w środku znajdował się drugi, niewątpliwie pan domu, w szlafroku i kompresie na szyi, a potem okazało się, że było to dwóch hochsztaplerów, którzy mnie wyrolowali artystycznie i przysporzyli mi potwornych kłopotów. Z tym, że pan domu rzeczywiście był chory, angina, górne drogi oddechowe czy inna jakaś zaraza. Młoda byłam, głupia nieziemsko i dałam się naciąć.

Coś z tamtego wydarzenia zaszemrało teraz w powietrzu.

Ruszyłam wreszcie, powolutku zaczęłam wyjeżdżać z parkingu, zastanawiając się, czy istnieje w Warszawie jakaś ulica, przy której nigdy nie mieszkał i nie mieszka żaden mój znajomy. Chmielna, Złota, Chałubińskiego, Madalińskiego, Kazimierzowska, Zgoda… odfajkowane, także Hoża, Opaczewska, Dorotowska, Żeromskiego, Koszykowa… Przestawiłam się na dzielnice, mam Mokotów, Sadybę, Służew nad Dolinką, nie wspominając o Śródmieściu, Stare Miasto, Pragę, Saską Kępę, Wierzbno, Wolę, Górce, Młociny…

Po dwóch metrach jezdni odpracował mi się samodzielnie prawie cały plan miasta. Nie no, bzdura, dokąd ja się wybieram, Krysię Godlewską mam pod nosem! Cofnąć się!

Z przejścia do numeru sześć przez osiem, które miałam dokładnie pod nosem, wyszedł nagle facet, z którym przed chwilą odbyłam konwersację w uchylonych drzwiach. Nie miał już anginy, na co wskazywał brak kompresu na szyi, nie miał też włochatego szlafroka, tylko jesienną salopkę siedem ósmych, pod szyją krawat i gładko uczesane włoski. Wsiadł do samochodu tuż przed moim zderzakiem i odjechał, zwalniając miejsce.

Zajęłam je natychmiast. Spojrzałam jeszcze tylko za cudownym ozdrowieńcem, mercedes, numer rejestracyjny… Na wszelki wypadek zapisałam go natychmiast, zanim udało mi się zapomnieć, i nawet nie dotarła do mnie niezwykłość faktu, że pod ręką, na fotelu pasażera, leżał długopis i coś, na czym dawało się pisać. Co prawda był to katalog sieci Campanilli z zeszłego roku, ale to już niezwykłości nie stanowiło, z reguły woziłam ze sobą, co innego, niż aktualnie powinno być potrzebne.

Na murze przy drzwiach wejściowych widniała malutka tabliczka „Krystyna Godlewska, dermatolog”, no proszę, dobrze mi się wydawało, że ona ma jakąś specjalność i prawo do prowadzenia praktyki prywatnej, nie musiałam wymyślać żadnych sztuk, zadzwoniłam zwyczajnie.

– Joasiu! Jak się cieszę…!

O, blada twarz garbatej kury, niech ja pierzem porosnę… Już parę razy przy różnych spotkaniach i promocjach rzucała mi się na szyję facetka, którą wiedziałam, że powinnam znać, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć, kim ona jest. Krysia Godlewska, oczywiście! No dobrze, ale nie ona jedna tak mi się rzucała, różne osoby płci obojga, my się przecież znamy, kopę lat, pamiętasz mnie chyba, przecież mnie poznajesz…?

Krysia szalała ze szczęścia.

– Jakiż cud cię sprowadza, nie jesteś chyba na nic chora? Czekaj, niech popatrzę… Nie, wyglądasz zdrowo… O Boże, za godzinę mam pacjentów!

Pacjenci byli mi nawet na rękę, przypomniałam sobie, że lubię Krysię, spędziłybyśmy zapewne razem całe popołudnie i wieczór, ale nie miałam na to czasu. Jeśli i ona zajęta, nie będzie problemu.

– To i lepiej, ja do ciebie mam krótkie i nagłe, niegrzecznie walnę wprost, mogę?

– Wal, napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Mam sok z selera, bardzo dobrze robi na skórę…

Zgodziłam się, czym prędzej na sok z selera, skoro go ma, nie zajmie się przyrządzaniem i nie zmarnujemy czasu. Ruszyłam temat.

– Szukam twoich sąsiadów z tego domu obok, spod sześć przez osiem, nikogo innego w tej okolicy nie znam, tylko ciebie, no, więc pomyślałam, że trudno, zawrócę ci głowę…

– Ależ zawracaj, zawracaj, ile chcesz!

– Jeśli sama nie wiesz, przynajmniej powiesz, kogo pytać. Siedlak. Znasz takie nazwisko? Podobno to lekarz.

Krysia odwróciła się, zdumiona, już ze szklankami soku w rękach.

– No jak to…? Oczywiście! Kuba Siedlak, jasne, że go znam! Razem byliśmy na studiach, potem tak trochę straciłam go z oczu, ale wiem, że zrobił specjalizację z ortopedii i wyjechał do Szwajcarii. Z synem. A co…?

– No właśnie mieszka w domu obok…

– A skąd! Nigdy nie mieszkał w żadnym domu obok mnie. A ja tu mieszkam już przeszło dwadzieścia lat – zastanowiła się i postawiła szklanki na stole. – Tym bardziej teraz nie mieszka, skoro siedzi w Szwajcarii, a że siedzi, to wiem.

Spróbowałam soku, wymieszany z jakimiś dodatkami był całkiem niezły.

– Dostałam taki adres. Osoba nazwiskiem Siedlak…

– Niejeden Siedlak na świecie – zauważyła filozoficznie Krysia i też usiadła przy stole. – Może jakaś rodzina. Zaraz, czy Kuba miał rodzinę? No miał, oczywiście!

Zaryzykowałam delikatnie.

– Może żona…?

– Jaka żona? A, żona! Rzeczywiście, ożenił się chyba już dawno, ale jakoś na krótko… Do licha, co ja mówię, musiał mieć żonę, skoro miał syna, sam go sobie przecież nie urodził. Myślisz, że żona zachowała nazwisko i teraz tutaj mieszka?

– Właśnie nie wiem i chciałabym się dowiedzieć. Z tego wynika, że ty tej żony nie znałaś?

– Nie, kompletnie. Ożenił się już po studiach, specjalizacje nam się rozeszły i kontakty osłabły. Raz go spotkałam później i pogadaliśmy trochę, jak już się wybierał do tej Szwajcarii, tam był kłopot z dzieckiem właśnie ortopedyczny, staw biodrowy, staw kolanowy, miał nadzieję chłopaka wyleczyć. Tak mi jakoś wyszło, że już był rozwiedziony, bo nie wyglądał na wdowca. To, co z tą żoną?

Nie zamierzałam kopać dołków pod Ewą Marsz. Skoro się nie reklamuje, proszę bardzo, niech jej będzie.

– Nic, ona z branży, słowo pisane, scenariusze, telewizja. Potrzebna mi. Masz może adres tego Siedlaka w Szwajcarii?

– Mam, oczywiście. I telefon. Dam ci, jak chcesz, on się nie ukrywa, legalnie tam siedzi. Nostryfikował dyplom, pozatwierdzał, co trzeba, doktorat i tak dalej, ordynuje, ma powodzenie, nawet ktoś ze znajomych specjalnie jeździł z nogą do niego. Trochę on może za bardzo zasadniczy, ale doskonały lekarz i porządny człowiek. A ta żona, co? Mieszka tu w końcu czy nie? Jak jej w ogóle na imię?

– Ewa. Rzecz w tym, że nie wiem, czy mieszka, pod tym adresem nikogo nie zastałam. Ty znasz z parę osób w najbliższej okolicy?

O Ewie nic, w porządku, to znaczy nie w porządku, ale trudno, Siedlaka od Krysi dostanę, może przez niego… Ciekawe jednak, czy ten cały Poręcz na pewno tu mieszka i czy to od niego wyszedł ów cudownie uzdrowiony z anginą. Zaśmierdziała mi tam atmosfera przekrętem, oj, zaśmierdziała!

– A jak? – roześmiała się Krysia na moje pytanie. – Dermatolog pod nosem i nikt by nie skorzystał? Nie chwaląc się, jestem całkiem niezła, gdybyś coś na sobie znalazła, masz mnie do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy!

– A słyszałaś może nazwisko Florian Poręcz?

– Florian…! Oczywiście! Jak to, przecież on znany, to wielka szycha w filmie, w telewizji…

Musiałam zaniedbać kwestię wyrazu twarzy, bo Krysia nagle urwała i przyjrzała mi się uważnie.

– A co? – spytała z wahaniem. – Reklamiarz…? Sam mi dawał do zrozumienia… Jako pacjent był u mnie, gdybym była młodsza i głupsza, jak nic złapałabym przynętę! Atrakcyjny chłopiec, nawet i bez tego owocu drzew iglastych…

Poręcz…! Szycha…! Chciałabym widzieć, jak Martusia to słyszy…

– Nooo – powiedziałam subtelnie – tak znowu w każde jego słowo nie musisz granitowo wierzyć. Siłę przebicia to on ma, zdaje się, ogromną, ale co do innych sił, ja mam równie ogromne wątpliwości.

Rozczarowanie Krysi zawirowało w powietrzu.

– Szkoda – westchnęła. – Miło wierzyć, że taki telewizyjny gieroj awanse czyni. Jesteś pewna, że przesadzał?

– Jak trzech ogrodników razem wziętych wiosną i jesienią. Mieszka tam? Pod mieszkania dwadzieścia osiem?

– Dwadzieścia osiem…? Zaraz… Tak, oczywiście, dwadzieścia osiem, adres pisałam na recepcie.

Nie bardzo był do siebie podobny zarówno we drzwiach, jak i na ulicy. Ciekawe, co tam się do tego Poręcza zakradło, gość czy włamywacz? No nic, do diabła z Poręczem na razie, ważniejsze są skrzynki listowe i w ogóle poczta. A przede wszystkim Siedlak w Szwajcarii.

Adres i telefon pana doktora ortopedy Krysia znalazła błyskawicznie. Okazało się, że nazwiska nie zmieniał, Bóg raczy wiedzieć jak go tam wymawiali i przekręcali, ale na piśmie wciąż nazywał się Jakub Siedlak. Był dostępny bez trudu, a nie zabraniał chyba synowi korespondować z matką.

Siedlakowa żona jednakże Krysię korciła. Chciała się dowiedzieć, jaka ona, jak wygląda, dlaczego się rozwiedli, pożałowała, że nic o niej nie wiedziała wcześniej i nie wypytała Kuby przy ostatnim spotkaniu. Wyznałam, że osobiście się z nią nie zetknęłam, ale wiem, że bardzo ładna i uzdolniona, w kwestii rozwodu zaś wysunęłam supozycję, że nastąpił przez Szwajcarię. Ewa nie chciała zapewne porzucać ojczystego kraju, bo pracuje w oparciu o polski język, tylko techniczne zawody są międzynarodowe. Zrobiłam, co mogłam, żeby nie zełgać i prawdy nie powiedzieć.

Wyszłam w końcu, w drzwiach mijając się z pierwszym pacjentem Krysi. Skrzynka listowa numer dwadzieścia osiem ziała pustką, i to nawet nieco przykurzoną, na ile zdołałam dojrzeć przez małe otworki.


* * *

Przez całe życie niecierpliwość pchała mnie do najrozmaitszych głupot. Zadzwoniłam do Lalki, w jej domu nikogo nie było, komórka powiadomiła mnie, że abonent jest chwilowo niedostępny, zadzwoniłam do Miśki, żeby spytać gdzie Lalka, w domu to samo, też nikogo, komórka wyłączona, zadzwoniłam do Martusi w celu naplotkowania o Poręczu, brak zasięgu, dokąd ją diabli zanieśli…? No i oczywiście niecierpliwość strzeliła mi kopa.

Zadzwoniłam do Szwajcarii, do miejsca zamieszkania ortopedy Siedlaka, który o tej porze w zasadzie powinien jeszcze być w pracy.

Słuchając sygnału, gorączkowo zastanawiałam się, jak właściwie należałoby się przedstawić. Podszyć się pod Lalkę? Rozwinąć cały łańcuch szkolnego koleżeństwa? Udawać podejrzaną…?

Z tamtej strony włączyła się sekretarka, nagrana dźwięcznym chłopięcym głosem. Po francusku. Udało mi się zrozumieć, że tu apartament pana doktora Jakuba Siedlaka…

Syn, niewątpliwie. Imię i nazwisko wymówione po polsku bez najmniejszego zniekształcenia, a pewnie, dziecko doskonale nauczywszy się francuskiego, nie zapomniało ojczystego języka.

Przy mojej furtce brzęknął gong.

…po odezwaniu się sygnału proszę zostawić wiadomość…

Przez oszklone drzwi zobaczyłam, kto dzwoni. Rany boskie, Robert Górski…!!!

…piiiiii…

– Och, cholera… – powiedziałam z jękiem do słuchawki i rozłączyłam się.

Wyglądało na to, że zostawiłam tym Siedlakom wiadomość nadzwyczaj dokładną. Otworzyłam Górskiemu furtkę i drzwi, zachwycona jego wizytą, gotowa niemal paść mu już w progu na szyję. Nie padłam tylko, dlatego, że dawno się nie widzieliśmy i nie chciałam straszyć go na samym wstępie.

Загрузка...