Tomek położył się na wygodnym posłaniu w cieniu przewiewnego szałasu. Długo błądził wzrokiem po bezchmurnym niebie, rozmyślając jednocześnie o zadzierzgniętej w tym dniu przyjaźni z tak niezwykłymi towarzyszami wyprawy. Puszył się nawet nieco, monologując po cichu:
“Nikt z moich kolegów w Warszawie nie może nawet poszczycić się znajomością z prawdziwym podróżnikiem. A tymczasem taki wytrawny łowca dzikich zwierząt jak pan Smuga, sam zaproponował mi swoją przyjaźń! Poza tym pan bosman Nowicki również nie jest pierwszym lepszym marynarzem. A jaki mir ma u załogi Aligatora! Na wszystkie jego polecenia majtkowie służbiście odpowiadają: »Ay, ay sir«[51]! i spełniają je bez szemrania. Takich to ja mam przyjaciół! Ponadto przecież jestem synem dowódcy łowieckiej ekspedycji...”
Przyjemne rozmyślania sprawiły, iż w końcu zmorzony sennością zasnął z błogim uśmiechem na ustach. Spał kilka godzin. Gdy się przebudził, było już ciemno, na niebie migotały gwiazdy. Jednocześnie dobiegały go głosy towarzyszy gwarzących przy ognisku. Zaniepokojony natychmiast podniósł się i szybko podszedł do nich.
— Dlaczego nie zbudziliście mnie? — zagadnął z wyrzutem. — Niewiele brakowało, a przespałbym całe polowanie!
Mężczyźni uśmiechnęli się do niego. Ojciec, robiąc mu miejsce obok siebie, uspokoił go:
— Nie obawiaj się! Mamy jeszcze czas. Dopiero co zapadł wieczór. Dingo zwykle wychodzą na łowy koło północy.
Tomek przysiadł przy ojcu.
— Piękne są tutaj noce na stepie, tylko mogłoby być trochę chłodniej — zagaił Smuga przerwaną rozmowę.
— Zgadzam się z panem, ale jednocześnie zapewniam, że i inne okolice Australii mają wiele swoistego uroku — gorąco stwierdził Bentley. — Gdybyście, panowie, znali ten kraj tak jak ja, może pozostalibyście u nas na zawsze.
— Bajki pan opowiadasz, za przeproszeniem! — nieoczekiwanie wybuchnął bosman Nowicki. — Nie mówiłbyś pan takich bzdur, gdybyś chociaż raz w życiu ujrzał naszą rodzinną ziemię! Jakie to cudne u nas pola, lasy! A nad naszą rzeką Wisłą, ile to pięknych miast! Kochana Warszawa, gród krakowski, ho, ho! aż żal serce ściska, że ich widzieć nie można. Co mi tam przy naszej Polsce wasza Australia z jej piekielnym upałem, suszami, powodziami, stadami owiec i Bóg tam jeszcze wie z czym! Przemierzyłem już prawie cały świat, ale wierz mi pan, że kości moje chciałbym złożyć tylko w polskiej ziemi...
Bentley umilkł zaskoczony gwałtownością słów bosmana. Dopiero po dłuższej chwili znów się odezwał:
— Nie chciałem urazić niczyich uczuć. Powiedziałem jedynie, że pokochałem Australię. Jak słyszałem, nie możecie powrócić teraz do własnego kraju. Po co tułać się po świecie? Może tutaj moglibyście znaleźć schronienie aż do lepszych dla was czasów?
— Nie ma mowy o jakiejś tam obrazie, proszę szanownego pana — pospiesznie zapewnił wzruszony marynarz. — Wybacz mi pan może zbyt szorstkie słowa. Ot, prostak jestem, to i pewno źle się wyraziłem, a pan przecież nigdy nie był w Polsce. Ach, szanowny panie, co za widok przedstawiają warszawskie ulice, czy też krakowski rynek, na przykład w Noc Wigilijną! Białe płatki śniegu padają na dworze, a w oknach domów jarzą się świeczki na choinkach... Połowę życia oddałbym, żeby móc to teraz ujrzeć...
Tomek westchnął i przysunął się do wzruszonego marynarza.
— Poczciwy bosman uwielbia naszą Warszawę — cicho powiedział Wilmowski. — Prawdę mówiąc, to i ja również odczuwam tęsknotę za rodzinnym miastem...
— Musi pan koniecznie odwiedzić Polskę — porywczo rzekł Tomek. — Zaprowadzę pana w Warszawie do parku w Łazienkach i pokażę pałac, w którym dawniej mieszkali polscy królowie. Tuż przy nim pływają w stawie piękne, białe łabędzie. Ile to naobrywałem kar od cioci Janiny za włóczenie się po Łazienkach.
— Skorzystam z twego zaproszenia, gdy Polska odzyska swą niepodległość — zapewnił Bentley. — Warszawa musi być naprawdę piękna, skoro ją tak bardzo kochacie.
— Tak, tak, przyjedzie pan do Warszawy i zorganizuje nam wspaniały ogród zoologiczny — fantazjował Tomek. — My zaś urządzimy specjalną wyprawę łowiecką, by złowić jak najwięcej ciekawych zwierząt do naszego ogrodu. Prawda, tatusiu?
— Prawda, kochany zapaleńcze! — przytaknął Wilmowski śmiejąc się. — Skoro przygotowałeś posadę dla pana Bentleya, to musimy postarać się o zwierzęta.
— Uczyniłbym to z wielką przyjemnością — przyznał Bentley. — Powinniście jednak i wy zwiedzić najpiękniejsze okolice Australii. Będziemy przecież polowali w pobliżu Alp Australijskich, warto by więc obejrzeć Górę Kościuszki.
— Górę Kościuszki? — przerwał mu bosman Nowicki. — Czy to ta największa góra w Australii odkryta przez polskiego podróżnika?
— Nie myli się pan. Polak, Paweł Strzelecki[52], między innymi odkrył na tym kontynencie Alpy Australijskie i najwyższy ich szczyt nazwał Górą Kościuszki.
— Widzisz pan sam, kto więcej wart! — triumfował marynarz. — Polak musiał wam nawet odkryć największą górę! Tacy my już jesteśmy: do tańca i do różańca!
— Nigdy nie odważyłbym się ujmować zasług Strzeleckiemu, który dokonał tutaj więcej niż niejeden jego rodak — wyjaśnił Bentley, uśmiechając się do przekornego marynarza.
— Czyżby pan specjalnie interesował się działalnością Strzeleckiego? — zapytał Wilmowski, zaintrygowany słowami zoologa.
— Od najmłodszych lat nasłuchałem się o nim niezwykłych historii. W domu moich rodziców wiele mówiono o Strzeleckim. Muszę zaznaczyć, że mój dziadek, jako Polak po upadku powstania listopadowego opuścił Polskę i przywędrował do Nowej Południowej Walii. Tutaj zetknął się ze Strzeleckim. Towarzyszył mu nawet w jednej z niebezpiecznych wypraw. Matka moja przypuszcza, że Strzelecki powiedział dziadkowi o znalezieniu złota. Prawdopodobnie wydobywali je razem przez krótki czas. Strzelecki musiał zapewne zobowiązać dziadka do zachowania tego w tajemnicy, gdyż ten nigdy nie chciał rozmawiać na temat pochodzenia naszego majątku.
— Ależ to prawdziwie romantyczna historia! — zawołał ze zdziwieniem Wilmowski. — Jeszcze jest dość wcześnie, a w stepie cicho, jakby kto makiem zasiał. Możliwe, iż przebiegłe dingo zwęszyły naszą obecność. Wobec tego bardzo prosimy o opowieść o tej wspólnej wyprawie pańskiego dziadka ze Strzeleckim. Niezwykle nas to ciekawi, prosimy!
— Prosimy, bardzo prosimy, niech pan opowie — dołączył się Tomek. — Obiecał mi pan nawet jeszcze w pociągu, że opowie o Strzeleckim!
— Mów pan, szanowny panie, to coś naprawdę dla nas — dodał bosman.
Bentley nie dał się dłużej prosić. Zapalił fajkę, po czym rozpoczął:
— Po odkryciu Alp Australijskich i Góry Kościuszki Strzelecki ruszył na południowy wschód. W wyprawie tej, oprócz mego dziadka, towarzyszył mu również Mac Arthur, jeden z pionierów Nowej Południowej Walii. Między barierą Alp Australijskich a Motzem Tasmańskim ujrzeli żyzną i bogatą krainę pokrytą licznymi rzekami i jeziorami.
Strzelecki cieszył się pięknem i bogactwem nowo odkrytej ziemi. Na cześć gubernatora Australii nazwał ją Gippslandem. Przekonany był, że stanie się ona w przyszłości najbogatszą częścią kontynentu. Nie pomylił się w swoich przewidywaniach. Naszkicował dokładną mapę Gippslandu, sporządził plan przyszłych robót melioracyjnych, po czym wędrując w górę rzeki La Trobe, dotarł do jej źródeł leżących w górach.
Pewnego dnia Mac Arthur sprawujący funkcję administratora obozowego oznajmił, że kończą się zapasy żywności i wobec tego należy pomyśleć o odwrocie. Strzelecki nie chciał o tym nawet słyszeć. Postanowił iść na południowy zachód w kierunku założonego niedawno Port Phillip, aby wytyczyć kolonistom drogę do Gippslandu.
Bez dalszej zwłoki przekroczyli pokryty lasami łańcuch górski i znaleźli się w stepie parkowym. Z głębi lądu wiał gorący wiatr wysuszający ziemię. Około stu kilometrów dzieliło wyprawę Strzeleckiego od Port Phillip, lecz z każdym dniem marszu okolica stawała się coraz dziksza, trudniejsza do przebycia. Z powodu olbrzymich upałów powysychały okresowe rzeczki i strumyki. Podróżnicy nie mogli więc uzupełniać zapasów wody.
Rzadki las parkowy zaczął ustępować coraz częściej napotykanym przez wyprawę terenom pokrytym skrobem. W końcu doszło do tego, że Strzelecki wraz z towarzyszami musiał przedzierać się przez gąszcz, utworzony przez skarlałe akacje i eukaliptusy oraz wysoką trawę zwaną spinifex. Całkowity brak jakichkolwiek czworonogów i ptaków najlepiej świadczył o dzikości okolicy.
Jeszcze około sześćdziesięciu kilometrów dzieliło wędrowców od celu wyprawy, gdy dalszą drogę zagrodził im naturalny żywopłot z krzewów. Mac Arthur doradzał zawrócić, lecz Strzelecki nie chciał zgodzić się na to ze względu na brak zapasów żywności i wody. Według niego, jedynie nieustanny marsz na południe mógł uratować ich od zagłady w morderczym skrobie. Dziad mój poparł zdanie Strzeleckiego, ponieważ wierzył w jego, nieomylny dotychczas, instynkt podróżniczy. Brak paszy oraz wody zmusił ich do zabicia koni i porzucenia tym samym cennych zbiorów kompletowanych przez polskiego podróżnika podczas długiej wędrówki.
Bez dalszej zwłoki szli na południe. Niemal pełne trzy tygodnie przedzierali się przez, twardy, suchy skrob, kłujący jak kolce cierni. Oprócz głodu i pragnienia zaczęła dręczyć ich niepewność, czy obrany przez nich kierunek, jest właściwy. Mimo największego wysiłku, na jaki zdobywali się w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, posuwali się zaledwie od trzech do pięciu kilometrów na dobę, poświęcając na odpoczynek jedynie kilka godzin w czasie upalnego dnia. Konieczność wyrąbywania drogi przez gąszcz wyczerpywała już i tak bardzo nadwątlone siły podróżników. Kolczaste krzewy boleśnie raniły ciała, niszczyły odzież. Rany nie chciały się goić, z ubrań pozostały tylko strzępy.
Dwudziestego czwartego dnia marszu z trudem już mogli torować sobie drogę. Niskie krzewy nie dawały cienia, a spieczona przez słońce, spękana ziemia tworzyła niezliczoną ilość pułapek dla utrudzonych nóg wędrowców. Członkowie wyprawy byli tak osłabieni, że niektórzy z nich prosili, aby pozostawiono ich własnemu losowi. Strzelecki zmuszał wszystkich do największego wysiłku, twierdząc, że skrob skończy się wkrótce.
Rankiem dwudziestego szóstego dnia marszu jeden z krajowców zatrzymał się nagle. Wyciągnął swą wychudzoną szyję, otwartymi szeroko ustami zaczął wdychać suche, palące powietrze. Strzelecki chwycił go pod ramiona. Wydawało mu się, że krajowiec jest już w agonii, lecz wtedy usłyszał szept:
“Wdychaj, mocno wdychaj...”
Ku swej wielkiej radości Strzelecki stwierdził, że gorący i suchy dotąd wiatr zawiera teraz więcej wilgoci. Zbliżali się do wybrzeża. Zabójczy skrob kończył się. Natychmiast poinformował o tym towarzyszy. Pokrzepieni nadzieją znów ruszyli na południe.
Skrob stawał się rzadszy, lecz byli zbyt wyczerpani, aby przyspieszyć kroku. Gdy nadeszła noc, położyli się na spieczonej żarem ziemi. Głód i pragnienie nie pozwoliły im zasnąć. Leżeli obok siebie w grobowej ciszy pustkowia, wpatrując się zamglonym wzrokiem w gwiazdy błyszczące na niebie. Wówczas, po raz pierwszy od kilku tygodni, usłyszeli wycie dingo...
Bentley przerwał opowiadanie. W tej chwili na stepie, w pobliżu ogrodzenia pastwiska, rozległ się dziwny głos, który brzmiał jak skarga upiora. Niskie początkowo tony stawały się coraz wyższe, aż w końcu przeszły w przeraźliwe skowyczenie. Łowcy drgnęli mimo woli, a Tomek przestraszony chwycił Bentleya za ramię.
— Co to? — wyszeptał. — Co to może być?
— Dingo nadchodzą — cicho odparł Tony.
— Tak, to głos dingo — potwierdził Clark.
— Ależ to realistyczne zakończenie wspaniałej opowieści! — szepnął Smuga.
— Niech pan powie jeszcze, co się stało z wyprawą Strzeleckiego — poprosił Wilmowski.
Bentley półgłosem kończył opowiadanie:
— Dzikie psy przebywają tam, gdzie można, znaleźć coś do zjedzenia. Głos dingo oznajmił więc podróżnikom, że zbliżają się do krańca morderczego skrobu. Tak też było w rzeczywistości. Wkrótce dotarli szczęśliwie, jakkolwiek bardzo wyczerpani, do Port Phillip.
— Setny chłop był z tego Strzeleckiego. Z takim można by nawet pójść do piekła — z uznaniem powiedział bosman Nowicki. — Gdy usłyszałem nieoczekiwanie to piekielne wycie, mrowie przeszło po moim grzbiecie. Do licha z takim krajem, w którym dzikie psy wyją po nocach jak upiory!
Przeciągły skowyt rozległ się znacznie bliżej. Jak echo odpowiedziały mu dalsze głosy.
Na pastwisku zapanował ożywiony ruch. Owce zaczęły się zbijać w zwarte gromady. Tupot racic mieszał się z bekiem przestraszonych zwierząt. Krótki, urywany skowyt rozbrzmiewał tuż przy ogrodzeniu.
— Rozzuchwaliły się bestie — mruknął Clark. — Od dawna należy się im solidna porcja ołowiu...
— Chyba jest ich więcej niż jeden — szepnął Tomek.
— Wydaje mi się, że trzy lub cztery dingo przebywają w tej chwili w pobliżu pastwiska — odparł Smuga, wsłuchując się w skupieniu w głosy rozbrzmiewające na stepie.
Przerwali rozmowę. Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Pobliska kępa krzewów zapadła się w dół. Niemal jednocześnie rozległo się skowyczenie dingo wewnątrz ogrodzenia. O kilkadziesiąt metrów od łowców zakotłowało się na pastwisku. Ciemna masa owiec zafalowała w ucieczce.
— Przeklęte dingo! Przedarły się do stada! — zawołał Clark. — Pan Wilmowski i Tomek niech pozostaną tutaj, a my biegnijmy na odsiecz!
Clark, Lorenc, Smuga i Tony chwycili broń. Pobiegli wzdłuż ogrodzenia, aby odciąć odwrót grasującym na pastwisku dingo.
— Tomku, na wszelki przypadek przygotuj sztucer — polecił Wilmowski repetując karabin. — Dzikie psy przedostały się na pastwisko.
— Wydaje mi się, że do naszego dołu również wpadł jakiś dingo — dodał Tomek.
— Prawdopodobnie, chociaż zachowuje się zupełnie cicho — potaknął Wilmowski.
W odległości kilkudziesięciu metrów huknęły strzały. Powstało nieopisane zamieszanie. Owce rozbiegły się we wszystkich kierunkach, uciekając jak najdalej od ogrodzenia, a łowcy strzelali bez przerwy.
— Uważaj! — krzyknął Wilmowski.
Zanim Tomek zorientował się w sytuacji, jego ojciec strzelił trzykrotnie w kierunku cienia pomykającego tuż przy ogrodzeniu. Inny ciemny kształt przemknął o kilka metrów od nich. Wilmowski strzelił jeszcze raz.
— Trafiony! — cieszył się Tomek.
— Na pewno mylisz się, lecz dingo chyba wpadł do pułapki — stwierdził Wilmowski.
— Zabiłeś go? — pytał Smuga, nadbiegając na czele grupki mężczyzn.
— Wcale nie miałem tego zamiaru — odrzekł Wilmowski. — Dingo wystraszony biegł tuż przy ogrodzeniu prosto na naszą pułapkę. Strzelałem jedynie na postrach, aby go zdezorientować. Jeżeli się nie mylę, wpadł do dołu.
— Zaraz sprawdzimy — powiedział Lorenc.
Pobiegł do szałasu. Wrócił po chwili z ręczną latarnią. Zapalił ją; wszyscy zbliżyli się do zapadni trzymając broń w pogotowiu. Lorenc wysunął rękę z latarnią poza krawędź dołu. Wśród połamanych gałęzi resztek rusztowania błyszczały dwie pary ślepi.
— Są! Są, aż dwa na raz! — zawołał Tomek.
Chwycił ojca za rękę i pochylony nad pułapką ciekawie przyglądał się dzikim psom. Dingo oślepione światłem latarni wcisnęły się pod gałęzie leżące na dnie dołu. Po chwili duży, płowy łeb wychynął z zieleni. Para żółtych ślepi błysnęła złowrogo. W nocnej ciszy rozbrzmiało przeciągłe wycie... Tomek mimo woli cofnął się za ojca.
“Brr! Nie chciałbym spotkać się z nim w stepie” pomyślał.
Noc minęła już bez dalszych niespodzianek. Z nastaniem dnia sprawdzono resztę zapadni. Na jednej z nich znaleziono zniszczone częściowo rusztowanie, lecz dół był pusty. Łowcy starannie zbadali ślady pozostawione wokół i stwierdzili, że przebiegły drapieżnik zdołał ominąć zamaskowaną zapadnię i przedostał się na pastwisko, a potem dopiero, zupełnie przypadkowo, wpadł w inną pułapkę, w której już siedział uprzednio złowiony dingo.
Rano łowcy przywieźli z farmy skrzynie, aby uwięzić w nich schwytane psy. Na widok ludzi dingo rzucały się gniewnie i jeszcze bardziej plątały sieć.
Tomek nie mógł nadziwić się, że cała praca poszła tak sprawnie. Najpierw wydobyli sieć z omotanymi nią drapieżnikami. Potem Wilmowski ostrożnie rozchylił rzemienie, wtedy Smuga błyskawicznie opasał arkanem pysk szczerzący kły. Pętla zacisnęła się na grubej szyi psa. Mimo gwałtownego oporu wpakowano go do klatki. Potem wystarczyło zluźnić sznur, aby oszołomione zwierzę strząsnęło go z siebie. Taki sam los spotkał jego towarzysza niedoli.
Także przez następne dwie noce ponawiano łowy na dzikie psy. Schwytano tylko jeszcze jednego dingo. Większa ich liczba krążyła ostrożnie poza ogrodzeniem, niepokojąc owce. Na prośbę Clarka postanowili urządzić obławę. Według jego zdania pojawienie się tylu dingo w pobliżu pastwiska oznaczało, że okres dużej posuchy zbliżał się wielkimi krokami.
Kangury odbiegały w okolice lepiej nawodnione, zgłodniałe psy poszukiwały łatwego żeru na pastwiskach owiec. Clark radził jak najszybciej urządzić łowy na strusie emu, zanim i one oddalą się na inne tereny.
Wilmowski pragnął odwdzięczyć się Clarkowi za gościnne przyjęcie. Ściągnął więc na pastwisko na polowanie większość swych ludzi. W ciągu jednej nocy, łowcy przyczajeni na stepie zabili cztery dzikie psy. Następnego dnia rozpoczęli gorączkowe przygotowania do polowania na emu.