PROLOG Październik 2204

— Tam poszli — wskazała Sherry.

Popołudnie było ciche i spokojne jak śmierć. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Oczywiście nie było to zbyt jasne słońce. Mglisty Obłok Quiveras, w którym układ dryfował od trzech tysięcy lat, skutecznie to uniemożliwiał. Randall Nightingale rozejrzał się dookoła, przyglądając się drzewom, rzece i rozpościerającej się przed nim równinie, i zadumał się nad tym, jaką rzadkością jest letni dzień w miejscu położonym tak blisko równika.

W myślach odtwarzał krzyki. I trzaski, strzały z miotaczy.

Jego pilot, Cookie, sprawdzał broń. Tatia potrząsnęła głową, zastanawiając się, jak Cappy mógł zrobić coś tak głupiego jak oddalenie się od lądownika. Była ruda, młoda, milcząca. Na jej zwykle sympatycznej twarzy malowało się przygnębienie.

Andi przyglądała się linii drzew tak, jakby patrzyła na skradającego się tygrysa.

Capanelli i jego dwóch kolegów wyruszyli zaraz o świcie, wyjaśniła znów Sherry. Weszli do lasu mimo zakazu oddalania się od lądownika poza zasięg wzroku. I już z niego nie wyszli.

— Przecież musieliście słyszeć, co się dzieje — powiedział Nightingale. Trzej członkowie grupy mieli na sobie e-skafandry i rozmawiali przez komunikator.

Zrobiła zakłopotaną minę.

— Byłam w łazience. Tess zawołała mnie, kiedy coś zaczęło się dziać.

Tess była SI.

— Jak wyszłam, było po wszystkim. Nic się już nie działo.

Usta jej drżały i wyglądała, jakby zaraz miała wpaść w histerię. Tess zarejestrowała kilka sekund krzyków. I nic więcej.

Nightingale próbował ich wywoływać, ale słyszał tylko szum.

— Dobrze — oznajmił. — Idziemy.

— Wszyscy? — spytała Andi. Była solidnie zbudowaną blondynką, ciągle rzucającą dowcipami. Przypominała chłopaka. W tej chwili jednak była całkowicie poważna.

— W liczebności siła — odparł.

Ustawili się na marnej trawie i spojrzeli po sobie, jakby szukając wsparcia, po czym ruszyli w stronę linii drzew.

— Tam — rzekła Sherry. — Tam weszli.

Nightingale prowadził. Kroczyli ostrożnie, zbijając się znowu w grupę, z bronią gotową do strzału. Byli jednak naukowcami, nie żołnierzami. O ile wiedział, żadne z nich nigdy nie wystrzeliło z miotacza pod wpływem emocji. Teraz, widząc jak bardzo są zdenerwowani, zaczął się zastanawiać, czy powinni bardziej obawiać się okazów rodzimej fauny, czy samych siebie.

Sączące się przez korony drzew światło osłabło, a temperatura powietrza spadła o parę stopni. Drzewa były wysokie i mięsiste, ich górne gałęzie tworzyły czaszę złożoną z pnączy i wielkich liści o kształcie pików. Wszędzie rosły jakieś rośliny przypominające kaktusy. Grunt był pokryty roślinnymi szczątkami. Wysoko w górze całe stada niewidzialnych stworzeń piszczały, szumiały, biegały, trzepotały. Wiedział, że większość zwierząt żyje w koronach drzew, nie na ziemi, jak to przeważnie bywa w przypadku lasów.

E-skafander zredukował zmysł powonienia, ale z pomocą przyszła mu wyobraźnia: nawet w tym dziwnym lesie miał wrażenie, że czuje sosny i miętę, jak w rodzinnej Georgii.

Biney Coldfield, kapitan statku i pilot trzeciego lądownika, odezwała się i poinformowała, że zbliża się i przyłączy do poszukiwań, gdy tylko wyląduje.

Potwierdził; pozwolił, by w jego głosie dało się wyczuć irytację. Capanelli przyprawił go o zażenowanie, ignorując ustalone wytyczne i zagłębiając się w okolicę o tak ograniczonej widoczności. Przez niego wszyscy wyszli na skończonych amatorów. A on sam pewnie już nie żyje.

Nightingale przyglądał się gruntowi, próbując odnaleźć odciski stóp czy jakiekolwiek ślady, jakie grupa Capanellego mogła zostawić, przechodząc. Niczego jednak nie dostrzegł. W końcu zwrócił się do pozostałych:

— Nie ma tu przez przypadek jakiegoś człowieka lasu?

Spojrzeli po sobie.

— Dokąd oni szli? — spytał Sherry.

— Chyba nie szli w żadne konkretne miejsce. Po prostu przed siebie. Podążali za szlakiem.

Nightingale westchnął. Prosto przed siebie.

Coś popędziło w koronach drzew. Na pierwszy rzut oka przypominało wiewiórkę, po chwili dostrzegł jednak dodatkowe kończyny. To był ich pierwszy dzień na Maleivie III.

Para ptaków zatoczyła nad nimi krąg i przysiadła na gałęzi. Miały czerwone upierzenie. Przypominały trochę kardynały, ale miały długie dzioby i turkusowe czubki. Kolory nie pasowały do siebie.

— Poczekaj chwilę — odezwała się Sherry.

— O co chodzi? — spytał.

Uniosła dłoń w geście nakazującym ciszę.

— Za nami coś jest.

Obrócili się jak na komendę i wycelowali broń. Z tyłu spadła jakaś gałąź. Nightingale cofnął się i nadział na roślinę z kolcami.

Cookie i Tatia obrócili się i rozejrzeli.

— Niczego tu nie ma — zameldowali.

Ruszyli znów.

Marsz był trudny z powodu gęstwiny. Musieli cały czas przeciskać się przez krzaki i przebijać przez chaszcze. Zwrócił uwagę na kilka połamanych gałązek, które świadczyły o tym, że coś tędy przechodziło.

Wyszli na niewielką polankę i wtedy ich zobaczyli.

Cała trójka leżała nieruchomo. Ich bańki pola siłowego były wypełnione krwią. Na twarzach malował się zastygły wyraz bólu i przerażenia.

Sherry wyszła zza Nightingale’a, jęknęła i ruszyła do przodu.

Zatrzymali ją i przytrzymywali, dopóki się nie uspokoiła. Pozostali rozglądali się po drzewach, poszukując napastników.

— Bez względu na to, co to było — mruknęła Tatia — już tego tu nie ma.

Sherry uwolniła się i ruszyła w stronę ciał, idąc wolno i ostrożnie, aż wreszcie upadła przy nich na kolana. Patrzyli na nią: szeptała coś. Zakołysała się na kolanach do tyłu i spojrzała w niebo.

Podszedł do niej, położył jej rękę na ramieniu i stał w milczeniu, patrząc na tę jatkę.

Andi podeszła do nich. Od lat była bliską przyjaciółką Ala White’a. Westchnęła i zaczęła cicho szlochać.

Tatia stała dalej na skraju polanki, najpierw przyglądając się zwłokom, a potem tocząc stanowczym spojrzeniem po kręgu drzew.

Biney, nasłuchująca z trzeciego lądownika, zapytała:

— Co tam się dzieje, Randy?

Całą krew zatrzymało pole Flickingera, więc trudno było dostrzec poszczególne rany. Wszyscy wyglądali, jakby zostali zadźgani, pogryzieni, zmasakrowani, co tam jeszcze, wiele razy. Pomyślał, że rany wyglądają jednak na małe. Napastnicy musieli więc być mali. Napastnicy. Na pewno był więcej niż jeden.

Najwyraźniej powiedział to na głos.

— Mali? — spytała Biney. — Jak mali?

— Może rozmiaru szczura. Może trochę więksi. Wszystko jedno, czym były stworzenia: zdołały oderwać od ciała kawałki mięsa, ale nie zjadły ich, bo nie były w stanie wydobyć ich z e-skafandrów.

Miejsce najwyraźniej stało się polem bitwy. Na niektórych drzewach widać było zadrapania. Z delikatnych roślin spływał sok: zielona, kleista ciecz. Kilka gałęzi w górze było zwęglonych.

— Strzelali do góry — rzekł Nightingale.

Prawie odruchowo utworzyli krąg, stojąc plecami do siebie, i zaczęli przyglądać się drzewom i gałęziom.

— Ludożercze wiewiórki? — spytała Andi.

Kilka krzewów było spalonych. Jedno przewrócone drzewo. Ale żadnych ciał ani innych pozostałości po dużych drapieżnikach.

— Nie ma śladu tego czegoś, co to zrobiło.

— Dobrze — odparła Biney. — Zaraz siadamy. Będę tam za parę minut. A wy stamtąd odejdźcie. Natychmiast.

— Nie możemy zostawić ciał. I nie mamy tyle siły, żeby je ruszyć.

Cookie był jedynym pełnowymiarowym mężczyzną. Nightingale był wzrostu Andi, najniższej z kobiet.

— Dobrze. Czekajcie na nas. Przybędziemy jak najszybciej.

Na gałęzi przysiadło jeszcze parę ptaków. To te brzydkie kardynały.

— Wszystko w porządku, Andie? — spytał Nightingale, otaczając ją ramieniem.

— Bywało lepiej.

— Wiem. Tak mi przykro. Był dobrym człowiekiem.

— Wszyscy byli.

Tatia podniosła głowę.

— Tam — powiedziała.

Nightingale spojrzał, ale dostrzegł tylko drzewa.

E-skafandry tłumiły trochę dźwięki. Wyłączył więc swój, by lepiej słyszeć. Poczuł ukłucie zimna. Coś stąpało w ich kierunku.

Instynkt podpowiadał Nightingale’owi, żeby jak najszybciej uciekać z lasu. Nie mógł jednak tego tak zostawić. Miotacz ciążył przyjemnie w ręce. Spojrzał na niego, usłyszał, jak prąd szumi w rękojeści. Broń mogła powalić nawet nosorożca.

Odsunął Tatię na bok. Cookie szepnął, żeby się pochylił, ale Nightingale uznał, że pozycja lidera wymaga od niego, by prowadził. Kroczył na czele.

Coś przemieszczało się szybko w koronach drzew, kwicząc. Na poziomie gruntu przez gęste krzaki obserwowała go para oczu.

Cookie podszedł do niego.

— Myślę, że to jakaś jaszczurka, Randy. Czekaj…

— Co? — spytała Tatia.

Stworzenie pojawiło się na otwartej przestrzeni, długa, gadzia głowa z grzebieniem i grube cielsko barwy błota. Miało krótkie nogi i oczy z trzecią powieką. Otworzyło paszczę i patrzyło na Nightingale’a i Cookiego.

— Krokodyl — mruknął Cookie.

— Krokodyl?! — to głos Biney.

— Rząd się może z grubsza zgadza — rzekł Nightingale. — Ale wygląda bardziej jak mały smok.

— Czy to zabiło Cappy’ego?

— Nie sądzę.

Było za duże. Takie stworzenie zmasakrowałoby zwłoki. A wyglądało na to, że Cappy i inni mają mnóstwo drobnych ran kłutych.

Ogon stworzenia powoli podnosił się i opadał. Nightingale zastanawiał się, czy to jakaś forma wyzwania na pojedynek. Włączył e-skafander.

— Co o tym sądzisz, Cookie?

— Nie rób niczego, co mogłoby je sprowokować. Nie strzelaj, chyba że zaatakuje. Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego.

Serce waliło mu jak młotem.

Smok prychnął, otworzył paszczę i pokazał wielkie gardło i mnóstwo ostrych zębów. Drapał ziemię pazurami.

— Jeśli zrobi choć krok w naszą stronę — rzekł cicho Nightingale — strzelaj.

Smok spojrzał w innym kierunku. Patrzył teraz ponad nimi, na górne gałęzie drzew. Otwierał i zamykał paszczę, jego długi, wężowy jęzor wił się. Po czym zaczął się cofać.

Cofa się!

Nightingale spojrzał w tę samą stronę.

— Co się dzieje? — spytał Cookie.

— Mógłbym przysiąc — rzekł Nightingale — że coś go przestraszyło.

— Żartujesz.

— Niespecjalnie.

Para włochatych pająków ścigała się w koronach drzew. Jeden przeskoczył nad polanką, chwycił się gałęzi i zawisł na niej, walcząc o życie, a gałąź ugięła się, pokonując prawie połowę odległości do ziemi. Poza tym nie było tam niczego. Nie licząc kardynałów.


Biney była wysoką kobietą, prawie równie wysoką jako Cookie. Jej rysy zdradzały brak poczucia humoru, w głosie pobrzmiewała stalowa oschłość. W dodatku kobieta poruszała się z wdziękiem futbolisty. Mogłaby być atrakcyjna. Gdyby trochę wyluzowała. Albo czasem się uśmiechnęła.

Przybyła z całą załogą, dwoma mężczyznami i kobietą, wszyscy z bronią gotową do strzału.

Przejęła dowodzenie, jakby Nightingale’a tu w ogóle nie było. Trzeba przyznać, że z ulgą pozbył się tego obowiązku. Takie zadania leżały bardziej w jej gestii.

Poleciła Tatii i Andi, żeby stanęli na straży, a reszcie kazała sklecić nosidła z gałęzi i wiszących pnączy. Kiedy były gotowe, położyli je na ziemi, umieścili na nich ciała i zaczęli męczącą operację wycofywania się.

Wydawała precyzyjne rozkazy, kazała im maszerować i trzymać się razem. Żadnego oddalania się, żadnego bezsensownego zwiedzania.

Zagęszczenie drzew zmusiło ich do maszerowania gęsiego. Nightingale został oddelegowany do tyłu, za Cookiego, który zajmował się ciałem Cappy’ego. Podczas marszu trudno było nie spoglądać na ciała. Wyraz przerażenia na twarzy martwego człowieka przyprawił go nieomal o paraliż.

Biney przywiozła laser tnący, który teraz dzierżyła z ponurym zacięciem, wypalając poszycie. Nightingale, czy to dlatego, że był najniższy, czy też może z powodu jego stanowiska dyrektora projektu, nie musiał wlec nosideł. Kiedy zaproponował pomoc, Biney odpowiedziała mu na prywatnym kanale, że będzie bardziej użyteczny jako czujka.

Wypatrywał więc malutkich mieszkańców lasu, wszechobecnych pająków i kardynałów, oraz dziesiątków innych zwierząt. Beczułkowate stworzenie dosłownie przetoczyło się obok nich, najwyraźniej nieświadome obecności ekipy ratunkowej.

Była to intrygująca bestia, ale dalszych badań tej planety nie mieli w planach. Przynajmniej nie Nightingale. Wiedział, że Biney będzie się upierać przy tym, żeby nikt nie mógł powrócić na powierzchnię, aż incydent zostanie zgłoszony Akademii. I wiedział, jak Akademia zareaguje. Tak naprawdę nie mieli wyboru.

Powrót do domu.

Z prawej strony na gałęzi siedziało sześć kardynałów o wielkich stopach. W tym widoku było coś, co go zmroziło.

Ich dzioby były właśnie takich rozmiarów.

Czy to właśnie kardynały zobaczył smok?

Gdy je mijali, śledziły ich wzrokiem. W lesie zapadła nagle martwa cisza.

Na drzewach było ich pełno.

Gdy szli, ptaki za nimi wzbiły się w powietrze, przemknęły pod poszyciem i usiadły na gałęziach przed nimi.

— To kardynały — powiedział cicho do Biney.

— Co?

— To te kardynały. Spójrz na nie.

— Te małe stworzenia? — W głosie Biney dało się słyszeć szyderstwo.

Nightingale wybrał gałąź, na której siedziały cztery, nie, pięć kardynałów, przyglądających się im. Upatrzył sobie środkowego, ustawił moc na niską, gdyż ptak był niewielki, i zestrzelił go z gałęzi.

Jak na sygnał, ptaki wzbiły się w powietrze, z dziesiątków drzew. Tatia, z jego lewej strony, krzyknęła i zaczęła strzelać. Były jak szkarłatne pociski i nadlatywały ze wszystkich stron. Rozbrzmiały trzaski miotaczy i ptaki eksplodowały. Kaktus wybuchł i zaczął się gwałtownie palić. Powietrze zawirowało od piór i ognia. Jeden z ludzi Biney, Hal Gilbert, upadł.

Miotacz był bronią wybiórczą. Należało go wycelować. To oznaczało, że przy takim ataku nie był specjalnie przydatny. Nightingale używał go jak mógł, nie spuszczając palca ze spustu, obracając się na wszystkie strony.

Z laserem Biney sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej. Nightingale dostrzegł, jak przecina powietrze, patrzył, jak całe legiony ptaków wirują gwałtownie i spadają. Gińcie w płomieniach, skurwiele.

Kaktusy wybuchały, trafione z miotacza.

Nagle coś wbiło mu się w plecy. Stłumił okrzyk, myśląc, że trafił go ktoś z towarzyszy, i opadł na kolana. Kiedy jednak sięgnął za plecy, jego palce zacisnęły się na czymś pierzastym, czymś, co zaczęło się szaleńczo szarpać, próbując się uwolnić. Zmiażdżył je.

Rana była w trudno dostępnym miejscu, pod łopatką. Próbował jej dosięgnąć, ale poddał się. Ból zelżał, gdy przycisnął ptaka do ziemi. Nightingale wystrzelił jeszcze kilka razy, aż coś go znów uderzyło. W szyję.

Obraz pociemniał, jego oddech stał się wolny, a świat zaczął wymykać mu się z rąk.

Tatia pochylała się nad nim. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła, że odzyskuje przytomność.

— Dobrze, że się obudziłeś, szefie.

Byli znów w lądowniku. Spoczywał na leżance.

— Co się stało? — spytał.

— Masz — podsunęła mu wyciągnięty skądś kubek. — Pij. — Cydr. Ciepły i słodki. Czuł sztywność w plecach i karku. — Musieliśmy dać ci środek przeciwbólowy.

Próbował spojrzeć za nią. Dostrzegł tylko Cookie’ego.

— Czy wszyscy wrócili?

— Wszyscy ludzie Biney. — Ścisnęła go za rękę. — Ale nie wróciła Biney. I Sherry. I Andi. — Głos jej się załamał.

— Tam były całe roje tego draństwa — rzekł Cookie. — Mieliśmy dużo szczęścia, że się wydostaliśmy.

— Straszne to było — zadrżała Tatia. — Wyglądało to, jakby coś je koordynowało. Atakowały nas i wycofywały się. I znów, atak i cofnięcie. Nadlatywały falami, ze wszystkich kierunków.

Cookie pokiwał ponuro głową.

Nathingale próbował wstać, ale środek przeciwbólowy jeszcze nie przestał działać.

— Ostrożnie — przytrzymała go. — Oberwałeś parę razy. Miałeś sporo szczęścia.

Nie rozumiał, na czym miało polegać to szczęście. Mój Boże, Biney zginęła. Jak to się mogło stać? I pozostali. Razem szóstka. Co za tragedia.

Poczuł smak cydru, który spłynął mu do gardła.

— Will mówi, że nic ci nie będzie.

Will to Wilbur Keene, który był z Biney. Skończył między innymi medycynę, i to był główny powód jego uczestnictwa w tej wyprawie.

— Goniły nas całą drogę — odezwała się Tatia. — Cały czas atakowały.

— Ciała dalej tam są?

— Czekaliśmy do zmroku — odparła. — Wtedy po nie poszliśmy.

— Will mówi, że one wstrzykują jakąś truciznę — rzekł Cookie. — Całe szczęście, że mamy e-skafandry. Powiedział, że ta trucizna działa na ludzi. Paraliżuje. Działa na układ nerwowy.


Spał. Kiedy się obudził, byli gotowi do odlotu.

— Kto jest w Tess? — spytał. Miał na myśli lądownik Cappy’ego. Pilot i wszyscy pierwotni pasażerowie już nie żyli. Ale nie chcieli go tu zostawiać.

— Nikt — odparł Cookie. — Ale to nie problem. Kiedy już wyruszymy, powiem Tess, żeby wracała do domu.

SI.

W kabinie było ciemno, jeśli nie liczyć delikatnej poświaty instrumentów. Tatia siedziała w milczeniu daleko od niego, wpatrując się w mrok.

Patrzył, jak światła na zewnątrz mrugają i odpływają w mrok.

— Dobrze, proszę państwa — przemówił Cookie. — Wygląda na to, że teraz nasza kolej.

Nightingale zrozumiał, że Cookie, jako ocalały członek ekipy dowodzenia, jest teraz kapitanem.

Uprząż, która mocowała go w pozycji na brzuchu, osunęła mu się na uda i ramiona. I całe szczęście, bo nagły podmuch wiatru uderzył w statek i zatrząsł nim, gdy startowali.

— Trzymajcie się — rzekł Cookie.

Nightingale nie widział za wiele z tego, co się działo, ale ruchy pilota sugerowały, że startują na ręcznym sterowaniu. Lądownik wyrównał lot i ruszył ku gwiazdom.

Milczeli. Nightingale gapił się na podświetlone instrumenty. Tatia siedziała z odrzuconą do tyłu głową i zamkniętymi oczami. Dopiero teraz prawda zaczynała do nich docierać. Nieobecność Andi była czymś nieomal fizycznym, prawie namacalnym.

— Tess — Cookie zwrócił się do pozostałego na powierzchni planety lądownika. — Kod jeden jeden. Zaakceptuj mój głos.

Nightingale słuchał wiatru szumiącego między skrzydłami. Tatia zmieniła pozycję, otworzyła oczy i spojrzała na niego.

— Jak samopoczucie, szefie?

— Nieźle.

— Jak sądzisz, przyślą następną ekipę?

Odruchowo wzruszył ramionami i poczuł szarpnięcie w karku. Zdrętwiał.

— Będą musieli. To jest przecież, na litość boską, żywa planeta. Kiedyś będzie tu kolonia.

Ale będą też konsekwencje polityczne. Dla niego, odpowiedzialnego za misję, dla jego ludzi — będą musieli ponieść koszty.

— Przepraszam — wtrącił Cookie. — Randy, Tess nie odpowiada.

— Niedobrze. Chcesz mi powiedzieć, że będziemy musieli tam wrócić po lądownik?

— Spróbuję zobaczyć z góry, co się dzieje.

Ekrany rozjarzyły się i Nightingale zobaczył nagranie, las w świetle dnia. Widok z ich lądownika. Stado kardynałów przeleciało przez ekran i znikło. Ludzie wychodzili z lasu. Kogoś prowadzono, kogoś niesiono. Chmara ptaków uderzyła w nich.

Nightingale zobaczył Remmy’ego, jednego z ludzi Biney, zalanego krwią, z dłonią przyciśniętą do lewego oka. Klęczał na jednym kolanie, strzelał. Biney pochylała się nad nim, osłaniając go.

Zobaczył siebie, zwiniętego w ramionach Hala. Na ekranie pojawił się Cookie, machając gałęzią.

Laser Biney chlastał wszystko, biały promień rozcinał popołudniowe powietrze. Ptaki spadały na ziemię wszędzie, gdzie tylko ich dotknął.

— Patrzcie — odezwał się Cookie. Laser ukąsił Tess, osmalił jej kadłub, po czym promień przemieścił się i rozpłatał moduł komunikacyjny. Moduł eksplodował deszczem iskier.

Cookie zatrzymał obraz.

— Jak zginęła Biney? — spytał Nightingale. — Była tam do końca.

— Stała na zewnątrz przy śluzie i odpierała atak, aż wszyscy znaleźli się w środku. — Cookie potrząsnął głową. — Będziemy musieli wrócić.

Nie. Nightingale nie chciał mieć już nic wspólnego z tym światem. W żadnym wypadku, nie wracają.

— Żeby odzyskać lądownik — rzekł Cookie, błędnie biorąc milczenie Nightingale’a za niezdecydowanie.

— Zostawmy go, Cookie.

— Nie możemy.

— To zbyt niebezpieczne. Nie dopuszczę do tego, żeby ktoś jeszcze zginął.

Загрузка...