Georgij Gurewicz Infra Smoka

1

Czarny krąg płynie wśród pereł gwiazd, matowy talerz z zamglonymi krawędziami. Na jednym krańcu gwiazdy bledną, żeby za pół godziny odrodzić się na drugim. Znane konstelacje, tylko tutaj są wyraźniejsze i tworzą nowe, skomplikowane wzory. W jednej z nich — w konstelacji Ryby — gwiazda najbardziej błyszcząca, najwspanialsza — to nasze kochane Słońce. Lecz nie patrzymy na Słońce, nie podziwiamy haftów gwiazd. Nasze spojrzenia są przykute do ciemnego kręgu, chociaż w jego absolutnej czerni nie można nic rozróżnić ani gołym okiem, ani przecz teleskop.

Jest nas sześcioro — cała załoga statku kosmicznego: stary Czaruszyn, kierownik wyprawy — nazywamy go Dziadkiem — małżeństwo Warencowowie, małżeństwo Jułdaszewowie i ja — Radiusz Błochin.

— No więc jak? — pyta Dziadek Czaruszyn. — Odlatujemy?

— Nie ma innej rady — mówi Tolek Warencow, nasz inżynier naczelny. — Rakieta jest przystosowana do lądowania na lądzie, a tam jest woda, jeden wielki ocean. Mamy tylko ręczne narzędzia rzemieślnicze, sześciu robotników, wszyscy mało wykwalifikowani.

Będziemy majstrować cały rok, zrobimy byle jak i utopimy się przy lądowaniu. Nie można ryzykować.

— I paliwa mamy ledwo, ledwo — dodaje Rachim Jułdaszew. — Obliczaliśmy przecież.

Lądowanie — to znaczy zatrzymać się na siedem lat. Na dodatkowe siedem lat nie wystarczy nam powietrza. Przy tym wiek…

Aisza pociąga go za rękaw. Rachim zapomniał, że o wieku nie wypada mówić przy Dziadku — staruszek już dziś ma ponad dziewięćdziesiąt lat.

— Ostatecznie nie wracamy z pustymi rękami — dorzuciła Hala Warencowa.

Wtedy Czaruszyn mówi spokojnie:

— Pozostaje tylko jedno wyjście…

Spoglądamy na kierownika ze zdziwieniem. Aisza pierwsza odgaduje, o co chodzi.

— Nigdy w życiu! — wykrzykuje.

2

„Życie mierzy się czynami a nie latami”. Te słowa po raz pierwszy usłyszałem od Dziadka przed siedemnastu i laty.

Pamiętam moją pierwszą u niego wizytę. Była późna jesień. Wilgotny, przejmujący wiatr.

Terkoczące pudełko powietrzne niosło mię nad czarnymi polami z uwiędłą trawą, nad nagimi drzewami, nad ołowianymi falami Morza Kujbyszewskiego. Zobaczyłem błękitny parkan na gliniastym urwisku, domek z zielonkawej cegły szklanej i staruszka przy furtce. Staruszek miał wspaniałe siwe włosy, białoniebieskie, jakby syntetyczne. Poznałem go, wyłączyłem swoje pudło i niezgrabnie wylądowałem u jego stóp, wprost do rowu.

— Niech pan idzie się przebrać. Później mi się pan przedstawi — powiedział staruszek wyciągając do mnie rękę.

W ten sposób zawarłem znajomość z Pawłem Czaruszynem, słynnym kapitanem kosmicznym, uczestnikiem pierwszej wyprawy na Wenus, dowódcą pierwszej wyprawy na satelitów Jowisza, pierwszej na Saturna, pierwszej na Neptuna i tak dalej, i dalej… Tutaj, nad brzegiem Morza Kujbyszewskiego, zamierzał spędzić kres swego pięknego żywota.

Właściwie byłem tylko bardzo pośrednio związany z gwiazdami. Inżynier budowniczy z zawodu, pracowałem przy budowie Centralnego Dworca Międzyplanetarnego na szczycie Kilimandżaro w Afryce Wschodniej. Specjalista, który ma do czynienia z cudzą dziedziną, zawsze nabiera chęci, żeby wszystko przerobić na swój sposób. Ponadto byłem młody i zarozumiały. Opracowałem projekt rekonstrukcji układu słonecznego. W owych czasach, w początku XXI wieku, było już wiadomo, że żadna z planet nie nadaje się do zaludnienia.

Proponowałem więc, żeby je poprzestawiać. Wenus i Marsa przenieść na orbitę Ziemi.

Stworzyć sztuczną atmosferę na Marsie, a atmosferę Wenus oczyścić z nadmiaru dwutlenku węgla. Planowałem jeszcze Saturna, Urana i Neptuna rozbić na części, aby zmniejszyć siłę przyciągania, a odłamki ich stopniowo przesunąć bliżej Słońca przy pomocy wybuchów jądrowych. Na Trytonie umyśliłem założyć kolonię badaczy i wyprawić ich w podróż międzygwiezdną. Według moich obliczeń w ciągu jakichś stu tysięcy lat Tryton byłby w stanie zwiedzić wszystkie sąsiednie układy gwiezdne. Proponowałem wreszcie, aby dzieci wychowywać na Jowiszu, w warunkach zwiększonej siły ciężkości, żeby wzmocnić ich młode kości i mięśnie. Tacy ludzie na Ziemi okazaliby się siłaczami.

Ku memu zdumieniu te wszystkie wspaniałe projekty były stale odrzucane. Nie rezygnowałem, naprzykrzałem się różnym instytucjom i wybitnym specjalistom. Rzecz naturalna, że zwróciłem się do Czaruszyna; nie odstraszyła mię konieczność lotu nad Morze Kujbyszewskie. Do Czaruszyna zwracało się wielu ludzi: i młodzież, marząca o lotach kosmicznych, i autorzy książek, i początkujący naukowcy. W prasie również często ukazywało się jego nazwisko. Podpis Czaruszyna figurował na Pakcie o Ostatecznym Rozbrojeniu.

Podczas Święta Pokoju Powszechnego Czaruszyn wraz z Chińczykami, Amerykanami i Niemcami popychał pierwszą wagonetkę z karabinami maszynowymi i miotaczami min przeznaczonych na przetopienie w piecu martenowskim. Bez żadnej wątpliwości był jednym z najsławniejszych ludzi swojej epoki.

Staruszek, tak samo jak wielu innych, wysłuchał mnie z uśmiechem, ale jego uśmiech był dobroduszny i wyrozumiały. Powiedział mi:

— Cała bieda, młodzieńcze, że zanadto już wybiega pan w przyszłość. Nie mamy żadnej potrzeby osiedlać się w całym układzie słonecznym — na Ziemi jest nam i wygodnie, i luźno.

Pańskie pomysły mogą się stać aktualne za jakieś trzysta lat. Pewno wbije to pana w pychę: patrzcie, jaki jestem dalekowzroczny! I niesłusznie. Zajmowanie się problemami, które nie są na czasie, nie jest żadną zasługą. Gdy będzie to potrzebne i możliwe, ludzie przeprowadzą rekonstrukcję planet. I wówczas bez trudu wymyślą to wszystko, co pana teraz absorbuje.

Nie zgodziłem się ze staruszkiem, ale nie czułem się urażony. Wydawało mi się, że to wielki zaszczyt wybiegać myślą w przyszłe wieki. I w dalszym ciągu zadręczałem Czaruszyna szczegółami swego projektu. Dziadek z drwiącym uśmiechem obalał moje pomysły, ale chętnie zapraszał mnie na następną niedzielę. Prawdopodobnie podobał mu się mój koguci zapał młodości. I dość samotnie czuł się w swojej willi. W lecie to co innego, willę okupowali wnuki i prawnuki, ogród pełen był szczebiotu dziecięcego. A w zimie — tylko listy i telefony.

Czaruszyn słuchał mnie, a potem ja słuchałem, jak dyktował stenografistce elektronowej swoje słynne pamiętniki. Właśnie w owym czasie zaczęła je drukować „Komsomolska Prawda”. Wszyscy oczywiście pamiętamy ich początek, pierwsze zdanie:

„Nasza wyprawa udała się na Księżyc, aby zacząć przygotowania do…” Powiedziałem wówczas staruszkowi:

— Panie profesorze, nie można tak od razu… Pamiętniki wszystkich ludzi zaczynają się od dzieciństwa, od dnia narodzenia, wielu autorów sięga nawet do swego drzewa genealogicznego. A pan, przeskakując czwartą część życia, zaczyna: „Nasza wyprawa udała się…”

Wtedy to usłyszałem po raz pierwszy:

— My, kosmonauci, Radiuszu, mamy swój odrębny rachunek czasu. Mierzymy życie nie według lat, ale według odkryć, podróży. Zacząłem więc książkę od opowieści o moim pierwszym czynie.

— Ale czytelnika interesuje, kim pan jest, jakim pan był w dzieciństwie, jak pan został odkrywcą planet.

Staruszek nie zgodził się ze mną.

— Nie masz racji, mój drogi. Ludzie nie interesują się mną, tylko moim dziełem. Każda epoka ma swój ulubiony zawód. Jedna czci marynarzy, inna — pisarzy, lotników, wynalazców. My, astronauci, jesteśmy ulubieńcami XXI wieku, zawsze o nas pamiętają, zapraszają na wszystkie uroczystości, sadzają w pierwszym rzędzie.

Te słowa możecie znaleźć w posłowiu do pierwszego tomu „Pamiętników”. I było tam dalej powiedziane: „Przypadło mi w udziale szczęście narodzenia się u progu epoki Wielkich Odkryć Kosmicznych. Moje lata dziecięce zbiegają się z dziecięcymi latami astronautyki.

Księżyc został zdobyty przez ludzi, zanim dorosłem. Jako młodzieniec marzyłem o spotkaniu z Wenus, w wieku męskim — z Jowiszem, jako starzec — ze starym Neptunem. Technika sprawiła, że marzenia moje się spełniły. Prędzej niż w ciągu wieku, za mego życia, szybkość wzrosła z ośmiu na osiemset kilometrów na sekundę. Obszary, znajdujące się w zasięgu człowieka, powiększyły się w niewiarygodnym stopniu. W połowie ubiegłego stulecia — jedna planeta, kula o promieniu 6300 kilometrów, a teraz strefa, której promień wynosi cztery miliardy kilometrów. Staliśmy się bogatsi i mądrzejsi, pogłębiliśmy fizykę, astronomię, geologię, biologię, porównując nasz glob z innymi. Nie spełniło się tylko jedno marzenie — nigdzie nie spotkaliśmy braci, innych istot rozumnych. Nie czujemy się zmęczeni, ale dalej już sięgnąć nie możemy. Dotarliśmy do granic układu słonecznego, zwiedziliśmy wszystkie planety, przed nami przestrzeń międzygwiezdna. Przemierzyliśmy odległość równą czterem godzinom światła — a od najbliższej gwiazdy dzieli nas przestrzeń czterech lat świetlnych.

Uzyskaliśmy szybkość 800 kilometrów na sekundę, potrzebna jest setki razy większa.

Nieprędko chyba wyruszymy do innych Słońc — niektórzy powiadają, że nigdy. Rakieta fotonowa oraz inne, jeszcze śmielsze projekty, wciąż pozostają w sferze marzeń. Epoka odkryć kosmicznych uległa zahamowaniu, prawdopodobnie na okres trzech, czterech wieków”.

Różne cele przyświecały ludziom, dążącym w Kosmos. Mnie na przykład, jako inżyniera, pociągały przede wszystkim możliwości budowy na niesłychaną skalę międzyplanetarną. A Czaruszyn pragnął odszukać braci, istoty myślące. Z nadzieją na spotkanie z nimi mknął wciąż w nowe światy. I oto kres. Nic więcej nie można odkryć. Nie ma chęci zostać po prostu woźnicą kosmicznym. Spokój, uznanie, wnuki, pamiętniki, willa… I tak dokonałby swego żywota na bocznym torze, gdyby niespodziewanie nie przyszła mi do głowy nagła myśl o możliwych infrasłońcach.

W gruncie rzeczy on sam w pewnym stopniu podpowiedział mi tę myśl — buntował się przeciw faktowi, że nie ma już dokąd lecieć.

Na czym oparłem swoje rozumowanie? Od granic układu słonecznego dzieli nas odległość czterech godzin świetlnych, od najbliższej gwiazdy — czterech świetlnych lat. Nieprzebrany ocean pustki. Ale skąd mamy pewność, że tam jest zupełna pustka? Wiemy tylko, że nie ma tam jaskrawych gwiazd, bo byśmy je widzieli. Ale może są tam blade lub ciemne ciała niebieskie? Może nasze mapy nieba, podobnie jak mapy ogólne, zaznaczają tylko gwiazdy — stolice, a pomijają gwiazdy — wioski?

Weźmy dla przykładu strefę o promieniu piętnastu lat świetlnych. Znajdą się w niej cztery słońca: nasze Słońce, Alfa Centaura, Syriusz i Procjon. Można je uważać za siedem słońc, gdyż prócz naszego wszystkie pozostałe są gwiazdami podwójnymi.

Ale na tej samej przestrzeni jest jeszcze kilkadziesiąt słabych, bladych gwiazd: czerwonych karłów, podkarłów, białych karłów. Są to bliskie gwiazdy, lecz prawie wszystkie niewidoczne dla nieuzbrojonego oka i dopiero w dwudziestym wieku dowiedzieliśmy się, że znajdują się blisko od nas.

A więc — tylko jednostki są dostępne dla oka, dziesiątki dla teleskopu. Czy nie może być w tej przestrzeni setek ciał niebieskich, których nie dojrzymy przez teleskopy? Przecież to niełatwo wśród miliarda znanych nam słabych gwiazd odnaleźć jeszcze setkę małych i bliskich! Temperatury podsuwały nam ten sam wniosek. W świecie gwiazd jest taka reguła — im gwiazda większa, tym gorętsza, im mniejsza, tym chłodniejsza. Czerwone karły są mniej więcej dziesięć razy mniejsze od Słońca i temperatura ich wynosi dwa, trzy tysiące stopni.

Przypuśćmy, że istnieją ciała niebieskie dziesięciokrotnie mniejsze od czerwonych karłów.

Jaką będą miały temperaturę? Prawdopodobnie tysiąc, sześćset, trzysta, sto stopni. Światło wysyłane przez większe z nich będzie znikome, przez mniejsze — nie będzie wcale widoczne.

Przy temperaturze poniżej sześciuset stopni ciała niebieskie wysyłają tylko niewidoczne, podczerwone promienie. Niewidzialne, o głębokiej czerni słońca! I wśród nich najbardziej nas interesujące, o temperaturze powierzchni plus trzydzieści stopni, ciemne, lecz ciepłe planety, ogrzewane ciepłem wewnętrznym.

Dlaczego ich dotychczas nie odnaleziono? Częściowo dlatego, że nie szukano, częściowo dlatego, że znaleźć je bardzo trudno. A z Ziemi w ogóle nie można dojrzeć ciemnych planet.

Przecież nasza Ziemia sama wysyła podczerwone promienie, żyjemy w świecie podczerwonego światła. Czy można, żyjąc w świetle, zauważyć światło dalekiej gwiazdki?

Z drżeniem serca rozwijałem przed Czaruszynem te wszystkie przypuszczenia. Kątem oka dostrzegłem, że z twarzy jego znika pobłażliwy uśmieszek, a gęste brwi ściągają się surowo. A wydawało mi się, że rozumuję tak logicznie! Czy naprawdę można mnie zdruzgotać jakimś niespodziewanym argumentem? Pośpiesznie dobrnąłem do końca i czekałem gwałtownej opozycji.

— To jest bardzo interesujące, Radiuszu — powiedział Czaruszyn. — Planeta ogrzewana od wnętrza, świat na opak. Wszystko inaczej niż u nas. Jak sądzisz, czy może tam być życie?

Roślin oczywiście nie może być, jeżeli nie ma światła. Ale zwierzęta? Na Ziemi zwierzęta mogą żyć w wiecznym mroku — w jaskiniach i głębiach oceanu. W ogóle świat zwierzęcy jest starszy od roślinnego. A wyższe formy? Czy wyższe formy mogą rozwinąć się w wiecznej ciemności?

Nagle wybuchnął śmiechem i klepnął mnie po ramieniu:

— Może jeszcze wyruszymy w Kosmos, co, Radiuszu? Poleciałbyś szukać swoich infragwiazd?

— A pan, panie profesorze?

Czaruszyn obraził się, źle zrozumiawszy moje pytanie.

— A co? Nie jestem jeszcze taki stary. Nie mam nawet osiemdziesięciu lat. A według statystyki obecna średnia życia ludzkiego wynosi dziewięćdziesiąt dwa i pół lat.

3

Sam byłem zdumiony, gdy w pół roku później Centralne Obserwatorium Księżycowe zawiadomiło o odkryciu pierwszej infry.

Bez współudziału Czaruszyna wszystko to stałoby się o wiele później. Ale Dziadek zarzucił

wszystkie inne sprawy i rozrywki. Pamiętniki zostały przerwane w pół słowa. Stenografistka elektronowa pisała tylko listy do instytucji naukowych i organizacji społecznych, do starych przyjaciół — astronautów, do uczniów, na Księżyc, na Marsa, na Junonę, na Io, na dalekosiężne statki kosmiczne — z przekonywającą, przynaglającą i gorącą prośbą — zorganizowania poszukiwań czarnych słońc.

Zachwycała mię energia staruszka. Zdawało się, że siedząc w swej willi czekał tylko na dany znak. Możliwe, że czekał rzeczywiście — i oto miał przed sobą cel — nieznane światy — można pomknąć w Kosmos, szukać, zdobywać…

Infry odkryto w konstelacji Liry, Strzelca, Małej Niedźwiedzicy, Węża, Tukana, Teleskopu…

A najbliższa i najbardziej nas interesująca była w konstelacji Smoka. Temperatura jej powierzchni wynosiła plus dziesięć stopni. A odległość do niej — „zaledwie” siedem dni świetlnych. „Zaledwie” czterdzieści razy dalej niż do Neptuna. Rakieta międzyplanetarna mogła przebyć tę odległość w ciągu czternastu lat.

I w rok później rakieta wystartowała. A w niej Warencowowie, Jułdaszewowie, Czaruszyn i ja. Dobrze wiem, ile trudu kosztowało Czaruszyna przekonanie czynników miarodajnych, żeby i jego, i mnie zaliczono w poczet załogi ekspedycji. Jego — z powodu zbyt podeszłego wieku — mnie z powodu zbyt młodego i braku doświadczenia.

4

Pierwsze dni wyprawy były podobne do pierwszej wycieczki do Moskwy — porywająco ciekawe i znane do najdrobniejszego szczegółu. Sto razy widziane w kinie, książkach i pismach.

Ziemia z wielkiej wysokości — to olbrzymi globus, zasłaniający pół nieba. Cztery razy większa siła ciążenia, potem cuda nieważkości. Księżyc — obcy, czarno-biały świat z ospowatą twarzą. Lekkie skoki księżycowe, ostre czarne cienie, przepaście, odwieczny pył. Czytałem o tym wszystkim, wyobrażałem sobie — zobaczyłem — i byłem wstrząśnięty.

A potem nastały dnie powszednie, które pisarze pomijają w swoich opisach. Sypialnia — trzy metry na trzy, hamaki, stolik, szafa. Za ścianą pokój do pracy niewiele większy od sypialni, a w nim teleskop, pulpit sterowniczy, przyrządy, maszyny matematyczne. Dalej składy, maszynownia i pół kilometra zbiorników paliwa. Można spacerować wzdłuż tych zbiorników, można włożyć skafander i fikać koziołki w przestrzeni. A potem znów hamak, stolik i szafa. W gruncie rzeczy więzienie. Trzydzieści lat surowego odosobnienia.

Gwiazdy i mrok, mrok i gwiazdy. Zegary mają podziałkę na dwadzieścia cztery godziny, inaczej wszystko się poplącze. Dzień i noc — żadnej różnicy! W dzień gabinet oświetlony elektrycznością, w nocy — światło elektryczne. W dzień za oknami gwiazdy — w nocy gwiazdy.

Cisza. Spokój. A w rzeczywistości lot — znajdujemy się w stanie równomiernego i prostolinijnego ruchu. W ciągu godziny przebywamy prawie półtora miliona kilometrów, w ciągu doby — trzydzieści pięć milionów. W dzienniku podróży notujemy: „23 maja przekroczyliśmy miliard kilometrów. 1 czerwca przecięliśmy orbitę Saturna”. W związku z tą okolicznością wystawny obiad. Śpiewamy, cieszymy się. Naprawdę jednak jest to zupełnie umowne, gdyż przed tą orbitą była pustka i za nią jest pustka. I Saturn wygląda tak samo jak z Ziemi — zwykła gwiazdka.

To Czaruszyn wymyślał różne uroczystości. Był mistrzem w napełnianiu godzin treścią.

Nawet w rakiecie nie starczało mu czasu. Po przebudzeniu — gimnastyka kosmiczna, najmniej godzinę. Bez niej mięśnie zanikają wskutek stałej nieważkości. Obowiązkowy spacer w przestrzeni, przegląd rakiety z zewnątrz, potem od wewnątrz. Praca przy teleskopie. Obiad.

Potem przez dwie godziny dyktowanie wspomnień. Pisałem pod jego dyktando. Potem czytanie mikroksiążek. Dziadek czytał godzinę i w oznaczonym czasie nieodwołalnie odkładał książkę. Była to w pewnym stopniu zabawa, lecz równocześnie walka o dobre samopoczucie.

„Trzeba z niecierpliwością czekać na dzień jutrzejszy” — powtarzał często. I naśladowałem staruszka, jak tylko mogłem. Rozumiałem, że jest to konieczne — inaczej człowiek osłabnie, opuści ręce. Przyjdzie chandra, potem rozleniwienie, potem choroby. Rzuca się pracę, zapomina o swych obowiązkach. W Kosmosie zdarzały się tragedie: ludzie załamywali się i nawet zawracali.

Jedyny ratunek stanowi praca. Ale w rakiecie nie ma wiele do roboty: przegląd, drobne remonty nie zajmują dużo czasu. Opracowywałem swój projekt rekonstrukcji planet, ale raczej dla własnej przyjemności. Ludzkość jest tak potężnym zespołem, że nie prześcignie się jej w pojedynkę. A moja wiedza — już w roku startu — była na Ziemi przestarzała.

Jedynym sensownym zajęciem były obserwacje astronomiczne. Zestawialiśmy katalog, mierzyliśmy odległości do gwiazd. Zazwyczaj mierzy się je według trójkąta. Podstawa trójkąta — promień orbity ziemskiej, dwa kąty — kierunek na gwiazdę. Według jednego boku i dwóch kątów określa się wysokość — odległość od gwiazd. Ale ponieważ w ten sposób powstają trójkąty niezgrabne i wydłużone, jest możliwość popełnienia wielkich błędów i sposób taki jest właściwy tylko w stosunku do bliskich gwiazd. Byliśmy w lepszej sytuacji — oddaliliśmy się tysiąckrotnie od Słońca, można było mierzyć odległość tysiąc razy dokładniej. Mówiąc ogólnie, dotyczyło to wszystkich gwiazd, które widzieliśmy przez teleskop. Mieliśmy więc zajęcie na całą drogę — mierzyć, obliczać, obliczać, mierzyć. Potem notatka w księdze głównej:

„Numer katalogowy taki a taki, klasa widmowa AO, odległość — 7118 lat świetlnych”. Po takim zapisie ogarniała chwilami złość. Tracimy całe życie na siedem dni świetlnych, a tu siedem tysięcy lat świetlnych. Przecież nikt nigdy nie poleci w taką dal, do tego słońca klasy AO.

Nuda, męcząca jednostajność i równocześnie stałe napięcie. Przez całe lata nic się nie dzieje, a w każdej chwili może nastąpić katastrofa. Przecież pustka nie jest zupełnie pusta: mkną przez nią meteoryty, pył kosmiczny. Nawet chmury gazowe są niebezpieczne przy naszej szybkości — stawiają taki opór jak woda. Spotkaliśmy jeszcze jakieś nie znane nauce strefy zagęszczenia. Gdy się w nie zanurzaliśmy, doznawało się dziwnego ucisku w piersiach. Nie bardzo wiadomo czemu. Pył kosmiczny przeżera obszycie, metal się zużywa, zjawiają się jakieś błądzące prądy. Powoli wszystko ulega zniszczeniu. I nagle stwierdza się, że powietrze ucieka albo stery źle słuchają, albo przyrządy zawodzą. Przez całe lata nic się nie dzieje, aż nagle… Dlatego stale ktoś musi dyżurować.

Najgorsze są te godziny samotnych dyżurów. Wspomina się Ziemię. Tęskni się za lasem i polem. Chciałoby się, żeby kwitły rumianki i śpiewały skowronki w szafirowym blasku.

Tęskni się za tłumem — znaleźć się w metro, na stadionie, na wiecu. I żeby był gwar zamiast ciszy dzwoniącej w uszach, żeby ludzie popychali, żeby było ciasno i żeby było dużo, dużo ludzi, zupełnie nieznajomych, i kobiety, i dziewczęta. Gdy się zamknie oczy, widzi się Plac Czerwony, Kreml, demonstracje, barwne sztandary… A gdy się je otworzy — hamak, stolik i szafa.

I tak dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. W rakiecie było nas sześcioro. Dwa lata każde z nas dyżurowało, cztery spało. Sen był oczywiście sztuczny, z ochładzaniem. Robi się to nie tyle dla naszej satysfakcji, ile dla oszczędzenia ładunku. Dwie trzecie czasu ludzie śpią, nie jedzą, nie piją i prawie nie oddychają. I gdy tylko wylecieliśmy poza granice układu słonecznego, przestrzeń stała się czystsza, zmniejszyło się niebezpieczeństwo zderzenia, natychmiast dwie pary zaczęły szykować się do snu. Najpierw głodówka przez trzy doby, potem narkoza… i do zimnej wody. Temperatura ciała obniża się stopniowo, doprowadza się ją do plus dwóch stopni, tak że człowiek staje się jak kamień. Potem umieszcza się go w termostacie — szklanej skrzyni z automatyczną regulacją temperatury. Trzeba bardzo uważnie obserwować termometr. Odrobina za dużo — odżywają bakterie, odrobina za mało — krew zamarza i kruszyny lodu rwą tkanki. W ten sposób leżą obok skamieniali towarzysze, a zaraz za ścianą je się, odpoczywa, zapisuje rezultaty obliczeń. A gdy przychodzi własna kolej spania — nie czuje się nic. Najpierw tylko jakieś odurzenie i mdłości od narkozy. A potem czarna noc.

Wreszcie zaczyna się rozjaśniać — to znaczy, że minęły cztery lata, nadszedł moment przywrócenia do życia. Jest to najbardziej niebezpieczna chwila. Mózg wypoczął, doznaje się niezwykłej świeżości myśli, ogarnia ciekawość: gdzie jesteśmy? Co się wydarzyło przez te cztery lata? Człowiek ma chęć zerwać się i wziąć do roboty. A serce w ciągu tych lat ledwo, ledwo biło, nie wolno mu od razu zmieniać warunków. Ja, na przykład, dobrze znosiłem przebudzenie, a Dziadek źle. Był przecież starym człowiekiem, serce miał spracowane.

Pierwszy sen przeszedł jakoś znośnie, a po drugim miał i omdlenia, i bóle w sercu, i niedowład w lewym ramieniu. Przez cztery godziny pielęgnowała go Aisza — nasz lekarz naczelny. I powiedziała wówczas, że nie ręczy za trzeci raz. Możliwe, że staruszek będzie musiał w drodze powrotnej dyżurować przez całe czternaście lat.

5

…Przez czternaście lat dążyliśmy ku niewidzialnej kropce, aż nadeszła chwila, gdy mogliśmy dojrzeć cel — ciemny krążek zasłaniający gwiazdy. Wyszliśmy dokładnie na cel — dobrze obliczyli astronomowie ziemscy. Jednej tylko rzeczy nie przewidzieli: okazało się, że Infra Smoka jest podwójnym ciałem niebieskim. Mieliśmy przed sobą dwa czarne słońca — A i B. A — trochę mniejsze, B — większe. A — trochę bliżej, B — nieco dalej. „Nieco” w pojęciu kosmicznym — w rzeczywistości odległość między nimi była większa niż od Ziemi do Saturna.

Płonęliśmy z niecierpliwości, a Czaruszyn szczególnie, chociaż starannie to ukrywał.

Przygotował już cały arsenał do rozmów międzyplanetarnych: sygnały świetlne, podczerwone reflektory. Był jeszcze alfabet z wypukłymi obrazkami, kolekcja figur geometrycznych.

Nastąpił uroczysty dzień spotkania. Od rana rozpoczęliśmy hamowanie. Zjawiła się góra i dół, zapomniane w powietrzu przedmioty pospadały na podłogę. W środku dnia czarna plamka Infry zaczęła rosnąć w oczach, gasić jedną po drugiej gwiazdy. I wreszcie zawisł przed nami taki czarny talerz. Zatrzymaliśmy się i my. Staliśmy się chwilowym sputnikiem Infry.

I wyobraźcie sobie nasze rozczarowanie: nasi astronomowie popełnili drobną omyłkę.

Określili temperaturę powietrza na plus dziesięć — okazało się, że jest minus sześć. Atmosfera Infry zawierała gazy — metan i amoniak, jak na Jowiszu, dwutlenek węgla jak na „Wenus, dużo wodoru i pary wodnej — gęste, zwarte obłoki. A pod nimi zamarznięty ocean — lód, pola śnieżne, góry lodowe. Grubość lodu — dziesiątki i setki kilometrów. Określaliśmy to za pomocą środków wybuchowych.

Czy warto było wędrować czternaście lat, żeby zobaczyć zwykłą noc polarną!

Dziadek był kompletnie przybity. Ostatnia próba zawiodła! Nie spełniło się marzenie całego życia!

Wówczas powzięliśmy decyzję: odwiedzić również Infrę B.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to zupełnie naturalne.

Byliśmy tuż obok, jakże można nie odwiedzić. Ale w Kosmosie obowiązują pewne obliczenia. Wszystko zależy od paliwa. Na Ziemi paliwo określa liczbę możliwych do przebycia kilometrów — w Kosmosie tylko szybkość. Zużywa się paliwo nie cały czas — tylko przy nabieraniu rozpędu i hamowaniu. Zabiera się zwykle zapas na dwa rozpędy i dwa hamowania. Zbliżyć się do drugiej Infry oznaczało opóźnić powrót o trzy, cztery lata. Nie mieliśmy chęci przedłużać lat podróży, ale gdy się poświęciło trzydzieści lat, to trudno żałować jeszcze trzech. Nikt nie chciał odwrócić się plecami do niezbadanego świata.

Niemal cały rok wlekliśmy się pomalutku od Infry A do Infry B. I znów czarna plamka urosła, przekształciła się w czarny jak węgiel krąg. Znów zahamowaliśmy, przekształciliśmy się w satelitę, posłaliśmy w mrok automatycznego zwiadowcę. Widać gołym okiem — tym razem mrok nie jest głuchy. Częste błyskawice — a więc burze w atmosferze. Na ekranie widać zarysy chmur. Automat zakomunikował drogą radiową — temperatura powietrza plus dwadzieścia cztery. Możliwe, że stąd wynikł błąd astronomów — pomylili promienie tamtej, zlodowaciałej Infry i tej, burzliwej. Wypadło średnio plus dziesięć — blisko prawdy.

Ale nie uwzględniliśmy czegoś w obliczeniach — nasza rakieta zwiadowcza nie wróciła, widocznie utonęła. W ostatniej chwili zobaczyliśmy na ekranie telewizora powierzchnię wody, pochyłe, strome fale. Wysłaliśmy drugą rakietę. Ta obleciała Infrę parę razy dookoła.

Widzieliśmy chmury, widzieliśmy deszcz — nie padający ukośnie, jak na Ziemi, tylko prostopadle — przecież nawet krople na tej Infrze są cięższe. Zobaczyliśmy znowu fale.

Wszędzie morze, tylko morze, ani jednej wysepki. Ocean na równiku, ocean na biegunach.

Żadnych lodów. To zrozumiałe: na Infrze ciepło płynie z głębi i klimat jest wszędzie jednakowy — na biegunach wcale nie jest zimniej.

Ani lądów, ani wysp, choćby jeden wierzchołek wulkanu. Ocean, ocean, tylko, jedynie ocean.

Ileż niespodzianek kryje się w Kosmosie — niesłusznie mówią, że monotonia i nuda. Na co liczyliśmy? Że na Infrach, tak samo jak na Ziemi, są oceany i lądy. Istoty rozumne, rzecz prosta, mogą rozwijać się tylko na lądzie. Ocean mieliśmy zamiar badać — ale tylko z brzegu — przybliżyć się, spuścić niewielką batysferę. Nasz statek kosmiczny był przystosowany do wylądowania tylko stałym gruncie.

6

I oto czarny krąg płynie wśród pereł gwiazd — matowy talerz z zamglonymi krawędziami. Na jednym krańcu gwiazdy bledną, żeby za pół godziny odrodzić się na drugim. Znane konstelacje — tylko tutaj są wyraźniejsze i tworzą nowe, skomplikowane wzory. W jednej z nich — gwiazda ponad normę, to nasze kochane Słońce. Lecz my nie patrzył my na Słońce, nie podziwiamy haftów gwiazd. Nasze spojrzenia są przykute do ciemnego kręgu, chociaż w jego absolutnej czerni nie można nic rozróżnić — ani gołym okiem, ani przez teleskop.

— No więc jak? — pyta Dziadek Czaruszyn. — Odlatujemy?

To pytanie pada już po raz setny czy tysiączny. Tak, trzeba będzie wracać, nic nie wymyślimy. Debatowaliśmy na wszystkie strony — nic z tego nie wynika. Trzeba będzie; wracać, bez żadnego właściwie rezultatu.

— Pozostaje tylko jedno wyjście — mówi Dziadek.

Spoglądamy na kierownika ze zdziwieniem. Aisza pierwsza odgaduje, o co chodzi.

— W żadnym wypadku! — krzyczy. — Chce pan spuścić się w batysferze?

Poruszyliśmy się gwałtownie. Spuścić się w batysferze można, ale pytanie, jak wrócić.

Automatyczny zwiadowca nie potrafi wznieść się w górę. Batysfera zostanie tam na wieki… i człowiek wewnątrz niej.

— Nie możemy do tego dopuścić — powtarza Aisza.

Dziadek odpowiada wzruszając ramionami:

— Pani, Aiszo, jest przesiąknięta lekarskimi przesądami. Wydaje się pani, że człowiek ma prawo umrzeć tylko na skutek ciężkiej choroby. My, kosmonauci, mamy inny rachunek życia.

Mierzymy je według czynów, nie według lat.

— Ale po co to? — mówi Rachim. — Trzeba zbadać dokładnie. Wrócić na Ziemię, złożyć sprawozdanie. Następna wyprawa przygotuje, się odpowiednio i zbada dno…

— Następna? Kiedy? Za trzydzieści lat?

Tolek Warencow wstał, chciał zaproponować swoją kandydaturę. Hala pociągnęła go za rękaw. Nalegałem, aby wysłano mnie.

— Decyzja zapadła — powiedział Dziadek. — Nie traćmy czasu na przelewanie z próżnego w puste. Rozkazuję zacząć przygotowania do spuszczenia batysfery.

7

Robiliśmy ostatnie przygotowania, ale wciąż jeszcze nie mogliśmy uwierzyć. Nadszedł wieczór przed odlotem. Stary kapitan kazał urządzić pożegnalną kolację, sam ułożył jadłospis.

Obejrzeliśmy nasz archiwalny film „Na ulicach Moskwy”. Potem słuchaliśmy „Dziewiątej Symfonii” Beethovena. Dziadek lubił ją, bo jest burzliwa, wzywa do walki. Piliśmy szampana.

Potem śpiewaliśmy nasz hymn kosmiczny. Nie wiadomo, kto go ułożył:

A potrzeba być może wieczności.

By się wedrzeć w głąb nieskończoności.

I kapitan gdzieś po drodze

Powie „Żegnaj” swej załodze,

przy sterze stanie druga zmiana…

Aisza i Hala płakały. A ja się trochę upiłem i zapytałem: „Czy pan się naprawdę nie boi, Dziadku?”. A Czaruszyn odpowiedział: „Radiuszu drogi, bardzo się boję. A najwięcej się lękam, że to wszystko może być nadaremne. Że nie zobaczę nic prócz czarnej wody…” Chwyciłem go za ręce: „Dziadku drogi, to prawda, to może być nadaremne. Niech pan odwoła rozkaz!”

8

I oto jest nas tylko pięcioro. W milczeniu, z zaciśniętymi wargami stoimy przed głośnikiem radiowym. Rozlegają się w nim przeciągłe gwizdy, trzaski, świsty, wycie. Atmosfera Infry jest naładowana elektrycznością, co chwila są zakłócenia w odbiorze.

Wreszcie przez szum zakłóceń przedziera się spokojny głos Czaruszyna. Nasz Dziadek jest z nami! W kabinie rozbrzmiewa jego znajomy, zachrypnięty bas.

— Wyłączyłem reflektor — mówi. — Ciemności nie są absolutne. Cały czas wyładowania i błyskawice, krótkiej i zygzakowate. W ich blasku widać chmury, płaskie jaki prześcieradło.

Takie same jak na Jowiszu. Na krańcach obłoki. Powietrze zwarte i na granicach prądów powietrznych ostre wiry.

Zanikały poszczególne słowa i całe zdania. Potem dźwięk się poprawił.

— Powietrze staje się przejrzystsze — opowiadał Dziadek. — Widzę morze. Powierzchnia czarna, jak lakierowana. Drobne fale, niby zmarszczki. Opuszczam się powoli, atmosfera bardzo gęsta.

Ciążenie nadmierne, trudno się poruszać. Nawet mówić jest trudno.

I nagle radosny okrzyk:

— Ptaki! Ptaki świecące! Jeszcze jeden i jeszcze… Trzy od razu. Mignęły — i już ich nie ma.

Telewizor by nie uchwycił. Zdążyłem zauważyć: okrągłe głowy, gruby tułów. Małe, trzepocące skrzydełka. Podobne raczej do naszych ryb latających. Możliwe, że to ryby, a nie ptaki. Ale leciały wysoko.

Mocny plusk. Pauza.

— Słyszeliście plusk? Pogrążyłem się w wodę. Mocno się potłukłem. Zresztą to już nie ma znaczenia. Wyłączyłem światło. Przyzwyczajam się do ciemności.

Nieco później:

— Zanurzam się powoli, dwa, trzy metry na sekundę. Włączyłem reflektor. Za oknem zamieć, ognista — fosforyzujące wiry, fale, chmury. Ileż tu wszelakiego drobiazgu! Prawdopodobnie w rodzaju naszych krewetek. Im głębiej, tym więcej. Odwrotnie niż na Ziemi. U nas życie jest uboższe na większych głębokościach. Ale tam ciepło płynie z góry, a tu z dołu.

A to co? Długie, ciemne, bez głowy i ogona. Wieloryb, kaszalot? Porusza się szybko, za nim fosforyzująca smuga. Szereg światełek z boku, jak iluminatory. Czyżby łódź podwodna? Albo coś innego, do niczego nie dające się porównać. Na wszelki wypadek sygnalizuję reflektorem: dwa, dwa, cztery, dwa, trzy, sześć, dwa, dwa, cztery. Nie zareagowało. Skręciło na prawo. Nie widać. A teraz jakieś dziwotwory — skrzyżowanie żółwia z ośmiornicą. Ośmiornicę wymieniłem dla porównania, w rzeczywistości mają pięć nóg. Pięć macek — jedna z tyłu, jak wiosło sterowe, cztery po bokach. Zakończone zgrubieniem z przyssawkami. Na jednej z przednich macek organ mocno świecący. Przypomina latarkę. Prosty promień w ruchu oświetla łodygi. Na grzbiecie pancerz. Oczy jak u raka, na ruchomych łodyżkach. Gęba w kształcie rurki. Opisuję je tak dokładnie, bo płyną wprost na mnie. Teraz patrzą prosto w iluminator. Niesamowite uczucie — myślące spojrzenie, źrenica jak kryształek, a tęczówka fosforyzuje martwym zielonym światłem, jak u kotów. Czytałem gdzieś, że ośmiornice ziemskie mają zupełnie ludzkie spojrzenie, ale sam nie widziałem, nie mogę porównać.

Reflektor wymacał dno. Pokryte węzłowatymi korzeniami. Podobne do korali lub lilii morskich. Widzę grube łodygi, pędy ich zwisają główkami w dół, niektóre przylegają ściśle do dna. Nasze lilie morskie mają kielichy wzniesione w górę, łowią nimi tonące pożywienie.

Czego te szukają w mule? Gnijących szczątków? Ale przecież nie wszystkie sięgają dna.

Czyżby łowiły ciepło? Ale w takim razie byłyby to rośliny. Rośliny bez światła? Niemożliwe.

Zresztą światło płynie z dna — podczerwone. Czy może kosztem energii promieni podczerwonych powstać białko, rozszczepiać się dwutlenek węgla? To mała energia, trzeba ją gromadzić. Ale zielone liście na ziemi też gromadzą energię. Przecież widzialne promienie same przez się nie rozszczepiają dwutlenku węgla.


— Utknąłem w wodorostach na dnie — ciągnął staruszek. — Mogę się przyglądać bez pośpiechu.

Coraz bardziej upewniam się, że to są rośliny. Gruba, pozbawiona oczu ryba gryzie łodygę.

Inna — długa i zębata — chwyciła tę grubą, ciągnie w górę. Strumień pożywienia płynie tu od dna do powierzchni. Świecące ptaki — to ostatnia warstwa.

Rozległ się zgrzyt i głuche uderzenia w metal. Co to takiego?

— Batysfera ruszyła z miejsca — zakomunikował Dziadek. — Ktoś ją chwycił i ciągnie. Nie widzę kto. Przed iluminatorem nie ma nic. Dno jest pochyłe. Zarośla się nie kończą. Ale dziwna rzecz — rośliny stoją w regularnych rzędach, jak drzewa w sadzie. Coś potężnego przesuwa się powoli, ścinając całe krzaki od korzenia. Ależ żarłoczny potwór — połyka te krzaki. Źle widzę, ten żywy kombajn sunie gdzieś z boku. Przed nami łańcuch skał.

Przepłynęliśmy. Czarna otchłań. Batysfera opuszcza się w dół. Ciśnienie wzrasta. Żegnajcie!

Pozdrówcie Moskwę!

Przerwa na sekundę. I nagle krzyk:

— Pęknięcie!

Rozległy się odgłosy uderzeń. Coraz częstsze. Widocznie woda wdzierała się do kabiny.

Staruszek jęknął. Czy opryskały go krople wody? Potem zaczął mówić szybko:

— Na dnie otchłani budynki. Miasto. Oświetlona ulica. Kopuły. Pływające wieże. Jakieś dziwaczne istoty… Pełno ich… Czyżby to byli…

Łoskot. Krzyk bólu.

I tryumfalne, z głośnym poświstem wycie zakłóceń.

Pięciu ludzi pogrążonych w milczeniu patrzy na czarny krąg, chociaż nie można nic na nim odróżnić, ani gołym okiem, ani przez teleskop.

— Za trzydzieści lat znowu tu powrócimy — mówi Tolek Warencow.

Загрузка...