Chwyciłam to bez namysłu i z całej siły rąbnęłam w dostępną mi część faceta. Nadcięty łańcuch pękł, a ciężarek zleciał mu na nogę. Wrzasnął okropnie, odruchowo wyrwał nogę spomiędzy drzwi, kopnięciem wyrzuciłam za nim nożyce i zatrzasnęłam zamek. Przytomnie odsunęłam nieco zasuwę, zostawiając ją w pozycji, która blokowała coś w środku i uniemożliwiała otwarcie kluczem od zewnątrz. Słyszałam przez chwilę bezskuteczne grzebanie w zamku. Usiadłam na ławie i ochłonęłam.
Diabeł wspiął się na szczyty bezczelności. Po paru minutach zadzwonił z automatu, pomijając wydarzenie całkowitym milczeniem i domagając się walizki. Miałam ochotę zrzucić mu ją na głowę, ale powstrzymałam się w obawie, że jej zniszczenie da mu pretekst do dalszych pretensji. Będzie mógł jawnie wystąpić przeciwko mnie i ewentualni świadkowie wyrzucania walizki z trzeciego piętra staną po jego stronie. Znalazłam kłąb sznura, przywiązałam do rączki i bez szczególnego trudu opuściłam z balkonu, nie wdając się w dalsze konwersacje.
Zerwany łańcuch złączyłam na powrót grubym drutem, znalezionym wśród różnych śmieci. Nie było to dostateczne zabezpieczenie, podjęłam więc dodatkowe środki ostrożności. Wyszukałam w kredensie tłuczek do mięsa na bardzo długim trzonku i przygotowałam sobie kawał gazy, wypchanej kłębem waty, do obwiązania twarzy. Przyszło mi na myśl, że nakłoniwszy mnie znów jakimś podstępem do otwarcia drzwi, mogliby mnie zamroczyć przez szparę owym środkiem nasennym. Miałam niejasne wrażenie, że przez kłąb waty ów środek będzie wolniej przenikał.
W trakcie opuszczania walizki przez balkon rozejrzałam się po okolicy i ujrzałam, że naprzeciwko mojego domu, na nieco zaniedbanym trawniczku, stoi rozbabrana syrena. Jakiś facet leżał pod nią i coś reperował. Drugi facet siedział obok na trawie i z męczeńskim wyrazem twarzy podawał mu narzędzia. Moje produkcje artystyczne oderwały ich od pracy. Obaj z żywym zainteresowaniem przyjrzeli się transportowi walizki, obejrzeli Diabła na dole i mnie na górze, po czym wrócili do swoich zajęć. Gdybym miała granat, to pewnie bym w nich rzuciła. Zaopatrzona w rozmaitą broń zaczepną i odporną poczułam się nieco pewniej, a przy tym trzy dni, idiotycznie spędzone w domowym areszcie na bezczynnym oczekiwaniu, doprowadziły mnie do ostatecznych granic szaleństwa. Nadchodziła chwila, kiedy zawartość mojego wnętrza musiała się jakoś wyładować. Prawie z ulgą powitałam następny telefon.
- Dwadzieścia cztery osiemnaście - powiedział jakiś facet. - Proszę pani, pułkownik koniecznie prosi, żeby pani przyszła. Przyjechał nowy gość z Interpolu. Pułkownik kazał powiedzieć, że prawdziwy. Teraz są na mieście, ale za godzinę będą na panią czekali w Grandzie.
- Chała - odparłam nieżyczliwie.
- Proszę?
- Chała. Mogą czekać do sądnego dnia. Mówiłam, że stąd nie wyjdę!
Po dziesięciu minutach znów zadzwonił.
- Dwadzieścia cztery osiemnaście, pułkownik mówi, że może przyjadą do pani?.
- Jak chcą rozmawiać na schodach, to proszę bardzo. Do domu nikogo nie wpuszczę.
- No to niech pani przyjedzie. Dostanie pani eskortę.
- Wypchajcie się eskortą.
W stanie skrajnego zniecierpliwienia czekałam na wiadomość od Alicji. Byłam zdecydowana nie wierzyć nikomu, dopóki nie uzyskam dowodu, że ten ktoś przybywa od niej. Furia kotłowała się we mnie jak lawa w czynnym wulkanie.
Po pół godzinie ktoś zadzwonił do drzwi. Wzięłam do ręki tłuczek do mięsa, zdecydowana trzasnąć go nim przez szparę na pierwszy podejrzany gest i obwiązałam sobie twarz gazą z kłębem waty. Brak konkretnego znaku od Alicji utwierdzał mnie w przekonaniu, że gang zdobywa się na nadludzkie wysiłki, aby zwabić mnie w pułapkę. Być może uważają, że nadchodzi ostatnia chwila i idą już na całego.
Za drzwiami stał obcy mi facet.
- Czego? - spytałam niewyraźnie, bo kłąb waty dość porządnie mnie zagłuszał.
- Od pułkownika Jedliny - powiedział, patrząc na mnie dziwnie. - Dwadzieścia cztery osiemnaście. Mam pani towarzyszyć.
- Niech pan sobie znajdzie inne towarzystwo. Jak tu stanie na schodach pułk wojska w pełnym umundurowaniu, to może wyjdę, inaczej nie. I to jeszcze musi być z nimi Cyrankiewicz, bo tylko jego na pewno znam z twarzy. Jazda w Rodopy! Cześć!
Zamknęłam drzwi, zanim zdążył odpowiedzieć. Po paru minutach znów zaczęły się targi przez telefon. Domagano się ode mnie wyboru jednej z dwóch możliwości. Albo pułkownik przyjedzie do mnie, albo ja do pułkownika. Wizytę u siebie z miejsca wykluczyłam. Ten nieszczęsny, oszukiwany człowiek nie zabierze przecież ze sobą całego swojego personelu, przyjedzie z jednym albo dwoma bandziorami, nie będzie niczego podejrzewał, wykończą i jego, i mnie. Z dwojga złego lepiej już jechać do niego, ale przecież nie do Grandu!.
Wreszcie odezwał się sam pułkownik.
- Wszystko rozumiem, ale przecież to nie może trwać wiecznie - powiedział ugodowo. - Podobno nie chce pani nas wpuścić do siebie. Nie chce pani przyjechać do tego Grandu. To co, u diabła, pani proponuje?
- Siłą też się wywlec nie dam - uzupełniłam. - Jest pan pewien, że on jest prawdziwy?
- Obaj są prawdziwi!
Straciłam cierpliwość. Dosyć tego.
- Mogę zaryzykować przyjazd, ale tylko do Komendy i to po uprzednim telefonie do pana. Już się raz pod pana podszyli. Teraz sama zadzwonię. Zakładam, że książka telefoniczna nie została sfałszowana przed dwoma laty w przewidywaniu obecnych wydarzeń i numer już mam. Ale zawiadamiam pana, że każdego faceta, który spróbuje się do mnie zbliżyć na ulicy, leję w łeb bez uprzedzenia. Żeby potem nie było pretensji.
- Dobra, niech pani leje. Za piętnaście minut jestem w Komendzie, niech pani dzwoni i przyjeżdża. Ale już bez żartów, sprawa zrobiła się pilna!
Przeczekałam piętnaście minut i zadzwoniłam do Komendy. Centrala połączyła mnie bez oporów. Po kilku sygnałach odezwał się nieco zdyszany głos pułkownika.
- Ja się zatchnę przez panią, biegiem leciałem po schodach! Ma pani w projekcie jeszcze jakieś ćwiczenia gimnastyczne dla mnie?
- Nie wiem. Spróbuję przyjechać.
- Pod pani domem jest dwóch moich ludzi. Ich niech pani nie leje. Zresztą mają polecenie służbowe nie zbliżać się zanadto. Czekam.
Było już ciemno. Na klatce schodowej paliło się światło. Z nożem sprężynowym w jednej ręce, a tłuczkiem do mięsa w drugiej ostrożnie opuściłam mieszkanie, pierwszy raz po trzech dniach niewoli. Zamknięcie drzwi w pełnym uzbrojeniu było nieco kłopotliwe, ale jakoś mi się udało. Zeszłam na dół. Zaczęłam się zastanawiać, jakim sposobem wyłączę urządzenie alarmowe bez wypuszczania z rąk noża i tłuczka, bo na domiar złego przeszkadzała mi przewieszona przez rękę torebka.
Przełożyłam broń do lewej ręki, prawą sięgnęłam pod tylny błotnik i oczywiście dotknęłam kluczykiem karoserii. Na krótką chwilę wybuchło przenikliwe wycie, sama się nim przeraziłam, pomacałam już bez ostrożności i wyłączyłam. Wycie umilkło. Rozejrzałam się dookoła. Po drugiej stronie ulicy przyglądali mi się z nadzwyczajnym zainteresowaniem dwaj faceci, słabo widoczni w świetle latarni obok zreperowanej już syreny. Spojrzałam na nich na wszelki wypadek wrogo, wsiadłam, położyłam sobie tłuczek w poprzek na kolanach i ruszyłam.
W trzy sekundy potem ruszyła za mną syrena. Wzruszyłam ramionami do siebie i docisnęłam lekko gaz, patrząc w lusterko i oczekując gwałtownego wzrostu odległości pomiędzy mną a nimi. Nic takiego nie nastąpiło, niezrozumiałym sposobem syrena trzymała się za mną.
Nie pojmując zjawiska sprawdziłam ręczny hamulec, czy przypadkiem nie jest zaciągnięty. Znów spojrzałam w lusterko i nagle kątem oka dostrzegłam, że tuż przede mną coś runęło na jezdnię.
Nie było siły, przejechałam to coś. Samochód lekko podskoczył.
Myśl, że to człowiek, sprawiła, że zrobiłam się nieprzytomna. Nigdy w życiu nie przejechałam człowieka! Przejechałam kiedyś kurę i już wtedy zdenerwowałam się okropnie. Teraz przestałam działać na rozum, wszystkie czynności stały się odruchowe!
Wyhamowałam na pięciu metrach, zatrzymując się w poślizgu na skos pośrodku idącej pod górę jezdni. Zostawiłam na pierwszym biegu, nie wiedząc nawet, kiedy zdążyłam go wrzucić. Wyszarpnęłam kluczyki ze stacyjki, wypadłam z samochodu, łapiąc w locie staczający mi się z kolan tłuczek do mięsa i runęłam w kierunku przejechanego czegoś. Potknęłam się i padając na kolana jeszcze wyrżnęłam to tłuczkiem!
Gdyby to istotnie był człowiek, to chybabym się potem zabiła! Ale to nie był człowiek. To był kłąb szmat, w środku którego tkwiła starannie owinięta deska. W świetle latarni dało się to stwierdzić od pierwszego rzutu oka.
Poczułam, jak mi się robi słabo i w ogóle jakoś dziwnie niedobrze. Nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca i klęczałam bez sił nad upiornym przedmiotem. Obok mnie pojawił się nagle jakiś facet, chwycił mnie pod rękę i zaczął ciągnąć do góry.
- Prędzej! - syknął mi w ucho.
Przez moment dałam się wlec w kierunku jaguara, jeszcze ciągle bezwładna, ogłuszona, bez mała w stanie szoku. Nagle dotarło do mojej świadomości to, co widzę. Za kierownicą jaguara ktoś siedział. Facet, wlokący mnie pod ramię, zaczął mi wydobywać kluczyki z zaciśniętych palców. Z zatrzymanej przed kłębem szmat syreny wyskakiwali tamci dwaj.
Nieznośna, otępiająca słabość minęła mi nagle jak ręką odjął i zmieniła się w wybuch szaleństwa. Jednym ruchem wyrwałam mu ramię.
- Won, świnio!!! - wrzasnęłam okropnym głosem i z całej siły trzasnęłam go tłuczkiem. 113
Facet wykonał unik, ale w coś go trafiłam, aż jęknęło. Nie wiedziałam w co i nie interesowałam się tym. Jak rozszalała harpia ruszyłam w stronę tego za kierownicą. Trafiony nie zrezygnował z kontaktów i złapał mnie z tyłu za kołnierz od żakietu. Kołnierz został mu w ręku, bo w tym momencie byłam zdolna rozszarpywać na strzępy pancerne blachy stalowe, a nie tylko zwyczajne tekstylia. Z rozmachem łupnęłam tłuczkiem tego w samochodzie, ale on właśnie skulony wypadł na zewnątrz i trafiłam w siedzenie. Jęknęło jeszcze lepiej. Dwaj faceci z syreny włączyli się do akcji, jeden zaczął się szarpać z trafionym, a drugi usiłował przeszkodzić mi wsiąść.
- Won!!! - wrzasnęłam ponownie i zamierzyłam się na niego tłuczkiem. Zniknął mi z oczu błyskawicznie. Nie zważając, czy nie mam czegoś pod kołami, z czynnym wulkanem w duszy, z rykiem silnika, wyprysnęłam pod górę.
Za sobą widziałam w lusterku zamieszanie, które się nagle uspokoiło i już po chwili wystartowała za mną syrena. Dostałam szału. Na klaksonie, na długich światłach, wypadłam na ulicę Puławską jak czterech jeźdźców Apokalipsy razem wziętych.
Z przeraźliwym piskiem opon zahamowałam na podjedzie przed Komendą Główną. Z budynku wyskoczyło kilku zaniepokojonych ludzi w mundurach. Tuż za mną wpadła na podjazd przeklęta syrena. Nie zastanawiając się nad tym, co robię, z pianą na ustach, przepełniona niezaspokojoną żądzą mordu, z tłuczkiem do mięsa wzniesionym nad głową, wypadłam z jaguara i runęłam w kierunku upiornego pojazdu.
- Won!!! - wrzeszczałam dziko, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.
Nie wiem, co by było, i nie wiem, jakich zniszczeń dokonałabym niewinnym narzędziem kuchennym, gdyby nie to, że, zanim jej dopadłam, syrena dmuchnęła na tylnym biegu na powrót na ulicę. Przez moment jeszcze pchało mnie, żeby ją gonić jaguarem, zapewne też na tylnym biegu, ale w tym celu musiałam wrócić do samochodu. Po drodze ujrzałam, że otacza mnie coś jakby kordon milicji i zwolniłam kroku. Opuściłam w dół rękę z bronią, jeszcze nie będąc w stanie nic normalnego powiedzieć.
- Pani do pułkownika, prawda? - spytał bardzo łagodnie jeden z milicjantów.
Spojrzałam na niego podejrzliwie i kiwnęłam głową.
- Przepraszam bardzo - powiedział drugi z nieśmiałym zdziwieniem. - Dlaczego wyrzuciła pani stąd nasz samochód?
Odzyskałam głos.
- Jaki wasz samochód?
- Tę syrenę. Oni teraz boją się wjechać.
- Nie życzę sobie żadnych halucynacji!!! - zawarczałam z wściekłością, oglądając się w kierunku wjazdu, czy przypadkiem nie ma tam złośliwego widma. Nie było.
Wyjęłam torebkę, zamknęłam jaguara i ruszyłam do pułkownika, poprzedzana przez jednego z milicjantów. Wyglądałam prześlicznie, rozczochrana, z urwanym kołnierzem, z rozszarpanym nie wiadomo kiedy rękawem, z podartą na kolanie pończochą, z tłuczkiem do mięsa w ręku i z błyskiem szaleństwa w oku.
Razem z pułkownikiem siedział w gabinecie jakiś facet, którego twarz wydała mi się znajoma. Wrosłam w ziemię na progu, zrezygnowałam z uprzejmości, wychowania i jakichkolwiek form towarzyskich.
- Tego łobuza znam - powiedziałam z zimną nienawiścią, oskarżycielsko wskazując go tłuczkiem. - Pan uważa, że kto to jest?
Obaj spojrzeli na mnie wzrokiem pełnym zdumienia. Zapewne odjęło im mowę, bo pułkownik bez słowa skierował pytające spojrzenie na mojego towarzysza.
- Melduję, że nic nie rozumiem - powiedział ten ostatni pospiesznie. - Zdaje się, że obywatelka pobiła naszych ludzi. Porucznik już idzie.
Usunęłam się na bok, wpuszczając następnego faceta. Miał rozciętą wargę i wycierał sobie krew chusteczką, ale pomimo tego uszkodzenia jego wyraz twarzy wydawał mi się dziwnie rozweselony.
- Co się dzieje? - spytał pułkownik. - Co to znaczy?
- Kuchenne narzędzie w rękach kobiety jest straszliwą bronią - powiedział poszkodowany i złożył mi uprzejmy ukłon. - Mógł pan nas nie wysyłać, pułkowniku, niepotrzebnie zmarnowaliśmy dzień. Pani tą wajchą rozpędziłaby cały batalion. Słowo honoru, że się wystraszyłem jak nigdy w życiu, kiedy wystartowała pani do nas tu, na
parkingu.
- Prosiłem, żeby pani naszych nie lała! - powiedział pułkownik z wyrzutem i oczy zaczęły mu wesoło błyskać. - Mówcie jakoś wyraźniej i po kolei. Dlaczego pani tak wygląda?
- Była próba zatrzymania. Dwóch ludzi rzuciło na jezdnię przeszkodę. Usiłowali wepchnąć potem panią do samochodu i odjechać, sami prowadząc. Co z kluczykami? - zwrócił się nagle do mnie.
- Chciał mi wydłubać z ręki - odparłam mściwie. - A chała!
- Właśnie, tak mi się wydawało. Było dość ciemno. Jechaliśmy tuż za panią i wyskoczyliśmy na pomoc, ale zanim zdążyliśmy dobiec, pani ich już rozgoniła. Nie udało się pani ich pozabijać tylko dlatego, że na nasz widok uciekli. Chciałem pani pomóc wsiąść i zobaczyć, czy się pani nic nie stało, ale zamierzyła się pani na mnie tym drągiem, więc dałem spokój. Zrezygnowaliśmy z zatrzymania ich, nie było czasu, musieliśmy panią gonić. Nie wiem, czy pani wie, że o mało nas pani nie wpakowała pod tramwaj.
- Co pani na to? - spytał pułkownik z westchnieniem.
Nieufnie przyglądałam się opowiadającemu.
- On bredzi - powiedziałam stanowczo. - To wariat. Gonił mnie syreną. A przedtem przeszkadzał mi wsiąść. Wypraszam sobie te głupie złudzenia optyczne. Ile mieliście tych syren po drodze? Co pięć metrów jedna?
- Powiedzieć.? - spytał niepewnie porucznik, patrząc pytająco na pułkownika.
Pułkownik kiwnął głową.
- Mówcie. Inaczej nam się dziewczyna nie uspokoi. Trzeba jej wytłumaczyć.
- Ta syrena ma wmontowany silnik jaguara - powiedział porucznik, wzdychając. - To jest tajemnica, nie wolno pani o tym nikomu mówić. Sprzęgło, skrzynię biegów i jeszcze parę innych rzeczy. Właściwie z syreny ma tylko karoserię.
- A zawieszenie? - spytałam mimo woli z zainteresowaniem.
- Z volkswagena.
- I nie rozlatuje się?
- Nie, jakoś się trzyma. Dobrze zespawana.
- No dobra, skończcie to szkolenie - przerwał pułkownik. - Co pani dać, kawy, herbaty, wody?
- Sama się napiję prosto z kranu. Widzi pan? Słusznie wolałam siedzieć w domu. Niech się panu nie wydaje, że ja już tak zaraz we wszystko uwierzę. Ten tutaj to kto pańskim zdaniem?
- Moim zdaniem to jest mój współpracownik od. majorze, od ilu lat?
- Czternaście - powiedział major z miłym uśmiechem i w tym momencie przypomniałam sobie, skąd go znam. Uczestniczył w konferencji, którą odbywałam w tym samym gmachu trzy lata temu i nawet udzielił mi bezcennych rad w kwestii działalności przemytniczej.
- O, przepraszam pana - powiedziałam z odrobiną skruchy i wreszcie zdecydowałam się usiąść. -No dobrze, mogę się napić zimnej wody i gorącej kawy. Ale wszyscy mają pić to samo.
- Niech nam pani chociaż wodę daruje! - poprosił pułkownik i nagle poczułam w atmosferze wyraźną, zdecydowaną zmianę na lepsze. Świat jakby nieco znormalniał. Jeszcze nie chciałam w to uwierzyć.
Mściwie, z gniewem, ale wciąż ostrożnie i z pewnymi oporami opowiedziałam wydarzenia ostatnich trzech dni. Wyjawiłam udział Diabła. Coś się stało, coś się zmieniło we mnie, nagle przestał to być człowiek, którego kiedykolwiek uważałam za kogoś bliskiego. Innymi oczami spojrzałam na nasze wzajemne stosunki na przestrzeni ostatnich lat. Moje wszystkie, najgorsze podejrzenia były słuszne, oszukiwał mnie już dawno, a teraz oszukał mnie ostatecznie w sposób bezwzględny, brutalny, cyniczny, oszukał mnie w chwili, kiedy widziałam w nim swoją ostatnią podporę, ostatnią deskę ratunku, kiedy wróciłam do niego jak do jedynego bezpiecznego azylu. Usiłował wykorzystać moją głupią ufność i nagle pojęłam, że już od dawna ten człowiek był moim zdeterminowanym wrogiem.
Zrelacjonowałam fakty, zacytowałam słowa i powstrzymałam się od komentarzy. Pułkownik słuchał w milczeniu, zamyślony, już bez wesołości w oczach, a potem spojrzał na porucznika.
- Volkswagen wjechał na podwórze o szesnastej zero osiem - mruknął porucznik. - W środku dwóch ludzi. Do chwili pani wyjścia jeszcze nie wyjechali.
Pułkownik wykonał j akiś gest brodą i porucznika wymiotło z pokoju.
Sekretarka, która nie wiem skąd tam się wzięła o tej porze, przyniosła kawę dla wszystkich i wodę dla mnie. Wodę wypiłam, a filiżankę z kawą demonstracyjnie wymieniłam z majorem, zaczekawszy uprzednio, aż wsypał do niej cukier i zamieszał. Prawie odjęłam mu od ust. Nieufność tkwiła we mnie zakorzeniona i rozrosła.
Na biurku pułkownika zadzwoniło. Przycisnął jakiś guzik.
- Przyjechali - rzekło biurko przytłumionym głosem.
- Niech wejdą - powiedział pułkownik, po czym zwrócił się do mnie. - To są przedstawiciele Interpolu. Ręczę pani za nich. Może pani już z nimi rozmawiać, czy też będzie pani usiłowała zrobić im jakąś krzywdę?
- Nie wiem - powiedziałam ponuro. - Zobaczę.
Dwóch panów weszło do pokoju. Znałam obu. Jednym był rozpromieniony, jaśniejący różowym blaskiem łysy knur, drugim zaś facet, który nalewał mi benzyny pod drogowskazem do Palmir!
Nie czyniłam żadnych gwałtownych gestów. Powoli podniosłam się z krzesła i podeszłam do fotela, stojącego w kącie pod ścianą. Życzyłam sobie mieć zabezpieczone tyły. Przysiadłam na poręczy. W lewej ręce ze szczękiem otworzył mi się nóż sprężynowy, prawą trzymałam tłuczek do mięsa.
- Mogę zamienić kilka słów - powiedziałam zimno do pułkownika. - Ale wyjdę stąd tylko pod eskortą uzbrojonej milicji. Ten łysy wyłazi mi już czubkiem głowy, a na tego drugiego nadziałam się pod Palmirami. Benzyny mi nalewał. I pan chce, żebym im uwierzyła?! Fakt życia do tej pory zawdzięczam milczeniu. Pomilczę sobie dalej. 115
- Na litość boską! - wykrzyknął pułkownik i otarł pot z czoła. Spojrzał na tamtych z rozpaczą i przeszedł na język francuski. - Panowie, ja nie mam wpływu. Pani miała przeżycia, które tłumaczą ten dziwny stan, ale ja nie widzę wyjścia. Może lekarza, neurologa.
- Chwileczkę, może ja znajdę wyjście - powiedział cicho pan spod Palmir po polsku.
Uśmiechnął się, spojrzał na mnie i nagle pod wpływem tego spojrzenia uświadomiłam
sobie wyraziście swój wygląd. Przeżycia przeżyciami, niebezpieczeństwo niebezpieczeństwem, dramat osobisty dramatem osobistym, ale życie ma swoje niewzruszone prawa. Są podobno takie kobiety, w których obecności mężczyźni gwałtownie zaczynają się czuć mężczyznami i z całą pewnością są mężczyźni, przy których kobieta czuje się przede wszystkim kobietą. Nie ma mocnych na różnicę płci!
Odczułam palącą potrzebę przejrzenia się w lustrze i absolutna niemożność zaspokojenia tej potrzeby okropnie pogorszyła mi humor i tak już nie najlepszy. Zdeterminowana, rozgoryczona, wściekła, zbuntowana przeciwko światu, przyglądałam mu się ponuro i czekałam, co wymyśli.
- Jest chyba na świecie ktoś, komu pani może wierzyć, prawda? - spytał spokojnie i życzliwie.
- Ze dwie sztuki by się znalazły - odparłam drwiąco. - Ściśle biorąc dokładnie dwie sztuki. Ciekawe, od kogo z nich ma pan rekomendacje.
Pan patrzył na mnie z uwagą.
- Mięsko na gorąco - powiedział powoli. - I nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody.
Długą, nieskończenie długą chwilę panowało milczenie. Nie wierzyłam własnym uszom. Z
wolna, z trudem, poprzez grubą skorupę koszmaru docierała do mnie treść jego słów. Poczułam, jak mi nagle mięknie w środku jakiś okropnie wielki, twardy kamień, jak opada ze mnie całe to straszliwe napięcie, w którym trwałam tyle czasu, jak mi napływają do oczu łzy bezgranicznej ulgi i jak ze wzruszenia zaczyna mi brakować tchu. Tłuczek do mięsa i nóż sprężynowy wyleciały mi z rąk. Złapałam powietrze, zachłysnęłam się nim, padłam na gors temu cudownemu człowiekowi i rozpłakałam się rzewnymi łzami.
Pan cierpliwie trzymał mnie w objęciach, ja zaś szlochałam mu w kamizelkę, ściskając go kurczowo za klapy marynarki i równocześnie myśląc z rozpaczą, że teraz już chyba będę musiała siedzieć na twarzy. Do niczego innego moja rozmazana gęba nie będzie się nadawać!
- Jakim cudem - powiedziałam, siąkając nosem w jego chusteczkę i nie kryjąc szczęścia. - Jakim cudem pan do nich dotarł?!
- Pani przyjaciela znam od dawna i tak się składa, że to jest także i mój przyjaciel. A pani przyjaciółkę widziałem kilka dni temu w Kopenhadze. O ile wiem, sprawdziła moją tożsamość z przerażaj ącą dokładnością.
Uśmiechał się z sympatią, przyjaźnie i patrząc na mnie, taktownie nie okazywał wstrętu. Łysy knur przyglądał nam się życzliwie i z zainteresowaniem, chociaż widać było, że nic nie rozumie. Pułkownik i major nie kryli żywego zaciekawienia. Świat zmienił swoje posępne oblicze i rozbłysnął wszystkimi kolorami tęczy!
Z trudem oderwałam się od najwspanialszego mężczyzny wszechczasów.
- Lustro! - zażądałam z jękiem. - Przecież macie chyba jakieś lustro w tej Komendzie!
- Sam nie wiem, od czego zacząć - powiedział w kwadrans potem łysy knur, z zakłopotaniem przygładzając jasne włoski dookoła różowego łba. - Może niech pani po prostu opowie dokładnie wszystkie wydarzenia od chwili, kiedy zniknęła nam pani z oczu w Kopenhadze.
Szampański humor, który zakwitł we mnie znienacka, sprawił, że wszystkie minione, okropne przeżycia zamieniły się w radosne rozrywki. Taśma małego magnetofonu sunęła bezszelestnie. Od czasu do czasu panowie przerywali mi pytaniami, domagając się precyzowania szczegółów technicznych. Sterownię w brazylijskiej rezydencji musiałam narysować razem z mapą świetlną. Lata studiów znów mi się przydały.
- A tak naprawdę to umie pani pływać czy nie? - zainteresował się pułkownik.
- A skąd! Ale lubię wodę i niech pan sobie wyobrazi, ze pod koniec nauczyłam się z tym jachtem nawet nieźle obchodzić!
- Coś o tym wiemy - powiedział łysy knur i radośnie mrugnął jednym okiem.
Atmosfera beztroskiego szczęścia udzieliła się wszystkim. Najcudowniejszy mężczyzna świata roześmiał się nagle.
- To, co panią goniło u wybrzeży Hiszpanii, to były nasze ścigacze - wyjaśnił. - My też mieliśmy swoje wiadomości, tyle że nieco spóźnione. Czekali na panią, ale potem nie byli już tacy pewni, czy to pani, czy też może jakiś przemytniczy statek. Płynęła pani bez świateł.
Na moment mnie zatkało, kiedy uprzytomniłam sobie, jak bliska byłam strzelania do nich nie tylko z karabinów maszynowych, ale nawet z armaty. Wyznałam to, wywołując wybuch wesołości. Po czym opowiadałam dalej.
Dokładny opis lochu w Chaumont i metoda, jaką wybrałam, aby wyjść na wolność, sprawiły, że na wszystkich twarzach pojawiło się coś w rodzaju osłupienia. Udzieliłam wiadomości o sposobie otwarcia sejfu i o dziwacznie ponumerowanej mapie. Moi słuchacze byli coraz bardziej poruszeni, łysy lśnił j askrawą purpurą. 116
- Chaumont! - zawołał nerwowo. - Chaumont! Wynajęte pięć lat temu prywatnej osobie! Nic na to nie wskazywało, żadne nici tam nie wiodły!. Nikt z nas nie przypuszczał!
Pospiesznie wyciągnął z płaskiej teczki wielką kopertę i wysypał na stół mnóstwo rozmaitych zdjęć. Z pierwszego spojrzała na mnie niemowlęce niewinna twarzyczka rozczochranego, na drugim był nie znany mi budynek wśród palm, na trzecim nobliwie wyglądający pan o siwych skroniach, ten sam, który po niemiecku wyraził wątpliwość, czy można mnie wziąć za Madelaine. Na którymś z następnych, w pełnym blasku słońca, kołysał się na falach piękny jacht „Stella di Mare”. Popatrzyłam na niego dłużej i ze zgrozą poczułam, jak w moim lekkomyślnym sercu zaczyna się budzić tęsknota za szumem rozcinanej dziobem wody, za bezgraniczną przestrzenią nieba i oceanu, za łagodnym kołysaniem długiej, atlantyckiej fali. Rany boskie, jeszcze mi było za mało!???
- Nie ma szefa - powiedziałam z dezaprobatą, przejrzawszy wszystko i odłożywszy na bok znajomych.
Oprócz szefa brakowało też pięknej, męskiej twarzy o oczach jak refleks na skałach w Grotta Azzura. Doznałam niejakiej ulgi i pominęłam to milczeniem. Nie miałam do niego najmniejszej pretensji, w końcu to nie jego wina, że ubzdurzyłam sobie blondyna w charakterze mężczyzny życia. Lepiej niech go sobie łapią beze mnie.
Panowie rzucili się na odłożone podobizny jak sępy na żer. Zdumiona byłam ogromem ich dotychczasowych wątpliwości. Nie przypuszczałam, że tak rozgałęziona szajka umiała się do tego stopnia konspirować! Talenty organizacyjne szefa przechodziły ludzkie pojęcie.
- I dopiero teraz pani to wszystko mówi! - wykrzyknął łysy ze zgrozą. - Dlaczego nie chciała pani z nami rozmawiać w Paryżu?!
- Musiałam szybko uciec, bo śledzili mnie pod duńską ambasadą - wyjaśniłam.
- Pod duńską ambasadą? - zastanowił się łysy. - A tak, tam był nasz pracownik, widział panią. Widział, jak pani wchodziła, miał pani fotografię.
- A?. - zdziwiłam się uprzejmie i poniechałam tematu.
Wyciągnęłam kalendarzyk Domu Książki. Przekazałam im wszystkie zapisane jeszcze w Brazylii nazwiska, adresy i pseudonimy. Zgodnie z przewidywaniami uszczęśliwiłam ich niebotycznie. Łysy świecił własnym światłem, oko pana spod Palmir błyskało przejęciem, pułkownik nie krył ulgi.
- Myślę, że teraz szybko z tym skończycie? - powiedział z zainteresowaniem.
- W ciągu tygodnia - powiedział pan spod Palmir. - Wszystko wskazuje na to, że oni istotnie nie byli zorientowani, co pani wie. Jeśli teraz uderzenie pójdzie we wszystkich kierunkach naraz. Ważne jest to, że nie odzyskają swoich pieniędzy. Domyślaliśmy się, że zostały jakoś ukryte, ale mieliśmy obawy, że zdołają do nich dotrzeć. Są w bardzo trudnej sytuacji.
Łysy pieczołowicie zbierał zdjęcia, taśmy i dokumenty, upewniając się, czy wszystko powiedziałam i czy nic więcej nie wiem. Przed wyjawieniem ostatniej informacji powstrzymał mnie gestem.
- Nie - powiedział. - To w tej chwili nieważne. Skarb niech spoczywa w spokoju. O dane, dotyczące kryjówki, poprosimy panią dopiero na końcu, po likwidacji gangu. Mamy jeszcze jeden problem, ale widzę, że i pani również nic o tym nie wie. Cała Afryka Północna jest dla nas niedostępna, boimy się trochę, że stamtąd wszystko zacznie się na nowo. Może uda nam się do tego nie dopuścić.
- No, u nas jest koniec - powiedział z ulgą major. - Reszta należy do panów, życzę powodzenia.
Spojrzałam na niego i straciłam nieco na humorze.
- Wszystko pięknie - oświadczyłam, zwracając się do pułkownika. - Ale mnie się też coś należy. Lubię jasne sytuacje. Tak prywatnie chciałabym się dowiedzieć, co z Madelaine?
Pan spod Palmir spojrzał nagle na mnie bystro.
- Madelaine? .
- Ta dama interesuje panią z przyczyn osobistych. - zaczął pułkownik z lekkim zakłopotaniem.
- Wiem - przerwał pan spod Palmir.
Na moment zapanowało milczenie. Co wiedział? Skąd? Patrzyli na siebie wzajemnie i u wszystkich widać było wahanie. Westchnęłam ciężko.
- Niech się pan nie przejmuje - pocieszyłam pułkownika. - Mnie już nic nie zaskoczy. Nie po raz pierwszy w życiu ktoś mnie puszcza w jerychońską trąbę dla innej osoby płci żeńskiej. Tyle że tym razem to tak jakoś nieładnie wyszło i chciałabym już wszystko wyjaśnić.
Panowie wahali się nadal.
- Myślę, że już wkrótce będę mógł pani służyć informacjami na ten temat - powiedział wreszcie pan spod Palmir z namysłem. - Kwestia kilku dni. Uprzejmie proszę wybaczyć pierwszeństwo Interpolu.
- Dobrze. A pan co? - spytałam pułkownika nieustępliwie.
Westchnął jeszcze ciężej niż ja i przycisnął guzik.
- Wrócił Kazio? - spytał biurka.
- Wrócił przed chwilą. Czeka - odparło biurko nieco ochryple.
- Niech wejdzie.
Wszedł porucznik, któremu udało się uniknąć kontaktu z moim tłuczkiem. Spojrzał na mnie, a potem na pułkownika.
- Mówcie, mówcie - mruknął pułkownik niechętnie. - Ja już jestem w tym wieku, że mam prawo się czasem pomylić.
- Wszystko się zgadza - powiedział porucznik, robiący wrażenie nieco zmęczonego. -Stwierdzono liczne kontakty z tą samą kobietą, platynowa blondynka, ciemne oczy, młoda, przystojna. Jeździ szarym oplem recordem numer rejestracyjny zapisany, francuski. Widywana od paru miesięcy, ale parę miesięcy temu jeszcze się nią nikt nie interesował. To znaczy nikt z nas. Mieszka w Bristolu w czwartek o godzinie zero szesnaście centrala łączyła rozmowę miejscową w języku niemieckim z pani telefonu. Co pani, u diabła, wtedy robiła?
- Pewnie siedziałam w wannie - odparłam. - Jak się woda leje, to nic nie słychać.
- Aha. Powiadomiono ją, że pani się złamała i dane są zapisane. Rano, w piątek, o szóstej czterdzieści dwa krótkie spotkania, rozmowa w volkswagenie. O dziewiątej opel pojechał do Palmir, wrócił około pierwszej. Następne spotkanie tego samego dnia o dziewiętnastej trzydzieści trzy. Uczestniczył w nim obywatel francuski, zamieszkały w Grandzie, niejaki Gaston Lemiel, który w sobotę rano odleciał do Paryża. Ostatnie spotkanie było dzisiaj o drugiej dziesięć po południu. Mamy dwóch facetów, jeden opowiadał po pijanemu, że za udział w porwaniu kociaka dostał pięćset dolarów, drugi przyznaje, że był w Palmirach, bo chciał zażyć świeżego powietrza. Ja streszczam, może trzeba dokładniej?.
Volkswagen wyjechał z bramy w dziesięć minut po naszym odjeździe i oddalił się w nieznanym kierunku. Już szukaj ą.
- Jak dla mnie, to pan trochę za bardzo streścił - powiedziałam z niesmakiem. - Nic z tego nie rozumiem. Odnoszę wrażenie, że po prostu miałam rację, on z nią współdziałał, donosił jej wszystko i godził się na usunięcie mnie z tego świata. Oprócz tego wynaj ęli sobie naszych chuliganów do pomocy. Tak czy nie?
- Tak - powiedział pułkownik z determinacją. - Diabli nadali. Cholernie głupia historia. Mogę panią tylko przeprosić i pogratulować, że się pani dostatecznie wcześnie zorientowała.
Skrzywiłam się z jeszcze większym niesmakiem.
- Właściwie to ja się zorientowałam już trzy lata temu, że jest coś niedobrze, ale sama w siebie wmawiałam, że się mylę. Drobnostka. Mówi pan, że volkswagen wyjechał w dziesięć minut po nas? On miał klucz do mieszkania, a ja mam teraz w domu bombę zegarową albo truciznę w herbacie. Nie wiem, gdzie się podziać.
- Mam nadzieję, że pani przesadza, ale niech będzie. Sprawdzimy. Porucznik z panią pojedzie i poszuka tej bomby, a herbatę niech pani na wszelki wypadek kupi nową. A w ogóle będzie pani miała obstawę jeszcze przez jakiś czas, dopóki to się ostatecznie nie skończy. Niech pani nie używa tego tłuczka tak bez opamiętania.
Późną nocą opuściłam Komendę w licznym towarzystwie. Panowie z Interpolu wyszli równocześnie. Najchętniej przyczepiłabym się do tego spod Palmir jak pijawka, bo tylko jego obecność napełniała mnie otuchą i dawno nie zaznanym spokojem. Z drugiej znów strony mój czarowny wygląd kazał mi jak najprędzej zejść mu z oczu. Rozterkę zakończył on sam, umawiając się ze mną na spotkanie za kilka dni.
- Dużo o pani słyszałem - powiedział, uśmiechając się tajemniczo. - Zechce mi pani wybaczyć, ale myślałem, że została pani trochę przereklamowana. Okazuje się, że wręcz przeciwnie, raczej niedoceniona. Pozwoli pani sobie złożyć wyrazy uznania i podziwu.
Nie bardzo wiedziałam, co chce przez to powiedzieć, ale już mi było wszystko jedno. Sam fakt jego istnienia i perspektywa następnego spotkania pozwalały mi ufnie patrzeć w przyszłość. Porucznik, ziewając okropnie, przeprowadził u mnie dokładną rewizję, po czym przysiągł, że bomby nie ma. Pierwszy raz od nieskończenie wielu długich miesięcy poszłam spać jak zwyczajny obywatel PRL.
W cztery dni później zostałam telefonicznie powiadomiona, że moi znajomi siedzą pod kluczem, zamek w Chaumont został skonfiskowany i znów przeszedł na własność państwa, szef natomiast dał nogę i cieszy się nadal wolnością. Wątpliwe, czy uciecha jest pełna, władze bowiem następują mu na pięty i teraz on zastępuje mnie w roli ściganej zwierzyny. Na wszelki wypadek kategorycznie odmówiłam wyjazdu do Francji.
Diabeł znikł z horyzontu. Sprawdziłam, czego brakuje w domu, i w mojej duszy zakwitła pewność, że go nigdy więcej na oczy nie zobaczę. Z uczuć, których doznawałam, na pierwszy plan wybijała się zaskakująca ulga.
Nazajutrz po telefonicznych informacjach pułkownik zaprosił mnie na rozmowę.
- Mam dla pani dwie wiadomości - powiedział i zamilkł.
Wyglądał jakoś nieswojo i chyba nie bardzo wiedział, jak zacząć.
- Niech pan wali najpierw tę gorszą - zaproponowałam. - Głowę daję, że jedna jest gorsza, a druga lepsza, zawsze tak bywa. Nie lubię, jak coś takiego wisi nade mną, na każdy egzamin zawsze wchodziłam pierwsza. 118
- Rzeczywiście, ma pani rację - westchnął dość ponuro. - Ta gorsza jest gorsza także i dla mnie. Człowiek ma niby jakieś doświadczenie, a zawsze go coś zaskoczy. Myślałem, że pani się ubzdrzyło, że ma pani tam jakieś takie. jak to kobiety. Ale okazuje się, że pani wiedziała lepiej.
- Co zrobił? - spytałam, nie mając wątpliwości, czego rzecz dotyczy.
- Wyjechał na Zachód. Odleciał wieczornym samolotem do Paryża tego samego dnia, kiedy tutaj rozmawialiśmy. Powiem pani szczerze, że tego pod uwagę nie brałem. Kazałem szukać samochodu i człowieka po całej Polsce. Samochód sprzedał już kilka dni wcześniej, tyle że jeździł nim do ostatniej chwili, na co nabywca się zgodził z uwagi na atrakcyjną cenę. A na punktach granicznych zaczęliśmy sprawdzać dopiero wczoraj. Paszport miał, zastrzeżenia w biurze paszportowym nie było. To przecież nie ma żadnego sensu.
- Wyjazd rozumiem - przerwałam, zdziwiona. - Ale atrakcyjna cena? To byłby pierwszy wypadek w jego karierze, że coś sprzedał tanio. Nie do wiary.
Pułkownik niecierpliwie wzruszył ramionami.
- A po co mu były pieniądze? Te parę tysięcy mniej czy więcej. - zatrzymał się, jakby się ugryzł w język, po czym ciągnął dalej: - Nie rozumiem, po co on to zrobił. Przecież mu tu nic nie groziło! Nie popełnił żadnego przestępstwa w pojęciu kodeksu, najwyżej można się było przyczepić o zdradzenie tajemnic służbowych, ale to też prędzej do mnie niż do niego. Występował jako prywatny człowiek. Pani nie zabił. Przepraszam.
- Drobnostka. Niech pan mu to wybaczy, starał się, jak mógł.
- Ewentualnie można by go oskarżyć o udział w zamachu na panią w Palmirach, ale po pierwsze do zamachu w rezultacie nie doszło, a po drugie, poza zeznaniami tych dwóch facetów, nie ma żadnego dowodu. Wybroniłby się, nawet łatwo. W ogóle to nie nasza sprawa.
Po jaką cholerę tam pojechał? No, inna rzecz, że pojechał legalnie, z paszportem, zawsze może wrócić.
- Pewno nie wróci - powiedziałam w zamyśleniu. - Może było coś, o czym pan nie wie. Widzi pan, ja go znam. Nie ma na świecie takiej kobiety, dla której on poświęciłby cokolwiek, nie mówiąc o życiu. On tam pojechał nie dla niej. Musiało coś być.
Pułkownik spojrzał na mnie dziwnie.
- A, wiem, co pan myśli. Że ja mam złudzenia i głupie nadzieje. Przyjemniej jest stracić faceta przez jakieś wielkie rzeczy, niż tak zwyczajnie, prosto, banalnie. Tak pan myśli, nie?
- No. Czy ja wiem. Niezupełnie. Widzi pani, ona wyjechała wcześniej. Nie mieliśmy podstaw, żeby ją zatrzymać, ale oni już ją tam mają. Jego z nią nie było, nie zetknęli się jakoś. Może pani ma rację.
Dziwaczna ostrożność i powściągliwość pułkownika była dla mnie niezrozumiała, ale w końcu nie miało to już teraz znaczenia.
- Wszystko jedno - powiedziałam. - Niech robi, co chce, nic mnie to nie obchodzi. A druga wiadomość?
- A rzeczywiście, lepsza. Mają tę mapę, o której pani mówiła, i dopadli tę pani sympatię.
- Szefa?
- No chyba szefa. Chodzą za nim po Bagdadzie, lada chwila go zamkną. A skoro pani nie chce jechać do Francji, to pytają, czy mogą liczyć na rozmowę z panią jutro około południa. To znaczy po prostu uprzejmie prosimy, żeby pani przyszła tu jutro o dwunastej.
- Panie pułkowniku, co pan tak? - spytałam z łagodnym zdziwieniem. - Kto tu właściwie powinien być zdenerwowany, pan czy ja? Przecież to ze mnie zrobiono dętego balona?.
- E, niech mi pani da spokój! - rozzłościł się nie wiadomo dlaczego pułkownik. - Na idiotę w tym wszystkim wyszedłem! Niech pani przyjdzie jutro, a teraz nie mam czasu!
Kiedy nazajutrz podjechałam do Komendy, na parkingu ujrzałam czarny BMW 2000 i z tajemniczych przyczyn humor mi się od razu poprawił. Przed wejściem do pułkownika obejrzałam się w lustrze.
Pan spod Palmir zgiął się w ukłonie. Łysego knura nie było, widocznie przyjechał sam. Zademonstrował mi dość duże zdj ęcie.
- Ta mapa?
- Ta.
Ze wzruszeniem przyjrzałam się znajomej karcie, ponumerowanej bez sensu, z pominięciem powszechnie przyjętej kolejności. Ze wzruszeniem spojrzałam na pana. Na krótką chwilę pojawiło się obok niego widmo szefa, blade, zamazane, i już niegroźne.
- Zgadza się pani powiedzieć?
- Woli pan francuski tekst czy polskie tłumaczenie?
- Jeśli pani uprzejma, to dosłownie tak, jak on to mówił.
Zamknęłam oczy, zobaczyłam zadymiony pokój, głowę konającego człowieka opartą o moją siatkę i powiedziałam:
- Wszystko złożone sto czterdzieści osiem od siedem tysiąc dwieście dwa od be jak Bernard dwa i pół metra do centrum wejście zakryte wybuchem. Połączenie handlarz ryb Diego pa dri.
Otworzyłam oczy i dodałam: 119
- Od razu zawiadamiam pana, że nie mam pojęcia, co to jest pa dri. Do niczego mi nie pasuje. Możliwe, że nie skończył wyrazu.
- Że też pani tak to pamięta - mruknął przysłuchujący się ciekawie pułkownik.
Pan spod Palmir patrzył na mnie, nieco jakby wstrząśnięty.
- Co pani powiedziała? Połączenie handlarz ryb. Wielkie nieba!
Zdziwiłam się.
- A co? On to naprawdę powiedział, w ostatniej chwili. Myślałam, że może to jest jakiś pomocnik, imieniem Diego, który z nim razem nosił paczki w góry.
- Nic podobnego - powiedział pan spod Palmir, nie kryjąc radosnego poruszenia. - To jest niejaki Diego Padrillho, autentyczny handlarz, jedyny łącznik z ludźmi gangu w Afryce Północnej! To jest właśnie to, czego nam brakowało! Przepraszam państwa, ja muszę natychmiast zużytkować tę bezcenną wiadomość. Państwo wybaczą, za kwadrans wracam.
Obydwoje z pułkownikiem popatrzyliśmy za nim, a potem na siebie nawzajem. Pułkownik pokręcił głową.
- Szczerze pani wyznam - powiedział - że się bardzo dziwię, że pani żyje. Nie takie wiadomości wpędzały ludzi do grobu. Przecież w rezultacie wykończyli ich tylko dzięki pani! Siedziała pani na beczce z prochem. Dopiero teraz rozumiem, skąd ta mania prześladowcza u pani, rzeczywiście, na ich miejscu sam bym panią zamordował!
- Dziękuję za uznanie - powiedziałam z umiarkowaną wdzięcznością.
Pułkownik nadal kręcił głową.
- Tak się zastanawiam, wie pani. W końcu człowiek ma trochę doświadczenia w tej pracy. Faktem jest, że przypadki grają większą rolę, niż się na ogół przypuszcza. Cały ten
galimatias, którego pani narobiła.
- Proszę?!
- Co?. A, przepraszam. W który pani została wplątana. Cały ten galimatias, mówię, musiał być wynikiem jakiegoś przypadku, nieprzewidzianego dla żadnej ze stron. Skąd to się właściwie wzięło?
- Z mojej peruki - powiedziałam niepewnie.
- Nie. Myślałem nad tym. Przecież ten człowiek został zastrzelony. Czy oni to mieli w planach? Czy ten ich szef to jakiś wariat, maniak, szaleniec? Kazał sprzątnąć jedynego faceta, który znał sposób odzyskania jego całej forsy? Jak to się stało?
Patrzyłam na pułkownika nieco bezmyślnie, zaskoczona. Przed oczami zobaczyłam nieprzytomną twarz i dziki wzrok człowieka, strzelającego w lampę w zadymionej melinie. Rzeczywiście. Jakoś głupio im to wyszło.
Rozważania na ten temat zajęły nam czas aż do powrotu pana spod Palmir, którego powitaliśmy pełnym zaciekawienia pytaniem. Pan spod Palmir machnął ręką.
- To był istotnie idiotyczny przypadek - zgodził się. - Strzelał zupełnie obcy facet, który z tym nie miał nic wspólnego. Hazardzista, narkoman, nieodpowiedzialny histeryk, który zgrał się tego wieczoru do zera. Policja go oczywiście zatrzymała, załamał się, płakał, mówił różne brednie, przysięgał, że jeszcze chwila, a byłby się odegrał. Działał w stanie szoku. To jest środowisko, w którym wszystko się może przytrafić.
- Coś podobnego! - powiedziałam, nieco wstrząśnięta.
- Niezależnie od tego szef także jest typem patologicznym - ciągnął dalej. - Talenty organizacyjne tego człowieka są imponujące, ale opiera je. przepraszam, opierał je na bazie jakiegoś nieodpowiedzialnego ryzykanctwa. Krótko mówiąc, trochę miał fioła i po licznych sukcesach uwierzył w swoją wszechwładzę i nieomylność. Zgroza mnie ogarnia na myśl, że mógł panią trzymać w tych podziemiach całe lata!
- Mnie też zgroza ogarnia - mruknęłam.
- Dlaczego pan mówi w czasie przeszłym? - spytał pułkownik.
- Mam nowe wiadomości. Zatrzymali go dziś o szóstej rano. Zastrzelił policjanta, więc istnieje pewność, że łatwo nie wyjdzie. Może jednak da się pani namówić na wycieczkę?
Pochylił się nad fotografią mapy i studiował ją, porównując z podanymi przeze mnie liczbami.
- Znam trochę te tereny. Trudno dostępne, trzeba będzie użyć helikopterów. To może być ciekawe, nie ma pani ochoty zobaczyć?
Moja zmaltretowana dusza widocznie już nieco odżyła, bo coś się w niej poruszyło.
- Czy ja wiem?. Może istotnie?. Może bym przy okazji wstąpiła do Kopenhagi i uwolniła Alicję od moich rzeczy? Powinnam przeprosić byłego zwierzchnika.
- Niech się pani namyśli - powiedział pułkownik zachęcająco. - Biuro paszportowe jest zawiadomione, może pani jechać w każdej chwili.
- Widzę, że koniecznie chce się pan mnie pozbyć - powiedziałam podejrzliwie. - Właściwie trudno się panu dziwić. No nie wiem, zastanowię się.
- Gorąco panią namawiam - powtórzył stanowczo pułkownik. - A teraz nie chcę być nieuprzejmy i nie chcę państwa wyrzucać, ale mam wrażenie, że pan ma do pani jeszcze jakieś interesy, więc. 1 oq
Pan spod Palmir podniósł się nagle.
- Słusznie, nie będziemy zabierać panu czasu. Serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że zechce mi pani towarzyszyć?
Głupie pytanie. Jasne, ze chciałam mu towarzyszyć. Patrzyłam w niego jak sroka w gnat i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że w jego towarzystwie udam się bez protestów nie tylko w Pireneje szukać diamentów, ale też i na koniec świata, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia. Od nieskończonych wieków nikt nie napełniał mnie takim poczuciem bezpieczeństwa i taką ufnością jak ten właściwie zupełnie mi obcy facet.
Bez namysłu przyjęłam zaproszenie do hotelu, w którym mieszkał. Wyraźnie było widoczne, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane, że zostało coś więcej, coś, co dotyczy już tylko mnie. W milczeniu przyglądałam się, jak przygotowywał mikroskopijny magnetofon z taśmą, wyglądającą jak spłaszczona nitka. Usiadł obok i spojrzał na mnie.
- Dużo o pani słyszałem - powiedział. - Już drugi raz to mówię. Wydaje mi się, że znam panią dość dobrze i chyba się nie mylę, sądząc, że lubi pani prawdę?
- Lubię prawdę - odparłam i już wiedziałam, co będzie. - Pewnie nawet bardziej lubię prawdę, niż pan to sobie może wyobrazić. Lubię nawet najgorszą prawdę.
Pan kiwnął głową z namysłem i sięgnął po papierosa.
- Tak mi się właśnie wydawało, że powinna pani to usłyszeć. Może to brutalne i moja rola w tym jest na pewno niewdzięczna. Bardzo niewdzięczna. Z pewnych przyczyn wolałbym, żeby na moim miej scu był ktokolwiek inny, tylko że to akurat tak się składa, że właśnie j a panią znam i właśnie ja o pani słyszałem. Trudno, zdecydowałem się zaryzykować.
Jasność trwała w moim umyśle. Patrzyłam na szczupłą twarz faceta, twarz o nieregularnych rysach, o ciemnych, żywych oczach i pełnym wdzięku uśmiechu i ze zdumieniem myślałam sobie, że ten człowiek ma duszę. Duszę! Dziwny element, którego już dawno przestałam doszukiwać się w mężczyźnie.
- Chwileczkę - powiedziałam szybko. - Z jakich przyczyn?
Pan patrzył na mnie, ja patrzyłam na niego i już po chwili byłam pewna, że znam odpowiedź na swoje pytanie.
- W takim razie jestem gotowa zrezygnować z tej prawdy - oświadczyło z determinacją coś we mnie. Oświadczyło na głos i nie zdążyłam tego powstrzymać.
Błysk w oczach pana rozjaśnił mu całą twarz.
- W takim razie słusznie postanowiłem zaryzykować. Cieszę się, że jest pani właśnie
taka.
Ściśle biorąc, to nie ja byłam taka, tylko to coś we mnie, ale nie wyprowadzałam go z błędu z nadzieją, że będę mu się wydawała właśnie taka jeszcze przez jakiś czas i nie zauważy tak od razu, że w rzeczywistości jestem znacznie gorsza. Im dłużej, tym lepiej.
- W takim razie słucham - powiedziałam stanowczo.
- Ten przyrząd - powiedział, wskazując magnetofon był zainstalowany w samochodzie Madelaine. Włączał się automatycznie w chwili otwarcia prawych drzwi przy równoczesnym nacisku na fotel kierowcy. Wychodziliśmy z założenia, że pasażer nie wsiada lewymi drzwiami, a samotny kierowca na ogół nie rozmawia. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z panią i tą drogą usiłowaliśmy się czegoś dowiedzieć i zdobyć jakieś dowody. Oczywiście są tu nagrane tylko fragmenty. Madelaine przyjechała do Polski natychmiast po pani ucieczce jachtem i natychmiast nawiązała kontakty z pani. przyjacielem.
- Nie jestem pewna, czy to właściwe słowo - zauważyłam nieco krytycznie.
- Ja też nie jestem pewien. Posługiwała się językiem niemieckim, w czasie pobytu tutaj nauczyła się nieco po polsku, a jej zadaniem było wyłapywanie wiadomości o pani. Jak pani sama dobrze wie, żadnych wiadomości nie było. Została odwołana po odnalezieniu pani we Francji, ale nie opuściła Polski od razu. Przedłużyła swój pobyt tutaj, narażając się nawet na wymówki szefa.
- Kim ona właściwie była - przerwałam. - Jego podrywką?
- Zapewne też. Ale przede wszystkim była jedyną kobietą w gangu załatwiającą sprawy, do których nie nadawał się mężczyzna. Przyjechała ponownie po pani ucieczce z Chaumont i już została do końca. Była pewna, że jej uroda będzie dostatecznym atutem, ale okazało się, że się myliła. Te taśmy dotyczą ostatniego okresu. Chce pani posłuchać?
- Chcę.
Zrobił coś przy maleńkim magnetofoniku. Usłyszałam ciche prztyknięcie i natychmiast potem przytłumiony cichym warkotem głos:
- Co się stało?
Głos był kobiecy i mówił po niemiecku.
- Dostałem wiadomość.
To był głos Diabła. Też po niemiecku.
- Jaką wiadomość? Mów!
Chwila milczenia. Warkot stał się głośniej szy.
- Co dostanę? .
- . przestań! Dostaniesz wszystko razem! Najpierw trzeba ją znaleźć!.
- Znalazła się. Co dostanę zaraz za wiadomość, gdzie jest? Chwila
milczenia.
- . co chcesz? Znów chwila milczenia.
- Dziesięć tysięcy. Jutro chcę mieć dowód wpłaty.
Przez moment nic nie można było zrozumieć, bo warkot głuszył słowa. Potem znów wyróżnił się głos Diabła.
- . chcę zobaczyć te pieniądze.
- Dobrze. Jutro dostaniesz dowód. Jaki bank?
- Credit Lyonnais.
- Dobrze. Mów!
- Pojutrze rano. przez granicę w Kołbaskowie. beżowym jaguarem przez Berlin.
- To pewne? Skąd wiesz?
- Dzwoniła pół godziny temu z Nancy.
Warkot wzmógł się, głosy znów stały się niewyraźne. Z urywanych fragmentów można było wywnioskować, że omawiana jest kwestia dojazdu do Kołbaskowa. Wyglądało na to, że zdecydowali się pojechać jej samochodem.
W milczeniu przyglądałam się, jak pan spod Palmir zmieniał taśmę. Moim wnętrzem miotały mieszane uczucia. Zgroza i satysfakcja, politowanie i wstręt, zapiekła nienawiść, rozgoryczenie i bezgraniczna ulga.
Znów prztyknięcie, warkot i fragmenty rozmowy.
- . nie dotrzymałaś warunków. - głos Diabła brzmiał lodowatą urazą.
- O co ci chodzi? - pełen niechęci głos Madelaine. - Dostałeś pieniądze? Dostałeś! Czego jeszcze
chcesz?
- . strzelali! Na tej szybkości. pewna śmierć.
Znów przeszkody w postaci jakichś dodatkowych odgłosów.
- . nie bądź dzieckiem. - to Madelaine. - Mówmy otwarcie, ona musi zginąć!
- Ja o tym nie chcę wiedzieć!.
Tego było za wiele.
- Sprzedał mnie za dziesięć tysięcy?! - krzyknęłam. - Czego? Złotych?
Pan spod Palmir drgnął i wyłączył magnetofon.
- Nie - powiedział spokojnie. - Za pół miliona dolarów.
Ochłonęłam. Przez głowę przeleciała mi głupawa myśl, że to zupełnie niezła cena i właściwie świństwem z mojej strony było pozostać przy życiu. Zapaliłam papierosa i gestem poprosiłam go, żeby kontynuował.
Warczało, trzeszczało i źle było słychać, ale udało mi się zrozumieć fragmenty sprzeczki o wysokość zapłaty. Z ożywieniem i triumfem przekazał jej informację o Rodopach. Wyimaginowane przeze mnie piętnaście metrów w dół ukrył, oświadczając, że resztę powie na miejscu. Dowiedziałam się, jak miałam zginąć w Palmirach i zrobiło mi się raczej nieprzyjemnie, kiedy oczami duszy ujrzałam płonący samochód ze sobą w środku. Wysłuchałam jakiejś awantury, której zasadnicza treść do mnie nie dotarła, bo mowa była o oszustwie, i nie mogłam zrozumieć, czy ona czuje się oszukana prywatnie, czy niejako służbowo.
Pan spod Palmir wyłączył magnetofon. Milczeliśmy długą chwilę. Zbierałam myśli i opanowywałam uczucia.
- Wydawało mi się, że powinna pani to wiedzieć - powiedział cicho.
- Słusznie się panu wydawało - odparłam. - Właściwie mogłam się czegoś takiego spodziewać. Przyjemnie pomyśleć, że się jednak poznało człowieka. I na czym w rezultacie stanęło?
- Na tych dziesięciu tysiącach, wpłaconych wcześniej na konto. Reszta miała być płatna po wydobyciu pieniędzy. Oczywiście, to przepadło. Pani śmierć była pomysłem Madelaine, bo szef zamierzał raczej uwięzić panią do chwili przekonania się, że powiedziała pani prawdę. W chwili kiedy nalewałem pani benzynę, był już w Rodopach. Zorientował się w sytuacji w ciągu jednego dnia, bo trafiła pani na sam środek skrzyżowania dwóch szos. Dość podrzędnych, ale jednak szos.
- Na oko wydawało mi się, że trafiam obok - wyznałam melancholijnie i gestem wskazałam magnetofon i taśmy. - Pułkownik wie o tym?
- Wie. Ale chyba.
- Drobiazg - przerwałam. - Rozumiem, dlaczego był taki zły i dlaczego namawiał mnie na wyjazd. Mam się rozerwać po ciosie i widokiem diamentów uleczyć złamane serce.
- Nie wydaje mi się, żeby diamenty miały być najlepszym lekarstwem dla pani serca.
- Mnie się też nie wydaje. Ale oglądać mogę. Cieszę się, że mi pan to zaproponował.
Zawahałam się i powiedziałam, co myślę:
- Strasznie długo wydawało mi się, że jestem związana z tym człowiekiem. Poznałam go trochę i musiałam pogodzić się z tym, że był pozbawiony ludzkich uczuć. Okropnym zaskoczeniem stała się teraz dla mnie myśl, że te uczucia nagle się w nim obudziły, że był gotów bez mała popełnić zbrodnię z miłości dla jakiejś kobiety. Uważałam, że to niemożliwe, i okazuje się, że miałam rację. Ta nieszczęsna Madelaine to jest następna kolejna, wykantowana idiotka, nawet nie mam do niej żalu, przeciwnie, prawie litość mnie bierze. Mam natomiast satysfakcję, która wprawdzie źle o mnie świadczy, ale za to dobrze mi robi.
Równocześnie, mówiąc to, myślałam sobie, że przecież żadne łamanie serca w ogóle w tej chwili nie wchodzi w grę. Na dobrą sprawę wiedziałam wszystko już od trzech lat. Mówiła mi to moja dusza, mówił rozum i jedyne, co im nieśmiało przeczyło, to była głupia nadzieja, właściwa każdej kobiecie. Jak to dobrze, że spadło to na mnie właśnie teraz, od razu, bezpośrednio po tej całej obłędnej historii, w jakiś dziwny sposób oddzielającej wszystkie poprzednie lata życia od tych następnych, które dopiero mają przyjść. Przeszłość zdechła i niech ją diabli wezmą! Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody.
Usłyszałam, co on mówi.
- . to jak, zdecydowała się pani? Za jakiś tydzień zorganizuje się ekspedycję po skarb. Mogę zaczekać dwa, trzy dni i pojedziemy razem. Przepraszam, może w tej sytuacji nie odpowiada pani żadne towarzystwo?
- Mam wrażenie, że nastrój zaczyna mi się zmieniać - powiedziałam z namysłem. - Na bardziej towarzyski. Chyba pułkownik ma rację, że przydadzą mi się jakieś rozrywki, niegroźne dla zdrowia. A czy ja panu nie będę przeszkadzać?
- Ta obłuda jest niegodna pani - odparł żywo. - Przecież nie będę tego wyciągał osobiście! Natomiast potem należy mi się urlop i właśnie chciałem pani powiedzieć, że odkupiłem skonfiskowany jacht „Stella di Mare”. Trochę się potłukł o skały, ale nieznacznie i już jest w remoncie. Przyszło mi na myśl, że może miałaby pani ochotę na taki rejs, bez pośpiechu, w dowolnie obranym kierunku.
Rozsłoneczniona przestrzeń wody i nieba otworzyła się przed oczami mojej duszy. W uszach zabrzmiał niebiański szum rozcinanej dziobem wody. Ściany, podłoga i sufit pokoju w hotelu Europejskim zdematerializowały się nagle i na ich miejscu ukazała się oszklona wokół sterówka, pokład kołyszący się łagodnie na długiej, atlantyckiej fali, nieskończone bezgraniczne niebo, na którym świecił Krzyż Południa.
Zanim się zdążyłam opamiętać i pohamować, usłyszałam własny głos, pytający z ożywioną, radosną nadziej ą:
- I naprawdę potrafi pan tam znaleźć i włączyć autopilota?! koniec pieśni, cześć pracy,
rodacy