Erast Pietrewicz wsłuchał się – cicho. Zapukał znowu. Nic. Ostrożnie pchnął drzwi, te nagle się uchyliły, skrzypiąc nieżyczliwie.
Czyżby pułapka była pusta?
Wyciągnął do przodu rękę z rewolwerem; szybko, przeskakując po trzy stopnie, wbiegł po schodach i znalazł się w kwadratowym pokoju z niewysokim sufitem.
Po jaskrawym świetle dnia pokój wydał mu się całkiem ciemny. Z prawej szary prostokąt zasłoniętego okna, dalej, pod ścianą – żelazne łóżko, szafa, krzesło.
A co to tam na łóżku? Sylwetka, nakryta kołdrą. Ktoś leży.
Oczy asesora kolegialnego już przywykły do słabego światła, dojrzał więc rękę, a raczej rękaw, martwo zwieszający się spod kołdry. Dłoń w rękawiczce była obrócona grzbietem na dół. Na podłodze leżał rewolwer Colta, obok rozlewała się ciemna kałuża.
A to niespodzianka! Ze ściśniętym sercem, rozczarowany, Fandorin włożył do kieszeni niepotrzebnego gerstala, przeszedł przez pokój i odrzucił kołdrę.
Achimas stał nieruchomo przy oknie, za grubą zasłonką. Kiedy detektyw zastukał do drzwi w umówiony sposób, poczuł się obrzydliwie. To znaczy, że jednak Wanda…
W pokoju wszystko było przygotowane do tego, żeby Fandorin nie wodził oczami po pokoju, ale od razu skierował wzrok w fałszywym kierunku, odwrócił się plecami i schował broń.
Wszystkie trzy cele zostały osiągnięte.
– W porządku – rzekł półgłosem Achimas. – A teraz położyć ręce na karku. I niech pan tylko się nie odwraca, panie Fandorin. Zabiję.
Złość – to pierwsze uczucie, które ogarnęło Erasta Pietrowicza, kiedy zobaczył pod kołdrą prymitywną kukłę zrobioną z ubrania, z tyłu zaś usłyszał spokojny, pewny siebie głos. Jakże głupio wpadł!
Ale złość od razu ustąpiła miejsca zdumieniu. Dlaczego Klonow-Piewcow był przygotowany? Czekał przy oknie i zobaczył, że zamiast Wandy przyszedł ktoś inny? Odezwał się do niego po nazwisku! To znaczy, że wiedział i czekał na niego. Skąd wiedział? Czyżby Wanda mimo wszystko zdążyła go zawiadomić? Ale na co w takim razie czekał, dlaczego się nie ukrył? Widocznie zatem obiekt wiedział o czekającej go wizycie „pana Fandorina”, ale o policyjnej obławie już nie. Dziwne.
Zresztą nie była to pora na tworzenie hipotez. Co robić? Rzucić się gdzieś na bok? Trafić człowieka, który pobierał nauki u „skradających się”, jest o wiele trudniej, niż sobie wyobraża fałszywy kapitan żandarmerii.
Ale w każdym wypadku na strzały przybiegnie policja, otworzy ogień, a wtedy obiektu nie uda się wziąć żywcem.
Fandorin położył ręce na karku. Spokojnie, dostosowując się do przeciwnika, zapytał:
– I co dalej?
– Zdjąć marynarkę – nakazał Achimas. – Rzucić na środek pokoju.
Marynarka brzęknęła dość wyraźnie; widać oprócz gerstala w kieszeniach było coś jeszcze.
Z tyłu, na pasie, detektyw miał kaburę z małym pistolecikiem.
– Odpiąć derringera. Wrzucić pod łóżko, daleko. Teraz nachylić się – powoli. Podciągnąć lewą nogawkę. Wyżej. Prawą.
Właśnie tak – na lewej łydce, rękojeścią w dół, przymocowany jest sztylet. Nieźle się wyekwipował pan Fandorin. Miło mieć do czynienia z człowiekiem przewidującym.
Dlaczego na szelkach ma cztery metalowe gwiazdy? Na pewno znowu jakieś wschodnie wymysły.
– Odpiąć szelki. Pod łóżko.
Przystojną twarz detektywa skaził grymas gniewu. Długie rzęsy drgnęły – Fandorin mrużył oczy, starając się dojrzeć twarz swego vis-a-vis, stojącego plecami do światła.
Cóż, teraz można się pokazać i sprawdzić, czy młody człowiek ma dobrą pamięć wzrokową.
Okazało się, że dobrą: Achimas zrobił dwa kroki do przodu i z zadowoleniem stwierdził, że policzki pięknisia najpierw pokryły się purpurowymi plamami, a zaraz potem zbladły.
Tak jest, młodzieńcze. Fortuna bywa kapryśna.
To nie człowiek, tylko jakiś diabeł! Nawet w siarinkenach rozpoznał broń. Erast Pietrowicz dygotał z wściekłości, pozbawiony całego swego arsenału.
Ściśle mówiąc, prawie całego.
Z licznych środków obrony (proszę, a wydawało się, że przesadził z ekwipunkiem!) została tylko strzałka w rękawie koszuli. Cienka, stalowa, umocowana na sprężynie. Wystarczyło gwałtownie zgiąć łokieć, sprężyna się rozprostuje. Ale zabić za pomocą strzałki jest trudno – chyba że się trafi prosto w oko. A i jakie można robić gwałtowne ruchy, jeśli człowieka trzymają pod lufą sześciostrzałowego baillarda?
Wówczas ciemna sylwetka się przysunęła, a Fandorin w końcu zobaczył rysy twarzy przeciwnika.
Te oczy! Te białe oczy! Ta sama twarz, która tyle lat śniła się Erastowi Pietrowiczowi. Niemożliwe! Znowu koszmar! Obudzić się czym prędzej!
Trzeba było wykorzystać psychologiczną przewagę, póki obiekt nie przyszedł do siebie.
– Kto podał adres, czas i umówiony sygnał?
Detektyw milczał.
Achimas opuścił lufę niżej, celując w rzepkę, ale Fandorin najwyraźniej się nie przeląkł. Przeciwnie, bladości jak gdyby ubyło.
– Wanda? – nie wytrzymał Achimas, a w jego głosie odezwała się zdradziecka chrypka.
Nie, nie odpowie – pomyślał. Umrze, ale nie powie ani słowa. To już taki typ. A wtedy detektyw nagle otworzył usta.
– Odpowiem. W zamian za odpowiedź na pytanie: jak zginął Sobolew?
Achimas pokręcił głową. Nie przestawały go zdumiewać ludzkie ekstrawagancje. Ciekawość zawodowa w obliczu śmierci zasługuje zresztą na szacunek.
– Dobrze – skinął głową. – Ale odpowiedź powinna być uczciwa. Słowo?
– Słowo.
– Wyciąg z paproci amazońskiej. Paraliż mięśnia sercowego przy zwiększonej częstotliwości uderzeń. Żadnych śladów. Château-d’yqueme.
Nie trzeba było dodatkowych wyjaśnień.
– Ach, tak… – wymamrotał Fandorin.
– A zatem Wanda? – spytał Achimas przez ściśnięte zęby.
– Nie. Nie zdradziła pana.
Achimas doznał niesamowitej ulgi; niemal tchu mu zabrakło. Na moment zamknął oczy.
Kiedy twarz człowieka z przeszłości napięła się w oczekiwaniu odpowiedzi, Erast Pietrewicz zrozumiał, dlaczego żyje do tej pory.
Ale gdy tylko odpowie białookiemu na pytanie, które ma dla niego takie znaczenie, huknie strzał.
Tylko żeby nie przegapić chwili, kiedy palec trochę drgnie na cynglu. Mając do czynienia z bezbronnym, uzbrojony czuje się bezpieczny i pokłada nadmierną ufność w bezdusznym metalu; dlatego zawsze nieco tłumi swoje instynkty. Reakcje takiego człowieka są opóźnione – to elementarz sztuki „skradających się”.
Najważniejsze to odgadnąć właściwy moment. Pierwszy rzut naprzód i w lewo, wtedy kula przeleci trochę z prawej strony. Potem rzucić się pod nogi – druga kula przeleci nad głową. A wtedy podciąć nogi przeciwnikowi.
Ryzykowne. Osiem kroków to dużo. A jeśli obiekt domyśli się i trochę cofnie, to w ogóle wszystko przepadło.
Ale wyboru nie było.
I wtedy białooki po raz pierwszy popełnił nieostrożność – na sekundę zamknął oczy.
To wystarczyło. Erast Pietrowicz nie zaryzykował, rzucając się pod kule, tylko natychmiast dał susa przez okno.
Łokciami wybił ramę, wyleciał w chmurze odłamków szkła, wykonał salto w powietrzu i pomyślnie lądując, przysiadł na ziemi. Nawet się nie skaleczył.
W uszach mu dzwoniło – widocznie białooki zdążył jednak wystrzelić. Ale oczywiście nie trafił.
Fandorin pobiegł wzdłuż muru. Wyszarpnął gwizdek z kieszeni spodni i zagwizdał, dając sygnał do rozpoczęcia operacji.
Achimas nigdy jeszcze nie widział, żeby człowiek poruszał się z taką szybkością. Dopiero co stał w miejscu – i nagle lakierki z białymi kamaszami już zniknęły za oknem. Achimas wystrzelił, ale o ułamek sekundy później, niż należało.
Nie namyślając się, przeskoczył przez zasypany szkłem parapet. Wylądował na czworakach.
Detektyw biegł i rozpaczliwie dął w gwizdek. Achimasowi nawet zrobiło się go żal – biedaczyna liczył na pomoc.
Lekki jak chłopczyk Fandorin już skręcał za róg. Achimas strzelił z biodra – z muru posypał się tynk. Niedobrze.
Ale zewnętrzny dziedziniec jest większy od wewnętrznego. Obiekt nie dobiegnie do bramy.
Oto już brama – z drewnianym okapem, ze snycerką na słupach. Czysto rosyjska, z epoki przedpiotrowskiej, a nazywa się, nie wiadomo czemu, Szwedzką. Widocznie w dawnych czasach Moskwa nauczyła się tych ciesielskich mądrości od jakiegoś szwedzkiego kupca.
Pośrodku podwórza zastygł z miotłą w rękach stróż, rozdziawiając szczerbate usta. Ten, który udawał pijanego, tak samo siedział na ławce i gapił się na biegnącego asesora kolegialnego. Do ściany przyciskała się, przerażona, owa babulka we wzorzystej chustce i jakimś worku. Erast Pietrewicz nagle zrozumiał – to nie agenci! To po prostu stróż, po prostu pijaczyna, po prostu żebrak.
Z tyłu słychać kroki ścigającego.
Fandorin gwałtownie skręcił – w samą porę: kula musnęła jego ramię. Głupstwo, nic się nie stało.
Za bramą widać było złocącą się w słońcu ulicę. Niby blisko, ale nie zdąży.
Erast Pietrowicz zatrzymał się, odwrócił. Po co ginąć z kulą w plecach?
Zatrzymał się i białooki. Wystrzelił trzy razy, to znaczy, że w baillardzie ma jeszcze trzy kule. W zupełności wystarczy, żeby przeciąć ziemską drogę pana Fandorina, lat dwadzieścia sześć, krewnych nie posiada.
Odległość – piętnaście kroków. Zbyt dużo, żeby coś zrobić. Gdzie jest Karaczencew? Gdzie jego ludzie? Nie było czasu na dociekania.
Pod mankietem miał strzałkę, która na taki dystans chyba nic nie zdziała. Niemniej Erast Pietrowicz podniósł rękę, chcąc gwałtownie zgiąć ją w łokciu.
Białooki też niespiesznie wycelował w jego pierś.
Asesorowi kolegialnemu nasunęło się mimo woli skojarzenie: scena pojedynku z opery Eugeniusz Oniegin. Białooki zaraz zaśpiewa: „Czy padnę, strzałą ugodzony…?”
Dwie kule w pierś. Potem podejść i trzecią w głowę.
Na odgłos strzałów nikt nie przybiegnie. W tej okolicy stójkowego można szukać ze świecą. Nie musi więc się spieszyć.
Nagle kątem oka dostrzegł jakiś szybki ruch. Zwinny, niski cień oderwał się od ściany.
Błyskawicznie się odwrócił; zobaczył wykrzywioną wściekłością wąskooką twarz pod niedorzeczną wzorzystą chustką, zobaczył rozwarte w klekocącym okrzyku usta. Japończyk!
Nacisnął cyngiel.
Babulinka, tak lękliwie przywierająca do ściany, wydała nagle bojowy okrzyk jokohamskich jakuza i rzuciła się na białookiego zgodnie z regułami dżiu-dżitsu.
Ten sprytnie się odwrócił i wystrzelił, ale babulinka dała nurka pod linię strzału i wyjątkowo zręcznym ciosem mawa-sigiri zbiła strzelającego z nóg. Wzorzysta chusta zjechała jej na ramiona, pokazała się czarnowłosa głowa, owinięta białym ręcznikiem.
Masa! Ale skąd tutaj? Wyśledził, łajdak! To dlatego tak łatwo zgodził się puścić pryncypała samego!
No i to nie żadna chustka, tylko chodniczek z „Dussault”. A worek – pokrowiec od fotela!
Ale na te spóźnione spostrzeżenia nie było czasu. Erast Pietrowicz rzucił się naprzód, wystawił rękę ze strzałką, ale strzelać nie chciał – bał się, że trafi Masę.
Japończyk kantem dłoni uderzył białookiego w nadgarstek – baillard wypadł z ręki, uderzył o kamień i wystrzelił prosto w błękitne niebo.
W następnej sekundzie żelazna pięść z całej siły walnęła Japończyka w skroń i zemdlony Masa osunął się na ziemię.
Białooki zerknął na zbliżającego się Fandorina, na poniewierający się opodal rewolwer, sprężyście poderwał się na równe nogi i rzucił z powrotem na wewnętrzny dziedziniec.
Baillarda nie dosięgnie. Przeciwnik jest zwinny, zna tajniki zapasów. Kiedy będzie się z nim siłował, ocknie się tymczasem Japończyk, a z takimi dwoma mistrzami samemu nie da sobie człowiek rady.
Z powrotem, do pokoju. Tam na podłodze, przy łóżku, leży nabity colt.
Fandorin lekko zwolnił biegu i poderwał z ziemi rewolwer. Zajęło to ledwie pół sekundy, ale białooki zdążył ukryć się za węgłem. Znowu, jak przed chwilą, przebiegła mu przez głowę niedorzeczna myśl: jak dzieci w berka – najpierw ja gonię ciebie, potem ty mnie.
Padło już pięć strzałów, w bębenku pozostał tylko jeden nabój. Nie wolno spudłować.
Erast Pietrowicz skręcił za róg i zobaczył, że białooki już złapał ręką klamkę drzwi pokoju numer siedem. Nie celując, asesor kolegialny wypuścił strzałkę.
Na darmo – obiekt zniknął w drzwiach.
Za drzwiami Achimas nagle się potknął, noga się ugięła i więcej nie chciała go słuchać.
Ze zdziwieniem spojrzał na nią: z kostki wystawał metalowy szpikulec. Co za diabelstwo?
Przemagając ostry ból, przebył jakoś stopnie, na czworakach pełzał po podłodze – tam gdzie czerniał colt. Kiedy wreszcie palce zacisnęły się na rowkowanej rękojeści, z tyłu uderzył grom.
Jest!
Ciemna figura wyciągnęła się na całą długość. Z rozluźnionych palców wyślizgnął się czarny rewolwer.
Erast Pietrowicz w dwóch skokach przemierzył pokój i podniósł broń z podłogi. Zarepetował, na wszelki wypadek się cofnął.
Białooki leżał twarzą do podłogi. Po plecach rozlewała się czarna plama.
Z tyłu rozległ się tupot, ale asesor kolegialny się nie odwracał – rozpoznał krótkie kroczki Masy.
Powiedział po japońsku:
– Odwróć go. Tylko ostrożnie, jest bardzo niebezpieczny.
W ciągu czterdziestu lat życia Achimas ani razu nie odniósł rany, bardzo był z tego powodu dumny, ale i po cichu bał się, że prędzej czy później szczęście go opuści. Śmierci się nie bał, ale rany – bólu, bezradności – tak. A może męka okaże się nie do zniesienia? Może straci kontrolę nad ciałem i duchem, jak to wielokrotnie obserwował u innych?
Nie bolało go. Wcale. Ale ciało przestało go słuchać.
Przestrzelił mi kręgosłup – pomyślał. Hrabia Santa Croce nie dopłynie do swojej wyspy. Ta myśl była zwyczajna, nie czuł żalu.
A potem coś się stało. Jeszcze chwilę temu miał przed oczami zakurzone deski podłogi. Teraz zobaczył nagle szary, zaciągnięty w kątach pajęczyną sufit.
Skierował wzrok w inną stronę. Nad nim stał Fandorin z rewolwerem w ręku.
Jak głupio wygląda człowiek, kiedy się go ogląda z dołu. Właśnie takimi widzą nas psy, robaki, gąsienice.
– Słyszy mnie pan? – spytał detektyw.
– Tak – odrzekł Achimas i sam się zdziwił, jaki równy i dźwięczny ma głos.
Krew nadal się lała – czuł to. Jeśli się jej nie zatamuje, wkrótce wszystko się skończy. To dobrze. Trzeba zrobić tak, żeby jej nie zatamowali. Dlatego trzeba mówić.
Leżący patrzył w skupieniu, jak gdyby starał się dostrzec w twarzy Erasta Pietrewicza coś bardzo ważnego. Potem przemówił. Skąpymi, wyraźnymi zdaniami. – Proponuję układ. Uratuję panu życie. A pan spełni moją prośbę.
– Jaką prośbę? – zdziwił się Fandorin. Był pewien, że białooki majaczy – I jak może mi pan uratować życie?
– O prośbie później. Jest pan skazany na śmierć. Tylko ja mogę pana uratować. Zabiją pana przełożeni. Wykreślili pana. Z życia. Ja nie umiałem pana zabić. Zrobią to inni.
– Bzdura! – krzyknął Erast Pietrowicz, ale w dołku zaczęło go ssać. Gdzie się podziała policja? Gdzie jest Karaczencew?
– Niech będzie tak. – Raniony oblizał szare wargi. – Mówię, co ma pan robić. Jeśli mi pan wierzy, to niech pan spełni prośbę. Jeśli nie – nie. Słowo?
Fandorin przytaknął i patrzył jak zaczarowany na człowieka, który wynurzył się z przeszłości.
– Prośba jest taka. Pod łóżkiem jest teczka. Właśnie ta. Nikt jej nie będzie szukał. Wszystkim tylko przeszkadza. Należy do pana. W teczce jest koperta. A w niej – pięćdziesiąt tysięcy. Kopertę odeśle pan Wandzie. Dobrze?
– Nie! – oburzył się asesor kolegialny. – Wszystkie pieniądze zostaną oddane władzom. Nie jestem złodziejem! Jestem urzędnikiem i szlachcicem.
Achimas wsłuchiwał się w to, co się działo z jego ciałem. Zdaje się, że czasu zostało mu mniej, niż się spodziewał. Mówił z coraz większą trudnością. Żeby tylko zdążyć.
– Jest pan nikim i niczym. Jest pan trupem. – Sylwetka agenta już się rozpływała, Achimas zaczął mówić szybciej. – Sobolewa skazał tajny sąd. Carski. Teraz zna pan całą prawdę. Za to pana zabiją. To racja stanu. W teczce ma pan kilka paszportów. Bilety na pociąg do Paryża. Odjeżdża o ósmej. Zdąży pan. Inaczej śmierć.
W oczach mu pociemniało. Achimas zrobił wysiłek i odegnał zasłonę.
Myśl szybciej – ponaglił bezgłośnie. Jesteś bystry, a ja już nie mam czasu.
Białooki mówił prawdę.
Kiedy Erast Pietrewicz ostatecznie to zrozumiał, zawahał się.
Jeśli tak, jest skończony. Stracił wszystko – służbę, honor, sens życia. Łajdak Karaczencew go zdradził, posłał na pewną śmierć. Nie, nie Karaczencew – państwo, imperium, ojczyzna.
Jeśli żyje, ocalił go cud. To znaczy Masa.
Fandorin obejrzał się na służącego. Ten wytrzeszczał oczy, przykładając rękę do bolącej skroni.
Biedaczek. Żadna głowa, nawet najbardziej żelazna, nie wytrzyma takiego traktowania. Oj, Masa, Masa, cóż teraz mamy robić? Związałeś swoje życie nie z tym, co trzeba.
– Prośbę. Spełnić – ledwie dosłyszalnie wyszeptał umierający.
– Spełnię – burknął niechętnie Erast Pietrowicz.
Białooki uśmiechnął się i zamknął oczy.
Achimas uśmiechnął się i zamknął oczy. Wszystko jest dobre. Dobre życie, dobry koniec. Teraz umrzyj, nakazał sobie. I umarł.
Dzwon stacyjny uderzył po raz drugi i lokomotywa „Eriksson” niecierpliwie zaczęła puszczać kłęby pary, gotowa zerwać się z miejsca i w ślad za słońcem pognać po błyszczących torach. Transeuropejski ekspres „Moskwa-Warszawa-Berlin-Paryż” szykował się do odjazdu.
W przedziale sypialnym pierwszej klasy (brąz, aksamit, mahoń) siedział ponury młody człowiek w wybrudzonej, podartej na łokciach kremowej marynarce, patrzył tępym wzrokiem przez okno, międlił w ustach cygaro i też puszczał dym, ale w odróżnieniu od parowozu – bez najmniejszego entuzjazmu.
Dwadzieścia sześć lat, a życie się skończyło – myślał odjeżdżający. Wróciłem ledwie przed czterema dniami, pełen nadziei i siły. No a teraz muszę opuścić rodzinne miasto – bezpowrotnie, na zawsze. Oczerniony, ścigany, porzucam służbę i zdradzam ojczyznę. Nie, nie zdradziłem jej, to ojczyzna zdradziła swego wiernego sługę! Piękna to racja stanu, jeśli uczciwego pracownika najpierw zmienia w bezmyślny trybik, a potem w ogóle próbuje zlikwidować. Czytajcie Konfucjusza, panowie strażnicy tronu. Tam jest napisane: szlachetny mąż nie może być niczyim narzędziem.
Co teraz? Oszkalują go, przedstawią jako złodzieja, roześlą listy gończe po całej Europie.
Chociaż nie, złodzieja zeń nie zrobią – o teczce będą woleli zapomnieć.
I pościgu też nie zorganizują, nie chcą rozgłosu.
Ale będą nań polować, prędzej czy później znajdą go i zabiją. Czy to trudno znaleźć podróżnika, któremu towarzyszy japoński służący? A co zrobić z Masą? Zginie sam na Zachodzie.
A propos, gdzie on jest?
Erast Pietrowicz wyjął „Brégueta”. Do odjazdu zostały dwie minuty.
Na dworzec przyjechali w porę – asesor kolegialny (właściwie już były) zdążył nawet wysłać do „Anglii” pakiet na nazwisko panny Tolle – ale za kwadrans ósma, kiedy już siedzieli w przedziale, Masa się zbuntował: oświadczył, że jest głodny, nie ma jednak zamiaru jeść w wagonie restauracyjnym kurzych jaj, ohydnego krowiego masła i wilgotnego, przesiąkniętego dymem świńskiego mięsa. Wyprawił się zatem na poszukiwanie gorących obwarzanków.
Dzwon uderzył po raz trzeci, parowóz zagwizdał dziarsko, z całej mocy.
Żeby tylko skośnooki urwis nie zabłądził. Fandorin z niepokojem wychylił się przez okno.
O, jest tam, sunie po peronie z potężną papierową torbą. Głowę owinął czymś białym z dwóch stron: guz jeszcze nie zniknął, a teraz i na skroni ma siniaka.
Ale któż to z nim idzie?
Erast Pietrowicz zasłonił ręką oczy od słońca.
Wysoki, chudy, z gęstymi siwymi bokobrodami, w liberii.
Froł Grigorijewicz Wiediszczew, osobisty kamerdyner księcia Dołgorukoja! A ten co tu robi? Ach, co za pech!
Wiediszczew go zauważył, pomachał ręką.
– Panie Fandorin! Wasza wielmożność, ja po pana!
Erast Pietrowicz odsunął się od okna, ale zaraz się zawstydził. To głupie i bez sensu. No i trzeba zobaczyć, cóż to za cuda się dzieją.
Wyszedł na peron, trzymając teczkę pod pachą.
– Uff, ledwie zdążyłem…
Wiediszczew sapał, wycierając spoconą łysinę pstrokatą chustką.
– Jedźmy proszę pana, jaśnie oświecony czeka.
– Ale jakże p-pan mnie znalazł?
Młody człowiek obejrzał się na wagon, który powoli ruszał z miejsca.
Cóż, niech jedzie. Co za sens uciekać koleją, kiedy trasa podróży znana jest władzom? Nadadzą depeszę i aresztują na pierwszej stacji.
Trzeba będzie jakoś inaczej opuścić Moskwę.
– Nie mogę do księcia, Frole Grigorijewiczu. Moja sytuacja jest taka, że zmuszony jestem porzucić służbę… i… powinienem pilnie wyjechać. A księciu wszystko w-wyjaśnię w liście.
Tak, tak! Napisać o wszystkim do Dołgorukoja. Niech chociaż ktoś pozna tło całej tej strasznej i paskudnej historii.
– A po cóż papier marnować? – Wiediszczew dobrodusznie wzruszył ramionami. – Pańską sytuację ekscelencja bardzo dobrze zna. Pojedźmy, osobiście wszyściutko pan opowie. I o tym zbrodniu, żeby tak z piekła nie wyjrzał, i o tym, jak pana judasz policmajster oszukał.
Erastowi Pietrowiczowi zabrakło nagle tchu.
– Ale… jakimże to sposobem?! Skąd pan to wszystko wie?
– Mam swoje sposoby – odpowiedział mgliście kamerdyner. – O dzisiejszej pańskiej sprawie dowiedziałem się też w porę. Nawet swojego człowieka tam posłałem, żeby zobaczył, co się stanie. Nie widział go pan tam? Takiego w czapce, udawał pijanego. W ogóle to trzeźwiutki chłopina, kropli wódki do ust nie bierze, nawet na Paschę sobie nie pozwala. Dlatego właśnie go trzymam. No i ten mi powiedział, że pan kazał dorożkarzowi jechać na Briański. Oj, ledwie za panem nadążyłem. A odszukałem z bożą pomocą. Bo zobaczyłem w bufecie pańskiego skośnookiego, a tak to biegaj, człowieku, po wszystkich wagonach. Ja nie mam, szanowny panie, dwudziestu lat jak pan.
– Ale czy jego ekscelencja wie… jak delikatna jest to sprawa?
– Nic tu delikatnego nie ma, a sprawa najzwyklejsza, policyjna – odparł Wiediszczew. – Umówiliście się z policmajstrem, że aresztujecie podejrzanego, łotra, który się podawał za kupca z Riazania. Mówią, że to człek solidny, prawdziwy, znaczy się, Klonow, siedem pudów waży. A Karaczencew, barani łeb, zmarnotrawił czas i musiał pan sam karku nadstawiać. Szkoda, nie udało się łotra wziąć żywcem. Teraz się nie dowiemy, co tam złego zamyślał. No, dobrze chociaż, że pan, ojczulku, wyszedł z tego cały i zdrowy. Jaśnie oświecony już wszystko jak trzeba napisał, do Pitra, samemu miłościwemu panu. A co dalej, wiadomo: policmajstra, bałwana, przepędzą na cztery wiatry, mianują nowego, no a waszą wielmożność jeszcze nagrodzą. Wszystko bardzo proste.
– Bardzo p-proste? – upewnił się Erast Pietrowicz, patrząc pytająco w wyblakłe oczy staruszka.
– A cóż prostszego? Czy jeszcze coś było?
Fandorin pomyślał chwilę i orzekł:
– …Nie. Już nic nie było.
– No, widzi pan. A co to za teczuszka? Ładna rzecz. Pewnie zagraniczna robota?
– Teczka nie jest moja – otrząsnął się asesor kolegialny (żaden były, najprawdziwszy, jaki być może). – Chcę to wysłać do dumy miejskiej. Duża suma od anonimowego ofiarodawcy na dokończenie budowy świątyni.
– Bardzo duża? – Kamerdyner spojrzał uważnie na młodego człowieka.
– Prawie milion rubli.
Wiediszczew z aprobatą kiwnął głową.
– Oj, to się Władimir Andrieicz ucieszy. Będzie koniec kłopotów z tą świątynią, żeby ją licho wzięło. Już przestaną wyciągać z kasy miejskiej. – Zaczął się gorliwie żegnać. – Nie wymarli na Rusi dobrzy ludzie, niech ich Pan Bóg ma w swojej opiece, a po śmierci da im wieczne odpoczywanie.
Nagle Froł Grigorijewicz przypomniał sobie coś pilnego, bo przerwał robienie znaków krzyża i zaczął machać rękami:
– Jedźmy, Eraście Pietrowiczu, jedźmy, kochany. Jego ekscelencja powiedział, że bez pana do śniadania nie usiądzie. A z jedzeniem musi trzymać się ścisłego reżimu – o wpół do dziewiątej ma zjeść kaszkę. Na placu czeka kareta gubernatora, prędko będziemy na miejscu. O pańskiego Azjatę niech się pan nie martwi, zabiorę go do siebie, sam przecie też nie jadłem. Mam cały kociołek wczorajszego kapuśniaczka na podrobach – przewyborny. A te obwarzanki trzeba wyrzucić; po co się ciastem obżerać, brzuch od niego tylko rośnie.
Fandorin ze współczuciem popatrzył na Masę, który rozdymając nozdrza, błogo wciągał aromat z torebki. Biedaka czekała ciężka próba.