KSIĘGA ZAMKU

Rozdział 1

Droga w górę, ku wyjściu z Labiryntu, zabrała Valentine'owi znacznie mniej czasu niż droga w dół, ponieważ zjeżdżając nie kończącą się spiralą korytarzy był nikomu nie znanym łowcą przygód, wyszarpującym swą przeszłość z rąk obojętnej biurokracji; podróż powrotną odbywał natomiast jako władca.

Nie musiał się wspinać — poziom za poziomem, pierścień za pierścieniem — przez gmatwaninę korytarzy siedziby Pontifexa; mógł ominąć Dom Kronik, Arenę, Plac Masek, Salę Wiatrów i całą resztę. Teraz on i jego świta wznosili się szybko i bez przeszkód, korzystając z przejścia zarezerwowanego wyłącznie dla władców.

Chociaż w ciągu zaledwie kilku godzin znalazł się w zewnętrznym pierścieniu, w tamtym jasno oświetlonym, ludnym zajeździe, mimo to wieści o nim i tak zdołały go wyprzedzić. Wiedziano już, że w Labiryncie przebywa Koronal, tajemniczy i odmieniony, niemniej jednak Koronal, toteż kiedy wyłonił się z królewskiego korytarza, stanął oko w oko z wielkim tłumem, przyglądającym mu się jak dziwolągowi o dziesięciu głowach i trzydziestu nogach.

Tłum milczał. Ktoś go pozdrowił, ktoś zakrzyknął jego imię, jednak większość zadowalała się zwykłym gapieniem. Pomijając niezwykłość zdarzeń, Labirynt był domeną Pontifexa i Valentine wiedział, że hołdy, jakich Koronal mógł się spodziewać w każdym zakątku Majipooru, tutaj były nie do pomyślenia. Lęk, owszem, również szacunek, lecz przede wszystkim ciekawość. Żadnych pozdrowień, żadnych wiwatów, jakimi na oczach Valentine'a obdarzano fałszywego Koronala podczas uroczystego przejazdu przez Pidruid. Nie szkodzi, pomyślał Valentine. Odzwyczaił się od odbierania hołdów, poza tym nigdy o nie nie dbał. Wystarczało całkowicie, że uznano w nim tego kogoś, za kogo się podawał.

— Czy wszędzie pójdzie tak łatwo? — spytał Deliambera. — Czy wystarczy, bym przejechał przez Alhanroel, głosząc po drodze, że jestem prawdziwym Lordem Valentinem, aby wszystko dostało się w moje ręce?

— Wielce w to wątpię. Barjazid wciąż nosi oblicze Koronala i dzierży insygnia władzy. Tu, na dole, jeśli ministrowie Pontifexa mówią, że jesteś Koronalem, to obywatele czczą cię jako Koronala. Gdyby powiedzieli, że jesteś Panią Wyspy, prawdopodobnie czczono by cię jako Panią Wyspy. Myślę, że na zewnątrz może być inaczej.

— Nie chcę żadnego przelewu krwi, Deliamberze.

— Nikt tego nie chce, a mimo to, nim ponownie zasiądziesz na tronie Confalume'a, krew popłynie. Tego nie da się uniknąć, Valentine.

— Wolałbym raczej zostawić władzę w rękach Barjazida — powiedział posępnie Valentine — niż pchnąć kraj na drogę krwawego konfliktu. Nade wszystko cenię sobie pokój.

— I pokój nastanie — rzekł mały czarodziej. — Ale drogi, które do niego wiodą, nie zawsze są spokojne. Popatrz, tam zbiera się twoja armia, Valentine!

Zbliżali się do gromady ludzi, zarówno znanych im, jak i obcych. Byli wśród nich wszyscy, którzy weszli z Valentinem do Labiryntu, cała grupa, jaką zebrał podróżując przez świat: Skandarzy, Lisamon Hultin, Vinorkis, Khun, Shanamir, Lorivade, straż przyboczna Pani i cała reszta. Ale było też parę setek ludzi w barwach Pontifexa. Był to pierwszy oddział — czego? Nie wojska, gdyż Pontifex nie dysponował wojskiem. Może straży obywatelskiej? Tak czy inaczej, była to armia Valentine'a.

— Moja armia — rzekł Valentine. To słowo miało gorzki posmak. — Armie są reliktem z czasów Stiamota, Deliamberze. Ile tysięcy lat minęło od ostatniej wojny na Majipoorze?

— Planeta od dawna jest spokojna — odpowiedział Vroon. — Niemniej jednak małe armie istnieją. Straż przyboczna Pani, słudzy Pontifexa — a co powiesz o rycerzach Koronala? Jak ich nazwiesz, jeśli nie armią? Noszą broń, odbywają musztry na polach Góry Zamkowej. Kim oni są? Towarzystwem, spędzającym czas na rozrywkach?

— Tak myślałem, Deliamberze, kiedy byłem jednym z nich.

— Czas zacząć myśleć inaczej, mój panie. Rycerze Koronala to trzon wojska i tylko ktoś naiwny mógłby sądzić, że jest inaczej. Przekonasz się o tym, gdy podejdziesz bliżej Góry Zamkowej.

— Czy do walki ze mną Dominin Barjazid może poprowadzić moich rycerzy? — spytał przerażony Valentine.

Vroon popatrzył na niego przeciągle.

— Mężczyzna, zwany przez ciebie Domininem Barjazidem, jest w tej chwili Lordem Valentinem, Koronalem, któremu rycerze z Góry Zamkowej zaprzysięgli wierność. Czy zapomniałeś o tym? Przy odrobinie szczęścia i przebiegłości może potrafisz ich przekonać, że przysięgali na duszę Valentine'a, a nie na jego twarz i brodę. Ale i tak niektórzy z nich pozostaną wierni człowiekowi będącemu według nich Koronalem i w jego imieniu podniosą miecze przeciwko tobie.

Serce Valentine'a ścisnęło się bólem. Od kiedy odzyskał pamięć, nie raz i nie dwa myślał o towarzyszach z poprzedniego życia, o szlachetnych mężczyznach i kobietach, z którymi razem dorastał, z którymi w szczęśliwszych dniach nabierał książęcej ogłady, których miłość i przyjaźń była dla niego wszystkim, aż do chwili, kiedy uzurpator to zniszczył. Nieustraszony myśliwy Elidath z Morvole i jasnowłosy, pełen życia Stasilaine, i Tunigorn, tak szybki w strzelaniu z łuku, i wielu innych — niewyraźne postaci z przeszłości, po których pozostały mu tylko imiona. A przecież już wkrótce cienie mogą ożyć i nabrać poprzednich barw i wyrazistości. Czy jego przyjaciele, jego ukochani towarzysze z dawnych lat, mogliby walczyć przeciwko niemu? Jeśli będzie musiał walczyć z nimi ze względu na dobro Majipooru, zrobi to, lecz jest to przerażająca perspektywa. Potrząsnął głową.

— Może uda nam się tego uniknąć. Chodź — powiedział. — Pora opuścić to miejsce.

W pobliżu wejścia zwanego Bramą Wody Valentine radośnie przywitał się ze swoją świtą i wyszedł naprzeciw oficerom, których ministrowie Pontifexa oddali do jego dyspozycji. Oficerowie wyglądali na bystrych chwatów, wyraźnie zadowolonych z opuszczenia ponurych głębin Labiryntu. Ich przywódcą był Ermanar, niewysoki, krępy mężczyzna, rudawy, krótko ostrzyżony, z przyciętą w szpic brodą, który ze względu na wzrost, sposób poruszania się i prostolinijność z powodzeniem mógłby być bratem Sleeta. Od razu przypadł Valentine'owi do gustu. Ermanar pozdrowił go szybkim, dość niedbałym znakiem gwiazdy, uśmiechnął się serdecznie i powiedział:

— Nie odstąpię od twego boku, panie, dopóki nie odzyskasz Zamku.

— Oby podróż na północ była łatwa — rzekł Valentine.

— Czy wybrałeś już drogę?

— Myślę, że najkrótsza prowadzi w górę Glayge, rzecznym statkiem, nie uważasz?

Ermanar skinął głową.

— W każdej innej porze roku, tak. Ale tegoroczne jesienne deszcze były bardzo obfite. — Wyciągnął małą mapę centralnego Alhanroelu, na której regiony między Labiryntem a Górą Zamkową odbijały się jaskrawą czerwienią od szarego tła. — Zobacz, mój panie, tędy Glayge spływa z Góry Zamkowej, tu wpada do jeziora, a tu płynie dalej aż do Bramy Wody, tuż obok nas. Właśnie teraz rzeka wezbrała i na przestrzeni setek mil między Pendiwane a jeziorem jest niebezpieczna. Proponuję drogę lądową, przynajmniej do Pendiwane. Stamtąd spróbujemy popłynąć statkami, docierając niemal do źródeł Glayge.

— To brzmi rozsądnie. A czy znasz tutejsze drogi?

— Nie najgorzej, mój panie. — Postukał palcem w mapę. — Wiele zależy od tego, czy dolina Glayge jest zalana tak, jak o tym donoszą. Najchętniej, po okrążeniu jeziora od północy, nie oddalałbym się zbytnio od rzeki.

— A jeśli dolina jest zalana?

— To są jeszcze inne drogi, bardziej na północ, tylko że biegną przez nieprzyjemne, suche, niemal pustynne okolice. Moglibyśmy mieć kłopoty z zaopatrzeniem. I znaleźlibyśmy się o wiele za blisko, jak na mój gust, tego miejsca. — Wskazał na mapie punkt leżący na północny zachód od jeziora Roghoiz.

— Velalisier? — spytał Valentine. — Niepokoją cię jego ruiny? Dlaczego?

— To niezdrowe miejsce, mój panie, miejsce nieszczęsne. Zamieszkane przez duchy. Wyczuwa się tam atmosferę nie pomszczonych krwawych zbrodni. Nie podobają mi się historie opowiadane o Velalisier.

— Wezbrana rzeka z jednej strony, a straszące duchami ruiny z drugiej, tak? — Valentine uśmiechnął się. — Dlaczego zatem nie mielibyśmy pójść południową stroną Glayge?

— Południową? Nie, mój panie. Czy przypominasz sobie pustynię, przez którą jechałeś z Treymone? Tutaj jest znacznie gorzej, ani kropli wody, nic do jedzenia — kamienie i piasek. Wolałbym pójść środkiem Velalisier, niż zmierzyć się z południową pustynią.

— A zatem nie mamy wyboru, prawda? Pozostaje nam droga wzdłuż doliny Glayge. Miejmy nadzieję, że nie jest zalana wodą. Kiedy wyruszamy?

— Kiedy tylko zechcesz, mój panie.

— Za dwie godziny — rzekł Valentine.

Rozdział 2

Wczesnym popołudniem oddziały Lorda Valentine'a opuściły Labirynt przez Bramę Wody, główne wejście do miasta Pontifexa, wygodne i wspaniale zdobione, przez które zgodnie z tradycją przechodzili władcy. Odjazd Valentine'a i jego towarzyszy obserwowała ciżba mieszkańców Labiryntu.

Znów można było zobaczyć słońce. Znów można było oddychać świeżym powietrzem doliny Glayge. Valentine jechał w pierwszym z długiego sznura ślizgaczy. Rozkazał szeroko otworzyć okna.

— Jak młode wino! — zawołał zachłystując się. — Ermanarze, jak możesz znosić życie w Labiryncie, wiedząc, że właśnie tak jest na zewnątrz?

— Tam się urodziłem — spokojnie odrzekł oficer. — Moja rodzina służy Pontifexowi od pięćdziesięciu pokoleń. Jesteśmy przyzwyczajeni do tamtejszych warunków.

— To może, według ciebie, powietrze tu jest zbyt ostre?

— Ostre? — Ermanar popatrzył zaskoczony. — Ależ skąd! Doceniam jego zalety, mój panie. Tylko zdaje mi się — jak to wyrazić? — zdaje mi się, że dla mnie jest zbyteczne.

— Dla mnie nie — powiedział Valentine śmiejąc się. — I popatrz, jak wszystko wygląda świeżo, jak odświętnie!

— Jesienne deszcze — odrzekł Ermanar. — To one wniosły życie do doliny.

— Powiedziałabym, że tym razem nawet zbyt wiele życia — wtrąciła Carabella. — Czy wiesz już, jak wielka jest powódź?

— Wysłałem zwiadowców — odpowiedział Ermanar. — Niedługo się dowiemy.

Karawana posuwała się do przodu przez spokojną, łagodną okolicę, trzymając się północnego brzegu rzeki, która na tym odcinku nie wyglądała zbyt groźnie. Jak cichy, srebrzący się w przedwieczornym słońcu strumień, pomyślał Valentine. Bo też nie była to jeszcze prawdziwa rzeka, lecz zaledwie kanał, zbudowany tysiące lat temu w celu połączenia jeziora Roghoiz z Labiryntem. Sama Glayge, jak pamiętał, była znacznie bardziej imponująca, choć w porównaniu z olbrzymim Zimrem, który płynął na drugim kontynencie wyglądała jak strumyczek. Tamtym razem, kiedy odwiedzał Labirynt, było lato, i to suche. Wtedy Glayge spokojnie toczyła swe wody. Teraz jednak była inna pora roku i Valentine nie miał ochoty na sprawdzanie, jak wygląda rzeka w czasie powodzi; zbyt dobrze jeszcze pamiętał grzmiącą Steiche. Z dwojga złego wolałby odbić nieco na północ, a nawet nie bałby się przejść koło ruin Velalisier, wbrew przesądom Ermanara.

Tej nocy Valentine doświadczył pierwszego bezpośredniego kontrataku uzurpatora: w czasie snu otrzymał przesianie od Króla, przesłanie o bezsprzecznie zgubnej wymowie.

Najpierw poczuł, jak jego mózg wypełnia się ciepłem, jak to ciepło narasta, zamienia się w żar i szalejącą pożogą napiera na skorupę czaszki. Następnie jego duszę zalało ostre światło. Skronie pulsowały bólem. I wtedy przyszła fala wstydu wywołanego świadomością poniesionych niepowodzeń i klęsk; poczuł się oskarżony o zdradę i oszustwo wobec ludzi, którymi miał rządzić.

Valentine znosił przesłanie tak długo, jak potrafił. W końcu przebudził się z krzykiem, zlany potem, rozdygotany, tak samo rozbity jak przy poprzednich snach.

— Mój panie? — szepnęła Carabella.

Usiadł i wziął twarz w dłonie, niezdolny, by cokolwiek powiedzieć. Carabella tuliła go i gładziła po włosach.

— Przesłanie — rzekł wreszcie. — Od Króla.

— Już się skończyło, mój kochany, już po wszystkim, już po wszystkim. — Kołysała go w uścisku, aż strach i przerażenie zaczęły go opuszczać. Odsłonił oczy.

— Najgorsze — powiedział. — Gorsze od tamtego w Pidruid, podczas naszej pierwszej nocy.

— Co mogłabym zrobić dla ciebie?

— Nic. Chyba nic. — Valentine potrząsnął głową. — Odnaleźli mnie — wyszeptał. — Król nadał czyta w mojej duszy i teraz nie zostawi mnie w spokoju.

— To był tylko senny koszmar, Valentine…

— Nie. Nie. Przesłanie od Króla, pierwsze z wielu.

— Sprowadzę Deliambera — powiedziała. — On będzie wiedział, co zrobić.

— Zostań, Carabello. Nie odchodź ode mnie. — Nic złego już cię nie czeka. Nie możesz mieć przesłania po przebudzeniu.

— Nie zostawiaj mnie samego — poprosił.

Ona jednak, uspokoiwszy go i nakłoniwszy pieszczotami do położenia się, poszła po czarodzieja. Przejęty i zmartwiony Deliamber szybko dotknął Valentine'a, aby sprowadzić na niego sen pozbawiony marzeń.

Następnej nocy Valentine w ogóle bał się zasnąć, w końcu jednak sen go zmorzył i przyniósł kolejne przesłanie, straszniejsze od poprzedniego. W jego umyśle znów roztańczyły się obrazy — wypełnione światłem i szkaradnymi twarzami balony, prześmiewające się, drwiące i oskarżające, bryzgi farby, miotający ostrymi strzałami gorący blask. A potem otoczyli go bezkształtni, niesamowici Metamorfowie, którzy kiwali na niego długimi cienkimi palcami, śmiali się piskliwie i głucho i wyzywali go od tchórzy, cherlaków, głupców i dzieci. A obrzydliwe służalcze głosy wyśpiewywały na fałszywą nutę krótką dziecięcą piosenkę:

Serce ma Król Drzemko

Zimne jak u gada.

Ni oka me zmruży,

Ni z nikim nie gada.

Śmiech, nieharmonijna muzyka, szepty tuż za progiem słyszalności, długie szeregi szkieletów, tańczący martwi bracia Skandarzy, upiorni i okaleczeni, przyzywający go po imieniu…

Valentine zmusił się do przebudzenia i długo w nocy krążył po ciasnym pojeździe, słaby i wyczerpany.

Przyszła następna noc i znów miał przesłanie, gorsze od poprzednich.

— Czy już nigdy nie zasnę spokojnie? — załamany, z pobladłą twarzą witał przybywających z pomocą Deliambera i hierarchinię Lorivade.

— Słyszałam o twoich kłopotach — powiedziała Lorivade. — Czy Pani nie pokazała ci, jak należy użyć diademu, aby bronić się przed nimi?

Valentine spojrzał na nią zdziwiony.

— Co takiego?

— Jedna władza nie powinna atakować drugiej, mój panie. — Dotknęła srebrnej opaski na jego czole. — Diadem odparuje cios, o ile użyjesz go właściwie.

— Co mam zrobić?

— Kiedy kładziesz się do snu — powiedziała — wznoś wokół siebie mur z siły. Naznaczaj go swą osobowością. Wypełniaj powietrze własnym duchem. Wtedy nie wyrządzi ci krzywdy żadne przesłanie.

— Czy nauczysz mnie tego?

— Spróbuję, mój panie.

W ogólnym stanie wyczerpania, w jakim się znalazł, wszystko, co mógł z siebie dać, było zaledwie cieniem siły, jaką powinien dysponować Koronal, i chociaż Lorivade przez godzinę ćwiczyła z nim użycie diademu, tej nocy doświadczył czwartego przesłania. Było ono jednak słabsze od poprzednich i Valentine zdążył zapaść w spokojny sen, zanim dopadły go zmory. W ciągu dnia niemal w pełni przyszedł do siebie i wypróbowywał diadem przez długie godziny.

Przesłania, które zjawiały się podczas kolejnych nocy, były słabe i nie zdołały przebić się przez jego pancerz. Valentine odpierał ataki, coraz bardziej ufny w siebie. Po jakimś czasie zmęczyła go ciągła czujność, lecz kiedy wyczuł, że macki Króla Snów znów zakradają się do jego duszy, na powrót wzmocnił swoje straże i nie pozwolił się zranić.

Jeszcze pięć dni posuwali się na północ dolnym biegiem Glayge, a szóstego wrócili z wieściami zwiadowcy Ermanara.

— Powódź nie przedstawia się tak groźnie, jak o tym mówiono — rzekł Ermanar.

Valentine skinął głową.

— Doskonale. Czyli nadal zmierzamy w stronę jeziora i tam wsiadamy na okręty.

— Między nami a jeziorem znajdują się wrogie siły.

— Koronala?

— Można tak sądzić, mój panie. Zwiadowcy powiedzieli tylko tyle, że weszli na Skarpę Lumanzar, z której roztacza się widok na jezioro i przylegającą doń równinę, i że na tej równinie zobaczyli wojsko i znaczną liczbę mollitorów.

— Nareszcie wojna! — krzyknęła Lisamon Hultin. Nie wyglądała na niezadowoloną.

— Nie — rzekł zasępiony Valentine. — Na wojnę jeszcze za wcześnie. Jesteśmy tysiące mil od Góry Zamkowej. Nie możemy rozpoczynać walki tak daleko na południu. A poza tym wciąż mam nadzieję, że uda nam się uniknąć działań wojennych albo przynajmniej odwlec je tak długo, jak się da.

— Co teraz poczniemy, mój panie?

— Będziemy posuwać się naprzód doliną Glayge, jak dotychczas, lecz gdy armia wykona przeciw nam jakiś ruch, ruszymy na północny zachód. O ile będzie to możliwe, chciałbym obejść ich i pożeglować w górę rzeki. Niech sobie siedzą przy Roghoiz i czekają na nas daremnie.

Ermanar zamrugał, zdumiony.

— Obejść ich pozycje?

— Wydaje mi się, że Barjazid umieścił ich tam, aby strzegli dojścia do jeziora. Nie powinni iść za nami daleko w głąb lądu. — Ale w głębi lądu…

— Wiem. — Valentine położył dłoń na ramieniu Ermanara i odezwał się łagodnie, wkładając w wypowiadane słowa tyle ciepła i współczucia, ile potrafił: — Wybacz mi, przyjacielu, musimy jednak obejść rzekę aż po Velalisier.

— Te ruiny przerażają mnie, mój panie. Zresztą nie tylko mnie.

— To prawda. Ale mamy ze sobą potężnego czarodzieja i wielu dzielnych ludzi. Co może jakiś duch albo i dwa zrobić takiej Lisamon Hultin, Khunowi z Kianimotu, Sleetowi czy Carabelli? Choćby i Zalzanowi Kavolowi? Wystarczy, że Skandar ryknie, a wszystkie duchy uciekną aż do Stoien!

— Mój panie, twoje słowo jest dla mnie rozkazem, lecz ja już od chłopięcych lat wysłuchiwałem opowieści o Velalisier.

— A czy byłeś tam kiedykolwiek?

— Oczywiście, że nie.

— A czy znasz kogoś, kto był?

— Nie, mój panie.

— Czy wobec tego możesz powiedzieć, że posiadasz wiedzę, choćby niewielką, o czyhających w owym miejscu niebezpieczeństwach?

Ermanar bawił się puklami swojej brody.

— Nie, mój panie.

— Przed nami stoi wroga armia i horda przerażających mollitorów. Nie mamy pojęcia, na co stać duchy, natomiast znamy nieszczęścia, jakie niesie ze sobą wojna. Moim zdaniem, należy unikać walki i spróbować poradzić sobie z duchami.

— Wolałbym, żebyśmy poszli inną drogą — powiedział Ermanar, usiłując się uśmiechnąć. — Będę jednak trwał przy twoim boku, mój panie, nawet jeżeli zażądasz, abym przeszedł pieszo przez Velalisier i to w bezksiężycową noc. Możesz na mnie polegać.

— W porządku — rzekł Valentine. — A ja ci gwarantuję, że wyjdziemy z Velalisier nie tknięci przez upiory.

Przez jakiś czas trzymali się tej samej drogi, mając po prawej stronie rzekę. Teren podnosił się stopniowo, choć, jak Valentine wiedział, tym niewielkim tarasikom i fałdkom daleko było jeszcze do wielkich wypiętrzeń skorupy planety, które otaczały Górę Zamkową. Wkrótce zostawili rzekę w dole, sto stóp poniżej — lśniła stamtąd jasną wąską wstęgą, ujętą w obramowanie przybrzeżnych zarośli — a droga zaczęła się wspinać na pochyłe zbocze. Ermanar powiedział, że właśnie wchodzą na Skarpę Lumanzar, ze szczytu której roztacza się rozległy widok.

Valentine wziął ze sobą Deliambera, Sleeta i Ermanara i podszedł do krawędzi skarpy, aby zbadać sytuację. Pod nimi opadały w dół naturalne tarasy, jeden za drugim, aż do szerokiej, wielkiej równiny, ozdobionej pośrodku błyszczącym jeziorem Roghoiz.

Jezioro przypominało ocean. Valentine pamiętał, że było olbrzymie i takie być powinno, ponieważ Glayge zasilała je wszystkimi wodami z południowo-zachodnich stoków Góry Zamkowej, ale nie spodziewał się, że jakikolwiek zbiornik wodny może urosnąć do takich rozmiarów. Teraz już wiedział, dlaczego na jego brzegach budowano domy na wysokich palach: jezioro przesunęło swe wody daleko poza granice miast, podmywając niższe kondygnacje budynków.

— Bardzo wezbrało — powiedział do Ermanara.

— Tak, powiększyło się chyba dwukrotnie. Ale powiadają, że bywało jeszcze gorzej.

— Jak to zwykle w opowieściach — rzeki Valentine. — A gdzie armia, którą widzieli twoi zwiadowcy?

Ermanar przeczesywał wzrokiem okolicę, posługując się przy tym lunetą. Może, pomyślał Valentine, wojsko wróciło na Górę Zamkową, a może zwiadowcy się omylili, może nie było tu w ogóle żadnej armii, może…

— Tam, panie — rzeki w końcu Ermanar.

Valentine wziął lunetę i spojrzał w dół. W pierwszej chwili zobaczył tylko drzewa i łąki oraz rozlane szeroko wody jeziora. Ermanar nastawił lunetę w odpowiednim kierunku i wreszcie Valentine ujrzał żołnierzy, którzy oglądani gołym okiem mogli uchodzić za zastępy mrówek.

Ale to nie były mrówki.

Przy jeziorze biwakowało może tysiąc żołnierzy, może półtora — nie jakaś gigantyczna armia, ale zupełnie spora jak na świat, w którym takie zjawisko jak wojna dawno już poszło w zapomnienie. Liczebnością kilkakrotnie przewyższała siły Valentine'a. Obok pasło się osiemdziesiąt albo i sto mollitorów — masywnych zwierząt, pokrytych skórą twardą jak pancerz, których syntetyczne początki sięgały czasów starożytnych. Podczas turniejów rycerskich mollitorów często używano do walki. Z zadziwiającą prędkością poruszały się na krótkich, grubych nogach i były zdolne dokonywać wielkich zniszczeń, kiedy spod twardych pancerzy wysuwały ociężałe łby o czarnych szczękach, by nimi chwytać, miażdżyć i rozszarpywać. Valentine już widywał pola zryte ich zakrzywionymi pazurami, gdy monitory, zaślepione tępym gniewem, wodziły się tam i z powrotem, taranując jeden drugiego. Kilkanaście takich stworów ustawionych w poprzek drogi było skuteczniejszą zaporą niż gruby mur.

— Moglibyśmy pokonać ich przez zaskoczenie — powiedział Sleet. — Wysłać na dół jeden oddział, aby wywołał zamieszanie wśród mollitorów, okrążyć ich z drugiej strony i…

— Nie — rzekł Valentine. — Walcząc nietrudno popełnić błąd.

— Jeśli się spodziewasz — upierał się Sleet — że odzyskasz Zamek, w taki sposób, by nikt nawet palca sobie nie skaleczył, to…

— Spodziewam się rozlewu krwi — powiedział szorstko Valentine. — Chciałbym jednak, żeby był jak najmniejszy. Tamci żołnierze są wojskiem Koronala, a nie zapominaj, kto jest prawdziwym Koronalem. Oni nie są moimi wrogami. Jedynym wrogiem jest Dominin Barjazid. Będziemy walczyć tylko w ostateczności, Sleet.

— A więc ruszamy inną drogą, tak? — spytał zasępiony Ermanar. — Tak. Skierujemy się teraz na północny zachód, w stronę Velalisier. Potem obejdziemy z daleka jezioro i dalej, w górę doliny do Pendiwane, o ile po drodze nie czekają na nas inne wojska. Czy masz mapy?

— Tylko plany tej doliny i mniej więcej do połowy drogi do Velalisier. Reszta to pustkowia, mój panie. Mapy na niewiele się zdadzą.

— Wobec tego poradzimy sobie bez nich — rzekł Valentine. Kiedy karawana zjechała ze Skarpy Lumanzar do skrzyżowania dróg i kiedy byli już z dala od jeziora, Valentine wezwał do swojego wozu diuka Nascimonte'a.

— Kierujemy się w stronę Velalisier — powiedział — i być może będziemy zmuszeni przejechać przez miasto. Czy znasz tamte okolice?

— Odwiedziłem je raz, kiedy byłem znacznie młodszy.

— Szukałeś duchów?

— Szukałem skarbów z dawnych czasów, aby ozdobić nimi mój dwór. Niewiele znalazłem. Miasto musiało być splądrowane zaraz po zagładzie.

— I nie bałeś się grabić miejsc, w których straszy? Nascimonte wzruszył ramionami.

— Znałem te legendy, ale byłem młodszy i niezbyt bojaźliwy.

— Porozmawiaj z Ermanarem — rzekł Valentine. — Przedstaw mu się, jako ktoś, kto był w Velalisier i przeżył. Czy możesz przeprowadzić nas tamtędy?

— Moje wspomnienia o tamtych miejscach mają już czterdzieści lat, mój panie. Ale postaram się.

Przeglądając niekompletne mapy dostarczone przez Ermanara, Valentine doszedł do wniosku, że jedyna droga, która nie prowadzi niebezpiecznie blisko oczekującej nad jeziorem armii, musi zahaczyć o skraj zniszczonego miasta, jeśli nie prowadzić przez jego środek. Nie martwił się tym. Ruiny Velalisier, jakkolwiek bardzo przerażały łatwowiernych, były, według wszelkich doniesień, obiektem godnym obejrzenia. Niepodobna także, aby oczekiwały tam na niego wojska Dominina Barjazida. Objazd mógł im wyjść na dobre i zmylić fałszywego Koronala, który spodziewa się, że Valentine wybierze najprostszą drogę w górę Glayge. A jeśli podróż przez pustynię nie wystawi ich na zbyt ciężką próbę, może zdołają cały czas trzymać się z dala od rzeki i zdobyć przewagę dzięki zaskoczeniu, skręcając ku Górze Zamkowej w ostatniej chwili.

Niech Velalisier ukaże im wszystkie duchy, jakie posiada, pomyślał Valentine. Lepiej ucztować z upiorami, niż zejść ze Skarpy Lumanzar wprost w paszcze mollitorów Barjazida.

Rozdział 3

Droga wokół jeziora zagłębiała się coraz bardziej w wypaloną słońcem, jałową krainę. Tłusta i ciemna aluwialna gleba zalanej powodzią równiny ustąpiła miejsca zrudziałemu, lekkiemu, piaszczystemu gruntowi, w którym z trudem utrzymywały się przy życiu nieliczne powykręcane i cierniste rośliny. Bitą nawierzchnię zastąpił wyboisty, pokryty żwirem trakt, wspinający się powoli na niskie wzgórza oddzielające Roghoiz od pustyni należącej do równiny Velalisier.

Ermanar, chcąc uniknąć bezpośredniej bliskości ruin, wysłał przodem zwiadowców, aby szukali przejezdnej drogi na stoku opadającym na stronę jeziora. Nie znaleźli tam jednak żadnego traktu, nie licząc kilku wydeptanych przez myśliwych szlaków, niedostępnych dla pojazdów. A zatem trzeba było przeciąć wzgórza i zjechać ku nawiedzanym przez duchy okolicom.

Rozpoczęli zjazd późnym popołudniem. Wraz z nimi ze wschodu nadciągnęły ciężkie chmury, pędzone prawdopodobnie przez szalejącą nad górną Glayge burzę. O zachodzie słońca niebo zamieniło się w wielką, krwawą płaszczyznę, a tuż przed zapadnięciem ciemności rozdarła je szczelina, przez którą przebiły się trzy ciemnoczerwone promienie, zalewając dolinę i ruiny Velalisier dziwnym, nieziemskim światłem.

Oczom podróżnych ukazało się morze niebieskich kamieni. Od zachodu miasto otaczał mur potężnych, ciosanych monolitów, nałożonych na siebie po dwa i po trzy. Mur ciągnął się ponad milę i kończył bezładną stertą kamiennych bloków. Tuż obok, na wyciągnięcie ręki, wyraźnie rysowały się kontury strzaskanych budowli — wielkie skupisko pałaców i dziedzińców, bazylik i innych świątyń, na wpół przysypanych lotnymi piaskami. Od wschodu wznosił się szereg sześciu olbrzymich wysmukłych piramid, stojących jedna tuż obok drugiej, w równej linii. Sterczał też kikut siódmej, którą musiała powalić potężna siła, gdyż roztrzaskane głazy wciąż jeszcze zaścielały ziemię na znacznej przestrzeni. Nieco dalej, tam, gdzie górska droga wkraczała do miasta, znajdowały się dwie kamienne platformy, wyniesione z dna doliny w górę na osiem czy dziesięć stóp, wystarczająco duże, by pokaźna armia mogła odbywać na nich manewry. Jeszcze dalej Valentine zauważył olbrzymi kształt czegoś, co mogło być kiedyś areną; otaczające ją wysokie ściany miały mnóstwo okien, a w jednym miejscu były przerwane i straszyły poszarpaną wyrwą. Zdumiewała zarówno olbrzymia przestrzeń, jak i rozmiary wszystkiego, co się na niej znajdowało. W porównaniu z tym miejscem ruiny po drugiej stronie Labiryntu, wśród których zastał ich diuk Nascimonte, wydawały się nic nie znaczące.

Szczelina w chmurach nagle się zamknęła. Zgasło ostatnie światło dnia i nastała noc, a wraz z nią zniszczone miasto zamieniło się w pobojowisko bezkształtnych form, sterczących na tle nieba i tworzących chaotyczną linię garbów.

— Droga, mój panie — powiedział Nascimonte — biegnie między dwiema platformami, między grupą budynków, okrąża piramidy i prowadzi ku północno-wschodniej stronie miasta. Trudno będzie jechać nią po nocy, choćby i w świetle księżyca.

— Nie musimy jechać po nocy. Rozbijemy tutaj obozowisko, a w drogę wyruszymy rankiem. Chcę wykorzystać pobyt wśród ruin i jeszcze dziś je zwiedzić — oświadczył Valentine, wywołując tym chrząknięcie i stłumiony kaszel Ermanara. — Odwagi — powiedział półgłosem, patrząc na ściągniętą twarz małego oficera. — Myślę, że duchy zostawią nas dziś w spokoju.

— Mój panie, to wcale nie jest zabawne. — Ja nie żartowałem, Ermanarze.

— Pójdziesz sam między ruiny?

— Sam? Chyba nie. Deliamberze, czy będziesz mi towarzyszył? Sleecie? Carabello? Zalzanie Kavolu? A ty, Nascimonte — odwiedziłeś już raz to miejsce, więc boisz się chyba mniej niż my. Co na to powiesz?

— Jestem do twoich usług, Lordzie Valentine — zaśmiał się herszt bandy.

— W porządku. A ty, Lisamon?

— Oczywiście, mój panie.

— No to mamy siedmioro zwiadowców. Wyprawimy się zaraz po kolacji.

— Ośmioro, mój panie — rzekł pośpiesznie Ermanar. Valentine zmarszczył czoło.

— Chyba nie ma potrzeby…

— Mój panie, przysiągłem wytrwać przy twoim boku, aż odzyskasz Zamek. Jeżeli ty idziesz do wymarłego miasta, ja idę tam również. Jeśli niebezpieczeństwa są urojone, nie ma się czego bać, lecz jeśli są realne, moje miejsce jest przy tobie. Proszę, mój panie.

Słowa Ermanara zabrzmiały szczerze. Twarz miał napiętą i wymuszony uśmiech, ale, pomyślał Valentine, pewnie bardziej z lęku przed wyłączeniem go z ekspedycji niż ze strachu przed tym, co czai się w ruinach.

— Świetnie — rzekł Valentine. — Wyprawa ośmiorga badaczy.

Tej nocy była prawie pełnia i zimny blask księżyca, bardziej niż miękkie, dziwnie czerwone światło zmierzchu, wydobywał z mroku każdy szczegół martwego miasta, bezlitośnie ukazując skutki tysięcy lat zapomnienia. Przy wejściu zniszczona i niemal nieczytelna płyta głosiła, że nakazem Koronala Lorda Siminave i Pontifexa Calintane Velalisier staje się zabytkiem historycznym. Ci dwaj rządzili jednak jakieś pięć tysięcy lat temu i nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek potem dbał o ów zabytek. Kamienne płyty wznoszących się przy drodze dwóch wielkich platform były pogruchotane i nierówne. W bruzdach między nimi pieniły się małe, niepozorne chwasty, które z nieustępliwym uporem rozsadzały wielkie bloki. W kilku miejscach potworzyły się szczeliny, wystarczająco szerokie, aby mogły zakorzenić się w nich sporych rozmiarów krzaki. Niewykluczone, że jeszcze wiek czy dwa, a tymi platformami zawładnie gąszcz splątanej roślinności i zupełnie je przesłoni.

— To wszystko trzeba usunąć. Muszę przywrócić ruinom ich wygląd z czasów, zanim porosła je roślinność. Jak można było dopuścić do takich zaniedbań? — rzeki Valentine.

— Nie ma nikogo, kto by zajmował się tym miejscem — powiedział Ermanar. — Nikt nawet palcem nie kiwnie, aby tu coś zrobić.

— Z powodu duchów? — spytał Valentine.

— Z powodu Metamorfów — odpowiedział Nascimonte. — To miejsce jest podwójnie przeklęte.

— Podwójnie?

— Czy nie znasz tej historii, mój panie? — Opowiedz ją.

— Jest to legenda — zaczął opowieść herszt bandy — na której się wychowałem. Kiedy Metamorfowie rządzili Majipoorem, Velalisier było ich stolicą, dwadzieścia czy dwadzieścia pięć tysięcy lat temu. Największe miasto planety, z dwoma czy trzema milionami mieszkańców, do którego z całego Alhanroelu podążali wysłannicy odległych plemion, niosąc daniny. Na tych platformach odbywały się festyny Zmiennokształtnych. Na zakończenie każdego tysiąclecia urządzano nadzwyczajny, wspaniały festyn, a ponieważ na pamiątkę takiego wydarzenia wznoszono piramidę, stąd wiadomo, że miasto liczyło co najmniej siedem tysięcy lat. Ale tym miejscem zawładnęło zło. Nie wiem, jak je pojmowali Metamorfowie, czymkolwiek jednak było, zaczęli je kultywować. Miasto stołeczne stało się miastem wszelakiej ohydy. Metamorfowie z prowincji okazywali swoje niezadowolenie coraz głośniej i kiedy miarka się przebrała, wkroczyli do miasta, zburzyli większość murów, rozbili świątynie, zniszczyli miejsca poświęcone złu, a mieszkańców skazali na wygnanie i niewolę. Wiemy, że nie wymordowano ich, ponieważ cały ten teren został przekopany w poszukiwaniu skarbów — jak wiecie, sam się tym trochę trudniłem — więc gdyby pogrzebano tu milion zmarłych, ktoś musiałby natrafić na szkielety. I tak Velalisier zostało zrównane z ziemią, wyklęte i zapomniane na długo przed przybyciem pierwszych istot ludzkich. Rzeki, które je odżywiały, przegrodzono tamami i odwrócono ich bieg, a cała równina zamieniła się w pustynię. Przez piętnaście tysięcy lat nie mieszkał tu nikt poza duchami tych, którzy zginęli podczas burzenia miasta.

— Mów dalej — odezwał się Ermanar. Nascimonte wzruszył ramionami.

— To wszystko, co wiem.

— Mówisz o duchach — dokończył Ermanar. — Duchach, które tu mieszkają. Czy wiecie, jak długo mają się błąkać wśród ruin? Tak długo, aż Metamorfowie znów będą rządzić Majipoorem, aż odzyskają władzę nad planetą, a ostatni z nas zostanie zniewolony. Wtedy odbudowane zostanie Velalisier, tylko jeszcze wspanialsze, i znów stanie się stolicą Zmiennokształtnych. Wtedy duchy zmarłych wyzwolą się spod przygniatających je kamieni.

— A zatem nie nastąpi to prędko — powiedział Sleet. — Nas jest dwadzieścia miliardów, a ich zaledwie garstka, ukrytych w dżunglach. Jakąż mogą stanowić groźbę?

— Czekają już osiem tysięcy lat, od kiedy Lord Stiamot złamał ich potęgę. Poczekają następne osiem, jeśli zajdzie potrzeba. A jednak marzą o odrodzeniu Velalisier i nie porzucą tego marzenia. Czasami we śnie słyszę, jak mówią o dniu, w którym znów wyrosną wieże Velalisier, i to mnie przeraża. Nie podoba mi się tu. Czuję, jak Metamorfowie czuwają nad każdym miejscem, czuję, jak otacza nas ich nienawiść, czuję w powietrzu atmosferę tej nienawiści i choć jej nie widzę, wiem, że istnieje…

— W ten sposób miasto jest zarazem i przeklęte, i święte — powiedziała Carabella. — Doprawdy, trudno pojąć Metamorfów!

Valentine oddalił się od całej grupy. Miasto napawało go lękiem. Próbował wyobrazić sobie, jakie było kiedyś, podobne do prehistorycznego Ni-moya, pełne majestatu i bogactwa. A teraz? Z głazu na głaz przemykały jaszczurki o paciorkowatych oczach. Zielska porastały wytworne aleje. Dwadzieścia tysięcy lat! Jak będzie wyglądać Ni-moya za dwadzieścia tysięcy lat? Albo Pidruid? Albo Piliplok? Albo pięćdziesiąt wielkich miast na stokach Góry Zamkowej? Czy można zbudować na Majipoorze cywilizację, która trwałaby wiecznie, tak jak to mówią o cywilizacji starej Matki-Ziemi? Zastanawiał się, czy pewnego dnia turyści z szeroko otwartymi oczami będą przetrząsać ruiny Zamku, Labiryntu i Wyspy, próbując odgadnąć, jakie one miały znaczenie dla starożytnych? I tak nieźle nam się wiodło, powiedział sam do siebie, przebiegając myślą tysiące lat pokoju i ładu. Teraz jednak zabrzmiała fałszywa nuta; zwykły porządek rzeczy został naruszony i nie wiadomo, co z tego może wyniknąć. Pokonani i przepędzeni Metamorfowie, którzy mieli to nieszczęście, że ich świat wzbudził pożądanie innej, silniejszej rasy, jeszcze mogą śmiać się ostatni.

Zatrzymał się nagle. Jaki to dźwięk dobiegał z przodu? Odgłos kroków? A ten cień na skalnych blokach? Valentine wpatrywał się z napięciem w otaczającą go ciemność. To jakieś zwierzę, pomyślał. Wyprawiło się nocą w poszukiwaniu pożywienia. Duchy nie rzucają cieni, prawda? Nie ma tu żadnych duchów. W ogóle nie ma żadnych duchów.

Niemniej jednak…

Zrobił kilka ostrożnych kroków. Było tu trochę za ciemno, zbyt wiele ścieżek kluczyło między osuwającymi się ścianami. Śmiał się z Ermanara, ale strach oficera pobudził w jakiś sposób jego wyobraźnię. Zobaczył srogich i tajemniczych Metamorfów, prześlizgujących się między zapadniętymi budynkami, ledwo uchwytnych dla oka… upiory, tak stare jak czas… bezcielesne, puste kształty…

I znów stąpanie, wyraźne, tym razem z tyłu… Valentine obrócił się gwałtownie. Biegł za nim Ermanar, to wszystko.

— Zaczekaj, mój panie!

Valentine przystanął. Starał się zachować spokój, jednak dziwnie drżały mu dłonie. Skrzyżował ręce za plecami.

— Nie powinieneś oddalać się od nas — rzekł Ermanar. — Wiem, że niewiele robisz sobie z niebezpieczeństw, które opanowały moją wyobraźnię, jednak one naprawdę mogą istnieć. Uważaj na siebie. Zrób to dla nas, mój panie.

Dołączyła do nich reszta i powoli, w milczeniu, cała grupa ruszyła przez ruiny zalane blaskiem księżyca. Valentine nie wspomniał o swoich przywidzeniach. To na pewno było jakieś zwierzę. Rzeczywiście, za chwilę pojawiły się zwierzęta, jakieś małe małpy, chyba spokrewnione z leśnymi braćmi, które gnieździły się w zburzonych budowlach i biegając tu i tam po kamieniach kilkakrotnie wystraszyły wszystkich; jakieś ssaki niższego rzędu, mintuny i drole, szybko chowające się w cieniu. Ale czy małpy i drole, zastanawiał się Valentine, wydają dźwięki podobne do sapania?

Ósemka śmiałków spacerowała w samym sercu ruin jeszcze ponad godzinę. Valentine zaglądał ostrożnie w różne zakamarki i jamy, starając się przeniknąć wzrokiem ciemności.

Kiedy przechodzili przez kamienne szczątki zawalonej bazyliki, Sleet, który został na chwilę z tyłu, podbiegł zdyszany do Valentine'a.

— Słyszałem coś dziwnego, niedaleko stąd.

— Myślisz, że to duch?

— Może i duch, choć wiadomo, co myślę o duchach. A może po prostu bandyta.

— Albo huśtająca się małpa — dodał lekceważąco Valentine. — Słyszałem już różne hałasy. — Mój panie… — Opanował cię strach, jak Ermanara?

— Uważam, że włóczymy się tu wystarczająco długo — powiedział Sleet cichym, napiętym głosem.

Valentine potrząsnął głową.

— Będziemy uważać na mroczne kąty. Ale tyle tu jeszcze do obejrzenia…

— Lepiej byłoby zawrócić, mój panie.

— Odwagi, Sleecie.

Mały człowieczek wzruszył ramionami i odszedł. Valentine wbił wzrok w ciemność. Nie lekceważył ostrzeżenia Sleeta, w pełni doceniając jego znakomity słuch, dzięki któremu jego przyjaciel potrafił żonglować z zawiązanymi oczami. Jednak czy mieli uciec z tego niezwykłego miejsca tylko dlatego, że ktoś usłyszał dziwny szelest czy odgłos stóp? Nie, nie tak prędko, nie tak nagle.

Choć z nikim nie podzielił się swoim niepokojem, jednak poruszał się teraz ostrożniej. Duchy Ermanara nie musiały istnieć, byłoby jednak szaleństwem nie zachować rozwagi w tym dziwnym mieście.

Kiedy oglądali jeden z najbogatszych w ornamenty budynków, stojący pośród centralnego skupiska różnych pałaców i świątyń, Zalzan Kavol, który szedł przodem, zatrzymał się gwałtownie, ogłuszony hałasem kamiennej płyty, która spadla mu prosto pod nogi. Zaklął i ryknął:

— Te przeklęte małpy…

— Nie, myślę, że to nie małpy — rzekł z cicha Deliamber. — Tam kryje się coś większego.

Ermanar oświetlił krawędź sąsiedniego gmachu. Zdążyli jeszcze zobaczyć znikającą, chyba ludzką, sylwetkę. Bez chwili wahania Lisamon Hultin ruszyła w pościg na drugi koniec budynku. Tuż za nią biegł Zalzan Kavol, wymachując miotaczem. Carabella i Sleet ruszyli inną drogą. Valentine chciał iść z nimi, lecz Ermanar schwycił go za ramię i przytrzymał nadspodziewanie silnie.

— Nie mogę pozwolić ci na żadne ryzyko, mój panie, kiedy nawet nie mamy pojęcia…

— Stój! — dobiegł ich uszu potężny bas Lisamon Hultin. Rozległy się odgłosy szamotaniny, a zaraz po nich ktoś zaczął się wspinać po stertach zwalonego gruzu i to zupełnie nie jak duch. Valentine pałał chęcią poznania przyczyn całego zajścia, lecz Ermanar miał rację: pogoń za nieznanym wrogiem w ciemnym obcym miejscu nie należała do przywilejów Koronala Majipooru.

Groźne pomruki, okrzyki i przeraźliwe jęki rozbrzmiewały coraz bliżej, aż wreszcie oczom Valentine'a ukazała się Lisamon Hultin, na pół niosąc, na pół wlokąc za sobą kogoś, kto miał na ramieniu gwiezdny emblemat Koronala.

— Szpiedzy — powiedziała. — Ukrywali się tam na górze, obserwując nas. Chyba było ich dwóch.

— Gdzie jest drugi? — spytał Valentine.

— Mógł uciec — powiedziała olbrzymka. — Szuka go Zalzan Kavol. Rzuciła swego więźnia przed Valentinem i postawiła na nim stopę.

— Pozwól mu wstać — rzekł Valentine.

Mężczyzna podniósł się. Wyglądał na bardzo wystraszonego. Ermanar i Nascimonte błyskawicznie sprawdzili, czy nie ma broni. Nie znaleźli niczego.

— Kim jesteś? — spytał Valentine. — I co tu robisz?

Żadnej odpowiedzi.

— Nie bój się mówić. Nie zrobimy ci nic złego. Nosisz gwiazdę na ramieniu. Czy należysz do wojska Koronala?

Kiwnięcie głową.

— Wysłano cię na przeszpiegi? Następne kiwnięcie.

— Czy wiesz, kim ja jestem?

Mężczyzna popatrzył na Valentine'a w milczeniu. — Czy potrafisz mówić? — spytał Valentine. — Czy możesz wydać z siebie głos? Powiedz coś. Cokolwiek. — Ja… jeśli ja…

— W porządku. Mówisz. Pytam raz jeszcze: wiesz, kim jestem? Pojmany odpowiedział ledwo dosłyszalnym szeptem:

— Mową, że chcesz ukraść tron Koronala.

— Nie — rzekł Valentine. — Mylisz się. przyjacielu. Złodziejem jest ten, który teraz zasiada na Górze Zamkowej. Lordem Valentinem jestem ja i żądam, abyś był mi posłuszny.

Mężczyzna patrzył oszołomiony, nie rozumiejąc.

— Ilu was było tam na górze? — spytał Valentine. — Proszę, panie…

— Ilu?

Głuche milczenie.

— Pozwól, że wykręcę mu trochę ramię — poprosiła Lisamon Hultin.

— To nie będzie konieczne. — Valentine podszedł bliżej do skulonego ze strachu człowieka i powiedział łagodnie: — Nie rozumiesz, co się tu dzieje, ale w swoim czasie wszystko stanie się jasne. Jestem prawdziwym Koronalem i powołując się na przysięgę, którą mi kiedyś składałeś, żądam teraz odpowiedzi. Ilu was było?

Mężczyzna walczył ze sobą. Odpowiedział powoli, niechętnie:

— Tylko dwóch, panie.

— Czy mogę ci wierzyć?

— Tak, klnę się na Panią.

— A zatem dwóch. W porządku. Jak długo szliście za nami?

— Od… od Skarpy Ltimanzar. — W jakim celu?

— Aby obserwować wasze ruchy i donieść o nich rano do obozu. Ermanar zachmurzył się.

— To by znaczyło, że tamten drugi prawdopodobnie jest teraz w połowie drogi do jeziora.

— Tak myślisz?

Był to szorstki, chrapliwy głos Zalzana Kavola. Skandar wszedł między stojących i niczym worek z kapustą rzucił na ziemię tuż przed Valentinem ciało drugiego szpiega, który również nosił na ramieniu gwiazdę. Miotacz Zalzana Kavola wypalił w nim dziurę na wylot.

— Dogoniłem go jakieś pół mili stąd, mój panie. Był diabelnie szybki, a jakże! Lepiej ode mnie radził sobie ze skakaniem przez sterty kamieni i zaczynał mi już ginąć z oczu. Krzyknąłem, żeby się zatrzymał, a on biegł dalej, więc…

— Pochowajcie go gdzieś obok ścieżki — powiedział szorstko Valentine.

— Mój panie? Czy zrobiłem coś złego, zabijając go?

— Nie miałeś wyboru — odrzekł Valentine łagodniejszym tonem. — Żałuję, że go nie schwytałeś. Ale jeśli nie mogłeś, to nie mogłeś. W porządku, Zalzanie Kavolu.

Valentine odwrócił się. Był wstrząśnięty zabójstwem i nie potrafił tego ukryć. Ten mężczyzna umarł tylko dlatego, że służył wiernie Koronalowi — czy też temu, o którym sądził, że jest Koronalem.

Wojna domowa przyniosła pierwszą ofiarę. Tu, w martwym mieście, rozpoczął się przelew krwi.

Rozdział 4

Nie do pomyślenia było, aby po tym wszystkim dalej zwiedzać miasto. Wrócili z więźniem do obozu. Rano Valentine zarządził marsz przez Velalisier. Kierowali się na północny wschód.

Za dnia ruiny wyglądały mniej tajemniczo, choć nadal robiły wielkie wrażenie. Trudno było pojąć, że tak słaby i nieuzdolniony technicznie lud jak Metamorfowie potrafił kiedyś przesuwać gigantyczne kamienne bloki; może jednak dwadzieścia tysięcy lat temu nie był tak nieporadny w dziedzinie techniki. Posępni Zmiennokształtni z lasów Piurifayne, mieszkańcy wiklinowych chat i błotnistych ulic, stanowili wszak jedynie niedobitki rasy, która kiedyś rządziła Majipoorem.

Valentine przyrzekł sobie powrócić tutaj, kiedy tylko upora się z Domininem Barjazidem, i zbadać dokładnie starożytną stolicę, wyplenić zielsko, oczyścić miasto z piasku i zrekonstruować. Jeśli będzie to możliwe, pomyślał, zaprosi przywódców Metamorfów do udziału w tych pracach, chociaż, szczerze mówiąc, wątpił w ich chęć współdziałania. Należało jednak coś zrobić, aby nawiązać nić porozumienia między nimi a resztą planety.

— Jeśli znów będę Koronalem — powiedział do Carabelli, kiedy karawana mijała piramidy i opuszczała Velalisier — postaram się…

— Kiedy będziesz Koronalem — poprawiła go.

Valentine uśmiechnął się.

— O tak, kiedy znów będę Koronalem, postaram się zbadać problem Metamorfów. Postaram się wprowadzić ich na powrót w główny nurt życia na Majipoorze, o ile to będzie możliwe. A także zapewnić im udział w sprawowaniu rządów.

— O ile zechcą.

— Mam nadzieję, że uda mi się przezwyciężyć ich zapiekły gniew — powiedział Valentine. — Poświęcę temu swoje panowanie. Nasze całe społeczeństwo, nasze wspaniałe, harmonijne i kochające się królestwo, zostało zbudowane na kradzieży i niesprawiedliwości, Carabello, a my przyzwyczailiśmy się przymykać na to oczy.

Sleet popatrzył na nich.

— Zmiennokształtni nigdy nie wykorzystywali całej planety. Kiedy przybyli tu nasi przodkowie, na jej olbrzymich obszarach było ich tylko dwadzieścia milionów.

— Ale to były ich obszary — krzyknęła Carabella. — Jakim prawem…

— Spokojnie, spokojnie — rzekł Valentine. — Nic nam nie da spieranie się o czyny pierwszych osadników. Co się stało, to się nie odstanie. Musimy z tym żyć. Ale możemy zmienić nasz sposób myślenia i jeżeli znów będę Koronalem…

— Kiedy — poprawiła Carabella.

— Kiedy — powtórzył Valentine.

Deliamber odezwał się cicho, jakby od niechcenia, ale jego słowa natychmiast przyciągnęły uwagę słuchaczy.

— Może te kłopoty są początkiem odwetu za uciskanie Metamorfów. Valentine spojrzał na niego uważnie.

— Co masz na myśli?

— To jedynie, że tu, na Majipoorze, przebyliśmy długą drogę, nie płacąc nic za grzech pierworodny zdobywców. Rachunki rosną, jak wiecie. A teraz ta uzurpacja, zło nowego Koronala, perspektywa wojny, śmierci, zagłady, chaosu — być może przeszłość zaczyna żądać wyrównania krzywd.

— Przecież Valentine nie ma nic wspólnego ze zniszczeniem Metamorfów — zaprotestowała Carabella. — Dlaczego to on ma cierpieć? Dlaczego to on ma być odsunięty od władzy, a nic podobnego nie stało się z jakimś despotycznym Koronalem sprzed tysiącleci? Deliamber wzruszył ramionami.

— W tych sprawach nie ma idealnej sprawiedliwości. Myślisz, że tylko winni ponoszą karę? — Bogowie…

— Myślisz, że bogowie są sprawiedliwi? W miarę czasu cale zło jest naprawiane, każdy minus równoważy się z plusem, podlicza się kolumny cyfr i ogólna suma się zgadza. Ale ten czas musi być długi. Nasz jest krótki, a sprawy nie zawsze przyjmują sprawiedliwy obrót. Siły, dzięki którym świat trwa w równowadze, wyrównują wszystkie rachunki, ale przy okazji ścierają w swych żarnach zarówno dobrych, jak i niegodziwych.

— To jeszcze nie wszystko — odezwał się Valentine. — Możliwe, że zostałem wybrany przez te siły jako ich narzędzie, i nie powinienem uchylać się od cierpienia, jeśli moje działania mają być skuteczne.

— Jak to?

— Gdyby nie przydarzyło mi się nic niezwykłego, mógłbym rządzić na Górze Zamkowej tak jak wszyscy moi poprzednicy, zadowolony z siebie, łaskawy dla innych, godzący się na zwykły porządek rzeczy, bo z wysokości swojego tronu nie widziałbym w nim nic złego. Natomiast moje przygody pokazały mi świat takim, jakim nigdy bym go nie zobaczył, gdybym siedział odizolowany w Zamku. I dzięki temu być może jestem przygotowany do odegrania roli, którą odegrać należy, inaczej bowiem… — Valentine zawiesił głos. Po chwili mówił dalej. — Ta rozmowa, to czysta fantazja. Najpierw trzeba odzyskać Zamek. Potem możemy zastanawiać się nad istotą równowagi we wszechświecie i nad taktyką bogów.

Popatrzył za siebie na przeklęte miasto starożytnych, zniszczone i rozsypane bezładnie na opuszczonej, pustynnej ziemi, a mimo to wciąż wspaniale. Skierował wzrok przed siebie i w milczeniu oddał się kontemplacji mijanego krajobrazu.

Droga dość ostro skręciła na północny wschód i karawana, przeprawiwszy się przez łańcuch wzgórz, zjechała na jego południową stronę i znalazła się w zalanej powodzią dolinie Glayge, w pobliżu najdalej na północ wysuniętej odnogi jeziora Roghoiz. Od pól, na których obozowała armia Koronala, dzieliły ją setki mil.

Ermanar, poruszony obecnością dwu szpiegów w Velalisier, wysłał zwiadowców, aby się upewnić, że armia nie ruszyła na północ na spotkanie z nimi. Valentine przyznał, że jest to rozsądne posunięcie, lecz sam również postanowił zasięgnąć języka, wykorzystując do tego Deliambera.

— Rzuć czary — rozkazał czarodziejowi. — Niech odpowiedzą na pytanie, czy zagraża nam armia nieprzyjaciela. Możesz to zrobić?

Wielkie złote oczy Vroona błysnęły rozbawieniem.

— Czy mogę? Czy wierzchowiec może jeść? Czy smok morski może pływać?

— A zatem zrób to — rzekł Valentine.

Deliamber cofnął się i mrucząc pod nosem jakieś słowa pomachał mackami, zwijając je i splatając w najdziwniejszy sposób. Valentine podejrzewał, że większość czarów Deliambera była inscenizowana na użytek publiczności i że istota sprawy nie polega na wymachiwaniu mackami czy mamrotaniu jakichś formułek, lecz na wysyłaniu w przestrzeń chłonnej, wrażliwej świadomości, która wyłapywała wibracje tego, co działo się gdzieś daleko. Nie szkodzi, pomyślał Valentine, niech Vroon urządza swoje małe przedstawienia. Swoista gra, przyznawał Valentine, niezwykle przydawała się w wielu dziedzinach życia, służyła nie tylko czarodziejom i żonglerom; służyła także Koronalowi, Pontifexowi, Pani, Królowi Snów, wieszczce, kapłanom świętych misteriów, może nawet urzędnikom celnym na granicach prowincji i sprzedawcom kiełbasek na ulicznych straganach. Kiedy gra się rolę siebie samego, swoją profesję, nie należy zbyt się odkrywać ani pozwalać sobie na zbytnią szczerość; swoje działania trzeba umieć maskować magią i teatrem.

— Oddziały Koronala biwakują tam, gdzie do tej pory — powiedział Deliamber.

Valentine skinął głową.

— To dobrze. Oby zostały tam jeszcze przez jakiś czas, oczekując naszego powrotu z wycieczki do Velalisier. Czy jesteś w stanie odkryć jakieś inne armie na północ stąd?

— Nie na każdą odległość. — odpowiedział Deliamber. — Wyczuwam obecność zastępów rycerzy na Górze Zamkowej, ale one są tam zawsze. Wyczuwam też mniejsze oddziały, tu i tam, w Pięćdziesięciu Miastach. W tym też nie ma nic niezwykłego. Koronal ma mnóstwo czasu. Po prostu siedzi w Zamku i oczekuje twojego przyjścia. Dopiero wtedy nastąpi wielka mobilizacja. Co poczniesz, Valentine, kiedy z Góry Zamkowej ruszy tobie naprzeciw milion wojowników?

— Czy sądzisz, że nie zastanawiam się nad tym?

— Sądzę, że trochę za mało. Trzeba pomyśleć poważnie o chwili, gdy nasze setki staną wobec ich milionów.

— Milion to zbyt dużo jak na armię — rzekł niefrasobliwie Valentine. — O wiele łatwiej żongluje się maczugami niż pniami drzew dwikka. Czy boisz się tego, co nas czeka?

— Ani trochę.

— Ja również — powiedział Valentine.

A jednak zdawał sobie sprawę, że obaj nie mówią prawdy, obaj grają. Czy bał się? Nie, naprawdę nie. Śmierć przychodzi po wszystkich, nie wcześniej to później, i strach przed nią jest szaleństwem. Valentine wiedział, dlaczego lekceważy sobie śmierć: stawał z nią twarzą w twarz w lesie w pobliżu Avendrone, w kipieli wodospadów Steiche, w brzuchu smoka morskiego, na Wyspie, podczas zapasów z Farssalem — i ani razu nie ogarnęło go uczucie, które mógłby utożsamić ze strachem. Jeżeli armia, która go oczekuje na Górze Zamkowej, przewyższa liczebnie jego małe siły i jeśli go powali, będzie to los godny pożałowania — tak jak roztrzaskanie się o głazy Steiche — on jednak nie potrafił bać się przed czasem. Tym, co naprawdę odczuwał, czymś daleko ważniejszym od lęku o własne życie, była troska o Majipoor. Jeśli zostanie pokonany przez brak zdecydowania, głupotę czy przez zwykłą nierówność sił, Zamkiem nadal będą władać Barjazidowie i bieg historii może odwrócić się na zawsze, a to przyniesie cierpienie miliardom niewinnych istot. Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność — nie wolno do takiej klęski dopuścić. Jeśli wdzierając się na Górę Zamkową padnie, skończą się jego trudy, lecz męczarnie Majipooru dopiero się rozpoczną.

Rozdział 5

Podróżowali teraz przez spokojne rolnicze tereny, które szerokim pasem otaczały Górę Zamkową i zaopatrywały w płody rolne jej Pięćdziesiąt Miast. Valentine zdecydował się na jazdę głównymi gościńcami, gdyż poruszając się tak okazałą karawaną trudno byłoby bawić się w konspirację, a poza tym nadchodził czas, by wyjawić światu, że zaczęła się walka o władanie Zamkiem Lorda Valentine'a.

Świat, tak czy inaczej, zaczynał się o tym dowiadywać. Zwiadowcy Ermanara, wysłani do Pendiwane, miasta leżącego nad Glayge, przynieśli wiadomości o pierwszych przeciwdziałaniach podjętych przez uzurpatora.

— Między nami a Pendiwane nie stacjonuje żadna armia — zameldował Ermanar. — Natomiast w samym mieście rozkleja się afisze piętnujące ciebie jako buntownika i wroga publicznego, a obywateli przynagla się do tworzenia oddziałów pospolitego ruszenia, które broniłyby prawowitego Koronala i obecnego porządku przed twoją rebelią. Wygląda na to, że nie dotarły tam popierające cię proklamacje Pontifexa. No i jeszcze jedno: płynie szeroka fala przesłań.

Valentine zmarszczył brwi.

— O jakich przesłaniach mówisz?

— O przesłaniach Króla Snów. Ledwo ktoś zdąży zapaść w sen, a już zjawia się Król i do znudzenia szepce o zachowaniu wierności oraz przestrzega przed straszliwymi konsekwencjami, jakie mogą wyniknąć z obalenia Koronala.

— No tak — mruknął pod nosem Valentine. — Tamten ma Króla, który pracuje dla niego, wytężając wszystkie siły. Przesłania z Suwaelu płyną pewnie dzień i noc, bez przerwy. My jednak postaramy się obrócić je przeciwko ich nadawcom. Co ty na to? — zwrócił się do Deliambera. — Król Snów wmawia ludziom, jak straszną rzeczą jest obalenie Koronala. W porządku. Tak powinni myśleć. Ale powinni również zdawać sobie sprawę, że ta straszna rzecz już się wydarzyła i że teraz na nich spoczywa obowiązek naprawienia zła.

— Musimy też im uświadomić, że Król Snów nie jest w tej wojnie bezstronny i że czerpie korzyści ze zdradzieckiego czynu syna — powiedział Deliamber.

— Dokonamy tego — odezwała się hierarchini Lorwade. — Z Wyspy, od Pani, napływają przesłania, i to ze zdwojoną siłą. To one będą przeciwdziałać snom zsyłanym przez Króla, a zatruwającym ludzkie umysły. Ostatniej nocy, kiedy spałam, Pani przyszła do mnie i powiedziała, że wyjawi ludziom to, co stało się w Tilomon: przekaże obraz, jak domieszano do wina środka usypiającego i w ten sposób podmieniono Koronala. Przedstawi również twoją nową twarz, Lordzie Valentine, otoczy cię nimbem władzy, której symbolem jest gwiazda oraz powie wprost, że Dominin Barjazid jest zdrajcą o nikczemnym i mrocznym sercu.

— Kiedy to nastąpi?

— Pani tylko czeka na twoją zgodę.

— Zatem otwórz przed nią swój umysł jeszcze tej nocy i powiedz, że powinna już zacząć wysyłać przesłania.

— Jakie to dziwne — rzekł z cicha Khun z Kianimotu. — Wojna snów! Wasz sposób walki nigdy nie pozwoli mi zwątpić, że byłem w całkowicie obcym świecie.

— Lepiej walczyć na sny niż na miecze i miotacze energii, przyjacielu — powiedział z uśmiechem Valentine. — Chcemy zwyciężyć dzięki perswazji, a nie przez zabijanie.

— Wojna snów — powtórzył oszołomiony Khun. — My, na Kianimocie, takie sprawy załatwiamy inaczej. Ale któż wie, czyj sposób jest lepszy? Myślę jednak, że oprócz przesłań również i tu dojdzie do walki, Lordzie Valentine.

Valentine spojrzał na niebieskoskórego zatroskanym wzrokiem.

— Niestety, chyba masz rację.

Minęło jeszcze pięć dni i znaleźli się na odległych przedmieściach Pendiwane. Teraz już wieści o marszu biegły przez cały kraj; na mijanych polach przystawali pojedynczy gospodarze, aby popatrzeć na kawalkadę unoszących się w powietrzu wozów, a przy większych skupiskach domostw gościńce były oblężone przez tłumy gapiów.

Valentine nie miał nic przeciwko temu. Jak dotąd nikt nie podniósł na niego ręki. On i jego ludzie byli postrzegani jako coś osobliwego, lecz nie stanowiącego zagrożenia. Nie żądał nic więcej.

Kiedy jednak od Pendiwane dzielił ich tylko dzień drogi, jadący przodem patrol przyniósł wiadomość, że u zachodnich wrót miasta oczekuje na nich jakiś oddział.

— Żołnierze? — spytał Valentine.

— Straż obywatelska — powiedział Ermanar. — Sądząc po wyglądzie, pośpiesznie zorganizowana. Jej członkowie nie noszą uniformów, a jedynie mają na ramionach opaski z gwiezdnym emblematem.

— Doskonale. Gwiazda przemawia na moją korzyść. Wyjdę im naprzeciw i zażądam, aby złożyli mi hołd.

— A jak będziesz ubrany, mój panie? — spytał Vinorkis.

Valentine, zaskoczony pytaniem, pokazał na prosty strój, w którym podróżował od Wyspy Snu — białą, przepasaną w talii tunikę i lekką bluzę.

— No, chyba tak — odpowiedział. Hjort potrząsnął przecząco głową.

— Myślę, że powinieneś mieć na sobie jakieś okazalsze szaty, a także koronę. Jestem o tym przekonany.

— Nie zamierzałem występować tak okazale. Jeśli zobaczą koronę na głowie mężczyzny, którego twarz nie jest twarzą tego Lorda Valentine'a, którego znają, to pierwszym słowem, jakie im przyjdzie do głowy, będzie “uzurpator” — nie uważasz?

— Nie, nie uważam — odparł Vinorkis. — Staniesz przed nimi i powiesz, że jesteś ich prawdziwym królem. Ale czy tak wygląda prawdziwy król? Prosty strój i swobodne maniery mogą ci zjednywać przyjaciół podczas spokojnej wymiany zdań, lecz nie podczas spotkania ze zgromadzonymi tłumnie oddziałami. Lepiej byś zrobił przywdziewając szaty, które wzbudzają respekt.

— Pokładałem zaufanie w prostocie i szczerości — cechach, którym byłem wierny od Pidruid.

— Prostota i szczerość, proszę bardzo, ale dodaj do tego koronę — powiedział Vinorkis.

— Carabello! Deliamberze! Poradźcie mi!

— Trochę przepychu na pewno nie zaszkodzi — rzekł Vroon.

— To będzie twoje pierwsze wystąpienie w charakterze pretendenta do tronu — powiedziała Carabella. — Może ci się przydać odrobina królewskiego splendoru.

— Chyba odzwyczaiłem się od takich strojów podczas wielomiesięcznej wędrówki, a pomysł z koroną wręcz mnie śmieszy. Metalowe kółko wciśnięte na głowę, trochę klejnotów…

Przerwał, widząc wlepione w siebie spojrzenia.

— Korona — ciągnął po chwili nieco poważniejszym tonem — to rzecz ciesząca oko, lecz w istocie świecidełko, ozdoba. Może zrobić wrażenie na dzieciach, ale dorośli obywatele, którzy…

Znów przerwał.

— Mój panie, czy przypominasz sobie, jak się czułeś, kiedy przyszli do ciebie na Zamek i włożyli ci gwiazdę na czoło?

— Przebiegł mi dreszcz po plecach, przyznaję. — Tak, korona jest niczym dziecinna ozdoba czy błahe świecidełko, to prawda. Jest też jednak symbolem władzy, który wynosi Koronala ponad innych, a zwykłego Valentine'a przeobraża w Lorda Valentine'a, spadkobiercę Lorda Prestimiona i Lorda Confalume'a, Lorda Stiamota i Lorda Dekkereta. Takie symbole otaczają nas ze wszystkich stron. Mój panie, twoja matka zrobiła wiele, aby przywrócić ci osobowość, jaką miałeś przed Tilomon, ale wciąż masz w sobie dużo z Valentine'a żonglera. Nie ma w tym nic złego, lecz w obecnej sytuacji przydałoby ci się więcej majestatu. Takie jest moje zdanie.

Valentine, wsłuchując się w szmer słów Deliambera i widząc, jak czarodziej kołysze mackami, przypomniał sobie własne rozważania o roli, jaką spełnia sztuka aktorska w osiąganiu zamierzonych celów. To oni mieli rację, nie on.

— Zgoda. Założę koronę, jeśli zostanie zrobiona na czas. Zrobił mu ją jeden z ludzi Ermanara, wykorzystując zużyty silnik ślizgacza, jedyny zbędny skrawek metalu, jaki był pod ręką. Zważywszy na pośpiech i całkowitą improwizację, robotę należało uznać za zupełnie przyzwoitą: spojenia były gładkie, odstępy między promieniami gwiazdy prawie równe, wewnętrzny krąg dopasowany do kształtu głowy. Oczywiście, trudno byłoby porównywać ją z prawdziwą koroną, ozdobioną trzema wspaniałymi kamieniami diniaba, rozetami rzadko spotykanych klejnotów oraz inkrustacjami z siedmiu drogocennych metali. Tamta, pochodząca z czasów Lorda Confalume'a, który niewątpliwie znajdował prawdziwą radość w przebieraniu się w paradne stroje, była w tej chwili gdzie indziej, więc ta, kiedy już raz spocznie na namaszczonym czole, musi, choćby z pomocą czarów, zalśnić odpowiednim blaskiem. Valentine trzymał ją w rękach przez długą chwilę. Wbrew wczorajszemu lekceważeniu, okazywanemu takim atrybutom władzy, dzisiaj sam poczuł przed nią respekt.

Z zadumy wyrwał go łagodny głos Deliambera.

— Mój panie, straż z Pendiwane czeka.

Valentine skinął głową. Był odziany w pożyczone szaty: zielony kubrak, własność jednego z towarzyszy Ermanara, żółty płaszcz znaleziony wśród rzeczy Asenharta, ciężki złoty łańcuch należący do Lorivade i wysokie błyszczące buty podszyte białym futrem z północnych stitmojów, które dołożył Nascimonte. Od nieszczęsnej uczty w Tilomon, kiedy był jeszcze właścicielem całkiem odmiennego ciała, ani razu nie błyszczał taką elegancją, toteż pretensjonalność stroju wprawiła go teraz w zakłopotanie. Brakowało tylko korony.

Zaczął ją nakładać, lecz dłonie zamarły mu w powietrzu, kiedy sobie uświadomił, że uczestniczy w historycznym momencie, czy mu się to podoba, czy nie — oto również w swoim drugim wcieleniu wdziewa na siebie znak gwiazdy. Całe wydarzenie przestawało być zwykłą maskaradą, a zaczynało przypominać prawdziwą koronację. Rozejrzał się niespokojnie.

— Nie powinienem wkładać tego na głowę własnoręcznie — powiedział — Deliamberze, jesteś moim pierwszym ministrem. Ty to zrób.

— Mój panie, nie jestem wystarczająco wysoki. — Mogę uklęknąć.

— To nie wypada — odpowiedział Vroon z odrobiną uszczypliwości w głosie.

Było oczywiste, że Deliamber nie chce tego zrobić. Valentine popatrzył z kolei na Carabellę, ale ona cofnęła się i szepnęła przerażona:

— Jestem kobietą z ludu, mój panie!

— A co to ma wspólnego… — Valentine potrząsnął głową. Zaczynał się irytować. Robiono wokół tego zbyt wiele zamieszania. Rozejrzał się po otaczających go twarzach i zatrzymał wzrok na hierarchini Lorivade, wyniosłej, pełnej godności kobiecie.

— Reprezentujesz tutaj Panią, moją matkę, i jesteś kobietą o wysokiej pozycji społecznej. Czy mogę cię prosić…

— Korona, mój panie — odpowiedziała Lorivade uroczystym tonem — przypada Koronalowi z nadania Pontifexa. To raczej Ermanar powinien ci ją założyć. Jest wśród nas jego najwyższym przedstawicielem.

Valentine westchnął i zwrócił się do Ermanara.

— Hierarchini chyba ma rację. Czy zrobisz to?

— Będę zaszczycony, mój panie.

Valentine wręczył koronę Ermanarowi, a sam zsunął otrzymany od matki srebrny diadem niżej na czoło. Ermanar, nie obdarzony przez naturę wysokim wzrostem, wspiął się na palce. Trzymając koronę w nieco drżących dłoniach, uniósł ją ostrożnie do góry i nałożył na głowę Valentine'a. Pasowała idealnie.

— No wreszcie — rzekł Valentine. — Cieszę się, że… — Valentine! Lord Valentine! Bądź pozdrowiony, Lordzie Valentine! Niech żyje Lord Valentine!

Unosząc dłonie w znaku gwiazdy, wykrzykując jego imię, wszyscy upadli przed nim na kolana — Sleet, Carabella, Vinorkis, Lorivade, Zalzan Karol, Shanamir, Nascimonte, Asenhart, Ermanar, a nawet, o dziwo, cudzoziemiec Khun z Kianimotu.

Valentine, zakłopotany, usiłował powstrzymać ich gestem dłoni. Słowa ugrzęzły mu w gardle. To przedstawienie, zaimprowizowane na użytek obywateli Pendiwane, nabrało charakteru prawdziwej koronacji. Dał się ponieść fali wzruszenia i stojąc z wyciągniętymi ramionami, przyjmował hołdy przyjaciół.

— Dosyć — powiedział w końcu. — Podnieście się. Pendiwane czeka na nas.

Doniesienia zwiadowców mówiły o tym, że straż i ważne osobistości miasta już od kilku dni oczekują ich przybycia, obozując przed zachodnimi wrotami. Valentine zastanawiał się, w jakim stanie napięcia znajdują się mieszkańcy po tak długim oczekiwaniu i jakie zgotują mu przyjęcie.

Od Pendiwane dzieliła ich jeszcze godzina jazdy. Tereny pełne zielonych lasów i falujących wilgotną trawą łąk szybko ustąpiły miejsca skupiskom małych kamiennych domów, w większości krytych spadzistymi czerwonymi dachami. Leżące przed nimi miasto było stolicą prowincji i liczyło dwanaście do trzynastu milionów mieszkańców. Żyli z pośrednictwa w handlu warzywami i owocami. To tutaj segregowano wszystkie płody rolne napływające z rejonów dolnej Glayge i wysyłano dalej, do Pięćdziesięciu Miast.

Oczekujący u wrót oddział straży liczył co najmniej dziesięć tysięcy mężczyzn i szczelnie wypełniał drogę oraz przylegający do zewnętrznych murów plac targowy. Nie wszyscy zmobilizowani obywatele byli uzbrojeni, tylko tu i ówdzie dało się zauważyć miotacze energii i trochę prostszej broni. Nie nawykli do żołnierskiej postawy, stali sztywni i spięci, zwłaszcza ci w pierwszych szeregach. Valentine rozkazał zatrzymać ślizgacze w odległości ćwierci mili i w ten sposób między jedną a drugą grupą powstała strefa buforowa.

W koronie, spowity w królewski płaszcz, podszedł kilka kroków do przodu. Po prawej ręce miał hierarchinię Lorivade ubraną w błyszczące szaty pierwszego ministra Pani, a po lewej Ermanara, na którego piersiach połyskiwał emblemat Pontifexa. Za nimi szedł Zalzan Kavol w otoczeniu potężnych, rzucających groźne spojrzenia braci. Grupę zamykała Lisamon Hultin w pełnym bojowym rynsztunku, ze Sleetem i Carabellą po bokach i z Autifonem Deliamberem na ramieniu.

Valentine kroczył przez otwartą przestrzeń pełen powagi i majestatu. Obywatele Pendiwane, wyraźnie poruszeni, wymieniali między sobą zaniepokojone spojrzenia, zwilżali wargi, przestępowali z nogi na nogę, pocierali dłońmi piersi i ramiona. Panowała pełna napięcia cisza.

Valentine zatrzymał się dwadzieścia kroków od pierwszego szeregu i powiedział:

— Dobrzy ludzie z Pendiwane, jestem Lordem Valentinem, prawdziwym Koronalem Majipooru, i proszę was o pomoc w odzyskaniu tego, co mi niegdyś było nadane z łaski bogów i na mocy dekretu Pontifexa Tyeverasa.

Wpatrywało się w niego nieustępliwie tysiące szeroko otwartych oczu, lecz on nie tracił pewności siebie.

— Wzywam z waszych szeregów Holmstorga, diuka Glayge. Wzywam Redvarda Haligorna, burmistrza Pendiwane — powiedział.

W tłumie nastąpiło poruszenie i po chwili wysunął się naprzód pulchny mężczyzna w niebieskiej tunice zdobionej pomarańczowymi lamówkami, o twarzy poszarzałej ze strachu i przejęcia. Jego pierś przecinała na ukos czarna burmistrzowska szarfa. Zrobił kilka kroków w stronę Valentine'a, zawahał się, po czym zasygnalizował coś gwałtownie za plecami, licząc chyba, że stojący przed nim tego gestu nie zauważą. Z tłumu niechętnie wyszło pięciu czy sześciu niższych rangą urzędników komunalnych, naburmuszonych jak dzieci, którym kazano śpiewać na szkolnej zbiórce. Pulchny mężczyzna przedstawił się:

— Jestem Redvard Haligorn; diuk Holmstorg został wezwany do Zamku Lorda Valentine'a.

— My się już spotkaliśmy, burmistrzu Haligornie — powiedział uprzejmie Valentine. — Przypominasz sobie? Kilka lat temu, kiedy mój brat, Lord Voriax, był Koronalem, a ja podróżowałem z posłaniem do Pontifexa. Zatrzymałem się w Pendiwane, ty zaś podjąłeś mnie bankietem we wspaniałym pałacu nad brzegiem rzeki. Pamiętasz, burmistrzu Haligornie? Było lato, był rok suszy, a wyschnięta rzeka w niczym nie przypominała dzisiejszej.

Haligorn przesuwał językiem po wargach i w zakłopotaniu głaskał podbródek.

— Rzeczywiście, był tu w roku suszy ten, który potem został Lordem Valentinem. Ale miał ciemne włosy i nosił brodę.

— To prawda, burmistrzu Haligornie, miały bowiem miejsce czary, osobliwe i potworne. W tej chwili Górą Zamkową włada zdrajca, a ja zostałem odmieniony i wypędzony. Staję teraz przed tobą i na potęgę gwiazdy, którą nosisz na rękawie, wzywam cię, abyś uznał Koronala w mojej osobie.

Haligorn nie wiedział, co ma zrobić. Najchętniej znalazłby się teraz w jakimkolwiek innym miejscu, choćby pośród krętych korytarzy Labiryntu, choćby na wypalonych przestrzeniach Suvraelu.

Valentine mówił dalej.

— Obok mnie widzisz Lorivade z Wyspy Snu, najbliższą z towarzyszek mojej matki, a twojej Pani. Czy uważasz, że ona mogłaby cię okłamać?

— To jest prawdziwy Koronal i zapewniam cię, że Pani przestanie obdarzać miłością tych, którzy mu się przeciwstawią. — W głosie hierarchini zabrzmiała lodowata nuta.

— A ten oto, to Ermanar, najwyższy sługa Pontifexa Tyeverasa. — Valentine przedstawił drugą towarzyszącą mu osobistość.

Ermanar, jak to było w jego zwyczaju, przemówił krótko i zwięźle:

— Wszyscy słyszeliście o dekrecie Pontifexa, w którym jest powiedziane, że jasnowłosy mężczyzna ma być przyjmowany jako Lord Valentine, Koronal. Kto spośród was sprzeciwia się dekretowi Pontifexa?

Na twarzy Haligorna uwidoczniło się przerażenie. Z diukiem Holmstorgiem Valentine miałby zapewne gorszą przeprawę, ponieważ diuk, znany z gorącego temperamentu i hardości, nie dałby się łatwo zastraszyć komuś, kto nosi na głowie koronę domowej roboty, a za sobą prowadzi garstkę zwolenników tak dziwacznego autoramentu. Redyard Haligorn, zwykły wybieralny urzędnik, przed którym od lat nie stawały wyzwania poważniejsze niż urządzanie oficjalnych bankietów i regulowanie podatków, łatwo stracił grunt pod nogami.

— Z Zamku Lorda Valentine'a nadszedł rozkaz, aby cię schwytać i wytoczyć ci proces — powiedział bełkotliwie.

— Ostatnio z Zamku Lorda Valentine'a wyszło wiele rozkazów — odrzekł Valentine — a niemałą liczbę wśród nich stanowiły decyzje niemądre, niesprawiedliwe lub nie na czasie. Czyż nie mam racji, burmistrzu Haligornie? To są rozkazy uzurpatora, a więc bezwartościowe. Słyszałeś głosy Pani i Pontifexa. Miałeś przesłania nakazujące ci posłuszeństwo wobec mojej osoby.

— Miałem także inne przesłania — powiedział Haligorn ledwo słyszalnym głosem.

— Od Króla Snów, no tak! — roześmiał się Valentine. — A kto jest uzurpatorem? Kto ukradł tron Koronala? Dominin Barjazid! Syn Króla Snów! Czy rozumiesz teraz sens przesłań z Suvraelu? Czy rozumiesz, co zrobiono z Majipoorem?

Valentine wprowadził się w półsen i wypełniając nieszczęsnego Haligorna mocą swej duszy poraził go przesłaniem na jawie.

Twarz burmistrza spurpurowiała i pokryła się plamami. Zachwiał się i aby nie upaść schwycił się kurczowo swoich towarzyszy, ale ich również nie ominęło przesłanie Valentine'a, tak że sami potrzebowali oparcia.

— Stańcie po mojej stronie, przyjaciele. Otwórzcie przede mną miasto. Stąd rozpocznę podbój Góry Zamkowej, a Pendiwane okryje się sławą jako miasto, które pierwsze wystąpiło przeciwko uzurpatorowi.

Rozdział 6

Tak więc Pendiwane upadło bez walki. Redvard Haligorn, wyglądający jak ktoś, kto właśnie połknął ostrygę wielką jak półwysep Stoienzar i teraz czuje, jak łaskocze go ona w przełyku, osunął się na kolana i pozdrowił Valentine'a znakiem gwiazdy. W jego ślady poszli dwaj wiceburmistrzowie, a tuż po nich tysiące ludzi przyklęknęło w hołdzie i z tysięcy piersi wyrwał się okrzyk, który narastał w miarę, jak zgromadzeni przekonywali się do nowej idei: — Lord Valentine! Niech żyje Lord Valentine!

Wrota Pendiwane stanęły otworem.

— Poszło zbyt łatwo — powiedział Valentine półgłosem do Carabelli. — Czy będzie tak do samej Góry Zamkowej? Czy dzięki zastraszeniu jednego czy dwóch tępych burmistrzów odbijemy tron i to przy wtórze oklasków?

— Oby tak się stało — odpowiedziała Carabella. — Jednak tam, wysoko, czeka otoczony strażami Barjazid, i aby go zastraszyć, będziesz musiał użyć nie tylko słów i paru scenicznych efektów. Musisz się liczyć z tym, że będzie bitwa, Valentine.

— Oby tylko jedna.

Carabella dotknęła delikatnie jego ramienia.

— Przez wzgląd na ciebie mam nadzieję, że będzie tylko jedna i to niewielka.

— Nie przez wzgląd na mnie — odparł. — Przez wzgląd na cały świat. Nie chcę, żeby ktokolwiek z moich ludzi stracił życie naprawiając zło, jakie sprowadził na nas Dominin Barjazid.

— Nigdy nie sądziłam, że królowie mogą być tak szlachetni, mój kochany.

— Carabello…

— Dlaczego jesteś taki smutny?

— Boję się tego, co jeszcze nas czeka.

— Czeka nas walka, której nie da się uniknąć, a po niej radosny triumf i przywrócenie porządku. A teraz, jeśli masz być prawdziwym królem, pozdrów swoich poddanych, uśmiechnij się i rozjaśnij twarz.

Valentine skinął głową.

— Masz rację — powiedział. Pochwycił jej dłoń i czule musnął wargami. Potem odwrócił się do wykrzykujących jego imię tłumów, uniósł ramiona i oddał pozdrowienie.

Valentine przejeżdżał ulicami wielkiego miasta w zgiełku wiwatów. Ogarnęło go dziwnie znajome uczucie. Jak przez mgłę przypomniał sobie pierwsze etapy przerwanej podróży, kiedy to na początku swych rządów wyruszył rzeką na zachodnie wybrzeże, do Alaisoru, stamtąd na Wyspę, aby u boku matki uklęknąć w Świątyni Wewnętrznej, potem dalej, wciąż na zachód, ku Zimroelowi, a wszędzie czekały na niego tak samo wiwatujące tłumy — w Piliploku, Velathys, Narabalu, potem były kipiące zielenią tropiki, potem kolejne parady, bankiety, splendor, ciągłe podniecenie, znów tłumy, tym razem w Tilomon, znów okrzyki: “Valentine! Lord Valentine!” Przypomniał też sobie swoje zaskoczenie na widok Dominina Barjazida, syna Króla Snów, który przybył aż z Suwaelu, aby go powitać i uhonorować ucztą. Nie było zwyczajem Barjazidów opuszczanie swego królestwa; odsunięci od świata, wiecznie zajęci maszynami wytwarzającymi sny, noc w noc wysyłali do obywateli Majipooru interweniujące, nakazujące, a wreszcie i karzące przesłania. No i tamten bankiet, i butelka wina przyjęta z rąk Barjazida — a potem już widok na leżące w dole Pidruid, pod wapienną skałą, i zmącone wspomnienia o dorastaniu gdzieś na wschodzie, i na pól uświadamiana wędrówka przez cały kontynent, aż na zachodnie wybrzeże. Teraz, wiele miesięcy od tamtych wydarzeń, po tak długiej i niezwykłej przerwie, znów na ulicy wielkiego miasta rozbrzmiewało jego imię.

Stojąc w orszaku królewskim przy pałacu burmistrza, Valentine wezwał do siebie Haligorna, nadal oszołomionego tym, co się stało, i powiedział:

— Potrzebuję flotylli statków rzecznych, które by nas dowiozły aż do źródeł Glayge. Koszty zostaną ci zwrócone przez królewski skarbiec, kiedy odzyskani tron.

— Tak, mój panie.

— A jakimi oddziałami możesz mnie wesprzeć?

— Oddziałami?

— No tak, oddziałami — strażą, wojownikami, tymi wszystkimi, którzy są zdolni do noszenia broni. Rozumiesz, czego od ciebie żądam?

Na twarz burmistrza znów wypłynął strach.

— My tu, w Pendiwane, nie słyniemy ze sztuki wojennej. Valentine uśmiechnął się.

— Nigdzie na Majipoorze nie słyniemy z tej sztuki, bogom niech będą dzięki. Jeśli jednak czujemy się zagrożeni, to walczymy. Uzurpator zagraża wszystkim. Czy nie byliście ostatnio gnębieni nowymi, dziwnymi podatkami, a także niezwykłymi dekretami?

— Byliśmy, ale…

— Ale co? — ostrym tonem spytał Valentine.

— Sądziliśmy, że nowy Koronal chce zamanifestować swoją władzę.

— I zgadzaliście się na to, aby uciskał was ten, który powinien wam służyć?

— Mój panie…

— Mniejsza o to. Jeśli wszystko wróci do normy, zyskasz na tym tyle samo, co i ja. Daj mi armię, burmistrzu Haligornie, a waleczność ludzi z Pendiwane będzie opiewana w balladach przez tysiąclecia.

— Odpowiadam za życie tutejszych obywateli, mój panie. Nie chciałbym, żeby ginęli albo…

— To ja odpowiadam za życie i tutejszych obywateli, i pozostałych dwudziestu miliardów — przerwał mu gwałtownie Valentine. — Nie mam zamiaru przelewać niczyjej krwi zdobywając Zamek, lecz bez armii jestem bezbronny. Mając ją nabieram monarszego dostojeństwa i mogę zmierzyć się z wrogiem. Rozumiesz, Haligornie? Zwołaj swoich ludzi, powiedz im, na co się zanosi, i wezwij ochotników.

— Tak, mój panie — powiedział Haligorn, drżąc cały.

— Tylko zadbaj, żeby to byli prawdziwi ochotnicy!

— Stanie się, jak każesz, mój panie — wymamrotał burmistrz.

Skompletowanie armii trwało krócej, niż Valentine przewidywał. Wybranie, wyekwipowanie i zaprowiantowanie zajęło tylko kilka dni. Haligorn współpracował z gorliwością, która kazała się domyślać, że jak najprędzej chce wyprawić Valentine'a w inne strony.

Straż obywatelska, z wielkim trudem zebrana do obrony Pendiwane przed zbliżającym się oszustem, teraz stała się zalążkiem pospiesznie zmobilizowanej armii lojalistów, liczącej jakieś dwadzieścia tysięcy mężczyzn i kobiet. Trzynastomilionowe miasto z powodzeniem mogło wystawić większe siły, ale Valentine nie chciał zmuszać Pendiwane do zbytnich poświęceń. Zresztą był wierny swojej zasadzie, że łatwiej jest żonglować maczugami niż pniami drzew dwikka. Dwudziestotysięczne wojsko wyglądało na całkiem poważną armię, a strategią Valentine'a było stopniowe gromadzenie posiłków. Nawet potężny Zimr brał wszak początek ze zwykłych strug i strumyków, gdzieś w górach dalekiej północy.

Wyruszyli rzeką Glayge o słotnym świcie dnia, który powoli się przejaśniał, aż w końcu rozbłysnął pełnym słońcem. Wszystkie statki rzeczne cumujące na przestrzeni pięćdziesięciu mil po jednej i drugiej stronie Pendiwane zostały oddane na potrzeby armii. Wielka flotylla, powiewając zielonymi i złotymi banderami Koronala, spokojnie płynęła na północ.

Valentine stał na dziobie okrętu flagowego. Miał przy sobie Carabellę, Deliambera i admirała Asenharta z Wyspy. Obmyte porannym deszczem powietrze było wonne i świeże. Takim je zapamiętał — dobrotliwe powietrze Alhanroelu, wiejące teraz ku niemu z Góry Zamkowej. Jakież to było wspaniałe uczucie — wracać wreszcie do domu.

Statki rzeczne ze wschodniego Alhanroelu w niczym nie przypominały dziwacznych i fantazyjnych lodzi krążących po rzece Zimr. Te były zwykłymi dużymi okrętami, o opływowych kształtach, wysokich masztach i wąskich pokładach, napędzanymi potężnymi silnikami, co umożliwiało pokonywanie wartkiego nurtu Glayge.

— Nasza prędkość nie dorównuje nurtowi rzeki — powiedział Asenhart.

— Nie ma w tym nic dziwnego — odparł Valentine. Wskazał ręką na północ, ku niewidocznemu jeszcze szczytowi. — Glayge zbiera swe wody niemal od wierzchołka Góry Zamkowej i na dole pędzi już z ogromną szybkością.

Hjort żeglarz uśmiechnął się.

— Żeglowanie po morzu wygląda na dziecinną zabawkę w porównaniu z takim żywiołem. Rzeki, wąskie i bystre, zawsze były dla mnie czymś obcym. Do szczęścia wystarcza mi otwarte morze, jego smoki i cała reszta.

Glayge, choć tak bystra, była rzeką uregulowaną. Dzikie, niespławne progi i wodospady, ciągnące się przez setki mil, należały już do zamierzchłej przeszłości. Czternaście tysięcy lat osadnictwa ludzkiego na Majipoorze zmieniło wszystko. Dzięki tamom, śluzom, kanałom odprowadzającym i różnym innym urządzeniom, Glayge, tak jak i pozostałe pięć rzek spływających z Góry, przysposobiono do tego, by mogły być wykorzystywane niemal na całej długości. Pewne kłopoty, a i to tylko w porze deszczowej, rzeka sprawiała jedynie w dolnych odcinkach, gdzie płaskie równiny nie pozwalały otamować jej biegu.

Kraj, którym płynęła — żyzne rolnicze okręgi na zmianę z wielkimi ośrodkami miejskimi — sprawiał wrażenie równie dawno ujarzmionego, jak sama rzeka. Valentine wpatrywał się w dal, mrużąc oczy przed blaskiem porannego słońca i szukając szarego cielska Góry Zamkowej, lecz nawet taki kolos, jakim była Góra, nie dawał się wypatrzeć z odległości dwóch tysięcy mil.

Pierwszym większym miastem po Pendiwane było Makroprosopos, słynne ze swoich tkaczy. Podpływając bliżej Valentine zobaczył, że jego nabrzeża właśnie przyozdabiano olbrzymimi proporcami Koronala, prawdopodobnie tkanymi w ostatniej chwili.

— Zastanawiam się — powiedział zamyślony Sleet — czy te flagi są demonstracyjnym przejawem wierności wobec ciemnowłosego Koronala, czy też oznaczają kapitulację wobec twoich roszczeń?

— Z pewnością są wyrazem hołdu dla ciebie, mój panie — powiedziała Carabella. — Oni tu wiedzą, że posuwasz się w górę rzeki, i w ten sposób chcą cię powitać!

Valentine potrząsnął przecząco głową.

— Myślę, że tutejsi ludzie są po prostu ostrożni i przezorni. Jeśli mnie się nie powiedzie na Górze Zamkowej, będą twierdzili, że chorągwie oznaczały wierność tamtemu Koronalowi, a jeśli on przegra, powiedzą, że rozpoznali mnie po mieszkańcach Pendiwane. Chyba powinniśmy jednak zmusić ich do zajęcia bardziej wyraźnego stanowiska. Asenharcie?

— Słucham, mój panie.

— Wprowadź statek do portu.

Valentine postanowił zaryzykować. Nie było istotnej potrzeby, aby właśnie tutaj schodzić na ląd, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, byłaby walka z pierwszym lepszym miastem, i to tak odległym od celu podróży. W ten sposób mógł jednak zbadać skuteczność swojej strategii.

Egzamin wypadł pomyślnie, bo pierwsze okrzyki zaczęto wznosić, kiedy był jeszcze daleko od brzegu.

— Niech żyje Lord Valentine! Niech żyje Koronal!

Burmistrz Makroprosopos zadyszany wpadł na nabrzeże, aby go przywitać, dźwigając prezenty — grube bele najprzedniejszych tkanin wyprodukowanych przez mieszkańców miasta. Płaszczył się i przechwalał, że już zwerbował osiem tysięcy obywateli, którzy natychmiast dołączą do armii przywracającej dawny porządek.

— O co tu chodzi? — spytała cicho Carabella. — Czy oni przystaną na każdego Koronala, który wystarczająco głośno upomina się o tron i wymachuje kilkoma miotaczami energii?

Valentine wzruszył ramionami.

— Ci ludzie cenią sobie spokój i wygodne życie, kochają luksus, a przy tym są bojaźliwi. Od tysięcy lat wiedzie im się dobrze i nie chcą utracić tego, czego się dorobili. Idea zbrojnego oporu jest im obca, więc poddają się, gdy tylko przybijamy do brzegu.

— Otóż to — rzekł Sleet. — Jeśli Barjazid zjawiłby się tutaj w następnym tygodniu, równie szybko pokłoniliby się jemu.

— Być może. Jednak dzięki temu ja rosnę w siły. Widząc, co się dzieje, następne miasta też nie odważą mi się sprzeciwić. Zgódźmy się więc, że jest to spontaniczny masowy ruch, dobrze?

Sleet zasępił się.

— To co ty robisz teraz, następnym razem może powtórzyć ktoś inny. Nie jestem tym zachwycony. A co będzie, jeśli w przyszłym roku pojawi się rudowłosy Lord Valentine i obwieści, że to on jest prawdziwym Koronalem? Co będzie, jeśli pojawi się jakiś Liiman i zażąda, aby wszyscy padli przed nim na kolana, mówiąc, że jego rywale są najzwyklejszymi oszustami? Świat pogrąży się wówczas w szaleństwie.

— Jest tylko jeden namaszczony Koronal — odpowiedział spokojnie Valentine. — Ludzie z tych miast, czymkolwiek by się powodowali, nie sprzeciwiają się jednak woli bogów. Kiedy tylko powrócę na Górę Zamkową, nie będzie następnych uzurpatorów ani innych pretendentów do tronu, obiecuję wam to!

W skrytości ducha Valentine jednak przyznawał rację Sleetowi. Jak krucha jest zaprawa, która spaja nasze rządy! — pomyślał. Podtrzymuje je tylko dobra wola. Dominin Barjazid wykazał, jak tę dobrą wolę niszczy się zdradą, a Valentine odkrył, że, jak dotąd, przez zastraszenie można zapobiec zdradzie. Ale czy Majipoor będzie jeszcze sobą, kiedy skończy się ta walka?

Rozdział 7

Po Makroprosopos było Apocrune, a potem Stangard Falls, Nimivan, Threiz, Południowy Gayles i Mitripond. Wszystkie te miasta, ze swoimi pięćdziesięcioma milionami ludności, nie zwlekały z uznaniem zwierzchnictwa jasnowłosego Lorda Valentine'a. Co więcej, wyglądało na to, że wszędzie się go spodziewano.

Mieszkańcy nadrzecznych okolic nie byli rozmiłowani w sztuce wojennej i żadne z miast nie zamierzało rozstrzygać w drodze walki, który z rywali jest prawdziwym Koronalem. Teraz, kiedy poddały się Pendiwane i Makroprosopos, reszta skwapliwie dołączyła się do nich. Valentine zdawał sobie jednak sprawę z miałkości tych zwycięstw, wiedząc, że miasta nad rzeką mogą wymówić mu posłuszeństwo równie łatwo, jak na nie przystały, jeśli tylko zobaczą, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę ciemnowłosego suzerena. Praworządność, namaszczenie, wola bogów wszystko to razem znaczyło o wiele mniej w rzeczywistym świecie niż mógł sobie wyobrażać ktoś wychowany na dziedzińcach Góry Zamkowej.

Jednakże lepsze jest wsparcie, choćby tylko deklarowane, niż wyraźny sprzeciw. W każdym z kolejnych miast Valentine zarządzał werbunek, choć już niewielki, zaledwie po tysiącu ochotników, gdyż obawiał się zbyt dużej armii, a co za tym idzie, jej powolności. Żałował, że nie potrafi czytać w myślach Dominina Barjazida. Co też tamten sądzi o wydarzeniach nad Glayge? Czy lękliwie kryje się w Zamku, widząc, że z gniewem wystąpiły przeciwko niemu miliardy mieszkańców Majipooru? Czy też przygotowuje wewnętrzną linię obrony, czekając tylko stosownej do walki chwili, gotów raczej pogrążyć całe królestwo w chaosie, niż wyrzec się władzy?

Podróż rzeką trwała nadal.

Dopływali do skraju wielkiego płaskowyżu. Teren wznosił się powoli i układał się w fałdy. Zdarzały się dni, kiedy Glayge zdawała się wyrastać przed nimi pionową ścianą wody.

Valentine znał dobrze te okolice, ponieważ w młodzieńczych latach spędzanych na Górze Zamkowej często odwiedzał każdą z Sześciu Rzek, czy to polując i łowiąc ryby z Voriaxem i Elidathem, czy też po prostu uciekając przed trudami zbyt skomplikowanej edukacji. Proces zdrowienia, rozpoczęty na Wyspie, przebiegał sprawnie i widok znanych mu miejsc przydawał ostrości i barw dawnym obrazom, które Dominin Barjazid usiłował wymazać z jego pamięci. W mieście Jerrik, gdzie koryto rzeki znacznie się już zwęziło, przypomniał sobie pewną noc u starego Vroona, którego od Autifona Deliambera, poza nieco wyższym wzrostem, niewiele różniło. Do rana rzucali kości, a on przegrywał sakiewkę, miecz, wierzchowca, tytuł szlachecki, wszystkie swoje ziemie, poza małym kawałkiem bagien, a potem, kiedy już nadszedł świt, nagle się odegrał, choć do dzisiaj podejrzewał, że jego towarzysz świadomie odwrócił bieg swojej szczęśliwej passy. Cokolwiek by o tym sądzić, Vroon dał mu naprawdę niezłą lekcję. A w Ghiseldornie, gdzie ludzie mieszkali w namiotach z czarnego wojłoku, on i Voriax spędzili rozpustną noc z czarnowłosą wiedźmą, co najmniej trzydziestoletnią, która rankiem wywróżyła im z nasion pingli, że obaj zostaną królami. Voriax był tą wróżbą niezmiernie zmartwiony, ponieważ nie wyobrażał sobie, aby mogli rządzić razem, tak jak razem obejmowali wiedźmę. Tego jeszcze nie było w historii Majipooru. Żadnemu z nich nie przyszło wówczas do głowy, że jeden może być sukcesorem drugiego. Z kolei w Amblemornie, w mieście najbardziej wysuniętym na zachód spośród wszystkich Pięćdziesięciu Miast, jeszcze młodszy Valentine podczas gonitwy z Elidathem z Morvole przez las skarłowaciałych drzew spadł z wierzchowca i złamał lewą nogę. Kość przebiła skórę i Elidath, choć omdlewał z przerażenia, sam musiał nastawić złamanie, nim mogli udać się dokądkolwiek po pomoc. Od tamtej pory Valentine zawsze trochę utykał na tę nogę, ale teraz i noga, i utykanie, jak pomyślał z satysfakcją, należą do Dominina Barjazida, a ciało, które jemu przypadło w udziale, jest bez skazy.

Zarówno te miasta, jak i sporo innych, poddawały się natychmiast. Pod proporcami Valentine'a kroczyła już bez mała pięćdziesięciotysięczna armia, ale do szczytu Góry Zamkowej było jeszcze daleko.

Właśnie w Amblemornie armia musiała zejść na ląd, gdyż od tego miejsca rzeka stawała się jednym wielkim labiryntem dopływów, płytkich kanałów i nieprawdopodobnie urwistych stopni. Valentine wysłał przodem Ermanara z dziesięcioma tysiącami wojowników, aby zdobyli odpowiednią ilość pojazdów do przemieszczania się na lądzie. Jego siły stanowiły już taką potęgę, że Ermanar mógł zarekwirować każdy ślizgacz w trzech okolicznych prowincjach nie napotykając żadnego oporu i kiedy główny korpus wojsk dopłynął do brzegu, oczekiwało na niego mnóstwo wehikułów.

Valentine nie był w stanie samodzielnie dowodzić tak wielką armią. Jego rozkazy przechodziły przez Ermanara, marszałka polnego, do Carabelli, Sleeta, Zalzana Kavola, Lisamon Hultin i Asenharta, pięciu wyższych oficerów sprawujących pieczę nad pięcioma dywizjami. Deliamber, jako doradca, pozostał przy boku Valentine'a, a Shanamir, który zmężniał i przestał już być tym chłopcem, który doglądał wierzchowców w Falkynkip, został mianowany pierwszym oficerem łącznikowym.

W trzy dni zakończyli pełną mobilizację.

— Jesteśmy gotowi do drogi, mój panie — zameldował Shanamir. — Czy mogę dać rozkaz wymarszu?

Valentine kiwnąl głową.

— Pierwsza kolumna może ruszać. Jeśli wejdziemy już teraz, to Bimbak miniemy w południe.

— Tak jest, wodzu naczelny! — Shanamirze… — Wodzu…

— Wiem, że to wojna, ale nie musisz cały czas przybierać tak poważnej miny. Nie sądzisz?

— Ja mam poważną minę, mój panie? — Shanamir poczerwieniał

— A czy sprawa nie jest poważna?! Mamy przecież pod stopami ziemię Góry Zamkowej!

No cóż, wiejski chłopiec z dalekiego Falkynkip czul chyba strach przed miejscem, w którym się nieoczekiwanie znalazł. Valentine rozumiał jego lęki. Zimroel sprawiał wrażenie odległego o miliony mil. Valentine uśmiechnął się i rzekł:

— Powiedz mi, Shanamirze, czy naprawdę sto wag daje koronę, dziesięć koron daje rojala, a kiełbaski kosztują…

Shanamir stał z głupią miną, nie pojmując, o co tu chodzi, lecz już po chwili wybuchnął głośnym śmiechem.

— Mój panie! — wykrzyknął, ocierając pospiesznie łzy z kącików oczu.

— Pamiętasz tamtą scenę w Pidruid? Kiedy to chciałem kupić kiełbaski, płacąc monetą pięćdziesięciorojalową? Pamiętasz, jak powiedziałeś do mnie, że jestem naiwnym głupcem? “Masz pusto w głowie”

— stwierdziłeś. Pusto w głowie! Chyba rzeczywiście byłem głupcem podczas tamtych pierwszych dni w Pidruid.

— To było dawno, mój panie.

— Tak, to było dawno. Choć może nadal jestem głupcem, jeśli wdrapuję się na Górę Zamkową po władzę, która jest tylko ciężką, monotonną pracą. Ale może nim nie jestem. Chcę wierzyć, że nie jestem, Shanamirze. Nie zapominaj uśmiechać się częściej. To wszystko. Daj pierwszej kolumnie rozkaz do wymarszu.

Chłopiec wybiegi. Valentine patrzył za nim przez chwilę. Jak odległe w czasie i w przestrzeni stało się miasto Pidruid. Miliony mil, miliony lat… Tak mu się zdawało, choć przecież upłynął zaledwie rok i parę miesięcy od chwili, kiedy siedział na białej skalnej półce w tamten gorący i parny letni dzień, patrząc w dół na portowe miasto i zastanawiając się, co dalej. Shanamir, Sleet, Carabella, Zalzan Kavol. Całe miesiące żonglowania na prowincjonalnych arenach, spanie na wypchanych słomą siennikach, w zapchlonych wiejskich gospodach. Jaki cudowny był tamten czas, pomyślał, jakie wspaniałe, pozbawione zmartwień życie! Liczyło się jedynie to, aby znaleźć pracę w następnym przydrożnym mieście i aby nie upuścić maczugi. Nigdy nie był szczęśliwszy. Jaki poczciwy był Zalzan Kavol, który przyjął go do swojej trupy, jacy dobrzy byli Sleet i Carabella, którzy uczyli go swojego rzemiosła. Mieli pośród siebie Koronala Majipooru, wcale o tym nie wiedząc! Kto z nich przypuszczał, że zanim zdąży się zestarzeć — i to nawet nie na tyle, aby nie móc żonglować, poprowadzi wyzwolicielską armię przeciwko Górze Zamkowej?

Pierwsza kolumna ruszyła. Ślizgacze uniosły się nad drogą i popłynęły ku bezkresnym stokom, rozpościerającym się między Amblemorn a Zamkiem.

Pięćdziesiąt Miast Góry Zamkowej obsiadło jej stoki od podnóży aż do szczytu, zgrupowane, z grubsza biorąc, w kilku kręgach. Krąg najniższy skupiał dwanaście miast — Amblemorn, Perimor, Morvole, Canzilaine, Bimbak Wschodni, Bimbak Zachodni, Furible, Depenhow Yale, Normork, Kazkas, Siipool i Dundilmir. Te tak zwane Miasta na Stokach były ośrodkami przemystu i handlu, a najmniejsze z nich, Deeperihow Yale, liczyło siedem milionów ludności. Miasta na Stokach, założone dwanaście tysięcy lat temu, do dziś zachowały swój archaiczny wygląd. Ich ulice, zaplanowane prawdopodobnie z jakimś zamysłem, lecz przez wieki poddawane przypadkowym modyfikacjom, były teraz ciasne i pogmatwane. Każde z tych miast słynęło w świecie z sobie tylko właściwych uroków. Valentine, żyjąc na Górze Zamkowej, nie zdążył wszystkich odwiedzić, ale poznał Bimbak Wschodni i Zachodni z ich bliźniaczymi, wysokimi na milę wieżami obłożonymi błyszczącym szkliwem, był w Furible i widział tam sławne ogrody kamiennych ptaków, słyszał mówiące posągi w Canzilaine, zawadził o Dundilmir leżący w Ognistej Dolinie. Między tymi miastami przez tysiące mil ciągnęły się królewskie parki, rezerwaty fauny i flory, obszary łowieckie, święte gaje. Na wszystko to było aż nadto miejsca by nie przeszkadzać sobie nawzajem i spokojnie się rozwijać.

Sto mil wyżej leżał krąg dziewięciu Wolnych Miast — Sikkal, Huyn, Bibiroon, Stee, Sunbreak Górny, Sunbreak Dolny, Castelhorn, Gimkandale i Vugel. Między uczonymi toczył się kiedyś spór o pochodzenie ich wspólnej nazwy, lecz w końcu zwyciężył pogląd, że miała ona związek z podatkami. Otóż mniej więcej za panowania Lorda Stiamota tych dziewięć miast zwolniono od podatków nakładanych na wszystkie inne, w podzięce za szczególne wsparcie, jakiego udzieliły Koronalowi. Jeszcze do dziś potrafiły upominać się o szczególne ulgi i zresztą często odnosiły w tym sukces. Największym z Wolnych Miast było Stee, leżące nad rzeką o tej samej nazwie, z trzydziestoma milionami mieszkańców, równe co do wielkości miastu Ni-moya, lecz, jak wieść głosiła, jeszcze od niego okazalsze. Valentine, który widział Ni-moya, nie potrafił sobie wyobrazić większego przepychu, lecz w przeszłości nie miał okazji, by dotrzeć do Stee, które leżało raczej na uboczu.

Jeszcze wyżej było jedenaście Miast Strażniczych — Sterinmor, Kowani, Greel, Minimool, Strave, Hoikmar, Erstud Grand, Rennosk, Fa, Sigla Niższe, Sigla Wyższe, Wszystkie wielkie, liczące od siedmiu do trzynastu milionów mieszkańców. Ponieważ na ich wysokości obwód Góry Zamkowej nie był już zbyt wielki, Miasta Strażnicze leżały bliżej siebie niż tamte pod nimi i można było przypuszczać, że minie jeszcze kilka wieków, a otoczą Górę nieprzerwanym pasem.

Na obszarze okolonym przez ten pas znajdowało się dziewięć Miast Wewnętrznych — Gabell, Chi, Haplior, Khresm, Banglecode, Bombifale, Guand, Peritole i Tentag — i wreszcie dziewięć Górnych Miast — Muldemar, Huine, Gossif, Tidias, Morpin Wysoki, Morpin Niski, Sipermit, Frangior i Halanx. To były metropolie, które Valentine znał najlepiej. Urodził się w Halanx, mieście stanu szlacheckiego; w Sipermit, który niemal przylegał do Zamku, mieszkał za rządów Voriaxa; Morpin Wysoki był jego ulubionym miejscem odpoczynku, gdzie często bawił się na lustrzanych zjeżdżalniach i jeździł na rydwanach. Jak dawno to było, jak dawno temu! I teraz, kiedy jego wojsko unosiło się nad drogami Góry, często wpatrywał się w rozświetloną słońcem dal, w osłonięte chmurami szczyty, licząc choćby na przelotny widok Sipermitu, Halanx czy Wysokiego Morpmu.

Było jeszcze za wcześnie, żeby o tym myśleć. Z Amblemornu droga prowadziła między Bimbakiem Wschodnim a Bimbakiem Zachodnim, a potem, okrążając nieprawdopodobnie stromą i poszarpaną Grań Normorku, podchodziła pod sam Normork, otoczony słynnymi kamiennymi murami, zbudowanymi, jak głosiła legenda, na wzór wielkiego muru w Velalisier. Bimbak Wschodni przywitał Valentine jako prawowitego monarchę i wyzwoliciela. Przyjęcie w Bimbaku Zachodnim wypadło zdecydowanie mniej serdecznie, chociaż i tu nie stawiano oporu: jego mieszkańcy najwyraźniej nie umieli opowiedzieć się po żadnej ze stron tego dziwnego sporu. Natomiast w Normorku Wielkie Wrota Dekkerefa były zamknięte i opieczętowane, i to prawdopodobnie pierwszy raz od czasów, kiedy je zbudowano. Ten gest był oczywiście gestem nieprzyjaznym, ale Valentine wolał go uznać za deklarację neutralności i minął miasto, me usiłując się do niego dobijać. Nie miał zamiaru tracić sił na obleganie jakiejś twierdzy. Znacznie łatwiej było nie dopatrywać się za jej murami wroga.

Droga przecinała teraz Barierę Tolingar, która wcale nie była barierą, lecz wielkim czterdziestomilowym parkiem, idealnie wypielęgnowanym ku uciesze obywateli Kazkasu, Stipool i Dundilmiru. Zdawało się, że każde drzewo, każdy krzak zostały wyhodowane ze specjalnym zamysłem i poprzycinane w najbardziej wyszukane kształty. Żadna gałąź nie wyginała się w niewłaściwą stronę, żaden konar nie psuł raz wyznaczonej symetrii. Jeśliby nawet zatrudnić tu w charakterze ogrodników cały miliard ludzi zamieszkujący Górę Zamkową i gdyby ci ogrodnicy pracowali w parku dzień i noc, i to ze wszystkich sił, Bariera Tolingar i tak nie osiągnęłaby w ten sposób swego doskonałego wyglądu. Valentine wiedział, że dokonano tego dzięki programowi uprawy sterowanej wprowadzonemu cztery tysiące lat temu, może nawet dawniej, za panowania Lorda Havilbove, a potem kontynuowanemu przez jego trzech sukcesorów. Te rośliny same się kształtowały, same likwidowały odrosty, nieustannie kontrolując symetrię form. Tajemnica takich ogrodniczych czarów zdołała już jednak zginąć w mrokach przeszłości.

Teraz armia wkraczała na poziom Wolnych Miast. Patrząc z Bibiroon Sweep, leżącego nad Barierą Tolingar, można było ogarnąć wzrokiem potężny odcinek przebytej drogi. Prawie spod stóp wypełzał zielony jęzor parku Lorda Havillove'a i znikał gdzieś na wschodzie. Za nim szarzały dwa małe punkciki — Dundilmir i Stipool, a trochę w bok od nich, ledwo zaznaczone, kryło się ukryte za murami miasto Normork. Potem widoczny był zadziwiający uskok terenu, w dół aż do Amblemornu i źródła Glayge. A gdzieś na horyzoncie, zamglone jak przez senne opary, niczym wytwór czystej wyobraźni, można było dostrzec ulotne zarysy skupionych nad rzeką miast Nimivan, Mitripond, Threiz i Południowy Gayles. O Makroprosopos i Pendiwane nawet nie warto było wspominać, chociaż Valentine zauważył, jak pochodzący stamtąd ochotnicy wypatrując oczy i gestykulując gwałtownie, spierali się o ledwo widoczne pagórki i garby, twierdząc, że to ich domy.

Przystając obok Valentine'a, Shanamir powiedział: — Wyobrażałem sobie kiedyś, że z Góry Zamkowej można zobaczyć całą drogę do Pidruid! A tu nie widać nawet Labiryntu. Czy tam wyżej jest lepszy widok?

— Nie — odparł Valentine. — Chmury zakrywają wszystko poniżej Miast Strażniczych. Czasami, przebywając na Zamku, można zapomnieć, że istnieje reszta Majipooru.

— A czy na samej górze jest bardzo zimno? — spytał chłopiec.

— Zimno? Nie, ani trochę. Jest tam równie przyjemnie jak tutaj. Może nawet przyjemniej. Wieczna wiosna, łagodne i czyste powietrze i kwitnące przez cały rok kwiaty.

— Ale Góra Zamkowa wynosi się tak wysoko w niebo! Szczyty stojące wśród Bagien Khyntoru są znacznie niższe, gdzie im do niej, a przecież słyszałem, że na ich wierzchołkach leży śnieg, i to nawet latem. Na Zamku, Valentine, musi być ciemno jak w nocy, i zimno, śmiertelnie zimno!

— Nie — odrzekł Valentine. — Maszyny, które przetrwały od czasów starożytnych, sprawiają, że jest tam zawsze ciepło. Sięgając swymi korzeniami w głąb Góry, wysysają stamtąd potrzebną energię, choć przyznaję, że nie wiem w jaki sposób to robią — i zamieniają ją w ciepło, światło oraz dobre, czyste powietrze. Widziałem te maszyny, głęboko pod Zamkiem, wielkie konstrukcje z takiej ilości metalu, z jakiej można by zbudować całe miasto. Gigantyczne pompy, olbrzymie mosiężne rury, przewody…

— Kiedy tam wreszcie dotrzemy, Valentine? Czy to już blisko?

Valentine potrząsnął przecząco głową.

— Nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi.

Rozdział 8

Aby przejść przez Wolne Miasta, najprościej było wybrać drogę leżącą między Bibiroon a Górnym Sunbreakiem, która prowadziła w górę szerokim, łagodnym grzbietem i nie wymagała pochłaniającego wiele czasu wspinania się zakosami. Jeszcze przed Bibiroon Valentine dowiedział się od Skandara Gorzvala, że w armii kończą się zapasy świeżych owoców i mięsa, i stwierdził, że najmądrzej byłoby zaopatrzyć się w nie na tej wysokości, zanim podejmą wspinaczkę do Miast Strażniczych.

Bibiroon był dwunastomilionowym miastem, imponująco usytuowanym na stumilowej skarpie i sprawiającym wrażenie zawieszonego nad zboczem Góry. Było tylko jedno dojście do miasta, od strony Dolnego Sunbreaku, i to przez wąwóz tak wąski i stromy, że wystarczyłoby stu wojowników, aby powstrzymać atak miliona. Valentine wcale się nie zdziwił, kiedy mu doniesiono, że przejście jest zamknięte i że znajduje się w nim trochę więcej niż stu obrońców.

Ermanar i Deliamber, których wyznaczono do prowadzenia pertraktacji, wrócili już chwilę później z wiadomością, że Heitluig, diuk Chorgu — prowincji, której stolicą było Bibiroon — dowodzi oddziałami w wąwozie i chce rozmawiać z Lordem Valentinem.

— Kto to jest Heitluig? Znasz go? — spytała Carabella. Valentine kiwnął głową.

— Bardzo słabo. Wiem, że pochodzi z rodu Tyeverasa. Mam nadzieję, że nie żywi do mnie urazy.

— Jeśli pokona cię na tej drodze, zjedna sobie laski Dominina Barjazida — zauważył posępnie Sleet.

— I zapewni sobie conocne koszmary — dodał śmiejąc się Valentine. — Może być pijakiem, ale nie mordercą. Przecież należy do szlacheckiego stanu.

— Tak jak i Dominin Barjazid, mój panie.

— Nawet Barjazid nie odważył się mnie zabić, mimo że miał okazję. Czy w każdym, z którym przyjdzie mi paktować, mam widzieć mordercę? Chodźcie, tracimy tylko czas.

W towarzystwie Ermanara, Asenharta i Deliambera ruszył piechotą w stronę wąwozu. Diuk oczekiwał go w asyście swoich trzech popleczników.

Heitluig był barczystym, silnym z wyglądu mężczyzną o bezładnie poskręcanych białych włosach i tęgiej, rumianej twarzy. Przeszył Valentine'a badawczym spojrzeniem, jak gdyby pod rysami jasnowłosego przybysza chciał znaleźć choćby skrawek duszy prawdziwego Koronala. Valentine obdarzył go łaskawym spojrzeniem i takim gestem dłoni, jakim król obdarza pomniejszego diuka. Heitluig wyraźnie zmieszał się, nie wiedząc, jaką formę nadać swojemu ukłonowi.

— Powiadają — rzekł po chwili — że podobno jesteś Lordem Valentinem odmienionym przez czary. Jeśli tak jest, to witam cię, mój panie.

— Powiadają prawdę, Heitluigu, możesz mi zaufać.

— Były przesłania, które to potwierdzały, ale były i inne. Valentine uśmiechnął się.

— Przesłania od Pani zawsze są godne zaufania. Ile są warte te od Króla, sam dobrze wiesz, zważywszy na to, co zrobił jego syn. Czy otrzymałeś instrukcje z Labiryntu?

— Tak, polecono nam uznać w tobie Koronala. Nastały jednak dziwne czasy. Dlaczego mam nie ufać temu, co mówią na Zamku, a dawać wiarę zarządzeniom płynącym z Labiryntu? A jeśli są fałszywe? Jeśli kryje się za nimi podstęp?

— Tutaj oto mamy Ermanara, najwyższego sługę twojego stryjecznego dziadka, Tyeverasa — powiedział Valentine. — I to nie w charakterze jeńca. Przybywa z pełnomocnictwami Pontifexa.

Książe wzruszył ramionami. Nadal przyglądał się bacznie Valentine'owi.

— Zamiana Koronala jest rzeczą nad wyraz tajemniczą. Jeśli się w nią uwierzy, to można uwierzyć we wszystko inne. Czego szukasz w Bibiroon… mój panie?

— Potrzebujemy owoców i mięsa. Mamy jeszcze do przejścia setki mil, a głodny żołnierz nie jest najlepszym żołnierzem.

Po twarzy Heitluiga przebiegi skurcz.

— Wiesz zapewne, że znajdujesz się w Wolnym Mieście.

— Wiem. I co z tego?

— Panuje tu stary obyczaj, o którym, być może, nie wszyscy pamiętają. Jednak my, mieszkańcy Wolnych Miast, trzymamy się zasady, by nie dostarczać żadnych produktów dla rządu poza raz ustalonymi podatkami. Koszt aprowizacji takiej armii jak twoja…

— …będzie w całości pokryty przez mój skarbiec — dokończył chłodno Valentine. — Nie chcemy, żeby Bibiroon straciło przez nas choćby jedną pięciowagową monetę.

— A czy ten skarbiec wędruje z wami?

Valentine błysnął gniewnym wzrokiem.

— Skarbiec królewski znajduje się na Górze Zamkowej, tak samo jak i za czasów Lorda Stiamota. Kiedy tam już dotrę i obalę uzurpatora, zapłacę wam za wszystko, co teraz od was dostanę. Czy w Bibiroon Koronal nie cieszy się już zaufaniem?

— Koronal cieszy się, a jakże — odpowiedział ostrożnie Heitluig. — Chodzi jednak o to, że my, oszczędni gospodarze, możemy wyjść na głupców, jeśli zaufamy komuś… komuś, kto być może nas oszukuje.

Valentine zaczynał tracić cierpliwość.

— Mówisz do mnie “mój panie”, a jednocześnie masz jakieś wątpliwości.

— Mam, to prawda.

— Heitluigu, chcę porozmawiać z tobą w cztery oczy!

— Co takiego?

— Wyjdź dziesięć kroków do przodu! Czy myślisz, że rozplatam ci gardło, kiedy opuścisz strażników? Szepnę ci coś na ucho, o czym wolałbyś pewnie nie mówić w obecności innych.

Diuk, wyraźnie zmieszany i zaniepokojony, niechętnie skinął głową i zgodził się oddalić od grupy. Valentine zniżył głos.

— Pamiętasz moją koronację na Zamku? Usiadłeś za stołem, przy którym zebrał się ród Pontifexa, i wypiłeś cztery albo pięć butelek muldemarskiego wina. Kiedy byłeś już kompletnie spity, zachciało ci się tańczyć. Wstając potknąłeś się o nogę kuzyna Elzandira. Wyłożyłeś się jak długi i gdybym cię nie odciągnął, biłbyś się z nim natychmiast. Przypominasz sobie to zdarzenie? A czy znałbym je, będąc jakimś parweniuszem z Zimroelu, który usiłuje zawładnąć Zamkiem Lorda Valentine'a?

Heitluig spurpurowiał.

— Mój panie…

— Wreszcie wymówiłeś te słowa z przekonaniem! — Valentine klepnął księcia po ramieniu. — W porządku, Heitluigu Okaż mi pomoc, a kiedy przybędziesz do Zamku świętować mój powrót, dostaniesz następnych pięć butelek dobrego muldemara. Mam nadzieję, że będziesz bardziej wstrzemięźliwy niż ostatnim razem.

— Panie mój, czym mogę ci służyć?

— Powiedziałem ci już: potrzebujemy świeżych owoców i mięsa. Rachunki wyrównamy, kiedy znów będę Koronalem.

— Zgoda. Tylko czy na pewno nim będziesz?

— Co to ma znaczyć?

— Armia, która czeka na wyżej położonych terenach, wcale nie jest taka mała, mój panie. Lord Valentine — to znaczy ten, który głosi się Lordem Valentinem — zbiera w celu obrony zamku setki i tysiące obywateli.

Valentine ściągnął brwi.

— A gdzie ta armia stacjonuje?

— Między Erstud Grand a Bombifale. Miasta Strażnicze są już zajęte; wszystkie położone wyżej też. Z Góry popłyną rzeki krwi, mój panie.

Valentine odwrócił się, zasłoniwszy oczy. Jego duszę wypełniły ból i przerażenie. To było nieuniknione i wcale go nie zaskoczyło, spodziewał się tego od początku. Dominin Barjazid nie przeszkadzał mu w marszu przez dolne regiony, bo pośpiesznie przygotowywał obronę Zamku. Co więcej, miał zamiar użyć przeciwko niemu jego królewskiej straży; szlachetnie urodzonych rycerzy, z którymi Valentine razem się wychowywał. W pierwszych szeregach staną przeciwko niemu Stasilaine, Tunigorn, kuzyn Mirigant, Elidath, Diwis, syn jego brata…

Po raz kolejny ogarnęły go wątpliwości Czy powinien przelewać cudzą krew i skazywać ludzi na śmierć po to tylko, by odzyskać tron? A jeśli utracił go z woli bogów? A jeśli teraz tej woli się sprzeciwi, to czy nie spowoduje straszliwego kataklizmu? Nie sprowadzi na siebie mrocznych, oskarżających snów? Czyjego serce nie będzie rozdarte na zawsze, a imię wyklęte?

Jeszcze mógłby zawrócić, jeszcze mógłby uniknąć konfrontacji z siłami Barjazida, jeszcze mógłby pogodzić się z wyrokiem, jaki zsyła na niego przeznaczenie, mógłby…

Nie.

Walka z samym sobą już raz została rozstrzygnięta. Fałszywy Koronal, małostkowy, nędzny i niebezpieczny, zajmował najwyższe stanowisko w państwie; rządził bezprawnie i nierozważnie. Nie można pozwolić na taki stan rzeczy. Nic innego nie ma znaczenia.

— Mój panie? — rzekł Heitluig. Valentine popatrzył na diuka.

— Myśl o wojnie sprawia mi ból, Heitluigu. — Nikt się nią nie zachwyca, mój panie.

— Jednak czasami jest konieczna dla uniknięcia większego zła. Myślę, że taki czas nadszedł.

— Na to wygląda.

— Zatem przyznajesz, że jestem Koronalem? — Jak mógłbyś wiedzieć o moim pijaństwie podczas koronacji, będąc oszustem?

— I będziesz walczył u mego boku na obszarach powyżej Erstud Grand?

Heitluig spojrzał na niego poważnie.

— Oczywiście, mój panie. Ile wojska ma wystawić Bibiroon?

— Powiedzmy, pięć tysięcy. Nie chcę prowadzić na Górę olbrzymiej armii. Wystarczy mi wierna i waleczna.

— Możesz liczyć na tyle, mój panie, a nawet na więcej, tylko zażądaj.

— Nie, więcej nie chcę, Heiduigu. Dziękuję ci za zaufanie. Zajmijmy się teraz świeżymi owocami i mięsem!

Rozdział 9

Postój w Bibiroon zabrał tylko tyle czasu, ile Heitluig potrzebował na zgromadzenie swoich oddziałów i zaprowiantowanie całej armii. I znów ruszyli w górę, wyżej, wciąż wyżej. Valentine jechał w awangardzie razem z nieodłącznymi przyjaciółmi z Pidruid. Cieszył się, widząc w ich oczach jednocześnie zachwyt i lęk, cieszył się patrząc na płonącą podnieceniem twarz Shanamira, na pełną uniesienia Carabellę, cieszył się słysząc, jak gburowaty Zalzan Kavol nieustannie pomrukuje i burczy, zdziwiony okazałością Góry Zamkowej.

A jak bardzo sam czuł się uskrzydlony na myśl o powrocie do domu!

Im wyżej się wznosili, tym słodsze i czystsze stawało się powietrze, ponieważ z każdym krokiem byli bliżej maszyn, które podtrzymywały wieczną wiosnę na Górze. Wkrótce ich oczom ukazały się odległe zarysy Miast Strażniczych.

— Nie do uwierzenia — szepnął Shanamir ochryple. — Jaki wspaniały widok…

Wielkie granitowe zbocza Góry wznosiły się łagodnymi łukami coraz wyżej i wyżej i ginęły w kłębach białych chmur. Niebo porażało oczy elektryzującym błękitem, o ton głębszym niż tamten, rozciągający się nad dolinami Majipooru. Valentine pamiętał jeszcze, jaką darzył je miłością i z jak ciężkim sercem wybierał się w podróże w dół, do świata zwykłych kolorów. Ten widok ścisnął mu teraz serce. Każdy pagórek i każda grań skalna wyglądała jakby była otoczona aureolą tajemniczego blasku. Nawet leżący na skraju drogi kurz zdawał się lśnić i migotać. Z oddali, z małych satelickich miasteczek, promieniowała niezwykła magia. Ale już zbliżali się do grupy większych miast. Właśnie na horyzoncie pokazały się olbrzymie czarne wieże Erstud Grand, ciemniejąca na wschodzie plama to było pewnie Minimool, a najbardziej na zachodzie należało się domyślać miasta Hoikmar, słynącego z otaczających je kanałów i objazdów.

Valentine zamrugał, czując łzy wzbierające w oczach. Wskazał na maleńką harfę Carabelli i powiedział:

— Zaśpiewaj mi coś.

Carabella uśmiechnęła się i wzięła harfę do ręki.

— Śpiewaliśmy to w Tilomon, kiedy Góra Zamkowa była opowiastką z książki, zaledwie romantycznym marzeniem…

Daleko na wschodzie niezwykły jest kraj,

Którego przenigdy nie ujrzy z nas nikt.

Tam miasta się wznoszą, trzykrotnie po trzy,

Cudami rozkwita wyniosły ten szczyt.

Na Górze Zamkowej, skąd Moce władają,

Gdzie uczty, zabawy bez końca…

Urwała w pół tonu i odłożyła harfę. Odwróciła twarz.

— Co się stało, ukochana? — spytał Valentine. Carabella potrząsnęła głową.

— Nic. Zapomniałam słów.

— Carabello?

— Nic mi nie jest, przecież mówię!

— Proszę…

Spojrzała na niego oczami pełnymi łez, zagryzając wargi.

— Tutaj jest tak wspaniale, Valentine — wyszeptała. — I tak dziwnie… tak strasznie…

— Wspaniale, to prawda, ale nie strasznie.

— To wszystko jest piękne, wiem. I większe, niż sobie wyobrażałam. Te miasta, góry, ta najwyższa góra, wszystko jest cudowne, wszystko. Ale… ale…

— Mów dalej, proszę.

— Ty wracasz do domu, Valentine! Do przyjaciół, do rodziny, do twoich… twoich, jak myślę, ukochanych… Po zwycięskiej wojnie otoczą cię kołem, porwą na uczty i ceremonie, i… — Urwała. — Przyrzekłam sobie nie mówić ci o tym.

— Mów Carabello, mów dalej. — Mój panie…

— To brzmi zbyt oficjalnie, Carabello. — Ujmując jej dłoń zauważył kątem oka, że Shanamir i Zalzan Kavol przesiedli się do tylnej części wozu i odwrócili od nich plecami. Carabella wyrzuciła z siebie potok słów.

— Mój panie, kiedy znów znajdziesz się między księżniczkami i damami z Góry Zamkowej, co stanie się z żonglerką z Tilomon?

— Czy dałem ci jakikolwiek powód, byś mogła sądzić, że cię porzucę?

— Nie, mój panie, lecz…

— Mów do mnie Valentine, proszę cię. Lecz co?

Policzki Carabelli zaróżowiły się. Wysunęła rękę z jego dłoni i przesunęła nią niespokojnie po ciemnych błyszczących włosach.

— Twój diuk Heitluig, wczoraj, widział nas razem, widział, jak, mnie obejmujesz… Valentine! Ty nie zauważyłeś jego uśmiechu! Poczułam się tak, jakbym była twoją zabawką, dziewczyną na jeden wieczór, bawidełkiem, które można wyrzucić, kiedy się znudzi.

— Chyba zbyt wiele wyczytałaś z jednego uśmiechu — spokojnie odparł Valentine, chociaż on też go zauważył i, co więcej, zmartwił się nim. Dla Heitluiga, o czym dobrze wiedział, i dla innych przedstawicieli jego stanu Carabella była jedynie wywodzącą się z gminu nałożnicą, w najlepszym wypadku zasługującą na wzgardę. Na Górze Zamkowej, kiedy był tam w poprzednim wcieleniu, taka różnica klas byłaby czymś nie do przyjęcia, lecz on, od kiedy opuścił Zamek, miał inną wizję świata. Lęki Carabelli, choć uzasadnione, na razie jednak trzeba odsunąć na bok. Zmierzy się z tym problemem we właściwym czasie. Teraz stoją przed nim inne wyzwania. Powiedział spokojnie:

— Heitluig za bardzo lubi wino. a poza tym jest nieokrzesany. Nie przejmuj się nim. Kiedy znów będę Koronalem, zajmiesz na Zamku miejsce wśród najwyższych i nikomu nie przyjdzie do głowy, by cię zlekceważyć. A teraz skończ tę piosenkę.

— Kochasz mnie, Valentine?

— Kocham cię, lecz kiedy masz czerwone i zapuchnięte oczy, moja miłość trochę słabnie.

Carabella prychnęła ze złością.

— W ten sposób mówi się do dziecka! To tak mnie traktujesz? Valentine wzruszył ramionami.

— Traktuję cię jak kobietę, do tego uroczą i mądrą. Ale co, według ciebie, miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy cię kocham?

— Że mnie kochasz. Nie musisz tego ozdabiać dodatkowymi słowami.

— Przepraszam i obiecuję poprawę. Zaśpiewasz mi wreszcie? — Jeśli sobie życzysz… — odpowiedziała Carabella uderzając w struny.

Minęli Wolne Miasta i wyjechali na otwartą przestrzeń. Valentine wybrał gościniec Pinitor, wijący się między Erstud Grand i Hoikmarem przez pustynną okolicę skalistych płaskowyży, znaczoną z rzadka rozsianymi zagajnikami drzew ghazan. Te drzewa, o grubych szarawych pniach i powykręcanych sękatych konarach, żyły dziesięć tysięcy lat, a kres żywota obwieszczały delikatnymi westchnieniami. W tak surowym i majestatycznym otoczeniu Valentine i jego armia mogli duchowo przygotować się do oczekujących ich trudów.

Jak dotychczas, nie napotkali oporu.

— Pozwolą ci dojść aż ponad Miasta Strażnicze — powiedział Heitluig. — Miejsca ubywa z każdym krokiem, a w nierównym, pofałdowanym terenie nietrudno im będzie zastawić pułapkę.

Valentine zatrzymał wojsko i zwołał naradę dowódców w pustynnej, otoczonej turniami dolinie, skąd do leżącego na wschodzie Erstud Grand mieli jeszcze około dwudziestu mil. Wieści, przyniesione przez patrole zwiadowcze, legły mu na sercu ołowianym ciężarem: szeroka i płaska równina o powierzchni setek mil kwadratowych, leżąca poniżej jednego z Wewnętrznych Miast, Bombifale, była wypełniona olbrzymią armią, morzem wojowników. Większość tej armii stanowiła piechota, ale wrogie wojsko dysponowało również ślizgaczami, regimentem jazdy i korpusem bojowych mollitorów, masywnych niczym czołgi, przynajmniej dziesięć razy liczniejszym od oddziału, który oczekiwał w zasadzce nad rzeką Glayge. Valentine nie okazał przygnębienia.

— Mają dwudziestokrotną przewagę — rzekł. — Uważam, że jest to korzystne dla nas. Armia takich rozmiarów musi być niezdarna i nie potrafi nikomu zagrozić. Należy tylko żałować, że nie zebrali jeszcze większych sił. — Popukał palcem w leżącą przed nim mapę. — Obozują tutaj, na równinie Bombifale, i z pewnością śledzą nasze ruchy. Przypuszczają prawdopodobnie, że pokusimy się o sforsowanie przełęczy Peritole, wobec czego tam wystawią najsilniejsze posterunki. A my rzeczywiście pójdziemy w stronę przełęczy. — Nie zważając na jęk dezaprobaty, jaki się wyrwał z piersi Heitluiga, ani na pełne wyrzutu spojrzenie Ermanara, Valentine kontynuował: — Wróg pchnie tam jeszcze większe siły, a raz wprawiona w ruch potężna machina nie zdoła przegrupować się w marszu i ruszyć w pogoń za nami, bo my w tym czasie zakręcimy i przejeżdżając przez sam środek opustoszałego obozu udamy się wprost do Bombifale. Stamtąd, przez nikogo nie zatrzymywani, ruszymy przez Górny Morpin, drogą, która doprowadzi nas do Zamku. Czy są pytania?

— A co zrobimy, jeśli się okaże, że między Bombifale a Górnym Morpinem oczekuje nas druga armia? — spytał Ermanar.

— Odpowiem ci, kiedy będziemy za Bombifale. Jeszcze jakieś pytania?

Popatrzył po zebranych, ale nikt się już nie odezwał.

— A więc w drogę!

Minął kolejny dzień i znaleźli się w bardziej urodzajnych okolicach, na zielonych przedpolach Miast Wewnętrznych. Torowali sobie drogę przez chmurną, wilgotną i chłodną strefę, gdzie słońce z trudem przebijało się przez opary wiecznych mgieł. Rośliny, które poniżej wyrastały zaledwie na stopę czy dwie nad ziemię, tutaj osiągały olbrzymie rozmiary, miały liście wielkie jak talerze, łodygi grube niczym pnie drzew i zawsze lśniły ciężkimi kroplami rosy.

Nagle krajobraz się odmienił. Z dna głęboko wciętej doliny nieoczekiwanie wyrósł górski łańcuch. Nie było wielkiego wyboru drogi: na zachód sterczały Iglice Banglecode, region niemożliwych do przejścia, nigdy nie odwiedzanych przez ludzi górskich turni, na wschód rozciągała się szeroka, łagodnie nachylona równina Bombifale, a na wprost, ujęty z obu stron w strome skaliste urwiska, znajdował się szereg gigantycznych, przez naturę wykutych stopni, znany jako przełęcz Pezitole. To tam właśnie, o ile Valentine nie mylił się w swych przypuszczeniach, oczekiwały doborowe oddziały uzurpatora.

Zaczął prowadzić swoje siły ku przełęczy w niezwykle powolnym tempie. Cztery godziny do przodu, dwie godziny biwaku, jeszcze pięć godzin marszu, wczesne rozbijanie obozu, późne zwijanie… Nie wątpił, że jego ruchy są obserwowane przez nieprzyjaciela i dlatego chciał dać mu czas na przygotowanie kontruderzenia.

Następnego dnia nieco przyśpieszył, ponieważ widać już było pierwszy wielki stopień przełęczy. Deliamber, używszy swych czarów, potwierdził jego przypuszczenia: rzeczywiście czeka tam na nich wojsko, a od strony równiny nadciągają następne oddziały.

Valentine uśmiechnął się.

— Teraz to już długo nie potrwa. Wpadną we własne sidła.

Dwie godziny przed zmierzchem dał polecenie rozbicia obozu na przyjemnie wyglądającej łące, przez którą przepływał górski potok.

Wozy ustawiono w szyku obronnym, furażerów wysłano po drewno na ogniska, kwatermistrzowie zaczęli wydawać obiad, nastała noc i… z ust do ust popłynął rozkaz natychmiastowego wymarszu. Ogniska miały płonąć dalej. Część wozów miała pozostać.

Valentine poczuł rosnące podniecenie. W oczach Carabelli pojawił się błysk ożywienia, na policzku Sleeta poczerwieniała stara blizna, a Shanamir, skupiający w swoich rękach mnóstwo najprzeróżniejszych spraw, dwoił się i troił, i to z tak poważną miną, że wydawał się równie godny podziwu, co śmieszny. To były niezapomniane godziny, gdyż każdy wyczuwał, że zapowiedź wielkich wydarzeń wisi już w powietrzu.

— Musiałeś kiedyś, na Górze, dogłębnie przestudiować rzemiosło wojenne — zauważyła Carabella — jeśli teraz potrafisz przeprowadzać takie manewry.

— Rzemiosło wojenne? — zaśmiał się Valentine. — Na Majipoorze zapomniano o nim w sto lat po śmierci Lorda Stiamota. Nic nie wiem o wojnie, Carabello.

— Skąd zatem…

— To tylko wyczucie. Łut szczęścia. To takie gigantyczne żonglowanie. Uczę się wojny w marszu. — Mrugnął porozumiewawczo. — Tylko nie rozgłaszaj tego nikomu. Niech myślą, że ich generał jest geniuszem, a dzięki temu może nim się stanie!

Na przesłoniętym chmurami niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, a rozproszone światło księżyca dawało jedynie nikłą czerwoną poświatę. Drogę do równiny Bombifale, którą poruszała się armia Valentine'a, oświetlano przyćmionymi kulami świetlnymi, a siedzący obok Valentine'a i Ermanara Deliamber był pogrążony w głębokim transie, aby w porę ostrzec przed ewentualnymi zaporami i przeszkodami na drodze. Valentine milczał, ogarnięty niezwykłym spokojem. Pomyślał sobie, że to, co robi, jest rzeczywiście gigantycznym żonglowaniem. I teraz, tak jak zwykł to czynić nie raz i nie dwa podczas wędrówki ze swoją trupą, cofnął się do zakamarków umysłu, gdzie mógł przetwarzać stale zmieniający się ciąg zdarzeń, nie będąc w pełni świadomym ani procesu przetwarzania, ani samych zdarzeń: wszystko przychodzi we właściwym czasie i nie może być wyłączone z naturalnego biegu rzeczy.

Do świtu brakowało jeszcze godziny, kiedy dotarli do miejsca, w którym droga przekraczała wzgórza i wbiegała na równinę. Valentine ponownie wezwał swoich doradców.

— Macie przestrzegać trzech zasad — powiedział. — Zachować szyk zwarty. Nie pozbawiać nikogo życia bez wyraźnej potrzeby. Przeć do przodu. — Podchodził kolejno do nich, każdego obdarzając ciepłym słowem, klepnięciem po ramieniu, uśmiechem. — Śniadanie będziemy dzisiaj jedli w Bombifale, a jutrzejszą kolację na Zamku Lorda Valentine'a. Obiecuję wam to.

Rozdział 10

Zbliżała się chwila, której Valentine obawiał się od miesięcy. Oto prowadził jednych obywateli Majipooru do wojny przeciw innym obywatelom Majipooru. Będzie musiał postawić krew swoich towarzyszy wędrówki przeciwko krwi towarzyszy z lat wczesnej młodości. Ta chwila była tuż-tuż, on jednak trwał w swym postanowieniu i nie tracił spokoju ducha.

O szarym brzasku jego armia przekroczyła skraj równiny, a w porannych mgłach Valentine po raz pierwszy zobaczył legiony przeciwnika. Równina wyglądała tak, jakby w całości wypełniały ją czarne namioty. Wszędzie pełno było żołnierzy, pojazdów, wierzchowców, mollitorów — wszystko razem przemieszane i w ciągłym ruchu.

Siły Valentine'a uformowały klin, którego ostrze stanowiły ślizgacze z jego najdzielniejszymi i najbardziej oddanymi zwolennikami: główny trzon armii składał się z oddziałów Heitluiga, a tysiące nie nawykłych do wojny ochotników z Pendiwane, Makroprosopos i innych miast znad Glayge szło w ariergardzie, więcej znacząc dzięki swej masie niż waleczności. Armia wyzwoleńcza składała się z przedstawicieli wszystkich ras Majipooru. Był w niej pluton Skandarów, oddział Vroonów, cała horda Liimanów o oczach jak rozżarzone węgle, całe mnóstwo Hjortów i Ghayrogów, a nawet mały elitarny korpus Su-Suherów. Prowadził Ermanar, w środkowym, najbardziej wysuniętym wozie, gotów wziąć na siebie całe uderzenie przeciwnika. Ślizgacz Valentine'a zajmował miejsce na prawym skrzydle, Asenharta na lewym, na czele poszczególnych kolumn stali Sleet, Carabella i Zalzan Kavol, a tyły zamykał oddział Lisamon Hultin.

— Naprzód! — krzyknął Valentine. Bitwa się rozpoczęła.

Ślizgacz Ermanara przyspieszył naprzód, trąbiąc i błyskając światłami. Chwilę później ruszył Valentine, zdążywszy jeszcze zauważyć, że po przeciwległej stronie pola walki dotrzymuje im kroku Asenhart. Przypuścili atak na równinę zwartym szykiem, z miejsca powodując zamęt wśród olbrzymiej masy obrońców. Pierwsza linia wojsk uzurpatora załamała się nadspodziewanie łatwo, co nawet mogło sprawiać wrażenie zamierzonego manewru. Ogarnięci paniką żołnierze biegali tam i z powrotem, wpadając na siebie, gubiąc się, szukając broni, a może po prostu ratunku. Wielka odkryta równina nagle zafalowała zdesperowanym tłumem, któremu zabrakło przywódców, a przez ten tłum parła nacierająca falanga. Gdzieś nastąpiła krótka wymiana ognia, jakaś przypadkowa wiązka oślepiającej energii przeszyła powietrze, ale wróg nie był zdolny do zorganizowania spójnej obrony i atakujący go klin pojazdów przedzierał się do przodu, nie widząc żadnej potrzeby zabijania.

— Rozciągnęli linię frontu na sto mil albo i więcej — zauważył spokojnie Deliamber, który siedział u boku Valentine'a. — Ponowne skoncentrowanie sił zabierze im nieco czasu. Ale po początkowej panice przegrupują się i wtedy nie pójdzie nam tak łatwo.

Stało się, jak powiedział, i to dość prędko.

Niedoświadczona straż obywatelska, którą Dominin Barjazid zwerbował w Miastach Strażniczych, łatwo dała się rozproszyć, ale trzon armii obronnej, składający się z rycerzy Góry Zamkowej, jeśli nawet nie obeznany z prawdziwą wojną, to dostatecznie zaprawiony w grach wojennych, zaczął zwierać szeregi i napierać ze wszystkich stron na małe formacje atakujących, które ugrzęzły głęboko między wrogimi siłami, W stronę skrzydła Asenharta sunął już pluton spędzonych nie wiadomo kiedy mollitorów, kłapiących szczękami i groźnie wystawiających pazury. Po drugiej stronie formował się oddział kawalerii, który zdążył odnaleźć swoje wierzchowce. Z kolei Ermanar wpadł pod ogień zaporowy miotaczy energii.

— Zewrzeć szeregi! — krzyknął Valentine! — I naprzód!

Jeszcze się przebijali, ale tempo malało z minuty na minutę. Jeśli początkowo siły Valentine'a wchodziły w oddziały wroga z taką łatwością, z jaką nóż tnie masło, teraz grzęzły w nich niczym w gęstym błocie. Otoczono już wiele pojazdów, a niektóre nawet zatrzymano. Valentine dojrzał w przelocie Lisamon Hultin, która pieszo przedzierała się przez mur obrońców i rzucała nimi na lewo i prawo, jakby to były drewniane szczapy. Na zewnątrz wozów szaleli także trzej Skandarzy — zapewne nikt inny, jak tylko Zalzan Kavol z braćmi — dokonując straszliwej rzezi licznymi wyposażonymi w najrozmaitszą broń ramionami.

Wreszcie i pojazd samego Valentine'a został otoczony, ale jego kierowca dał wsteczny bieg i wykręcił ostro, odrzucając na bok żołnierzy.

Naprzód… naprzód…

Wszędzie leżały ciała. Jeżeli Valentine ufał, że dokona podboju Góry bez rozlewu krwi, to bardzo się mylił. Już pole wałki zaścielały setki zabitych i tysiące rannych. I gdy jakiś wysoki mężczyzna o zaciętej twarzy runął na jego wóz, Valentine tylko spojrzał gniewnie i nie namyślając się powalił go na ziemię wiązką z miotacza. Na odgłos wyładowania energii tylko zacisnął powieki i wypalił jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze.

— Valentine! Lord Valentine!

Okrzyki dobiegały zewsząd, lecz pochodziły z gardeł wojowników obu walczących stron, a każda miała na myśli własnego Valentine'a.

Przestali posuwać się do przodu. Fala płynęła teraz w drugą stronę: obrońcy rozpoczęli kontratak. Wyglądało na to, że byli całkowicie nie przygotowani na pierwszy szturm, i niewiele brakowało, a pozwoliliby armii Valentine'a przebić się przez równinę, ale już przyszli do siebie, zdążyli się przegrupować i dostosować strategię do zaistniałych okoliczności.

— Chyba mają nowe dowództwo, mój panie — donosił Ermanar. — Obecny generał cieszy się wielkim posłuchem i jego wojsko idzie na nas jak burza.

Czoło kontrataku stanowiła zwarta linia bojowa mollitorów. Tępe i niezdyscyplinowane zwierzęta większe wyrządzały szkody masą swego ciała niż szczękami i pazurami; już samo przejście obok mamucich, garbatych cielsk stanowiło poważne wyzwanie. Valentine zauważył, że wielu jego oficerów opuściło ślizgacze i że przy boku Lisamon Hultin walczą mężnie Sleet i Carabella, osłaniani przez własne oddziały. Valentine też chciał do nich dołączyć, ale nie pozwolił mu na to Deliamber.

— Jesteś namaszczony i ciebie nie da się nikim zastąpić — powiedział szorstko. — Walka wręcz nie wymaga twojego udziału.

— Ale…

— Tak musi być.

Valentine nachmurzył się. Nie dbał o swoje bezpieczeństwo, lecz przyznając Vroonowi rację, ustąpił.

— Naprzód! — ryknął przez róg z kości słoniowej, służący do wydawania rozkazów na polu walki.

Rozkaz zawisł w próżni. Chmary wojowników napływały ze wszystkich stron, spychając wojska Valentine'a. Ośrodek odrodzonych sił uzurpatora mieścił się chyba gdzieś w pobliżu, tuż za niewielkim wzniesieniem, skąd ruszały do boju coraz to nowe jednostki. No tak, pomyślał Valentine, ten nowy generał musi być wielkim dowódcą, jeśli potrafił zebrać rozproszone oddziały i natchnąć je nowym duchem. Ja bym też tak zrobił, myślał dalej, gdybym znalazł się na polu. Ja bym też tak zrobił.

— Mój panie — dobiegł go głos Ermanara. — Mój panie, czy widzisz na prawo ten mały kopiec? Za nim znajduje się stanowisko dowodzenia wroga. Tam jest ich generał, w samym środku walki.

— Chcę go zobaczyć — rzekł Valentine, sygnalizując kierowcy, aby poderwał wóz nieco wyżej.

— Mój panie — ciągnął Ermanar — musimy w tym miejscu skoncentrować nasze siły i wyeliminować generała, nim zdobędzie większą przewagę.

— Bezwzględnie — mruknął Valentine ledwo go słuchając. Wpatrywał się przed siebie zmrużonymi oczami. Powoli, w ogólnym zamieszaniu zaczął odróżniać pojedyncze kształty. Tak, to musi być on.

Wysoki, wyższy od niego mężczyzna o grubo ciosanej twarzy, szerokich ustach, przenikliwych ciemnych oczach i rozwichrzonej, związanej na karku szopie ciemnych błyszczących włosów. Do złudzenia przypominał kogoś, kogo Valentine znał z czasów Góry Zamkowej i to znał dobrze, lecz teraz, wytrącony z równowagi toczącą się walką, z trudem zmagał się ze swoją pamięcią…

Tak. Oczywiście.

Elidath z Morvole.

Jak mógł nie rozpoznać natychmiast, nawet pośród tego szaleństwa, towarzysza swojej młodości, Elidatha, który, zdarzało się, bywał mu bliższy niż brat; Elidatha, najdroższego ze wszystkich przyjaciół, współuczestnika tylu najśmielszych wypraw, obdarzonego podobnymi zdolnościami i podobnym usposobieniem; Elidatha, uważanego przez wszystkich, także i przez Valentine'a, za sukcesora Koronala.

Elidadi dowodził wrogą armią. Niebezpieczny generał, którego należało zneutralizować.

— Mój panie? — spytał Ermanar. — Czekamy na twoje rozkazy. Valentine zawahał się.

— Masz go otoczyć — rzekł po chwili. — I unieszkodliwić. Wziąć do niewoli, jeśli dasz radę.

— Możemy skoncentrować ogień…

— On musi wyjść z tego cało — powiedział Valentine tonem nie znoszącym sprzeciwu.

— Mój panie…

— Musi wyjść cało, powiedziałem.

— Tak jest, mój panie.

Ermanar podporządkował się rozkazowi wyraźnie nie przekonany. Wróg to wróg i aby pozbyć się zagrożenia, trzeba jak najprędzej zabić generała. Valentine rozumiał swego oficera — lecz to był Elidath!

Obserwował poczynania Ermanara z napięciem i rozpaczą w sercu. Nietrudno było wydać odpowiedni rozkaz, trudniej w ogniu walki dopilnować jego wykonania. Cały czas obawiał się, że jeden z jego ukochanych towarzyszy poprowadzi do boju oddziały przeciwnika, ale nie spodziewał się, że będzie nim Elidath. Nie spodziewał się, że to właśnie on znajdzie się w niebezpieczeństwie i że z chwilą, kiedy dotrze do niego armia wyzwoleńcza, może zginąć. To straszne!

Podniósł się.

— Ty nie musisz… — powiedział Deliamber.

— Muszę — odrzekł. Opuścił wóz, zanim stary Vroon zdążył rzucić na niego czary.

To, co działo się na zewnątrz, było niepojęte. Tam i z powrotem biegały jakieś sylwetki, wrogów nie dawało się odróżnić od przyjaciół, zgiełk, tumult, okrzyki, gwizdki, kurz i obłęd. Walka, którą Valentine śledził z pokładu ślizgacza, tutaj nabierała innego wymiaru. Zdawało mu się, że pośród ogólnego zamieszania dostrzega oddziały Ermanara, przebijające się w stronę obozu Elidatha.

— Mój panie — zawołał za nim Shanamir — zewsząd cię widać! Ty…

Valentine odprawił go machnięciem ręki i ruszył w sam środek walki.

Z chwilą ataku Ermanara na punkt dowodzenia wroga, losy bitwy znów zdawały się odmieniać. Ponownie najeźdźcy łamali linię obrony i wróg szedł w rozsypkę. Zarówno mieszczanie, jak i rycerze wycofywali się w bezładnych grupach i pierzchali na boki przed bezlitosną nawałą atakujących i tylko gdzieś daleko z przodu, otaczając Elidatha, trwała niezłomnie garstka obrońców, niczym samotna skała wydana na pastwę rozszalałego żywiołu.

Valentine modlił się o życie Elidatha. Niech go pochwycą, i to prędko, lecz niech nic mu się nie stanie. Przez nikogo nie rozpoznawany, przeciskał się do przodu. Byli chyba blisko zwycięstwa, lecz oby to zwycięstwo nie zostało okupione zbyt wysoką ceną, ceną śmierci jego dawnego przyjaciela.

Tuż przed sobą zobaczył Lisamon Hultin i Khuna z Kianimotu, walczących ramię przy ramieniu i wyrąbujących przejście dla innych. Khun oddawał się radośnie swojemu zajęciu, tak jakby cale życie czekał na tę chwilę.

Wtem niebieskoskóry obcy zachwiał się i zatoczył bezradnie: wiązka ognia, wysłana przez wroga, raziła go w pierś. Lisamon Hultin chwyciła padającego i położyła ostrożnie na ziemię.

— Khun! — krzyknął Valentine rzucając się ku niemu.

Nawet z daleka można było poznać, że obcy jest ciężko ranny.

Oddychał z trudem; szczupła twarz o ostrych rysach stała się niemal szara, oczy zmętniały. Na widok Valentine'a zapaliło się w nich jeszcze jakieś światełko; próbował unieść głowę.

— Mój panie — powiedziała olbrzymka — to nie jest miejsce odpowiednie dla ciebie.

Valentine nie słuchał jej. Pochylił się nad rannym.

— Khun? Khun? — szeptał żarliwie.

— W porządku, mój panie. Wiedziałem… wiedziałem… musiał być jakiś powód, dla którego przybyłem do waszego świata…

— Khun!

— Jaka szkoda… ominie mnie bankiet po zwycięstwie…

Valentine objął bezradnie kościste ramiona Khuna. Życie już wyciekało powoli z jego ciała, a długa i dziwna podróż dobiegała kresu. Niebieskoskóry zdążył jednak przed śmiercią znaleźć cel, dla którego warto było żyć. I znalazł spokój.

Valentine podniósł się i rozejrzał dokoła, zastanawiając się, czy ta szaleńcza walka nie jest snem. Szybko został otoczony murem swoich ludzi, a ktoś, może Sleet, odciągał go w bezpieczne miejsce.

— Nie — powiedział cicho. — Pozwólcie mi walczyć…

— Nie tutaj, mój panie. Czy chcesz podzielić los Khuna? Co stanie się z nami, jeśli ty polegniesz? Od przełęczy Peritole napływają następne oddziały wroga. Niedługo rozgorzeje jeszcze zaciętszy bój. Nie powinieneś znajdować się na polu walki.

Valentine rozumiał ich racje. Dominin Barjazid nie zjawił się na scenie tego widowiska i on sam prawdopodobnie też nie powinien być tu obecny. Lecz jak mógłby siedzieć w zaciszu ślizgacza, kiedy inni za niego umierali, kiedy Khun, który nawet nie pochodził z ich świata, już oddał życie, kiedy tuż obok, za tamtym kopcem, ukochanemu Elidathowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo — i to ze strony jego, Valentine'a, oddziałów? Wahał się, niezdecydowany. Sleet, jeszcze bardziej blady niż zwykle, puścił go, przywoływany przez Zalzana Kavola; olbrzymi Skandar zbliżał się do nich wymachując mieczami w trzech rękach i miotaczem w czwartej. Valentine zobaczył krótką, gwałtowną naradę, po czym Zalzan Karol, odpychając obrońców niemal wzgardliwym gestem, zaczął torować sobie drogę do Valentine'a. Jeszcze chwila, pomyślał Valentine, a Skandar odciągnie go z pola bez względu na to, czy jest koronowanym władcą, czy nie.

— Zaczekajcie — powiedział. — Ewentualny następca Koronala znajduje się w niebezpieczeństwie. Rozkazuję wam iść za mną!

Słysząc obcy im tytuł, Sleet i Zalzan Karol spojrzeli po sobie, zbici z tropu.

— Ewentualny następca? — powtórzył Sleet. — Kto to jest?

— Chodźcie ze mną — powiedział Valentine. — To rozkaz. Zalzan Karol nie ustępował:

— Twoje bezpieczeństwo, mój panie, jest…

— …nie jedyną ważną sprawą. Sleecie, osłaniaj mnie z lewej! Zalzanie Karolu, z prawej!

Obaj byli zbyt zaskoczeni, żeby się sprzeciwiać. Valentine przywołał również Lisamon Hultin i strzeżony przez przyjaciół ruszył pośpiesznie w stronę kopca, ku linii frontu.

— Elidathu! — krzyknął, ile tchu w piersiach.

Na dźwięk tak potężnego głosu, niosącego się chyba pól mili, ustały na chwilę wszelkie działania wojenne. Mijając szeregi zamarłych w bezruchu wojowników Valentine wybiegł spojrzeniem ku postaci Elidatha. Kiedy napotkał jego oczy, zobaczył, że ciemnowłosy mężczyzna zatrzymuje się, odwzajemnia spojrzenie, marszczy czoło, wzrusza ramionami.

— Schwytajcie tego człowieka! Przyprowadźcie go do mnie! Nietkniętego! — zawołał do Sleeta i Zalzana Karola.

Chwila bezruchu minęła, a zgiełk walki podniósł się ze zdwojoną siłą. Wojsko Valentine'a raz jeszcze ruszyło ku ściśniętemu i cofającemu się wrogowi. Elidath, osłonięty murem swoich ludzi, trwał wciąż na stanowisku. Po chwili jednak chaos ogarnął wszystko i wszystkich, i Valentine stracił z oczu dawnego towarzysza. Ktoś go odciągał, Sleet, a może Carabella, przynaglając do powrotu w bezpieczne miejsce, ale on mruknął coś i uwolnił rękę.

— Elidathu z Morvole! — Wyjdź przed szeregi, będziemy pertraktować!

— Kim jest ten, który mnie wzywa? — nadbiegła odpowiedź.

I znów falujący tłum rozstąpił się na boki. Valentine wyciągnął ramiona ku marszczącej czoło postaci i zaczął odpowiadać. Zdał sobie jednak sprawę, że słowa w takiej sytuacji są zbyt wolne i niezdarne. Zamknął oczy i skoncentrował całą świadomość na srebrnym diademie matki, po czym pokonując oddzielającą go od Elidatha z Morvole przestrzeń, przekazał mu płynące z głębi duszy skoncentrowane fragmenty snów-obrazów…

…dwaj młodzi mężczyźni, jeszcze niemal chłopcy, jadą na lśniących i rączych wierzchowcach przez las skarłowaciałych drzew…

…w poprzek ścieżki leży niby wąż gruby skręcony korzeń, wierzchowiec potyka się, chłopiec pada do przodu na głowę…

…straszny trzask, stercząca przez rozdartą skórę złamana kość…

…drugi chłopiec ściąga cugle, zawraca, gwiżdże ze zdziwienia i strachu widząc rozmiar złamania…

Valentine wyczerpał cały zapas swych sił. Musiał przerwać kontakt z Elidathem. Znużony, powrócił do rzeczywistości.

Elidath patrzył na niego oszołomiony. Zdawało mu się, że na polu walki są tylko oni dwaj i że cały ten zgiełk wokół ich nie dotyczy.

— To prawda — przemówił Valentine. — Znasz mnie, Elidathu. Tylko nie znasz twarzy, którą noszę.

— Valentine?

— Nikt inny.

Ruszyli ku sobie. Otoczył ich w milczeniu zwarty krąg walczących ze sobą oddziałów. Kiedy dzieliła ich odległość kilku stóp, przystanęli niepewnie, jakby przed pojedynkiem. Elidath niezmiernie zdziwiony badał wzrokiem rysy Valentine'a.

— Czy to możliwe? — spytał w końcu. — Czy możliwe są takie czary? — Jechaliśmy razem przez tamten las w pobliżu Amblemornu — powiedział Valentine. — Nigdy przedtem ani potem nie czułem takiego bólu. Pamiętasz, że podczas nastawiania kości krzyknąłeś tak, jakby to była twoja noga.

— Jak możesz o tym wiedzieć?

— A potem miesiącami siedziałem zły, że ty, Tunigorn i Stasilaine włóczycie się po Górze beze mnie? Pamiętasz? I to, że utykałem i to nawet wtedy, kiedy wróciłem do zdrowia? — Valentine roześmiał się. — Dominin Barjazid ukradł moją ułomność razem z całym ciałem! Któż mógłby spodziewać się z jego strony takiej łaski?

Elidath stał jak rażony obuchem. Potrząsnął głową, jakby chciał uwolnić ją z pajęczych nici.

— To czary — rzekł.

— Tak, to czary. A ja jestem Valentine.

— Valentine jest w Zamku. Widziałem go nie dalej jak wczoraj. Życzył mi powodzenia, wspominał dawne czasy, wspólne rozrywki…

— Ukradzione wspomnienia, Elidathu. Wyławia je z mego mózgu, w którym na trwałe wyryły się dawne obrazy. Czy w ciągu ostatniego roku nie zauważyłeś w nim nic szczególnego? — Valentine spojrzał Elidathowi głęboko w oczy. Ciemnowłosy mężczyzna zadrżał, jakby bojąc się kolejnych czarów. — Czy nie zdawało ci się, że twój Valentine ostatnio odsuwa się od ciebie, że jest zamyślony i tajemniczy?

— To prawda, lecz sądziłem, że powoduje nim troska o tron.

— A więc zauważyłeś różnicę! Zauważyłeś zmianę!

— Tak, choć może niewielką. Jakaś oziębłość, rezerwa, chłód…

— I mimo to zapierasz się mnie?

Elidath wpatrzył się w mego.

— Valentine? — wymamrotał, jeszcze nie dowierzając. — To ty? Naprawdę ty? W tym dziwnym przebraniu?

— Nikt inny. A ten tam w Zamku okłamał ciebie i cały świat. — Jakie to dziwne.

— Chodź, uściśnij mnie i skończ z tym mamrotaniem. — Uśmiechając się szeroko, Valentine przyciągnął go do siebie i objął jak przyjaciel przyjaciela. Elidath zesztywniał. Jego ciało było niepodatne jak drewno. Po chwili odepchnął Valentine'a i cofnął się o krok, drżąc na całym ciele.

— Nie musisz się mnie obawiać, Elidathu. — Żądasz zbyt wiele. Mam uwierzyć…

— Tak, masz uwierzyć.

— Wierzę, choć nie do końca. Ciepło twoich oczu… uśmiech… wszystko to, co pamiętasz…

— Uwierz do końca — ponaglał go żarliwie Valentine. — Pani, moja matka, przysyła ci pozdrowienia, Elidathu. Zobaczysz ją znów na Zamku, kiedy urządzimy festyn, aby uczcić mój powrót. Zawracaj swoje wojsko, drogi przyjacielu, i przyłącz się do naszego marszu na Górę.

Na twarzy Elidatha odbijała się walka, jaką toczył sam ze sobą. Zagryzł wargi i zacisnął gwałtownie szczęki. W milczeniu mierzył wzrokiem Valentine'a.

W końcu rzekł:

— Może popełniam czyn szalony, lecz uznaję cię za tego, za kogo się podajesz.

— Elidathu!

— Dołączę do twojego wojska, lecz niech bogowie mają cię w swej opiece, jeśli mnie zwiodłeś.

— Obiecuję ci, że nie będziesz żałował tego, co robisz. Elidath skinął głową.

— Wyślę posłańców do Tunigorna… — Gdzie on jest?

— Zabezpiecza przełęcz Peritole przed twoim ewentualnym atakiem. Stasilaine jest razem z nim. Byłem rozgoryczony, kiedy powierzono mi dowództwo armii na równinie, bo uważałem, że ominie mnie walka. Och, Valentine, czy to naprawdę ty? Ze złotymi włosami i z tym niewinnym wyrazem twarzy?

— Tak, jestem prawdziwym Valentinem. To ja, razem z tobą, kiedy mieliśmy po dziesięć lat, wymknąłem się do Górnego Morpinu, pożyczyłem rydwan Voriaxa i jeździłem na nim cały dzień i pół nocy, a potem zostałem ukarany tak samo jak ty…

— …tylko skórki ze starego chleba stajja przez trzy dni, rzeczywiście…

— …a Stasilaine przyniósł nam potajemnie talerz mięsa, ale przyłapano go na tym i przez następny dzień też jadł skórki razem z nami…

— …tego nie pamiętam. A ty pamiętasz, jak Voriax kazał nam czyścić do połysku cały rydwan, bo go ubłociliśmy…

— Elidathu!

— Valentine!

Roześmiani, szczęśliwi, zaczęli okładać się pięściami.

Nagle Elidath zasępił się.

— Ale gdzie ty byłeś? — spytał. — Co działo się z tobą przez cały rok? Bardzo cierpiałeś, Valentine? Czy…

— To niezmiernie długa historia — odpowiedział poważnym głosem Valentine. — I nie miejsce tu, aby ją opowiadać. Musimy położyć kres tej walce, Elidathu. Z winy Dominina Barjazida umierają niewinni ludzie. Nie możemy na to pozwolić. Zbieraj swoje wojsko i zawracaj.

— W tym domu obłąkanych nie pójdzie mi łatwo.

— Wydaj rozkazy. Wyślij wieści do innych dowódców. Powstrzymaj zabijanie. A potem pojedziesz z nami do Bombifale, do Górnego Morpinu, do Zamku.

Rozdział 11

Elidath zniknął między przemieszanymi szeregami obrońców, a Valentine wrócił do wozu. Tu dowiedział się od Ermanara, że kiedy on pertraktował z Elidathem, jego wojsko zdołało umocnić pozycje i teraz klinem wrzynało się w szeregi wielkiej, lecz bezładnie rozlokowanej armii fałszywego Koronala. Pole bitwy przedstawiało sobą straszliwy obraz i rozproszeni, pozbawieni ducha walki obrońcy nawet nie usiłowali stawić czoła atakującym.

Wokół rozpętało się istne piekło i powstrzymanie machiny wojennej stanowiło zadanie niemal nie do wykonania. Pośród tysięcy wojowników, przepływających po równinie Bombifale bezładnymi strumieniami, a także innych, wracających z przełęczy na wieść o ataku Valentine'a, nie sposób było wyegzekwować jakichkolwiek rozkazów. W samym epicentrum szaleństwa powiewał już proporzec Elidatha i Valentine wiedział, że przyjaciel stara się dotrzeć do swoich łączników, aby donieść im o przejściu na stronę dotychczasowego przeciwnika, lecz nikt już nie panował nad armią i żołnierze niepotrzebnie umierali. Każda kolejna ofiara była dla Valentine'a jak cios prosto w serce.

Nie mogąc zaradzić złu, zasygnalizował Ermanarowi, aby ten przedzierał się naprzód.

Po upływie godziny pole bitwy zaczęło odmieniać swój wygląd.

Formacje Valentine'a przemieszczały się nie powstrzymywane już przez nikogo, a równolegle do nich, nieco bardziej na wschód, szła druga kolumna, prowadzona przez Elidatha. Reszta gigantycznej armii okupującej równinę podzieliła się, wymieszała i w ogólnym zamęcie walczyła sama ze sobą. Małe grupki kurczowo trzymały się swoich sektorów i atakowały każdego, kto się do nich zbliżył.

Jeszcze chwila i te niezdarne hordy zostały daleko na tyłach Valentine'a, a podwójna kolumna, po pokonaniu górnego piętra równiny i zatoczeniu łagodnego łuku, pięła się na grań, na której wznosiło się Bombifale, najstarsze i najpiękniejsze z Miast Wewnętrznych. Było późne popołudnie. Niebo stawało się coraz czystsze i jaśniejsze, a powietrze cieplejsze, ponieważ pozostał już za nimi opasujący Górę rejon chmur, a zaczynała się strefa podszczytowa, wiecznie skąpana w słonecznym blasku.

I oto, wznosząc się nad przybyszami niczym wizja starożytnej świetności, ukazało się Bornbifale: wielkie pożłobione mury z ognisto-pomarańczowego piaskowca, wysadzane potężnymi romboidalnymi płytami błękitnego kalcytu, sprowadzonego z wybrzeży Morza Wielkiego jeszcze za czasów Lorda Pinitora, a na tych murach sterczące w skrupulatnie odmierzonych, równych odstępach wysokie, ostre niczym igły wieże, delikatne i pełne wdzięku, kładące na równinę długie przedwieczorne cienie.

Dusza Valentine'a wezbrała zachwytem i radością. Za nim leżały setki mil Góry Zamkowej, pierścień za pierścieniem, krąg za kręgiem olbrzymich, zgiełkliwych miast, Miast na Stokach, Wolnych Miast, Miast Strażniczych. Za nim też rozsypywała się w żałosnym zamieszaniu armia, która opóźniała jego wspinaczkę, a przed nim, mniej niż o dzień drogi, znajdował się Zamek. Groźne ukłucia Króla Snów, tak kiedyś bolesne, teraz, jeśli nawet dopadały go nocami, łaskotały zaledwie jego duszę; przy boku miał ukochanego przyjaciela Elidatha, a dwaj następni, Stasilaine i Tunigorn, śpieszyli, aby do niego dołączyć.

Jak dobrze było spoglądać na wieże Bombifale, wiedząc, co leży za nimi! Wzgórza, niebotyczne miasta, ciemna bujna trawa łąk, czerwone kamienie górskiej drogi do Górnego Morpinu, ukwiecone pola po obu stronach gościńca Grand Calintane, który kończył się przy południowym skrzydle Zamku — znał te miejsca lepiej niż to silne, lecz wciąż nieco obce ciało, podarowane mu w Tilomon. Był prawie w domu.

A potem?

Rozgrywka z uzurpatorem, zaprowadzenie ładu… Były to jednak wyzwania tak przerażające, że nie bardzo wiedział, jak się do nich zabrać. Opuścił Górę Zamkową blisko dwa lata temu i niemal na równie długo odsunięto go od władzy. Ogłoszone przez Dominina Barjazida prawa należało zbadać i najprawdopodobniej uchylić. Był także problem, który do tej pory umykał jego uwagi, kwestia włączenia towarzyszy jego długiej wędrówki w istniejący już na Zamku system urzędniczy, gdyż niewątpliwie trzeba będzie znaleźć odpowiednio wysokie stanowiska dla Deliambera, Sleeta, Zalzana Kavola i całej reszty. A przecież należało także pomyśleć o Elidathu i innych, którzy do tej pory stanowili trzon jego dworu. Nie mógł odepchnąć ich od siebie tylko dlatego, że przyprowadził z wygnania nowych ulubieńców. To było kłopotliwe, lecz miał nadzieję, że tak wszystkim potrafi pokierować, by nikogo nie urazić i nie stać się przyczyną…

Jego uszu dobiegł głos Deliambera.

— Obawiam się, że zbliżają się nowe kłopoty, i to wcale nie małe.

— Co masz na myśli?

— Czy widzisz jakieś zmiany na niebie?

— Tak — odpowiedział. — Od kiedy opuściliśmy rejon chmur, przejaśniało, a błękit nabrał głębszej barwy.

— Przyjrzyj się dokładniej — rzekł Deliamber.

Valentine spojrzał w górę stoku. Rzeczywiście, jasne niebo, którym cieszył się przed chwilą, pociemniałe nad ich głowami, jakby niosąc zapowiedź burzy. Chmur nie było, lecz mimo to błękit zaciągnął się dziwną, złowróżbną, szarością. Proporce, dotychczas powiewające łagodnie nad ślizgaczami, teraz przygięły się od gwałtownych podmuchów wiejącego ze szczytu wiatru.

— Zmiana pogody — stwierdził Valentine. — Pewnie idzie deszcz. Dlaczego się niepokoisz?

— Czy na tej wysokości Góry Zamkowej często się zdarzają zmiany pogody?

Valentine zmarszczył brwi. — Nieczęsto.

— Nigdy — stwierdził Deliamber. — Mój panie, dlaczego w tym regionie klimat jest tak łagodny?

— Dlatego, oczywiście, że kieruje się nim z Zamku, że wytwarzają go i regulują wielkie maszyny, które…

Przerwał, spoglądając na Deliambera z przerażeniem.

— No właśnie!

— Nie! To nie do pomyślenia!

— Zastanów się jednak, mój panie — rzekł Vroon. — Góra tkwi pośród zimnej nocy przestrzeni kosmicznej. Nad nami, w Zamku, ukrywa się odrażające indywiduum, które zasiadło na tronie w rezultacie zdrady i które właśnie się dowiedziało, że jego najbardziej zaufani generałowie przeszli na stronę wroga. Niepokonana armia pnie się do góry, nie napotykając żadnych przeszkód. W jaki sposób można ją powstrzymać? Trzeba wyłączyć maszyny regulujące klimat i spowodować, że powietrze zamarznie nam w płucach, noc zapadnie już po południu, nas zaś ogarnie czarna próżnia. Zamieni tę Górę w pozbawione życia skalne zręby, takie jak wznosiły się tu przed dziesięcioma tysiącami lat. Spójrz na niebo, Valentine! Spójrz na proporce na wietrze!

— Przecież na Górze żyje miliard ludzi! — krzyknął Valentine. — Jeśli wyłączy maszyny, zniszczy ich razem z nami! Siebie zresztą też, chyba że znalazł jakiś sposób zabezpieczenia Zamku przed zimnem.

— Czy myślisz, że w tej chwili dba o własne życie? Jego los, tak czy inaczej, jest przesądzony. Ginąc w ten sposób, pociągnie za sobą ciebie… i każdego mieszkańca Góry Zamkowej. Spójrz na niebo, Valentine! Spójrz, jak ciemnieje!

Valentine zadrżał. Nie ze strachu. Drżał z gniewu na myśl, że Dominin Barjazid, dopuszczając do ostatecznego kataklizmu, skłonny jest zniszczyć wszystkie miasta na Górze, wymordować niemowlęta i matki, które oczekują dzieci, rolników na polach i kupców w sklepach, miliony niewinnych istot, które nie mają żadnego udziału w walce o Zamek. I po co ta rzeź? Po to, by dać upust gniewnej furii, spowodowanej utratą tego, co nigdy nie było jego prawowitą własnością! Valentine znów spojrzał w niebo, łudząc się jeszcze, że znajdzie tam oznaki jakiegoś naturalnego zjawiska. Byt naiwny w swojej ufności. To Deliamber miał rację: na Górze Zamkowej pogoda nigdy nie była zjawiskiem naturalnym.

— Jesteśmy jeszcze daleko od Zamku. Ile czasu upłynie, zanim wszystko zacznie zamarzać? — spytał ogarnięty bólem.

Deliamber wzruszył ramionami.

— Kiedy zbudowano pierwsze maszyny do wytwarzania powietrza, musiało minąć wiele miesięcy, zanim zgęstniało na tyle, by na tej wysokości mogło istnieć życie. Tak, wiele miesięcy, mimo że maszyny pracowały dzień i noc. Zniszczenie ich dzieła potrwa prawdopodobnie krócej, ale, jak sądzę, jedna chwila tu nie wystarczy.

— Czy dotrzemy do Zamku w porę, by zapobiec nieszczęściu?

— Trzeba się będzie śpieszyć, mój panie — powiedział Vroon.

Valentine zmarkotniał. Twarz mu się zachmurzyła. Rozkazał zatrzymać wozy i wezwał do siebie oficerów. Wóz Elidatha, uprzedzając jego wezwanie, jechał ku niemu, skracając sobie drogę przez równinę. Widocznie Elidath także zauważył, że coś jest nie w porządku. Valentine wyszedł z wozu. Otrząsnął się. Powietrze jeszcze się nie ochłodziło, atmosfera była jednak wystarczająco złowieszcza.

Elidath podbiegł do przyjaciela. Tak jak i on, miał posępną minę. Wskazał na ciemniejące niebo i powiedział:

— Mój panie, ten szaleniec nie mógł zrobić nic gorszego!

— Wiem. My również zauważyliśmy zmianę pogody.

— Tunigorn już pędzi za nami, a Stasilaine przybywa od strony Banglecode. Musimy dotrzeć do Zamku tak szybko, jak to możliwe.

— Myślisz, że mamy dość czasu? — spytał Valentine. — Wystarczająco. Jednak tym razem będę wracał do domu tak szybko, jak nigdy dotąd.

Sleet, Carabella, Lisamon Hultin, Asenhart i Ermanar zbili się w ciasną grupkę, spoglądając niepewnie po sobie. Jako obcy przybysze prawdopodobnie nie zwrócili uwagi na zmianę odcienia błękitu, jednak patrząc na Valentine'a i Elidatha zdawali sobie sprawę, że czekają ich jakieś kłopoty.

Valentine wyjaśnił im zwięźle istotę problemu, a wtedy w ich zmieszanych spojrzeniach można było wyczytać niedowierzanie połączone ze strachem i gniewem.

— W Bombifale nie będzie żadnego postoju — rzekł Valentine. — Jedziemy do Zamku przez Górny Morpin i nie zatrzymujemy się nigdzie po drodze. — Popatrzył na Ermanara. — Obawiam się, że w wojsku może wybuchnąć panika. Musisz jej zapobiec. Zapewnij swoje oddziały, że tylko wtedy będziemy bezpieczni, gdy zdążymy na czas do Zamku, że panika nas zgubi i że jedyna nadzieja leży w szybkim działaniu. Zrozumiałeś? Od tego, jak szybko dojedziemy na miejsce, zależy życie miliarda istot. Również nasze.

Rozdział 12

Nie był to pełen uniesienia szturm Góry, jaki sobie tylekroć wyobrażał. Kiedy odniósł zwycięstwo na równinie Bombifale, pomyślał, że na drodze do celu nie istnieje już żadna przeszkoda, i kamień spadł mu z serca. Natychmiast stanęła mu przed oczami wizja przyjemnej podróży do Miast Wewnętrznych, powitalny bankiet w Bombifale, podczas gdy na szczycie Góry Barjazid w oczekiwaniu na najgorsze będzie trząsł się tchórzliwie ze strachu, triumfalne wkroczenie do Zamku, uwięzienie uzurpatora, proklamowanie odnowy królestwa — a wszystko we wspaniałej oprawie i tak pewne, tak nieodwracalne. Aby rozwiać te mrzonki, wystarczył jeden podmuch wiatru. Pędzili do góry w rozpaczliwym pośpiechu; niebo ciemniało z minuty na minutę, wiatr ze szczytu przybierał na sile, powietrze zaczynało kąsać zimnem. Co dzieje się teraz w Bombifale, Peritole, Banglecode i jeszcze wyżej, w Halaiix, w jednym i drugim Morpinie, w samym Zamku? Sądzono tam zapewne, że stało się coś straszliwego, jeśli nawet najdalsze zakątki Góry Zamkowej cierpią od zimnych podmuchów, a balsamiczne popołudnie zmienia się w niezgłębioną noc. Czy zdają sobie sprawę, że zbliża się ich zagłada? A co z mieszkańcami Zamku — czy w przypływie rozpaczy usiłują dostać się do maszyn, by je uruchomić, czy też uzurpator zamknął ich pod strażą i śmierć dopadnie wszystkich?

Bombifale było już na wyciągnięcie ręki. Valentine mijał je z żalem, gdyż jego ludzie byli znużeni po ciężkiej walce, wiedział jednak, że nawet krótki odpoczynek w tym mieście może stać się odpoczynkiem na wieki.

Wyżej. Wyżej. Przez gęstniejącą noc. Choć poruszali się tak prędko, jak mogli, Valentine wciąż ponaglał, wyobrażając sobie wielkie place zatłoczone chaotyczną ciżbą wystraszonych istot, plączących, spoglądających po sobie, na niebo, wykrzykujących “Lordzie Valentine, ratuj nas!”; istot nie zdających sobie sprawy, że ciemnowłosy mężczyzna, do którego zanoszą modły, jest sprawcą ich zagłady. Oczyma duszy widział początek panicznej ucieczki w dolne regiony, wylewające się z Zamku na drogi potoki zrozpaczonych, skazanych na zagładę, ścigających się ze śmiercią ludzi. Widział fale lodowatego powietrza spływające po stokach, liżące wymuskane drzewa Bariery Tolingar i kamienne ptaki w Furible, pociągające czernią wykwintne ogrody Stee i Minimoolu, skuwające lodem kanały Hoikmaru. Osiem tysięcy lat dbałości o cud, jakim była Góra Zamkowa, może pójść na marne w mgnieniu oka, zniszczone przez szaleństwo zimnej i zdradzieckiej duszy.

Przywoływały Valentine'a mijane tuż obok mury i wieże Bombifale doskonałe w swych kształtach i wciąż piękne aż do bólu, mimo że kładł się już na nie zapadający mrok. Nie zatrzymał się; jechał dalej, wciąż dalej. Już mknął po czerwonych kamiennych blokach starożytnej drogi. Po lewej ręce miał wóz Elidatha, po prawej Carabelli; był tam też Sleet, Zalzan Karol, Ermanar, Lisamon Hultin i całe mnóstwo oddziałów zebranych w czasie długiej podróży. Wszyscy śpieszyli za swoim panem i choć nie rozumieli, skąd przychodzi zagłada, byli jednak świadomi, że zbliża się moment apokalipsy, kiedy zatriumfuje najwyższe zło, i jedynie odwaga, odwaga i pośpiech, mogą unicestwić jego zwycięstwo.

Naprzód, naprzód. Valentine zaciskał pięści i próbował unieść wóz wyżej siłą woli. Deliamber, który go nie odstępował, nawoływał do spokoju i opanowania. Jak można zachować spokój, kiedy powietrze Góry Zamkowej zaczyna się rozpadać, cząstka za cząstką, a na ziemię spływa najczarniejsza noc?

— Popatrz — rzekł Valentine. — Popatrz na te drzewa wzdłuż drogi, które są pokryte purpurowo-złocistymi kwiatami. To są halatyngi, zasadzone tu setki lat temu. Kiedy zaczynają kwitnąć, w Górnym Morpinie urządza się festyn, a pod nimi, na drodze, tańczą ludzie. I widzisz? Widzisz? Liście już się marszczą, już czernieją na czubkach. Te drzewa nigdy nie doświadczały tak niskich temperatur, a przecież zimno dopiero się zaczyna. Co się z nimi stanie za kilka godzin? Co stanie się z ludźmi, którzy przychodzą tu tańczyć? Jeśli zwykły chłód powoduje więdnięcie liści, to co będzie z nimi, kiedy przyjdzie mróz i śnieg? Śnieg na Górze Zamkowej! Śnieg, a po nim to najgorsze, kiedy ucieknie całe powietrze, kiedy wszystko stanie nagie w obliczu gwiazd. Deliamberze…

— Na razie żyjemy, mój panie. Co to za miasto, tam nad nami? Valentine popatrzył w dal przez gęstniejące cienie.

— Górny Morpin. Miasto gier i zawodów sportowych. — Pomyśl o tych, które odbędą się tu za miesiąc, mój panie, dla uczczenia twojego powrotu.

Valentine skinął głową.

— Tak — powiedział bez śladu ironii w głosie. — Pomyślę o nich za miesiąc, pomyślę o śmiechu, o winie, o kwiatach na drzewach, o śpiewie ptaków. Czy nie da się jechać prędzej, Deliamberze?

— Pojazd się unosi — odpowiedział Vroon — ale nie frunie. Bądź cierpliwy. To już niedaleko.

— Wciąż jeszcze kilka godzin jazdy przed nami — odparł posępnie Valentine.

Aby odzyskać równowagę ducha, przypomniał sobie pogrzebanego gdzieś w głębi siebie Valentine'a-żonglera. Zobaczył, jak ten młody, prostoduszny mężczyzna stoi na stadionie w Pidruid i koncentruje się wyłącznie na dopiero co wyuczonych sztuczkach. Rekwizyty do żonglowania, własne ręce, oczy — nie istnieje nic poza tym. Spokojnie, spokojnie, spokojnie. Wniknij w siebie, pamiętaj, że życie jest zwykłą grą, podróżą, ulotną chwilą, pamiętaj, że Koronal może zostać pożarty przez smoka morskiego albo ciśnięty na kamieniste dno rzeki, albo może być sparodiowany przez zagubionych w dżdżystych lasach Metamorfów. I co z tego? A jednak, słaba to była pociecha. Nie chodziło przecież o los jednego człowieka, który w oczach bogów niewiele znaczy, nawet jeśli jest królem. Zagrożony był los miliarda niewinnych istnień. Zagrożone było niezwykle kunsztowne dzieło, ta Góra, jedyna i niepowtarzalna w całym wszechświecie. Popatrzył na bezmiar ciemniejącego nieba, na którym już niedługo gwiazdy będą świecić także w południe. Odległe gwiazdy, nieprzeliczone światy, lecz żaden z nich nie miał takiej Góry Zamkowej ani takich Pięćdziesięciu Miast. Czy możliwe, aby to wszystko zginęło w ciągu jednego popołudnia?

— Górny Morpin — powiedział. — Miałem nadzieję, że wrócę do niego w szczęśliwszych okolicznościach.

— Nie przejmuj się — wyszeptał Deliamber. — Dzisiaj go mijamy, ale nadejdzie dzień, kiedy będziesz się w nim jeszcze bawił.

No tak, unosząca się na prawo błyszcząca pajęcza sieć, to był Górny Morpin, baśniowe miasto gier, marzeń i snów, utkane ze złotych nici, jak myślał, kiedy będąc chłopcem wpatrywał się w jego zadziwiające budynki. Teraz rzucił na niejedno przelotne spojrzenie. Górny Morpin dzieliło od Zamku dziesięć mil. Chwila. Mgnienie oka.

— Czy ta droga ma jakąś nazwę? — spytał Deliamber.

— To jest gościniec Grand Calintane — odpowiedział Valentine. — Podróżowałem tędy do miasta rozrywek tysiące razy, Deliamberze, tam i z powrotem. Okoliczne pola są tak uprawiane, że zawsze coś na nich kwitnie, a kwiaty są dobierane kolorami, żółte obok niebieskich, oddzielnie czerwone, oddzielnie pomarańczowe, białe i różowe po brzegach, a popatrz teraz, popatrz na odwracające się od nas główki, popatrz, jak mdleją łodyżki…

— Jeśli zginą od zimna, można będzie zasadzić następne — powiedział Deliamber. — Ale nie pora o tym mówić. Może rośliny nie okażą się tak wrażliwe, jak uważasz.

— Robi mi się zimno, kiedy na nie patrzę.

Pokonywali już najwyższe partie Góry Zamkowej, a działo się to tak daleko od dolin Alhanroelu, że z równym powodzeniem mogliby zdobywać inny świat czy choćby jakiś księżyc, zawieszony nieruchomo na niebie Majipooru.

Góra kończyła się fantastycznym wypiętrzeniem poszarpanych szczytów i turni, mierzących w gwiazdy niczym setki oszczepów. Pośród kruchych kamiennych ostrzy wyrastał osobliwy okrągły garb, miejsce najwyższe ze wszystkich, na którym osiem tysięcy lat temu, dla uczczenia zwycięstwa nad Metamorfami, Lord Stiamot postanowił zbudować królewską rezydencję. Od tamtej pory Koronalowie, jeden po drugim, dodawali sale i skrzydła, wieże, blanki i przedmurza, starając się w ten sposób utrwalić swe dzieła w pamięci potomnych. Zamek zajmował niewyobrażalnie wielką powierzchnię, był miastem sam dla siebie, labiryntem bardziej oszałamiającym niż siedziba Pontifexa. I oto ukazał się im.

Nastała ciemność. Nad głowami płonęły zimnym bezlitosnym blaskiem gwiazdy.

— Powietrze już musiało uciec — powiedział Valentine. — Śmierć nadejdzie prędko, czyż nie?

— To nie nieszczęście, o którym, myślisz, lecz prawdziwa noc — odpowiedział Deliamber. — Podróżowaliśmy cały dzień bez odpoczynku i dlatego straciłeś poczucie czasu. Jest późna godzina, Valentine.

— A powietrze?

— Robi się zimniejsze. Robi się rzadsze. Ale jeszcze sporo go pozostało.

— Jeszcze mamy czas?

— Jeszcze mamy.

Wzięli ostatni, zapierający dech w piersiach zakręt. Za nim, jak Valentine doskonale pamiętał, po raz pierwszy oczom zdumionych podróżnych ukazywał się Zamek.

Nigdy przedtem nie widział zdumionego Deliambera.

— Co to za budowle? — spytał po cichutku czarodziej. — To Zamek — odpowiedział.

Tak, Zamek. Zamek Lorda Malibora, Zamek Lorda Voriaxa, Zamek Lorda Valentine'a. Z żadnego miejsca nie można było zobaczyć całego Zamku czy choćby jakiejś znaczącej jego części, ale i stąd widać było nielichy fragment — wielkie gmaszysko z kamieni i cegieł, pnące się w górę piętro po piętrze w labiryncie zakrętów, wijące się wokół własnej osi ku szczytowi, rozjarzonemu milionem kłujących w oczy świateł.

Rozwiały się lęki Valentine'a i przepadł gdzieś ponury nastrój. W Zamku Lorda Valentine'a Lord Valentine nie mógł mieć żadnych zmartwień. Wracał do domu, a rana zadana światu wkrótce będzie wyleczona.

Gościniec Grand Calintane kończył się przed południowym skrzydłem Zamku. Rozpościerała się tu olbrzymia, otwarta przestrzeń, plac Dizimaule, który był wyłożony zielonymi porcelanowymi płytkami i ozdobiony pośrodku złotą gwiazdą. Valentine zatrzymał wóz i wysiadł, by zebrać swoich oficerów.

Wiał lodowaty, ostry wiatr.

— Czy są tu wrota? Czy będziemy oblegać Zamek? — spytała Carabella.

Valentine lekko uśmiechnął się i po chwili potrząsnął przecząco głową.

— Nie ma tu żadnych wrót. Któż mógłby napadać na Zamek Koronala? Po prostu wjedziemy do środka pod Łukiem Dizimaule. Możemy tam jednak spotkać oddziały wroga.

— To ja dowodzę strażą w Zamku — powiedział Elidath. — Dam sobie z nią radę.

— W porządku. Naprzód! Zachować łączność i zawierzyć bogom. Rankiem będziemy świętować nasze wielkie zwycięstwo, przysięgam.

— Niech żyje Lord Valentine! — krzyknął Sleet.

— Niech żyje! Niech żyje!

Valentine uniósł ramiona, przyjmując łaskawie okrzyki i uciszając jednocześnie wrzawę.

— Świętujemy jutro — rzekł — ale dzisiaj wydajemy bitwę. Oby była ostatnia!

Rozdział 13

Jakie to było dziwne: znaleźć się wreszcie pod Łukiem Dizimaule'a i zobaczyć wyrastające przed sobą niezliczone wspaniałości Zamku.

Jeszcze będąc chłopcem bawił się na tych bulwarach i w tych alejach, gubił w mrowiu pogmatwanych przejść i korytarzy, wpatrywał ze strachem w potężne ściany, wieże, mury i podziemia. Jako młody człowiek w służbie swego brata, Lorda Voriaxa, mieszkał po tamtej stronie Zamku, we Dworze Pinitora, gdzie miały swoje rezydencje najwyższe osobistości, i wielokrotnie przechadzał się wzdłuż murów Lorda Ossiera, podziwiając zdumiewające widoki Urwiska Morpin i Górnych Miast. A jako Koronal, przez ten krótki czas, gdy zajmował wewnętrzne partie Zamku, głęboko przeżywał radość obcowania ze starożytnymi, nadwerężonymi przez burze kamieniami Twierdzy Stiamota, z zadowoleniem przechadzał się samotnie po obszernej, rozbrzmiewającej echem sali tronowej Confalume'a, lubił obserwować gwiazdozbiory w obserwatorium Lorda Kinnikena i często zastanawiał się, co mógłby sam dodać do Zamku za swego panowania. Teraz, gdy znalazł się tu z powrotem, zrozumiał, jak bardzo kocha to miejsce, i to nie tylko dlatego, że jest ono symbolem potęgi i monarszej wielkości, które kiedyś należały do niego, lecz głównie dlatego, że w jego murach wciąż żywym echem rozbrzmiewała historia.

— Zamek jest nasz! — krzyknął Elidath rozradowany, gdy armia Valentine'a przejechała przez nie strzeżone przejście. Lecz cóż w tym dobrego, myślał Valentine, skoro od śmierci całej Góry i jej skłóconych mieszkańców dzieliło ich zaledwie kilka godzin. Już zbyt wiele czasu upłynęło od chwili, gdy atmosfera zaczęła się rozrzedzać. Valentine chciałby wyjść na zewnątrz, schwycić uciekające powietrze i zatrzymać je.

Pogłębiający się chłód, który rozprzestrzeniał się teraz po całej Górze Zamkowej, nie był nigdzie tak dotkliwy jak w samym Zamku, a ci, którzy się w nim znajdowali, poprzednio zaślepieni i oszołomieni wydarzeniami wojny domowej, stali na podobieństwo figur woskowych, niezdolni do podjęcia jakichkolwiek kroków, które mogłyby powstrzymać atakujące oddziały. Niektórzy, co bystrzejsi, widząc przejeżdżającą złotowłosą postać podnosili już nieśmiałe okrzyki — “Niech żyje Lord Valentine” — lecz większość zachowywała się tak, jakby ich mózgi zaczynały już zamarzać.

Szturmujące oddziały poruszały się szybko i dokładnie, posłuszne rozkazom Valentine'a. Zadaniem diuka Heitluiga i jego wojowników z Bibiroon było zawładnięcie murami Zamku i unieszkodliwienie wszelkich wrogich sił. Sześć nizinnych oddziałów Asenharta miało zablokować niezliczone bramy Zamku, aby nikt ze zwolenników uzurpatora nie mógł uciec. Sleet, Carabella i ich wojsko podążali do góry, w kierunku komnat królewskich w wewnętrznym sektorze, by przejąć ośrodek władzy. Sam Valentine, wraz z Elidathem i Ermanarem oraz ich połączonymi siłami wyruszyli ku krętej grobli prowadzącej do podziemi, w których umieszczone były maszyny do regulacji klimatu. Reszta, pod komendą Nascimonte'a, Zalzana Kavola, Shanamira, Lisamon Hultin i Gorzvala ruszyła naprzód, bez wyznaczonego kierunku, i rozpierzchła się po Zamku w poszukiwaniu Dominina Barjazida, który mógł się ukryć w każdym z tysięcy pokoi, nawet najbardziej niepozornym. Valentine jechał wzdłuż grobli, aż do mrocznego i ciasnego zaułka, przez który ślizgacz nie był się w stanie przecisnąć, i ruszył dalej na piechotę. Czuł już na policzkach szczypiące zimno, słyszał gwałtowne uderzenia serca, płuca z trudem pracowały w rozrzedzonym powietrzu. Podziemia były mu prawie nie znane. Był w nich tylko raz czy dwa razy, i to dawno temu. Jednakże Elidath znał dobrze drogę.

Przez korytarze, wzdłuż nie kończących się kondygnacji szerokich kamiennych schodów, do wysokich arkad oświetlonych mrugającymi wysoko w górze światełkami… a przez cały ten czas powietrze stygło, nienaturalna noc coraz szczelniej pokrywała Górę. Drogę przegrodziły im wielkie drewniane łuki drzwi pokryte grubą metalową inkrustacją.

— Sforsujcie je — rozkazał Valentine. — A nawet przepalcie, jeśli zajdzie potrzeba!

— Poczekaj, mój panie — dobiegł go łagodny, drżący głos. Valentine obrócił się. Sędziwy Ghayrog o popielatej skórze, ze sztywnymi z zimna włosami wyszedł z przejścia w ścianie i zbliżał się do nich powłócząc nogami.

— Zarządca maszyn klimatycznych — mruknął Elidath. Ghayrog wyglądał jak półżywy. Oszołomiony powiódł wzrokiem od Elidatha do Ermanara, od Ermanara do Valentine'a, po czym rzucił się na ziemię przed Valentinem i przywarł do jego nóg.

— Mój panie… Lordzie Valentine… — spoglądał do góry z udręką. — Ocal nas, Lordzie Valentine! Maszyny… oni wyłączyli maszyny…

— Potrafisz otworzyć bramę?

— Tak, mój panie. Budynek sterowni jest w tej alei. Ale oni zawładnęli podziemiami… są tam już ich oddziały… jakich zniszczeń tam dokonają, mój panie? Co się stanie z nami wszystkimi?

Valentine podniósł z ziemi trzęsącego się Ghayroga.

— Otwórz bramę — powiedział.

— Tak, mój panie. To potrwa tylko chwilę…

Raczej wieczność, pomyślał Valentine. Lecz już dało się słyszeć zgrzyty i jęki maszynerii i mocna zapora drzwi zaczęła ustępować. Valentine chciał pierwszy rzucić się przez otwór, ale Elidath chwycił go szorstko za ramię i odciągnął do tylu. Valentine klepnął w powstrzymującą go rękę, jakby odganiał brzęczącego dhiima z dżungli. Uścisk Elidatha był jednak silny.

— Nie, mój panie — zawołał. — Puść mnie, przyjacielu.

— Nawet jeśli to kosztowałoby mnie głowę, Valentine, nie pozwolę ci tam wejść. Ustąp mi!

— Elidathu!

Valentine spojrzał do tyłu na Ermanara, lecz nie znalazł u niego wsparcia.

— Góra zamarznie, mój panie, jeśli będziesz nas zatrzymywał — powiedział Elidath.

— Ja nie pozwolę…

— Przepuść mnie! — rozkazał Elidath.

— Ja jestem Koronalem, Elidathu.

— A ja odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Możesz kierować natarciem z zewnątrz, mój panie. Tam w środku są żołnierze nieprzyjaciela, ludzie zdesperowani, broniący ostatniego ośrodka władzy kontrolowanego przez uzurpatora. Niech tylko dostrzeże cię jakiś strzelec wyborowy i cała nasza walka pójdzie na marne. Zejdziesz na bok, Valentine, czy będę musiał użyć siły, by cię usunąć z drogi?

Valentine zmuszony był w końcu ustąpić, choć z gniewem i z żalem patrzył, jak Elidath i gromada wybranych wojowników prześlizguje się obok niego do podziemi. Niemal natychmiast dobiegły stamtąd odgłosy walki; trzask miotaczy zmieszał się z wrzaskami, krzykami, jękami. Chociaż strzeżony przez czujnych ludzi Ermanara, kilkanaście razy był o krok od wyrwania się im i wkroczenia do środka. Wtem przybył goniec od Elidatha z wiadomością, że bezpośredni opór został przełamany, że wdzierają się coraz głębiej, choć co kilka kroków znajdują zapory, zasadzki i kryjówki nieprzyjacielskich żołnierzy. Valentine zacisnął pięści. Nie mógł znieść myśli, że kto inny ryzykuje swoją skórę, by on odzyskał królestwo. Postanowił zejść do podziemi, bez względu na to, czy to się Elidathowi podoba, czy nie.

— Mój panie? — Inny zdyszany goniec nadbiegł z przeciwnego kierunku.

Valentine zatrzymał się u wrót podziemnego korytarza. — O co chodzi?! — warknął.

— Mój panie, przysyła mnie diuk Nascimonte. Znalazł Dominina Barjazida zabarykadowanego w Obserwatorium Kinnikena i prosi cię, byś szybko przybył kierować jego pojmaniem.

Valentine skinął głową. To lepsze niż stać tu bezczynnie.

— Powiedz Elidathowi — zwrócił się do adiutanta — że stąd odchodzę. Ma wszelkie pełnomocnictwa, by zdobyć maszyny do regulacji pogody takim sposobem, jaki uzna za stosowny.

Lecz zaledwie uszedł kilka kroków, gdy przybył adiutant Gorzvala z wieścią, że uzurpator kryje się we Dworze Pinitora. A chwilę później przyszła wiadomość od Lisamon Hultin, iż olbrzymka ściga Barjazida w dół po spiralnym chodniku wiodącym do lustrzanego basenu Lorda Siminave'a.

W głównej sali posiedzeń Valentine znalazł Deliambera obserwującego akcję z oszołomieniem i fascynacją. Przekazując Vroonowi sprzeczne doniesienia Valentine spytał:

— Czy Barjazid może być w trzech miejscach na raz?

— Nie sądzę — odparł czarodziej. — Chyba że jest ich trzech, w co wątpię. Wyczuwam jednak tutaj jego posępną obecność.

— A dokładnie gdzie?

— Trudno powiedzieć. Siły witalne twego przeciwnika są tak wielkie, że promieniuje nimi każdy kamień w Zamku. Ale nie dam się długo zwodzić.

— Lordzie Valentine?

Nowy posłaniec… znajoma twarz, grube, zrośnięte brwi, sterczący podbródek, pewny siebie uśmiech. Tunigorn — następna twarz powracająca z przeszłości na swoje miejsce, najbliższy po Elidathu przyjaciel Valentine'a z czasów chłopięcych, teraz jeden z pierwszych ministrów królestwa. Patrzył na obce mu oblicze jasnymi, przenikliwymi oczami, jakby próbował pod nieznaną powierzchownością odnaleźć dawnego Valentine'a. Był z nim Shanamir.

— Tunigorn! — krzyknął Valentine.

— Mój panie! Elidath powiedział, że zostałeś zamieniony, lecz nie wyobrażałem sobie…

— Odstrasza cię ta twarz? Tunigorn uśmiechnął się.

— Z czasem się przyzwyczaję, mój panie. Przynoszę ci dobrą wiadomość.

— Wystarczająco dobra jest ta, że znów cię widzę. — Ale przynoszę ci lepszą. Zdrajca został odnaleziony.

— Przez ostatnie pół godziny znajdowano go w trzech różnych miejscach.

— Nic o tym nie wiem My natomiast mamy go na pewno. — Gdzie?

— Zabarykadował się w wewnętrznych komnatach. Pozamykał wszystkie apartamenty, od sali tronowej po garderobę. Jest sam. Jako ostatni widział go lokaj, stary Kanzimar, który służył mu wiernie do końca, i dopiero gdy usłyszał jego przerażony bełkot, pojął, że miał do czynienia z fałszywym Koronalem.

— Rzeczywiście dobra wiadomość. — Valentine zwrócił się do Deliambera: — Czy twoje czary to potwierdzają?

Deliamber poruszył mackami.

— Wyczuwam nieprzyjemną aurę w tamtym podniebnym gmachu.

— Komnaty królewskie — zawołał Valentine. — Świetnie. — Odwrócił się do Shanamha i powiedział: — Prześlij wiadomość do Sleeta, Carabelli, Zalzana Kavola, Lisamon Hultin. W decydującym momencie chcę mieć ich przy sobie.

— Tak, mój panie! — Oczy chłopca rozbłysły podnieceniem.

— Kim są ci ludzie, których wymieniłeś? — spytał Tunigorn. — Towarzysze moich wędrówek. W czasie mojej tułaczki stali mi się bardzo bliscy.

— Więc będą bliscy także dla mnie, mój panie. Pokocham każdego, kto kocha ciebie. — Tunigorn otulił się szczelniej płaszczem. — Ale co z zimnem? Kiedy się skończy? Słyszałem od Elidatha, że maszyny klimatyczne…

— Tak, to prawda.

— A czy uda sieje naprawić?

— Elidath zszedł do podziemi. Kto wie, jakie szkody wyrządził Barjazid? — Valentine spojrzał na wewnętrzny pałac, wznoszący się wysoko nad nimi. Zmrużył oczy, jakby chciał przeniknąć wzrokiem dostojne kamienne mury, za którymi ukrywała się przerażona, bezwstydna kreatura. — To zimno również i mnie napawa wielką obawą, Tunigornie — rzekł posępnie. — Lecz naprawienie maszyn zostawmy bogom… i Elidathowi. Chodź. Zobaczymy, czy uda się wyciągnąć tego szczura z jego nory.

Rozdział 14

Zbliżała się chwila ostatecznego rozrachunku z Domininem Barjazidem. Valentine posuwał się szybko chodnikami i korytarzami, naprzód, w górę i w głąb, mijając tak dobrze mu znane cudowne miejsca.

Ta podziemna budowla to archiwum Lorda Prestimiona, w którym ów wielki Koronal utworzył muzeum historii Majipooru. Valentine uśmiechnął się na myśl o umieszczeniu swojej żonglerskiej maczugi obok miecza Lorda Stiamota i wysadzanej drogimi kamieniami korony Lorda Confalume'a. Tu, wznosząc się przedziwnymi przęsłami, stała wysmukła strażnica zbudowana przez Lorda Arioca, być może pierwsza zapowiedź późniejszego zdziwaczenia, jakie go ogarnęło, kiedy został Pontifexem. Tamto podwójne atrium z basenem pośrodku było kaplicą Lorda Kinnikena, przylegającą do uroczego, wyłożonego białymi kafelkami dworku, który bywał rezydencją Pani, ilekroć przybywała odwiedzić syna. A jeszcze dalej, błyszczący w świetle gwiazd szklany dach przykrywał dom-ogród Lorda Confalume'a, skrywaną słabość rozkochanego w przepychu, pompatycznego monarchy, miejsce, w którym rosły egzotyczne rośliny ze wszystkich stron Majipooru. Valentine modlił się, by przeżyły tę noc zimowej zawieruchy i by znów mógł oglądać cuda spotykane w lasach Zimroelu i na wybrzeżach półwyspu Stoienzar.

W górę, wciąż w górę przez labirynt korytarzy, schodów, galerii, tuneli i oficyn. Naprzód, naprzód!

— Umrzemy ze starości, a nie z zimna, zanim schwytamy Barjazida! — mruknął pod nosem.

— To już nie potrwa długo, mój panie — odparł Shanamir. — Ale nie tak krótko, jak bym sobie życzył. — Jak chcesz go ukarać, mój panie? Valentine spojrzał na chłopca.

— Ukarać? Jaka może być kara za to, co uczynił? Biczowanie? Trzy dni głodówki na skórkach z chleba stajja? Równie dobrze można by karać Steiche za spychanie nas na skały.

Shanamir spojrzał z niedowierzaniem. — W ogóle go nie ukarzesz?

— W każdym razie nie tak, jak ty to rozumiesz.

— Puścisz go wolno, żeby sprowadził na nas nowe nieszczęścia?

— Tak też nie — odparł Valentine. — Ale najpierw go schwytajmy, a potem porozmawiamy o karze.

Jeszcze pół godziny, które zdawały się wiecznością, i Valentine dotarł do serca Zamku, najstarszych i najbardziej majestatycznych komnat. Stąd rządzili planetą pierwsi Koronalowie; porzucono je potem na rzecz prostszych, ale budzących większą cześć i grozę gabinetów wielkich władców ostatniego tysiąclecia, obecnie zaś stały się ponownie ośrodkiem władzy. W tych wysoko sklepionych komnatach odbywały się kiedyś największe ceremonie państwowe; teraz czaił się w nich jeden nędznik, ukryty za masywnymi wiekowymi drzwiami opatrzonymi ciężkimi zasuwami, zdobionymi symbolicznymi ornamentami.

— Gaz trujący — powiedziała Lisamon Hultin. — Wpompujcie jeden pojemnik przez otwór w ścianie, a dosięgnie go, gdziekolwiek by się znajdował.

Zalzan Kavol przytaknął gwałtownie.

— O tak, tak! Słuchajcie, cienka rurka przesunięta przez tę szczelinę, gaz, jakiego używają w Piliploku do zabijania ryb, i po kłopocie…

— Nie — odparł Valentine. — Musimy go pojmać żywcem.

— Czy to się uda, mój panie? — spytała Carabella.

— Możemy rozwalić drzwi — zagrzmiał Zalzan Kavol.

— Zniszczyć drzwi Lorda Prestimiona, rzeźbione przez trzydzieści lat, by wyciągnąć z ukrycia jednego łajdaka? — spytał Tunigorn. — Mój panie, ta myśl o gazie trującym nie wydaje mi się taka głupia. Nie traćmy czasu…

— Nie możemy postępować tak jak barbarzyńcy — rzekł Valentine. — Nie ma mowy o truciźnie. — Schwycił dłonie Carabelli i Sleeta. — Jesteście żonglerami, macie zwinne palce. I ty także, Zalzanie Kavolu. Nie używaliście ich nigdy do innych celów?

— Myślisz o dobieraniu się do zamków, mój panie? — spytał Sleet. — Tak, i temu podobnych rzeczach. Do tych komnat prowadzi wiele drzwi. Może nie wszystkie są zabezpieczone ryglami. Spróbujcie je sforsować, a w tym czasie ja poszukam innej drogi.

Ruszył w kierunku olbrzymich pozłacanych drzwi, dwa razy tak wysokich jak najwyższy Skandar, których każdy cal pokryty był płaskorzeźbami przedstawiającymi najważniejsze wydarzenia z czasów panowania Lorda Prestimiona i jego sławnego poprzednika Lorda Confalume'a. Położył dłonie na ciężkich antabach kutych w brązie, zamierzając otworzyć drzwi jednym silnym pchnięciem.

Stal tak przez dłuższą chwilę, próbując odzyskać spokój i wniknąć w głąb swojej duszy. Lecz nagle zalała go fala nienawiści do Dominina Barjazida.

Za wielkimi drzwiami znajdował się człowiek, który strącił go z tronu i uczynił nieszczęsnym tułaczem, który posługując się jego imieniem rządził nierozważnie i niesprawiedliwie, a co najgorsze i absolutnie niewybaczalne, z chwilą, gdy jego plany zaczęły się walić, postanowił zniszczyć miliardy niewinnych i nie spodziewających się zagłady istnień.

To Dominin Barjazid zasługiwał na zagładę.

Kiedy tak stał, trzymając się drzwi, jego umysł wypełniły obrazy okrutnych tortur. Zobaczył Dominina Barjazida obdzieranego żywcem ze skóry, pływającego we własnej krwi, wrzeszczącego tak, że słychać go było aż w Pidruid. Zobaczył Dominina Barjazida przyszpilonego do drzewa haczykowatymi strzałami. Zobaczył go miażdżonego gradem kamieni. Zobaczył…

Valentine zadrżał, przerażony własnym gniewem.

W cywilizowanym społeczeństwie nie można zadawać gwałtu albo obdzierać wroga żywcem ze skóry, choćby tym wrogiem był sam Dominin Barjazid. Jak mogę rościć pretensję do rządzenia światem, pomyślał Valentine, jeśli nawet nie potrafię panować nad swymi emocjami? Wiedział, że dopóki to szaleństwo zatruwa jego duszę, jest tak samo niezdolny do rządzenia jak Dominin Barjazid. Musi z tym stoczyć walkę. Dudnienie w skroniach, uderzenia krwi do głowy, dziki głód zemsty — to wszystko musiało zniknąć, nim wykona jakikolwiek ruch przeciwko fałszywemu Koronalowi.

Podjął wyzwanie. Rozluźnił mięśnie karku i ramion i wciągnął w płuca ostre, chłodne powietrze. Powoli zaczęło go opuszczać napięcie, a wraz z nim żądza zemsty. Teraz mógł już dotrzeć do najgłębszych zakamarków swojej duszy. Znowu był Valentinem, a tam, po drugiej stronie drzwi, był Dominin Barjazid. W całym Zamku tylko oni dwaj, przedzieleni tymi drzwiami. Zwycięstwo nad sobą było najwspanialszym zwycięstwem; wiedział, że po nim przyjdzie cała reszta.

Wzmocnił siły swego umysłu za pomocą srebrnego diademu Pani, swej matki, wprowadził się w stan półsnu i całą moc skoncentrował na przeciwniku.

Nie obdarzył go snem karzącym. To byłoby zbyt proste. Valentine skąpał duszę wroga w subtelnym śnie o przyjaźni i żalu. Z pewnością takie przesłanie zadziwiło Dominina Barjazida. Valentine ukazał mu oślepiająco jasne miasto rozrywek, Górny Morpin, i ich obu spacerujących ramię w ramię Aleją Obłoków, roześmianych, pogrążonych w przyjaznej rozmowie o tym, co ich dzieliło, o nieporozumieniach i wzajemnych lękach. Zdawał sobie sprawę, że to ryzykowna rozgrywka, że naraża się, być może, jedynie na pośmiewisko i wzgardę. Ale jeśli nie było nadziei na pokonanie wroga groźbami czy gniewem, to może należało użyć łagodniejszych sposobów. Musiał wytężyć wszystkie siły: naiwnością byłoby oczekiwać, że Barjazida da się pokonać podstępem. Miłość promieniująca ze snu powinna być szczera. Ale czy można było zdobyć się na miłość do człowieka, który wyrządził tyle złego? A jednak zdobył się. Znalazł ją w sobie i wyrzucił z duszy, aby pokonała potężne drzwi.

A kiedy już to zrobił, przywarł do nich, zbierając siły i oczekując na jakiś znak ze środka.

Nie czekał długo. Dominin Barjazid nie chciał miłości ani przyjaźni. Przesyłał nienawiść, gniew i pogardę, które wyrywały się z królewskich komnat z taką furią, z jaką wieje gorący wiatr na Suvraelu. Wróg zapowiadał dalszą wojnę.

Jak to się mogło zdarzyć, dziwił się wstrząśnięty Valentine, że Barjazid był zdolny do przesłań? Czy zrobił to za pomocą jakiejś maszyny swego ojca? Czy przyłożył się do tego sam Król Snów? Tego można się było spodziewać.

Nie pokonany, wysłał następny sen, tak spokojny i przyjazny, jak sen Dominina Barjazida był gwałtowny i wrogi. Wysłał sen całkowitego przebaczenia. Pokazał Domininowi Barjazidowi port, flotę okrętów z Suvraelu, oczekujących, by odwieźć go do kraju ojca, powóz, w którym jadą obaj na ceremonię pożegnalną, stoją razem na nabrzeżu portowym, śmieją się, żegnają, dwaj niedawni wrogowie, nareszcie pogodzeni.

I znów Dominin Barjazid odpowiedział snem śmierci i zniszczenia, nienawiści i pogardy.

Valentine potrząsnął głową z mozołem, próbując nie poddać się truciźnie, jaka na niego spływała. Zbierał siły do trzeciego przesłania. Wciąż nie chciał walczyć bronią Barjazida, wciąż miał nadzieję, że zwycięży go ciepłem i życzliwością. Ktoś mógłby powiedzieć, że to szaleństwo, a jednak znów zamknął oczy i znów skoncentrował świadomość na srebrnym diademie. Był już bliski osunięcia się w półsen, już tracił świadomość, kiedy usłyszał kobiecy głos.

— Mój panie?

Valentine obrócił się gwałtownie, ogarnięty niezwykłym gniewem. Minęła długa chwila, nim rozpoznał wystraszoną, cofającą się przed nim Carabellę.

— Mój panie… — szepnęła. — Ja nie wiedziałam…

— Co się stało? — spytał, z trudem panując nad sobą.

— My… my znaleźliśmy sposób otwarcia drzwi.

Usłyszawszy te słowa, Valentine zamknął oczy. Poczuł ogromną ulgę. Uśmiechnął się i przytulił do siebie Carabellę.

— Zaprowadź mnie tam! — powiedział po chwili.

Carabella poprowadziła go przez korytarze bogate w stare draperie i wyłożone grubymi, mocno zniszczonymi dywanami. Poruszała się pewnie jak na kogoś, kto nigdy przedtem tędy nie chadzał. Po jakimś czasie znaleźli się gdzieś na tyłach sali tronowej, w nieznanym Valentine'owi korytarzu, używanym tylko przez służbę. Sleet, siedzący na ramionach Zalzana Karola, przeciskał się przez okienko nad drzwiami i sięgał do zamka po drugiej stronie.

— Otworzyliśmy w ten sposób troje drzwi — powiedziała Carabella. — Teraz Sleet przechodzi przez czwarte. Za chwilę…

Sleet wysunął głowę z okienka i rozejrzał się wokół, zakurzony i brudny, za to z miną pełną podziwu dla samego siebie.

— Otwarte, mój panie.

— Dobra robota!

— Wejdźmy i złapmy go — ryknął Zalzan Kavol. — Chcesz mieć wroga w trzech, czy w pięciu kawałkach, mój panie?

— Nie, powiedział Valentine. — Ja wejdę. Sam.

— Ty, mój panie? — spytał Zalzan Kavol nie dowierzając.

— Sam? — zawołała Carabella.

— Mój panie, zabraniam ci… — krzyknął Sleet, lecz urwał w pół słowa przerażony własną bezceremonialnością.

Valentine powiedział łagodnie:

— Nie bójcie się o mnie. Muszę to zrobić bez niczyjej pomocy. Sleecie, ustąp mi z drogi. Zalzanie Kavolu, Carabello, cofnijcie się. Wezwę was w odpowiedniej chwili.

Popatrzyli na siebie zmieszani. Carabella chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz w porę się powstrzymała. Blizna Sleeta zaczęła pulsować czerwienią. Z gardzieli Zalzana Kavola wydobył się dziwny, dudniący dźwięk; Skandar zamachał wszystkimi czterema ramionami w bezsilnym gniewie.

Valentine otworzył drzwi i przekroczył próg.

Znalazł się w pomieszczeniach, które nie musiały być znane Koronalowi. Jakieś przedsionki, kuchenne przejścia, sala wybita brokatem — zapewne garderoba, pusta i nie używana od miesięcy. A dalej, dalej… już wiedział. Kaplica Dekkereta, za nią sala sądowa Lorda Prestimiona, wyniosła komnata o okazałych oknach z matowego szkła, ze wspaniałymi kandelabrami wykonanymi przez najlepszych rzemieślników z Ni-moya, za salą sądową sala tronowa, a w niej wspaniały tron Lorda Confalume'a. To w tych apartamentach powinien znaleźć Dominina Barjazida.

Kamienne przejście do Kaplicy Dekkereta odsłaniało jej puste wnętrze. Przeszedł przez krótki kręty korytarz, którego ściany pokryte były zielonymi i złotymi mozaikami, i znalazł się przed salą sądową.

Nabrał powietrza do płuc, oparł ręce o drzwi, ale drzwi nie stawiały oporu.

Olbrzymia mroczna sala sprawiała wrażenie pustej, lecz gdzieś w odległym kącie tlił się jeden kandelabr. Valentine spojrzał na lewo, potem na prawo, przebiegł wzrokiem wzdłuż rzędów politurowanych drewnianych ławek, wzdłuż osłoniętych nisz, w których mieli prawo skrywać się diukowie i książęta podczas toczącej się przeciwko nim rozprawy, popatrzył na wielkie krzesło Koronala…

U szczytu stołu narad ujrzał postać przyobleczoną w monarsze szaty.

Rozdział 15

Ze wszystkich dziwnych przeżyć okresu wygnania to zdało mu się najbardziej osobliwe. Oto stał bliżej niż sto stóp od kogoś, kto nosił jego poprzednie oblicze. Valentine widział fałszywego Koronala dwukrotnie w czasie festynu w Pidruid. Poczuł się wtedy dziwnie zbrukany i pozbawiony energii. Teraz z mroku komnaty wyłaniał się ciemnobrody, wysoki, silnie zbudowany mężczyzna. W jego błyszczących oczach nie widać było lęku; zachowywał zimną krew, tak jak przystało na dawnego Lorda Valentine'a. Czyja tak wyglądałem? — zastanawiał się Valentine. Tak ponuro, lodowato i odpychająco? Wyobraził sobie, że przez wszystkie te miesiące, kiedy Dominin Barjazid władał jego ciałem, ciemność duszy uzurpatora wypływała na zewnątrz, nadając rysom ten chorobliwy i nienawistny wyraz. Valentine zdążył się już przyzwyczaić do swojej nowej, słonecznej twarzy i traktował ją jak własną. Patrząc teraz na tamtą, którą nosił przez tak wiele lat, poczuł, że nie chce jej z powrotem.

— Czyż dzięki mnie nie stałeś się piękny? — spytał Dominin Barjazid.

— To prawda, lecz ty oszpeciłeś sam siebie — odparł Valentine serdecznie. — Dlaczego masz taką nachmurzoną minę? Twarz, którą nosisz, znana była ze swego uśmiechu.

— Za często się uśmiechałeś, Valentine. Byłeś zbyt beztroski, zbyt łagodny, zbyt lekkomyślny, aby rządzić.

— Takim ci się wydawałem?

— Mnie i wielu innym — odparł Barjazid. — Podobno zostałeś wędrownym kuglarzem?

Valentine skinął głową.

— Potrzebowałem jakiegoś zajęcia po tym, jak odebrałeś mi moje. Żonglerka była w sam raz dla mnie.

— Nic dziwnego — rzekł Barjazid. Jego głos odbił się echem w długiej sali. — Zawsze byłeś najlepszy w zabawianiu innych. Wzywam cię, wróć do żonglerki, Valentine. Insygnia władzy są moje.

— Insygnia tak, lecz nie władza. Twoja gwardia opuściła cię. Cały Zamek jest przeciw tobie. Poddaj się, Domininie, a odeślemy cię bezpiecznie do kraju twego ojca.

— A co z maszynami klimatycznymi, Valentine?

— Zostały ponownie włączone.

— Kłamstwo! Głupie kłamstwo! — Barjazid rzucił się ku jednemu z wysokich okien i otworzył je mocnym szarpnięciem. Podmuch zimnego powietrza był tak gwałtowny, że Valentine, choć stal w drugim końcu pokoju, poczuł go natychmiast. — Maszyny są strzeżone przez najbardziej oddanych mi ludzi! — krzyknął Barjazid. — Nie twoich! Moich własnych! Tych, których sprowadziłem z Suwaelu! Oni nie włączą ich bez mojego rozkazu, a zanim otrzymają ten rozkaz, cała Góra Zamkowa zdąży poczernieć i zginąć. Tak właśnie będzie, Valentine. Właśnie tak! Pozwolisz na to?

— Nic takiego się nie zdarzy.

— Zdarzy się — rzekł Barjazid — jeżeli pozostaniesz w Zamku. Odejdź stąd. Gwarantuję ci bezpieczny powrót w doliny i wolną drogę na Zimroel. Żongluj w miastach na zachodzie, tak jak to robiłeś przed rokiem, i zapomnij o niedorzecznym roszczeniu do tronu. Lord Valentine, Koronal, to ja.

— Domininie…

— Nazywam się Lord Valentine! A ty jesteś wędrownym kuglarzem Valentinem z Zimroelu! Wracaj do swojego zajęcia.

— To wielka pokusa, Domininie — odparł niedbale Valentine. — Bardzo lubię występować jako żongler, być może najbardziej ze wszystkiego, co robiłem w swoim życiu. Niemniej jednak przeznaczenie nakazuje mi, abym wziął na siebie brzemię władzy niezależnie od własnych pragnień. — Zrobił krok w kierunku Barjazida, jeszcze jeden i jeszcze jeden. — Chodź ze mną, wyjdźmy na dziedziniec i w ten sposób pokażemy obrońcom Zamku, że rebelia się skończyła i że świat przybiera swój poprzedni wygląd.

— Zatrzymaj się!

— Mam wobec ciebie jak najlepsze zamiary, Domininie. Co więcej, jestem ci wdzięczny za kilka nadzwyczajnych przeżyć, które, gdyby nie ty, nigdy by mi się nie przytrafiły.

— Ani kroku dalej! Cofnij się! Valentine nie zważał na jego słowa. Szedł naprzód. -Jestem ci także wdzięczny, żeś mnie uwolnił od nieznośnego utykania, które pozbawiało mnie udziału w wielu przyjemnościach…

— Ani kroku dalej!

Dzieliło ich teraz zaledwie kilka stóp. Obok Dominina Barjazida stał stół uginający się pod atrybutami władzy używanymi w sali sądowej. Były to trzy wielkie mosiężne świeczniki, imperatorskie jabłko i berło. Ze zduszonym okrzykiem gniewu Barjazid schwycił jeden ze świeczników i cisnął nim w głowę Valentine'a. Ten jednak zdążył się uchylić i zgrabnym ruchem ręki chwycił przelatujący obok masywny przedmiot. Barjazid cisnął następnym świecznikiem. Valentine schwytał go także.

— Jeszcze jeden — zawołał — a pokażę ci, jak się żongluje!

Twarz Barjazida pokryła się plamami. Ciemnowłosy mężczyzna dusił się złością, parskał i syczał. W stronę Valentine'a poszybował ostatni świecznik. Valentine, uszczęśliwiony i roześmiany, dołączył go do pozostałych. Przez powietrze popłynęła błyszcząca kaskada. Ręka, oko, ręka, oko. Tak, nie wyszedł z wprawy, nadal był świetnym żonglerem.

— Widzisz? — spytał. — Tak to się robi. Nauczymy cię tego, Domininie. Musisz tylko się rozluźnić. Rzuć mi jeszcze berło i jabłko. Potrafię żonglować pięcioma, a być może i większą ilością przedmiotów. Szkoda, że widownia jest tak mała, ale…

Żonglując nie przestawał iść w kierunku Barjazida, który, śliniąc się, z szeroko otwartymi oczami, cofał się przed nim powoli.

I nagle jak huragan spadło na Valentine'a przesłanie. Zatrzymał się oszołomiony, a świeczniki potoczyły się ze stukotem po ciemnej drewnianej podłodze. Nastąpiło drugie uderzenie, jeszcze silniejsze, po nim trzecie. Valentine czuł, że traci siły. Skończyła się gra, którą toczył z Barjazidem. Zaczynał się nowy, niezrozumiały pojedynek.

Rzucił się gwałtownie naprzód, chcąc schwytać przeciwnika, zanim dziwna siła uderzy go ponownie.

Barjazid wciąż się cofał, osłaniając twarz drżącymi dłońmi. Czy atak wychodził od niego, czy też miał on tu jakiegoś ukrytego sprzymierzeńca? Kolejne uderzenie, jeszcze bardziej paraliżujące. Valentine zatrząsł się. Przycisnął ręce do skroni i próbował zebrać myśli. Chwyć Barjazida, mówił do siebie, powal go, siądź na nim, wołaj o pomoc…

Zrobił jeszcze jeden wysiłek. Skoczył. Udało mu się schwycić fałszywego Koronala za ramię, lecz Barjazid zawył i wyrwał się z uścisku. Posuwając się za nim, Valentine starał się przyprzeć go do ściany i gdy już mu się to prawie udało, Dominin Barjazid wyrwał się i rzucił pędem przez komnatę z krzykiem, w którym strach mieszał się z uczuciem zawodu i rozpaczy. Wpadł do jednej z zasłoniętych wnęk.

— Ojcze, ratuj mnie! — zawołał.

Valentine podążył za nim. Zerwał zasłonę.

Stanął jak wryty. We wnęce krył się potężnie zbudowany starzec o groźnym spojrzeniu ciemnych oczu. Miał na czole złoty diadem, a w dłoniach ściskał kurczowo jakiś mechanizm ze złota i kości słoniowej, oplatany siecią rzemieni i pospinany klamrami. W sali sądowej Koronala znajdował się nie kto inny, jak sam Simonan Barjazid, siejący postrach władca z Suwaelu! To on wysyłał te paraliżujące umysł sny-rozkazy, które omal nie powaliły Valentine' a, a teraz usiłował wysłać jeszcze jeden, lecz przeszkodziło mu w tym szaleństwo własnego syna, który czepiając się jego rąk błagał o pomoc.

Valentine wiedział, że sam się z tym nie upora.

— Sleecie! — zawołał. — Carabello! Zalzanie Kavolu!

Dominin Barjazid szlochał i jęczał. Król Snów kopnął go lekceważąco, jakby chciał się opędzić od ujadającego psa. Valentine wślizgnął się do wnęki, gotów wyrwać z rąk starego Simonana Barjazida maszynę snów.

Już sięgał po nią, gdy zdarzyło się coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Twarz Króla Snów zaczęła się rozpływać… Ciało ulegało przemianie… przekształciło w coś potwornego, kanciastego, wydłużonego, z zapadniętymi do środka oczami i nosem, który był zwykłym guzikiem, ledwie widocznymi wargami…

Metamorf.

Wcale nie Król Snów, lecz fałszywy, maskaradowy król, Zmiennokształtny, Piurivar, Metamorf…

Dominin Barjazid z wrzaskiem przerażenia odskoczył od dziwacznej postaci. Rzucił się na ziemię, drżąc i łkając, bijąc głową o ścianę. Metamorf obrzucił Valentine'a spojrzeniem, w którym nie było nic poza nienawiścią, i cisnął w niego maszyną snów. Nim Valentine zdążył się zasłonić, maszyna uderzyła go w pierś i powaliła na plecy. Zauważył jeszcze, jak Metamorf szaleńczym skokiem dopada otwartego okna, przeskakuje przez parapet i ginie w mrokach nocy.

Rozdział 16

Otworzywszy oczy Valentine zobaczył wokół siebie mnóstwo przyjaciół. Sleet, Zalzan Karol, Deliamber, Carabella, Tunigorn; trudno powiedzieć, kto jeszcze przeciskał się przez wąski przedpokój. Wskazał na leżącego bezwładnie Dominina Barjazida.

— Tunigornie, powierzam go twojej opiece. Zaprowadź go w bezpieczne miejsce i dopilnuj, żeby nie stało mu się nic złego.

— Dwór Pinitora, mój panie, będzie najbezpieczniejszy. Postawię na straży dwunastu uzbrojonych ludzi.

Valentine skinął głową. — Dobrze, nie chcę zostawiać go samego. I przyprowadźcie mu lekarza. Przeżył potworny szok i myślę, że mogło mu to zaszkodzić. — Popatrzył na Sleeta. — Przyjacielu, przyniosłeś butelkę wina? Ja też przeżyłem tu kilka wstrząsających momentów,

Sleet podał mu butelkę. Ręce Valentine'a zadrżały i wino omal nie popłynęło na posadzkę.

Kiedy przyszedł do siebie, zbliżył się do okna, przez które wyskoczył Metamorf. Gdzieś w dole, sto stóp poniżej, błyszczały latarnie. W ich świetle zobaczył krąg ludzi i coś, co było przykrytym płaszczem ciałem. Valentine odwrócił się.

— Metamorf — powiedział w zadumie. — Czy to był tylko sen? Widziałem stojącego tu Króla Snów… po czym ten Król zamienił się w Metamorf a… a potem rzucił się przez okno…

Carabella dotknęła jego ramienia.

— Nie chciałbyś odpocząć, mój panie? Zamek już jest zdobyty.

— Metamorf — powtórzył Valentine ze zdziwieniem w głosie. — Co to mogło…

— Metamorfowie byli także w sali maszyn klimatycznych — rzekł Tunigorn.

— Co? — Valentine popatrzył na niego zdziwiony. — Coś ty powiedział?

— Panie mój, Elidath właśnie przybywa z piwnic przynosząc niesamowitą opowieść. — Tunigorn wskazał na wyłaniającego się z tłumu Elidatha, znużonego walką, w poplamionym i poszarpanym stroju.

— Mój panie?

— Maszyny klimatyczne…

— Są nie tknięte, znów wytwarzają powietrze i ciepło.

Valentine westchnął z ulgą. — Dobra robota! Mówiłeś podobno, że byli tam Zmiennokształtni.

— Sali strzegły oddziały w mundurach osobistej gwardii Koronala — rzekł Elidath. — Zażądaliśmy, aby się poddali, lecz nawet ja nie znalazłem posłuchu. Po czym walczyliśmy z nimi i… zabiliśmy ich, mój panie…

— Nie było innego wyjścia?

— Żadnego — odparł Elidath. — Zabiliśmy ich, a oni po śmierci… zamienili się…

— Wszyscy?

— Tak, wszyscy byli Metamorfami.

Valentine zadrżał. Jakaż to dziwna, koszmarna rewolucja! Poczuł ogarniające go zmęczenie. Maszyny życia znów były włączone, Zamek zdobyty, fałszywy Koronal uwięziony, świat uratowany, ład przywrócony, groźba tyranii unicestwiona. Lecz… lecz… lecz dlaczego on był tak straszliwie zmęczony…

— Mój panie — powiedziała Carabella — chodź ze mną.

— Dobrze — odrzekł głucho. — Dobrze, odpocznę chwilę. — Uśmiechnął się nieśmiało. — Zaprowadź mnie na kanapę w garderobie, dobrze, kochanie? Chciałbym z godzinę się zdrzemnąć. Czy pamiętasz, kiedy ostatnio spałem?

Carabella objęła go ramieniem.

— Chyba wiele dni temu?

— Tygodni. Miesięcy. Nie pozwól mi spać dłużej niż godzinę…

— Dobrze, mój panie.

Zwalił się na kanapę, zwinął w kłębek i rozluźnił całe ciało. Carabella zasłoniła okno i przykryła go narzutą. Przez głowę zaczęły mu przepływać kolejno rozświetlone obrazy: Dominin Barjazid czepia się rąk starego człowieka; Król Snów odpycha go ze złością, wymachuje groźną maszyną; Król Snów zmienia kształty; straszliwa twarz Piurivara; potworny krzyk Dominina Barjazida; Metamorf rzuca się przez okno… Nie kończący się ciąg obrazów…

Walcząc z tymi koszmarami odpłynął w sen.

Spał przez godzinę, jak zarządził, a potem jeszcze trochę, aż obudził się pośród złocistego światła poranka. Usiadł. Przeciągnął się. Zamrugał powiekami. Wszystko go bolało. Sen, pomyślał, przyśnił mi się dziki, oszałamiający sen o… nie, nie sen. Nie sen.

— Odpocząłeś, mój panie?

To Carabella, Sleet i Deliamber, którzy czuwali nad nim.

Valentine uśmiechnął się.

— Tak, odpocząłem. I noc minęła. Co się wydarzyło?

— Niewiele — odparła Carabella — poza tym, że powietrze się ociepliło. Zamek świętuje, a po Górze rozchodzą się wieści o zmianach, które zaszły na świecie.

— Ten Metamorf, który wyskoczył przez okno… Czy on nie żyje?

— Nie żyje, mój panie — rzekł Sleet.

— Nosił szaty i insygnia Króla Snów i miał jeden z mechanizmów do przesłań. Co się stało, jak myślisz?

— Mogę tylko zgadywać, mój panie. Rozmawiałem z Domininem Barjazidem… On jest teraz bliski szaleństwa i minie wiele czasu, zanim wyzdrowieje, o ile w ogóle wyzdrowieje… Coś mi opowiedział. W zeszłym roku jego ojciec, Król Snów, poczuł się bardzo chory i sądził, że niebawem umrze. To było jeszcze wtedy, gdy zasiadałeś na tronie.

— Niczego takiego sobie nie przypominam.

— Bo też niczego nie rozgłaszano. Lecz wyglądało to na tyle niebezpiecznie, że sprowadzono z Zimroelu lekarza, który cieszył się wielką sławą — i rzeczywiście Król Snów cudownie ozdrowiał, jak ktoś, kto powstał z łoża śmierci. To wtedy, mój panie, zaszczepił w umyśle swego syna myśl o schwytaniu cię w pułapkę w Tilomon i pozbawieniu tronu.

Valentine oddychał ciężko. — Lekarz… to był Metamorf?

— Niewątpliwie — rzekł Deliamber. — Ukryty, dzięki swym umiejętnościom, pod postacią człowieka, a później, jak myślę, Simonana Barjazida. I to on zginął podczas wczorajszej walki, która doprowadziła do ujawnienia tej metamorfozy.

— A Dominin? Czy on także…

— Nie, mój panie, on jest prawdziwym Domininem. Widok stworzenia, które mieniło się jego ojcem, pomieszał mu zmysły. Lecz teraz już wiadomo, że to Metamorf popchnął go do tej zdrady, i z łatwością można sobie wyobrazić, że niedługo jakiś inny Metamorf zastąpiłby Koronala.

— A Metamorfowie strzegący maszyn klimatycznych nie słuchali rozkazów Dominina, lecz fałszywego Króla! Czyżby to była ukryta rewolucja, w której nie chodziło o zagarnięcie władzy przez rodzinę Barjazidów, lecz o wywołanie buntu wśród Zmiennokształtnych?

— Tego się obawiam, mój panie.

Valentine utkwił wzrok w pustce.

— Wiele już się wyjaśniło. Lecz o wiele więcej pozostaje wciąż niejasne i mętne.

— Mój panie — wtrącił Sleet — musimy odszukać i zniszczyć tych Metamorfów, którzy są wśród nas, a resztę zamknąć w Piurifayne, skąd nie będą mogli nam szkodzić.

— Spokojnie, przyjacielu — odparł Valentine. — Widzę, że nadal ich nienawidzisz.

— Nie bez powodu.

— Tak, pewnie tak. Dobrze, odszukamy ich, i nie będzie już żadnych ukrytych Metamorfów udających Pontifexa czy Panią, czy nawet stajennego. Lecz myślę też, że musimy wyjść im naprzeciw i uleczyć z nienawiści. W innym wypadku Majipoor pogrąży się w wojnie, której nie będzie końca.

Wstał, poprawił płaszcz i wzniósł ramiona.

— Przyjaciele, czeka nas praca. Obawiam się, że ogromna. Zanim jednak do niej przystąpimy, uczcijmy nasze zwycięstwo. Sleecie, mianuję cię wielkim organizatorem uroczystości. Przygotuj wspaniały bankiet i roześlij zaproszenia. A wzdłuż i wszerz Majipooru niechaj rozejdą się wieści, że wszystko lub prawie wszystko wróciło do poprzedniego stanu i że Valentine znowu zasiadł na tronie!

Rozdział 17

Sala tronowa Confalume'a była największym i najwspanialszym pomieszczeniem Zamku. Pyszniła się połyskującymi złotem belkami, pięknymi gobelinami i podłogą z desek drzew gurna, rosnących na odległych szczytach Khyntoru. To tu odbywały się najokazalsze ceremonie królestwa, lecz takie widowisko jak dzisiejsze zdarzało się nieczęsto.

Na tronie Confalume'a, do którego prowadziło wiele stopni, zasiadł Koronal Lord Valentine. Po jego lewej ręce, na nieco niższym tronie, siedziała Pani, królewska matka, błyszcząca bielą sukni, a po prawej tron tej samej wysokości co tron Pani zajmował Hornkast, najwyższy rzecznik Pontifexa, przez którego Tyeveras przesłał wyrazy ubolewania z powodu tego, że nie może stawić się osobiście. Przed nimi, wypełniając szczelnie salę, tłoczyli się diukowie i książęta, szlachta całego królestwa — zgromadzenie, jakiego nie widziano tu od czasów samego Lorda Confalume'a: suzerenowie z najodleglejszych krańców Zimroelu, z Pidruid, Tilomon i Narabalu. Był Ghayrog, diuk z Dulornu, i najmożniejsi z możnych z miasta Piliplok, Ni-moya i pięćdziesięciu innych miast Zimroelu, i stu Alhanroelu, nie licząc pięćdziesięciu miast Góry Zamkowej. Lecz nie wszyscy w tym tłumie nosili tytuły książąt i diuków. Byli tam także zwykli obywatele: trójramienny Skandar Gorzval i Cordeine, jego cerowaczka żagli, i mistrzyni ciesielska Pandelon, i Hjort Vinorkis handlujący skórami haigusa, i chłopiec Hissune z Labiryntu, i Tisana, stara wieszczka z Falkynkip, i wielu innych, równie niskiego pochodzenia, wmieszanych w tłum możnych i z tego powodu wyraźnie zalęknionych.

Lord Valentine powstał i powitał swą matkę, pozdrowił Hornkasta i pokłonił się zebranym.

— Niech żyje Koronal! — rozległy się okrzyki.

Lord Valentine odczekał, aż zapadnie cisza, po czym przemówił spokojnym głosem:

— Mamy dzisiaj wielki festyn, świętujemy odrodzenie naszej wspólnoty i przywrócenie ładu. Przygotowaliśmy dla was przedstawienie.

Zaklaskał w dłonie i w tej samej chwili wybuchły dźwięki skocznej melodii. Odezwały się rogi, bębenki, piszczałki i do sali wkroczyło dwunastu grajków z Shanamirem na czele. Za grajkami kroczyli żonglerzy, w kostiumach nadzwyczajnej piękności, godnych wielkich książąt: pierwsza Carabella, tuż za nią mały, z blizną na twarzy, białowłosy Sleet, a za Sleetem gburowaty, włochaty Zalzan Kavol i jego dwaj pozostali przy życiu bracia. Nieśli przeróżne rekwizyty żonglerskie: szpady, noże i sierpy, przygotowane do zapalenia pochodnie, jajka, talerze, jaskrawo pomalowane maczugi i mnóstwo innych rzeczy. Kiedy doszli do środka sali, ustawili się w gwiazdę, twarzami do siebie i zamarli w bezruchu.

— Zaczekajcie — zawołał Lord Valentine. — Tam jest jeszcze jedno miejsce.

Schodził z tronu Confalume'a stopień po stopniu, aż doszedł do trzeciego od dołu i na nim się zatrzymał. Uśmiechnął się do Pani, mrugnął porozumiewawczo do małego Hissune'a i kiwnął ręką do Carabelli. Rzuciła mu miecz. Chwycił go bezbłędnie. Rzuciła mu drugi. Potem trzeci. Lord Valentine zaczął żonglować na stopniach tronu, tak jak poprzysiągł dawno temu, na Wyspie Snu.

Na dany znak rozpoczęło się żonglowanie i powietrze rozbłysło mnóstwem niezwykłych, jakby bez niczyjej pomocy fruwających przedmiotów. W całym wszechświecie nie było żonglerów równych trupie Zalzana Karola. Lord Valentine był tego pewien. Jeszcze przez kilka chwil żonglował na stopniach tronu, po czym zszedł na dół śmiejąc się i uszczęśliwiony zaczął przechwytywać sierpy i pochodnie krążące między Sleetem, Carabellą i Skandarami.

— Jak za dawnych czasów! — wykrzyknął Zalzan Kavol. — A nawet lepiej, mój panie!

— Ta widownia dodaje mi ducha — odrzekł Lord Valentine.

— A potrafisz żonglować jak Skandar? — spytał Zalzan Kavol. — Zaczynamy, mój panie! Łap! Łap! Łap! Łap! — Zalzan Karol, nieustannie poruszając czterema ramionami, wyczarowywał z powietrza jajka, talerze, maczugi i rzucał je kolejno do Lorda Valentine'a, który przechwytywał je w mgnieniu oka, żonglował nimi i przesyłał dalej do Sleeta lub Carabelli. Po widowni rozszedł się szmer niekłamanego zachwytu. Lord Valentine roześmiał się. Tak, to jest życie! Jak za dawnych dni, może nawet lepsze! Schwycił roziskrzony miecz i posłał go wysoko. Elidath z Tunigornem uprzedzali go, że nie powinien popisywać się żonglerką przed książętami z całego królestwa, lecz Lord Valentine z właściwym sobie taktem dał im do zrozumienia, że niezbyt dba o etykietę dworską. A teraz i ci dwaj, na równi z całą publicznością, z zachwytem w oczach, z otwartymi ze zdumienia ustami podziwiali jego nadzwyczajne umiejętności.

Lord Valentine zdawał sobie sprawę, że nie po to zgromadził w tej sali poddanych, aby popisywać się przed nimi żonglowaniem. Opróżnił ręce i opuścił artystów. Ruszył w stronę tronu. Gdy podszedł do pierwszego stopnia, przystanął i skinął na Carabellę.

— Chodź — powiedział. — Dołącz do mnie. Teraz my będziemy widzami.

Na twarzy Carabelli wykwitły rumieńce, lecz nie ociągając się zostawiła maczugi, noże i jajka. Lord Valentine wziął ją za rękę i powiódł ku tronów.

— Mój panie! — szepnęła Carabella.

— Nic nie mów. Uważaj na stopnie. Nie wypada, żebyś się potknęła wchodząc na tron.

— Ja miałabym się potknąć? Ja, żonglerka? — Wybacz mi, Carabello. Roześmiała się.

— Wybaczam ci, Valentine.

— Lordzie Valentine.

— To tak mam cię nazywać, mój panie?

— Nie — odparł. — Nie między nami.

Weszli na najwyższy stopień, na którym oczekiwało na nich podwójne krzesło, połyskujące zielenią i złotem aksamitu. Lord Valentine zatrzymał się na chwilę spoglądając w dół na diuków, na książąt i na prosty lud.

— Gdzie jest Deliamber? — szepnął. — Nie widzę go!

— On nie przepada za takimi uroczystościami — odrzekła Carabella. — Wyjechał na Zimroel. Myślę, że chce odpocząć. Czarodzieje nudzą się na festynach. Przy tym Vroon, jak wiesz, nigdy nie lubił żonglowania.

— Powinien tu być — mruknął Lord Valentine. — Wróci, jeśli go tylko wezwiesz.

— Mam nadzieję. Usiądźmy wreszcie.

Zasiedli na tronie. W dole pozostali członkowie trupy Zalzana Kavola popisywali się tak wspaniałym kunsztem, że urzekli nawet Lorda Valentine'a, choć nieobce mu były tajniki tej sztuki. Patrząc na nich poczuł, że ogarnia go dziwny smutek. Oto przyszedł czas, kiedy musi porzucić towarzystwo żonglerów i zasiąść na tronie. Jego życie się odmieni. Dobrze wiedział, że skończył się już dla niego czas wędrówki, czas swobody i beztroskiej radości, i choć nie gonił za władzą, to teraz nadeszła pora, aby raz jeszcze ponieść na barkach jej brzemię. Trudno mu było jednak obronić się przed uczuciem żalu. Szepnął do Carabelli:

— Może potajemnie, kiedyś, kiedy dwór będzie zajęty swoimi sprawami, uda nam się zebrać razem i pożonglować maczugami. Co ty na to, Carabello?

— Oby tak się stało, mój panie.

— I będzie nam się wydawać, że jesteśmy gdzieś pomiędzy Falkynkip a Dulornem, że zastanawiamy się, czy zatrudni nas Cyrk Nieustający, czy znajdziemy gospodę, i czy… czy…

— Mój panie, popatrz, co wyprawiają Skandarzy! Tyle ramion! Każde zajęte!

Lord Valentine uśmiechnął się.

— Muszę spytać Zalzana Kavola, jak to się robi — rzekł. — Któregoś dnia. Kiedy znajdę na to czas.


KONIEC
Загрузка...