CZĘŚĆ PIĄTA PERYPETIA

Rozdział siedemnasty

Tu. To jest to. Tu. Obrzeże Cacotopic Stain.


O wiele wcześniej lot myszołowów został zakłócony. Rozpierzchły się. Ostrożny krok jaguara stracił rytm i wielki kot znikł. Kurz i czarny dym pochłaniał zwierzęta. Setki lat historii uległy zmianie na skutek przybycia tej prymitywnej głośności.

Przez szczelinę w ziemi, jak bakcyl, jak jakaś organiczna nić zatruwająca krew, infekująca krajobraz, przyszła Żelazna Rada. Buchające parą i prychające stalowe mamidło. Tak jak przed laty poprzedzały ją postacie układające tory, a za ostatnim wagonem inni je zrywali i transportowali do przodu.

Pociąg wszędzie był intruzem, nigdzie elementem wrośniętym w krajobraz. Był ingerencją historii w krainę niskich drzew porastających zbocza, grubszego futra prawdziwych lasów, górskich dolin, szerokich kanionów ze sterczącymi z ziemi ostańcami. Wciskał się w niespotykane gdzie indziej dewiacyjne krajobrazy, między wędrujące wzgórza, kłęby dymokamienia i zastygłe błyskawice.

Zjawa. Ludzie z miasta masakrowali teren, spłaszczali go, żeby położyć tory. Byli najeźdźcami.

Podobnie jak ich przodkowie, pierwsi Radni — nierzadko młodsze wcielenia ich samych — byli muskularni i zahartowani i znali się na tym, co robili. Prze-tworzeni, wolni ludzie, ludzie-kaktusy i inni, świetnie zarządzane przedsiębiorstwo, nosiciele szyn ze szczypcami, zrzucanie podkładów, uderzenia młotów w tanecznym rytmie.

Nosili ubrania uszyte ze skór zwierzęcych i starych worków. Biżuterię robili z kolejowego metalu i śpiewali eklektyczne piosenki, Przeróbki starych hymnów budowlanych, i nowe ballady, które opowiadały o ich losach.

Na zachód jechaliśmy do kraju gdzie

Dumni żyjemy jak w raju wolni

Od tyranii i niepodzieleni ramię

W ramię prawdziwi i prze-tworzeni.


* * *

W centrum całego zamieszania, z setkami postaci zaspokajających jego skomplikowane, kapryśne potrzeby, pilnowany przez strażników, z czujkami na wzgórzach, wierzchołkach drzew i w powietrzu, znajdowało się źródło tego wszystkiego: pociąg. Odmieniony. Naznaczony upływem czasu. Ta forpoczta cywilizacji zdziczała.

Rzeźnie, wagony sypialne, wieża strzelnicza, biblioteka, kantyna, warsztaty, wszystko to było, ale inne. Wagony blankowane, barokowe, zwieńczone gołębnikami. Między nadbudówkami na dachach wagonów rozciągały się mosty linowe, które przy najmniejszym nawet zakręcie drogi Żelaznej Rady opadały, a następnie z powrotem się napinały. Na innych dachach zamontowano machiny oblężnicze. W ścianach wagonów wycięto nowe okna. Niektóre przypominały stare kościoły gęsto porośnięte bluszczem i woskowatymi pnączami oplatającymi również wieżę strzelniczą. Dwie platformy przekwalifikowano na ogródki ziołowe. Dwie inne również wypełniono ziemią ale rosła na nich tylko trawa między płytami nagrobnymi. Stadko częściowo oswojonych demonów ruchu figlarnie kąsało koła pociągu.

Doszły nowe wagony, jeden z wyrzuconego na brzeg drewna wygładzonego przez wodę i zagruntowanego żywicą. Toczyły się na zapasowych kołach, niekiedy przetopionych. Wagony dla rajców z obcych ras, ruchome stawy dla istot wodnych. Pociąg był długi, poruszany przez cztery lokomotywy, dwie z przodu, dwie z tyłu. Ich kominy zaopatrzono w metalowe kołnierze i namalowano na nich płomienie. Największy z nich, na samym przedzie, tak bardzo obrósł prymitywną sztuką że sprawiał wrażenie, jakby spuchł od tego gigantyzmu.

Przednie reflektory były teraz oczami, osłoniętymi rzęsami z długiego drutu, a zderzak szczerzył sterczące zęby: przyśrubowano do niego potężne kły dzikich zwierząt. Do komina przyspawano z przodu wielki nos, uzupełniając tę absurdalną fizjonomię. Za tą gigantyczną i toporną twarzą ciągnął się las trofeów i totemów. Czaszki i chitynowe głowy jakiejś menażerii z martwą dzikością spoglądały na boki: zębate i rozdziawione, płaskie, bezokie, rogate, minogogębowe z zęborzęskami, fałdokościste, bulwersująco ludzkie skomplikowane. Skórę trofeów wygarbowały żywioły, a kości i zęby pokryła misterna siateczka pęknięć i patyna dymu. Zaopatrzona w twarz lokomotywa wiozła te martwe istoty jak chełpliwy bóg łowów.

Niwelatorzy podążali za echem wcześniejszego szlaku. Czasami znikał on z oczu, a czasami odmienił go upływ lat. Bywało, że godzinami wyrąbywali sobie drogę obok jezior w cieniu wzgórz, aby dotrzeć do pozarastanej szczeliny i zobaczyć upiora nasypu kolejowego, poryty przez korzenie grzbiet, po którym przed laty jechali w przeciwnym kierunku. Znajdowali odcinki zżartych przez rdzę szyn przykrytych natłuszczonym brezentem, który zafarbował ziemię. Prowadzili nowe tory ku starym, które na nich czekały.

„To myśmy je zostawili” — mówili weterani, którzy przy tym byli. „Przypomniałem sobie. Żeby mieć łatwiej. Nigdy nic nie wiadomo, mówiliśmy, może kiedyś trzeba będzie wrócić”. Ta przezorność pozwoliła im zwiększyć tempo. Był to prezent od przeszłości w najeżonej skałami krainie.

Judasz Low uczył Cuttera układać tory.


* * *

Znużeni wędrowcy oniemieli po przyjeździe do królestwa Żelaznej Rady. Dotarcie do celu odebrało im głos. Pomeroy i Elsie nie odzywali się. Szeptodziej Drogon naciągnął kapelusz na czoło. Qurabin niewidzialny, ale wyczuwalny, wysiłki związane z poszukiwaniem drogi i odsłanianiem tajemnic wyczerpały go i zmniejszyły. Cutter stał koło Judasza, kiedy to tylko było możliwe.

Pod skłębionymi chmurami pośród stepu ciągnął się gigantyczny ogród. Pola uprawne ciasno przylegały do siebie otoczone żelazną elipsą torów, za którymi znajdowały się kolejne pola poprzerastane przez dziką naturę i rozpływające się w niej.

Przewodnicy zaprowadzili ich do tej enklawy przez wysoką trawę, która zamykała się za nimi. Obserwowali postacie pracujące na polach. Gospodarka agrarna pośród niczego. Większość wędrowców milczała. Judasz cały czas się uśmiechał i mówił pod nosem: „Niech żyje!”. Ludzie chodzili ścieżkami koło lepianek przy torach. Panorama codzienności, wioska jak każda inna, przecinana przez linię kolejową.

Judasz przyglądał się tubylcom, a kiedy jacyś podchodzili bliżej, Pozdrawiał ich swoim „Niech żyje!”, a oni odpowiadali skinieniem głowy.

— Halo, halo, halo — mówił Judasz do małego dziecka, które podbiegło do nich pod czujnym okiem swego ostrzącego kosę ojca. Judasz kucnął. — Halo, halo, mały towarzyszu, mała siostro, mały chaver. — Pobłogosławił chłopcu ruchem dłoni. — Jak leci?

A potem wstał i wydał z siebie nieartykułowany okrzyk czystej radości. Na jego twarzy wykwitł wyraz niewysłowionego szczęścia, kiedy usłyszał śpiew metalu i zobaczył kłęby sadzy: przez wysoką trawę nadjechał pociąg, Żelazna Rada, sklecone z żelaza, drewna, liny i rozmaitych znalezisk miasto na kołach.

Rzucili wszystko, co trzymali rękach.

— Żelazna Rada, Żelazna Rada — każdy z nich wypowiedział te słowa, kiedy zbliżyła się szczerząca kły lokomotywa.

Pociąg kończył swoją kilkumilową rundę, ani osiadły, ani koczowniczy. Zwalniał.

— Jestem Judasz Low! — krzyknął Judasz. Podszedł do pociągu, jakby ten zatrzymał się na zwykłej stacji. — Jestem Judasz Low! — powtórzył. Ktoś wysiadł z kabiny maszynisty i Cutter usłyszał okrzyk, pozdrowienie, którego poszczególnych słów nie potrafił odcyfrować. Judasz puścił się biegiem, wołając czyjeś imię: — Ann-Hari!

Rozdział osiemnasty

Droga prowadziła przez mokradła. Zakamuflowane moczary, gdzie to, co wydawało się ziemią i trawą, tak naprawdę było cienką pokrywą roślinną na grubej warstwie wody. Żelaźni Radni sypali kamienie, rzucali pontony, wbijali słupy ze ściętych w lesie drzew. Widzieli zagajniki starych pni porośnięte młodniakiem — stamtąd przed dwudziestu laty brali drewno. Żelazna Rada poruszała się powoli na szynach biegnących tuż nad albo tuż pod powierzchnią wody. Pociąg stał się spokojnym zwierzęciem bagiennym. Pod nim i wokół niego rozbrzmiewały odgłosy błotniaków i bagniaków.

Pomeroy układał tory. Elsie chodziła z furażerami. Qurabin przychodził do podróżnych i przekazywał im tajemnice wzgórz i mokradeł, które poznał. W powolnej kapitulacji mnicha wobec ceny tych odsłonięć Cutter dostrzegał jakiś smutek i tchórzowskie pragnienie śmierci. Qurabin stracił wszystko i dążył do tego, żeby z bezsensowną pobożnością rozpłynąć się w świecie.

Szeptodziej Drogon był członkiem straży, która strzegła Żelazną Radę w jej sapiącej, buchającej parą jeździe. Cutter na krok nie odstępował Judasza. Razem kładli tory.

Judasz był postacią legendarną. Dzieci przychodziły na niego popatrzeć, ale nie tylko one: także dorośli, których nie było jeszcze na świecie, kiedy Żelazna Rada przemierzała świat. Traktował ich przyjaźnie. Robił dla nich golemy, co budziło ich zachwyt. Wszyscy słyszeli o jego golemach. Pewnego razu zaśpiewali mu przy ognisku i zwierzętopodobne drzewa próbowały uciec od tego zakłócającego im spokój hałasu.

Zaśpiewali Judaszowi balladę o Judaszu. Na kilka kontrapunktowanych głosów opowiadali o tym, jak posłał przeciwko żołnierzom błotnego golema i uratował Żelazną Radę, a potem, jak poszedł na pustynię i stworzył armię golemów, a potem, jak zakradł się do podziemnego zamku króla krasnali, zrobił kobietę z prześcieradła księżniczki, a potem prześcieradło i księżniczka zamieniły się miejscami i Judasz uciekł za morze z królewską córką.

W nocy Cutter przyciskał się do Judasza i starszy mężczyzna czasem odwracał się do niego ze swoją dobroduszną powściągliwością. Cutter wchodził w Judasza albo otwierał się na niego. Te noce, kiedy nie spali razem, Judasz spędzał z Ann-Hari.


* * *

— Dostałem waszą wiadomość — powiedział Judasz pierwszej nocy po przybyciu. — Wasz cylinder. Głos Rahula. O Uzmanie. Niech żyje.

— Niech żyje.

Uzman zmarł niespodziewanie, opowiadała mu, nastąpiła nagła blokada jego organicznych albo sztucznych żył. Dokładnej przyczyny nigdy nie zdołali ustalić.

— Dalej macie voxiterator?

— Ile wiadomości do ciebie dotarło?

— Cztery.

— Wysłaliśmy dziewięć. Brała je osoba, która jechała na wybrzeże handlować i oddawała załodze statku, która mówiła, że płynie na południe, że może przepłynie przez Cieśninę Ognistej Wody, może minie Tesh, może dotrze do Myrshock i do Nowego Crobuzon. Ciekawe, które dostałeś.

— Mam je ze sobą. Odsłuchaj i powiedz mi, co mnie ominęło.

Uśmiechnęli się do siebie, mężczyzna w średnim wieku i kobieta, która wyglądała na znacznie starszą, ogorzała i pobrużdżona, ale nie mniej energiczna od niego. Cutter był pod jej wielkim wrażeniem.

Podczas długiego powitalnego wieczoru poznali Grubogolenia. Był ogolony, dzięki czemu Judasz mógł uścisnąć krępego, siwiejącego człowieka-kaktusa. Były również inne osoby, które golemista rozpoznawał i serdecznie pozdrawiał, ale największą radością napełniał go widok Grubogolenia i Ann-Hari.

Inni jego starzy znajomi zostali rolnikami, nomadami, traperami, myśliwymi z krzaczastymi brodami. W kierownictwie Żelaznej Rady obok Ann-Hari pojawiły się nowe twarze.

Wszędzie ją pozdrawiano. Chuda i żylasta, postarzona przez czas, ale i pobłogosławiona przezeń innego rodzaju pięknem, pełnym pasji i wigoru. Podczas swojej rundy pociąg mijał fabryki, gospodarstwa rolne, silosy i hale, które z upływem lat wyrosły po obu stronach torów. Ann-Hari wysiadała na każdym przystanku i robiła obchód.

Ludzie dawali jej owoce i pasztety z dziczyzny, którymi dzieliła się ze swoją świtą złożoną z kobiet w różnym wieku. Cutter widział, że wszyscy darzą Ann-Hari dziwną miłością. Włożyła Judaszowi rękę pod ramię. Tworzyli dystyngowaną parę. Żelaźni Radni wiwatowali i pozdrawiali Judasza, zapraszali jego towarzyszy na jedzenie i picie, całowali ich w policzki. Wznosili okrzyki skundloną, dziwnie akcentowaną ragamollszczyzną: Nowe Crobuzon skrzywione.

Wieczny pociąg pełnił funkcję ratusza, kościoła, świątyni i twierdzy. Gwizdał podczas jazdy, patrolując obrzeże krainy rolników, myśliwych, lekarzy, nauczycieli, maszynistów. Byli mężczyźni-kaktusy i bardzo mało kobiet-kaktusów, jak również garstka vodyanoich, różdżkarzy i wróżbitów oraz ich dzieci. Po niebie śmigały wyrmeny. Najstarsi zapomnieli Nowe Crobuzon, najmłodsi nigdy go nie widzieli.

Były też niewielkie grupy przedstawicieli innych ras. Posługiwano się głównie crobuzońskim ragamollskim, ale niektórzy porozumiewali się za pomocą skomplikowanych kasłanych systemów tonalnych. Imigranci w krainie układaczy torów. Młodzież była oczywiście niezmodyfikowana, przyszli na świat bez prze-tworzenia, ale populacja osób po czterdziestce składała się głównie z prze-tworzonych. Pierwszych Radnych. Założycieli Żelaznej Rady.


* * *

Cienie torowiska wspinały się na zbocza. „Patrzcie tutaj”. Żyły w skale. „Czy nie tutaj straciliśmy Marimona? Przy tamtej turni? Za duża pochyłość i…”. Milkli z szacunkiem w miejscach, gdzie topografia przypominała im o ofiarach budowy.

Większość górskich stworzeń uciekała przed Radą, ale niektórzy Podniebni lub naziemni drapieżnicy polowali na podróżników, którzy odłączyli się od reszty — na przykład istoty wielkości niedźwiedzi, z wielką paszczą i przyssawkami lub włoskowatymi poduszeczkami, które czaiły się przywarte do pionowych ścian skalnych albo zaopatrzone w skórne skrzydła i macki ptaki z kozimi nogami. Ludzie-kaktusy, którzy nie wydzielali wabiącego zapachu mięsa, byli najlepszymi strażnikami.

Tam, gdzie to było możliwe, korzystali z wybudowanej przed laty trasy, ale miejscami musieli wytyczać nową. Za pomocą prochu z własnych laboratoriów rozbijali skalne przeszkody. Znajdowali przerzucone nad wąwozami mosty, które zbudowali przed laty. Ochotnicy wchodzili na nie, żeby sprawdzić ich wytrzymałość. Towarzyszyło temu stukanie desek, z których wiele poodpadało. Drewno leżało na ziemi zmurszałe i nadjedzone przez insekty.

Poruszali się szybko na prowizorycznie kładzionych torach albo po szynach, które na nich czekały, oczyszczone z rdzy. Kiedy drogę zagradzały skalne ściany, często widzieli bliznę dawnej drogi zataczającej szeroki łuk, natomiast przed nimi był tunel, prymitywny, ale dostatecznie wysoki, żeby pociąg się w nim zmieścił. Przezorna Rada wysyłała brygady robotników, żeby kopali tunele na wypadek konieczności szybkiego powrotu.


* * *

Trzeciego dnia po ich przybyciu dokonał się handel wymienny. Swoim sztywnym, mającym w pogardzie zasady geometrii krokiem przybyli striderzy, przez wysoką trawę, która nie poruszała się w sposób naturalny. Rozłożyli przed kupcami z Rady swoje towary: koagulat włosów, flegmy i kamieni szlachetnych, trochę wyplutego przez ziemię bezoaru.

— To jest napakowane różnymi rodzajami ju-ju — mruknął jeden z Radnych do Cuttera.

Żelazna Rada była wtajemniczona w egzotyczne formy magii.

— Kto nas znajdzie, może z nami handlować.

Zboże, informacje, mięso i wiedza techniczna. Najbardziej poszukiwanym towarem Żelaznej Rady była wiedza jej ekspertów, sprzedawana co pewien czas kupcom z miasta Bracia, z Vaudanku czy tym z wędrownych plemion.

Ten model życia nie miał precedensów. Cutter był poruszony. Nie pamiętał czasów, w których nie wiedziałby o Radzie. Dla dziecka była to bajka, dla nastolatka przygoda, dla uświadomionego politycznie dorosłego mężczyzny pewna możliwość. Teraz możliwość ta stała się rzeczywistością i chociaż nie umiałby ująć swego rozczarowania w słowa, niewątpliwie je odczuwał.

Nie potrafił zwerbalizować poczucia odmienności, które go ogarnęło. Złościł się w duchu, że w tym życiu nie było prawie niczego dlań nieznanego, a przecież, kiedy patrzył na ludzi, który uprawiali rolę, hodowali zwierzęta, pisali, kłócili się, opiekowali dziećmi i wykonywali tysiące innych najzwyklejszych czynności, miał wrażenie, że jest to coś nowego. Na przykład ten mężczyzna, który zdrapywał z pociągu starą farbę i malował go na nowo — niby Cutter widział to już wiele razy, a jednak wydawało mu się obce.

Nie licząc puli wykorzystywanej do handlu poza torami, nie było pieniędzy. To również z jakiegoś powodu go złościło. Nie mógł zrozumieć, dlaczego insurekcjoniści powracają do systemu feudalnego, w którym chłopi pańszczyźniani otrzymywali zapłatę w naturze. Gospodarkę bezpieniężną odbierał jako sentymentalną pozę. Malowanie polega na pociąganiu pędzlem w górę i w dół, niezależnie od tego, czy dostaje się za tę robotę brzęczącą monetę.

Upłynęło wiele dni, zanim uświadomił sobie, że się myli. Z pozoru ta sama rzeczywistość była zupełnie inna. Inne było malowanie, orka, ostrzenie noży, księgowość. „To jest nowe społeczeństwo” — pomyślał. „Oni nie są tacy jak ja”. Potwornie go to wzburzyło.

Przez jeden straszny dzień nienawidził wszystkiego, co miał przed oczyma — za to, że stawiało przed nim barierę obcości. Że było za mało dziwne, a jednocześnie tak bardzo dziwne. A potem uświadomił sobie, że problemem nie jest Rada, tylko on sam.

„Nie byłem przy tym, jak to powstawało. Nie budowałem tego społeczeństwa tak jak starzy, ani się w nim nie urodziłem tak jak młodzi. Nie stworzyłem tej krainy, a więc ona nie stworzyła też mnie”.

— Podróż była długa.

Wędrowcy, Ann-Hari i inni członkowie komitetu kierowniczego spędzili jeden z wieczorów w kantynie. Judasz otrzymał nagrane na voxiterator parlando w rytmie uderzeń młota, opowiadające historię o podróży Żelaznej Rady na zachód: „Pieśni dla golemisty”.

— Opowiem wam parę prawdziwych historii o Żelaznej Radzie — powiedział starszy mężczyzna, kiedy skończyli jeść. — To nie znaczy, że te ballady kłamią, ale pewne rzeczy pomijają. Powinniście wiedzieć wszystko. — Robiło się późno i zimno. Słuchali, pogryzając podpłomyki. — Podróż była długa — podjął i opowiedział im o Cacotopic Stain, chociaż nie chciał podać szczegółów. — Wyszliśmy z tego suchą stopą — podsumował krótko. — Prawie miesiąc na obrzeżach tej szalonej krainy.

Powiedział, że przez ponad dwa lata wysyłali zwiadowców na nieznane tereny, których nie było na mapach. Wielu z nich nie wróciło, wielu straciło życie. Spierali się o wybór trasy, uczyli się technik przetrwania. Kładli tory, dawali się uwikłać w wojny. Bezwiednie kierowali pociąg pomiędzy szyki bojowe zwaśnionych mieszkańców lasu, którzy bombardowali ich kamieniami i strzałkami; zwierzęto-ludzie oskarżali Radę o naruszenie ich integralności terytorialnej. Odszczepieńczy pociąg napotykał przedstawicieli krajów znanych tylko z pogłosek: Vaudanku, królestwa najemników, czy wodnego państwa Gharcheltist. Żelaźni Radni z wymuszoną przez okoliczności pilnością uczyli się nowych języków oraz zwyczajów handlowych i dyplomatycznych. Za kakotopią ciągnęły się wielkie przestrzenie.

Biedni, zagubieni Crobuzończycy. Cutter miał wrażenie, że współczują swoim młodszym wcieleniom, tułającym się po obcych i niezrozumiałych dla nich krainach. Z obecnej perspektywy uważali, że byli wtedy naiwni i nieporadni. Wzruszali ramionami i szli dalej, kładli szyny i przepraszali, kiedy zauważyli, że wtargnęli na czyjś teren. Czasem trzeba było ponieść ofiarę, kiedy weszli w drogę jakiemuś despocie, potentatowi czy quasi-bóstwu.

— Wjechaliśmy kiedyś do lasu i był tam magmowy koń, który przetrzebił nasze zapasy węgla. Pamiętacie? Pamiętacie, jak nasi chłopcy padli ofiarą tego upiornego stworzenia, które zostawiało szklane odciski stóp?

Kraina, która karała obcych. Dziesiątkowały ich drapieżniki, zimno, gorąco. Umierali z głodu, umierali od chorób, umierali z pragnienia, kiedy poszukiwacze wody zabłądzili. Zmuszali się do nauki, budowali żelazną drogę ucieczki.

Sami też toczyli wojny, kiedy musieli, z plemionami, które nie chciały przyjąć daniny za prawo do przejazdu przez ich terytorium. Był okres, o którym niechętnie mówili — nazywali go Erą Kretynizmu — kiedy w pociągu rozpętała się wojna domowa, o strategię, o dalszą trasę. Generałowie z wagonu służbowego i pierwszej lokomotywy przerzucali się granatami, przez tydzień trwały walki partyzanckie na dachach wagonów i rzeź na korytarzach. — To była ciężka zima. Byliśmy głodni. Byliśmy głupi. Podczas opowiadania tej historii wszyscy siedzieli ze spuszczonym wzrokiem.

Ale nareszcie dotarli na prerię. Sporządzili mapy i zawarli pokój ze wszystkimi sąsiadami.

— Mamy więcej map niż miejska biblioteka w Nowym Crobuzon.

Pociąg pozostawał w ruchu. Wreszcie, daleko na zachodzie, zwiadowcy zobaczyli morze.

— Pociąg jest naszą ostoją. Musimy dbać o to, żeby był silny.

Pociąg nie mógł stać w miejscu, to byłaby zdrada. Wiedzieli — od początku wiedzieli — że nawet kiedy znajdą miejsce, w którym będą chcieli zostać, które ich wyżywi, to nie pozwolą pociągowi się zatrzymać. Otaczali go swoistym niereligijnym kultem. Przekształcili go, nadali mu demoniczny wygląd, dbali o lokomotywy, które jeździły na wszystkim, co dało się spalić. Stworzyli sobie nowe życie.

Budowa potrzebnych struktur trwała lata. Ich osada rozrastała się. Koczownicy i zabłąkani poszukiwacze przygód z wszystkich ras ściągali do renegopolis. Do Żelaznej Rady.

Miasto i jego rząd były jednym i tym samym. Delegatów do komitetów wybierano z poszczególnych grup zawodowych, wiekowych i innych. Toczono zajadłe spory, a metody perswazji nie zawsze były godne podziwu. Galimatias demokracji, klientelizmu i siły przebicia. Jedni mówili, że pociąg musi pozostać w ruchu, drudzy, że powinien stanąć. W pierwszych latach tworzyły się frakcje w obrębie frakcji, spory dotyczyły metod produkcji przemysłowej i rolnej. Dalej budowali swój los, delegowali i byli delegatami, spierali się, polemizowali, głosowali i wykuwali mechanizmy wspólnego życia.

— Wcześniej byłem smarowniczym — powiedział gawędziarz. — Oliwiłem koła.

— Wiecie, po co tutaj jestem — stwierdził Judasz. — Stoicie przed nową decyzją. Przyszedł czas zwinąć obóz. Znowu wyruszyć w drogę.

Rozdział dziewiętnasty

W tych płaskich jak stół krainach, które przemierzali, w tej niezwykłej punie, rozkwitały niegdyś cywilizacje. Żelazna Rada, która wracała po śladach własnej historii, jechała przez ruiny.

Coś, co kiedyś może było świątynią, miastem świątyń. W cieniu zawalonego zigguratu kładli szyny i para z ich lokomotyw owiewała pnącza. Przy wbijaniu słupów niechcący rozłupywali zwietrzałych kamiennych bogów utkwionych w kłębowisku korzeni. Uderzenia młotów wstrząsały tym królestwem zmarłych. Żelazna Rada przysypywała sadzą płaskorzeźby ukazujące bitwy bogów, przebijała się przez zarośnięte miasto niegdyś sięgające nieba.


* * *

— Mam starego znajomego — powiedział Judasz na zebraniu komitetu. — Byliśmy kiedyś wspólnikami. Kiedyś był urzędnikiem państwowym, a teraz pracuje dla jakiegoś wielkiego koncernu, ale wciąż ma uszy otwarte. Czasami potrzebuje do swojej pracy golemów. Kiedy przychodzi do mnie w tej sprawie, rozmawiamy.

Judasz opowiedział Cutterowi o tych dziwnych rozmowach. Pennyhaugh nie ukrywał swojej niechęci do Judasza, stał się jego wrogiem, ale mimo to pili razem. To nie były rozmowy, tylko przedstawienia teatralne.

— Widuję się z nim tylko dlatego, że przynosi mi informacje, które mogę przekazać Plenum. I nie sądzę, żeby Pennyhaugh wyładowywał w ten sposób swoją frustrację, nie jest aż taki głupi. Myślę, że to ma być swego rodzaju prezent.

Komitet słuchał. Siedzieli tam ludzie w średnim wieku i prze-tworzeni, którzy pamiętali Nowe Crobuzon, czy kobiety, które niegdyś były obozowymi dziwkami, ale komitet w ponad pięćdziesięciu procentach rekrutował się z ludzi młodych, którzy byli dziećmi albo jeszcze się nie narodzili, kiedy powstawała Rada. Patrzyli na Judasza wyczekująco.

— Stale krążą pogłoski. Odpytywałem go, ale w taki sposób, żeby myślał, że to wyszło od niego samego. Opowiedział mi, co w trawie piszczy. Wiecie, że jest wojna z Tesh. — Nie znali szczegółów, ale tak duża wojna wstrząsnęła całym Bas-Lag i wiadomości o tych bitwach dotarły do Żelaznej Rady za pośrednictwem traperów i poszukiwaczy przygód. — W Cieśninie Ognistej Wody są straszne jatki, teraz ludzie mówią na nią Cieśnina Krwawej Wody. Udało im się unieszkodliwić zaklęcie bitwy morskiej Wiedźmokracji i okręty marynarki wojennej Tesh mogą pływać wzdłuż całego wybrzeża. Niedawno wysłali drugą ekspedycję. Podwodną. Być może dowodzoną przez grindylow, nie wiadomo. Ale nadciągają. Droga jest daleka, tysiące mil morskich, ale na pewno są już blisko, może nawet wylądowali.

Musicie wiedzieć, że w mieście o was nie zapomniano. Nie zapomniano o Żelaznej Radzie. Niech żyje. Ludzie szepczą te słowa. Wypisują waszą nazwę na murach. Parlament nigdy wam nie wybaczył waszej zdrady. A teraz wiedzą, gdzie was znaleźć.

Zaczekał, aż minie pierwszy szok.

— Nie mogliście liczyć na to, że do końca świata nikt się nie dowie, gdzie jesteście. Na kopulującego Jabbera, minęło ponad dwadzieścia lat! Jakiś wędrowiec opowiada innemu albo nawet któryś z waszych mógł zdradzić, wrócił do Nowego Crobuzon, został aresztowany i przesłuchany. Mógł być między wami szpieg. — Podniósł głos, żeby przekrzyczeć oburzone protesty. — Może osiągnęli w swoich laboratoriach dalekowzroczność na nieznaną wcześniej skalę. Wszystko jedno, w każdym razie wiedzą, gdzie jesteście. Wytropili was. Nie wiem, jak dawno temu. Mają na swojej drodze Cacotopic Stain, stepy Gallagi, lasy i tak dalej — my mieliśmy Qurabina. — „Na początku nie mieliśmy, Judaszu” — pomyślał Cutter. „Co planujesz zrobić?” — Ale wojna to wszystko zmieniła, ponieważ można pływać przez Cieśninę Ognistej Wody.

Nadciągają dookoła, drogą morską. Próbują minąć Tesh i Maru’ahm, a potem przybyć do brzegu w krainie stepów. Zjawią się nie od wschodu, tylko od zachodu. Wcześniej było to niemożliwe.

Siostry, Radni, towarzysze! Nowe Crobuzon niedługo was zaatakuje. Bez pardonu. Ich celem jest zniszczyć was. Nie mogą pozwolić, żeby niezależna kolonia uciekinierów istniała dalej. Przyjaciele! Teraz bardziej niż kiedykolwiek Nowe Crobuzon musi was unicestwić.

Judasz miał kłopoty z odmalowaniem obecnej sytuacji w Nowym Crobuzon. Starsi pamiętali wprawdzie swoje strajki i wielkie wyzwolenie, którym zaowocowały, ale samo Nowe Crobuzon było bardzo starym wspomnieniem oddalonym o tysiące kilometrów. Judasz próbował im opisać panujący w mieście chaos.

— Niepokoje zagrażają porządkowi publicznemu — powiedział. — Oni muszą przywieźć do miasta wasze trupy, żeby móc powiedzieć obywatelom: „Patrzcie, co czeka buntowników, patrzcie, co zrobiliśmy z waszą Radą”. Przybywają po to, żeby was zniszczyć. Czas ruszać, ponownie położyć tory. Musicie się stąd zabierać. Może na północ, do tundry. Lodowy pociąg z niedźwiedziami za pasażerów. Do Krainy Zimnego Pazura. Znowu się ukryć. Ale nie możecie tu zostać, bo wytropili was, zbliżają się i nie spoczną, dopóki was nie zetrą z powierzchni ziemi.

— Oczywiście, że mogliby się ukryć — natarczywie szepnął Drogon na ucho Cutterowi. — Ale jest też inna możliwość. Mogliby wrócić. Powiedz im, że muszą wrócić. Powiedz im.

Nie mówił tego w formie rozkazu, ale jego gorączkowy ton sprawił, że Cutter go posłuchał.


* * *

Rada potrzebowała kilku dni, żeby otrząsnąć się z szoku i zacząć planować przyszłość. Nie miała sentymentalnego stosunku do swojego osiadłego miasta. Zawsze uważali się za mieszkańców pociągu, inne budynki były tylko przydatkami, wagonami bez kół. Ale nie było im łatwo rozstać się z całą infrastrukturą, którą zbudowali przez lata ciężkiej pracy.

— Powinniśmy zostać. Poradzimy sobie — przekonywali młodsi Radni.

Ich rodzice, prze-tworzeni, próbowali im odmalować obraz Nowego Crobuzon.

— To nie jest horda striderów. To nie są złodzieje koni. Nowe Crobuzon to zupełnie inny kaliber. Posłuchajcie Judasza Lowa.

— Dobra, ale opanowaliśmy techniki, których pan Low, z całym szacunkiem do niego, nie zna. Mchomagia, cirromancja… zna się na tym?

Taumaturgia zapożyczona od egzotycznych tubylców. Ich rodzice pokręcili głowami.

— Rozmawiamy o Nowym Crobuzon. Zapomnijcie o mchomagii. To jest zabawa dla małych dzieci. — Judasz odpakował lustro tężnikowe, które przywiózł mu Cutter. — Mamy tylko jedno — wyjaśnił. — Drugie się stłukło, a jedno nie może posłużyć jako broń. Ale nawet gdyby były oba, nie mielibyśmy szans. Musicie stąd ruszać.


* * *

Wysłali najbystrzejszych wyrmenów, żeby obserwowali oddalone o setki kilometrów wybrzeże. Minął tydzień.

— Nic nie widziałem — zameldował ten, który wrócił pierwszy.

Judasz się rozgniewał.

— Nadchodzą — powiedział.

Odmówił opowiedzenia się za jakąś konkretną opcją. Z kolei Drogon wręcz obsesyjnie powtarzał, że Rada powinna wracać. Do znudzenia mówił Radnym, że jest to ich obowiązek. Dziwne opętanie.

Cutter chodził na tańce. Rozhukana swawolność tych zabaw uspokajała go — pijana młodzież kręciła się do rytmu chłopskich walców. Zmieniał partnerki, pił i jadł narkotyzujące owoce. Poszedł na stronę z krzepkim młodzieńcem i wygodzili sobie ręcznie, a nawet całowali się tak długo, jakby to była jakaś chłopięca zabawa, nie seks, tylko zapasy czy coś w tym rodzaju. Kiedy wytarł sobie dłoń, stwierdził, że jego przygodny znajomy jest rozmowny i gotowy dyskutować o tym, co Żelazna Rada powinna zrobić.

— Każdy wie, że wyjedziemy — powiedział. — Co, mielibyśmy zignorować Judasza Lowa? Niektórzy mówią na północ, niektórzy na południe, nikt nie jest pewien, ale ja i paru innych mamy inny plan. Przemyśleliśmy sprawę. My mówimy: ani na północ, ani na południe, tylko na wschód. Po torach, które zostawiliśmy. Mówimy, czas jechać do domu. Wracać do Nowego Crobuzon.

Cutter uświadomił sobie, że to nie był podszept Drogona. Idea powrotu była głęboko zakorzeniona w duszy tego społeczeństwa.


* * *

— W powietrzu wisi nieszczęście — powiedział bezcielesny głos Qurabina.

Oni o tym wiedzą — odparł Drogon. — I coraz więcej z nich jest za tym, żeby jechać do Nowego Crobuzon.

— Nie. — Judasz pokręcił głową. Cutter wyczytał u niego wiele rożnych emocji: dumę, strach, złość, rozdrażnienie, zamęt. — Nie, to jest szaleństwo. Czeka ich śmierć. Uciekają przed jednym batalionem, żeby stawić czoło całemu miastu? Jaki jest sens uciekać przed milicją w objęcia milicji? Nie mogą wrócić.

Oni liczą na co innego. Nakręciłeś ich swoimi opowieściami o sytuacji w mieście. Myślą że mogą przeważyć szalę. I, moim zdaniem, mogą mieć rację. Liczą na to, że powitają ich entuzjastyczne tłumy rzucające kwiaty na tory. Chcą powrócić do nowego miasta.

— Nie — zaprotestował Judasz, ale Cutter zobaczył, że Pomeroyowi i Elsie zaświeciły się oczy. Ich zapał częściowo przebił się przez pancerz jego sceptycyzmu.


* * *

Głos ludu domagał się powrotu.

— To jest kwestia prędkości — orzekła pewna prze-tworzona staruszka. — Kiedy tutaj jechaliśmy, w niektórych miejscach nie zrywaliśmy torów, żeby w razie konieczności mieć drogę ucieczki. Teraz zbliża się zagrożenie, od bezpiecznej strefy dzieli nas wiele kilometrów i konieczny jest pośpiech. Tory czekają. Tutaj kilometr, tam dwa. Byłoby idiotyzmem ich nie wykorzystać — argumentowała pragmatycznie.

Judasz spierał się z nimi, ale, jak zauważył Cutter, był dumny z tego, że młode pokolenie chce uczestniczyć w crobuzońskiej nowej erze. Odpowiedzialność mówiła mu, że powinien odwieść ich od tego zamiaru, ale świadomość historyczna ciągnęła go w drugą stronę.

— Nie macie żadnego wyobrażenia o tym, co was tam czeka — tłumaczył Judasz cierpliwie. — Musicie przeżyć. To jest ważniejsze od wszystkiego innego. Byłem waszym zakichanym bardem i jest dla mnie ważne, żebyście przeżyli.

— Z całym szacunkiem, panie Low, tu nie chodzi o to, co jest ważne dla pana, tylko co jest ważne dla nas. Jesteśmy za słabi, żeby pokonać tych drani, ale skoro musimy uciekać, to niech z tej ucieczki coś wyniknie. Wyślijmy wiadomość do Nowego Crobuzon. Uprzedźmy ich, że wracamy.

Tak mówił młody człowiek urodzony pięć lat po powstaniu Rady, wychowany pośród stepów.

Ann-Hari wstała i zaczęła deklamować.

— Nie urodziłam się w Nowym Crobuzon — wyjaśniła i pozbawioną ozdobników prozą opowiedziała im o swoim życiu. — Nie wiedziałam, że mogę mieć swoją ojczyznę, ale Żelazna Rada jest moją ojczyzną. Co mnie obchodzi Nowe Crobuzon? Ale Żelazna Rada jest niewdzięcznym dzieckiem, a ja nigdy nie przepadałam za niewdzięcznymi dziećmi. Nowe Crobuzon nie zasługuje na wdzięczność, byłam tam i wiem, a my jesteśmy dzieckiem, które wyzwoliło się własnymi siłami. Tak, nikt nam nie pomógł. Wszystkie inne dzieci są niewdzięczne i możemy im pomóc.

Cutter odczuwał to tak, jakby Judasz i jego towarzysze wyzwolili Żelazną Radę, zdjęli z niej jakieś tabu, które sama sobie narzuciła. Niezależnie od powodów, które wymieniali, rajcy argumentujący za powrotem dawali wyraz jakiejś głęboko zakorzenionej tęsknocie, która od dawna ich trawiła. Kiedy Judasz opowiedział im o rozruchach, obudziło się w nich pragnienie, żeby przy tym być.

Próbując ująć rzecz w słowa, Cutter stwierdził, że to wszystko jest trochę bez sensu. Przyjechali tak daleko, tak wielkim wysiłkiem i kosztem, aby ostrzec Radę, że powinna uciekać, a tymczasem oni chcą iść do jaskini lwa!

Ale chociaż Cutter nie umiał tego wyrazić, czuł, że w idei powrotu jest jakaś logika. Czuł, że to w nim wzbiera, kiedy Ann-Hari mówiła… i nie tylko w nim.

Radni wiwatowali, wołali jej imię, krzyczeli:

— Nowe Crobuzon!


* * *

Elsie i Pomeroy byli zachwyceni. Nie spodziewali się takiego rozwoju wydarzeń. Qurabin wydał z siebie odgłos zadowolenia. Nowe Crobuzon budziło w nim nie większy entuzjazm niż Tesh, które zostawiło jego klasztor na pastwę losu, ale był pod ogromnym wrażeniem Radnych i powitania, jakie im zgotowali. Qurabin ucieszył się, że może uczestniczyć w tym przedsięwzięciu, niezależnie od jego charakteru. Drogon był w siódmym niebie. Judasz milczał, dumny i zmartwiony.

Cutter widział obawę Judasza. „Chcesz, żeby Żelazna Rada pozostała symbolem” — pomyślał. „Ten powrót cię martwi. Kochasz Radę za to, że chce wrócić, ale potrzebujesz, żeby była bezpieczna, żeby pozostała mitem, który z niej zrobiłeś. Czymś, o czym możemy marzyć”. Judasz zrobiłby dla Rady wszystko. Cutter o tym wiedział. Jego miłość do Rady była absolutna.


* * *

Zrównali miasto z ziemią, zburzyli lepianki i domy spotkań, obrócili je w proch i pył. Zebrali z pól wszystkie plony, które już dojrzały. Niemała część Radnych była oburzona.

Wieczny pociąg, chociaż uzupełniony o nowy tabor z rodzimych materiałów, prymitywne wagony z drewna i minerałów, nie mógł wszystkich pomieścić. Setki ludzi musiały iść na nogach, koczownicy podążający za pociągiem. Część nie chciała iść. Niektórzy ruszyli w góry, niektórzy mówili, że będą nadal uprawiali swój kawałek ziemi otoczony pozostałościami żelaznej drogi.

— Zginiecie, kiedy przyjdą — ostrzegał ich Judasz.

Zareagowali niczym niepopartym chojractwem. „To im nie pomoże — pomyślał Cutter — kiedy zjawi się crobuzońska milicja, uzbrojone po zęby doborowe oddziały, które zamiast poszukiwanego groźnego wroga zastaną pięćdziesięciu podstarzałych rolników”. Patrzył na nich i wiedział, że są martwi. „Życzę wam, żeby śmierć była szybka”.


* * *

Cutter nie wiedział, czy Ann-Hari i Judasz są kochankami, ale niewątpliwie odczuwali do siebie głębokie przywiązanie. Tak, był zazdrosny, ale nie bardziej niż o innych, których Judasz kochał. Cutter był przyzwyczajony do tego całkowicie nieodwzajemnianego uczucia.

Noc przed wyruszeniem w drogę Judasz spędził z Ann-Hari. Cutter był sam, opasał się ramionami i wspominał ten wieczór, kiedy uprawiał zapasy z muskularnym młodzieńcem.

Następnego dnia zebrali się: Cutter stał na obrzeżach ziemi uprawnej, gdzie dzika trawa była zgnieciona przez pociąg i stopy rolników. A tam krzepki Pomeroy figlarnie machający strzelbą jak kosą, a obok niego obejmująca go w talii Elsie. Drogon w kapeluszu z szerokim rondem, trzymający za uzdę wierzchowca, którego dali mu hodowcy z Żelaznej Rady. Poruszał ustami, ale Cutter nie wiedział, do kogo mówi. Trawa uginała się w miejscach, gdzie chodził Qurabin, tajemnymi drogami, które przed nim odsłaniało jego osobliwe bóstwo. Na przedzie szli pod ramię Ann-Hari i Judasz Low, otoczeni badawczą chmarą porannych owadów.

Za nimi ciągnęła Żelazna Rada. Wkrótce mieli uporządkować szyki, pomagać w układaniu torów, kruszeniu skały i wytyczaniu drogi między nizinnymi głazami z piaskowca, ale na tym pierwszym etapie tylko maszerowali przed siebie. Żelazna elipsa przerwała się, rozbierana kawałek po kawałku. Radni znowu stali się układaczami torów. Także zwiadowcami, nosiwodami, myśliwymi i niwelatorami, ale przede wszystkim układaczami torów. Likwidowali granice swego miasta i układali je w linii prostej, ciągnąc tory przez krainę, która wciąż nosiła na sobie nikłe ślady ich przybycia.

Od zachodu nadchodziła milicja, żołnierze, którym rozkazano ich zniszczyć. Żelazna Rada zadygotała i ruszyła w kierunku wschodnim, do Nowego Crobuzon, do domu.


* * *

Tak się zaczęło. A teraz stali na obrzeżu tej ziemi, tej Krainy Tysiąca Plag w sensie dosłownym.


— Tu. To jest to. Tu. Obrzeże Cacotopic Stain.

Загрузка...