Dla każdego okresu na przestrzeni dziejów od r. 1000 do 1939 można przytoczyć wypowiedzi będące dowodem przeświadczenia, że Polska była, jest i zawsze pozostanie najdalej wysuniętą placówką zachodniej cywilizacji. W wiekach najwcześniejszych widziano w niej obrońcę okopów oddzielających od pruskich i litewskich pogan, w okresie nowożytnym - zaporę broniącą dostępu islamowi i moskiewskim schizmatykom, w w. XX - straż szańców wzniesionych na linii frontu walczącego komunizmu. We wszystkich okresach dziejów przeznaczone Polsce „miejsce w Europie” - podobnie jak miejsce sąsiednich Węgier - było zupełnie jasno określone: antemurale, przedmurze.[78]
Terminologia oczywiście zmieniała się. Termin antemurale christianitatis przyjęto powszechnie po upadku Konstantynopola - za pochodzącym z 1467 r. memoriałem skierowanym do papieża Pawła II. W innych źródłach znajdujemy terminy: murus (mur), scutum (tarcza), clipeus (pawęż), praevalidum (twierdza), propugnaculum (fortyfikacja); w języku polskim zaś: „przedmurze”, „forpoczta” czy nawet „płot” i „straż”. W 1573 r., gdy dla upamiętnienia elekcji Henryka Walezego na tron polski wzniesiono w Paryżu łuk triumfalny, napis głosił: POLONIAE TOTIUS EUROPAE ADVERSUS BARBARORUM NATIONUM (...) FIRMISSIMO PROPUGNACULO (Polsce, najsilniejszej fortecy całej Europy przeciwko ludom barbarzyńskim). W trzydzieści lat później, przygotowując swój wielki plan odrodzenia jedności europejskiej, Maximilien de Sully opisywał Polskę jako boulevard et rempart. W 1623 r. Wojciech Dembołecki pisał pięknie, że Bóg Koroną Polską jak „płotem chrześcijaństwo od pogan zagrodził”.[79]
Królowie polscy nieodmiennie przypominali swym zagranicznym partnerom o tradycyjnym roszczeniu Rzeczypospolitej do takiej właśnie roli. 28 marca 1621 r. w Whitehall kanclerz polski Jerzy Ossoliński rozpoczął swą przemowę do króla Jakuba I od słów: „Tandem erupit Ottomanorum iam diu celatum pectore virus (...) etpublico barbarorum furorę, validissimum christiani orbis antemurale, petitur, Polonia”.[80] Pod koniec stulecia, 25 lipca 1676 r., Jan III Sobieski zwracał się do Karola II niemal dokładnie tymi samymi słowami, donosząc mu, że wielkie rzesze Turków i Tatarów zwaliły się na „to przedmurze chrześcijaństwa”, aby je zburzyć3. Pojęcie antemurale zawsze cieszyło się szczególnym upodobaniem ze strony pisarzy katolickich, a ostatnio przyjął je także watykański Instytut Historii Polski, używając jako tytułu swego znakomitego czasopisma. Łączy się je często z dwoma innymi sloganami - Polonia semper fidelis (Polska zawsze wierna) oraz Polska „przystanią tolerancji”. W ten sposób rzymscy apologeci stwarzali wrażenie, że Polska była w stanie powstrzymać napór pogaństwa, po pierwsze dlatego, że była krajem jednolicie katolickim, po drugie zaś - ponieważ jej cudowna tolerancja nie stwarzała powodów do prowadzenia walk religijnych wewnątrz kraju ani do ingerencji z zewnątrz. Zarówno forma, jak i treść uchwały konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r. były istotnie czymś wyjątkowym jak na warunki panujące w tym czasie w innych częściach Europy; miały one decydować o zasadach życia religijnego w Rzeczypospolitej przez następne dwieście lat:
A iż w Rzeczypospolitej naszej jest dissidium niemałe in causa religionis christianae [różność niemała z strony wiary krześcijańskiej], zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi sedycyja [rozruchy] jaka szkodliwa nie wszczęła, którą po inszych królestwach jaśnie widziemy, obiecujemy to sobie spoinie, pro nobis et successoribus nostris in perpetuum, sub vinculo iuramenti, fide, honore et conscientiis nostris [za nas i za potomki nasze na wieczne czasy pod obowiązkiem przysięgi, pod wiarą, czcią i sumnieniem naszym], iż którzy jestechmy dissidentes de religione [różni w wierze], pokój między sobą zachować, a dla różnej wiary i odmiany w Kościelech krwie nie przelewać, ani się penować confiscatione bonorum, poczciwością, carceribus et exilio [karać odsądzeniem majętności, na honorze, więzieniem i wygnaniem].[81]
Przedmurze chrześcijaństwa
Uchwała ta zawierała jednak w sobie dowód pewnej subtelnej sprzeczności. Jeśli katolicka Rzeczpospolita istotnie była „przystanią tolerancji”, to mogło się tak stać jedynie dzięki obecności w niej licznych dissidentes; jeśli jednak społeczność innowierców była tak duża, że aż trzeba ją było tolerować, to Rzeczpospolita nie mogła być jednolicie katolicka. Niełatwo podać dokładną miarę katolicyzmu Polski oraz jej tolerancji.[82] Krótka wyprawa poznawcza w przeszłość religijną Polski jest zatem wycieczką pełną niespodzianek. Z jednej strony obserwuje się bowiem nieprzerwaną obecność Kościoła rzymskokatolickiego, którego początki sięgają najdalszych początków pisanych dziejów i którego supremacji zagrażały jedynie przemijające niebezpieczeństwa; z drugiej strony zaś - bezustanne dowody istnienia licznych odmian religijnego nonkonformizmu, sekciarstwa, schizmy i herezji. (Patrz Rys. G).
Rys. G. Wyznania religijne Polski i Litwy a. w 1660 r. b. w 1772 r.
Z najwcześniejszego zachowanego utworu w języku polskim bije niewątpliwie żarliwy katolicyzm. Hymn Bogurodzica, który powstał zapewne w XIII w., zachował się w piętnastowiecznym rękopisie. W epoce Jagiellonów był pieśnią bojową wojsk zaciężnych; rycerze armii polskiej i litewskiej śpiewali go chórem, idąc w bój pod Grunwaldem:
Bogurodzica dziewica Bogiem sławiena Maryja,
U twego syna Gospodina Matko zwolena, Maryja!
Zyszczy nam, spuści nam Kyrieeleison![83]
Scena, jaka rozegrała się na polach pod Grunwaldem, gdzie obie armie błagały Najświętszą Marię Pannę o opiekę, mogłaby w istocie nasuwać przypuszczenie, że Polacy - nie mniej niż Krzyżacy - hołdowali tradycji wypraw krzyżowych. Niektórzy historycy - na przykład Lelewel - przyrównują rolę wojującej Polski w Europie Wschodniej do roli Hiszpanii na Zachodzie podczas prowadzonej przez nią przez siedemset lat świętej wojny przeciwko Maurom. W gruncie rzeczy Polacy nigdy nie byli zbytnio gorliwymi krzyżowcami. Ich udział w powszechnych krucjatach do Ziemi Świętej był nadzwyczaj ograniczony, a ci nieliczni władcy, którzy prowadzili świętą wojnę z niewiernymi, czynili to ze zdrowych pobudek politycznych.
Do poważniejszych sporów w tej sprawie doszło z powodu polityki młodego Władysława III Jagiellończyka, króla Polski i Węgier. W 1443 r. posłuchał on poduszczeń nuncjusza papieskiego, Giuliana Cesariniego, i poprowadził swoje wojska na wschód, podejmując próbę opanowania rosnącej potęgi Turków otomańskich. W poprzednich latach Węgrom z trudem udawało się powstrzymywać zagrożenie ze strony Turków i toczyli zajadłe walki z paszą serbskim oraz hospodarem wołoskim, Drakulą. Teraz przeszli do ofensywy. Minąwszy Belgrad i Sofię, skierowali się w kierunku Adrianopola. W 1444 r. losy wojny ważyły się. Sułtan turecki Murad II sforsował wenecką blokadę cieśnin i, lądując u wybrzeży Europy, sprowadził bardzo potrzebne w tym momencie rezerwy kawalerii. Decydująca bitwa rozegrała się 10 listopada u wybrzeży Morza Czarnego, niedaleko dzisiejszej miejscowości Warna. Powodzenie chrześcijan na początku starcia odwróciło się nagle na skutek niefortunnego posunięcia, jakim okazała się próba bezpośredniego ataku na środkowe oddziały sił sułtana. Klęska była kompletna. Śmierć młodego króla opisał turecki kronikarz Chodza Effendi (Saad-ed-din):
O świcie jutrzenki zagrzmiały hasła do boju. Łucznicy rozpoczęli bitwę, a gdy pełne strzał sajdaki wystrzelano, z mieczem w ręku obie strony rzuciły się na siebie (...) Przewyższający liczbą nieprzyjaciel gwałtownie nacierał i już zwyciężał, gdy waleczny bejler-bej Anadalii, Karadża, padł od niewiernego żelaza; zmieszam i przerażeni sipahowie poszli natychmiast w rozsypkę. „(...) Sułtan, widząc ustępujących (...), wzniósł umysł do Boga i »Panie - zawołał - przez godność królów, wypływającą z twej potęgi, przez waleczność i gorliwość wojowników wiary, (...) przez największego i ostatniego z proroków, który twe prawdy objawiał ludziom, (...) przez czystość jego niebieskiej duszy, (...) nie oddawaj wojowników islamu na zdeptanie ludu wykarmionego w sromotnym błędzie, nie uznającego twej potęgi! Nie przywalaj obrońców wiary hańbą zwycięstwa niewiernych (...)«”. Niebo przyjęło jego prośbę. Król, uniesiony zapałem zwycięstwa, usłuchał słów Janka, radzącego, aby na obóz szacha uderzył. Z garstką żołnierza i z dobytym mieczem w ręku, król, chełpliwy ze swej odwagi, leci w tę stronę i nie zatrzymuje się aż przed sułtanem. Miurad z cierpliwością znosząc zuchwałość niedowiarka, (...) rzekł do będącej około siebie straży: „Tego obłąkanego, chełpliwego potępieńca odłączyć od jego orszaku (...) Gdy lecąc, jak dzik raniony, w pośrodek was będzie wpadał, rozstąpcie się na obie strony, a potem nagle zamknąwszy, jego zabiciem dokonacie Bogu przyjemnego czynu”. Król niedowiarków, nierozważnie pędząc konia, zagrzany niebacznym męstwem, daleko się przed swoich wypuścił i prosto pędził na świetny buńczuk padyszacha. Wtenczas żołnierze, stosownie do rozkazu otworzywszy drogę temu psu bez duszy, zwarli się i opasali go z częścią oddziału, ajanczar imieniem Kodża Chazer dzielnym natarciem ranił mu konia, zwalił na ziemię wychowańca piekła, uciął nikczemną głowę i, przynosząc ją padyszachowi, pochwały, względy i hojną nagrodę osiągnął. Ci, co wespół z tym obłąkanym młodzieńcem wpadli w pośrodek żołnierzy, jak osaczone w ostępie zwierzęta, wykłuci i pałaszami rozsiekani zostali. Widząc w tym przypadku widoczne niedoścignionej opatrzności dzieło, szach, uradowany i jaśniejący chwałą, zawołał “Al-hamdu lillahi alazzefer” („Chwała bądź Bogu za zwycięstwo!”). Odrąbaną zaś głowę na włócznię utkwić kazał, dla przerażenia jej widokiem zapamiętałych niedowiarków (...) Głowa nieszczęsnego króla (...) posłaną została do Brussy, przedtem stolicy państwa, aby na widok pospolitego ludu była tam wystawiona (...) Dla zachowania od zepsucia (...) w miodzie była zatopiona. Miurad posłał natychmiast z doniesieniem tak pomyślnego wypadku listy do postronnych władców, a dla okazania zwycięskiej islamu potęgi do każdego po kilku przyłączył niedowiarków, okrytych ciężkimi pancerzami i zbroją żelazną, kazawszy w kajdany zakuć im ręce i nogi. Dla sułtana Egiptu (...) Azeb-bej z listem 25 pancernych pogan doprowadził. Słabe i bojażliwe Araby, gdy ujrzały te straszne niedowiarków postaci, ogromem do wysokich twierdz podobne, (...) z podziwienia dla męstwa Osmanów wołały: “Allah jensor ibn Osman!” („Bóg pomaga synowi Osmana”) (...) To świetne zwycięstwo, które cały naród najżywszą napełniło radością i ugruntowało potęgę Osmanów oraz szczęście ich poddanych, odniesionym zostało we wtorek, dnia 9 księżyca Redżeb, roku 848 od ucieczki proroka.[84]
Polscy historycy, którzy sugerowali, że Władysław III zginął śmiercią chrześcijańskiego męczennika, z poświęceniem oddając życie w obronie wiary, wywołali burzę gwałtownych krytyk. Krytycy utrzymują, że Władysław po prostu zapłacił wysoką cenę za swe naiwne i źle obliczone ambicje8. Z pewnością może się wydawać, że wyprawa pod Warnę była inspirowana w większym stopniu interesami Węgier niż Polski. Pozostając w zgodzie z faktami, nie można jej odnosić do całokształtu stosunków między Polską a Turcją ani też przyrównywać do hiszpańskiej reconquisty. Dla Polski Turcy otomańscy byli mniejszym zagrożeniem niż Tatarzy krymscy. Zbrojne oddziały Tatarów co roku urządzały wyprawy wzdłuż trzech wielkich granicznych stepowych szlaków. Palili, plądrowali i uprowadzali yasak - „ludzkie łupy”, czyli jeńców, których sprzedawano jako niewolników na rynkach całego muzułmańskiego świata. To właśnie Tatarzy, a nie Turcy, sprowokowali falę protestów przeciwko prowadzonej samotnie przez Polskę obronie chrześcijaństwa przed muzułmańską inwazją. Protestów tych nie można jednak brać za dobrą monetę. Tatarzy byli piekielnie dokuczliwi, nie stanowili jednak zagrożenia równowagi sił w Europie. W odróżnieniu od Maurów czy Turków otomańskich nie dążyli do trwałych zdobyczy terytorialnych i ich czambuły nigdy nie przekraczały granic pojedynczych sezonowych wypadów. Podejmowane przez Polskę próby poskromienia Tatarów odbywały się w kontekście licznych chrześcijańskich deklaracji i świętych przemów, ale przypominały one bardziej akcje policyjne niż religijne krucjaty. W końcu chrześcijańscy Kozacy zachowywali się prawie tak samo, a mimo to przywódcy wojsk Rzeczypospolitej nie wahali się przed werbowaniem tatarskich sił pomocniczych do walki z innymi chrześcijańskimi książętami i czynili to zawsze, gdy zaistniała tego rodzaju potrzeba.
Żadnemu z zakonów krzyżowych nie udało się odnieść w Polsce większych sukcesów. Rycerze maltańscy dość wcześnie założyli kilka komandorii - w 1150 r. w Strzegomiu na Śląsku, w 1153 r. w Zagościu w Małopolsce i w 1191 r. w Poznaniu. Żadna z nich jednak nigdy naprawdę się nie rozwinęła. Po odłączeniu się Śląska komandorie tej prowincji przeszły pod kontrolę Czechów, te zaś, które pozostały na terytorium Polski, zaczęły się chylić ku upadkowi po najazdach tatarskich w latach 1241-42. W w. XV rycerze maltańscy byli sprzymierzeńcami Zakonu Krzyżackiego i w tym samym stopniu co Krzyżaków dotknęła ich kara z rąk polskich władców. Do w. XVII na terenie Polski zostało już tylko bardzo niewielu rycerzy maltańskich.
Na tym tle pod każdym względem wyjątkowa jest zadziwiająca postać Bartłomieja Nowodworskiego (1544-1624) - rycerza, pedagoga i filozofa. W młodości pozostawał w służbie Stefana Batorego - był członkiem Straży Siedmiogrodzkiej i uczestniczył w poselstwie do Konstantynopola; potem jednak popadł w niełaskę i został skazany na wygnanie za udział w pojedynkach. Dziesięć lat spędził we Francji w służbie Henryka IV, króla Nawarry; w r. 1599 wstąpił do zakonu św. Jana. W 1602 r. walczył na weneckiej galerze w bitwie pod Patras i na skutek odniesionych ran powrócił na Maltę jako inwalida. Tam odnalazł go Piotr Kochanowski, który odbywał właśnie podróż po krajach basenu Morza Śródziemnego i który go zabrał z powrotem do Polski. W 1617 Nowodworski przyjął pierwszą katedrę filozofii świeckiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie; tu też założył przodujące gimnazjum, które do dziś nosi jego imię. W 1617 r., w wieku 74 lat, wyruszył wraz z Chodkiewiczem na wyprawę na księstwo moskiewskie i został ranny w bitwie pod Tuszynem. Oddano go pod opiekę istniejącej jeszcze wówczas komandorii rycerzy maltańskich w Polsce, w Poznaniu, umarł jednak, zanim zdążył się tam zadomowić.[85]
W gruncie rzeczy wojny krzyżowe nigdy nie mogłyby cieszyć się w Polsce szczególną popularnością. Niewierni byli zbyt blisko i zbyt dobrze ich znano, aby świętą wojnę mogła otaczać atmosfera blasku i świetności; wojen zresztą i bez tego było pod dostatkiem. Co ważniejsze, na przestrzeni całego średniowiecza samo Królestwo Polskie padało ofiarą ataków ze strony zachodnich krzyżowców, którzy, pozostając na żołdzie Zakonu Krzyżackiego, o wiele więcej czasu spędzali na walkach ze swoimi katolickimi gospodarzami niż na nawracaniu pogan. Przez trzysta lat - od r. 1226 do 1525 - walka przeciwko „Rycerzom Krzyża” była jednym z czynników decydujących o rozwoju polskiego katolicyzmu. Na soborze w Konstancji w latach 1414-18 najważniejszy delegat Polski, Paweł Włodkowic (Paulus Vladimiri, 1370-1435), rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, absolutnie potępił wyprawy krzyżowe jako sprzeczne z wolą Boga. Szczegółowe oskarżenie dotyczące ekscesów Zakonu Krzyżackiego poparł argumentami z dziedziny teologii i filozofii, dając jeden z najwcześniejszych wykładów właściwej Polsce koncepcji prawa międzynarodowego.[86]
Ponadto, potrzeba pojednania - w odróżnieniu od bezustannych wojen religijnych - łatwo spotykała się ze zrozumieniem w społeczeństwie, w którym Kościół katolicki nigdy nie istniał na prawach monopolu. W przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej, gdzie autorytet kościelny Rzymu nie podlegał kwestii aż do końca epoki średniowiecza, Kościół w Polsce był bezustannie atakowany przez pogan, innowierców i schizmatyków. Pogaństwo kwitło jeszcze długo po nawróceniu Polski na wiarę chrześcijańską w 966 r., na Litwie zaś do r. 1386 pozostawało oficjalną religią. Jeszcze w XIX w. w odległych zakątkach kraju można było odnaleźć ślady dawnego kultu, a niewinne pogańskie zwyczaje - jak na przykład dożynki - przetrwały na wsi do dziś. Judaizm, wprowadzony w IX w. przez Chazarów, miał w Polsce historię dłuższą niż chrześcijaństwo. Wschodnie ziemie Królestwa zamieszkiwała głównie ludność prawosławna, a w okresie reformacji luteranie, kalwini i inne sekty protestanckie tworzyły liczne kongregacje. We Lwowie i w Wilnie mniejszości ormiańska i tatarska założyły własne kościoły i meczety. W zjednoczonej Rzeczypospolitej w okresie od r. 1569 do pierwszego rozbioru w r. 1772 religia rzymskokatolicka była reprezentowana najliczniej, obejmowała jednak zaledwie połowę ludności. (Patrz Rys. G a, s. 166).
Reformacja katolicka musiała brać pod uwagę wszystkie okoliczności. Mimo że Rzym wiązał wielkie nadzieje z wykorzystaniem Rzeczypospolitej jako bazy strategicznej dla kontrofensywy skierowanej zarówno przeciwko protestantyzmowi, jak i religii prawosławnej, hierarchia kościelna w Polsce musiała działać z wielką ostrożnością. W okresie krytycznym - w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XVI w. - wojujący biskupi nie mieli poparcia ani ze strony króla, ani ze strony sejmu i nie mogli używać instytucji państwowych do realizacji swych zamierzeń. Duch soboru trydenckiego dał się w Polsce po raz pierwszy zauważyć w r. 1551, podczas synodu w Piotrkowie, gdzie Stanisław Hozjusz (Hosius, 1504-79), biskup warmiński, przedstawił słynne Confessio Fidel Catholicae Christianae, które miało przybliżyć moment uzyskania przez niego kardynalskiego kapelusza oraz godności samego przewodniczącego soboru trydenckiego. Jednakże w tym samym roku, gdy biskup krakowski próbował wszcząć w sądach kościelnych akcję przeciwko pewnemu szlachcicowi wyznania kalwińskiego, sejmik ziemski chwycił za broń w obronie pozwanego. W 1552 r., gdy biskup przemyski próbował wnieść oskarżenie przeciwko jednemu ze swoich kanoników, Stanisławowi Orzechowskiemu (1513-66), który ożenił się, gwałcąc regułę celibatu, sejm Rzeczypospolitej podniósł gwałtowny protest. Tak więc od samego początku unikano metod inkwizytorskich.
Od r. 1573, czyli od zawiązania konfederaci i warszawskiej, zasada tolerancj i stała się zasadą żelazną i nawet w epoce panowania Wazów, kiedy zarówno dwór królewski, jak i sejm były instytucjami aktywnie katolickimi, można ją było odrzucić jedynie w wyjątkowych wypadkach. Po r. 1603 systematycznie omijano indeks kościelny, a postępowaniu przeciwko tym spośród szlachty, którzy ochraniali heretyków skazanych wyrokami sądów, skutecznie przeciwdziałał panujący etos szlacheckiej demokracji. Metoda perswazji miała więc nieuchronnie większe znaczenie niż przymus, a kwestia oświaty stała się sprawą dużej wagi. W tym właśnie celu kardynał Hozjusz sprowadził do Polski w r. 1564 jezuitów, którzy założyli swoje pierwsze seminarium w Braniewie (Braunsberg).[87] W następnych latach seminaria jezuickie otwarto także w Pułtusku (1566), Wilnie (1569) i Poznaniu (1573), oraz w tak daleko wysuniętych na wschód miejscowościach, jak Połock, Dorpat, Orsza, Kijów, Perejasław i Witebsk. Dziesiątki kościołów, szkół i klasztorów wybudowanych w epoce baroku są dowodem ich trwałych sukcesów.
Konflikty z protestantami zdarzały się tylko sporadycznie i rzadko miały gwałtowny przebieg. Takie wydarzenia jak napad grupki katolickich studentów na luterański orszak pogrzebowy lub kalwińskiego pastora czy też zniszczenie kalwińskiego zboru w Wilnie, które miało miejsce podczas katolickich zamieszek w 1639 r., należały do nielicznych wyjątków. Concors discordia, czyli „zgoda na brak zgody”, trwała co najmniej do połowy XVII w., a podważały ją bardziej napięcia czasu wojny niż jakakolwiek świadoma zmiana polityki. Chociaż według jezuickiego sposobu myślenia tolerancja uchodziła na ogół za przywarę, nie brak było lojalnych katolików, którzy nie podzielali tego przeświadczenia. Mikołaj Łęczycki (Nicolaus Lancicius, 1574-1653), prowincjał jezuitów na Litwie za panowania Władysława IV, był synem kalwińskiego drukarza, nawróconym na katolicyzm i znanym ze swego umiarkowania. Mikołaj Ławrynowicz, bernardyn, pisał w r. 1639:
„i owszem z niezgodnych rzeczy rodzi się jedna piękna harmonia, jakoby lutnia z stron różnych, a prawie przeciw sobie grających (...) i rozumy gorących katolików jako kamień żelazo przeciw sobie ostrzy i wyprawuje”.[88]
Do metod represyjnych - jak wygnanie arian w 1658 r. - odwoływano się bardziej z przyczyn politycznych niż religijnych. Polacy mieli swój przydział katolickich bigotów, ale sytuacja bynajmniej nie przedstawiała się tak, jak ją widział Carlyle, mówiąc o „dzikich i gwałtownych wybuchach jezuickiego fanatyzmu, który nie ma sobie równych”. Carlyle, brytyjski protestant, nie słyszał widocznie o męczennikach oksfordzkich, którzy nie mieli sobie równych ani w Polsce, ani na Litwie. (Patrz Mapa 10).
Mapa 10. Diecezje kościelne (XVII w.)
Wpływ jezuitów, choć istotny, należy rozpatrywać w relacji do odbywającej się w tym samym czasie ekspansji innych zakonów kontemplacyjnych, nauczających i żebraczych. Na przestrzeni dwóch stuleci, od momentu ich sprowadzenia do Polski w r. 1564 do chwili zawieszenia ich działalności w r. 1773, jezuici sprawowali kontrolę najwyżej nad 70 - spośród istniejących na terenie Rzeczypospolitej 1200 - kompleksami pomieszczeń klasztornych i zabudowań o przeznaczeniu religijnym. Nawet w dziedzinie oświaty ich pozycja nigdy nie przypominała niczego w rodzaju monopolu. Ogólną liczbę 47 seminariów jezuickich uzupełniano od r. 1642 coraz gęściejszą siecią szkół zakładanych przez pijarów, którzy specjalizowali się w kształceniu synów drobnej szlachty. W tym świetle opinia Waleriana Krasińskiego, że jezuici oraz nieszczęsne narzędzie w ich rękach, król Zygmunt III, stali się przyczyną i początkiem upadku kraju, wydaje się trochę nieuzasadniona.[89] Benedyktyni, których najwcześniejsze siedziby na terenie Polski pochodzą z początku XI w., cystersi, których pierwszy klasztor w Jędrzejowie został założony w 1140 r., oraz kartuzi - nadal modlili się i pracowali. Dominikanie, którym Rzym powierzył władzę inkwizytorską, obecni byli w kraju nieprzerwanie od r. 1222. Bonifratrzy, importowani z Hiszpanii w 1609 r., działali na polu medycyny i opieki duchowej, misjonarze św. Wincentego a Paulo (lazaryści) przybyli wkrótce potem z Francji - pierwotnie w zamiarze nawracania ormiańskiej ludności Lwowa. Siostry mariawitki założyły we wschodnich województwach sieć żeńskich klasztorów; ich celem było nawracanie żydowskich dziewczyn i wyszukiwanie im mężów wśród szlachty. Na całym terytorium Polski i Litwy można było znaleźć liczne odłamy zakonu franciszkanów. Bernardyni (obserwanci) cieszyli się szczególną sympatią szlachty, która obdarowała ich ponad 80 nadaniami; reformaci dotarli do Polski w 1622 r.; klasztory klarysek (zgromadzeń pań ubogich) należały obok klasztorów karmelitanek do głównych zakonów żeńskich; Jan Sobieski szczególnie popierał kapucynów. W sumie wszystkie te zakony liczebnie znacznie przewyższały jezuitów i stanowiły skuteczną przeciwwagę dla wszystkich ewentualnych roszczeń do wyłączności, jakie ci ostatni mogliby wysuwać.
W w. XVIII, gdy obniżył się poziom wykształcenia i ostygł misjonarski zapał, obniżyła się również pozycja i spadła reputacja jezuitów. Polski katolicyzm odznaczał się nie tyle powierzchowną wojowniczością, co ogromną wewnętrzną pobożnością. Kościół, który tradycyjnie stronił od nawracania przemocą i który nie znajdował poparcia u władz cywilnych, nie mógł stosować takich samych okrutnych metod, jakich używał w Hiszpanii, Włoszech czy sąsiednich Czechach. Swoją pozycję musiał umacniać raczej przez kultywowanie wszelkich form praktyk mistycznych, ascetycznych i dewocyjnych. W XVII w. powróciła fala zainteresowania relikwiami. Znów weszły w modę pielgrzymki. Pobożni panowie fundowali wspaniałe kalwarie ze stacjami Męki Pańskiej, złożone z kaplic, do których prowadziły piękne aleje i wspaniałe schody. Wymyślne barokowe sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej u stóp karpackich wzgórz, zachodniej Małopolski, którego budowę rozpoczął w 1613 r. Mikołaj Zebrzydowski, było zaledwie jednym z wielu; stało się ono miejscem kultu, który przetrwał po dziś dzień. Nowo powstające zakony ascetyczne, takie jak zakony kamedułów z ich otoczonymi murem pustelniami na Bielanach w pobliżu Krakowa czy w okolicach Warszawy, wnosiły w życie religijne nową nutę medytacji i oderwania się od świata. Zakładano świeckie bractwa religijne, które były znane z uprawianego przez siebie kultu różańca, z długich spotkań poświęconych modlitwie i pobożnym procesjom, a także z publicznych demonstracji pokuty lub nawet zbiorowych biczowań.
Usilnie propagowano znajomość żywotów świętych, zwłaszcza świętych polskich, a także zabiegano o ich kanonizację. W 1594 r. został kanonizowany św. Jacek (1185-1257), „Hiacynt z Krakowa”, założyciel zakonu dominikanów w Polsce. W 1636 r. Watykan ogłosił (kanonizowanego w 1602 r.) św. Kazimierza, syna Kazimierza Jagiellończyka (1458-84), pierwszym patronem Litwy. W 1622 r. kanonizacja Hiszpana, św. Izydora Oracza, wywołała wielką radość wśród szlachty, która szerzyła kult tego świętego, traktując go jako środek prowadzący do osiągnięcia większej zgody -jeśli nie wyższej wydajności w pracy - wśród chłopów poddanych. W XVII w. rozpoczęto w Rzymie długotrwałą dysputę kanoniczną dotyczącą kilku ewentualnych polskich kandydatów na świętych. Beatyfikacja młodocianego jezuity św. Stanisława Kostki (1550-68) w 1604 r. otworzyła drogę do jego kanonizacji w 1726 r.; beatyfikacja św. Jana Kantego (Jana z Kęt, 1390-1473), urodzonego w miejscowości Kęty, niedaleko Krakowa, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, nastąpiła w r. 1680, poprzedzając jego kanonizację w r. 1767. Wśród męczenników polskiego Kościoła znaleźli się arcybiskup unicki Józefat Kuncewicz z Połocka (1580-1623), ostatecznie kanonizowany w 1867 r., oraz ksiądz jezuicki Andrzej Bobola (1591-1657), barbarzyńsko zamordowany przez Kozaków pod Pińskiem i wyniesiony między błogosławionych w 1853 r. Pośród kandydatów, którym się nie powiodło, znalazł się inny jezuita, Bazyli Narbutt; jego kandydatura, choć popierana przez sejm polski, nie wywarła w Rzymie należytego wrażenia.
W wyniku reformacji katolickiej kult maryjny wzniósł się na najwyższe szczyty. Niezwykłą cześć oddawaną w Polsce Najświętszej Maryi Pannie można w pewnej mierze uznać za potwierdzenie miejscowej „staropolskiej tradycji” wymierzonej przeciwko tendencjom do centralizacji, latynizacji i romanizacji, jakie niosły ze sobą reformy soboru trydenckiego; była to jednak równocześnie najbardziej oczywista forma manifestacji solidarności katolików w obliczu wyzwania, jakim były w tym czasie protestantyzm, judaizm oraz religia prawosławna. W XVII stuleciu istniało w Polsce i na Litwie ponad tysiąc ośrodków żywego kultu maryjnego z cudownymi obrazami Matki Boskiej - „Przenajświętszej Dziewicy, Matki Bożej, Królowej Niebios”. Poza klasztorem Paulinów na Jasnej Górze w Częstochowie, główne sanktuaria kultu maryjnego znajdowały się w Berdyczowie na Ukrainie, w Boranach na Litwie oraz w Chełmie. Wyłącznie polskie zakony marianów (1673) i prezentek (1627) założono dla chwały Maryi; wiele spośród istniejących zakonów - klasztory polskich benedyktynek, norbertanek (premonstratenek) i brygidek - zwróciło się wyłącznie ku kultowi maryjnemu. Uroczysta koronacja obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na „Królową Polski” w r. 1717 - w roku, w którym odbył się Sejm Niemy - stała się wyraźną oznaką, że - mimo podporządkowania kraju interesom politycznym Rosji - Kościół katolicki zdecydowany jest utrzymać władzę nad masami.
W tym samym czasie literatura dewocyjna odzyskała swą dawną rolę w kulturze polskiej, tworząc przeciwwagę dla wyraźnie bardziej świeckich wpływów odrodzenia. Polskie przekłady łacińskich apokryfów i tekstów hagiograficznych, zwłaszcza opisujących żywot św. Wojciecha, przyczyniły się znacznie do popularyzacji rodzimego języka; Żywoty świętych Piotra Skargi (1579) współzawodniczyły z wydanym w tym samym roku polskim Psałterzem Kochanowskiego o tytuł najpowszechniej znanego i najbardziej ukochanego dzieła nadchodzących stuleci.
Najwięcej problemów stwarzała sytuacja społeczności prawosławnej. Na terenie Polski ludność prawosławna zamieszkiwała obszary położone na północnych obrzeżach Karpat, sięgające na zachodzie po Sanok i Krosno. Na Rusi Czerwonej, przyłączonej do Polski w 1340 r., oraz w Wielkim Księstwie Litewskim stanowiła ona element dominujący. W zjednoczonej Rzeczypospolitej prawosławni stanowili około 40% ogólnej liczby mieszkańców. Należeli do prastarych prawosławnych diecezji kijowskiej i nowogrodzkiej. Nie było im jednak dane żyć w spokoju, a największe niepokoje były skutkiem tarć wewnętrznych. Od r. 1453, kiedy to patriarchat Konstantynopola dostał się w ręce Turków otomańskich, padali oni bez przerwy ofiarą sprzecznych interesów rozmaitych ugrupowań politycznych. Z jednej strony moskiewscy carowie usiłowali ich objąć swymi roszczeniami do sprawowania powszechnego patronatu, z drugiej zaś - hierarchia rzymska wiązała z nimi swe nadzieje za zakończenie schizmy. Wynikiem był nieustający konflikt. W XVI w., po krótkotrwałym flircie z Rzymem za czasów kardynała metropolity Izydora i jego następców, metropolici kijowscy ponownie przyjęli zwierzchnictwo Konstantynopola. Próby, jakie legat papieski Antoni Possevino podejmował w latach 1581-83 w celu ponownego ustalenia zwierzchnictwa Rzymu nad Kościołem wschodnim, zakończyły się porażką. W 1589 r. car Fiodor, działając w porozumieniu z patriarchą konstantynopolitańskim Jeremiaszem, utworzył odrębny patriarchat moskiewski, którego duszpasterskie roszczenia sięgały daleko poza granice państwa moskiewskiego.
Prawosławni magnaci Rzeczypospolitej, przyzwyczajeni do sprawowania kontroli zarówno nad rozdziałem kościelnych beneficjów, jak i nad dobrami kościelnymi, poczuli się zagrożeni ze wszystkich stron. Zwłaszcza książę Konstanty Wasyl Ostrogski (zm. 1608), wojewoda kijowski, którego akademia teologiczna w Ostrogu odegrała istotną rolę w odrodzeniu życia prawosławnego i wydała pierwszą drukowaną Biblię w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, nie miał ochoty podporządkować się ani Rzymowi, ani Konstantynopolowi, ani Moskwie. Jak większość jego współwyznawców, chciał, aby go pozostawiono w spokoju. Uzyskał poparcie księcia Andrieja Kurbskiego, który w r. 1567 osiadł na Wołyniu i zajął się, między innymi, działalnością dewocyjną. Ale naciski ze strony biskupów prawosławnych nie ustawały. Niezadowoleni z podatków, jakich domagał się Konstantynopol, a także z autonomii przyznanej świeckim bractwom religijnym, w obawie przed działalnością patriarchy moskiewskiego, który systematycznie podkopywał ich autorytety, sprzymierzyli się ze swymi kolegami w Rzymie. Pod przywództwem swego metropolity Michała Rahozy, biskupa łuckiego, Cyryla Terleckiego oraz Hipacego Pocieja, uprzednio kasztelana brzeskiego, a w owym czasie biskupa włodzimierskiego, skierowali petycję do papieża. Była to wyrażona w imieniu wszystkich wiernych prośba o przyjęcie ich do Kościoła rzymskiego. 23 grudnia 1595 papież Klemens VIII uczcił fakt zadośćuczynienia tej prośbie uroczystą mszą odprawioną w Bazylice Świętego Piotra. Tymczasem w kraju narastał opór. Gdy 8 października 1596 r. zebrał się w Brześciu połączony synod dwóch prowincji prawosławnych, biskupi nie byli już jednomyślni. Rahoza odczytał bullę papieską ogłaszającą koniec schizmy i poprowadził procesję do rzymskokatolickiego kościoła pod wezwaniem Błogosławionej Maryi Panny. Następnie przyjął delegację duchowieństwa rzymskokatolickiego w kościele prawosławnym pod wezwaniem św. Mikołaja, gdzie też wysłuchał radosnego kazania Piotra Skargi, jezuity i spowiednika królewskiego. Natomiast biskupi orientacji przeciwnej zebrali się w domu prywatnym w innym punkcie miasta. Książę Ostrogski przybył wraz z armią księży, zakonników i żołnierzy akurat na czas, aby móc posłyszeć, jak archimandryci Ławry Peczerskiej, Pińska i Supraśla przyłączają swe głosy do głosów posłów z Konstantynopola, przeklinając tych, którzy „zdradzili Matkę naszą. Kościół grecki”. Dzień zakończył się wzajemnymi ekskomunikami. Z punktu widzenia Rzymu, synod w Brześciu dokonał potwierdzenia aktu zjednoczenia. Z punktu widzenia Kościoła prawosławnego w Moskwie i Konstantynopolu, był to akt rozbicia jedności.[90]
Kłopoty natury religijnej łączyły się z problemami społecznymi i politycznymi. Kozacy naddnieprzańscy nie uznali unii brzeskiej. Bunt Nalewajki w r. 1596 był pierwszym z wielu powstań, które szukały usprawiedliwienia w konieczności obrony wiary prawosławnej przed działalnością wywrotową katolików. Nalewajkę, którego stracono w Warszawie jako zdrajcę politycznego, na Ukrainie czczono jako męczennika, który oddał życie w obronie religii. Tak więc rozłam wśród ludności prawosławnej utrzymał się. Ta część duchowieństwa, która opowiedziała się za unią, zachowała obrządek słowiański, odrębną hierarchię oraz prawo do zawierania małżeństwa; równocześnie jednak przyjęli oni katolicką doktrynę o Eucharystii, zwierzchnictwo papieża oraz dyscyplinę kurii rzymskiej. Członków tego „Kościoła greckokatolickiego z obrządkiem słowiańskim” zwano w Rzeczypospolitej unitami. W oczach Konstantynopola byli schizmatykami, w oczach Moskwy zaś - zdrajcami. Tych natomiast, którzy się od unii odcięli, nazwano w Polsce dysunitami - należeli oni do „Kościoła prawosławnego z obrządkiem słowiańskim” i wraz z protestantami można by ich uznać za dissidentes in religiom. Przez niemal czterdzieści lat odmawiano im jakiegokolwiek oficjalnego uznania.
Wrzenie wśród wyznawców religii prawosławnej, sprowokowane przez unię brzeską, nie ustawało. Gorzkie uczucia zrodzone w tym okresie z walki religijnej wpłynęły niewątpliwie na zaostrzenie się konfliktu politycznego w nadchodzących latach. Unici zwalczali dysunitów, przy czym i jedni, i drudzy walczyli jednocześnie o zachowanie własnej niezależności od instytucji Kościoła katolickiego. Sytuację ich odmalował w żywych barwach Melecjusz Smotrycki w pochodzącym z 1610 r. dziele Threnos, to jest Lament Wschodniej Cerkwie. Na początku konfliktu w prowincjach południowo-wschodnich stoczono szereg regularnych bitew - były to tak zwane „wojny diaków”, podczas których duchowni uniccy i dysuniccy walczyli ze sobą o kontrolę nad beneficjami i dobrami Kościoła prawosławnego. W prowincjach północno-wschodnich analogiczny konflikt osiągnął szczyt z chwilą zamordowania unickiego arcybiskupa połockiego, Józefata Kuncewicza. Arcybiskup Kuncewicz nie był człowiekiem miłującym pokój i brał udział we wszelkiego rodzaju akcjach podejmowanych przeciwko ludności prawosławnej - w tym także w najwstrętniejszej z wszystkich drobnych szykan, jaką była odmowa wydania chłopom prawosławnym zezwolenia na chowanie zmarłych w poświęconej ziemi. Jego śmierć wywołała gwałtowne oburzenie w Rzymie, ale w jego własnej diecezji przyjęta została z uczuciem pewnej ulgi. Poruszenie i gniew wywołała także kategoryczna odmowa Zygmunta III w sprawie zatwierdzenia nominacji na biskupów, dokonanych przez patriarchę jerozolimskiego - Teofanesa. Żale i pretensje w związku z tym incydentem stały się w 1620 r. zarzewiem niepokoju wśród Kozaków.
Z czasem jednak wywiązała się walka w sprawach bardziej zasadniczych. Kościoły unicki i prawosławny, straciwszy nadzieję na zlikwidowanie dzielących je przepaści, rozpoczęły pracę nad umocnieniem swych odrębnych tożsamości oraz formułowaniem własnych doktryn. Jeśli chodzi o Kościół prawosławny, ważną rolę w tym procesie odegrał Piotr Mohyła (1596-1647), prawosławny metropolita kijowski. Pochodził z Mołdawii i należał do rodziny książęcej, której burzliwe losy były ściśle związane z działalnością kanclerza Zamoyskiego na Bałkanach. Zarówno jego stryj Jeremi, jak i stryjeczny brat Konstanty, ojciec Symeon oraz starszy brat Michał pretendowali w różnych okresach do tytułu hospodara, a także do tronu bądź Mołdawii, bądź Wołoszczyzny. On sam jako młody człowiek służył w polskim wojsku, zaś w r. 1621 walczył z Chodkiewiczem pod Chocimiem. W 1627 wstąpił do klasztoru, Ławry Peczerskiej w Kijowie, i w pięć lat później pojawił się na arenie wydarzeń jako metropolita i nieubłagany przeciwnik unii. Po założeniu w 1632 r. własnej akademii, szybko przekształcił ją w przodujący ośrodek teologii prawosławnej, pierwszą wyższą instytucję naukową w świecie Słowian Wschodnich, skutecznie rywalizującą z miejscowym kolegium jezuickim.[91] Jego sprawie znacznie dopomogła klęska unitów w walce o przyznanie pełnych praw politycznych. Wbrew postanowieniom zawartej początkowo umowy, biskupów unickich nigdy nie dopuszczono do grona senatorów Rzeczypospolitej. Unickie duchowieństwo i szlachtę traktowano jak drugorzędnych katolików, co stawiało ich w obliczu stałego kryzysu sumienia. Ich szeregi z wolna się kurczyły, zarówno z powodu przyłączenia się unitów do głównego nurtu katolicyzmu, jak przechodzenia na religię prawosławną. W połowie XVII w. odrodzenie w łonie Kościoła prawosławnego dorównywało już sukcesom reformacji katolickiej. W 1633 r., po trzydziestu siedmiu latach prześladowań, hierarchia prawosławna oficjalnie odzyskała swoją dawną pozycję.
Nadchodziły jednak kolejne polityczne niepokoje. Gdy tylko Kościół prawosławny umocnił swe pozycje przeciwko atakom unitów i zdobył prawo do tolerancji ze strony Rzeczypospolitej, natychmiast zaczął odczuwać wpływy prądów płynących z Moskwy, która starała się przemodelować tradycyjne praktyki prawosławne i przekształcić prawosławie w religię państwową państwa moskiewskiego. W połowie XVII w. stary Kościół grecko-prawosławny z obrządkiem słowiańskim znalazł się o krok od przekształcenia w rosyjski Kościół prawosławny.
W 1648 r. wybuch wojen kozackich odciął najdalej wysunięte na wschód prowincje Rzeczypospolitej od reszty kraju. W 1654 r., gdy Kozacy Chmielnickiego uznali zwierzchnictwo cara, a zatem także pośrednio zwierzchnictwo patriarchy moskiewskiego nad prawosławną ludnością zamieszkującą obszary ich rozległych podbojów, patriarcha Nikon przeprowadzał właśnie reformę liturgii. W 1662 r. wojska cara okupowały sam Kijów. Wreszcie w r. 1667, kiedy na mocy rozejmu w Andruszowie władza nad całą lewobrzeżną Ukrainą na stałe przeszła w ręce Moskwy, car Aleksy zwalczał właśnie Nikona - nie odrzucając jednak jego reform - oraz podporządkował Kościół prawosławny władzy państwowej. W ten sposób wyznawcy religii prawosławnej zostali zmuszeni do wyboru między poddaniem się nowej liturgii Nikona i nowej dyscyplinie Rosji a zachowaniem dawnych wierzeń i przyjęciem narzuconego im przez Moskwę piętna schizmatyków. W rezultacie nastąpiła wielka schizma, czyli raskol, która pociągnęła za sobą długotrwałe skutki. Starowiercy przenosili się oczywiście na tereny przygraniczne, gdzie carska policja nie mogła ich łatwo dosięgnąć. Gdy w r. 1667 przyjęto nową linię demarkacyjną, w miejsce dwóch założonych od początku ośrodków starowierców - w miejscowościach Starodub i Wielka na połnoc od Kijowa - pojawiły się nowe, wysunięte dalej na zachód.[92] Natomiast te wspólnoty prawosławne na terenie Rzeczypospolitej, które przyjęły reformy oraz towarzyszącą im dyscyplinę moskiewską, stopniowo przesunęły się na pozycję, na której fakt wyznawania prawosławia był równoznaczny z prawdopodobieństwem wcześniejszego lub późniejszego wcielenia do imperium rosyjskiego.
Jednakże mimo pogłębiającego się w Rzeczypospolitej Polski i Litwy rozłamu między prawosławnymi i katolikami, nie należy przeceniać złożoności ich wzajemnych stosunków. Jeszcze długo po zawarciu unii brzeskiej nie brakowało wybitnych reprezentantów wiary prawosławnej, którzy usiłowali jednocześnie pozostawać lojalnymi poddanymi Rzeczypospolitej i gorliwymi zwolennikami ugody w dziedzinie religii. Jednym z nich był Adam Kisiel (1600-53), wojewoda bracławski, a następnie kijowski. Wychowany w Akademii w Zamościu w duchu humanizmu i tolerancji, był istnym wcieleniem umiarkowania. To on namówił króla Władysława IV do reaktywacji hierarchii prawosławnej, on też podczas swojej długiej kariery politycznej działał jako zdolny pośrednik między dworem a Kozakami. Fakt, że współcześni historycy ukraińscy czasem starają się umniejszyć jego zasługi, przedstawiając go jako renegata i zdrajcę ich sprawy, służy jedynie uwypukleniu tych licznych nurtów w obrębie ruskiego prawosławia, jakie wciąż jeszcze przeważały za jego czasów.
Rozbicie Kościoła prawosławnego znalazło odbicie w losach wielkich rodów, z których wiele straciło wszelkie poczucie trwałej lojalności wobec tej czy innej religii. Sam książę Ostrogski był żonaty z katoliczką, panną Tarnowską. Jego spadkobierca, książę Janusz, był katolikiem i prawa do swych rodzinnych dóbr zapisał rycerzom maltańskim. Dwóch spośród jego trzech synów było katolikami, trzeci zaś - wyznawcą religii prawosławnej; jedna z dwóch córek poślubiła kalwińskiego hetmana litewskiego Krzysztofa Radziwiłła, zwanego Piorunem, druga zaś - Jana Kiszkę, najzamożniejszego arianina w Wielkim Księstwie. Przedstawiciele głównych linii rodów Radziwiłłów, Chodkiewiczów, Sapiehów i Paców przeszły na protestantyzm. Natomiast Sanguszkowie, Czartoryscy, Czetwertyńscy i Ogińscy przeszli z wyznania prawosławnego na katolicyzm. W dziejach wielu rodzin prawosławnych przyjęcie kalwinizmu w XVI w. stało się krokiem na drodze ku nawróceniu się na katolicyzm w w. XVII.[93]
Społeczność protestancka także walczyła na kilku frontach. Luteranizm ograniczał się w zasadzie do miast, gdzie znaczny procent ludności był pochodzenia niemieckiego, podczas gdy kalwinizm okazał się religią atrakcyjną dla szlachty. Ale i kalwini byli podzieleni między sobą. W 1562 r. długotrwały spór między skrzydłem konserwatywnym i radykalnym doprowadził ostatecznie do schizmy. Radykałowie odłączyli się i jako „arianie” podjęli jeden z najwcześniejszych i najbardziej gruntownych eksperymentów w Europie, polegających na próbie powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa. (Patrz Mapa 11).
Mapa 11. Ośrodki reformacji w Polsce i na Litwie
Po stłumieniu przez Zygmunta I powstania w Gdańsku w r. 1526, a następnie po niepowodzeniu Batorego w wojnie z tym miastem w r. 1577, luteranie na ponad sto lat otrzymali skuteczną ochronę przed interwencjami z zewnątrz. Uzyskawszy gwarancję bezpieczeństwa w postaci kart praw i przywilejów miejskich oraz obietnic tolerancji ze strony króla, udzielonych im przez Zygmunta Augusta, a następnie potwierdzonych przez Stefana Batorego, luterańscy mieszczanie cieszyli się swobodą w dziedzinie uprawiania praktyk religijnych. Ich działalność intelektualna w naturalny sposób skupiała się wokół uniwersytetu w Królewcu, założonego w 1544 r. przez Abrahama Kulwiecia (Culvensisa, 1510-45), litewskiego uchodźcy z Wilna, oraz wokół słynnego gimnazjum w Gdańsku. Patronowały im najpierw Bona Sforza, a później Anna Waza, protestantka, siostra Zygmunta III. Jeśli już powstawały jakieś sprzeciwy, to kierowały się one przeciwko kalwinom w tej samej mierze, co przeciwko katolikom.
Wbrew wrażeniu stworzonemu w czasach późniejszych, rozkwitał jednak duch ekumenizmu. W tym kontekście dzieje Torunia mogą posłużyć za pierwszorzędny przykład ukazujący, jak łatwo odchodzi w zapomnienie długotrwały okres zgody, podczas gdy jakiś jeden sensacyjny moment klęski jest przez długie stulecia pieczołowicie przechowywany w pamięci. W r. 1595 to w przeważającej mierze niemieckie miasto gościło uczestników synodu protestanckiego, zwołanego dla wyrażenia poparcia dla konfederacji warszawskiej. W r. 1645 odbyło się tu międzywyznaniowe colloquium charitativum, którego inicjatorem był król Władysław IV. Przez szereg miesięcy duchowni protestanccy i katoliccy w atmosferze powściągliwości i wzajemnego szacunku omawiali istniejące między nimi różnice teologiczne i praktyczne. Chociaż nie osiągnięto żadnych ostatecznych wniosków, to jednak dowiedziono, że chrześcijańska miłość bliźniego wciąż jeszcze potrafi triumfować nad sekciarską bigoterią. W 1674 r. pewien hiszpański dyplomata, który odwiedził Toruń w drodze na elekcję Sobieskiego, odnotował ten fakt z przyjemnym zdziwieniem:
W tym mieście, jako też na pozostałym obszarze prowincji (...) dozwala się wolne praktyki w przestrzeganiu dwóch religii - katolickiej i luterańskiej. Wyznawcy tej drugiej zajmują główne kościoły tego miejsca, gdy katolicy mają ku swej dyspozycji dwie budowle nabożeństwu służące -jedną należącą do dominikanów, drugą zaś do Towarzystwa Jezusowego, a tam sprawują święte obrządki z wielkim przepychem i wspaniałością (...) Wszyscy oni wszakże żyją w wielkiej ze sobą harmonii, będąc wolnymi od sporów czy kłótni w sprawach wiary - to zaś jest drogą najlepszą do zachowania pokoju.[94]
Nikt nie mógł przewidzieć, że ten jeden jedyny incydent, który miał nastąpić w pięćdziesiąt lat później, na zawsze wyciśnie na tym mieście piętno katolickiego fanatyzmu. Toruń był jednym z tych miast niemieckich, których odrębne przywileje określał akt inkorporacyjny Prus Królewskich z r. 1454; potwierdzone one zostały w ramach traktatu oliwskiego z r. 1660. Liczba niemieckiej ludności luterańskiej znacznie przewyższała liczbę katolików. 16 lipca 1724 r. przejście ulicami miasta procesji katolickiej z okazji święta Najświętszej Maryi Panny zakłóciła uliczna bitka między studentami kolegium jezuickiego a grupką luterańskich gapiów. Według jezuitów, cała sprawa zaczęła się od tego, że pewnemu mieszczaninowi, luteraninowi, który odmówił zdjęcia kapelusza przed przechodzącą procesją i wykrzykiwał pod adresem jej uczestników obelżywe słowa, jeden ze studentów przemocą zdjął nakrycie głowy. Według luteranów natomiast, studenci kazali mieszczanom uklęknąć na ulicy. 17 lipca rozpoczęły się rozruchy na szerszą skalę. Katolicy, nie uzyskawszy zwolnienia jednego z kolegów, aresztowanego przez burmistrza, zaczęli chwytać na ulicach luterańskich zakładników. W akcie odwetu miejski tłum rzucił się na budynek kolegium, zdemolował jego wnętrze, a meble spalił na stosie na miejskim rynku. Według jezuitów, winę za te wydarzenia ponosiły władze miejskie, które patrzyły przez palce na ekscesy motłochu. Według luteranów, winni byli wyłącznie studenci, którzy szaleli po mieście z mieczami w rękach i strzelali z budynku kolegium do straży wysłanej przez burmistrza dla jego obrony. Według relacji, które obiegły katolicką Polskę, największe oburzenie wywołało podpalenie posągu Najświętszej Maryi Panny, czemu miały towarzyszyć szydercze okrzyki „A teraz ratuj się, kobieto!” W odpowiednim czasie, na podstawie świadectwa jezuitów, mieszkańców miasta oskarżono przed sądem kanclerskim w Warszawie o wzniecanie buntu; 16 listopada wydano w ich sprawie wyrok. Burmistrz miasta, Roessner, oraz jego zastępca, Czemich, zostali skazani na śmierć przez ścięcie za zaniedbywanie obowiązków płynących ze sprawowanych przez nich urzędów oraz „zachęcanie tym sposobem do wybuchu buntu i tumultu pośród gminu”. Mieszczanie Harder i Moab oraz trzynastu innych mieszkańców miasta również miało zostać straconych; uznano ich za przywódców napadu na jezuickie kolegium. Dwóch innych - Carwise i Schultz - miało zostać poćwiartowanych, a następnie spalonych za profanację Najświętszej Maryi Panny. W dalszym ciągu wyroku następowała długa lista osób ukaranych grzywną oraz skazanych na banicję i konfiskatę mienia. Możliwości apelacji nie dopuszczono. Pod koniec miesiąca pod bramami miasta zjawił się Jakub Rybiński, wojewoda chełmiński, z regimentem żołnierzy i rozpoczął egzekucję wyroków. Skazańcom obiecano łaskę pod warunkiem nawrócenia się na katolicyzm. O świcie 7 grudnia 1724 r. został ścięty burmistrz Roessner. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Niechaj was zadowoli moje ciało; moja dusza należy do mojego Zbawiciela”. Następnie rozpoczęto torturowanie ofiar, które łamano kołem, katowano batogiem i palono. Ostatecznie uratowało się dwóch ludzi; jeden z nich, Heyder, nawrócił się pod samą szubienicą, drugiemu, Jakubowi Henrykowi Czemichowi, zastępcy burmistrza, darowano życie na mocy aktu łaski z rąk samego króla. Kościołowi katolickiemu przekazano luterańską szkołę, kaplicę oraz oficynę drukarską. I tak zakończył się „tumult toruński”, der Thorner Blutbad. W polskich pracach historycznych wspomina się o nim rzadko. Było to natomiast jedyne wydarzenie, dzięki któremu w protestanckiej Europie, zwłaszcza zaś w Anglii, zapamiętano miejsce narodzin Kopernika. W Londynie sprawa toruńska stała się główną sensacją dnia. Już 2 grudnia, przed rozpoczęciem egzekucji, król pruski wystosował list do Jerzego I w celu pobudzenia uczuć Anglików. „Wściekłość rzymskiego kleru dosięgła takich wyżyn”, pisał, „że dąży on teraz usilnie nie tylko do całkowitej ruiny miasta Thorn, ale także do zupełnego wytępienia wszystkich innowierców w tym królestwie”. W styczniu już cały kraj pałał oburzeniem. „The Historical Register”, główne londyńskie źródło doniesień z zagranicy, zamieszczał bardzo szczegółowe informacje, o których dostarczenie usilnie zabiegał Berlin. Czytelników uraczono po kolei tekstem traktatu oliwskiego, „Relacją rady miejskiej miasta Thom z tumultu, jaki się tam wydarzył zeszłego lipca”, „Streszczeniem przebiegu sprawy toruńskiej, tak jak je opublikowano w Berlinie w niemieckim języku”, „Konstytucjami sejmu Polski i Litwy z roku 1724” oraz pełną korespondencją, jaką król Prus prowadził z Ich Królewskimi Mościami Polski, Anglii, Rosji, Danii, Szwecji, Francji, Sardynii oraz Cesarstwa. Co zaś najdziwniejsze, uraczono ich także pewną liczbą „prawdziwych i wiernych relacji katolickich” z całej sprawy, zręcznie wyważonych, tak aby odniosły skutek przeciwny do zamierzonego przez ich rzekomo jezuickich autorów. Aby nie było żadnych nieporozumień, angielski wydawca dodał własny komentarz:
Któż potrafi bez oburzenia czytać ową obrzydliwą Relację (...) a także bez przywodzenia na pamięć bezbożnych Doktryn tego Piekielnego Stowarzyszenia? (...) List Jego Królewskiej Mości Króla Prus (...) sam już w sobie wystarcza dla obalenia wszelkiego Zaufania (...) do Jezuitów, których się słusznie oskarża o wywołanie Tumultu, po to, aby oczernić Postępowanie Protestantów, jako też ich obwinić o Obrzydliwe Gwałty.
Bez względu na to, kto miał rację, a kto jej nie miał, jeśli chodzi o same rozruchy, nie pozostaje żadna wątpliwość co do tego, że Prusy systematycznie wyzyskiwały te wydarzenia dla swoich własnych niecnych celów. Już od kilkudziesięciu lat Hohenzollernowie próbowali nakłonić niemieckie miasta Prus Królewskich do wymówienia posłuszeństwa Rzeczypospolitej. Pieczołowicie wyolbrzymiali krzywdy doznawane przez protestancką społeczność luterańską, po czym rozgłaszali je po całej Europie. Bez przerwy podbechtywali Rosjan - jeśli takie podbechtywanie w ogóle było potrzebne - aby podjęli podobne działania na rzecz ludności prawosławnej. Ich werbownicy działali w Toruniu i w wielu innych miejscach. Zamieszki w 1724 r. były dla nich prawdziwym uśmiechem losu. Natomiast dla szlachty polskiej i litewskiej była to ostatnia z długiej serii prowokacji, która skłoniła ich do podjęcia fatalnej w skutkach zemsty. Przez wszystkie lata wielkiej wojny północnej (l700-21) patrzyli, jak ich kraj rozdzierają wewnętrzne rozłamy oraz niszczą inwazje z zewnątrz, podejmowane przez tych, którzy walczyli między sobą o objęcie patronatu nad „dysydentami”. Docierały do nich z pierwszej ręki informacje o bijącej w oczy nietolerancji uprawianej przez wszystkich tych bojowników o tolerancję religijną. W swej bezradności rzucali się do walki w nagłych atakach desperacji, które obracały się przeciwko nim samym. W 1717 r. sejm podjął decyzję o ograniczeniu praw innowierców, w r. 1718 zaś wydalił ze swego grona jedynego pozostałego posła niekatolickiego, Andrzeja Piotrowskiego. W odpowiedzi dowiedzieli się, że luterański synod Rzeczypospolitej, obradujący spokojnie w obrębie chronionych przywilejem murów Gdańska, otwarcie nawołuje do interwencji obcych mocarstw, aby zapobiec „zniewalaniu innowierców”. Celem przykładnego ukarania mieszkańców Torunia był najwyraźniej zamiar dania luteranom dobrej nauczki. Zwracając uwagę na administracyjny charakter przestępstwa popełnionego przez burmistrza Roessnera, starano się podkreślić potrzebę obywatelskiego posłuszeństwa. Skutek był oczywiście odwrotny. Wyrok rozpalił te religijne namiętności, które miał poskromić, sąsiadom Rzeczypospolitej zaś dostarczył pretekstu do wtrącenia się w jej sprawy, z którego odtąd korzystano aż do końca jej istnienia.[95]
Kwestia społeczności kalwińskiej o wiele wcześniej nabrała wymiarów politycznych. W Koronie kalwinizm cieszył się wielką popularnością wśród średniej szlachty, która starała się zachować niezależność od patronatu wielkich rodów i która niechętnym okiem patrzyła na rosnące bogactwa i wpływy biskupów. Natomiast w Wielkim Księstwie przyciągał najpotężniejszych magnatów, dla których stanowił drogę do wyzwolenia się spod wpływów duchowieństwa katolickiego i prawosławnego. Już w krótkim czasie po pojawieniu się kalwinizmu, w połowie XVI w., miał on w Rzeczypospolitej kilka pewnych punktów oparcia: w dobrach Leszczyńskich w Lesznie, w dobrach Oleśnickich w Pińczowie oraz w majątkach Radziwiłłów w Wilnie, Kiejdanach i Słucku. Edykt królewski przeciwko herezji z 12 grudnia 1550 r. pozostał w tej sytuacji martwą literą. Od tego czasu kalwinizm zaczął się szybko rozprzestrzeniać. W 1554 r. pierwszy synod kalwiński Królestwa, który odbył się w Słomnikach, upoważnił szlachtę do chowania do własnej kieszeni dziesięciny na rzecz Kościoła katolickiego. Podczas sejmu w Piotrkowie, w 1555 r., Rafał Leszczyński i Hieronim Ossoliński podnieśli możliwość utworzenia Kościoła narodowego pod przywództwem Zygmunta Augusta. W r. 1556 zebrał się w Pińczowie pierwszy połączony synod duchowieństwa Polski i Litwy. W 1558 r. kalwińscy członkowie sejmu poczuli się na tyle silni, że zakwestionowali prawo biskupów do udziału w senacie. Przez następne dwadzieścia lat byli oni jednym z najpotężniejszych ugrupowań w życiu politycznym, utrzymując kontrolę nad około 20 procentami szlachty i tworząc absolutną większość wśród świeckich członków senatu. Szczególną aktywność wykazali w ruchu egzekucyjnym. Z inspiracji Jana Łaskiego (1499-1560), bratanka nieżyjącego już wówczas prymasa, kalwini rzeczywiście starali się zdobyć supremację w państwie. Dni ich triumfu nadeszły w r. 1565, kiedy król oficjalnie zabronił swym starostom egzekwowania wyroków sądów kościelnych, wymierzonych przeciwko szlachcie i dotyczących spraw wiary, oraz w 1573, podczas konfederacji warszawskiej, która w znacznej mierze była ich dziełem. Jednakże już wówczas zaczynali w swych dążeniach wykazywać większą powściągliwość. W ich łonie istniały głębokie rozłamy w sprawach doktrynalnych i w kwestiach dotyczących dyscypliny, ograniczali się zatem - podobnie jak reformatorzy katoliccy - do obrony już zdobytych pozycji oraz do propagowania własnych poglądów poprzez działalność wychowawczą i publicystyczną. Rozłamy w obozie kalwinów istniały od samego początku, pogłębiało je zaś bardzo zróżnicowane pochodzenie jego członków. Kolejne próby obmyślenia takiej formy religii, która odpowiadałaby wszystkim, kończyły się kolejnymi porażkami. Ogłoszona w 1555 r. deklaracja o wspólnocie z braćmi czeskimi znalazła tyluż zwolenników co przeciwników. W następnym roku, w Pińczowie, zastępczy wniosek Łaskiego, aby wprowadzić odmianę „wyznania augsburskiego” Melanchtona, miał wyraźnie na celu próbę pogodzenia ze sobą rzeczy nie do pogodzenia. W 1562 r., podczas drugiego połączonego synodu w Pińczowie, propozycje radykałów okazały się niemożliwe do przyjęcia dla większości zgromadzonych. Wówczas mniejszość wycofała się, aby utworzyć własne odrębne sekty. Zostali oficjalnie potępieni przez Genewę i nigdy już nie powrócili do owczarni. Solidarność wśród polskich kalwinów została zniszczona na zawsze. W dziedzinie kultury kalwini mogli się poszczycić godnymi uwagi osiągnięciami. Mimo że Nowy Testament został już wcześniej przetłumaczony w Królewcu, zarówno na język polski, jak i na litewski, wydana w 1563 r. nakładem Mikołaja Radziwiłła Biblia brzeska była ważnym kamieniem milowym na drodze do rozwoju rodzimego języka. Dzieła Mikołaja Reja (1505-69) i Cypriana Bazylika (1535-92), tłumacza oraz kompozytora pieśni, stanowiły istotny wkład kalwinów w literaturę Złotego Wieku. Ich oficyny drukarskie i szkoły nie ograniczały się bynajmniej do działalności ściśle religijnej. Pierwsza akademia kalwińska w Rakowie, znana pod nazwą Aten Polskich, była pionierskim ośrodkiem nauczania przedmiotów świeckich - takich jak matematyka, nauki przyrodnicze, historia, etyka czy języki nowożytne - z których słynne były wszystkie szkoły protestanckie. Publicyści kalwińscy, wśród których należy wymienić profesora języka hebrajskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim Francesco Stankara (1501-74) oraz sekretarza Mikołaja Radziwiłła, Andrzeja Wołana (zm. 1610), przyczyniali się do utrzymania wysokiego poziomu naukowego publicznych dysput swej epoki. Kalwińscy mecenasi - pośród których Leszczyński w Polsce, a Chodkiewicz, Sapieha, Dorohostajski, Zenowicz i Sokoliński na Litwie współzawodniczyli z Radziwiłłami - dostarczali istotnych bodźców do rozwoju nauki i wszystkich dziedzin sztuki.
W odróżnieniu od kalwinów, członkowie sekt polskich wywarli jedyny w swoim rodzaju wpływ na życie religijne nie dzięki swej liczebności, ale dzięki oryginalności podejmowanych eksperymentów społecznych i głoszonych doktryn teologicznych.[96] Znani jako arianie, antytrynitarze, unitarianie, bracia polscy, rakowianie, pinczowianie, socynianie, famowianie, sabelianie, budnianie, teiści, dyteiści i tryteiści, reprezentowali wielką różnorodność w dziedzinie religijnych dogmatów i powiązań, co wyjaśnia kłopotliwą różnorodność nadawanych im nazw. Łączyło ich jedynie odrzucanie dogmatu o Trójcy Świętej oraz żądanie bezwzględnego prawa wolności poglądów. Pewna liczba antytrynitarzy zebrała się w Krakowie około r. 1550 w ramach protestanckich grup dyskusyjnych, zorganizowanych przez korsykańskiego spowiednika królowej Bony, Francesca Lismanino. W ich skład wchodzili: Holender Adam Pastor, pochodzący z Piemontu lekarz królowej Jerzy Blandrata oraz Lelio Sozzini, uchodźca z Wenecji i Zurychu. Utrzymywali oni kontakt z grupą anabaptystów morawskich, którzy osiedli w rejonie Karpat, oraz z analogicznymi kongregacjami na terenie Siedmiogrodu. W latach pięćdziesiątych XVI w. głoszone przez nich idee rozwijali w swych dziełach: Piotr z Goniądza (Gonesius, 1530-72) z Podlasia, którego „dyteizm” wyrażony w De Filio Dei (1556) odrzucał istnienie Ducha Świętego, Grzegorz Paweł z Brzezin (1525- 91), którego traktat O prawdziwej śmierci... (1564) podawał w wątpliwość istnienie życia po śmierci, Szymon Budny (1530-93), którego „non-adorantyzm” zawarty w dziele O przedniejszych chrystiańskiej wiary artykułach (1576) opisywano jako najbardziej radykalną tezę stulecia, Marcin Czechowicz (1532- 1613) z Lublina, którego Rozmowy chrystiańskie (1573) głosiły zasadę równości społecznej i zła, jakie niesie ze sobą własność prywatna, przede wszystkim zaś Faust Sozzini (Socyn, 1539-1604), bratanek Lelia, którego traktat De Jesu Christo Servatore (1598) przyspieszył jego wygnanie z Krakowa. Okres decydujący nastąpił w latach 1569-70, kiedy to - oderwawszy się od głównego prądu kalwinizmu - członkowie sekt odmówili udziału w „zgodzie sandomierskiej” oraz włączenia się we wspólny front protestancki do obrony przed kontrreformacją. Później część z nich nadal szła własnymi samotnymi ścieżkami, wielu jednak zebrało się w Rakowie w Małopolsce, gdzie - pod opieką Mikołaja Sienickiego (1521- 82) - bracia polscy zawiązali swoją słynną wspólnotę. Znosząc różnice między warstwami i stanami społecznymi, całkowicie wycofali się ze społeczeństwa, odmawiając wszelkiego posłuszeństwa wobec państwa i przestrzegając zasad fizycznej pracy, wspólnej własności, bezwzględnej równości i pacyfizmu. Rozgłos przyniosła im ich Akademia, która na początku XVII w. mogła się poszczycić liczbą ponad tysiąca uczniów z kraju i z zagranicy, niezmordowane w swej działalności oficyny drukarskie, głównie zaś ich słynny katechizm, który osiągnął dziesiątki wydań i który został przełożony na niemal wszystkie języki europejskie. Współcześni historycy zwracają uwagę na braci polskich w kontekście swoich zainteresowań prehistorią komunizmu, ale zainteresowanie współczesnych budziły przede wszystkim aspekty teologiczne. W oczach chrześcijańskiej Europy - katolickiej, prawosławnej czy też protestanckiej - katechizm rakowski miał wyraźny posmak bluźnierstwa. Należy go uważać za tekst o ogromnym znaczeniu nie tylko dla unitarianizmu, ale dla rozwoju myśli radykalnej w ogóle. W Anglii na przykład wczesne wydania łacińskie w tajemnicy krążyły wśród teologów (wydanie Moscoroviusa w r. 1609 zadedykowane było królowi Jakubowi I). Jednakże popularne wydanie angielskie z r. 1652, opublikowane w Amsterdamie, wzbudziło gniew nawet Parlamentu Kadłubowego Cromwella, który nakazał szeryfom Londynu i hrabstwa Middlesex przechwycić i spalić wszystkie egzemplarze. Osiem rozdziałów katechizmu opracowano w formie dialogów platońskich, a ustępy, które, jak się wydaje, wywołały największe oburzenie, dotyczyły boskiej natury Chrystusa:
Interrogatio: Quid est Iesus Christus, filius Dei?
Responsio: Est Homo, mediator noster apud Deum, oraz Jedności - nie zaś Trójcy - Boga:
Interrogatio: Dic mihi que sint christiano homini, ad salutem scitu apprime necessaria?
Responsio: Primum & precipuum est cognoscere unum, solum, verum Deum patrem, & eum quem illemisit Iesum Christum (...)
Interrogatio: Quid & qualis est Deus (...)?
Responsio: Deus unus est spiritus: creator coeli & terrae (...) unus bonus, solus sapiens, solus immortalis, caput, Deus & pater Christi (...)
Interrogatio: Sed quia sine spiritu sancto non possumus ciamare Abba pater. Et qui spiritum Christi non habet, his non est eius: Roma 8. differe nunc iam etiam de spiritu sancto.
Responsio: Spiritus sanctus est virtus Dei, cuius plenitudinem dedit Deus pater, filio suo unige nito, domino nostro, ut nos adoptiui ex plenitude eius acciperemus. Ioannis 1.3. Qui spiritus Dei quid & qualis fit, ex sequentibus nominibus eius patefiet.
Interrogatio: Extat in sacris literis mandatum & exemplum de adorando & inuocando spiritu sancto?
Responsio: Nec in veteri nec in novo foedere extat ulla eius rei mentio. Quin Christus iubet a Deo patre orari spiritum sanctum.[97]
W Polsce i na Litwie działalność braci polskich (arian) okazała się ciężką próbą dla Rzeczypospolitej, która chlubiła się swoją rolą „przystani tolerancji” w Europie. Było rzeczą naturalną, że jako jedyna sekta wyłączona ze „zgody sandomierskiej” arianie staną się bojownikami o wolność religijną. Nie było też sprawą przypadku, że najżarliwsza obrona zasady tolerancji - Vindiciae pro religionis libertate (1637) wyszła spod pióra Jana Crella (1590-1633), rektora Akademii Rakowskiej. Mimo to, prześladowania arian miały charakter bardzo sporadyczny. Akcje podejmowane przeciwko nim przez władze kościelne prowadziły jedynie do tego, iż przenosili się oni do majątków tego czy innego sympatyzującego z ich ruchem magnata. W 1582 r. Budny został uroczyście wyklęty przez kalwińskiego naczelnika Małopolski i natychmiast potem schronił się u Jana Kiszki w Łucku. W 1618 r., gdy na mocy królewskiego dekretu zamknięto w Nowogródku najważniejszy ośrodek arian na Litwie, jego członków przyjął do siebie Rafael Kos (1590- 1633); nawet w r. 1638, gdy z rozkazu sejmu zamknięto Akademię Rakowską po tym, jak kilku z jej studentów nierozważnie zniszczyło okoliczny przydrożny krzyż, bracia polscy nadal pełnili swą misję w innych częściach Rzeczypospolitej.
W tych warunkach doprawdy bardzo rzadko się zdarzało, aby ktoś musiał płacić za swą wiarę życiem. Młody Włoch, Francus de Franco (1585-1611), stracony w Wilnie w 1611 r. pod zarzutem blużnierstwa, stanowił jeden z wyjątków; drugim był Iwan Tyszkowic, którego w tym samym roku spotkał podobny los w Warszawie. Tyszkowic mieszkał w Bielsku na Podlasiu; miasto to należało wówczas do królowej Konstancji Habsburżanki. Był arianinem, Rusinem z pochodzenia, i padł, jak się zdaje, ofiarą lokalnej wendety. Pochodził z zamożnej rodziny kupieckiej i na krótko przed śmiercią został mianowany poborcą podatków miejskich. Miejscowi notable zainteresowali się jego sprawami dopiero wtedy, gdy usłyszeli, że zamierza on wybudować w mieście ariańską świątynię - jako pretekst posłużył im fakt, że jego mianowanie na poborcę odbyło się bez złożenia wymaganej przysięgi. Według świadków obecnych przy przesłuchiwaniu Tyszkowic oświadczył, że nie uznaje Trójcy Świętej i że nie wie, co to jest, ponieważ nie ma o niej wzmianki w Piśmie Świętym, uznaje natomiast Jednego Boga. W urzędowych zapiskach skryba zanotował, jakoby Tyszkowic powiedział, że „Trójca Święta nie jest Bogiem” i że nie wie, „czym ona jest - mężczyzną czy kobietą”. Po apelacji wniesionej do trybunału koronnego w Lublinie ogłoszono, że protokół z przesłuchania nie jest właściwy. Ale sprawa rozgorzała na nowo wobec napaści na budynek sądu w Bielsku, zorganizowanej przez uzbrojoną grupę zwolenników Tyszkowica - zarówno katolików, jak i arian. Tym razem sprawę przekazano prywatnemu sądowi królowej, gdzie burmistrz Bielska, w oparciu o ewidentnie sfałszowane zeznania, spowodował wydanie wyroku skazującego. We wrześniu marszałek sejmu w Warszawie osobiście zapewnił, że Tyszkowic otrzyma należną mu satysfakcję. Jednak 7 października 1611 r. został on ponownie skazany przez sąd kanclerski w Warszawie na grzywnę w wysokości 500 groszy oraz konfiskatę mienia i banicję. Nie zrezygnował jednak z dalszej walki. Na nieszczęście - i mimo jeszcze jednej niekorzystnej dla niego akcji sądowej, w wyniku której stanął w obliczu groźby kary śmierci - uparcie nie opuszczał stolicy. Zwolniony za kaucją, został ponownie aresztowany przy bramie zamku królewskiego, gdzie zjawił się osobiście, aby zapytać o ostateczny wyrok w jego sprawie. Z rozkazu królowej kara śmierci została zatwierdzona. W piątek 16 grudnia 1611 r. Tyszkowic został publicznie stracony na Rynku Starego Miasta. Najpierw wycięto mu język, jako karę za bluźnierstwo. Następnie przepiłowano jego ciało na pół, jako karę za bunt. Potem odcięto mu ręce i nogi, jako karę za profanację. Na koniec zaś, dla dobra jego nieśmiertelnej duszy, jego doczesne szczątki spalono.[98]
Losy braci czeskich pod wieloma względami przebiegały równolegle do losów braci polskich. Na ziemiach Habsburgów byli prześladowani od połowy XVI w.; starali się przechowywać tradycje husytów i kultury czeskiej. Ich pierwszy ośrodek, założony w Lesznie w Wielkopolsce, zasilił napływ kilkuset rodzin z pobliskich Moraw, które opuściły swe ziemie z chwilą wybuchu wojny trzydziestoletniej. W 1628 r. schronił się tu wybitny pedagog Jan Amos Komensky (Comenius, 1592-1670), który został rektorem akademii w Lesznie i od razu zabrał się do przekształcania jej w ośrodek naukowy na skalę europejską. Znani jako Unitas Fratrum lub jako Polska Jednota, później zaś jako „Kościół morawski”, bracia czescy unikali doktryn unitariańskich; mogli w ten sposób zbierać owoce wspólnoty nie tylko z miejscowymi kalwinami, ale także z Kościołami protestanckimi za granicą, łącznie z Kościołem anglikańskim. Z arianami łączyło ich jednak wiele radykalnych poglądów społecznych, w latach pięćdziesiątych XVII w. zaś połączył ich z nimi również wspólny los wygnańców. W 1656 r. wysunięto przeciwko mieszkańcom Leszna podejrzenie o dobrowolną kolaborację ze Szwedami i gdy miasto odmówiło wydania szwedzkiego garnizonu, zostało spalone przez polskie wojska. Komensky, w towarzystwie wielu spośród swych współpracowników, wyemigrował do Holandii. Mimo to, nawet w utrudnionych warunkach, wspólnota religijna przetrwała. Akademię odbudowano w 1622 z funduszy angielskich - tylko po to, aby w 1707 spalili ja po raz drugi Rosjanie. Jej szczególne powiązania protestanckie urwały się, gdy jej mecenas, Stanisław Leszczyński, przeszedł na katolicyzm i sprzedał swoje posiadłości rodzinie Sułkowskich; do r. 1824 pozostała jednak ośrodkiem polskiej oświaty.[99]
Brytyjskie powiązania polskiej reformacji wywołały liczne komentarze i niemałe zdziwienie. Kariera Jana Łaskiego stała się nawet przedmiotem kilku studiów naukowych. Jako „John O'Lasco” pełnił on za panowania Edwarda VI obowiązki superintendenta zborów cudzoziemskich z siedzibą w dawnym klasztorze Augustianów w Londynie oraz wywarł zdecydowany wpływ na ostateczny kształt powszechnie stosowanego modlitewnika Book of Common Prayer. Inne kontakty nie są tak szeroko znane. Na krótko przed wyjazdem Łaskiego z Londynu w 1553 r. jakiś nie znany z nazwiska Polak wydał tam pierwszą opublikowaną w Anglii polską rozprawę: Rzecz Pana Jana Księcia Nortumberskiego; był to przekład aktu wyparcia się wiary pod szubienicą przez Johna Dudleya, księcia Northumberland, teścia Lady Jane Grey.
Poza zwykłym napływem przypadkowych podróżników, do Anglii przybywali Polacy - tacy jak Bogusław Leszczyński w r. 1633 czy wnuk Komenskiego, Daniel Ernest Jabłoński (Figulus, 1660-1741), w latach 1680-83 - którzy z przyczyn religijnych wybierali studia w Oxfordzie. Polska i Litwa ze swej strony oferowały schronienie uchodźcom z Wielkiej Brytanii. Za panowania królowej Elżbiety Catherine Brandon, księżna Suffolk oraz jej mąż, Richard Bertie, znaleźli dach nad głową u Radziwiłłów w Nieświeżu. Na początku XVII w. osiadło w Rzeczypospolitej bardzo wielu Szkotów. Ci spośród nich, którzy byli katolikami, chętnie osiedlali się w miastach biskupich - takich jak Chełmno - gdzie po dziś dzień zachowały się ich nagrobki i pomniki; protestanci wybierali Gdańsk i Toruń lub ośrodki kalwinizmu, takie jak Słuck czy Kiejdany na Litwie. Jeden ze szkockich imigrantów, John Johnstone (1603-75), urodzony w Szamotułach na terenie Wielkopolski, kształcił się w Lesznie przed podjęciem dalszych studiów medycznych w Lejdzie, St. Andrews i Cambridge. W tym czasie w Rakowie studiowali angielscy studenci - na przykład Thomas Sageth. Według słów profesora Kota: związki kulturalne między Anglią a Polską „nie były ani bardzo liczne, ani bardzo trwałe (...) Były jednak wśród nich momenty większej wagi, budzące żywe zainteresowanie historyczne”.[100]
Niemieckie miasta Rzeczypospolitej dawały schronienie pewnej liczbie sekt o charakterze specyficznie niemieckim. W Gdańsku, Elblągu, Braniewie, Kwidzynie osiedli anabaptyści z Münster, zaś w Wielkopolsce schroniło się nieco szwenkfeldian - podobnych do kwakrów zwolenników Caspara von Schwenckfelda von Ossig (149'0-1561) ze Śląska. Ormianie zamieszkiwali przede wszystkim tereny Rusi Czerwonej; byli oni potomkami dawnych kupców. Katedra Kościoła ormiańskiego we Lwowie pochodzi z XV w.[101]
Mahometanie zamieszkujący na terytorium Rzeczypospolitej wywodzili się przede wszystkim z dawnych osad tatarskich na zachodnich kresach Wielkiego Księstwa. Pierwsze fale emigracji nadciągnęły za czasów Jagiellonów, następna - w r. 1658 po kampaniach przeciwko Prusom. Mimo że mahometanie nie zasiadali w sejmie, cieszyli się oni takimi samymi prawami w kwestiach służby wojskowej jak szlachta i aż do czasu drugiej wojny światowej służyli w szeregach wszystkich wojsk polskich. W 1616 r., gdy na terenie Rzeczypospolitej istniało ponad sto meczetów, katoliccy biskupi podjęli próbę katolicyzacji dzieci małżeństw mieszanych; na ogół jednak pozostawiano mahometan w spokoju. W 1939 r. było w Polsce 16 meczetów. Resztki społeczności mahometańskiej przetrwały do dziś w rejonie Białegostoku.[102]
W porównaniu z Kościołem prawosławnym i protestantami, społeczność żydowska żyła względnie cicho i spokojnie. Ochraniały ją najstarsze karty swobód religijnych; jeśli tylko przestrzegała zasady ścisłej segregacji wyznaniowej, nie zakłócano jej spokoju próbami nawracania. Władze kościelne Rzymu były oczywiście raczej zadowolone, przyjmując na łono Kościoła nawróconych Żydów, ale wyznawanie judaizmu nie było nigdy samo w sobie uważane za przestępstwo, chyba że chodziło o chrześcijańskich apostatów. Jeden z bardzo nielicznych przypadków spalenia na stosie za herezję miał miejsce w 1539 r. w Krakowie; ofiara tego wydarzenia, Katarzyna Weiglowa, została jednak stracona nie - jak niegdyś przypuszczano - z powodu uprawiania czarów czy praktyk luterańskich, ale dlatego, że powróciła do judaizmu, uprzednio przyjąwszy wiarę chrześcijańską. Zdarzały się sporadyczne ekscesy wymierzone przeciwko Żydom, a wywołane uświęconym tradycją oszczerczym oskarżeniem o uprawianie krwawych praktyk religijnych. Podczas najgroźniejszych zamieszek tego rodzaju, które miały miejsce w 1637 r. w Krakowie, straciło życie około ośmiu Żydów. W 1663 r. w Krakowie spalono za bluźnierstwo żydowskiego aptekarza, Mattathię Całahorrę. Na ogół jednak Żydzi trzymali się z dala od sprzeczek gojów, mając pod dostatkiem własnych kłótni religijnych, sekt i zatargów.[103]
Spośród wszystkich sekt żydowskich istniejących na terenie Rzeczypospolitej najdalej w przeszłość sięgały dzieje karaimów. Sekta ta powstała w VIII w. wśród Żydów zamieszkujących kraje Wschodu; na Litwę sprowadził ich w XV w. z Krymu wielki książę Witold. Osiedli w Trokach, które odtąd stały się ich głównym ośrodkiem. W kwestiach doktrynalnych przyjmowali stanowisko fundamentalistyczne, uznając dosłowną interpretację Starego Testamentu za jedyne źródło objawienia. Wiele spośród ich praktyk wywodziło się z islamu oraz z jego interpretacji Koranu. W okresie reformacji karaimi podzielali zainteresowanie innych bardziej radykalnych sekt krytyką tekstową Biblii. Jest rzeczą interesującą, że właśnie studia biblijne polskich antytrynitarzy stały się głównym źródłem inspiracji dla najwybitniejszego karaimskiego teologa, Izaaka ben Abrahama z Trok (1525-86).
Troki były w gruncie rzeczy czymś w rodzaju laboratorium przyrodniczego, w którym prowadzono hodowlę wyznaniowych krzyżówek. Kenessah karaimów stał na brzegu jeziora obok tatarskiego meczetu, katolickiego kościoła i unickiego klasztoru. Antytrynitarze zaczęli się tu pojawiać w latach siedemdziesiątych XVI w. Znalazła się wśród nich grupa nazywana złośliwie „nieobrzezanymi Żydami”, która przyjęła rytualne praktyki prawa mojżeszowego. W 1582 r. przyłączył się do nich Szymon Budny, którego nazwano „najwybitniejszym hebraistą XVI w.” i którego greckie i hebrajskie komentarze do własnego przekładu Nowego Testamentu, opublikowanego w Nieświeżu w 1572 r., stały się prawdziwą sensacją dla uczonych zarówno chrześcijańskich, jak i żydowskich. W tym okresie Izaak ben Abraham śledził z żywym zawodowym zainteresowaniem dyskusje między Budnym a Czechowiczem na temat prawdziwości Pisma Świętego oraz dla swoich własnych celów starannie opracował kompilacje wysuwanych przez nich argumentów. Podczas gdy antytrynitarze atakowali przyjęte przez chrześcijan poglądy w celu wykazania, że Jezus Chrystus był naturalnym spełnieniem proroctw Starego Testamentu, mędrzec karaimski zaczął teraz z tych samych argumentów wysuwać wnioski natury przeciwnej. Dzieło jego życia Hizzuq Emunah (Bastion wiary) miało obalić podstawowe twierdzenie religii chrześcijańskiej oraz ustrzec Kościół karaimski przed skażeniem doktrynalnym. Argumenty historyczne opierały się niemal wyłącznie na kronikach Bielskiego; argumenty teologiczne znajdowały uzasadnienie w szczegółowym porównaniu tekstów Biblii brzeskiej, przypisów Budnego oraz Biblii krakowskiej z 1575 r., która stanowiła katolicki polski przekład łacińskiej Wulgaty. Dzieło zostało pośmiertnie wydane we Włoszech w 1585 r. przez ucznia autora, Józefa ben Mordechaja ha-Qodesza Malinowskiego. W swojej własnej epoce ten polsko-hebrajski cocktail teologiczny przeszedł nie zauważony przez świat zewnętrzny, z czasem jednak stał się zaczynem fermentu o wielkiej sile i rozległym zasięgu. W 1681 r. dzieło zostało przełożone na łacinę, później zaś na języki francuski i angielski; dostarczyło dokładnie takiej amunicji, jakiej późniejsze pokolenia uczonych humanistów od dawna potrzebowały, aby wysadzić w powietrze bastiony obskurantyzmu uznanych za panujące Kościołów chrześcijańskich. Korzystali z niego szeroko Voltaire i francuscy encyklopedyści oraz angielscy deiści; można go zatem zaliczyć do podstawowych tekstów dla europejskiego oświecenia i dla The Age of Reason Thomasa Paine'a.
Do tego czasu karaimi litewscy mieli już stworzyć bogatą tradycję literacką. Na mocy drugiego rozbioru zostali wcieleni do imperium rosyjskiego i rząd carski popierał ich działalność, widząc w niej sposób na rozbicie jedności religii judaistycznej; do niedawna działalność ta wspaniale się rozwijała.[104] Na przestrzeni XVIII w. sekty żydowskie mnożyły się bez żadnej inspiracji z zewnątrz. Najpierw pojawili się sabbataiści, potem chasydzi, wreszcie frankiści. Sabbataiści byli uczniami „niby-mesjasza” Sabbataja Cebi lub Zevi, który zmarł w Albanii w 1676 r. Na terenie Rzeczypospolitej zyskali sobie pewną liczbę zwolenników w miastach na południowym wschodzie kraju oraz na obszarach przy granicy tureckiej.
W odróżnieniu od nich chasydzi zapoczątkowali masowy ruch, którego celem miało się stać zapewnienie sobie posłuszeństwa niemal połowy Żydów europejskich. Założyciel sekty, Izrael ben Eliezer, Baal Szem Tow (1700-60), zwany BeSzT, w latach czterdziestych XVIII w. rozpoczął karierę w Międzybożu na Podolu jako uzdrawiacz wiarą. Zyskawszy sobie szeroki rozgłos, zaczął krytykować nie tylko doktryny, ale przede wszystkim ducha i formy ortodoksyjnej nauki rabinów. Podobnie jak czynił to Luter w kontekście religii chrześcijańskiej, podkreślał „wszechobecność Boga” i pokazywał, jak zwykli ludzie mogą porozumiewać się bezpośrednio ze swoim stwórcą, bez pośrednictwa rabinów i bez konieczności dogłębnych studiów talmudycznych. Jego ożywczy zapał zapalił światełko nadziei pośród coraz mroczniejszej rozpaczy żyjących w nędzy i ciemnocie mas żydowskiego proletariatu oraz ośmieszył pedanterię i elitaryzm rabinów. W tym sensie można go także przyrównać do współczesnego mu Anglika, Johna Wesleya, twórcy ruchu metodystów. W odpowiednim czasie jego uczniowie całkowicie zerwali z ortodoksyjnym judaizmem i utworzyli odrębne kongregacje, na czele których stali cadycy „przewodniczący modłom”. Sam BeSzT nie był autorem zbyt wielu istotnych prac, nauki jego jednak zachowali dla potomności i szerzyli jego dwaj apostołowie - Dow Ber (1710-72), Maggid, czyli wielki kaznodzieja z Międzyrzecza, oraz Jakub Józef ha-Cohen (zm. 1769) z Połonnego. Pod koniec stulecia, kiedy niektórym zaczęło się wydawać, że ekstatyczne i spirytualistyczne aspekty chasydyzmu zaczynają się wymykać spod kontroli, powstało bardziej racjonalne skrzydło tego ruchu. Znane było pod nazwą HaBaD - utworzoną z pierwszych sylab hebrajskich słów „mądrość” - „zrozumienie” - „wiedza”, a jego twórcą był Szneor Zalman ben Baruch (1747-1812), który starał się nadać chasydyzmowi solidniejsze podstawy intelektualne. Krok ten na nowo rozpalił wściekłość i oburzenie wśród ortodoksyjnych rabinów. Od czasu zawieszenia autonomii Żydów w 1764 nie udawało im się skoordynować żadnego planu polityki obrony przed zalewem chasydyzmu. Aresztowanie i ekskomunika przywódców chasydzkich w Wilnie w 1772 r. tylko podkopały ich własny autorytet. W 1797 r., wydając Zalmana w ręce carskiej policji, jeszcze bardziej pogłębili istniejące rozłamy. Zalmana - jak wielu innych rewolucjonistów przed nim i wielu po nim - wtrącono do twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu i przemieniono w męczennika. Przygotowano w ten sposób scenę dla długich walk między chasydami a ich ortodoksyjnymi „przeciwnikami”, Mitnaggedim, którzy szaleli wśród polskich Żydów przez cały XIX wiek.[105]
W oczach współczesnych sektą najbardziej egzotyczną ze wszystkich są frankiści. Jankiel Lejbowicz (1727-91), znany później jako Jakub Frank, dokonał jednego z najbardziej udanych oszustw religijnych w historii nowożytnej. Urodził się we wsi Korolówka na Podolu i niemal całą młodość przeżył w Turcji - w Salonikach i Smyrnie - jako wędrowny kupiec i kaznodzieja. Wydaje się, że przestrzegał praktyk sabbataistów, wspierając teologię Talmudu iście zoaryckim żargonem[106] i finansowymi sztuczkami. W 1754 r. oświadczył, że przechodzi na islam, naśladując w ten sposób swego „mistrza”, Sabbataja Cebi, który dziewięćdziesiąt lat wcześniej uśmierzył gniew władz otomańskich, wykonując dokładnie taki sam manewr. W następnym roku Frank powrócił na ojczyste Podole i szybko zgromadził wokół siebie tłumek uczniów wywodzących się z pękających w szwach przygranicznych gett. Ortodoksyjne władze żydowskie wpadły we wściekłość. Pewnej zimowej nocy w 1756 r. rabini pospieszyli do biskupa kamienieckiego, uprzednio zaskoczywszy frankistów in flagranti. Wdarli się na zebranie modlitewne nowicjatu we wsi Lanckorona, gdzie - według słów raportu przygotowanego przez biskupa - natrafili na wielce rozpustną scenę: „cantiienas impias, altas ac tripudia devotionibus intermiscentes, carnales commistiones distinctis cum uxuribus, consaguineis, imo et affinibus suis, Mosaicae renuntiando legi publice perpetraverint”.[107] Był to początek skandalu, którego echa obiły się w najwyższych kręgach Rzeczypospolitej. Pouczywszy swoich uczniów, że mają głosić słuszność katolickich nauk o Trójcy Świętej i demaskować błędy Talmudu, Frank zbiegł za granicę. Tymczasem jego sojusznicy zostali uwolnieni z aresztu przez biskupa, który dojrzał w tym perspektywę sensacyjnego nawrócenia. Publiczny spór między frankistami i talmudystami oraz precedensowa rozprawa przed sądem biskupim doprowadziły do otwartego konfliktu. Kat otrzymał polecenie spalenia wszystkich ksiąg talmudycznych w diecezji. Ortodoksyjny element żydowski odpowiedział gwałtem. Frankistów napadano na ulicach i na znak herezji do połowy golono im brody. W wyniku apelacji Żyda Barucha Jawana, zastępcy Bruhla, głównego ministra na dworze w Warszawie, król wydał dekret kładący kres zamieszkom. W styczniu 1759 r., kiedy Frank ponownie przekroczył Dniestr i przedostał się na teren Rzeczypospolitej wraz ze swymi dwunastoma apostołami, wracał w roli zwycięskiego mesjasza. Wyreżyserował kolejną dysputę wymierzoną przeciwko talmudystom, w katedrze lwowskiej; uznano, że zwyciężył w niej sześcioma punktami do zera, przy jednym punkcie nie rozstrzygniętym. Następnie zażądał chrztu dla siebie i wszystkich członków swojej sekty. Został ochrzczony podczas jednego z masowych chrztów, które się następnie odbyły - wśród rodziców chrzestnych znaleźli się unicki arcybiskup lwowski, hrabina Brühl oraz kilku magnatów ze wschodu. Sam król-elektor zgodził się wystąpić w roli ojca chrzestnego podczas drugiego chrztu, w Warszawie. Po czym szereg denuncjacji doprowadziło do aresztowania Franka. Poddany torturom w klasztorze bernardynów w Warszawie, przyznał się do zarzutów o poligamię, defraudacje i odgrywanie roli mesjasza. Jako wyraz szacunku dla króla, uwięziono go w klasztorze w Częstochowie. Ale nie był to bynajmniej jego koniec. W 1767 r., kiedy wojska rosyjskie dokonały inwazji na Rzeczpospolitą, Frank zaproponował, że przejdzie na wiarę prawosławną i został przez Suworowa uwolniony z więzienia. W 1772 r. zbiegł do Austrii, gdzie wywołał poruszenie, namawiając swoją córkę, Ewę, którą wybrał na swóją następczynię, aby uwiodła Józefa II. Ostatecznie osiadł w Oberrad w pobliżu Frankfurtu nad Menem, gdzie kupił zamek i gdzie - jako „Baron von Frank, Prinz von Polen” - żył w bajkowym świecie zaryglowanych bram, zamaskowanych szpiegów i chemicznych doświadczeń. W otoczeniu straży złożonej z tysiąca huzarów ubranych w nabijane diamentami mundury jeździł pozłacaną karetą na mszę do kościoła w Burgel. Jego pogrzeb, 12 grudnia 1791 r., w pełni blasku wschodniego przepychu i polskich strojów, był ostatnim aktem sztuki przygotowanej przez znakomitego impresaria, szarlatana najwyższej klasy.
Przez całe trzydzieści lat zwolennicy Franka na terenie Rzeczypospolitej pozostali mu nieodmiennie wierni. Rozwinęli zadziwiającą formę kultu zwanego Das (to) i wyprodukowali „biblię bałamutną” - mistyczną fantasmagorię pełną symboli zaczerpniętych ze świata zwierząt, opowieści o skarbach ukrytych w tajemniczych jaskiniach i snów o ziemi wybranej, podbitej przez ich legiony ku większej chwale Sennor Santo, Der Heiliger Herr, ich najwyższego mistrza. W latach sześćdziesiątych XVIII w. liczni frankiści przyjęli chrzest, przystępując do Kościoła katolickiego. Podczas sejmu koronacyjnego w 1764 r. doprowadzili do uznania swego żądania, w myśl którego mogli - jako nawróceni na wiarę katolicką - ubiegać się o tytuły szlacheckie, które kupowali po 500 dukatów od sztuki. Co zaś najbardziej zadziwiające, nadal subsydiowali swego mistrza w Oberrad. Obliczono - bez wątpienia z pewną przesadą - że 24 tysiące wiernych, których jedna czwarta mieszkała w Warszawie, wpłacało przeciętnie 4,5 miliona złotych rocznie. Suma ta przekraczała dochód państwa; jest ona miarą ekscesów sekciarstwa w katolickim rzekomo kraju.
W porównaniu z kłopotami powodowanymi przez różnice wyznaniowe, czarna magia i polowanie na czarownice pociągały za sobą więcej ludzkiego cierpienia i gorsze prześladowania niewinnych niż wszystkie tamte przyczyny łącznie. Podobnie jak w innych miejscach Europy, rozróżnienie między bluźnierstwem, herezją, czarną magią i nekromancjąnie zawsze było wyraźne, a ci, którzy te praktyki rzekomo uprawiali, nie mogli liczyć na łaskę. Na terenie Rzeczypospolitej szał polowania na czarownice osiągnął szczyt na Mazowszu w pierwszym ćwierćwieczu XVIII stulecia. Pojedyncze przypadki zdarzały się jednak na przestrzeni trzystu lat. Podejrzenie o magię w obrębie niewielkich społeczności wiejskich rodziło się zazwyczaj w związku z klęskami naturalnymi, wybuchami zarazy, suszą, nieurodzajem lub po prostu z sąsiedzkimi urazami. Oskarżenia o uprawianie magii nieuchronnie przybierały rozmiary lawiny, ponieważ podczas przesłuchania nieszczęsne kobiety denuncjowały swoje sąsiadki i znajome, rozpaczliwie próbując uwolnić się od zarzutów. W XVII w. zdarzały się przypadki pozbawionych skrupułów panów, którzy używali całych oddziałów czarownic jako narzędzi do prowadzenia swych prywatnych wojen. Specjalny stołek do pławienia czarownic wchodził w skład podstawowego wyposażenia każdej wsi, a tortury stanowiły zwykły element większości przesłuchań. Nieszczęsną kobietę podejrzaną o czary rozbierano do naga, golono od góry i od dołu, namaszczano świętym olejem i wieszano u sufitu, aby, dotykając ziemi, nie wezwała w sukurs diabła - potem zaś przesłuchiwali ją sędziowie, krzepiąc się alkoholem i poganiając ją, aby jak najprędzej przyznała się do winy. Dwiema spośród tysięcy takich nieszczęśnic były Dorota Siedlikowa oraz jej „wspólniczka”, które przesłuchiwano w Kaliszu w 1612 r. Dorotę podejrzewano o to, że za sprawą jej czarów skisło piwo sąsiada; jej ojczym podsłuchał jak mówiła: „Za sprawą potęgi Najświętszej Panny i przy pomocy wszystkich Świętych, oby wszyscy tacy źli ludzie upadli, zaś miejsce ich zajęli dobrzy, w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”. Jej wspólniczkę, która utrzymywała, że w krytycznym dniu nie dotrzymywała towarzystwa Dorocie, natychmiast przywiązano do koła tortur:
Ligata nihil voluit fateri: jednom ludzie chore omywała ziółkami. Fracta: nie była dalibóg z nią u pani Wysocki na oborze i niewinna dalibóg. Usta candellis: nic nie powiedziała, jedno nie winnam dalibóg nic, już bym powiedziała. Potem milczała, nogami miotając a trząsąc się. Spuszczona: nie czyniłam niczego z nią, o mój miły gospodynie, cóż ja mam czynić, nie winnam nic, jedno Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Jedynemu duszę (...) (w kilka godzin później wzięta na tortury) wołała: o niestetyż nie winnam nic (...) Candellis usta nie chciała nic powiedzieć i słówka przemówić, jedno milczała (...) Remissa et iterum in term, sedens usta candellis parum powiedziała, że ta Dorota z młynarką chodziły i czarowały (...) Potem jedno mówiła: Ach, ach, ach, ach, a dla P. Boga chodziła z młynarką do pani Wysocki z Dorotą, niechaj też tu będzie młynarka, byłam ja też z nimi, młynarka niechaj tu będzie, już powiem wszystko, co mię Dorota mówiła.[108]
Dalej już szły zeznania zgodne z tym, co mówiła poprzednio badana Dorota. W XVI w. tylko 4% oskarżonych o czary rzeczywiście spalono. W w. XVII liczba ta wzrosła do 46%, w latach 1700-25 do 50%. Ogólną liczbę sądzonych oszacowano na 20 tysięcy na Śląsku oraz 10 tysięcy na terenie Korony. Ich cierpienia zakończyły się dopiero z chwilą przyjęcia przez sejm ustawy w 1776 r.
Do końca XVIII w. sytuacja religijna w Polsce i na Litwie uległa znacznej zmianie. W r. 1569, po unii lubelskiej, instytucji Kościoła katolickiego podlegała zdecydowana mniejszość społeczeństwa, w której skład wchodziły rozliczne grupy wyznaniowe. Natomiast w r. 1791, w przeddzień ostatecznych rozbiorów, Kościół katolicki sprawował zwierzchnictwo nad oczywistą większością ludności. Luteranów, arian i wyznawców religii prawosławnej praktycznie wyeliminowano, liczba unitów została zmniejszona, szeregi kalwinów - zdziesiątkowane. Jedynie Żydzi dorównywali katolikom pod względem zarówno bezwzględnego, jak i względnego wzrostu liczebności. (Patrz Rys. G b).
Ten „triumf kontrreformacji” w Polsce przytacza się czasem jako jedyny przykład kraju, w którym Kościół rzymskokatolicki skutecznie zaatakował i usunął zdobycze reformacji. Jednakże triumf ten jest zjawiskiem złudnym, żeby nie powiedzieć iluzorycznym; da się go w znacznym stopniu przypisać czynnikom przypadkowym lub zewnętrznym. Na przykład w prowincjach północnych luteranie nigdy nie powrócili na łono Kościoła rzymskokatolickiego. Przestali się liczyć wskutek zmiany granic, jaka nastąpiła w wyniku rozbiorów: znaleźli się na terenie zwiększającego swoje terytorium królestwa Prus. Na wschodzie natomiast liczba prawosławnych rosła kosztem unitów; zniknęli tylko z polskiego widnokręgu z chwilą, gdy zostali wcieleni do Rosji. W obu tych miejscach liczba wiernych Kościoła rzymskokatolickiego w gruncie rzeczy się zmniejszyła. Wzrosła naprawdę tylko w stosunku do liczby kalwinów i arian. Jednakże pod tym względem zewnętrzni wrogowie Rzeczypospolitej uzyskali wyniki tak drastyczne, że jezuici nigdy nie byliby w stanie z nimi konkurować. W okresie wojen szwedzkich, walcząc otwarcie w obronie protestantów, Szwedzi nieuchronnie zepchnęli swoich polskich współwyznawców w sferę podejrzeń politycznych, zmuszając rzesze szlachty kalwińskiej i ariańskiej do przechodzenia na katolicyzm tylko po to, aby dowieść własnego patriotyzmu. W tych samych fatalnych latach armia moskiewska systematycznie i z brutalną siłą atakowała protestantów Litwy. Kozacy Chmielnickiego traktowali protestantów z takim samym okrucieństwem, z jakim odnosili się do szlachty i Żydów. W latach 1648-49 liczba czynnych wspólnot protestanckich na terenie Wielkiego Księstwa spadła ze 140 do 45. W ten sposób zadania kontrreformatów w gruncie rzeczy wypełniali ich przeciwnicy.
Mimo to nie da się zaprzeczyć, że swą zwartością i siłą Kościół katolicki znacznie przewyższał wszystkich swoich efemerycznych protestanckich rywali. Polski kalwinizm był od samego początku związany z feudalnymi przywilejami i jego wpływy nigdy nie objęły warstwy chłopskiej. Nie mógł konkurować z luteranizmem o względy nielicznej grupy chrześcijańskiego mieszczaństwa. Również polski arianizm był raczej ruchem intelektualnym i politycznym niż ruchem masowym i z samej swej natury nie mógł przemówić do niepiśmiennych mas ludności. W rezultacie ani kalwini, ani arianie nie stanowili poważniejszego zagrożenia dla supremacji Kościoła katolickiego. Nigdy nie opanowali aparatu państwowego, nigdy nie osłabili władzy hierarchii nad ogółem ludności, nigdy nie utworzyli wspólnego frontu z prawosławnymi, unitami, luteranami i Żydami. I co dziwne, ich początkowe sukcesy zostały podkopane przez tę samą zasadę tolerancji, którą sami zbudowali. Gdy już raz warunki konfederacji warszawskiej weszły do konstytucji, protestanci nie mieli żadnych powodów do protestu. Mogli swobodnie uprawiać praktyki swej religii, czyniąc to jednak, nie mogli liczyć na żadne korzyści polityczne czy społeczne. Sami odmawiali sobie szans na dworskie awanse oraz towarzystwa katolickich sąsiadów, nie żywiąc żadnej nadziei na doczesne nagrody. Innymi słowy, nie stanowili bodźca do prześladowań. W rezultacie ich szeregi topniały powoli, lecz stale na przestrzeni sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat. Dwa pokolenia szlachty, która w drugiej połowie XVI w. tak skwapliwie przyjęła zreformowane doktryny, w połowie XVII w. już powoli wymierały. Ich synowie i wnuki na ogół po cichu powracali do katolickiej owczarni. Edykty o ograniczeniach praw wymierzone przeciwko arianom (1658) i wszystkim protestantom (1717) stanowiły formalne zamknięcie procesu, który, praktycznie rzecz biorąc, był już zakończony.
Nawet pobieżny przegląd życia religijnego w Rzeczypospolitej może zatem nasuwać pewne kontrowersyjne wnioski. Po pierwsze, ani Polska, ani Litwa nie mogły w tym czasie rościć sobie pretensji do tego, aby być krajami równie monolitycznie katolickimi, jak Hiszpania czy Włochy. Mity o jednolicie katolickim charakterze Polski mogli ukuć jedynie apologeci Kościoła, którego supremacja była stale zagrożona - albo przez wewnętrzne rozłamy, albo przez siły zewnętrzne. Po drugie, duch tolerancji był cnotą równie rzadką w Polsce, jak wszędzie indziej. W tej epoce wiary katolicy i protestanci, prawosławni i unici, talmudyści i antytalmudyści - zapewne również Ormianie i muzułmanie - w gruncie rzeczy niemal wszyscy - wierzyli, że ich własna szczególna doktryna wytycza jedyną drogę ku wiecznemu zbawieniu. Każde z wyznań było równie nietolerancyjne w stosunku do sąsiadów, co przerażone odchyleniami wśród współwyznawców. Okrutne kary za wykroczenia religijne uważano na ogół za słuszne i właściwe.
Tacy władcy, jak Zygmunt August czy Władysław IV dawali oczywisty przykład tolerancji. Mimo to obrońców wolności sumienia było niewielu, podczas gdy szeregi zelantów były nader liczne. Na każdego czytelnika Crella czy Ławrynowicza przypadały tysiące tych, którzy zgadzali się ze zdaniem jezuity Piotra Skargi, że wszelkie zło w Rzeczypospolitej wypływa z tej „ohydnej przywary, jaką jest tolerancja”. Po trzecie wreszcie, mogłoby się wydawać, że tolerancja jako polityka - w odróżnieniu od tolerancji w sensie osobistych przekonań - rzeczywiście istniała. W państwie pozbawionym silnej centralnej władzy wykonawczej, w którym sądy kościelne nie były w stanie narzucić swych decyzji, nie można było również narzucić jedności religii. Szlachta wierzyła, w co chciała, i chroniła tych, których chciała chronić. Mieszczaństwo i Żydzi byli bezpieczni w obrębie granic swych autonomicznych stanów społecznych. Nikt nie mógł zburzyć instytucji Kościoła katolickiego, nikt też nie był w stanie wprowadzić w życie jego bezwzględnych roszczeń. Rzeczpospolita była rzeczywiście „krajem bez płonących stosów”. Nie było akcji przymusowego nawracania, nie było wojen religijnych, żadnych auto--da-fe, żadnych nocy św. Bartłomieja, nie było też ani Tomasza, ani Olivera Cromwella. Ograniczenia, jakimi z czasem obwarowano konfederację warszawską, były wręcz banalne w porównaniu z okropnościami, jakie działy się w większości krajów Europy. Polska „anarchia” i „złota wolność” szlachty stały się w tej samej mierze przeszkodą dla skutecznych rządów, co dla fanatyzmu religijnego.
Z czasu unii lubelskiej porządek społeczny ustalił się ostatecznie jako system odrębnych stanów. Każdy z czterech stanów - duchowieństwo, szlachta, mieszczanie i Żydzi - cieszył się dość znaczną autonomią. Każdy sprawował pełną justycję nad swoimi członkami we wszystkich tych sprawach, które nie wkraczały w dziedzinę przywilejów innych stanów ani nie naruszały prerogatyw Korony, Kościoła lub szlachty. Stan piąty - chłopstwo - utracił wiele ze swej wcześniejszej niezależności za wyjątkiem niewielkiego sektora wolnych chłopów - był w znacznym stopniu.
Zarówno z punktu widzenia ustroju stosunków społecznych istnieją powody, dla których Koronę i jej poddanych można uznać za odrębny stan sam w sobie. (Patrz Rys. H a).
Rys. H. Podział na stany społeczne w Polsce i na Litwie.
a. wiek XVI b. w 1791 r. (wg T. Korzona)
Na samym początku należy podkreślić, że podział na stany społeczne - łacinskie status - we wczesnym okresie historii nowożytnej opierał się na kryteriach odmiennych od tych, które pozwalają wyodrębniać podstawowe grupy społeczne w wiekach późniejszych. W szczególności zaś nie wolno ich utożsamiać z klasami w sensie społeczno-gospodarczym, z którymi tak często je mylono. Podziału na stany społeczne nie określał ani stosunek do środków produkcji, ani też w istocie żadna inna miara bogactwa, dochodu czy sytuacji ekonomicznej, ale raczej przyznawana im funkcja w obrębie społeczeństwa, wyrażana wyłącznością praw i przywilejów. Śmieszne byłoby może utrzymywać, że według średniowiecznej teorii społecznej król miał rządzić, duchowny - modlić się, szlachcic - walczyć, mieszczanin - handlować. Żyd - być Żydem, a chłop - uprawiać ziemię; niemniej jednak jakieś założenie tego rodzaju z pewnością musiało leżeć u podstaw prawodawstwa, które stworzyło poszczególne stany w wiekach XIV, XV i XVI.
Różnice gospodarcze oczywiście istniały i wywierały doniosły wpływ na życie społeczne; występowały one jednak nie tylko między poszczególnymi stanami, ale także - w tym samym stopniu - w ich obrębie; w odczuciu współczesnych odgrywały o wiele mniejszą rolę, niż mogłoby wynikać z opinii dzisiejszych ideologów i przedstawicieli nauk społecznych. I tak na przykład bezrolna rodzina szlachecka mogła żyć na poziomie, który - mierzony według jakiejkolwiek miary ekonomicznej - był dokładnie taki sam, lub nawet niższy, niż poziom życia mieszkających w sąsiedztwie rodzin chłopskich; jej ubóstwo jednak w niczym nie umniejszało przy sługujących jej z racji szlacheckiego urodzenia przywilejów podatkowych, prawnych i politycznych. Podobnie też zamożna rodzina żydowska mogła z łatwością przewyższyć poziomem życia swych nieżydowskich sąsiadów, a mimo to nic z wyjątkiem przejścia na katolicyzm nie mogło jej umożliwić awansu do szeregów mieszczan lub szlachty.
Przynależność do danego stanu była przeważnie dziedziczna, a droga przejścia z jednego stanu do drugiego była usiana przeszkodami. Czynniki gospodarcze liczyły się o wiele mniej niż prawo, dziedziczność i obyczaj. W gruncie rzeczy klasy społeczno-gospodarcze w ogóle nie mogły powstać, dopóki nie zostały obalone dawne ramy prawne określające podział na stany. Współcześni obserwatorzy nigdy nie słyszeli o analizie klasowej. W okresie istnienia Rzeczypospolitej Polski i Litwy pojęcia „feudalizm” i „klasa” w ogóle jeszcze nie istniały. Współczesne opisy oparte więc były zazwyczaj na tradycyjnych kryteriach prawnych i funkcjonalnych.
Historyk Marcin Kromer zadowalał się stwierdzeniem, że społeczeństwo dzieliło się na duchowieństwo i świeckich, laikat zaś - na szlachtę i ludzi niskiego pochodzenia. Jedno z nielicznych przedsięwzięć, które wymagały dokonania dokładniejszego podziału, podjęli urzędnicy skarbu królewskiego w celu ustalenia taryfy pogłównego. I tak w r. 1520 rejestr pogłównego obejmował czterdzieści dziewięć kategorii społecznych zgrupowanych w obrębie sześciu stanów: Korona, duchowieństwo, szlachta, ludność wiejska, ludność miejska i Żydzi. (Patrz Rys. I a).
Jest rzeczą interesującą, że do stanu duchownego uznano za stosowne włączyć cały personel akademicki i studentów, a także służbę i chłopów pańszczyźnianych w dobrach kościelnych; do stanu szlacheckiego zaliczono większość mieszkańców posiadłości ziemskich należących do szlachty; stan mieszczański obejmował wszystkich chłopów mieszkających na terenach miejskich oraz tych, którzy w jakiś inny sposób uzyskali prawa miejskie. Do tak zwanej ludności wiejskiej zaliczono więc tylko ten niewielki procent chłopstwa, który obejmował wiejskich sołtysów, rzemieślników zatrudnionych w folwarkach, robotników najemnych lub chłopów wolnych od pańszczyzny.[109]
Ogólnie rzecz biorąc, liczba osób, których nie dało się zaliczyć do żadnego z podstawowych stanów społecznych, była bardzo niewielka. Nie można było w prosty sposób zaklasyfikować członków pewnych grup zawodowych - takich jak lekarze czy prawnicy - zreformowanego kleru, pewnych specjalistycznych wspólnot zawodowych - jak na przykład górnicy - czy też rozmaitych mniejszości religijnych - takich jak Ormianie czy muzułmańscy Tatarzy. W razie wątpliwości, współcześni juryści prawdopodobnie rozpatrywali szczegółowo przysługujące im przywileje, po czym zaliczali ich do odrębnych, niezależnych stanów.
Z powodów, które oni sami znają najlepiej, uczeni naszej doby często odrzucają ówczesną praktykę, wymyślając nowe grupy społeczne po to, aby sprostać wymogom przyjętych z góry założeń. Tak na przykład analityk zamierzający dokonać rekonstrukcji „struktury społeczno-majątkowej” bierze oparte na podziale na stany kategorie z wymienionego wyżej rejestru pogłównego, po czym dokonuje ich przegrupowania w ramach ośmiu nowych przedziałów podatkowych. Według tego schematu najwyższą pozycję w szesnastowiecznym społeczeństwie zajmuje arcybiskup gnieźnieński, dla którego pogłówne ustalono w wysokości 600 złotych, najniższą zaś - wyrobnicy, studenci i czeladnicy, którzy - według taryfy w wysokości 1/6 grosza od głowy - musieli płacić trzydzieści sześć tysięcy razy mniej. (Patrz Rys. I b). Postępowanie tego rodzaju jest niezwykle interesujące. Dla autorów analiz, którzy wierzą, że stosunki gospodarcze są siłą napędową życia gospodarczego, jest to praktyka absolutnie niezbędna. Jej wada polega na tym, że jest też czymś z gruntu niehistorycznym.[110]
Spośród stanów autonomicznych najdalej sięga historia stanu duchownego. Jurysdykcja Kościołów: rzymskokatolickiego, unickiego i prawosławnego, rozciągała się na wszystkie osoby posiadające święcenia oraz na wszystkie należące do nich dobra ziemskie i majątki. Liczne i często bardzo ubogie niższe duchowieństwo podlegało hierarchii kościelnej, a niekiedy także szlacheckim patronom nadawanych im beneficjów.
Początki stanu mieszczańskiego sięgają średniowiecznych praw lokacyjnych miast. Królewskie dokumenty lokacyjne zapewniały mieszczanom kontrolę nad samorządem miejskim w obrębie granic własnej jurysdykcji. Działalnością handlową kierowały cechy i bractwa. Od końca XVI w., kiedy zamożne uprzednio miasta zaczęły się chylić ku upadkowi, rozpoczął się szybki wzrost liczby miejskiego proletariatu, pozbawionego wszelkich praw obywatelskich. (Patrz, rozdz. IX tomu I).
Zalążki stanu żydowskiego powstały w wiekach XIII i XIV, chociaż instytucjonalna autonomia Żydów rozwinęła się dopiero w połowie XVI w. Przez cały ten czas trwała ich rywalizacja z mieszczaństwem oraz przymierze ze szlachtą.
Stan chłopski był oczywiście najliczniejszy - w r. 1569 liczył około 60% ogółu ludności. Biorąc pod uwagę, że znaczna część ludności, której przysługiwały prawa mieszczan, w gruncie rzeczy żyła jak chłopi, procent ten mógłby być odpowiednio wyższy. Chociaż instytucja pańszczyzny bardzo się już rozwinęła, pozostawała jeszcze zarówno grupa najemników, jak i - w niektórych okręgach - spora klasa wolnych chłopów.
A zatem, mimo że szlachta[111] wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie.
Nikt jednak nie może na serio podawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę „rajem Żydów”, jeszcze słuszniej można by ją nazwać „rajem szlachty”. Ci którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także „czyśćcem mieszczan” i „piekłem chłopów”. Początki dziejów szlachty polskiej są, łagodnie mówiąc, niejasne. W gruncie rzeczy są to początki nader mroczne. Uczeni przypuszczają, że w jakimś okresie wczesnego średniowiecza szlachta wyodrębniła się spośród wcześniejszych form elity społecznej. Nie jest to jednak żadne wielkie odkrycie, ponieważ szczegółowe informacje na temat dawniejszego rycerstwa są równie skąpe i nie sposób rzetelnie udokumentować ani czasu, ani też sposobu, w jaki się pojawiło. Jeszcze w wiekach XIII i XIV, kiedy odczuwano już pewną ekskluzywność stanu szlacheckiego, kronikarzy stać było w najlepszym wypadku na to, aby wywodzić jego początki od Noego, Juliusza Cezara lub Aleksandra Wielkiego. Wielu spośród szlachty w Polsce i na Litwie utrzymywało co najwyżej, że należy do „szlachty odwiecznej”. Oznaczało to, że jakakolwiek w miarę pewna wiedza na temat ich początków już dawno się zatraciła.[112]
Sama nazwa „szlachta” jest już źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze starodolnoniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (siehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (Karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło. Dziś wielu znawców byłoby skłonnych uznać, że supremacja zasady dziedziczności, czyli jak to nazwał Brückner „rodowitość”, która pozwalała szlachcie utrzymać się poza zasięgiem władców i książąt i która na zawsze zapewniła im ich nie pogwałcony i wyłączny status, ustaliła się ostatecznie dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego (1310-70). W każdym jednak razie termin „szlachta” wyraźnie łączy w sobie sens „wysokiego urodzenia” z pojęciem „waleczności”, które to pojęcia składają się na pierwotne atrybuty szlachty średniowiecznej.[113] Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach.[114]
Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie „rodów”; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim; dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy - z książętami piastowskimi włącznie - nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami rodów (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego Geschlechtsverband i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów[115] w Irlandii i do klanów górali szkockich.[116]
Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom - jak w Anglii - ani też pojedynczym rodzinom - jak w Niemczech - ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa „ród” na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo. Polski szlachcic dodawał do swego imienia nazwę swego rodu. Poza nazwiskami w formie przymiotników zakończonych na -ski lub -cki polska szlachta miała zwyczaj umieszczać w podpisie formułkę „z rodu takiego a takiego”. Normalna forma, przyjęta przez wszystkie rodziny szlacheckie w latach 1350-1450, brzmiała na przykład: Piotr Lubomirski, herbu Śreniawa, lub Jan Zamoyski, herbu Jelita. Przymiotnikowa forma nazwiska zastąpiła formę wcześniejszą, będącą odpowiednikiem niemieckiego von czy też francuskiego de: Piotr z Lubomierza, Jan z Zamościa. Dziad Piotra Lubomirskiego, zmarły w 1398, nazywał się jeszcze Michał z Grabi, ponieważ wolał wiązać swe nazwisko z nazwą rodzinnej miejscowości niż z nazwą swych ziemskich posiadłości.
Wybór nazw herbowych jest zachwycająco niezrozumiały. Bończa (Bonifacy) to przykład jednej z wielu nazw utworzonych od imion osób. Śreniawa, Rawa czy Doliwa to nazwy miejscowości. Amadej z Węgier czy Rogala z Saksonii były nazwami importowanymi z zagranicy-podobnie jak Sas (z saskiego Siedmiogrodu) czy Prus (z Prus). Dąb i Poraj to rośliny. Aksak (po tatarsku „lis”), Lewart (lampart), Rak, Gryf, Łabędź, Świnka i Wężyk - to zwierzęta; Krzywda, Prawda, Niezgoda, Mądrostki - to nazwy wartości moralnych; Oksza (siekiera) i Łodzią pochodzą od nazw przedmiotów codziennego użytku. Kategorie tego typu można było mnożyć bez końca. Nie da się natomiast powiedzieć, dlaczego wybierano akurat takie proklamy, i na temat wielu z nich powstawały wręcz nieprawdopodobne legendy. Herb Jelita narodził się podobno po bitwie pod Płowcami w 1331 r.; na polu bitwy król polski miał ponoć znaleźć jednego ze swych rycerzy, Floriana Szarego, z brzuchem rozprutym trzema krzyżackimi oszczepami. W uznaniu dla jego bohaterstwa utworzono ród Jelita z trzema skrzyżowanymi oszczepami jako godłem. Piszący w XV w. Jan Długosz wymieniał w sumie 139 rodów; w 1584 r. Bartosz Paprocki podawał liczbę 108; we współczesnych genealogiach mówi się o kilkuset.
Struktura rodu herbowego pozostaje do pewnego stopnia zagadką. Szczegółowe badania nie doprowadziły do ustalenia żadnej stałej zasady przynależności. Dawna teoria więzów krwi została wprawdzie zdyskredytowana, ale nie zastąpiono jej żadną inną. Członkowie tego samego rodu zazwyczaj walczyli obok siebie ramię w ramię, wspólnie tworząc podstawowe jednostki feudalnej armii. Na poparcie hipotezy, która podkreśla ten właśnie aspekt, można przytoczyć takie nazwy, jak Dolega czy Doliwa, które wyraźnie wywodzą się z okrzyków bojowych. Badania szły także w kierunku ustalenia patronatów - utworzono termin „ród klientarny”. Czasami król pełnił rolę „osoby wprowadzającej”, przypisując nowych rycerzy do wybranych przez siebie rodów. Czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich przyjaciół i krewnych do własnego rodu. Patronat nie był tu w każdym razie bez znaczenia. Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się.publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swych racji, były sądy. W takich przypadkach - szczególnie częstych w XV w. - od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeśli nie - groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych oskarżeń podających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król lub jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.[117]
Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.[118]
Podczas gdy proces wyłaniania się szlachty jako odrębnego stanu społecznego był już dość zaawansowany za czasów panowania Kazimierza Wielkiego, proces umacniania i kodowania jej przywilejów prawnych trwał jeszcze przez co najmniej dwieście lat. Na przestrzeni całego minionego okresu królowie polscy nadawali immunitety poszczególnym rycerzom i przedstawicielom duchowieństwa, zwalniając ich od poszczególnych podatków lub od obowiązku stawiania swych poddanych przed sądem królewskim. Ale już od końca XIV w. podobne ustępstwa na rzecz szlachty egzekwowały nie jednostki, lecz cały stan, żądający jednakowych praw dla wszystkich swych członków. Okresy kryzysów - w czasie wojny lub przed kolejną sukcesją - dawały szlachcie dobrą okazję do przetargów. Raz uzyskane zdobycze rzadko wypuszczano z rąk. W 1374 r. Ludwik Węgierski, chcąc zagwarantować sobie sukcesję swej córki Jadwigi, na mocy Statutu koszyckiego zwolnił szlachtę od wszelkich dotychczasowych świadczeń z wyjątkiem poradrnego z gruntów kmiecych w wysokości 2 groszy od łana oraz zredukował do jednej szóstej taryfę podatków nakładanych na dzierżawców należących do stanu szlacheckiego. 2 października 1413 r. przyjęto w Horodle nowe warunki unii Polski z Litwą, rozszerzając przywileje szlachty polskiej na litewskich bojarów. Czterdzieści siedem polskich rodów herbowych otwarło bramy na przyjęcie litewskiej szlachty. Przywileje nadane w r. 1422 w Czerwińsku, w r. 1430 w Jędrni i w 1433 w Krakowie dowodzą, że troska Władysława Jagiełły o przyszłość synów stopniowo brała górę nad jego niechęcią do neminem captivabimus - zasady odpowiadającej angielskiemu habeas corpus i chroniącej dobra oraz osobę szlachcica przed konfiskatą i aresztem, dopóki w jego sprawie nie zapadnie wyrok sądowy. W 1454 r., podczas drugiej wojny z Krzyżakami, Kazimierz Jagiellończyk przyjął w Nieszawie żądania szlachty, aby nie nakładano żadnych podatków ani nie zwoływano pospolitego ruszenia bez zgody nowo powstałych ziemskich sejmików szlacheckich. W 1496 r. w Piotrkowie, podczas przygotowań do swojej fatalnej w skutkach wyprawy do Mołdawii, Jan Olbracht przyznał szlachcie monopol na użytkowanie ziemi. W pięć lat później jego brat Aleksander spróbował użyć senatu jako narzędzia do ukrócenia roszczeń szlachty. Na mocy przywileju mielnickiego zadekretował, że senatorzy mogą podlegać jedynie równym sobie rangą. Ale sejm wkrótce znalazł okazję do zemsty. Konstytucja Nihil novi, uchwalona w Radomiu 14 czerwca 1505, anulowała przywilej mielnicki, ustalając równouprawnienie izby poselskiej i senatu w kompetencjach ustawodawczych oraz zarządziła, że „nic nowego nie może być postanowionym” bez zgody obu izb sejmu. Odtąd prawodawstwo pozostawało pod ścisłą kontrolą szlachty.
Slogan „nic o nas bez nas” pozostał podstawową zasadą „demokracji szlacheckiej”. Supremacja szlachty w dziedzinie prawodawstwa była przez nią wykorzystywana dla zapewnienia sobie dalszej przewagi nad resztą społeczeństwa. Nie zadowalając się najróżniejszymi przywilejami oraz, praktycznie rzecz biorąc, monopolem w zakresie własności ziemskiej, zarządzania i administracji, a także uprzywilejowaną rolą w życiu politycznym kraju, szlachta zaczęła umacniać swe pozycje w dziedzinie spraw bardziej szczegółowych. W 1496 r. ten sam sejm, który ustanowił monopol szlachty w zakresie własności i użytkowania ziemi, podjął kroki zmierzające do ograniczenia praw duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Odtąd wszystkie nominacje na wyższe urzędy kościelne były dostępne wyłącznie dla kandydatów ze stanu szlacheckiego. Wszędzie poza terenem Prus Królewskich mieszczanie musieli sprzedać ziemię, której byli właścicielami. Chłopom nie wolno było opuszczać wsi i przenosić się do miast. Począwszy od 1501 r., łańcuch ustaw coraz mocniej przykuwał chłopów do ziemi i wiązał ich z wolą pana. W 1518 r. zniesiono kompetencje sądów królewskich w zakresie apelacji w sprawach między panem a chłopem. Na mocy statutu ustanowionego w 1520 r. w Toruniu i Bydgoszczy chłopi zobowiązani byli do odrabiania pańszczyzny w wysokości jednego dnia tygodniowo od łana - był to początek procesu legalizacji coraz ostrzejszych warunków poddaństwa. W 1550 r. zezwolono szlachcie na zakup domów na terenie miast i do ich zajmowania bez konieczności płacenia podatków miejskich, co było sprzeczne ze wszystkimi lokalnymi prawami. W r. 1552, w czasie kłopotów z Kościołem kalwińskim, zawieszono egzekucję wyroków sądów duchownych przez starostów w sprawach wnoszonych przeciwko szlachcie z powodów religijnych. W r. 1563, po uregulowaniu kwestii nabywania sołectw, czyli jurysdykcji wiejskiej, otwarto szlachcie drogę wiodącą do pełnej kontroli nad ludnością zamieszkującą j ej majątki. W dziedzinie handlu szlachtę zwolniono od opłat celnych za towary przeznaczone do jej własnego użytku. Na sejmikach sprawowała kontrolę nad ogromnie zróżnicowanymi systemami wag i miar oraz ustalała ceny. Od r. 1573 szlachta posiadała wyłączne prawo eksploatacji drewna, potażu oraz surowców mineralnych pochodzących z ziem będących jej własnością. Zawsze też miała prawo zakupu soli po cenach uprzywilejowanych. Chociaż sama szlachta nie miała się zajmować handlem - statuty z 1633 i 1677 r. formalnie jej tego zabraniały - całe życie gospodarcze w kraju było organizowane z punktu widzenia jej interesów.
W wyniku takiego stanu rzeczy szlachta utrzymywała szczególne stosunki z liczną społecznością żydowską. Zwłaszcza w prowincjach wschodnich Żydzi okazali się niezwykle użyteczni dla szlachty, która starała się omijać kłopotliwe przepisy regulujące życie gospodarcze w miastach. Byli zatrudniani jako rzemieślnicy i handlarze, zyskując sobie epitet fuszerów, czyli partaczy, nadawany im przez cechy, których prawa omijali. Tradycyjnie pełnili funkcję lichwiarzy, karczmarzy, paserów i pośredników handlowych, o czym świadczy nie kończący się łańcuch miejskich dekretów, które im tego formalnie zabraniały. Sejmiki przyznawały im korzystne stopy procentowe i żyli sobie dostatnio w służbie wielkich właścicieli ziemskich. Chociaż mnożące się rzesze ludności zamieszkującej getta czerpały niewielki profit z działalności swoich najzamożniejszych współbraci, odium spadło na wszystkich. Na Ukrainie potępiano ich powszechnie jako narzędzie w rękach „polskich panów”. Co zamożniejsi Żydzi otwarcie naśladowali styl życia szlachty. Edykt Zygmunta Augusta zabraniał im noszenia szabli i złotych łańcuchów. Mimo obowiązujących przepisów prawnych, często byli właścicielami ziemi, brali dzierżawy lub nabywali tytuły posiadania nieruchomości jako zastaw hipoteczny od szlachty. Niemało z nich uzyskało formalną nobilitację. Praktykowali nawet szlachecki nawyk niepłacenia podatków.
Pretekstu dla przywilejów szlacheckich należy szukać w zobowiązaniu szlachty do sprawowania bezpłatnej służby wojskowej. Na przestrzeni całej epoki średniowiecza usprawiedliwieniem dla posiadania przez rycerzy ziemi była konieczność utrzymywania wojska; koszta były wysokie, a zapotrzebowanie na jego usługi - nieustanne. W piętnastowiecznej Polsce i na Litwie ta prastara konwencja wciąż jeszcze nie była pozbawiona sensu, a stojąc w zbrojnych obozach, przed przystąpieniem do walki z nieprzyjacielem, szlachta tradycyjnie żądała potwierdzenia lub rozszerzenia swych przywilejów. Jednakże z upływem czasu szlacheckie pospolite ruszenie utraciło swą użyteczność. Dowódcy, a także sama szlachta woleli stałe oddziały utrzymywane z podatków. Levée-en-masse pozostawało obronną rezerwą - ostatnią deską ratunku. Zwoływano je w rozpaczliwych sytuacjach, a „okazowanie”, czyli doroczny przegląd, na który musiała się stawić szlachta ze wszystkich prowincji, nie było dla nikogo uciążliwe. Zasada, że wzrost przywilejów szlacheckich równoważony był przez odpowiedni wzrost zobowiązań w zakresie służby wojskowej, stała się w XVI w. całkowitym anachronizmem.
Pozostaje jeszcze problem feudalizmu. W dzisiejszej Polsce uważa się za fakt oczywisty, że szlachta była „klasą feudalną”, której interesy zadecydowały o organizacji dawnego Królestwa i Rzeczypospolitej. Nie zwraca się większej uwagi na to, że pojęcia „feudalizmu” w tak zwanych czasach feudalnych nigdy nie używano. Lelewel utrzymywał, że feudalizm był sprzeczny z polską tradycją i że nigdy w Polsce nie istniał. Wielu późniejszych historyków twierdziło, że istniał jedynie przez krótki okres - w wiekach XIV i XV - i to raczej jako „wpływ” niż jako „system” sui generis. Istotnie z wszelką pewnością nie można mówić o jakimś prostym przeniesieniu zachodnioeuropejskich modeli na grunt polski. Bez względu na to, jaką definicję feudalizmu się przyjmie i do jakiego aspektu życia społecznego się ją zastosuje, zawsze się okazuje, że historyczna praktyka nie pasuje do współczesnej teorii.
W dziedzinie prawa ziemskiego, na przykład, ius feudale rzeczywiście istniało obok ius terrestre. Działało w zastosowaniu do ziem pozostających w sankcji królewskiej oraz do normalnych feudalnych praktyk dotyczących przechodzenia majątków na rzecz państwa, kurateli i zhołdowania. Jednakże po r. 1450, czyli właśnie w okresie, gdy ustalała się supremacja szlachty, zaczęło ono gwałtownie tracić na znaczeniu. W XVI w., na mocy szeregu statutów sejmowych z lat od 1562 do 1588, posiadłości lenne przekształciły się w dziedziczne majątki rodowe. Obowiązek służby wojskowej spoczywał już nie tylko na szlachcie, ale na wszystkich ludziach wolnych. Egzekwowano go nie za pośrednictwem sieci zależności między panami a wasalami, lecz bezpośrednio na linii król-poddany. Natomiast struktura systemu jurysdykcji była wyraźnie rozgraniczona: wysokie urzędy państwowe nie były związane z ziemią i - nawet po uchwaleniu w 1538 r. konstytucji zakazującej królowi usuwania urzędników z urzędu - pozostawały nadal w gestii króla. Jednakże związek jurysdykcji z ziemią istniał na poziomie lokalnym, a wymiar sprawiedliwości spoczywał w rękach szlachty. W dziedzinie polityki finansowej król nigdy nie zrezygnował z przysługującego mu prawa do bezpośredniego nakładania podatków na ogół ludności, mimo praktycznych ograniczeń, jakie mu narzucał sejm. Biorąc zatem pod uwagę stale zmieniające się warunki oraz znaczne zróżnicowanie pod względem geograficznym, nie jest łatwo stwierdzić w sposób ostateczny, czy polski feudalizm był mitem czy też rzeczywistością.[119] W każdym razie do r. 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie.
W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich - czyli co najmniej około 500 tysięcy osób - stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa. Pod tym względem nie mogły z Rzecząpospolitą rywalizować nawet Hiszpania czy Węgry, gdzie szlachta dochodziła do 5% ogółu ludności; Francja (1%) i Anglia (2%) stanowiły pod tym względem ostry kontrast.[120]
Formalne przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do r. 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.
Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską - w latach 1386-1569 - Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie się przenikających warstw. Nie miała żadnej tradycji immunitetów - ani jednostkowych, ani grupowych - i była przyzwyczajona do osobistego składania hołdu w zamian za nadanie ziemi - albo wielkiemu księciu, albo bezpośredniemu suwerenowi. Służyli w wojsku bez żadnych ograniczeń, składali dziakło, czyli „daninę w naturze”, oraz świadczyli rozliczne usługi - od prac przy sianokosach po prace przy naprawie i umacnianiu fortyfikacji. Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej - Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie - chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych. Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy. Pośrodku znajdowała się grupa panów, którzy cieszyli się szczególnymi przywilejami w zakresie służby wojskowej. Niektórzy z nich - jak na przykład Kieżgajłło - zdobywali pozycje równe książętom. Za panowania wielkiego księcia Witolda (1401-30), który starał się scentralizować państwo litewskie, a nawet doprowadzić do swej koronacji na króla, samowolę potężniejszych rodów szlacheckich stanowczo ukrócono. Tytuły książęce przysługiwały albo dożywotnio, albo też mogły być dziedziczone wyłącznie w linii męskiej. Nowe nadania ograniczano na ogół do uchodźców z Rosji. Jednocześnie upowszechniało się i umacniało zbiorowe pojęcie stanu szlacheckiego. W 1387 r. bojarom przyznano prawo własności majątków rodowych oraz swobodę zawierania małżeństw bez zgody pana. W 1413 r. na mocy unii w Horodle prawo własności rozszerzono na ich ziemie lenne. Bojarów katolickich zaproszono do przystąpienia do polskich rodów herbowych. Od 1434 r. podczas pertraktacji o przywileje polityczne książęta i bojarzy byli traktowani jako jeden stan społeczny; w r. 1447 zadośćuczyniono ich żądaniom o zrównanie prawne ze szlachtą polską. Mimo to książęta zdołali utrzymać w pewnym stopniu własną supremację. Opanowali proces „adopcji” herbowej, który - w wyraźnym kontraście do jego egalitarystycznej funkcji w Polsce - stał się narzędziem do wprowadzania dawnego hołdu w nowym przebraniu. Zdobyli władzę zwłaszcza nad szlachtą Rusi, dla której prawosławne wyznanie stało się zdecydowaną przeszkodą. W dziedzinie sądownictwa zachowali niezależność aż do czasu drugiego Statutu litewskiego z r. 1566, na który zgodzili się, podejmując w ten sposób daremną próbę przeciwstawienia się dążeniu bojarów do sfinalizowania nadchodzącej unii konstytucyjnej z Polską. Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi w obliczu prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.
Doskonałym przykładem potęgi i bogactwa, do jakich dochodzili magnaci, jest kariera księcia Mikołaja Radziwiłła, zwanego Rudym (1512-84). Był bratem urodzonej pod nieszczęśliwą gwiazdą Barbary Radziwiłłówny, małżonki Zygmunta Augusta, oraz kuzynem księcia Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, zwanego Czarnym (1515-65), kanclerza wielkiego litewskiego i wojewody wileńskiego; z tego tytułu spływały na niego potoki królewskich łask. Jako hetman wielki litewski wyróżnił się w wojnach z Moskwą i w r. 1566 przejął urzędy kuzyna. Jako kalwin trzymał się jednak z dala od instytucji Kościoła katolickiego i niemal do ostatniej chwili zażarcie sprzeciwiał się zawarciu unii lubelskiej. Wspaniałość jego dworu dorównywała przepychem wielu dworom królewskim. Dwór ten wywarł więc należyte wrażenie na angielskim pośle, Sir Jerome Horseyu, który przejeżdżał przez Litwę podczas swej lądowej podróży do Moskwy:
Gdym zasię przybył do Wilna, głównego miasta Litwy, przedstawiłem się, a także złożyłem listy uwierzytelniające od Królowej, które oznajmiały moje tytuły, a także stwierdzały, kim jestem, wielkiemu księciu i wojewodzie Radziwiłłowi (Ragaville), księciu wielce wspaniałemu, o wpływach i władzy rozległej, w sprawach religii protestantowi; ów zaś okazał mi wielki szacunek i miłą zapewnił rozrywkę; rzekł mi też, choć ja sam nie miałem mu nic do powiedzenia od Królowej Anglii, iż nader ją szanuje i wielce podziwia wszystkie jej wybitne zalety oraz wdzięki; mnie też potraktuje według reputacji posła Jej Wysokości; a jego poddani sądzili, iżem przybył prowadzić z nim negocjacje w sprawach jakowejś polityki. Zabrał mnie do swego kościoła; usłyszałem boskie psalmy towarzyszące nabożeństwu i kazanie, a takoż oglądałem sakrament rozdawania podług obrządku reformowanego Kościoła; a przy czym brat jego kardynał Ragavill (Radziwiłł) wydawał pomruki niezadowolenia. Jego Wysokość zaprosił mnie na obiad i uhonorował 50 halabardnikami, którzy mi towarzyszyli w mieście; polecił też muszkieterom, a takoż straży swej złożonej z 500 dżentelmenów, aby mnie doprowadzili do jego pałacu, gdzie on sam - w towarzystwie wielu młodych szlachciców - przyjął mnie na tarasie; za czym wwiódł mnie do komnaty bardzo wielkiej, gdzie były organy i śpiewy, i stół długi, przy którym zasiadali wojewodowie, panowie i damy; on sam zaś zasiadł pod baldachimem. Mnie zaś posadzono przed nim pośrodku stołu; zadźwięczały trąby i huknęły kotły. Wniesiono pierwsze dania, trefhisie i poeci rozpoczęli wesoły dyskurs, instrumenty ściszone i łagodne grały wielce melodyjnie, grupa karłów - mężczyzn i kobiet - pięknie przystrojonych - weszła do komnaty przy dźwiękach słodkiej muzyki, żałosnych zawodzeń fletów i pieśni pięknie złożonych: nazywali je tamburynami Dawida i słodko brzmiącymi dzwonkami Arona. Ta wszelka rozmaitość sprawiła, że czas upływał szybko i przyjemnie. Jego Wysokość wypił zdrowie Jej Wysokości anielskiej Królowej Anglii. Wniesiono przedziwne figury, a to lwy, jednorożce, a to orły z rozwiniętymi skrzydłami, łabędzie i inne ptactwo z cukrów uczynione, ze szpuntami do utaczania win przeróżnych z ich brzuchów, a takoż słodkościami wszelkich kształtów z ich brzuchów wykrojonymi ku smakowaniu, a każdy z osobnym srebrnym widelcem. Nużącym byłoby tu wymieniać cały porządek poszczególnych dań i specjałów; dobrze ugoszczony, uhonorowany i wielce ukontentowany zostałem doprowadzony do mej kwatery w ten sam sposób, w jaki uprzednio mnie z niej przywiedziono. Otrzymałem z powrotem moje listy, a takoż przydzielono mi dżentelmena, który miał mi towarzyszyć i poprowadzić przez kraj, po czym odjechałem w dalszą drogę. Pominę tu opowieści o rozrywkach - lwach, bykach i niedźwiedziach nader dziwny widok sprawiających.[121]
Chociaż ściśle rzecz biorąc, szlachty nie można utożsamiać z klasą właścicieli ziemskich, nie ulega wątpliwości, że posiadanie ziemi było głównym źródłem ich bogactwa. W praktyce nie wszyscy posiadacze ziemscy należeli do stanu szlacheckiego i nie wszyscy przedstawiciele szlachty ziemię posiadali. Jednakże relacja między bogactwem a szlachectwem sprowadzała się w znacznej mierze do rozdziału dóbr ziemskich. W r. 1569 majątki szlacheckie zajmowały mniej więcej 60% całego obszaru Rzeczypospolitej; 25% ziemi należało do Kościoła, 15% zaś - do Korony. Praktycznie rzecz biorąc, sektor szlachecki był jednak jeszcze bardziej rozległy, ponieważ coraz więcej majątków królewskich oddawano w dzierżawę szlachcie, biskupi zaś, do których należała większość majątków kościelnych, byli w gruncie rzeczy wywodzącymi się ze stanu duchownego magnatami. Ludność zamieszkała w majątkach szlachty nie miała możliwości odwoływania się do sądów królewskich i była skazana niemal wyłącznie na łaskę swych panów.
Rozkład geograficzny ziem znajdujących się w rękach szlachty był niezwykle złożony. Na niektórych obszarach - na przykład na Wołyniu czy też na terenie województwa kijowskiego - przeważająca część ziem skupiona była w rękach kilku magnackich rodów. Na Litwie, w epoce poprzedzającej unię, około jednej czwartej ziem szlacheckich należało do poniżej 2% szlachty, podczas gdy pozostałe trzy czwarte podzielone były między ponad trzynaście tysięcy rodzin. Według Popisu wojska polskiego z 1528 r., w którym zamieszczono szacunek poszczególnych majątków będących w rękach szlachty, 23 rody miały obowiązek wystawienia przeciętnie po 261 rycerzy, w sumie 5993; pozostałe 13 060 rodzin było jedynie w stanie wystawić wspólnym sumptem ogółem 19 842 rycerzy - czyli przeciętnie po 1,52 na rodzinę.[122] W innych prowincjach - takich jak Mazowsze czy Podlasie - magnaci nie odgrywali absolutnie żadnej roli, a sektor szlachecki obejmował w przeważającej części niewielkie działki należące do drobnej szlachty. Nawet w obrębie poszczególnych prowincji występowały znaczne różnice między sąsiadującymi ze sobą ziemiami. Na przykład w latach siedemdziesiątych XVI w. w Prusach Królewskich sąsiadujące ze sobą województwa chełmińskie i malborskie znacznie się od siebie różniły pod kilkoma istotnymi względami. I tak na terenie województwa chełmińskiego ilość ziemi będącej w posiadaniu szlachty była mniej więcej taka sama jak ilość ziemi należącej do Kościoła i Korony. Natomiast w województwie malborskim majątki szlacheckie tworzyły zaledwie jedną szóstą dóbr ziemskich, a większych majątków kościelnych nie było tam prawie wcale, największą rolę odgrywały więc dobra koronne i miasta królewskie. Podczas gdy w województwie chełmińskim przeciętny szlachcic - posiadacz 3-10 łanów ziemi - był właścicielem wąskich pasków gruntu położonych na terenie kilku wsi, w województwie malborskim o wiele mniejsza liczba rodzin władała rozległejszymi dobrami: przeciętnie 10-15 łanów. Jednak w żadnym z tych województw nie było nikogo, kto mógłby się mierzyć z biskupem chełmińskim: należące do niego 112 wsi, tworzących cztery „klucze” położone wokół zamku w Lubawie, składało się na jedyne wielkie latyfundium w tym rejonie.[123]
Warto zauważyć, że w XVI w. również na terenie Małopolski majątki kościelne były większe niż dobra najbogatszych nawet właścicieli świeckich. Mimo że nadania dóbr koronnych szlachcie były największe właśnie w okolicy prastarej stolicy państwa, żadna szlachecka fortuna nie mogła rywalizować z fortuną biskupów krakowskich. Według pochodzących z 1564 r. taryf podatku gruntowego, sześć spośród dziesięciu największych majątków ziemskich w tej dzielnicy kraju wciąż jeszcze było własnością Kościoła. Podczas gdy podatek nałożony na biskupa wynosił 457 złotych, na opactwo tynieckie - 311 złotych, a na kapitułę krakowską - 202 złote, wojewoda krakowski Spytek Jordan miał płacić 382 złote, starosta biecki -154 złote, starosta krzepicki - 145 złotych, wielkorządca krakowski zaś - 143 złote.[124] Jest rzeczą charakterystyczną, że w przypadku wszystkich najbogatszych magnatów akumulacja ogromnych fortun wiązała się bezpośrednio ze sprawowaniem przez nich wysokich urzędów publicznych. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były jeszcze stosunkowo skromne i znacznie ustępowały ogromnym latyfundiom Litwy. (Patrz Mapa 12).
Mapa 12. Rozmieszczenie własności ziemskiej w Prusach Królewskich (ok. 1570)
a. województwo malborskie.
b. województwo chełmińskie
Niemniej jednak przedziały ekonomiczne w obrębie stanu szlacheckiego dość dokładnie pokrywały się z podziałem odpowiadającym ilości posiadanej ziemi. Nie istniała żadna formalna hierarchia, ale licząc folwarki, można było łatwo określić, czy ich właściciel powinien zostać zaklasyfikowany do grupy zamożnych czy też do grupy ubogich - czyli, używając języka tamtych czasów, czy jest „tłusty” czy „chudy”.[125] (Patrz Rys. J).
Rys. J. Uwarstwienie ekonomiczne w obrębie stanu szlacheckiego
Majątki kilkudziesięciu rodów stojących u szczytu społecznej drabiny liczyło się w setkach i tysiącach. Członkowie tych właśnie rodów piastowali kluczowe urzędy państwowe i stąd też miały one licznych przedstawicieli w senacie. Były „wielkie” - zarówno pod względem bogactwa, jak i wpływów politycznych. Poszczególni magnaci nie mieli żadnych specjalnych praw ani przywilejów. Ale jako grupa, magnateria cieszyła się władzą i wpływami, które nie pozostawały w żadnej proporcji do jej liczebności.
W odróżnieniu od nich, przeciętny szlachcic mógł się uważać za szczęśliwego, jeśli posiadał dwa lub trzy folwarki. Ale jeżeli tylko ziemia należała do niego i jeżeli miał chłopów pańszczyźnianych, którzy mogli na niej pracować, nikomu nie musiał niczego zawdzięczać; był possessionatus i dominus, czyli „sobiepan”. Współcześni zaliczali go do „szlachty zamożnej”. Niektórzy historycy chętniej używają terminu „średnia szlachta”, który obecnie odgrywa istotną rolę w teoriach na temat społeczeństwa i polityki okresu nowożytnego. Dolną granicę ich stanu posiadania ustalono na 20 łanów. Na terenie Rzeczypospolitej grupa ta liczyła od 1/4 do 2/5 ogółu stanu szlacheckiego.
U dołu drabiny znajdował się element najliczniejszy - skłębiony tłum drobnej szlachty. Jedna z tych grup - szlachta cząstkowa - zamieszkiwała „cząstki” większych majątków ziemskich, podzielonych dla celów sprzedaży lub dzierżawy. Na ogół użytkowała ona wspólnie z sąsiadami zarówno siłę roboczą, jak i zasoby materialne całego folwarku. Wielu innych - tzw. szlachta czynszowa - dzierżawiło folwarki i ziemię od swych zamożniejszych współbraci. Kolejna grupa - szlachta zagrodowa - posiadała wprawdzie ziemię, lecz nie miała chłopów pańszczyźnianych i sama musiała uprawiać swoje „zagrody”. Pod względem gospodarczym ich pozycja była taka sama jak pozycja chłopów. Niektórzy z nich - szlachta zaściankowa - mieszkali we własnych wsiach, otoczonych murem („ścianą”), odgradzającym ich od plebejskiego świata zewnętrznego. Natomiast grupa, która z upływem czasu stała się zdecydowanie najliczniejsza - tzw. gołota - skupiała szlachtę, która nie miała ani ziemi, ani chłopów. Ludzie ci znajdowali zatrudnienie jako dzierżawcy, wyrobnicy najemni, służba domowa lub żołnierze, lub też - zdegradowani do statusu szlachty brukowej - z trudem wiązali koniec z końcem, prowadząc nędzne życie w mieście.
Magnaci zawdzięczali kumulację dóbr ziemskich zbiegowi rozmaitych okoliczności. Duchowni - 15 biskupów, 2 arcybiskupów i garstka opatów - w momencie nominacji wchodzili w posiadanie fortun, które rosły nieprzerwanie od czasu założenia instytucji Kościoła w 1000 r. n.e. W r. 1512 arcybiskup gnieźnieński posiadał już 292 wsie i 13 miast, a biskup krakowski - 230 wsi i 13 miast; było to w czasie, gdy największy z magnatów świeckich miał jeszcze najwyżej 30 takich dóbr. Na Litwie natomiast biskupstwo wileńskie, założone po nawróceniu się Wielkiego Księstwa na katolicyzm w 1387 r., do w. XVIII zgromadziło w swoich rękach około 600 wsi. Niektórzy duchowni piastowali również godności świeckie. W 1443 r. biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki nabył położone na terenie Śląska księstwo siewierskie za sumę 6000 srebrnych groszy. On sam i jego następcy utrzymali książęcy tytuł, jurysdykcję i dochody aż do upadku Rzeczypospolitej w 1795 r. Poczynając od r. 1462, arcybiskup gnieźnieński miał tytuł księcia łowickiego, a swą rezydencję przeniósł do siedziby książęcej w Skierniewicach. W XVIII w. biskup płocki obnosi się ze swym tytułem księcia Pułtuska. U drugiego końca skali znajdowali się biskupi nie posiadający majątków ziemskich. Po roku 1667, kiedy województwo smoleńskie zostało ostatecznie oddane Moskwie, rzymskokatolicki biskup smoleński utracił wszystkie swoje posiadłości i żył w Warszawie z wypłacanej mu przez rząd zapomogi w wysokości 20 000 złotych rocznie.
Wielu spośród magnatów świeckich zawdzięczało swą pozycję zasługom położonym w służbie króla. Inni zdobyli ją dzięki kolonizacji ziem ruskich na wschodzie. Jednakże największe fortuny magnackie powstawały w wyniku połączenia różnych czynników - korzystnych małżeństw, kupna, wymiany, podbojów, skutecznego zarządzania, królewskich łask, obsesyjnej ambicji, długowieczności, przewagi chromosomów męskich. Tylko nieliczne z nich - takie jak fortuna Radziwiłłów na Litwie czy Potockich i Tarnowskich w Polsce - przetrwały kilka stuleci. Większość ginęła równie szybko, jak powstała. Upadek rodów Kurozwęckich, Szydłowieckich i Melsztyńskich nastąpił z powodu braku męskich spadkobierców. Lubomirscy, których fortuna została w 1642 r. podzielona między trzech synów, a jednego z nich, Jerzego, w r. 1664 skonfiskowana, stracili dotychczasową pozycję. Wiele spośród tych rodów, które doczekały się swego rozkwitu pod koniec XVIII w. - Czartoryscy, Poniatowscy, Jabłonowscy i obie linie Branickich - można by właściwie uważać za parweniuszy.
Wielkie majątki magnackie były zorganizowane na zasadzie latyfundiów. Folwarki rozrzucone na danym obszarze podlegały „kluczowi”, który był ośrodkiem wspólnej dla wszystkich majątków administracji. Każdy taki klucz podlegał z kolei „kwaterze głównej”, mieszczącej się w pałacu właściciela. W ten sposób administracją latyfundium objęte były wszystkie folwarki, a wkład każdej z części składowych przyczyniał się do sprawniejszego funkcjonowania całości. I tak na przykład według spisu inwentarza z 1739 r., latyfundium Lubomirskich obejmowało 1071 posiadłości rozproszonych na terenie dziewięciu południowych województw Rzeczypospolitej od Woli Justowskiej w pobliżu Krakowa po miejscowość Tetiew w okolicy Kijowa. W jego skład wchodziły większe i mniejsze miasta, wsie i kompleksy pól uprawnych. W skład klucza położonego w pobliżu Krakowa Wiśnicza - głównej siedziby Lubomirskich - wchodziło 29 wsi; klucz Jarosławia na Rusi Czerwonej skupiał 18 wsi, klucz Kańczugi - 13 wsi. Poza rodzinnymi posiadłościami, z tytułu sprawowanych urzędów państwowych i za sprawą królewskich łask Lubomirscy dzierżawili znaczną liczbę królewszczyzn. Za życia Aleksandra Michała Lubomirskiego, który zmarł w r. 1677, dzierżawy te obejmowały 8 miast i 89 wsi. Mieli oni także kilkanaście posiadłości położonych za południową granicą kraju, na terenie Węgier.[126]
Prawa sukcesji pociągały za sobą ogromne komplikacje. Obyczaj w Polsce wymagał, aby posiadłości rodzinne dzielić równo pomiędzy synów i niezamężne córki. Podział przeprowadzano stopniowo, za każdym razem, gdy któreś z dzieci dochodziło do pełnoletności lub zawierało związek małżeński; ostatni majątek rodzinny zostawał w rękach najmłodszego syna z chwilą śmierci rodziców. W wyniku takiego postępowania większe latyfundia często rozpadały się na przestrzeni dwóch czy trzech pokoleń po śmierci ich założycieli. Ale takie rozdrobnienie nie leżało ani w interesie samej rodziny, ani też w interesie Rzeczypospolitej: potencjał militarny i potęga gospodarcza skonsolidowanych majątków była korzystna dla obu stron. Aby więc zapobiec podziałom, wprowadzono w Polsce prawo majoratu, znane jako ordynacja lub maioratus. W r. 1589 sejm po raz pierwszy zdołał „zaordynować” majątki Radziwiłłów i Zamoyskich statutami prawnymi, które określały wysokość ich powinności wojskowej na rzecz państwa, chroniąc je jednocześnie przed rozdrobnieniem. Zgodnie z ordynacją, sporządzano listy wymienionych z nazwy posiadłości, które mogły być dziedziczone jedynie według ściśle ustalonej zasady męskiej primogenitury i których właściciele nie mieli prawa pozbywać się ani drogą sprzedaży, ani przez darowiznę i podział, ani też na mocy testamentu. Ordinatus, czyli najstarszy męski przedstawiciel rodu, miał obowiązek wypełniania szeregu powinności wojskowych - prac przy naprawie fortyfikacji, utrzymania garnizonów wojskowych, kwaterowania oddziałów na okres zimy oraz wystawiania podczas wojny określonej liczby regimentów. W zamian za to otrzymywał stałą gwarancję swojego dziedzictwa. W 1601 r. podobną ordynacją objęto majątki Myszkowskich w Pińczowie, w 1609 r. zaś - posiadłości Ostrogskich w Dubnie. W okresie późniejszym ordynację nałożono również na majątki Tarnowskich, Chreptowiczów i Sułkowskich. Niektóre z nich przetrwały w stanie nienaruszonym aż do r. 1918, a nawet 1939. Inne popadły w tarapaty natychmiast po wprowadzeniu ordynacji.
Personel potrzebny do administracji i obrony latyfundium dzielił się według przyjętego zwyczaju na dwie odrębne kategorie: na sługów rękodajnych (manu stipulatus), czyli czeladź szlachecką, oraz czeladź dworską. Członkowie grupy pierwszej, złożonej wyłącznie z oficjalistów szlacheckiego pochodzenia, zajmowali wszystkie stanowiska, które wiązały się ze sprawowaniem nadzoru i korzyściami materialnymi, a które jednocześnie były wolne od stygmatu „handlu”, czyli „rzemiosła”. Otrzymywali regularne pensje, a jako oznakę łaski swego patrona tzw. suchednie, czyli okolicznościowe podarunki i premie. W skład grupy drugiej, złożonej ze służby nie należącej do stanu szlacheckiego, wchodziła służba domowa, rozmaici fachowcy, rzemieślnicy oraz najemni żołnierze. Z upływem czasu ogromny rozrost rzesz magnackiej klienteli stał się dla Rzeczypospolitej problemem niemożliwym do rozwiązania.
Dzięki swojej pozycji wielkie rody mogły wymagać o wiele większego szacunku i posłuszeństwa niż samo państwo. Rosnąca armia kłótliwych oficjalistów o ptasich móżdżkach, zajadle broniących honoru i interesów swoich patronów, świadomych, że ich awanse i dobrobyt zależą od skutecznego spełniania pańskich kaprysów i uczestnictwa w ich prywatnych wojnach, stopniowo podkopywała pozycję rządu na szczeblu zarówno centralnym, jak i lokalnym. W epoce rozbiorów prywatna armia księcia Karola Stanisława Radziwiłła z Nieświeża, zwanego Panie Kochanku, czyli tzw. banda albeńska[127], mogła bez trudu wystawić 6000 chłopa - mężczyzn ubranych od stóp do głów w biel i zdolnych bezkarnie stawić czoło każdej prywatnej lub królewskiej wojskowej formacji tego okresu. Rozmiary dworów magnackich były oczywistym wykładnikiem ich pozycji i bogactwa. Najskromniejsze składały się z garstki obdartych starych sług przywodzących na myśl obraz Sancho Pansy; najpotężniejsze - obejmowały całe pułki wyszkolonych oficerów i zarządców i z powodzeniem mogły dorównać orszakom władców pomniejszych księstw. I tak na przykład w połowie XVII w. wojewoda krakowski Stanisław Lubomirski z Wiśnicza utrzymywał na swoim dworze dwóch marszałków, dwóch kapelanów, czterech sekretarzy, czterech krajczych, dwudziestu szambelanów i sześćdziesięciu oficjalistów wyższej rangi. Dodatkowo dwór liczył jeszcze tłum aplikantów, komorników, rezydentów, podskarbich, stajennych, szatnych, koniuszych, pokojowych, posłańców, rotmistrzów i - oczywiście - analogiczny zestaw dam dworu i pokojówek, pozostających w służbie pań. Personel nie wywodzący się spośród szlachty obejmował nadwornego lekarza, chirurga, malarza, baletmistrza, cukiernika, ogrodnika, inżyniera, architekta, kapelmistrza, ekonoma, czyli zarządcę, oraz zastęp kucharzy, dozorców więziennych, woźniców, cieśli,'lokajów, piwnicznych i służby domowej. Przestrzegano też egzotycznej tradycji utrzymywania na dworze błaznów, cudzoziemców, karłów i historyków. Nie było też rzadkością wśród polskich magnatów trzymanie niemieckich baronów. Odpowiednikiem tatarskiego zwyczaju jasyru, czyli brania w niewolę jeńców, było utrzymywanie na dworach w charakterze osobistych służących jeńców tatarskich lub Murzynów. Plagę tłumów służby i oficjalistów na szlacheckich dworach tak opisywał, nie szczędząc ostrej ironii, biskup warmiński Ignacy Krasicki:
Jaśnie wielmożny tyran, bożek okoliczny,
Dla większej wspaniałości raczy mieć dwór liczny.
Stąd wyższe urzędniki, niższe posługacze;
Pan koniuszy, co bije; masztalerz, co płacze;
Pan podskarbi, co kradnie; piwniczny, co zmyka;
Sługa pieszy, dworzanin, co ma pacholika;
Pokojowiec przez zaszczyt wspaniałemu sercu,
A dlatego, że szlachcic, bierze na kobiercu.
Pan architekt, co plany bez skutku wymyśla;
Pan doktor, co zabija; sekretarz, co zmyśla;
Pan rachmistrz, co łże w liczbie, gumienny, co w mierze;
Plenipotent, co w sądzie; komisarz, co bierze
Więcej jeszcze, jak daje; a złodziejów mniejszych '
Kradnąc, sam jest użyty do usług ważniejszych;
Łowczy, co je zwierzynę, a w polu nie bywa;
Stary szafarz, co zawsze panu potakiwa;
Pan kapitan, co Żydów drze, kiedy się proszą;
Żołnierze, co potrawy na stół w galę noszą;
Kapral, co więcej jeszcze kradnie, niż dragoni;
I dobosz, co pod okna capstrzyk tarabani,
A kiedy do kościoła jedzie z gronem gości,
Bije w dziurawy bęben jegomości.[128]
Szerzyła się zatem korupcja, obejmując wszystkich - od góry do dołu. Sprzedajność, zadłużenie i zależność od możnych protektorów sprawiały, że szlachta nie była w stanie zmieniać się wraz ze zmianą czasów. Wielcy wykorzystywali mniejszych, mniejsi zaś małpowali tych, których uważali za lepszych od siebie. Gwałtowny wzrost liczby ordynacji w epoce Wazów dowodzi wyraźnie, że oligarchia magnacka zapuszczała w tym okresie głębokie korzenie. Z tego też powodu ogół stanu szlacheckiego gwałtownie przeciwko niej występował.
Nie brak jednakże dowodów na to, że - przynajmniej do połowy XVII w. - majątki „średniej szlachty” prosperowały równie dobrze, jak posiadłości wielkich rodów magnackich. Według Andrzeja Wyczańskiego, który odtworzył hipotetyczny model takich majątków na podstawie dokumentów sądowych pochodzących z lat sześćdziesiątych XVI w., ich przeciętne rozmiary wynosiły około 130 hektarów. Z tego do 50 hektarów, czyli około 40% ogółu ziem ornych, wchodziło w skład majątku samego właściciela i przynosiło 94% ogółu jego dochodów. Pozostałe 80 hektarów dzierżawiono chłopom; ziemie te praktycznie nie dawały żadnych dochodów, stanowiąc źródło utrzymania chłopów pańszczyźnianych, których praca potrzebna była do obrabiania gruntów pana. Tej siły roboczej rzadko jednak wystarczało - zaspokajała ona około dwóch trzecich całości potrzeb i trzeba ją było uzupełniać, zatrudniając najemników oraz robotników sezonowych. Przeciętny dochód roczny wynosił 214 złotych brutto, 185,7 złotych netto. Uwzględniając obowiązujące w tym czasie na rynku krakowskim ceny, za 186 złotych można było nabyć 96 metrów wełnianej materii lub 385 par obuwia, lub 35 wołów, lub wreszcie 900 litrów małmazji. Właściciel czy dzierżawca z reguły mieszkał w swym majątku i zarządzał nim bez pomocy licznej służby i oficjalistów.[129]
W odróżnieniu od „przeciętnego szlachcica”, który jest li tylko pozbawionym wszelkiego wyrazu abstraktem, „drobny szlachcic” był zjawiskiem nader konkretnym - gatunkiem zwierzyny, z której nie bez racji słynęło kilka dzielnic Rzeczypospolitej. Na Mazowszu przeszło połowa ziemi znajdowała się w rękach szlachty zagrodowej. Według jednego z oszacowań, pochodzącego z r. 1571, było jej w sumie 32 tysiące rodzin; uprawiali 12 031 łanów na ogólną liczbę 23 361 łanów, czyli 51,5% ogółu ziem uprawnych księstwa. Na każde gospodarstwo przypadało 0,38 łana (6,65 hektara) ziemi. Na Podlasiu sytuacja przedstawiała się podobnie. W r. 1528 na terenie dziesięciu parafii ziemi bielskiej znajdowało się 99 szlacheckich zaścianków. W r. 1775 w tym samym okręgu 5811 na łączną liczbę 6300 posiadłości, czyli 92%, nie miało w ogóle chłopów pańszczyźnianych. Licząc w skali całej Rzeczypospolitej, ponad połowa szlachty nie posiadała ziemi. W r. 1670 było w Rzeczypospolitej 400 tysięcy, czyli 57% bezrolnej szlachty; 300 tysięcy - czyli 43% - posiadało jedną lub więcej wsi. Liczby te nie dają się porównać z sytuacją panującą w tym okresie w innych krajach Europy. W żadnej części Hiszpanii - kraju, w którym obdarty hidalgo był przedmiotem powszechnego pośmiewiska - nawet w prowincjach Nawarry, Leon czy Burgos, gdzie liczba szlachty dochodziła do 10% ogółu ludności, nie istniało nic, co można by porównać z Mazowszem czy Podlasiem. Co więcej, w osiemnastowiecznej Hiszpanii liczba drobnej szlachty znacznie się zmniejszyła, podczas gdy w Rzeczypospolitej bardzo szybko rosła. Już sama liczebność uniemożliwia wszelkie próby traktowania ich jako elementu marginalnego w obrębie klasy będącej w zasadzie klasą posiadaczy ziemskich. Wypada przyjąć, że na terenie Rzeczypospolitej właśnie szlachcic, który miał ziemię, należał do wyjątków. W kategoriach liczbowych, drobna szlachta stanowiła przeważający element stanu szlacheckiego, nadając mu zarówno charakterystyczny koloryt, jak też stanowiąc podstawowy grunt dla rozwoju szlacheckich obyczajów w dziedzinie życia politycznego i społecznego. Po raz pierwszy pojawiła się zapewne pod koniec XIV w. na terenach przygranicznych, których bezpieczeństwu zagrażał Zakon Krzyżacki. Z czasem nastąpiła jej ekspansja - zarówno na skutek postępującej kolonizacji obszarów Podlasia i Rusi Czerwonej, jak i w wyniku licznych podziałów komórkowych, powodujących rozpad terenów wczesnego osadnictwa na poszczególne konstelacje pojedynczych wsi. W 1699 r. drobna szlachta przyłączyła się do pamiętnego exodusu na Podole - na obszary, które na mocy pokoju karłowickiego zostały Polsce zwrócone przez Turcję.
Rola, jaką pierwotnie odgrywała ona w polskim wojsku, szybko zmalała. Chociaż pospolite ruszenie na Mazowszu było w stanie zgromadzić 20 tysięcy żołnierzy, to jednak byli to żołnierze bardzo marni. Rozbicie i pauperyzacja dawnych posiadłości doprowadziły do tego, że jeden zaścianek, złożony z około 25 rodzin, mógł wspólnymi siłami wyekwipować zaledwie jednego lub dwóch rycerzy. Płodność ludności Mazowsza w połączeniu z ubóstwem produktów rolnych tych terenów prowadziła do bezustannych podziałów i ciągłego ubożenia rodzinnych majątków. Począwszy od XVI w., przedstawiciel drobnej szlachty, mimo że niezdolny do wyposażenia samego siebie, nadal hołdował wojskowej tradycji swojej kasty, albo podejmując służbę w zawodowych pułkach wojsk królewskich, albo też zaciągając się do prywatnych oddziałów wielkich magnatów[130].
Ponieważ drobna szlachta była uboga i pozbawiona wszelkiego zabezpieczenia, jej pozycja była pod wieloma względami gorsza od pozycji chłopów pańszczyźnianych. Na przestrzeni XVIII w. można znaleźć liczne przykłady dobrowolnego przechodzenia szlachty do stanu chłopskiego. Ale nawet jako pańszczyźniani czy biedota miejska nie tracili oni swego statusu szlachty ani też swoich przywilejów prawnych. Nad gankami ich chat wisiały tarcze herbowe. Jeśli nie mieli szabli ze stali, nosili drewniane, nadal uczestniczyli w sejmikach i domagali się prawa głosu podczas elekcji królewskich. Nadawano im mnóstwo pejoratywnych przezwisk - nazywano ich pankami, szarakami (ponieważ nie było ich stać na karmazynowe kontusze, będące tradycyjnym strojem szlachty), zagończykami (ponieważ musieli sami obrabiać własne zagony), chudopachołkami (którzy tak często pojawiają się w literaturze tego okresu) czy też szlachtą chodaczkową (milites in caligulo). Znani byli już Kadłubkowi w XIII w. i wszędzie mieli swoje odpowiedniki - np. Bocskoros Nemes na Węgrzech. Ale byli czymś par excellence polskim - zarówno jako zjawisko zadziwiające z punktu widzenia historyka, jak i jako podpora szlacheckiego stanu.
Życie drobnej szlachty późniejszego okresu opisał Adam Mickiewicz:
Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński Zaścianek,
Męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.
Niegdyś możny i ludny; bo król Jan Trzeci
Obwołał pospolite ruszenie przez wici,
Chorąży województwa z samego Dobrzyna
Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina
Zmniejszona, zubożała; dawniej w pańskich dworach
Lub w wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,
Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.
Teraz zmuszeni sami pracować na siebie
Jako zaciężne chłopstwo! tylko że siermięgi
Nie noszą, lecz kapoty białe, w czarne pręgi,
A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:
Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
I tną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.
Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią
Językiem swoim, tudzież wzrostem i postacią.
Czysta krew łącka, wszyscy mieli czarne włosy,
Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;
Z Dobrzyńskiej ziemi ród swój starożytny wiedli.
A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,
Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.
Jeśli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,
Zawsze zwykł za patrona brać koronijasza:
Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.
Tak syn Macieja zawżdy zwał się Bartłomiejem,
A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;
Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.
By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,
Brali różne przydomki od jakiej zalety
Lub wady, tak mężczyźni jako i kobiety. (...)
Więc Matyjasz Dobrzyński, który stał na czele
Całej rodziny, zwań był Kurkiem na kościele.
Potem, z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem,
Odmieniwszy przydomek ochrzcił się Zabokiem;
Toż Królikiem Dobrzyńscy mianują go sami,
A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami.
Jak on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołem
Panował, stojąc między karczmą i kościołem.
Widać rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,
Bo brama sterczy bez wrót, ogrody bez płota,
Nie zasiane, na grzędach już porosły brzózki;
Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski,
Iż kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,
I prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.
Obok lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie.
Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;
Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachy
Świeciły się, jak gdyby od zielonej blachy,
Od mchu i trawy, która buja jak na łące.
Po strzechach gumien niby ogrody wiszące
Różnych roślin: pokrzywa i krokos czerwony,
Żółta dziewanna, szczyru barwiste ogony;
Gniazda ptastwa różnego, w strychach gołębniki,
W oknach gniazda jaskółcze, u progu króliki
Białe skaczą i ryją w nie deptanej darni.
Słowem, dwór na kształt klatki albo królikami.
A dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladów,
Że wielkich i że częstych doznawał napadów.
Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa,
Wielka, leżała kula żelazna działowa
Od czasów szwedzkich; niegdyś skrzydło wrót otwarte
Bywało o tę kulę jak o głaz oparte.
Na dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastu
Wznoszą się stare szczęty krzyżów kilkunastu,
Na ziemi nie święconej; znak, że tu chowano
Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną.
Kto by uważał z bliska lamus, spichrz i chatę,
Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokate
Niby rojem owadów czarnych; w każdej plamie
Siedzi we środku kula, jak trzmiel w ziemnej jamie. (...)
Nade drzwiami Dobrzyńskich widne były herby;
Lecz armaturę - serów zasłoniły półki
I zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.
Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni
Pełno znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni.
Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,
Ozdoby czół marsowych: dziś Wenery ptaki,
Gołębie, w nich gruchając karmią swe pisklęta.
W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta
I pierścieniasty pancerz służą za drabinę,
W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.
W kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna
Odhartowała, kładąc je w piec zamiast rożna;
Buńczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa żarna: (...)[131].
Szczególnym przykładem nieszczęsnego losu drobnej szlachty są smutne dzieje Sielunia, miasteczka leżącego na Mazowszu, na północ od Wisły, na terenach, których znaczna część wchodziła w skład dóbr proboszcza płockiego. Posiadłości te, zorganizowane w pięciu kluczach wokół zamku w Sieluniu, tworzyły jeden z najbogatszych majątków kościelnych i nieodmiennie przydzielano je jako synekurę duchownym zamożnym, wpływowym i nieobecnym. Zamek i podległe mu klucze usuwały w całkowity cień 29 zaścianków, rozproszonych pośród kościelnych folwarków. Jednakże po r. 1526, gdy Mazowsze zostało zintegrowane z resztą Rzeczypospolitej, szlachta Sielunia usiłowała zmienić warunki prawne dzierżawy swoich ziem oraz uniknąć dalszego płacenia czynszów i innych należności. Proboszcz, przeciwko któremu wystąpiło ponad 700 rodzin, stanął w obliczu utraty znacznej części swych dochodów. Ówczesny beneficjent, wielebny ksiądz Michał Wolski, przyszły biskup kujawski, nie miał zamiaru ustąpić. Jego zbrojne bandy objeżdżały wsie, napadając na domy, paląc dokumenty i nakładając areszt na każdego, kogo można było podejrzewać o to, że odwoła się do sądu. Wykorzystywał swoje uprawnienia w zakresie jurysdykcji kościelnej do prześladowania opornych, przeciwko którym wysuwał zmyślone oskarżenia, aby ich ostatecznie wypłoszyć ze swoich terenów. Mimo licznych dowodów świadczących o czymś wręcz przeciwnym, prawnicy Wolskiego utrzymywali, że mieszkańcy Sielunia nie należą do stanu szlacheckiego, i w ten sposób uniemożliwiali im odwołanie się do sądów królewskich. Na przestrzeni kilku zaledwie lat ten ujeżdżający konno duchowny, który urządzał polowania z psami w czasie, gdy jego lud Boży modlił się w kościele, doprowadził do utrwalenia się systemu prowincjonalnych rządów absolutnych, który miał przetrwać przez dwa stulecia. W r. 1598 jego następca, wielebny Jędrzej Opaliński, syn marszałka wielkiego koronnego, przyjął tytuł „księcia Sielunia” i wymógł na miejscowej szlachcie obowiązek płacenia „dziesięciny”, którą ustalił w tym samym wymiarze co dla chłopów, czyli na l złoty od włóki. Na następne 200 lat zwrot „szlachcic sieluński” stał się szyderczym epitetem, znanym w całej Rzeczypospolitej. Mimo to sprawy sądowe mnożyły się szybko. W r. 1760 w sądzie okręgowym w Różanie 215 mieszkańców Sielunia uzyskało wyroki potwierdzające ich przynależność do stanu szlacheckiego - po to tylko, aby się dowiedzieć, że ich sprawy skierowano do trybunału koronnego (którego przewodniczącym był biskup Stanisław Miaskowski, proboszcz płocki!). W r. 1767 sprawa trafia do sejmu, a wreszcie do króla. Ostatecznie 29 listopada 1791 r. komisja skarbowa anulowała wszystkie świadczenia ściągane od szlachty sieluńskiej. Jednakże zwycięzcy tylko przez cztery lata cieszyli się wygraną. W r. 1795, na mocy postanowień trzeciego rozbioru, Sieluń został przypisany do skarbu pruskiego; w latach 1807-13 pozostawał pod zarządem marszałka Neya, a od r. 1815 - Rosji; do tego czasu wszyscy ci, którzy w r. 1760 podjęli akcję mającą na celu dowiedzenie swych szlacheckich praw, prawie na pewno już powymierali. Umarła także Rzeczpospolita szlachecka, która mogłaby dać im te przywileje, o które tak długo walczyli[132].
Biorąc pod uwagę ogromną różnorodność interesów gospodarczych wśród przedstawicieli stanu szlacheckiego, można by oczekiwać, że będą oni reprezentować bardzo różne postawy i stanowiska. Tak jednakże nie było. W okresie istnienia Rzeczypospolitej poglądy szlachty cechowała godna uwagi jednolitość, zwłaszcza w trzech zasadniczych kwestiach: statusu szlachty, równości oraz modelu „życia na łonie natury”. Wiara szlachty w ekskluzywność zalet własnego stanu prowadziła do praktyk, które dziś można określić jedynie jako wyraz rasizmu. Chociaż mit błękitnej krwi był szeroko rozpowszechniony w Europie, dotyczył on zazwyczaj jedynie bardzo nielicznej elity. W Rzeczypospolitej natomiast odnosił się do około 10% ogółu ludności i trzeba go było bronić na o wiele szerszym froncie. W celu podkreślenia odrębności stanu szlacheckiego od reszty społeczeństwa używano wszystkich tych szczególnych argumentów z dziedziny historii i religii, których ruchy nacjonalistyczne późniejszych epok miały używać dla odróżnienia procesu rozwoju własnego społeczeństwa, własnej kultury i własnych ziem od przebiegu rozwoju społeczeństwa, kultury i terytorium „cudzoziemców”. Mimo stałej praktyki nobilitacji, dzięki której mieszczanie, chłopi, Żydzi i cudzoziemcy nieustannie pomnażali szeregi szlachty, ta ostatnia w dalszym ciągu udawała, że jest biologicznym unikatem. Brak było jakichkolwiek szczególnych uprzedzeń w stosunku do nieślubnych dzieci, mieszanych małżeństw czy krzyżówki ras - byleby tylko dzieci pochodzące z takich związków nie pretendowały do szłachectwa. W latach dwudziestych XVII w. Walerian Nekanda Trepka ujął to nastepujące:
...balsam, gdyby do smoły włożono, już nie balsam, ale smołą będzie (...) i kąkol, choć w rolę dobrą wsiany, pszenicą nie stanie się. Sieła ślachcianek ubogich do miasteczek za mąż idzie, a gdy za chłopa, pewnie nieślachtę będzie rodzić, bo co za czystość od nieczystego, a ze smrodu co za wonie wyniść może. To mędrzec prorok: ani od sowy sokół się nie urodzi[133].
Mikołaj Rej (ok. 1505-69), poeta i domorosły filozof, który nie miał w sobie nic z fanatyzmu Trepki, przyrównywał szlachtę do cedrów Libanu - wyższych i piękniejszych niż wszystkie inne drzewa. Trepka (1584-1640), autor Liber chamorum (czyli Księgi chamów), całe życie poświęcił sprawie obrony czystości stanu szlacheckiego. Był to ciemny typ i najgorszego rodzaju dziwak, ale jego książka stanowi cudowny przegląd postaw społecznych jego czasów. W młodości wytoczył sprawy wielu swoim znajomym, oskarżając ich o brak szlacheckiego pochodzenia; sam także był wmieszany w liczne ciemne sprawki - miał na sumieniu porwania, pobicia, kradzież koni i nielegalne bicie pieniędzy. Sprzedawszy rodzinne posiadłości, w r. 1630 osiadł w Krakowie, gdzie pozostało mu już tylko zajmowanie się składaniem skarg i zażaleń. Przez cały czas gromadził protokoły sądowe, objeżdżał targi i sejmiki ziemskie, pracowicie notując każdy skandal i każdy przypadek oszczerstwa, na jaki udało mu się natrafić - w rezultacie skompletował obszerne dossier, w którym znalazły się infonńacje na temat wszystkich osób, podejrzanych przez niego o to, że bezpodstawnie podają się za członków stanu szlacheckiego. (Chama, okrzyczanego prostakiem syna Noego, uważano za przodka wszystkich tego rodzaju łotrów). We wstępie do swego dzieła Trepka tłumaczy z niemałą zajadłością, jak to pospólstwo „wkręca się” pomiędzy szlachtę. Wielcy magnaci bezkarnie pomagali swym totumfackim w uzyskiwaniu szlacheckich tytułów. Wszystkim mieszczanom krakowskim dostarczono fałszywych dokumentów. Ojciec, którego córka upierała się przy wyborze chłopa na kandydata na męża, wolał przyjąć zięcia do swojego rodu, niż ryzykować publiczną plamę na honorze. Inni po prostu dodawali do nazwiska końcówkę -ski, mając nadzieję, że rzecz się nie wyda. Nie brakowało też przedsiębiorczych szantażystów. „Cham” mógł zawsze liczyć na to, że znajdzie świadka, który potwierdzi jego szlachectwo; w przypadku odmowy mógł mu bowiem zagrozić, że sam wytoczy przeciwko niemu „naganę”. Mógł także zaaranżować fałszywą naganę przeciwko samemu sobie, co - w wypadku, gdyby w sądzie nie pojawił się żaden świadek - mogło przekonać sędziów o konieczności wydania potrzebnego zaświadczenia. Trepka dobrze wiedział, że nie była to czysta gra, i rozkoszował się nią - od Abramowicza do Żyzańskiego[134].
Względną wartość szacunkową poszczególnych stanów obliczano starannie w ramach instytucji prawnej zwanej „główszczyzną” (Wergeld), którą aż do czasu reform z r. 1764 stosowano powszechnie w sprawach o napaść i morderstwo. W takich przypadkach rodzina miała obowiązek przynieść poszkodowanego lub jego ciało do sądu w terminie do dwunastu tygodni od napaści lub też przedstawić charakter poniesionego obrażenia (vulneratus, saucius, laesus lub concussus). Na podstawie dowodów sąd wymierzał winowajcy grzywnę według taryfy przewidzianej odpowiednim przepisem. Taryfy te - podobnie jak stawki odszkodowań wypłacanych przez dzisiejsze towarzystwa ubezpieczeniowe - obliczano z bezlitosną precyzją. Statut obowiązujący w Wielkopolsce w r. 1347 ustalał cenę życia przedstawiciela stanu szlacheckiego na 30 groszy, szlacheckiego nosa, ręki lub nogi - na 15 groszy, szlacheckiego palca zaś - na 3 grosze; zabity chłop wart był 6 groszy, ranny - 1,5 grosza. Według takich obliczeń nieżywy szlachcic wart był pięciu nieżywych chłopów. Chłop pozbawiony nosa, ręki lub nogi przedstawiał jedną dziesiątą wartości szlachcica, któremu przytrafiło się analogiczne nieszczęście. W r. 1547, na mocy edyktu królewskiego Zygmunta Augusta, ceny uległy dalszemu zróżnicowaniu. Życie szlachcica wyceniono na 60 złotych, życie człowieka nieszlacheckiego pochodzenia - na 30 złotych, żołnierza - na 15 złotych, a chłopa na 10 złotych. Mogłoby się wydawać, że obecnie szlachcic wart był tyle co sześciu chłopów. Ale przepis, według którego odszkodowanie za chłopa dzielono w stosunku 6 złotych wdowie i 4 złote panu ofiary, nakłania do dalszych refleksji. Gdyby szlachcicowi zachciało się zabić jednego ze swych własnych chłopów, to zakładając, że jego własny sąd zadałby sobie trud ustalenia odszkodowania, musiałby on jedynie zapłacić różnicę między sumą, którą winien był wdowie, a kwotą, której miał prawo żądać dla siebie. Bilans wynosi 2 złote - a więc 30 razy mniej niż suma, która wchodziłaby w grę, gdyby odwrócić role mordercy i ofiary. W r. 1588 grzywny uległy dalszej podwyżce; wprowadzono też karę więzienia. Morderca winien śmierci szlachcica musiał przez 58 tygodni przebywać w zamkniętym lochu oraz zapłacić grzywnę w wysokości 240 groszy. W wypadku zbrodni popełnionej przy użyciu broni palnej kara wynosiła 116 tygodni więzienia i 480 groszy grzywny. Nogi, ręce, oczy i nosy wyceniono po 120 groszy od sztuki, krwawe rany - po 80 groszy, palce - po 30 groszy, a zęby - po 20 groszy. O ofiarach pochodzących ze stanu chłopskiego nie wspomina się już ani słowem. Widocznie nikt nie uważał, aby takie drobiazgi były warte zachodu sądu[135]. W gruncie rzeczy morderstwo uważano za przestępstwo nieco mniejszej wagi niż wykroczenia innego rodzaju. Było rzeczą naturalną, że szlachcic - który zawsze nosił przy boku szablę - będzie walczył we własnej obronie. Morderstwo było więc uważane za uczciwe ryzyko - w odróżnieniu od gwałtu czy stwarzania fałszywych pozorów. Statut obowiązujący na Mazowszu w 1448 r. przewidywał karę śmierci za gwałt popełniony na szlachciance przez mężczyznę nie należącego do stanu szlacheckiego i grzywnę w wysokości 60 groszy za gwałt popełniony na kobiecie z pospólstwa. (Według tego rachunku jedna zgwałcona szlachcianka była warta tyle samo co dwóch zabitych szlachciców, wycenionych według starej ceny; błona dziewicza zaś młodej chłopki była warta dziesięć razy więcej niż życie jej ojca). Człowieka, który złośliwie zaaranżował fałszywą naganę, karano w Polsce śmiercią, na Litwie zaś - chłostą. Trup, bezpodstawnie udający szczątki ofiary morderstwa, mógł łatwo ściągnąć na głowę inicjatora takiej maskarady taką samą karę jak za morderstwo[136]. Wiara Polaków w znaczenie szlachectwa wywoływała liczne komentarze za granicą. W tekście napisanym w Londynie w 1728 r. Daniel Defoe cytował Wenecję i Polskę jako dwa kraje szczególne, w których pojęcie szlachectwa z urodzenia doprowadzono w tym czasie do najwyższej a najbardziej śmiesznej krańcowości”.
W Polsce próżność ona płynąca ze szlachetnego urodzenia doprowadzona bywa do tak przeogromnej ekstrawagancji, iż samo już imię szlachcica oraz tytuł starosty, wojewody lub kasztelana przynosi mu wyższość nad wszystkimi wasalami jako też i prostym ludem; większą nieporównanie od tej jaką się cieszy król lub cesarz, władzę nad nimi bardziej absolutną i możność większego ich unieszczęśliwienia niźli nieszczęście poddanych Grand Seigniora [sic!] lub chana Tatarów, tak iż depcą lud uboższy jakoby psów, a także często ich mordują, kiedy zaś to uczynią, nikomu z owego postępku nie muszą zdawać sprawy (...) Weźmy bowiem szlachtę i ziemiaństwo POLSKI (...) tak jak się nam one jawią w historii; po pierwsze, są to najbardziej wyniośli, władczy i skłonni do zadawania zniewag innym ludzie w świecie. Pewien bardzo wybitny historyk naszych czasów powiada, że są pyszni, zuchwali, porywczy i zawzięci. Tacy też są w rzeczy samej owi szlachcice z urodzenia (...) Jeśli zapytasz Polaka, czym jest, odpowie ci, że jest polskim szlachcicem, a tak wielce się cenią na podstawie owego imienia, że mają się za wyniesionych ponad wszystkich, a związanych regułami honoru, które są jedynym prawem szlachcica. Ba, wspierają się nawzajem w czynach najohydniejszych i najbardziej czarnych (...) i oczekują przyzwolenia od samych Niebios, z racji ich urodzenia i wartości: czego przykładem wybitnym jest pewien łotr niegodny, niejaki kapitan Vratz, Polak, który z zimną krwią zamordował angielskiego dżentelmena szanownego Thomasa Thynne, strzelając doń, gdy ów jechał swym powozem, z muszkietu naładowanego siedmioma kulami; onże na dzień przed tym, nim go za ten czyn wieszać miano, gdy go ojciec duchowny na śmierć chciał przygotować, odrzekł, iż nie wątpi wcale, że Bóg okaże mu szacunek jako szlachcicowi[137].
Daniel Defoe oddawał jednak Polakom sprawiedliwość, przyznając, że owe „złe cechy” zrównoważone były zaletami - zwłaszcza w dziedzinie wykształcenia. Szczególne wrażenie zrobiła na nim powszechność kultury łacińskiej. Człowiek, który potrafi mówić po łacinie - donosił - może odbyć podróż z jednego końca Polski na drugi z taką łatwością, jak gdyby urodził się w tym kraju. Mój Boże! Cóż by uczynił dżentelmen, któremu by przyszło podróżować po Anglii, a który nie znałby żadnego języka prócz łaciny (...) Nie mogę się nie użalić nad kondycją takowego podróżnika.
Gdy już szlachta stała się zamkniętym stanem społecznym, gdzie o przynależności decydowała dziedziczność, zaczęto zazdrośnie strzec wszystkich dróg, którymi można się było do niego dostać. Chociaż w okresie istnienia Rzeczypospolitej król zachował przywilej nadawania szlachectwa, sejm domagał się wprowadzenia jeszcze ściślejszej kontroli. W 1578 r. uchwalił ustawę, na mocy której król mógł nadawać szlachectwo jedynie w czasie trwania sesji sejmowych lub w nagrodę za męstwo okazane na polu bitwy. W r. 1601 uchwalono, że żaden przypadek uszlachcenia nie jest ważny, dopóki nie zostanie zatwierdzony przez sejm, a w wypadku przedstawiciela stanu chłopskiego - bez zgody jego pana. W r. 1641 sejm rozszerzył swoje kompetencje w zakresie nadawania szlachectwa cudzoziemcom na mocy tzw. indygenatu; wskrzesił też półszlachecką kategorię scartabelli - „nowej” szlachty, której rodziny mogły uzyskać pełne prawa polityczne przysługujące stanowi szlacheckiemu dopiero w trzecim pokoleniu. W 1775 r. posiadanie ziemi zostało uznane za wzgląd naczelny przy przyjmowaniu kogokolwiek w szeregi szlacheckiego stanu. W efekcie liczba nobilitacji nie była zbyt duża. Liczba tytułów nadanych przez króla, odnotowanych w latach od 1569 do 1696, nie przekroczyła dwóch tysięcy - było to o wiele mniej, niż wynosiła liczba rodzin, które status szlachecki zdobyły nielegalnie. Dopiero w XVIII w., gdy saska klientela, służba magnacka i żydowscy neofici zaczęli masowo dołączać do stanu szlacheckiego, jego liczebność znacznie wzrosła w wyniku stosowania prawnie dozwolonych środków.
Nadania indygenatu, czyli przypadki naturalizacji, podlegały podobnym ograniczeniom. Od kandydatów wymagano przedstawienia dowodów ich zasług w służbie Rzeczypospolitej, świadectwa szlachectwa wydanego przez sąd za granicą, złożenia przysięgi na wierność Rzeczypospolitej i królowi oraz dokonania zakupu ziemi. Wiele z nich w taki czy inny sposób wiązało się z dworem - przyznawano je królewskim urzędnikom, lekarzom, aptekarzom, nauczycielom i wychowawcom, sekretarzom, tłumaczom, kucharzom, nieślubnym dzieciom czy nawet - jak w wypadku Joachima Pastoriusa von Hirtenberga - nadwornym historykom. Za czasów Jagiellonów byli to głównie Włosi, za Stefana Batorego - także Węgrzy i Siedmiogrodzianie, za panowania Wazów - Szwedzi i mieszkańcy Inflant, za Augusta II i III - fala Saksończyków, a wreszcie za panowania Stanisława Augusta - powódź Rosjan. Było też wielu Niemców, a także nieprzerwanie płynął strumyk Irlandczyków i Szkotów. Wśród tych ostatnich - jak Jakub Butler (1627), Henry the Gordon (1658), Hugo O'Kelly (1673), Archibald Patrick Middleton (1768) czy Joseph Foresyth (1793), byli przede wszystkim żołnierze. Od czasu do czasu trafiali się Anglicy - jak Corry Frevort, konsul w Gdańsku (1773); zdarzył się też samotny Amerykanin: sekretarz Stanisława Augusta, Littiepage. Ceremonia nadania indygenatu odbywała się często podczas sejmu koronacyjnego na początku panowania danego władcy; jednego z kandydatów wybierano do roli eques aureatus, czyli „Złotego rycerza”, aby poprowadził całą grupę szczęśliwych wybrańców losu. W XVIII w. nowy posmak całej ceremonii nadało wprowadzenie do niej elementu aukcji. W r. 1764 Pierre Ravcour, od dawna osiadły w Warszawie żydowski bankier z Paryża, za wyniesienie siebie i swoich trzech synów do stanu szlacheckiego zapłacił sumę 126 666 złotych i 20 groszy[138].
Staraniom szlachty o utrzymanie swego statusu wobec reszty społeczeństwa dorównywała wręcz maniakalna troska o zapewnienie równości w obrębie stanu szlacheckiego. Może się wydać dziwne, że w kraju, w którym panowało tak krańcowe zróżnicowanie pod względem majątkowym, ktoś mógł w ogóle mówić o równości. W gruncie rzeczy jednak - z psychologicznego punktu widzenia - dążenie do równości było podstawowym antidotum, mającym uzdrowić istniejący stan rzeczy. Był to mechanizm obronny, coś w rodzaju „smaru” dla społecznej maszynerii, który umożliwiał szlachcie solidarne stawianie czoła zewnętrznemu światu. Była to piękna fikcja, kult, który na przynajmniej trzysta lat stał się źródłem podstawowych reguł życia politycznego i społecznego. Od samych początków istnienia Rzeczypospolitej - a także wcześniej - wszelkie próby wprowadzenia rozróżnienia między wyższymi i niższymi napotykały gwałtowny opór. W r. 1537, podczas wojny kokoszej (nazwanej tak, ponieważ żołnierze zjedli wówczas cały drób Rusi Czerwonej), zbuntowane wojsko odrzuciło propozycję utworzenia warstwy wyższej - tak jak to miało miejsce w sąsiednich Czechach i w Niemczech. W r. 1569 tytuły książąt litewskich musiały zostać potwierdzone na mocy samego aktu unii, ponieważ bez tego nie wyrażono by zgody na jej zawarcie; postanowiono natomiast, że od tamtego czasu nikt w obrębie granic Rzeczypospolitej nie będzie przybierał nowych tytułów ani też używał tytułów obcych. W r. 1638, a także później w latach 1641, 1673, wobec licznych przypadków naruszania tego postanowienia, sejm zabronił przyjmowania tytułów pod karą utraty czci i praw obywatelskich. W r. 1699, gdy posłowie szlacheccy odkryli, że do protokołów sejmowych wkradły się takie sformułowania, jak „szlachta mniejsza” i „szlachta większa”, kazali je stamtąd usunąć jako contra aegualitatem, czyli sprzeczne z zasadą równości[139].
W celu umocnienia idei równościowych wprowadzono skomplikowane konwenanse społeczne. Publicznie szlachta polska zwykła się do siebie zwracać per „panie bracie”. W wojsku każdy był dla każdego „towarzyszem”. W gronie znajomych używano form trzeciej osoby - zwrotów „wasza miłość” lub „waść”, czy też „waćpan” - podobnie jak Hiszpanie używają zwrotu usted, Włosi zaś - zwrotu lei. Nawet w rodzinie rodzice mieli zwyczaj „waszmościować” dzieciom, dzieci zaś rodzicom. Tylko podczas publicznej egzekucji zwracano się do szlachcica per „ty”, na znak równości między skazańcom i jego katem. Szlachta zwyczajowo witała się, wymieniając pocałunki w policzek, w rękę, w ramię, a nawet w brzuch. Był to znak wzajemnego szacunku i posłuszeństwa. Dzieci pozdrawiały rodziców przyklękając - synowie na jedno kolano, córki - na oba. Zasadę równości praktykowano w odniesieniu do obu płci. Szlachciankom przysługiwały te same prawa majątkowe i prawa dziedziczenia co mężczyznom, nie czuły się więc od nich zależne. Herod-baba cieszy się długą tradycją zarówno w historii, jak i w literaturze.
Mimo że zasada równości wymagała zakazu używania wszelkich formalnych tytułów, praktycznie często przeciwko niej wykraczano. Po pierwsze, wszyscy sygnatariusze unii lubelskiej, którzy posiadali tytuł szlachecki w momencie jej podpisywania, mieli prawo ten tytuł zatrzymać. Dotyczyło to wszystkich litewskich „książąt krwi” oraz całej armii rodzin, które przyjęły tytuły z zagranicy. Chociaż królom nie wolno było nadawać tytułów poddanym polskim, mieli prawo nadawać je cudzoziemcom. W ten właśnie sposób Zygmunt August rozdawał ziemię i tytuły w Inflantach. Stefan Batory kontynuował tę praktykę przez nadanie ziem w Siedmiogrodzie, polscy Wazowie zaś nadawali „na wyrost” tytuły do ziem w Skandynawii. August II obdarował wielu swych naturalnych synów hrabstwami w Polsce, a Stanisław August hojnie rozdawał polskie posiadłości i tytuły baronów między swoich rosyjskich mentorów.
Oprócz tytułów autentycznych oraz setek tytułów nieco wątpliwej natury, istniały bardziej subtelne metody podkreślania statusu danej jednostki. Dla magnatów źródłem szczególnego prestiżu było sprawowanie urzędów państwowych. Być nazywanym „wojewodą”, „kasztelanem” lub „starostą” czy też pławić się w blasku sławy „marszałka koronnego” czy „hetmana wielkiego litewskiego” było czymś równie istotnym, jak posiadanie tytułu księcia czy hrabiego. Pojawiła się też nieformalna hierarchia zwrotów, używanych głównie w korespondencji. Każdy wiedział, że nobilis, użyte w nagłówku listu, oznacza tyle co „szlachetny, lecz pozbawiony znaczenia”. Zwrotu tego używano dla zdyskredytowania tych, którzy byli pozbawieni zarówno ziemi, jak i urzędów. Generosus było epitetem bardziej pochlebnym, używanym pod adresem osób piastujących urzędy. Zwrotów magnificus lub nawet illustrissimus, dawniej zarezerwowanych dla osób z rodziny królewskiej, używano w odniesieniu do magnatów, o których łaski szczególnie zabiegano.
Obawa szlachty przed orderami za męstwo była bardziej udawana niż autentyczna. Wysunięty w r. 1637 przez Władysława IV projekt ustanowienia Orderu Niepokalanego Poczęcia NMP z pocztem siedemdziesięciu kawalerów miał być krokiem na drodze do utworzenia monarchistycznego stronnictwa katolickiego. Sejm sprzeciwił się temu projektowi i król musiał go poniechać. Natomiast wprowadzenie przez Augusta II w r. 1705 Orderu Orła Białego nie wywołało żadnego sprzeciwu. W połowie wieku sascy ministrowie sprzedawali go już po 10 000 złotych od sztuki. W r. 1765 Stanisław August wprowadził nowy Order św. Stanisława, którym nagradzał setki swoich zwolenników. W latach dziewięćdziesiątych XVIII w. jego szambelan sprzedawał już po 95 dukatów od sztuki kwity upoważniające do jego otrzymania. W efekcie jedynym godnym szacunku odznaczeniem w dziejach Rzeczypospolitej pozostał order Virtuti Militari, ustanowiony w 1792 r. Nadawano go ludziom, którzy odznaczyli się w wojnie rosyjskiej w 1792 r.; jak było do przewidzenia, został zniesiony z rozkazu Katarzyny Wielkiej.
Ostatnią wielką obsesją szlachty była obsesja ziemi. Pogoń za „życiem na łonie natury” była w gruncie rzeczy cechą wspólną wszystkim klasom posiadającym Europy, ale w Polsce była ona szczególnie silna i szczególnie mocno zabarwiona sentymentalizmem. Na terenie Rzeczypospolitej odległości między poszczególnymi osadami ludzkimi były większe niż w Europie Zachodniej i ludzie żyli w większej izolacji. Poczucie lokalnej wspólnoty było silne, a poczucie wspólnoty narodowej - słabe. W warunkach pogłębiającego się regresu gospodarczego szlachcic najchętniej siedział u siebie w domu, dbał o własne gospodarstwo i cieszył się tym, co przynosił mu los. Odcięty od świata zewnętrznego, był głęboko przekonany, że reszta ludzkości żyje w nędzy. Mimo swych licznych i oczywistych przywar szlachta niewątpliwie zdołała wytworzyć poczucie lokalnej solidarności, które - jeśli wierzyć świadectwu literackiemu - wyraźnie triumfowało nad względami bardziej przyziemnej natury. Życie na łonie przyrody było jednym z ulubionych tematów w twórczości pierwszego wielkiego poety polskiego, który pisał w języku ojczystym - pana na Czarnolesie: czyż można sobie wyobrazić coś prostszego i bardziej szczerego niż jego fraszka Na lipę?
Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyjskim sadzie.
Albo jego pieśń ”Wsi spokojna, wsi wesoła”?:
Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?
Człowiek w twej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywię;
Pobożne jego staranie
I bezpieczne nabywanie[140]. (...)
W dwieście lat później biskup Namszewicz dawał w swej poezji wyraz dokładnie takim samym sentymentom:
Kto chce zupełnie być uszczęśliwionym,
Więcej poczciwym ma być niż uczonym;
Więcej przyjaciół niźli miłośników;
Więcej niech ma cnót, niż umie języków;
Więcej niech będzie zdrów niżli bogaty;
Więcej o pokój dba niż o intraty.
Mały folwarczek niedłużny nikomu,
Mały ogródek, mały stolik w domu,
Mały a rześki chłopiec do posługi,
Mały koniczek i jeden, i drugi,
Mały sąsiadów poczet, a poczciwy:
Gdy to mam wszystko, prawdziwiem szczęśliwy![141]
Harmonia społeczna była podstawowym składnikiem szlacheckiej sielanki. Częstym deklaracjom „braterskiej miłości” między przedstawicielami szlachty dorównywało bezustanne odwoływanie się do miłosierdzia i zrozumienia wobec innych grup społecznych. Przez wieki podczas niezliczonych zebrań wznoszono szlachecki toast „kochajmy się!” Był on nie tylko wyrazem silnego przywiązania do zasad chrześcijańskich, ale także wezwaniem do łagodzenia konfliktów społecznych. Choć o pozycji i losie człowieka przesądzały Boskie wyroki, to jednak obowiązkiem każdego, a w szczególności szlachcica, było łagodzenie antagonizmów społecznych oraz wspomaganie uciskanych. Już w XVI w. Mikołaj Rej, ów „rzecznik średniej szlachty”, podnosił tę kwestię w swojej słynnej Krótkiej rozprawie między (...) panem, wójtem a plebanem. Podkreślał, że szlachectwo usprawiedliwić może jedynie dawanie przykładu uczciwości, pobożności, umiarkowania i poczucia obowiązku. Siła szlachcica leży w jego miłości do chłopa. Być może nie była to myśl oryginalna: Nobilitas sola atque unica virtus. Było to jednak konieczne przypomnienie. Jeszcze w XIX w. ultrakonserwatywny poeta, Kajetan Koźmian (1771-1856), oglądał się wstecz na te same tradycje, szukając w nich ostatecznej linii wiodącej ku narodowemu zbawieniu. Miłość bliźniego była szlachetną cnotą w stopniu nie mniejszym niż miłość do ziemi i przyrody:
Wy, których smak niewinny czyli błoga dola
Skłania kochać zagrody i łąki, i pola,
Czy zamieszkacie chaty, czy świetne podwoje,
Szukajcie szczęścia drugich, a znajdziecie swoje.
Nie potrzeba tu bogactw ani starań wielu,
Ścieżka dobroczynności powiedzie do celu;
Tam, co serce wam każe, niech czyni prawice,
Najpiękniejszą ozdobą wsi - wesołe lice.
Mierność - dobrem najwyższym, zaletą - swoboda,
Ze złota łańcuch ulgi więźniowi nie doda
Ani ściany z marmuru, ani szczyt pod spiżą...
Podniosą się lepianki, gdy się gmachy zniżą.[142]
W ostatnich czasach poglądy szlachty na kwestię harmonii społecznej były często odrzucane jako bzdurne. Jeden z autorów potępił je jako „panegiryk na cześć wegetacji”.
„Miłość”, pisze, jest ideologiczną ornamentacją ziemiańskiej jedności szlachty folwarcznej (...), której fundamentem jest interes klasowy zagrożony przez magnatów, przez wyższy kler i przez łaknącą ziemi szlachtę drobną".[143]
Z pewnością nie da się zaprzeczyć, że przepaść między ideałem a rzeczywistością istotnie była głęboka. Z punktu widzenia współczesnego obserwatora może się wydawać czymś okropnym, że ci sami ludzie, którzy notorycznie uprawiali okrucieństwo wobec swoich chłopów i którzy nie ukrywali swej pogardy dla mieszczan i Żydów, mogli jednocześnie głosić zasadę powszechnej miłości i pojednania. Na przykład niezrównany Jan Pasek, przyłapawszy chłopa na nielegalnym chwytaniu w sidła zająca, z zimną krwią kazał pechowemu kłusownikowi żywcem zjeść nieszczęsne zwierzę. Jego pozorna obojętność wobec człowieczeństwa własnych chłopów pozostaje w ostrym kontraście z ekstrawaganckim afektem dla oswojonej wydry.[144]
Najzwyklejsze okrucieństwo było stałą cechą życia społecznego. Na wrodzone lenistwo, pijaństwo i złodziejstwo chłopstwa szlachcic z reguły odpowiadał okrutnymi nakazami i karami. Batog i knut stanowiły przyjęte symbole władzy szlacheckiej. Chłopów bito za oddalanie się z folwarku bez pozwolenia, za bójki i wszelkie wykroczenia, za nieprzestrzeganie praktyk religijnych. Ciemnica, wraz z łańcuchami, kajdanami, dybami, hakami i narzędziami tortur, należała do regularnego wyposażenia folwarków. W przypadkach powtarzających się kradzieży i niesubordynacji bez wahania wykonywano - w różnych formach - wyroki śmierci. Chociaż w zasadzie przestrzegano form prawnych - prawa magdeburskiego w niektórych osadach średniowiecznych oraz prawa zwyczajowego w większości wsi polskich - mało co mogło powstrzymać pana od dania upustu własnej fantazji. W rodzinach chłopskich było rzeczą niemal nie do pomyślenia, aby chłopcy mogli odmówić żądaniom dodatkowych posług, dziewczęta zaś - służby „we dworze” lub posłuszeństwa wobec perfidnego droit et seigneur. Na obronę szlachty trzeba dodać, że zdawała sobie ona w pełni sprawę z własnych przywar. Rej zapoczątkował silną tradycję satyry społecznej, która zakorzeniła się głęboko w polskiej literaturze. Jego Krótka rozprawa obfituje w celne obserwacje nielogiczności postępowania szlachty. Gdy pan kończy oczernianie kleru, pleban zaś oczernianie szlachty, wójt udziela im obu przykładnej lekcji hartu i pogody ducha:
A tak swój ubogi stan
Tak rad noszę, jako i pan,
I w tym doczesnym żywocie
Snadź o mniejszym wiem kłopocie.
Siedzę jako człowiek prawy,
Nie bodą mnie cudze sprawy;
Acz mię trochę nędza gniecie,
To też odcierpię na świecie.
A gdy się każą prowadzić,
A co mi więc ma zawadzić?
Mało mi żal z tej pociechy,
Wylecę jako wrobi z strzechy.[145]
W sto lat później Krzysztof Opaliński ostro potępiał sposób traktowania chłopów, upatrując w nim przyczynę gniewu Bożego, tak oczywiście dotykającego grzeszną Rzeczpospolitą:
Rozumiem, że Bóg Polski za nico nie karze,
Więcej, jak za poddanych srogą opresyją
I gorzej niż niewolą.
Jakoby chłop nie był Bliźnim nie tylko twoim, ale i człowiekiem.
Serce się oraz lęka, skóra drży, wspomniawszy
Na tę niewolę, która cięższa niż pogańska.
A dla Boga, Polacy, czyście oszaleli!
Wszystko dobro, dostatek, żywność, wszystkie zbiory
Z waszych macie poddanych. Ich ręce was karmią,
Przecie się tak okrutnie z nimi obchodzicie?[146]
Nawet Koźmian, który bezwzględnie sprzeciwiał się wszelkim formom wyzwolenia narodowego i społecznego, nie wahał się piętnować żałosnej kondycji stanu pozostającego w stosunku zależności wobec szlachty. Pisał, że „bydło żyje jak ludzie, zaś pospólstwo żyje jak bydło”. Zarzut przeciwko szlachcie sprowadza się zatem do tego, że jej stanowisko wobec społeczeństwa cechował w tej samej mierze sentymentalizm, co zdeprawowanie; że jej stosunek do innych stanów społecznych odznaczał się pełną sprzeczności mieszaniną prawdziwego współczucia i okrutnej pogardy, że panowie kochali swoich chłopów, a mimo to poddawali ich chłoście. Jest to subtelny paradoks. Analiza klasowa każe przypuszczać, że podczas gdy chłosty były prawdziwe, miłość była blagą. Rzut oka na naturę ludzką każe sądzić, że było inaczej. Miłość i nienawiść często chodzą w parze. Są to dwie skrajności tej samej reakcji uczuciowej na więzy wzajemnej zależności. Występują obok siebie we współżyciu małżonków, w stosunkach między rodzicami i dziećmi, a także w życiu większości znanych człowiekowi instytucji. Najsilniej objawiają się wtedy, kiedy panujące stosunki uniemożliwiają wszelkie łatwe drogi ucieczki. Nie jest niczym dziwnym, że pojawiały się obok siebie w życiu codziennym skostniałego, nie poddającego się żadnym przemianom społeczeństwa.
Na przestrzeni tamtych wieków rzeczywistym wrogiem ludzi była apatia. W ustroju, w którym „złota wolność” nie zmuszała nikogo do podjęcia obywatelskich obowiązków, szlachcie bardzo łatwo było ograniczyć się do dbania o swoje własne folwarki i zadowolić się działaniem w imię swoich egoistycznych małostkowych interesów. Reforma społeczna była czymś równie niemożliwym do przeprowadzenia co wprowadzenie absolutnych rządów. Człowiek wrażliwy mógł więc co najwyżej zastanowić się nad rozbieżnością między otaczającą go rzeczywistością a religią chrześcijańską, którą niemal wszyscy wyznawali, oraz wylać kubeł zimnej wody na sielankowe fantazje, którym tak wielu hołdowało. Kiedy wyczerpywały się wymówki, satyrycy nawoływali szlachtę, aby się śmiała i aby - przez ten śmiech - rozbudzała w sobie świadomość swojej własnej egzystencji. Arianin Wacław Potocki zabarwiał ten śmiech nutą prawdziwie apokaliptycznej ironii:
Śpi świat pijany winem zamrużywszy oczy,
Nalewa babilońska swacha, czart go toczy.
Śpi świat rówien martwemu opiwszy się drzewu
Winem z prasy bożego na swe grzechy gniewu.
Diabeł na warcie, żeby nikt nie budził, stoi,
Grozi palcem z daleka, psów nawet popoi
Najpierwej im toż wino postawiwszy w wiedrze,
Żeby spali, nie szczekał żaden na katedrze
Abo niezrozumianym głosem. Chceli pyska
Uchylić który, chleba po kawałku ciska.
Niechżeby który krzyknął jako ogar w borze -
Heretyk? zamurować na śmierć go w klasztorze
Abo ściąć, abo spalić! Tak smaczny sen światu
Przerywać? Niech paszczeki swej się sprawi katu!
Gdzie drudzy syrenami przyśpiewują z lekka,
Przygrywają, żeby spał tym smaczniej - on szczeka[147].
Opisu stylu życia dwudziestu pokoleń nie da się zamknąć w pobieżnym szkicu. Można zacytować pamiętniki takich autorów, jak Jan Chryzostom Pasek, lub odmalować splendor dworu Radziwiłła, nie można jednak przez to sugerować, że takie wyrywkowe obrazki w jakikolwiek sposób oddają obraz całości[148].
Szlachecka rezydencja pełniła rolę publicznej reklamy pozycji i fortuny właściciela. Bez względu na to, czy był to pałac czy też rudera, siedzibę szlachcica można było łatwo odróżnić od domów jego sąsiadów należących do innego stanu: obowiązkowo miała ona ganek, podwórze i podjazd; w skład zewnętrznych ozdób musiała wchodzić tarcza herbowa, wnętrze zaś odznaczało się charakterystycznym zbytkiem. Typowy dwór szlachecki był długim parterowym budynkiem z drewnianych bierwion, z wysokim, stromym dachem i niskim okapem; otaczały go zabudowania gospodarskie o podobnym charakterze. Tradycji wznoszenia budowli z drewna przestrzegała nawet zamożna szlachta, której wspaniałe dwory z sosny lub modrzewia[149], zdobione misternymi rzeźbami, stwarzały stałe zagrożenie pożarem. Nuncjusz papieski, Malaspina, powiedział przy jakiejś okazji, że nigdzie indziej nie widział tak „pięknie ułożonego stosu paliwa”[150].
Kamienia używano zazwyczaj do wznoszenia budowli obronnych, które często przybierały kształt osobnych baszt lub murów, umieszczanych w pewnej odległości od zabudowań mieszkalnych. Kamienne zamki z czasów średniowiecza można było spotkać wszędzie na terenie Polski i Litwy, ale najwięcej było ich na zachodzie i na połnocy - na obszarach pozostających pod wpływami niemieckimi. Przykłady takich budowli zachowały się do dziś w Bolkowie na Śląsku, w Czorsztynie nad Dunajcem oraz w Czersku i Ciechanowie na Mazowszu. Najpóźniejszy z nich, a być może również najpiękniejszy, warowny zamek wzniesiony na planie pięciokąta, zbudowany dla Ossolińskich Krzyżtopór nigdy nie był zamieszkany. Jego budowę zakończono w r. 1644 i w jedenaście lat później zamek został spalony przez Szwedów; monumentalna ruina przetrwała od tamtego czasu aż do dziś.
Z dzisiejszego punktu widzenia, najszczęśliwszą mieszanką stylów w Polsce była architektura odrodzenia, kiedy to wspaniałym uzupełnieniem dla obronności wież strzelniczych, murów i blank była elegancja kopuł, arkad i dachów oraz subtelność detali architrawów okien i drzwi, rzeźbionych medalionów i gzymsów. Choć skromne rozmiarami, pałace Leszczyńskich w Baranowie i Krasickich w Krasiczynie stanowią swego rodzaju prawdziwe klejnoty. Budowane w w. XVIII, bardziej pretensjonalne kaprysy zatrudnianych przez arystokrację architektów, z których każdy marzył o tym, aby wybudować swój własny Wersal, stawały się raczej odbiciem cudzoziemskich gustów niż rodzimych upodobań. Rozrzucone wśród rozległego polskiego krajobrazu, otoczone pokrytymi strzechami i ogrodzonymi parkanami z wikliny domostwami mniej zamożnych sąsiadów, pałace Branickich w Białymstoku, Ogińskich w Słonimiu, Poniatowskich w Jabłonnie, a przede wszystkim Czartoryskich w Puławach stały się trwałymi pomnikami społecznej przewagi oligarchii magnackiej.
Wyposażenie wnętrz nie miało charakteru wyłącznie funkcjonalnego. Masywny stół z wierzbowego drzewa, kilka pomalowanych na zielono ław, kredens, łóżko i wielka skrzynia często stanowiły całe umeblowanie. Szyby z zielonego szkła lub - częściej - błony z nawoskowanego płótna chroniły od deszczu, śniegu i wiatru; świeczniki z brązu lub rogu zwieszały się z rzeźbionej powały, a w zimie ciepła dostarczał wielki piec z surowej gliny lub nawet z porcelany czy alabastru. Natomiast wiele uwagi poświęcano ozdabianiu wnętrz. Na ścianach zawieszano gobeliny i kilimy, a także barwne włoskie coltrine. Perskie i tureckie dywany były w wysokiej cenie. Na honorowym miejscu wieszano starą broń i trofea myśliwskie dla podkreślenia szlacheckich cnót przodków. W domach bogatej szlachty o ambicjach właścicieli świadczyły wymownie „sztukfarkowe” meble sprowadzane z Gdańska, olejne portrety antenatów rodu, mozaiki, gipsowe sztukaterie, objets d'art, instrumenty muzyczne oraz wspaniałe wytwory wszelakich rzemiosł, wykonane z wszystkich możliwych surowców - srebra, marmuru, drzewa różanego, aksamitu i złotogłowiu.
W magnackich pałacach o wyrobieniu i smaku kulturalnym właścicieli głośno krzyczały biblioteki, prywatne kaplice i teatry, a w wypadku Branickich z Białegostoku - scena operowa wraz z kompletnym wyposażeniem.
Ta sama hierarchia wartości znajdowała odbicie w strojach. Było rzeczą doniosłej wagi, aby status szlachcica czy szlachcianki od razu rzucał się w oczy. Aż po XVIII wiek mężczyźni stale nosili broń; poza domem szablę, w domu zaś - kordelas u pasa. Skórzane buty z wysokimi za kolana cholewkami, które tak podziwiał Henryk Walezy, symbolizowały rycerskość i męstwo. Spodni nie było widać - zasłaniał je długi po kostki żupan, kamizela bez rękawów, zwana delią, oraz nakładany na wierzch obszerny kontusz. Zwykłym nakryciem głowy była w Polsce przylegająca do głowy czapka, na Litwie zaś wysoki kołpak z futra. Przez parę stuleci moda damska wymagała noszenia sukien do ziemi. Wszyscy badacze zgadzają się co do tego, że futro z soboli było w Polsce tradycyjnym elementem stroju zarówno mężczyzn, jak i kobiet: robiono z niego obramowania i podbicia, a także słynne soroki - obszerne zimowe futra z „czterdziestu skórek”. Często wspomina się także o tym, że przy okazjach publicznych noszono ogromne ilości złota i klejnotów - spinki, szpilki, broszki, zapinki, guzy oraz wszelkie inne możliwe ozdoby. Zubożali szlachcice prędzej by umarli z głodu, niż rozstali się ze swym dziedzictwem. Podobnie jak u ówczesnej szlachty w innych częściach Europy, dbałość o wspaniałość stroju zewnętrznego kontrastowała z całkowitym brakiem troski o bieliznę. W r. 1620 królowa brytyjska, obejrzawszy z bliska maleńkiego synka polskiego posła, dała wyraz swemu zdziwieniu, że pod szatą ze złotogłowiu niemowlę wcale nie miało na sobie bielizny.
Męskie fryzury bywały dość dziwaczne. W odróżnieniu od mody panującej w Rosji, rzadko noszono w Polsce wielkie brody. W w. XVI modny był wygląd „a la Joanna d'Arc”: gładko wygolona twarz i krótko ostrzyżone włosy; w w. XVII wszedł w modę wygląd „a la Tatar” - golono całą głowę, zostawiając jedynie biegnący przez środek czaszki czub. Zygmunt III hołdował stylowi hiszpańskiemu; nosił krótko przystrzyżoną brodę i wąsy. Sobieski natomiast nosił długie wąsiska, w czym naśladowało go wielu spośród jego poddanych. W w. XVIII pojawiły się ekstrawaganckie pudrowane peruki na niemiecką modłę; moda ta nie wyszła jednak nigdy poza kręgi dworskie. Loki i harcapy stopniowo ustąpiły stylowi rzymskiemu „a la Tytus” i „a la Karakalla”. O modzie w znacznej mierze decydował fakt, że wojenne rzemiosło - czy to w służbie prywatnej, czy publicznej - wciąż pozostawało jednym z podstawowych zajęć szlachty.
Praktyk religijnych przestrzegano bardzo skrupulatnie. W epoce wiary w religii upatrywano strażnika ładu społecznego i przez ekstrapolację szlacheckich ideałów i przywilejów. Publiczne składanie Bogu podziękowań za własnąpomyślność było dla szlachcica czymś najnaturalniejszym w świecie - podobnie jak wznoszenie w górę miecza w obronie wiary, tak jak to było w powszechnym zwyczaju podczas odmawiania Credo. Szlachta uczestniczyła w bardzo licznych uroczystościach religijnych. Szczególnie uroczyście obchodzono święto Matki Boskiej przypadające na dzień 2 lutego oraz związane z nim święta św. Błażeja i św. Agaty; Zielone Świątki i Boże Ciało. W dzień Wniebowstąpienia do wieży kościelnej przytwierdzano figurę Chrystusa, a podobiznę Szatana zrzucano na ziemię. W Środę Popielcową panny na wydaniu, którym nie udało się jeszcze znaleźć męża, zaprzęgano do ciężkiej drewnianej kłody - przeszedłszy w takim zaprzęgu przed oczyma zebranego tłumu, były one następnie sprzedawane na żartobliwej licytacji. W Boże Ciało strzelano z pistoletów, a jeśli kto miał działo - wystrzelał z niego salwę. Zielone Świątki były świętem rolników i pasterzy. W Wielką Środę w każdej wiejskiej sadzawce odbywało się uroczyste topienie zaszytego w worku Judasza. Wielki Czwartek był dniem rozdawania jałmużny, wielkanocny poniedziałek zaś - dniem dorocznej wojny płci, podczas której chłopaki i dziewczyny oblewali się nawzajem wiadrami zimnej wody. Pozostały żywe także prastare przedchrześcijańskie obyczaje. Pod koniec czerwca we wsiach rozpalano niezliczone ogniska, składając w ten sposób cześć Słońcu i Miłości. Był to jeden z niewielu dni w roku, kiedy szlachta mieszała się z chłopami, unikając obchodów organizowanych wyłącznie w swoim własnym gronie.
Zarządzanie folwarkiem pochłaniało oczywiście większość czasu dziedzica, a rozrywki szukano przede wszystkim w polowaniu. Na lisy i zające polowano z psami, niedźwiedzie chwytano w sieci, wilki - uważane za szkodniki - łapano w pułapki, w których jako przynętę umieszczano kaczki lub gęsi; żubra atakował zazwyczaj krąg jeźdźców uzbrojonych w łuki i strzelby. Opisując polowanie z nagonką na żubra w lasach na Podolu, Marcin Kromer podaje szczegóły do złudzenia przypominające obraz hiszpańskiej corridy:
Tymczasem łowiec, wciąż rażąc zwierza, cofa się, a przy pomocy potężnych psów krąży z nim około drzewa, aż nim zwierz spracowany lub śmiertelnie raniony nie upadnie. Jeśli myśliwiec chybi w strzale lub grozi mu insze jakie niebezpieczeństwo, insi ze swych kryjówek ukazują płachty czerwone, która barwa zwierza o wściekłość przyprawia. Tak drażniony żubr, opuszczając pierwszego, rzuca się na następnego strzelca, który go pokonywa[151].
Zamiłowanie do życia towarzyskiego było jedną z najbardziej charakterystycznych cech szlachty. Rozrywki były dość przyziemnej natury; pijaństwo i hulanki należały do stałego repertuaru, a sąsiedzka wizyta nierzadko kończyła się gwałtowaną bójką:
Jednego czasu przyjechali do mnie krewni żony mojej z matki, pan Stanisław Szembek, burgrabia krakowski, i pan Żelecki Franciszek; przyprowadzili z sobą jakiegoś też swego krewnego niejakiego, wielkiego pijaka. Byłem im rad, ale mi wielce gniewno było na owego Kordowskiego, bo ustawicznie przymawiał Mazurom, jak się ślepo rodzą, jako ciemną gwiazdę mają, et varia. Oni się tym srodze delektowali i przyświadczali mu też chcąc mię skonfundować, i na to go umyślnie zaciągnęli. Przyniesiono na stół główkę cielęcą: powiedział na nią, że to mazowiecki papież. Obaczył ciasto, kładzione pod cielęciną żółto: powiedział, że to mazowieckie komunikanty. Zgoła, wielkie dawał okazyje (...) Po wieczerzej poszedł w taniec Szembek; Żelecki mówi do mnie: „Podżwa mu służyć”. - Odpowiem: „Dobrze”. - Tańcujemy tedy; aż skoro już wielkiego poczęli tańcować, a on stojąc na trakcie począł śpiewać: Mazurowie nasi po jaglanej kaszy Słone wąsy mają, w piwie je maczają (...) i tak ową piosenkę kilka razy powtarza, mnie też już gniewno się uczyniło. Wezmę owego Żeleckiego na ręce, tak jak dzieci noszą, bo chłopek był mały - rozumieli oni, że ja to czynię z kochania - i idę z nim, a pomijając Kordowskiego śpiewającego tę piosenkę, uderzę go w piersi Żeleckim; padł wznak srogi chłop jak dąb, dosiągł jakoś ławy głową, uderzył się w tył, zemdlał. Żelecki też, bom nim o drugiego ze wszystkiej siły uderzył, nie mógł wstać. Potym do szabel (...) Wróciłem się do Szembeka, przyłożę mu sztych do tłustego brzucha; zawoła: „Stój, com ci winien?” A owi dwaj na ziemi leżą. Dopiero mówię: „Bodej was zabito! Na coście przyjechali? - Żebyście mię konfundowali? Że to ja widzę, że mi przez tego pijaka przez cały dzień kurzycie pod nos, a ja cierpiałem; dłużej też znieść tego nie mogę”. Skoczyły kobiety: „Stój! Stój!” - Daliśmy sobie pokój. Dopiero pana Żeleckiego podnosić z ziemie, pana Kordowskiego trzeźwić, wódki w nos lać, zęby rozdzierać, a potem i po cyrulika biegać, bo sobie łeb rozcion o ławę. Poszedł tedy Szembek z Żeleckiem spać; jam sobie pił na fantazyję i czeladzie swojej dawać kazałem. A potem z pijanymi ich pacholarzami cuda robili, w nos im papier zapalali, wąsy im różnymi rzeczami smarowali (bo to leżało jako drwa, po sieniach i lada gdzie), i jakie się mogły wymyślić konfuzyje, takie mieli. Poprzepraszali-ć my się nazajutrz, ale potym, ile razy ze mną siedzieli, zawsze poważnie i w wielkiej modestyjej (...) mnie już lepiej szanowali[152].
Mimo tego rodzaju drobnych incydentów, jednym z ulubionych przysłów szlachty pozostało porzekadło: „Gość w dom. Bóg w dom”. Upodobanie do rubasznych zabaw szło w parze z zamiłowaniem do sprośności, których szeroki asortyment prezentuje literatura polska tego okresu. I tak, między innymi, Mikołaj Rej - ten moralista, ten piewca prawdziwej szlacheckości - nie omieszkał skomponować kolekcji nieprzystojnych wierszyków ku uciesze swych szlacheckich czytelników i ku ćwiczeniu w użyciu ojczystego języka. W jego Figlikach pobrzmiewa nuta iście chaucerowskich gustów:
Pleban, kiedy dziecię krzcił, chciał mu oczy mazać,
Plunął na dłoń, a babie kazał prochu podać.
A baba się schylając okrutnie pierdziała.
Ksiądz rzekł: - „Patrz, jaką świątość chwalebna moc miała.
Jakoć diabeł wyskoczył, co tu dawno siedział,
A iż musiał uciekać, dawnom ja to wiedział”.
Baba rzekła, iż „Nie ja, dziecięć to, prełacie!”
Ksiądz rzekł: - „Tak i świątości po chwili posracie”[153].
W Figlikach znalazł się też wierszyk o dziewczynie, co wierzyła w smoki:
Jedna pani, nowiny co z Węgier słuchała,
Iż tam smocy latali, drugim powiedała,
Co mieli kotcze głowy, szyje gąsiorowe.
Drugi rzekł: - „Toć, gospodze, nowiny nienowe.
Siłać tu takich smoków, chociąj nie latają,
Co łby kotcze, a szyje gąsiorowe mają.
Choboty by dwie grzywnie uwiesił u szyje,
A gdy nań mróz, tedy wnet barzo rad łeb kryje”[154].
Za jedną z ozdób polskiej kultury uważano powszechnie taniec. W przeciwieństwie do jowialnych harców prostego ludu, polegających na podskakiwaniu wysoko do góry, ulubionym tańcem szlachty był niewątpliwie polonez, który - zanim go eksportowano za granicę - był powszechnie znany jako „wielki”. Tańczono go w kole, bez pośpiechu, krokiem łatwym, lecz wymagającym starannego przestrzegania tempa i rytmu. Niektórzy cudzoziemcy, uważając, że brak mu uczucia, porównywali go do „chodzonej rozmowy”, ale gdy go lepiej poznali, pozostawali pod wielkim wrażeniem jego subtelności i elegancji. ”Je n'ai vu jamais rien de plus grave, de plus doux, ni de plus respectuelle”, pisał w r. 1645 Francuz nazwiskiem Jean de Laboureur.
Szlachta niesłychanie lubiła wszelkie ceremonie, które stawały się celem same w sobie. Szczególnie uwielbiano procesje - panowie mogli się wtedy przystroić w swe wspaniałe piórka i krocząc dumnie jak pawie, puszyć się własnym bogactwem i wartością. Dla przykładu, w r. 1583 odbyła się na rynku miejskim w Krakowie „maskarada” z okazji zaślubin Jana Zamoyskiego z Gryzeldą Batory. Przedstawiała ona scenę zwycięstwa króla, stryja panny młodej, nad Iwanem Groźnym:
Mikołaj Wolski, miecznik koronny, rozpoczął obchód wyjechawszy z kamienicy „pod Baranami”, będąc po murzyńsku wraz z swym pocztem przebrany. W orszaku jego znajdował się ogromny słoń, unoszący na sobie wieżę, z której race i różne puszkarskiej roboty sztuczne puszczano ognie. Za nim jechał Mikołaj Zebrzydowski na wozie, który dwanaście ciągnęło dzieci, dwanaście wystawiających godzin. Jedne były biało, drugie czarno poubierane, udając dzienne i nocne godziny. Po nich widać było rozsiane gwiazdy, przymocowane do sukien i ciała. Miały zegarki na głowach. Siedział na wozie Saturn z brodą siwą, kosę trzymając w ręku. Osoba wystawiająca czas poganiała wóz, miała zegarek na głowie. Za tą postępowały osoby dwie, słońce i księżyc przedstawiające. Następował orszak trzeci, pod przewodnictwem Stanisława Mińskiego. Prowadził on wóz niebieski, unoszący się na sferach; obłokiem, z bawełny misternie zrobionym, nakryty był ów zaprzęg. Ciągnęło go trzech orłów. Na wozie siedział Jowisz, pioruny w ręku dzierżąc. Na wszystkie strony rzucał on straszne gromy. Ogień doszedł obłoku i zapalił wóz, tak iż nawet sam piorunowładca musiał uciekać przed strasznym żywiołem. Ugaszono ogień szczęśliwie. Wjechała za Jowiszem brama triumfalna, przez którą przechodziło piesze rycerstwo, w staroświeckim stroju, przy rozwiniętych chorągwiach, z rotmistrzami swymi. Każdemu z nich świetnie przybrany towarzyszył giermek. Okazali trębacze poprzedzali ten orszak. Jechał za nim triumfalny wóz, na którym były wizerunki ziem nieprzyjacielskich tudzież więźniów w niewolę wziętych i zdobytych łupów. Obok szła postać niewiasty inflancką ziemię, dla której się wojna toczyła, wystawiając, u jej nóg leżał zdeptany wróg. Za niewiastą szedł wóz drugi, czterema białymi ciągniony końmi, do którego łańcuchem przykuty nieprzyjaciel szedł ze swymi hetmany, rycerstwem i ludem. Postępujący za nim błazen naśmiewał się z przechwałek, które robił przed wojną. Cały ten poczet otaczały białogłowy, gnuśność przedstawiające nieprzyjaciela; w ręku niosły lampy, z których drogie wychodziły wonności. Czwarty orszak prowadził Stanisław Żółkiewski, przedstawiając Dianę z całym jej myślistwem, jako znak wypoczynku rycerskiego po znojach wojennych. Piąty na koniec i ostatni orszak wiódł Joachim Ocieski, starosta olsztyński, wystawiając Kupidyna siedzącego na wozie. Obok szły chłopięta śpiewając. Za wozem jechała Wenus, ciągniona od wielorybów, którym z paszczęki, oczów i nozdrzów wytryskały wonne olejki. Bogini, w brunatnym złotogłowiu ubrana, ciągnęła za sobą Parysa, skrępowanego łańcuchem; muzyka ją poprzedzała. Za Wenerą niesiono jabłko, które zbliżywszy się do nowożeńców oddała im z uśmiechem. Gdy postępował orszak, miotano ciągle między lud srebrne talary[155].
W zimie zaspokojeniu towarzyskich upodobań służył kulig. Łańcuch sań, ciągnionych przez konie i pełnych ludzi owiniętych futrami i ubranych w świetne stroje, wyruszał po śniegu na objazd okolicy. Prowadzili kulig nieżonaci młodzi mężczyźni, z pierwszych sań dochodziły dźwięki muzyki, a w mroźnym powietrzu rozchodziło się brzęczenie dzwonków. Objeżdżano wszystkie okoliczne dwory; na każdym progu wychylano kielich za zdrowie gospodarzy i namawiano dziewczyny, aby się dołączyły do kuligu. Jeden z dworów wybierano na miejsce dłuższego postoju i wyprawiono w nim improwizowaną ucztę lub bal. W nocy, przy blasku pochodni oświetlających drogę, rozbawione towarzystwo rozjeżdżało się do domów.
Jak widać ze wszystkich tych przykładów, ekstrawagancja upodobań szlachty dotyczyła zarówno spraw materialnych, jak i duchowych. Oczywistemu zamiłowaniu do posiadania kosztownych przedmiotów zbytku towarzyszyło zamiłowanie do wszystkiego co bogate, krzykliwe, dziwaczne lub nowe. Prowadziło to nieuchronnie do dewaluacji prostoty i użyteczności oraz do ostatecznego zastąpienia domorosłych cnót cudzoziemską modą. Podczas gdy owi liczni przedstawiciele polskiej szlachty, którzy w okresie odrodzenia odbywali zagraniczne wojaże, potrafili wykorzystać zdobyte w Padwie wykształcenie i doświadczenia nabyte podczas wielkiej podróży dla wzbogacenia specyficznie narodowej kultury, ich osiemnastowieczni następcy w sposób całkowicie ślepy i powierzchowny oddawali się naśladowaniu artystycznych i umysłowych tendencji panujących w Paryżu czy Berlinie. Ta zmiana na gorsze znalazła odbicie także w obyczajach językowych. Podczas gdy Kochanowski i jego współcześni byli równie biegli w języku polskim co w łacinie, których to języków przy odpowiednich okazjach używali z wielką sprawnością, pokolenia następne przeszły na niepowtarzalną makaroniczną mieszaninę obu lub - gdy zależało im na wywołaniu szczególnie piorunującego wrażenia - używały złej francuszczyzny.
Styl życia szlachty miał więc niewątpliwie aspekty ujemne. W opinii historyków - a także wielu współczesnych - głównym winowajcą było zamiłowanie do przesady. Był to styl, który cechowało „bogactwo bez dobrobytu”, czyli jak to uderzająco trafnie ujął Wacław Potocki - bogata nędza. Pozory stawiano ponad treścią, dobre formy ponad dobrymi uczynkami. Stworzył go i hołdował mu stan, w skład którego wchodziły rodziny, które, sporządzając inwentarz majątku, diamenty i perły mierzyły wiadrami, a srebrne talerze liczyły setkami według wagi, ale który składał się w przeważającej większości z ludzi żyjących niemal na granicy biologicznej egzystencji. W gruncie rzeczy jego motorem napędowym była nie garstka wielkich magnatów, ale rzesze drobnej szlachty, która w obronie swego statusu gotowa była znieść wszelki wyzysk i każde upokorzenie. Nie brak mu było cech pozytywnych; nie można jednak twierdzić, że nie był w żaden sposób związany z narastaniem sztywnego konserwatyzmu politycznego, z zastojem gospodarczym, z niedolą, jaką cierpiały inne stany, czy też z samowyniszczającą słabością całej Rzeczypospolitej szlacheckiej. Na przestrzeni mniej więcej dziewięciu pokoleń, które żyły w okresie istnienia zjednoczonej Rzeczypospolitej, struktury społeczne nie pozostały nie zmienione. Choć nie nastąpiła żadna większa zmiana, którą dałoby się przyrównać do tych, jakie miały miejsce w w. XIX, punkt równowagi między poszczególnymi stanami oraz ich częściami składowymi znacznie się przesunął. Nie istnieją żadne dokładne statystyki; główne tendencje są jednak wyraźnie widoczne. (Patrz Rys. H b, s. 200).
Upadkowi stanu mieszczańskiego - zarówno w bezwzględnych kategoriach liczbowych, jak i w stosunku do liczebności innych warstw - towarzyszył równoległy wzrost liczby ludności żydowskiej. W r. 1791 skład ludności miejskiej wykazywał już wyraźny wzrost liczebny elementu żydowskiego.
Jak można było oczekiwać, liczba duchowieństwa pozostała bez zmian; zdecydowanie natomiast wzrosła liczebność stanu chłopskiego i szlachty. Społeczeństwo Polski i Litwy było teraz w większym niż przed dwoma wiekami stopniu społeczeństwem rolniczym. W obrębie stanu chłopskiego stale wzrastała liczba chłopów poddanych, zwłaszcza w majątkach szlachty, w obrębie stanu szlacheckiego natomiast liczba szlachty bezrolnej dawno już przekroczyła wciąż malejącą liczbę posesjonatów. Wszystkie te cechy wskazują na znaczny stopień pauperyzacji społeczeństwa. Na tym tle musi się podać w wątpliwość zasługi ustroju, w którym władzę sprawowała rzekomo egalitarna i demokratyczna szlachta. Nie można natomiast kwestionować trwałości tradycyjnego polskiego społeczeństwa. Podczas gdy wiele spośród charakterystycznych cech dawnej Rzeczypospolitej zniszczono lub zmieniono nie do poznania, jej struktury społeczne i jej tradycje w zasadzie pozostały nie naruszone przez kilka stuleci, wykazując tym samym godną podziwu odporność na wszelkie przemiany polityczne i gospodarcze. Dzięki tej odporności, nierzadko udało im się przetrwać okres rozbiorów, tworząc jeden z niewielu wątków o względnej stałości i ciągłości, jakie przewijają się przez historię nowożytną Polski.
Okres powstania szlaku handlowego na Wiśle można ustalić dokładnie na połowę XV w. W okresie, gdy całe dorzecze Wisły - od źródeł do ujścia - znalazło się na terenach zjednoczonych w obrębie jednej władzy politycznej, zewnętrzne zapotrzebowanie na polskie zboże zbiegło się z perspektywą zwiększonych dostaw wewnętrznych. Wzrost cen w Europie Zachodniej sprawił, że kupcy zaczęli zapuszczać się coraz dalej, a hanzeatycki port Gdańsk nie był bynajmniej najodleglejszym celem ich wypraw. W tym samym czasie produkcja zbóż w Polsce zbliżyła się do tego doniosłego momentu, w którym można było zacząć produkować regularne nadwyżki. Napływ kupców - głównie Holendrów - którzy kupowali zboże w wielkich ilościach, rozpoczął się akurat wtedy, gdy przed ziemiaństwem zaczęły się wyłaniać możliwości sprzedaży. Z tych też powodów handel gdański miał się rozrosnąć, wychodząc daleko poza skromne granice nakreślone na przestrzeni półtora wieku, jakie minęło od zdobycia miasta przez Zakon Krzyżacki w 1308 r.
W r. 1454 Gdańsk przestał uznawać zwierzchnictwo państwa krzyżackiego i stając na czele Związku Pruskiego, zwrócił się z prośbą o ochronę do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka. Delegacja z Prus przybyła do Krakowa podczas uroczystości zaślubin króla z Elżbietą austriacką, córką cesarza. Wśród zażaleń przeciwko Krzyżakom, zawartych w dokumencie inkorporacyjnym, znalazła się skarga, że pewien kupiec z Pomorza został skazany na śmierć za to, że wysłał na swoich statkach towary Wisłą do Krakowa. Po zakończeniu wojny trzynastoletniej w 1466 r. Gdańsk stał się najważniejszym miastem nowej polskiej prowincji, Prus Królewskich. Od tego czasu na przeszło trzy stulecia miasto zapomniało o swej mniej świetnej przeszłości. Stanowiło naturalne okno na świat dla rozległych terenów państwa polskiego położonych w głębi lądu, łącznik między handlem morskim i rzecznym. Choć nigdy nie straciło charakteru miasta niemieckiego, jego wrogość wobec rządzonych przez Hohenzollernów Prus i lojalność wobec polskich protektorów niemal nigdy nie słabła. Było niemieckim klejnotem w polskiej koronie, głównym składem towarów i oknem wystawowym wielonarodowościowej Rzeczypospolitej.
Dobrą ilustracją przemian w życiu handlowym Polski, jakie zaszły w latach pięćdziesiątych XV w., są dzieje rodziny Koperników. Do połowy wieku Mikołaj Kopernik był mieszczaninem Krakowa, stolicy położonej na południu kraju. Jak na to wskazuje już samo nazwisko, zajmował się handlem wyrobami metalowymi - rodzina wywodziła się bowiem z osady Koperniki na Śląsku; trudnił się też pośrednictwem w handlu miedzią, który szedł ze Słowacji przez Kraków na północ kraju. W 1454 r. przyjechał do Gdańska w interesach, w cztery zaś lata później, jeszcze przed zakończeniem wojny krzyżackiej, zdecydował się osiąść na stałe w pobliskim Toruniu, który był ważnym portem przeładunkowym na Wiśle. Tam też poślubił Barbarę Watzenrode, córkę toruńskiego patrycjusza, i tam 19 lutego 1473 r. przyszło na świat jego czwarte dziecko - syn, także Mikołaj, czyli Nicolaus. W ten sposób wczesne dzieciństwo wielkiego astronoma było ściśle związane z handlem wzdłuż Wisły. Dzięki dobrobytowi materialnemu ojca oraz krewnym ze strony matki w kręgach duchowieństwa, otrzymał kosmopolityczne wykształcenie - w Królewcu, w Krakowie, a później w Bolonii i Padwie. Jednak w r. 1510 ponownie osiadł w rodzinnych stronach. Pracy naukowej sprzyjało spokojne życie kanonika kapituły warmińskiej we Fromborku - tam też zrodziło się, a następnie zostało doświadczalnie sprawdzone i zapisane jego rewolucyjne dzieło o obrotach Ziemi wokół Słońca.
Za życia Kopernika handel wzdłuż szlaku na Wiśle rozwijał się w zawrotnym tempie. Pod względem ilości eksportowanego zboża, mierzonego w lastach[156], wzrósł z 5573 w latach 1491-92 do 10 000 w r. 1537, 66 007 w r. 1563 oraz do rekordowej ilości 118 000 lastów w r. 1618. Choć rekordu tego nigdy nie powtórzono, ilości sprzedawanego zboża utrzymywały się na wysokim poziomie. Stopniowy spadek następował na przestrzeni XVII i XVIII w. Zboże płynęło tak jak sama Wisła - kapryśnie i w sposób nie dający się przewidzieć, ale w miarę upływu czasu lata powodzi stawały się coraz rzadsze, zaś lata spadku stanu wód - coraz częstsze. Przez cały ten długi okres handel zbożem był zarazem istotnym bodźcem i zasadniczym wskaźnikiem rozwoju całej gospodarki Rzeczypospolitej[157]. (Patrz Mapa 13).
Cykl handlowy w handlu zbożem wzdłuż Wisły rozpoczynał się z chwilą przybycia do Gdańska kupców z zagranicy[158]. Najpierw przyjeżdżali na początku sezonu, wraz z wiosennymi przypływami w marcu lub kwietniu, a podnosili kotwice w październiku, aby dotrzeć do domu przed nadejściem zimowych sztormów. Później osiadali w Gdańsku na stałe. Byli to na ogół przedstawiciele holenderskich spółek, które zdążyły już mocno wróść w bałtycki moederhandel. W r. 1650 około 50 takich holenderskich przedsiębiorstw miało swych stałych agentów w Gdańsku; byli to często młodsi synowie kupieckich rodów - tacy jak Amdt Pilgrom, Helmut von Tweenhuysen, Dirc van der Wolff, Marcus i Pięter Pelsowie, Daniel de Mayres, Gilles Thibault, Jan Yoyrknecht, Hans Ghybrechtsen de Veer czy Jacob Jacobsen, których macierzyste firmy handlowe znajdowały się w Amsterdamie. Wielu z nich - na przykład Cornelius Flaminck czy Floris Hackelaer de Jonge - uzyskiwało pełne prawa obywatelskie Gdańska, mieszkańcy Gdańska zaś - jak Wessel Schenck, Hans Schultze czy Ernest Kleinfeldt - często nawiązywali stałe więzy rodzinne i handlowe z Amsterdamem. W tym samym okresie w Gdańsku mieszkało około dwudziestu agentów brytyjskich, głównie Szkotów, którzy dali początek rozwijającej się świetnie kolonii. Zagraniczni przedsiębiorcy, pobierający prowizję od partnerów rozproszonych po całej Europie, opanowali bankowość oraz sieć operacji kredytowych i głównych transakcji handlowych. Dysponowali większym kapitałem, mieli więcej okrętów i rozległejsze kontakty z resztą kontynentu i stopniowo wypierali lokalnych konkurentów, doprowadzając do powstania czegoś w rodzaju obcego monopolu. Przynajmniej teoretycznie, znaczną pomocą było dla nich prawo polskie z 1565 r., które zabraniało rodzimym kupcom wyjeżdżania za granicę.
Mapa 13. Handel zbożem wzdłuż Wisły
„Flota amsterdamska” stale rosła. W 1642 do portu w Gdańsku zawinęły aż 2052 statki[159]. Co dnia - a zwłaszcza podczas targów sierpniowych, które rozpoczynały się w dniu św. Dominika, u nabrzeży Motławy cumowało od czterystu do pięciuset statków. Rosły też rozmiary j ednostek floty handlowej. Chociaż w r. 1641 964 spośród 1741 statków miało pojemność poniżej 50 1astów (ok. 115 ton), 103 mogły przewieźć ponad 150 lastów. Różne były także ich miejsca przeznaczenia. Około połowa pozostawała w basenie Bałtyku, kierując się do Lubeki, Kopenhagi, Sztokholmu, Libawy, Rygi lub Wyborga. Pozostałe płynęły przez cieśninę Sund. Najczęstsza trasa prowadziła z Gdańska przez Amsterdam do Setubal lub Faro w Portugalii, gdzie w zamian za zboże otrzymywano sól i wino. Dłuższe trasy śródziemnomorskie - Genua - Livorno - Wenecja - Cypr - Lizbona - Amsterdam, lub prowadzące z hiszpańskich portów Huelva, San Lucas de Barrameda, Kadyksu, Malagi i Barcelony do Amsterdamu, bardzo popularne w drugiej połowie XVI w., później ustąpiły rejsom krótszym, zwłaszcza do Francji lub Anglii, lub też do samego Amsterdamu. W okresie trzech lat między r. 1615-18 jeden tylko lizboński kupiec, Andres Lopez Finto, wysłał do Gdańska aż 200 statków, wymieniając sól na żyto, które następnie było przewożone do Tangeru i Ceuty w Afryce Połnocnej. W latach późniejszych typowe kontrakty dotyczyły przewozu soli z La Rochelle lub Brouage, którą wymieniano na zboże, przewożone następnie do Amsterdamu. Istnieją dowody każące przypuszczać, że od czasu do czasu, aby uniknąć wysokich opłat celnych ściąganych w Gdańsku, towary transportowano drogą lądową do Szczecina.
Drogą bezpośrednią, przy korzystnych wiatrach, trasę długości 850 mil morskich do Amsterdamu można było pokonać w ciągu tygodnia. Trasa okrężna do Portugalii zabierała co najmniej kilka miesięcy. Rejs śródziemnomorski trwał zapewne cały sezon.
Interesom zagranicznych firm handlowych służyły operacje prowadzone przez około 500 miejscowych kupców. Byli to niemal wyłącznie niemieccy obywatele Gdańska, zapisani w miejskich rejestrach i uroczystą przysięgą zobligowani do przestrzegania obowiązujących praw i przywilejów. Ich nazwiska - Ficke, Krumhausen, Schultze, Czirenberg, Gawrock, Strobandt, Hewel, Sieuertt, Kinke, Wichman - można było napotkać we wszystkich zakątkach Rzeczypospolitej, w których zajmowano się handlem. Zazwyczaj prowadzili oni niewielkie rodzinne przedsiębiorstwa, w których patron zatrudniał buchaltera, czyli księgowego, kilku czeladników (knechte) oraz pewną liczbę faktorów, czyli agentów, którzy podróżowali po kraju. Korzystali z usług licznej grupy pośredników, czyli maklerów, którzy tak skutecznie smarowali tryby machiny handlu w obrębie miasta, że w drugiej połowie XVII w. regularnie składano przeciwko nim skargi o pasożytnictwo. Siłę roboczą - tragarzy i robotników portowych - wynajmowano u nabrzeży, za dorywczą opłatą. Od czasu do czasu kilku kupców zakładało wspólnie spółkę handlową, ale partnerstwo ograniczało się zazwyczaj jedynie do krótkotrwałego związku zawartego dla przeprowadzenia określonej operacji, przekraczającej możliwości jednego przedsiębiorcy.
Stosunki kupców gdańskich z polskimi producentami opierały się na skomplikowanym systemie umów. Istniały co najmniej cztery rodzaje kontraktów; najpowszechniej stosowany - przynajmniej jeśli chodzi o handel zbożem - czyli tzw. Lieferantzkauf, przewidywał z góry dostawy na własne ryzyko i koszt producenta. Zawierając tego typu kontrakt, wymieniano dokumenty - zazwyczaj w Gdańsku - określające uzgodnioną ilość towaru, jego cenę, datę dostawy, wysokość zaliczki oraz inne warunki. Regułami klienci, dostarczając towar w danym roku, mogli tym samym zapewnić sobie zbyt produktów w roku następnym. Faktor pracujący dla danego kupca mógł też, objeżdżając okolicę, zakontraktować na podobnych warunkach nie skoszone jeszcze zboże, które miało być dostarczone po żniwach. Rzadziej zawierano kontrakty, w myśl których ryzyko i koszta dostawy brała na siebie strona kupująca (Kauf auf Abenteuer) lub też gotowe do transportu zboże kupowano na miejscu - albo „nielegalnie” poza granicami miasta (unter dem Marckte), albo też na terenie samego Gdańska. Polskich producentów zboża dostarczających towaru dla handlu Wisłą można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza obejmowała wielkich magnatów, których ogromne majątki dostarczały regularnie znacznych nadwyżek - nawet przy niekorzystnych warunkach naturalnych i złym zarządzaniu. Kategorię drugą stanowili właściciele ziemscy mniej zamożni, którzy przy wysokiej wydajności i osobistym nadzorze mogli wyprodukować przeznaczoną na handel nadwyżkę zboża z terenów obejmujących kilka wsi. Trzecia kategoria i ostatnia obejmowała dostawców przypadkowych - drobną szlachtę, chłopów i dzierżawców, którzy uprawiali zboże głównie na własny użytek, ale od czasu do czasu mogli jego część przeznaczyć na sprzedaż. W XVI w. na rynku przeważała kategoria średnia. Później znacznie wzrósł udział magnaterii.
Przykładem produkcji zboża w majątkach magnackich może być gospodarka w latyfundium rodziny Lubomirskich w okresie od r. 1654 do 1750. Latyfundium to, które w r. 1739 obejmowało ogółem 1050 majątków, rozciągało się na całej przestrzeni południowych regionów Rzeczypospolitej. Niektóre majątki - Wiśnicz, Zator, Baranów, Opatów i Jarosław - specjalizowały się w produkcji owsa. Inne -jak Niepołomice czy Osiek - produkowały znaczne ilości zarówno owsa, jak i żyta. Kilka - Nisko, Ryki, Tuszów i Lubartów - specjalizowało się wyłącznie w produkcji żyta. Wszędzie uprawiano też nieco jęczmienia (ok. 10-14% wszystkich upraw) oraz pewną ilość pszenicy (do 20%). Niektóre folwarki -jak trzy położone w rejonie Sandomierza: Kolbuszowa, Rzemień i Tuszów, czy też trzy inne leżące na terenie województwa ruskiego: Kańczuga, Kosina i Łąka - były bardzo rozległe i produkowały ponad 1000 kóp[160] rocznie. Większość stanowiły jednak majątki mniejsze, z roczną produkcją przeciętnie od 500 do 1000 kóp; kilka przynosiło mniej niż 500 kóp. Przeciętna całkowita produkcja czterech gatunków zbóż, obliczona dla lat 1658-62, wynosiła 40 000 kóp rocznie[161].
W produkcji występowały znaczne wahania. Niewiele było lat, w których nie zdarzyłyby się jakieś klęski, będące dziełem człowieka lub przyrody, uderzające w tę lub inną część latyfundium. Klęskę najazdu szwedzkiego w latach 1655-60, którą poprzedziło powstanie Chmielnickiego, przewyższyło pod względem spowodowanych zniszczeń tylko dziesięciolecie między rokiem 1700 a 1710, kiedy to ziemie polskie pustoszyły kolejne przypływy i odpływy wielkiej wojny północnej. Dzieła zniszczenia dokonywały też susze, powodzie, burze, choroby zbóż i zaraza. W rejestrach majątku Lubomirskich w Kańczudze odnotowano następujące przypadki:
1654: Zakwaterowanie kawalerii królewskiej i pułków niemieckich; splądrowanie miasta Kańczugi i wsi Gać.
1655: Zakwaterowanie wojsk szwedzkich.
1656: Rekwizycje przeprowadzone przez wojska królewskie, szwedzkie i siedmiogrodzkie oraz oddziały kozackie.
1657: Rekwizycje przeprowadzone przez wojska siedmiogrodzkie. 1689: Susza. Nieurodzaj owsa, zniszczenie zasiewów.
1708-10: Kontrybucje wojskowe, pożar stodół wraz z użątkiem, upadek miasta i rynków.
1721: Zaraza.
1734-35: Nieurodzaj, przejście wojsk, rekwizycje.
W Opatowie w pobliżu Sandomierza sytuacja przedstawiała się podobnie, choć dodatkowo pogarszały ją najazdy wrogo nastawionego sąsiada, Stanisława Jagnińskiego, którego ludzie, przepędziwszy mieszkańców, regularnie zbierali i zabierali plony Lubomirskiego. W tej sytuacji handel musiał oczywiście cierpieć. W latach 1654-58 zdołano w końcu w Kańczudze sprzedać 34% wyprodukowanego żyta, 24% pszenicy, 12% jęczmienia, 15% konopi, 3% owsa i 2% gryki. Wciągu następnych pięciu lat, czyli w latach 1659-63, liczby te wzrosły odpowiednio do 37% (żyto), 48% (pszenica), 29% (jęczmień), 6% (konopie), 10% (owies) oraz 1% (gryka). Według danych za cały rok porównanie wysokości lokalnych dostaw z eksportem na szerszą skalę wykazuje jeszcze większe wahania. W r. 1654 Kańczuga wyeksportowała 55,2% swego żyta, ale nic poza tym. W latach 1655 i 1656 uratowano zaledwie tyle, aby starczyło na siew, a sprzedano jedynie - lokalnym nabywcom - niewielkie ilości żyta i owsa. W r. 1657 wyeksportowano 55,6% żyta, ale znów nie sprzedano nic poza tym. W latach 1658 i 1659, mimo dość obfitych plonów, nie sprzedano w ogóle nic. Rok 1660, w którym zakończyła się wojna, był rokiem rekordowych plonów: wyeksportowano 58,5% produkcji żyta oraz 46,4% pszenicy. W r. 1661 sprzedaż żyta utrzymała się na poziomie 44,8%, ale całą nadwyżkę pszenicy sprzedano lokalnym kupcom. W latach 1662 i 1663 wywóz żyta (9,2% i 3,7%) spadł, w odróżnieniu od wywozu pszenicy (50,6% i 57%), który był największy na przestrzeni całego dziesięciolecia. Jeśli zatem potraktować to dziesięciolecie jako całość, przeciętne dane okażą się bardzo mylące. Z dwóch podstawowych zbóż, bardziej można było liczyć na stałe nadwyżki w produkcji żyta. Pszenicę sprzedawano tylko wtedy, gdy wysokim plonom towarzyszyły korzystne warunki dla wywozu większych ładunków. Znaczną część uzyskanej produkcji trzeba było zawsze zachowywać na zasiewy, na wypłaty w naturze, na paszę dla inwentarza, na darmowe spożycie, zapomogi dla chłopów poddanych, pomoc dla biedniejszych majątków wchodzących w skład latyfundium, produkcję mąki, dostawy dla wojska, zapasy i sprzedaż na rynkach lokalnych; tylko w latach bardzo korzystnych pojedynczy majątek latyfundialny mógł wyprodukować ilości, które opłacałoby się wywozić. W danym roku konkretny folwark albo eksportował powyżej połowy wyprodukowanego żyta i pszenicy, albo nie eksportował wcale. Ogólne ilości eksportowanego zboża wyprodukowanego w latyfundium Lubomirskich wahały się w okresie od r. 1663 do r. 1750 od minimalnej ilości 13 łasztów i 11 korców (w r. 1713) do maksymalnej ilości 522 łasztów i 18 korców (w r. 1729). Przeciętna statystyczna wynosi około 127 łasztów rocznie - dla lat, w których w ogóle eksportowano nadwyżki produkcji zbóż. Ogólna przeciętna wynosiłaby zatem 50 łasztów. Same w sobie cyfry te znaczą niewiele. Kontrastują one jednak w sposób uderzający z przeciętną ilością 533 łasztów rocznego eksportu z majątków Lubomirskich położonych na nieco innych terenach w latach 1614-49, czyli w okresie przed recesją. Dają też bardzo ogólne pojęcie o rozmiarach prowadzonych przez wielkich magnatów operacji handlowych dotyczących handlu zbożem.
„Pochodzenie społeczne” zboża to problem, który sprawia wiele kłopotów polskim historykom dzisiejszej doby, nie przynosząc żadnych zadowalających rozwiązań. Już samo obliczenie produkcji majątków magnackich - dla których zachowały się stosunkowo kompletne rejestry - jest rzeczą bardzo trudną; o wiele trudniejsze muszą więc być obliczenia dotyczące zboża sprzedawanego przez szlachtę i chłopów; nie można się tu oprzeć na dostatecznie pełnej dokumentacji, brak też wyraźnych ekonomicznych kryteriów rozróżnienia między poszczególnymi klasami. W kontekście operacji ilościowych nie jest też rzeczą łatwą dedukcyjne przechodzenie od wartości znanych do nieznanych. Z tego, że dany szlachcic posiadał 3 wsie położone w pobliżu należącego do wielkiego magnata kompleksu 15 wsi, niekoniecznie musi wynikać, że produkował on proporcjonalnie mniej zboża - czy to na własny użytek, czy z przeznaczeniem na sprzedaż. Pomyślność w dziedzinie gospodarczej pozostaje w stosunku postępu geometrycznego do ogółu dostępnych środków. Zakładając porównywalność metod uprawy, te same nie sprzyjające warunki, które redukowały do połowy nadwyżki produkcji uzyskane przez magnata, średniego producenta mogły całkowicie odciąć od rynku, chłopa zaś - postawić wobec zagrożenia głodem. Z drugiej strony, te same korzystne warunki pozwalały chłopu wyprodukować worek zboża na sprzedaż, szlachcicowi - uzyskać ilość wystarczającą na pełen ładunek statku, magnatowi zaś - wypełnić spichrze na całe dziesięć lat. Nie można jednak zapominać, że metody uprawy nie były porównywalne.
Mimo tak dużych zastrzeżeń, badania nad produkcją polskiego zboża przyniosły szereg interesujących wyników, wywołując żywą dyskusję, przypominającą debaty nad powstaniem czy też upadkiem angielskiej gentry.[162] Na ich podstawie wydaje się obecnie rzeczą oczywistą, że producenci rekrutujący się spośród magnatów nie cieszyli się żadnymi szczególnymi przywilejami dotyczącymi warunków handlu - w każdym razie nie przed r. 1650.
Jest także oczywiste, że istniały znaczne różnice regionalne. Szczegółowa analiza rejestrów pogłównego z Włocławka z lat 1537-76 wskazuje, że główne ośrodki dostaw zboża na rynek międzynarodowy znajdowały się na terenie Wielkopolski, Kujaw i Mazowsza, gdzie wielkie posiadłości ziemskie były stosunkowo nieliczne. Swój stały i pokaźny wkład miały też Prusy Królewskie, gdzie okres najwyższej produkcji zboża przypadł na lata 1570-1620; natomiast udział Małopolski, Wołynia i Podola ograniczał się jedynie do lat urodzajnych. Po wyhodowaniu swojego zboża producent musiał je jednak jeszcze dowieźć do Gdańska, ponieważ na mocy kontraktu na ogół obowiązywała go dostawa przy Zielonym Moście.
W czasach nowożytnych jedyną skuteczną metodą przewozu ziarna był transport wodny. Gdańsk połączony był z terenami położonymi w głębi lądu skomplikowaną siecią rzek. Wszystkie główne dopływy Wisły - Narew, Pilica, Bug, Wieprz, Wisłoka, Dunajec i San - były żeglowne. Wszystkie też miały własne porty - zwane palami: Tarnów, Jarosław, Lubartów, Uściług - z magazynami i stoczniami. Najdalej położone tereny rolnicze - w Beskidach, Karpatach lub na Wołyniu - były oddalone o prawie tysiąc kilometrów od morza. W XVIII w. dorzecze Wisły powiązano z Wartą i Odrą Kanałem Bydgoskim (1771), z Prypecią i Dnieprem - Kanałem Królewskim (1775-84), ze Szczarą i Niemnem - Kanałem Ogińskiego (1765-84). W omawianym okresie budowano sześć lub siedem rodzajów barek rzecznych. Kupowano je lub wynajmowano wraz z załogą w portach położonych w górnym dorzeczu rzek, pozbywano się ich zaś po ukończeniu podróży, w Gdańsku. W 1796 r. Beneventus von Lessenau, Kreisingenieur z Zamościa, sporządził szczegółowy zestaw, na podstawie którego ustalono dokładne ceny i kosztorysy:
A: Nazwa polska
B: Nazwa niemiecka, podana przez von Lessenau
C: Typ łodzi
D: Liczba członków załogi
E: Maksymalny ładunek w korcach
F: Cena kupna w złotych reńskich
G: Przeciętna wysokość frachtu w złotych za jeden łaszt[163].
Ze wszystkich typów łodzi największą rolę w handlu zbożowym odgrywała szkuta - masywna płytka tratwa, złożona z platformy zbudowanej z bali oraz sześciennej nadbudówki, służącej do magazynowania ziarna i zapewniającej osłonę załodze; napęd stanowił głównie prąd rzeczny, wspomagany wiosłami załogi, a niekiedy także dużym kwadratowym żaglem. Szkutą kierowano z rufy za pomocą długiego wiosła; często łączono łańcuchami poszczególne tratwy, które płynęły Wisłą w konwoju. Po dopłynięciu do Gdańska szkutę rozbierano i drewno sprzedawano jako surowiec. Wielcy magnaci sami organizowali transport. Załogi złożone z chłopów poddanych, którzy pracowali najpierw przy zasiewach i żniwach, potem zaś przy załadunku i budowie tratw, płynęły Wisłą ze zbożem, któremu towarzyszyły od rodzimych pól aż do Gdańska.
Szerokie rzesze producentów zboża były jednak zdane na usługi profesjonalistów. Firmy handlowe w Gdańsku ściśle współpracowały z kapitanami statków handlowych, którzy sprawowali nadzór nad odbiorem towaru od producenta, składowaniem, załadunkiem, akcyzą, opłatami celnymi i dostawą. W odróżnieniu od samych kupców, kapitan (szyper) był na ogół Polakiem. Sprawował nadzór nad spichlerzami w takich miejscowościach, jak Kazimierz Dolny czy Włocławek, a w czasie rzecznego rejsu kierował statkiem. Pomagali mu sekretarz (pisarz) i kwatermistrz (szafarz). Samym doprowadzeniem statku do miejsca przeznaczenia zajmował się cech przewoźników, którego członków można było wynająć w każdym porcie rzecznym. Retman, czyli dowódca załogi, oraz sternik byli kwalifikowanymi rzemieślnikami, którzy długie lata uczyli się swego rzemiosła, pływając po Wiśle jako czeladnicy, czyli fryce. Ich zarobki zależały od długości rejsu i pory roku, a także od aktualnego zapotrzebowania na ich usługi. Zarobki, które von Lessenau cytuje, w 1796 r. dla szkuty płynącej na trasie Zamość - Gdańsk zostały wypłacone w dukatach (oprócz pełnego utrzymania): szyper otrzymał 100 dukatów, pisarz - 50, szafarz - 20, retman - 24, sternik - 14, kucharz - 2, marynarze - po 2-4 dukatów, razem: 255 dukatów.
Rzeczą bardzo istotną był wybór terminu rejsu. Ceny zboża w Gdańsku zmieniały się z sezonu na sezon i usilnie starano się dostarczyć ładunki na początku roku, kiedy ceny te były wysokie. Producenci z odległego południa kraju zazwyczaj ekspediowali swoje zboże na szlak we wrześniu i w październiku, składując je na zimę w jednym z portów położonych w środkowym biegu rzeki. Główny transport zaczynał się jednak wiosną, gdy tylko stopniały lody. Stąd też jego nazwa: fryjor (Frühjahr); dziesiątki tratw wyruszały wtedy wezbranymi wodami Wisły na spotkanie cudzoziemskiej floty. W czerwcu i lipcu opadały zarówno wody rzeki, jak i ruch na rynkach; zmniejszała się też liczba łodzi.
Szlachcic, który zamierzał sprzedać nadwyżkę wyprodukowanego na swej ziemi zboża, miał zatem przed sobą trzy możliwości. Po pierwsze, mógł je sprzedać na rynku lokalnym, co pociągało za sobą niskie koszta, ale i niewielki zysk. Po drugie, mógł je sprzedać sąsiadowi lub szyprowi, którzy pobierali prowizję za włączenie go do własnych ładunków. Po trzecie wreszcie, mógł je sam dostarczyć do Gdańska. To ostatnie rozwiązanie wymagało największej przedsiębiorczości i wiązało się z największym ryzykiem, choć jednocześnie stwarzało możliwość najlepszego zarobku i często okazywało się najbardziej atrakcyjne z powodów osobistych. W r. 1670 Jan Chryzostom Pasek stanął w obliczu takiego właśnie wyboru. Wydzierżawiwszy niewielki majątek w Smogorzowie w Małopolsce, wyprodukował niedużą nadwyżkę zboża. Niektórzy z przyjaciół radzili mu, żeby został w domu, ale on - podejmując decyzję godną starego wiarusa - postanowił zaryzykować. W swoich pamiętnikach opowiada, jak bardzo mu się ta decyzja opłaciła:
Ja też w Smogorzowie mieszkając, najpierwszy raz puściłem się na flis. Będąc frycem, trzymałem się starszych szyprów, którzy mi grozili, że mię tam miano podgolić na mieszku, jako to fryca; aleć z łaski bożej przedałem drożej od nich, 40 złotych wyżej, a to tym sposobem: starosta ujski Piegłowski i cześnik warszawski Opacki pogniewali się na kupców, którzy obesłali się, żeby na złość nie kupować, mnie zaś, com był w ich kolejej, zapłacili pszenicę po 150 złotych onym na złość. Kupił u mnie pan Jarlach, a oni aż prosili, żeby u nich kupiono; zapłacono im tedy po 110. I tak, co mnie grozili podgoleniem, to onych samych podgolono[164].
Doroczna podróż w dół Wisły wkrótce stała się podstawową instytucją życia towarzyskiego w Polsce. Obok wojny, była to dla szlachcica z prowincji jedna z nielicznych okazji do obejrzenia szerokiego świata - podniecająca przygoda dla całych pokoleń ludzi, których życiowe doświadczenie poza tym ograniczało się do granic własnego folwarku. Był to istotny bodziec kulturalny - źródło wielu nowych słów, które weszły do słownictwa języka polskiego, inspiracja dla wielu utworów pisanych wierszem i prozą; nie najpośledniejszym z nich był poemat Sebastiana Fabiana Klonowica Flis: to jest spuszczenie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi, wydany w r. 1595[165]. Utwór opisuje spływ zboża Wisłą pod koniec XVI w. Ma on być czymś w rodzaju podręcznika dla podróżnika podejmującego po raz pierwszy podobną wyprawę i jest pełen szczegółowych objaśnień oraz praktycznych wskazówek. Jak w wypadku większości utworów tego okresu, autor poematu popisuje się swoim klasycznym wykształceniem, ale urok dzieła leży w atmosferze naiwnego podziwu i radosnego podniecenia, jakie towarzyszą podróży. Po przeprowadzeniu porównania między swojskim, lądowym życiem polskiej wsi i obcym, dziwnym światem statków i morza, Klonowic poucza swego czytelnika o tym, jak należy dokonać podziału zboża na sprzedaż i na własne potrzeby, jak kupić szkutę, jak zaopatrzyć się w żywność na drogę, jak najskuteczniej czapkować mistrzom cechowym, jak sterować łodzią, a przede wszystkim, jak radzić sobie z gdańskimi kupcami, gdy już wreszcie dotrze się do miejsca przeznaczenia. Podaje krótki słowniczek żargonu flisaków - głównie niemieckiego pochodzenia - oraz ostrzega przed niebezpieczeństwem wpłynięcia na mieliznę lub zderzenia z zatopionymi drewnianymi kłodami, zwanymi wilkami, czy też zaplątania się w cumy pływających młynów, które ze względu na charakterystyczny odgłos wydawany przez obracające się koło nazywano bździelami, lub - co byłoby rzeczą najbardziej wstydliwą - kolizji z wielką drewnianą belką zamykającą wejście do portu w Gdańsku. Korzystając z modnych wzorców renesansowej topografii, umieścił w poemacie także szczegółowy wykaz wszystkich punktów orientacyjnych wzdłuż brzegów rzeki - od mostu w Warszawie po Zielony Most w Gdańsku. Wylicza po kolei, jedno po drugim, wszystkie miasta, osady, wyspy, dopływy; linie graniczne, zamki, opactwa i kościoły, które można dostrzec, płynąc rzeką, wraz z odnoszącymi się do nich historycznymi anegdotami i legendami. Wymienia więc i Czerwińsk z jego opactwem kanoników regularnych, Płock z wysoką katedrą uwieńczoną dwoma złotymi krzyżami, Włocławek z rogatką i browarem, Nieszawę z długim szeregiem „szpihlerzów” z czerwonej cegły, i zburzony zamek w Złotoryi, i prastary Toruń:
...budowny i bogaty w cnotę,
Tam szczyrych mieszczan oglądasz ochotę,
Tam pokój, tam wstyd, tam płuży uczciwość
I sprawiedliwość,
którego wysokie wieże, mury i kopuły „swymi wierzchy modre niebo orzą”; opisuje Brdę, słynną ze swych łososi, wodospad Piekielnych Wrót w pobliżu miasta Fordon, Chełmno - port rzeczny Prus Książęcych; Najburg, gdzie holenderscy osadnicy wybudowali skomplikowaną sieć grobli, i miasto Gniew, którego nazwa wzięła się od „gniewu” rzeki Nogat, gdy ta - zazdrosna o „Wisłę Wandę, córę Kraka”, wyskoczyła z koryta i popędziła własną drogą do morza.
Niektórych miejsc należało unikać - wyspy Nieznachowskiej, powyżej Płocka, gdzie znalazła schronienie banda notorycznych rozbójników, czy też wyspy w pobliżu mostu w Toruniu, zamieszkiwanej przez chorych wenerycznie miejskich wyrzutków. Były jednak i takie miejsca, które powinien odwiedzić każdy podróżnik - kościół św. Barbary w Sartowicach, gdzie „mądry rotman złożył pieśń o świętej Barbarze”, której potem „jadąc imo Sartowice nauczał frycze”, czy też „Ganskrug”, czyli „Gęsia karczma”, w której należało się zatrzymać na ostatni popas przed przekroczeniem zapory rzecznej, u wejścia do portu w Gdańsku.
Najbardziej może godny uwagi jest jednak odmalowany przez Klonowica obraz polskiego podróżnika, który Jak rycerz prawy” wychodzi na ulice Gdańska. Gapiąc się w zdumieniu na spichrze, ogromne magazyny drewna i potażu, „misterne” elewatory i żurawie, śluzy, wagi pomostowe, machiny, obrotnice i wreszcie na wychodzące w morze statki, z zawieszonymi na szczycie wysokich wież platformami obserwacyjnymi, które - jako mieszkaniec wsi - nazywa „bocianimi gniazdami”[166] - w pomieszaniu, a zarazem uniesieniu, podejrzliwy, wędruje wzdłuż nabrzeża w poszukiwaniu kupca na swoje zboże i prawnika, który spisałby kontrakt:
Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany;
Przedawaj, kupuj, handluj, bij dłonią w dłoń,
Zysk sobie ugoń.
Chwal przedawając, gań kupując; kupca
Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca (...)
Ma-li gotowe, naprzód o to pytaj,
Dopieroż się z nim przez tłumacza witaj,
Abo więc, jeśli umiesz, sam z nim szprachaj,
Mędrka się strachaj (...)
Trzebać tłumacza, trzebać i ceklarza,
I w zatrudnionej sprawie forytarza;
Abo więc musisz mówić z tą drużyną
Dziwną łaciną,
Heus mane, quieso, faciesque grautum,
Indica nuobis, puer, advocautum,
Omnium subquo dirimuntur omnes Indice causae”.
Pocz marter, rzecze łaciną ogromną
Wysmukły Niemiec i mową nieskromną:
“Kfyd folunt? aut me tomini Poloni Indice quaerunt?
His vere causas adzit adfocatus,
Hiudicat fero dirimitque nostro
Morę scultetus, focitatque
Taito Nomine Scholczum.
Ficus est fongus, tomus aha doto
Eminet fico; padet illa cuifis;
Ista sculteti tomus est, in dzilla
Dziura ministrat”.
Rzeczesz drugiemu: „Słyszysz to, Marcinie?
Czy po niemiecku, czyli po łacinie
Mówi ten kryksman?” (...)
Pódźże zaś dalej, co cię potka? Bowiem
Rzecz tobie, bracie, nieomylną powiem,
Jak przed sołtysem u gajnego prawa
Pójdzie twa sprawa (...)
Więc zatym najdą pozew być jałowy,
A ty, niebożę, znowu proś o nowy;
Słuchajże pieśni, niż zegar uderzy,
Choć cię już mierzi.
U dworu też zaś wytrwasz miesiąc ruski,
Niźli przybiją na drzwi rejestr pruski;
Rzeczesz: „prawie mi za żywe zabito za moje żyto”[167].
Gdańsk od bardzo dawna cieszył się reputacją miasta słynnego z wszelkich uciech i pełnego wszelkich przywar. Piszący w pierwszej połowie XVI w. Jan Dantyszek, nagrodzony przez cesarza Maksymiliana poetyckim laurem poeta, a następnie biskup warmiński, w tyradzie zatytułowanej Ionas Propheta (Jonasz Prorok) przyrównał grzechy swego ojczystego miasta do przewin Niniwy:
Urbs nova, dives opum, Dantiscum sive Gedanum.
Accipe, divina quae tibi mente loquor!
Est breve tempus adhuc: si non peccata relinques
Hoc quibus exundas tempore, fracta mes.
Crevisti cito, sic etiam superis małe grata
Decresces; instant iam tua fata tibi.
Impietas, fastus, luxus, tria mostra, ruinam
Iam tibi, ni fuerint prorsus abacta, parant (...)[168].
Czas nie przyniósł jednak zbytniej poprawy. W r. 1663 francuski turysta nazwiskiem Payen z Meaux-sur-Mame opisywał scenę w gdańskiej winiarni, gdzie zaprzyjaźnił się z polskim szlachcicem, któremu właśnie udało się sprzedać swoje zboże:
Kiedy już dobrze popiliśmy i właśnie mieliśmy wychodzić, zobaczyliśmy wchodzącego człowieka około sześciu stóp wzrostu, o wygolonej twarzy i głowie, ogorzałym obliczu i czole tak pomarszczonym, że pod zmarszczkami znikały niekiedy oczy. Był to polski szlachcic w otoczeniu 15 pachołków (...) Skoro tylko nas zobaczył, podszedł z deklaracją przyjaźni (...) i ściskając nas, wyrażał przekonanie o naszej rycerskości tudzież pełny swój dla nas szacunek. Trzeba więc było uciec się do łaciny (...) Oświadczył (...) że czuje się niezdrów i od dwu tygodni jest w poszukiwaniu po mieście tak zacnej kompanii, by się naocznie przekonać, czy nie bardziej zbawienna okaże się raczej hulanka niż przestrzeganie diety (...) Kiedy wychyliliśmy już z piętnaście czy szesnaście wielkich kielichów, (...) towarzysz mój ofiarował mu swoją fajkę, ów zaś nieszczęśnik, który nigdy nie używał tytoniu, wsadził ujście cybucha aż po gardziel, wciągnął w brzuch pełny haust dymu tytoniowego (...) Twierdził, że tytoń należy pić, a nie pykać i gubić go w powietrzu (...) Nagle jednym ruchem porwał się od stołu, pochwycił lichtarze z zapalonymi świecami, uderzywszy jednak głową o mur, runął na wznak (...) Toczył pianę jak byk i sądzono, że wściekłość przyprawi go chyba o śmierć (...) Nadeszły lekkie wymioty - szlachcic stał się dostępniejszy, my zaś pełni najlepszych nadziei (...) Runął tedy na oślep w moją stronę i objąwszy mnie za szyję, omal nie udusił mnie wśród czułych uścisków. Oświadczył, że zostanę jego zięciem, tj. mężem jednej z dwu jego córek, którą odda mi wedle mego wyboru wraz z dziesięcioma tysiącami liwrów i dwustu chłopami (...) Na cześć naszego przyszłego małżeństwa wychylaliśmy toast za toastem (...) Nagle patrzę, a tu leży rozciągnięty na ziemi (...) Dopiero w tej pozycji, leżąc, krzyknął o wino, bo pragnął wypić na pohybel Turkom i na zatracenie imperium otomańskiego (...) Zapewnił mnie, że jestem już Polakiem i należałoby przywdziać polski strój. Zdjął wtedy wierzchnie swe okrycie, szkarłatne, spięte srebrnymi agrafami i podbite kunami, i narzucił na wierzch mej odzieży (...) po czym poniesiony fantazją jął mnie ubierać od stóp do głów (...) następnie odpiął wiszącą u jego boku szablę, kazał mi ucałować ze czcią jej rękojeść i oświadczywszy, że (...) cała Polska zawdzięcza jej wolność - przypasał mi ją do boku (...) Tymczasem zachodziłem w głowę, jak wywikłać się z tej przeklętej sprawy[169].
Jakże cudownym miejscem musiał wydawać się Gdańsk przybyszowi z zapadłej wsi! W r. 1600 liczył 50 000 mieszkańców; był pięć razy większy od królewskiej stolicy Warszawy i ponad trzy razy większy od Krakowa czy Poznania. Był rzecząpospolitą w Rzeczypospolitej. Na mocy przywilejów nadanych przez Kazimierza Jagiellończyka i rozszerzonych przez Batorego miał własny samorząd. Prowadził własną politykę finansową i miał swoje własne mennice. Miał też własną milicję, wyszkoloną w walce w warunkach oblężenia, i do r. 1641 również własną flotę wojenną, która stanowiła rdzeń floty królewskiej. Jego społeczeństwo było zorganizowane w ramach złożonego systemu warstw społecznych i cechów, z których każdy przestrzegał swoich własnych wyłącznych praw i reguł dotyczących członkostwa. Człowiekowi, który właśnie przybył z jakiejś położonej w głębi lądu wsi, gdzie trwający przez pełny rok ciężki trud dziesiątków chłopów przynosił owoc w postaci marnych kilku worków zboża, miasto musiało się wydawać niewiarygodnie zamożne, a życie w nim - pełne wszelakiego dobrobytu. W trzech tysiącach warsztatów wytwarzano wszystkie wyobrażalne w tamtych czasach przedmioty zbytku - aksamit, jedwab, meble, biżuterię, książki i obrazy. Przede wszystkim zaś miasto było oknem wystawowym życia ówczesnej Europy. Jego mieszkańcy znali wszystkie ostatnie nowiny, każdą najświeższą modę i wszelkie najnowsze herezje. Nosili hiszpańskie stroje i mieszkali w domach budowanych w stylu flamandzkim. Odbywali zagraniczne podróże i życzliwie przyjmowali wszystkich uchodźców - od holenderskich tkaczy po francuskich hugenotów. Gdańscy patrycjusze - jeśli akurat nie rozmawiali o interesach - uczestniczyli w życiu wspaniałego świata polityki, muzyki, bibliotek, kolekcji dzieł sztuki i eleganckich willi otoczonych wypielęgnowanymi ogrodami. Rzemieślnicy i robotnicy pracowali ciężko w atmosferze wielkiej niepewności i wielkich szans - płace były wysokie, lecz konkurencja bezlitosna: przywilejów strzeżono zazdrośnie, nie cofając się przed warcholstwem i buntem, a miejskie instytucje dobroczynne patrzyły złym okiem na lenistwo.
Gdańsk był ruchliwym mrowiskiem pracy, dobrobytu i kultury - zjawiskiem dobrze znanym we Włoszech czy Niderlandach, lecz absolutnie nie spotykanym w Polsce. Stanowił więc niewątpliwie największą atrakcję - był czymś w rodzaju materialistycznej Mekki, która kusiła i przyciągała polskiego szlachcica, zapraszając go, aby tu kupował i sprzedawał, wszystko tracił lub zdobywał fortunę, obładowywał się świecidełkami i zbytkownymi prezentami dla domu i rodziny, słuchał nowin i oglądał fascynujące widoki; aby w końcu - wyczerpany i syty rozrywki - wyruszyć pod prąd Wisłą w długą, powolną podróż do domu.
Aby utrzymać wysoki poziom życia, zagraniczny handel zbożem musiał oczywiście iść w parze z handlem wieloma innymi towarami. Import równoważył eksport. Statki wiozące zboże zabierały również wełnę, len, skórę, drewno i metale. W drodze powrotnej przywoziły wyroby manufakturowe, towary kolonialne, ryby, alkohol, sól i węgiel. Struktura gdańskiego handlu była w gruncie rzeczy bardzo złożona. Od strony lądu utrzymywał on związki ze wszystkimi częściami Rzeczypospolitej. W kierunku na zachód miał powiązania z Niemcami, a zwłaszcza ze Śląskiem, który dostarczał cienkiego sukna, wyrobów metalowych wysokiej jakości, narzędzi, broni i sprzętów; w kierunku na południe - z Krakowem i basenem Dunaju; w kierunku na wschód - z Łukowem, który był ośrodkiem handlu bydłem i skórami, z Ukrainą, skąd pochodziły dostawy potażu i saletry, a pośrednio z Moskwą, skąd w samym tylko roku 1600 dostarczono na rynek w Gnieźnie 800 000 skór. Kontakty zamorskie utrzymywano ze wszyskimi ruchliwymi rynkami handlowymi świata. Ogólna sytuacja podlegała stałym wahaniom. Ale dane statystyczne zebrane dla przykładowego r. 1641 dają przegląd ilości i zróżnicowania podstawowych artykułów: [170]
W tej epoce prosperity Gdańsk obsługiwał około trzech czwartych całego handlu zagranicznego Rzeczypospolitej. Jeśli chodzi o wiek XVIII, najdokładniejsze informacje o przewożonych towarach, cenach i trasach statków przetrwały w raportach francuskich residents w Gdańsku. W czasie wielkiej wojny północnej rząd w Paryżu był poważnie zaniepokojony wzrostem potęgi Rosji na Bałtyku oraz towarzyszącym mu upadkiem handlu francuskiego. Gdańsk odczuł ujemne skutki rosyjskiej blokady wybrzeża szwedzkiego i ostrej konkurencji Królewca. Francuskim urzędnikom w Gdańsku kazano zatem prowadzić dokładny rejestr działalności handlowej portu i przesyłać zgromadzone dane do Paryża. Pod koniec każdego roku sporządzano zestawienia danych dotyczących ilości, wartości oraz miejsca przeznaczenia lub pochodzenia wszelkich możliwych towarów - od bursztynu (surowego) po marynowanego jesiotra - wywiezionych na eksport lub importowanych podczas minionych dwunastu miesięcy. Sporządzano też notatki na temat wahań cen w Gdańsku, dla porównania z odpowiednimi informacjami dotyczącymi handlu francuskiego. Co jednak może najciekawsze, w rejestrach odnotowywano każdy statek, który zawijał do portu. Rejestr na dzień 23 października 1717 zawiera na przykład pełny wykaz ruchu statków pod koniec sezonu, w okresie pięciu tygodni, poczynając od końca września. (Por. tabela poniżej).
Trudno sobie wyobrazić, aby rząd francuski mógł rzeczywiście w jakiś istotny sposób wykorzystywać te raporty, ponieważ w grę wchodziło bardzo niewiele statków francuskich. Można podejrzewać, że handlowe zainteresowania wypełniały rezydentowi czas w długie zimowe wieczory wolne od wykonywania o wiele poważniejszych zadań związanych z jego rolą oficera wywiadu wojskowego. Francuzom o wiele bardziej zależało na informacjach dotyczących stanu rosyjskiej floty w Królewcu niż cen potażu w Gdańsku, chociaż kapitanowie Doring, Kambie i Rodgers prawdopodobnie byli w stanie dostarczyć im i jednych, i drugich danych.[171]
Skutki panującej sytuacji zaczęli w tym czasie odczuwać nie tylko kupcy francuscy. Kampanie okresu wielkiej wojny północnej i wojny domowe w Rzeczypospolitej zakłócały życie handlowe wewnątrz kraju, a popyt zewnętrzny zmniejszał się drastycznie. Opis sytuacji zawiera memorandum przygotowane przez grupę kupców brytyjskich w Gdańsku i przedłożone londyńskiej komisji handlowej przez posła króla Jerzego I w Polsce i Saksonii, Richarda Vernona:
Brytyjskie stosunki handlowe z miastem Dantzig w czasie ostatnich lat dwudziestu popadły pod wszystkimi względami w stan wyraźnie dającego się zauważyć upadku. Najbardziej oczywistymi przyczynami takiego stanu rzeczy jest długotrwała wojna, a także niedawna zaraza w Polsce, przez co kraj wielce zubożał, a w wielu miejscach także się wyludnił, zaś skutkiem tego znacznie zmalało spożycie wszelkich wyrobów zagranicznego pochodzenia. Ale mimo iż od owych klęsk cierpi wszelki w ogóle handel, upadek naszego, zwłaszcza zaś niektórych jego gałęzi, znajduje inne jeszcze przyczyny; a to:
1. Sukno z Północy. Dawniej sprzedawano tu bardzo znaczne ilości grubych sukien z Północy. Obecny spadek, czy niemal zanik tej gałęzi handlu nastąpił w znacznej mierze z tej przyczyny, iż grube sukna wytwarzają teraz manufaktury na Śląsku, te zaś (...) sprowadzane tu lądem i wolne od cła, sprzedawane są w dużych ilościach, czyniąc despekt sprzedaży naszych sukien, które, importowane drogą morską, obłożone są cłem bardzo wysokim (w latach ostatnich zwłaszcza przewyższającym znacznie cła w sąsiednim porcie Koenigsberg) (...)
2. Cieńsze gatunki falowanego i barwionego sukna noszone w Prusiech i w Polsce przywozi się obecnie z Holandii, skąd też - w stosunku do całego importu - sprowadzana ilość jest dziesięciokrotnie wyższa aniżeli poprzednio. Sukno holenderskie jest cienkie i lekkie, barwy zaś jego tanie i krzykliwe; tak jedno, jak i drugie ustępuje trwałością naszym wyrobom, odpowiada atoli gustom tych, którzy je tu kupują, a których zadowala materia, co wygląda okazale, zaś kosztuje niewiele.
3. Dawniej sprowadzano tu znaczne ilości bławatu, bądź bezpośrednio z Brytanii, bądź też przez brytyjskich pośredników. To zaś, co sprzedaje się dziś, pochodzi od obcokrajowców, którzy sprowadzają materię z Holandii i Hamburga, do których to miejsc przewożona jest z Brytanii w stanie nie ubarwionym (jako że farbiarnie tańsze są u nich niż w Brytanii); tam zaś jest barwiona i przygotowywana do sprzedaży. A przez to nie tylko korzyść z farbowania na miejscu, ale zysk ze sprzedaży materii za granicą zostają odjęte poddanym Jego Królewskiej Wysokości.
4. Ilość tytoniu sprowadzanego obecnie z Brytanii jest tak znikoma, iż możemy ten towar uznać za jedną ze straconych gałęzi naszego handlu. Zwijany tytoń angielski był dawniej jednym z najbardziej powszechnie tu sprzedawanych towarów, a używano go w bardzo znacznych ilościach. Ostatnio wszakże Holendrzy, osiągnąwszy wielki rozwój swego kraju, a takoż Niemcy, przetwarzając pewną roślinę z Wirginii, za cenę równą połowie tej, za którą zwykliśmy sprzedawać własny nasz towar, zaopatrują cały kraj (...) Spożycie tutaj liści tytoniowych z Wirginii i Marylandu takoż spadło znacznie, a większość zużytkowanych liści tytoniowych hoduje się na Pomorzu i stamtąd też sprowadza drogą lądową. Co się zaś tyczy śledzi, ołowiu, cyny, skóry i korzeni, to upadek handlu tymi towarami jest skutkiem wielkiego ubóstwa kraju. Handel korzenny prowadzą przede wszystkim Holendrzy, których zapasy są ogromne, zaś sposób życia niezwyczajnie oszczędny; kontentują się oni tak niewielkim zyskiem, że udało im się niemal w pełni przejąć całą tę gałąź handlu, odbierając ją Brytanii, a biorąc w ręce własne. Stąd do Brytanii wywozi się przede wszystkim płótno, drewno i potaż. Od czasu nałożonych niedawno w Brytanii opłat na mydło zaobserwowaliśmy, że ilość wywożonego stąd tam potażu maleje, rośnie zaś jego import do Holandii; zmiana ta wydaje się nam być spowodowana potajemnym przywozem mydła z Holandii do Brytanii, jako że wysokie cło zachęca ludzi do takowego postępowania, przez co Jego Wysokość nie tylko zostaje w nieuczciwy sposób pozbawiony dodatkowego cła za mydło importowane, ale takoż i opłat nakładanych na wszystkie ingrediencje, których użyto by, wytwarzając mydło w Anglii; nie wspominając o krzywdzie, jaką tego rodzaju potajemny handel czyni nam względem zatrudniania naszych ludzi i naszych statków.
William Morgan, William Hobman, Jonathan Beaumont, Joshua Kenworthy, Andrews Majoribanks, Will Miller, James Adies, John Roberts, Henry Culter, Alexander Coutts, John Wightman, Richard Wilson[172].
Na pierwszy rzut oka, najbardziej uderzającą cechą handlu zagranicznego Gdańska była niezwykła przewaga eksportu nad importem. Łączne dane dla Gdańska i Elbląga za rok 1565 wykazują niewiarygodny stosunek 6:1. W r. 1620 marszałek wielki koronny Mikołaj Wolski skarżył się, że stosunek ten wynosił już tylko 5:2. W r. 1641, sądząc z wpływów opłat celnych w Gdańsku, spadł on do 2:1. Gdyby bezkrytycznie przyjąć te cyfry, można by je traktować jako dowód bajecznej wprost zamożności. Ale - biorąc pod uwagę Rzeczpospolitą jako całość - obliczenie bilansu handlowego nie jest takie proste. Przeciwwagę dla dodatniego bilansu handlu morskiego w Gdańsku stanowiły z jednej strony przecieki złota i pieniędzy do handlu lądowego, zwłaszcza na południowym wschodzie, a z drugiej strony - działalność handlowa sąsiednich portów. Elbląg - rynek Kompanii Wschodniej - zajmował się importem sukna, a prowadzony tam handel zamykał się bilansem zerowym. Stanowiło to zapewne impuls dla trójstronnego przepływu kapitału między Gdańskiem, Elblągiem oraz wspólnym dla obu portów obszarem śródlądowym. Natomiast Królewiec, dominujący port basenu Niemna, był bezpośrednim konkurentem Gdańska; stąd wywożono towary przychodzące z Litwy i Prus Wschodnich oraz wwożono tam znaczne ilości sukna[173].
Dalsze problemy wyłaniają się w kontekście całości handlu bałtyckiego. Z opłat ad valorem w cieśninie Sund wynika jasno, że w XVII w. kupcy angielscy operowali znacznymi nadwyżkami. Nie jest jednak bynajmniej jasne, kto pokrywał deficyty. Pozostaje też wiele do zbadania w zawiłej dziedzinie kredytów. Stałą troską specjalistów jest dokładność różnorodnych wskaźników pomiaru czy reprezentatywność poszczególnych lat, które wybierają jako przykłady dla swych obliczeń. Brak jakichkolwiek ostatecznych wniosków. Można natomiast stwierdzić z wszelką pewnością, że dane dotyczące bilansu handlowego Gdańska za lata 1550-1650 nie oddają dokładnie ani ogólnego bilansu Rzeczypospolitej, ani też zmian, jakie zaszły w okresie późniejszym. Na chętnych niewątpliwie czekały możliwości zysku. Do r. 1650 ceny zboża w Amsterdamie były zazwyczaj dwukrotnie wyższe niż w Gdańsku; podobna różnica cen istniała też między Gdańskiem a poszczególnymi dzielnicami Polski. Przeciętne zyski za okres od r. 1600 do 1650 obliczono następująco: dla gdańskich pośredników w handlu żytem +29,7%, dla gdańskich pośredników w handlu pszenicą +28,6%, dla gdańskich pośredników w handlu potażem +43,5%, dla pszenicy eksportowanej do Hiszpani +83,4%, dla żyta eksportowanego do Amsterdamu +62,1%. Te dane - zwłaszcza dotyczące eksportu - mogą budzić poważne wątpliwości, przede wszystkim ze względu na zmieniającą się wartość pieniądza oraz wynikające z tych zmian straty na imporcie różnych towarów. Ale gdyby handel miał być z zasady nieopłacalny, trudno sobie wyobrazić, dlaczego tak wiele statków co roku z nadzieją zawijało do nabrzeży portu w Gdańsku[174].
Nie da się tego jednak powiedzieć o poszczególnych rejsach, których losy były równie kapryśne jak morskie wiatry. Tu i ówdzie zachowały się jednak zapiski, zawierające rozmaite szczegóły dotyczące rejsów podejmowanych przez ten czy inny statek. Przetrwał na przykład opis operacji handlowej podjętej przez niejakiego Tewesa Gerckena, Holendra, który w r. 1621 wysłał swój 40-łasztowy statek z Gdańska do Aberdeen. Aby samemu nie ponosić całego ryzyka, podzielił koszty wyprawy między pięciu innych właścicieli statków: Hansa Fossa, Frantza Fluckera, Wilhelma Bruna, Hansa Grefe i Hansa Schultze. Każdy z nich wykupił udział w wysokości jednej ósmej ogólnej wartości, z wyjątkiem Schultzego i samego Gerckena, którzy wykupili po dwie akcje. Gercken zabrał z Gdańska ładunek - prawdopodobnie zboże - który został sprzedany za sumę 533 złotych l0 groszy. Z Aberdeen wiózł 27 łasztów i 4 beczki węgla, kupione za 230 złotych, a następnie sprzedane w Gdańsku za 364 złote 10 groszy. Koszta obejmowały wynagrodzenie dla czterech żeglarzy i kucharza, koszt wyżywienia i zakwaterowania, opłaty portowe i paszportowe, odszkodowanie dla właściciela statku, uszkodzonego wskutek zderzenia w cieśninie Sund, oraz koszty napraw (patrz tabela na s. 269). Po zakończeniu rejsu każdy z udziałowców otrzymał sumę 61 złotych 20 groszy od akcji. Przyjąwszy, że wstępne koszta zamykały się sumą 432 złotych (czyli 54 od każdej akcji), zysk wyniósł około 14% w okresie mniej więcej jednego miesiąca. Innymi słowy, mimo zderzenia w cieśninie, rejs okazał się opłacalny[175].
Powrót Gerckena do Gdańska - podobnie jak powrót setek innych kapitanów statków handlowych - stanowił ostatnie ogniwo w łańcuchu kolejnych etapów handlu wzdłuż szlaku na Wiśle. Zapotrzebowanie zagranicy na zboże, które było pierwszym motywem podejmowanych operacji, zostało zaspokojone. Producent przywiózł polskie ziarno Wisłą do Gdańska, gdzie kupił je gdański kupiec; ten sprzedał je holenderskiemu eksporterowi, który z kolei dowiózł je do zagranicznego portu. Statki powróciły stamtąd z ładunkiem importowanych towarów i teraz czekały z pustymi lukami na następny ładunek zboża. Kolejny cykl był zakończony.
Społeczne następstwa handlu zbożowego na Wiśle stanowią przedmiot nieustających kontrowersji, a sprzeczne ze sobą wnioski nie pozwalają badaczowi na stworzenie sobie jasnego obrazu. Przy obecnym stanie badań byłoby rzeczą rażącą twierdzić ponad wszelką wątpliwość, że w Rzeczypospolitej Polski i Litwy istotnie miało miejsce zjawisko zwane „poddaństwem spowodowanym przez rozwój eksportu”; wzrost feudalnych świadczeń był spowodowany wyłącznie presją ekonomiczną w związku z rozwojem handlu zbożowego. Z drugiej strony byłoby rzeczą nierozsądną przeczyć, że imponującemu wzrostowi eksportu zboża towarzyszyło znaczne zaostrzenie się warunków poddaństwa chłopów oraz że w w. XVI i na początku w. XVII te bliźniacze procesy społeczno-gospodarcze były ze sobą w ten czy inny sposób ściśle związane. Według jednej z możliwych do przyjęcia teorii, rosnące ceny w Gdańsku stwarzały ciągłe zapotrzebowanie na zboże, co z kolei oznaczało coraz większy nacisk na jedyny element gospodarki wiejskiej, który można było bardziej intensywnie eksploatować: na siłę roboczą. Aby sprostać zapotrzebowaniu, właściciele ziemscy wymagali od swoich chłopów więcej pracy oraz życia w bardziej uciążliwych warunkach. Jako jedyna warstwa posiadająca prawo reprezentacji w sejmie, szlachta mogła bez trudu przekonać zarówno króla, jak i sejm, aby zmienili prawa na jej korzyść, prawa istniejące zaś mogła stosować zgodnie z własnymi interesami. Chłopi, którzy na ogół nie byli w stanie współzawodniczyć na otwartych rynkach z większymi producentami, stopniowo dochodzili do przekonania, że posłuszeństwo wobec nowych warunków poddaństwa jest ostatecznie czymś lepszym niż próby płynięcia pod prąd na starą modłę, które oznaczały wprawdzie wolność, ale także coraz większe ryzyko i coraz dotkliwszy głód. To nie handel na Wiśle stworzył pańszczyznę. Prawo pana do egzekwowania darmowych świadczeń w formie pracy na roli istniało o wiele wcześniej. Handel zbożowy jedynie przyspieszył rozwój tendencji, które już dawniej stawały się widoczne. Podobnie jak handel bawełną w Ameryce, doprowadził on do skrajności istniejącą wcześniej nierówność między właścicielami ziemi a robotnikami, a gdy prawo trwale usankcjonowało absolutną władzę jednych nad drugimi, zjawisko o charakterze przypadkowym przekształciło się w podstawę życia społecznego i gospodarczego. Stosunki pańszczyźniane w Polsce i na Litwie ustaliły się mniej więcej w tym samym okresie co niewolnictwo w Ameryce i trwały prawie tak samo długo. Widziane w szerszym kontekście, zjawisko to mieści się w ramach owej drugiej fali poddaństwa, której nadejście obserwowano w różnych częściach Europy Wschodniej i Środkowej, a której nadano ogólną nazwę „wtórnego poddaństwa”[176].
Z punktu widzenia chłopa, sedno poddaństwa tkwiło w poczuciu bezpieczeństwa posiadania, jakie obiecywało ono rodzinom niezdolnym do zapewnienia sobie utrzymania w ramach gospodarki opartej na pieniądzu. Oddając swoją siłę roboczą do dyspozycji pana, chłop otrzymywał w zamian gwarancję posiadania rodzinnej działki ziemi, którą w innej sytuacji być może musiałby sprzedać. Tak długo, jak warunki poddaństwa były do zniesienia, poddaństwo uważano za poprawę - żeby nie powiedzieć postępową zmianę losu chłopa. Podczas gdy pan mógł zmusić chłopa do posłuszeństwa groźbą rugów, chłopi mogli łatwo zrujnować pana lenistwem, pijaństwem, sabotażem, podpaleniem, a w ostateczności groźbą ucieczki. Szlachcic, który obrażał swych chłopów lub przepędzał ich ze swej ziemi, sam szukał własnego nieszczęścia. We wspólnym interesie i pana, i chłopa wyraźnie leżała współpraca w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Mimo to na przestrzeni XVI w. warunki poddaństwa uległy pogorszeniu. W 1496 r. wydano zarządzenie głoszące, że z każdej wsi wyjechać mógł tylko jeden chłop rocznie i to tylko w celach, które uzyskały aprobatę jego pana: do szkół lub do nauki rzemiosła. W ten sposób masy chłopstwa zostały skutecznie przywiązane do ziemi. Począwszy od r. 1518 sądy królewskie były zamknięte dla chłopa, który chciałby wnieść skargę przeciwko swemu panu. Odtąd chłopi poddani w majątkach szlacheckich pozostawali wyłącznie na łasce dziedziców. Zależeli od nich nie tylko w sensie prawnym, ale i pod względem gospodarczym; a zależność ta obejmowała wszelkie najdrobniejsze sprawy życia codziennego: potrzebowali ich zgody na zawarcie małżeństwa, na wyjazd na targ, na pójście do szkoły. Oprócz wzrastających świadczeń w robociźnie, musieli płacić czynsz w gotówce lub naturze panu, dziesięcinę księdzu i podatek królowi.
Stratyfikacja w obrębie warstwy chłopskiej utrzymywała się nadal, chociaż uległa zmianom. Niewielka grupa zamożnych chłopów zdołała się oprzeć postępującemu poddaństwu. Kupując sobie zwolnienie ze świadczeń pańszczyźnianych, zachowali wolność osobistą; zatrudniając najemników - uczestniczyli w dobrodziejstwach, jakie dawało posiadanie ziemi. Wszyscy byli na drodze do społecznego awansu - włączenia się w szeregi albo zajmującej się handlem burżuazji, albo nawet szlachty. Jednak ogólnie rzecz biorąc, dawna samowystarczalność gospodarcza niezależnych chłopów - znanych pod nazwą kmieci, gburów lub włókników - była coraz bardziej ograniczona i nieuchronnie popadali oni w mniejszą lub większą zależność od mieszkającej w sąsiedztwie szlachty. Natomiast bardziej liczna grupa chłopów małorolnych - znanych jako zagrodnicy, chałupnicy lub ogrodnicy - stała się głównym źródłem zasilającym coraz liczniejsze szeregi chłopów poddanych. Rzecz dziwna, najbiedniejsza warstwa chłopów bezrolnych - komorników, kątników i parobków - stanowiła mniejszą pokusę dla ewentualnego przyszłego pana, ponieważ nie posiadała ziemi i dzięki temu miała większą szansę uniknięcia losu, jaki ich współbraciom narzucał feudalizm. Nadal utrzymywały się istotne różnice między poszczególnymi regionami kraju. W Prusach Królewskich dzierżawa gruntów i czynsze w gotówce były w dalszym ciągu istotnym elementem sektora wiejskiego. Natomiast na Litwie, gdzie gospodarka folwarczna rozwijała się powoli, rentę płacono zazwyczaj w naturze. Na Podolu i Ukrainie, na terenach kolonizacji szlacheckiej, chłopscy pionierzy byli na pierwsze dziesięć, dwadzieścia lub nawet trzydzieści lat zwalniani z obowiązku odrabiania pańszczyzny.
Na wsi polskiej podstawową instytucją związaną z powstaniem stosunków poddaństwa był folwark - majątek dworski specjalnie przystosowany do skutecznego wykorzystywania siły roboczej chłopa i - w ramach technicznych ograniczeń epoki - nastawiony na maksymalną produkcję zboża. Nazwa wywodzi się od niemieckiego słowa Vorwerk, które początkowo oznaczało „zabudowania przylegające do dworu”, później zaś „gospodarstwo dworskie”. W ciągu ponad 300 lat stał się charakterystyczną cechą polskiej wsi, wyciskając piętno zarówno na strukturze polskiego społeczeństwa, jak i na topografii kraju. (Patrz Mapa 14).
Mapa 14. Owieczki - folwark szlachecki (1797)
Folwark powstał z dawniejszych wspólnot wiejskich, jakie już wcześniej tworzyły się wokół szlacheckiego dworu; jego poprzednikiem były średniowieczne praedia militaria - „majątki wojskowe”, stworzone dla zapewnienia utrzymania rycerstwa. Stopniowo nabierał nowego kształtu - przez rozrastanie się pól szlacheckich kosztem gruntów chłopskich, przez zakup ziemi na drodze umów lub też wchłaniając nieużytki, lasy i nie uprawiane wcześniej grunty orne. Ponieważ był zależny od chłopskiej siły roboczej, rugi chłopskie nie przynosiły mu korzyści, natomiast dawny system wąskich pasów pól z czasem przekształcił się w sieć rozległych pól dworskich; osobny mniejszy obszar przeznaczony był na indywidualne poletka chłopskie. Obliczono, że w latach 1560-70 przeciętne rozmiary folwarku w Królestwie Polskim - z wyłączeniem Prus - wynosiły 3,6 łana, czyli 60 hektarów. Chociaż niektóre wielkie majątki kościelne osiągały rozmiary 20 łanów (ok. 330 hektarów) i obejmowały kilkanaście osad, inne zajmowały zaledwie l łan (ok. 16,5 hektara). Typowy układ - chłopskie chaty skupione wokół dworu i zabudowań dworskich - pozostał nie zmieniony do XIX w. Dopiero wówczas - wraz z upadkiem poddaństwa i systemu świadczeń pańszczyźnianych - rugi chłopskie i przywłaszczanie gruntów spowodowały ponowną zmianę tego modelu.
W żadnym okresie system folwarczny nie zmonopolizował jednak areału gruntów ornych. Według danych zawartych w Lustracji z lat 1564-66, obejmującej 1940 wsi położonych w dobrach królewskich Korony, zaledwie 591, czyli mniej niż jedna trzecia, pozostawało pod zarządem folwarków. Z inwentarzy latyfundium Lubomirskich z r. 1739 wynika, że na 940 wsi było 213 folwarków.
Wśród średniej szlachty typowym modelem gospodarki było zarządzanie majątkiem dworskim na zasadzie folwarku, z jednoczesnym zachowaniem w kilku wsiach odwiecznego' systemu wąskich poletek dzierżawionych chłopom. Siła robocza folwarku dzieliła się na dwie odrębne kategorie: chłopów poddanych mających w dzierżawie działki ziemi oraz personelu wykonującego określone funkcje. Chłopi poddani - zazwyczaj od 15 do 20 rodzin - uprawiali prywatne poletka, które stanowiły źródło ich utrzymania, w zamian za co dostarczali bezpłatnej siły roboczej do pracy na ziemiach folwarcznych. W okresie średniowiecza wymogi w zakresie świadczeń nie były zbyt wielkie: były to albo jutrzyny, czyli obowiązek uprawiania określonej dodatkowej działki ziemi w czasie wolnym od pracy na polu dziedzica, albo też przypadkowa robocizna, czyli obowiązek przepracowania 4, 6, 12 lub 20 dniówek w roku, lub też zgłaszanie się do pracy „na prośbę dziedzica” przy żniwach czy omłotach. W w. XVI upowszechniła się zasada pańszczyzny tygodniowej. W pierwszej połowie wieku żądano l lub 2 dni pracy od wschodu do zachodu słońca od każdego łanu chłopskich pól. W drugiej połowie wymiar pańszczyzny podniesiono do 3 i 4 dniówek na tydzień. W w. XVIII żądano już 6,7 lub nawet 8 dniówek. Praktycznie rzecz biorąc, ojciec rodziny chłopskiej, a może także jeden lub kilku z jego synów spędzali większość czasu, pracując na polach pana, podczas gdy na barkach matki i młodszych dzieci spoczywał obowiązek uprawiania własnej ziemi i zażegnywania widma głodu[177].
Druga grupa pracowników folwarku, licząca 7 czy 8 osób, żyła w mniej uciążliwych warunkach. W większych wsiach władzę sprawował sołtys (Schultheiss), urzędnik, który był prawdopodobnie bardziej pośrednikiem dziedzica w zakresie jurysdykcji niż - jak niegdyś przypuszczano - najwyższym urzędnikiem samorządu chłopskiego na poziomie wspólnoty lokalnej. Był on w każdym razie posiadaczem większej ilości gruntów, zwolnionych z obowiązku pańszczyzny, otrzymywał także jedną szóstą ogółu rent dzierżawnych oraz jedną trzecią dochodów sądu wiejskiego. Włodarz pełnił obowiązki nadzorcy prac polowych. Jego grunty także były zwolnione od obowiązku pańszczyźnianego. Jeśli zarządzaniem folwarku nie zajmował się sam dziedzic, funkcję tę pełnił płatny dwornik, nadzór zaś nad żeńską czeladzią sprawowała dworka. W pobliżu dworu mieszkali: woźnica, parobek, pasterz, owczarz i dojarki; otrzymywali oni ubrania, obuwie, codzienne posiłki oraz wypłacane na święta Bożego Narodzenia niewielkie roczne wynagrodzenie w wysokości 36-60 groszy.
Z tych szczegółów wynika wyraźnie, że jak na współczesne normy stopień specjalizacji w rolnictwie był bardzo niski. Zarządca folwarku mógł myśleć o wyprodukowaniu nadwyżki zboża, dopiero gdy osiągnął samowystarczalność w produkcji mleka, mięsa, wełny, chleba, jarzyn, skóry, piwa i wszystkich innych produktów, które były w danym momencie niezbędne. Przeciętny dochód w gotówce z typowego folwarku szlacheckiego w r. 1565 obliczono na 239 złotych rocznie w Małopolsce i 142 złote w Wielkopolsce; ogólna średnia wynosiła 186 złotych. W mniej wydajnych większych majątkach koronnych, kościelnych lub magnackich folwarki przyniosły mniejsze dochody. Nie da się jednak porównać dochodu otrzymywanego ogółem z folwarków - 48 złotych od łana ziemi uprawnej - ze skromną sumą 2,5 złotego dochodu z łana ziemi chłopskiej. Jest oczywiście faktem, że istotny wkład w dochód folwarku stanowiła bezpłatna praca, która w innych warunkach mogłaby się przyczynić do wzrostu dochodu z chłopskich działek. W każdym razie rozbieżność była ogromna. System gospodarki folwarcznej działał zgodnie z zasadą zapewnienia chłopu minimum ziemi i zabezpieczenia przy jednoczesnej maksymalizacji zysków w gotówce dziedzica[178].
Z przyczyn, które nie zostały w pełni wyjaśnione, pod koniec XVI w. wydajność folwarków osiągnęła poziom, którego już nigdy nie przekroczyła. Aż do tego momentu intensyfikację poddaństwa można uważać za jeden z elementów reakcji na perspektywę podniesienia dobrobytu. Później należy się w niej dopatrywać środka stanowiącego próbę zapobieżenia obniżaniu się stopy życiowej. Impulsem dla rozwoju poddaństwa były więc - w sposób paradoksalny - zarówno rozwój, jak i upadek handlu zbożowego wzdłuż Wisły. Jak się okazało, ziarno nie było najlepszym towarem, na którym dałoby się opierać losy państwa i społeczeństwa. Handel zbożowy nie pociągnął za sobą rozwoju zbyt wielu nowych umiejętności, technik czy form organizacji. Nie wymagał żadnych procesów przemysłowych - poza młynarstwem - ani żadnych surowców, których import mógłby zrównoważyć eksport owoców pracy wsi. Sprzyjał znacznemu importowi zagranicznych środków płatniczych, które natychmiast wydawano na przedmioty zbytku obcego pochodzenia. Nie przyczynił się natomiast zupełnie do przełamania braku ruchliwości wiejskiej społeczności rolniczej. Przeciwnie - mocniej niż kiedykolwiek przedtem przywiązywał chłopów do ziemi, zdławił rozwój miast i ugruntował rosnącą przewagę interesów ziemiaństwa. Krótko mówiąc, za cenę kilku dziesięcioleci powierzchownego dobrobytu utrwalił i umocnił najgorsze cechy gospodarki średniowiecznej, jednocześnie uniemożliwiając rozwój tej różnorodności i elastyczności, która gospodarkom silniejszym pozwoliła rozrastać się i skutecznie stawić czoło przeciwnościom.
O ileż lepiej powiodło się Anglii, której owce wcześnie zdołały się przegryźć przez feudalizm, czy Szwecji, której maleńki naród wykuł ze swego żelaza miecz ambicji obejmujących cały kontynent!
Szczególnie niewielkie korzyści wyniosło z handlu zbożowego państwo. Producenci walczyli o ustanowienie takich praw własności i takiego systemu opodatkowania, które służyłyby ich własnym interesom. Szlachta nie płaciła akcyz ani od własnych produktów, ani od dóbr przeznaczonych na własny użytek. Wysokość podatków ustalano w zależności od ilości posiadanej ziemi, a nie w zależności od wysokości produkcji czy dochodów. Oznaczało to, że aktywny i dobrze gospodarujący producent płacił tyle samo, co jego bierny i leniwy sąsiad. W latach pomyślnych wzrastający dobrobyt przynosił państwu tylko niewielkie korzyści i nie gromadziło ono żadnych funduszy, które pomogłyby przetrwać lata ciężkie, gdy poziom podatków był z konieczności niski. W latach późniejszych system podatków centralnych niemal zupełnie przestał istnieć. Od r. 1585 królowi przysługiwała połowa opłat portowych pobieranych w Gdańsku oraz dochody z tytułu myta za przewóz towarów Wisłą; a nie były to sumy małe. (Uważa się, że w latach 1626-29, kiedy kontrolę nad handlem na Wiśle sprawował Gustaw Adolf, dochody z opłat przewozowych pokryły jedną czwartą ogółu kosztów poniesionych w związku z wojną z Niemcami). Były one jednak wręcz groszowe w porównaniu z zyskami z handlu zbożowego w okresie jego szczytowego rozwoju. Sumy naprawdę duże wędrowały za granicę jako zyski holenderskich przedsiębiorców lub pozostawały w Gdańsku w kufrach finansistów, właścicieli manufaktur i kupców.
Gdańscy patrycjusze byli równie zamożni jak wielcy magnaci, z których wielu było zresztą u gdańszczan zadłużonych po uszy. Ci, którzy skarżyli się na lichwiarskie procenty pożyczek - wynosiły one od 18% do 20% i były trzy lub cztery razy wyższe od procentów obowiązujących w operacjach między samymi gdańszczanami - czy też na bezwstydne przekupstwo stosowane wobec wybitnych polityków, wkrótce odkrywali, że praktycznie rzecz biorąc, niewiele da się w tej sprawie zrobić. Król Stefan Batory powiedział kiedyś ze smutkiem, że „gdańszczanie strzelają złotymi kulami”. W r. 1637 sam Władysław IV pożyczył od gdańszczanina Georga Hawelki sumę l miliona złotych. Gdańsk żył - i to dobrze - z Rzeczypospolitej. Pod niejednym względem handel wzdłuż szlaku na Wiśle był interesem korzystnym tylko dla jednej ze stron.
Upadek handlu zbożowego po r. 1648 zbiegł się z upadkiem potęgi i dobrobytu całej Rzeczypospolitej. Wielu współczesnych historyków byłoby skłonnych twierdzić, że pierwsze stało się przyczyną drugiego. Inni - przecząc istnieniu tak ścisłego związku przyczynowego między życiem gospodarczym i politycznym - musieliby mimo to przyznać, że jest to zbieg okoliczności raczej dość niezwykły. Niemal wszystkie dostępne wskaźniki nieuchronnie prowadzą do wniosku, że w połowie XVII w. w Rzeczypospolitej Polski i Litwy rozpoczął się nieodwracalny proces regresu gospodarczego[179]. W r. 1750 gospodarka kraju była już znacznie słabsza, jego mieszkańcy zaś znacznie biedniejsi niż dwa wieki wcześniej. Badania stanu dóbr arcybiskupa gnieźnieńskiego, rozproszonych na terenie całej Korony, wskazują, że nie tylko dramatycznie spadła produkcja rolna, ale również dramatycznie pogorszyły się metody uprawy. Jeśli się przyjmie rok 1500 za wskaźnik równy 100, cyfry wykazują stały wzrost na przestrzeni XVI w., katastroficzny spadek w drugiej połowie XVII w. i tylko częściową poprawę w w. XVIII:
Na tym przykładzie widać, że jedynym sektorem, w którym nastąpiła w ogóle jakaś poprawa, była produkcja zboża w gospodarstwach folwarcznych[180]. Co najgorsze, wydajność zbóż spadła do poziomu z okresu średniowiecza. Przeciętna wydajność produkcji wynosiła około r. 1750 l:3 dla żyta i l:3,5 dla pszenicy; analogiczne wskaźniki dla roku 1600 wynoszą odpowiednio l:3,5 i l:5[181]. Masy ludności pracowały coraz ciężej, a ich trud przynosił coraz mniejsze owoce. Podobnie przedstawiała się sytuacja w handlu zbożowym. Chociaż różni badacze posługują się różnymi metodami pomiaru, uzyskane przez nich wyniki wykazują te same prawidłowości. Po szczytowym okresie prosperity w latach 1618-19 liczby nigdy już nie powracają do poprzedniego poziomu. Dziesięciolecia wojenne - lata pięćdziesiąte XVII w., pierwsza dekada w. XVIII oraz lata trzydzieste w. XVIII - były okresami gwałtownego spadku do jednej czwartej poziomu z r. 1618. W okresach między wojnami coraz rzadsze skoki w górę nigdy nie przekraczają dwóch trzecich wartości odnotowanych dla początku XVII w. Dane z pracy Mączaka, dotyczące ilości zboża przewożonego z Gdańska przez cieśniny duńskie, stanowią typowy przykład:
1618 - 85 000 łasztów
1644 - 59 000 łasztów
1669 - 47 000 łasztów
1680-90 (średnia roczna) - 48 000 łasztów
1700-20 (średnia roczna) - 20 000 łasztów
1724 - 54 000 łasztów
1731-50 (średnia roczna) - 20 000 łasztów
1751 - 50 000 łasztów[182]
Inne źródła potwierdzają, że w r. 1751 Rzeczpospolita przekroczyła magiczną barierę 100000 łasztów wyeksportowanego zboża po raz pierwszy i jedyny od r. 1619. Był to ostatni zryw konającego handlu. Niewątpliwie wielką krzywdę wyrządzały handlowi wzdłuż wiślanego szlaku wojny. Zwłaszcza w latach między r. 1648 a 1660, gdy Polskę zalewały kolejne fale najeźdźców, straty były równie katastrofalne jak straty spowodowane przez wojnę trzydziestoletnią w Niemczech. Rzeczpospolita straciła ogółem jedną czwartą swoich mieszkańców, co za jednym zamachem zniwelowało cały przyrost naturalny poprzedniego stulecia. W Prusach Królewskich śmiertelność wynosiła aż 60%, w miastach Mazowsza - 70%. W r. 1655 sam tylko Gdańsk stracił w wyniku zarazy i oblężenia 9000 mieszkańców. W Oświęcimiu z 500 domów po szwedzkim najeździe pozostało 15. Na wsi jedne majątki i dwory plądrowano i równano z ziemią, inne zaś popadały w ruinę na skutek konfiskaty całego inwentarza. Równie dotkliwe straty przyniosła wielka wojna północna, wojny o sukcesję - polska i austriacka, wojna siedmioletnia oraz wojny okresu rozbiorów. W takich momentach podróż w dół Wisły tratwami wyładowanymi żywnością nie była najlepszym pomysłem.
Same zniszczenia nie tłumaczą jednak wszystkiego. W niektórych częściach Europy - na przykład w sąsiednich Czechach - niepowodzenia XVII w. stały się bodźcem dla przyszłego rozwoju. W przypadku Polski należy szukać wyjaśnienia nie tylko klęski lat wojennych, ale przede wszystkim - braku poprawy sytuacji w latach pokoju. Współcześni historycy polscy głównej przyczyny tego stanu rzeczy upatrują w systemie agrarnym, uważając poddaństwo i gospodarkę folwarczną za główne elementy błędnego koła rosnącego wyzysku i malejących zysków. Inni przywiązują równie wielką wagę do wzrastających deficytów zarówno w dziedzinie popytu, jak i podaży. Już w latach czterdziestych XVII w. - przed okresem wojen - wzrost rejsów balastowych z Gdańska z 5,7% w r. 1641 do 20,5% w r. 1648 wskazuje na fakt, że zagraniczni przewoźnicy nie byli w stanie kupić zboża w wystarczającej ilości lub po właściwych cenach[183]. W latach pięćdziesiątych XVII w., gdy kupcy holenderscy znów oferowali w Gdańsku rekordowo wysokie ceny, nie mogli mimo to wypełnić luków swoich statków.
Później warunki w Europie Zachodniej uległy zmianie i popyt na zboże spadł. Wielkie połacie Niderlandów, Francji i wschodniej Anglii zostały osuszone i przekształcone w tereny uprawy zbóż. Francuzi i Anglicy stopniowo dogonili i wyprzedzili holenderski moederhandel, wprowadzając zapotrzebowanie na nowe towary i nowe trasy morskie. Wraz ze zmianą struktury rynku i spadkiem różnic w cenach malały bodźce, skłaniające przedsiębiorców do wysyłania statków do Gdańska. Przerwa w ciągłości handlu, jaka nastąpiła w czasie od r. 1648 do 1658, wystarczyła do przełamania wytworzonych nawyków i zerwania kontaktów nawiązanych na przestrzeni poprzedniego stulecia. Jak silnik, któremu zabrakło paliwa, handel zbożowy zgasł i choć go ponownie zapalano, nigdy już nie pracował powyżej połowy pełnej mocy. Popadł w błędne koło kryzysu zaufania: malejący popyt w coraz większym stopniu niszczył zdolność producenta do zapewnienia podaży. Skoro statki amsterdamskiej floty przestały się pojawiać u nabrzeży portu w Gdańsku tak licznie jak dawniej, szlachcic polski był coraz mniej skłonny do podejmowania ryzyka długiej podróży wzdłuż rzeki z ładunkiem zboża; a skoro już nie zawarto z góry kontraktu dotyczącego warunków sprzedaży, malała jego szansa na zapewnienie znacznej nadwyżki produkcji w następnym sezonie. W ten sposób stawiał się w sytuacji, w której nie byłby w stanie sprostać dawnym wymogom popytu, nawet gdyby ten dawny poziom udało mu się znów osiągnąć. Raz zatrzymane koło trudno było ponownie wprawić w ruch, zachodni przedsiębiorca musiał mieć zaufanie do polskiego rynku, zanim wysłał swoją flotę na Bałtyk - w tej samej mierze, w jakiej polski producent musiał mieć zaufanie do zagranicznego popytu, zanim obsiał swoje pole. Wystarczyło, że to wzajemne zaufanie raz się zachwiało, żeby handel zbożowy nie mógł się rozwijać, nawet gdyby wiały pomyślne wiatry, a zboże rosło wysoko.
Dodatkową przeszkodą w przezwyciężaniu regresu gospodarczego była decentralizacja państwa polsko-litewskiego. W sąsiednich Prusach, których niezależna egzystencja rozpoczęła się w trakcie prowadzonej przez Rzeczpospolitą wojny ze Szwecją, równie poważne problemy gospodarcze przezwyciężano dzięki inicjatywie państwa. Merkantylizm Hohenzollernów, których poborcy podatkowi przewyższali bezwzględnością i nieustępliwością pruskich grenadierów, doprowadził piaszczyste nieużytki Brandenburgii do pełni rozkwitu i umożliwił Królewcowi przejęcie po Gdańsku supremacji nad południowym wybrzeżem Bałtyku. W Rzeczypospolitej takie metody były po prostu niedopuszczalne. Król nie miał ani możliwości, ani okazji przejąć od sejmików ziemskich kontroli nad sprawami gospodarczymi, sejmiki zaś nie dysponowały żadnymi środkami służącymi wzajemnej koordynacji podejmowanych działań i nie były w stanie zainicjować niczego, co przypominałoby narodową politykę gospodarczą.
Zanik zagranicznego popytu, który stanowił tak charakterystyczny bodziec dla gospodarki Rzeczypospolitej w XVI w., stał się początkiem regresu społecznego i gospodarczego na szerszą skalę. Rozwój miast uległ zahamowaniu. Dla mieszczan i Żydów, którym rozwijający się handel przyniósł dobrobyt, nadeszły ciężkie czasy i popadali oni w coraz większą zależność od szlachty. „Średnia szlachta”, która zajmowała tak wybitną pozycję w życiu gospodarczym i politycznym poprzedniego okresu, nie była już w stanie tej pozycji utrzymać. W braku wystarczających powodów do podejmowania wysiłków stopniowo upadał w niej duch przedsiębiorczości ojców, a w miarę spadku zysków zaczęła wyprzedawać nagromadzone dawniej dobra. W rezultacie stawała się w jeszcze większym stopniu skazana na łaskę poborców i lichwiarzy, a w sferze politycznej - na schlebianie możnym patronom.
Zyski przypadały niemal wyłącznie magnatom. Omijali oni większe miasta i wykupywali mniejsze; nakłaniali Żydów do większej aktywności w służbie swoich własnych interesów, wywierali nacisk na niezależne ziemiaństwo. Na rynku handlu ziemianie mieli poważnych konkurentów i stopniowo utworzyli latyfundia o nieporównywalnych z niczym rozmiarach. Jedynie poddaństwo nie wykazywało żadnych tendencji do odwrotu. Chłopów poddanych, którzy przez cały XVI w. harowali, budując prosperity Złotego Wieku Rzeczypospolitej, teraz pędzono do jeszcze cięższej pracy nad łagodzeniem skutków jej niepowodzeń.
Pogorszenie się sytuacji gospodarczej przejawiało się w kategoriach zarówno jakościowych, jak ilościowych. W świecie, który nie nagradzał inicjatywy, w zapomnienie poszły nawyki i umiejętności epoki dobrobytu. Szesnastowieczna biegłość w dziedzinie handlu nie znalazła odpowiednika w w. XVIII; metody stosowane w rolnictwie uległy pogorszeniu, ludzie byli teraz ubożsi nie tylko pod względem zarobków, ale także gorzej się ubierali i gorzej jedli. Pozbawieni możliwości wydawania pieniędzy, nie mogli stymulować rozwoju rynku detalicznego ani warsztatów przemysłowych. Ponieważ byli biedni, nie można ich było skutecznie opodatkować, a tym samym nie było ich stać na zapewnienie sobie obrony.
Scena była przygotowana do rozpoczęcia sarmackiej idylli epoki saskiej, kiedy to przedłużająca się bieda zrodziła ignorancję i apatię. Gdy nad głowami zaczęły krążyć międzynarodowe sępy, zbiedniała Rzeczpospolita odkryła, że jest zbyt słaba, aby móc stawić opór. W tym sensie w upadku handlu zbożowego i ogólnym rozkładzie życia gospodarczego należy upatrywać nieuchronnego preludium do rozbiorów.
Dziś - w dwa wieki później - z dawnej chwały Wisły pozostało bardzo niewiele. Handel rzeczny już nigdy się nie odrodził, a pod rządami pruskimi jeszcze bardziej podupadł. Sama Wisła płynie bardzo spokojnie; na długich odcinkach jest nieżeglowna. Ponieważ wałów nigdy nie przedłużono, tak by objęły środkowy bieg rzeki, gdzie powodzie są zjawiskiem typowym dla okolicy, jest zupełnie nieprzydatna do celów współczesnego transportu wodnego, który używa takich jednostek, jakie kursują regularnie po Renie, Rodanie czy Dunaju. Pojawiło się kilka współczesnych znaków rozpoznawczych - rafineria w Płocku, zakłady chemiczne w Puławach. Warszawa, niemal całkowicie zniszczona w 1944 r., została przywrócona do życia jako miasto ze szkła i betonu. Natomiast Kazimierz Dolny, ze swoimi wspaniałymi renesansowymi spichrzami, czy Włocławek, ze swymi sennymi kamieniczkami przy nabrzeżu, zmieniły się niewiele od czasu, gdy w 1595 r. przepływał obok nich Sebastian Klonowic. Dawny Danzig zniknął jednak na zawsze. Jako Gdańsk stał się miastem zupełnie nowym i polskim. W ciągu 152 lat rządów pruskich - w latach od 1793 do 1945 - zatracił wszelką pamięć o swych wcześniejszych polskich powiązaniach. W XIX w. jego niemieckich obywateli powołano pod sztandary niemieckiego nacjonalizmu. W latach trzydziestych XX w. ich masowe nawrócenie się na narodowy socjalizm odegrało istotną rolę w poprzedzającym wojnę kryzysie. W latach 1945-46 tych spośród nich, którzy jeszcze nie zdołali uciec, deportowano do Niemiec Zachodnich, aby zrobić miejsce dla polskich imigrantów ze Związku Radzieckiego. W rezultacie po raz pierwszy w historii miasto zamieszkuje wyłącznie ludność polska. Przybysz z Warszawy nie musi mówić po łacinie, aby się móc porozumieć. Ruiny z czasów wojny uprzątnięto. Historyczne pomniki odbudowano i nadano im nowe imiona. Stary Ordensmuehle wybudowany przez Krzyżaków w 1350 r. jest dziś po prostu Wielkim Młynem. Protestancka Marienkirche z tryptykiem pędzla Memlinga jest dziś katolickim kościołem Mariackim; dawny miejski Artushof, ze swoim słynnym żebrowym sklepieniem z 1546 r., to dziś Dwór Artusa; niepowtarzalny Krantor, który niegdyś spoglądał z góry na rzekę o nazwie Mottlau, dziś jako Żuraw patrzy w dół na Motławę. Pruskiego pomnika wystawionego Pierwszemu Pułkowi Leibhusaren nie da się odszukać wcale. W świetle okropności drugiej wojny światowej i hitlerowskiej okupacji staje się rzeczą zrozumiałą, że mieszkańców dzisiejszego Gdańska niewiele obchodzi niemiecka przeszłość ich miasta. Władze dokładają zresztą wielu starań, aby ją ukryć. Ludziom byłoby bardzo trudno pojąć czasy, w których niemieccy obywatele Gdańska byli lojalnymi poddanymi Polski; zresztą na razie po prostu nie chcą wiedzieć. Przeminęła też sztuka spływu tratwami. Żeby zaznać przyjemności spływu, współczesny podróżnik musi udać się do Czorsztyna nad Dunajcem, ponad 700 kilometrów od morza, gdzie górale w starych strojach ludowych przewożą grupy żądnych wrażeń turystów przez przełom Dunajca. Flisak, który prowadzi ich tratwę przez spienioną kipiel, ma na głowie kapelusz ozdobiony szesnastoma parami morskich muszelek. Bardzo chętnie opowiada swoim pasażerom, jak to każda para upamiętnia jedną z szesnastu podróży nad morze, których niegdyś wymagano od młodego chłopca, zanim pozwolono mu na stałe zostać w domu i poszukać sobie żony. To piękna opowieść, ale, jak wiele innych opowieści z dziejów Wisły, nie jest dziś prawie niczym więcej niż tylko pisaną na wodzie legendą.
Wielkie miasta nigdy nie odgrywały zbyt doniosłej roli w polskiej kulturze. Ich początki w epoce średniowiecza wykazywały tak silne powiązania niemieckie, że przez długi czas historycy uważali je wyłącznie za kolonizacyjne narośle wyrosłe w wiejskim ze swej natury polskim krajobrazie. Krótkie okresy prosperity w w. XVI i na początku XVII minęły tak szybko, że pozostawiły po sobie tylko nieliczne trwałe tradycje. Późniejszy zaś upadek miast był tak kompletny, że nie pozostało niemal nic, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie współczesnych. A jednak jest to zagadnienie, bez którego nie da się należycie zrozumieć procesu rozwoju polskiej gospodarki i polskiego społeczeństwa[184]. Nie należy zapominać, że w tradycji średniowiecznej miasto - łacińskie civitas - było raczej pojęciem prawnym niż zjawiskiem geograficznym. Nazwa ta w żadnym sensie nie odpowiadała temu, co dziś można by określić mianem „terenów miejskich”. Przeciwnie - większość terenów położonych w granicach miasta była przeznaczona pod uprawę i na oko nie dałoby się ich odróżnić od otaczających je wiejskich okolic. Jedynie zlepek domów, kościołów, ulic i budynków komunalnych w centrum miasta miał charakter zdecydowanie miejski, ale i tam uparta obecność ogrodów, pól i małych działek ziemi uderzyłaby współczesnego obserwatora jako widok bardziej godny wsi niż ośrodka miejskiego.
W gruncie rzeczy miasta definiowano w kategoriach przywilejów prawnych zawartych w ich aktach lokacyjnych - zupełnie niezależnie od sposobu użytkowania jego terenów. Jego granice wytyczało prawo; miasto stanowiło określony obszar jurysdykcji, na którym król lub patron na stałe zrzekł się na rzecz sądów miejskich swoich dawnych praw. Co więcej, na skutek stopniowego wzrostu ilości rozlicznych immunitetów oraz upowszechniania się jurysdykcji prywatnej powstała sytuacja, w której kilka odrębnych miast mogło ze sobą współistnieć w obrębie jednej konglomeracji miejskiej, obok licznych prawnie nie określonych osad i przedmieść. I tak na przykład w skład średniowiecznego miasta Krakowa nie wchodziły odrębne miasta Kazimierz i Kleparz. W jego granice wchodziły natomiast całe kilometry kwadratowe gruntów położonych poza murami miejskimi, które aż do dziś zachowały swój zasadniczo rolniczy charakter. Warszawa składała się z dwóch miast: Starego Miasta, założonego w r. 1300, oraz Nowego Miasta, założonego w r. 1412. Wokół tych dwóch ośrodków miejskich mnożyły się odrębne jurydyki królewskie, kościelne lub prywatne, z których każda miała swoje własne prawa i własny zarząd. W oczach przypadkowego obserwatora widok z wierzchołka wieży katedralnej przedstawiał bezładną plątaninę rozproszonych zlepków zabudowań. Natomiast w oczach jurysty całkowity ład wprowadzała w ten chaos sieć niewidocznych linii oddzielających od siebie poszczególne jurysdykcje.
Należy także pamiętać, że spora liczba miast targowych oraz zamożnych wsi, których wygląd zewnętrzny mógł bardzo przypominać wygląd mniejszych miast, nie posiadała statusu miejskiego. Ponieważ nie miały patronów i dokumentów praw lokacyjnych, nie mogły zaoferować swym mieszkańcom korzyści społecznych, politycznych i gospodarczych, jakie dawał samorząd, i pozostawały w zależności od właściciela ziemi, na której się przypadkiem znalazły. Z czasem było ich coraz więcej, ponieważ ich ilość powiększały dawne miasta, których akty lokacyjne z takich czy innych powodów wyszły z praktycznego użycia.
Lokacja miast, którą w Polsce spotyka się po raz pierwszy w w. XIII, trwała - z krótszymi lub dłuższymi przerwami - do końca XVIII w. Na przestrzeni tych sześciuset lat odnotowano blisko dwa tysiące przywilejów lokacyjnych. We wczesnych wiekach inicjatywę zazwyczaj przejmował król lub panujący książę, a w niektórych przypadkach - także Kościół. I tak na przykład śląskie miasto Nysa (Neisse) otrzymało od biskupa wrocławskiego przywilej na prawa miejskie w r. 1220; na 22 lata przed lokacją samego Wrocławia. Jednakże w miarę upływu czasu coraz częstsze stawało się lokowanie miast przez wpływowych szlacheckich patronów; aż wreszcie miasta prywatne stały się kategorią najbardziej powszechną.
Jak na współczesne normy, miasta były przeważnie wręcz miniaturowe. Większość liczyła poniżej dwóch tysięcy mieszkańców. Spośród 700 miast lokowanych w Królestwie Polskim pod koniec XVI w. tylko kilkanaście (Kraków, Gdańsk, Elbląg, Toruń, Bydgoszcz, Warszawa, Poznań, Lublin, Sandomierz, Lwów, Kamieniec, Korsuń, Kijów i Perejasław) miało 10 000 lub więcej mieszkańców. Na Litwie tylko Wilno, Połock, Kowno, Brześć, Pińsk, Witebsk i Mohylew, a w Inflantach jedynie Ryga mogły się równać ze swymi większymi polskimi odpowiednikami.
Model lokacji miast na Mazowszu był typowy również dla innych centralnych prowincji kraju. Pierwsze miasto Mazowsza, Płock, rozpoczęło swą karierę jako rozległa osada otaczająca zamek i katedrę położone na brzegach Wisły; przywilej lokacyjny otrzymało od księcia mazowieckiego w 1237 r. Lokowany w 1257 r. Pułtusk i w r. 1298 Łowicz były miastami kościelnymi, natomiast Warszawa, lokowana ok. r. 1300 jako istniejące już wcześniej miejsce targowe, była kolejnym miastem książęcym. Mogielnica zawdzięcza swoje narodziny w r. 1317 zakonowi cystersów. Pierwsze lokacje szlacheckie - Budziszowice (1358) i Bolimów (1370) - pojawiły się w czasie, w którym przeważały jeszcze przywileje kościelne i książęce. W XV w. lokowano największą liczbę nowych miast Mazowsza - w sumie 43. W w. XVI lokacje szlacheckie (82%) zdobyły przewagę nad innymi rodzajami przywilejów na prawa miejskie. W w. XVII i XVIII w bezpośrednim sąsiedztwie Warszawy szlachta założyła liczne jurydyki; na innych terenach działalność lokacyjna była w tym okresie niewielka. Przywileje nadane w r. 1670 Górze Kalwarii przez Kościół i w r. 1791 Myszyńcowi przez króla należały już w owym czasie do rzadkości. W sumie na łączną liczbę 156 przywilejów lokacyjnych nadanych na Mazowszu w okresie od 1237 do 1791 r. 36% zostało nadanych przez księcia lub króla, 15% przez Kościół, 49% zaś przez szlachtę[185]. (Patrz Mapa 15).
Miasta Prus Królewskich zajmowały pozycję szczególną. Większość z nich otrzymała przywileje lokacyjne w okresie przed r. 1454, czyli w czasie, gdy wchodziły one w skład państwa krzyżackiego, i zachowała szereg charakterystycznych cech. Po pierwsze, Elbląg (Elbing), Tczew (Dirschau), Frombork (Frauenberg), Chojnice (Konitz), Braniewo (Braunsberg) i Hel były jedynymi miastami w Polsce, które przyjęły prawo lubeckie, a nie magdeburskie. Po drugie, były to miasta jednolicie niemieckie. Co zaś najistotniejsze, zostały przyjęte do Królestwa en bloc,jak.o miasta członkowskie Związku Pruskiego, co dawało im możliwość negocjowania daleko idących ulg podatkowych oraz autonomicznych przywilejów. W okresie między 1454 a 1569 r. w dalszym ciągu wysyłały swoich przedstawicieli na zgromadzenia stanowe w Prusach Królewskich i nadal miały głos w sprawach politycznych wykraczających poza granice ich własnych murów. Po r. 1569, podobnie jak Kraków i Wilno, wysyłały „obserwatorów” na sejm zjednoczonej Rzeczypospolitej. W latach późniejszych, dzięki bliskiemu sąsiedztwu Królestwa Prus i dobrodziejstwom handlu bałtyckiego, ucierpiały na skutek recesji gospodarczej mniej niż miasta położone w głębi kraju. Prusy Królewskie były jedyną dzielnicą połączonego Królestwa Polski i Litwy, gdzie stan mieszczański mógł stawić czoło naporowi szlachty.
Społeczność miejska tworzyła kilka odrębnych grup i warstw. Tradycyjnie przynależność do stanu mieszczańskiego była ograniczona do płatników podatków będących chrześcijanami, którym przysługiwały pełne prawa obywatelskie; tworzyli oni od jednej do dwóch trzecich ogółu ludności miejskiej. Warstwa ta dzieliła się wyraźnie na patrycjat, czyli oligarchię, z jednej strony oraz pozostałych obywateli - pospólstwo, czyli communitas - z drugiej. W w. XVI ówcześni komentatorzy często wymieniali trzy stany miejskie: senat złożony z rajców miejskich; stan drugi złożony z miejskich urzędników oraz stan trzeci, czyli gmin. Członkowie wielkich patrycjuszowskich rodzin pierwszego i drugiego stanu miejskiego w starej stolicy królewskiej Krakowie często byli dziedzicami fortun, którym początek dali przodkowie przybyli z Niemiec, Węgier lub Włoch. Opanowywali urzędy publiczne i przedsiębiorstwa handlowe w miastach w tym samym stopniu, w jakim na skalę całej Rzeczypospolitej czyniła to magnateria, a udzielanie królom pożyczki i służba na królewskim dworze zapewniały im wpływy polityczne przy równoczesnej niezależności od szlachty. Taką samą pozycję, jaką rodziny Turzonów, Bonerów czy Montelupich zajmowały w Krakowie Jagiellonów, w siedemnaste- i osiemnastowiecznej Warszawie zdobyły rodziny Blanków i Tepperów[186].
Pospólstwo natomiast rekrutowało się spośród członków bractw cechowych i konfraterni kupieckich. Uważali się oni za strażników demokracji miejskiej, która w ich opinii była zagrożona w tym samym stopniu przez arogancję patrycjuszy co przez uprawianą poza prawem działalność nielicencjonowanych rzemieślników i rękodzielników. Poza stanem mieszczańskim, ludność miast obejmowała tak zwany plebs oraz Żydów. W niektórych miastach plebs stanowił bezwzględną większość mieszkańców. Była to biedota, z racji swej niezdolności do płacenia podatków pozbawiona praw obywatelskich, a także wszyscy migranci, uchodźcy i zatrudniani dorywczo robotnicy, którzy na skutek braku stałego miejsca pobytu byli pozbawieni obywatelstwa. Żydzi tworzyli odrębny stan, którego rozbicie na patrycjuszy, płatników podatków oraz plebejuszy było wiernym odbiciem struktury stanów ich chrześcijańskich sąsiadów.
Wśród prywatnych miast polskich pokazowym przykładem był oczywiście Zamość, założony w r. 1580 przez Jana Zamoyskiego. Był to jednak tylko przykład jeden z wielu. Na swój sposób równie wspaniały był Tarnów, założony przez Jana Tarnowskiego, czy Lewartów, założony w 1543 r. przez rodzinę Firiejów. Wśród mniejszych miast należy wymienić Siennicę (założoną w 1526 r. przez Siennickich) na Mazowszu, Krasiczyn i Baranów w Małopolsce, Żółkiew i Stanisławów na Rusi oraz Czartorysk i Klewań na Wołyniu.
Gildie, czyli cechy, odcisnęły swoje piętno na wszystkich sektorach życia miejskiego. Powstały w celu ochrony interesów gospodarczych poszczególnych grup zawodowych - takich jak na przykład złotników czy płatnerzy: stopniowo ustanowiły monopol dla każdego zawodu i rzemiosła, a ich działalność rozszerzyła się na sferę życia religijnego i towarzyskiego, oświatę, samoobronę wojskową, obejmując w końcu także sferę polityczną. W Krakowie liczba cechów wzrosła z 24 w w. XV do 60; w Toruniu w r. 1650 było ich 70; we Lwowie - według Lustracji z r. 1661 - 38[187]. Każdy cech miał swój własny statut, określający reguły i zasady postępowania, oraz sprawował kontrolę nad swoimi członkami. Sporów na temat linii demarkacyjnych było bez liku. Wojna między krawcami i kuśnierzami o to, kto ma szyć futra, trwała przez całe stulecia. Rozwój rzeźby artystycznej w okresie odrodzenia dał początek nie kończącym się sporom murarzy z malarzami. Zamieszki i bójki między bandami czeladników bezustannie zakłócały spokój miejskich ulic. Jednak w obliczu nacisków z zewnątrz cechy na ogół zwierały szeregi. Punktami zapalnymi były szczególnie przypadki naruszania zasady „zamkniętego warsztatu” w obrębie granic miasta; cechy skarżyły się też stale na Żydów, partaczy i kupców prowadzących nielegalny handel, których oskarżano o pozbawianie członków cechów części należnego im zarobku. Utworzenie konkurencyjnych cechów żydowskich dla wszystkich ważniejszych gałęzi rzemiosła stało się główną przyczyną ponawianych żądań pozbawienia Żydów prawa mieszkania w mieście.
Przynależność do cechu wiązała się z podjęciem zobowiązania na całe życie. Członek cechu uczestniczył w nabożeństwach w kaplicy swojego cechu, grał w orkiestrze swojego cechu i wraz z rodziną odwiedzał swój Dom Bracki. Jako czeladnik, przez siedem lat mieszkał i pracował w domu swego mistrza, który był bezpośrednio odpowiedzialny za jego naukę i zachowanie. W młodości odbywał podróż, która trwała rok i sześć tygodni i podczas której zdobywał praktykę w swym rzemiośle w obcych miastach lub nawet w obcych krajach. Wreszcie, ukończywszy swój „majstersztyk” - sprawdzian zawodowych umiejętności - stawał do egzaminu przed komisją cechową, a następnie był przyjmowany do cechu z całą stosowną do tej okazji pompą i paradą. Gdy już uzyskał tytuł towarzysza (Socius, Geselle), jego obowiązkiem było nabyć dom w mieście, poszukać sobie żony, złożyć przysięgę na wierność cechowi i wpisać się do rejestru pełnoprawnych obywateli. Nierzadko nowemu członkowi nadawano charakteryzujący go przydomek - zachowały się tu liczne przykłady rubasznego humoru: Moczygęba, Kłopoczybaba, Mokrowstał czy nawet Pierdzikrzyczywoł. Od tego czasu miał prawo zabierać głos podczas ogólnych zgromadzeń cechu, tzw. Morgensprache, czyli rozmów porannych, oraz głosować w wyborach członków cechowej starszyzny[188].
Pod pewnymi względami życie cechów było wysoce demokratyczne. Wszystkie decyzje i wszelką działalność podejmowano zbiorowo. Jednak w sensie ogólniejszym działalności tej często przyświecał duch partykularyzmu; broniono interesów członków cechu wbrew interesom społeczeństwa jako całości. Właśnie z tej przyczyny na początku XVI w. Jan Ostroróg, kasztelan, następnie wojewoda poznański i jurysta, starał się o ograniczenie ich rozwoju, a nawet wręcz zalecał ich rozwiązanie.
Konfraternie kupieckie, czyli gildie, były instytucjami bardzo podobnymi do cechów rzemieślniczych. W Krakowie kupcy byli uważani za odrębny stan miejski ordo mercatorum w odróżnieniu od ordo mechanicorum i cieszyli się nieco odmiennymi przywilejami. W innych miastach uważano ich po prostu za trudniący się handlem odłam organizacji cechowej. Swoje początki zawdzięczali wysoko cenionemu prawu składu, dzięki któremu wzbogaciło się tak wiele miast średniowiecznych; pilnie strzeżony monopol utracił swą wartość dopiero wtedy, gdy wyszły z użycia dawne przepisy dotyczące handlu[189].
Życie polityczne w miastach koncentrowało się wokół działalności zmierzającej do ograniczenia samowolnych poczynań rady miejskiej. W dawnych czasach zadaniem rady było właśnie demokratyczne działanie w celu ograniczenia władzy przedstawiciela władcy, czyli wójta; miasta polskie przeszły przez tę samą klasyczną fazę, dającą się najwcześniej zaobserwować w średniowiecznych Włoszech, gdzie popolo stawiał czoło podeście. W Polsce jednak przewaga wójta była krótkotrwała i rada ustaliła swoją własną pozycję, zwierzchnią wobec sądowych, wykonawczych, a także prawodawczych organów samorządu. I tak na przykład w Krakowie wójt utracił swe wpływy po buncie z roku 1311/12, kiedy to Łokietek bez większego żalu pozbawił swego przedstawiciela środków umożliwiających mu dalszą niesubordynację. Odtąd mianowanie wójta wchodziło w zakres uprawnień rady, a prerogatywy ławy sądowej zostały włączone w zakres uprawnień rajców. W rezultacie Burgermeister, czyli burmistrz - głowa rady miejskiej - przejął pozycję, którą uprzednio zajmował wójt. Ponadto patrycjuszowskie rodziny, które zdobyły swe fortuny w epoce Jagiellonów, dążyły do przekształcenia urzędu rajcy miejskiego w urząd dziedziczny oraz do objęcia krętymi kanałami patronatu i nepotyzmu kontroli nad wszystkimi wyborami i nominacjami w mieście. W XVI w. rodziny te utraciły już wszelkie pozory swego demokratycznego rodowodu i stworzyły rdzeń elitarnego, oligarchicznego systemu zarządzania. W tej sytuacji w poszczególnych miastach gildie i cechy, występując w imieniu ludności, rozpoczęły agitację przeciwko radom - podobnie jak dwa wieki wcześniej rady występowały przeciwko wójtom.
Skutki tej walki ustrojowej były odmienne dla poszczególnych przypadków; w większości miast prywatnych władza właściciela - czy to magnata, czy biskupa - pozostawała władzą najwyższą, bez względu na przyjęte formy zarządzania. Jednakże w dużych miastach królewskich na przestrzeni XVI w. wykształcił się złożony system autonomii miejskiej, który przetrwał niemal do końca istnienia Rzeczypospolitej.
W Krakowie głównym organem kontroli społecznej był Quadragintaviratus (quadragintavirat), czyli „korporacja czterdziestu mężów”, która pojawiła się po raz pierwszy w r. 1548. Był to organ wybierany przez cechy i gildie spośród członków ich własnej starszyzny; powstał jako wynik wieloletnich sporów w sądach królewskich, którym obywatele przedstawiali zażalenia na samowolne poczynania rady, zwłaszcza w kwestiach finansowych. Od tego czasu quadragintavirat spotykał się z radą, tworząc wspólnie Colloquium, czyli „obrady trzech porządków”, na którym omawiano wszelkie zmiany w dziedzinie prawodawstwa. Jego przedstawiciele dokonywali sprawdzenia ksiąg Lonherii, czyli „grosza miejskiego”, a przewodniczący quadragintaviratu, Tribunus Plebis, podpisywał wraz z burmistrzem wszystkie ważne dokumenty. Rada zachowała rozległe uprawnienia w dziedzinie podejmowania decyzji o charakterze wykonawczym oraz sprawowała nadzór nad działalnością wszystkich urzędów miejskich. Dwudziestu czterech dożywotnich rajców sprawowało kontrolę nad mechanizmem elekcji, każdorazowo zapewniając sobie ponowny wybór. Co roku dwunastu ustępujących członków rady rządzącej zamieniało się miejscami z dwunastoma obejmującymi urząd członkami rady alternatywnej, wiedząc, że w dwanaście miesięcy później urząd zostanie im ponownie zwrócony, i tak dalej, ad infinitum.
Mimo decyzji sądów królewskich mającej zapobiec zniesieniu formalnych wyborów, rajcy nieodmiennie wypełniali wakaty w radzie lub ławie sądowej kandydatami pochodzącymi z ich własnego wyboru. Korporacja czterdziestu mężów była w tej sprawie zupełnie bezradna. Ogół mieszkańców nie mógł mieć żadnej nadziei na odsunięcie oligarchii od władzy. Pozostawała najwyżej nadzieja, że utrzymując nadzór nad jej działalnością prawodawczą i zaciskając kabzę, uda się poskromić jej najgorsze wybryki[190].
W Gdańsku, gdzie istniały dwa odrębne miasta i korporacje, zasady społecznego systemu zarządzania były jeszcze bardziej skomplikowane. Podobnie jak w Krakowie, gmin miejski wyłonił spośród siebie organ „stu mężczyzn”, za pośrednictwem którego sprawował kontrolę nad działalnością urzędów wykonawczych. Ponieważ język niemiecki był tu jedynym językiem urzędowym, wszystkie instytucje Gdańska - Stadtsrat (rada miejska), Ratsherrn (rajcy), Schoppenherrn (urzędnicy), Richter (sędzia) - nosiły wyłącznie niemieckie nazwy. Opis samorządu i stanu finansów Gdańska można znaleźć w dokumentach Johna Sandersona, który pod koniec XVII w. sprawował w mieście obowiązki konsula brytyjskiego:
Miasto Danzing podzielone jest na dwie części, a to Altstadt i Rechtstadt, czyli stare miasto i miasto na prawie, każde zaś posiada odrębne urzędy, a także własną Radę. Urzędnicy w starym mieście są: 5 Senatorów, albo Rats-Hernn, i 12 Schoppen-Herrn, alias Scabini. Spośród Senatorów jeden jest na rok obieranym Prezydentem, którego zowią wortfuhrender Herr, czyli Mówca; inny zaś jest Richter, czyli Sędzia, które to urzędy owych pięciu sprawuje na przemian. Schoppen, czyli Scabini, sprawują sąd we wszystkich sprawach kryminalnych, jako też w niektórych cywilnych (...) Urzędnicy zaś Miasta na prawie podzieleni są na stany trzy, a to: Senat, Schoppen oraz radę gminną, zwaną „100” mężów. Senat złożony jest z 4 burmistrzów i 14 Ratsherrn, czyli senatorów, którzy to wraz z jednym senatorem z rady Starego Miasta (który przybywa zawsze na ich posiedzenia) tworzą urząd najwyższy, mający władzę we wszystkim, co całego miasta w ogóle dotyczy, a takoż zarząd nad wszystkimi ich prawami, nie tylko cywilnymi, ale i kościelnymi, jako że mocą przywileju danego od króla Kazimierza i Stefana mają ius episcopale ponad wszystkimi kościołami na swojej ziemie, tych zaś jest 10 w obrębie miejskich murów, 3 na przedmieściach, a jeszcze l0 lub 11 po wsiach podległych miejskiej jurysdykcji, tylko zaś kościoły rzymskokatolickie są spod niej wyłączone, których jest dwa należących do ojców dominikanów i karmelitów, jeden zaś należący do sióstr zakonu św. Brygidy, wszystkie zaś leżą w obrębie miejskich murów.
Spośród 4 burmistrzów jeden jest co roku obieranym Prezydentem, et jeden jego zastępcą, które to urzędy wszyscy oni pełnią za koleją, jako to dla przykładu Burgermaster Krumhausen jest teraz Prezydentem, zaś van Brummein jego zastępcą. W roku następnym ten, który obecnie jest wiceprezydentem, musi zostać prezydentem, zaś van Bodecker wiceprezydentem, po którym urząd przejąć ma Burgermeister von der Lind (...)
Senat obiera co róku Richtera, czyli sędziego; ów musi zaś być Senatorem (...), do którego przynależą wszystkie spory tyczące spraw długów, gdy zaś on sprawę rozstrzygnie, każda ze stron może złożyć apelację w Senacie, stamtąd zaś mogą także apelować do Króla Polskiego, a wówczas akta przekłada się na łacinę i przesyła do Jego Wysokości. Wszelako gdy sprawa, o którą idzie spór, nie przekracza funtów 1000 lub 75 funtów sterlingów, wówczas nie dopuszczą owej apelacji (...)
Wynagrodzenie wypłacane im ze Skarbu Miejskiego jest jak następuje: każdy burgermeister otrzymuje za rok 2000 talarów, każdy Rahtsherr 1000 złotych, każdy zaś Schoppenherr - 400 złotych. Jest zaś razem 4 burmistrzów, 19 Rahtsherrn, 24 Schoppenherrn, l syndicus, l sub-syndicus, 6 sekretarzy wraz z kilkoma skrybami i instygatorami, a ci także biorą swe wynagrodzenie ze Skarbu Miejskiego. Dochody Miast biorą się z Gruntów i Budynków do nich przynależących, z akcyz za Piwo, z Ceł na towary importowane i eksportowane, jako też z Zysków z ich Wielkiego Młyna. Pierwsze z nich znane są tylko Senatowi, które ów trzyma w wielkim sekrecie, nie mówią też Radzie gminnej, ile on wynosi, choć ta często z wielką gorliwością tego się domaga. Akcyzy za Piwo, które są złotych 3 i 16 groszy, czyli 5 szylingów i 3 pensy sterl. od beczki, dają za rok około 50 000 talarów. Cła zaś są dwojakie. Pierwsze zowią pfahlgeld, a początek jego bierze się od pieniędzy ściąganych na kupno Pali albo też długich Masztów drewnianych, które się wbijają w rzekę dla chronienia Portu przed zaduszeniem go piaskiem lub mułem, a wynosi ta opłata do około 2 ½ procent, z czego jedna połowa przynależy Królowi Polskiemu, druga zaś temu Miastu. Inne zowią zulag, a jest ono nakładane na wszystkie towary, a teraz przez senat ustanowione swobodnie; zazwyczaj jednak jest to o połowę więcej niż pfahlgeld, a Król żadnej części jego nie bierze (...) Ile z tych Ceł za rok się uzbiera, tego się dowiedzieć nie mogę, wszakoż odgaduję, że będzie tego około 70 tysięcy talarów.
Ich Wielki Młyn, który jest w mieście położony, ma 18 kół i służy całemu Miastu, na warzenie Piwa i Pieczenie Chleba. Przynosi za rok jakieś 40 tysięcy talarów, która ta suma idzie także do publicznego skarbca. Wszelako, mimo tak znaczne Dochody, są wielce zadłużeni, które to Długi zaciągnęli podczas ostatniej wojny ze Szwecją, a zakończyli ją anno 1660. Zapewniają mnie z bardzo dobrego źródła, że płacą teraz każdego roku około 15 tysięcy funtów sterlingów na poczet tych długów, choć sami dozwalaliby przecież jedynie 4 ½ do 5 procent od takiej pożyczki.
Rada gminna, czyli stu mężczyzn, nie sprawuje żadnej jurysdykcji, wszelako nie może być bez nich ustanowione żadne prawo, jako też zniesione, ani też żadne podatki na Mieszczan nałożone. Mieszczanie zaś wywodzą się na ogół z niskich Stanów; żyją wszelako bogato i w wielkim przepychu. Największa część ich bogactwa tkwi w ich domach, a także w ich Spichlerzach na Zboże. Wątpię wielce, czy u nas znalazłoby się 60 mieszczan w całym Mieście, którzy jeden w jednego warci byliby dziesięć tysięcy funtów sterlingów.
Statków należących do miasta Dantzigjest dziś nie więcej niż 9 lub 10 sztuk floty handlowej, a jeden z tych jest zbudowany lepszym sposobem od innych, jako że może udźwignąć więcej niż 200 łasztów ładunku oraz 20 Dział[191].
W wielu polskich miastach wiernym odbiciem podstawowych instytucji samorządu miejskiego był żydowski kahał (zarząd gminny), który działał równolegle do nich. Podobnie jak chrześcijańscy rajcy miejscy, członkowie starszyzny żydowskiej kierowali zamkniętym mechanizmem wyborczym, który został starannie skonstruowany - tak aby zapewnić swym twórcom stały udział w sprawowaniu władzy. Złożony system kolegiów elektorskich dawał gwarancję, że raszim (starsi), towim (dobrzy mężowie) i kahał (zarząd) nowej gminy będą zawsze wybierani z grona dawnych członków. W gminach żydowskich liczba uprawnionych płatników podatków i wyborców w stosunku do pozbawionego praw plebsu była jeszcze mniejsza niż w przypadku mieszczaństwa nieżydowskiego[192]. (Patrz Rys. H, s. 200).
W kwestiach prawnych i ustrojowych starsze miasta często stawały się przykładem dla nowszych korporacji miejskich. Podczas gdy Wrocław importował prawo niemieckie z Magdeburga, Kraków zapożyczył je od Wrocławia, Lwów zaś - od Krakowa. Akty lokacyjne Chełmna (Kulm) w Prusach Królewskich czy Środy Śląskiej (Neumarkt) na Śląsku stanowiły lokalne wzory, na podstawie których formułowano późniejsze dokumenty. Decyzje starszych sądów działających na terenie większych miast, znane jako urtheils lub ortele, służyły jako precedensy i pouczenia prawne udzielane sądom mniejszych miast. W XVI w. krakowski system quadragintaviratu przeszczepiono na grunt kilku innych miast; między innymi w r. 1577 wprowadzono go we Lwowie. W innych miejscach pojawiał się także w licznych wariantach, jako „Dwudziestka”, „Szesnastka”, „Jedenastka”, nie mówiąc już o „Setce” gdańskiego Rechtstadtu.
Wielonarodowościowy charakter miast polskich w przeszłości to fakt, któremu oficjalni współcześni historycy polscy nie tylko nie poświęcają dostatecznej uwagi, ale czasami wręcz przeczą. Jednakże przekonanie, że główne miasta Polski i Litwy były zawsze w przeważającej części polskie, jest równie absurdalne, jak dawniejsze uprzedzenia, które kazały w nich widzieć miasta z gruntu niemieckie. W gruncie rzeczy skład etniczny ludności miejskiej w Polsce i na Litwie był niezwykle złożony, a w dodatku podlegał stałej fluktuacji. Przedmiot ten kryje w sobie wiele niespodzianek. Jest oczywiście niepodważalnym faktem, że miasta położone na Śląsku i na wybrzeżu Bałtyku - zwłaszcza Wrocław (Breslau), Szczecin (Stettin) i Gdańsk (Danzig) - począwszy od XIII w., były głównie niemieckie. Może się natomiast wydać dziwne, że miasta średniowiecznej Małopolski miały także przeważnie niemiecki charakter, podczas gdy miasta Wielkopolski, położone w bliższym sąsiedztwie Niemiec, były przeważnie polskie. W w. XIV nie tylko „Krakau”, ale także Bochnia, Tarnów, Wieliczka, Sącz (Sandez), Sandomierz, Lublin, Przemyśl, a nawet Lwów, były skolonizowane przez Niemców, podczas gdy Poznań i Bydgoszcz pozostawały raczej w rękach Polaków. W XVI w. natomiast, gdy Kraków zaczął szybko przyjmować kulturę polską, Poznań dostał się w sferę silnych wpływów reformacji luterańskiej i stawiał pierwsze kroki na drodze do germanizacji. W latach trzydziestych XVI w. niedzielne nabożeństwa w kościele Najświętszej Maryi Panny w Krakowie odprawiano rano po polsku, po południu zaś po niemiecku. Język niemiecki pozostał do r. 1600 urzędowym językiem sądów krakowskich. W tym samym czasie w Wilnie przedstawiciele czterech narodów - Litwini, Polacy, Rusini i Niemcy - kolejno pełnili funkcje starszych cechowych. We Lwowie ograniczenie praw obywatelskich do wyznawców religii rzymskokatolickiej stało się impulsem do przyswajania sobie kultury polskiej. Społeczność ormiańska cieszyła się tam taką samą autonomią jak Żydzi.
Doniosłe zmiany nastąpiły w w. XVII i XVIII, ponieważ szlachta polska świadomie starała się zachęcić niemieckich osadników do osiedlania się w nowych miastach nastawionych na produkcję towarów tekstylnych. Takim miastom jak Rawicz (1638), Szlichtyngowa czy Szamocin w tym właśnie celu przyznano przywileje na prawa miejskie. Ogólnie rzecz biorąc, można by zapewne przyjąć, że element niemiecki dominował w miastach położonych w zachodnich rejonach Rzeczypospolitej (gdzie ludność wiejska była w przeważającej większości polska), podczas gdy element polski przeważał w miastach tych regionów leżących na wschodzie i południu kraju, w których ludność wiejska była w przeważającej większości litewska czy ruska. Społeczności żydowskie natomiast ugruntowały swą pozycję wszędzie tam, gdzie powstały ośrodki miejskie.
Sądząc z najbardziej zewnętrznych pozorów, rozwój życia w miastach Polski i Litwy w okresie unii lubelskiej przebiegał w tym samym kierunku co w miastach Europy Zachodniej. Musiało się wydawać, że przyszłość niesie z sobą perspektywy nie ograniczonego rozwoju i prosperity. Rozwijał się handel, zarówno morski, jak i śródlądowy. Nie ustawała powódź nowych lokacji. Wielkim miastom - jak Poznań czy Kraków - oraz miastom małym - jak Tarnów czy Kazimierz Dolny - przybywało ozdób w postaci cudów architektonicznych na miarę ich nowej obywatelskiej dumy. Liczba mieszkańców miast osiągnęła bezprecedensowy poziom 25% ogółu ludności Rzeczypospolitej; w ośrodkach miejskich chrześcijańskie mieszczaństwo jeszcze ciągle utrzymywało przewagę liczebną nad rozrastającym się stanem żydowskim. Ale już powstawały zalążki przyszłego upadku. W r. 1565, zaledwie na cztery lata przed zawarciem unii, sejm polski wydał ustawę zabraniającą rodzimym kupcom zajmowania się handlem zagranicznym. W rezultacie tysiące mieszczan zrzekło się obywatelstwa ojczystych miast, podejmując rozpaczliwą próbę obrony swoich interesów. Od tego czasu bardziej opłacalne gałęzie handlu przejmowali w coraz większym stopniu albo pośrednicy szlachty, albo obcokrajowcy. Co więcej, coraz więcej ludzi zaczynało znajdować sposoby na ominięcie przepisów dotyczących życia w mieście, co prowadziło do jego dyskredytacji.
Szlachta ignorowała zakaz osiedlania się w miastach królewskich i bezkarnie łamała miejskie prawa. Będące jej własnością miasta unikały płacenia myta, podatków rynkowych oraz cła; omijały też prawo składu, z którego żyły miasta średniowieczne; jurydyki oferowały schronienie wszystkim, którzy popadali w kolizję z prawem, oraz przypadkowym imigrantom, nad którymi sądy miejskie i cechy starały się sprawować nadzór. Patronat szlachty nad ludnością żydowską był podstawową przyczyną, dla której chrześcijański stan mieszczański stracił liczebną przewagę w swoich własnych miastach. Na razie zewnętrzny materialny dobrobyt maskował jeszcze kryjące się pod nim usterki. Ale na miejskich murach została już wypisana złowieszcza przepowiednia.
Jak wszystkie stolice Europy, Warszawa jest na swój sposób miastem jedynym w swoim rodzaju. Na przestrzeni długich okresów dziejów posiadała tylko nieliczne spośród atrybutów miasta stołecznego. Przez większą część epoki nowożytnej wyróżniała się bardziej jako ośrodek działalności intelektualistów, włamywaczy i powstańców niż jako miejsce stałego pobytu elity rządzącej. Pod tym względem bardziej przypomina Dublin niż Londyn czy Waszyngton. Jest mniej elegancka niż Budapeszt czy Bukareszt, mniej malownicza niż Belgrad czy Sofia, mniej sędziwa niż Praga, mniej imponująca niż Berlin. Jest rzeczą zadziwiającą, że 17 stycznia 1945 r., w dniu wyzwolenia Warszawy przez Armię Radziecką, wśród jej ruin nie było żywego ducha. A zatem Warszawa jest równie stara jak kilkanaście innych stolic Europy, a jednocześnie najmłodsza z nich wszystkich[193].
Swą szczególną pozycję wśród miast polskich Warszawa zawdzięcza raczej korzystnej pozycji strategicznej niż własnym naturalnym zaletom. Usadowiona na wysokim tarasie na lewym brzegu środkowej Wisły, jest szczególnie wystawiona na działanie żywiołów - zwłaszcza zimowych wiatrów ze wschodu. Ponieważ leży w środku jednej z najmniej urodzajnych dzielnic Polski, w handlu zbożem i drewnem odnosiła dość mierne sukcesy. Jako drugorzędny gród obronny Mazowsza, które do r. 1526 nie wchodziło w skład Królestwa Polskiego, okres średniowiecza przeżyła w cieniu Płocka i Czerska i nie mogła się równać z królewską stolicą w Krakowie. Ale z upływem czasu w jej centralnym położeniu na obszarze Rzeczypospolitej Polski i Litwy dostrzeżono nieporównane zalety. Lokalizacja miasta w średnim biegu Wisły umożliwiała mieszkańcom utrzymywanie stałego kontaktu zarówno z Gdańskiem na północy i z Krakowem na południu, jak i z głównym nurtem ruchu handlowego. Ponadto w czasie, gdy dokonywała się konsolidacja unii konstytucyjnej Polski z Litwą, Warszawa leżała dokładnie na głównych szlakach wiodących z zachodu na wschód. Od r. 1611 była stolicą wszystkich kolejnych państw, jakie powstawały na ziemiach polskich.
Mazowiecka Warszawa rozwijała się powoli. Miasto zostało założone w ostatnim ćwierćwieczu XIII w., zajmując miejsce pobliskiego fortu Jazdów, zniszczonego podczas najazdu litewskiego w 1262 r. Nazwano ją od imienia pewnego dawno zapomnianego bohatera czy patrona, Warsa; około r. 1300 otrzymała pierwszy, dawno zagubiony dokument lokacyjny na prawie chełmińskim. Z tamtych odległych lat pochodzą: kościół, a następnie katedra św. Jana, zamek książęcy, rynek oraz mury miejskie. W r. 1321 Warszawa była już siedzibą kasztelana, w r. 1339 zaś tutaj odbył się trybunał powołany dla zbadania poczynań Zakonu Krzyżackiego, którego napór zmusił właśnie piastowskiego księcia mazowieckiego do uznania zwierzchnictwa Kazimierza Wielkiego. W r. 1350 rozpoczęto budowę kościoła i klasztoru Augustianów. W XV w., opromieniona blaskiem zwycięstwa pod Grunwaldem, Warszawa wyprzedziła wszystkich lokalnych konkurentów. Książę Janusz I, który panował w latach 1374-1429, w r. 1413 na stałe przeniósł rezydencję książąt swej linii oraz archidiakonat mazowiecki z Czerska do Warszawy. Odbudował zamek, miejskie mury i ratusz; we wspaniałej kamienicy na rynku (dziś mieści się w niej siedziba Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk) osadził dziedzicznego wójta, w r. 1408 zaś założył Nowe Miasto, które otrzymało własny dokument lokacyjny. To ostatnie posunięcie miało na celu ograniczenie rozrostu niezliczonych fret, czyli osad, których sytuacja prawna była nie uregulowana, a które mnożyły się poza miejskimi murami - wiele z nich gwałtownie się w tym czasie powiększało na skutek szybkiego napływu Żydów.
Ostateczne zwycięstwo nad Zakonem Krzyżackim w wojnie trzynastoletniej spowodowało, że prowadzenie odrębnej polityki zagranicznej przez książąt mazowieckich nie było już konieczne. Ostatni członkowie domu panującego na próżno sprzeciwiali się stałemu naporowi terytorialnemu i administracyjnemu ze strony jagiellońskich suzerenów. Seria nagłych zgonów na skutek otrucia - śmierć księżnej Anny w r. 1522, a następnie, w latach 1524 i 1526, jej dwóch psychicznie niezrównoważonych synów, Stanisława i Janusza - położyła w stosownej chwili kres rozpustnym i anachronicznym rządom pozbawionego dziedzica domu panującego Piastów. (Patrz Mapa 16).
Warszawa Jagiellonów od początku była objęta królewskim patronatem. W r. 1526 pierwsza wizyta Zygmunta I w mieście dała początek tzw. „trzeciej ordynacji” dla miast Królestwa. Bona Sforza, która odziedziczyła po mężu dobra na Mazowszu, wybrała na swą rezydencję pałac w Jazdowie, gdzie później mieszkała także jej córka, Anna Jagiellonka. Zygmunt August zatrzymywał się tam regularnie podczas swych podróży z Krakowa do Wilna, zwłaszcza w latach sześćdziesiątych XVI w., kiedy pogłębiający się kryzys w Inflantach wymagał jego częstej obecności na północy. W roku 1568 osobiście nadzorował wbijanie w dno Wisły drewnianych pali, na których miał się oprzeć pierwszy most łączący w tym miejscu oba brzegi rzeki. (Most miał 450 metrów długości i wspierał się na 18 łukach; w r. 1603 zniosła go wiosenna powódź i już nigdy nie został odbudowany). Do czasu śmierci Zygmunta Augusta Giovanni Battista Quadro przemienił średniowieczny zamek obronny we wspaniały renesansowy pałac.
Co najważniejsze, Warszawa przejęła także ważną rolę miejsca, gdzie odbywały się posiedzenia sejmu. Tradycyjnie zbierały się tu sejmiki Mazowsza, które miały swe posiedzenia w kościele św. Marcina; sejm Korony zebrał się po raz pierwszy w Zamku Królewskim w latach 1556-57. W r. 1569, na mocy unii lubelskiej, Warszawa została wybrana na stałe miejsce elekcji królewskich. Za panowania Batorego szybko awansowała, zdobywając status stałego miejsca, gdzie odbywały się przypadające raz na dwa lata sesje sejmu Rzeczypospolitej.
Wzrostowi znaczenia politycznego miasta towarzyszyły ciągłe konflikty. Rywalizację między patrycjatem i cechami dodatkowo komplikowała obecność w mieście Żydów, którzy w opinii chrześcijańskiej części ludności prowadzili swą działalność na przekór wszystkim ustalonym instytucjom. Ludność, która początkowo zamieszkiwała getto (po raz pierwszy wymienione w dokumentach z 1414 r.), została wprawdzie w r. 1483 przepędzona poza mury miejskie, ale niebawem powróciła do miasta. „Trzeciej ordynacji” z 1526 r. towarzyszył dekret De non tolerandis Judaeis. Ale i on odniósł niewielki skutek. Od tego czasu getto rozrastało się i prosperowało na peryferiach miasta, na terenie między murami Starego Miasta a Nowym Miastem.
Tymczasem cechy, które reprezentowały około 70 różnych gałęzi rzemiosła, energicznie broniły własnych przywilejów i monopoli. Walkom między cechmistrzami i czeladnikami towarzyszyły intrygi całych organizacji cechowych wymierzone przeciwko klanom kupieckim oraz akcje wszystkich konkurencyjnych ugrupowań, które tworzyły wspólny front, sprzymierzając się przeciwko kupcom żydowskim, zajmującym się nielegalnym handlem. Jednak w warunkach szybkiego rozwoju gospodarki było dość miejsca dla wszystkich. Miasto przyciągało przedsiębiorczych ludzi interesu, którzy nieraz przybywali z daleka: złotników z Krakowa, handlarzy skór z Czech, bankierów z Niemiec. Winiarnia Georga Fuggera (Jerzego Fukiera) na Rynku Starego Miasta, która obsługuje swoich klientów od lat czterdziestych XVI w. po dziś dzień, jest zaledwie jednym z reliktów rozległych międzynarodowych powiązań dawnej Warszawy.
Z 4500 mieszkańców w r. 1500 liczba ludności wzrosła na przestrzeni XVI w. do ponad 20 tysięcy. Decyzję przeniesienia stałej siedziby sądu i rządu z Krakowa do Warszawy podjęto ostatecznie w r. 1596. W roku poprzednim ogromny pożar zniszczył królewskie komnaty w zamku na Wawelu, a poza tym król Zygmunt III nie miał zbytniej ochoty siedzieć na południu. Był zajęty najpierw swoimi szwedzkimi włościami, co wymagało stałych kontaktów via Gdańsk, a później kampaniami moskiewskimi; wydał więc polecenie dalszej przebudowy Zamku Królewskiego pod nadzorem królewskiego architekta, Santiego Gucci. Chociaż prace trwały dwadzieścia lat, nowy zamek był gotowy na przyjęcie króla powracającego do stolicy w chwale zwycięstwa odniesionego pod Smoleńskiem w 1611 r. i stał się świadkiem aktu poddania się wziętego do niewoli cara rosyjskiego, Wasyla Szujskiego.
Królewska Warszawa miała przed sobą dwa wieki rozkwitu. Wznoszone budynki były odbiciem stylu życia monarchów, prałatów, dworzan, kurtyzan i markietanek, których nazwiska zapełniają stronice jej dziejów. Z miasta drewnianych domów i kościołów z cegły rozrosła się w stolicę z kamienia i marmuru. Ciągłemu upiększaniu Zamku Królewskiego - zwłaszcza przez dodanie Okrągłej Baszty z Izbą Senatorską, Teatru i Sali Marmurowej za panowania Wazów - towarzyszyła budowa licznych dodatkowych rezydencji. Siostra króla, Anna Waza, kazała wybudować pałac Kazimierzowski, który jest dziś głównym budynkiem Uniwersytetu Warszawskiego. Jej bratanek, Władysław IV, zakończył budowę Zamku Ujazdowskiego na południowych krańcach miasta. Zasługą Sobieskiego było powstanie letniej rezydencji królowej na połnocy, na Marymoncie, oraz wspaniałej Villae Novae (Wilanów) na południu; August II wybudował pałac i Ogród Saski na zachodzie, Stanisław August zaś - rozkoszny pałac Łazienkowski od strony Ujazdu. Pierwszy publiczny pomnik Warszawy, kolumna Zygmunta wzniesiona przez Władysława IV na cześć ojca, górował nad Krakowskim Przedmieściem aż do chwili, gdy został zburzony w 1944 r.; po wojnie został odbudowany. Kontrreformacja pozostawiła po sobie niezatarte ślady. W 1602 r. kościół św. Jana otrzymał barokową fasadę i krytą galerię, łączącą go z Zamkiem Królewskim. W r. 1608 jezuici uczcili nadejście pomyślnych dla siebie losów, wznosząc w sąsiedztwie tego kościoła wspaniałą świątynię z dwudziestoma marmurowymi ołtarzami. W r. 1623 franciszkanie reformaci wybudowali na miejscu dawnej drewnianej kaplicy kościół z kamienia, a w r. 1638 dominikanie wznieśli swój nowy kościół pod wezwaniem św. Jacka. Wiele innych barokowych kościołów, których budowę rozpoczęto na początku XVII w., czekało na ukończenie jeszcze długo po zakończeniu okupacji szwedzkiej. Należał do nich kościół Karmelitów (1630) na Krakowskim Przedmieściu oraz kościół Pijarów na ulicy Długiej (1681); klasztor Sióstr Sakramentek wybudowany przez królową Marysieńkę na Nowym Mieście, kościół Kapucynów i kościół Świętego Krzyża (1696), dzieło Bellottiego, usytuowany w pobliżu pałacu Kazimierzowskiego. Motywy dewocyjne stały się inspiracją dla Augusta II, który w latach 1724-31 zbudował Aleje Ujazdowskie - długą, prostą aleję, której lipy kryły w swym cieniu dwadzieścia osiem kaplic - stacji Męki Pańskiej. Za panowania Stanisława Augusta katolickie budowle Warszawy przyćmiła swą wspaniałością rotunda kościoła ewangelickiego, zaprojektowana w latach 1777-79 przez Szymona Bogumiła Zuga.
Równie aktywnymi budowniczymi byli magnaci. W XVI w. mieszczanie Warszawy często skarżyli się królowi na spustoszenie, jakie w ich ogrodach i domach, a także pośród ich żon i służby, czyniły magnackie świty, z rozkazu marszałka koronnego przymusowo kwaterowano podczas sesji sejmowych. Dworacy najwyraźniej potrzebowali własnych domów w mieście. Blask pierwszych takich budowli - Kazanowskich, Koniecpolskich, Krasińskich, Ossolińskich, Daniłowiczów czy Radziwiłłów - szybko przyćmiło całe znakomite pokolenie magnackich pałaców z czasów panowania Sobieskiego, których projektantem był holenderski architekt Tylman van Gameren. Nowy pałac Krasińskich, zamówiony przez referendarza koronnego Jana Dobrogosta Krasińskiego (1640-1717), czy też Błękitny Pałac Potockich, dorównywały rozmachem samemu Zamkowi Królewskiemu. W w. XVIII wśród olśniewających elegancją punktów orientacyjnych stolicy znalazł się zbudowany na planie podkowy pałac Mniszchów (1714), przebudowany pałac Pod Blachą (1720), przylegający do Zamku Królewskiego, podarowany później księciu Poniatowskiemu przez jego królewskiego stryja, czy „Hotel” Franciszka Bielińskiego, z wnętrzami w stylu francuskiego rokoka. Magnatom miasto zawdzięczało w dużej mierze swą planową rozbudowę - zwłaszcza na terenie jurydyk, czyli dzielnic posiadających własne dokumenty lokacyjne i wyłączonych spod władzy miejskiej. Były one miniaturowymi replikami prywatnych miast magnackich na terenie kraju i każda z nich miała własną, odrębną administrację.
Jako pierwszy dał przykład w tej dziedzinie starosta Jan Grzybowski, który w r. 1610 otrzymał od króla przywilej na założenie Grzybowa. Wkrótce potem założono Dziekankę (1617) i Zadzikowską (1638). Nowe Leszno (1648) należało do kalwińskiej rodziny Leszczyńskich i było gniazdem dysydenckiej polityki. Muranów wziął swą nazwę od nazwiska nadwornego architekta Sobieskiego, wenecjanina Bellotti da Murano. Położony na prawym brzegu Wisły Skaryszew (1648), własność biskupa płockiego, stał się zaczątkiem przyszłego przedmieścia Warszawy - Pragi. Leżący na południu Czerniaków należał do Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (1642-1702), który ufundował tam klasztor Bernardynów oraz wybudował sztuczne jezioro i rodzinne mauzoleum. Wielopole (1693), położone w części zachodniej, było dziełem kanclerza wielkiego koronnego Jana Wielopolskiego (zm. 1688); Tamka, Aleksandria (1670), Kapitulna, Kałeczyn, Bożydar (1702) i Ordynacka rozciągały się wzdłuż dzisiejszego Nowego Światu. Ostatnia z warszawskich jurydyk, wybudowana w 1739 r. przez wojewodę podolskiego Jana Jakuba Zamoyskiego (zm. 1790), leżała wokół przebudowanego pałacu Gnińskich (obecnie siedziba Towarzystwa im. F. Chopina). Bielino (1757) założył marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński (1683-1766) w rejonie dzisiejszej ulicy Marszałkowskiej. Marienstadt (1762) i Stanisławów (1768) na Powiślu, poniżej dzisiejszej ulicy Nowy Świat, były własnością Stanisława Augusta, który sprzedał je radzie miejskiej w zamian za tereny przylegające do parku Łazienkowskiego. Jurydyki stanowiły pełne odbicie osobowości wielkich magnatów. Choć w r. 1764 potępione przez sejm, zostały ostatecznie zlikwidowane dopiero w 1791 r.
Dzielnice Joli Bord (później spolszczone na Żoliborz) i Praga rozwijały się bardziej spontanicznie. Pierwsza, skupiona wokół klasztoru Pijarów i baraków gwardii królewskiej, stała się mieszczańskim przedmieściem, pełnym eleganckich willi i ogrodów należących do wysokich urzędników. Druga rozciągała się na południe i wschód. Położoną na prawym brzegu Wisły Saską Kępę - dawną holenderską osadę rolniczą, zwaną niegdyś Holędry - upiększył letni pawilon Augusta III; przyciągała ona coraz więcej zamożnych rezydentów. Wschodnie krańce Pragi położone wzdłuż drogi na Radzymin Stanisław August oddał w dzierżawę żydowskiemu handlarzowi bydłem, Szmulowi Zbytkowerowi. Ich zatłoczone uliczki - w gruncie rzeczy coś w rodzaju prawobrzeżnego getta - były powszechnie znane jako Szmulowizna. Każda taka rozbudowa pożerała rozległe połacie rolniczych terenów miasta, które żywiły jego ludność od czasów średniowiecza i które aż do końca XVIII w. nadawały miastu na wpół wiejską atmosferę. Z wyjątkiem prowizorycznego mostu pontonowego, który począwszy od r. 1776 instalowano każdego lata pod kierownictwem cieszącego się złą sławą Adama Ponińskiego, obu części miasta nie łączył żaden stały most.
Próby zamknięcia miasta w obrębie ściśle ustalonych granic odnosiły jedynie połowiczne sukcesy. Powodem rozpoczęcia w latach 1621-24 robót ziemnych przy wznoszeniu wałów stały się wieści o zwycięstwie Turków w bitwie pod Cecorą. Wały łączyły szerokim łukiem dwa punkty na brzegu Wisły: na północ od Nowego Miasta i na południe od kościoła Karmelitów, i sięgały w głąb lądu, dochodząc aż do Arsenału przy końcu ulicy Długiej. Wkrótce potem, zaniedbane, zaczęły niszczeć. Inspiracją robót ziemnych podjętych w r. 1770 była groźba zarazy: wały wznoszono dla umożliwienia kontroli policyjnej i sanitarnej . Okopy rozciągały się po obu brzegach rzeki i otaczały miasto łukiem długości około szesnastu kilometrów; w ich obrębie znalazł się Żoliborz na północy, Łazienki na południu oraz Praga po drugiej stronie Wisły. W czasie powstania r. 1794 użyto ich jako ostatniej linii obrony miasta. W XIX w. pełniły funkcję naturalnej granicy, której nie mogły przekraczać linie kolejowe, elektrownie, gazownie oraz miejskie cmentarze. Trzynaście bram, czyli rogatek, oddzielało historyczne centrum miasta od pozbawionych określonego charakteru nowo powstałych przedmieść.
Próby uregulowania administracji miejskiej napotykały ciągły opór. Od r. 1665 urzędy zajmujące się sprawami gospodarczymi Starego i Nowego Miasta miały prawo nakładania podatków i przedstawiania budżetu oraz sprawowania zarządu administracyjnego nad przedsiębiorstwami miejskimi. Począwszy od r. 1742, Komisja Brukowa pod przewodnictwem marszałka Bielińskiego zabrała się energicznie do brukowania ulic, zakładania wodociągów oraz przerzucania kładek nad licznymi przecinającymi miasto odkrytymi rowami. Ale rozległe dzielnice miasta oraz liczne sektory jego ludności nadal pozostawały poza kontrolą władz miejskich. Dawny porządek obalono dopiero w końcowych latach istnienia Rzeczypospolitej. Dzięki trudom prezydenta Starego Miasta Jana Dekerta (1738-90) urzędnicy miejscy połączyli się z delegatami wszystkich miast polskich w żądaniu radykalnych reform. W r. 1767 Warszawa została włączona pod wspólny zarząd, obejmujacy ogółem siedem dzielnic. 21 kwietnia 1791 r. Sejm Czteroletni rozszerzył prawa stanu mieszczańskiego.
Plany koordynacji życia gospodarczego w mieście już wcześniej odnosiły pewne sukcesy. W latach 1691-95 wybudowano imponującą halę targową, wzorowaną na paryskim Palais Royal, gdzie pod jednym dachem miał się koncentrować handel detaliczny artykułami zbytku i towarami importowanymi. Nazwano ją Marieville (Marywil) - podobnie jak Marymont - na cześć Marysieńki Sobieskiej. W r. 1720 budowę kolejnych hal targowych rozpoczęli dwaj francuscy emigres, Malherbe i Pellison. Ich przedsiębiorstwo, które zdołało sobie zapewnić kilka lukratywnych monopoli, przeszło ostatecznie w ręce bankiera Petera Teppera(zm. 1794).
Koło fortuny królewskiej Warszawy toczyło się jednak ze zmiennym szczęściem. Klęski naturalne współzawodniczyły z tragediami powodowanymi przez samych ludzi. Pożary z lat 1544 i 1607, które pochłonęły domy wokół Rynku Starego Miasta, zaraza w latach 1624—25,1652-53 i 1707-08, huragan, który w r. 1602 zniszczył wieżę katedry - wszystkie te kataklizmy powodowały znaczne straty - zarówno w ludziach, jak i materialne. Bezustanne skandale i zamieszki na dworze - w rodzaju incydentu z r. 1652, kiedy to królewska straż kochanki króla, Elżbiety Radziejowskiej, żony podkanclerzego koronnego, skutecznie obroniła ją przed oddziałem żołnierzy rozwścieczonego męża - podsycały atmosferę bezprawia i niepewności. Elekcjom królewskim, które ściągały do stolicy zalew pięćdziesięciu lub nawet stu tysięcy uzbrojonej szlachty i jej czeladzi - nieodmiennie towarzyszyły długie miesiące intryg, przestępstw i gwałtów. Miasto raz po raz okupowały obce wojska - Szwedzi w latach 1655, 1656, 1704, 1705 i 1708; wojska siedmiogrodzkie w r. 1657; wojska saskie - w latach 1704 i 1713; Rosjanie - w latach 1706, 1717, 1733-35, 1763-64, 1767-73, 1792-93 i 1794; Prusacy - wiatach 1794-1806; Francuzi - w latach 1807-13.
Po każdym kolejnym kataklizmie liczba mieszkańców miasta gwałtownie się kurczyła. Z 18 000 w r. 1655 spadła do 6000 w r. 1659, a po trzecim rozbiorze - ze 150 000 w r. 1795 do 70 000 w r. 1806. Mimo to, rozwój Warszawy tworzył wyraźny kontrast z sytuacją innych miast Rzeczypospolitej. Mimo klęsk i niepowodzeń, w zasadzie rozwijała się i rozrastała w czasach, gdy większość z jej konkurentów doświadczała już katastrofalnego upadku.
Ruinę miast w Polsce i na Litwie - podobnie upadek gospodarczy całej Rzeczypospolitej - łatwiej jest opisać niż wyjaśnić. Począwszy od r. 1648, armie najeźdźcze straszliwie pustoszyły kraj - zwłaszcza w czasie wojen szwedzkich w latach 1655-60 i podczas wielkiej wojny pomocnej w latach 1700-21. Te nieliczne miasta, którym udało się uniknąć zagłady podczas pierwszego najazdu, nieuchronnie padały ofiarą drugiego. Mniejsze ośrodki, które nie miały możliwości skutecznej obrony, były szczególnie narażone na zniszczenie. Lustracje dóbr królewskich przeprowadzone po każdej z wojen dają pewne pojęcie o pogarszających się warunkach. Aby zacytować jeden tylko drobny przykład, w r. 1661 miasto Jaworów na Rusi, dzierżawione w tym czasie przez chorążego koronnego Jana Sobieskiego, nie było nawet w stanie przedstawić rejestrów; lustratorzy stwierdzili bardzo znaczny spadek dochodów miasta w porównaniu z poprzednią lustracją, przeprowadzoną w 1627 r.:
Miasto Jaworów
Mieszczanie jaworowscy, wezwani będąc dla pokazania praw, wolności i przywilejów swoich, opowiedzieli, że je podczas inkursy nieprzyjacielskich potracili, dlaczego oryginałów przed nami nie produkując, obiatę przywilejów fundacyjej, lokacyjej, wolności, swobód, dochodów miastu temu nadanych (...) a.D. 1606 podanych pokazali. Którą to obiatę et privilegia intro contenta KJM teraźniejszy Jan Kazimierz szczęśliwie nam panujący konfirmować raczy Varsoviae die 8 m. Octobris a.D. 1649 (...) cum suscriptione gen. Petri Slawieński, secretarii RM et appensione sigilli maioris cancellariae Regni. W tej tedy konfirmacyjnej continetur.
Naprzód privilegium Sigismundi Augusti Regis Poloniae, de data Lublini in conventione Regni generali die 2 m. lulii a.D. 1569. Którym przywilejem konfirmować raczy litteras dim. magn. Lucae de Górka, castellani Posnaniensis capitanei maioris Poloniae generaiis, protunc heredis in laworow, de data Cracoviae feria 6 proxima p. f. s. Matthaei apostoli a.D. 1510 super certas libertates civitati Iavoroviensi datas, et concessas (...) insuper oppidum praedictum aliis oppidis Regni iure et conditione aeauandi, iure Theotonico seu Magdeburgensi iudicandi concedit, cum incorporatione eidem oppido suburbii Maioris et Minoris (...)
Tych wszystkich wolności zaszła konfirmacyja KJM Stefana we Lwowie die 22 m. Mai a.D. 1578, a po tym KJM Zygmunta III, de data w Lublinie die 7 m. Novembris a.D. 1588, który vigore eiusdem suae confirmationis adpetitionem quorundam senatorum Regni depositorium salis Russiae vulgo t o ł p y appellati in oppido laworow habere civibus concedit (...) Privilegium primum Yladislai IV regis Poloniae de data Cracoviae die 15 m. Martii a.D. 1633 super approbationem telonei pontalis exigendi (...)
Privilegium secundum tegoż KJM Władysława IV, de data Cracoviae in comitiis felicis coronationis suae die 13 m. Martii a.D. 1633, którym przywilejem omnes libertates, immunitates, praerogativas et ordinationes tam a ser. Sigismundo III, parente, quam Sigismundo Augusta et Stephano, praedecessoribus suis, regibus Poloniae, nęć non a Luca comite de Górka, castellano Posnaniensi, datas et consessas superibus expressas, in omnibus punctis, ciausulis et conditionibus aprobować raczy (...) Pokazali przy tym lustracyją autentyczną miasta Iaworowa przez (...), lustratorów województwa ruskiego in a. 1629 odprawioną.
Produkowali przy tym actum commisionis (...) in oppido laworow inter oppidanos Iavorovienses ex una et infideles ludaeos ibidem degentes, (...) ibidem in oppido Jaworów feria 3 post dominicam Reminiscere quadragesimalem proxima a.D. 1640 expeditum (...) Vigore tej komisyjej et pactorum pro tunc constitutorum pokazali drugie pacta a. 1655 między miastem a niewiernymi Żydami postanowione, podpisem WJMP Jana Sobieskiego, starostę iaworowskiego, utwierdzone. A tak my wszystkie te prawa, przywileje, komisyje i postanowienia albo raczy pacta z niewiernymi Żydami umówione trutinowawszy i uważywszy, że nihil iuri communi et aequitati derogant (...)
Prowent z miasta Iaworowa i obojga przedmieść do zamku należący
Mieszczanie iaworowscy z domów rynkowych płacą czynszu per gr 12, a z domów ulicznych per gr 8. Iuxta lustrationem a. 1627 płacono z domów rynkowych 32, oprócz radzieckiego, wójtowskiego i organisty kościelnego. Summa faciebat fl. 12/24.
Teraz płacą z domów w rynku 14 per gr facit ............................ 5/18
Z ulice do Fary płacono z domów 29 per gr 8, faciebat 7/22.
Teraz z tej ulice z domów 22 per gr facit. ................................ 5/26
Z ulice ku Młynowi płacono z domów 15 per gr S, faciebat fl. 4.
Teraz tej ulice niemasz.
Z ulice Przemyskiej z domów 66 per gr 8, faciebat fl. 17/18.
Teraz z domów 29 per gr 8/ac;7......................................... 7/22
Z ulice Iarosławskiej z domów 10 dawano per gr 8 fl. 2/20.
Teraz z domów 5 per gr facit.......................................... 1/10
Z ulice Lwowskiej z domów 40 per gr 8 faciebat fl. 10/20.
Teraz płacą z domów 18 per gr facit .................................... fl. 4/24
Z ogrodów miejskich za groblą i pod groblą podług tejże lustracyjej a. 1627 dawano fl. 30/26.
Teraz dają .......................................................... 22/27
Z ról miejskich z ćwierci 24 per fl. 1/8 faciebat fl. ......................... 30/12
Teraz płacą tylko z ćwierci 15 1/2 per fl. ⅛ , facit............................ 19/13
Ze słodowni miejskich 4 dawali per gr 24, faciebat fl. 3/6.
Teraz tylko Słodownia 1/4, dają ......................................... 1/6
Kowale - podług tejże lustracyjej 10 - dawali fl. 4/12.
Teraz tylko 4 per gr 12, facit............................................ 1/18
Szewcy zjatek 16 per gr 12 faciebat fl. 6/12.
Teraz z jatek 24 per gr l2,facit ......................................... 9/18
Żydzi gospodarze - 23, dawali fl. 58/8.
Teraz gospodarzów 5 per fl. 6, facit ...................................... 30/0
Komorników 33 dawali fl. 43/10. Teraz 12 per fl. 3,facit ................................... 36/0
Żeru dawali fl. 100. Teraz nic nie dają.
Przedmieście Wielkie Jaworowskie zamyka w sobie łanów 25 1/4 . Płacą z łanu per fl. 7, to jest z czwierci per gr 54.
Podług lustracyjej a. 1627 było osiadłych czwierci 197, dawali z popem i pułmiarku kaczmarskiego fl. 368/7/9. Owsa oczeretnego kor. 9 per gr l0 faciebat fl. 3.
Kur oczeretnich 40, per gr l 'l y faciebat fl. 2.
Pieniędzy oczeretnich fl. 2.
Teraz siedzą różnie, bo inne czwierci pusto leżą.
Dają czynszu ........................................................ 125/1/9
Owsa oczeretnego pułmiarków 13 per fl. ,facit............................ 13/0
Kurów oczeretnich 20 per gr 6 .......................................... 4/0
Pieniędzy oczeretnich................................................. 2/0
Dani miodowej dali................................................... 15/6
Z osobna protopopa z czwierci 2 daje .................................... 2/0
Drugi pop z Nakomicznej cerkwi ...................................... 1/1
Zagrodników na tymże Przedmieściu Wielkim było 151, dawali czynszu fl. 67/21.
Teraz majączwierci przed sobą 123, dają55/12.
Przedmieście Małe iaworowskie zamyka w sobie łanów 3 1/4 1/8.
Dawali czynszu z czwierci osiadłej per fl. 1/24 ........ 17/16/9
Zagrodnicy tegoż Przedmieścia dawali 8/11.
Teraz płacą ......................................................... 5/3
Z osobna Przedmieście Małe i Wielkie za powóz do Sanu płacą ................ 114/15
Z cerkwi Nakomicznej za furę ....................................... 7/0
Summa prowentu z miasta i przedmieścia obojga na rok facit ............... 508/28/9 [194]
Spadek dochodów Jaworowa z 842 na 508 florenów w okresie zaledwie 34 lat oznacza, w kategoriach pieniężnych, spadek o około 40%; w rzeczywistości jednak - w związku z szalejącą inflacją - był to spadek o co najmniej 80%. Z przeglądu wynika także, że trzy kościoły Jaworowa - katolicki kościół Dominikanów, unicki kościół Bazylianów oraz kościół prawosławny - zostały zwolnione z wszelkich opłat ze względu na opłakany stan, w jakim się znajdowały. Sytuacja taka nie była bynajmniej wyjątkowa. Skutki zniszczeń dokonanych w połowie XVII w. okazały się trwałe. W miarę upływu czasu warunki w miastach pogarszały się coraz bardziej. Handel zaczynał się chwiać. Patronat w dziedzinie sztuki przestał istnieć. Ogólna liczba ludności miejskiej stale się zmniejszała, malała też liczba pełnoprawnych obywateli i wykwalifikowanych rzemieślników w stosunku do liczby plebsu, biedoty i Żydów. Liczba ludności miejskiej spadła do zaledwie 15% ogółu ludności. Wielkie miasta przybrały wygląd małych miasteczek, a mniejsze ośrodki miejskie cofały się do pozycji przerośniętych wsi, żeby nie powiedzieć miast-widm. W połowie stulecia, według współczesnego opisu, „każda ulica była otwartym polem, zaś plac każdy - pustynią". Zjawisko upadku miast nie było niczym nie znanym w Europie Środkowej i Wschodniej tego okresu, ale jego objawy w Polsce i na Litwie były wyjątkowo drastyczne.
Historycy wysuwają wiele różnych hipotez dla wyjaśnienia przyczyn tego stanu rzeczy. Zniszczenia wojenne były oczywiście powodem istotnym jako czynnik przyspieszający sam proces; same w sobie nie wyjaśniają jednak, dlaczego miasta nie powracały do życia w okresach pokoju. Załamanie się handlu również musiało się odbić na sytuacji gospodarczej miast, nie wyjaśnia to jednak, dlaczego tak wiele miast nie umiało sobie zapewnić udziału w tym handlu, który zdołał przetrwać. Rozwój merkantylistycznych państw sąsiadujących z Polską zapewne stanowił dodatkową konkurencję. Fakt, że nie tylko Wrocław, ale po r. 1621 Ryga, a po r. 1657 również Królewiec znalazły się poza granicami celnymi, mógł się niekorzystnie odbić na handlowych perspektywach Rzeczypospolitej. Historycy podkreślają dewaluację pieniądza Rzeczypospolitej w tym okresie wraz z towarzyszącym jej skokiem inflacji. Ostatnią mennicę królewską Rzeczypospolitej Polski i Litwy zamknięto w 1685 r. Badacze historii społecznej wskazują zarówno na ekskluzywność stanu żydowskiego, jak i na samozadowolenie stanu szlacheckiego jako na przyczyny niedoli stanu mieszczańskiego. Przymierze szlachecko-żydowskie stało się niewątpliwie poważnym zagrożeniem dawnej supremacji mieszczaństwa w kwestiach dotyczących handlu. Żadne z tych wyjaśnień nie sięga jednak sedna sprawy. Analizując proces upadku miast, historyk powinien z pewnością szukać raczej objawów wewnętrznej słabości niż powodów zewnętrznych, które mogłyby odegrać rolę kozłów ofiarnych. Wśród tych pierwszych natychmiast rzucają się w oczy siły odśrodkowe kierujące życiem politycznym miast: konflikty między patrycjuszami a resztą ludności oraz między obywatelami a plebsem; konflikty religijne i narodowościowe między katolikami, protestantami, unitami i prawosławnymi, a także między Polakami, Niemcami, Rusinami i Litwinami; oraz zasadniczy rozłam między chrześcijańskim stanem mieszczańskim a stanem żydowskim. Gildie i cechy były rozbite na sektory oficjalne, nieoficjalne i narodowościowe. W sferze życia politycznego miasta były bezbronne. W epoce swej prosperity nie zdołały sobie wywalczyć wystarczającej reprezentacji w sejmie - obserwatorzy z Krakowa, Wilna i Prus Królewskich nie mogli zrównoważyć nieobecności handlowego tiers etat w rządzie państwa. Wobec tego, w okresach niepowodzeń nie były w stanie ani się bronić przed szlachtą, ani szukać sprawiedliwości u króla, ani przeprowadzić wewnętrznych reform w obrębie własnego stanu. Stopniowo padały ofiarą różnych form wyzysku i ucisku. Potrząsanie starym aktem przywilejów nie mogło powstrzymać samowładnego magnata przedtakim kierowaniem procesami kształtowania się systemu demokracji miejskiej, aby służyły one jego własnym interesom. Fakt posiadania świadectwa obywatelstwa nie. chronił ubogiego rzemieślnika przed ciężką harówką. W XVIII w. zdarzały się przypadki, że nawet burmistrze małych prywatnych miasteczek popadli w poddaństwo. Tylko nielicznym wielkim miastom królewskim udawało się utrzymać przy życiu, a i te stawały się na wpół zwiędłymi karykaturami własnej dawnej wspaniałości. Był to stan rzeczy bardzo żałosny i zaledwie w części równoważyła go stosunkowo duża żywotność miast Prus Królewskich oraz nowo powstających miast Wielkopolski, nastawionych na produkcję tekstylną.
Próby reform musiały czekać do drugiej połowy XVIII w. Do tego czasu przeważająca większość spośród 1400 miast Rzeczypospolitej była już tylko maleńkimi prywatnymi ośrodkami administracyjnymi, których mieszkańcy - w liczbie przeciętnie 750 osób - utrzymywali się głównie z rolnictwa. Z punktu widzenia współczesnej urbanistyki, większość z nich była stracona na zawsze. Z inicjatywy sejmu w 1764 r. założono szereg komisji boni ordinis, czyli dobrego porządku, w celu zbadania sytuacji poszczególnych miast oraz zalecenia środków zaradczych. W tym samym czasie podstawowe organy autonomii żydowskiej, z Radą dla Żydów Małopolski, Wielkopolski, Podola i Wołynia (Vierlandertag) włącznie, zostały zawieszone w celu ograniczenia separatyzmu Żydów oraz utworzenia jednolitego stanu mieszczańskiego. Na przestrzeni następnych kilku dziesięcioleci powstały aż dwadzieścia dwie różne komisje, których działalność przynosiła niekiedy doniosłe skutki. I tak na przykład w Warszawie w r. 1767 zniesiono odrębność jurysdykcji Starego i Nowego Miasta oraz zlikwidowano szlacheckie jurydyki; zostały one zastąpione przez połączone sądy i radę pod przewodnictwem nowego prezydenta miasta. W Krakowie dawną korporację zniesiono w r. 1775; na jej miejsce utworzono nową sprawną radę miejską, złożoną z 12 obieralnych członków, sprawujących nadzór nad czterema departamentami publicznymi - sądowym, ekonomii, opieki i policji. Przez krótki okres wydawało się, że miasta Polski i Litwy zdołają powrócić do dawnego dobrobytu gospodarczego i niezależności politycznej. Odrodziło się życie intelektualne i artystyczne. Ponownie rozpoczęto prace przy wznoszeniu budowli publicznych. Synowie mieszczan tłumnie uczęszczali do szkół Komisji Edukacji Narodowej i zaczęli w sposób rozumny interesować się własnymi prawami i własną przyszłością. W r. 1791, w efekcie czynnej kampanii prowadzonej przez prezydenta Warszawy Jana Dekerta, uzyskano prawne potwierdzenie dopuszczenia mieszczan do sejmu oraz zezwolenia im na obejmowanie urzędów publicznych i nabywanie dóbr ziemskich. Był to jednak triumf pozorny. Dzieło Sejmu Czteroletniego zostało unicestwione, jeszcze zanim zdołało przynieść pierwsze owoce. Na mocy trzeciego rozbioru w 1795 r. miasta Polski i Litwy zostały zdane na łaskę poszczególnych zaborców, których tradycyjne przekonania na temat roli miast w ramach panującego porządku politycznego bardzo się różniły od tradycyjnych poglądów Rzeczypospolitej[195].
Na przestrzeni okresu nowożytnego głównym elementem historii większości krajów europejskich jest rozwój państwa. Powstawanie państw narodowościowych w XV i XVI w., skłonność do absolutyzmu w w. XVII i do absolutyzmu oświeconego w w. XVIII oraz dążenie do zaprzęgnięcia władzy państwowej w służbę programów społecznych, gospodarczych i oświatowych w wiekach XIX i XX - wszystkie te procesy przebiegały bez zwracania większej uwagi na przejawy oporu i odmiennych zapatrywań. Do czasu pierwszej wojny światowej argumenty przeciwników tej tendencji dotyczyły w istocie przede wszystkim kierunków, metod i priorytetów rozwijającej się władzy państwowej, a jedynie w rzadkich przypadkach dotykały podstawowego pytania o to, czy władza państwowa jest w ogóle sama w sobie czymś pożądanym lub koniecznym. Dopiero po dwóch wojnach światowych, które spowodowały nie znany dotąd ogrom zniszczeń, i po doświadczeniu skutków rządów faszystowskich i komunistycznych, które pochłonęły miliony ofiar ludzkich, okrucieństwa i nadużycia popełniane przez państwo dały początek zakrojonemu na szerszą skalę uczuciu zażenowania wobec osiągnięć politycznych minionego pięćsetlecia. W tym kontekście analiza funkcjonowania jednego z bardzo nielicznych państw, w których silne tradycje bezustannie przeciwstawiały się dążeniom władz centralnych, może się okazać pouczająca.
W Rzeczypospolitej Polski i Litwy, która ukształtowała się w okresie od zawarcia unii w r. 1569 do trzeciego rozbioru w r. 1795, anarchizm polityczny stał się jednym z przewodnich ideałów demokracji szlacheckiej. Jej slogan: - „Nierządem Polska stoi” - zawiera w sobie paradoks, który mógłby podziwiać sam Proudhon, i jest bardzo podobny do słynnego hasła Bellegarrigue'a z 1848 r.: L'Anarchie, c'est 1'ordre. Inspiracją dla jej praw i poczynań była głęboko zakorzeniona wiara w wolność jednostki i swobody obywatelskie, która - jak na owe czasy - była czymś wyjątkowym. Wydaje się, że w wiekach XVI i XVII wywarła ona jakiś odległy wpływ na radykalne ruchy w Europie Zachodniej, w niemałej mierze za pośrednictwem pism braci polskich. Jednakże w w. XVIII były to idee absolutnie niemodne i powszechnie nie zrozumiane.
W epoce oświecenia słowa „anarchie” używano jako obraźliwego epitetu, równoznacznego z chaosem i terrorem; w w. XIX zaś dawna Rzeczpospolita nadal pozostawała oglądanym z perspektywy czasu pośmiewiskiem. Dla historyków pruskich i rosyjskich, dla których jej upadek był elementem ich własnego wzlotu ku sławie, stanowiła przykład zdegenerowanej formy zarządzania, którą słusznie zastąpiły postępowe i łaskawe rządy ich własnych monarchów. W istniejących podręcznikach historii opinie te przeważają na ogół do dziś.
Rzeczpospolita Polski i Litwy nie była głośnym sukcesem. Z tego też powodu jej ideały i jej instytucje rzadko traktowane są z taką uwagą, na jaką zasługują[196]. Dość odpowiednio do sytuacji, podstawowe prawa konstytucyjne, które rzekomo regulowały życie polityczne Polski i Litwy, były wyraźnie ze sobą sprzeczne. Przez znaczną część okresu trwania unii spierano się już na temat samego jej charakteru.
Zgodnie z aktem unii lubelskiej, której postanowienia polscy juryści uważali za nienaruszalne, oddzielne najwyższe władze Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego rozwiązywały się dobrowolnie z chwilą podpisania unii i na zawsze łączyły ze sobą, tworząc nowe „nierozdzielne ciało”, zjednoczoną Rzeczpospolitą. Wszystkie prawa sprzeczne z postanowieniami unii zostawały uchylone. Jednakże według trzeciego statutu litewskiego z 1588 r. odrębność państwowa Litwy pozostawała nie naruszona, wszystkie zaś prawa sprzeczne ze statutem, włącznie z kilkoma klauzulami unii lubelskiej, uznano za nieważne[197]. Jakkolwiek by popatrzeć na sprawę, sytuacja była absurdalna. W Polsce trzeci statut litewski uważano za niekonstytucyjny. Na Litwie autorzy statutu widzieli w „upokarzającej” unii w Lublinie akt przymusu. Nie podjęto jednak żadnej próby usunięcia tego chaosu. Zarówno akt unii, jak i trzeci statut pozostawały w mocy do końca XVIII w. Trudno powiedzieć, jakie zdanie miał w tej sprawie przeciętny obywatel, jest natomiast rzeczą oczywistą, że podczas gdy większość polskiej szlachty z terenu Królestwa uważała unię za wiążącą, mniejszość ich litewskich braci w dalszym ciągu upierała się przy odrębnym statusie Wielkiego Księstwa.
W tym świetle można utrzymywać, że unia Polski i Litwy nie została ostatecznie spełniona aż do r. 1791, kiedy to w ramach Konstytucji 3 maja uroczyście proklamowano Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ta druga unia pozostała jednak prawie wyłącznie martwą literą prawa. Wielkie Księstwo Litewskie zostało formalnie zlikwidowane na mocy rosyjskiego dekretu wydanego po drugim rozbiorze w r. 1793 - zaledwie na dwa lata przed tym, zanim polskie szczątki Rzeczypospolitej zostały zlikwidowane na mocy trzeciego rozbioru w r. 1795.
Analizując tradycje polityczne, historyk musi więc nieuchronnie opierać się mniej na teorii prawa, a bardziej na zwyczajach i praktyce ustalonych instytucji. (Patrz Rys. K).
Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa sejmowat'. - „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczypospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań - czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia sprawozdań z obrad sejmu i jego zaleceń oraz podjęcia decyzji co do realizacji uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał lauda, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.
Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmocnemu Bogu, w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.
Tak na przykład w listopadzie 1585 r. szlachta województwa krakowskiego została wezwana do przybycia na sejmik, który miał się odbyć w zwykłym miejscu: w kościele parafialnym w Proszowicach, około dziesięciu kilometrów na wschód od dawnej stolicy. Jakieś sześć tygodni wcześniej król przysłał wojewodzie Andrzejowi Tęczyńskiemu uniwersał, czyli pismo okrężne, w którym prosił szlachtę, aby się zebrała 7 listopada i przedłożyła swoje rady w sprawie zamieszek, jakie wstrząsały w tym czasie krajem. W poprzednim roku wojska kanclerza wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego pojmały skazanego na banicję szlachcica. Samuela Zborowskiego, który został następnie ścięty na rynku w Krakowie. Ponieważ, zanim go schwytano, Zborowski przez cztery lata zupełnie otwarcie podróżował po Rzeczypospolitej i ponieważ jako kapitan kawalerii brał udział w niedawnych kampaniach przeciwko Moskwie, jego śmierć interpretowano powszechnie jako prywatny akt zemsty. Jego bracia, Krzysztof i Jan, członkowie potężnego protestanckiego rodu znanego ze swej porywczości, szykowali się do odwetu. Krzysztof Zborowski przyjechał do Proszowic o jeden dzień wcześniej i otoczył kościół oddziałem zbrojnej czeladzi. Tak więc, gdy 7 listopada dygnitarze ziemscy przybyli, aby zająć miejsca w „kole rycerskim” przed ołtarzem, ujrzeli wymierzone w siebie z chóru i organów rzędy pik i muszkietów. Zanim zdążyli zrobić krok, Zborowski zerwał się na nogi i przysiągł wziąć zemstę „na gardle Zamoyskiego” za niecne morderstwo brata, wzywając zebraną szlachtę, aby się doń przyłączyła. Gdy biskup krakowski, Piotr Myszkowski, i kasztelan biecki, Mikołaj Firlej, zaproponowali, aby się zwrócić do sądów, gwałtownie im przerwano. Wybory marszałka sejmiku trzeba było przeprowadzić na cmentarzu kościelnym. W drugim i trzecim dniu atmosfera zrobiła się jeszcze gorętsza. Zwolennicy Zborowskiego próbowali przeforsować swą sprawę, czyniąc obstrukcję i bijąc w dzwony, zagłuszając w ten sposób argumenty przeciwników. Potem - gdy nadjechał Stanisław Stadnicki, zwany Diabłem Łańcuckim, i wziął stronę Zborowskiego, wymierzono broń przeciwko Spytkowi Jordanowi, przywódcy opozycji. Nastąpił wyraźny rozdział między współczuciem a siłą. Jedynym punktem, co do którego zgodni byli wszyscy, był fakt, że ludzie Zamoyskiego przekroczyli swoje prawa, wjeżdżając na teren majątków siostrzenicy Zborowskich, Katarzyny Włodek. To, że dama ta udzielała wówczas schronienia banicie, nie miało żadnego znaczenia wobec naruszenia granic jej posiadłości. Zgodnie z prawem neminem captivabimus szlachta miała przywilej nietykalności wobec wszystkich tego rodzaju inwazji, dopóki sąd nie wydał wyroku skazującego. Jako kobieta i jako miejscowa właścicielka ziemska, Katarzyna zyskała sobie liczne poparcie. 10 listopada sejmik był już ogarnięty schizmą. Wewnątrz kościoła Zborowscy wybrali spośród swoich ludzi dwóch posłów - z Mikołajem Kazimierskim jako głową tej delegacji. Na zewnątrz, na cmentarzu kościelnym opozycja wybrała drugą ekipę, na której czele stanął Spytek Jordan. Z największym trudem udało się namówić rywalizujące grupy, aby podjęły wspólną rezolucję i dokonały wyboru pisarza dla spisania instrukcji. Ostatecznie spośród 37 punktów instrukcji tylko jeden dotyczył Zborowskich: punkt nr 20 zalecał posłom złożenie w sejmie protestu przeciwko naruszeniu posiadłości wdowy Włodkowej oraz domagania się sprawiedliwego przesłuchania dla Zborowskich[198].
Partykularny, prowincjonalny charakter instrukcji sejmików ziemskich daje obraz najżywszych trosk szlachty. W r. 1667 Jan Chryzostom Pasek pełnił funkcję marszałka sejmiku w Rawie na Mazowszu; zanotował w pełnym brzmieniu wszystkie sformułowane wówczas punkty instrukcji. Chociaż był to okres zamieszek wywołanych rokoszem Lubomirskiego i słabością władzy króla Jana Kazimierza, szlachta prowincji wykazała niezwykłe wprost zainteresowanie pieniackimi drobiazgami:
INSTRUKCYJA Ich Mościom PP. posłom ziemi rawskiej:
JMości panu Adamowi Nowomiejskiemu, wiceinstygatorowi koronnemu, sędziemu grodzkiemu rawskiemu, i JMości panu Anzelmowi Piekarskiemu, cześnikowi rawskiemu, zgodnie obranym na sejm 2-niedzielny, z Koła Rycerskiego dana.
Wszystkiemu jawno to światu, jak ubolewać cała ojczyzna musi, wziąwszy przed oczy, w jak ciężkie przez nieżyczliwe malevolorum conatus zachodzi labirynty, gdy w tak niebezpiecznym zostawująca paroksyzmie miasto pociechy niewdzięczność i żadnej w obronie swojej przez rozerwane sejmy nie odnosi nadzieje (...)
Co że z dobrotliwej JKMości PNM-go scaturisat łaski, zlecamy to Ich Mościom PP. posłom naszym, żeby naprzód szczerą naszą poddańską poniesionego żalu i fatygi JKMości PNM-go opowiedziawszy kondolencyją, a fortunnego w długie lata JKMości powinszowawszy panowania, powinne nomine całego koła naszego za ojcowskie bonum tej ojczyzny pieczołowicie uczynili dzięki.
1. A że przez częste, a nie na żadnym prawnym zasadzające się fundamencie kontradykcyje - sejmy się rozrywają, co że jest cum summo Reipublicae detrimento, dlatego zlecamy to Ich Mościom panom posłom naszym, żeby ante omnia wynaleźli modum concludendi sejmów (...)
2. Potym mają upraszać PP. posłowie nasi króla JMości, aby traktat łęgoński, który najgruntowniejszym jest domowego uspokojenia fundamentem, zaraz post absolutu vota JMPanów senatorów był aprobowany (...)
3. A że in tanto Reipublicae passu nic potrzebniejszego nie widziemy nad ukontentowanie wojska, (...) Ich Mość panowie dla prędszego długów wypłacenia te podadzą sposoby:
4. Naprzód, aby Ich Mość panowie pułkownicy, rotmistrze, eto. (...) do pewnego czasu poczekali; a ta summapropter meliorem certitudinem zapłacenia żeby im na tychże dobrach asekurowana była.
5. (...) żeby clenodia regni, cum scitu jednak Izby Poselskiej zregestrowane, do pewnego czasu zastawić.
6. Prosić będą Ich Mość PP. posłowie nasi Ich Mościów księży biskupów, opatów, proboszczów, żeby pokazawszy siąfiliis tej ojczyźnie, raczyli charitativum wyświadczyć subsidium (...)
7. (...) pogłownie żydowskie i inne podatki infructum Reipublicae pobierane, aby in duplo płacone były (...)
8. (...) żeby po tych żołnierzach, którzy (...) na domowej (...) pod Montwami poginęli wojnie, panowie oficyjerowie zasług nie brali, ale cedant in commodum Reipublicae, a zwłaszcza plebeiorum.
14. A lubo wiemy, księciu JMości brandenburskiemu że nowe cła na zapłatę jego długu obmyślone były, przecie jednak Ich Mość panowie posłowie, wziąwszy iustam calculationem et relationem, in quantum by jeszcze czego potrzeba dołożyć, inibunt operom.
15. (...) A ponieważ Piltyń ab antiquo należy do inkorporacyjej ks-twa kurlandzkiego, (...) starać się będą ich MPP. posłowie, aby [go] ks. JMość kurlandzki otrzymał (...)
16. Taki się między nami nie znajdzie, kto by widząc Ich Mościów PP. obywatelów inflantskich, braci naszych, wiarę, cnotę i bonorum fortunae, wniwecz obrócenie i zabranie, kto by nie miał za to im oddać powinnych dzięk (...)
17. (...) aby Ich MM. panom Orsettym albo summa proveniens tak kapitalna, jako i provisionis, oddana była, albo się im też takowa -jako reces opiewa - asekuracyja stała.
18. Mennica, która już zawarta była, że znowu bez konsensu Rzplitej otworzona, adiaborabunt Ich Mość PP. posłowie, żeby ex nunc zawarta była i stemple popsowane.
19. Sądy na Boratyniego, także i Tynfa, popierać będą IMPP. posłowie nasi (...)
20. Panowie administratorowie cła nowego, także akcyzy, reddant radonem swoich ekspensów, i także żeby byli sądzeni.
21. Że wielką szkodę stany Rzplitej ponoszą przez nieznośną drogość tak materyj, sukien, jako i inszych rzeczy, upraszać Ich Mość PP. posłowie będą JKMości, abypretia rerum postanowione były.
25. (...) żeby posłów i rezydentów cudzoziemskich, którzy się u nas tak bardzo umieszkali, ex nunc relegować.
26. Posłów prywatnych et sine consensu ordinum zęby do postronnych narodów nie posyłać (...)
27. A że przez ustawiczne przechody, stanowiska i obozy wojsk tak JKMości, jako w związku zostających, nad wszystkie inne najbardziej nasze zrujnowane jest województwo, upraszać będą PP. posłowie nasi, aby podatki adfeliciora odłożone nam były.
28. (...) żeby Ich Mość PP. hetmani albo przynajmniej jeden zawsze praesens w wojsku ropter meliorem ordinem et disciplinam solidam.
29. Panowie pułkownicy, rotmistrze i insi oficyjerowie, aby się od pułków i chorągwi swoich sine legali impedimento nie absentowali, pod utraceniem zasług (...)
30. W wojsku cudzoziemskim aby szlachta rodowita i nasi oficyjerowie byli.
31. (...) za JMością ks. biskupem chełmińskim, podkanclerzem koronnym (...) zlecamy Ich Mość panom posłom naszym, aby za interpozycyją ich drugiego opactwa, primum vacans, prowizyją (...) cum consensu totius Reipublicae etiam non obstante legę de incompatibilibus quoad personam JMości ukontentowany zostawał.
32. Tudzież za JMością P. Aleksandrem Załuskim, podkomorzem rawskiem, aby JMości za wsi i dobra, to jest: Pawłowo, Szapoli, Borodyno, Putosze, Czerńcowo, Radzynowo, Piotrowo, Holemszczowo, w województwie smoleńskim leżące, (...) a teraz przez Moskwiecina zawojowane i posiadłe, competens rekompensa uczyniona była.
33. Miasto Rawa, przez kilkakroć stojące obozy zrujnowane i wniwecz obrócone, żeby od podatków i ciężarów innych liberowane było (...) o uwolnienie łanu jednego, na szpital zakupionego w Budziszowicach, w dzierżawie JMości pana Piotra Śladkowskiego, chorążego rawskiego, żeby mógł był ten łan iure ecciesiastico gaudere, instabunt IMPP. posłowie. Zlecamy tedy Ich Mościom PP. posłom, (...) aby upatrując bonum patriae to traktowali, co by non in oppressionem libertatum onejże, ale magis in elucidationem być mogło, i we wszystkim z inszymi żeby się znosili województwy. Dań w Rawie, w Kole Rycerskim dnia 7 lutego R.P. 1667. Jan Chryzostom z Gosławic Pasek, komornik ziemski rawski, marszałek koła Rycerskiego[199].
Sejm został zinstytucjonalizowany później niż sejmiki ziemskie: pod wieloma względami był w stosunku do nich podległy. Z pewnością był od nich zależny w kwestii realizacji swych postanowień. Wydaje się, że inspiracją dla niego były doświadczenia' zgromadzeń stanowych Prus Królewskich, które funkcjonowały nadal po wcieleniu tej prowincji do Polski w 1466 r.[200]
Po raz pierwszy sejm zebrał się w r. 1493 w Krakowie, na prośbę króla, jako „parlament” Królestwa, przy obecności zaledwie 40 wybranych posłów. Po r. 1569 przekształcił się we wspólne zgromadzenie zjednoczonej Rzeczypospolitej. Składał się z dwóch izb: senatu, złożonego ze 140 senatorów, oraz izby poselskiej, złożonej ze 170 posłów - 122 z Królestwa i 48 z Wielkiego Księstwa. Senat składał się z najwyższych urzędników kościelnych i państwowych: 2 arcybiskupów, 13 biskupów rzymskokatolickich, 4 marszałków, 4 kanclerzy, 2 podskarbich, 31 wojewodów, 83 kasztelanów, starosty żmudzkiego[201]. Przewodniczył mu marszałek wielki koronny, a sesje odbywały się w obecności króla. Wziął swe początki od średniowiecznej Rady królewskiej, a poza funkcją izby prawodawczej, utrzymywał swą początkową funkcję najwyższego organu władzy wykonawczej. Na czas między sesjami mianował 16 senatorów „rezydentów”, którzy pozostawali przy królu i zajmowali się bieżącymi sprawami rządu. 140 członków senatu było zorganizowanych według dawnej zasady starszeństwa. Zasiadali w prostokątnej sali obrad: po jednej stronie król na swym tronie, po drugiej biskupi na fotelach, po bokach urzędnicy państwowi i wojewodowie w fotelach, z tyłu sali - kasztelanowie. W izbie poselskiej zasiadało z reguły po dwóch posłów z każdego sejmiku ziemskiego oraz dwóch posłów z miasta Krakowa. W w. XVII i XVIII, gdy w sejmie nadal zasiadali przedstawiciele ziem utraconych przez Rzeczpospolitą i gdy niektóre prowincje - na przykład Prusy Królewskie - przysyłały aż po ośmiu i więcej posłów, początkowo liczba 170 wzrosła do ok. 190 w pół. XVII w., a w r. 1764 wyjątkowo aż do 236. Przewodniczył marszałek sejmu, wybierany przez posłów na początku każdego posiedzenia. Zgodnie z artykułami henrykowskimi sejm miał się odbywać przynajmniej raz na dwa lata. W okresie od r. 1717 do r. 1768 terminy sesji ustalano na długi czas z góry - zazwyczaj na pierwszy poniedziałek po dniu św. Michała, co drugi rok. Jeśli te sesje - sejm walny - trwały pełne sześć tygodni i odbywały się w normalnym okresie kadencji, zwane były sejmem ordynaryjnym. Natomiast jeśli sejm zwołany był przez króla w razie pilnej potrzeby na okres krótszy, był to sejm ekstraordynaryjny. Z chwilą śmierci króla sejm był automatycznie zwoływany przez prymasa, który obejmował funkcję interreksa, czyli regenta; jego zadaniem było przygotowanie wyborów następcy. Sesję taką nazywano sejmem konwokacyjnym. Na sejmie elekcyjnym, przed wyborem nowego króla układano i zatwierdzano zobowiązania elekta sformułowane w pacta conventa. Następnie odbywał się sejm koronacyjny. (Odmowa przyjecia pacta conventa lub tekstu przysięgi w ustalonym brzmieniu oznaczała natychmiastowe odwołanie koronacji i zwołanie nowej elekcji). Począwszy od 1505 r., gdy zatwierdzono konstytucję Nihil novi, izba poselska miała już ten sam status co senat. Dzięki paktom konwentom sprawowała ostateczną kontrolę nad postępowaniem króla. Jako instytucja służebna w stosunku do sejmików, wyrażała wolę obywateli Rzeczypospolitej należących do stanu szlacheckiego i sprawowała kontrolę nad dwoma istotnymi aspektami polityki finansowej: w dziedzinie wojskowości i podatków państwowych. Miała więc w sejmie większą władzę niż senat i w związku z tym cieszyła się najwyższym autorytetem w państwie. Układ ten, który ostatecznie ustalił się przed wstąpieniem na tron pierwszego władcy elekcyjnego w r. 1573, przetrwał do r. 1791. Na przestrzeni trzech wieków swego istnienia sejm odbył około 230 sesji. 147 z nich odbyło się w Zamku Królewskim w Warszawie, 38 w Piotrkowie, 29 w Krakowie, 11 w Grodnie (w odpowiedzi na zgłoszone w 1673 r. przez Litwę żądanie, aby co trzecia sesja odbywała się na terenie Wielkiego Księstwa), 4 w Lublinie, 3 w Toruniu, 2 w Sandomierzu, 2 w Radomiu i po jednej w kilku innych przypadkowych miejscowościach. Sesja ostatnia, która zebrała się w Grodnie dla zatwierdzenia drugiego rozbioru, zakończyła obrady 23 listopada 1793 r.[202]
Elekcja królewska była w Polsce wydarzeniem dość szczególnym. Teoretycznie każdy szlachcic Rzeczypospolitej miał prawo wziąć w niej udział, w praktyce do Warszawy zjeżdżało się od dziesięciu do piętnastu tysięcy[203]. Przyjeżdżali konno na pole elekcyjne na Woli pod Warszawą, formując zwarte szeregi wokół pawilonów swoich prowincji. Każdy szlachcic i katolik - czy to obywatel polski, czy cudzoziemiec - miał prawo zgłosić swoją kandydaturę. Każda prowincja omawiała sprawę wcześniej na własnym sejmiku ziemskim i na ogół przyjeżdżano do Warszawy z dość wyrobionym zdaniem w sprawie kandydatur. Jednakże proces, dzięki któremu ta zgraja uzbrojonych jeźdźców ostatecznie osiągała jednomyślną decyzję, wybierając jednego spośród dziesiątków kandydatów i jedną spośród dziesiątków opinii, można opisać jedynie jako akt zbiorowej intuicji. Na początku dnia zwolennicy każdego z głównych kandydatów organizowali kampanię dla zapewnienia mu należytej reklamy. Od pawilonu do pawilonu krążyły delegacje, badając ogólne nastroje, werbując stronników, składając we własnych pawilonach raporty, na podstawie których decydowano, jak dalej postępować. Przez cały czas po polu elekcyjnym krążył konno marszałek wielki koronny, ponaglając niezdecydowanych do złożenia głosów na kandydatów mających największe szansę na zwycięstwo, błagając przegrywające stronnictwa, aby przestały upierać się bez potrzeby, schlebiając im i namawiając, aby się pogodziły i głosowały na wspólnego kandydata. Jeśli mu się udało, zanim nadszedł wieczór, głośno ogłaszano nazwisko oczekiwanego zwycięzcy; poszczególne prowincje jedna po drugiej dołączały się do tych okrzyków, które stopniowo zmieniały się w potężny ryk, aż wreszcie, podnosząc w górę szable, szlachta Rzeczypospolitej obwoływała swego króla.
Równie często jednak akt intuicji nie przynosił jednomyślności. Na porządku dziennym były sceny nieopisanego zamętu, rozstrzygające spory bójki i prywatne potyczki. O elekcji z r. 1764, podczas której zabito zaledwie trzynastu elektorów, mówiono, że przebiegła nadzwyczaj spokojnie. Przy kilku okazjach - w latach 1575, 1587, 1697 i 1733 - sporów nie udało się rozstrzygnąć na polu elekcyjnym. W takich przypadkach następowała podwójna elekcja: wybierano dwóch „zaakceptowanych” elektów, z których każdy był zdecydowany przeforsować własną kandydaturę na drodze rozpoczynającej się w ten sposób wojny domowej. Pasek następująco opisuje scenę elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego w 1669 r.:
Nastąpiła potem elekcyja króla. Wyszły od arcybiskupa innotescencyje do województw, zagrzewając ordines Reipublicae do elekcyjej prędkiej (...) Aleć województwa słowa na to nie dały rzec, ale żeby wszystkim wsiadać na koń, tak jako na wojnę. Wiedzieli co za ducha ma w sobie arcybiskup (...) Ja, żem się w Krakowie ożenił, jużem też tam z nimi był pod chorągwią krakowskiego powiatu, gdzie Pisarski Achacy rotmistrzował. Poszliśmy tedy pod Wysimierzyce i tam staliśmy więcej niżeli tydzień, potem pod Warszawę primus diebus Iulii stanęliśmy. Potym jako z rękawa wysypały się województwa, wojska wielkie, poczty pańskie, piechoty, zgoła ludzi bardzo pięknych i wiele.
Sam Radziwiłł Bogusław miał z sobą ludzi z ośm tysięcy bardzo pięknych. Wtenczas najpierwszy raz w Polszcze muzyka, którą zowią pruska, słyszana była, co na tych pomortach grają przed rajtaryją (...) Kiedy już po kilku sessyjach i po odebraniu od posłów cudzoziemskich legacyjej (...) najbardziej nam przypadł do serca Lotaryńczyk, ex ratione, że to pan wojenny i młody, a jego też poseł w swojej powiedział perorze na końcu te słowa: „quotquot sunt inimici vestri, cum ommnibus in hac arena caertabif\ (...)
Nazajutrz pozjeżdżali się do szopy. Okryły wojska pole; dopiero różni różnie dają sentencyje (...) Ozwie się jeden szlachcic z województwa łęczyckiego (...): „Nie odzywajcie się, kondeuszowie, bo tu będą kule koło łba latały”. Senator jeden odpowiedział mu coś crude. Kiedy to poczną ognia dawać (...) zaraz insze chorągwie skoczyły w drugą stronę piechotę potrącać, deptać; piechota w rozsypkę (...) Starszyzna przecie powyjmowali każdy swoich; obróciły się chorągwie w pole, a panowie biskupowie, senatorowie powyłazili spod krzeseł, spod karet, wpół ledwie żywi (...) Nazajutrz sessyja nie była, bo się panowie smarowali po utrząśnieniu i olejki, hiacynty pili po przestrachu. Województwa też w pole nie wychodziły, ale w obozie stały. Posyłają województwa 16 Iunii do arcybiskupa, żeby wyjechał na sessyja i zagaił według prawa continuationem operis. Odpowiedział, że „nie wyjadę, bo nie jestem securus zdrowia” (...)
Ozwie się ktoś tam z kupy: „(...) Ponieważ ksiądz JMość z Prażmowa funkcyjej urzędowi swemu należytej nie czyni dosyć, więc prosiemy JMości pana kasztelana krakowskiego, (...) aby nam był dyrektorem; wszakże też to nie papieża obierają, możemy się obejść i bez księdza”. (...) To się agituje, a Wielgopolacy już krzyczą: „Vivat rex!” Skoczy od nas kilku, na kogo wołają; przynieśli nowinę, że na Lotaryńczyka. W łęczyckim województwie znowu i w brzeskim kujawskim intulerunt to, że „nam nie trzeba bogatego pana, bo on będzie bogatym zostawszy królem polskim. Nie trzeba nam z inszymi koligowanego monarchami, bo to jest periculum libertatis; ale nam trzeba virum fortem, virum bellicosum. Gdybyśmy mieli Czarnieckiego, pewnie by był usiadł na tronie, że go nam Bóg wziął, obierzmy jego ucznia, obierzmy Polanowskiego”. To się agituje; ja per curiositatem skoczyłem do Sandomierzanów, którzy najbliżej nas stali, aż tam trafiłem na tę materyją, że życzą sobie de sanguine gentis i mówią: „(...) Wspomniawszy na cnotę i poczciwość, i przeciwko ojczyźnie wielkie merita księcia ś. pamięci Hieremiego Wiśniowieckiego, słuszna by rzecz zawdzięczyć to jego posteritati. Owo jest książę JMość Michał; czemuż go nie mamy mianować? (...)” A tymczasem hukną w Sandomierskiem: „Vivat Piast! (...) Vivat rex Michael!” Łęczycanie i Kujawianie rozumiejąc, że na ich Polanowskiego, poczęli zaraz też wołać (...) Starszyzna nasza krakowska negat, contradicit (bo od inszych piniędzy dużo nabrali i obietnice mieli wielkie (...) mówiąc „(...) Czy nas szaleństwo ogarnęło? Stójmy!” (...) Rzecze do mnie Pisarski: „Mości panie bracie, co w tym terminie rozumiesz?” Odpowiem: „To rozumiem, co mi Bóg do serca podał: Vivat rex Michael!” Potem zaraz wyjadę z szerega, skoczę za Sandomierzanami; co żyw, za mną, że ich chorążowie z chorągwiami musieli (...) Wprowadziliśmy go tedy do koła szczęśliwie. Tam dopiero gratulationes, tam dopiero pociecha dobrych, a smutek złych[204].
Tak ekstremalne stosowanie zasady obieralności w monarchii Polski i Litwy nasuwa na myśl słynne zdanie Jamesa Bryce'a na temat ustroju Świętego Cesarstwa Rzymskiego w średniowiecznych Niemczech. Mówiąc o formalizacji ustroju monarchii elekcyjnej przez cesarza Karola IV w r. 1356, Bryce pisze: „zalegalizował anarchię i nazwał ją konstytucją”[205].
Paralela jest wielce stosowna. Wielu uczonych, z Bryce'em włącznie, uważało ustrój w Polsce za pochodną, jeśli nie wręcz kalkę - ustroju Niemiec. Ostateczna przewaga elektorów nad monarchią stała się z pewnością jedną z głównych przyczyn upadku monarchii - tak w Rzeczypospolitej Polski i Litwy, jak i w Niemczech. Gdy już król elekt został wybrany, udawał się do sejmu, aby wysłuchać propozycji szlachty dotyczących warunków, na jakich byłaby skłonna zgodzić się na jego koronację. W r. 1573, po pierwszej elekcji, Henrykowi Walezemu przedłożono tzw. Artykuły henrykowskie (pacta conventa).
Przy późniejszych elekcjach Artykuły henrykowskie były stałą umową konstytucyjną, która nigdy nie ulegała zmianom. Zawierały one między innymi warunek, że szlachta zachowa na przyszłość prawo wolnego wyboru króla, bez względu na to, jakie plany aktualny król mógłby mieć w stosunku do członków własnej rodziny; prawo do zatwierdzania każdego wypowiedzenia wojny, każdego opodatkowania i wszystkich przypadków zwoływania pospolitego ruszenia; warunek regularnego odbywania sesji sejmowych; warunek przestrzegania zasady tolerancji, tak jak została ona uświęcona aktem konfederacji warszawskiej, a wreszcie warunek, że przy boku króla winno zasiadać szesnastu senatorów rezydentów. Artykuł ostatni mówił o prawie szlachty do wypowiedzenia posłuszeństwa - wręcz o jej obowiązku nieposłuszeństwa wobec króla, gdyby ten sprzeniewierzył się złożonej przysiędze. Pacta conventa dotyczyły osobistych przyrzeczeń, jakie każdy elekt składał po elekcji, m.in. w sprawach prowadzenia polityki zagranicznej, królewskich zobowiązań finansowych itd. Dzięki tym środkom króla Rzeczypospolitej mianowano czymś w rodzaju dożywotniego dyrektora, zatrudnionego na podstawie kontraktu zawartego według zasad podyktowanych przez firmę. Od chwili koronacji aż do śmierci nie mógł on mieć żadnych złudzeń: był sługą, szlachta zaś była jego panem[206].
Jednakże kontrola sejmu nad władzą wykonawczą króla nie była bynajmniej pełna. W szczegółowych sprawach dotyczących sposobu rządzenia król zachował szereg istotnych prerogatyw i szerokie pole manewru politycznego. Na każde 104 tygodnie, przez 98 był niekwestionowanym władcą Rzeczypospolitej. Jako beneficjant dóbr królewskich, sprawował bezpośredni zarząd nad jedną szóstą kraju i ludności, dysponując większymi środkami gospodarczymi i wojskowymi niż największy z magnatów. Jako protektor w sprawach polityki, mógł oferować swoim lojalnym stronnikom nie tylko nagrody w postaci wysokich urzędów władzy wykonawczej, ale także dożywotnie dzierżawy bogatych dóbr koronnych i monopoli. Miał decydujący głos w sprawie nominacji kandydatów na wszystkie wysokie urzędy polityczne. On mianował marszałka, hetmana, kanclerza i podskarbiego Korony i Wielkiego Księstwa oraz ich zastępców; mianował kandydatów na urzędy ziemskie wojewody, kasztelana i starosty oraz wybierał urzędników sądowych spośród kandydatów przedstawionych przez sejmiki, zatwierdzał też wszystkie nominacje kościelne w opactwach i biskupstwach Kościołów rzymskokatolickiego, unickiego i prawosławnego. Miał zatem o wiele większy wpływ na senat, niżby to mogło wynikać z zewnętrznych obserwacji oficjalnego przebiegu sesji. W dziedzinie prawodawstwa w dalszym ciągu wydawał edykty dotyczące wszystkich kwestii nie zastrzeżonych dla sejmu na mocy odrębnych przywilejów; w dziedzinie spraw wojskowych pełnił funkcję oficjalnego głównodowodzącego armii, któremu wszyscy żołnierze składali przysięgę posłuszeństwa; w dziedzinie prawa zachował prerogatywy sprawowania wraz z sejmem funkcji najwyższego sądu apelacyjnego; w dziedzinie polityki wreszcie - był naturalnym obrońcą średniej szlachty przeciwko magnatom oraz stanów słabszych - mieszczan, Żydów, chłopstwa i duchowieństwa - przed całym stanem szlacheckim.
W sprawach zagranicznych miał prawo do pełnienia zasadniczej roli w określaniu kierunków polityki. Niemal wszystkie decyzje musiał podejmować wspólnie z senatorami rezydentami; nie miał natomiast obowiązku przyjmować wszystkich propozycji, jakie mu przedkładano. Nie można powiedzieć, aby nawet w stosunku do sejmu był w jakimkolwiek sensie pozbawiony władzy. To król zwoływał sejm i kierował programem debat. To jego podpis zmieniał rezolucje sejmowe w statutowe prawa. Może był sługą szlacheckiej Rzeczypospolitej, ale na pewno nie był jej marionetką.
Przebieg ordynaryjnych i ekstraordynaryjnych posiedzeń sejmu był często równie zawikłany i równie skomplikowany jak przebieg elekcji królewskich. Tak na przykład w latach 1585-86 sejm, który Batory zwołał do Warszawy w celu rozwiązania sprawy Zborowskich, omówionej już wcześniej na sejmikach ziemskich, zakończył się politycznym patem. Sesję zwołano na 15 stycznia. Trzy dni wcześniej król przyjechał do Warszawy z południa kraju, w towarzystwie wojewody kijowskiego, Konstantego Ostrogskiego, z oddziałem 1500 Kozaków i kawalerii oraz kanclerza Zamoyskiego z oddziałem 1500 piechoty. Od zachodu nadciągał Krzysztof Zborowski z własnym wojskiem. Jak mówi pamiętnikarz, celem kanclerza było stać się potentior potentia potentissimi, czyli „siłą silniejszym od najsilniejszych”. 15 stycznia arcybiskup lwowski odprawił w kościele św. Jana mszę św. i nowo wybrany marszałek sejmu, Pękosławski, złożył deklarację lojalności. Szesnastego rozpoczęła się pierwsza faza obrad, osobno dla każdej z izb. Izba poselska przygotowała listę kandydatów proponowanych na wakujące urzędy państwowe oraz przedyskutowała kwestie wynikające z instrukcji poselskich. Gdy doszło do rugów, czyli sprawdzania ważności mandatów, posłów szlachty wołyńskiej przyjęto na miejsce „dwóch posłów panów tej prowincji”, którzy odbyli wcześniej własny sejmik. Senat omawiał wewnętrzne i zewnętrzne problemy bieżące. Zabierając głos ściśle według starszeństwa, każdy senator po kolei przedstawiał swoje votum, czyli opinię. Gdy przyszła kolej na kanclerza, mówił on szczegółowo zarówno o kłopotach w Moskwie, jaki kłopotach w kraju. Wyjaśnił, dlaczego ścigano i stracono Samuela Zborowskiego, podkreślając, że on sam działał w dobrej wierze. „Ja prawa słucham”, oświadczył, „prawa się trzymam i od niego nie odstępuję”[207].
Wkrótce miało się okazać, jak dobrze przygotował grunt. Już wcześniej przechwycił korespondencję Krzysztofa Zborowskiego. Przedstawiono listy, w których król nazwany był „Baalem”, „bałwanem”, „tyranem” i „węgierskim psem”. Zawierały one także aluzje do spisku, którego celem miało być zamordowanie monarchy podczas polowania. Wysunięto żądanie, aby winowajcę oskarżyć o lèse-majesté i przesłuchać w obecności sejmu. 26 stycznia Jan Zborowski, kasztelan gnieźnieński, wyjaśnił cum lacrimis, że jego brat ma niewyparzoną gębę i że łatwo się oczyści z zarzutów, jeśli tylko otrzyma od króla gwarancję, że nie zostanie aresztowany. Po przerwie w obradach 2 i 3 lutego Zamoyski uraczył senatorów mową o cnotach Republiki Rzymskiej i smutnym kontraście tychże z zawiścią i demagogią, jaka cechuje współczesną dobę. 7 i 8 lutego król sądził sprawy kryminalne, sejm zaś przeszedł do spraw dotyczących stosunków z Moskwą i zaczął przesłuchanie jeńców niedawno zwolnionych przez cara. Gdy nadszedł dzień 18 lutego, a Krzysztof Zborowski nadal się nie pojawiał, do Warszawy przybył Kazimierski, aby poinformować zebranych, że jego pan nic nie wiedział o żądaniu sejmu, a w dodatku jest chory, przebywa za granicą i nie może się stawić. Wtedy król wpadł we wściekłość, krzycząc: „Tace nebulo!” (Milcz, błaźnie!). Kazimierski nie ustąpił z pola. „Nie jestem błaznem”, odrzekł, „lecz obywatelem, który obiera królów i obala tyranów”[208].
Niemniej jednak uznano, że Zborowski dopuścił się obrazy sądu, i zlecono instygatorowi przygotowanie aktu oskarżenia dla trybunału koronnego. Następnego dnia przyjęto posłów moskiewskich, którzy „z niezwyczajnymi pokłonami składanemi Miłościwemu Panu” przynieśli wieść o śmierci Iwana Groźnego. Po czym sejm przeszedł do drugiej fazy obrad, wspólnej dla obu izb. Każda izba przedstawiła listę propozycji, czyli projektów ustaw, pod wspólną debatę, po czym głosowano, czy propozycje te powinny być przyjęte i wpisane do rejestrów jako „konstytucje”, czyli prawa. 22 i 23 lutego przegłosowano kilka takich konstytucji, włącznie z oskarżeniem przeciwko Zborowskiemu oraz kilkoma innymi, dotyczącymi pogłównego, zaległych wypłat dla wojska oraz nietolerancji religijnej. Jednocześnie zwrócono uwagę na pewną liczbę exorbitancji, czyli niesprawiedliwości. Składała się na nie lista protestów zebranych pod typowymi nagłówkami: incompatibili (kumulacje), impossessionati (urzędnicy nie posiadający dóbr ziemskich), absurda (nonsensowne decyzje), exclusia (niezgodne z prawem mianowania) oraz alia (różne). Były one zdecydowanie ostre w tonie, wskazując na przykład na fakt, że równoczesne sprawowanie przez Zamoyskiego urzędów kanclerza i hetmana jest nielegalne oraz że mianowanie bratanka królewskiego Andrzeja Batorego kardynałem zagraża Rzeczypospolitej interwencją z zewnątrz. 28 lutego posiedzenie sejmu zamknięto. (Był to pierwszy rok przestępny w historii Rzeczypospolitej, ponieważ właśnie przyjęto tam kalendarz gregoriański). Podczas debaty końcowej Kazimierski wygłosił jadowitą tyradę przeciwko Zamoyskiemu, którą ten przerwał, wyrywając mówcy tekst z ręki. Wychodząc z sali obrad, wszyscy członkowie sejmu ucałowali dłoń króla - z wyjątkiem Kazimierskiego. Posiedzenie zakończono odśpiewaniem Te Deum w kościele, zwrotem posłom przez podskarbiego kosztów uczestnictwa w sesji oraz tłumnym odjazdem z Warszawy. Proces prawodawczy, zapoczątkowany przez króla pół roku wcześniej, zakończył się powrotem posłów do rodzimych prowincji i złożeniem przez nich sprawozdania sejmikom z tego, co postanowił sejm[209].
Działalność kuluarowych „grup nacisku” była stałym elementem życia politycznego i ustawodawczego. Sesje sejmowe były jedyną okazją, przy której szlachta pochodząca ze wszystkich oddalonych od siebie prowincji Rzeczypospolitej mogła się spotkać w sposób nieformalny i przedstawić swoje sprawy wpływowym dworzanom i senatorom. Sesje były jednak wydarzeniami szczególnie doniosłymi dla tych stanów, które nie miały bezpośredniej reprezentacji w organach ustawodawczych. Miasta lokowane często kierowały do sejmu szczegółowe petycje, a w rejestrach miejskich przewidywano regularne wydatkowanie określonych sum na koszta ponoszone przez delegatów, których wyposażano nie tylko w instrukcje, ale i w podarunki i łapówki[210].
Rada Żydowska zatrudniała zawodowego sztadlana (lobbystę), który stale przebywał na dworze królewskim i był uprawniony do orędowania w sejmie we wszystkich sprawach dotyczących Żydów. Jego funkcja była odbiciem funkcji lobbystów na szczeblu poszczególnych prowincji; otrzymywali oni od poszczególnych gmin żydowskich instrukcje, które przedstawiali podczas sejmików ziemskich i rad miejskich. Sowita zapłata uiszczana w kuluarach oraz hojne ugaszczanie posłów były stałymi elementami ich rzemiosła[211].
W sejmie, sejmikach i na elekcjach królewskich obowiązywała zasada jednomyślności. Współczesnemu obserwatorowi wydaje się rzeczą niewiarygodną, że taki ideał można było traktować poważnie. A jednak tak było i zasada ta stanowiła podstawę wszelkich poczynań. Żadna propozycja nie mogła się stać prawem i żadna decyzja nie była wiążąca, dopóki nie spotkała się z pełną aprobatą wszystkich, którzy byli upoważnieni do jej rozważenia. Pojedynczy głos sprzeciwu równał się całkowitemu jej odrzuceniu. Głosowanie na zasadzie większości odrzucano z całą świadomością. Jednomyślność lub nic - nie istniało żadne stanowisko pośrednie między doskonałą harmonią a kompletnym chaosem.
Da się tu wyróżnić trzy linie rozumowania. W państwie, gdzie władza wykonawcza zależała od dobrowolnego poparcia wszystkich obywateli, argument pierwszy był argumentem natury czysto praktycznej: ustaw i decyzji podejmowanych w obliczu opozycji nie można należycie egzekwować. Argument drugi opierał się na okoliczności, że perspektywa chaosu pomagała umysłom koncentrować się na dążeniu do harmonii. Argument trzeci wreszcie wywodził się z nieco naiwnego przekonania, że instytucje, które nie są doskonałe, nie są warte tego, aby je utrzymywać. Pośród zgiełku sejmików i elekcji królewskich zasady jednomyślności nie dało się stosować zbyt finezyjnie. Ale w sejmie był to przedmiot poważnych debat i stosowano ją z drobiazgowym uporem.
Zasada jednomyślności dała początek dwom procedurom ustawodawczym - konfederacji i liberum veto - które zyskały Rzeczypospolitej rozgłos w całej Europie. Konfederacja (confederatio) była instytucją, która miała w Polsce długą historię i która stanowiła wyraz podstawowego prawa obywatela do odmowy posłuszeństwa. Była to liga zbrojna, stowarzyszenie mężczyzn, którzy złożyli przysięgę, że będą walczyć o swoją krzywdę, dopóki nie wywalczą sprawiedliwości. Mogła ją zawiązać każda jednostka i każda grupa jednostek. Mogła powstać z inicjatywy króla lub przeciwko królowi. W r. 1302 miasta Wielkopolski utworzyły konfederację, aby się pozbyć wyrzutków spod prawa, którzy stali się plagą całej dzielnicy. W latach 1382-84 mieszczanie i szlachta zawiązali wspólnie konfederację, aby zapobiec spiskowi, który, jak podejrzewali, powstał w celu zamordowania króla Ludwika Węgierskiego. W r. 1439 konfederację utworzył magnat, Spytek z Melsztyna. W latach sześćdziesiątych XVI w. wojsko skonfederowało się w celu zapewnienia sobie wypłaty zaległego żołdu, w r. 1573 zaś skonfederowany sejm konwokacyjny w Warszawie uchwalił akt o tolerancji religijnej, tzw. konfederację warszawską. W w. XVII główne konfederacje powstały w r. 1655, a potem w r. 1672; w w. XVIII - wiatach 1704, 1715, 1733, 1767, 1768 i 1792. W tym czasie były one już niemal równie częste jak posiedzenia sejmu. Przy wszystkich takich okazjach konfederaci przestrzegali uświęconej tradycją procedury. Spotykali się w określonym miejscu i czasie, jak gdyby mieli uczestniczyć w sejmiku, i formułowali „akt konfederacji”, który był listą ich żądań i skarg. Potem składali przysięgę, że będą wspólnie walczyć - aż do śmierci i ze wszystkimi. Odtąd przez cały czas trwania konfederacji spotykali się regularnie dla wspólnych narad; w odróżnieniu od sejmu, uchwalali swoje rezolucje większością głosów. Gdy uzyskiwali to, o co walczyli, albo gdy ponieśli klęskę w walce, stowarzyszenie zostawało formalnie rozwiązane, a jego członkowie zostawali zwolnieni z konsekwencji złożonej przysięgi. W gruncie rzeczy konfederacja była więc zalegalizowaną formą wojny domowej i nikt nie uważał jej za rzecz niezwykłą[212].
Konfederacji nie należy oczywiście mylić z rebelią. W oczach ideologów Rzeczypospolitej były to dwie całkowicie różne rzeczy. Konfederacja była procedurą zgodną z prawem. Zawiązywali ją w imię wspólnego dobra obywatele występujący w obronie prawa i świadomi jego ochrony. Założeniem rebelii natomiast była nielegalność celu podejmowanej akcji oraz nieprzestrzeganie procedur prawnych. Jest oczywiście prawdą, że rebelianci i ludzie wyjęci spod prawa zazwyczaj próbowali sprawę zaciemnić, chełpiąc się swymi szczytnymi pobudkami i utrzymując, że i oni także działają w imię wspólnego dobra. Jednakże w największej rebelii w dziejach Rzeczypospolitej sprawę postawiono jasno. Chmielnicki nie utrzymywał, że jego działania są zgodne z prawem, nie próbował też zawiązać konfederacji jako wygodnego płaszczyka dla zamaskowania swej sprawy.
W kategoriach dokonanych zniszczeń i wywołanych zamieszek, buntowi z r. 1648 dorównywał w pełni absolutnie legalny rokosz z lat 1606-09 czy 1665-66. Rokosz był szczególną formą konfederacji. Początkowo nazwę tę nadawano konnemu zgromadzeniu całej szlachty na królewskich elekcjach; wywodzi się ona od pola zwanego Rakos pod Budą, gdzie zwykła się spotykać węgierska szlachta, aby w podobny sposób zatwierdzać swoje przywileje. Ale gdy kolejni monarchowie zaczęli się sprzeciwiać tej praktyce - jeśli jej celem nie była elekcja króla - nazwę zaczęto kojarzyć z ruchem oporu przeciwko królowi. Za panowania Zygmunta III w oczach zwolenników króla rokosz był równoznaczny ze zdradą; w oczach jego przeciwników zaś - stanowił kwintesencję „złotej wolności”. Konflikt pomiędzy królem i szlachtą doszedł do punktu kulminacyjnego w r. 1606. Król wyraźnie nie miał ani ambicji, ani odwagi budować absolutum dominium, czego tak bardzo się obawiali jego wrogowie. Ale jego ciasna katolicka pobożność oraz rzucająca się w oczy obojętność na sprawy publiczne Rzeczypospolitej zrodziła znaczną liczbę malkontentów. Król - Szwed z urodzenia i wychowania - naśladował germańskie obyczaje i styl życia dworu w Wiedniu oraz otaczał się jezuitami i cudzoziemskimi grandami. Dworem królewskim w Warszawie kierował niemiecki personel, specjalnie sprowadzony z Bawarii. Stronnictwo królewskie, na czele którego stali spowiednik króla Piotr Skarga, marszałek wielki koronny Zygmunt Myszkowski, biskup przemyski i podkanclerzy Maciej Pstrokoński oraz wojewoda poznański Hieronim Gostomski, z pewnością rozważało plan wprowadzenia monarchii dziedzicznej, zasilenia władzy wykonawczej podatkami nakładanymi z pominięciem sejmu i stałą armią, oraz plan szeroko zakrojonej współpracy z domem panującym Habsburgów. W rezultacie zrodził się konflikt, dość podobny do tego, który miał miejsce w jakobińskiej Anglii, gdzie pyskaci towarzysze bojaźliwego króla, rozkochani w modnych teoriach na temat boskiego prawa, niepotrzebnie naruszyli uświęconą tradycją równowagę między Koroną a parlamentem. Już podczas sejmu w r. 1605 kanclerz Jan Zamoyski zagroził królowi, że zostanie deportowany do Szwecji, jeśli nie zacznie zwracać większej uwagi na to, co myślą obywatele jego kraju. Śmierć Zamoyskiego w r. 1605 położyła kres ostatnim tamom hamującym frustracje stronnictwa opozycyjnego. Rolę zmarłego kanclerza przejęli ludzie gwałtowniejszego usposobienia - głównie wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski (1553- 1620), Janusz Radziwiłł (1579-1620) oraz biskup krakowski kardynał Macięjowski.
Najgorsza obraza nastąpiła w grudniu 1605, kiedy to król poślubił w Grazu per procura arcyksiężną Konstancję - małżeństwo to zostało zaaranżowane niezgodnie z prawem i bez zgody sejmu. Co więcej, podczas uroczystości ślubnych w Krakowie, król zarekwirował w trybie przyspieszonym jeden z domów należących do Zebrzydowskiego oraz skradł z katedry papieski baldachim biskupa Maciejowskiego. Zebrzydowski miał zawołać, że albo on opuści swój dom, albo król opuści swe królestwo. Złożywszy daremny protest na sejmiku krakowskim, Zebrzydowski zwołał kilka zbrojnych spotkań szlachty - w Stężycy, w Lublinie, a następnie w Sandomierzu. Podczas ostatniego z nich szlachta, która konno zjechała na miejsce spotkania, formalnie proklamowała rokosz i obrała Janusza Radziwiłła swym marszałkiem. Poza niezadowolonymi magnatami, między rokoszanami znalazła się spora liczba drobniejszej szlachty bojącej się o swe przywileje, protestantów zaalarmowanych coraz większymi naciskami ze strony katolików oraz prawosławnych, przeciwnych niedawnej unii Kościołów. Rokoszanie złożyli 50400 podpisów pod aktem konfederacji, który zawierał 67 protestów. Poszczególne skargi miały jednak niewielkie znaczenie w porównaniu z ogólnym poczuciem, które było udziałem wszystkich, że zostały zaatakowane prastare tradycje państwa:
Przodkowie nasi (...) wiedząc, że też ślachcicami i pierwej niż katolikami się porodzili; wiedząc, że nie są z pokolenia Lewi; wiedząc, że królestwo polskie nie jest królestwem kapłańskiem, lecz politycznem; wiedząc, że królestwa i państwa tego świata gospodami są, a nie dziedzictwem Kościoła Bożego; wiedząc, co P. Bogu, a co ojczyźnie powinni: religii ś-tej z polityką nie mieszali ani księżom i łakomstwu ich nie podlegali[213].
Następstwem był zbrojny konflikt. Po ugodzie pod Janowcem rokoszanie ogłosili detronizację króla i w imieniu całego narodu wypowiedzieli mu posłuszeństwo. Stronnicy króla, zwoławszy sejm w Wiślicy, poczynili wszystkie możliwe ustępstwa wobec przedstawionych zażaleń, nie zdołali jednak uśmierzyć wzburzenia. Byli oni wprawdzie mniej liczni, ale przewodzili im zahartowani w bojach profesjonaliści: dwaj hetmani - szwagier Zebrzydowskiego Stanisław Żółkiewski oraz Jan Karol Chodkiewicz. Pod Guzowem w pobliżu Radomia 6 lipca 1607 r. konfederaci zostali rozbici w perzynę. Król triumfował. Wynik polityczny nie był jednak bynajmniej jednoznaczny. Przywódcy rokoszu nie zostali ukarani. Zebrzydowski, ukorzywszy się przed królem i senatem, uzyskał zezwolenie na zachowanie swych majątków i urzędów; Radziwiłł zatrzymał w nienaruszonym stanie swoje wojska na Litwie. W r. 1609 sejm uchwalił powszechną amnestię. Zdecydowano, że prawo szlachty do non praestanda obedientia wolno egzekwować dopiero po uprzednim trzykrotnym ostrzeżeniu króla przez sejm. Król potwierdził swoje posłuszeństwo wobec Artykułów henrykowskich. Całą sprawę potraktowano jako godne pożałowania nieporozumienie. Sprawy naprawdę istotne zignorowano. Malkontentom zezwolono na wciągnięcie całej szlachty w krwawą awanturę, która dokonała rozbicia w państwie i odciągnęła rząd od ważnych spraw zagranicznych, w jakie był w tym czasie zaangażowany w Rosji i Inflantach. I nikomu nawet nie uczyniono żadnej wymówki.
Jak pisał Korzon: w rodzinie tylko wdrażał się szlachcic do rygoru, bogobojności, cnoty: ale w życiu poblicznem kaził swe serce nieustannymi targami z królem o podatki i niesfornością względem wszelkiego rozkazu (...) Odtąd zaczyna się okres anarchii, czyli nierządu polskiego[214].
W sześćdziesiąt lat później rokosz Jerzego Lubomirskiego odsłonił jeszcze bardziej niebezpieczne komplikacje. Lubomirski był jedną z najpopularniejszych postaci swego czasu. Wyróżnił się w wojnach ze Szwecją i Moskwą, a kampania, jaką podjął w celu przeciwstawienia się planowanej przez króla elekcji vivente rege, w pełni odzwierciedlała uczucia ogółu szlachty. Ale na sejmie w r. 1664, na podstawie przedłożonego świadectwa dowodzącego jego układów z Habsburgami w Wiedniu, został przez swych towarzyszy oskarżony o zdradę i skazany na konfiskatę mienia i banicję. W następstwie tego wydarzenia jego zwolennicy znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty. Mimo to licznie przeszli pod jego sztandary. Podczas sesji sejmu w latach 1665 i 1666 kilkakrotnie przerywali obrady, aż wreszcie wycofali się, aby zawiązać konfederację. W r. 1666 starli się z wojskami królewskimi w kilku zbrojnych potyczkach: potem, 13 lipca nad brzegiem jeziora Gopło odnieśli decydujące zwycięstwo. Relację z pierwszej ręki z pomieszania, jakie towarzyszyło temu wydarzeniu, znajdujemy u Jana Paska:
Na Montwach zeszły się wojska; dystancyjej od siebie było przez przeprawę więcej niźli mila (...) Nazajutrz kazał król przeprawiać się na tamtą stronę. Przeprawili draganije, konnego wojska część, Litwa już mieli się przeprawiać, aż tu leci kommonik Lubomirskiego już nie sprawą, nie chorągwiami, ale tak, modą tatarską. Wsiędą zrazu na chorągwie nasze rozumiejąc, że Litwa; zewrą się zrazu potężnie, poczną z koni gęsto lecieć, aż dopiero poznawszy się; tu jeden brat, tu drugi, tu syn, tu ojciec, dali sobie pokój. Wszystką potęgą suną w prawe skrzydło, gdzie stali draganie i kozacy pod regimentem pułkownika Czopa. (...) Półtora godzin nie wyszło, jak wycięto owych ludzi. Oficyjerów naginęło znacznych, a nade wszystko owi ludzie zacni, regiment Czarnieckiego, kawalerowie tacy, żołnierze dawni, którzy w Danijej,
w moskiewskich (...) okazyjach dokonywali mirabilia (...) Pan Bóg też na nas za nasze niezgody dopuścił, że nam odebrałyJorem kawalerów dobrych, którzy wytrzymywali zawsze molem
nieprzyjaciół naszych. Była to ta potrzeba wielce in confuso. W owym pomieszaniu, gdzie trudno było discernere, kto nieprzyjaciel, (...) który którego napadł, to się wprzód pytali: „Ty z którego wojska?” (...) A jeżeli znajomy na znajomego napadł, to się rozjechali, powitawszy. Bo było to, co jeden brat przy królu, a drugi przy Lubomirskiem; ojciec tam, syn tu; to nie wiedzieć, jako się było bić. Prawda, że oni mieli znaki, lewe ręce chustką wiązane; aleśmy tego nierychło postrzegli. Ja też, skoro poczęto bardzo golić, przewiązałem też sobie rękę nad łokciem (...) Poznali mię z daleka: „A, nasz, czy nie nasz?” - Podniosę rękę z chustką i mówię: „Wasz”. - Aż rzecze: „O, francie, nie nasz! Jedź sobie albo przedaj się do nas”. - Ale po wszystkiej okazyjej przyjechał z boku towarzysz z tamtego wojska, a Czop, pułkownik kozacki, stoi na koniu, nie strzeże się go rozumiejąc, że swój; pomalusieńku, człapią przyjechawszy do niego strzelił mu w ucho z pistoletu i zabił.
To to taka wojna zdradliwa, kiedy to tenże strój, taż moda. Bogdąj do tego w naszej Polszcze więcej nie przychodziło! Wyjadę za przeprawę do naszych szyków, aż król stoi; obstąpili go, a on ręce łamie (...) Posłał do Lubomirskiego, żeby mu dał pole kawalerską, wstępnym bojem, nie tak urywczą jako wilk. Odpowiedział: „Nie moja rzecz panu swemu dawać pole wstępnym bojem, ale tylko jako ukrzywdzonemu, bronić się jako mogąc. Tej krwie niewinnej, którą opłakiwać muszę, nie ja okazyją, ale sam król JMość a ci dobrzy konsyliarze, co do tego przywiedli, żeby zgubili ojczyznę-matkę[215].
Około dwóch tysięcy szlachty zginęło tego dnia bez żadnego wyraźnego celu. Lubomirski zburzył autorytet króla, nie dając nic w zamian. Po zawarciu ugody w Łęgonicach sam udał się na wygnanie na austriacki Śląsk. Król postanowił abdykować. Podstawowe zagadnienia konstytucjonalne pozostały nie rozwiązane. Co gorsza, wewnętrzne rozbicie Rzeczypospolitej przyspieszyło wzrost zagrożenia z zewnątrz. Szykując się do walki z Lubomirskim na zachodzie, wojska królewskie porzuciły zadanie obrony przed Rosjanami wschodnich granic na Ukrainie. Lubomirski, opętany strachem przed potencjalną groźbą realizacji królewskich planów dotyczących elekcji, udaremniał jakąkolwiek skuteczną próbę obrony przed rzeczywistym zagrożeniem inwazją wojskową ze strony Moskwy. W styczniu 1667 r., w obliczu dalszej ofensywy Rosji na bezbronne tereny kraju, król zmuszony był podpisać rozejm w Andruszowie. Cesję Smoleńska, Czernihowa, Kijowa i lewobrzeżnej Ukrainy uważano w tym czasie za manewr taktyczny - tymczasowe wycofanie się wojsk, podyktowane koniecznością ich użycia w wojnie domowej. Panowało przekonanie, że sytuację da się odwrócić. Tak się jednak nie stało. Oddanych terytoriów nigdy nie odzyskano; przeciwnie - miały one zapewnić Moskwie przewagę sił, która dawała się odczuć we wszystkich późniejszych konfrontacjach. Moskwa otrzymała największą nagrodę, która umożliwiła Rosji przekształcenie się w wielkie imperium. Jerzy Lubomirski, trybun polskiej szlachty, był za to odpowiedzialny w równym stopniu co Bohdan Chmielnicki, buntowniczy ataman naddnieprzańskich Kozaków[216].
Liberum veto osiągnęło swój rozkwit nieco później niż konfederacje, choć i ono wyrosło z bardzo starych korzeni. Było to prawo, dzięki któremu każdy pojedynczy szlachcic mógł wstrzymać obrady sejmu, po prostu wyrażając swój brak zgody. Potrzeba jednomyślności była tak silna, że uchodziło za rzecz zgoła niewłaściwą kontynuować obrady, gdy padł pojedynczy głos veto - „nie pozwalam”. Oczywiście interwencja tego rodzaju prowadziła zazwyczaj jedynie do tymczasowej zwłoki. Przyjetą praktyką była wymiana zdań między marszałkiem sejmu a potencjalnymi protestującymi:
Okrzyki z law. Nie ma zgody. Marszałek: Z jakiej racyej? Pojedynczy glos: Nie pozwalam... W tym momencie marszałek ogłaszał przerwę w obradach i pytał bardziej szczegółowo o przedmiot protestu. Jeśli w grę wchodziło zwykłe nieporozumienie albo żądanie wyjaśnienia sprawy, dość szybko ponownie podejmowano debaty. Jeśli natomiast wyłoniła się sprawa poważniejsza, przerwa trwała przez kilka godzin lub nawet kilka dni, które marszałek spędzał, prowadząc w kuluarach pracowite pertraktacje w celu zażegnania konfliktu. Jeśli sprzeciw następował podczas drugiej fazy obrad sejmu, gdy uchwalano konstytucję, ustawę, która wywołała protest - odrzucano, nawet jeśli uzyskała większość głosów.
Mimo kilku kłopotliwych sytuacji tego rodzaju na przestrzeni pierwszych kilkudziesięciu lat istnienia Rzeczypospolitej - włączając veto z r. 1582 i 1585, które zablokowało wszelkie uchwały dotyczące podatków na te lata, sprawa stała się naprawdę nabrzmiała dopiero podczas sesji sejmu w r. 1652. Był to czwarty rok powstania Chmielnickiego na Ukrainie i czwarty rok wszelkich okropności, jakie mu towarzyszyły. Po sześciu tygodniach obrad na agendzie wciąż jeszcze było wiele nie dokończonych spraw i marszałek wstał, aby ogłosić przedłużenie sesji. Członkowie sejmu byli zmęczeni, zaniepokojeni przegłosowaną nieco wcześniej ustawą o podniesieniu podatków i mieli ochotę pojechać do domu. Była sobota po południu. Wyraźnie dał się słyszeć pojedynczy głos: „Nie pozwalam”. Marszałek zarządził przerwę, sala obrad opustoszała. Z początku wydawało się, że nikt nie wie, kto właściwie zgłosił protest i czego ten protest dotyczył. W niedzielę niektórzy zaczęli rozjeżdżać się do domów, w przekonaniu, że obrady się zakończyły, a nie dopełniono jedynie uroczystości końcowych. Zanim nadszedł poniedziałek, marszałek dowiedział się, że formalne oświadczenie o złożeniu veto zarejestrował w urzędzie grodzkim niejaki Władysław Siciński, poseł z Upity na Litwie. Był to impas, którego nikt nie przewidział. Siciński najwidoczniej udał się do urzędu grodzkiego prosto z sali obrad, po czym, nie mówiąc nikomu ani słowa, wsiadł na konia i wyruszył na wschód. Długie narady z prawnikami i kolegami nie przyniosły marszałkowi żadnego rozwiązania. Musiał przyznać, że veto Sicińskiego jest zgodne z prawem i pozostaje w mocy. Całą pracę sesji unieważniono. Był to zgubny precedens. Od tego czasu każdy poseł, jeśli tylko był dość zdecydowany unicestwić dzieło sejmu, dysponował znakomitą metodą. Obecnie wiadomo, że Siciński działał z polecenia Janusza Radziwiłła; w przyszłości miało się znaleźć jeszcze bardzo wielu magnatów, którzy dla własnej partykularnej korzyści byli gotowi sparaliżować organ władzy centralnej.
Rzecz dziwna: człowiek, który był marszałkiem owego fatalnego sejmu z r. 1652, Andrzej Maksymilian Fredro (1620-79), okazał się żarliwym orędownikiem szlacheckiej idei wolnej woli. Jego publikowane pisma - jak Przysłowia mów potocznych (1658) czy Monita politico-moralia (1664) - były głównie zbiorami maksym i aforyzmów pełnych niewyszukanego humoru i ludowej mądrości; wkrótce można je było znaleźć w domu każdego szlachcica. Swoje Scriptorum (...) fragmentu (1660) napisał szczególnie w celu popularyzacji tego, co nazwał „paradoksalną filozofią anarchii”. Utrzymywał, że pusty skarbiec powstrzymuje króla od butnej wyniosłości. Bóg utrzymuje Polskę w stanie ubóstwa, aby utrzymać w ryzach arogancję szlachty. Liberum veto jest błogosławieństwem, ponieważ chroni mniejszość ludzi rozumnych przed dyktatem głupiej większości. Fredro wierzył mocno w niezrównane zalety polskiego ustroju. Jego zdanie podzielały całe pokolenia szlachty, których uprzedzenia i próżność tak trafnie odmalowywał. Nic więc dziwnego, że w takiej atmosferze nie uczyniono nic, aby ustrój naprawić.
W r. 1688 po raz pierwszy zerwano sejm jeszcze przed wyborem marszałka. W epoce saskiej chaos postępował jeszcze prędzej. Za panowania Augusta II (1697-1733) zerwano 11 na ogólną liczbę 20 sesji sejmowych. Za Augusta III (1733-63) tylko jednemu sejmowi udało się w ogóle wydać ustawy[217]. W tym okresie podstawowe funkcje sejmu w sferze administracji i skarbu przejęły - w sposób bardzo pobieżny - sejmiki ziemskie.
Wrogowie Rzeczypospolitej radowali się. Poszczególne mocarstwa utrzymywały magnatów, którzy na każde brzęknięcie dukata gotowi byli zerwać sejm. Każde było zdecydowane, że nie pozwoli się wyprzedzić ani na krok żadnemu z rywali. Zwłaszcza Rosjanie odczuwali znaczną satysfakcję. Począwszy od r. 1717, praktycznie sprawowali protektorat nad Rzecząpospolitą i strzegli swych zachodnich granic kosztem kilku magnackich pensji. Pozując na orędowników „złotej wolności” i liberum veto, mogli być pewni, że Rzeczpospolita pozostanie niezdolna do zorganizowania się lub stawienia oporu polityce Rosji. Wypełniając Warszawę rosyjskimi oddziałami wojskowymi przy każdej ważniejszej okazji, Rosjanie „chronili sejm przed zakłóceniami z zewnątrz”. Grożąc oponentom sekwestracją i aresztem, gdyby się odważyli protestować, i udaremniając wszystkie środki zmierzające do reformy ustroju, do końca stulecia prowadzili swoją grę pozorów. W r. 1768 odrzucono propozycję króla, aby znieść liberum veto i wprowadzić kilka innych ograniczeń - z obawy przed tym jednym wystarczającym głosem protestu. W maju 1791 r. rzeczywiście wprowadzono długo oczekiwane reformy - ale tylko dlatego, że Rosja była właśnie zajęta wojną turecką. Na sejmie w Grodnie w 1793 r. skłoniono króla do wycofania niepożądanych reform, a następnie do podpisania aktu drugiego rozbioru. W ten sposób „złotą wolność” sprowadziło na manowce to właśnie, ku czego ochronie pierwotnie ją stworzono.
Liberum veto, które miało utrzymać w ryzach absolutystyczne zapędy polskiej monarchii, zaprzęgnięto w służbę imperium rosyjskiego. W teorii miało ono zapewnić jedność i jednomyślność, w praktyce - w rękach Rosji - zapewniło utrzymanie chaosu. Ukryty za fasadą „polskiej anarchii”, mógł działać bezkarnie mechanizm rosyjskiej autokracji[218].
Założenia leżące u podstaw ustroju Rzeczypospolitej znajdowały odbicie w dziedzinie prawa publicznego. W oczach Polaka prawo - podobnie jak ustrój - było rzeczą zbyt cenną, aby ją pozostawić w rękach władz administracyjnych. W świecie doskonałej wolności groźba niesprawiedliwości wywołanej bezmyślnym obrotem trybów w machinach zorganizowanych instytucji wydawała się na dłuższą metę czymś gorszym niż zagrożenie wywołane nieumiarkowaniem jednostek. Prawo nie miało więc być narzucane przez państwo. Sprawiedliwość egzekwować mieli ci, których krzywdę uznano w sądach, a czasem szlachta działająca jak jeden mąż - nigdy zaś urzędnicy sądowi czy królewscy. Jeśli oznaczało to, że w poszczególnych przypadkach często postępowano wbrew prawu, wynikłe stąd zło uważano za rzecz błahą i przejściową. Przy tym sposobie myślenia było rzeczą jasną, że te kraje, które zatrudniały urzędników odpowiedzialnych przed państwem i zobowiązanych do egzekwowania prawa, niewielką korzyść w formie funkcjonującej bez przeszkód zgodnej z prawem administracji zdobywały za cenę stałego zagrożenia swobód obywatelskich. Z tego też powodu w Rzeczypospolitej Polski i Litwy nigdy nie istniało nic w rodzaju Izby Gwiaździstej, nie było opriczniny na modłę rosyjską i nie było też nikogo, kto mógłby podobną instytucję wprowadzić[219].
Jak we wszystkich średniowiecznych ustrojach, kompetencje różnych sądów były starannie rozgraniczone. Jurysdykcja sądów duchownych w sprawach cywilnych i kryminalnych obejmowała chłopów poddanych w majątkach kościelnych i duchowieństwo, w sprawach duchowych zaś całą ludność. Stosowano prawo kanoniczne. Jurysdykcja sądów dworskich ograniczała się do spraw wewnętrznych w majątkach szlachty; kierowała się prawem zwyczajowym. Jurysdykcja sądów miejskich obejmowała tereny miast lokowanych i wolnych obywateli miast. Tu obowiązywały miejskie kodeksy praw oparte na prawie magdeburskim. Jurysdykcja sądów żydowskich obejmowała wyłącznie spory w obrębie stanu żydowskiego; sprawował ją kahał na podstawie prawa hebrajskiego. Jurysdykcją sądów królewskich byli objęci chłopi poddani w majątkach koronnych oraz osoby pozostające w służbie Korony; rozstrzygały one także spory między szlachtą oraz przypadki, w których strony należały do różnych stanów. Na płaszczyźnie lokalnej działały sądy ziemskie i grodzkie - sądy dzielnicowe, mianowane odpowiednio przez starostę i kasztelana królewskiego. Zgodnie z zasadą autonomii prawnej, każdy z wysokich urzędników państwowych utrzymywał dodatkowo sąd dla rozważania spraw związanych z jego własną dziedziną. Istniały więc sądy kanclerskie, marszałkowskie, hetmańskie, skarbowe, a dla dworu królewskiego - sądy dworskie. Na najwyższym szczeblu w w. XVI ustanowiono referendarię koronną, która słuchała odwołań od decyzji w sprawach dotyczących rządców i dzierżawców dóbr koronnych. Przynajmniej w teorii dawało to chłopom w dobrach królewskich pewien dostęp do wymiaru sprawiedliwości, którego byli pozbawieni chłopi w dobrach kościelnych i szlacheckich. Sąd wojewódzki zajmował się nie rozstrzygniętymi sporami między poszczególnymi jurysdykcjami. Od r. 1578 trybunały koronne - w Lublinie dla Małopolski oraz w Piotrkowie dla Wielkopolski, Kujaw i Mazowsza, oraz trybunał litewski w Wilnie dla Wielkiego Księstwa - działały jako sądy najwyższej instancji ponad sądami poszczególnych ziem. Działały one pod nadzorem szlacheckich „deputatów”, mianowanych przez poszczególne sejmiki. Na szczeblu najwyższym sejm rezerwował sobie prawo sprawowania funkcji najwyższego sądu apelacyjnego. Jako podstawowe ciało ustawodawcze Rzeczypospolitej, formułował on constituta, czyli konstytucje lub statuty, które regulowały pracę wszystkich sądów królewskich i trybunałów. Od czasu do czasu sądził w imieniu Rzeczypospolitej ważne przypadki zdrady lub zaniedbania obowiązków przez ważnych urzędników państwowych, którzy domagali się, aby być sądzonymi przez równych sobie. Przy tak rozczłonkowanym systemie sądownictwa prosperity profesji prawniczej była rzeczą oczywistą. Zwłaszcza w Warszawie i Lublinie palestra utrzymywała istne tłumy adwokatów i pełnomocników.
Mimo tak złożonego systemu, ograniczenia prawne łatwo dawało się omijać - zwłaszcza jeśli chodziło o szlachtę. Byli absolutnymi panami swoich ziem i swoich chłopów. Byli zbiorowymi pracodawcami króla, a tym samym także wszystkich królewskich urzędników. Mogli bezkarnie ignorować nawoływania Kościoła i podlegali specjalnej ochronie przed oskarżeniami sądów duchownych w sprawach religii. Ich szczególne przymierze z Żydami zrodziło się, między innymi, właśnie z bezbronności stanu żydowskiego wobec nacisków ze strony szlachty. W miastach nie podlegali jurysdykcji sądów miejskich, a w licznych jurydykach posiadali całe dzielnice, w których i oni, i ich ludzie byli bezpieczni od wszelkiego wtrącania się w ich sprawy. W rezultacie, w tych niewielu miastach, które zachowały niezależną egzystencję, mogli się osiedlać, budować domy, spędzać czas na rozrywkach i ogólnie rzecz biorąc, żyć kosztem społeczności miejskiej, nie płacąc miejskich podatków i nie obawiając się właściwie żadnych kłopotów. Akcja podjęta przez miasto Poznań, które w 1613 r. siłą przepędziło wszystkich swoich szlacheckich chuliganów i pasożytów, należała do rzadkich przejawów inicjatywy, będących wyjątkiem od ogólnie przyjętej reguły.
Poza granicami miast przykłady bezprawia także można było mnożyć w nieskończoność. Z klasycznej pracy Łozińskiego Prawem i lewem, napisanej w oparciu o rejestry sądowe ze Lwowa i Przemyśla z pierwszych dziesięcioleci XVII w., wyłania się obraz społeczeństwa, w którym wypadki łamania prawa były o wiele częstsze niż przypadki jego przestrzegania. Na porządku dziennym były grabieże, łupiestwa, gwałty i prywatne wojny. Prowincjonalny szlachcic bronił swego dziedzictwa z szablą w ręku, a jeśli się dało - także armatą i kartaczami. Kiedy nie mógł dojść swych racji w sądach, dochodził ich wszystkimi dostępnymi środkami. Niepoprawnemu pieniactwu towarzyszył nieopanowany gwałt; krzywoprzysięstwo i podporządkowywanie sobie innych były czymś równie zwyczajnym jak morderstwo i napaść. Panujące stosunki przypominały stosunki w Anglii w okresie Wojen Róż, tak jak je opisują listy Pastonów; ludzie niższego stanu żyli w ciągłym strachu, a bezpieczni byli tylko baronowie. Wśród dziesiątków spraw zbadanych przez Łozińskiego znalazły się przypadki Mariana Zielińskiego z Rotowa, który w 1628 r. skarżył się, że napadł go miejscowy starosta wraz z najętym oddziałem tatarskich łuczników; Waleriana Montelupiego, siostrzeńca bankiera, który w 1610 powrócił na miejsce, gdzie niegdyś usiłowano go porwać, i powiesił swego niedoszłego porywacza na słupie przy bramie jego własnego majątku; starosty nowotarskiego Mikołaja Ossolińskiego, niepoprawnego tyrana i libertyna, który najpierw stoczył jedną wojnę z rodziną Komiaktów, aby odbić im swą pierwszą żonę, a potem następną - z rodziną Starołęskich w obronie honoru drugiej; czy Harasyma Witoszyńskiego, mnicha prawosławnego, który w r. 1639 został wtrącony do więzienia podczas daremnej próby powstrzymania miejscowego właściciela ziemskiego od wzięcia hurtem w poddaństwo wszystkich jego niepiśmiennych krewnych[220].
Procedura egzekwowania prawa była czymś nadzwyczaj przypadkowym. Sądy królewskie zatrudniały w tym celu zaledwie jednego stałego urzędnika, woźnego sądowego, do którego obowiązków należało rozwożenie nakazów sądowych i zawiadamianie o wyrokach. Nie dysponował on jednak żadnymi sankcjami, które umożliwiałyby mu sprowadzenie opornych pozwanych przed oblicze sądu oraz egzekwowanie wyroków sądu wobec zbiegłych skazańców.
Chociaż morderstwo popełnione na osobie woźnego sądowego należało do nielicznych przestępstw karanych w Rzeczypospolitej karą śmierci, nie próbował on stosować przymusu wobec nieposłusznego szlachcica. W wielu miejscach skazani przestępcy szlacheckiego rodu nadal zupełnie jawnie przebywali w swych majątkach, zupełnie nic sobie nie robiąc z sądów. Łoziński cytuje przypadek niejakiego Samuela Łaszczą, „człeka pobożnego”, który został aż dwieście razy skazany zaocznie bez żadnych praktycznych skutków. Wśród czterech rodzajów kar, na jakie mogli zostać skazani przestępcy - ścięcie, więzienie, banicja i infamia, czyli utrata czci i praw obywatelskich - wyrok śmierci był, z wyjątkiem miast, rzadkością. Szlachcic wolał walczyć niż stawić się przed sądem w sprawie grożącej karą śmierci: wolał wyrąbać sobie szablą drogę do wolności lub zginąć podczas stawiania oporu. Karę uwięzienia in fundo, czyli w zamkniętej ciemnicy bez okien i żadnego komfortu, dołączono w r. 1588 do zwyczajowej grzywny za zamordowanie szlachcica. Częstą karą była banicja, zwłaszcza gdy skazany odmówił stawienia się przed sądem. Gdyby powrócił do kraju przed upływem wyroku, każdy, kto tylko zechciał, mógł go schwytać i zabić na miejscu. Infamia, czyli „śmierć cywilna”, była karą stosowaną nąjpowszechniej. Pozbawiała szlachcica jego dobrego imienia i praw politycznych. Ale dla walczącej ze sobą bez przerwy prowincjonalnej szlachty, która nie miała dobrego imienia do stracenia, była ona niczym. Gdy już wydano wyrok, skazanemu najczęściej i tak nie dało się wymierzyć sprawiedliwości i strona pokrzywdzona zabierała się do tego na własną rękę.
I tak na przykład w r. 1660 Janowi Sobieskiemu, przyszłemu królowi polskiemu, oddano w dzierżawę dobra koronne w okolicach miasta Bełz. Gdy próbował je objąć, okazało się, że wdowa po zmarłym staroście bełzkim nadal rezyduje w majątku i odmawia jego opuszczenia. Oboje - Sobieski i wdowa - otrzymali nakazy do stawienia się przed sądem w sprawie swoich roszczeń, ale Sobieskiemu znudziło się pieniactwo. Najechał dom wdowy z oddziałem 300 huzarów, wdowę wyrzucił na drogę, a dom zajął. W przypadkach krańcowych, gdy dana sytuacja stwarzała zagrożenie bezpieczeństwa publicznego, starosta lub wojewoda zwoływał motus nobilitate szlachty danej ziemi lub województwa. W r. 1655 szlacheckie szwadrony Rusi Czerwonej nie uczestniczyły w kampanii przeciwko Szwedom, ponieważ brały w tym czasie udział w akcji przeciwko buntowniczym bandom najemników na terenie swojej własnej prowincji. Jednakże gdy chodziło o sprawy prywatne, szlachta wkraczała do akcji z najwyższą niechęcią. Pewnego razu, gdy starosta sanocki wezwał swych sąsiadów, aby schwytali Olbrachta Grochowskiego z Dynowa, skazanego za uchylanie się od płacenia podatków, na wezwanie stawił się tylko jeden człowiek: Jerzy Ossoliński, kanclerz wielki koronny.
Prywatne wojny trwały aż do końca istnienia Rzeczypospolitej. W większości przypadków chodziło o czysto lokalne vendetty, których powodem były - jak to ujął Łoziński - amor et demon. Najazdy tatarskie, nie zapłacony żołd, rozbój, nieprzyjaźni sąsiedzi byli czymś równie zwyczajnym co nadejście kolejnych pór roku i każdy bronił się przed nimi na swój własny sposób. Na niesfornym południu utrzymywał się stały kontyngent zawodowych gangsterów, którzy wynajmowali się potrzebującym ich usług szlachcicom. W kilku przypadkach wojny te nabrały jednak charakteru większych kampanii. Na początku XVIII w. konflikt między tzw. „republikanami” a Sapiehami na Litwie stał się ważnym drugoplanowym wątkiem wielkiej wojny połnocnej.
Na przestrzeni średniowiecza szlachta wypracowała cały rytuał przeprowadzania vendetty. Szlachcic, który czuł się pokrzywdzony, wypisywał „odpowiedź”, w której dokładnie wyliczał poniesione krzywdy i warunki zadośćuczynienia. Ta odpowiedź - niemieckie Absage, łacińskie litterae diffidationis - równała się wypowiedzeniu prywatnej wojny. Autor stwierdzał w niej zazwyczaj, że zamierza bezzwłocznie dochodzić sprawiedliwości na osobie winowajcy, podpalić jego dom i plony oraz nie spocząć, dopóki nie zginie jedna ze stron. Odpowiedź składano w sądzie ziemskim, aby woźny mógł ją doręczyć adresatowi. Od tego momentu - pod warunkiem, że wymienione w odpowiedzi zarzuty zostały uznane za zgodne z prawdą - wszystkie podejmowane akcje były w pełni zgodne z prawem. Sąsiedzi zamykali okiennice, podczas gdy przeciwnicy i oddziały ich czeladzi walczyli ze sobą ogniem i mieczem aż do ostatecznego rozstrzygnięcia.
Niestety - ta ze stron, która przestrzegała przyjętej procedury, zmniejszała własne szansę powodzenia, uprzedzając przeciwnika o swych zamiarach. W rezultacie często rezygnowano z wysyłania odpowiedzi, wybierając atak z zaskoczenia lub zbrojny najazd o północy. Z praktycznego punktu widzenia, niezbyt się opłacało mieć za sobą prawo. Jednakże gdy powstawało zagrożenie dla porządku publicznego, sądy królewskie korzystały ze swych uprawnień, żądając zabezpieczenia będącego gwarancją spokojnego zachowania obywatela. Wysokość kaucji, czyli vadium regalium, ustalano w zależności od statusu osób, które mogły okazać się winnymi zakłócenia porządku, oraz od skali wykroczeń, których się z ich strony obawiano. Od tego momentu każde wykroczenie automatycznie prowadziło do utraty wszystkich wniesionych opłat. Ale wobec ustalonych zwyczajów i tradycji procedura ta nie miała większego znaczenia.
Nikt z wpływowych ludzi Rzeczypospolitej nie był w stanie przeprowadzić stosownych reform prawnych. Magnaci - ze swoimi licznymi wojskami - byli bezpieczni; drobniejsza szlachta była albo zależna od łaski wielkich panów, albo z niechęcią patrzyła na perspektywę umocnienia się królewskiej władzy sądowej. Wszyscy więc musieli bronić się sami, jak potrafili najlepiej.
Stanisław Stadnicki (ok. 1551-1610), zwany Diabłem Łańcuckim, był typową postacią okresu anarchii - notoryczny gangster, a jednocześnie jeden z bohaterów Rzeczypospolitej. Jego kariera była symptomatyczna dla warunków społecznych, które doprowadziły ją do rozkwitu. Był człowiekiem niezwykłej odwagi, inwencji i energii. Ale od środka zżerał go kwas złości i urazy. Pochodzenie miał wybitnie niechlubne. Jego ojciec - arianin, Stanisław Mateusz Stadnicki, został przez Kościół ekskomunikowany za herezję. Matka - Barbara Zborowska - należała do awanturniczej linii Zborowskich z Niedzicy. Urodził się w Dubiecku na Podkarpaciu i po śmierci rodziców odziedziczył wspólnie z sześcioma braćmi piętnaście rodzinnych majątków ziemskich. Był członkiem rodu herbu Śreniawa i przyjął dewizę Aspettate e odiate (Czekaj i nienawidź). Wczesne lata życia spędził na żołnierce - najpierw na Węgrzech, a potem w wojsku polskim w Moskwie, gdzie w r. 1581 rekomendowano go jako człowieka odznaczającego się wyjątkową walecznością. Powróciwszy z wojen - najwyraźniej z głęboką urazą w sercu z powodu nie wypłaconego żołdu - objął majątek w Łańcucie w pobliżu Rzeszowa i zaczął systematycznie uprawiać bandytyzm. Obróciwszy zamek w Łańcucie w gniazdo rozbójników godne najbardziej ponurej baśni, zajął się wymyślaniem skomplikowanych prowokacji, prawnych kruczków, a nawet obraźliwych wierszy, za pomocą których prowokował swe ofiary do wystąpień, po to, aby je następnie zniszczyć. Po krótkim czasie cała okolica kipiała oburzeniem. Pożyczane pieniądze nigdy nie były zwracane, domy płonęły bez żadnej widocznej przyczyny, klasztor został zamknięty, a mnisi przepędzeni, terroryzowano okoliczne targi, nękano podróżnych, a niekiedy umyślnie ich okaleczano, handel koncentrował się w coraz większym stopniu wokół nielicencjonowanego targu w Rzeszowie, należącego właśnie do Stadnickiego. Każda próba protestu wywoływała szybki i okrutny odwet. Szpiedzy, szantażyści i uzbrojona czeladź utrzymywała okoliczną ludność w posłuszeństwie. Lochy na zamku w Łańcucie były wyposażone w izbę tortur, gdzie według krążących pogłosek palono żywcem przeciwników Stadnickiego. W r. 1600, po licznych starciach z okoliczną szlachtą, Stadnicki został wezwany przed trybunał koronny w Lublinie w związku z oskarżeniem o utrzymywanie nielegalnego targu w Rzeszowie i sprawę przegrał. Wobec tego przesłał formalną odpowiedź swojemu oskarżycielowi, Michałowi Komiaktowi, po czym stanął na czele karnej wyprawy do majątku Komiaktów w Sośnicy. W latach 1605-06 odegrał wybitną rolę w szlacheckim rokoszu. Jego korespondencja z tego okresu oraz przemówienia publiczne, w których nazwał króla „krzywoprzysięzcą”, „sodomitą”, „szulerem” i „alchemikiem”, nosiła wszelkie znamiona zdrady i z pewnością nie pomogła Zebrzydowskiemu w głoszeniu legalności całej sprawy. Ale Stadnicki pozostał na wolności. Wreszcie znalazł godnego siebie przeciwnika w osobie Łukasza Opalińskiego, ofiary oszczerczego poematu zatytułowanego Słup do gościa, który krążył w odpisach po całej okolicy. Opaliński, śmiertelnie urażony zniewagą, nigdy Stadnickiemu nie wybaczył. W 1608 r. na Łańcut napadli jego przyjaciele i krewni i wyrżnęli w pień wszystkich, którzy im wpadli w ręce. Z piwnicy zabrano skarb wartości 500 000 złotych oraz 10 000 złotych w monetach, 24 000 złotych dukatów i 27 000 talarów. Sam Stadnicki uciekł, a podjęta przez niego następnie próba powrotu do Łańcuta i odzyskania dawnej pozycji przez zaostrzenie terroru zakończyła się niepowodzeniem. Zdradzony przez własnego sługę, ścigany pośród wzgórz, zapędzony w zasadzkę i raniony przez kozaków Opalińskiego, wreszcie zakończył żywot, ścięty ciosem własnego miecza. Ale jego nikczemność nie wywarła na współczesnych zbyt wielkiego wrażenia; przeciwnie - wielu uważało go za orędownika szlacheckich swobód. Jego epitafium, ułożone przez sąsiada, Jana Szczęsnego Herburta (1567-1616), pulsuje dotkliwym bólem pogwałconej cnoty:
VIATOR SI AMICUS ES DOLE, SI INIMICUS SPECTA, SI NEUTRUS MIRARE RERUM HUMANARUM CASUM ET OCCASUM. STANISLAUS STADNICKI DE ŻMIGRÓD HAERES IN ŁAŃCUT, CAPITANEUS ZIGWULTENSIS, HIC OUIESCIT. ANIMO INVICTO, GENTE NOBILISSIMA, COGNATIONE PLURRIMA AFFINITATE INFINITA, FORMA OPTIMA, INGENIO PRAESTANTISSIMO, OPIBUS MAXIMIS HIC TALIS AC TANTUS LIBERTATIS STUDIOSISSIMUS AMATOR (...)
O PATRIA, SI TU BELLATOREM HUNC, VIRUM AD RES GERENDAS PRO TE ADMISISSES, ILLE TIBI ORNAMENTO ET EMOLUMENTO. SI QUIS UNOUAM, DUBIO PROCUL FUISSET. (...) O NUMEN DIVINUM, VIOLENTIAE, IMPIETATIS VINDEX
O SACROSANCTAE PATRIAE LEGES
O LIBERTAS VIOLATA ET PROSTRATA
VOS VOCO ET INVOCO
ANNA DE ZIEMACICE CONIUX ET AMICI POSUERUNT[221].
Czytelnik nie może się nie zastanawiać, czy ma do czynienia z przejawem autentycznego żalu czy społecznej satyry. Dla teoretyków państwa Rzeczpospolita Polski i Litwy jest niewyczerpaną kopalnią ciekawostek. Jej coraz bardziej nieskuteczne działania dostarczyły zwolennikom absolutyzmu bogatego materiału dla wykazania wyższości własnych argumentów; jej wolnościowe ideały zaś zyskały jej podziw republikanów i konstytucjonalistów. Biorąc pod uwagę całość tego okresu, Rzeczpospolita zyskała sobie równie wielu gorących zwolenników co zagorzałych przeciwników. Nie należy też przypuszczać, że w samej Rzeczypospolitej znoszono anarchię w milczeniu. Debaty polityczne były istotnym atrybutem „złotej wolności”. Pamfleciści mnożyli się jak grzyby po deszczu. Jeszcze przed unią lubelską rozpoczęła się długotrwała debata intelektualna na temat sposobów zmiany i naprawy ustroju Polski[222].
Pierwszym i najwybitniejszym spośród polskich krytyków był Andrzej Frycz Modrzewski (1503-72), znany w całej Europie jako „Modrevius”. Urodził się w rodzinie zubożałej szlachty, dorastał w służbie arcybiskupa Łaskiego i dzięki swym zasługom zdobył urząd w kancelarii królewskiej Zygmunta Augusta. Główny przedmiot jego pism - kwestia sprawiedliwości społecznej - był sprzeczny z podstawowymi tendencjami epoki; zdobył mu on szerokie grono czytelników - zarówno w kraju, jak i za granicą. Modrzewski odważnie potępiał ucisk chłopów, ograniczenia praw mieszczan, ciemnotę duchowieństwa, luksusowe życie szlachty. Nie był w żadnym sensie demokratą; żądał jedynie, aby każdy stan społeczny miał swój wkład w ogólne dobro - zależnie od środków i możliwości. Pisał, że wszyscy Polacy są pasażerami tej samej łodzi i że gdy jeden z nich choruje, pozostali nie mogą cieszyć się zdrowiem. Jego pierwsze większe dzieło, De poena homicidii (1543), zawierało atak na rzucającą się w oczy niesprawiedliwość systemu główszczyzny. Podstawowe dzieło. De republica emendanda, powstało w latach pięćdziesiątych XVI w.; pierwsze kompletne pięciotomowe wydanie ukazało się w r. 1554 w Bazylei. Wysuwa w nim Modrzewski szereg daleko idących postulatów - równości w obliczu prawa, stworzenia pisanego kodeksu praw, wyłączenia chłopów spod bezpośredniego opodatkowania, utworzenia narodowego Kościoła, wykształconego duchowieństwa, stworzenia popieranego przez państwo systemu edukacji.
Jeśli chodzi o kwestie ustrojowe, chwalił polską praktykę, w myśl której rządy sprawował obieralny król za zgodą przedstawicieli społeczeństwa. Pisał, że taki system jest o wiele lepszy od ustroju, w którym królowie z własnej woli nakładają podatki i wszczynają wojny, co z łatwością może doprowadzić do „ohydnej tyranii”. W sprawach religii opowiadał się za wolnością sumienia, podkreślając jednocześnie rolę nauczania, badań i zdobywania wiedzy o umacnianiu wiary chrześcijańskiej. W dziedzinie spraw międzynarodowych występował przeciwko wielkiej liczbie wojen i przyjmowaniu zasady ekspansji terytorialnej. Wszystkie te sprawy, tak jak je poruszał w swoich pismach, stały się przedmiotem uwagi ze strony Bodina, Bezy i Grotiusa. Krytyka Modrzewskiego miała jednak charakter bardzo szczegółowy i empiryczny - nie była w żadnym sensie krytyką rewolucyjną. Nawet swą ideę edukacji - która wydawała się tak dziwna jego współczesnym - rozwijał w celu umocnienia istniejącego ładu. Było więc rzeczą bardzo niesprawiedliwą, że sejm oskarżył go o to, iż stara się „nie naprawiać, lecz burzyć”. Ale Modrzewski wiedział, jak na ten atak odpowiedzieć. W r. 1557 napominał polską szlachtę, że jej arogancja i niechęć do wszelkich zmian doprowadzi do katastrofy. Ostrzegał, że żaden kraj nie został zdobyty, dopóki go nie osłabiły wewnętrzne tarcia, i wzywał szlachtę, aby się strzegła, bo swoim uporem może przyspieszyć własną zgubę i zgubę Rzeczypospolitej[223].
Modrzewskiego otaczało całe pokolenie ludzi, którzy podzielali jego krytyczne nastroje. Mikołaj Rej (1505-69) odznaczał się ostrą świadomością społeczną. Bracia polscy wywarli zarówno w dziedzinie religii, jak i polityki wpływ na skalę europejską. Grzegorz Paweł z Brzezin (1525-91), walczący „leweller”, który potępiał istnienie stanów społecznych, prywatnej własności i wszelkiej władzy państwowej jako przyczyny wojen i konfliktów, zajmuje honorowe miejsce w prehistorii radykalnej lewicy.
Inny głos ostrzegawczy, który dał się wyraźnie słyszeć i o którym pamiętano przez cały okres trwania Rzeczypospolitej, należał do Piotra Skargi (1536-1612). Skarga, który był swego czasu rektorem jezuickiego kolegium i akademii w Wilnie, został kapelanem i kaznodzieją na dworze Zygmunta III. W 1597 r. pod wrażeniem sejmu, który zebrał się tego roku w Warszawie, napisał serię ośmiu kazań, które jako Kazania sejmowe doczekały się w XVII w. trzech wydań, a w XIX stuleciu stały się lekturą walczących o niepodległość Polaków. Skarga przemawiał z pozycji konserwatywnych. Uważano go za filar ugrupowania zwolenników króla; opowiadał się też za ówczesnymi teoriami na temat kontrreformacji oraz boskiego prawa królów i prerogatyw Kościoła. Jego rzekome odrzucanie absolutyzmu sprowadzało się w gruncie rzeczy do tego, że wolał „monarchię chrześcijańską” typu hiszpańskiego od „barbarzyńskiej tyranii” Moskwy.
Nic dziwnego, że rokoszanie Zebrzydowskiego uważali go za praecipuus turbator Reipublicae, czyli głównego wichrzyciela Rzeczypospolitej. A jednak moc jego retoryki, siła jego zaangażowania, wnikliwy charakter jego krytyki i przejmujące proroctwo nadchodzącej kary wstrząsają współczesnym czytelnikiem; niestety nie robiły one takiego wrażenia na tych, do których były skierowane. „Zjechaliście się w imię Pańskie na opatrowanie niebezpieczności Koronnych”, zaczął, „abyście to, co się do upadku nachyliło, podparli”. Wśród „niebezpieczności Koronnych” wymienił „niezgody, rozterki i zdrady”; „rozerwanie wielkie serc ludzkich i potarganie jedności i miłości, i zgody sąsiedzkiej”. Każdy przyjaciel zdradliwie postępuje i brat się z brata śmieje - pisał. - Nadto rozmnożyło się w tym królestwie ludzi złych barzo, którzy, gdzie mogą, bunty i zmowy czynią. (...) Zginęła w tym królestwie karność i disciplina, bez której żądny urząd uczynić się nie może (...) Nikt się urzędów ani praw nie boi, na żadne się karanie nie ogląda. Bo gdy bojażń Boża ginie i wstyd upada, (...) Rzeczpospolita ginie (...) Wszyscy się wolnością szlachecką bronią (...) a złotą wolność w nieposłuszeństwo i we wszeteczność obracają (...) Wszyscy jako synowie Beliala bez jarzma, bez wodze. W Kazaniu drugim przeszedł do tematu patriotyzmu, miłości ojczyzny. W odróżnieniu od późniejszych koncepcji ojczyzny, używał głównie terminów biblijnych i metaforycznych, mówiąc o „naszej własnej Jerozolimie” i „tej miłej Matce”. A jednak jego posłanie brzmiało bardzo surowo. Cytował słowa króla Salomona: „Nie tylko domy i familije, ale królestwa i monarchije wielkie ustają i upadają i naród się po narodzie na ziemi odmienia”. Rzeczpospolita także nie jest wieczna; pogrążona w grzechu, i ona także przeminie. W Kazaniach trzecim, czwartym i siódmym zajmował się wszechwładnym panowaniem herezji, w której dopatrywał się źródła niepokojów wewnętrznych i niesprawiedliwych praw. Wyraźnie aprobował postawę tych biskupów, którzy w senacie potępiali tolerancję jako obrazę Majestatu Bożego, i wzywał do położenia kresu „nikczemnym” prawom konfederacji warszawskiej. W Kazaniu szóstym przeszedł do kwestii teorii państwa i prawa; cytując z I Księgi Samuela - „ustanów raczej nad nami króla, aby nami rządził tak jak to jest u innych narodów” (8, 5), pisał: „W ciele ludzkim dwa są przedniejsze członki, którymi się ciało ożywia i umacnia: serce i głowa. Wesołe serce a głowa zdrowa czynią człowieka mocnego i do wszystkiego sposobnego”. Był to klasyczny wykład teorii „dwóch mieczy” - rozdziału władzy między Kościół i państwo, między Boga i Cesarza. Są trzy rodzaje prawdziwej wolności, ciągnął: wolność odwrócenia się od grzechu, odrzucenia obcych panów, stawiania oporu tyranowi. Wolność czwarta zaś, swoboda „diabelska”, „piekielna”, „szatańska”, to „życie bez prawa”. Magnaci za nic sobie mają wspólną radę, a sejm bez przywódcy musi prowadzić do nieznośnej zwłoki i niezdecydowania.
Krytykował ostro posłów, pisząc: „To najszkodliwsza, iż moc sobie tak wielką przyczytają, którą królewskiej i senatorskiej przeszkodę czynią, a monarchiją chwalebną i ludziom zbawienną (...) w demokracyją (...) obracają”. Tym, którzy wcześniej o tym nie wiedzieli, Skarga uświadamiał, że demokracja szlachecka jest grzechem. Chciał ograniczyć przywileje i immunitety szlachty, poczynając od neminem captivabimus, wzmocnić monarchię i senat przeciwko sejmikom i izbie poselskiej oraz ulżyć niedoli chłopów. W ostatnim, ósmym, kazaniu powrócił ponownie do sprawy chłopów. Uczęstowawszy szlacheckiego czytelnika bogatym przeglądem nie karanych grzechów Rzeczypospolitej, od bluźnierstwa, świętokradztwa, morderstwa, lichwy, cudzołóstwa, wiarołomstwa i zdrady po wino, jedwabie i konie, wzywał go do refleksji nad kondycją jego własnych poddanych. „Powiedzcie sami, iż nie masz państwa, w którym by bardziej poddani i oracze uciśnieni byli pod tak absolutum dominium, którego nad nimi szlachta bez żadnej prawnej przeszkody używa”. Dla szlachty, tak rozmiłowanej w swej „złotej wolności” i tak wrażliwej na absolutystyczne zapędy króla, była to doprawdy gorzka reprymenda. Skarga zakończył salwą mrożących krew w żyłach cytatów z Proroków: Rozpraw dom swój, bo już umrzesz, a żyć nie będziesz. Gdy widzi Pan Bóg, iż się ludzie do pokuty nie udadzą ani skłonią, tedy na zgubę ich nieodmienny swój dekret. Jaki uczynił na Faraona; (...) „ja zatwardzę serce jego, iż nie usłucha ani prawej pokuty czynić będzie”. Tyś, Panie, rzekł: „Mówić będę przeciw narodowi i królestwu, abychje wykorzenił, skaził i rozproszył. Lecz jeśli naród on pokutować będzie, opuszczając złość swoją, ja też odmienię to złe, którem umyślił uczynić im”[224]. Wniosek był druzgocący: jeśli szlachta nie okaże skruchy, ich Rzeczpospolita podzieli los Sodomy, Egiptu i Bizancjum.
W XVII w. politycy często sięgali do satyry. Krzysztof Opaliński (1610-56), wojewoda poznański, który przewodził opozycji magnatów przeciwko rzekomym absolutystycznym planom Władysława IV i który miał wątpliwy honor poddać się Szwedom pod Ujściem w 1655, nie schlebiał „złotej wolności”:
„Nierządem Polska stoi” - nieźle ktoś powiedział.
Lecz drugi odpowiedział, że nierządem zginie.
Pan Bóg nas majak błaznów.
I to prawdy blisko,
Że między ludźmi Polak jest Boże igrzysko[225].
Kłopot z tego rodzaju jeremiadami polegał na tym, że jak się okazywało, nie zgadzały się one z tym, co podpowiadało praktyczne doświadczenie. Dla współczesnego obserwatora korzyści płynące z istnienia scentralizowanego państwa mogą się być może wydawać oczywiste; dla szesnastowiecznego czy siedemnastowiecznego szlachcica z pewnością jednak oczywiste nie były. Oglądane z tak dogodnego punktu obserwacyjnego, jakim była Warszawa, Wilno czy Kijów, życie w Rzeczypospolitej - mimo swych niewygód - przedstawiało się o wiele lepiej niż życie w którymkolwiek z krajów sąsiednich. Dla tych pokoleń Polaków i Litwinów, którzy mogli na własne oczy oglądać „wytworne” maniery Iwana Groźnego, którzy obserwowali podbój Węgier przez Turków otomańskich czy też unicestwienie czeskiej szlachty przez Habsburgów, „absolutyzm” był równoznaczny z tyranią. Polska szlachta nie dysponowała zbyt szeroką wiedzą praktyczną na temat warunków panujących w Europie Zachodniej. Mówiąc o absolutum dominium, którego się tak obawiała, nie miała na myśli Francji ani Hiszpanii. Dla niej jedynymi prawdziwymi wzorcami podlegającymi ocenie był „klerykalny” despotyzm Austrii, „orientalny” despotyzm Turcji i „barbarzyński” despotyzm Moskwy. Co więcej, absolutyzm nie wydawał się zbyt skuteczną zaporą przeciwko rozruchom wewnętrznym. Powtarzające się bez końca sytuacje alarmowe w pozostających w zależności od Turków przyległych obszarach Siedmiogrodu i Mołdawii, moskiewska „smuta”, a nade wszystko wojna trzydziestoletnia w cesarstwie rzymskim potwierdzały przekonanie, że życie w ustroju absolutyzmu nie jest ani trochę bardziej ustabilizowane niż życie w ustroju „polskiej anarchii”. Skarga i Opaliński mogli więc sobie piętnować występki „złotej wolności”; ich słuchacze, a także ich następcy, świetnie sobie z nich zdawali sprawę. Wątpliwości mieli jedynie co do tego, czy anarchię rzeczywiście da się zastąpić czymś lepszym.
W kształtowaniu tych postaw wyraźną rolę odegrali uciekinierzy z zagranicy. Rzeczpospolita była znaną przystanią dla wygnańców politycznych i religijnych - od Żydów i husytów po późniejsze ofiary absolutyzmu. Pojawianie się w kraju wybitnych uchodźców - jak Andras Dudith, biskup Pecsu, swego czasu poseł cesarski, grupa zwolenników Mohyły z Mołdawii i Wołoszczyzny, czy doradca Iwana IV książę Kurbski - mogło tylko utwierdzić szlachtę w przekonaniach, których tak zaciekle broniła.
Andriej Michajłowicz Kurbski (1528-83) był szczególnie czynnym publicystą i politykiem. Należał do jednego ze starych książęcych rodów rosyjskich; wczesne lata życia spędził w służbie i towarzystwie cara Iwana Groźnego. Jako dowódca wyróżnił się w kampaniach w Kazaniu i Inflantach, był też wybitnym członkiem rady bojarów. Jego zniechęcenie zaczęło się od momentu rozwiązania rady w r. 1560, a następnie rosło wraz z rosnącymi okropnościami opriczniny. W r. 1564, jako komendant fortecy Dorpat na froncie inflanckim, zdecydował się zbiec i w nocy z 29 na 30 kwietnia przeszedł do znajdującej się w rękach Litwinów twierdzy Wolmar. Jego żonę, syna i matkę, których Iwan trzymał jako zakładników gwarantujących jego dobre sprawowanie, stracono. Przysiągłszy posłuszeństwo wielkiemu księciu litewskiemu Zygmuntowi Augustowi, otrzymał w nagrodę zamek w miejscowości Smedyno i nadanie ziem koronnych w starostwie kowelskim na Wołyniu; jako kontyngens miał wystawić 180 rycerzy i 50 pieszych żołnierzy. Gdy tylko ustalił własną pozycję, z całym upodobaniem przejął ducha anarchii. W latach 1567-73 regularnie występował w roli posła na sejm, obierając orientację polityczną prawosławnego ugrupowania skupionego wokół wojewody kijowskiego księcia Konstantego Ostrogskiego. Zdobył sobie opinię prześladowcy chłopów i Żydów. Był trzykrotnie żonaty i raz się rozwiódł, w atmosferze skandalu, a jego syn z trzeciego małżeństwa, Michał Dymitr Kurbski (1582-1645), przez pewien czas poseł upicki, zyskał sławę z powodu swego przejścia na katolicyzm. Bez przerwy walczył z sąsiadami - Wiśniowieckimi i Czartoryskimi - i pod koniec życia był tak obciążony długami, zaciągniętymi z powodu rozlicznych procesów sądowych, że musiał pozbyć się swoich posiadłości. Przez cały czas służył w wojsku litewskim. W czasie wojen Batorego z Rosją dowodził kilkoma zwycięskimi bitwami. W historii rosyjskiej mówi się o nim przede wszystkim jako o ideologu opozycji bojarów przeciwko samowładztwu Iwana. Jego słynna korespondencja z carem, obejmująca okres ponad piętnastu lat, także Historia Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (1573) dostarczają najbardziej szczegółowych i wnikliwych materiałów źródłowych dotyczących tego okresu. Listy - których autentyczność podano zresztą ostatnio w wątpliwość - stanowią mieszaninę soczystych obelg i utrzymanej w wysokim tonie debaty na temat zasad praworządności i obywatelskiego posłuszeństwa. Kurbski wściekle atakował „zżarte trądem sumienie” swego byłego władcy, który „wyrzuca z siebie bombastyczne i uczone cytaty w nieopanowanej wściekłości”. Iwan natomiast nazywał swego byłego poddanego „kundlem”, „śmierdzącym zdrajcą”, „uwodzicielem”, „faryzeuszem” i „krzywoprzysięzcą”. Natchnieniem do napisania Historii, utrzymanej w podobnym tonie, stała się mrożąca krew w żyłach perspektywa wyboru Iwana na tron polski po śmierci Zygmunta Augusta. W dziejach Polski wspomina się jednak Kurbskiego jako jednego z wybitnych cudzoziemców, którzy wstąpili w służbę Rzeczypospolitej, i jako żywe zaprzeczenie barbarzyństwa Moskali. Z jego korespondencji wynika jednak zupełnie wyraźnie, że nie darzył zbyt wielkim szacunkiem zasad demokracji szlacheckiej. „A co się tyczy bezbożnych narodów”, pisał do Iwana w swoim Drugim Liście, „to po cóż w ogóle o nich wspominać? Żaden z nich nie rządzi jako pan w swoim własnym domu. Rządzą zaś tak, jak im każą ich mocodawcy”. Polski kronikarz Bielski utrzymuje, że Kurbski zbiegł na Litwę ze strachu przed konsekwencjami poniesionej porażki wojskowej; większość współczesnych komentatorów skłonna jest przyznać, że w jego zachowaniu można się dopatrzyć silnej domieszki oportunizmu. Niemniej jednak Rzeczpospolita stała się dla niego przystanią, z której mógł bezpiecznie głosić swe poglądy - już zaś to samo w sobie stanowiło dobrą reklamę[226].
Zagraniczne komentarze dotyczące Polski i Litwy od dawna opóźniały się ze względu na brak informacji. Ale poczynając od połowy XVI w., zachodni historycy dysponowali już znaczną ilością szczegółowych opisów. Słynna relacja napisana w r. 1575 przez weneckiego posła, Ieromina Lipomano, stanowiła we Włoszech uzupełnienie podobnych raportów, pisanych dziesięć lat wcześniej przez kolejnych nuncjuszy papieskich. Mówiące o Polsce fragmenty Relazioni universali (1592) pióra Giovanniego Botero, urzędnika watykańskiego Congregatio de Propaganda Fide, opierają się na bezpośrednich i niezwykle trafnych obserwacjach. We Francji o Polsce wiedziano niewiele aż do czasu wydania w Paryżu w r. 1566 kroniki Kromera; wielkie zainteresowanie wzbudziła natomiast elekcja Henryka Walezego w 1573 r. W Niemczech rozgłos sprawom polskim nadawali głównie niemieccy poddani Rzeczypospolitej, którzy protestowali przeciwko wynikającym z braku dostatecznych informacji napaściom na swoją ojczyznę. Motywem wydania zarówno Encomium Regni Poloniae (1621) Jakuba Gadebuscha z Gdańska, jak i De scopo reipublicae Polonicae (1665) Johanna Sachsa (Mariniusa Poloniusa) z Torunia było zranione uczucie patriotyzmu.
Jeśli chodzi o Anglię, pewną ograniczoną ilość informacji zawierała Itinerary (1617) Fynesa Morisona. Pełniejsze omówienie musiało czekać aż do czasu, gdy sprawie Polski i Litwy poświęcił swą uwagę doktor Bernard O'Connor, który przez pewien czas pełnił obowiązki lekarza na dworze Jana Sobieskiego i w r. 1698 wydał dwutomową Historię Polski. Niemiecki jurysta i historiograf na dworze szwedzkim Samuel Pufendorf wykorzystał zaangażowanie Szwecji w sprawy polskie dla odmalowania sceptycznego, by nie powiedzieć pesymistycznego, i krytycznego obrazu.
Natomiast w całej Europie znano i czytano autorów polskich. Rzeczpospolita Polski i Litwy była częścią międzynarodowej „republiki (literatury) łacińskiej”. Dzieła Modreviusa, Goślickiego, Bielskiego, Kromera, Varseviciusa czy Opalińskiego były dostępne dla wszystkich, którzy chcieli po nie sięgnąć.
Zachodni badacze mieli wiele kłopotu z zaklasyfikowaniem ustroju, którego nie można było w prosty sposób przyporządkować żadnej spośród kategorii Cycerona: monarchii, arystokracji czy demokracji. Wszyscy zgadzali się co do tego, że Rzeczypospolitej nie można uważać na równi z większością królestw Europy za „prawdziwą monarchię”. Botero stwierdził, że jest ona „bardziej republikańska niż monarchiczna”; Bodin nadał jej nazwę monarchia libera, Guillaume Barclay zaś, profesor prawa w Paryżu, oświadczył: „Polacy nie mają ani króla, ani królestwa, ale coś w rodzaju oligarchii ukrytej pod monarszym tytułem”. Dla określenia statusu polskiego króla używano różnego rodzaju określeń. Bodin nazywał go capitaine en chef, inni zaś - „pierwszym urzędnikiem”, „kuratorem” lub „przewodniczącym”. W każdym razie nie był monarchą w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Botero dodaje bardzo trafnie, mając niewątpliwie na myśli Batorego, że „król tyle ma władzy, ile mu jej daje własny spryt i orientacja”.
Jako że monarchię uważano na ogół za instytucję boską, ustanowioną przez Boga, powszechnic przyjmowano mit, że elekcje królewskie w Polsce są pozostałością prehistorycznego pogańskiego obyczaju, przypisywanego to Gotom, to Celtom, to znów Wandalom czy pradawnym Sarmatom. Krytyków Rzeczypospolitej należy naturalnie szukać pośród tych, którzy największą wagę przywiązywali do zalet monarchii; krytyka ta była jednak zazwyczaj łagodna i konstruktywna. Jako przykład może tu posłużyć Jean Bodin, który zajął się sprawą ustroju Polski z wielką starannością i precyzją. Jako oficjalny delegat do rozmów z poselstwem Polski, które przybyło do Paryża w 1573 r., bezpośrednio omawiał te kwestie z polskimi senatorami. Jego Six livres de la Republique (1576) zdradza gruntowną znajomość Kallimacha, Miechowity, Kromera, a szczególnie Modrzewskiego, którego propozycje Bodin omawia szczegółowo. Bodin zaliczał Polaków - wraz z Brytyjczykami i Skandynawami - do „ludów północy”, które charakteryzuje instynktowna nienawiść do tyranii. Krytykując elekcyjność jako zasadę obsadzania polskiego tronu, stwierdzał jednocześnie, że niepewność takiego systemu oznacza niebezpieczeństwo nie tyle dla króla, co dla samych elektorów, i zalecał wybór następcy na zasadzie vivente rege. Uwagi najbardziej krytyczne kierował nie tyle pod adresem praktyki konstytucyjnej, ile niedostatków polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza zaś ustalania główszczyzhy.
Pod koniec następnego stulecia Pufendorf ubolewał w Historie der vornehmsten Staaten und Reiche sojetziger Zeit in Europa sichfinden (1686) nad nie kończącymi się dysputami między sejmem a królem oraz nad paraliżem mechanizmu ustawodawczego; jednocześnie jednak - wobec blasku jasnej łuny zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem - nie wspominał nic o tym, że wewnętrzne niedostatki Rzeczypospolitej mogą stanowić zagrożenie dla jej pozycji międzynarodowej. Bernard O'Connor zauważał z żalem, że „nikt w Polsce nie chce być poddanym”; podkreślał też zgubne skutki liberum veto i dożywocia jako zasady piastowania urzędów państwowych. Instytucja lekarza praktyka kazała mu dać wyraz zdziwieniu, że polityczne ciało, które wykazuje tak wyraźne symptomy choroby, tak długo utrzymuje się przy życiu. Trwanie Rzeczypospolitej wyjaśniał częściowo solidarnością wolnych obywateli, którzy w chwilach najostrzejszych kryzysów zapominając wszystkim, co ich dzieli, częściowo zaś brakiem jedności wśród jej sąsiadów, a wreszcie - czynnikami natury wojskowej. Zdaniem O'Connora, kraju, który nie posiada nowoczesnych twierdz, ani nie mogą obronić jego obywatele, ani też ujarzmić jego wrogowie. Wszyscy ci autorzy wyrażali swą krytykę, nie posuwając się do żadnej złośliwości; ich prace tworzą wyraźny kontrast z dziełami tak pozbawionych wszelkich skrupułów polemistów, jak Guillaume Barclay, którego Satyricon (1614) został napisany ku uciesze francuskiego dworu, czy też Herman Conring, którego traktat De iustitia armorum Suecorum in Polonos (1655) powstał na zamówienie Karola X. Jean Barclay, syn Guillaume'a, obwołał Polaków barbarzyńcami, narodem „zrodzonym z przemocy i samowoli, którą nazywają wolnością, ludźmi, którzy pod groźbą miecza zmuszają swego króla do podtrzymywania praw przodków, a którzy wyposażywszy się we wszelkie samozwańcze przywileje, zdolni są bezkarnie zadawać krzywdę jedni drugim”. Conring, mając na względzie cele polityczne, posunął się jeszcze dalej. Pisał, że Rzeczpospolita nie cieszy się miłością swych obywateli, że zrujnowały ją szlacheckie zbytki i nie jest warta, aby ją ratować.
Natomiast gorących zwolenników Rzeczypospolitej należy szukać przede wszystkim w szeregach teoretyków prawa wypowiedzenia posłuszeństwa. We Francji zarówno katolicy, jak i hugenoci byli skłonni potępiać Rzeczpospolitą za jej słynną tolerancję religijną; jedni i drudzy jednak - wychodząc z odmiennych pozycji - skłonni byli jednocześnie podziwiać jej starania w celu zabezpieczenia się przeciw tyranii. Jean Boucher z Paryża, którego traktat De iusta abdicatione (1589) jest wyrazem poglądów katolickiej opozycji za czasów Henryka III, daje płomienny opis sposobu, w jaki ów tyran został przepędzony z Polski. Theodore Beza, następca Kalwina w Genewie, wychwalał instytucjęj pacto conventa. Najbardziej sensacyjne były jednak poglądy anonimowego hugenoty, którego słynne Vindiciae contra tyrannos (1579), wydane pod pseudonimem Junius Brutus, uważa się często za pierwsze w czasach nowożytnych wyraźne sformułowanie koncepcji umowy politycznej między rządzącymi a rządzonymi. Według niego. Rzeczpospolita Polska oraz Święte Cesarstwo Rzymskie były jedynymi państwami w Europie, gdzie dawne cnoty przetrwały napór tyranii monarchów. W opisie jego ideału monarchii konstytucyjnej, gdzie książę „sprawowałby legalną władzę nad swym ludem”, przyrównuje Rzeczpospolitą do Wenecji.
Echa tych opinii rozbrzmiewały na przestrzeni całego XVII w. W swym dziele Oceana (1659) Sir James Harrington przywołuje przykład Polski dla upiększenia swego marzenia o utopii zorganizowanej dla obrony interesów klasy ziemiaństwa; Holender Ulryk Huber używa go w swym De iure civitatis (1673) dla wykazania niedostatków argumentacji Hobbesa. W Niemczech traktat na temat polityki Polski powstał jako dzieło matematyka i filozofa, Gottfrieda Leibniza, który pełnił obowiązki sekretarza posła hrabiego Neuburgu podczas elekcji królewskiej w r. 1669. Występując w masce „Georgiusa Ulicoviusa Lithuanusa”, starał się przede wszystkim o zdobycie poparcia dla kandydatury swego pracodawcy i zadbał, aby jego Specimen demonstrationum politicarum pro eligendo rege Polonorum (1669) nie okazało się uwłaczające dla polskiego elektoratu. Mimo to, przytaczane przez niego argumenty za koniecznością ograniczenia swobód w interesie bezpieczeństwa zewnętrznego, a także interesujące porównanie zasady jedności, tak jak ją pojmowano w Polsce oraz w Republice Zjednoczonych Prowincji, są przekonywającym dowodem jego poważnych zamiarów. We Włoszech pochwała Polski wyszła z mroków neapolitańskich lochów: Tommaso Campanella, dominikanin skazany za herezję na 27 lat więzienia, autor Miasta słońca, poświęca Polsce długi fragment swego dzieła De Monarchia Hispanica. Co najdziwniejsze, napisał on sonet na cześć elektorów polskich, zalecając im, aby rodzime cnoty przenosili nad obcą książęcą krew:
A Polonia
Sopra i regni, ch'erede fan la sorte
di lor dominie, tu, Polonia, t'ergi,
che, mentre'1 morto re di pianto aspergi,
dal figlio ad altri lo scettro trasporte,
dubbiosa che non sia quel saggio e forte;
ma in piu cieca fortuna ti sommergi,
scegliendo, incerta s'aduni o dispergi,
prencipe di ventura e ricca corte.
Deh cerca fuor di zelo in umil tende
Caton, Minoi, Pompili e Trismegisti;
che Dio a tal fin non cessa mai di farne.
Questi fan poche spese e moiti acquisti,
immortali intendendo che gli rende
virtu e gran gesti, non gran sange a carne[227].
W epoce saskiej jakość komentarzy politycznych uległa równie wyraźnemu pogorszeniu, co sama sytuacja polityczna. Ludzie inteligentni w Polsce trzymali język za zębami. Dziedzinę teorii politycznej oddano w ręce uprawiających strusią politykę apostołów „złotej wolności”. W świecie, w którym potencjalni reformatorzy musieli się cofać pod naporem nacisków z zewnątrz i wewnętrznych tarć, nikt nie stawiał przeszkód „sarmatystom”, którzy udawali, że kondycja Polski przewyższa sytuację jakiegokolwiek innego kraju na świecie.
Najwspanialsze fragmenty opinii „sarmatystów” znaleźć można w zadziwiającej encyklopedii księdza Benedykta Chmielowskiego (1700-63), dziele zatytułowanym Nowe Ateny albo Akademya wszelkiej scyjency jej pełna (1746), które cieszyło się szeroką popularnością. Bigoteria religijna i polityczna naiwność Chmielowskiego dają typowy obraz światopoglądu tępawego, niedouczonego szlachcica tamtych czasów: „Brylant nieoszacowany Korony Polskiej - wolność złota”; „drugi diamentowy fundament wolności polskiej - libera regum electi”; „trzeci fundament - liberum veto, gdyż to wolne mówienie na sejmikach i sejmach jest matką i duchem wolności, jest nie konającej ojczyzny znak, gdy jeszcze gada”[228]. Utraciwszy wszelką nadzieje zbawienia, społeczeństwo polskie zamknęło się w sobie i zaczarowane bajkową idyllą „starej Sarmacji” zaczęło tracić z oczu najbardziej nawet jaskrawą rzeczywistość.
Natomiast za granicą wielu autorów politycznych wyliczało oczywiste niedostatki polskiego systemu konstytucyjnego, nie zadając sobie trudu prześledzenia ich przyczyn. Już w r. 1721 w swych Lettres persanes Montesquieu stwierdzał, że Polska czyni tak zły użytek ze swych swobód i elekcji królewskich, że przynosi satysfakcję jedynie swoim sąsiadom, którzy utracili i jedno, i drugie. W r. 1740 w swym Antymachiawellu Fryderyk II zauważył, że w Polsce tron jest przedmiotem handlu tak samo jak każdy inny towar, jaki trafi na rynek. W swych Considerations sur le gouvemement markiz d'Argenson ostrzegał, że Polska stoi otworem, dostępna ze wszystkich stron dla każdego, kto zechce po nią sięgnąć, a jej jedyna siła leży właśnie w jej słabości. W haśle poświęconym Polsce we francuskiej Encyclopedie Chevalier de Jaucourt zadowolił się plagiatem nieco wcześniejszej pracy ojca Gabriela Coyera o Janie Sobieskim. Nawiązuje w nim do tematu, nad którym zastanawiał się już Montesquieu, stwierdzając, że upadek państwa jest wynikiem „zniewolenia” prostych ludzi. Podobne opinie powtarzała większość myślicieli epoki - David Hume, Adam Smith, William Paley, przede wszystkim zaś - Voltaire. Liczne, inteligentne i nieodmiennie nieprzyjazne komentarze Voltaire'a zasługują na uwagę, chociażby ze względu na swą ogromną popularność. Najpierw w Historii Karola II, później w dramacie Les Lois de Minos, a wreszcie w swych licznych pismach na temat tolerancji, mędrzec z Femey nie przepuścił żadnej okazji, aby szydzić z Polski jako ojczyzny „chaosu”, „barbarzyństwa” i „fanatyzmu”. Nie roszcząc sobie pretensji do żadnej bliższej znajomości spraw polskich, używał przykładu Rzeczypospolitej jako ostrzegawczej przypowiastki mającej na celu ukazanie losu wszystkich tych, którzy wpadają w szpony płynącej z Rzymu ignorancji. „Braves Polonais! (...) vous n'avez eu depuis longtemps que deux veritables ennemis - les Turcs et la cour de Rome”. Polskiego leitmotivu używał ma się rozumieć nie jako poważnego wkładu w rozważanie spraw polskich, lecz jako broni polemicznej, służącej dogodzeniu czytelnikom. Ale w swej gorliwości przypodobania się oświeconym korespondentom z Berlina i Petersburga, często popadał w swego rodzaju hiperbolę, która zdradzała prawdziwe barwy jego sztandaru. W 1768 r. na przykład złożył autorom polskich „swobód” typowy obosieczny komplement, gratulując zarówno Stanisławowi Augustowi, jak i arcybiskupowi Podoskiemu ich szczęśliwych związków z „gwiazdą północy”: L'imperatrice de Russie non-seulement etablit la tolerance uniyerselle dans ses vastes Etats, mais elle envoie une armee en Polegnę, la premierę de cette espece depuis que la terre existe, une armee de paix, qui ne sert qu'a proteger les droits des citoyens et a faire trembler les persecuteurs. O Roi Sage etjuste, qui avez preside a cette conciliation fortunee! O primat eciaire, prince sans orgueił et pretre sans superstition, soyez benis et imites dans tous les siecles![229]
W tej atmosferze trzeba było naprawdę wielkiej siły ducha, aby odważyć się powiedzieć coś dobrego o ustroju Polski. Nawet apologeci z obozu Leszczyńskiego i zwolennicy reform - od Baudeau po Mably'ego, oczerniali Polskę, w nadziei, że w ten sposób doprowadzą do zmian. Tylko Jean-Jacques Rousseau zachowywał się inaczej. Gdy Michał Wielhorski, rzecznik konfederatów barskich w Paryżu, zwrócił się do niego z prośbą, aby spisał własne przemyślenia na temat sytuacji w Polsce, Rousseau dał wyraz opinii, która w owym czasie była jedyna w swoim rodzaju. Jego Considerations sur le gomernement de la Pologne, traktat opublikowany w 1772 r., w roku pierwszego rozbioru, jest oznaką triumfu niezależnego umysłu, a zarazem dociekliwości badacza. Rousseau starannie zbadał instytucje państwa polskiego i nie był przeciwny ich szczegółowej naprawie. Natomiast w panującej sytuacji dostrzegał wypaczenie cennych ideałów i w jego pracy przeważało zalecenie ostrożności. Ostrzegał Polaków, że muszą przemyśleć rzecz bardzo starannie, zanim się zdecydują zniszczyć to, dzięki czemu stali się tym, czym są. Wreszcie - w pełni obeznany z intrygami sąsiadów Rzeczypospolitej - wysunął w związku z sytuacją w Polsce radę najstosowniejszą może ze wszystkich, jakich kiedykolwiek udzielono w czasach nowożytnych: jeśli Polacy nie mogą zapobiec temu, aby wrogowie połknęli ich w całości, to niech przynajmniej robią wszystko, co mogą, aby się nie dać strawić[230]. To jedno zdanie pamiętano w Polsce jeszcze długo po tym, gdy mądrości nagromadzone przez wszystkich innych philosophes dawno już odeszły w całkowite zapomnienie[231].
Z punktu widzenia teoretyka państwa, Rzeczpospolita Polski i Litwy wykazuje szereg cech, które odróżniają ją od większości zachodnioeuropejskich bytów politycznych tamtych czasów. W kategoriach teoretycznych państwo to bardziej zasługuje na nazwę republiki monarchicznej niż republikańskiej monarchii. Było o wiele bardziej republikańskie - pod względem struktury i atmosfery - niż monarchie konstytucyjne Anglii czy Szwecji i diametralnie różne od ustrojów absolutystycznych Francji, Hiszpanii czy Rosji. Pod pewnymi względami przypominało rozbite struktury elekcyjne Świętego Cesarstwa Rzymskiego, odarte z dynastycznych narośli, jakie mieli wprowadzić późniejsi cesarze z dynastii Habsburgów, miało też wiele wspólnego ze skomplikowanym ustrojem Zjednoczonych Prowincji. Ale inspiracją dla jego twórców była przede wszystkim starożytna Republika Rzymska, od której zapożyczono nazwę, oraz Republika Wenecji, której uniwersytet w Padwie większość z nich ukończyła. Z tej perspektywy wydaje się więc słuszne, że tłumacząc nazwę „Rzeczpospolita” na język angielski, anglosascy historycy wybierają the Republic zamiast częściej używanego Commonwealth.
Gra polityczna rozgrywana w Rzeczypospolitej Polski i Litwy była grą bardzo specyficzną. Brak kanałów, którymi władza mogłaby się rozchodzić, promieniując z centrum, oraz brak hierarchii społecznej, zorganizowanej według kryteriów interesów państwowych, umożliwiały prowadzenie polityki prywatnej, lokalnej lub prowincjonalnej bez obawy żadnych odgórnych ograniczeń. Wszystko zależało od zmiennych układów patronów, pozycji, zamożności, zasług i szczęścia; praktycznie nic - od raison d'etat. Państwo nigdy nie wysuwało pretensji do własnych interesów, które byłyby czymś więcej niż sumą interesów poszczególnych obywateli. W rezultacie polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej była uderzająco bierna, polityka wewnętrzna zaś - nigdy ostatecznie nie rozstrzygnięta. Według jednej z interesujących hipotez życie polityczne kraju złożone było z ruchomej mozaiki drobnych interesów lokalnych i większych, mniej trwałych, interesów dzielnicowych, czyli jak to określano, „małych sąsiedztw” oraz „dużych sąsiedztw”[232].
Trzeba by kogoś takiego jak Lewis Namier - którego omówienie stosunków leżących u podstaw polityki Anglii okresu georgiańskiego wyraźnie zdradza jego polskie pochodzenie - aby sprawdzić dokładność tej analizy. Jest to jednak hipoteza niewątpliwie warta sprawdzenia, a także wspaniały temat do badań.
W gruncie rzeczy najbliższej paraleli szlacheckiej demokracji w Polsce należałoby prawdopodobnie szukać z dala od Europy: w Ameryce. Na pierwszy rzut oka przynajmniej, światopogląd polskiej szlachty przypomina poglądy angielskiego ziemiaństwa w koloniach na dalekim Południu, których ogromne plantacje i świetne życie towarzyskie trwały - podobnie jak w Polsce i na Litwie - dzięki izolacji od rządu centralnego i poddaństwu mas ludności wiejskiej. Właściciele niewolników, a zarazem demokraci w rodzaju Waszyngtona i innych ojców Stanów Zjednoczonych Ameryki Połnocnej mają wiele wspólnego z opowiadającym się za reformą ugrupowaniem magnackich polityków ówczesnej Rzeczypospolitej Polski i Litwy. Dalej na Północy - w Nowej Anglii - rozwijał się indywidualizm innego typu, dla którego zachętą stały się przekonania religijne oraz odrzucenie przez kolonistów nacisku psychicznego, stosowanego przez władze kościelne w większości krajów europejskich. Rozmyślania Henry'ego Thoreau nad brzegami Walden Pont czy też myśli zawarte w jego eseju On the Duty of Civil Disobedience spotkałyby się z większym zrozumieniem w sejmie polskim niż na jakimkolwiek innym dworze czy w jakimkolwiek innym parlamencie Europy. Jego słynne motto, które głosiło, że najlepszy jest taki rząd, który najmniej rządzi, spotkałoby się z jednogłośnym poparciem na wszystkich sejmikach ziemskich, jako kwintesencja przekonań polskiej opozycji szlacheckiej przeciwko wzrostowi władzy królewskiej na przestrzeni całego okresu istnienia Rzeczypospolitej. Prymitywny anarchizm amerykański, zrodzony na pograniczach nowego kontynentu, znalazłby pokrewną duszę - jeśli nie bezpośredniego przodka - w ideałach owej wymarłej Rzeczypospolitej, która niegdyś żyła na równinach wschodniej Europy.
Rzecz dziwna - ideały polskiej szlachty pobrzmiewają nutą zadziwiająco współczesną. W epoce, w której większość Europejczyków wychwalała zalety monarchizmu, absolutyzmu czy władzy państwowej, szlacheccy obywatele Polski i Litwy głosili chwałę swej „złotej wolności”, prawa do wypowiedzenia posłuszeństwa, umowy społecznej, swobód jednostki, zasady rządów opierających się na powszechnej zgodzie, zalet niezależności. Koncepcje te wy stępują powszechnie w ideologii współczesnych liberalnych demokracji. Jest oczywiście rzeczą nie do pomyślenia, aby szlachta tak ceniła te wartości z powodu wyprzedzających epokę zainteresowań postępową teorią polityczną, nie zaś po prostu z troski o zachowanie swoich dawnych przywilejów. Można się tu jednak dopatrzyć pewnych oczywistych związków. Według norm europejskich Rzeczpospolita stanowi przykład poważnego opóźnienia w rozwoju. W oczach obserwatorów z epoki oświecenia, zachowanie się ludzi w Polsce przywodzi na myśl postępowanie i sposób myślenia dzikich średniowiecznych baronów. Nie można jednak zapominać, że współczesna anglosaska demokracja wyrosła z pozycji do gruntu konserwatywnych, w myśl których średniowieczne tradycje Wielkiej Karty Swobód pozostają nadal adekwatne do współczesnych potrzeb. Zbieżność poglądów polskiego szlachcica z XVII lub XVIII w. oraz liberalnego demokraty z w. XIX i XX nie jest czymś całkowicie przypadkowym. Wynika ona ze wspólnych dla obu dążeń do zwalczania władzy i potęgi państwa. Pierwszy stawiał opór wczesnym objawom tego zjawiska, drugi sprzeciwia się jego współczesnym symptomom, ale jest to w obu wypadkach walka z tym samym wrogiem. Już choćby z tego powodu od historyka, który zajmuje się historią Rzeczypospolitej Polski i Litwy, należy oczekiwać, iż uniknie wyłącznie negatywnych sądów, których początków można się z pewnością doszukać u przedstawicieli oświecenia oraz u „oświeconych” apologetów mocarstw rozbiorowych.
Można się sprzeczać co do tego, czy Jan Dantiscus (1485-1548), czyli Dantyszek, był pierwszym polskim dyplomatą; był jednak z pewnością jednym z najbardziej interesujących. Okres ośmiu lat i czterech miesięcy, które spędził w latach 1524-32 jako ambasador na dworze cesarza Karola V, cytuje się często jako czas działalności pierwszej stałej ambasady w polskiej służbie dyplomatycznej. Dantyszek był pod pewnymi względami reprezentantem średniowiecznej tradycji kosmopolitycznych przedstawicieli duchowieństwa, którzy łączyli służbę dyplomatyczną z pełnieniem obowiązków kościelnych. Równocześnie jednak należał do tego nowego pokolenia humanistów, przed których talentem artystyczny patronat, filozoficzne dociekania oraz zakrojona na szeroką skalę świecka ciekawość otwierały zupełnie nowe pole do działania.
Urodził się w Gdańsku jako syn zamożnego browamika, Johanna von Hoefen; łacińskie nowi deplume przybrał, gdy zaczął pisać swe nowołacińskie poezje, natomiast jego polski odpowiednik - gdy w wieku lat piętnastu rozpoczął służbę na dworze królewskim w Krakowie. Kościelne beneficja otrzymał jako dodatek do kariery dyplomatycznej - najpierw biskupstwo chełmińskie, potem, od r. 1537- biskupstwo warmińskie. W Krakowie studiował pod opieką hellenisty Pawła z Krosna, pełniąc jednocześnie obowiązki pazia w dworskiej świcie i uczestnicząc w nieszczęsnej wyprawie mołdawskiej w 1502 r. W r. 1503 pojawił się w sekretariacie arcybiskupa Jana Łaskiego, a w roku następnym -jako specjalista od spraw pruskich - w sądzie królewskim. W latach 1505-06 odbył podróż do Wenecji, a następnie na Cypr, do Palestyny i Arabii. W r. 1512 jego działalność w sądach królewskich w sprawie spornego dziedzictwa rodzinnych majątków w Gdańsku stała się bezpośrednią przyczyną kryzysu między Polską a Zakonem Krzyżackim. Po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę cesarza Maksymiliana podczas kongresu wiedeńskiego w 1515 r.; gdy w następnym roku ponownie zjawił się na dworze cesarskim jako poseł Zygmunta I, został wyniesiony na stanowisko comes palatinus i ukoronowany wieńcem laurowym jako „poeta-laureat”. W następnym okresie odbywał ciągłe podróże jako rzecznik swego polskiego pracodawcy i działając - zależnie od potrzeb - na rzecz cesarza lub miast pruskich. W latach 1522-23 przebywał w Anglii, gdzie szukał poparcia przeciwko poczynaniom Zakonu Krzyżackiego. Według sprawozdania, które złożył Zygmuntowi, przyjął go kardynał Wolsey - w zaciemnionej komnacie w Hampton Court:
Gdy mię do niego wprowadzono, znalazłem go na łożu, cierpiącego, jak mi rzekł, z powodu kolki. Spostrzegłem atoli, iż był chory na francuską chorobę (...) Powitałem go według przyjętego obyczaju w imieniu Waszej Najjaśniejszej Wysokości, po czym wygłosiłem krótką orację, wykładając mu sprawy dotyczące Turków i Tatarów (...) Na wszystko to odpowiedział mi obszerną mową, albowiem jest to mąż wielce uczony a elokwentny. Wypowiedział wiele niepochlebnych słów przeciwko Francuzom, skarżąc się na ich perfidię (...) Po czym prosiłem go i nakłamałem, aby nam dopomógł w sporze z wielkim mistrzem (...) Odparł ze śmiechem, iż przybywam we właściwym czasie (...) mówiąc na koniec: „Król Polski w większej jest cenie u mnie i u mego władcy niżli owi rycerze zakonni, którzy nie wartają dla nas nawet pensa”[233]. Później spotkał się z Henrykiem VIII (podczas tego spotkania obowiązki tłumacza pełnił Thomas More) oraz odwiedził grób Thomasa Becketa w Canterbury. Wciąż jeszcze w nastroju pielgrzyma, wyruszył do Santiago de Compostela, wypływając z Płymouth do Coruny na statku portugalskim, który sztorm zapędził do Penzance. Właśnie wtedy zmarła w Bari małżonka Zygmunta, Bona Sforza, pozostawiając polskiej rodzinie swojego męża kłopoty związane ze skomplikowanymi roszczeniami prawnymi do spadku. 15 marca 1524 Dantyszek wyjechał z Krakowa, udając się na poszukiwania Karola V. Było to jego trzecie zadanie w służbie cesarza. Udzielone mu instrukcje dotyczyły wyłącznie aktualnej w tym momencie kwestii sukcesji neapolitańskiej. Po spotkaniu z dożą w Wenecji, z księciem d'Este w Ferrarze, z kanclerzem księstwa Bań oraz z Franciszkiem I w Lyonie, 3 grudnia pokłonił się przed cesarzem w Madrycie. Od tego czasu cesarz stale trzymał go przy sobie - przez pięć lat w Hiszpanii, przez rok - w r. 1529 - we Włoszech i przez następne trzy lata - w Niemczech. W r. 1526 kochanka Dantyszka, Izabela Delgada, urodziła piękną Juanitę, która miała później poślubić sekretarza cesarza, Graciana de Alderete. Wreszcie w lipcu r. 1532 Dantyszek powrócił do Krakowa, obsypany honorami; później wycofał się z kariery dyplomatycznej, osiadając na stolcu biskupim w Heilsbergu. Był osobistym przyjacielem wielu wybitnych ludzi epoki - od Cortesa po Erazma i Lutra, nie wspominając o Koperniku, który był jego bezpośrednim podopiecznym i podwładnym.
Po wycofaniu się z czynnego życia prowadził rozległą korespondencję i zajmował się kolekcjonerstwem - jak na prawdziwego syna epoki odkryć przystało. Jako poeta, zwracał się po łacinie do szerokiego świata, który nie zdążył się jeszcze rozlecieć na drobne kawałeczki kultur narodowych; jako dyplomata - miał skłonność do podsumowywania udanej misji nie protokołem czy memoriałem, lecz epigramatem:
Hanc nigram niveamque mihi Iovis alitis alam
Pro meritis caesar nobile stemma dedit.
Quod datur ex atavis ciarum est, sed ciarius omne
Quod per se virtus propria ferre solet[234].
lub namiętną elegią:
Quam durae miseri sunt condicionis amantes
Qui nullas sedes nęć loca certa tenent!
Ni datur aetemum, sed quo rapid impetus, illue
Ambigui in dubiis pectora rebus agunt.
Errant et raro placida statione fruuntur
Atque alia ex aliis sub iuga amoris eunt (...)[235].
W czasach Dantyszka Polska zbliżała się do szczytowego okresu wpływów politycznych. Jego pracodawca, Zygmunt I (1506-48), który wysłał aż 148 zagranicznych misji dyplomatycznych, był na międzynarodowej arenie politycznej najaktywniejszym ze wszystkich polskich monarchów. W r. 1569, w chwili zawarcia unii lubelskiej. Rzeczpospolita Polski i Litwy zyskała na pewien czas pozycję największego pod względem terytorialnym państwa w Europie oraz czołowej potęgi Wschodu. W języku dyplomatycznym następnych dwóch stuleci znana była - podobnie jak Wenecja - jako Serenissima Republica, La Serenissime. Na przestrzeni okresu nowożytnego - zarówno w sensie podmiotowym, jak i przedmiotowym - była sercem europejskiej dyplomacji[236].
Po unii z r. 1569 demokratyczny ustrój Rzeczypospolitej spowodował wyłączenie dyplomacji spod bezpośredniej kontroli króla. Zgodnie z pacta conventa uzgadnianymi przez króla i szlachtę na początku każdego panowania, bez zgody senatu nie można było mianować żadnych dyplomatów. Żadne traktaty nie były ważne, dopóki nie ratyfikował ich sejm. Dla przeprowadzenia ważnych negocjacji obie izby sejmu wspólnie wyznaczały pełnomocników sejmowych, którym przyznawano najwyższy status dyplomatyczny. W praktyce król zachował oczywiście spory zakres władzy wykonawczej.
Mimo że politykę zagraniczną prowadzono nie w imieniu króla, lecz w imieniu „Senatu i Rzeczypospolitej”, jego wpływy były o wiele większe niż wpływy jakiejkolwiek innej osobistości w państwie. Do niego należał najważniejszy głos podczas okresowych formalnych ogólnych posiedzeń senatu, na których ustalano podstawowe zasady dotyczące prowadzenia polityki, a także w złożonej z szesnastu senatorów rezydentów senatus concilium, która kierowała sprawami bieżącymi w czasie długich przerw między posiedzeniami. W normalnych warunkach król sprawował też ścisłą kontrolę nad czterema kancelariami - dwiema dla Królestwa i dwiema dla Wielkiego Księstwa - a zwłaszcza nad mniejszą kancelarią królestwa, która zazwyczaj służyła mu podczas królewskich objazdów i która zdobyła sobie pierwszoplanową rolę w kwestiach dyplomatycznych.
Zdarzały się momenty - jak w r. 1609 za panowania Zygmunta Wazy - gdy senat był gotów pozwolić królowi na podejmowanie według własnego uznania decyzji w sprawach wojny i pokoju. Bywało i tak - na przykład w r. 1656 za panowania Jana Kazimierza - że wobec niemożności zwołania sejmu król musiał sprawować władzę sam. Niektórzy królowie polscy mogli oczywiście zazdrosnym okiem patrzyć na rządy innych monarchów Europy, którzy na ogół zabiegali o to, aby nawet w ramach monarchii konstytucyjnych zachować prerogatywy dotyczące polityki zagranicznej. Ale jeśli tylko nie zabrakło im zręczności i jeśli zdobyli sobie dobrą pozycję w oczach najwyższych urzędników państwowych, polscy władcy nie byli bynajmniej bezradni.
Wobec znacznej decentralizacji władzy na terenie Rzeczypospolitej państwo nie rościło sobie pretensji do monopolu w dziedzinie spraw dyplomatycznych. Sejm czy senat mógł wprawdzie powstrzymać króla od podejmowania zobowiązań, których nie aprobowano, ale też nikt nie sprzeciwiał się temu, aby król prowadził własną prywatną politykę, jeśli tylko nie cierpiały na tym interesy i zasoby państwa. W epoce Wazów dyplomacja królewska, którą prowadzili dworzanie w opozycji do urzędników państwowych, forsowała dynastyczne roszczenia króla do tronu szwedzkiego, działając kanałami całkowicie niezależnymi od oficjalnych kanałów państwowych. W epoce saskiej wprowadzono wyraźne rozróżnienie między poczynaniami króla i poczynaniami Rzeczypospolitej. Było na przykład rzeczą najzupemiej możliwą, że jako elektor saski Wettyn był w stanie wojny ze Szwecją, podczas gdy równocześnie, jako król Polski i Litwy, utrzymywał z nią pokój. Poczynając od początku XVI w., hetmani mieli - obok obowiązków wojskowych - również prawo nawiązywania stosunków dyplomatycznych. Zwłaszcza na południu i wschodzie, skąd nie można się było ani łatwo, ani szybko porozumieć z Warszawą, hetman mógł zgodnie z prawem prowadzić z własnej inicjatywy kampanie przeciw Tatarom i podpisywać z nimi rozejmy. Utrzymywał swych rezydentów w Turcji, na Krymie, w Mołdawii i Wołoszczyżnie. Wielcy magnaci rościli sobie pretensje do podobnych uprawnień, chociaż w ich przypadku granica między postępowaniem zgodnym z prawem a zdradą była trudniejsza do ustalenia. Radziwiłł, który w 1655 r. podpisał prywatny pokój ze Szwedami, był z pewnością zdrajcą i powszechnie został za zdrajcę uznany. Ale gdy nieco wcześniej kanclerz Zamoyski używał swego prywatnego wojska i prywatnej dyplomacji, mianując i odwołując mołdawskich hospodarów, czynił to całkiem bezkarnie. W czasie moskiewskiej „smuty” awanturnicze zapędy Jerzego Mniszcka i jego współspiskowców wciągnęły Polskę - wbrew woli sejmu - w mordercze walki Rosji. Polscy magnaci zachowywali się w sposób przypominający coraz bardziej poczynania niemieckich książąt: jak udzielni władcy, których zwierzchnik znajdował się zbyt daleko i był zbyt zajęty, aby ich przywołać do porządku. W czasach konfederacji, gdy szlachta organizowała zbrojne przymierza dla osiągnięcia zgodnych z prawem celów politycznych, przywódcy konfederacji byli prawnie upoważnieni do używania środków dyplomatycznych dla poparcia swych kampanii. Podczas wielkiej wojny północnej konfederacje utrzymywały się przez całe dziesięciolecia, a decentralizacja w dziedzinie dyplomacji była tak wielka, że nie było mowy o podporządkowaniu jej jakiejkolwiek władzy centralnej. W różnych okresach zarówno miasto Gdańsk, jak i Kozacy dnieprzańscy utrzymywali swoje własne służby dyplomatyczne, za pełną zgodą władz centralnych. Podczas częstych okresów interregnum prowadzenie spraw zagranicznych tradycyjnie przechodziło w ręce prymasa, arcybiskupa gnieźnieńskiego, który był jako interrex uprawniony do prowadzenia innego jeszcze typu dyplomacji - „dyplomacji prymasowskiej”.
System podziału odpowiedzialności administracyjnej był równie złożony jak system władzy wykonawczej. W każdej z odrębnych administracji Królestwa i Wielkiego Księstwa opieka i nadzór nad zagranicznymi dyploma tami, podobnie jak koordynacja rozmaitych sektorów służby dyplomatycznej Rzeczypospolitej, spoczywały w rękach marszałka. Nadzór nad sekretariatami dyplomatycznymi należał do kanclerzy, ale zazwyczaj każdym z nich kierował jeden z podkanclerzych. Z upływem czasu administracja Królestwa stawała się o wiele ważniejsza od administracji Wielkiego Księstwa, mimo że Litwini przez długi czas podkreślali swoje prawo do sprawowania kontroli nad stosunkami z Moskwą. W Królestwie prace kancelarii koordynował główny sekretarz, secretarius supremus; czterech głównych notariuszy, pronotarii, kierowało poszczególnymi wydziałami. Wydziały te specjalizowały się w utrzymywaniu stosunków dyplomatycznych z poszczególnymi krajami lub dzielnicami oraz były upoważnione do pełnienia roli obserwatorów podczas posiedzeń senatu i komisji senackich. Poza nimi byli jeszcze referendarze, kopiści, tłumacze i archiwiści - w sumie około dwudziestu osób. Na początku okresu unii w skład personelu kancelarii polskiej wchodziło wielu wybitnych ludzi - na liście znalazły się nazwiska Jana Kochanowskiego, Łukasza Górnickiego, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Jana Zamoyskiego, Marcina Kromera, Stanisława Hozjusza; skupiała ona czołowe umysły oraz wybitnych artystów epoki. Głównym zadaniem kancelarii było prowadzenie korespondencji zagranicznej, ale oprócz tego przygotowywała ona raporty i sprawozdania, instrukcje dla posłów oraz dwojakiego rodzaju listy uwierzytelniające od króla i senatu; prowadziła też rejestry. Pracą kancelarii szczególnie interesował się Zygmunt August, który osobiście sprawdzał dokumenty. Począwszy od 1503 r., raporty posłów przechowywano w Libri Legationum, ogólną korespondencję dyplomatyczną zaś - w Metryce Koronnej, czyli królewskim rejestrze.
Języki polskiej dyplomacji były liczne i bardzo zróżnicowane. W wiekach XVI i XVII językiem podstawowym była łacina, używana zarówno w oficjalnych dokumentach w obrębie kraju, jak i dla celów porozumiewania się z większością innych państw. Cała Europa Zachodnia i Skandynawia, wraz z Prusami i Kurlandią, leżała w sferze wpływów kultury i języka łacińskiego. Pierwsza próba użycia w Warszawie języka francuskiego miała miejsce w 1636 r., kiedy poseł kardynała Richelieu, doktor Rorte, odważył się wypowiedzieć pierwsze zdania skierowanej do senatu przemowy w swoim języku ojczystym. Od tego czasu język francuski stawał się coraz powszechniejszym narzędziem nieoficjalnych rozmów, zwłaszcza na frankofilskim dworze Jana Sobieskiego; nie był jednak językiem oficjalnym. Sobieski pisał do króla angielskiego albo po francusku, albo po łacinie, zwracając się do niego per Tres Affectionne Frere, podpisując się zaś - Bonus Frater. Języka polskiego używano dość powszechnie w instrukcjach dla posłów oraz w raportach przeznaczonych do obiegu wewnątrz kraju; za czasów Wielkiego Elektora język ten był jeszcze rozumiany przez pruskich dyplomatów. W bieżącym użyciu był także język włoski, głęboko zakorzeniony w polskiej dyplomacji dzięki dworowi królowej Bony Sforzy oraz licznym zastępom absolwentów uniwersytetu w Padwie. Zarówno Zygmunt August w w. XVI, jak i Jan Kazimierz Waza w w. XVII w codziennych rozmowach i korespondencji używali regularnie języka włoskiego. Zygmunt III używał języka niemieckiego.
Porozumienie ze Wschodem było trudniejsze. Praktyką przyjętą w stosunkach z Moskwą było używanie przez przedstawicieli Rzeczypospolitej języka polskiego wówczas, gdy występowali z ramienia Królestwa lub połączonego sejmu, oraz ruskiego (starobiałoruskiego), gdy występowali szczególnie w imieniu Wielkiego Księstwa. Car i jego pełnomocnicy odpowiadali po rosyjsku. Podobna konwencja ustaliła się w stosunkach z Tatarami: każda ze stron wypowiadała się w swoim własnym języku. Jeśli chodzi o oficjalne dokumenty - takie jak na przykład traktat podpisany po bitwie pod Cecorą w r. 1595 - jeden egzemplarz przygotowywano w języku polskim, drugi zaś pisany alfabetem serbskim lub cyrylicą - w języku tatarskim. W stosunkach z Turkami używano łaciny, języka polskiego, włoskiego lub tureckiego - zależnie od umiejętności dostępnych w danym momencie tłumaczy i sekretarzy. W r. 1568 Porta mianowała jako posła do Polski zislamizowanego Polaka Ibrahima Beja, którego prawdziwe nazwisko - zanim go schwytano podczas tatarskiego najazdu - brzmiało Joachim Strasz. Polacy zatrudniali często także Ormian. W r. 1602 polski poseł do Persji, niejaki Sefer Muratowicz, zadziwił szacha znajomością języka perskiego. Za panowania Zygmunta Augusta, którego sekretarz, Krzysztof Dzierżek, został na koszt króla wysłany do Stambułu na naukę, utrwaliła się tradycja zdobywania dogłębnej wiedzy na temat Wschodu. Za panowania Zygmunta III hołdował jej Tomasz Zamoyski, który był dość wybitnym uczonym[237]. Za Stanisława Augusta tłumaczem króla z języków wschodnich był niejaki Antoni Crutta, Albańczyk zatrudniony poprzednio w służbie dożów weneckich.
Rozwój działalności dyplomatycznej stał się bodźcem do wprowadzenia regularnej poczty. Pierwszy krok w tym kierunku podjęto prawdopodobnie w r. 1515 podczas kongresu wiedeńskiego, gdy cesarz spotkał się z dwoma królami z dynastii Jagiellonów - Zygmuntem, królem polskim, oraz Władysławem, królem czeskim i węgierskim: założono postać celerrimae, aby zapewnić połączenie między stolicą królewską w Krakowie a placówką pocztową cesarza we Wrocławiu na Śląsku. Śmierć Bony Sforzy w 1557 r. spowodowała oczywiście nagły wzrost korespondencji z cesarstwem i Włochami; ustalono stałą sieć kurierów, zapewniając cotygodniowe połączenie w obie strony między Krakowem, Wiedniem i Wenecją; pocztą kierował niejaki Prosper Provana. W r. 1568 funkcję tę odstąpiono na mocy kontraktu florenckiej rodzinie Montelupich, którzy odtąd osiedli w Krakowie i - zmieniwszy nazwisko na „Wilczogórscy” - kierowali polską pocztą przez ponad sto lat. W odpowiednim czasie sieć placówek objęła także Warszawę oraz trasy z Warszawy do Gdańska i Wilna, a od r. 1667 - również do Moskwy. Natomiast na innych szlakach nadal funkcjonował stary system: pocztę dyplomatyczną powierzano bankierom, kupcom lub nawet przypadkowym podróżnym. Rzecz interesująca: skuteczność działania poczty nie ulegała z upływem czasu poprawie. Za czasów Provany - w 1558 r.- jeździec wyjeżdżał z Krakowa w niedzielę o świcie, do Wiednia docierał we środę wieczorem i dostarczał listy do Wenecji w następny wtorek, spędziwszy dziesięć dni w drodze. Odległość 1125 kilometrów pokonywał z przeciętną prędkością 110 kilometrów dziennie. Jest to prędkość bliska „zadziwiającemu pędowi” posłańca, który w 1526 r. przywiózł wieści z Mohacza do Krakowa w ósmym dniu od fatalnej bitwy. Ale czas potrzebny na przebycie trasy Kraków-Wiedeń-Wenecja wkrótce wzrósł do piętnastu dni. W r. 1583, gdy Montelupi zmienili trasę swych kurierów, kierując ich na szlak wiodący przez Słowenię, podróż na jakiś czas ponownie się skróciła - do 11 dni. Droga kuriera z Wilna do Rzymu trwała do ośmiu tygodni. Amsterdam i Londyn, do których można było dotrzeć z Gdańska w ciągu dwóch do trzech tygodni, były nieco bliżej. Hiszpania - do której jechano przez Gdańsk albo przez Neapol - znajdowała się w odległości co najmniej trzech miesięcy. Później - w okresie wielkiej wojny połnocnej - regularne usługi pocztowe niemal zupełnie przestały istnieć. Pocztę dyplomatyczną przenosili piesi posłańcy i nikt nie oczekiwał szybkiej odpowiedzi.
Stosowano rozliczne sposoby ochrony poczty dyplomatycznej. Na ogół wysyłano do miejsca przeznaczenia kilka egzemplarzy listu, które wędrowały odmiennymi trasami - w ten sposób można było mieć pewność, że przynajmniej jeden dotrze bezpiecznie do celu. W XV w. Kallimach wprowadził do Polski szyfry; stosowanie ich nie było jednak regularną praktyką. Papież Grzegorz XIII, który w r. 1585 używał Rzeczypospolitej jako stacji pośredniej na drodze do Moskwy, obawiał się podobno, że jego tajemnice mogłyby wyjść na jaw, gdyby się znalazły w nie zaszyfrowanej polskiej korespondencji: wcale go nie ubawiła uwaga polskiego posła, że szyfr jest niepotrzebny, „ponieważ my nie mamy nic do ukrycia”. W sto lat później, w r. 1683, dzięki przejęciu korespondencji posła francuskiego oraz złamaniu szyfru ujawniono jego spisek z politycznymi przeciwnikami króla. Fakt ten doprowadził do odwołania posła, markiza de Vitry, oraz do tak doniosłego wydarzenia, jakim było przeniesienie politycznych sympatii Sobieskiego z Francji na Austrię. W 1758 r. inny Francuz, hrabia de Broglie, miał jeszcze mniej szczęścia. Podczas jego pobytu w Paryżu, gdzie się udał, aby omówić problem „rewolucji dyplomatycznej", do jego rezydencji w Warszawie osobiście włamał się poseł pruski, który następnie dokładnie zapoznał się z całą korespondencją.
Nowoczesny system stałych ambasad powstał dopiero przy końcu XVI w., ale i wtedy bynajmniej nie zarzucono dawnego zwyczaju wysyłania poselstw za granicę w specjalnych misjach. W okresie unii 1569 r. stałe misje polskie utrzymywano w Madrycie, Wiedniu, Neapolu i Rzymie. W w. XVII agenci polscy przebywali stale w większości stolic europejskich, utrzymując dość regularne stosunki dyplomatyczne w okresach między wizytami starszych rangą dyplomatów przybywających z Polski. W latach trzydziestych XVII w. pierwsze przejawy życia polskiej służby konsularnej pojawiły się w Kopenhadze, Wiedniu i Neapolu.
Równie niepewny był status poselstw, ponieważ zależał on w równej mierze od rangi danego dyplomaty, co od miejsca przeznaczenia oraz natury jego misji. Ranga najwyższa, oratora, odpowiadała randze „wielkiego posła" - funkcji zarezerwowanej dla misji do Moskwy. Na niższych szczeblach dyplomatycznej drabiny znajdowali się kolejno: nuntius (poseł), internuntius (intemuncjusz, poseł drugiego rzędu), agens (agent) oraz - u dołu hierarchii - missilis, czyli goniec. Wszyscy ustępowali jednak autorytetem pełnomocnikom sejmowym, którzy stali na czele delegacji polskich na najważniejsze konferencje dyplomatyczne. Około połowy poselstw powierzano senatorom, zarówno świeckim, jak i duchownym. W w. XVI w pełnieniu tej funkcji wybitną rolę odgrywali również sekretarze królewscy, choć nie zawsze obywało się bez tarć. W r. 1554 w Wiedniu główny delegat polski, kasztelan radomski Mikołaj Myszkowski, tak mocno oponował przeciwko włączeniu w skład jego poselstwa Marcina Kromera, skromnego historyka, że podczas audiencji próbował zająć jednocześnie oba krzesła przygotowane dla posłów. Mimo to w razie potrzeby w skład poselstwa mogli wejść najskromniejsi ze skromnych. W stosunkach z Krymem wybitną rolę odgrywali kupcy ormiańscy, natomiast w latach dwudziestych XVI w. we Włoszech reprezentował króla neapolitański kucharz królowej Bony, Cola Maria de Charis. W przypadku poselstwa do Moskwy i Porty problem statusu nabierał dodatkowego znaczenia, ponieważ gospodarze skłonni byli osądzać szczerość zamiarów Rzeczypospolitej według rangi posła i splendoru jego orszaku. Wybór posła o niższej pozycji lub mniejszej zamożności poczytywany był za celową obrazę, co już na samym początku mogło przesądzić o niepowodzeniu misji.
Od zagranicznych misji na terenie Polski wymagano przestrzegania ściśle określonego protokołu. Po dojechaniu do granicy, poselstwo zgłaszało się do starosty najbliższego miasta, który miał obowiązek eskortowania posłów do stolicy oraz zniechęcania ich do prowadzenia rozmów z miejscową ludnością. Na terenie Wielkiego Księstwa, podobnie jak w Moskwie, funkcję tę pełnił specjalnie w tym celu mianowany urzędnik - przystaw. W Warszawie poselstwo witał marszałek, dla podkreślenia przewagi państwa nad dworem. Od nuncjuszy papieskich i posłów królewskich oczekiwano uroczystego wjazdu w prywatnej karecie króla. Na Zamku Królewskim przyjmował ich na audiencji król w towarzystwie senatorów - wszyscy na stojąco i z nakrytymi głowami. Oficjalne odczytanie listów uwierzytelniających następowało w obecności całego senatu, a na przemówienie posła odpowiadał po łacinie kanclerz. Następnie odbywano wizyty kurtuazyjne u wszystkich urzędników państwowych, poczynając od marszałka, hetmana, kanclerza i podskarbiego. Podczas elekcji królewskich cały korpus dyplomatyczny wysyłano z Warszawy, każdemu poselstwu przyznając na ten czas jeden z pałaców poza miastem. Wprowadzając tę pomysłową zasadę, zalegalizowaną w 1683 r., sejm starał się ograniczyć interwencję ze strony cudzoziemców. Jednakże w praktyce, nawet przebywając poza Warszawą, posłowie mogli się łatwo skontaktować ze swymi poplecznikami, a -jeśli tylko mieli dość złota - ich niecne praktyki były nie do opanowania. W dniu elekcji posłom pozwalano przyjeżdżać na pole elekcyjne i przemawiać w imieniu swych kandydatów. Następnie przechodzili do kościoła św. Jana, aby asystować przy uroczystym Te Deum, skąd udawali się do Krakowa na koronację. Po zakończeniu misji, zobowiązani byli do opuszczenia terytorium Rzeczypospolitej w przeciągu trzech tygodni od daty złożenia listów uwierzytelniających.
W Europie wczesnego okresu nowożytnego immunitet dyplomatyczny był przywilejem nader kruchym. W Rosji i Turcji, gdzie przemoc fizyczna i wyrachowane upokorzenie były przyjętą metodą negocjacji, był rzeczą wręcz nie znaną. W Rzeczypospolitej wprawdzie go uznawano, ale i tu zdarzyło się kilka znamiennych uchybień. Wśród ofiar najliczniej pojawiają się posłowie francuscy - być może dlatego, że za panowania Ludwika XIV ich poczynania były szczególnie jaskrawe i spotykały się z głębokim oburzeniem. W r. 1683 markiz de Vitry został wydalony z Rzeczypospolitej nie tylko ze względu na swoje prywatne intrygi, ale również po to, aby go ochronić przed sejmem, który się odgrażał, że każe go poddać publicznej chłoście i kastracji. W r. 1702 w trybie doraźnym aresztowano w Toruniu francuskiego dyplomatę du Herona, podejrzanego o spisek ze Szwedami. W odpowiedzi Ludwik XIV kazał internować wszystkich obywateli polskich we Francji jako zakładników dla zagwarantowania bezpieczeństwa swego posła. W latach 1733-36 markiz de Monti, którego gorliwość w popieraniu sprawy Stanisława Leszczyńskiego doprowadziła do spalenia książek saskich na rynku w Warszawie oraz do wykupienia wszystkich oficyn drukarskich po to, aby zapobiec ich używaniu przez konkurencję, przebywał w więzieniu, aresztowany w Gdańsku przez zwycięski obóz swych politycznych przeciwników. Najgorszy los spotkał jednak Jana Rheinholda Patkula, posła rosyjskiego na dworze Augusta II w czasach wielkiej wojny połnocnej. Patkul pochodził ze szwedzkich Inflant i Szwedzi uważali go za dezertera i zdrajcę: w traktacie pokojowym podpisanym w Altranstadt znalazł się osobny punkt dotyczący jego ekstradycji i przekazania w ręce Karola XII. W 1706 r. nieszczęsny poseł został poddany torturze łamania kołem, a następnie poćwiartowany.
Protokół wszystkich oficjalnych funkcji dyplomatycznych wymagał szczegółowego przestrzegania hierarchii ważności. Jako kraj katolicki, Polska automatycznie przyznawała bezwzględne pierwszeństwo nuncjuszowi papieskiemu oraz przestrzegała tradycyjnej hierarchii starszeństwa, określonej w bulli papieskiej z 1516 r. Poseł cesarstwa rościł sobie pretensje do pierwszeństwa wobec przedstawicieli innych koronowanych głów, którzy z kolei mieli pierwszeństwo przed przedstawicielami elektorów, książąt oraz republik. Rzeczpospolita, jako następczyni Królestwa Polskiego, zachowała status monarchii; musiała się jednakże zadowolić trzynastą, a więc przedostatnią, pozycją na liście starszeństwa - między Czechami a Danią. W r. 1574, podczas bankietu wydanego z okazji koronacji Henryka Walezego w Krakowie, nuncjusz zasiadał po prawej ręce króla w towarzystwie posłów królewskich; miejsca wokół niższego stołu zajmowali posłowie Rzeczypospolitej Wenecji, elektora brandenburskiego, książąt Ferrary i Brunszwiku, księcia Siedmiogrodu, księcia Prus i księcia Pomorza.
Sporów dotyczących pierwszeństwa było co niemiara. W XVII w. posłowie francuscy w Warszawie na ogół woleli się wycofać niż pójść na jakiekolwiek ustępstwa wobec kolegów z cesarstwa. 21 listopada 1648 r., gdy wiadomość o traktacie westfalskim skłoniła wicehrabiego d'Arpajon do uniesienia kapelusza w geście publicznego powitania skierowanego pod adresem markiza de Grana, odnotowano ten fakt jako pierwszy od niepamiętnych czasów gest uprzejmości w stosunkach między Francją a cesarstwem.
W potyczkach dotyczących kwestii protokolarnych nikt jednak nie mógł się równać z Prusami i Moskwą. Obie te potęgi były bezpośrednimi sąsiadami Rzeczypospolitej. Każda na swój sposób kosztem Polski umacniała własną pozycję pierwsza, odrzucając więzi zależności, druga - zajmując rozległe obszary Rzeczypospolitej. Z początku obu odmawiano pełnych praw dyplomatycznych - Prusom jako wasalom, Moskwie jako „schizmatykom i barbarzyńcom". Obie żywiły wobec Polski głębokie urazy i obie znalazły z czasem na polskim dworze podatny grunt dla swoich bezustannie rosnących roszczeń. Upór, z jakim zaciekle wspinały się po szczeblach dyplomatycznej drabiny, jest dobrą ilustracją ogólnego wzrostu ich potęgi i wpływów w Europie. W w. XVI obie zaczynały od gorliwych demonstracji własnej służalczości. Dwa wieki później obie skończyły na zachowaniu pełnym wyniosłości i buty.
Bardziej dziwić może wzrost pozycji Hohenzollernów. Jako elektorzy brandenburscy i książęta pruscy, byli oni jednocześnie poddanymi cesarstwa i wasalami Rzeczypospolitej. Aby wykorzystać tę jedyną w swoim rodzaju pozycję, doprowadzili do perfekcji sztukę nagłej zmiany frontu: jaskrawy akt zdrady wobec jednej ze stron starali się zawsze równoważyć szczególnym gestem lojalności wobec drugiej strony. Kiedy im to odpowiadało, byli w Polsce wzorowymi obywatelami, dla odgrywania czynnej roli w sprawach polskich powołując się na swe prawa „rodzimych książąt” i szlachciców. Kiedy indziej zaś wchodzili w rolę obcych książątek, żądając, aby ich traktowano jako niezawisłych i równych królowi władców. Była to dokładna odwrotność gry, jaką uprawiali wobec cesarstwa. W r. 1525 Albrecht von Hohenzollern, ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego, wjechał na rynek krakowski i ukląkł przed królem polskim, który oddał mu księstwo pruskie w lenno. 7 października 1641 r. taką samą ceremonię inwestytury odbył w Warszawie Wielki Elektor - Fryderyk Wilhelm. Przy obu okazjach w momencie, w którym król wkładał sztandar pruski w ręce nowego księcia, drugi książę z domu Hohenzollernów zbliżał się, aby go dotknąć, na znak roszczeń rodu do prawa objęcia książęcego tronu na wypadek śmierci panującego. W tym samym momencie występowało także dwóch polskich senatorów, którzy zgłaszali rytualny protest, jako gwarancję unieważnienia inwestytury na wypadek, gdyby warunki jej objęcia nie były należycie przestrzegane. W r. 1641 Wielki Elektor ubiegał się o tytuł „pierwszego księcia Polski", zwyczajowo zarezerwowany dla prymasa; w tych staraniach nie pomógł mu fakt, że na wydanym z okazji inwestytury balu zjawił się w zachlapanych błotem butach do konnej jazdy. W 1648 r. nie udało mu się również zwyciężyć tam, gdzie przegrali jego poprzednicy: nie zdobył prawa głosu podczas elekcji królewskich. Choć popierał Jana Kazimierza i zaprzysiągł posłuszeństwo wobec nowego króla, natychmiast zaczął spiskować w sprawie najazdu Szwedów na Rzeczpospolitą; uczestniczył także w okupacji Warszawy. W 1657 r. za cenę zerwania związku ze Szwedami wystąpił z żądaniem uznania swych roszczeń do niezależności księstwa pruskiego. Zaledwie trzy lata później ponownie zaczął wywierać nacisk na Jana Kazimierza, aby ten tytułował go „bratem"; uprzednio podobny wątpliwy honor zdołał uzyskać od Ludwika XIV. Jan Kazimierz, którego wasalem Wielki Elektor nadal pozostawał -jeśli nie w całych Prusach, to przynajmniej w księstwach bytowskim i lęborskim - odmówił kategorycznie i przez następne sto lat nikt w Rzeczypospolitej nie miał przystać na żadne dalsze ustępstwa. W r. 1698 syn Wielkiego Elektora, Fryderyk III, zgłosił pretensje do tytułu królewskiego. August II, nie dbając zbytnio o rozróżnienie między swą władzą jako elektora saskiego i jako króla polskiego, łatwo zgodził się na sformułowanie Koenig in Preussen. Nie protestował także, gdy podczas tego samego spotkania w Johanisburgu Hohenzollern zdołał zasiąść obok niego w identycznym fotelu. Był to znak, że obaj władcy uznali nawzajem równą pozycję obu swoich państw. Jak zauważył ambasador brytyjski George Stepney, „it is true the Elector has gaind this point, and has his arm 'd chair, which thriomphe de fauteuil you may expect, will be placed among the throphies of the Family"[238]. Nadanie pruskiego tytułu zostało ratyfikowane przez sejm dopiero w 1764 r., a i wtedy pod wpływem wywieranych nacisków. Sformułowanie Koenig von Preussen przyjęto dopiero po pierwszym rozbiorze w 1773 r. Przez cały okres od r. 1657 do 1764 przy wszystkich oficjalnych okazjach ograniczano się w Polsce do używania wobec Hohenzollernów tytułu le Regnant de Berlin lub Serenissime Sowerain.
Jeśli chodzi o przestrzeganie form, Rosjanie byli równie krnąbrni. Do czasów Piotra I, kiedy to ich posłowie nagle założyli peruki i getry w europejskim stylu, Rosjan uważano zawsze za egzotycznych dzikusów, żyjących poza nawiasem chrześcijaństwa. Poselstwa ich przyjmowano w Warszawie z szacunkiem pomieszanym z ubawieniem. Z jednej strony, bardzo silne wrażenie musiał wywierać otaczający ich zbytek: orszak złożony z setek jeźdźców i kupców, naszywane perłami futra, w jakie na własny koszt wyposażał ich car, wymyślne dary w postaci klejnotów i egzotycznych zwierząt, długie brody, spiczaste czapki, kolorowe hafty i śpiewny ton ich głosów. Z drugiej strony, wiele z ich obyczajów i żądań odznaczało się taką skrajnością, że ambasadorów z Zachodu zapraszano do oglądania zza zasłony ich zachowania się na dworze. Po pierwsze, byli dobrze znani ze swej gwałtowności. Opowiadano, że w r. 1570 Iwan IV kazał zrobić befsztyki z ofiarowanego mu przez Zygmunta Augusta stada wspaniałych ogierów, ponieważ zrodziło się w nim podejrzenie, że jego własny dar dla polskiego króla nie spotkał się z należytym uznaniem. Jeszcze w ponad sto lat od przerażających wydarzeń krążyły opowieści o doświadczeniach posła angielskiego na dworze Iwana IV: Sir Jeremiego Bowesa najpierw uczęstowano widokiem egzekucji, jaką wykonano na dwóch bojarach, którzy ośmielili się wyprzedzić posła na schodach wiodących do carskich komnat, a następnie sceną samobójstwa innego bojara, któremu car rozkazał wyskoczyć przez okno na dowód lojalności.[239] Skierowana do królowej angielskiej Elżbiety I prośba Zygmunta III, aby nie posyłała broni „tym barbarzyńcom", „albowiem wiemy, jacy oni są”, opierała się na bolesnych doświadczeniach[240]. Po pierwsze, Rosjanie byli nadmiernie podejrzliwi - zwłaszcza w stosunku do swoich własnych ludzi. W r. 1635 namiestnik suzdalski Aleksy Jarosławski wywołał w Warszawie oburzenie, żądając wydania zbiegłych członków swego poselstwa; w r. 1646 nastąpił kolejny skandal, gdy spowiednika królowej, mońseigneura de Fleury, bezceremonialnie poddano rewizji, podczas gdy dokonywał zakupu futer w ambasadzie moskiewskiej. Po wtóre, byli także przesadnie wrażliwi na krytykę. W r. 1650 Grigorij Gawryłowicz Puszkin, namiestnik Niżnego Nowogrodu, który przybył do Polski, aby pogratulować Janowi Kazimierzowi wyboru na króla, zażądał stracenia wszystkich autorów, w których książkach znalazły się niepochlebne uwagi pod adresem cara. Po licznych protestach zadowolił się ostatecznie prywatnym ogniskiem rozpalonym przy użyciu wybranych pozycji niepożądanej literatury, jakie marszałek wielki koronny urządził na podwórcu jego rezydencji. Po trzecie wreszcie, byli znani ze swego pijaństwa. Przy okazji wszystkich oficjalnych bankietów upierali się przy nadmiernym piciu, traktując je jako znak uznania wobec gospodarzy; pod adresem korpusu dyplomatycznego kierowano specjalne prośby o powstrzymanie się od wykorzystania stanu rosyjskich kolegów, gdy ci powpadają pod stół.
Rosjanie celowali jednak przede wszystkim w dziedzinie spraw tytularnych. Jako wielcy książęta księstwa moskiewskiego Iwan IV oraz jego następcy nie mieli żadnego uznanego prawa do tej całej baterii tytułów, jakich zazwyczaj używali. Według przyjętego w Europie protokołu byli umieszczani pośród książąt Włoch, za elektorami cesarstwa, ale przed zależnymi księstwami i republikami. Już same terminy „car”, „samodzierżca”, a nawet „Rossija”, wymyślili sobie na własny użytek i przez długi czas nikt w Europie nie traktował ich poważnie. Dla Polaków pretensje te były szczególnie irytujące, ponieważ znaczna część terytorialnych godności cara dotyczyła ziem, które w gruncie rzeczy należały do Rzeczypospolitej i nigdy nie były własnością Moskwy. Twierdzenie, że car jest władcą „Wszechrosji” było istotnie dosyć dziwne, skoro Białoruś i Ruś Czarna znajdowały się na Litwie, Ruś Czerwona - w Polsce, a tylko Wielkoruś - na terenie państwa moskiewskiego. Z takich to pierwiastków złożone są imperia. Posłowie Moskwy, żyjący w ciągłym strachu przed gniewem swego władcy, mieli zwyczaj recytować tytuły cara głośno i od początku do końca, na wstępie każdego publicznego wystąpienia; regularnie też zgłaszali protest, kiedy tylko ich ucho pochwyciło którykolwiek z dawnych tytułów polskich - jak Dux Russiae - których nie aprobowali. W 1635 r. Jarosławski urządził swoją słynną demonstrację, zjawiając się na audiencji przed Władysławem IV w dwóch kapeluszach na głowie; jeden miał unieść na powitanie króla, jak mu nakazywał protokół, drugiego zaś miał nie zdejmować, jak mu nakazał car. W w. XVIII Piotr I poinstruował swoich posłów, że jego nowy tytuł „cesarza-samodzierżcy Wszechrosji” upoważnia ich, jako dyplomatów pozostających w służbie „nowego Rzymu”, do zajmowania pozycji wyższej w stosunku do posłów Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Przez wiele lat Rzeczpospolita odpierała te roszczenia, nie uznając ich w dokumentach i traktatach. Ale pierwsza oznaka zmian nastąpiła w r. 1671, kiedy to poseł Moskwy wjechał do Warszawy w królewskiej karecie. W r. 1677 nuncjusz papieski, szukając poparcia Moskwy przeciwko Turkom, zwrócił się do Jana Sobieskiego z prośbą o uznanie tytułu „cara”. Było to, jak wyjaśnił, „barbarzyńskie imię” -jak szarif - wśród Arabów czy też sufi w Persji. Jednakże w stosunkach oficjalnych jeszcze w połowie XVIII w. trzymano się w Rzeczypospolitej formuły Tres Puissante Soweraine Tsarine, Grande Duchesse de Moscou. Ostatecznie skapitulowano w r. 1764, uginając się pod połączonym naciskiem Katarzyny i króla pruskiego Fryderyka, którzy bezradnemu sejmowi narzucili własne tytuły, co nabrało wymowy symbolu klęski politycznej.
Dyplomacja wymaga oczywiście nakładów finansowych. W Rzeczypospolitej czerpano je z podatków państwowych. Koszty dzielono w stosunku mniej więcej jeden do dwóch: dwie trzecie pokrywała Korona, resztę - Wielkie Księstwo. Upadek centralnego skarbu był oczywistą przyczyną spadku aktywności dyplomatycznej. Jednakże wbrew niektórym relacjom, dyplomatom polskim nie odmawiano funduszy i nie tylko z przyczyn finansowych dyplomacja przeszła w ręce magnatów. Wprawdzie ciężka maszyneria sejmu nierzadko powodowała opóźnienia, ale najnowsze badania wykazują, że nawet podczas wojen szwedzkich fundusze były wypłacane, i to w pełnej wysokości. Wydatki posłów bywały ogromne, a metody dokonywania wypłat - zawiłe. Koszta związane z pobytem Dantyszka w Madrycie w latach 1524-30 opłacono częściowo za pośrednictwem podskarbiego księstwa Bań, należącego do królowej, częściowo zaś - w formie pożyczki udzielonej przez Fuggerów w Wenecji. Suma ta wynosiła 100 dukatów miesięcznie z Bari, z przeznaczeniem na utrzymanie, oraz 500 florenów z Wenecji, z przeznaczeniem na koszta podróży. W drodze z Krakowa do Madrytu Dantyszek wydał 318 dukatów; potem szybko popadł w poważne długi: zapłacił mianowicie kanclerzowi cesarskiemu Gattinarze sumę 1000 dukatów po to, aby go zachęcić do pokierowania sprawą sukcesji neapolitańskiej w sposób korzystny dla Polski. W w. XVII kwoty tego rzędu przedstawiałyby się już nader miernie: na przykład w r. 1672 sejm wypłacił Gnińskiemu tytułem zwrotu kosztów za odbytą niedawno misję poselską do Moskwy sumę 53 000 złotych oraz Radziejowskiemu za jego misję do Porty 134 000 złotych. (Podczas tej samej sesji postanowiono też przyznać sumę 13 800 złotych Sobieskiemu tytułem zwrotu nakładów, jakie jako hetman wielki koronny poczynił on w czasie wojny przeciwko Turcji). Osobiste wydatki stanowiły jednak zaledwie niewielki procent budżetu dyplomatycznego. W pertraktacjach ze Wschodem podarki i dotacje były istotnym elementem negocjacji. Jeśli Rzeczpospolita nie decydowała się na podjęcie walki ze swymi przeciwnikami, musiała ich przekupywać - czyli w gruncie rzeczy rekompensować im utratę zysków, jakie przyniosłyby im grabieże i wojenne łupy. Jeśli chodzi o stosunki z Tatarami, obliczono, że na przestrzeni osiemnastu lat w okresie od r. 1654 do 1672 na „dyplomację" wydano niemal 2,5 miliona złotych, z czego ponad dwa miliony przypadło na podarki.
Dary i sumy wpłacane dla udobruchania wroga 2 122 930 zł 18 gr 2 d.
Poselstwa na Krym 87 402 zł
Koszty utrzymania posłów tureckich 199 074 zł 44 gr
Różne, włącznie z kosztami okupu 83 506 zł
Razem: 2 492 912 zł 62 gr 2 d.9[241]
Biorąc pod uwagę fakt, że przymierze z Tatarami było elementem polityki obrony Rzeczypospolitej przed Moskwą i że w samym tylko r. 1654 aż 13 milionów złotych wydano na cele wojskowe w celu powstrzymania inwazji Rosji, owe 2,5 miliona, jakie hojną ręką wydano na Tatarów krymskich, było wydatkiem w pełni opłacalnym. W sumie, koszty wysyłania poselstw za granicę były mniej więcej równe kosztom utrzymania obcych poselstw w Warszawie. Łącznie stanowiły około jednej piątej sumy ogólnych wydatków państwa.
Chociaż polska szkoła dyplomatyczna wydała swych najwybitniejszych dyplomatów we wczesnym okresie istnienia Rzeczypospolitej, jej poglądy i tradycje poddano analizie i wyjaśnieniu dopiero pod koniec XVI w. Rozpowszechnienie ich w całej Europie było zasługą Krzysztofa Warszewickiego (1543-1603), zwanego „Varseviciusem".
Warszewicki należał do tego najwybitniejszego pokolenia Polaków, którzy wyrośli w kosmopolitycznych kręgach Złotego Wieku, gdzie ideały odrodzenia łączyły się ze sprawami państwowymi najwyższej rangi. Był prawie dokładnie równolatkiem Jana Zamoyskiego. Jego starszy brat Stanisław, nawrócony na katolicyzm, był wybitnym jezuitą, założycielem i rektorem kolegiów jezuickich w Wilnie i Lublinie. Obaj bracia studiowali w Wittenberdze, ale podczas gdy Stanisław powrócił do Polski, aby objąć urząd sekretarza króla, Krzysztof rozpoczął służbę jako paź na wiedeńskim dworze cesarza rzymsko-niemieckiego Ferdynanda. W r. 1554 był w Winchesterze świadkiem zaślubin Marii Tudor z Filipem II hiszpańskim. W latach sześćdziesiątych XVI w. pełnił obowiązki sekretarza biskupa poznańskiego, a za panowania Stefana Batorego (1576-86) był regularnym posłem króla do Moskwy i Skandynawii. W międzyczasie pozostawał kolejno w służbie nuncjusza papieskiego w Polsce, Henryka III we Francji oraz cesarza w Pradze. Z powodu swej prohabsburskiej działalności politycznej w okresach elekcji królewskich kilkakrotnie wypadał z łask i ostatecznie zmarł w 1603 r. w Krakowie po ostatnim z długiej serii wygnań. Opublikował szeroki wachlarz ważnych dzieł od przewodnika po Wenecji (1572) po Turcicae Quattuordecim (l595), De optima statu libertatis (1598) i De cognitione (1600). Zbiór jego refleksji na temat dyplomacji ukazał się pod tytułem De legato et legatione; dzieło to zostało po raz pierwszy wydane w Krakowie w 1595 r., a następnie było wielokrotnie przedrukowywane - w Rostoku w r. 1597, w Lubece w r. 1604, a wreszcie w popularnym wydaniu Jerzego Forstera w Gdańsku w 1646 r.
W dziedzinie praktyki dyplomatycznej Warszewicki zalecał prostolinijną politykę zgodną z zasadami honoru, pobożności, mądrości i wielkoduszności. W jego opinii poseł jest w tej samej mierze chrześcijańskim misjonarzem co sługą swego władcy. Na dłuższą metę cnota i uczciwość popłacają, „Bóg bowiem nie pozwala oszustom zbyt długo cieszyć się skutkami ich niecnego postępowania”. W dalszym ciągu wyjaśniał czytelnikom, że zachowanie godne króla polega na tym, aby zjednywać sobie ludzi hojnością, nawet gdy się wie, że niewielu z nich odpłaci się prawdziwą wiernością, kierować własny gniew raczej przeciwko rzeczom niźli przeciwko osobom i nie dać się poruszyć niewdzięcznością innych[242]. Mimo iż wskazywał na różnicę między rozsądną powściągliwością (dissimulatio) a rozmyślnym oszustwem, a także usprawiedliwiał pewną dozę dyplomatycznych wykrętów (mendacia quae dicuntur officiosa), dawał wyraz przekonaniu, że słowo dyplomaty jest dla niego wiążące, traktaty zaś zawierane są po to, aby ich przestrzegać. Wyżej niż szlachetne urodzenie stawiał lojalność, hojność, uczciwość i wykształcenie - jako przymioty, których należy oczekiwać od posła; na poparcie swoich poglądów cytował Wergiliusza, Tacyta i Arystotelesa oraz całą długą listę przykładów ze swojej własnej epoki. Przy wielu okazjach wychwalał Dantyszka, a także historyka Marcina Kromera. Andrasa Duditha, który pełnił swego czasu obowiązki agenta cesarza w Polsce, krytykował za „lekkomyślność”, Jeana Moniuca zaś, posła króla francuskiego Karola IX - za „próżność”. Dyplomatów moskiewskich, z powodu ich „śmiesznej arogancji” i „perfidii”, nie należało jego zdaniem zaliczać w poczet cywilizowanych negocjatorów. Podsumowując listę cech wymaganych od posłów podejmujących misje lub służbę dyplomatyczną w poszczególnych krajach, Warszewicki czyni następujące obserwacje:
Do Turcji, mówią, należy jedynie wysyłać odważnych i hojnych, ponieważ Turcy mają być groźni a jednocześnie chciwi i dlatego nie należy wysyłać tchórzów czy skąpych, by nie ulękli się gróźb, a jednocześnie umieli w miarę potrzeby sypać złotem; placówka w Moskwie jest odpowiednia dla ludzi przezornych tak ze względu na panującą tam perfidię, jak i na to, że bez długich targów nic od nich nie można uzyskać; do Rzymu trzeba przeznaczać posłów pobożnych, raczej świeckich niż duchownych, ze względu na subordynację kleru wobec najwyższej władzy - Ojca Świętego; do Hiszpanii nadają się jednostki o spokojnym usposobieniu, pozbawione żądzy przygód i nowości, bo w kraju tym, czy się chce czy nie, trzeba prowadzić skromne życie; w Italii natomiast dobrze będą reprezentować swe państwo dyplomaci uprzejmi, mający specjalnie dobre maniery, ponieważ tam ustawicznie toczy się spory o kwestie grzeczności i etykiety; Francja jest polem do popisu dla ludzi odznaczających się lotnym, bystrym umysłem, by mogli szybko orientować się w sytuacji i umieli dostosować się do otoczenia; do Anglii pasują mężowie przystojni i poważni, ponieważ dla takich właśnie Anglicy mają szacunek, mówiąc im podobno, iż powinni żałować, że nie są Anglikami; do Niemiec wreszcie przeznaczyć trzeba dyplomatów, odznaczających się uporem, Niemcy bowiem znani są od dawna ze swej stałości we wszelkich poczynaniach. Wszędzie jednak dyplomaci winni okazywać wstrzemięźliwość i powściągliwość w myśl zasady sustine et abstine[243].
Uwagi te, zanotowane blisko czterysta lat temu, nie w pełni jeszcze utraciły swoją aktualność. Ogólnie rzecz biorąc, stanowisko Warszewickiego w kwestiach polityki jest rozsądne i szlachetne, choć przy tym nieco naiwne. Odbiega ono znacznie zarówno od jezuickich poprawek wnoszonych do Machiavellego, jakie pojawiały się w tym czasie w innych częściach katolickiej Europy, jak i od orientalnego mistycyzmu, jaki przeważał na Wschodzie. Sądząc z licznych wznowień, poglądy Warszewickiego były powszechnie uznawane poza granicami Rzeczypospolitej, stanowiąc ożywczą odmianę na tle ogólnego cynizmu i fanatyzmu epoki.
Nie sposób określić, w jakim stopniu poszczególni dyplomaci polscy stosowali się do norm Warszewickiego; istnieje natomiast przynajmniej jeden przykład stanowiący lekcję poglądową, mówiącą o tym, jak poseł nigdy zachowywać się nie powinien. Paweł Działyński, kasztelan dobrzyński i sekretarz Zygmunta III, który w maju 1597 r. wyjechał z Polski z poselstwem do Anglii, musiał z pewnością dobrze znać wydany właśnie podręcznik Warszewickiego. Mimo to najpierw w Hadze, a później w Greenwich sprowokował kilka incydentów, które odbiły się szerokim echem, przynosząc mu złą sławę na dworach całej Europy. W tym czasie zarówno Anglia, jak i Holandia były w stanie wojny z Hiszpanią i przechwytywały wszystkie hiszpańskie statki, które próbowały prowadzić handel z Gdańskiem. Zadaniem Działyńskiego było przekonać mocarstwa protestanckie, aby zaprzestały tej praktyki. Ale jego metody były stanowczo zbyt bezpośrednie. W Hadze zagroził, że całkowicie zamknie port w Gdańsku i „głodem” zmusi Holendrów do ustępstwa. Jego holenderscy gospodarze słuchali w kamiennym milczeniu. W Greenwich, 25 lipca 1597 r., powtórzył te same groźby oraz uraczył królową Elżbietę pompatyczną oracją, której treść była „rozwlekła, nieprzekonywająca i rozwiązła”. Przed wyjazdem z Polski rada miejska Gdańska najwidoczniej nalegała na niego, aby zajął zdecydowane stanowisko, a on wykorzystał to zalecenie jako pretekst do wykroczenia poza swoje kompetencje. Kiedy królowa zobaczyła, co się dzieje, zwróciła się przeciwko niemu z całą gwałtownością swego powszechnie znanego temperamentu. Jak pisał jeden z Anglików, którzy byli naocznymi świadkami tego wydarzenia, „unosząc się jak lwica, gwałtownie poskromiła zuchwałego mówcę (...) ostro narzucając mu królewskie ryzy”:
Expectavi legationem. In vero querelam mihi adduxisti. Per litteras accepi te esse Legatum, inveni vero Heraldum. Nunquam in vita mea audivi talem Orationem. Miror sane, miror tantam et tam insolitam in publice audaciam. Neque possum credere, si Rex tuus adesset, quod ipse talia verba protulisset, sin vero tale aliquid tibi fortasse in mandatis commisit, quod quidem valde dubito, eo tribuendum est, quod cum Rex sit Iuvenis, et non tam iure sanguinis quam iure electionis ac noviter electus, non tam perfecte intelligat rationem tractandi istiusmodi negotia cum aliis Principibus, quam vel majores illius nobiscum observarunt vel fortasse observarunt alii, qui Locum eius posthac tenebunt. Quod at te attinet tu mihi videris libros multos perlegisse, libros tamen Principum ne attigisse, sed prorsus ignorare quid inter Reges conveniat. Nam quod Juris Naturae et Gentium tantopere mentionem facis, hoc scito esse Juris Naturae Gentiumque, ut cum bellum inter reges intercedit, liceat alteri alterius bellica subsida, undicunque allata, intercipere, et ne in damnum suum convertantur precavere (...)
Intera vero valeas, et quiescas[244].
Na marginesie oficjalnego zapisu tego wybuchu gniewu królowej widnieje wyraźnie kobiecą ręką zrobiony dopisek: O quam deceptafui (O jakże zostałam oszukana). Misja Działyńskiego zakończyła się całkowitym fiaskiem. Nie skończyły się natomiast jego kłopoty. Po powrocie do Polski dowiedział się, że Zygmunt III zamierza przepłynąć Bałtyk i udać się do Szwecji wraz z flotą statków odebranych angielskim kupcom z Elbląga. Postanowił dołączyć do tej ekspedycji i na pokładzie powitano go salwą ze wszystkich dział. Niestety „kanonier oddał salwę w takim pośpiechu, iż jeden z odłamków podpalił dwie beczułki prochu, te zaś wysadziły w powietrze ową część statku, w której pomieszczone były srebra i zapasy Działyńskiego, które rozproszone posypały się do morza (...)”. Jak odnotował poseł angielski George Carew, po tym incydencie Działyński „pozostawał wciąż w nieukontentowaniu względem naszego narodu”[245].
Błędu Działyńskiego nie powtórzono, ale nutka wrodzonego mu taktu i uprzejmości pobrzmiewała w wielu innych pamiętnych polskich poselstwach tego okresu. Jego współziomkowie niewątpliwie uważali wielkopański styl bycia za należyte odbicie poczucia honoru i prawości własnego kraju. Za granicą interpretowano go nierzadko jako grę bez pokrycia lub po prostu egzotyczną orientalną wystawność. Z pewnością nie był to styl zbyt skuteczny. W r. 1633, gdy Jerzy Ossoliński wjechał do Rzymu na czele olśniewającego przepychem orszaku złożonego z 300 szlachciców i z ogromną świtą czeladzi, nie bardzo było wiadomo, jakim właściwie celom miałby służyć tak kolosalny wydatek. Pomijając już prywatny dobrowolny wkład Ossolińskiego, Rzeczpospolita, aby pokryć koszty jego misji, była zmuszona pożyczyć znaczne sumy od żydowskich lichwiarzy we Lwowie oraz zastawić dobra koronne na Litwie. Nie przyniosło to jednak żadnych korzyści politycznych. Ossoliński, który cieszył się zaufaniem Władysława IV i który awansował na stanowisko kanclerza w okresie między r. 1643 a 1650, nie znalazł w Rzeczypospolitej powszechniejszego poparcia dla swego marzenia o ultrakatolickiej monarchii; jego akcje nie poszły w górę przez to, że puszył się jak paw i szermował swym książęcym tytułem w Rzymie i Ratyzbonie. Podobna scena powtórzyła się w październiku 1645 r., kiedy to posłowie polscy, wojewoda poznański Krzysztof Opaliński i biskup warmiński Wacław Leszczyński, przyjechali do Paryża w otoczeniu wspaniałego orszaku, aby odwieźć Ludwikę Marię Gonzagę do Polski na ceremonię jej zaślubin z Władysławem IV.[246]
Próżność nie była jednak nutą dominującą. W drugiej połowie wieku polską dyplomację znamionowało przede wszystkim niezdecydowanie i rezygnacja. Być może była to reakcja dyplomatów polskich na ich wcześniejszą pewność siebie; obecnie skłaniali się ku przeciwnej skrajności. Posłowie Sobieskiego, mimo że mieli za sobą poparcie w postaci silnej i sprawnej armii, niepotrzebnie stali się zbyt skłonni do ustępstw. Było tak niewątpliwie w przypadku dwóch ważnych misji dyplomatycznych: poselstwa Jana Gnińskiego do Wysokiej Porty w r. 1677 oraz poselstwa Krzysztofa Grzymułtowskiego do Moskwy w r. 1686.
Gniński, wojewoda chełmiński, spędził całe życie w służbie publicznej. Jako młody chłopiec towarzyszył Opalińskiemu w podróży do Paryża. Potem, przez trzydzieści lat, uczestniczył jako poseł w niemal wszystkich sesjach sejmu. Bywał wielokrotnie wybierany marszałkiem sejmu, marszałkiem trybunału koronnego oraz pełnomocnikiem sejmowym. Podpisywał traktaty pokojowe w Oliwie i Andruszowie; podróżował jako poseł do wszystkich niemal krajów Europy Północnej. Pozostał lojalny wobec swych wczesnych francuskich powiązań i wcześnie przystąpił do obozu stronników Sobieskiego. W 1677 r. sejm wydelegował go do prowadzenia rokowań w sprawie zawarcia ostatecznego pokoju z Turcją, po serii pięciu kampanii stoczonych na Podolu o Kamieniec Podolski. Misja okazała się kosztowną porażką. Ogromny orszak złożony z 450 ludzi i 650 koni miał w przypadku wjazdu do Stambułu znaczenie zasadnicze. Ale Gniński spędził bezczynnie większość swego półtorarocznego pobytu w Turcji, oczekując najpierw na audiencję u wielkiego wezyra Kara Mustafy, a później - u sułtana. Zrozumiał, że Turcy nie zrezygnują z żądań dotyczących cesji całego Podola i całej Ukrainy. Jeśli nie liczyć potwierdzenia rozejmu z Żurawna z listopada 1676, wrócił do domu pod koniec 1678 r. praktycznie z pustymi rękami. Wydał znaczne sumy na wykup jeńców wojennych oraz na zaspokajanie chciwości wielkiego wezyra. Nie udało mu się ani przeforsować interesów Rzeczypospolitej, ani też zorganizować żadnego poważniejszego wystąpienia. Nie pociągnięto go jednak do odpowiedzialności i w r. 1683 towarzyszył Sobieskiemu w wyprawie pod Wiedeń, gdzie - z własnym pułkiem huzarów - zdołał dołączyć się do szarży, która rozbiła oblężenie tureckie. Wziął więc na Turkach odwet. Zmarł w r. 1685[247].
Mimo że Grzymułtowski (1620-87), wojewoda poznański, odznaczał się zupełnie inną osobowością, jemu także nie lepiej się powiodło. Ze strony matki, a także przez małżeństwo, był spokrewniony z Leszczyńskimi. Wykształcenie odebrał we Francji, u jezuitów w Dole. Był znany jako gorliwy orędownik szlacheckich przywilejów i jako dyplomata nie był zbyt „politycznym” sługą króla. W r. 1656 został wyniesiony do godności senatora w nagrodę za zebranie pospolitego ruszenia Wielkopolski po kapitulacji Opalińskiego. Mimo to dawał się często wciągać we francuskie i pruskie intrygi. W latach 1665-66 odmówił wystąpienia przeciwko rokoszanom Lubomirskiego, a w r. 1670 został przez sejm oskarżony o zdradę za prowadzenie zaszyfrowanej korespondencji z Wersalem. W r. 1676 został marszałkiem dworu królowej. W r. 1681 z jego winy doszło do zerwania sejmu wbrew woli Sobieskiego; występował też przeciwko przymierzu z Austrią. Mianowanie - w latach 1683-86 - na głównego pełnomocnika do spraw pertraktacji pokojowych z Moskwą zawdzięczał niewątpliwie swojej reputacji: uważano go za człowieka, który nie jest tchórzem i nie zabiega o łaski. W Moskwie wykazał zbyt wielką - zdaniem swych kolegów - niezależność umysłu. Traktat z l maja 1686, na mocy którego Polska dokonywała cesji Kijowa oraz wszystkich należących dotąd do Rzeczypospolitej terytoriów nad Dnieprem, nie spodobał się w Warszawie. Uznano, że Grzymułtowski wykroczył poza przekazane mu instrukcje, oraz wyrażono podejrzenie, że dał się przekupić Moskwie. Śmierć - w maju 1687 - wybawiła go z poważnych opałów. Trudno powiedzieć, ile było prawdy we wnoszonych przeciwko niemu oskarżeniach. Sejm natomiast wyraźnie zaniedbał rad Warszewickiego, zalecających cautos in Moscoviam[248].
Wśród obcych dyplomatów odbywających służbę w Rzeczypospolitej postacią najbardziej niezwykłą był Andras Dudith, biskup Pecsu (1533-89), nazywany czasem, zgoła niestosownie, „węgierskim Erazmem”. Urodził się w Budzie z matki Włoszki; wśród krewnych miał wielu duchownych. Kształcił się we Wrocławiu i we Włoszech. W Padwie - gdzie był wybitnym przedstawicielem wybitnego pokolenia studentów - tłumaczył Dionizjusza z Halikamasu. Zwrócił na siebie uwagę kardynała Reginalda Pole'a, który zabrał go ze sobą na misję, podjętą w celu odzyskania Anglii dla katolicyzmu. Jednakże jego doświadczenia w Anglii, a w jeszcze większym stopniu kontakty z protestantami francuskimi po drugiej stronie kanału, kazały mu zająć radykalne stanowisko wobec kwestii religijnych epoki. Powróciwszy na Węgry w r. 1560, objął urząd sekretarza prymasa i szybko zaczął się wspinać po szczeblach episkopalnej drabiny, piastując kolejno godności biskupa Dalmacji, Csanadu w Banacie, a wreszcie Pócsu. W r. 1563 był najjaśniejszą gwiazdą delegacji węgierskiej na trzecią sesję soboru trydenckiego. Jego przemówienie o Trójcy Przenajświętszej i podniesieniu Hostii, wydane w Wenecji w formie książkowej, zapewniło mu czołowe miejsce w debatach teologicznych. Przyjaźń z tak wybitnymi kardynałami, jak Hozjusz czy Moroni, wkrótce przyniosła mu pozycję doradcy cesarza.
Przyjazd Duditha do Krakowa w 1565 r. w charakterze posła cesarza stał się wielką sensacją. Jego zadaniem było uchronienie królowej, Katarzyny Austriackiej, przed hańbą separacji z Zygmuntem Augustem, gdyby zaś nie udało się małżonków ze sobą pogodzić - zaaranżowanie kwestii sukcesji w sposób korzystny dla Habsburgów. Dynastia Jagiellonów nie miała dziedzica, arianie i kalwini triumfowali w sejmie; unia z Litwą, gdzie większość mieszkańców wyznawała prawosławie, wisiała na włosku. Istniała obawa, że Polska całkowicie się wyśliźnie z orbity wpływów katolickich. Mimo to król nie był podatny na perswazje. W odpowiedzi na propozycję Duditha, aby ponownie nawiązał małżeńskie więzy z królową, odrzekł: „Ptó tosto la morte”; nie miał też zupełnie ochoty podważać zasady elekcji przez monarchistyczne intrygi. I w tym właśnie momencie, w r. 1567, Dudith nagle złamał śluby kościelne i poślubił Reginę Straszównę, do której już wcześniej zalecał się na dworze królowej. Wystarczyło już, że ksiądz, poseł Jego Arcykatolickiej i Cesarskiej Wysokości, zadawał się regularnie z heretykami i astronomami. Teraz - jako apostata i uwodziciel - został ekskomunikowany z Kościoła, pozbawiony beneficjów i wygnany z cesarstwa. Nie utracił jednak prywatnych łask cesarza. Maksymilian, który na obronę Duditha ułożył całe Excusatio, nie był w stanie obronić go przed gniewem Rzymu; zatrzymał go jednak przy sobie jako tajnego agenta. Wkrótce Dudith ożenił się po raz drugi - tym razem z dziewczyną z protestanckiej rodziny Zborowskich - i wraz z nimi maczał palce w powstaniu przeciwko Habsburgom na Węgrzech. Został w Polsce, uzyskał indygenat i rozpoczął działalność jako przywódca stronnictwa cesarskiego podczas mających nastąpić okresów interregnum. W r. 1574 to właśnie on pierwszy dowiedział się o śmierci króla francuskiego Karola IX i poufnie przekazał tę wiadomość Henrykowi Walezemu. Po elekcji w r. 1575 to właśnie Dudith doradził cesarzowi, aby wypowiedział wojnę zwycięskiemu kandydatowi, Stefanowi Batoremu; za swe trudy został ponownie skazany na banicję - tym razem przez współziomka i towarzysza z czasów studiów. Zmarł w r. 1589 we Wrocławiu, zdążywszy przedtem napisać traktat o kometach. Jego syn, Andrzej Dudycz, owoc jego apostazji, zmarł w Moskwie w 1606 r. jako kanclerz pierwszego Dymitra Samozwańca[249].
Perypetie Duditha w Polsce były symptomatyczne dla kłopotów, jakie Habsburgowie napotykali w tym kraju przez o wiele dłuższy okres. Mimo niewątpliwych korzyści, jakie zdołali osiągnąć, Habsburgom wciąż nie udawało się zrealizować swoich wielkich ambicji. Jako przywódcy świata katolickiego stali na dokładnie tych samych pozycjach religijnych i ideologicznych co Rzeczpospolita - zwłaszcza gdy na przestrzeni XVII w. katolicyzm polski zaczął nabierać cech dewocji oraz coraz wyraźniej politycznego charakteru. Jako sąsiedzi, których od Polski dzieliła bezpieczna i niekwestionowana granica biegnąca wzdłuż Śląska i Karpat, nie żywili żadnych obaw terytorialnych. Ponieważ byli zmuszeni stawić czoło Turkom na wschodzie, a Szwedom i Prusakom na północy i zachodzie, ich interesy strategiczne były takie same jak interesy Rzeczypospolitej, zaś jako główni producenci i dostawcy królewskich narzeczonych, byli bez przerwy blisko związani z monarchią polską. Narzeczone z domów Habsburgów aż siedem razy przybywały założyć domowe ognisko w Polsce - w okresie od r. 1548 do 1795 - dostarczając małżeńskich rozkoszy pięciu spośród dwunastu królów Rzeczypospolitej. A jednak ani jednemu kandydatowi z domu Habsburgów nie udało się zwyciężyć w elekcji. Tylko w jednym przypadku na mocy traktatu udało się Habsburgom zapewnić cesarstwu pomoc wojskową Polski. W tym względzie -jak i pod wieloma innymi względami - wyprawa Sobieskiego pod Wiedeń w 1683 r. była czymś wyjątkowym, a - z polskiego punktu widzenia - także i szkodliwym. Wydaje się, że Habsburgowie byli w sposób zbyt oczywisty związani z dworem królewskim w Polsce i z wyższym duchowieństwem, aby móc sobie zdobyć zaufanie ogółu elektorów lub aby utworzyć liczniejsze stronnictwo wśród szlachty[250].
Pozycję Habsburgów w Rzeczypospolitej wspierali władcy Hiszpanii. Handel hiszpański z Gdańskiem miał pierwszorzędne znaczenie, a regularne wizyty posłów z hiszpańskich Niderlandów sprzyjały utrzymaniu stałych stosunków. W r. 1596 przybył do Warszawy Don Francisco de Mendoza, aby walczyć przeciwko angielsko-holenderskiej blokadzie statków hiszpańskich w Gdańsku. (On też stał się bezpośrednią przyczyną misji Działyńskiego podjętej w roku następnym). W r. 1633 baron d'Auchy podjął jedną z kilku prób wciągnięcia Rzeczypospolitej w wojnę trzydziestoletnią po stronie cesarstwa. W r. 1670 kontakty z Hiszpanią rozkwitły na krótko w wyniku małżeństwa Michała Korybuta Wiśniowieckiego z Eleonorą Austriacką, siostrą królowej hiszpańskiej; podobne ożywienie miało też miejsce w osiemdziesiąt lat później, gdy król hiszpański Karol III poślubił jedną z córek Augusta III. W latach sześćdziesiątych XVIII w. poseł Karola III, Don Pedro Pablo Abarca de Bolea, hrabia Arandy, był duszą pokolenia, które w Warszawie epoki saskiej przehulało setki nocy w operze, na maskaradach i karnawałowych balach[251].
W odróżnieniu od niezmiennej przeciętności stosunków z Habsburgami, stosunki Polski z Francją układały się szalenie kapryśnie. Francja miała niewiele interesów wojskowych czy terytorialnych, które byłyby bezpośrednio związane z Polską. Ale bliskie powiązania ze Szwecją, Brandenburgią i Turcją nieuchronnie wplątywały ją w układy polityczne wschodniej Europy. Sporadyczne triumfy w Polsce przedzielały długie okresy rozczarowań. W r. 1573 zwycięstwo Henryka Valois w pierwszych wyborach władcy zjednoczonej Rzeczypospolitej stało się zapowiedzią ery współpracy polsko-francuskiej; natomiast ucieczka króla w 1574 r., a także jego detronizacja ogłoszona wkrótce potem przez sejm okazały się wydarzeniami tak haniebnymi, że wszelkie stosunki zostały zerwane na okres blisko trzydziestu lat. W XVII w. wciąż ożywały nadzieje Francji na to, że ich habsburscy rywale zostaną w końcu osaczeni przez połączone siły Szwecji, Rzeczypospolitej i Turcji. Ale zawsze pozostawał jakiś jeden kawałek, który nie pasował do pozostałych części łamigłówki i Francuzom nigdy nie udało się wyjść poza pierwszą połowę rozgrywek. W latach 1648 i 1674 królowe Francuzki odwróciły bieg prohabsburskich tendencji, które zaznaczyły się podczas poprzednich panowań. W przypadku małżonki Sobieskiego, Marysieńki, powiązania te okazały się negatywne: w dążeniu do sukcesji syna królowa zaczęła okazywać coraz większą wrogość wobec swych francuskich współziomków. Największą przeszkodą okazała się rywalizacja polsko-szwedzka. W latach 1625-29 misję posła kardynała Richelieu, pana de Chamace, do Polski udaremniła inwazja Gustawa Adolfa na tereny polskiego Pomorza. W r. 1635 hrabia d'Avaux zajął się wyłącznie pokojem w Sztumskiej Wsi, natomiast w dwadzieścia lat później Antoine de Lumbres stracił swój czas i energię na zajmowanie się skutkami inwazji Karola X. Jednak w r. 1675 wszystko zaczęło zapowiadać poważny przełom w tej dziedzinie. Sobieski przetrwał pierwszą burzę tureckich kampanii i 11 czerwca podpisał w Jaworowie traktat z ambasadorem francuskim, markizem de Bethune, swoim własnym szwagrem. Ale w r. 1683 zdemaskowanie knowań de Vitry'ego spowodowało całkowite zerwanie stosunków, a sam Sobieski wyruszył na odsiecz Wiednia. W latach dziewięćdziesiątych XVIII w. jowialny abbe Melchior de Polignac, jeden z ulubionych gości Sobieskiego w ostatnich latach jego panowania, uczynił wiele dla przywrócenia dawnej pozycji Francji. Podczas elekcji w r. 1697 kandydat Francji, Conti, został wybrany - tylko po to, aby natychmiast potem wspólnymi siłami przepędzili go z kraju Rosjanie i Sasi. W w. XVIII podobny pech spotkał Stanisława Leszczyńskiego. Złoto francuskie miało dużą siłę perswazji, a zwolenników Leszczyńskiego było wielu - ani to pierwsze, ani ci drudzy nie mogli się jednak w tym względzie mierzyć z rosyjskimi wojskami[252].
W kategoriach konkretnych osiągnięć poselstwo Antoine'a de Lumbresa d'Herbingen było jednym z niewielu wydarzeń, w związku z którymi można by powiedzieć, że wpływ Francji okazał się rzeczywiście decydujący. W lipcu 1656 r. Ludwik XIV polecił mu, aby udał się z Królewca do Warszawy, gdzie miał pełnić rolę mediatora między Szwedami a Rzecząpospolitą w wojnie, która niweczyła plany Francji dotyczące Europy Północnej. Z początku polscy senatorzy odnieśli się podejrzliwie do Francuza przybywającego z Prus, a także do jego spotkania z królową Ludwiką Marią. Jego listy uwierzytelniające przyjęto dopiero wtedy, gdy zrobił znaczący gest, odmawiając dotrzymania towarzystwa Karolowi X podczas zajmowania Warszawy. W końcu został przyjęty w Gdańsku przez Jana Kazimierza, ale nadal nie mógł przekonać króla, aby ten zaakceptował jego rolę mediatora. Jak wyjaśnił król, ,Ils ne doutaient point de la grandeur de la France, mais comme elle etait fort eloignee (...)”. Po roku 1656 szansę de Lumbresa zaczęły wzrastać w miarę coraz dotkliwszych porażek Szwedów. Wspaniała rekonwalescencja Rzeczypospolitej pod względem siły militarnej, traktat zawarty z Danią oraz nie wzbudzające zaufania stanowisko Prus złożyły się na ochłodzenie zapału Szwedów. W r. 1659 de Lumbres spotkał się w obecności Colberta młodszego z Oxenstierna i podjęto decyzję w sprawie konferencji pokojowej. 4 stycznia 1660 r. delegaci spotkali się na Pomorzu w opactwie w Oliwie i rozpoczęli pięciomiesięczne nerwowe rokowania. Przedstawiciele strony polskiej rezydowali w Gdańsku, około dziesięciu kilometrów na wschód; Szwedzi w Sopocie, około pięciu kilometrów na zachód, de Lumbres zaś kursował między jednymi i drugimi niczym siedemnastowieczny Henry Kissinger. W ostatnim momencie, 30 kwietnia, gdy Jan Kazimierz stchórzył w obawie przed utratą swych prawowitych roszczeń do tronu szwedzkiego i nagle wyjechał, de Lumbres musiał popędzić za nim co koń wyskoczy i przywieźć go z powrotem, aby ten mógł złożyć swój podpis na dokumencie. O pomocy 2 maja wielkie organy opactwa ogłosiły zawarcie pokoju, a opat Kęsowski zaintonował Te Deum. Po zawarciu pokoju w Oliwie de Lumbres pozostał w Polsce jeszcze przez pięć lat, przy poparciu Francji knując wraz z bezdzietną parą królewską plany sukcesji. Na przełomie lat 1659/60 podpisał wraz z Janem Kazimierzem nieudany - a w oczach Rzeczypospolitej również niekonstytucyjny - projekt, na mocy którego miał zostać wyniesiony na tron książę d'Enghien, syn rodu Kondeuszów. W r. 1665 zakłopotany rokoszem Lubomirskiego i krytykowany w sejmie, de Lumbres powrócił do domu, wycofując się na zasłużoną emeryturę. Przez dziewięć lat pełnienia swej misji utrzymywał zwyczaj cotygodniowej wymiany korespondencji z Ludwikiem XIV i de Lionne'em. Jego Relations są przykładem umiejętności drobiazgowej obserwacji i intuicji w sprawach natury ludzkiej[253].
W sytuacji, w której dominantę polityki polskiej stanowiła rywalizacja między Francją i Austrią, Rzym był jednym z niewielu ośrodków władzy, które zdołały nie rozluźnić chwytu. Słusznie czy też niesłusznie, Rzeczpospolita uważana była za jedną z głównych zdobyczy kontrreformacji i pod koniec XVI w. zajmowała bardzo ważne miejsce w planach papiestwa, dotyczących konsolidacji jego pozycji w Europie Wschodniej. Jednakże na przestrzeni XVII w. polityka lokalna nieustannie z tymi planami kolidowała i wielu papieskich nuncjuszy toczyło boje w sprawach, które coraz bardziej wymykały się spod ich kontroli. W okresie wojen w połowie XVII w. monsignor Vidoni zrobił dużo, aby z katolickiej żarliwości uczynić inspirację dla ruchu oporu, cudowne zaś ocalenie klasztoru w Częstochowie przed szwedzkimi armatami uczyniło z jego patronki, Czarnej Madonny, przedmiot kultu maryjnego, który rozrósł się do rozmiarów narodowej religii. Intonując po raz pierwszy w katedrze we Lwowie Regina Poloniae ora pro nobis, Vidoni dał początek katolickiej tradycji, która po dziś dzień każe uważać Królową Niebios za Królową Polski. Ale w latach sześćdziesiątych XVII w. monsignor Pignatelli, przyszły papież Innocenty XII, przyglądał się bezradnie, jak rokosz Lubomirskiego prowadzi najpierw do wojny domowej, a później do rozbicia stronnictwa rzymskiego. Następca Pignatellego, Galeazzo Marescotti, przybył do Warszawy w połowie r. 1668 - w czasie, gdy Jan Kazimierz skłaniał się ku abdykacji. Po przywitaniu przez biskupa kijowskiego i oficjalnym wjeździe do stolicy uczestniczył w regularnych audiencjach króla, które odbywały się w niedzielne popołudnia. Ale nie był w stanie uczynić nic, aby zachwiać monarchę w postanowieniu pozbycia się uciążliwego urzędu. Podczas elekcji, która następnie odbyła się w czerwcu 1669 r., Marescotti wbrew obowiązującemu prawu pozostał w Warszawie, gdzie prowadził kampanię na rzecz księcia Lotaryngii, który był kandydatem cesarza. Ale w dniu elekcji, na polu elekcyjnym na Woli, w przemówieniu do elektorów ograniczył się do uwag o tym, że Rzeczpospolita potrzebuje króla, który boi się Boga i jest katolikiem. Marescotti uczestniczył w ceremonii przyjęcia pacia conventa w kościele św. Jana, a we wrześniu udał się do Krakowa na koronację króla Michała. 27 lutego udzielił królowi w Częstochowie ślubu z arcyksiężniczką Eleonorą Habsburżanką. Po czym został awansowany na nuncjusza w Madrycie. We wczesnym okresie panowania Sobieskiego plany papieskie komplikowały się z powodu powiązań Polski z Francją, ale w latach 1679-88 monsignor Pallavicini zdołał na pewien czas przezwyciężyć uprzednie trudności i skoordynować poczynania Rzeczypospolitej z działalnością Ligi Świętej. Podczas elekcji w r. 1697 plany papieskie poniosły kolejną porażkę i Rzeczpospolita na zawsze wydostała się poza orbitę obozu katolicko-cesarskiego. Ogólnie rzecz biorąc, oczekiwania nuncjuszy papieskich w Warszawie były wielkie, wpływy znikome, a zadanie - niewdzięczne[254].
Niedostatki dyplomacji podkreślają jeszcze wymowniej doświadczenia Anglika Lawrence'a Hyde'a, który w r. 1676 odbył podróż do Polski. Zabiegając o rapprochement z Francją oraz o realizację planów dotyczących odzyskania Prus, Sobieski starał się wykorzystać świeżej daty patronat Ludwika XIV nad Karolem II i odwieść Anglię od jej tradycyjnie protestanckiego i propruskiego stanowiska. 29 października napisał do Karola II, zapraszając go do przyjęcia roli ojca chrzestnego swej córki. Lawrence Hyde został mianowany posłem i zastępcą króla. Jako syn zmarłego hrabiego Ciarendon, historyka i zwolennika Restauracji Stuartów, dobrze się nadawał do udziału w popieranych przez Francję intrygach. Liczył sobie równo 35 lat, był członkiem parlamentu, gdzie reprezentował uniwersytet oksfordzki, oraz garderobianym króla. Opuścił Portsmouth na pokładzie statku The Tyger i 8 sierpnia przypłynął do Gdańska. Przedłożył syndykom miejskim listy uwierzytelniające - „Our trusty and well-beloved Lawrence Hide, Esqr, Our Master of Our Roabes, being to passe into Poland as our Ambr (...)”[255], i złagodziwszy spór o prawa dziedziczenia obywateli angielskich i szkockich mieszkających w Gdańsku, spotkał się z posłem francuskim markizem Bethune. Ten ostatni, szwagier królowej Marysieńki, stał się główną siłą napędową misji Hyde'a. Postanowili wyruszyć razem na poszukiwanie Sobieskiego, który właśnie prowadził kampanię przeciwko Turkom i Tatarom gdzieś daleko na południowym wschodzie. Jak donosił Hyde sekretarzowi stanu, Sir Josephowi Williamsonowi, było to „dobre posunięcie”, on sam zaś „nie zamierzał włóczyć się zbyt wiele po Rosji”. Ponadto Tatarzy przesuwali się właśnie w głąb środkowej Polski i aby się przedostać między liniami wojsk, obaj posłowie zmuszeni byli podróżować pod eskortą, w warunkach zgoła niedyplomatycznych:
M. de Bethune and I came hither in one coach and lay together in one bame. I hope that you will not be apprehensive that I could lose any dignity (...)I am confident it will never be prejudiciall to the precedency of an English Ambassador[256].
We Lwowie Hyde dowiedział się, że Sobieski przebywa w obleganym obozie w Żurawnie nad Dniestrem i nie może nawiązać z nim kontaktu. Pora roku była późna, a Hyde po tak wielu trudach chciał spotkać się z Sobieskim i niewątpliwie z tego właśnie powodu popełnił błąd, który okazał się śmiertelny w dosłownym znaczeniu tego wyrazu: spróbował podjąć mediację. Napisał trzy listy - jeden do króla polskiego, jeden do dowódcy wojsk tureckich i jeden do „księcia Tatarów”:
Your Highness is not ignorant what a strict and antient friendship hath been between the Most Serene and Most August Ottoman Port and His Sacred Majesty the King of great Britaine, France and Ireland, my most gracious master; by whom being sent great Ambassador to the Most Serene King of Poland and Lithuania, where I understand there was a treaty of Peace begun (...) and thought it part of my care and duty (...) to prevent as much as in me lyes (...) the farmer efflision of blood, I judged it best to give your Highness notice of my arrivall here, and at the same time signify that if the intercession and mediation of the aforesaid Most Serene King of great Britaine, France and Ireland (...) may promote so becoming, so noble, so grat an act of love and respect, I will endeavour to my utmost that such a mediation be inerposed by his sacred Royal Majesty. And for as much as by a singular good fortune I have upon my coming hither lighted upon the most mighty King of France and Navarre's (...) wee have both ofus thought fit jointly to offer our endeavours and entreaties by the same messenger, a servant of the Most Serene King, my master (...)
In the meanwhile, I hope your Highness will take this in good part; in confidence whereofl will commend myself to the favour of your Highness.
Leopol, 15 Oct New Style 1676[257].
Żałosny koniec proponowanej misji mediacyjnej Hyde odnotował w pięć dni później w swoim kolejnym raporcie:
I have occasion before my departure from hence to make you this sad relation of the trumpetter I had sent with the Letters to those Princes I mentioned in my last to you, who was mett ye very day he left this place, about 3 leagues offe, by 40 or 50 Tartars, and miserabły cutt in pieces, he, his interpreter and his guide, and onely the guides boy who was also left for dead upon the place too gott away in the night and brought me the sad news, which hath infinitely afflicted me, as it ouht to do, having all the reflections which were obvious having exposed a fellow servant and fellow subject to so untimely an end without morę autority than I had for it (...) The man's name was Christmasse, a mightiy honest fellow that went as willingly on this errand as he made the rest of the joumey; I know he hath left a wife and chiidren, which to me is another sensible addition of greife, for whom I take myself in conscience bound, to doe what God shall enable me, but in the meantime if you can prevaile with the D. of Monmouth (...) that (...) till me returne (...) pay may be continued, I hope it is not an unreasonable proposition (...)[258].
Tyle w sprawach poglądu, że pokój w Żurawnie między Polską a Turcją został zaaranżowany przez posłów Francji i Anglii. Nieco później Hyde odwiedził obóz króla oraz objeżdżał pola bitew, dziwiąc się „wielkim cudom”, które uchroniły polskie wojska przed przeważającymi siłami wroga. W niedzielę 2 listopada został przyjęty przez parę królewską w Żółkwi, skromnej rezydencji pod Lwowem, gdzie urodził się Sobieski. Nie miał tam wiele do powiedzenia, ponieważ jedyna córka, jaka jeszcze pozostała królowi, była już dawno ochrzczona. Dopełnił wszystkich przyjętych form, występując w imieniu protestanckich poddanych katolickiego monarchy, i z zadowoleniem przyjął obietnicę króla, iż ten wywrze nacisk na chana tatarskiego, domagając się zadośćuczynienia w sprawie morderstwa Christmasa. Na prośbę Sobieskiego zredagował list wprowadzający, skierowany do posła angielskiego w Konstantynopolu, który miał zabrać ze sobą Gniński, szykujący się właśnie do wyprawy do Stambułu. Potem wyjechał. Wracał do domu przez Kraków i Wiedeń i dotarł do Nijmegen akurat na czas, aby wziąć udział w odbywającym się tam właśnie kongresie. Jego dalsza kariera jako hrabiego Rochester i jednego z mandarynów ultrakonserwatywnego skrzydła partii torysów rozciągała się na okres panowania czterech kolejnych władców. Gdy Hyde umierał w r. 1711, Rzeczpospolita Polski i Litwy była pogrążona w żałosnych tarapatach, sława Sobieskiego dawno już zblakła, a o pomyśle, że Anglia mogłaby się zastanawiać nad poszukiwaniem rapprochement z tej właśnie strony kompletnie już zapomniano. Istotnie, Anglia była zbyt oddalona od Rzeczypospolitej - zarówno w sensie geograficznym, jak i pod względem związków uczuciowych. Polsko-angielskie stosunki dyplomatyczne nigdy nie wyszły poza stadium sporadycznej wymiany uprzejmości[259].
Poseł brytyjski z nieco późniejszego okresu, Sir Edward Finch, poseł do parlamentu z ramienia uniwersytetu w Cambridge, wysłany do Polski w latach 1725-26 z misją interwencji w obronie protestantów z Torunia, napotkał na innego rodzaju kłopoty. Jego obecność w Warszawie nie była zbyt mile widziana; orientował się też, że jego kontakty z dysydentami oraz z pruskim kolegą traktowane są bardzo podejrzliwie. Co więcej, wiedząc, że przechwycenie jego korespondencji mogłoby mieć fatalne skutki dla jego protegowanych, co delikatniejsze ustępy w swych listach zapisał szyfrem. 21 sierpnia 1725 r. (według kalendarza juliańskiego) przesłał do Londynu raport, donosząc, jak pewnemu agentowi z Torunia groził jeden z polskich posłów:
...The same minister added that he 167 41.6 339 790 997 488 884 & 25 625 289 232 439 548 955 612 17 1047, for if 548 569 23 562 195 351 241 & 548 807 294 870 172 32 18 184 52 724 59 should follow 548 704 985 814 548 219 After mis compliment, Your Lordship may be surę 241 497 9 25 40 26 407 508 814 862 552 813 hearing that 548 865 911 98 997 488 295 699 782 323 724 and at the Prussian Minister's (...) But I managed 54 707 138 7 330 118 195 & 78217941983494888488844 I sent Your Lordship an abstract last Post, but 984 25 548 6 298 15 525 375 for fear they should 914 47 782 326 (...)[260].
W tłumaczeniu, wykonanym w Londynie przez specjalistę, tekst brzmiał jak następuje:
...The same minister added that he should be on his guard / and not tamper with the Protestant-Ministers here. / for / if/ they caught him at that / he and the present President of Thorn / should follow / the example of the last. / After this compliment, Your Lordship may be sure / he has not been very fond of coming right nów, / hearing that / they have a constant Guard at my door / and at the Prussian Minister's (...) But I managed / an interyiew between him and my secretary in a third place (...) /I sent Your Lordship an abstract last Post, but / dared not send the piece itself / for fear they should / open my letter (...)[261].
Nawet za czasów Hyde'a jedynymi obcymi mocarstwami, które utrzymywały stałe wpływy w Rzeczypospolitej byli jej bezpośredni sąsiedzi: Moskwa i Prusy. Szybki upadek potęgi Szwecji i Austrii, w połączeniu z upadkiem Rzeczypospolitej, dostarczył moskiewskim i pruskim ambicjom wspaniałych terenów myśliwskich. Fakt, że dyplomaci niechętnie dostosowywali się do nowych warunków, nie mógł zmienić innego faktu: daleko idących zmian równowagi sił, jakie właśnie zachodziły.
I tak na przykład, z formalnego punktu widzenia, poselstwo Borysa Piotrowicza Szeremietiewa z 1686 r. poniosło niewątpliwą porażkę. Został wysłany do Rzeczypospolitej przez Piotra I w celu uzyskania ratyfikacji „wiecznego pokoju” wynegocjowanego niedawno w Moskwie przez Grzymułtowskiego. Szeremietiew był młody i ufny we własne siły, miał 35 lat, a przed sobą - perspektywę błyskotliwej kariery w służbie Piotra I, jako ten, któremu powierzono realizację jego planu reform. Przybył do Lwowa w otoczeniu sześćdziesięciu bojarów i z orszakiem złożonym z tysiąca ludzi. Na Polakach nie wywarło to jednak oczekiwanego wrażenia. Szeremietiew spotkał się z grzeczną, lecz niedwuznaczną odprawą. Chociaż Sobieski uznał już do tego czasu roszczenia władcy Moskwy do tytułu cara - przynajmniej w rozmowach - Szeremietiewowi nie pozwolono zasiąść przy królewskim stole. Był to oczywisty znak, że mimo militarnej potęgi Rosji, nie zaliczono jej jeszcze do krajów cywilizowanych. Co gorsza, sejm odmówił ratyfikowania traktatu. Polakom ciężko było uwierzyć, że utrata ziem nad Dnieprem nie jest tylko tymczasowa i że imperialistyczne ambicje Moskwy należy traktować poważnie. Z punktu widzenia Rosji wyglądało to wyraźnie na akt złej woli ze strony Polski - jeden z pierwszych przykładów owejj folie de grandeur, która tak głęboko zakorzeniła się w stereotypowej opinii Rosjan o naturze Polaków. Do r. 1710, gdy sejm ostatecznie ratyfikował traktat pokojowy Grzymułtowskiego, Rosjanie nauczyli się już egzekwować swoje żądania nie na drodze uprzejmych próśb, lecz metodą brutalnych rozkazów[262].
Dyplomacja pruska natrafiała na podobne trudności. Gdy Jan von Hoverbeck przybył w 1632 r. do Warszawy jako członek delegacji Prus na uroczystość objęcia tronu przez Władysława IV, stanął w obliczu odmowy zgody na przedstawienie delegacji senatowi, ponieważ poselstwo zostało przysłane przez wasala. Natomiast w pięćdziesiąt lat później, w r. 1682, ten sam von Hoverbeck umierał w Warszawie już nie tylko jako poseł niepodległego państwa, ale także jako jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Polsce. Ten flamandzki uciekinier, którego rodzice z przyczyn religijnych wyemigrowali do Rzeczypospolitej z hiszpańskich Niderlandów, przez pół wieku służył Hohenzollernom; mówił po polsku i nie miał sobie równych w nawiązywaniu kontaktów w kręgach dyplomatycznych. Przeżył wiele zmiennych kolei losu. W r. 1641 był świadkiem ostatniej inwestytury pruskiej. W r. 1648 właśnie on złożył głos Wielkiego Elektora popierający kandydaturę Jana Kazimierza; w r. 1669 zaś - kandydaturę księcia Neuburgu. W 1649 r. składał w imieniu Wielkiego Elektora przysięgę posłuszeństwa wobec Jana Kazimierza; w r. 1670 zaś - akt hołdu Bytowa i Lęborka. W czasie wojny szwedzkiej występował przeciwko podległości Wielkiego Elektora wobec Karola X; w Berlinie nadano mu epitet polnischer Hund. W r. 1657 znacznie się przyczynił do osiągnięcia zgody między Prusami a Rzecząpospolitą na mocy traktatu w Welawie. W r. 1660, w uznaniu jego wkładu w rokowania pokojowe zakończone pokojem w Oliwie, nadano mu tytuł barona cesarstwa. Nie był bezpośrednio zamieszany w aferę Kaiksteina z r. 1670, choć zadanie naprawy stosunków z Sobieskim nieuchronnie spadło na jego barki. W tym samym okresie walczył o uchronienie Prus przed akcjami odwetowymi ze strony Polski, obiecując Polsce w zamian za zachowanie neutralności cesję Rygi. Po zwycięstwie pod Fehrbellin niebezpieczeństwo znacznie się zmniejszyło. W 1681 r. rola Hoverbecka jako pośrednika w zawarciu małżeństwa między Ludwiką Karoliną Radziwiłłówną a Ludwikiem Hohenzollernem - które zaaranżowano, mimo iż panna młoda był już zaręczona z Jakubem Sobieskim, synem i spadkobiercą króla - stała się wyrazem nonszalanckiej postawy, na jaką Prusy mogły już sobie teraz pozwolić wobec czułych punktów Polski. Podobnie jak Szeremietiew, Hoverbeck wciąż jeszcze zajmował skromną pozy ej ę w oficjalnym świecie dyplomatycznych protokołów. Ale w rzeczywistym świecie władzy i wpływów groźnej pozycji Prusaków nie można było dłużej ignorować. Syn Hoverbecka, Johann Dietrich, obywatel pruski przebywający w Warszawie w latach 1690-97, miał być może jeszcze okazję protestować przeciwko pośledniemu miejscu przyznanemu mu wśród zagranicznych posłów. Ale Prusacy budowali już wtedy nowe państwo, nie zwracając większej uwagi na Rzeczpospolitą, na której nieszczęściach w pewnym stopniu opierały się ich sukcesy[263].
Równowaga sił w Europie Wschodniej w ostatnim ćwierćwieczu XVII w. zmieniała się w sposób niemal niedostrzegalny, lecz nieodwołalnie. Jan Sobieski wstąpił na tron w r. 1674 z pełną nadzieją i szczerym zamiarem odwrócenia skutków kroków poczynionych ostatnio przez Prusy i Rosję. Traktat w Welawie(1657), który uwalniał Hohenzollernów od lenniczej wierności wobec Polski, uważano za ustępstwo o wątpliwej ważności prawnej, uczynione pod przymusem. Rozejm andruszowski, który pozostawiał Smoleńsk, Kijów i lewobrzeżną Ukrainę w rękach Moskwy, był rzekomo rozwiązaniem tymczasowym. Spokój ducha Sobieskiego co do tych dwóch kwestii był w samej rzeczy tak pełny, że król uznał, iż może swobodnie doprowadzić do końca swoje kampanie tureckie. Turcy otomańscy stanowili w tym czasie zagrożenie bardziej bezpośrednie i łatwiej wymierne niż Moskwa; podobnie też niezwyciężeni Szwedzi wydawali się nieskończenie bardziej niebezpieczni niż Prusacy. Nie można winić Sobieskiego o to, że nie potrafił przewidzieć przyszłości. Pozostaje natomiast fakt, że właśnie w wyniku zaangażowania się Polski w kampanie w basenie Dunaju Hohenzollernowie uzyskali możliwość skonsolidowania swych zdobyczy oraz zdołali zdecydowanie wyprzedzić swych rywali. Jeszcze przed śmiercią Sobieskiego Fryderyk III był gotów do założenia królestwa, Piotr I zaś - cesarstwa. Już wtedy uznano, że pomysł przeciwstawienia się w jakiś sposób tym wydarzeniom przez Polskę i Litwę jest nierealny. Turków upokorzono, a Szwecja rządzona przez Karola XI była na skraju katastrofy. Droga do rozwoju dwóch potęg - Rosji i Prus - stała otworem, a ich wzrost i współzawodnictwo miały przez następne 250 lat dominować nad życiem Europy Wschodniej. Rzeczpospolita niemal walkowerem oddała swe miejsce na arenie wydarzeń międzynarodowych.
W XVIII w. pozycja międzynarodowa Rzeczypospolitej Polski i Litwy zaczęła się pogarszać w sposób alarmujący. W wojnach Świętej Ligi (1684-99) Jan Sobieski odegrał rolę istotną, jeśli nie wręcz decydującą. Ale cena była wysoka. Aby móc toczyć tę wojnę, Rzeczpospolita musiała odrzucić związki z Francją, zrezygnować z planów odzyskania Prus i oddać Ukrainę Rosji. W r. 1686 „pokój Grzymułtowskiego” potwierdził fakt przyznania Rosji Kijowa, ziem leżących na lewym brzegu Dniepru, Czernihowa, Siewierska, Smoleńska i Krasnego Horodka - nowej bazy terytorialnej, która przekształciła dawne państwo moskiewskie w nową Rosję Piotra I. Kampania Sobieskiego przyniosła szczególne korzyści trzem sąsiadującym z Rzecząpospolitą potęgom, które w osiemdziesiąt lat później miały dokonać jej rozbioru.
W r. 1697 następca Sobieskiego, August II Sas (1697-1733), został wybrany przy współudziale Rosji - w wyniku będącej przedmiotem zażartych sporów elekcji, która podzieliła kraj na rywalizujące ze sobą obozy na cały czas jego długiego panowania, paraliżując wszelki opór wobec rozboju obcych wojsk w okresie wielkiej wojny połnocnej. Po zwycięstwie pod Połtawąw r. 1709, które umocniło supremację Moskwy, zwłaszcza Rosjanie mogli zacząć postępować w sposób całkowicie bezkarny, terroryzując konstytucyjne instytucje Rzeczypospolitej i podburzając elementy destruktywne w kraju. Jak w r. 1717 zauważył konsul francuski w Gdańsku, „Rosjanie uważają, że rządzą wszędzie tam, gdzie się przypadkiem znaleźli, udając, że wszystko, na co natrafiają, należy do nich i że mają prawo zachowywać się tak, jak im się podoba”[264].
Podczas panowania kolejnego Sasa, Augusta III (1733-63), które było niemal tak samo długie jak rządy jego ojca, bagno moralne w Polsce jeszcze bardziej się pogłębiało. Wojny, grabieże, koterie magnackie, konkurencyjna elekcja, fałszywy pretendent, upadek centralnego prawodawstwa i skarbu państwa - wszystko to złożyło się na zahamowanie reform.
W takich warunkach służba dyplomatyczna w Polsce nieuchronnie chyliła się ku upadkowi. Jako król polski, August II wysłał na przestrzeni 36 lat zaledwie 38 misji zagranicznych. Za panowania Augusta III tylko jedna z trzynastu misji skierowana była na Wschód. Król w coraz większym stopniu powierzał sprawy zagraniczne swoim saskim ministrom, nie zwracając uwagi na słabnące protesty urzędników Rzeczypospolitej. Zagraniczni posłowie rezydowali w Dreźnie, coraz rzadziej odwiedzając Warszawę. Jedyną działalnością dyplomatyczną, która zachowała cechy względnej ciągłości, była działalność hetmanów, którym w okresie wielkiej wojny północnej często pozostawiano wolną rękę i którzy później sami już sprawowali nadzór nad rozwojem stosunków z Turkami i Tatarami. Przy braku polityki centralnej, wokół każdej sprawy dotyczącej kraju tworzył się odrębny system dyplomacji. Tak na przykład Kościoły protestanckie utrzymywały własne kontakty z protestanckimi mocarstwami. Żydzi mieszkający w Rzeczypospolitej wysyłali swoje własne poselstwa za granicę. Przede wszystkim jednak własną, prywatną politykę prowadzili wielcy magnaci. W r. 1757, gdy Stanisław August Poniatowski zameldował się w Petersburgu jako ambasador Polski i Litwy, było rzeczą powszechnie wiadomą, że został mianowany po to, aby realizować plany swych krewniaków z rodziny Czartoryskich, podejmowane wspólnie z ich rosyjskimi patronami. Do czasu śmierci Augusta III w r. 1763 nie pozostało już zbyt wiele miejsca na prywatne intrygi. Pantomimy poprzednich elekcji już nie powtórzono. Poseł francuski, markiz de Paulmy, zakłopotany perypetiami okresu wojny siedmioletniej, nie mógłby rywalizować z markizem de Monti, który w pogoni za le secret du Roi przekształcił rozgrywki elekcyjne z r. 1733 w aukcję[265]. W r. 1764 bagnety Rosjan wyznaczyły granice pola elekcyjnego, kandydaci opozycji wycofali się, przez co uniknięto wszelkich niepożądanych zakłóceń.
Stanisław August powrócił do Polski ze swej rosyjskiej misji z uzyskaną od carycy nominacją na króla. Jego panowanie (1764-95) było okresem długiej, ale w ostatecznym rozrachunku daremnej walki o wydostanie się spod rosyjskiej kurateli. W r. 1766 sejm zatwierdził budżet wydatków na koszta dyplomacji, który w r. 1768 wzrósł do wysokości l miliona złotych. Polscy posłowie ponownie pojawili się w stolicach Europy. Podczas wojen okresu konfederacji barskiej szukali pomocy dla obu walczących stron. W Londynie marszałek trybunału litewskiego Tadeusz Burzyński, działając w imieniu króla, próbował namówić rząd brytyjski na podjęcie się roli mediatora. W Paryżu Michał Wielhorski zabiegał o poparcie Francji dla konfederatów, nawiązując kontakty w intelektualnych kręgach Francji z ludźmi tej miary co Mably czy Rousseau, którzy w okresie oświecenia mieli stać się głównym źródłem informacji i opinii dotyczących spraw polskich. W rezultacie tak rozproszonych zabiegów utrudniony był jakikolwiek jednolity opór przeciwko interwencji Rosji oraz pierwszemu rozbiorowi w r. 1772. Jednak w r. 1775 utworzono zaczątek Ministerstwa Spraw Zagranicznych w postaci Departamentu Interesów Cudzoziemskich, związanego z Radą Nieustającą. Jak wszystkie instytucje utworzone w tym okresie, musiał się on pogodzić z obciążeniem rosyjskiej ingerencji, był to jednak niewątpliwy krok naprzód w kierunku zdobycia niezależnej pozycji w sprawach zagranicznych. W r. 1789, po śmierci Fryderyka Wielkiego, Departament nawiązał przymierze z Prusami, które - stanowiąc uzupełnienie wewnętrznych reform konstytucyjnych z maja 1791 r. - miało spełnić rolę narzędzia wyzwolenia. Lojalność Prus wobec tego przymierza okazała się w tym wypadku słabsza niż strach przed zemstą Rosji. W latach 1793 i 1795 nastąpiły kolejne rozbiory - bez poważniejszego sprzeciwu o charakterze dyplomatycznym.
Prawdę mówiąc, na przestrzeni całego wieku rosyjscy posłowie w Warszawie nie ukrywali swej opinii, że dyplomacja jest uzupełnieniem przemocy. Niemal stale utrzymywali w Rzeczypospolitej, na jej własny koszt, rosyjskie wojska, których regularnie używali do tłumienia opozycji - zgodnie z tym, co kniaż Grigorij Dołgoruki, wieloletni poseł Piotra I w Warszawie, oświadczył hetmanowi litewskiemu, gdy ten wyraził protest przeciwko uprowadzeniom polskich obywateli: „Jeśli mój monarcha rozkaże mi uprowadzić pana, uczynię i to także”. Książę Repnin, pierwszy ambasador carycy Katarzyny w latach 1763-69, zachowywał się równie samowolnie. Zażądawszy na swoją rezydencję pałacu ochranianego przez pułk straży - podczas gdy jego odpowiednikowi w Petersburgu wypłacono sumę wystarczającą na pokrycie kosztu wynajęcia jednego pokoju - przez dziesięć lat z cyniczną brutalnością dyktował Polsce jej politykę. Zarządzona przez niego deportacja biskupa krakowskiego oraz innych dygnitarzy, którzy narazili się Rosji, była jedynie najpowszechniej znanym spośród jego licznych samowolnych posunięć[266]. Baron Stackelberg, który rządził w Warszawie w latach 1772-90, był tylko odrobinę mniej bezwzględny; był on następcą Caspara von Saldema - jedynego, który ośmielił się zaprotestować przeciwko polityce carycy. Otrzymawszy od Saldema prośbę o przyjęcie jego dymisji jako protestu przeciwko pierwszemu rozbiorowi, Katarzyna stwierdziła, że ambasador „zwariował”. W styczniu 1794 r. baron Sievers, któremu powierzono trudne zadanie sprawowania kontroli nad Warszawą po wojnie zakończonej drugim rozbiorem, został zwolniony natychmiast - za to, że pozwolił polskim oficerom publicznie nosić wojskowe dystynkcje. Podobne incydenty - godne odnotowania ze względu na małostkowość przyczyn i gwałtowność reakcji - wypełniają rejestry posunięć Rosji w Rzeczypospolitej na przestrzeni stulecia, dostarczając licznych dowodów na poparcie twierdzenia, że warunki na jakich Rosja zamierzała tolerować niezależność Polski, od samego początku były jedynie kwestią fałszywych pozorów.
Na przestrzeni dwóch wieków istnienia Rzeczypospolitej bierny charakter prowadzonej przez nią polityki zagranicznej stawał się coraz wyraźniej widoczny. W odróżnieniu od swoich sąsiadów, nie miała żadnych aspiracji terytorialnych, nie służyła żadnej dynastii i nie wyznawała żadnej ideologii - ani religijnej, ani politycznej. Podczas gdy Rosja bezlitośnie realizowała swe dążenia do „gromadzenia ziem”, podczas gdy Prusy ponosiły trudy dla większej chwały Hohenzollernów, a Austria dźwigała na swych barkach ciężar chrześcijaństwa, Rzeczpospolita nie mogła się poszczycić niczym poza dobrobytem własnych obywateli. W świecie wojujących i militarystycznych państw nowożytnych była anachronizmem. Powstała przypadkiem w r. 1569; otrzymała rozległe terytoria, które już wtedy przekraczały jej potrzeby, oraz zachowawczy ustrój, pomyślany tak, aby można było zachować istniejący ład. Żaden z polskich królów nie mógł mieć nadziei na realizację żadnych zagranicznych ambicji, ale 100 tysięcy szlachty pytało go o przyczyny. Toteż od samego początku zasadą podstawową była zasada samoobrony. Pod koniec XVIII w. nawet to stało się czymś w rodzaju straconej nadziei.
„Najjaśniejsza Rzeczpospolita” Polski i Litwy została ostatecznie unicestwiona w r. 1795; zaledwie w parę lat później Napoleon unicestwił jej imienniczkę, Rzeczpospolitą Wenecji. Co więcej - jako że Polskę i Wenecję łączyły także inne cechy wspólne, na przykład tradycja rządów demokratycznych czy obawa przed nowożytnymi militarystycznymi mocarstwami - wydaj e się rzeczą stosowną złożyć hołd pamięci pierwszej z nich, cytując nekrolog napisany dla drugiej:
And what if she had seen those glories fade,
Those titles vanish, and that strength decay:
Yet shall some tribute of regret be paid
When her long life hath reached its finał day.
Men are we, and must grieve when even the shade
Of that which once was great is pass'd away[267].
W siedem tygodni po śmierci Zygmunta Augusta nastąpiło we Francji jedno z najbardziej krwawych wydarzeń XVI w. 24 sierpnia 1572 r., w wigilię dnia św. Bartłomieja, dwadzieścia tysięcy hugenotów zostało z zimną krwią wymordowanych przez katolickich rojalistów. W owej chwili wydawało się, że te dwa wydarzenia nie mają ze sobą żadnego związku. Ale nim minął rok, jeden ze sprawców masakry został wybrany na tron polski jako następca ostatniego z Jagiellonów. Henri de Valois, książę Andegawenii, trzeci syn Henryka II i Katarzyny Medycejskiej, brat i spadkobierca Karola IX, były szwagier Marii, królowej Szkocji, generał porucznik armii francuskiej, liczył sobie zaledwie dwadzieścia dwa lata[268].
Henryk opuścił Francję i udał się w podróż do Polski 3 grudnia 1573 r. W towarzystwie 1200 szlachciców przekroczył w Metzu granicę cesarstwa i wyruszył dalej przez Saarburg, Moguncję i Frankfurt nad Menem. Boże Narodzenie spędził w opactwie w Fuldzie, a Nowy Rok - w Torgau w Saksonii. 24 stycznia przekroczył Odrę we Frankfurcie, a w dziesięć dni później - granicę Polski w miejscowości Międzyrzecz w pobliżu Poznania. Podczas kolejnych długich zimowych etapów tej podróży zabawiał go swymi wierszami nadworny poeta Philippe Desportes, sekretarz zaś, Guy du Faur de Pibrac, czytał mu fragmenty Polityki Arystotelesa. 18 lutego 1574 r., po ponad trzech miesiącach podróży, stanął u bram Krakowa.
W Paryżu wyjazd Henryka stał się powodem niemałej radości. Hugenoci niewątpliwie odczuli ulgę, dowiadując się, że opuszcza ich zwycięzca spod Jarnac. Rojalistom i katolikom miło było widzieć, jak rozszerzają się ich wpływy. 21 sierpnia 1573 trzynastu posłów Rzeczypospolitej Polski i Litwy, z biskupem poznańskim Adamem Konarskim na czele, zostało przyjętych w Pałacu Sprawiedliwości przez króla i królową, w obecności Katarzyny Medycejskiej i pary królewskiej z Nawarry. Dekret elekcyjny, podpisany przez 107 senatorów i opatrzony 121 pieczęciami, został odczytany na głos i złożony na ołtarzu w Sainte-Chapelle, podczas gdy Henryk uroczyście przysiągł przestrzegać konstytucji Rzeczypospolitej. Gości przyjęto na bankiecie w Luwrze. Osobiste zwycięstwo Henryka dzieliła cała Francja. Wydawało się, że wróg narodu, panujący dom Habsburgów, został wreszcie przechytrzony. Połączona z Polską Francja mogła okiełznać ambicje cesarstwa. Karol IX powiedział bratu na odjezdnym: “Nous tenons les deux bouts de la courroie”[269].
W Krakowie przyjazdu Henryka oczekiwano z niecierpliwością i wielką nadzieją. W czasie półtorarocznego interregnum osiągnięto bardzo wiele. Pod przewodnictwem Jana Zamoyskiego sejm konwokacyjny z powodzeniem zakończył debatę konstytucyjną, która ciągnęła się aż od czasu podpisania unii lubelskiej. Bez sprzeciwów uzgodniono szczegóły procedury elekcyjnej i paktów konwentów. 28 stycznia 1573 r., w konfederacji warszawskiej, sejm postanowił zachować wolność sumienia i tolerancję religijną jako podstawową zasadę życia publicznego. Sama elekcja odbyła się w maju, wyjątkowo szybko i zgodnie. Po raz pierwszy miała ona miejsce na polu elekcyjnym na Woli pod Warszawą, przy czynnym udziale 40 tysięcy szlacheckich elektorów i bez żadnych poważniejszych zakłóceń. Krasomówcze obietnice posła francuskiego, biskupa Walencji Jeana de Monluc, od samego początku zapewniły Walezemu przewagę. Zwolenników konkurencyjnych kandydatur - arcyksięcia Ernesta austriackiego i Jana III Wazy, króla szwedzkiego - przekonano, aby ustąpili. Na znak pojednania, Henryk Walezy został 11 maja 1573 r. nominowany przez prymasa Jakuba Uchańskiego na króla Polski, 16 maja zaś nominację tę ogłosił Jan Firlej, jego główny przeciwnik, protestant, marszałek wielki koronny i wojewoda krakowski.
Atmosfera zgody była jednak złudna. Kłopoty zaczęły się już podczas uroczystości koronacyjnych 21 lutego. Król przyjął komunię i złożył przysięgę, gdy Firlej, demonstracyjnie nie zdejmując nakrycia głowy, zbliżył się do ołtarza. Nie zadowoliło go tradycyjne sformułowanie przysięgi i zażądał odrębnego zaprzysiężenia postanowień konfederacji warszawskiej. Oświadczył: “Jurabis aut non regnabis” (Przysięgniesz albo nie będziesz rządzić). Nie miał zamiaru stwarzać warunków dla polskiej nocy św. Bartłomieja. Henryk odpowiedział ostrożnie:
„Conservare curabo” (Dołożę starań, aby jej przestrzegać). Biskup kujawski wykrzyknął: „Salvis iuribus nostris” (Z zachowaniem praw naszych), Henryk zaś zawtórował mu, mówiąc: „Salvis iuribus vestris” (Prawa wasze zostały uratowane). Był to moment pełen napięcia.
W dwa dni później popełniono morderstwo. Klan Zborowskich należał do najbardziej zagorzałych stronników ugrupowania francuskiego. Spośród pięciu braci Andrzej był katolikiem, natomiast Jan, kasztelan gnieźnieński, Piotr, Krzysztof i Samuel - kalwinami. Wspólnie dźwigali na barkach wielki ciężar. Odnosili wszelkie możliwe sukcesy i nie mieli zamiaru pozwolić, aby ktoś pokrzyżował ich plany. Podczas turnieju rozgrywanego z okazji koronacji Henryka najmłodszy brat, Samuel, wjechał na arenę i rzucił rękawicę, której nie podjął żaden wystarczająco ważny przeciwnik. Wyzwanie rzucił mu zwykły żołnierz pozostający w służbie Tęczyńskich, co Zborowski uznał za śmiertelną obrazę, wszczął awanturę: pod bramą zamku na Wawelu, na oczach króla, próbował zaatakować samego Tęczyńskiego i uderzył czekanem dworzanina, który próbował ich rozdzielić. Zaatakowany - Andrzej Wapowski, kasztelan przemyski - zmarł. Za morderstwo popełnione w okresie trwania sesji sejmu groziła kara śmierci. Wdowa po Wapowskim przyniosła ciało męża i złożyła je pod oknem komnaty króla. Jej krewni kipieli chęcią zemsty. Zborowscy błagali o wyrozumiałość. Henryk zdecydował się na kompromis. Jego pierwszy wyrok w sądzie polskim skazywał Samuela Zborowskiego na wieczne wygnanie. Nie przypadł do gustu nikomu. Był zbyt surowy zdaniem Zborowskich, a zbyt łagodny zdaniem ogółu szlachty. Dał początek serii potyczek i wendet, które miały trwać przez kilkadziesiąt lat.
Sejm nie dał się ujarzmić. Podczas pierwszego posiedzenia z udziałem króla senatorzy ofiarowali mu bogate podarki - wielbłądy i tatarskich niewolników. Ale wkrótce potem zaczęły się kłótnie. Podczas jednej z sesji któryś z jej uczestników zawołał, przekrzykując zgiełk: „Gore!” Osiągnąwszy zamierzony efekt, wyjaśnił, że wołając na alarm, miał na myśli nie tyle salę obrad senatu, co całą Rzeczpospolitą, która zbyt długo pozostaje bez króla i bez prawa. Henryk zagroził, że rozpocznie strajk głodowy, jeśli nie dojdzie do zgody. Opozycja nadal nalegała na bardziej oczywiste gwarancje przestrzegania postanowień konfederacji warszawskiej.
Polityka zagraniczna nie stwarzała okazji do łatwych sukcesów. Francuzi mieli nadzieję na stworzenie wielkiej koalicji przeciwko Habsburgom, której filarami na wschodzie miały się stać Polska i Turcja. Przed wyjazdem z Francji Henryk uczestniczył w konferencji w Bramont w Lotaryngii, gdzie poważnie rozważano tego rodzaju propozycje. W rzeczywistości jednak nieustające zamieszanie na wschodnich kresach Rzeczypospolitej, potyczki z Moskwą w Inflantach i z Tatarami - a przy tej okazji także z Turkami - w związku ze sporami o feudalne zwierzchnictwo w Mołdawii, uniemożliwiały w początkowym okresie wszelką koordynację działań. Pozostawał także problem Anny Jagiellonki. Wśród licznych obietnic złożonych w Paryżu lub podczas elekcji było również przyrzeczenie, że Henryk poślubi siostrę zmarłego króla, ostatnią z rodu Jagiellonów. Podczas ich pierwszego spotkania, w dniu przyjazdu Walezego do Krakowa, król zachowywał się uprzejmie. Podstarzałej starej pannie odzianej w popielaty diagonal żywiej zabiło serce na myśl o krzepkim Francuzie, młodszym od niej o dwadzieścia sześć lat, który miał zostać jej mężem. Zasadziła dworki do haftowania burbońskich lilijek na wszystkich swoich sukniach. W rzeczywistości jednak Henryk nie miał w stosunku do niej uczciwych zamiarów. Wobec braku nadziei na potomstwo małżeństwo było z gruntu nieodpowiednie dla dziedzica rodu Valois i namiętność Henryka skierowała się w zupełnie inną stronę. Niepokój króla wzrastał i składało się na to wiele powodów. Jeśli wierzyć Zamoyskiemu, rozczarowało go ubóstwo polskiej wsi - drewniane chaty i szare pola, które deszczową wiosną ukazywały mu się od swej najgorszej strony. Nie podobało mu się włoskie wyposażenie komnat zamku królewskiego i zarządził kompletne przemeblowanie. Nudziły go nie kończące się debaty prowadzone po polsku i łacinie, których nie był w stanie zrozumieć, oraz raził kłótliwy sposób bycia senatorów i posłów. Oburzały go pijackie obyczaje na dworze polskim i - jeśli wierzyć Desportes'owi - przygnębiała przymusowa rozłąka z piękną Marie de Cleves:
De pleurs en pleurs, de complaints en complaints,
Je passę, helas, mes languissantes nuits
Sans m'alleger d'un seul de ces ennuis
Dont łoing de vous ma vie est si constrainte.
Belle princesse, ardeur de mon courage,
Mon cher desir, ma peine et mon tourment
Que mon destin, las! trop soudainement
Par votre absence a change de visage (...)[270].
Zaczął zażywać pigułki i mikstury, mnożyły się jego dyplomatyczne nieobecności na dworze i długie weekendy w domu myśliwskim w Niepołomicach. Najbardziej zaś niepokoiły go alarmujące wieści o chorobie brata. Podczas negocjacji, jakie toczyły się wokół elekcji Henryka, nigdy nie brano poważnie pod uwagę możliwości objęcia przez niego tronu Francji. Jego brat, Karol IX, miał wówczas zaledwie dwadzieścia cztery lata; był człowiekiem o wielkiej energii fizycznej i młodym małżonkiem, przed którym otwierała się perspektywa ojcostwa, które zapewniłoby mu dziedzica. Tymczasem już w miesiąc po koronacji Henryka było wiadomo, że Karol jest poważnie chory. Pod koniec marca dwie spośród wybitnych osobistości ze świty francuskiej w Krakowie - marszałek de Retz i książę Nevers - pod różnymi pretekstami powróciły do Francji. Chevemy, przywódca obozu katolickiego w Paryżu, napisał list z wiadomością, że w wypadku śmierci Karola obowiązkiem Henryka będzie bezzwłoczny powrót do Francji w celu zapewnienia katolickiej sukcesji i udaremnienia zakusów popleczników jego młodszego brata, zwolennika reformacji, Franciszka d'Alencon. Karol IX zmarł 30 maja 1574 r. Wieść dotarła na Wawel do jego następcy dokładnie w dwa tygodnie później, o godzinie 11 rano, z ust cesarskiego posła. W południe potwierdził ją posłaniec Katarzyny Medycejskiej. Sądząc z zewnętrznych pozorów, Henryk nie był zdecydowany co do tego, jakie powinien przedsięwziąć kroki. 15 czerwca spotkał się z członkami senatu i w długiej łacińskiej mowie zwrócił się do nich o radę. Do matki do Paryża wysłał listy regencyjne. 18 czerwca bawił się i żartował ze swymi polskimi dworzanami. Odrzuciwszy zaproszenie do odwiedzenia Anny Jagiellonki, wcześnie udał się na spoczynek. Nie było w tym nic niezwykłego. Przy drzwiach wiodących do jego komnat stał strażnik. Tęczyński był pod ręką, aby z ramienia senatu obserwować przebieg wydarzeń. Tymczasem w tajemnicy przed wszystkimi, z wyjątkiem garstki francuskich doradców, król szykował się do wyjazdu. Bez wątpienia obawiając się, że jawny wyjazd mógłby spowodować zwłokę - albo ze strony Polaków, albo też ze strony władz cesarstwa, przez którego terytorium musiał przejeżdżać - szykował się do potajemnej ucieczki. Była sobota wieczorem. Bramy zamku były zamknięte i zaryglowane. Król przebrał się w nie wpadający w oko strój do konnej jazdy i wymknął się ze swej komnaty wychodzącymi na tylne schody drzwiami, ukrytymi pod gobelinem na jednej ze ścian. Dwaj paziowie, stojący na straży przy zasłonach jego łoża, nie zauważyli jego wyjścia. Jeden ze wspólników zdobył klucz od bramy pod pretekstem romantycznej nocnej eskapady i przedstawił swego zakutanego w płaszcz towarzysza jako „kapitana Lamotte”. Wyszli z miasta przez żydowską dzielnicę Kazimierz i przedostali się na drugi brzeg Wisły do starej porzuconej kaplicy, gdzie czekały na nich konie. Do nadejścia świtu przebyli trzydzieści kilometrów dzielących ich od miejscowości Zator i popędzili ku granicy. Wiedzieli jednak, że są ścigani. Wychodząc z zamku, „kapitan Lamotte” miał nieszczęście natknąć się na wracającego z miasta szefa zamkowej kuchni. Nie padło ani jedno słowo, ale zrodziły się podejrzenia. Zaalarmowano Tęczyńskiego. Po wielu krzykach i zamieszaniu przeszukano komnaty króla i odkryto jego nieobecność. W chwili, gdy Tęczyński wyruszył w pościg z 200 jeźdźcami i oddziałem tatarskich łuczników, król miał trzy godziny przewagi. Ale Tęczyński jechał przez swoje własne dobra i z każdym kilometrem nadrabiał stratę. Wybierając krótszą, położoną bardziej na pomoc drogę, przez Liszki i Babice, dotarł do Oświęcimia na czas, aby zaalarmować starostę. Tymczasem król pędził przez łąki ku mostowi granicznemu w Harmężu i był widoczny jak na dłoni. Gdy przekraczał stary rozlatujący się most, ostatnim widokiem, jaki dane mu było zobaczyć w Polsce, był widok starosty oświęcimskiego, który dzielnie płynął w jego stronę, na cały głos krzycząc ze środka rzeki: „Serenissima Maiestas, curfugis?” (Najjaśniejszy Panie, dlaczego uciekasz?). Henryk Walezy wyjechał z Polski do Francji 19 czerwca, po 118 dniach panowania. Najwyraźniej miał zamiar utrzymać oba trony. W mieście Pszczyna, gdzie pościg dogonił go i zatrzymał, zapewniał Tęczyńskiego o swych dobrych zamiarach:
Comte, mon ami, en prenent ce que Dieu me donnę par succession je ne quitte pas ce qu'il m'a acquis par election. Quand j'aurai fait ce que j'espere, je vous reverrai, car, Dieu Merci,j'ai les apaules assez fortes pour soutenir 1'une et 1'autre couronne[271].
W rzeczywistości jednak w tym momencie rozeszły się ich drogi. Tęczyński powrócił do Krakowa. Henryk podążył dalej, na Morawy. Owego pierwszego dnia przebył bez odpoczynku ponad 100 kilometrów. Ale na tym skończył się jego pośpiech. W Wiedniu zabawił trzy dni u cesarza Maksymiliana II. W Wenecji zatrzymał się dłużej, aby Tintoretto mógł namalować jego portret i aby móc obejrzeć wystawę w Arsenale, gdzie na jego cześć rozpoczęto budowę galery, którą ukończono jeszcze tego samego dnia przed zachodem słońca. W Ferrarze odwiedził księcia d'Este, w Mediolanie - świątobliwego Carlo Borromeo, kardynała i arcybiskupa, w Turynie zaś - swoją ciotkę, Małgorzatę, księżnę Sabaudii. Dopiero pod koniec sierpnia przekroczył w oszklonej lektyce przełęcz Mont Cenis. 5 września spotkał się z matką w Bourgoin w pobliżu Lyonu. To właśnie podczas tej podróży Desportes miał ułożyć ów pełen goryczy wiersz, który tak dokładnie oddaje rozczarowanie Francuza całą jego polską przygodą:
Adieux Pologne, adieux plaines desertes,
Toujours de neige et de glaces couvertes (...)
Barbare peuple, arrogant et volage,
Vanteur, caseur, n'ayant rien que language,
Qui jour et nuit dans un poisle enfermé
Pour tout plaisir se joue avec un verre,
Ronfle a la table et s'endort sur la terre,
Puis comme un Mars veut estre renommé.
Ce ne sont pas vos grand lances creusees,
Vos peaux de loups, vos armes deguisees,
Ou maint plumage et maint aile s'estend,
Vos bras chamus, ny vos traints redoubtables,
Lourds Polonais, qui vous font indomptagles:
La pauvreté seulement vous defend (...)[272].
Od początku do końca, cały francuski eksperyment w Polsce trwał niecałe dwa lata. Z perspektywy czasu łatwo jest wskazać przyczyny, dla których nie sprawdziła się kandydatura Walezego. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób nie wypróbowanym, republikańskim ustrojem Rzeczypospolitej Polski i Litwy mógł sprawnie pokierować młody książę, którego skromne doświadczenia ograniczały się do życia na dworze o orientacji absolutystycznej i do udziału w sekciarskich wojnach. Trudno uwierzyć, że nieskończenie przebiegła Katarzyna Medycejska mogła na serio oczekiwać, że jej syn przeszczepi francuskie interesy i plany na grunt odległego, dumnego i skłonnego do kłótni kraju. A jednak obie strony gorąco życzyły sobie takiego układu, który przyniósłby im wzajemne korzyści. Nierealne marzenia i piękne słówka najpierw przyniosły zwycięstwo, a potem otworzyły drogę do szybkiego rozczarowania. Trzeba jednak pamiętać, że negocjacje podjęte w 1573 r. miały w założeniu dotyczyć czterdzieste- lub pięćdziesięcioletniego okresu panowania, a ich celem było założenie nowej dynastii Valois. Nikt nie mógł przewidzieć przedwczesnej śmierci Karola IX - ciosu, który położył gwałtowny kres podjętemu eksperymentowi. Henryk nigdy nie poniechał roszczeń do tronu polskiego. Tytuł króla polskiego zachował w swej tytulaturze aż do końca życia. Ale nigdy nie próbował odnowić przymierza z Polską i nigdy do niej nie powrócił. Nie przysporzył też większej korzyści Francji. Wojny religijne toczyły się nadal pośród coraz większego przelewu krwi i coraz liczniejszych intryg. Wiecznie otoczonemu mignons, czyli „ślicznymi młodzieńcami”, królowi prosty lud nadał przydomek „Nowego Heroda”, matka zaś - Le Roi de Rien - „władcy niczego”. Zamordowawszy swych głównych katolickich rywali - księcia Henryka i kardynała Ludwika de Guise - sam poniósł śmierć z ręki mordercy: 2 sierpnia 1589 r. w Saint Cloud zasztyletował go dominikanin, Jacques Clement. Do tego czasu Rzeczpospolita Polski i Litwy zdążyła już przeżyć jedno z najwspanialszych dziesięcioleci swych dziejów i znów zmagała się ze skutkami elekcji królewskiej - nie mniej nieszczęśliwej niż elekcja z r. 1573.
Podczas gdy w przypadku Henryka Walezego panowanie, które okazało się katastrofą, poprzedziła wręcz wzorcowa elekcja, wstąpienie na tron króla, który odniósł największe sukcesy, poprzedzone było niezwykle chaotycznym okresem interregnum.
Zamieszanie spowodowane ucieczką Henryka stworzyło idealne warunki do różnych posunięć politycznych - zarówno w kraju, jak i za granicą. Trwało przez blisko dwa lata. Najpierw pozbawiona głowy Rzeczpospolita nie umiała podjąć żadnej decyzji w sprawie nieobecnego monarchy. Na zjeździe senatorów, który odbył się w sierpniu 1574 r., Henrykowi dano dziewięć miesięcy czasu na powrót do Polski. Gdy wyznaczony czas minął, w maju 1575 r., podczas zjazdu w ogromnej drewnianej rotundzie na brzegu Wisły, w miejscowości Stężyca, zebrana szlachta oficjalnie uznała tron polski za opróżniony. Przy obu okazjach zaznaczył się ostry rozłam między senatorami a posłami szlacheckimi. W Stężycy Litwini, w pełnym rynsztunku i kolczugach, zakwestionowali legalność przebiegu obrad, podczas gdy artyleria królewska brała na cel prywatną armię sprowadzoną przez wojewodę sieradzkiego, Wojciecha Łaskiego. Tymczasem szereg osób zgłaszało swoje kandydatury do tronu - bez względu na to, czy został on już oficjalnie uznany za opróżniony, czy nie. Sejm elekcyjny, który ostatecznie zebrał się w Warszawie w listopadzie 1575 r., przypominał pole bitwy. Więcej było Kozaków niż głosujących, a każdy z elektorów miał ze sobą arkebuz, czekan lub lancę. Znalazło się co najmniej sześciu lub siedmiu poważnych kandydatów i dwa razy tyle protektorów, gotowych rzucać zarówno słowami, jak i dukatami. Był więc Alfons II d'Este, książę Ferrary, którego popierał - wbrew jego woli - ni mniej, ni więcej tylko doktor Solomon Askenazy, żydowski lekarz z Konstantynopola[273]. Zaanonsował go poeta Guarini, wychwalając miłość swego pana „do narodu polskiego”. Był też Iwan Groźny, którego wojska szerzyły akurat spustoszenie we wschodnich prowincjach kraju. Podczas poprzedniej elekcji Iwan sugerował, że chętnie objąłby rządy na Litwie, a gdyby go o to poproszono, także i w Polsce; obiecywał też, że pomnoży swobody obu krajów, w zamian za co chciałby, aby Inflanty i Ukraina zostały oddane Moskwie. „Dobrze jest powiększać swoje państwo”, oświadczył, „zamiast je zmniejszać”. Kandydował też powtórnie arcyksiążę Ernest i Jan, król szwedzki, i jeszcze jeden Habsburg - arcyksiążę Ferdynand. Był wreszcie Stefan Batory, książę siedmiogrodzki. Po wielu niesłychanych krętactwach - nuncjusz papieski proponował na przykład, że nada Iwanowi tytuł „cesarza Konstantynopola”, jeśli ten wycofa się, ustępując miejsca Ernestowi, a zbzikowany stary prymas Jakub Uchański sugerował, aby Iwan, Jan Waza i cesarz rządzili jednocześnie - wyłoniły się dwa główne stronnictwa: Habsburgów i księcia siedmiogrodzkiego.
W odróżnieniu od większości pozostałych kandydatów, Stefan Batory doskonale nadawał się do swojej roli[274]. Na początku nie zabiegał o wybór dla siebie, ale przedstawiono mu całą konstelację odmiennych interesów tych, których wspólnym celem było wyeliminowanie Habsburgów. Podczas sejmu elekcyjnego jego poseł, antytrynitarz Jerzy Blandrata, ograniczył się do złożenia obietnicy osobistego sprawowania rządów i zapewnień o „obronie chrześcijaństwa”. 42-letni Batory był zahartowanym w bojach weteranem. Urodził się w Somlyó jako najmłodszy syn wojewody siedmiogrodzkiego, poplecznika Jana Zapolyi. Otrzymał znakomite wykształcenie; podróżował po Europie Zachodniej, studiował w Padwie i przez pewien czas pozostawał w służbie na dworze w Wiedniu. Przez piętnaście lat uczestniczył jako naczelny dowódca w długich walkach swej ojczystej prowincji o niepodległość. W r. 1562 został ranny podczas oblężenia Hadadu; przez trzy lata - od r. 1565 do 1568 - był więziony w Pradze. W r. 1571, po traktacie z Austrią zawartym w Spirze, został wybrany księciem Siedmiogrodu. Był gorliwym katolikiem, choć karierę zrobił, walcząc przeciwko najbardziej katolickiemu z cesarzy. Rządził państwem, w którym wszystkie cztery religie cieszyły się autonomią. Nie było mu obce ani działanie przemocą, ani rządy oparte na porozumieniu i zgodzie[275].
Nadzór nad dalszym przebiegiem kariery Batorego w Polsce wziął w swoje ręce Zamoyski, który - we współpracy z Tęczyńskim i innymi dawnymi zwolennikami Walezego oraz z arianinem Mikołajem Sienickim, trybunem drobnej szlachty - zdecydował się przyspieszyć bieg wydarzeń. Stan Rzeczypospolitej był krytyczny. Sejm elekcyjny marudził przy akompaniamencie wewnętrznych tarć i ataków z zewnątrz. W Gdańsku wybuchł bunt. Rosjanie byli w Inflantach. Tatarzy rozpoczęli największy najazd w dziejach Polski. Jesienią 1575 r. chan krymski, Dewlet Girej, poprowadził na Ruś swą stutysięczną ordę. Gdy wracał, liczbę tę podwajały ogromne zastępy jeńców. W niewolę dostało się 35 340 samej tylko szlachty. Nie czas było zastanawiać się nad prawnymi subtelnościami. Mimo że prymas przy poparciu senatu ogłosił zwycięstwo cesarza Maksymiliana II w elekcji, grupa szlachty zebranej w dniu 15 grudnia na rynku Starego Miasta w Warszawie postanowiła oddać koronę Batoremu. Warunkiem było, aby nowy król pojął za żonę Annę Jagiellonkę. Batory nie zwlekał. Oświadczył, że będzie nosił koronę polską, nawet gdyby mu przyszło mieć ją na głowie zaledwie przez trzy dni. Uzyskał pomoc od sułtana tureckiego, który w celu zniechęcenia kandydatów z domu Habsburgów zarządził przemarsz swojej armii przez terytorium cesarstwa. Sam zaś pospiesznie przeszedł Karpaty i wkroczył do Krakowa 23 marca 1576 r. - dokładnie,w tym samym dniu, w którym cesarz ostatecznie postanowił uczynić to samo. Wjechał na tureckim rumaku, a w wysoki futrzany kołpak wetknął czaple pióro. Towarzyszyło mu 500 siedmiogrodzkich rycerzy, z lamparcimi skórami zarzuconymi na złociste zbroje, oraz oddział złożony z 1000 zahartowanych w bojach hajduków. Powitało go 8000 polskiej szlachty, zwołanej przez Tęczyńskiego. l maja nowy król poślubił Jagiellonkę i - wbrew wszelkim regułom - został ukoronowany przez biskupa Karnkowskiego. Po tym akcie zakończył się wszelki opór. Zamoyski otrzymał w nagrodę pieczęć podkanclerzego wielkiego koronnego i w ten sposób rozpoczęła się jego słynna w dziejach współpraca z królem. Rzeczpospolita miała zostać do czysta wymieciona nową miotłą - a miał to uczynić człowiek energiczny, zdecydowany i o wielkich ambicjach.
Osobowość Batorego opisał dokładnie Reinhold Heidenstein (1553-1620), Niemiec z Nadrenii, który pracował w kancelarii królewskiej i mógł dzięki temu z bliska obserwować króla. Pisma Heidensteina, Rerum polonicarum (...) libri duodecim oraz De bello moscovitico (1584), są podstawowym źródłem informacji o polityce i wojnach tego okresu. Otwarcie podziwiał króla:
Natura wyposażyła króla Stefana we wszystkie przymioty ciała i duszy: rzekłbyś, chciała stworzyć w nim wzór rzadkiej na tym świecie doskonałości. W postawie, w twarzy, w mowie był uosobieniem majestatu; a jednocześnie miał w sobie jakąś dziewiczą delikatność i prostotę oraz tak wielką ludzkość, że przy całej swej godności królewskiej i powadze majestatycznej, jaką zachowywał wobec wszystkich, wdawał się z nawiedzającymi go w najpoufalsze rozmowy, a bojaźliwszych sam niejednokrotnie ku sobie ośmielał. Toteż nie wiedzieć, czy się go ludzie więcej bali czy kochali. Katolikiem był wielce gorliwym, o czym świadczy choćby jego testament, w którym zwracając się w obliczu śmierci do synowca swego, Zygmunta, księcia siedmiogrodzkiego, zaleca mu w najgorętszych słowach opiekę nad religią katolicką i nad kolegium jezuickim, które był dla nawracania arian siedmiogrodzkich do życia powołał. Nie sprzeniewierzał się jednak swemu poglądowi, że wszelkich sekciarzy należy raczej tolerować, polecając ich Bogu i czasowi, niż prześladować. Wiedzę posiadał olbrzymią, a zawdzięczał ją po części praktycznemu obznąjomieniu się ze sprawami Węgrów, Turków, Niemców i Włochów, nade wszystko jednak - czytaniu historyków; najulubieńszym jego historykiem był Cezar, z którym się też nigdy nie rozstawał. Wymowny był bardzo (ze wszystkimi rozmawiał po łacinie), a każde słowo jego taką miało powagę, że uchodziło niemal za wyrocznię. Gdy wiedział, że ma prawo i słuszność za sobą, tam nigdy nie ustępował. Wielki miłośnik prawdy, jak sam nigdy się z nianie mijał, tak innym łatwo wierzył. W oczach niektórych uchodził za człowieka nadto skłonnego do gniewu i okrucieństwa (...); lecz ja twierdzę, że nie było chyba człowieka, który by tak łatwo odpuszczał krzywdy i tak szybko zapominał o nich; długo za to pamiętał wyświadczone sobie dobrodziejstwa, nawet najmniejszą usługę, i niejednokrotnie obsypywał dobrodziejstwami tych, którzy już dawno zapomnieli, że mu się kiedyś przysłużyli, i bynajmniej nagrody nie oczekiwali. O pomnożenie majątku wielce dbały, uchodził zwykle za zbyt oszczędnego; jakoż był oszczędny, ale kiedy było potrzeba, umiał być nie tylko szczodrym, lecz i wspaniałym (...)
Na sejmie toruńskim (1576) posłowie ziemscy, i to ci, którzy rej wśród szlachty wodzili, zamęczali króla Stefana, by zdał sprawę ze wszystkich swych czynności (...) Król (...) zapłonął gniewem. I niechaj mi wolno będzie przytoczyć słowa, które mu się wówczas z ust wyrwały, jako przykład właściwej mu wymowy: „Nie w chlewie, lecz wolnym człowiekiem jam się urodził (...) Wolność swoją kocham i będę jej strzegł. Z woli bożej wyście mnie królem swym obrali, na wasze prośby i nalegania tu przybyłem, wyście mi koronę na skronie włożyli, jestem więc królem waszym, ale nie glinianym ani malowanym {nonfictus neque pictus); chcę królować i nie ścierpię, by mi ktokolwiek grał na nosie! Bądźcie sobie stróżami swej wolności: na to zgoda; ale nie pozwolę, byście byli moimi i moich senatorów pedagogami; strzeżcie sobie swej wolności, ale od swawoli - wara!”[276]
Najpierw został przywołany do porządku Gdańsk. Odrzuciwszy w r. 1570 rady komisji, którą powołano dla uregulowania stosunków między Rzecząpospolitą a jej jakże ważnym miastem, Gdańsk opowiedział się za kandydatem Habsburgów. We wrześniu 1576 r. Batory ogłosił blokadę handlową miasta i przesunięcie całego handlu polskiego do Elbląga. Gdy opór nie ustawał, a opactwo w Oliwie zostało spalone przez powstańców, postanowiono wziąć miasto siłą. 17 kwietnia 1577 r. armia Zborowskiego zaatakowana przez gdańszczan, którymi dowodził Hans Winkelbruch z Kolonii, położyła trupem nad Jeziorem Lubiszewskim prawie dwa razy tyle żołnierzy, ile liczyły jej własne szeregi. Nie zdołała jednak wziąć miasta szturmem ani też zdobyć „Latarni” - fortecy, która strzegła wejścia do portu. Na mocy traktatu zawartego w Malborku Batory zawiesił wykonanie Statutów Karnkowskiego w zamian za wysoką kontrybucję i przywrócił miasto do łask; zgodził się też na dalsze negocjacje. Nową umowę zawarto ostatecznie w 1585 r.[277]
Z kolei Batory rozpoczął reformę sądownictwa. Widząc, że od pięciu lat prace wyższych sądów królewskich pozostają w zawieszeniu, zniósł prerogatywy króla w zakresie apelacji w sprawach cywilnych i kryminalnych. Polecił natomiast Zamoyskiemu, wyniesionemu obecnie do godności kanclerza wielkiego koronnego, utworzenie systemu, na podstawie którego szlachta mogłaby sprawować bezpośrednią kontrolę nad sądownictwem. Instytucja trybunału koronnego utworzonego w r. 1578 oraz analogicznego trybunału litewskiego założonego w r. 1581 rozwiewała wszelkie możliwe obawy zagrożenia królewską tyranią oraz zapewniała współpracę sejmu i szlachty w realizacji co pilniejszych zamierzeń króla[278].
Zreformowana została także królewska armia. W r. 1578 sejm wyraził zgodę na utworzenie piechoty wybranieckiej - wojska rekrutowanego spośród chłopów z dóbr królewskich, w stosunku jeden żołnierz na każde dwadzieścia gospodarstw rolnych. Każdy żołnierz wystawiony przez jedną z dwudziestu rodzin miał być wyposażony i utrzymywany przez pozostałe dziewiętnaście. Piechota wybraniecka była uzbrojona w muszkiety. Jednocześnie zaś dawną jazdę kopijniczą stopniowo wypierała skrzydlata husaria - jedna z legendarnych formacji pól bitewnych Europy nadchodzącego stulecia[279].
Po armii przyszła kolej na Kozaków zaporoskich. Osiedli oni na najdalszych kresach obszarów objętych władzą centralną i skutecznie przeciwstawiali się wszelkim dotychczasowym próbom podporządkowywania ich tej władzy. Żyli, podobnie jak Tatarzy, z łupów i grabieży. W okresach, w których nie pustoszyli obszarów Polski i Litwy, dewastowali tereny sąsiadów Rzeczypospolitej. A jednak w r. 1578 zwrócili się do Batorego, zgłaszając gotowość służenia mu i posłuszeństwa; oferta ta została skwapliwie przyjęta. Założono rejestr kozackich ochotników, którzy, w zamian za złożenie przysięgi posłuszeństwa, mieli otrzymywać roczne wynagrodzenie w wysokości równej rocznemu żołdowi husarów. Mieli służyć pod swoim własnym atamanem, który z kolei miał otrzymywać rozkazy od królewskiego starosty w Czerkasach. Nie było tajemnicą, że oczekuje się po nich, iż wykorzystają swe talenty przeciwko Moskwie. Dla tych, którzy woleli nadal działać na własną rękę, nie było łaski. W 1584 r. Batory nie czekał na zgodę senatu i w obecności posła sułtana kazał zgładzić trzydziestu Zaporożców, którzy bez zezwolenia wtargnęli na teren Turcji[280].
Magnatów także przywołano do porządku. Chociaż nadal trwały lokalne walki w poszczególnych prowincjach, król nie tolerował zamieszek na szerszą skalę. W tym też celu zezwolił kanclerzowi na wykorzystanie sprawy Samuela Zborowskiego jako przykładnej lekcji. Zborowski został przez Henryka Walezego skazany na banicję i schronił się w Siedmiogrodzie, gdzie występował jako stronnik Batorego. Ale to go nie uratowało, gdy zlekceważywszy sobie pobłażliwość króla w sprawie nielegalnego powrotu do kraju, wszczął kłótnię ze swymi sąsiadami. W 1584 r. został schwytany przez Zamoyskiego i bezzwłocznie stracony. W ten sam sposób Batory zarządził egzekucję we Lwowie niejakiego Iwana Podkowy, który uznał za stosowne zorganizować prywatną ekspedycję na Wołoszczyznę, Litwina Ościka, który odważył się prowadzić zdradzieckie konszachty z Moskwą, oraz jednego z kasztelanów oskarżonego o przestępstwa kryminalne. Hojnie natomiast wynagradzał swych lojalnych stronników. Zamoyski piastował dwa najwyższe urzędy w Koronie, łącząc je z pięcioma czy sześcioma starostwami; na Litwie rodzinie Radziwiłłów nadano wszystkie najwyższe godności urzędników państwowych - zarówno świeckie, jak i kościelne. Przyjaciołom króla żyło się dobrze, jego wrogowie zaś trzęśli się ze strachu.
Batory wykazywał dużą zręczność w sprawach finansowych. W chwili jego wstąpienia na tron zarówno skarb królewski, jak i publiczny były w opłakanym stanie. Mennica zaprzestała bicia monet. Na przestrzeni dziesięciolecia wzrosły niemal wszystkie dochody królewskie, dochód ogólny zaś prawie się podwoił:
Biorąc pod uwagę, że w Rzeczypospolitej byli magnaci, którzy ze swych majątków czerpali dochód przekraczający milion złotych rocznie i którzy dawali swoim córkom 100 000 złotych posagu, dochody królewskie były niezwykle skromne. Zachowywano je jednak dzięki surowości sądów i rozważnemu zarządzaniu. W uzupełnieniu podatku zwanego kwartą i regularnie przeznaczanego na utrzymanie stałej armii, w okresie panowania Batorego z dochodów królewskich wypłacono na koszta obronności kraju ogółem 577 679 złotych[281].
Równym staraniem otoczono skarb publiczny. Uchwalane przez sejm podatki gruntowe były niezmiernie trudne do wyegzekwowania. Przed uchwaleniem kontrybucji szlachta nieustannie domagała się od magnatów egzekucji dóbr koronnych, a sejmiki nie miały nic przeciwko ignorowaniu głosowań sejmu. Mimo to Batory zawziął się, aby wycisnąć jak najwięcej krwi ze szlacheckiego kamienia. W 1577 r. zapewnił sobie dochód z podatku gruntowego na dwa lata z góry, w zamian za obniżenie opłat z 20 na 15 groszy od łanu. Dochód publiczny wyniósł w tym roku mniej więcej trzy razy więcej niż dochód królewski.
Prawdziwym problemem było zbilansowanie wydatków z dochodami. Biorąc pod uwagę fakt, że utrzymanie armii złożonej z 20 000 zaciężnych kosztowało l ,3 miliona złotych rocznie, a więc dwa razy więcej, niż wynosił dochód państwowy, mogłoby się wydawać, że nie mogły wchodzić w grę żadne kampanie wojskowe na większą skalę. A jednak Batory zdołał przerzucić most nad tą przepaścią - częściowo dzięki specjalnym funduszom, częściowo zaś sprzedając ustępstwa polityczne za żywą gotówkę. Już w pierwszym roku swego panowania uzyskał od Gdańska sumę 200 000 dukatów, a także 20 000 dukatów od brandenburskich Hohenzollernów, w zamian za zgodę na przyznanie im kurateli nad umysłowo chorym księciem pruskim Albrechtem Fryderykiem. Od duchowieństwa wydębił „dobrowolną opłatę” w wysokości 33 000 złotych, od konsorcjum książąt niemieckich zaś wyciągnął okrągłą sumę 150 000 złotych na 5%[282]. Jak zwykle wszystko opierało się na zaufaniu. Władca, który cieszył się zaufaniem poddanych, był w stanie zmobilizować niesłychane środki. Gdy do funduszy wniesionych przez króla i państwo dodano sumy pochodzące od szlachty i magnatów, Batoremu udało się na krótko dokonać rzeczy niemożliwej: Rzeczpospolitą pozbawioną budżetu i zaledwie zdolną do własnej obrony przekształcił w mocarstwo.
Głównym przedmiotem troski króla był wschodni sąsiad Rzeczypospolitej - Wielkie Księstwo Moskiewskie - oraz jego wielki książę Iwan, zwany Groźnym. Moskwa nie była zwyczajnym państwem, a Iwan nie był normalnym sąsiadem. Nie chodziło już tylko o to, że przez całe stulecia trwał konflikt Moskwy z Litwą w sprawie Smoleńska, ani też o to, że w czasie ostatniego interregnum Iwan ponownie wszczął wojnę w Inflantach. Nie miał też zbytniego znaczenia fakt, że okrucieństwo i ambicje Moskali nie miały sobie równych w owej epoce okrucieństwa i ambicji. Troski Batorego koncentrowały się wokół demonicznych cech Moskwy, która na oczach wszystkich pożerała nie tylko ziemie swoich sąsiadów, ale także niszczyła najlepszych obywateli i najcenniejsze tradycje samej Rosji. To dzięki tym cechom Iwan wysuwał roszczenia do ziem i tytułów w Rosji wykraczające daleko poza wszystko, co zarówno on sam, jak i jego przodkowie i jego odległe księstwo kiedykolwiek posiadali. „Gromadzenie ziem rosyjskich” przez ten „trzeci Rzym” znajdowało w Europie Wschodniej akurat takie samo uzasadnienie, jakie w Europie Zachodniej mogłyby znaleźć roszczenia jakiegoś irlandzkiego księcia, który zechciałby zgromadzić celtyckie ziemie Francji, Hiszpanii i Brytanii pod egidą Dublina, lub jakiegoś księcia frankońskiego, który nagle zapragnąłby odbudować cesarstwo Franków Karola Wielkiego. Całkowicie nie skażona jakimikolwiek wpływami odrodzenia czy reformacji, Moskwa Iwana żyła według swego własnego patologicznego systemu wartości, w swoim własnym zamkniętym świecie. Ale czterdzieści lat nieokiełznanego barbarzyństwa nie wywołało reakcji, jaka gdzie indziej byłaby rzeczą oczywistą. Co więcej, Iwan cieszył się niejakim prestiżem w oczach tych, których jego rządy nie dotykały bezpośrednio. Królowej Elżbiecie łatwo było popierać umowy handlowe dotyczące tras wokół Przylądka Północnego; w dalekim Wiedniu cesarzowi łatwo było reżyserować dyplomatyczne alianse. Ale dla Polski i Litwy sytuacja przedstawiała się inaczej . Opór wobec Moskwy był w owym czasie jednocześnie kwestią zasad i sprawą przeżycia. Kiedy podczas elekcji Stefan Batory obiecywał działać „w obronie chrześcijaństwa”, nie nawoływał do krucjaty przeciwko Turkom, których kulturę podziwiał i których zwierzchność nad Siedmiogrodem od dawna uznawał. Nawoływał do wojny przeciwko Moskwie[283].
Wojna trwała przez siedem sezonów, w latach 1577-82. Z początku Rzeczpospolita nie była w stanie zareagować na agresję Iwana, która ją rozpoczęła. Ale w r. 1577 hetman litewski Mikołaj Radziwiłł Rudy zdobył Dyneburg, w r. 1578 zaś polska kawaleria podczas nocnej szarży wzięła szturmem Wenden. W r. 1579 Batory postanowił przenieść działania wojenne na terytorium wroga. Armia złożona z 22 000 rycerzy, otrzymująca aprowizację na co najmniej 100 000 żołnierzy - Polacy, Litwini, Prusacy i Węgrzy - zdobyli w oblężeniu Połock. Na południu książę Ostrogski wdarł się głęboko na Polesie. W następnym roku Batory uderzył na północy na Wielkie Łuki, wbijając klin pomiędzy Moskwę i Inflanty. Zamoyski przez trzy tygodnie przedzierał się przez dziewicze lasy, nim wreszcie zniszczył tę fortecę minami i armatnimi pociskami. Budowniczowie węgierscy wybudowali solidną drogę, prowadzącą z powrotem aż do Połocka. W 1581 r. kampania ponownie przesunęła się na północ, w kierunku ruin Nowogrodu. Sejm przegłosował podatki w wysokości ponad 2 milionów złotych na przestrzeni dwóch lat, pod warunkiem, że wojna zostanie zakończona. Należało osiągnąć jakieś konkretne wyniki, zanim skończą się pieniądze. Batory zwerbował dobrze wyszkolonych obcych najemników. Miał kilka pułków niemieckich i szkockich oraz pewną liczbę włoskich, francuskich i hiszpańskich oficerów. Iwan skarżył się, że Batory „pociągnął przeciw niemu całą Italię”. Główną przeszkodą był otoczony murami obronnymi Psków. Mury miały ponad l0 kilometrów długości, a zamkniętego w ich obrębie miasta broniło 7000 kawalerii i 50 000 piechoty dowodzonej przez księcia Iwana Piotrowicza Szujskiego. Oblężenie rozpoczęto w sierpniu. W tym czasie Radziwiłł odważył się podejść pod rezydencję cara w Starycy nad górną Wołgą, a polskie oddziały dotarły aż nad jezioro Ładogę. Do tego czasu Moskwa straciła już w wojnie około 300 000 żołnierzy. W rękach polskich znajdowało się około 40 000 jeńców. Inflanty były odcięte od wschodu, a Szwedzi, zdobywszy Narwę, zbliżali się od północy, l grudnia Iwan poprosił o rozejm.
W środku działań wojennych nieoczekiwanego znaczenia nabrał aspekt religijny: Iwan wysłał swego posła do papieża. Skarżył się, że jedności chrześcijan zagrażają działania „tureckiego pachołka”. Rzym zareagował. Pomny swych odwiecznych planów osiągnięcia jedności między wiarą katolicką i prawosławną, przypieczętowanych wprawdzie w 1439 r., lecz nigdy nie wprowadzonych w życie, wysłał jezuickiego dyplomatę Antoniego Possevino (Possewin), aby ten wybadał, jakie da się osiągnąć ustępstwa. W 1581 r. Possevino spotkał się w Wilnie z Batorym, a następnie udał się w dalszą drogę do Moskwy. Iwan dał wyraz swemu zainteresowaniu dla gładko wygolonej twarzy posła oraz stwierdził, że papież ma szczęście, ponieważ podróżuje noszony w lektyce. Odmówił dyskusji na tematy religijne. Plan zjednoczenia chrześcijan nie przybliżył się ku realizacji[284].
Oblężenie Pskowa rozrosło się do rozmiarów legendy. Wojska na zewnątrz murów liczyły około 170 000 rycerzy i czeladzi. W miarę przybliżania się surowej rosyjskiej zimy oblegający wybudowali całe miasto złożone z drewnianych budynków - łącznie z ulicami i rynkiem. Wewnątrz murów miejscowemu kowalowi imieniem Dorofej ukazała się Przenajświętsza Maryja Panna, która poinstruowała go, gdzie należy ustawić armaty, i zapewniła, że miasto nie padnie. Gdzieś indziej anonimowy kronikarz na użytek przyszłych pokoleń tak opisywał przebieg wydarzeń:
Oblężenie Pskowa rozpoczęło się w roku 1581, w miesiącu sierpniu, a dnia osiemnastego, w dzień świętych męczenników Froła i Laurentego. I wtedy Litwini zaczęli przechodzić przez rzekę i zjawiać się naprzeciw miasta ze swoimi pułkami (...) Sam król podszedł pod Psków. W tym samym sierpniu dnia 26, w dzień świętych męczenników Adriana i Natalii, człowiek ten, król litewski, podciągnął bliżej ze swymi wielkimi wojskami, jak dzik wychodzący z puszczy (...)[285].
We właściwym czasie „wielce dumny król litewski Stiepan” pozostawił dowództwo „bardziej dumnemu i o złem sercu kanclerzowi - Polakowi” Zamoyskiemu. Rozejm w Jamie Zapolskim podpisano w obecności Possevina 15 stycznia 1582 r., w czasie gdy oblężenie jeszcze trwało. Moskwa oddawała Polsce całe Inflanty z Połockiem, Wieliż i Uświat. Pod Pskowem okrutna zima sprawiała, że kawalerzyści zamarzali w siodłach, ale Zamoyski nie ruszył się z miejsca, dopóki nie przybyli wysłannicy cara, przywożąc mu klucze do bram inflanckich zamków. 4 lutego wyruszył na Dorpat, skąd po dwudziestu czterech latach okupacji oddalił rosyjską załogę. W oczach kronikarza z Pskowa wyglądało to na akt łaski Boga:
I tak, dzięki wielkiej a niewypowiedzianej łasce Przenajświętszej Trójcy, tych, co pośród całej rodziny Chrystusowej wspierają nas i wspomagają, oraz najświętszych mocy niebieskich; dzięki modłom i orędownictwu wielkich cudotwórców i cudotwórcy Nikołąja, znanego przez sprawione cuda, któremu święte widzenie trzykrotnie ukazało o wschodzie słońca obraz Trójcy Przenajświętszej; dzięki założycielom i obrońcom chronionego przez Boga miasta Psków; dzięki tym, którzy w Chrystusie Prawdziwej Wiary władają całą rosyjską ziemią; dzięki prawosławnemu Carowi i Wielkiemu Księciu szlachetnego urodzenia; dzięki modłom prawdziwie wierzącej i Boga miłującej Wielkiej Księżny Olgi, ochrzczonej przez Helenę; jej świątobliwego wnuka, prawdziwie wierzącego Wielkiego Księcia Gabriela Wsiewołoda, naszego wielebnego ojca Efrozyna, cudotwórców Pskowa oraz wszystkich świętych; naszego Pana, Cara, prawdziwie wierzącego Wielkiego Księcia Iwana Wasiliewicza, ukochanego od Chrystusa, który całą Rosję ma w swej władzy; zaprawdę, dzięki wszelkim cudom, jakie Bóg uczynił, miasto Boga ze wszystkimi jego mieszkańcami zostało uratowane od króla litewskiego oraz od jego armii. Potem zaś, dnia czwartego miesiąca lutego, polski hetman i pan Kanclerz odstąpił od Pskowa wraz z całą swą świtą i odszedł na ziemie litewskie. W mieście Pskowie otwarto bramy. Ja zaś, opowiedziawszy tę historię ze wszystkimi szczegółami, doprowadziłem swe dzieło do końca[286].
Tak to Rosjanie święcili poważną klęskę.
Triumf Batorego wkrótce przyblakł. Policzywszy się z Moskwą, zaczął marzyć o wielkich przymierzach na skalę europejską. W r. 1583 pokusił się o próbę pozyskania cara dla sprawy wspólnej krucjaty przeciwko Krymowi. W 1584 r. myślał o ekspedycji przeciwko Konstantynopolowi, a później - po śmierci Iwana - o federacji Polski, Litwy, Węgier i Moskwy. Na sejmie projekt ten nie wywarł oczekiwanego wrażenia. Ostatnia sesja w r. 1585 została zerwana pośród nie kończących się sporów dotyczących sprawy Zborowskiego; nie uchwalono żadnych podatków. Król popadł w głęboką depresję. 15 maja 1585 r. w Niepołomicach, gdzie schronił się, unikając towarzystwa żony i dworzan, napisał testament, w którym ganił Polaków za ich niewdzięczność, a wszelką hojność zachowywał dla ojczystego Siedmiogrodu. Trwał w tym nastroju przez ponad rok, po czym zmarł nagle w Grodnie 12 grudnia 1586 r., nie zdążywszy odbyć spowiedzi. Obawiano się, że został otruty.
Wizerunek Batorego nie był zatem obrazem bez skazy. Wspominano go głównie jako pogromcę Iwana Groźnego, ale pod koniec odzywały się również głosy oskarżające go o tyranię. Jego sukces był przede wszystkim sukcesem osobistym. Dzięki sile charakteru narzucił Rzeczypospolitej swoją wolę i wprawił w ruch skrzypiącą maszynerię rządu. Ale niewiele z jego osiągnięć miało okazać się trwałymi zdobyczami. Zanim dokonano długo odwlekanej autopsji i pochowano ciało króla w wytwornym grobie w Krakowie, Rzeczpospolita zaczęła się z powrotem pogrążać w takie samo grzęzawisko chaosu, w jakim tkwiła, gdy rozpoczynał on swoje panowanie.
Szwecję, leżącą po drugiej stronie Bałtyku, naprzeciwko Rzeczypospolitej Polski i Litwy, łączyło z południowym sąsiadem szereg istotnych podobieństw. Była państwem dwojga narodów, a Szwecję i Finlandię łączyła najpierw unia personalna, później zaś unia konstytucyjna. Hegemonię w społeczeństwie sprawowała potężna klasa złożona z szlacheckich rodów, których rozległe majątki stanowiły silną bazę zarówno gospodarczą, jak i polityczną. Monarchia była tam stosunkowo słaba i w okresie średniowiecza stanowiła przedmiot licznych sojuszów dynastycznych oraz eksperymentów ustrojowych. Unia kalmarska z Danią i Norwegią zakończyła się w r. 1523, gdy Gustaw Erikson I z dynastii Wazów ustanowił monarchię wyłącznie szwedzką. Poczynając od tego czasu, sytuacja była nieustabilizowna, a szlachecki parlament dysponował bardzo silnymi sankcjami w sprawach elekcji i podejmowania uchwał, przeciwdziałając wzrostowi władzy królewskiej. Protestantyzm rozwijał się szybko, zwłaszcza wśród szlachty, a Kościół narodowy powstał - podobnie jak w Anglii - z inicjatywy króla. W latach siedemdziesiątych XVI w. Kościół katolicki pracował nad swym odrodzeniem. Podobnie jak w Rzeczypospolitej, jezuici mieli wielkie nadzieje na zahamowanie ekspansji protestantyzmu na połnocy. Gdy w 1580 r. Possevino został mianowany delegatem papieskim w Polsce i Moskwie, miał za sobą trzyletni pobyt w Sztokholmie, gdzie stał na czele Missio Suetica.
Z drugiej jednak strony nie brak było poważnych powodów do potencjalnego konfliktu. Stosunki między Polską i Szwecją były na tyle bliskie, aby zrodzić współzawodnictwo i rywalizację. Rozkład sił na Bałtyku szybko się zmieniał. Szwecja wkraczała w epokę dynamicznej ekspansji. Wkrótce miała stworzyć jedna z wielkich armii historii; już posiadała flotę złożoną ze stu okrętów wojennych. Nadchodził czas jej aspiracji do pozycji Dominium Maris Baltici - okres polityki, która miała przemienić Bałtyk w szwedzkie jezioro. Natomiast Polska i Litwa przybierały pozycję z gruntu bierną, zajmując się wyłącznie swoim aktualnym stanem posiadania. Rzeczpospolita miała w swych rękach najbogatszy port bałtycki - Gdańsk, oraz długi odcinek południowego wybrzeża, który musiałby służyć jako baza dla wszelkich posunięć Szwecji dotyczących kontynentu europejskiego. Implikacje strategiczne były oczywiste. Protestanccy Hohenzollernowie w księstwie pruskim mogli wykorzystać swoje kluczowe położenie dla podważenia suwerenności Polski. Wielostronna wojna w Inflantach, która prowokowała wystąpienia licznych lokalnych frakcji przeciwko swym opiekunom - Danii, Polsce, Rosji i Szwecji - nieuchronnie prowadziła do zbrojnych starć, w których mieli swój udział zarówno Szwedzi, jak i Polacy. Nie bez znaczenia były także spory religijne. W 1585 r. mieszczanie Rygi, rozgniewani polską władzą w ogóle, a wprowadzeniem katolickiego kalendarza gregoriańskiego w szczególności, zbuntowali się i zwrócili do króla szwedzkiego z prośbą o opiekę. Napięcie rosło w miarę pogarszania się sytuacji katolicyzmu w Szwecji i jej poprawy w Polsce i na Litwie. Najbardziej palące stawały się jednak problemy szwedzkiego domu panującego Wazów, który od 1562 r. łączyły bliskie powiązania z polskim domem Jagiellonów.
W domu panującym Wazów brak było wewnętrznej jedności. Działaniem każdego z czterech synów Gustawa I kierowała całkowicie odmienna osobowość oraz rady wzajemnie ze sobą skłóconych stronników. Eryk XIV był maniakiem o morderczych zapędach; w r. 1568 został usunięty z tronu, a wreszcie otruty. Książę fiński Jan był uczonym i teologiem. Karol, książę sudermański i władca Sztokholmu, był orędownikiem protestanckiej szlachty. Magnus, książę Wschodniej Gotlandii, został zamordowany wraz z Brykiem. Książę fiński, który został obrany królem na miejsce Eryka i który w r. 1569 rozpoczął panowanie jako Jan III, został wkrótce przeciągnięty na stronę partii katolickiej. Jego małżonka, siostra Zygmunta Augusta Katarzyna Jagiellonka, była żarliwą katoliczką. Jej posag składał się z majątku matki, Bony Sforzy - zamrożonego wprawdzie w Neapolu, lecz - jak miano nadzieję - możliwego do odzyskania dzięki użyciu wpływów katolickich na papieża i króla Hiszpanii. Z rozkazu Eryka pierwsze cztery lata swego małżeństwa spędziła wraz z mężem w lochach w Gripsholm, gdzie w r. 1566 urodził się ich syn, Sigismund. Wywarła znaczny wpływ na wydarzenia w dziedzinie religii. W r. 1567 Jan III wprowadził z jej inicjatywy nową liturgię ekumeniczną, która łączyła elementy potrydenckiego katolicyzmu ze szwedzkim luteranizmem; w r. 1578 Possevino przyjął go w tajemnicy w poczet wyznawców religii katolickiej. Wobec delikatnej, a zarazem trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, nie dziwi fakt, że starał się umocnić swą pozycję, wykorzystując powiązania z Polską. Nie powiodło mu się w dwóch elekcjach - w latach 1573 i 1575 - natomiast za trzecim razem, w r. 1587, udało mu się doprowadzić do zwycięstwa jego syna i spadkobiercy, Sigismunda. Chociaż potomkowie Jana III Wazy mieli utracić władzę nad Szwecją, utrzymali oni tron Polski i Litwy przez następne 81 lat. Po Zygmuncie III panowali kolejno jego dwaj synowie: Władysław IV (1632-48) i Jan Kazimierz (1648-68)[287]. Elekcja, która odbyła się w r. 1587, łączyła w sobie najgorsze elementy dwóch poprzednich: zakończyła się podwójnym wyborem oraz przyniosła zwycięstwo kandydatowi, którego bardziej obchodziła własna ojczyzna niż interesy Rzeczypospolitej. Doprowadziła do nieustannych starć: wojen domowych - najpierw w Polsce, a później w Szwecji - oraz ponawianych i przeciągających się wojen między obydwoma państwami[288]. Kandydaturę Sigismunda popierało w Polsce tak zwane „czarne koło” nazwane tak od barwy żałobnych strojów, jakie nosili po śmierci Batorego. Na czele tego obozu stali Zamoyski oraz biskup Karnkowski, będący w tym czasie prymasem; ich celem było za wszelką cenę ponownie doprowadzić do wyeliminowania kandydatów ze strony Habsburgów. Ale dwór Habsburgów był ufny we własne siły. Miał za sobą błogosławieństwo papieża i złoto posła hiszpańskiego, Guillena de San Clemente; stawiał na arcyksięcia Maksymiliana, brata cesarza Rudolfa II. Gdy sejm elekcyjny został zerwany wśród ogólnego zamętu, Habsburgowie chwycili za broń. Ale Zamoyski był na to przygotowany. Odepchnąwszy Austriaków od bram Krakowa, pognał do Gdańska, aby pod eskortą dowieźć ogłupiałego Sigismunda na koronację - odbyła się ona 27 grudnia i Sigismund objął tron polski jako Zygmunt III. W roku następnym, rozbiwszy wojska arcyksięcia w bitwie pod Byczyną, Zamoyski wziął Maksymiliana do niewoli i uwolnił go dopiero po uzyskaniu z Wiednia zapewnienia o rezygnacji z wszelkich pretensji do polskiego tronu. Z praktycznego punktu widzenia kampania Zamoyskiego zakończyła się pełnym sukcesem. Wkrótce miał zacząć tego żałować.
Zygmunt III padł ofiarą splotu okoliczności, na które nie miał żadnego wpływu. Jako Szwed z urodzenia i wnuk wielkiego Gustawa Eriksona, miał oczywiście na względzie przede wszystkim swoje szwedzkie dziedzictwo. Jako zagorzały katolik i wychowanek polskich jezuitów rozumiał, że Polska może odegrać istotną rolę w odzyskaniu Europy Północnej dla Rzymu. Jako posłuszny syn swej nieżyjącej już matki, Jagiellonki, posłuchał próśb ciotki, wdowy po Batorym, królowej Anny, która błagała go, aby z myślą o niej objął tron Polski. Wszystkie te interesy okazały się zupełnie nie do pogodzenia. Jeszcze w Szwecji, przed wyjazdem do Gdańska, Zygmunt musiał podpisać Statuty kalmarskie, które zapewniały Kościołowi protestanckiemu i parlamentowi zabezpieczenie przed wszelkimi zmianami, jakie mogłyby nastąpić w wyniku unii personalnej. Po przyjeździe do Polski - mimo głośnych protestów wyrażanych podczas uroczystości w opactwie oliwskim - został zmuszony do zaprzysiężenia paktów konwentów oraz warunków konfederacji warszawskiej. W czasie obrad sejmu koronacyjnego z gniewem słuchał, jak szlachta wprowadza nową definicję lese-majeste, która otwarcie dopuszcza wszystkie formy słownej obrazy. Od tego czasu mógł być - i bywał - obrażany bezkarnie. Szczególnie zaś nie podobał mu się ton Zamoyskiego, który nazwał go „naszym niemym diablęciem importowanym ze Szwecji”. Wydawało się, że motywacją wystąpień Zamoyskiego przeciwko Habsburgom oraz inspiracją jego planów zmierzających do jeszcze większego ograniczenia władzy królewskiej stawały się w coraz większym stopniu jego własne prywatne interesy. W r. 1588 Zygmunt musiał podpisać na Litwie trzeci Statut litewski, który wprawdzie pozostawał w bezpośredniej sprzeczności z unią lubelską, lecz stanowił konieczną cenę akceptacji nowego króla przez magnaterię Wielkiego Księstwa. W tej sytuacji nie wydaje się chyba rzeczą zbyt dziwną jego myśl o natychmiastowej abdykacji. W 1589 r. próbował ubić interes z Wiedniem, starając się odsprzedać koronę polską arcyksięciu Ernestowi za sumę 400 000 złotych. W Rewlu spotkał się z ojcem i poinformował go o swym zamiarze rychłego powrotu do Szwecji. Ale nie mógł uciec. Szlachta szwedzka nie ukrywała, że świetnie sobie bez niego poradzi - zwłaszcza gdy pojął za żonę arcyksiężniczkę habsburską, Annę. Kiedy w r. 1592 zmarł Jan III, Zygmunta czekały w Szwecji takie same upokorzenia, jakich już wcześniej doświadczył w Polsce.
Spór o sukcesję szwedzką wywołał dziesięcioletni kryzys. Gdy Zygmunt przybył do Sztokholmu w asyście jezuitów i spowiedników oraz w towarzystwie nuncjusza papieskiego Germanica Malaspiny, zorientował się, że opozycja zdołała go uprzedzić. Synod biskupów Kościoła szwedzkiego z góry już zadecydował o przyjęciu wyznania augsburskiego i katechizmu luterańskiego oraz postanowił wykląć kalwinizm i zwinglianizm jako herezję. Nie było miejsca dla katolickiego prozelity. Już podczas koronacji, której dokonał w katedrze w Uppsali protestancki biskup z Strangnas, miały miejsce sceny przywołujące na myśl przykre doświadczenia Henryka Walezego sprzed dwudziestu lat. Stryj Zygmunta, książę Karol, przerwał ceremonię, wysuwając żądanie, aby podczas składania przysięgi król trzymał wszystkie trzy palce sztywno wyprostowane. Nie zgodził się też uklęknąć koło nowego władcy i na znak buntu rzucił mu pod nogi swoją książęcą koronę. Po pięciu miesiącach bezowocnych sporów i po wielu zatargach między polską i siedmiogrodzką strażą a szwedzkim pospólstwem, Zygmunt zbiegł, pozostawiając księcia Karola i arystokratyczną Radę w charakterze regentów[289]. Przybył do Krakowa, gdzie udało mu się powstrzymać działania w kierunku zorganizowania nowej elekcji. Wydawało się, że musi przegrać - bez względu na to, w którą stronę się zwróci. W 1598 r. wraz z armią powrócił do Szwecji, ale i tym razem niczego nie osiągnął. Przy pierwszym starciu - pod Stangebro - powstrzymał swe zwycięskie oddziały od rozlewu braterskiej krwi. Podczas drugiego - pod Linköping - jego kawaleria odmówiła szarży. Opuścił Szwecję na zawsze. W 1599 r. został oficjalnie usunięty z tronu. Książę Karol stopniowo wyeliminował tych spośród szlachty, którzy pozostali lojalni wobec prawowitego króla, i w r. 1604 - przy pomocy parlamentu - zdołał doprowadzić do własnej elekcji. Jako Karol IX stał się w ten sposób założycielem protestanckiej linii Wazów, która wywarła tak wielkie wpływy na życie polityczne siedemnastowiecznej Europy. Ta długa walka doprowadziła do nieuchronnej alienacji wielu spośród polskich poddanych Zygmunta. Bez względu na to, jakie działania polityczne podejmował w kolejnych okresach swego panowania, nieodmiennie uważano go za władcę, który bardziej troszczył się o Szwecję niż o Polskę. (Patrz Mapa 17).
Mapa 17. Królestwo Wazów (ok. 1600)
W gruncie rzeczy zarówno Zygmunt, jak i jego synowie okazali się kompetentnymi władcami. Nie pozwolono im na wprowadzenie innowacji. Ale nie byli też ani fanatykami, ani ukrytymi despotami. Popełniali oczywiście błędy. Lecz większość niepokojów, jakie wstrząsały Rzecząpospolitą w okresie ich panowania, można przypisać raczej skostniałemu systemowi, którego arterie w coraz bardziej widoczny sposób usztywniała skleroza, niż niekompetentnemu przywództwu. Co więcej, na przestrzeni kilku dziesięcioleci poprzedzających fatalne w skutkach powstanie Chmielnickiego z 1648 r., w czasie, gdy resztą Europy Środkowej wstrząsały wszelkiego rodzaju katastrofy, Rzeczpospolita Polski i Litwy osiągnęła największe w swych dziejach rozmiary terytorialne i cieszyła się takim dobrobytem i bezpieczeństwem, jakie już nigdy nie miały się powtórzyć.
W sprawach religijnych na ogół unikano tak modnej gdzie indziej przesady. Podobnie jak Batory, Zygmunt III był gorliwym katolikiem i zwolennikiem kontrreformacji. Jan Kazimierz sam nawet wstąpił na pewien czas do zakonu jezuitów i został kardynałem. Katolików faworyzowano na dworze i przy rozdziale urzędów państwowych. Liczne rzesze szlachty powróciły na łono wiary katolickiej. Skarga narzucił główny ton - entuzjazmu, ale nie przymusu. Kwitły sekty wszystkich odcieni, choć w szczegółowych uchwałach sejmu z lat trzydziestych daje się dostrzec nutę nietolerancji. Kalwini, luteranie i Żydzi zachowali swoje przywileje. Wraz z unią brzeską w r. 1596 rozpoczął się okres tarć w łonie społeczności prawosławnej, opanowanych - jeśli nie zakończonych - na mocy kompromisu z r. 1632.
W dziedzinie stosunków społecznych, wielkie fortuny magnackie doszły do szczytu swego rozwoju. Zamoyski, który rozpoczynał karierę jako trybun demokracji szlacheckiej, zdobył sobie pozycję poddanego bardzo potężnego, a zarazem bardzo niewygodnego. Na Litwie równie potężny był Radziwiłł. Potęgę magnatów utrwaliła fala „ordynacji”, które rozpoczęły się w 1589 r. Podobny model powielano we wszystkich niemal prowincjach Rzeczypospolitej. Po śmierci Zamoyskiego w 1605 r. i po rokoszu Zebrzydowskiego z lat 1606-09, do którego podżegały intrygi kanclerza wielkiego koronnego, na scenie politycznej w kraju zapanował spokój. Ale patronat magnacki w coraz większym stopniu zdobywał kontrolę nad sejmem, sejmikami i sądownictwem. Głosy niezależnej szlachty i mieszczaństwa dławiono, jęki chłopstwa - tłumiono. Prawodawstwo społeczne, które w XVI w. przeżywało okres rozkwitu, teraz praktycznie zniknęło.
Dobrobytowi gospodarczemu towarzyszyło kilka nieuleczalnych dolegliwości. Chociaż w pierwszej połowie XVII w. handel bałtycki doszedł do zenitu, podobnie jak życie miejskie i handel w ogóle, dochody rozkładały się coraz bardziej nierówno. Opływające w zbytki życie szlachty coraz ostrzej kontrastowało z nędzą chłopstwa. Zamożność pojedynczych miast - zwłaszcza Gdańska - uwypuklała wzrastający chaos w dziedzinie finansów królewskich i państwowych. Wartość pieniądza spadała z każdym upływającym rokiem. Rosła inflacja. W r. 1576 wół kosztował przeciętnie 4 złote, w 1660 r. - już 30 złotych. Dochody z podatków malały zarówno ze względu na spadek realnej wartości pieniądza, jak i na coraz mniejszą efektywność samej akcji ich ściągania. Pod koniec panowania Zygmunta III prawie połowa podatków państwowych wpływała do skarbu zbyt późno na to, aby można było zebrane sumy wydać na cele, na które były początkowo przeznaczone. W 1629 prawdziwe kłopoty wywołało zniesienie dotychczasowej metody ustalania podatku gruntowego „od łanu”. Nowa wysokość podymnego - ustalona na 15 groszy „od komina” na wsi i 1-3 złotych w mieście - obowiązywała wszystkie gospodarstwa - bez względu na rozmiary majątku i stan zamożności jego właściciela. Sumy wnoszone przez wielkich właścicieli ziemskich malały, wkłady ubogich - gwałtownie rosły. Dochody wzrosły na krótko o 60%, ale zaraz potem ponownie spadły wobec konieczności pokrywania wciąż rosnących kosztów. Na przestrzeni następnych trzydziestu lat sejm musiał podnieść wysokość podatków niemal pięćdziesięciokrotnie. Do r. 1661 podymne wzrosło z 15 groszy do 25 złotych.
Społeczność żydowska umocniła swoją pozycję w Rzeczypospolitej, osiągając taki poziom zamożności i bezpieczeństwa, jaki już nigdy w przyszłości nie miał się powtórzyć. Zasady i instytucje autonomii żydowskiej ostatecznie się ustaliły. (Patrz Rys. L).
Rys. L. Organy autonomii żydowskiej (ok. 1550-1764)
W r. 1580 trybunał w Lublinie został zastąpiony przez „sejm czterech ziem” - najwyższy organ sądowy i ustawodawczy, który miał przetrwać przez blisko 200 lat. Nieco później powstała „rada prowincji” - organ zjednoczonych społeczności żydowskich Wielkiego Księstwa. W 1592 r. Zygmunt III w całej rozciągłości potwierdził przywileje Żydów. Imigracja i przyrost naturalny zwiększyły liczbę ludności żydowskiej do około 450 tysięcy w r. 1648, czyli do 4,5% ogółu mieszkańców. Żydzi rozszerzyli swą działalność z tradycyjnych dziedzin bankowości i pożyczek na wszelkie formy handlu, rzemiosła i manufaktury. Zapewnili sobie prawo tworzenia własnych cechów, odrzucając w ten sposób monopol dotąd wyłącznie nieżydowskich organizacji. Co zaś najważniejsze, przestali jak dotychczas chować się w miastach i docierali do najdalszych zakątków wiejskich okolic kraju. Pozostając na służbie szlachty, odegrali istotną pionierską rolę w rozwoju obszarów położonych na południowym wschodzie kraju, zwłaszcza na Ukrainie. Sukces ten miał jednak swoje istotne strony ujemne. Już sam wzrost liczebności ludności żydowskiej w niektórych miejscach kraju powodował poważne przeludnienie. Nieprzerwana imigracja wywoływała ogromny protest miejscowych społeczności, które widziały w niej zagrożenie własnej tożsamości. Protest ten zresztą był równie silny ze strony samych Żydów. Jak wskazuje przykład zarządzenia gminy żydowskiej miasta Krakowa z r. 1595, starszyzna robiła wszystko, co tylko było w jej mocy, aby ograniczyć imigrację i nie dopuścić do równouprawnienia nowo przybyłych:
Kto by nie mając prawa pobytu (hazaqah) próbował osiedlić się tutaj bez pozwolenia Starszyzny i Kahału, a chciał osiąść albo w dzielnicy żydowskiej, albo w jakimkolwiek miejscu w Kazimierzu, Krakowie, Kleparzu lub Stradomiu, albo też na terenie należącym do tych miejscowości, bez względu na to, czy byłby to mężczyzna czy kobieta, wdowiec czy wdowa (bez względu na prawa, jakie mogły przysługiwać zmarłemu współmałżonkowi), będzie ekskomunikowany ze świętej społeczności Izraela, wyłączony z życia na tym świecie, a także w życiu po śmierci; dziecię jego nie zostanie obrzezane, on sam zaś nie będzie pochowany na żydowskim cmentarzu. Gdyby zaś taka osoba uparcie próbowała osiąść tu w dzielnicy żydowskiej, żaden z właścicieli domów nie odważy się jej przyjąć, pod groźbą takiej samej kary, a dodatkowo kary grzywny 30 florenów dla zarządcy i 15 florenów na Dobroczynność oraz konfiskaty domu przez gminę[290].
W prowincjach południowych i wschodnich przedsiębiorczy Żydzi zostali włączeni, co było dla nich niekorzystne, w ramy systemu arendy, czyli dzierżawy majątków ziemskich pośrednikom i zarządcom. Był to system odpowiadający interesom wielkich magnatów, mieszkających z dala od swoich majątków właścicieli ziemskich oraz zubożałej szlachty, której nie chciało się osobiście zarządzać swymi majątkami Oddając swoje sprawy w ręce dzierżawcy, właściciele mogli uzyskać pożyczkę, zapewnić sobie źródło stałego dochodu przeznaczonego na spłaty oraz odwrócić od siebie gniew chłopów. Dzierżawca natomiast przejmował nie tylko zarząd nad majątkiem w sensie gospodarczym, ale także wszystkie związane z nim feudalne prawa, powinności i jurysdykcję. Typowa umowa o dzierżawę z r. 1594 zawiera szczegółowe wyliczenie:
[Książę Piotr Zbaraski oddaje niniejszym w dzierżawę wszystkie swoje posiadłości] (...) w okolicy miasta Krzemieniec, włączając stare i nowe miasto Krzemieniec, Nowy Zbaraż i Kolseć wraz ze wszystkimi osadami należącymi do tych majątków, wraz z przedstawicielami stanu szlacheckiego, mieszczanami oraz chłopami poddanymi zamieszkującymi te miasta i wsie, (...) wszystkimi ich należnościami, powinnościami i przywilejami, wraz z arendami, karczmami, rogatkami, stawami, młynami i dochodem, jaki one przynoszą, z folwarkami, wszelkimi dziesięcinami, płaconymi przez szlachtę, mieszczan i chłopów poddanych tych okolic, oraz z wszelkimi innymi dochodami panu Mikołajowi Wransewiczowi i Efraimowi - Żydowi z Międzyboża, za sumę 9000 złotych polskich, na okres lat trzech[291].
Żydowski arendarz stawał się w ten sposób panem życia i śmierci ludności całych okręgów, a ponieważ nie łączyło go z nią nic poza krótkotrwałym i czysto finansowym interesem, nie mógł się oprzeć pokusie obdzierania swych tymczasowych poddanych do gołej skóry. W dobrach szlacheckich powierzał swym krewnym i współwyznawcom nadzór nad młynem, browarem, a zwłaszcza nad karczmami, gdzie na mocy zwyczaju chłopi mieli obowiązek pić. W dobrach kościelnych pełnił funkcję poborcy wszystkich świadczeń kościelnych i stawał przy drzwiach kościoła, zbierając dziesięciny, opłaty za chrzest niemowląt, śluby i pogrzeby. W majątkach starostów stawał się w gruncie rzeczy pośrednikiem Korony, pobierając myta, podatki i opłaty sądowe i przyozdabiając swe bezwzględne praktyki godnością królewskiego autorytetu. W 1616 r. dużo ponad połowę dóbr koronnych na Ukrainie pozostawało w rękach żydowskich arendarzy. W tym samym czasie książę Konstanty Ostrogski zatrudniał podobno ponad 4000 żydowskich pośredników. Rezultat był oczywisty: społeczność żydowska jako całość ściągała na siebie hańbę, jaka początkowo okrywała tylko jej najbardziej przedsiębiorczych członków, stając się symbolem wyzysku społecznego i gospodarczego. Ich udział w „ciemiężycielskich praktykach szlachecko-żydowskiego przymierza” stał się najważniejszym z powodów, które wywołały ów straszliwy odwet, jaki miał spaść na Żydów przy kilku okazjach w niedalekiej przyszłości - zwłaszcza w latach 1648-55 i później, w r. 1768. Tymczasem jednak w zasadzie panował spokój. Żydowska nauka osiągnęła wielką głębię. Dzieła takich „olbrzymów halachy”, jak Salomon Luria (1510-73), Mojżesz Isserles (1510-72) czy Mordechaj Jaffe, stały się inspiracją bogatej tradycji talmudycznej, kabalistycznej i popularnej literatury w języku jidysz. Wychowanie i wykształcenie Żydów osiągnęło poziom o wiele wyższy od ogólnego poziomu stanów szlacheckiego i mieszczańskiego.
Rozwój państwowości uległ zahamowaniu. Nie ukrócono skrajnie roszczeniowej postawy szlachty domagającej się coraz większych swobód. Wielki rokosz z lat 1606-09 zakończył się doprowadzeniem spraw do martwego punktu. Problem sukcesji nie został rozwiązany. Zamoyskiemu nie udało się jej ograniczyć do określonej liczby mianowanych kandydatów, nie powiodły się również żadne późniejsze próby zorganizowania elekcji vivente rege. Elekcje z lat 1632 i 1648 przeszły bez echa. Wysokie urzędy państwowe nadawano dożywotnio. Finanse pozostały nadal głównie w gestii szlachty.
Wprowadzono pewne zmiany w organizacji wojskowości. Chociaż tradycyjne użycie zmasowanej kawalerii przyniosło pewne sukcesy - zwłaszcza pod Kircholmem w r. 1605, a także później pod Kłuszynem - prestiż armii szwedzkiej doprowadził do przeprowadzenia istotnych zmian, które miały na celu zwiększenie siły ognia. W 1618 r. podwojono wysokość kwarty, aby zapewnić utrzymanie zreformowanej artylerii, którą w r. 1637 zorganizowano w ramach odrębnego korpusu z własnym generałem na czele. Armię podzielono na dwie odrębne formacje. Pierwsza, zwana „autoramentem narodowym”, obejmowała pułki husarii, Kozaków i Tatarów; rekrutowała się ona z prywatnej czeladzi i szlacheckich „towarzyszy broni”. Formacja druga, „autorament cudzoziemski”, składała się z pułków piechoty, dragonów i rajtarów; formowano ją na zasadzie dobrowolnego zaciągu „na dźwięk bębnów”, to jest rekrutacji dokonywali pułkownicy, którzy sami opłacali i ekwipowali żołnierzy. Ogólna liczba piechoty znacznie się powiększyła, a tradycyjne „regimenty w stylu węgierskim”, uzbrojone w muszkiety i halabardy, uzupełniono nowymi, liczniejszymi, pułkami „niemieckimi” złożonymi z muszkieterów i pikinierów. W okresach pokoju stała armia, złożona z gwardii królewskiej, rejestrowych Kozaków i wojska kwarcianego, liczyła około 12 000 żołnierzy. W czasie wojny liczbę tę można było bez trudu zwiększyć czterokrotnie. Wiele wysiłku włożono w budowę fortyfikacji - zwłaszcza typu włoskiego (w Zamościu) i holenderskiego (w Gdańsku, Brodach i Wiśniczu); umocnienia twierdzy Kudak nad Dnieprem budował francuski inżynier Beauplan. Wspaniale rozwijała się szkoła teorii wojskowości, skupiona wokół takich autorów jak dell'Aqua, Freytag i Siemienowicz. W osobach Stanisława Żółkiewskiego (1547-1620), od 1618 hetmana wielkiego koronnego, Jana Karola Chodkiewicza (1560-1621), od r. 1605 hetmana wielkiego litewskiego, Stanisława Koniecpolskiego (1593-1646), od r. 1618 hetmana polnego, a następnie od r. 1632 hetmana wielkiego koronnego, oraz Stefana Czarnieckiego (1599-1665) Rzeczpospolita znalazła swych najwybitniejszych dowódców[292]. Flotę królewską, która nigdy nie odegrała poważniejszej roli, zlikwidowano w 1641 r.[293]
Kozacy zaporoscy nie zostali ujarzmieni. Przeciwnie - rozmnożyli się i urośli w siłę. Mimo ustanowienia przez Batorego rejestru, nadal wypuszczali się na łupieżcze wyprawy - nie tylko na Ukrainę, ale także w głąb Bałkanów i doliny Dunaju. W r. 1589 przepłynęli łodziami Morze Czarne i dokonali spustoszenia wielu miast tureckich. W 1590 r. z inicjatywy sejmu narzucono im obowiązek przyjmowania szlacheckich dowódców z regularnej armii polskiej oraz zabroniono rekrutowania zbiegłych chłopów poddanych, czyli swawolników. W wyniku tego zarządzenia Kozacy szybko przerobili polskich oficerów na własną modłę, wskutek czego ich częste bunty nabrały nowego kolorytu dzięki przywódczym talentom i zawodowemu wykształceniu w dziedzinie wojennego rzemiosła. W latach 1591-93 ataman Kosiński, polski szlachcic z Podlasia, poprowadził oddział liczący około 5000 ludzi na majątki Ostrogskich i Wiśniowieckich na Podolu, co stało się zarzewiem zamieszek chłopskich, które rozszerzyły się, obejmując teren całej Ukrainy. W latach 1595-96 podobną akcję podjął Semen Nalewajko; został on schwytany i okrutnie stracony w Warszawie. Wydarzenia te wskazują, że uprawiana na stepach Ukrainy działalność kolonizacyjna wielkich rodów magnackich spotykała się z protestem, a ukraińscy chłopi, zwabieni na początku obietnicami „słobody” i ziemi, niełatwo przyzwyczajali się do modelu poddaństwa. Nie widać było żadnego dobrego rozwiązania. Nigdy nie udało się ostatecznie ustalić rozmiarów kozackich rejestrów. Kozacy chcieli, aby rejestry obejmowały jak największą ich liczbę. Król zaś, aby uchronić się od kłopotów z ich strony, jednocześnie zapewniając sobie ich usługi na wypadek potrzeby, dążył do zredukowania ich w rejestrach do minimum. Najazdy nie ustawały. W r. 1614 Kozacy pod wodzą atamana Sahajdacznego złupili Trebizondę i Synopę w Azji Mniejszej; zadrżał w posadach sam Stambuł. W r. 1629 szeroko opiewany Stefan Chmielecki - regimentarz wojsk polskich - urządził pod Monasterzyskami obławę na oddział 80 000 Tatarów i schwytał brata samego chana. W r. 1635 zrównano z ziemią królewską twierdzę Kudak. W latach 1637-38, gdy sejm zagroził, że „zaprzęgnie leniwych Kozaków do pługa”, chłop Pawluk i ataman Hunia postanowili pójść w ślady Kosińskiego i Nalewajki. Obu spotkał równie krwawy kres. Surowe represje przyniosły chwilowe uspokojenie, ale nie zapewniły ostatecznego rozwiązania. Propozycje, aby Kozaków włączyć w życie polityczne Rzeczypospolitej, oferując im status równy statusowi szlachty, stale napotykały w sejmie na sprzeciw. Jak to ujął jeden ze szlacheckich posłów. Kozacy są „częścią Rzeczypospolitej, (...) ale taką, jaką są włosy albo pazury w ciele ludzkim, które gdy zbytnio wyrosną, włosy głowę obciążają, pazury zaś ostro koła, przeto je trzeba obcinać”[294].
Niepokoje wśród Kozaków były objawem o wiele poważniejszej choroby całych ziem na południowym wschodzie. W okresie ich przyłączenia do Wielkiego Księstwa województwa Ukrainy leżały poza zasięgiem władzy centralnej; po r. 1569 w Koronie nadal pozostawiono je w znacznym stopniu prywatnej administracji kilku potężnych rodów - Koniecpolskich, Wiśniowieckich, Potockich, Kalinowskich, Ostrogskich. Ludności wciąż brak było poczucia pewności i bezpieczeństwa. Izolacja maleńkich oaz ludzkich osad położonych wzdłuż rzadko rozrzuconych po stepie szlaków lub skupionych wokół samotnych ośrodków miejskich czy klasztorów, nieustanne najazdy Kozaków i Tatarów, waśnie między wielkimi panami, ogromne kontrasty społeczne i gospodarcze między wielkimi właścicielami ziemskimi a zbiegłymi chłopami poddanymi czy wolnymi kolonistami, skomplikowana mieszanina etniczna Rusinów, Polaków i Wołochów i wreszcie - a nie był to bynajmniej czynnik najmniej istotny - pogłębiające się rozłamy religijne między prawosławnymi, unitami, katolikami i Żydami - wszystko to składało się na życie pełne zamętu i przemocy. Była to last frontier Europy - nie mniej prymitywna, ale i nie mniej skuteczna niż jej późniejszy odpowiednik w Ameryce Północnej. W odróżnieniu od amerykańskiego zachodu, polski wschód był wystawiony na interwencję z zewnątrz. Ludność Ukrainy zawzięcie broniła swej niezależności i protestowała przeciwko ingerencji ze strony rządu. Ale skoro aż tak upierała się przy swojej niezawisłości, unicestwiając wszelkie środki zwykłej obrony, znalazły się siły, które miały zaingerować w sposób o wiele bardziej dotkliwy. Tragiczny los Ukrainy w XVII w. stanowił pod tym względem przedsmak losu całej Rzeczypospolitej w w. XVIII[295].
Związki ze Szwecją niewątpliwie wywarły wpływ największy na politykę zagraniczną, narzucając Rzeczypospolitej kierunki, jakich w innej sytuacji mogłaby była uniknąć. Mimo swej detronizacji w r. 1599 Zygmunt III zachował prawo do tronu szwedzkiego. Roszczenia te ponawiali Wazowie aż do r. 1660. W epoce monarchicznej był to legalny pretekst do wszczęcia wojen ze Szwecją. Te zaś automatycznie odnowiły dawną rywalizację z Moskwą. Wojny z Moskwą z kolei były ściśle związane z kolejnymi kampaniami wymierzonymi przeciwko Turkom i Tatarom.
Do czasów Batorego w Inflantach rywalizowały ze sobą przede wszystkim Polska i Moskwa. Po przepędzeniu Moskali w r. 1582 rywalizacja przekształciła się w walkę między Polakami i Szwedami. Szwedzi ustalili swoje pozycje na północy prowincji, w Estonii, i - witani przychylnie przez protestanckie mieszczaństwo i niemiecką szlachtę - szybko zacieśnili chwyt. Po ostatecznym rozwiązaniu kryzysu wewnętrznego w Szwecji, Karol IX postanowił użyć polskich Inflant dla wynagrodzenia swoich stronników poprzez nadanie ziemi i urzędów. Otwarte działania wojenne rozpoczęły się w r. 1600 i trwały z przerwami przez blisko trzydzieści lat. W 1605 r. pod Kircholmem w pobliżu Rygi litewscy husarzy Chodkiewicza rozbili w perzynę wojska szwedzkie i zagnali je na morze. Ale te wkrótce powróciły w zwiększonej sile. Rzeczpospolita nie miała dość ludzi, aby obsadzić te odległe tereny, i za każdym razem, gdy jej uwagę odwracały inne sprawy, Szwedzi posuwali się o krok naprzód. Kampanie decydujące Gustaw Adolf stoczył w latach 1617-22 - centralnym momentem tych działań był upadek Rygi 26 września 1621 r. - oraz w latach 1625-26, kiedy to zakończono podbój Inflant[296]. (Patrz Mapa 18).
Mapa 18. Polska i Litwa w 1634-1635
Za panowania Gustawa Adolfa (1611-32), zwanego Lwem Północy, ambicje Szwecji kolosalnie wzrosły[297]. Dzięki przepisom wojennym, w kraju, który liczył zaledwie jedną piątą ludności Rzeczypospolitej, utworzył armię dwukrotnie liczniejszą od wojska polskiego; teraz musiał walczyć, aby zapewnić jej środki utrzymania i rozrywkę. Skoro już postanowił wtrącić się w wojnę trzydziestoletnią w Niemczech, musiał najpierw zapewnić sobie śródlądową bazę. W 1626 r. przewiózł swoją armię okrętami z Inflant do Prus, po czym zaczął kolejno zdobywać nadbałtyckie porty i ściągać opłaty celne z handlu na Wiśle. Pilawa, Braniewo, Frombork, Elbląg i Oliwa zostały szybko ujarzmione, a ich bogactwa przesłane do Szwecji, tylko Gdańsk przez pewien czas trwał w oporze. Przez trzy lata ponawiane przez Polaków kontrataki nie robiły większego wrażenia na wspaniale ufortyfikowanych szwedzkich bazach. Wypady morskie nie przyniosły zdecydowanych rezultatów, chociaż 28 listopada 1627 r. w pobliżu Oliwy polska flota zdołała odeprzeć szwedzką eskadrę, zatapiając dwa okręty. Na szczęście szwedzki okręt flagowy „Vasa” został w sztokholmskim porcie wywrócony przez szkwał podczas swego pierwszego rejsu, 10 sierpnia 1628 r. Nigdy już nie dotarł do zamierzonego miejsca przeznaczenia na południowym Bałtyku. Okręt ten, wybudowany przez holenderskiego budowniczego Henryka Hybertssona, byłby jedną z największych jednostek pływających swoich czasów i z pewnością o wiele przewyższał wszystko, czym dysponowała w tym czasie flota brytyjska, nie mówiąc już opolskiej. Miał wyporność 1300 ton, a na dwóch pokładach strzelniczych rozmieszczone były 64 24-funtowe działa. (Nie uszkodzony wrak „Vasy” wydobyto w r. 1961; obecnie wystawiono go na pokaz i udostępniono zwiedzającym w Sztokholmie)[298]. Kolejny przypadek losu omal nie skończył się fatalnie dla samego Gustawa Adolfa. 27 czerwca 1629 r. w pobliżu Kwidzyna król został zaskoczony i otoczony przez polską kawalerię. Pas i pochwę miecza, które odpiął w rozpaczliwym wysiłku uwolnienia się z rąk polskiego kawalerzysty, podarowano później Koniecpolskimu - był to dla hetmana jeden z niewielu momentów satysfakcji, jakie mu przyniosła ta wojna. Ostatecznie Szwedów kupiono, zawierając 26 września 1629 r. rozejm w Altmarku: na mocy traktatu mieli zatrzymać wszystkie porty Prus Królewskich i Książęcych z wyjątkiem Gdańska, Pucka i Królewca oraz pobierać cło od handlu na Wiśle w wysokości 3,5%. Zapewniło im to możliwość pokrycia większości kosztów związanych z udziałem w wojnie trzydziestoletniej, w którą teraz gorliwie się włączyli. Rozejm podpisano ostatecznie w Sztumskiej Wsi 12 września 1635 r. Szwecja zwróciła porty pruskie w zamian za potwierdzenie praw do Inflant. Władysław IV rezygnował ze swych roszczeń do tronu szwedzkiego na czas trwania rozejmu, który zawarto na 26 lat.
Ostatnia z wielkich wojen szwedzkich okazała się równie niszczycielska dla obu stron[299]. W r. 1655 siostrzeniec Gustawa Adolfa Karol X bez ostrzeżenia zaatakował Rzeczpospolitą jednocześnie z dwóch stron. Zaniepokojony posunięciami Moskwy, która rok wcześniej wzięła w opiekę Kozaków zadnieprzańskich, był zdecydowany uniemożliwić im wszelkie dalsze zdobycze. W ten sposób wywołał „potop” - pięcioletni okres największego zamętu i zniszczenia w dziejach Polski. Nie wynosząc ze swych posunięć żadnych wyraźnych korzyści dla siebie, przełamał ostatni opór, jaki Rzeczpospolita stawiała swym wrogom we wschodnich prowincjach, i uczynił z niej ofiarę tłumu obcych najeźdźców, którzy łapczywie rzucili się do ogryzania kości. Na początku udziałem Szwedów było jedno pasmo zwycięstw; 25 lipca pod Ujściem skapitulował wojewoda poznański Krzysztof Opaliński, wraz z całym pospolitym ruszeniem Wielkopolski. W miesiąc później, w Kiejdanach, hetman wielki litewski Janusz Radziwiłł przyjął protektorat szwedzki nad Wielkim Księstwem. Polski Waza, Jan Kazimierz, poszukał schronienia na cesarskim Śląsku. Większa część jego armii przeszła na służbę do Szwedów. Warszawa była pod okupacją; Kraków wzięty w oblężeniu, wiele mniejszych miast i majątków spalono i złupiono. Opór ograniczał się do nie skoordynowanych działań chłopskich band i cudownej obrony otoczonego fortyfikacjami klasztoru Paulinów na Jasnej Górze w Częstochowie. Polscy kronikarze okazali się w tej sprawie bardzo elokwentni:
Müller, wyprawiwszy się do Jasnej Góry Częstochowskiej, miał trudniejsze zadanie do spełnienia, porwał się bowiem na Pana Boga (...)
Jasna Góra poświęcona jest Niepokalanej Dziewicy Maryi, ponieważ tutaj znajduje się jej wizerunek, malowany na cyprysowej desce przez św. Łukasza Ewangelistę, słynny z licznych cudów. Zyskała sobie sławę dobrodziejstwami, które tu wszelkiego rodzaju ludziom cudownym sposobem są wyświadczane, i to właśnie zachęciło nieprzyjaciela do sięgnięcia po zgromadzone w niej bogactwa, domyślał się bowiem, że ludzie od przeszło trzech stuleci spłacali przez wdzięczność otrzymywane dobrodziejstwa pamiątkowymi wotami, i chciał teraz te wota obrócić świętokradczo na koszta wojny. Inicjatorem niegodziwego przedsięwzięcia, jak wieść niosła, był Czech, Jan Weihard hrabia Wrzesowicz (...) Müller, generał wojsk szwedzkich (...), wysłał wspomnianego Wrzesowicza przodem do świętego miejsca na czele czterech tysięcy żołnierzy, aby demonstracją siły napędził stracha zakonnikom. Wrzesowicz przy dźwięku trąb podstąpił pod klasztor i groźnie rozkazał, żeby mu natychmiast otworzono bramy (...) Spotkał się jednak z odmową uzasadnioną względami religijnymi, wobec czego Szwedzi postanowili użyć siły.
Za Wrzesowiczem (...) przybył z Wielunia Müller na czele dziesięciu tysięcy piechoty, prowadząc za sobą działa. Była to straszliwa potęga; wojsko Müllera miało być użyte na wojnie pruskiej. Ojcowie jasnogórscy, wezwani do wpuszczenia szwedzkiej załogi, odpowiedzieli śmiało, że na służbę bożą związani są ślubami i że przysięga ta każe im bronić miejsca z dawien dawna otaczanego kultem, gdyż wydać je w ręce ludzi świeckich byłoby świętokradztwem (...) Kiedy namowy nie dały żadnego rezultatu, Szwedzi zabrali się do gwałtownego bombardowania murów, następnie zaś, żeby rzucić postrach na obrońców, zaczęli miotać płonące żagwie, skutkiem czego zgorzał klasztorny spichlerz, w którym zgromadzone było mnóstwo zboża. Potem poustawiali dookoła klasztoru kosze i drewniane osłony oraz wznieśli nasypy dla dział. Müllerowi przypadły w udziale stanowiska od strony północnej i stamtąd przypuszczał szturm; z drugiej strony nacierali landgraf heski i pułkownik Wacław Sadowski. Natarcie nie odniosło wielkiego skutku, ponieważ mury klasztorne były wewnątrz wypełnione ziemią i zaledwie kilka cegieł, trafionych kulami, uległo wykruszeniu. Jasnogórscy niedługo namyślali się z odpowiedzią na bombardowanie i otworzyli ogień, przy czym ich puszkarze strzelali tak celnie, że po upływie trzech godzin nieprzyjaciel, zepchnięty z klasztornego przedpola, cofnął się, ponosząc od kuł znaczne straty. Ponieważ przytykające do klasztoru domy dawały nieprzyjaciołom schronienie i stanowiły dla nich kryjówkę, ich mieszkańcy, nic nie dbając na szkodę, podłożyli pod nie ogień i obrócili je w perzynę (...) Dziewiętnastego listopada, w dzień Ofiarowania Najśw. Panny, Szwedzi znowu przystąpili do natarcia, z większą niż poprzednio siłą, gdyż dostarczono im z Krakowa sześć burzących dział i wielką ilość amunicji. Żołnierze, świeżo ściągnięci z pobliskich załóg, z zapałem rwali się do szturmu (...)
Gigantomachia, czyli opis tego oblężenia, utrwalony w druku, zaświadcza, że kule i różnego rodzaju pociski tak gęsto padały na kościół i na przytykającą do niego wieżę, że Jasna Góra, spowita dymem i ogniem, zdawała się stać w płomieniach. Ale starcie z siłami nadprzyrodzonymi Szwedom się nie powiodło: ich pociski odpadały od murów albo przelatywały ponad dachem kościoła, nie wyrządzając żadnej szkody. Ani doświadczeni puszkarze, ani mistrzowie sztuki pirotechnicznej nic na to nie mogli poradzić; (...) Nieprzyjaciele przypisywali bezskuteczność swoich usiłowań czarom, ponieważ wielu z nich zginęło straszną śmiercią (...) Ajuż najbardziej gniewało Müllera to, że podczas szturmu, jakby na urągowisko, śpiewacy klasztorni, zebrani wysoko w chórze na wieży, zawodzili pobożne pienia do wtóru walczącym (...) Wśród obrońców znajdowali się miecznik sieradzki Stefan Zamoyski herbu Róża, następnie stryjeczny brat kasztelana kijowskiego Piotr Czamiecki (...) Zwierzchność nad wszystkimi (...) mieli wspólnie przeor klasztoru Augustyn Kordecki oraz Zamoyski; ten ostatni dowodził piechotą, która strzegła murów, Kordecki natomiast nad najważniejszymi sprawami czuwał, szczególnie zaś troszczył się o działa (...) Szwedzi przerwali szturm, widząc daremność swoich usiłowań, a także z uwagi na zapadający zmrok. Czarniecki postanowił zakłócić nieprzyjacielowi nocny spoczynek: na czele sześćdziesięciu żołnierzy załogi w pierwospy wyszedłszy z murów, cichaczem podsunął się aż do stanowisk generała, gdzie z krzykiem i gęsto strzelając, uderzył na strudzonych i pogrążonych we śnie Szwedów (...) Szwedom sprawiono większą rzeź, niż to liczebność wycieczki zapowiadała. Koło dział, z ręki samego Czarnieckiego, padł gubernator Krzepie, hrabia Horn, potomek znakomitego rodu, wyborny budowniczy wojskowych umocnień (...) (...) Nie ludzie Jasną Górę, lecz Bóg miejsce święte i ludzi ocalił, gdyż bardziej tam cudami niż orężem walczono. Gęsta mgła otaczała klasztor przed szturmem (...) Sam Müller widział niewiastę w niebieskiej sukni, jak na murach rychtowała armaty i zwracała pociski w przeciwną stronę (...) jeden ze Szwedów, gdy w obraz rusznicę wycelował, zdrętwiał, drugiemu lufa przywarła do policzka, że aż cyrulik musiał ją odrzynać; granat, napełniony materiałem wybuchowym, wpadł do kołyski, w której leżało dziecko, i rozpęknął się, ale chłopcu, jak gdyby go jakiś amulet strzegł, nie wyrządził żadnej szkody; sześciu puszkarzy nieprzyjacielskich w jednym czasie proch armatni oślepił (...) Zakonnicy, j eszcze przed początkiem oblężenia, zatopili w pobliskim stawie srebrny sprzęt kościelny, uważając, że bezpieczniej ukryć kruszec w wodzie niż wystawić go na widok dla pobudzenia ludzkiej chciwości. Otóż zdarzyło się, że hałastra z polskiego obozu - rodzaj ludzi, którzy nawet rybom nie przepuszczają - wyłowiła z wody siecią srebrne przedmioty (u Szwedów służyło bowiem ponad tysiąc naszych, pod Kalińskim i Kuklinowskim). Wspaniałej zdobyczy nie dało się ukryć i wieść o niej od hałastry doszła (...) na koniec do samego Müllera, który (...) kazał wszystko przynieść do siebie. Ale Polacy sprzeciwili się temu stanowczo, oświadczając, że znalezionych rzeczy nie godzi się oddawać nikomu prócz Bogu, któremu są poświęcone. Wynikł stąd spór między dowódcą a podwładnymi (...) Tymczasem nastała zima, nie sprzyjająca działaniom oblężniczym i uciążliwa dla Müllera. Był on wściekły, gdyż przewidywał, że daremne przedsięwzięcie okryje go niesławą (...) Swoją sławę, nabytą w Niemczech podczas długotrwałych wojen, zbrukał teraz niezatartą hańbą (...) Ostatnim w owym czasie natarciem (...) zagroził Müller Jasnej Górze w sam dzień Bożego Narodzenia, ze wszystkich dział strzelając jednocześnie i całe wojsko wysyłąją do szturmu (...)
W owym czasie Müllerrowi znowu zdarzył się fatalny przypadek: jadł właśnie śniadanie w dość odległym domu i siedząc przy stole, złorzeczeniami odgrażał się Jasnej Górze, gdy nagle żelazna kula, przebiwszy ścianę, rozrzuciła potrawy, potłukła kieliszki i flasze, strwożyła współbiesiadników, a jego samego, straciwszy pęd, uderzyła w ramię (...) Müller wystosował do obrońców pismo następujące:
Wielebni, Jaśnie Wielmożni, Wielmożni i Urodzeni Panowie! (...) Cóż możemy uczynić ponad to, co już uczyniliśmy, skoro wciąż stawiacie łaskawemu królowi czoło twardsze niż skała? (...) Wspaniałomyślnie proponujemy wam do wyboru dwa sposoby ocalenia: albo fortecę i siebie samych poddacie pod protekcję JKMci króla szwedzkiego (...), albo też złożycie przysięgę na wierność, zaś jako rekompensatę za długotrwałe oblężenie i za szkody wyrządzone całemu królestwu, a zarazem wyraz należnego dla władcy szacunku zakonnicy zapłacą czterdzieści tysięcy talarów, a drugie tyle zapłaci szlachta przebywająca na Jasnej Górze - bez zwłoki i ociągania się. Jeżeli żadnego z tych dwóch sposobów nie wybierzecie, to karę za wasz upór, godzien Buzyrydowego stosu albo byka Perillusa, taką samą miarą wam odmierzymy. Dań w obozie, dnia 25 grudnia roku Pańskiego 1655. (...) Wreszcie w nocy poprzedzającej dzień św. Szczepana Męczennika Szwedzi zaczęli ściągać działa z nasypów, zbierać sprzęt oblężniczy i wyprawiać wozy w kierunku na Kłobuck; na ostatek oddziały piechoty i jazdy, wyruszywszy o godzinie dziesiątej przed południem, opuściły Jasną Górę. Müller podążał na Piotrków (...); Sadowski pospieszył do Kalisza, Wrzesowicz do Wielunia, a książę reski do Krakowa. Zgrzytali zębami, że ominął ich spodziewany kąsek i że najedli się wstydu. Wprawdzie heretycy nie wierzą, że kule odskakiwały od murów Jasnej Góry sposobem nadnaturalnym (...) Wszystko, co w oblężeniu Jasnej Góry, świętokradczo przedsięwziętym i niesławnie zakończonym, opowiedziałem, jest prawdziwe; jednakże szwedzcy dziejopisowie przemilczają to wydarzenie, przytłumiając zarówno hańbę daremnego usiłowania, jak i chwałę przez Boga sprawionej obrony[300].
Potem Rzeczpospolita powróciła do życia. Armia powróciła do swoich obowiązków. Niewyczerpana energia Stefana Czarnieckiego stopniowo odwracała kierunek biegu wydarzeń. Szwedów wypędzono z Warszawy. Ich pruskich sprzymierzeńców nakłoniono do zdrady, a ich siedmiogrodzkich naśladowców - rozgromiono. W latach 1658-59 Czarniecki bez przeszkód atakował Szwedów z duńskich baz wypadowych w Jutlandii. 13 lutego 1660 roku zmarł Karol X. 3 maja 1660 r. zawarto pokój na mocy traktatu w Oliwie. W zamian za zwrot Elbląga w Prusach i Dyneburgaw Semigalii Szwecja zatrzymywała całe Inflanty. Szwedzi poniechali też wszelkich dalszych roszczeń wobec Rzeczypospolitej. Jan Kazimierz zrezygnował z tradycyjnie podtrzymywanych przez jego rodzinę pretensji do tronu Wazów. Ogniwo łączące Polskę ze Szwecją zostało oficjalnie zerwane.
Tak więc po stuletnich walkach Semigalia i księstwo Kurlandii stały się jedynymi dwiema częściami dawnego państwa krzyżackiego w Inflantach, które pozostały pod kontrolą Polski. Semigalia, znana odtąd pod nazwą „polskich Inflant”, została przyłączona do trzech nadmorskich enklaw tworzących ziemię piltyńską (Ventspils) i objęta administracją państwową jako integralna część Rzeczypospolitej. Kurlandię pozostawiono w zręcznych rękach jej książąt, Kettierów, jako wspólne lenno Polski i Litwy. Stolica Kurlandii Mitawa (Jelgava) oraz port Windawa stały się ważnymi ośrodkami handlowymi i kulturalnymi. Najwybitniejszy z książąt kurlandzkich, Jakub Kettier (1638-82), był znakomitą osobistością w świecie polityki nadbałtyckiej - miał ważne powiązania z Holandią i -jako syn chrzestny Jakuba I - z Anglią. Podejmował nawet przedsięwzięcia o charakterze kolonialnym. W 1645 r. kupił od Holendrów wyspę Tobago, a w r. 1651 założył placówkę handlową na wyspie Fort James w Gambii w Afryce Zachodniej. W latach od r. 1655 do 1660 w działalności tej nastąpiła przerwa: był to okres szwedzkiej okupacji Kurlandii, podczas której książę dostał się do niewoli. Jego następcy utrzymali księstwo do r. 1737, kiedy - pod rządami dynastii Bironów - dostało się ono w orbitę wpływów Rosji[301].
Przez cały długi okres wojen szwedzkich poczynania Moskwy odgrywały nieodmiennie istotną rolę. Zarówno z wojen w Inflantach, jak i z polityki Karola X wynika, że Moskwa była elementem wszelkich kalkulacji dotyczących konfliktu polsko-szwedzkiego. Walka o władzę na Bałtyku nie była po prostu walką „dwustronną” - była to walka między trzema stronami. Moskwa, Szwecja i Rzeczpospolita Polski i Litwy znalazły się na jednej trójstronnej arenie. Każdy z zawodników musiał bez przerwy zmieniać pozycję, dostosowując się do ciągłych zmian pozycji pozostałej dwójki walczących. Gdy jedna z potęg rosła w siłę, pozostali musieli rozważać stworzenie wspólnego frontu oporu. Kiedy jedna była słaba, pozostali rywalizowali ze sobą, starając się tę okazję możliwie jak najlepiej wykorzystać. Taka sytuacja trwała od wybuchu wojny w Inflantach w r. 1558 aż do podpisania traktatu pokojowego w Oliwie w r. 1660. Potem, gdy rozleciał się polski wierzchołek trójkąta, Szwecja musiała sama stawić czoło Moskwie, co robiła aż do zwycięstwa Piotra Wielkiego nad Karolem XII w bitwie pod Połtawą w 1709 r. Wprowadzenie Rzeczypospolitej w ten skomplikowany układ było jedną z głównych konsekwencj i pójawienia się Wazów na polskim tronie; a jedyną stroną, która ostatecznie wyniosła z niego korzyści, była Moskwa.
Stąd też, zgodnie z prawami trójkąta, wojny Rzeczypospolitej ze Szwecją przeplatane były kampaniami, które każda ze stron prowadziła przeciwko Moskwie. W przypadku Rzeczypospolitej, po zwycięstwach Batorego w latach 1579- 81 przyszły wojny z Moskwą: w latach 1609-12, a następnie 1617-19, w okresie moskiewskiej „smuty”; w latach 1632-34 walki o Smoleńsk i wreszcie w latach 1654-67-na Ukrainie. Ostatnią rundę rozegrano w latach 1700-21 podczas wielkiej wojny północnej.
Okres moskiewskiej „smuty” jest niestety najlepiej znany zewnętrznemu światu z karykaturalnych opisów wywodzących się z rosyjskiej historii ludowej lub z dziewiętnastowiecznej sceny operowej:
Akt drugi: Sala tronowa króla Zygmunta. Król świętuje swe zwycięstwo. Panowie polscy marzą o zajęciu bogatych rosyjskich ziem... Hulanki i zamęt. Zygmunt wysyła oddział rycerzy, aby odciąć Minina od drogi wiodącej do Moskwy, wziąć go do niewoli, zniszczyć wsie i spalić miasta - jednym słowem, ujarzmić Rosję[302].
W rzeczywistości sprawy przedstawiały się nieco inaczej. Myśl, że Rzeczpospolita Polski i Litwy, ze swymi skromnymi siłami wojskowymi i rozlatującym się skarbem, mogła kiedykolwiek rozważać możliwość „okupowania” czy też „ujarzmiania” niezmierzonych obszarów Rosji, jest niedorzeczna. Polscy dowódcy - a zwłaszcza Żółkiewski - stale sprzeciwiali się planom interwencji, a król ustąpił w tym względzie tylko dwa razy, i to na krótko[303]. Polacy mogli sobie na to w ogóle pozwolić tylko dlatego, że nacisk w tym kierunku wywierały na nich wpływowe frakcje moskiewskich bojarów. Nie mieli natomiast żadnych sprecyzowanych planów na przyszłość. Bez względu na to, co o tym myślą współcześni Polacy, którym zależy na zachowaniu szacunku dla samych siebie, nigdy nie było żadnej wojny ani żadnych podbojów porównywalnych z kampanią Napoleona z 1812 r. Operacje polskie nie były niczym więcej jak tylko szeregiem drobnych incydentów, które rozgrywały się na tle wielkiej wojny domowej.
Na początku „smuty” Rzeczpospolita jako taka nie odgrywała w sprawach Moskwy żadnej roli. Pierwszego Dymitra Samozwańca wysterował prywatnie Jerzy Mniszech z Sambora, wojewoda sandomierski. Wyszkolili go polscy jezuici, którzy namówili króla, aby go przyjął na dworze i aby w imię wiary uśmiechał się życzliwie, słuchając ich przewrotnych planów. Gdy w r. 1605, niby siedemnastowieczny Lambert Simnel[304], Dymitr został rzeczywiście ukoronowany w Moskwie jako odnaleziony po długim czasie zaginiony syn Iwana IV, per procura zawarł w Krakowie małżeństwo z Maryną Mniszchówną (1588-1614). Zdaniem Zamoyskiego, była to „komedia warta Plautusa lub Terencjusza”. Jej koniec nastąpił, gdy szczątki zamordowanego samozwańca, stratowane na miazgę przez moskiewskie pospólstwo, zostały wystrzelone na cztery strony świata z działa na placu Czerwonym.
Potem kolejne prywatne konsorcjum polskich i litewskich awanturników, w osobach Aleksandra Lisowskiego, księcia Romana Różyńskiego i starosty uświackiego Jana Sapiehy, przyjęło drugiego Dymitra Samozwańca, „złodzieja z Tuszyna” - Perkina Warbecka[305] całej tej historii. To oni doprowadzili owdowiałą Marynę po raz drugi do ołtarza i to ich niezdyscyplinowane poczty wyruszyły z obozu w Tuszynie i rozpoczęły oblężenie Moskwy. Oni też stali się inspiracją pamiętnej tablicy pamiątkowej umieszczonej na murze ławry troicko-siergijewskiej w Zagorsku: „trzy plagi - tyfus, Tatarzy, Polacy”. Tymczasem po koronę carską sięgnął książę Wasyl Szujski. Dopiero w tym momencie dwór polski zaczął oficjalnie okazywać swoje zainteresowanie. Podczas zamachu w r. 1606 z inicjatywy Szujskiego zmasakrowano w Moskwie około pięciuset Polaków ze stronnictwa Mniszcha. Co gorsza, Szujski zaczynał się rozglądać za możliwością nawiązania przymierza z królem szwedzkim Karolem IX. Zygmunt III odrzucił konstytucyjne subtelności oraz rady sejmu i postanowił wyruszyć - „ku chwale Rzeczypospolitej”. Wyprawa ruszyła jesienią 1609 r. pod dowództwem niechętnie do niej nastawionego Żółkiewskiego. Jednym z jej konkretnych celów było odzyskanie twierdzy smoleńskiej. Rozpoczęto oblężenie. Ale w lipcu następnego roku, po zaskakującym zwycięstwie Żółkiewskiego w bitwie pod Kłuszynem, gdzie rozgromiono połączone wojska cesarskie i szwedzkie, nastąpiły nieprzewidziane wydarzenia. Szujski został usunięty z tronu na skutek powstania, jakie wybuchło na dworze-carskim. Nie napotykając na żaden opór, Polacy ruszyli na Moskwę, gdzie zebrani w stolicy bojarzy poprosili Żółkiewskiego, aby ich bronił przed nieokiełznaną anarchią ścierających się ze sobą frakcji. Na mocy traktatu podpisanego 27 sierpnia bojarzy mieli otrzymać takie same prawa i przywileje jak szlachta polska, syn króla polskiego zaś, książę Władysław, miał zostać ogłoszony carem. Na Kremlu zainstalowano garnizon polski pod dowództwem starosty wieliskiego Aleksandra Gosiewskiego. Wszystko działo się na zasadzie improwizacji. Pozbawiony dokładnych instrukcji Żółkiewski nie mógł się dowiedzieć, że król nie pochwala jego rozporządzeń. Szujskiego wysłano do Warszawy, gdzie wraz z brać- mi musiał przedefilować przed oczami członków sejmu; potem przebywał w areszcie na zamku w Gostyniu, gdzie wkrótce zmarł. I król, i Żółkiewski powrócili do kraju. Sytuacja polskiej załogi na Kremlu gwałtowanie się pogarszała. Zdrada rosyjskich protektorów pozostawiła ją w całkowitej izolacji, a wysiłki podejmowane w celu obrony przed intrygami niejakiego Lapunowa doprowadziły w r. 1611 do słynnego Wielkiego Pożaru. Sytuację opisał Żółkiewski, którego Początek i progres wojny moskiewskiej powstał w intencji usprawiedliwienia własnych posunięć:
Albowiem Lepunow, chcąc przywieść do skutku zamysły swe o zniesieniu naszych z stolice, zebrawszy się z ludźmi, na których oczekiwał, za porozumieniem się z Zarudzkim i z Moskwą, którą w stolicy przedsięwzięcia swego przychylną miał, rozesłał po cichu w nocy strzelce, których conscii w domach przechowywali. Gdy to nas postrzegli, a było też siła Moskwy życzliwej, którzy przestrzegli (...) bo i sam Lepunow już się był zbliżył, bojar silne wojsko ściągnęło się (...) o milę albo dwie od stolicy byli, uradzali tedy nasi między sobą drewniane i w Białym Murze miasto podpalić, na Krymgrodzie a na Kitajgrodzie się zewrzeć, one strzelce, i kto się nastrafi, bić. Jakoż w środę przed Wielkanocą uczynili tak, sporządziwszy, rozprawiwszy się pułkami, zapalili zaraz i drewniane miasto, i to drugie, które było w Białym Murze. Pan starosta wieliski sam wyszedł bramą w prawą stronę, na lód, na rzekę, pan Aleksander Zborowski z pułkiem swym pośrodkiem, pan Marcin Kazanowski pułkownik w lewaku Białemu Murowi, pan Samuel Dunikowski jegoż pobliż. Kniaź Andrzej Galicyn, który dotąd był pod strażą, najpierw zabił, kto się nawinął, nemini parcebatur (...) Moskwa, acz prędką naszych rezolucyą i ogniem potrwożeni, jednak siła ich rzuciło się ad arma, okupowali byli bramę i część wielką Białego Muru, ale pan Marcin Kazanowski zraził i wybił ich stamtąd (...) Była caedes]ako między taką gęstwą ludzi wielka, płacz, wrzask niewiast, dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego. Siła ich ultra z żonami, z dziećmi miotali się w ogień, siła pogorzałych, siła też jednak, którzy fuga sibi consulebant do onych wojsk; o których wiedzieli, że są inpropinquo (...)
Lecz (...) w Wielki Czwartek, iż była wiadomość o wojsku z kniaziem Dymitrem Trubeckim i z kniaziem Wasylem Massalskim, z inszemi bojary, którzy spieszyli, ale tak prędko nie mogli pospieszyć, żeby swoich ratować, pan starosta chmielnicki i pan Zborowski, przebrawszy z pułku swego część ludzi, poszli przeciwko nim. W mili tylko już od miasta wojsko było moskiewskie, zwiedli z nim bitwę i pogromili owo wszystko ich wojsko. Tym sposobem moskiewska stolica spłonęła z wielkiem krwie rozlaniem i nieoszacowaną szkodą, gdyż dostatnie i bogate to miasto było i ambitus jego wielki. Jakoż ci, co bywali w cudzych ziemiach, powiadają, że ani Rzym, ani Paryż, ani Lizbona nie porówna wielkością, jako to miasto było in sua circumferentia. Krymgród, ten we wszystkim cały został, ale Kitajgród od hultajstwa, od wożnic podczas tego tumultu złupiony, splądrowany i kościołom nie przepuszczono. Cerkiew św. Trójcy, która jest in summa veneratione u Moskwy, bardzo cudnie z kwadratu zrobiona w Kitajgrodzie stoi, prawie tuż przed bramą Krymogroda, i tej hultajstwo nie przepuściło, wydarli ją, wyłupili[306].
Kości zostały rzucone. Bojarzy porzucili myśl o ochronie ze strony Polski i ruszyła fala powszechnego oporu. Po dwuletnim oblężeniu Smoleńsk poddał się Polakom w czerwcu 1611 r. Ale w Moskwie polskiej załogi Kremla nie udało się uratować, nawet gdy do miasta zbliżyły się wojska Chodkiewicza. Zmuszeni do oddania klejnotów koronnych cara za kawałek chleba, skapitulowali 22 października 1612 r. Połowę wyrżnięto na miejscu. W cztery miesiące później piętnastoletni Michał Fiodorowicz Romanów, założyciel największej rosyjskiej dynastii, został ogłoszony carem. W Polsce skonfederowana armia domagała się wypłacenia zaległego żołdu; żołnierze rozeszli się do domów dopiero w r. 1614, otrzymawszy żołd w wysokości sześciokrotnej wartości podatku gruntowego. Pomniejsza ekspedycja, zorganizowana w latach 1617-18 z prywatnej inicjatywy księcia Władysława, nie osiągnęła nic. Rozejm podpisany 3 stycznia 1619 r. w Dywilinie na czterdzieści i pół roku pozostawiał Smoleńsk, Siewiersk i Czernihów w rękach Rzeczypospolitej, Władysław natomiast zobowiązał się do rezygnacji z roszczeń do tronu carskiego, choć oficjalnie się go nie wyrzekł. W kategoriach strat w ludziach i zmarnowanych nakładów finansowych okres moskiewskiej „smuty” okazał się prawie tak samo smutny dla Rzeczypospolitej jak dla Moskwy.
Wojna z Moskwą rozpoczęła się na nowo w r. 1632, gdy znaczne siły rosyjskie zaatakowały Smoleńsk. Wyprawę zainicjowało rzucone przez ziemskij sobór wezwanie do odwetu; na czele wojsk stał Michał Borysowicz Szein - ten sam generał, który dwadzieścia lat wcześniej tak mężnie bronił miasta. Tym razem, gdy nie udało mu się osiągnąć oczekiwanych wyników, został powieszony jako zdrajca. Wieczysty pokój, zawarty 14 czerwca 1634 r. nad rzeką Polanowka w pobliżu Smoleńska, potwierdzał wszystkie postanowienia terytorialne uzgodnione w Dywilinie. Władysław IV, teraz już dzięki elekcji utwierdzony w swoim polskim dziedzictwie, z przyjemnością przyjął sumę 20 tysięcy rubli w zamian za rezygnację z roszczeń do tronu moskiewskiego.
„Wieczność” trwała jednakże zaledwie przez dwadzieścia lat. W 1654 r. Moskwa zrobiła decydujący krok na drodze do zemsty. Zachęcony ciągłymi niepokojami na Ukrainie, car Aleksy Michajłowicz utorował sobie drogę, biorąc w opiekę zaporoskich Kozaków. Potem uderzył i ponawiał ataki przez następne dwadzieścia sezonów. W czasie tej wojny Moskale wykazali ową wspaniałą wytrzymałość, która jest jedną z cech, jakie znaczą ich dzieje. Mimo krótkiej przerwy w latach 1657-58, spowodowanej działaniami podejmowanymi przez Szwedów, nie wypuszczali Rzeczypospolitej z dławiącego uścisku, obejmując podwójnym chwytem Litwę i Ukrainę. Na mocy rozejmu w Andruszowie, podpisanego 3 stycznia 1667 r., odwrócili postanowienia z r. 1634, przejmując kontrolę nad Kijowem i całą lewobrzeżną Ukrainą. Te nowe warunki nie zostały potwierdzone aż do następnego „wieczystego pokoju” z r. 1686, przez Rzeczpospolitą zaś zostały ratyfikowane dopiero w r. 1710. Ale praktycznie rzecz biorąc, Ukraina popadła w zależność od Moskwy. Odwieczne pretensje księstwa moskiewskiego do statusu „imperium rosyjskiego” szybko nabierały uzasadnienia w rzeczywistości.
Równocześnie z działaniami „trójkąta połnocnego” powstał dzięki obecności Turków na wybrzeżu Morza Czarnego „trójkąt południowy”. Tu boki areny wytyczały graniczące ze sobą tereny należące do Rzeczypospolitej, Moskwy i imperium otomańskiego. W gruncie rzeczy niebezpieczeństwo w tym rejonie rzadko nabierało realnych kształtów. Turcy byli zajęci kampaniami w basenie Dunaju i w Azji i zazwyczaj pozostawiali prowadzenie walk na terenach leżących na północ od Karpat swoim krymskim wasalom. Rok po roku, przez cały okres panowania Wazów i później, Tatarzy krymscy próbowali po kolei wszystkich możliwych permutacji: w służbie Moskwy urządzali najazdy przeciwko Rzeczypospolitej, w służbie Rzeczypospolitej - najazdy przeciwko Moskwie; organizowali wypady wspólnie z Kozakami lub przeciwko Kozakom, a także rajdy na własną rękę[307].
Krótka wojna turecka w latach 1620-21 była w okresie między 1498 a 1672 r. jedynym przypadkiem bezpośredniego konfliktu Polaków z główną armią otomańską, i to konfliktem wynikłym nie z knowań Moskwy, lecz będącym skutkiem intrygi uknutej w Siedmiogrodzie. W r. 1619 Zygmunt III wysłał pewną liczbę oddziałów kawalerii do Wiednia, aby pomóc swemu szwagrowi, cesarzowi, odeprzeć ataki księcia siedmiogrodzkiego Gabora Bethlena. To Bethlen wszedł w konszachty z Wysoką Porta po to, aby wyreżyserować odpowiednią reakcję. We wrześniu 1620 r. Iskander-basza wyruszył przeciwko Rzeczypospolitej i pod Cecorą nad Prutem zadał Polakom druzgocącą klęskę, biorąc w niewolę hetmana Koniecpolskiego. Przyniesiono mu też nadzianą na pikę głowę Żółkiewskiego. W rok później losy wojny dramatycznie się odmieniły. Armia złożona z 55 tysięcy Polaków i Kozaków pod dowództwem hetmana Chodkiewicza i atamana Sahajdacznego została otoczona w obozie pod Chocimiem nad Dniestrem przez stutysięczną armię turecką, którą dowodził osobiście sułtan Osman II. Ich los wydawał się przypieczętowany. Scenę tę - a także późniejsze wydarzenia - odnotował w swych łacińskich pamiętnikach wojewoda ruski Jakub Sobieski (1588-1646); opis ten miał się w odpowiednim czasie stać dla Wacława Potockiego inspiracją do napisania Wojny okocimskiej (najbardziej może znanego poematu epickiego w literaturze polskiej):
...Zabielały się góry i Dniestrowe brzegi
Rzekłby kto, że na ziemię świeże spadły śniegi,
Skoro Turcy stanęli, skoro swoje w loty
Okiem nieprzemierzone rozbili namioty (...)
Skoro Osman obaczył nasze szańce z góry,
Jako lew krwie pragnący wyciąga pazury,
Jeży grzywę, po bokach maca się ogonem,
Jeżeli żubra w polu obaczy przestronem (...)
Janczaraga we środku, ustrzmiwszy w puch pawi,
Ogniste swoje pułki na czele postawi,
Sam dosiadłszy białego Arabina grzbieta
Jako między gwiazdami iskrzy się kometa,
W barwistym złotogłowie pod żórawią wiechą,
Bunczuk nad nim z miesiącem, otomańską cechą (...)
W prawo i w lewo Janczar, na widoku stały,
Nieznane oczom naszym dotąd specyały,
Straszne słonie, co trąby okrom mają kielców,
Każdy swą wieżą dźwiga, każda wieża strzelców
Po trzydziestu zawiera; tak gdzie tylko chodzą
Rozdrażnione bestye, nieprzyjaciół szkodzą (...)
W tymże obłoku stali Murzyni cudowni,
Jako się błyszczy iskra w opalonej głowni,
Tak i tym z warg napuchłych, z czemiejszej nad szmelce
Paszczeki, bielsze niż śnieg wyglądały kielce.
Tu się w szerokobiałej na wierzchu koszuli
Po polach Mamalucy przestronnych rozsuli,
Jakoby przy łabęciach postawił kto kruki (...)
Cóż pisać o armacie? gdy samemi działy
Obóz swój osnowali, za szańce, za wały,
Z takim grzmotem, że ledwie podobny do wiary,
Sam to przyznał Chodkiewicz wódz i żołnierz stary,
Który jak się marsowym począł bawić cechem
Nigdy tak wielkich, nigdy z tak ogromnym echem
Sztuk ognistych nie widział, które ziemię z gruntów
Trzęsły, rzygając kule o sześćdziesiąt funtów[308].
Buta Turków poprzedziła ich druzgocącą klęskę. Ponawiane przez cały wrzesień nieustające ataki i bombardowania nie zdołały wyprzeć obrońców, którzy walczyli ponoć do ostatniej beczułki prochu. W październiku - podobnie jak żołnierze Tarnowskiego pod Obertynem - artyleria polska ruszyła do kontrataku, przełamując opór oblegających. Sułtan wystąpił o zawarcie rozejmu. Obie strony zdawały sobie sprawę, że nie istnieją żadne istotne powody wzajemnej wrogości. Sejm, który z tej okazji wypłacił rekordową sumę, równą ośmiokrotnej wartości podatku gruntowego, dał się przekonać, aby Turków potraktować z większą rozwagą. Króla i jego skłonnego do ryzykownych przedsięwzięć syna ostrzeżono, aby unikali niepotrzebnych wojennych zobowiązań. Odtąd, zawarłszy pokój z Turkami, trzymali się z daleka także od wojny trzydziestoletniej, pozostawiając swoich habsburskich kolegów po fachu zdanych na własne siły.
Choć może się to wydać dość dziwne, najpoważniejsze straty zadały Rzeczypospolitej epoki Wazów nie wrogie akcje zbrojne, ale manewry dyplomatyczne nieuczciwego wasala. Począwszy od r. 1525 następcy Albrechta Hohenzollerna składali Koronie polskiej hołd w imieniu Księstwa (Wschodnich) Prus i wpłacali coroczne kontrybucje do skarbu Korony oraz na koszty utrzymania armii. Ale równocześnie prowadzili politykę zmierzającą do umocnienia pozycji i wzrostu znaczenia własnej dynastii, którą cechowała nieugięta nieustępliwość w dążeniu do celu. W 1563 r., na pięć lat przed śmiercią, książę Albrecht doprowadził do tego, że akt nadania lenna obejmował również Joachima II Hohenzollerna, margrabiego brandenburskiego, zapewniając w ten sposób swojej rodzinie jego rewersję. W 1577 r. Brandenburczycy odkupili od Stefana Batorego kuratelę nad synem księcia Albrechta, stwarzając w ten sposób układ, który trwał przez cały okres długiej choroby i szaleństwa ich podopiecznego. Tak przedstawiała się sytuacja, jaką zastali Wazowie. Wreszcie w 1614 r. książę brandenburski Johann Sigismund, który poślubił spadkobierczynię linii pruskiej, zdołał we własnych rękach zjednoczyć obie części rodzinnego dziedzictwa. Ale dopiero po upływie dwóch pokoleń Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm (1620-88) zdołał wynieść się ponad czysto prowincjonalne godności. Ten dwudziestoletni młodzieniec, obarczony wielką odpowiedzialnością i wymieciony z Berlina wichrem wojny trzydziestoletniej , pielęgnował swe związki z Polską i złożył hołd zarówno Władysławowi IV, jak i Janowi Kazimierzowi. Ale po pokoju westfalskim z 1648 r., ośmielony przyznaniem mu licznych niewielkich terytoriów - w tym skrawka Pomorza Wschodniego - uznał tę sytuację za zachętę do wzięcia czynnego udziału w zbliżającej się wojnie połnocnej. W 1656 r., przy okazji traktatu podpisanego w Labiawie, przekonał Szwedów, aby uznali jego niezależność, co było zapłatą za zdradę Polski jako suwerena. W parę miesięcy później przekonał polskich negocjatorów, aby tę niezależność potwierdzili, co było zapłatą za zdradę Szwedów. Uzyskawszy oficjalne zwolnienie z feudalnych powinności wobec Polski, potwierdzone traktatem welawskim zawartym 19 października 1657 r., wycofał swój głos podczas elekcji cesarza do czasu, gdy przyszły kandydat, Leopold austriacki, uwolnił Brandenburgię z jurysdykcyjnej zależności od cesarstwa. Każdy krok był bezbłędnie wyliczony w czasie, tak aby nowo powstałe państwo prusko-brandenburskie mogło się stać jednym z głównych beneficjantów pokoju w Oliwie.
W dwieście lat po rozbiorze państwa krzyżackiego Wielki Elektor odzyskał niezawisłość Prus, w znacznej mierze kosztem polskiego królestwa Wazów. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat epoki Wazów, podczas żałosnego panowania Jana Kazimierza, wszystkie nici konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych splątały się nagle, tworząc niebezpiecznie powikłany węzeł. Kozacy, Tatarzy, Moskale, Szwedzi, Prusacy i Siedmiogrodzianie zostawali kolejno wciągani w zaciskającą się sieć, tkaną przez zdradzieckich magnatów, zbuntowanych żołnierzy, innowierców oraz międzynarodowych intrygantów. Trudno byłoby winić samego Jana Kazimierza. Był władcą poważnym i odpowiedzialnym; objął tron po swoim starszym bracie, w wieku 40 lat. Uprzednio służył jako ochotnik w armii Habsburgów i znał się na wojennym rzemiośle, jako zaś jezuicki nowicjusz i kandydat na kardynała, obeznany był z polityką religijną swej epoki. Jako więzień i zakładnik Francuzów, znał z pierwszej ręki niebezpieczeństwa stosunków międzynarodowych. Jednocześnie miał swój udział w rapprochement brata z francuskim dworem, miał też pojąć za żonę wdowę po nim, Ludwikę Marię Gonzagę[309].
Z pozoru wszystko było gotowe do rozpoczęcia udanego panowania. W głębi dojrzewała eksplozja na miarę wybuchu wulkanu. Wszystko zaczęło się od ostatniego, a zarazem największego powstania Kozaków, które rozpoczęło się zimą r. 1647-48 pod wodzą Bohdana Chmielnickiego (1595-1657)[310]. (Patrz Mapa 19).
Mapa 19. Potop - najazdy na Polskę i Litwę w latach 1648-1667
Okropieństwa i bezsensowne zniszczenia następnych dwudziestu lat nabierają dodatkowej ostrości w porównaniu z poprzednim dziesięcioleciem-jednym z najbardziej umiarkowanych okresów w dziejach Rzeczypospolitej. Siłę wstrząsu zwiększył poprzedzający go spokój. Władysław IV, panujący od r. 1632, zdołał utrzymać się z dala od większości kłopotów nękających Europę. Pokój w Polanowie (1634) z Moskwą i rozejm w Sztumskiej Wsi (1635) ze Szwecją położyły kres największym konfliktom. Handel wzdłuż szlaku na Wiśle wspaniale się rozwijał. Spory religijne załagodzono, a w r. 1645 król wezwał wszystkie wyznania do pogodzenia siew ogólnej „rozmowie miłości”. Po pacyfikacji z r. 1638 na Ukrainie rozpoczęło się złote dziesięciolecie spokoju. Złudzenie wszelkiego powodzenia było tak silne, że w swym przemówieniu do sejmu w r. 1646 kanclerz Jerzy Ossoliński chełpił się, że „osadzili cni Polacy w polach otworzystych swobodne królestwo, samej tylko miłości i jednostajnej między stanami ufności murem otoczone”[311].
Jednakże do tego czasu było już także wiadomo od szpiegów Koniecpolskiego, że Kozacy prowadzą pertraktacje z chanem krymskim. Nie uważano tego za rzecz zbyt niebezpieczną. Przeciwnie - król uznał te konszachty za wspaniałą okazję do przeprowadzenia ostatecznego rozrachunku z Tatarami i zajętymi własnymi sprawami Turkami. Wezwał do Warszawy delegację przywódców kozackich - a wśród nich Chmielnickiego - zwierzył się im ze swych planów, potwierdził ich dawne przywileje i przygotował na wspólną wyprawę przeciwko niewiernym. Nie jest zupełnie jasne, co się stało potem. Królewskiemu projektowi wyprawy tureckiej sprzeciwił się sejm. Koniecpolski - jedyny człowiek, który taką wyprawę mógł z powodzeniem poprowadzić - umarł. Wojewoda ruski Jeremi Wiśniowiecki zdecydował się sam stanąć na jej czele. W 1647 r., lekceważąc zarówno wolę króla, jak i sejmu, wyruszył na Krym na czele wojska liczącego 26 000 ludzi zebranych z jego własnych majątków. Chmielnicki, który poczuł się zdradzony i głęboko dotknięty zerwaniem umowy z królem, wpadł we wściekłość. Wobec tego w r. 1648 zaatakował wojska kwarciane pod dowództwem hetmanów. Zamiast walczyć z Tatarami, wezwał ich na pomoc i sam zaczął szukać sprawiedliwości. Powstanie Bohdana Chmielnickiego pociągnęło za sobą skutki wykraczające daleko poza jego pierwotne cele. Posuwając się na zachód od Siczy (czyli głównych obozów lub osad) kozackich nad Dnieprem, zwyciężył w dwóch decydujących starciach z wojskami Rzeczypospolitej - pod Żółtymi Wodami i pod Korsuniem - i zbliżał się do Wisły. Wydaje się, że nie miał jasno sprecyzowanych zamiarów - poza przedłożeniem samemu królowi skarg własnych i swoich Kozaków. Na początku wszystkie listy i dokumenty podpisywał, używając tytułu „hetmana Jego Królewskiej Mości zaporoskiego”. Ale nagła śmierć króla w maju 1648 r. postawiła go w trudnej sytuacji, a niepowodzenie w osiągnięciu zgody z Janem Kazimierzem, którego elekcję wcześniej poparł, zmusiło go do kontynuowania walki. Tymczasem pozbawione zarządu prowincje Ukrainy pustoszyły rozzuchwalone bandy chłopów i okrutne akcje odwetowe magnatów z Wiśniowieckim na czele. Rzezie odcięły drogę do kompromisu. 29 i 30 czerwca 1651 r. oddziały Chmielnickiego zostały rozgromione pod Beresteczkiem. Zapędzony z powrotem ku Dnieprowi, rozglądał się za jakąś pomocą. Jak było do przewidzenia, jego kłopoty obudziły czujność Moskali i w styczniu 1654 r. Chmielnicki złożył w Perejasławiu przysięgę, uznając za protektora cara Aleksego Michajłowicza. Tej samej wiosny wojska cara zaatakowały Rzeczpospolitą jednocześnie na dwóch frontach.
Inwazja Moskwy z kolei zaalarmowała Szwedów. W 1655 r. król szwedzki Karol X wkroczył do Rzeczypospolitej z Pomorza i Inflant. Jego operacje wojenne wywołały interwencję Wielkiego Elektora państwa prusko-brandenburskiego, a następnie - w r. 1657 - księcia siedmiogrodzkiego Jerzego Rakoczego. Nadeszły lata „potopu”. Pod koniec dziesięciolecia losy wojenne Polski odwróciły się. W maju 1660 r. pokój w Oliwie zakończył wszelkie walki na północy, chociaż na wschodzie car prowadził kolejne kampanie.
Trudy i napięcia nieprzerwanej wojny spowodowały powstanie ognisk zapalnych wewnątrz kraju. Podejmowane przez króla próby naprawy wad ustroju i skarbowości doprowadziły najpierw do konfliktu z sejmem, a następnie do wybuchu wojny domowej. Szlachta odrzucała propozycje dotyczące głosowania na zasadzie większości, elekcji vivente rege i utworzenia centralnego skarbu. Jej przywódca, marszałek wielki koronny Jerzy Lubomirski, został wciągnięty w zdradzieckie konszachty z Austrią, a w końcu popchnięty do otwartego buntu. W okresie od 1661- 67 r. król na próżno przeciwstawiał się najpierw konfederacjom, później zaś armii rokoszan. 13 lipca 1666 r. poniósł klęskę w bitwie pod Mątwami koło Inowrocławia. Wojska królewskie znalazły się w impasie. Jan Kazimierz zrezygnował ze swych planów politycznych i przyjął przeprosiny Lubomirskiego. W r. 1667 Lubomirski udał się na dobrowolne wygnanie do Wrocławia. Na wschodzie Moskwa postawiła twarde warunki rozejmu w Andruszowie. W r. 1668 Jan Kazimierz abdykował i wyjechał do Francji. Co zaczął Chmielnicki, zakończyli Lubomirski i car. W tej sytuacji może się wydać dziwne, że historycy próbowali szukać powiązań powstania Chmielnickiego z wydarzeniami zachodzącymi w tym czasie w Anglii, Francji i Hiszpanii[312].
Niektórzy utrzymują, że było ono elementem wielkiej międzynarodowej konspiracji. Nie ma na to żadnych dowodów - poza tym, że Chmielnicki podobno odwiedził Paryż oraz prowadził korespondencję z Cromwellem. Inni wiążą powstanie z jakimś ogólnym „kryzysem w Europie”. Jednak żadna z sugerowanych hipotez nie daje się dopasować do wszystkich związanych z powstaniem wydarzeń. Koncepcja „powstania narodowego” jest dosyć trafna w przypadku Portugalii i Katalonii. Nie ma w zasadzie nic wspólnego z angielską wojną domową czy francuską Frondą. W przypadku Rzeczypospolitej jest ona mniej przekonywająca jako wyjaśnienie posunięć Chmielnickiego niż jako wytłumaczenie powszechnego ruchu oporu przeciwko Szwedom w środkowej i zachodniej części kraju. Koncepcja „rewolucji społecznej” jest również problematyczna. W przypadku Rzeczypospolitej nie można jej całkowicie odrzucić. Chłopstwo Ukrainy z pewnością rzeczywiście uczestniczyło w powstaniu, podczas gdy gdzie indziej chłopi działali na własną rękę, próbując odeprzeć obcych najeźdźców. Wydaje się jednak, że Chmielnicki zainspirował ten ruch malgre lui. Ani Kozacy, ani Tatarzy, ani król, ani tym bardziej car moskiewski nie mieli najmniejszego zamiaru wyzwalać chłopów poddanych. Można naturalnie twierdzić, że chłopi powstali w rozpaczliwym porywie przeciwko nieubłaganej inwazji poddaństwa. Jeśli przyjąć to twierdzenie, trzeba przyznać, że ich „rewolucja” poniosła całkowitą klęskę. Mimo secesji Ukrainy rozwój systemu poddaństwa w Europie Wschodniej postępował bez żadnych przeszkód. Być może jakiś wątek o istotnym ogólnym znaczeniu dałoby się odnaleźć w koncepcji „kryzysu ustrojowego państwa nowożytnego” w sensie ogólnym. Jak gdzie indziej, tak i w Rzeczypospolitej stosunki między władzą centralną a regionami położonymi na peryferiach kraju były wystawione na poważną próbę. Dawne instytucje reprezentujące władzę nie były w stanie rozwiązać powodzi nowych problemów społecznych i politycznych. W Rzeczypospolitej oczywistą przyczyną tarć był fakt, że Kozakom odmawiano nobilitacji i że biskupi uniccy i prawosławni nie mieli prawa zasiadać w senacie. W takim przypadku - jeśli przyjąć teorię konstytucyjną - musiałoby się jednak zredukować rolę odegraną przez Chmielnickiego do roli rozgniewanego przechodnia, który przypadkiem wpadł na i tak już grożącą runięciem budowlę państwa. Destruktywne skutki powstania są niezaprzeczalnym faktem. Z punktu widzenia Rzeczypospolitej jako całości, przyspieszyło ono proces upadku, którego już nigdy potem nie udało się skutecznie odwrócić. Z punktu widzenia ogółu jej obywateli, wywołało prawdziwą orgię destrukcji życia i dóbr, porównywalną ze zniszczeniami, jakie spowodowała wojna trzydziestoletnia w Niemczech. Żydom i protestantom przyniosło rozlew krwi i prześladowanie na nie znaną dotąd skalę. Rozproszone i bezbronne osady żydowskie ściągały na siebie wściekłość nie tylko Kozaków Chmielnickiego i chłopskich band, ale także armii cara. Wejściu moskiewskich żołdaków do Wilna 28 lipca 1655 r. towarzyszyła powszechna rzeź pozostałych w mieście mieszkańców. Wśród około 20 000 zabitych większość stanowili Żydzi. Ogólną liczbę Żydów wymordowanych w okresie od 1648 do 1656 r. obliczono na 56 000; ogólny spadek liczebności społeczności żydowskiej na skutek śmierci, ucieczek i nędzy dochodził do 100 000.
Reputacja Chmielnickiego wynikła raczej ze skali tych nieszczęść niż z jakichkolwiek praktycznych dokonań. Roszczenia do jego osoby wysuwa się z pozycji wielu sprzecznych ze sobą interesów. W historii ukraińskiej pojawia się, jako Chmelnyćkyj, w roli pioniera walk o wyzwolenie narodowe. W Związku Radzieckim, jako Chmielnickij, wspominany jest w roli Mojżesza, który wywiódł swój naród z domu polskiej niewoli i poprowadził go ku wielkiej rosyjskiej ojczyźnie. W Walhalli marksistowskich i socjologicznych bohaterów przedstawia się go w roli bojownika świadomości i protestu społecznego. Nie był nikim w tym rodzaju. Był dezerterem z armii Rzeczypospolitej, w której zdobył rangę pisarza, czyli skryby, i synem oficera, który w 1620 r. walczył pod Cecorą. Żywił głęboką osobistą i zrozumiałą urazę do magnatów kresowych (ludzie Aleksandra Koniecpolskiego napadli na jego posiadłości) i skłonił się ku Siczy jako naturalnej przystani wszystkich podobnych mu uciekinierów i malkotentów. Potem, gdy nie udało mu się uzyskać zadośćuczynienia przy użyciu siły, do której odwołał się na początku, nie pozostało mu nic, jak tylko walczyć do końca. W przeciwnym wypadku powieszono by go jako zdrajcę. Wzniecone przez niego iskierki oporu rozpaliły pożar, którego zasięgu w żaden sposób nie mógł był przewidzieć.
Wkrótce jego Kozacy mieli podjąć na Ukrainie walkę o własne przeżycie przeciwko moskiewskim protektorom. W 1658 r. na mocy układu w Hadziaczu ich przywódcy starali się ponownie wcielić Ukrainę do Rzeczypospolitej jako autonomiczne księstwo. Ale było już za późno. Ich powstanie tak bardzo obciążyło Rzeczpospolitą innymi, bardziej palącymi problemami, że nie była w stanie zaoferować pomocy. Kozacki koń, zrzuciwszy polskiego jeźdźca, miał teraz zostać okiełznany przez o wiele bardziej wymagającego pana. Ale wtedy sam Chmielnicki już nie żył. Jego główne osiągnięcie - jak w przypadku polskich powstańców z XIX w. - polegało na tym, że zwrócił uwagę świata na problemy swojej ojczyzny w czasie, gdy były one na ogół ignorowane i lekceważone.
W dziesięć lat później, w r. 1667, drugi wielki buntownik, Jerzy Lubomirski, leżał na łożu śmierci. Uskarżał się na ból głowy, mówiąc, że ci, którzy z głowy żyją, muszą z powodu głowy umierać. Był to nader trafny komentarz do sytuacji Rzeczypospolitej, do której klęski w tak znacznym stopniu sam się przyczynił. Tę Rzeczpospolitą, z jej pięknymi ideałami jednomyślności i wolności osobistej, utrzymywała przy życiu delikatna równowaga wzajemnego zrozumienia między królem i obywatelami. Jeśli miała żyć, musieli nią kierować ludzie mądrzy. Nie dysponowała żadnymi rezerwami siły, żadnymi sankcjami, które pozwoliłyby jej zmusić do posłuszeństwa nierozsądnego buntownika. Gdy rozum ustąpił miejsca brutalnej sile, zagroził jej upadek. Jak w przypadku Lubomirskiego - „ból głowy” mógł się okazać fatalny w skutkach.
W r. 1672 Jan Kazimierz umarł samotną śmiercią na wygnaniu, w klasztorze w Nevers-sur-Loire w środkowej Francji. Jego serce włożono do urny i umieszczono w St. Germain-des-Pres w Paryżu. Ciało przywieziono z powrotem do Krakowa, aby je tam pochować. Jedną z nielicznych pamiątek jego godnego pożałowania panowania były monety wybite w latach sześćdziesiątych XVII w. przez Boratiniego i Tynfa. Każdy z tych mistrzów-mincerzy wynalazł własny cudowny sposób uleczenia od ręki dolegliwości Rzeczypospolitej. Obaj okazali się ludźmi niekompetentnymi, żeby nie powiedzieć zwykłymi oszustami, których sfałszowane wytwory były przez następne sto lat plagą życia codziennego. Boratini uzyskał licencję królewską na wybijanie miedzianych szelągów o wartości 1/3 grosza. W latach 1660-66 wyprodukował ich ponad 9 milionów, zasypując nimi rynek i powodując nieopisany chaos. W następnych latach wartość boratynek spadła z 1/90 do 1/800 złotego. Plan Tynfa polegał na wybijaniu srebrnych złotówek, których wartość miała być ustalana dowolnie w stosunku do wartości złotego dukata. Jego monety zawierały ilość czystego srebra o wartości zaledwie 13 zamiast ustalonych 30 groszy. Na rewersie miały wybity monogram króla: ICR - Iohannes Casimirus Rex. Kiedy ludzie dowiedzieli się, ile naprawdę warte były ich pieniądze, imię ostatniego z Wazów posłużyło za symbol korupcji i fałszerstwa. Odtąd powszechnie nadawano inicjałom nową interpretację: ICR - INITIUM CALAMITATIS REGNI, „początek nieszczęścia królestwa”[313].
Wiśniowieccy (Wyszniewieccy), panowie Wiśniowca, nosili jedno z budzących największy postrach nazwisk Ukrainy. Dymitr Wiśniowiecki (wnuk protoplasty rodu, Michała; zmarł w 1563), pół Rusin i pół Rumun, założył pierwszą sicz kozacką w Chortycy nad Dnieprem. Zginął powieszony w Stambule przez Turków, którzy uwięzili go za uprawianie piractwa. Jego brat, Andrzej, wojewoda wołyński, był jednym z sygnatariuszy unii lubelskiej. Dziad króla, Michał, starosta owrucki, prowadził w 1616 r. słynną wyprawę do Mołdawii. Jego syn, książę Jeremi Wiśniowiecki (1612-51), wojewoda ruski i główny przeciwnik Bohdana Chmielnickiego, był jedną z najbarwniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach Polski. W najpopularniejszej ze wszystkich polskich powieści historycznych, Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza, został odmalowany jako szlachcic, który czynił wiele zamętu i wrzawy, walczył za Rzeczpospolitą i z bezlistosną surowością karał Kozaków i Tatarów. W oczach innych komentatorów był pospolitym bandytą, łupieżcą wdowich majątków, renegatem i zdrajcą. Bez względu na to, jak wyglądała prawda, nie da się zaprzeczyć, że brał udział w aktach niesłychanego wprost okrucieństwa, a także, że cieszył się sporą popularnością wśród polskich magnatów[314]. Na przestrzeni poprzedniego stulecia rodzina Wiśniowieckich zgromadziła w swych rękach jedną z najpotężniejszych fortun Rzeczypospolitej; majątki rozciągały się na dawnych dziewiczych terenach za Dnieprem; pracowało w nich około 230 000 chłopów poddanych, a broniła ich jedna z najbitniej szych prywatnych armii. W istniejącej w kraju sytuacji można było oczekiwać, że tak potężny ród wyda kandydata do polskiego tronu. Nikt natomiast oczekiwać nie mógł, że wyda taką miernotę jak Michał Korybut Wiśniowiecki (1640-73), syn księcia Jeremiego, rezerwowy kandydat uknutej przez Austriaków elekcyjnej intrygi, bezwolny pionek w rękach ambitnych protektorów. Wielka magnacka góra urodziła królewską mysz.
Panowanie Michała Korybuta trwało wszystkiego cztery lata. W tym okresie zaszło w Rzeczypospolitej wiele istotnych wydarzeń. Po pierwsze, 19 czerwca 1669 dokonano wyboru króla, który trafił na tron właściwie przez pomyłkę. Po drugie, 27 lutego 1670 r. dla uczczenia porażki stronnictwa francuskiego, król poślubił arcyksiężniczkę Eleonorę Habsburżankę. Powitawszy swą narzeczoną na granicy śląskiej, poprowadził orszak ślubny do starego klasztoru na Jasnej Górze, gdzie odbyła się uroczystość zaślubin, w obecności nuncjusza, cesarzowej i senatu. Wydane z okazji uroczystości śniadanie nuncjusz opisał dla potomności z wyraźnym upodobaniem:
Po odśpiewaniu uroczystem Te Deum przed cudownym obrazem N. Panny przy odgłosie muzyki, młodzi małżonkowie udali się ze swym orszakiem do pięknie przyozdobionych pokojów w klasztorze (...) Nie można nie nadmienić o uczcie dnia następującego, na której zastawiono potrawy w takiej obfitości, iż trudno byłoby powiedzieć, czy słudzy więcej strudzeni byli, nosząc je na stół, czy panowie i goście, patrząc na taki przepych. Ukazało się na niej 300 bażantów, 5 tysięcy par kuropatw, 6 tysięcy par indyków, 3 tysiące par cieląt, 400 wołów, 4 tysiące baranów, więcej niż tyle jagniąt, 100 jeleni, 5 łosiów, 2 tysiące zajęcy i kilkadziesiąt dzików. Dawano potem mnóstwo owoców, konfitur, w końcu zastawiono stoły cukrami wznoszącemi się w kształcie piramid i kolosów. Po skończonej uczcie zaczął się taniec polski, w którym król, poprzedzając sześciu senatorów, a królowa tyleż dam, przeszedł się dwa razy po całej sali, i na tem się skończyła część pierwsza[315].
Po trzecie, nieco później tego samego roku ambasador pruski zorganizował w Warszawie obławę na zbiegłego obywatela Królewca, Kalksteina. Po czwarte, w 1672 r. najazdem sułtana Mehmeta IV na Podole rozpoczęła się druga wojna turecka. Twierdza w Kamieńcu Podolskim została zdobyta, kamieniecką katedrę zaś przemieniono na meczet. Po piąte, 16 października 1672 r. w Buczaczu koło Tarnopola królewscy posłowie podpisali akt kapitulacji. Południowe części Ukrainy, które pozostały przy Polsce po zawarciu rozejmu w Andruszowie, teraz przeszły w ręce Turków. Ustalono roczną kontrybucję w wysokości 22 000 złotych dukatów. Po szóste, oba posiedzenia sejmu w owym haniebnym roku zostały zerwane przez liberum veto. Podczas drugiego w dodatku zakłóciła obrady pewna uparta dama. Otóż niejaka Kuniecka twierdziła, że spotkała ją krzywda ze strony pewnego senatora. Wkroczyła więc na salę obrad senatu w Zamku Królewskim w Warszawie, aby osobiście szukać zadośćuczynienia, żądając wykonania nakazu sądowego, dotyczącego wydania jej zbiegłych chłopów. Zniecierpliwiona długą debatą na temat tego, czy królowi należy zezwolić na publiczne noszenie peruki czy też nie, wygłosiła z galerii gniewną tyradę:
gdy zaś Xiążę JMć, Podkanclerzy W°X''L0, kazał iei ustąpić, opowiedziawszy: „że teraz radzimy w obronie Rzptey, nie przeszkadzaj nam Wmć, bo w ostatku każę wyprowadzić" owa (...) do Króla JMci mowę obróciła (...) „Co mi po tey obronie?! WMcie [w niey obronicie] gdy Pan stanie mi za Ordę, z którym sprawiedliwości przez lat 25 doyść nie mogę?”
Winnego wojewodę ujawniono i ukarano: zapłacił 2000 złotych ex nunc oraz został zobowiązany do wydania jednego chłopa[316].
Po siódme, powstałe w łonie szlachty frakcje austriacka i francuska utworzyły zbrojne konfederacje, aby wymóc na niezdecydowanym królu swą konkurencyjną politykę[317].
Omawiając wszystkie te wydarzenia, podręczniki historii kładą głównie nacisk na to, czego król nie zrobił. Nie miał żadnej kontroli ani nad magnatami, ani nad armią, ani nad Turkami, ani nad żoną, ani nad nuncjuszem. Bardzo trudno dociec, czym właściwie zajmował swój umysł. Zmarł 10 listopada 1673 r. podobno na skutek przejedzenia korniszonami - zapewne u szczytu sił i możliwości.
Nazwisko „Sobieski” należy do tych bardzo nielicznych nazwisk w historii Polski, które znane są szerszemu światu. Jego pochwałę głosili zarówno współcześni, jak i historycy. Według Johna Miltona, był „pierwszym z Polaków, który pokazał, że straszliwe siły tureckie rozbić można jednym ciosem”. Jego umiejętności i talenty w dziedzinie wojennego rzemiosła wychwalał Ciausewitz. W Polsce jego imię było na ustach wszystkich, w całej Europie pamiętano o nim jako o tym, który obronił cesarstwo i świat chrześcijański przed niewiernymi. I dlatego nie jest rzeczą prostą odmalować twarz ukrytą pod maską sławy, ani - co ważniejsze - opisać problemy królestwa przyćmione blaskiem wspaniałych czynów jego władcy[318].
Jan III Sobieski (1629-96) urodził się w Olesku niedaleko Lwowa jako drugi z kolei syn wojewody ruskiego Jakuba Sobieskiego i Zofii Teofili Daniłowiczówny. Łacińskie wykształcenie otrzymał w gimnazjum Nowodworskiego w Krakowie, a później na Uniwersytecie Jagiellońskim; w latach 1646-48 wyruszył w wielką podróż, której szlaki doprowadziły go do Paryża, Londynu i Amsterdamu. W 1652 r., po śmierci starszego brata, objął połączone dziedzictwo trzech wielkich rodów - Sobieskich, Żółkiewskich i Daniłowiczów. Ale już od młodości wybrał karierę wojskową - mimo że bogactwo i stosunki mogły mu zapewnić łatwy dostęp do dworu, dyplomacji, patronatu i polityki. W r. 1648 wstąpił do wojska i przez cały dwudziestoletni okres powstania Chmielnickiego i szwedzkiego „potopu” walczył pod rozkazami Jerzego Lubomirskiego i Stefana Czarnieckiego. Na czas siedmiu miesięcy - od sierpnia 1655 do marca 1656 - wraz z wojskami kwarcianymi przeszedł na stronę Karola X. W pierwszym poselstwie - do Konstantynopola - wziął udział w r. 1654, w r. 1655 przedstawiono go na dworze, w r. 1659 został po raz pierwszy wybrany posłem na sejm. W r. 1665 otrzymał laskę marszałka wielkiego koronnego, w r. 1666 - godność hetmana polnego, a w r. 1668 - najwyższą godność wojskową: buławę hetmana wielkiego koronnego. Za panowania Michała Korybuta spędzał czas na prowadzeniu wojny z Turkami. Niewiarygodnego aktu unicestwienia całej armii otomańskiej pod dowództwem Husseina baszy dokonał w dzień po śmierci króla w miejscu wcześniejszego zwycięstwa Chodkiewicza pod Chocimiem nad Dniestrem. W trzy miesiące później triumfalnie wkroczył do Warszawy, - w sam środek sesji sejmu elekcyjnego, i przy bardzo słabej opozycji został obwołany królem. Poza bitwą pod Batohem w r. 1652, gdzie poległ jego brat Marek, oraz bitwą pod Mątwami, gdzie zmierzył się ze swym dawnym patronem i dowódcą Lubomirskim, obce mu były klęski. Niewielu monarchów - a z pewnością żaden z monarchów dziedzicznych - miało w chwili wstąpienia na tron tak rozległe doświadczenie i tak wiele sukcesów na swym koncie.
Jak prawie sto lat wcześniej w przypadku Batorego, osobowość króla zdominowała w znacznym stopniu życie polityczne w kraju. Obserwował ją, podziwiał i opisał angielski duchowny, wielebny Robert South, który sam odwiedził Polskę:
Król jest księciem o wielkiej łatwości słowa, wielce przystępnym i nadzwyczaj grzecznym, posiadając większość z owych cech, które czynią prawdziwego gentlemana. Jest on nie tylko dobrze obeznany z wszelkim wojennym rzemiosłem, ale również - a to dzięki sposobom francuskiej edukacji - wielce obficie wyposażony w wiedzę i znajomość dobrych manier. Poza swym własnym językiem słowiańskim, rozumie języki łaciński, francuski, włoski, niemiecki i turecki; znajduje duże upodobanie w nauce przyrodniczej oraz wszystkich gałęziach fizyki. Ma zwyczaj ganić duchowieństwo za to, iż nie dopuszcza do szkół i uniwersytetów nowoczesnej filozofii - takiej jak nauki Le Granda czy Kartezjusza.
Co się tyczy postury Jego Królewskiej Mości, jest to książę wysoki i postawny, o twarzy dużej i oczach okrągłych; odzież nosi zawsze taką jak jego poddani, włosy przystrzyżone wokół uszu jak mnich, czapę futrzaną, lecz niezwykle bogato przyozdobioną diamentami i klejnotami, wąsy duże; chodzi bez chustki na szyi. Długa szata spada mu do pięt na kształt płaszcza, a pod nią nosi kaftan tej samej długości, w talii ciasno przewiązany pasem. Nigdy nie wdziewa rękawic, a ów długi płaszcz jest uczyniony z grubego szkarłatnego sukna, zimą bogato obramowanego futrem, w lecie zaś jedynie obszytego jedwabiem. Zamiast trzewików nosi - tak w polu, jak i w domu - tureckie skórzane buty z bardzo cienką podeszwą i wydrążonymi obcasami, uczynionymi ze srebrnych blach, wygiętych półkolisto na kształt półksiężyców. Zawsze nosi wielką szablę, przypiętą przy pasie, w pochwie jednako płaskiej i jednako szerokiej od rękojeści po koniec ostrza i zmyślnie nabijanej diamentami[319].
Ufność Sobieskiego we własne siły niewątpliwie zwiększyły dobrodziejstwa pełnego namiętności, niezwykle udanego, choć chwilami burzliwego małżeństwa. Od r. 1665 był bowiem żonaty z najbardziej interesującą i najbardziej podniecającą kobietą na dworze, Marią Kazimierą de la Grange d'Arquien, powszechnie znaną w Polsce jako „Marysieńka”. Ich niezwykły związek można porównać tylko z małżeństwem nieco od nich młodszej pary, dorównującej im w sprawach miłości, wojny i polityki: małżeństwem Johna Churchilla, księcia Marlborough, z Sarą Jennings.
Na swój własny sposób osobowość Marysieńki (1641-1716) była równie godna uwagi i równie silnie zaznaczyła się na tle mozaiki układów politycznych. Przybyła do Polski jako czteroletnia dziewczynka z fraucymerem francuskiej królowej Ludwiki Marii. Była córką kapitana gwardii francuskiej i dawnej guwernantki królowej (choć krążyła plotka, że naprawdę Marysieńka była dzieckiem królowej i jednego z jej byłych kochanków, Gastona d'Orleans, lub nieszczęsnego markiza Cinq-Marsa). Przez cały czas małżeństwa była bliską towarzyszką Sobieskiego, powierniczką jego najskrytszych myśli, natchnieniem jego męstwa. Mimo to do samego końca korzystała z prawa do kobiecych kaprysów i prywatnych intryg. Znała Sobieskiego od dzieciństwa, ale nie okazywała żadnego zainteresowania jego osobą aż do czasu, gdy w wieku lat dwudziestu została wydana za starzejącego się Jana Zamoyskiego, wnuka dawnego kanclerza. Potem stosunek tych dwojga przerodził się w grande affaire, która rozkwitała w ramach Grande Affaire francuskiego dworu Jana Kazimierza. Potajemnie zawarli małżeństwo w maju 1665 r. - zanim jeszcze zdążono pogrzebać ciało zmarłego męża Marysieńki i pod niełatwym do wypełnienia warunkiem, że Sobieski przyjmie urząd marszałka po usuniętym z niego Lubomirskim. Jawny ślub odbył się w lipcu; mieli kilkoro dzieci - synów i córek - których życiowe interesy królowa nieodmiennie pojmowała całkowicie odmiennie niż król. Z punktu widzenia historyka najbardziej interesujący jest fakt, że gdy rozdzielały ich sprawy publiczne, zawsze utrzymywali ze sobą regularną i obszerną korespondencję. Cudowne listy do Marysieńki pisane przez Sobieskiego są głównym źródłem informacji na temat jego politycznej kariery. Przedzierając się przez galimatias galicyzmów i konspiracyjnych kryptonimów („Celadon” był pseudonimem Sobieskiego, zaś „Astrée” - Marysieńki), można dotrzeć do najbardziej intymnych uczuć króla:
Mon Coeur, mon âme et mon touti
Calusieńką jadąc noc, stanęliśmy tu samym świtaniem, już tylko o półtrzeciej mili od Króla JMci i od wojska. M. Palatin de Cracovie jutro się podobno już złączy, bo dziś tylko o cztery mile od Króla JMci. Chorągwi konnych przy królu bardzo mato, nowo zaciężnych cale nie widać. Moje wszystkie z łaski bożej zastałem tu i już się opowiedzieli Królowi JMci.
O Lubomirskim była wiadomość, że już mijał Szczebrzeszyn; rozumiem tedy, że się te rzeczy już w długą powlec nie mogą. Co komu P. Bóg obiecał, wkrótce się pokaże. Niesłychaną mamy incommodite w tej drodze, co niczego na świecie nie dostanie. Pustki takie, jakie na świecie nie mogą być większe. Ja dalibóg nie wiem i imaginować nie mogę, co my tu będziem w obozie jedli. Króla JMCi za godzin trzy obaczyć się spodziewam i tam świeżych zasiać wiadomości. Zapomnieli mi teraz tam chłopcy szkatuły mojej podróżnej czarnej, żelazem okowanej, bez której jestem prawie jako bez ręki. Pytać się tedy o okazję, a przysłać mi ją jako najprędzej, mianowicie przez jmć ks. Lipskiego, jeśli jeszcze nie wyjechał. Kluczyki od niej są przy mnie. Całą drogę w wielkiej zostawałem i zostawam melankolii i jednym się tylko tym cieszę słowem, że mi tę na wyjezdnym niespaną noc śliczna Astrée sowito swoją obiecała nagrodzić miłością, co niech w pamięci będzie, uniżenie proszę. Być przecie zasłużył to dobrze Celadon, żeby go i kochać, i mieć podczas jakąkolwiek complaisance; a on, jeśli mu się P. Bóg zdrowo powrócić pozwoli, wszystkimi się o to chce starać sposobami, że nic kochańszego i milszego na tym nie będzie miał świecie nad śliczność swojej Jutrzenki, którą całując milion razy, żegna, opowiadając, że póki ducha w ciele, poty jej najwierniejszym będzie sługą i tym, czym go teraz P. Bóg mieć chciał. Jmp. łowczemu podziękować i za konie, i za wszystkie łaski, bez których byłbym był srodze mai accommode; usługę moją zawdzięczyć w każdej jegomości panu obowiązuję się okazji[320].
W sposobie myślenia i postępowania Sobieskiego, który tak silnie odbił się na sposobie prowadzenia spraw publicznych, poczesne miejsce zajmowała „tradycja orientalna”. Sobieski należał do grupy magnatów z południowo-wschodnich prowincji kraju, których interesy, wykształcenie i postawy były zasadniczo odmienne od stylu życia w innych częściach kraju. Zwłaszcza w XVII w. szlachtę ze wschodu problemy sąsiedniego świata otomańskiego zajmowały w stopniu, jaki w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku uznano by za obsesję. Co więcej, ze względu na wyjątkowe rozmiary majątków, którym nie było równych w żadnej innej części Rzeczypospolitej, a także z tytułu posiadania potężnych prywatnych armii, mogła ona narzucać polityce całego państwa kierunki odpowiadające własnym interesom. Najlepszym przykładem jest tu być może Tomasz Zamoyski (1594-1638) - wojewoda kijowski i przez krótki czas - podobnie jak jego wybitny ojciec - kanclerz wielki koronny. Otrzymawszy jako dziedzictwo rozległe majątki w rejonie Bracławia, od dzieciństwa stykał się ze sprawami Wschodu. Był przyjacielem chana krymskiego, Islama Gireja, który spędził pewien czas w niewoli w Zamościu; płynnie znał języki turecki, tatarski, arabski i perski. Akademię swego ojca przekształcił w ośrodek studiów orientalnych pod kierownictwem jej uczonego rektora Jana Iwaszkiewicza; samo miasto zaś - z jego wspólnotą ormiańską i żydowską oraz z manufakturą perskich dywanów - w ośrodek handlu ze Wschodem. Był ojcem pierwszego męża Marysieńki[321]. Sobieski wyrastał w podobnym otoczeniu. Urodził się podczas gwałtownej burzy, w czasie tatarskiego najazdu. Jego dziadek ze strony matki, hetman Żółkiewski, oraz brat Marek zginęli na polu bitwy z rąk Tatarów, wuj zaś, Stanisław Daniłowicz, zmarł w tatarskiej niewoli. Głębokie wrażenie musiała na nim wywrzeć rodzinna krypta w Żółkwi - groby bohaterów i napis: O quam dulce et decorum est pro patria mori. W 1653 r. dobrowolnie zgłosił się jako zakładnik w Bachczysaraju; w r. 1654 był w Stambule, w r. 1656 dowodził posiłkami tatarskimi Rzeczypospolitej w bitwie o Warszawę 28-30 lipca. Nikt nie miał większego doświadczenia w sprawach Wschodu ani nie odczuwał wobec nich większej fascynacji niż on. Orientalna tradycja przejawiała się na różne sposoby. Była inspiracją dla przesadnej świadomości własnej katolickości, która kazała Rzeczypospolitej usprawiedliwiać wszystko w kategoriach obrony chrześcijańskiego świata. Inspirowała też aktualną modę w dziedzinie obyczajów i strojów: tureckie siodła, tatarskie fryzury i perskie dywany były nieodłącznymi atrybutami każdego szanującego się szlachcica. Stanowiła zachętę do zajmowania konserwatywnego stanowiska wobec problemów społecznych, podkreślając konieczność poddania się jednostki woli Bożej i regułom niezmiennego ładu społecznego. Wprowadzała zamęt w politykę zagraniczną, skłaniając do bagatelizowania rozwoju wydarzeń w Moskwie, Skandynawii i Prusach oraz interpretując interesy Rzeczypospolitej wyłącznie poprzez pryzmat zagrożenia ze strony świata muzułmańskiego. Co zaś najważniejsze, oznaczała przyjęcie tezy, że wojna prowadzona stale i nieustępliwie jest podstawowym i właściwym sposobem potwierdzenia integralności i honoru państwa.
Kwestie wojenne mogły zatem budzić niepokój - częściowo za sprawą naturalnych skłonności króla, a częściowo na skutek nacisków z zewnątrz. Poczynając od r. 1676, przeprowadzono reformę zarówno wyposażenia, jak i organizacji armii. W formacjach piechoty zredukowano drastycznie liczbę pikinierów; muszkieterów uzbrojono w krótkie toporki, które służyły jednocześnie jako stojaki pod muszkiety. W oddziałach kawalerii zwiększono kontyngent dragonów; regimenty kozackie zostały wyposażone w kolczugi i zaklasyfikowane jako „zbrojna kawaleria”; lekką jazdę tatarską uzbrojono w krótkie lance. Szczególną uwagę zwrócono na sposoby zwiększenia mobilności artylerii. Wszystkie te zmiany miały na celu zapewnienie mocniejszego wsparcia dla siły uderzenia ciężkiej jazdy husarskiej - ulubionej formacji Sobieskiego i zdobywczyni jego najświetniej szych zwycięstw. Formacje obronne - inżynierów, saperów, artylerii oblężniczej - były raczej zaniedbywane. Liczebność armii ustalono, od czasu panowania Jana Kazimierza, na 12 000 żołnierzy dla Korony i 6000 żołnierzy dla Wielkiego Księstwa. Teraz liczby te podniesiono odpowiednio do 36 000 i 18 000 żołnierzy stałej armii. Wielki nacisk kładziono na kontrybucje prywatnych armii magnackich. Sam Sobieski dał tu przykład, bez wahania oddając prywatną fortunę na służbę ojczyzny. Był przedstawicielem klasy, która nieufnie odnosiła się do wzrostu potęgi państwa, i bardziej liczył na lojalność i hojność zamożnej szlachty. W rezultacie uczyniono niewiele dla poprawy stanu finansów przeznaczonych na cele militarne. Wysokość podatków ustalano dla poszczególnych prowincji w zależności od ich finansowych możliwości. Podatki ściągano często ze znaczną zwłoką. Odpowiedzialność za szczegółowy nadzór w tej dziedzinie spadała na sejmiki. Dzięki swej wybitnej osobowości Sobieski zdołał zainspirować Rzeczpospolitą do niezwykłych wysiłków - nagłych i krótkotrwałych wybuchów. Ale przestarzały mechanizm został przez niego praktycznie całkowicie wyeksploatowany. Nadszedł moment, gdy po dwudziestu latach zbyt intensywnej eksploatacji - odmówił on dalszego działania. Pod koniec panowania Sobieskiego nie opłaceni żołnierze stali się nagminną plagą wielu prowincji[322].
Wojna turecka nie była dziełem Sobieskiego, chociaż od samego początku król był w nią mocno zaangażowany. Rozpoczęli ją Turcy jako część planu strategicznego zmierzającego do okrążenia Habsburgów i jako odpowiedź na habsburskie małżeństwo Wiśniowieckiego. Po Chocimiu, gdzie zwycięstwo Sobieskiego zmazało hańbę klęski poniesionej w Buczaczu, szansę rozkładały się równo. W latach 1674-75 króla rzadko widywano w Warszawie, wciąż też odkładano uroczystość koronacji. Tureckie oblężenie Lwowa zostało przełamane. Twierdzę w Trembowli uratowała odwaga żony jej komendanta, która zagroziła mężowi samobójstwem, jeśli ten nie poniecha zamiaru poddania się wrogowi. Póki nie zostały zakończone te niebezpieczne operacje wojenne, polityka Sobieskiego była dotknięta paraliżem. Ale w r. 1676 obie strony zaczęły okazywać oznaki wyczerpania. Armia polska została otoczona w obozie zbrojnym pod Żurawnem nad Dniestrem przez przeważające siły Ibrahima Szejtana, który nie był jednak w stanie przełamać jej skutecznego oporu. 17 października podpisano rozejm, na mocy którego Turcy zachowali większość swych zdobyczy. Do Porty wysłano poselstwo Jana Gnińskiego w nadziei osiągnięcia trwałego pokoju.
Skoro tylko pierwszy najazd turecki został opanowany, Sobieski zwrócił się ku Francji. Przez cały czas od momentu zawarcia małżeństwa łączyły go bliskie związki ze stronnictwem francuskim na dworze. W 1666 r. Ludwik XIV ofiarował mu buławę marszałka Francji. W r. 1672, stanąwszy na czele popieranej przez Francuzów konfederacji szczebrzeszyńskiej, Sobieski szykował się do walki z prohabsburską konfederacją gołąbską. Tak więc przymierze z Francją było dla niego pod wieloma względami krokiem naturalnym. Oznaczało związek Rzeczypospolitej z antyhabsburskim obozem Francji, Szwecji, Turcji i Węgier, z drugiej jednak strony niosło ze sobą szereg korzyści. Oddawało do polskiej dyspozycji francuską służbę dyplomatyczną w zabiegach o zawarcie pokoju z Turkami oraz w przeciągających się negocjacjach z Moskwą; stanowiło obietnicę stworzenia przeciwwagi dla manewrów frakcji prohabsburskiej w dziedzinie spraw wewnętrznych Rzeczypospolitej; a wreszcie otwierało drogę do zorganizowania wyprawy w celu ponownego ustalenia zwierzchnictwa Polski w Prusach. Francuzi ze swej strony byliby zachwyceni możliwością stworzenia sobie na wschodzie bazy, z której mogliby kierować operacjami na Węgrzech oraz akcjami wymierzonymi przeciwko Wiedniowi. Traktat podpisano 11 czerwca w Jaworowie. Sobieski miał uzyskać od Francji subsydium w wysokości 200 000 talarów rocznie na sfinansowanie ekspedycji przeciwko państwu brandenbursko-pruskiemu, która miała zostać podjęta natychmiast po zakończeniu kampanii tureckiej. Miano też zaaranżować rapprochement ze Szwecją. Francuzi mieli otrzymać pozwolenie na używanie terenów Rzeczypospolitej w swoich kontaktach z Węgrami. Sobieski wplatał Polskę w największą kabałę polityki europejskiej. Wydawało się, że dokonał zdecydowanego wyboru co do pozycji, jaką miał zająć wobec sporu między cesarstwem a Francją. Natychmiast uznano go za głównego pełnomocnika Króla Słońce na wschodzie, on sam zaś nawiązał kontakty ze stronnictwami profrancuskimi w całej Europie. Napisał do króla Anglii Karola II, prosząc go, aby został ojcem chrzestnym jego nowo narodzonej córki. W r. 1677 podpisał w Gdańsku układ ze Szwedami[323].
Kalkulacje z r. 1675 szybko okazały się chybione. Stało się rzeczą oczywistą, że wiele z figur potrzebnych do rozegrania francuskiego gambitu stoi na zupełnie niewłaściwych polach. Po pierwsze, niezwyciężona armia szwedzka, która wyszła z Inflant i zaczęła się posuwać w kierunku na południe, została pod Fehrbellinem solidnie poturbowana przez Prusaków i przepędzona z powrotem do Rygi. Wobec tego szansę powodzenia planowanej wyprawy polskiej przeciwko Prusom bardzo poważnie przybladły. Po drugie, Porta odmówiła zawarcia pokoju. Poselstwo Gnińskiego poniosło klęskę. Po trzecie, Moskwie udało się wygrać tam, gdzie przegrał Gniński: w r. 1677 podpisano traktat turecko-moskiewski. Wszelkie zaangażowanie się strony polskiej w Prusach i każda akcja przeciwko Austrii wiązałaby się z ryzykiem ciosu w plecy zadanego przez Moskwę. Po czwarte, wyczyny stronnictwa francuskiego w Polsce zaczęły zagrażać odrodzeniem się zbrojnych konfederacji z r. 1672. Nowy hetman wielki koronny Dymitr Wiśniowiecki knuł już spisek z Wiedniem zmierzający do obalenia Sobieskiego. Po piąte, sejm odmówił ratyfikowania traktatu podpisanego w Jaworowie. Z tych wszystkich powodów polityka króla była poważnie podkopana, jeszcze zanim całkowicie upadła. W r. 1679 Ludwik XIV zawarł w Nijmegen pokój z cesarzem oraz podpisał traktat z Prusami, w którym nie znalazła się żadna wzmianka o Polsce. Prusacy po raz drugi pobili Szwedów pod Kuckernose. Sobieski był upokorzony, osamotniony i wściekły. Od tej chwili milszym okiem patrzył na obóz procesarski w Polsce, a wpływy francuskie stopniowo słabły. Wiadomo było, że Turcy - pod wodzą nowego wielkiego wezyra, Kara Mustafy - tęsknią do kolejnej rundy świętej wojny. W r. 1683, po czterech latach wahań, kości zostały rzucone. Podczas gdy orda turecka szykowała się do szybkiego wymarszu z Belgradu, chcąc wyruszyć najkrótszą drogą na Wiedeń, w Warszawie poseł francuski został przyłapany na prowadzeniu korespondencji świadczącej o zdradzie i wydalony ze stolicy. Gdy cesarz Leopold II zaapelował o rychłą pomoc, Sobieski przyjął apel życzliwie. l kwietnia podpisano z posłem cesarskim, hrabią Waldsteinem, umowę o wzajemnej pomocy. Sobieski miał uzyskać subsydium w wysokości l 200 000 dukatów na sfinansowanie odsieczy dla Wiednia; gdyby wziął osobiście udział w wyprawie, miał otrzymać nominację na głównodowodzącego połączonych armii. Aby uniknąć pechowej daty (prima aprilis), dokument został antydatowany i opatrzony datą 31 marca[324].
Sytuacja Wiednia latem r. 1683 stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Turcy nadciągali o wiele prędzej niż alianci i w połowie lipca rozpoczęli oblężenie miasta w sile około 140 000 żołnierzy. Obrońcy pod dowództwem Rudigera von Starhemberga zostali zmuszeni do zabarykadowania się w otoczonym mieście. Cesarz wraz ze swym dworem wycofał się do Linzu. Sobieskiemu sytuacja dodała animuszu. Podobne oblężenia widywał przy wielu wcześniejszych okazjach, a walczyć miał z wrogiem, którego każde kolejne posunięcie znał na pamięć. Jesienny galop przez Karpaty - na cudzy koszt i dla ratowania stolicy chrześcijaństwa - pokusa była nieodparta.
Polskie wojska zaczęły się gromadzić w Krakowie w połowie lata. Obóz królewski wypełnił się stopniowo 26 000 ludzi i 29 000 koni - 25 pułków husarii, 77 oddziałów kozackich, 31 oddziałów lekkiej kawalerii, 2 oddziały arkebuzerii, 37 pułków piechoty, 10 pułków dragonów i oddział artylerii. O wiele mniejsze siły, w liczbie 10 000, wysłano na Podole, aby odwróciły uwagę Turków na bocznym skrzydle. Litwinom w sile dalszych 10 000 żołnierzy kazano wyruszyć na spotkanie, które miało nastąpić na Morawach. Główne oddziały wyruszyły 29 lipca w dwóch kolumnach. Pierwsza, pod dowództwem hetmana Jabłonowskiego, maszerowała trasą północną na Śląsk przez Tarnowskie Góry, Racibórz i Opawę; druga, pod wodzą hetmana polnego Mikołaja Sieniawskiego, poszła przez Bielsko i Cieszyn. Połączywszy się w Ołomuńcu, oddziały ruszyły trasą na Nikolsburg i Tulln nad Dunajem, gdzie miały się spotkać z wojskami książąt niemieckich pod dowództwem Karola Lotaryńskiego. Osiem tysięcy wozów z żywnością przez sześć tygodni posuwało się z prędkością około dwudziestu kilometrów dziennie. Z Brna Sobieski pisał do Marysieńki:
Mila za Bruną, we wsi Modric,
29 VIII 1683 przed północą
Po napisanym liście z Ołomuńca nie stało się nic osobliwego. O Tekolim ucichło i Tatarowie gdzieś zapadli, że o nich słusznej dotąd nie masz wiadomości. Skoro my przejdziemy za most, tym, co pojadą za nami, trzeba się będzie mieć na wielkiej ostrożności i daleko prosty do Wiednia objeżdżać gościniec; osobliwie tego życzę p. wojewodzie pomorskiemu, który moje od ks. warmińskiego przy sobie wiezie pieniądze. Już to stąd do Wiednia tylko trzynaście mil.
P. marszałek nadworny zabiegł mi drogę pocztą, jeszcze na tamtej stronie Bruny; tamże i owa kiedyś księżniczka olsztyńska, co była przy królowej Eleonorze, z kilką dam. Jest za księciem Lichtensteinem, gburem i coś jeszcze nadto. Odmieniła się tak, że wszyscy, cośmy ją znali, nie możemy dotąd sobie perswadować, żeby to ta była. Gruba tak właśnie i wysoka, jako p. l'Etreux.
Mszy św. słuchałem w Brunie w kościele franciszkanów, gdzie się trafił odpust i założenie św. Jana Chrzciciela, a dziś obchodzi właśnie Kościół ścięcie jego. Miasto piękne i obronne, osobliwie zamek na wysokiej górze, forteca wielka. Co do kraju, nie masz w świecie nic równego: ziemia lepsza niżeli w Ukrainie. Góry wszystkie pełne winogradów, którym a brzoskwiniami domy swe okrywają. Gęstość taka kóp w polu, że temu nikt nic nigdy podobnego nie widział. Jutro, da P. Bóg, złączę się z p. wojewodą wołyńskim, a pojutrze z księciem lotaryńskim, o którym taką mi czyni p. marszałek nadworny relację, że człowiek niewielki, gros, sans mine, melankolik niczym się nie bawiący, ospowaty; stroi się tak, jako najmizerniejszy człowiek, w podartej prostej sukni, kapelusz nie tylko bez pióra, ale i bez rubantu, wytarty i utłuszczony; alias człowiek dobry i rozum mający, mało mówiący i niby timide, nie śmiejący znać ni w czym wykroczyć przeciwko ordynansom dworskim. W Brunie dziś jedliśmy obiad u niejakiego Kolowrata, który tą zawiaduje prowincją, a był posłem od cesarza w traktatach oliwskich. Dosyć nas pięknie częstował i cale z francuska. - P. wojewodzie ruskiemu kazałem iść za sobą z usarzami i ostatkiem wojska, zostawiwszy po zadzie piechoty. To pisząc, przybiega pocztą chorąży od księcia lotaryńskiego z listami; który mi posyła list od Staremberka, komendanta wiedeńskiego, dwudziestego siódmego pisany. Proszą bardzo o sukurs, bo już nieprzyjaciel w jednym z nimi siedzi rawelinie, a idzie ziemią podkopem pod beluard, nazwany cesarski, tak że go czują nasi minierowie, którzy contreminy kopią pod sobą. Przydaje, że na głowę wszystko wojsko prawie wezyr wpędził w aprosze i że się na coś wielkiego gotują; a u nas jeszcze dotąd most nie stanął. Wojska książąt i elektorów już się prawie wszystkie o jutrze zgromadzą; ale brandeburskie nie przyjdą na czas. Nie wiemy, co jest w tym, że Turcy napierają się koniecznie ponaprawiać te mosty, które książę lotaryński przy Wiedniu był popalił, i szańce, które tam rozrzucił. Daje znać, że tam znowu do tego miejsca ordynował tysiąc piechoty.
Jutro, da P. Bóg, spodziewamy się usłyszeć działa wiedeńskie, a pojutrze napić się wody dunajskiej. Dumont, jeśli nadjechał, proszę, aby to, co dla mnie przywieźć miał, przysłać mi przez pierwszą okazję. O Kozakach co tam słychać, oznajmij mi, a poganiać ich za mną, powiedziawszy pacierz p. Mężyńskiemu, że mi się zrazu nie odezwał. Z Litwą co się także dzieje, która jest moim największym kłopotem, bo tu ich cale nie potrzebują i ustawicznie mi głowę o to gryzą. Życzą wszyscy, aby szli przez Węgry, aby przynajmniej za te pieniądze, które pobrali, uczynili jakąkolwiek nieprzyjacielowi dywersję.
O zdrowiu Wci serca mego po rozjezdnym się naszym najmniejszej nie mam wiadomości; bo lubo ich tak wiele stamtąd przyjeżdża, takie jakieś nieszczęście, że żaden tamtym, gdzie by się miał potkać z Wcią sercem moim, nie jechał gościńcem. Całuję zatem i ściskam ze wszystkiej duszy i serca i wszystkie śliczności nąjulubieńszego mego ciałeczka.
Mes baisemains a M. le Marquis et a ma soeur. Dzieci całuję, obłapiam i pozdrawiam[325].
Następnego dnia Sobieski objął dowództwo nad całością wojsk idących na odsiecz Wiednia: 74 000 żołnierzy. Polacy wyróżnili się, przerzucając most pontonowy nad bystrymi wodami Dunaju i ustawiając artylerię na pozycjach na stokach wzgórz wśród bujnej roślinności lasów wiedeńskich. Dzień starcia wyznaczono na 12 września[326]. Jak zwykle opisy nie są zgodne co do tego, komu właściwie należy przypisywać zasługę zwycięstwa. Historycy niemieccy zwykli zwracać uwagę na osobę Karola Lotaryńskiego i jego skuteczną akcję na lewym skrzydle poniżej wierzchołka Kahlenbergu; źródła polskie podkreślają rolę polskiej artylerii, która po południu odparła turecki kontratak. W każdym razie właśnie Sobieskiemu i jego skrzydlatym husarzom przypadła w udziale wspaniała szarża w dolince na prawym skrzydle oraz zasługa ostatecznego przepędzenia pohańców z Europy Środkowej.
Król zwrócił uwagę porucznika husarów, Zbierzchowskiego, na rozległą białą płaszczyznę namiotu wielkiego wezyra i kazał mu jechać wprost w tamtym kierunku. O wpół do szóstej, ze Zbierzchowskim u boku, sam pędził galopem przez obóz sułtana, pośród paniki, zamieszania i rzezi. Wieczorem, siedząc w namiocie wielkiego wezyra, którego używał teraz jako swojej kwatery, pisał do Marysieńki:
W namiotach wezyrskich,
13 IX 1683 w nocy.
Jedyna duszy i serca pociecho, najśliczniejsza i najukochańsza Marysieńku!
Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały. Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Nieprzyjaciel, zasławszy trupem aprosze, pola i obóz, ucieka z kontuzji. Wielbłądy, muły, bydle, owce, które to miał po bokach, dopiero dziś wojska nasze brać poczynają, przy których Turków trzodami tuż przed sobą pędzą; drudzy zaś, osobliwie des renegats, na dobrych koniach i pięknie ubrani od nich tu do nas uciekają. Taka się to rzecz niepodobna stała, że dziś już między pospólstwem tu w mieście i u nas w obozie była trwoga, rozumiejąc i nie mogąc sobie inaczej perswadować, jeno że nieprzyjaciel nazad się wróci. Prochów samych i amunicyj porzucił więcej niżeli na milion. Widziałem też nocy przeszłej rzecz tę, którejm sobie zawsze widzieć pragnął. Kanalia nasza w kilku miejscach zapaliła tu prochy, które cale Sądny Dzień reprezentowały, bez szkody cale ludzkiej: pokazały na niebie, jako się obłoki rodzą. Ale to nieszczęście wielkie, bo pewnie na milion w nich uczyniło szkody.
Wezyr tak uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, bo po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory; a to tym trafunkiem, że będąc w obozie w samym przedzie i tuż za wezyrem postępując, przedał się jeden pokojowy jego i pokazał namioty jego, tak obszerne jako Warszawa albo Lwów w murach. Mam wszystkie znaki jego wezyrskie, które nad nim noszą; chorągiew mahometańską, którą mu dał cesarz jego na wojnę i którą dziśże jeszcze posłałem do Rzymu Ojcu św. przez Talentego pocztą. Namioty, wozy wszystkie dostały mi się, et mille d'autres galanteries fort jolies et fort riches, mais fort riches, lubo się jeszcze siła rzeczy nie widziało. II n'y a point de comparaison avec ceux de Chocim. Kilka samych sajdaków rubinami i szafirami sadzonych stoją się kilku tysięcy czerwonych złotych. Nie rzekniesz mnie tak, moja duszo, jako więc tatarskie żony mawiać zwykły mężom bez zdobyczy powracającym, „żeś nie junak, kiedyś się bez zdobyczy powrócił”, bo ten, co zdobywa, w przedzie być musi. Mam i konia wezyrskiego ze wszystkim siedzeniem; i samego mocno dojeżdżano, ale się przecie salwował. Kihaję jego, tj. pierwszego człowieka po nim, zabito, i paszów niemało. Złotych szabel pełno po wojsku, i innych wojennych rynsztunków. Noc nam ostatka przeszkodziła i to, że uchodząc, okrutnie się bronią et font la plus belle retirade du monde. Janczarów swoich odbiegli w aproszach, których w nocy wyścinano, bo to była taka hardość i pycha tych ludzi, że kiedy się jedni z nami bili w polu, drudzy szturmowali do miasta; jakoż mieli czym co począć.
Ja ich rachuję, prócz Tatarów, na trzykroć sto tysięcy; drudzy tu rachują namiotów samych na trzykroć sto tysięcy i biorą proporcję trzech do jednego namiotu, co by to wynosiło niesłychaną liczbę. Ja jednak rachuję namiotów sto tysięcy najmniej, bo kilką obozów stali. Dwie noce i dzień rozbierają ich, kto chce, już i z miasta wyszli ludzie, ale wiem, że i za tydzień tego nie rozbiorą. Ludzi niewinnych tutecznych Austriaków, osobliwie białychgłów i ludzi siła porzucili; ale zabijali, kogokolwiek tylko mogli. Siła bardzo zabitych leży białychgłów, ale i siła rannych i które żyć mogą. Wczora widziałem dzieciątko jedne w trzech leciech, chłopczyka bardzo najmilszego, któremu zdrajca przeciął gębę szkaradnie i głowę. Ale to trefna, że wezyr wziął tu był gdzieś w którymś ci carskim pałacu strusia żywego dziwnie ślicznego; tedy i tego, aby się nam w ręce nie dostał, kazał ściąć. Co zaś za delicje miał przy swoich namiotach, wypisać niepodobna. Miał łaźnie, miał ogródek i fontanny, króliki, koty; i nawet papuga była, ale że latała, nie mogliśmy jej pojmać.
Dziś byłem w mieście, które by już nie mogło trzymać dłużej nad pięć dni. Oko ludzkie nie widziało nigdy takich rzeczy, co tam miny porobiły; z beluardów podmurowanych, okrutnie wielkich i wysokich, porobiły skały straszliwe i tak je zrujnowali, że więcej trzymać nie mogły. Pałac cesarski wniwecz od kuł zepsowany.
Wojska wszystkie, które dobrze bardzo swoją czyniły powinność, przyznały P. Bogu a nam tę wygraną potrzebę. Kiedy już nieprzyjaciel począł uchodzić i dał się przełamać - bo mnie się przyszło z wezyrem łamać, który wszystkie a wszystkie wojska na moje skrzydło prawe sprowadził, tak że już nasz środek albo korpus, jako i lewe skrzydło nie miały nic do czynienia i dlatego wszystkie swoje niemieckie posiłki do mnie obróciły - przybiegały tedy do mnie książęta, jako to elektor bawarski, Waldeck, ściskając mię za szyję a całując w gębę, a generałowie zaś w ręce i w nogi; cóż dopiero żołnierze! Oficerowie i regimenty wszystkie kawalerii i infanterii wołały: „Ach unzer brawe Kenik!” Słuchały mię tak, że nigdy, tak nasi. Cóż dopiero, i to dziś rano, książę lotaryński, saski (bo mi z nimi wczora widzieć się przyszło, bo byli na samym końcu lewego skrzydła, którym do p. marszałka nadwornego przydałem był kilka usarskich chorągwi); cóż komendant Staremberk tuteczny! Wszystko to całowało, obłapiało, swym Salwatorem zwało. Byłem potem w dwóch kościołach. Sam lud wszystek pospolity całował mi ręce, nogi, suknię; drudzy się tylko dotykali, wołając: „Ach, niech tę rękę tak waleczną całujemy!” Chcieli byli wołać wszyscy „ Vivat”, ale to było znać po nich, że się bali oficerów i starszych swoich. Kupa jedna nie wytrwała i zawołała: „Vivat”, pod strachem, na co widziałem, że krzywo patrzono; dlatego zjadłszy tylko obiad u komendanta, wyjechałem z miasta tu do obozu, a pospólstwo, ręce wznosząc, prowadziło mię aż do bramy (...)
Kiedy już postrzegł wezyr, że wytrzymać nie może, zawoławszy synów do siebie, płakał jako dziecię. Potem rzekł do chana: „Ty mię ratuj, jeśli możesz!” Odpowiedział mu chan: „My znamy króla, nie damy mu rady i sami o sobie myśleć musimy, abyśmy się salwować mogli” (...) Już tedy wsiadamy na koń ku węgierskiej stronie prosto za nieprzyjacielem i jakom dawno wspominał, że się da P. Bóg, w Stryju aż z sobą przywitamy (...) Książęta saski i bawarski dali mi słowo i na kraj świata iść za mną. Musimy iść dwie mili wielkim pośpiechem dla wielkich smrodów od trupów, koni, bydeł, wielbłądów. Do króla francuskiego napisałem kilka słów, że jako au Roi tres Chretien oznajmuje de la bataille gagnée et du salut de la chretiente (...)
Fanfanik brave au dernier point, na piądź mię jeszcze nie odstąpił[327].
Wysyłając papieżowi zielony sztandar proroka, Sobieski dołączył do przesyłki stosownie zwięzłe przesłanie: „ Venimus, vidimus, Deus vicit”. Potem wyruszył w pogoń. W dniach 7-9 października, pod Parkanami w pobliżu Esztergom (Ostrzyhom), zostały rozbite tylne straże armii tureckiej. Węgry stały otworem. Zatarły się wspomnienia Warny i Mohacza. Europa była uratowana.
Niesłusznie byłoby twierdzić, że smak zwycięstwa został wkrótce zaprawiony goryczą. Tak się już dzieje, że następstwa każdego zwycięstwa niosą ze sobą rozczarowanie i radykalną zmianę nastroju. Nie da się jednak zaprzeczyć, że sposób, w jaki Sobieski wykorzystał zwycięstwo, wyraźnie ustępuje jego dokonaniom na polu walki. Zdaniem niektórych badaczy wielkim błędem króla wcale nie był - jak utrzymują inni historycy - sam udział w odsieczy Wiednia. Trudno sobie wyobrazić, aby w interesie Rzeczypospolitej leżał dalszy rozwój terytorialny państwa tureckiego, skoro - tak jak to ujął jeden z posłów na sejm - i tak już „basza Budy mógł ze swego górskiego gniazda łacno dojrzeć Kraków”. W miejscu, gdzie granica otomańskiego mocarstwa najbardziej zbliżała się do terytorium Polski, jej odległość od starej polskiej stolicy wynosiła niewiele ponad 50 kilometrów. Przekłucie otomańskiego balona i ogromny zastrzyk otuchy, jakim stał się ten akt, były oczywiście czymś bardzo korzystnym dla Rzeczypospolitej. Wielki błąd Sobieskiego polegał na tym, że - osiągnąwszy swój triumf - zaangażował się w r. 1684 w mające się właśnie rozpocząć wojny Świętej Ligi. Koszt był ogromny, a dywidendy przypadły w udziale niemal wyłącznie sąsiadom i wrogom Rzeczypospolitej. Siedemnaście lat wojennych kampanii niemal ostatecznie wyczerpało siły Rzeczypospolitej i udaremniło wszelkie poważniejsze posunięcia w dziedzinie reformy wewnętrznej. Zapomniano nie tylko o ekspedycji pruskiej, ale i o wszelkiej opozycji Rzeczypospolitej w rejonie Bałtyku. Zbagatelizowano podstawową kwestię granicy wschodniej i stosunków Rzeczypospolitej z Moskwą. W r. 1686, na skutek kaprysu jednego samowolnego posła, niepotrzebnie oddano całą Ukrainę, poprzednio przyznaną tymczasowo Moskwie na mocy rozejmu z 1667 r. To posunięcie - krok, który bardziej niż jakikolwiek inny potwierdził przeobrażenie małego księstwa moskiewskiego w „wielką Rosję” i który przechylił szalę układu sił w Europie Wschodniej na stronę Moskwy - zostało podjęte w sposób przypadkowy i przyjęte z apatią. Jakże bardzo musiał się zdziwić Kreml tym darmowym podarunkiem! O ile zdrowsza była jego własna polityka włączenia się w szeregi Świętej Ligi dopiero wtedy, gdy fakt posiadania przez Moskwę Ukrainy został ostatecznie przypieczętowany. Począwszy od r. 1686, Moskale zwalczali Turków z jakimś określonym celem, podczas gdy Polacy zwalczali za darmo. Fakt, że na mocy pokoju karłowickiego z r. 1699 odzyskano ostatecznie Podole, stanowił niewielką rekompensatę. Na mocy tego samego traktatu rozrośnięta terytorialnie Rosja oraz wskrzeszona Austria wyłoniły się jako mocarstwa; Prusy rozważały możliwość ogłoszenia się królestwem. Ramy osiemnastowiecznej polityki w tej części świata zostały skonstruowane. Rzeczpospolita Polski i Litwy oraz państwo otomańskie były już wyraźnie słabeuszami Europy. W polu widzenia pojawiła się nagle perspektywa rozbiorów. Nie wszystko jeszcze było stracone. Ale aby podjąć grę, trzeba by nowego Sobieskiego i nowego Murada Zwycięzcy.
Odbiciem bezsilności Sobieskiego był opłakany stan, w jakim znalazła się Litwa. Pod koniec lat siedemdziesiątych Wielkie Księstwo opanowała grupa magnatów orientacji prohabsburskiej; w latach osiemdziesiątych zapanował na Litwie reżim terroru, wprowadzony przez potężny ród Sapiehów. Nic, co się potem wydarzyło, nie było w stanie doprowadzić do ich pojednania z królem i ponownego włączenia się w życie polityczne Rzeczypospolitej. W r. 1683 Kazimierz Jan Sapieha celowo opóźnił wymarsz wojsk litewskich i przybył do Austrii już po oswobodzeniu Wiednia. Wysłał swe oddziały na bezlitośnie niszczycielską wyprawę na Słowację, co miało się stać dla Sobieskiego przeszkodą w osiągnięciu porozumienia z Węgrami. Kłopoty Litwy dotknęły całą Rzeczpospolitą. Sejm raz po raz zrywano, zakładając liberum veto. Sejmiki ziemskie przejęły prawo nakładania podatków i rekrutacji wojsk i pod wodzą miejscowych magnatów wystawiały własne regimenty i ustalały własne podatki. Hetmani używali oddziałów wojsk koronnych do swoich własnych prywatnych celów. W latach dziewięćdziesiątych bandy nie opłacanych żołnierzy wzięły wymiar sprawiedliwości we własne ręce. Nie było wątpliwości, że anarchia coraz bardziej się rozszerza, stwarzając przedsmak tego, co miało już wkrótce nastąpić.
Król, pozbawiony jakiejkolwiek rzeczywistej kontroli nad państwem, także oddał się własnym sprawom. „Król szlachty” stał się chciwym dynastą. Głównym motywem jego udziału w późniejszych kampaniach przeciwko Turcji, a zwłaszcza w ekspedycjach mołdawskich w latach 1686 i 1691, była chęć zapewnienia królewskiej przyszłości synowi Jakubowi. Musiał zapewne rozjątrzyć nastroje dawnych ugrupowań dworskich oraz wywołać niejedną gwałtowną kłótnię z Marysieńką. Kwestia małżeństwa Jakuba pociągała za sobą pasmo trosk i kłopotów. W r. 1681 wybuchło spore poruszenie, gdy narzeczona Jakuba, Ludwika Karolina Radziwiłłówna, wybrała nieoczekiwanie małżeństwo z księciem pruskim Ludwikiem Hohenzollernem. Wiatach 1683-84 doszło do daleko posuniętych negocjacji w sprawie zaręczyn z księżniczką siedmiogrodzką; potem Habsburgowie nagle poczuli się dotknięci i zagrozili otwartym zerwaniem. Tak więc, na drodze eliminacji, narzeczona z rodziny Habsburgów wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Takie rozwiązanie tak dotknęło Marysieńkę, że sprzeciwiła się wszelkim planom wstąpienia syna na tron polski. Odbiciem stanu spraw państwowych był pogarszający się stan zdrowia króla. Mięśnie przemieniły się w sadło, muskularne ciało przybrało monstrualne proporcje. Kilka poważnych ataków serca, których król doznał po 1691 r., każe przypuszczać, że żył on w stanie permanentnej rekonwalescencji i zagrożenia nagłym nieszczęściem. Życie w Wilanowie doskonale odpowiadało sytuacji Sobieskiego. Pałac powstał na południowych krańcach Warszawy wiatach 1677-96; wybudował go Locci, z przeznaczeniem na letnią rezydencję króla. Była to budowla elegancka, a zarazem praktyczna. Rzecz charakterystyczna - w czasach Sobieskiego pałac był o wiele mniejszy niż później, w w. XVIII, gdy magnackie rody Sieniawskich i Potockich kazały go przerobić podług własnego gustu. Służył królowi jako baza wypadowa dla myśliwskich wypraw oraz jako miejsce ucieczki od dworu i polityki. Otaczał go ogród w stylu włoskiego baroku, a zdobiły rzeźby i obrazy Schlutera, Siemiginowskiego, Callota i Palloniego. Biblioteka pełna była książek, zwłaszcza z dziedzin, którymi król szczególnie się interesował - prawa, astronomii, sztuki wojennej, matematyki - i służyła jako miejsce, gdzie król pisał swoje listy do uczonych tej miary co Heweliusz i Leibniz. Jeden rzut oka na Wilanów pozwala dowiedzieć się bardzo wiele o królu Sobieskim i jego królestwie[328]. Do ostatnich dni prowadził życie zamożnego szlachcica, raczej prywatnego obywatela niż monarchy. Nie miał w sobie nic z ambicji Ludwika XIV, nic z owych wizji, które stawały się natchnieniem jego współczesnych i sąsiadów-władców, takich jak Piotr Wielki czy Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm. Był wojownikiem - ze wszystkimi instynktami i wszystkimi ograniczeniami tego rzemiosła. Wykonywał swe obowiązki z odrobiną brawury, ale na tym koniec. Umierał jako rozczarowany, stary człowiek. Gdy biskup Załuski ponaglał go, aby napisał testament, król odparł obojętnie: „Nikt nie słucha mnie za życia, czyż po śmierci będzie inaczej?”[329] 17 czerwca 1696 r. ostatni atak serca położył kres życiu starego wiarusa.
Chociaż plany dynastyczne Sobieskiego okazały się niewypałem, jego potomkom nie w pełni udało się uniknąć monarchicznych powiązań. Jego syn, Jakub Sobieski, nie został wprawdzie obrany królem, ale za to jego wnuczka, córka Jakuba, Klementyna Sobieska (1702-35), przyczyniła się do założenia niezwykłej linii brytyjskich pretendentów - Sobieskich-Stuartów. Znajomość dwóch królewskich rodzin - polskiej i szkockiej - rozpoczęła się w Rzymie, dokąd Marysieńka wyjechała wraz, z dziećmi, oraz później w chateau w Blois, gdzie Sobiescy żyli z renty wypłacanej im przez Ludwika XIV. W 1718 r. Klementynę zaręczono z Jakubem Edwardem Stuartem, kawalerem Orderu św. Jerzego, Starym Pretendentem, Jakubem III. Kiedy w parę miesięcy później, udając się do Włoch na uroczystość ślubną, Klementyna przejeżdżała przez Innsbruck, została tam porwana przez agentów cesarskich działających z ramienia hanowerskich sprzymierzeńców cesarza, a następnie uwolniona przez niejakiego Charlesa Wogana, który pospieszył jej z pomocą na czele grupy swoich ludzi i który zdołał podstawić swą wspólniczkę w miejsce uwięzionej księżniczki. W maju 1719 r. poślubiła w Bolonii swojego Stuarta i 31 grudnia 1720 r. urodziła w Rzymie Karola Edwarda Ludwika Filipa Kazimierza, Młodego Pretendenta, znanego historii jako Bonny Prince Charlie, a od r. 1766 - jako Karol III. Jej drugi syn, Henryk Benedykt Maria Klemens, tytularny książę Yorku i od r. 1788 Henryk IX, wstąpił w służbę Kościoła i w r. 1807 zmarł jako kardynał biskup Frascati. Potem linia pretendentów z rodu Stuartów stała się rodem bękartów i szarlatanów. Głową jednej z jej odgałęzień był generał Karol Edward Stuart baron Rohenstart, soi-disant wnuk szkockiej kochanki księcia Charliego, Klementyny Walkingshaw. Jego śmierć w wypadku, jakiemu w r. 1854 uległ w Dunkeid wiozący go powóz, otworzyła drogę przed jego rywalami, Stuartami z linii Sobieskich-Stolbergów. Członkowie tej gałęzi rodu wywodzili swe pochodzenie od porzuconej drugiej żony Charliego, Luizy von Stolberg, hrabiny Albany, która miała rzekomo oddać swego nowo narodzonego syna niejakiemu kapitanowi Allenowi alias O'Halleranowi z Królewskiej Marynarki Wojennej, po to, aby uchronić go przed szwadronem hanowerskich morderców. Według Dictionary of National Biography istnieją dowody na to, że historia ta jest fałszywa, przyjmowano ją jednak bez zastrzeżeń na wielu dworach Europy. Zapewniła środki i utrzymanie dwóm przedsiębiorczym braciom, Johnowi Sobieskiemu-Stolbergowi-Stuartowi (1795-1872) i Karolowi Edwardowi (1793-1880), którzy kolejno przybrali tytuł Comte d'Albanie na podstawie pozbawionego wszelkich dowodów twierdzenia, że ich ojciec, pułkownik Thomas Allen z Królewskiej Marynarki Wojennej, był synem uratowanego spadkobiercy Stuartów. Ich stryj i ich dziadek, John Carter Allen (zm. 1800), byli admirałami Marynarki Królewskiej, oni sami zaś mieszkali najpierw w napoleońskiej Francji, później w Pradze i Wiedniu, a od czasu do czasu także na wyspie w Eskadale. W swoim szkockim okresie John Sobieski-Stuart został płodnym poetą, bardzo świadomym swego rzekomo polskiego pochodzenia. Wspominając skromnie własną rolę w bitwie narodów pod Lipskiem, stworzył nieśmiertelny wers: „Stuart przepłynął przez fale, tam gdzie utonął Poniatowski”. W okresie austriackim Karol Edward zawarł bardzo korzystne małżeństwo. Jego syn, również Karol Edward Stuart (1824-82), oraz wnuk Alfred Edward Karol von Platt, zostali wysokimi oficerami w cesarsko-królewskiej kawalerii. Jego wnuczka, Klementyna Sobieska von Platt, zmarła w r. 1894 jako zakonnica w klasztorze Pasjonistek w Bolton w Lancashire[330]. Były to losy bardzo odległe od losów niemowlęcia płci męskiej, urodzonego w r. 1629 w Olesku na Rusi Czerwonej podczas tatarskiego najazdu.
W czasach późniejszych pamięć o zwycięstwach Sobieskiego stopniowo przyćmiła wszelkie wspomnienia jego politycznych niepowodzeń. W mrocznych latach klęski i narodowego upokorzenia w wiekach XIX i XX wszyscy Polacy z dumą wspominali króla, którego czyny przyniosły im sławę, odbijając się echem w całej Europie. Każdy, kto oglądał lśniące od klejnotów trofea spod Wiednia, nadal zresztą wystawione na widok publiczny na zamku wawelskim w Krakowie, musi z podziwem wspomnieć człowieka, który odważył się upokorzyć wroga tak bogatego i tak potężnego. Sądy historyczne były więc dla króla łaskawe. Prawdą jest, że Sobieski nie miał zbyt dużego pola manewru. Ograniczał go egoizm magnatów, których dławiący uścisk na gardle życia politycznego kraju niełatwo było rozluźnić, oraz nieustępliwość Wysokiej Porty, która akurat wtedy uparcie uważała Rzeczpospolitą za swego wroga. Wszystko to jednak pozwala określić jedynie główny polityczny dylemat panowania Sobieskiego. Nie usprawiedliwia natomiast siedemnastu lat niszczycielskich działań wojennych, które zaprzepaściły wszelką szansę na naprawę ustrojowych słabości Rzeczypospolitej. Sobieski wstąpił do Świętej Ligi ze swojej własnej woli. Musi się więc go obciążyć odpowiedzialnością za konsekwencje. W prawie dwieście lat od chwili narodzin Sobieskiego, w 1828 r., car Rosji Mikołaj I przybył do Warszawy na uroczystość swojej koronacji na króla Polski; zaprowadzono go wówczas pod pomnik Sobieskiego w parku Łazienkowskim. Myśląc o swoich własnych kosztownych wojnach z Turcją, car spojrzał w górę na postać króla i powiedział: „Oto ten drugi głupiec, który tracił czas na walkę z Turkami”[331]. Car Rosji wiedział, co mówi. Był jednym z niewielu, którzy odnieśli z tych walk korzyści.
Okres sześćdziesięciu sześciu lat, które dzielą panowanie Jana Sobieskiego od panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, uważa się często za najbardziej żałosny i upokarzający okres w dziejach Polski. Nieszczęścia, jakie spotkały Polskę w tym czasie, wyjaśnia się na ogół jej podporządkowaniem obcym interesom zagranicznych władców. Właśnie ten okres miał na myśli Thomas Carłyle, opisując Polskę jako „pięknie fosforyzującą kupę próchna”[332].
Przedstawiciele saskiego domu panującego Wettinów trafili na tron polski wbrew wszelkim oczekiwaniom. Podczas elekcji królewskiej w czerwcu 1697 r. kandydat Austrii, syn zmarłego króla Jakub Sobieski, został zmuszony do wycofania swej kandydatury z powodu braku gotówki. Francuz, książę de Conti, choć ogłoszony królem przez prymasa i wspierany przez większość wyborców, nie był w stanie skorzystać z osiągniętego w sensie technicznym zwycięstwa. Główną nagrodę wziął w końcu elektor saski Fryderyk August - kandydat, który wyłonił się w ostatniej chwili. Skutek ten osiągnięto dzięki przekupstwu, groźbom i zręcznemu wyczuciu chwili. Gdy zwolennicy cieszących się większym poparciem kandydatów starli się ze sobą w walce, agent saski, hrabia Flemming, złożył doskonale obliczoną w czasie obietnicę, że jego pan nawróci się na katolicyzm, po czym - zastawiwszy w Wiedniu rodowe klejnoty Wettinów - rozdzielił uzyskaną w ten sposób gotówkę między elektorów. W porozumieniu z Nikitinem, rosyjskim ministrem rezydentem, który wygłosił po polsku płomienną perorę, zdołał rozbić pole elekcyjne na dwa przeciwstawne obozy i namówić biskupa kujawskiego do proklamacji wyboru Sasa. Była to elekcja podwójna, przypominająca elekcję z r. 1575 czy 1587. W czasie krótkiej wojny domowej, która nastąpiła w jej wyniku, sascy i rosyjscy najeźdźcy wzięli zdecydowanie górę nad stronnictwem francuskim. We wrześniu, gdy Fryderyk August był już dawno zaprzysiężonym i ukoronowanym w Krakowie królem Augustem II, książę de Conti wciąż jeszcze płynął po Bałtyku w stronę Gdańska[333]. Skoro już jednak zadecydowano o wynikach elekcji, unia personalna Polski i Litwy z Saksonią otworzyła przed obydwiema stronami korzystne perspektywy. Obie czuły się zagrożone przez wspólnego sąsiada - Prusy, których ambicje terytorialne można było teraz skutecznie ukrócić. Obie strony czuły potrzebę niesienia sobie wzajemnie pomocy w niebezpiecznym świecie Europy Północnej: armie pruska, szwedzka i rosyjska były o wiele potężniejsze niż ich własne wojska. Obie przewidywały też zapewne - co zresztą okazało się słuszne - że niełatwo będzie się utrzymać każdej z osobna, jeśli nie będą się trzymać razem. Ponieważ Rzeczpospolita Polski i Litwy była z nich dwóch większa, jej szlachta miała wszelkie powody, aby przypuszczać że uda się jej ochronić własne interesy. Pod względem ustrojowym mogła mieć nadzieję, że króla cudzoziemca uda się kontrolować w większym stopniu, niż byłoby to możliwe w przypadku króla Polaka - można było oczekiwać po nim bezstronności lub przynajmniej obojętności w rozstrzyganiu morderczych sporów w kwestiach polityki wewnętrznej. Dokładnie z tego samego powodu, i w tym samym czasie, parlament angielski o objęcie tronu poprosił najpierw Holendra, a potem dynastię hanowerską, zamiast zwrócić się do swoich własnych Stuartów. Walące się państwa dynastyczne były zjawiskiem częstym w osiemnastowiecznej Europie i nie istnieje nic, co można by przyjąć a priori jako wyjaśnienie faktu, że niektóre z nich - takie jak „Anglia-plus-Walia/Irlandia/Szkocja/Hanower”, prosperowały, podczas gdy inne - takie jak „Polska-plus-Litwa/Kurlandia/Saksonia”, ledwo kuśtykały. (Patrz Mapa 20).
Mapa 20. Saksonia i Polska (ok. 1750)
Pominąwszy wszystkie te względy, sam August Mocny był postacią otwierającą interesujące perspektywy. Jako książę Saksonii, Miśni i Łużyc dysponował własnymi środkami utrzymania. Jako elektor cesarstwa rzymskiego miał szerokie wpływy w świecie, nie miał jednak przy tym nieograniczonej władzy. Jako głównodowodzący armii cesarskich w kampaniach Świętej Ligi cieszył się uznana sławą wojskową. Jako ojciec około trzystu dzieci - w tym słynnego Maurycego de Saxe (Saskiego), marszałka Francji (1696-1750) - nie wzbudzał cienia wątpliwości co do swej męskości. Wyglądał na godnego następcę wielkiego Sobieskiego[334]. Jego romanse były jednym z zadziwiających ewenementów epoki, stanowiąc w tej samej mierze dowód tolerancyjnych i kosmopolitycznych gustów, co fenomenalnej wprost witalności. Po serii młodzieńczych przygód w Madrycie i Wenecji, gdzie występował w różnych przebraniach - od matadora po mnicha - w r. 1693 powrócił do Drezna - do kobiecych wdzięków swej małżonki, Eberhardyny margrabianki Bayreuth, do obowiązków elektorskiego urzędu oraz do trudów zdobywania sobie względów licznych zastępów konkubin - oficjalnych, mniej oficjalnych i bardzo nieoficjalnych. Maurycy de Saxe był synem elektora i jego szwedzkiej faworyty, Aurory hrabiny Königsmark. Mówiono, że imię „Maurycy” nadano mu na pamiątkę znakomitego zwycięstwa odniesionego nad jego matką w królewskim domku myśliwskim w Moritzburgu. Brat przyrodni Maurycego, hrabia Rutowski, był synem Fatimy, młodej Turczynki wziętej do niewoli w Budzie w 1684 r. Jego przyrodnia siostra, hrabina Orzelska, księżna holsztyńska, była dzieckiem Henrietty Duval, córki warszawskiego handlarza win. W Polsce nowy król także nie szczędził damom dowodów swej męskości. Hrabina d'Esterle, która jechała wraz z nim do Krakowa, aby wziąć udział w uroczystości koronacji, została przyłapana in flagranti z księciem Wiśniowieckim i musiała ustąpić miejsca księżnej Lubomirskiej, żonie królewskiego szambelana i bratanicy kardynała. Ta ostatnia z kolei - zmieniwszy wpierw nazwisko na Mme Teschen - wkrótce musiała ustąpić przed praktyczną Mme Hoym, która wynegocjowała od swego kochanka kontrakt prawny oraz pensję w wysokości 100 000 marek rocznie. Równie profesjonalnie podchodziło do sprawy większość jej następczyń, w tym również Mme Cosel, która upierała się, aby w Dreźnie wystawiono jej odpowiedni do jej ambicji pałac, oraz Maria, hrabina Denhoff, córka polskiego marszałka wielkiego koronnego, której interesami sprytnie kierowała teściowa, gorliwie zabiegająca o odzyskanie utraconej rodzinnej fortuny. Najbardziej niezwykła ze wszystkich miłosnych historii dotyczyła jednak porzuconej kochanki ambasadora brytyjskiego - w Saksonii, która - szukając pocieszenia u elektora-króla - dostała jedynego znanego historii kosza na przestrzeni pięćdziesięciu lat jego miłosnych przygód[335].
Jednakże w odróżnieniu od plemników Augusta Mocnego - jego polityczne przedsięwzięcia rzadko osiągały zamierzony cel. W dziedzinie spraw zagranicznych, jego prywatne przymierze z Rosją, które stało się po raz pierwszy przedmiotem dyskusji podczas wizyty Piotra I w Rzeczypospolitej w r. 1698, a które w r. 1699 zostało przypieczętowane traktatem preobrażeńskim, okazało się fatalne w skutkach. W r. 1704 król stanął w Rzeczypospolitej w obliczu rywala, wyniesionego na tron i ukoronowanego przez jego przeciwników, w r. 1706 zaś wypędzono go z Drezna. Los ponownie się do niego uśmiechnął niemal wyłącznie za sprawą łaski rosyjskiego protektora, w którego interesie August roztrwonił swoje dziedzictwo i od którego był od tej pory całkowicie zależny. W międzyczasie ofiarował Hohenzollernom wspaniałą okazję założenia „królestwa w Prusach” i przesunięcia punktu ciężkości sił w Niemczech wyraźnie w kierunku Berlina. W dziedzinie spraw wewnętrznych borykał się z bezustannymi kłopotami. Jego trwająca przez mniej więcej szesnaście lat walka z parlamentem saskim zakończyła się niezadowalającym kompromisem. Chociaż w r. 1710 uroczyście ogłosił kres swego tradycyjnego condominium ze zgromadzeniem stanowym, nigdy nie zdołał się od niego całkowicie uniezależnić. Wprowadzenie w r. 1705 systemu akcyz wzorowanego na modelu pruskim nie zapewniło mu niezależności finansowej. Jego armia nigdy nie była silna: nigdy nie przekroczyła liczby 30 000 ludzi; długi wzrosły do sumy równej trzydziestopięcioletnim dochodom, wydatki - na kompleks pałacowy Zwinger w Dreźnie, na zbiory sztuki, na rozrywki - były kolosalne. Co zaś być może najważniejsze, jego obojętność wobec spraw religii głęboko wstrząsnęła jego głęboko religijną epoką. Przejście Augusta na katolicyzm wywołało wielkie oburzenie w luterańskiej Saksonii. Przyjęcie praw dyskryminujących katolików elektoratu nadało ton podobnym krokom podejmowanym przez sejm polski, a wymierzonym przeciwko protestantom Rzeczypospolitej. W Saksonii - podobnie jak w Polsce i na Litwie - interesy władcy poważnie różniły się od interesów jego poddanych.
Wielka wojna północna (1700-21), która stała się wyrazem dążeń Rosji do pokonania Szwecji w walce o władzę, rozpoczęła się z przyczyn, które miały zaledwie przypadkowy związek ze sprawami Polski i Litwy. Układ Augusta z Rosją, zawarty wyłącznie z pozycji elektora saskiego, nie dotyczył Rzeczypospolitej. Motywem jego najazdu na szwedzkie Inflanty w r. 1700 była głównie chęć odniesienia osobistych korzyści. Rzeczpospolita została wciągnięta w tę wojnę niejako wbrew własnej woli i stała się jedną z jej głównych ofiar[336]. Jest oczywiście prawdą, że obecność zwycięskiej armii saskiej w Rydze mogła była uczynić wiele dla przywrócenia władzy królewskiej na Litwie, która praktycznie oderwała się od Polski wskutek trwających całe dziesięciolecia walk między wielkimi magnatami. Z tego też powodu najsilniejsza na Litwie frakcja zwolenników rodu Sapiehów pospieszyła wesprzeć Szwedów przeciwko sasko-rosyjskiej koalicji. Ale August nigdy nie zdobył sobie takiej pozycji, z której mógłby narzucić jakąkolwiek konsekwentną politykę, a jego wrogowie w Rzeczypospolitej, aby usprawiedliwić własny opór, systematycznie wyolbrzymiali zagrożenie ze strony jego saskiej straży. W dalszym biegu wydarzeń początkowa porażka Augusta w drodze na Rygę zapoczątkowała nieprzerwaną zabawę w kotka i myszkę, podczas której elektora-króla przez blisko dwadzieścia lat przeganiano z kąta w kąt wzdłuż i wszerz jego saskich i polskich włości. (Patrz Mapa 21).
Mapa 21. Wojny internacjonalne w XVIII stuleciu
W r. 1700, uratowawszy Rygę, król szwedzki Karol XII zajął należące do Rzeczypospolitej księstwo Kurlandii. W 1702 r. ruszył przez Rzeczpospolitą z połnocy na południe, zajmując Wilno, Warszawę i Kraków. Pokonawszy polską kawalerię w jednej regularnej bitwie stoczonej pod Kliszowem 19 lipca 1702 r., odkrył, że wojska Augusta ruszyły w przeciwnym kierunku okrężną drogą na Pomorze. W r. 1703 sejm podjął uchwałę o powiększeniu sił militarnych Rzeczypospolitej; wszelkie oczekiwania zniweczyło jednak kolejne zwycięstwo Szwedów pod Pułtuskiem oraz wybuch powstania Paleja na Ukrainie. W r. 1704 przeciwko Augustowi wystąpiła w Rzeczypospolitej popierana przez Szwedów konfederacja warszawska, która wysunęła własnego kandydata do tronu w osobie wielkopolskiego magnata, Stanisława Leszczyńskiego (1677-1766). Prosaska konfederacja sandomierska pokładała wielkie nadzieje w pomocy ze strony Rosjan. August zrobił unik przed Szwedami, wycofując się do Lwowa, a następnie raz jeszcze ruszając w kierunku Warszawy. W r. 1706 Karol XII postanowił położyć ostateczny kres zabawie, wkraczając w głąb Saksonii. Na mocy traktatu zawartego w Altranstadt August zobowiązał się między innymi do zrzeczenia się tronu polskiego na rzecz Leszczyńskiego; dopiero potem dowiedział się, że Rosjanom i konfederatom sandomierskim udało się tymczasem odwrócić losy wojny dzięki zwycięstwu odniesionemu nad pomocniczymi wojskami szwedzkimi w bitwie pod Kaliszem.
Po siedmiu kampaniach stało się oczywiste, że bez najazdu na Rosję nie da się uzyskać zadowalającego rozwiązania. Po rocznych przygotowaniach Karol XII wyruszył zatem na wschód, wychodząc z Grodna w styczniu 1708 i pozostawiając Leszczyńskiego i generała Krassau, aby strzegli jego baz wypadowych na terenie Rzeczypospolitej. W kampanii z lat 1708-09, która doprowadziła do epokowego zwycięstwa Rosjan w bitwie pod Połtawą, wybitną rolę odegrali zarówno chłopi polscy, którzy w walkach podjazdowych nękali szwedzkie kolumny, jak i konfederaci sandomierscy, którzy nie dopuścili, aby do obleganych Szwedów dotarły posiłki. Połtawą położyła kres stronnictwu szwedzkiemu w Rzeczypospolitej. Leszczyńskiego i Krassaua przepędzono do Szczecina. Konfederacja warszawska została rozwiązana. W r. 1709 August tryumfalnie powrócił do kraju. Monarchia saska została odbudowana.
Kłopoty Rzeczypospolitej trwały jednak nadal. Ponowne wprowadzenie do kraju straży saskiej oraz jej brutalne poczynania na nowo rozpaliły animozje w narodzie, który nauczono myśleć, że wszystkie cudzoziemskie oddziały wojskowe są narzędziami tyranii króla. W listopadzie 1715 r. szlachta polska raz jeszcze dała wyraz wspólnocie własnych interesów, zawiązując ogólną konfederację w Tarnogrodzie, gdzie przysiężono sobie przepędzić Sasów razem z całym ich kramem. Przez pewien czas wydawało się, że konfederacja zwycięży. Utraciwszy Poznań, August był zmuszony do wycofania się w kierunku Saksonii, gdy sytuacja nabrała nagle wymiarów bezlitosnej rzeczywistości: pojawiła się armia rosyjska. Car, zirytowany utarczkami swych saskich i polskich klientów, nie owijając w bawełnę zagroził, że potrząśnie nimi tak mocno, że stukną się nawzajem głowami. Zaoferował swóją kandydaturę do roli arbitra w sporze, biorąc w ten sposób mocno i na stałe sprawy polskie we własne ręce. Po siedemnastu latach wyniszczających działań wojennych posiniaczona Rzeczpospolita była wyczerpana i rozdarta wewnętrznymi podziałami. Tak przedstawiało się tło słynnego Sejmu Niemego z r. 1717.
Polityka Piotra Wielkiego wobec Polski i Litwy nabrała dojrzałych kształtów w okresie dwudziestolecia wojny północnej. Stadium pierwsze, polegające na uzależnieniu od Rosji jej saskiego klienta, zakończyło się w ciągu pięciu czy sześciu lat od chwili jego elekcji. Realizacja stadium drugiego - polegającego na przekształceniu militarnej hegemonii Rosji w trwały układ polityczny - zajęła nieco więcej czasu. W latach 1706-07, gdy August porzucił tron, Piotr spędził w Polsce długie miesiące, szukając głowy, którą można by osadzić na szyi zgilotynowanej Rzeczypospolitej. Mieszkając w ulubionych pałacach Sobieskiego w Żółkwi, Jaworowie i Wilanowie, dobierając i gromadząc ogromne ilości zagrabionych skarbów, które następnie wywożono do Rosji, prowadził długie pertraktacje z konfederatami sandomierskimi. Wstrząsnęło nim to, czego się dowiedział. Polscy „republikanie” oczekiwali, że będą sobie poczynać z carem jak z równym sobie. Byli to ludzie, którzy nie słuchali rozkazów i nie brali łapówek. Jeden z magnatów odmówił przyjęcia oferowanej mu korony twierdząc, że nie będzie „błaznem żadnego cara”. Inni na kosztowne podarunki cara odpowiadali jeszcze cenniejszymi darami. Po tych doświadczeniach Piotr dobrze zrozumiał, z kim i z czym ma do czynienia. (Właśnie w tym okresie po raz pierwszy pojawił się w dokumentach rosyjskich termin „polska anarchia”). Car musiał albo utrzymać Polskę i Litwę siłą - co przekraczało nawet możliwości Rosji - albo zaprząc do pracy Wettinów w taki sposób, aby ani oni sami, ani polska szlachta nie byli w stanie odrzucić narzucanych im układów. Szansą stała się dla niego wojna konfederacji tarnogrodzkiej. Podczas rokowań prowadzonych w Warszawie w 1716 r. dyplomaci cara zdołali przekonać króla, aby na stałe wycofał wojska saskie z terytorium Rzeczypospolitej. Przedstawiciele sejmu zobowiązali się jednocześnie do ustalenia stałego limitu wysokości finansów Rzeczypospolitej oraz liczebności jej wojsk. Ze swojej strony car zobowiązał się do zagwarantowania zawartego układu w formie pisemnej konstytucji. W ten sposób zarówno szlachta, jak i król zostali pozbawieni środków, którymi mogliby sobie nawzajem zagrozić. Nie było zwykłym zbiegiem okoliczności, że zostali również pozbawieni środków wszelkiego oporu wobec ingerencji cara w ich sprawy - odtąd mógł on zupełnie legalnie, i kiedy tylko zechciał, wtrącać się w sprawy Polski. Warunki te - uzgodnione z góry - miały zostać przedstawione sejmowi, który zaprzysiężone, aby je przyjął bez dyskusji i protestów. Operację, która trwała mniej niż jeden dzień, zakończono l lutego 1717. Sejm Niemy, otoczony przez oddziały rosyjskiego wojska, swym podpisem na długo zaprzepaścił wolność Polski; nie podniósł się ani jeden głos sprzeciwu[337].
Wydarzenia wielkiej wojny północnej wyznaczają zatem początek współczesnej historii politycznej Polski. Supremacja Rosji, ustanowiona po raz pierwszy w r. 1717, przetrwała w takiej czy innej formie do dnia dzisiejszego. Czasami prawa rosyjskiego protektoratu egzekwowano, manipulując posunięciami autonomicznego, lecz zależnego państwa polskiego - działo się tak na przestrzeni całego niemal XVIII w. - kiedy indziej zaś - wcielając rozległe partie ziem polskich w granice obszaru imperium rosyjskiego. Czasami Rosja egzekwowała je sama, a czasami przy współpracy swych niemieckich lub austriackich wspólników. Ale w ciągu 260 lat zdarzały się jedynie krótkie okresy interiudium, zwłaszcza na przestrzeni 24 lat między 1915 a 1939. Co więcej, podczas gdy inni „protektorzy” Polski pojawiali się i znikali, Rosjanie wciąż nie odchodzą. W tej sytuacji życie polityczne szybko przybrało inny charakter. Postawy polityczne kształtowały się nie tyle w zależności od potrzeb Polski, co - w coraz większym stopniu - w zależności od żądań Rosji. Polityczne frakcje tworzyły się i rozpadały nie tylko w zależności od poparcia ze strony społeczeństwa w Polsce, ale głównie w zależności od tego, czy spływała na nie łaska czy też niełaska Petersburga. Warstwy polityczne w Polsce, przerażone urzeczywistnianiem się planów Rosji zmierzających do podporządkowania ich sobie, łatwo przerzucały się od skrajnej obojętności do desperackiego buntu, broniąc tych przywilejów, które jeszcze udało im się zachować, z agresywnością, która - jak się wydaje - nieodmiennie prowokowała nieszczęście. Na krótszą metę - praktycznie rzecz biorąc na resztę epoki saskiej - ustalenie się rosyjskiego protektoratu przemieniło politykę Polski w niezgłębioną otchłań korupcji i paraliżu. Na dłuższą metę natomiast stało się nie słabnącym bodźcem do rozwoju współczesnej świadomości narodowej.
Dla Rzeczypospolitej skutki były natychmiastowe i doniosłe. Kampanie wielkiej wojny północnej, które rozgrywały się przeważnie na terytorium Polski i Litwy, zniszczyły kraj i rozbiły szlachtę na wrogie sobie zbrojne obozy. Gospodarka była zrujnowana. Ceną za przywrócenie tronu Augustowi II w r. 1710 była ratyfikacja układu Grzymułtowskiego z Rosją, któremu sprzeciwiano się od r. 1686. Ziemie na wschodzie były na zawsze stracone. Konstytucyjne manewry króla w Saksonii wywołały przesadne obawy w Warszawie. Choć może się to wydać śmieszne, szlachta szczerze podejrzewała go o „absolutyzm”. Rozbudzono namiętności religijne. Na ograniczenie narzucane katolikom w Saksonii sejm reagował ograniczeniem swobód obywatelskich „dysydentów” w Rzeczypospolitej. Sprawa toruńska z r. 1724, z jej wszystkimi godnymi pożałowania konsekwencjami, była charakterystyczna dla sytuacji, w której nieufność stanowiła pożywkę zarówno dla wścibstwa ze strony innych, jak i dla rodzimej podejrzliwości. Sejm raz po raz zrywano; utrudniano zarządzanie; Rzeczpospolita była bezbronna. W zamian za odwołanie nie istniejących planów króla dotyczących rzekomego przewrotu oraz gwarancję swych wątpliwych przywilejów szlachta musiała się zgodzić na to, aby na organizację jej skarbu i armii nałożono kolosalne ograniczenia. Obywatele Rzeczypospolitej nie mieli odtąd prawa podejmować bez pozwolenia cara reform w swoim własnym państwie. Wyładowując nagromadzoną gorycz na swym nieszkodliwym saskim władcy, Polacy wzięli sobie na kark protektora, którego samowładcze pretensje były dla wszystkich całkiem oczywiste. Tak wielkie było rozczarowanie Augusta II polskim królestwem, że dwukrotnie - w r. 1721, a powtórnie w r. 1732 - otwarcie mówił o wystawieniu go na licytację[338].
Sam w sobie związek z Saksonią nie był zatem szkodliwy dla Polski. Wina Wettinów polegała na tym, że sami dosyć wcześnie wpadli w ręce Rosji. W rezultacie nie tylko nie umocnili pozycji Polski na arenie europejskiej, ale za ich przyczyną Rzeczpospolita została doprowadzona jak na sznurku do rosyjskiego obozu; posłużyli więc jako narzędzie do narzucenia więzów politycznych, z których Polakom już nigdy nie udało się całkowicie wyswobodzić.
Bezsilność króla oraz upadek sejmu pozostawiły rządy w kraju całkowicie w rękach magnatów. Zarządzanie sejmikami ziemskimi, trybunałami, armią i hierarchią kościelną dostało się walkowerem nielicznej oligarchii wielkich magnatów, którzy zmonopolizowali wszystkie wysokie urzędy państwowe i z saskim rezydentem pertraktowali jak z równym sobie. Każdy z członków oligarchii rządził we własnych włościach jak udzielny książę własnego „państewka” - państwa w państwie. Utrzymywał własną klientelę, złożoną ze szlachty, która broniła jego interesów na sejmikach i w sądach i która tworzyła jego prywatną armię. Zawierał własne przymierza - zarówno w obrębie kraju, jak i poza jego granicami - wybierając jedną z kilku różnych „orientacji” - rosyjską, francuską, pruską lub austriacką - zależnie od tego, co dyktowały mu osobiste inklinacje i stan własnych finansów. Poczynając od początku XVIII w., potęga magnatów zaczęła gwałtownie wzrastać. Życie polityczne sprowadziło się do walk, zmiennych kolei losu i kaprysów kilku wielkich rodzin; niektóre rody - Radziwiłłowie, Lubomirscy, Sapiehowie, Potoccy, Wiśniowieccy czy Czetwertyńscy - znane były od bardzo dawna; inne - jak Sułkowscy, Jabłonowscy, Poniatowscy, Tarłowie, Czartoryscy, Sieniawscy, Ogińscy, Denhoffowie czy Braniccy - byli w porównaniu z nimi parweniuszami[339].
Zubożenie Rzeczypospolitej znalazło najwyraźniejsze odbicie w katastrofalnym upadku jej sił zbrojnych. Poczynając od r. 1717, komput został na czas nie określony ustalony na 24 000-18 000 dla Korony i 6000 dla Wielkiego Księstwa. Z powodu włączenia w tę liczbę nadmiernie rozrośniętego personelu administracyjnego, nominalny komput był w gruncie rzeczy ograniczony do niecałych 20 000 żołnierzy. Co więcej, armię pozbawiono centralnych subwencji: na Sejmie Niemym uchwalono na jej rzecz podatki z dóbr kościelnych, królewskich i szlacheckich. Każdy regiment był odtąd odpowiedzialny za zapewnienie sobie środków utrzymania i niechętnie oddalał się od okolic konkretnego starostwa, od którego zależały jego losy. Utrzymano wprawdzie urząd hetmana, ale pozbawione wszelkich skrupułów postępowanie hetmana Adama Mikołaja Sieniawskiego (1666- 1726) w Polsce, a tym bardziej hetmana Ludwika Pocieja (1664-1730) na Litwie podczas wielkiej wojny północnej poważnie zmniejszyło prestiż związany dawniej z tym stanowiskiem. Ani król, ani sejm, ani tym bardziej armia nie byli skłonni powierzyć swego losu hetmanom, których stanowiska szybko nabrały charakteru lukratywnych synekur, kanałów podatnych na rosyjskie wpływy i korupcję, tkwiących w samym sercu spraw Rzeczypospolitej. W tych warunkach skuteczność armii w walce praktycznie spadła niemal do zera. Morale oraz umiejętności techniczne we wszystkich niemal rodzajach służb uległy całkowitemu załamaniu. W „autoramencie narodowym” kawalerzyści wywodzący się ze szlachty nagminnie wykręcali się od służby, wystawiając w zastępstwie kilku „sowitych” - zazwyczaj chłopów poddanych. W „autoramencie cudzoziemskim” sprzedawano i kupowano patenty oficerskie - handlowali nimi głównie Niemcy w Saksonii. Jedynie artyleria, na której utrzymanie przeznaczono teraz cały podatek kwarciany, zdołała zachować jaki taki porządek. Na wszystkich szczeblach nad żołnierzami przewagę liczebną miały rzesze dbających wyłącznie o własne interesy oficerów, urzędników i markietanów. Nie bez powodu mówiono: „Dwa dragany, cztery kapitany”. W każdej potrzebie pierwszym odruchem armii było wycofać się do stałych kwater na wsi, gdzie się następnie okopywano. Nie była w stanie poradzić sobie z mnożącymi się bandyckimi gangami, nie mówiąc już o prywatnych zaciągach magnatów. Nie miała najmniejszej ochoty rzucać wyzwania zawodowym armiom obcych mocarstw[340].
Powagę sytuacji zwiększał fakt, że upadek militarny Polski i Litwy zbiegł siew czasie z zakrój ona na szeroką skalę militaryzacją państw sąsiednich. W chwili objęcia tronu przez Wettinów armia Rzeczypospolitej liczebnie mniej więcej dorównywała armiom jej potencjalnych przeciwników: przy 36 000 zaciężnych, przewyższała wojska zarówno Prus, jak i Szwecji, tylko nieznacznie ustępując kontyngentom Rosji czy Austrii. W r. 1702 pod Kliszowem, a następnie w r. 1705 pod Warszawą została dwukrotnie pokonana przez ustępujące jej liczebnie siły wroga. Potem walczące ze sobą konfederacje wyczerpały jej siły, a postanowienia Sejmu Niemego trwale ją okaleczyły. Na przestrzeni dwudziestu lat wszystkie formacje znalazły się daleko w tyle za sąsiadami: w epoce saskiej dysproporcja stosunku liczebności sił zbrojnych Rzeczypospolitej do liczebności armii jej sąsiadów wzrosła do 1:11 dla Prus, dla Austrii 1:17 i 1:28 dla Rosji[341]. Ogromne rzesze zubożałej drobnej szlachty, stanowiące rezerwy siły ludzkiej dla celów militarnych, które nie miały sobie równych w całej Europie, wolały służyć na magnackich dworach niż w pułkach armii państwa. Pierwsze próby stworzenia przemysłu zbrojeniowego i zapewnienia szkolenia wojskowego na miarę rozwoju technicznego epoki podejmowano nie z inicjatywy Rzeczypospolitej jako państwa, lecz z prywatnej inicjatywy Radziwiłłów czy Branickich. Polsce i Litwie nie brakowało żołnierzy. Był to dziwaczny paradoks; niemniej jednak najbardziej zmilitaryzowane społeczeństwo w Europie nie było sobie w stanie zapewnić obrony. Na tę godną pożałowania sytuację oczy świata zwróciły się po raz pierwszy podczas wojny o polską sukcesję.
Śmierć Augusta II w r. 1733 spowodowała ponowne zaostrzenie tych samych konfliktów, które rozdarły królestwo Wettinów na początku ich polskiej kariery. W samej Saksonii tron objął jedyny syn Augusta z prawego łoża, również Fryderyk August - nie było żadnych sprzeciwów. Natomiast w Polsce zaczęły się kłopoty. Podczas elekcji, która odbyła się w Warszawie 12 września 1733 r., sukces odniósł ponownie kandydat francuski - Stanisław Leszczyński. Jego zwycięstwo stało się zarzewiem kolejnej wojny o zasięgu międzynarodowym[342]. Rosja i Austria opowiedziały się za sukcesją Wettinów i armia rosyjska wkroczyła na obszar Rzeczypospolitej, aby jej tę decyzję narzucić. Po blisko trzech latach walk rozbito wszelką opozycję. Interwencja ze strony Francji ograniczyła się do pośredniej akcji przeciwko Austrii, podjętej w Lotaryngii i Sabaudii. Elekcję powtórzono w październiku pod osłoną rosyjskich bagnetów i starannie dobrany elektorat proklamował wybór Sasa, Augusta III. Skonfederowaną armię królewską zmuszono do wycofania się z Warszawy. W styczniu 1734 r. zainscenizowano w Krakowie koronację. Gdańsk, który odmówił poddania się, został oblężony i w maju dostał się w ręce Rosjan. Konfederacja dzikowska, z Adamem Tarła na czele, zawiązana 5 listopada 1734 r., wystąpiła do walki o sprawę niepodległości narodowej; została pokonana przez oddziały wojsk pruskich i rosyjskich po odważnej próbie przekroczenia Odry i przeniesienia teatru wojny na teren Saksonii. Jej ostateczny kres nadszedł w maju 1735 r.[343] W województwach Ukrainy, zwłaszcza w województwie bracławskim, oraz wśród Kurpiów ruch antyrosyjski przybrał formę powstań chłopskich i trwał aż do r. 1736. Ale do tego czasu umowa zawarta w Wiedniu przez oba mocarstwa dawno już zakończyła wojnę o polską sukcesję.
Wstąpienie Augusta III na tron przyniosło powszechną ulgę. Mimo nikczemnych praktyk i przemocy, dzięki którym się ten akt dokonał, w istniejącej sytuacji politycznej niemożliwe było żadne inne rozwiązanie. Rzeczpospolita poddała się, przyjmując rozszerzenie związków z Saksonią. Saksonia natomiast radowała się z faktu, że jej władcy znów powiodło się w Rzeczypospolitej. W styczniu 1734 r. saski koncertmistrz z Lipska pospiesznie dopasowywał dawniejszy utwór do nowych słów, napisanych z okazji uroczystości koronacji w Krakowie: Blast Larmen ihr Feinde[344]. W październiku zaskoczyła go wiadomość, że oczekiwane przybycie dworu wyznaczono na dzień rocznicy objęcia tronu polskiego przez Wettinów. W ciągu trzech dni stworzył całą złożoną z dziewięciu części kantatę
Cantata Gratulatoria in adventum Regis:
1. Chorsatz: Preise dein Glücke, gesegnetes Sachsen
2. Rezitatiy: Wie können wir, grossmagtichster August (...)
3. Arie: Freilich trotz Augustus' Name (...)
4. Rezitatiy: Was hat dich sonst, Sarmatien, bewogen (...)
5. Arie: Rase nur verwegner Schwarm (...)
6. Rezitatiy: Ja! ja! Gott ist uns nach mit seine (...)
7. Arie: Durch die von Eifer entflammenten Waffen (...)
8. Rezitativ: Lass doch, o teurer Landesvater, zu (...)
9. Chorsatz: Stifter der Reiche, Beherrscher der Kronen (...)[345].
Pełne energii i siły słowa części 5. mówią o klęsce stronnictwa francuskiego w Polsce, słowa części 6. - o niedawnym upadku Gdańska. Librecista Johann Christian Clauder otrzymał za nie wynagrodzenie w wysokości 12 talarów; kompozytor dostał 50, pełny koszt powstania i wykonania utworu wyniósł 229 talarów i 22 grosze. Lipski kronikarz Salomon Reimer opisał prawykonanie kantaty, które miało miejsce 5 października 1734 r. na miejskim rynku pod otwartym oknem komnaty elektora-króla:
Około dziewiątej wieczorem, poddani Ich Wysokości ofiarowali im Abend-Muzik, odegraną na trąbach i bębnach. Skomponował ją koncertmistrz, pan Joh. Sebastian Bach, kantor od Św. Tomasza. Przy tej okazji sześciuset studentów niosło woskowe pochodnie, czterech zaś hrabiów grało role marszałków. Wyłoniła się procesja, która (...) idąc Ritter Strasse, Brühl i Catharinen Strasse udała się do kwatery króla. Gdy zaś orkiestra przybliżyła się do Wagę, trąby i bębny zaczęły grać, a chór rozpoczął swą pieśń z wieży Ratusza. Wręczywszy libretto, czterech hrabiów zatrzymało się, aby ucałować dłoń swego miłościwego pana.
Później Jego Wysokość wraz ze swą królewską małżonką, a także z książętami, stał przy oknie póki trwała muzyka, słuchając jej wdzięcznie i serdecznie się nią radując. [346]
W dwa dni później, w dzień urodzin elektora-króla, wykonano inną kantatę do słów: Schleicht spielende Wellen und murmelt gelinde! Nein, rauschet geschwinde![347]
Był to symboliczny utwór o rzekach Polski i Saksonii; partię Łaby śpiewał tenor, partię Wisły, der beglückter Weichselstrom - bas. W ciągu następnych dwóch stuleci okazje, które stały się inspiracją powstania tych kantat, popadły w zapomnienie. Sama muzyka jest jednak nieśmiertelna. Aria basowa nr 7 z kantaty gratulacyjnej Bacha BMV 215 pojawia się najczęściej jako nr 47 w Weihnachts-Oratorium; otwierająca ją partia chóralna, Preise dein Glücke, wchodzi obecnie w skład Mszy h-moll jako Hosanna, Preise dein Glücke.
Następne trzydzieści lat panowania Augusta III nie obfitowało w wydarzenia. Poglądy drugiego elektora-króla przyrównywano do budyniu: miękkie, słodkie, bezwładne. Nie miał żadnej prawdziwej władzy i nie miał też ochoty sprawdzać, czy jama, czy nie. Objęcie tronu Rzeczypospolitej zawdzięczał armii rosyjskiej, a później nie zrobił żadnego wysiłku, aby ją odprawić. Rosjanie przychodzili i odchodzili, kiedy i jak im się podobało. Wszelki czynny udział w sprawach Polski oddał w ręce ministrów, zwłaszcza hrabiego Heinricha Bruhla (1700-63), który zdobył sobie w Warszawie pozycję niemal dyktatora. Wiatach 1740-42 nie uczynił żadnego kroku, aby zapobiec pruskiemu podbojowi austriackiego Śląska, który wrzynał się podłużnym klinem między jego saskie i polskie włości. Podczas wybuchłej później wojny o sukcesję austriacką (1742-48) oraz wojny siedmioletniej (1756-63) prowadził politykę obliczoną wyłącznie na interesy Saksonii i tylko w jej imieniu. Rzeczpospolitą traktując jak dojną krowę, która dostarczała środków na dworskie zbytki i wydatki wojenne. Nie był w stanie zapobiec ekscesom, jakich dopuszczały się rosyjskie wojska wędrujące przez Rzeczpospolitą w kierunku Prus i Pomorza, czy też wojska Fryderyka Wielkiego, który w latach 1762-63 nałożył na połnocne prowincje Rzeczypospolitej przymusowe kontrybucje, jako środek do podreperowania zbankrutowanego skarbu pruskiego. Aby ułatwić sobie rozboje i grabieże, Prusy zalewały Rzeczpospolitą fałszywymi i bezwartościowymi imitacjami polskich jednostek monetarnych. Zawieszeniu uległa działalność większości instytucji systemu centralnego zarządzania. Zadania sejmu przekazano sejmikom ziemskim. Magnaci - zwłaszcza cieszący się poparciem Rosjan Czartoryscy i mający powiązania z Francją Potoccy - rządzili jak udzielni władcy w swoich prywatnych imperiach i paraliżowali wszelkie próby zjednoczenia się dla jakichkolwiek wspólnych celów. Trybunały zostały sterroryzowane. Maleńka armia królewska nie opuszczała koszar ze strachu przed jakąkolwiek akcją. Gospodarka uległa stagnacji. Miasta kurczyły się. Klasa mieszczan przestała niemal istnieć. Chłopi tyrali bez żadnej nadziei na poprawę swego losu. Kwitła ciemnota, mnożyło się ubóstwo, podczas gdy Warszawa tańczyła na nie kończących się arystokratycznych balach, gdzie liczyły się wyłącznie rozmiary latyfundium partnera. Wspaniale rozwijała się sztuka operowa i teatralna. Zakładano przepiękne parki, wznoszono wspaniałe pałace, powstawała muzyka najwyższej klasy. Wszystkie gałęzie sztuki znajdowały licznych mecenasów. Niektórzy komentatorzy uważali, że „choroba polska” jest o wiele mniej niebezpieczna niż wojny i gwałty, które zżerały sąsiednie kraje; inni porównywali ją do Sodomy i Gomory. Popularne powiedzonko brzmiało: „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa!” Prowadzone w połowie XVIII w. wojny, które ostatecznie przyniosły zarówno Rosji, jak i Prusom status większych mocarstw europejskich, ujawniły jednocześnie żałosną niemoc Rzeczypospolitej Polski i Litwy. W czasie wojny o sukcesję polską siły zbrojne Polski nie odegrały żadnej niezależnej roli - wszystkie główne kampanie stoczyła nad Renem, w Lombardii i w południowych Włoszech koalicja francuska i austriacka. Trzeci traktat wiedeński z r. 1738 zawierał zaledwie jedną niewielką wzmiankę dotyczącą potwierdzenia sukcesji saskiej w Polsce oraz przyznanie księstwa Lotaryngii Stanisławowi Leszczyńskiemu. W austriackiej wojnie sukcesyjnej, która wybuchła po zagarnięciu Śląska przez Fryderyka Wielkiego, a także w wojnie siedmioletniej, w której liczne starcia miały miejsce na kresach Polski - na Śląsku i Pomorzu - podobnie jak w traktatach z Akwizgranu (1748) i Hubertusburga (1763) Rzeczpospolita zaznaczyła się jedynie przez swą nieobecność. Wiele z aktualnych kwestii politycznych - w tym przyszłość Śląska i Saksonii - miało kapitalne znaczenie dla Polaków, ale Polacy w żaden sposób nie mogli uczestniczyć w ich rozwiązywaniu. Położenie Sasów było niewiele mniej godne pożałowania. Po podpisaniu w r. 1745 austriackiej propozycji przeprowadzenia rozbioru Prus August III musiał biernie patrzeć, jak wojska pruskie i austriackie raz po raz pustoszą Saksonię, podczas gdy on sam niechętnie szukał schronienia w swojej polskiej stolicy. W 1745 r. musiał przekupić Prusaków sumą miliona talarów; w r. 1763, w przeddzień swojej śmierci, dostał Saksonię z powrotem tylko dzięki łasce wielkich mocarstw. Tymczasem jednak nieszczęsny elektor-król, wygnany ze swego spustoszonego elektoratu, musiał się zadowalać bezbronną Rzecząpospolitą.
W tej sytuacji główny konkurent Sasów do tronu Rzeczypospolitej, Stanisław Leszczyński, nie bardzo zapewne żałował swoich kolejnych porażek. Ten wyrafinowany, a zarazem jowialny szlachcic, magnat wielkopolski, potomek starego protestanckiego rodu, był długoletnim faworytem ugrupowania francusko-szwedzkiego. Był dwukrotnie królem Polski: po raz pierwszy w r. 1704 i ponownie w r. 1733. Za pierwszym razem jego panowanie trwało przez pięć lat - do klęski Szwedów pod Połtawą; za drugim razem - zostało przerwane po pięciu miesiącach. Podczas rosyjskiego oblężenia został uwięziony w Gdańsku i w chłopskim przebraniu zbiegł do Prus. Zesłano go na wygnanie do Wersalu, gdzie wydał córkę za króla Francji; w r. 1735 otrzymał dar w postaci lenna księstwa Lotaryngii i Baru. Jego dwór w Luneville był modelowym dworem epoki oświecenia - miejscem, gdzie chętnie przebywali zarówno philosophes, jak i bon viveurs. Utrzymywał bliskie kontakty z Polską i chętnie przyjmował liczne zastępy swych rodaków do szkół i przedsiębiorstw swego księstwa. Był autorem dzieła Głos wolny wolność ubezpieczający (1749) - jednego z najbardziej wpływowych traktatów dotyczących reform, jakie powstały w jego czasach[348].
Nie można bynajmniej twierdzić, że duch naprawy całkowicie zginął. Wielu magnatów, podobnie jak sam Leszczyński, jasno zdawało sobie sprawę z krytycznego stanu, w jakim znalazła się Rzeczpospolita, i w ramach swych rozległych prywatnych możliwości starało się rozwijać zasoby kraju i podnosić jego morale. Na Litwie Radziwiłłowie już w latach czterdziestych rozpoczęli budowę manufaktur. Michał Ogiński, autor artykułu Harfa w Encyclopedie Diderota, budował swoje kanały. Począwszy od r. 1760 Andrzej Zamoyski (1716-92), przyszły kanclerz, zniósł poddaństwo we wszystkich swoich majątkach, dając w ten sposób przykład wprowadzenia w życie zasady, którą propagował w polityce publicznej. Stanisław Konarski (1700-73), pedagog i publicysta, założyciel Collegium Nobilium, które w r. 1740 otworzyło bramy na przyjęcie uczniów, zajmował się także kwestią reformy politycznej; traktat O skutecznym rad sposobie, opublikowany w roku śmierci Augusta III, był wyrazem obaw i wątpliwości jego pokolenia. Tu tkwiły zalążki przyszłych przemian. Najbardziej być może godną uwagi była działalność braci Załuskich, Andrzeja Stanisława Kostki (1695-1758) i Józefa Andrzeja (1702-74), biskupów krakowskiego i kijowskiego. Biskup Stanisław, który doszedł do godności kanclerza wielkiego koronnego, był pionierem w dziedzinie kopalnictwa rud żelaza, metalurgii i mineralogii. Biskup Józef Andrzej, który wraz z Konarskim spędził pewien czas na wygnaniu w Luneville, był założycielem zbioru książek, który w r. 1747 został w Warszawie udostępniony jako pierwsza biblioteka publiczna w Europie. Zbiór umieszczono w Pałacu Błękitnym, który został wybudowany w pobliżu Ogrodu Saskiego dla jednej z nieślubnych córek zmarłego króla, Anny Orzelskiej. Z czasem biblioteka rozrosła się do około 400 000 tomów, wspaniale skatalogowanych w formie rymowanego łacińskiego wiersza. Zgromadzone w Pałacu Błękitnym skarby stały się celem pielgrzymek; zostały też opisane przez uczonego francuskiego, Jeana Bemoulliego:
Jest to właściwie wielki labirynt pokojów zapełnionych książkami, których liczba - w co łatwo uwierzyć - dochodzi do dwustu tysięcy. Najokazalsza sala, ozdobiona wyjątkowo bogato i z wielkim przepychem, zawiera liczne dzieła francuskie i inne, odznaczające się bądź wyjątkowo pięknym wyglądem zewnętrznym, bądź też licznymi rytowanymi z miedzi rycinami. Salę tę długą, wysoką i piękną, zdobią także liczne posągi, które dostojni bracia Załuscy kazali postawić ku czci najznakomitszych i najszlachetniejszych mężów swego kraju. Obok znajduje się sypialnia śp. referendarza koronnego i jeszcze jeden pokój zawalony stosami książek. Łacińskie książki na trzecim piętrze zajmują także bardzo wielką salę (...) Pokazano mi parę pięknych rękopisów Longinusa i Makrobiusza i bardzo stary egzemplarz Metamorfoz i Listów Owidiusza, ponadto kilka prześlicznych, godnych uwagi ksiąg kościelnych, wśród nich stary, wielki i nadzwyczaj piękny, pisany na pergaminie i bogato ilustrowany kodeks in folio, pochodzący z około 1500 roku, pod tytułem Pontificalis Ordinis Liber (...) Oglądałem ponadto mszał z IX wieku, pochodzący z burgundzkiej biblioteki (...) i jeszcze inny, bardzo piękny, pisany na pergaminie dużymi, w większości złoconymi literami i ozdobiony ponad tysiącem miniatur; wspaniałe Decretalia papieża Grzegorza IX (...) Z rękopisów dotyczących Polski szczególnym poważaniem cieszył się wielki zbiór aktów Rzeczypospolitej składający się z dwudziestu siedmiu tomów, przy czym w dwunastu z nich mieściły się nie oryginały, lecz jedynie kopie dokumentów znajdujących się w bibliotece krakowskiej[349]. W swoim testamencie biskup Załuski przekazał bibliotekę Rzeczypospolitej. Nie mógł jednak mieć wpływu na jej losy. W 1795 r. zbiory zostały splądrowane przez wojsko rosyjskie, a księgi przesłano w skrzyniach do Petersburga, gdzie z czasem dołączyło do nich dodatkowe pół miliona tomów zabranych z innych bibliotek polskich. Współczesnym dyplomatom nie udało się odzyskać przeważającej większóści łupu. Współczesnych turystów, odwiedzających radziecką bibliotekę państwową w Leningradzie, na ogół nie informuje się o prawdziwym pochodzeniu eksponatów[350].
Śmierć Augusta III w dniu 5 października 1763 r. położyła naturalny kres czasom saskim w dziejach Rzeczypospolitej. Problem ewentualnego wyboru jego syna, Fryderyka Christiana, w ogóle nie powstał. Tym razem Rosjanie mieli swoje własne plany. Katarzynie II bardzo zależało na zreformowaniu polskiego protektoratu podług własnych wyobrażeń. Musiała w tym względzie współzawodniczyć z polskimi reformatorami, a gdyby zdecydowała się nie ustąpić - sprowokować wybuch konfliktu. Tak więc, po trzydziestu latach sennej sklerozy, politycznym organizmem Rzeczypospolitej miały wstrząsnąć gwałtowne konwulsje. Wielu z tych, którzy przeżyli epokę rozbiorów, z pewnością z nutką żalu wspominało dawne dobre saskie czasy.
Rozbiór Polski, którego dokonano w trzech etapach w latach 1772, 1793 i 1795. był wydarzeniem bezprecedensowym w nowożytnych dziejach Europy. Chociaż zwycięskie mocarstwa z zasady pozbawiały pokonanych rywali posiadłości terytorialnych, a także nie sprzeciwiały się podziałowi łupów w Indiach, Ameryce czy Afryce, nie zdarzył się przypadek, aby rozmyślnie i z zimną krwią unicestwiły jedno z historycznych państw Europy. Polskę poddano politycznej wiwisekcji przez okaleczenie, amputację i wreszcie całkowite rozczłonkowanie, jako jedyne usprawiedliwienie podając, że pacjent niezbyt dobrze się czuł. Agonia Rzeczypospolitej zbiegła się w czasie z okresem panowania jej ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732-98); nastąpiła w latach 1764-95[351] (Patrz Mapa 22).
Mapa 22. Rozbiory Polski (1772 – 1795)
Żartownisie epoki oświecenia ostrzyli swój dowcip na nieszczęściach Rzeczypospolitej. Fryderyk II. król pruski, protestant i jeden z najbardziej wścibskich sąsiadów Polski, pisał chełpliwie: „spożyjemy (...) jedną hostię - Polskę, i jeżeli nie zbawi to naszych dusz, to na pewno będzie z wielką korzyścią dla naszych państw[352]. Voltaire wymyślił swój słynny bon mot: „Jeden Polak - to sam urok, dwóch Polaków - awantura, trzech Polaków - o, to już Sprawa Polska”. Ich publiczność chichotała elegancko, wierząc, że Polska w ten czy inny sposób zasłużyła na swój los. Kanclerz rosyjski, Michał Woroncow, powiedział w 1763 r., że Polska jest bezustannie pogrążona w chaosie i że dopóki zachowa swój obecny ustrój, nie będzie zasługiwała na to, aby ją uznać za jedno z mocarstw Europy.
Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że przypinana Polsce etykietka „Rzeczypospolitej Anarchii” nie była z gruntu bezzasadna. Przez blisko 50 lat, licząc od Sejmu Niemego z 1717 r., politycy byli zupełnie bezsilni w kwestii naprawy wielu z jej poważnych dolegliwości. Państwo wciąż jeszcze było Rzecząpospolitą dwojga narodów, gdzie ścieranie się sprzecznych interesów obu części składowych - Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego - skutecznie utrudniało wszelkie próby reform. Monarchia była nadal monarchią elekcyjną - zabawką w rękach międzynarodowej dyplomacji. Działalność sejmu nadal paraliżowało liberum veto. Konstytucja nadal dopuszczała zawiązywanie konfederacji. Mimo 11 milionów ludności oraz obszaru wynoszącego 730 380 kilometrów kwadratowych - czyli większego niż obszar Francji lub Hiszpanii - wciąż jeszcze brak było centralnego skarbu, a szeregi armii królewskiej praktycznie liczyły nie więcej niż 12 000 ludzi. „Złota wolność”, którą większość szlacheckich obywateli nauczyła się uważać za chlubę swojej Rzeczypospolitej, straciła swe znaczenie w kraju, w którym dziewięć dziesiątych ludności żyło w ubóstwie i niewoli i gdzie z zasady wszystkie sprawy załatwiano obietnicami francuskiego złota lub groźbą rosyjskiego przymusu. Przez blisko 50 lat Rzeczpospolitą traktowano jak rosyjski protektorat i rządzono w niej metodami, które w życiu cywilnym uznano by za normalne gangsterstwo. Dopóki rosyjscy gangsterzy dostawali swoją dolę, a polscy naiwniacy i frajerzy przyjmowali ich opiekę, panował spokój. Ale gdy tylko podopieczni próbowali zrzucić sobie z karku niepożądanych opiekunów, nieuchronnie zaczynały się kłopoty.
Trudnych do pojęcia wydarzeń okresu rozbiorów zupełnie nie da się we właściwy sposób zrozumieć, jeśli się sobie nie uprzytomni, że wewnętrzne kłopoty Polski systematycznie podsycali jej potężniejsi sąsiedzi. Rosja już od ponad wieku mieszała się w wewnętrzne sprawy państwa. To Piotr I nalegał, aby mianowano go „opiekunem" prawosławnej mniejszości, i on uknuł skuteczną intrygę zmierzającą do osadzenia dynastii Wettinów na polskim tronie; on też wreszcie zmusił Sejm Niemy do zatwierdzenia ograniczeń skarbu, wojska i reform - restrykcji, które miały przyczynić się do sparaliżowania życia publicznego. Nie tylko Rosja, ale także Szwecja, Prusy, Francja i Austria używały Polski jako pola bitwy, na którym można było tanim kosztem rozwiązywać własne spory. Mówiąc po prostu, słabość Polski znakomicie odpowiadała celom jej sąsiadów. Według ówczesnego frazesu, Polska była „karczmą Europy”. Co więcej, gdy tylko Polacy próbowali podjąć jakiekolwiek kroki w kierunku zaprowadzenia porządku w swoim domu, zarówno Rosja, jak i Prusy podejmowały własne kroki, aby się upewnić, że nic się nie zmieni. W r. 1764, gdy sejm konwokacyjny powołał komisję finansową dla wprowadzenia powszechnego systemu ceł na wzór innych państw nowożytnych, Fryderyk pruski zainstalował w Marienwerder (Kwidzynie) komorę celną i baterię dział, z których bombardował i terroryzował polskie statki dla wymuszenia cła, dopóki nie zrezygnowano z wszelkich nowych propozycji. W tym samym roku Rosjanie zorganizowali najnowszą ze swych ekspedycji wojskowych, której zadaniem było dopilnowanie, aby nadchodząca elekcja królewska przebiegła zgodnie z planem. Jeżeli w okresie, który miał teraz nastąpić, Polacy istotnie sami przyczynili się do katastrofy, to raczej dlatego, że desperacko próbowali wyzwolić się z anarchii, niż. dlatego, że rzekomo pragnęli się w niej tarzać. Dla wszystkich powinno być jasne, że despoci z Petersburga i Berlina, którzy własnym poddanym odmawiali większości swobód obywatelskich, nigdy nie mogliby się stać prawdziwymi orędownikami jakiejkolwiek prawdziwej „złotej wolności" w Polsce.
Także w kwestiach religijnych podobna hipokryzja była na porządku dziennym. Prawdą jest, że począwszy od r. 1717 panujący w Rzeczypospolitej Kościół rzymskokatolicki, mimo długiej tradycji tolerancji i swobody wyznaniowej, odmawiał pełnych praw politycznych mniejszościom religijnym - protestantom i wyznawcom religii prawosławnej. Praktyka polska przypominała pod tym względem sytuację w Wielkiej Brytanii czy Holandii - i aż do momentu, gdy w latach siedemdziesiątych XVIII w. biskupi zostali doprowadzeni do podjęcia kroków odwetowych, metody postępowania w Polsce były o wiele bardziej tolerancyjne niż metody Rosji, której armie odwiedzały Rzeczpospolitą, z całą bezwzględnością zmuszając jej unitów do nawracania się. Nie przeszkadzało to jednak Petersburgowi w pozowaniu na obrońcę uciemiężonych mniejszości. Fryderyk Wielki nie miał w tej sprawie żadnych złudzeń:
Cóż powiedziałby minister rosyjski, gdyby Francja zamierzała najechać Holandię po to, aby zmusić Estates-General do dopuszczenia papistów do wysokich urzędów publicznych? - pytał, - (...) Czyż nie rzekłby, iż Francja jest agresorem? Zastosujmy to jednak do obecnej sytuacji w Polsce (...) Tu agresorami są Rosjanie[353]
Fryderyk dobrze znał swoich wspólników, ale bez mrugnięcia okiem przyłączył się do nich w głoszeniu pobożnych żądań praw religijnych w Polsce. Gdyby Rzeczpospolita była silna, dyplomaci bez wątpienia wychwalaliby jej tradycje w dziedzinie oświecenia religijnego, zamiast podsycać gorzkie żale jej „dysydentów”.
Polityka ekspansji Rosji wobec Europy Wschodniej - a zwłaszcza wobec Polski, realizowana była w dwóch formach. Z jednej strony, ugrupowanie militarystyczne otwarcie opowiadało się za bezpośrednimi aneksjami. Wyznawcy tej polityki uważali, że interesom Rosji najlepiej służy zajmowanie przy każdej nadarzającej się okazji terytorium należącego do jej sąsiadów. Prezes admiralicji i prezydent Kolegium Wojennego Zachar Czernyszew jasno wyraził ten pogląd, gdy - podczas posiedzenia rady zwołanej przez nową carycę Katarzynę dla omówienia problemów, jakie wyłoniły się w związku ze śmiercią króla Polski - zaproponował inwazję na polskie Inflanty oraz na tereny województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego. Miał niewątpliwe poparcie tych, którzy w poprzednich latach gdy wojska rosyjskie znalazły się w Berlinie namawiali ówczesną cesarzową Elżbietę do rozbioru zuchwałego królestwa pruskiego. Politycy natomiast wykazywali większą ostrożność. Panin główny doradca Katarzyny w sprawach zagranicznych - trzymał się starszych i bardziej zakonspirowanych reguł rosyjskiej gry, która polegała na rozbrojeniu rywali obietnicami zapewnienia im ochrony: ofiara nie była łapczywie pożerana, lecz zjadana powoli i spokojnie - kawałek po kawałku. Panin miał nadzieję na utworzenie układu północnego, dzięki któremu można by było wykorzystać przymierze z Prusami, Szwecją i Anglią dla pokrzyżowania szyków układu południowego, będącego dziełem ministra Ludwika XV, Choiseula. Według planu Panina, Rzeczpospolita miała nadal pełnić funkcję placówki Rosji w Europie podporządkowanego jej protektoratu, który ciągłymi manipulacjami można było minimalnym kosztem utrzymywać w stałej zależności. Na początku Katarzyna bez wątpienia przychylała się do tych zamiarów; jedną z istotnych tendencji politycznych okresu rozbiorów jest stopniowe przechodzenie władczyni Rosji od polityki natychmiastowej konsumpcji do polityki powolnego przeżuwania[354].
Poglądy Prus były nieco odmienne. W porównaniu z Rosją było to państwo małe, a godna podziwu skuteczność działania nie zawsze chroniła je przed skutkami nienasyconych ambicji. Zajęcie Śląska w r. 1740 zainicjowało dwudziestoletni okres wojen, które omal nie zakończyły się unicestwieniem samego podżegacza. W r. 1762, gdy skarb był pusty, a Berlin okupowały rosyjskie wojska, Prusy uratowała tylko nagła śmierć cesarzowej Elżbiety, po której w samą porę tron objął Piotr III - gorący zwolennik Fryderyka. Prusy były w gruncie rzeczy beztroskim międzynarodowym pasożytem. Trzykrotnie - w latach 1656, 1720 i 1733 - uczestniczyły w nieudanych planach rozbioru Rzeczypospolitej. W r. 1752, w swoim Testamencie politycznym, Fryderyk przyrównywał polskiego sąsiada do „karczocha gotowego do zjedzenia, listek po listku”[355]. „Królestwo w Prusach” nie posiadało jeszcze bowiem skonsolidowanej bazy terytorialnej. Posiadłości Hohenzollernów były rozproszone w Europie Północnej w postaci nie powiązanych ze sobą terytorialnie zlepków poszczególnych ziem. Dwie największe części składowe - Brandenburgia i Prusy (Wschodnie) Książęce, wciąż jeszcze przedzielał szeroki pas należących do Polski Prus (Zachodnich) Królewskich, w których Fryderyk widział pierwszy listek swojego karczocha. Po kryzysie z r. 1762 jego polityka nie nabrała żadnych przejawów skruchy, stała się natomiast bardziej ostrożna. Gangsterstwo uprawiane samotnie okazało się zbyt ryzykowne, teraz Fryderykowi zależało na stworzeniu gangu.
Trzeciemu sąsiadowi Rzeczypospolitej - Austrii - brak było zarówno dynamizmu Prus, jak i naturalnych zasobów Rosji. Wyczerpani wojną siedmioletnią, Austriacy dysponowali terenem aż zbyt rozległym, aby zapewnić pole do działania swojej rozlatującej się administracji. Niemieliżadnych planów ekspansji. Górska granica w Karpatach, oddzielająca Austrię od Polski i w ogóle od północnej Europy, ciągnęła się nieprzerwanie - poza jedną wąską szczeliną Spiszu. Austriacy byli przynajmniej katolikami jak Polacy; wciąż też jeszcze pamiętali legendarny rok 1683, kiedy to Sobieski przełamał oblężenie Wiednia. Nienawidzili Prus i bali się Rosji. Wydawało się rzeczą nie do pomyślenia, że mogliby się dołączyć do napastników, którzy szykowali atak na Polskę. A jednak to zrobili![356].
Pewną rolę odegrała także osobowość poszczególnych władców. Król pruski, Fryderyk, błyskotliwy, cyniczny i pozbawiony skrupułów wiedział dokładnie, czego chce i dokąd zmierza. Miał do czynienia z dwiema monarchiniami, których słabości wykorzystywał z największą zręcznością, pochlebiając jednej i drażniąc się z drugą. Katarzyna II, wyniesiona właśnie na tron Wszechrosji po śmierci zamordowanego męża, Piotra III, była córką feldmarszałka pruskiego. Była równie surowa dla swoich sprzymierzeńców, co dla swoich niezliczonych kochanków. Maria Teresa, „królowa-wdowa Węgier i cesarzowa Austrii”, była równie pobożna co niecierpliwa. Gdy pierwszy rozbiór w końcu się dokonał. Fryderyk zauważył:
carowa Katarzyna i ja jesteśmy zgoła piratami, ale - zastanawiam się, w jaki sposób królowa-cesarzowa zdołała załatwić tę sprawę ze swoim spowiednikiem! (...) Elle pleurait quand elle prenait, et plus elle pleurait, plus elle prenait![357]
Był wreszcie Stanisław August Poniatowski - gładki, łatwo ulegający wpływom, kosmopolityczny siostrzeniec popieranej przez Rosję frakcji Czartoryskich. W okresie, który w latach 1755-58 spędził w Petersburgu jako plenipotent Rzeczypospolitej, był nader namiętnym kochankiem Katarzyny - według niepochlebnych słów Carlyle’a, „biedny, głupi Poniatowski, istota pusta i wietrzna, pachnąca makassarem”. Pełnił w oczywisty sposób funkcję narzędzia służącego do usunięcia niemrawych Sasów z polskiego tronu. Ku zdziwieniu wszystkich, okazał się gorliwym patriotą i gorącym zwolennikiemreform[358].
Perspektywa elekcji królewskiej w Polsce przyspieszyła rozwój zawiązanych wcześniej intryg. Zarówno Fryderyk, jak i Katarzyna już dawniej przygotowywali się do tego wydarzenia - Fryderyk, koordynując w r. 1762 własne plany z planami nieszczęsnego Piotra III, Katarzyna przy pomocy siły zbrojnej instalując w styczniu 1763 nowego władcę w księstwie Kurlandii. Teraz rozpoczęli konspirację w ściślejszym porozumieniu. 11 kwietnia 1764 r. podpisano traktat, na mocy którego Fryderyk zdobywał zgodę Katarzyny na szereg punktów, wcześniej uzgodnionych z Piotrem: jako kandydata do tronu polskiego oboje mieli poprzeć „Piasta”: oboje też mieli ze sobą współdziałać w obronie „złotej wolności” i praw religijnych mniejszości wyznaniowych. Głównym motywem działania Fryderyka była chęć usunięcia z tronu Sasów - jego rywali w Niemczech. Motywem działania Katarzyny było przetarcie drogi Poniatowskiemu. Na początku całej akcji była dość naiwna na to, aby rozesłać po wszystkich dworach Europy deklarację przeczącą pogłoskom o przygotowanym rozbiorze.
Si jamais la malice, de concert avec le mensonge, a pu controuver un bruit absolument faux - pisała z oburzeniem - c'est assurément celui, qu'on a osé répandre dans le public, comme si nous n'étions résus d’appuyer l'élection d'un Piast qu’afin que, par son secours et connivence. Nous puissions ensuite Nous faciliter les moyens d’envahir quelques provinces du Royaume de Pologne et du Grand-Duché de Lithuanie, de les démembrer, et de les approprier ensuite à Nous et à Notre Empire.[359]
Widząc znieczulające działanie owego dementi na mocarstwa Europy, ministrowie Prus i Austrii w Warszawie również złożyli podobne oświadczenie.
Droga Poniatowskiego istotnie została nieźle przetarta. Pole elekcyjne otoczono rosyjskimi żołnierzami oraz dworakami Czartoryskich. 6 września 1764 r. ci spośród szlachty Rzeczypospolitej, którzy już wcześniej nie opuścili z oburzeniem pola elekcyjnego, jednobrzmiącym okrzykiem ogłosili wybór swego nowego króla. Jak zauważył sam zwycięzca, była to najmniej kłopotliwa elekcja w dziejach Rzeczypospolitej.
Ale pozycja Stanisława Augusta bynajmniej nie była łatwa i wygodna. W ciągu pierwszych czterech lat panowania udało mu się jedynie poobrażać wszystkich tych, którzy uważali go za rzecznika własnych interesów. Awansował wigopodobnego Andrzeja Zamoyskiego na urząd kanclerza wielkiego koronnego; wkrótce jednak poróżnił się ze swymi krewniakami z rodziny Czartoryskich, którzy opierali się jego planom reformy konstytucyjnej. W r. 1765 udało się założyć Korpus Kadetów - pod dowództwem Adama Kazimierza Czartoryskiego - jako główny ośrodek szkolenia w dziedzinie wojskowości, mający stanowić zalążek systemu zakrojonego na szerszą skalę. Nic były natomiast łatwe jego stosunki z agentem Katarzyny Repninem, którego groźby i gwałty wystawiały na pośmiewisko królewskie prerogatywy. Fryderyka rozgniewał propozycjami dotyczącymi systemu ceł i rozczarował dysydentów, których wcześniej przekonano, że mają go uważać za swego sprzymierzeńca. Szczególnie zaś rozdrażnił panujący Kościół, ponieważ nigdy nie wypowiedział się jasno na temat swego stanowiska w kwestiach religijnych. Pierwszy sejm, jaki odbył się za jego panowania, zwołany w 1766 r., okazał się fiaskiem. Propozycje króla zmierzające do zniesienia liberum veto zostały odrzucone, wysiłki zaś biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka w kierunku uzyskania deklaracji w sprawie „bezpieczeństwa wiary" wywołały kilkakrotnie burzliwe procesy. Pod koniec roku w kraju zaczęło się już zaznaczać rozbicie na kilka zbrojnych obozów.
Rok 1767 był rokiem, w którym nadszedł nadir polskiej anarchii; wtedy też wyraźnie zaznaczyły się zgubne prowokacje Rosjan. Najpierw zawiązały się dwie zbrojne konfederacje dysydentów - konfederacja protestantów w Toruniu i konfederacja prawosławnych w Słucku. Ocenę stopnia religijnej motywacji obu tych wydarzeń umożliwia fakt, że konfederację w Toruniu zawiązał pewien rosyjski oficer; rozpoczął on swoją działalność od zaaresztowania wszystkich - z zarządem miejskim włącznie - którzy sprzeciwiali się woli cesarzowej. Następnie w Radomiu powstał ruch o charakterze poważniejszym, który stopniowo przerodził się w „konfederację generalną” obejmując cały kraj. Niektórzy spośród członków tej konfederacji na przykład Radziwiłłowie na Litwie zmierzali do detronizacji króla. Inni próbowali po prostu udaremnić wysuwany przez niego program reform. Jeszcze inni myśleli, ze ratują Kościół. Wszystkimi manipulowano. Przy tej okazji Repninowi nie tylko udawało się reżyserować posunięcia zarówno opozycji, jak i króla; zdołał wręcz namówić Stanisława Augusta, aby się przyłączył do konfederatów. W październiku odkrył karty. Zaaranżowawszy nadzwyczajne posiedzenie sejmu, szybciutko zaaresztował czterech czołowych przywódców opozycji i zakutych w łańcuchy wysłał ich do Kaługi. Raport z tej akcji przedstawił w formie lakonicznej notatki skierowanej do cesarzowej:
Des troupes de S. M. Impériale, Ma Souverame, umie et aliée de la République, oni arrêté l’évêque de Cracovie, l’évêque de Kiiovie, le palatin de Cracovie et le starostę de Dolin, pour avoir manque, par leur conduite, a la dignité de S. M. Impériale, en attaquant la pureté de ses intentions, salulaires, désinteresseées et amicales pour la République[360].
Po czym mianowani przez Repnina ludzie zawiesili sejm na rzecz specjalnej komisji, która zabrała się do wydawania tak zwanych „praw kardynalnych", mających na celu przedłużenie władzy anarchii. Utwierdzono monopol szlachty na prawa polityczne. Utrzymano liberum veto. Elekcje królewskie miały być „wolne”. Krótko mówiąc, „złota wolność" objawiła się jako oczywiste mydlenie oczu. Jedyną osobą uprawnioną do wprowadzenia zmian była carowa Rosji. Przywrócono system z r. 1717[361].
Katarzyna musiała być bardzo zadowolona. Rzeczpospolita leżała przed nią w agonii paraliżu, który sama na siebie sprowadziła. Stronnictwo rosyjskie było pod kontrolą. Nie miała żadnych dalszych żądań. W rzeczywistości jednak, sama o tym nie wiedząc, została zapędzona w kozi róg. Chwile satysfakcji szybko minęły. Nie liczyła ani na Polaków, ani na Turków, ani na Fryderyka pruskiego. Wkrótce miała zostać zmuszona do ponownego zastanowienia się nad własną polityką.
W r. 1768 reperkusje brutalności Rosjan wobec Rzeczypospolitej nabrały gwałtownego rozmachu. 29 lutego zebrane w Barze konsorcjum rozczarowanej szlachty zawiązało pod wodzą marszałków Michała Krasińskiego i Józefa Pułaskiego nową konfederację, z udziałem członków rodu Potockich, Sapiehów i Krasińskich. Rozpoczęli wojnę, której Rosjanie nie byli w stanie stłumić przez blisko cztery lata. Stworzyli takie ideały i rozbudzili takie wątpliwości wobec podstawowych pryncypiów, jakich nie znano od dziesiątków lat; one to właśnie miały stać się punktem wyjścia dla współczesnego nacjonalizmu polskiego. Jednocześnie zaś sprowokowali gwałtowne skutki uboczne, które całkowicie wymknęły się spod ich kontroli. Na Ukrainie siły konfederatów zaatakowała od tyłu tak zwana koliszczyzna - powstanie chłopów i Kozaków, które krwawo rozprawiło się ze szlachtą, Żydami i duchowieństwem. Powstanie na krótko odwróciło uwagę wojsk rosyjskich i królewskich, które wspólnie wyruszyły przeciwko konfederatom. W Humaniu (Umań) doprowadziło ono do masakry, której rozmiary przeszły do legendy. Około dwudziestu tysięcy ludności katolickiej i żydowskiej zapędzono do kościołów i synagog i z zimną krwią wymordowano. Powstańcy ukuli slogan – „Lach, Żyd i sobaka - wse wira odnaka” i w ciągu trzech tygodni nieokiełznanego gwałtu i przemocy wyrżnęli niemal dwieście tysięcy ludzi. Później powstanie stłumiono z równym okrucieństwem. Przywódca, Maksym Żeleźniak, dostał się w ręce Rosjan i został zesłany na Syberię. Jego pułkownika, Iwana Gontę, wydano Polakom - został żywcem odarty ze skóry i poćwiartowany[362].
W ciągu następnych miesięcy Rosjanie pod wodzą Kreczetnikowa pomagali hetmanowi Branickiemu w ściganiu konfederatów. Jednakże w październiku rozpętali zarzewie gwałtownej reakcji ze strony Turcji. Zirytowana faktem, że Katarzyna złamała obietnicę wycofania swoich wojsk z Polski - Porta otomańska nakazała aresztowanie rosyjskiego posła w Konstantynopolu. Równało się to wypowiedzeniu wojny. Katarzyna dostała się w „widły” dwóch wojen, które musiała prowadzić jednocześnie w Polsce i w Turcji.
Kłopotów szybko przybywało. Uwikłana w wojnę przeciwko Turcji, Katarzyna nie dysponowała oddziałami, które mogłyby tłumić powstania, jakie wybuchły w Krakowie, w Wielkopolsce i na Litwie. W 1769 r. odkryła, że konfederaci barscy utworzyli w Białej, na granicy austriackiej, tak zwaną Generalność i że w podejmowanych akcjach udzielają im pomocy francuscy oficerowie. W r. 1771 ponownie rozgorzała otwarta wojna. Młody Suworow miał wielkie kłopoty z opanowaniem błyskotliwej improwizacji Kazimierza Pułaskiego w Polsce i hetmana Ogińskiego na Litwie. Ostatni bastion oporu, klasztor na Jasnej Górze w Częstochowie, padł dopiero 18 sierpnia 1772 r.[363]
Fryderyk pruski był ogromnie zadowolony z przebiegu wydarzeń. Czekał, aż polski kocioł porządnie zawrze, i dopiero wtedy sam w nim zamieszał. W listopadzie 1768 r. przedstawił plan rozbioru, opracowany podobno przez niejakiego hrabiego Lynara. Widząc, że Katarzyna nie jest jeszcze gotowa, czekał stosownej chwili, przez cały czas sugerując carowej, że niewdzięczni Polacy nie zasługują na pobłażliwość, jaka ich z jej strony spotyka. Czyż nie zagwarantowała im ich „złotej wolności”? Czyż nic była rzeczniczką tolerancji religijnej? Czy nic zniosła dość obelg od niebezpiecznych republikanów i zuchwałych biskupów? Katarzyna, której schlebiała pełna prostoty elegancja rozwiązania proponowanego przez Fryderyka, ale dla której wciąż jeszcze upokarzająca była klęska jej własnych pierwotnych planów, coraz chętniej słuchała jego podszeptów. Gdyby nie przystała na propozycję Fryderyka, musiałaby stanąć w obliczu perspektywy przyłączenia się Prus do Austrii i Turcji, które wspólnie utworzyłyby przeciwko niej potężną koalicję.
Ciosy, które ostatecznie przełamały opory Katarzyny, dosyć nieoczekiwanie zadali Austriacy - zwłaszcza zaś przebiegły doradca Marii Teresy, Kaunitz, który wykazywał ogromne talenty w służbie swojej pani. W 1769 r., korzystając z kłopotów, które odwracały uwagę Rzeczypospolitej, wojska austriackie wkroczyły na Spisz i dokonały jego aneksji ad damnum evitandum. W r. 1770 ruszyły dalej, do Nowego Targu i Nowego Sącza, które również zostały zaanektowane. Podnoszono głosy protestu przeciwko działaniom Rosji w Polsce i w r. 1771 Austria połączyła się ze swoim tradycyjnym wrogiem, Turcją, wspólnym przymierzem przeciwko Rosji. Było to dokładnie to, na co czekał Fryderyk. Teraz mógł twierdzić, że słabość Polski osiągnęła punkt, w którym stała się ona zagrożeniem dla międzynarodowej równowagi sił; punkt, w którym legalny rozbiór stał się środkiem koniecznym do ukrócenia bezprawnych aneksji. Jego brat, książę Henryk pruski, jesienią 1770 r. odwiedził Petersburg, gdzie przedstawił te argumenty. Okazały się ostateczne. W czerwcu 1771 r. Prusy i Rosja w zasadzie podjęły postanowienie o rozbiorze. Maria Teresa dla przyzwoitości wahała się do lutego 1772, kiedy to przyjęła zaproszenie do uczestnictwa. Ustalono wszystko z wyjątkiem szczegółów.
Kwestia podziału łupów zajmowała umysły dyplomatów przez zaledwie pięć miesięcy. Fryderyk, jako inicjator całego przedsięwzięcia, poczęstował się skromnie Prusami Królewskimi i Kujawami. Powstrzymanie się od zabrania Gdańska było dowodem jego umiarkowania. Katarzyna ograniczyła się do polskich Inflant oraz do województw połockiego, witebskiego, mścisławskiego i mińskiego. Utwierdziła też swą kontrolę nad Kurlandią. Maria Teresa natomiast, odczekawszy najdłużej, mogła sobie teraz pozwolić na największe podbijanie ceny. Kaunitz upierał się przy większej części południowej Małopolski - od Białej na granicy śląskiej, na zachodzie, po granicę turecką na Dniestrze, na wschodzie. W ostatecznym rozrachunku Prusy zabrały 5% terytorium Rzeczypospolitej i skromne 580 000 jej mieszkańców; Rosja - 12,7% terytorium i 1 300 000 mieszkańców; Austria wreszcie - tylko 11,8% terytorium, ale aż 2 130 000 dusz. (Patrz Rys. M). Wyrzuty sumienia rozbiorców zostały więc precyzyjnie wymierzone. Traktat rozbiorowy podpisano w Petersburgu 25 lipca (według kalendarza juliańskiego), czyli według kalendarza gregoriańskiego 5 sierpnia 1772 r.[364] W preambule podano następujące powody:
Au nom de la Très-Sainte Trinité.
L'esprit de faction, les troubles de la guerre intestine dont est agité depuis tant d'années le Royaume de Pologne, et l'anarchie qui chaque jour y acquiert de nouvelles forces, (...) donnent de justes appréhensions de voir arriver la décomposition totale de l’État (...)
Et en même temps, les Puissances voisines de la République ayant à se charge des prétentions et des droits aussi ancients que légitimes[365].
Od Polaków żądano, aby jak najgrzeczniej poddali się takiemu traktowaniu. Z inicjatywy nowego ambasadora Rosji w Polsce, Stackelberga, zwołano sejm. Marszałek sejmu, Adam Poniński, został w zamian za uzyskanie zatwierdzenia postanowień traktatów wyniesiony do godności podskarbiego, z pensją 3000 dukatów miesięcznie. Tymczasem zawiązano kolejną konfederację i powołano kolejną komisję. Króla namówiono, aby się do niej przyłączył; w lecie 1773 r. podpisał on wszystkie wymagane dokumenty. Wszystkie trzy traktaty dotyczące cesji Rzeczypospolitej na rzecz poszczególnych rozbiorców zostały przyjęte przez komisję 18 września, ratyfikowane zaś przez sejm 30 września 1773 r. Do końca przestrzegano wszystkich subtelności prawnych. W powietrzu unosiły się komplementy pod adresem łaskawych królów i cesarzowych oraz hołdy składane „złotej wolności”. W efekcie nie tylko uzyskano zgodę ofiary na operację, ale namówiono ją, żeby sama wzięła do ręki nóż. Jedynym monarchą, który zaprotestował, był król Hiszpanii.
W świecie, który nie dbał o losy Rzeczypospolitej, rozbiorowe machinacje przeszły niemal nie zauważone. Chętnie wierzono we frazesy. Powszechnie uznawano winy Polski. Dworscy apologeci z Berlina. Petersburga i Wiednia podkreślali trudną sytuację, w jakiej znaleźli się ich władcy. We właściwym czasie historycy dworscy i państwowi - od Karamzina po Treitschkego - zaczęli się rozwodzić nad szczęściem Polaków, którym dane był zaznać błogosławieństwa obcej władzy[366]. Nikt nie wydawał się dostrzegać kuglarskich sztuczek, pod którymi ukrywała się wyrafinowana międzynarodowa przemoc. Carlyle był blisko prawdy, gdy nazwał rozbiory „rozstrzygającą operacją chirurgiczną”. Zapomniał jedynie dodać, że celem chirurgii jest leczyć, nie zaś kaleczyć lub zabijać. Fryderyk zaplanował operację, której oczywistym celem było osłabienie Rzeczypospolitej i pozbawienie jej możliwości stawiania oporu. Rozczarowany ubocznymi skutkami wcześniejszych aktów bezpośredniej agresji, teraz udoskonalał technikę, która kosztowała mniej, sprawiając jednocześnie wrażenie bardziej skutecznej. Demoniczny chirurg z góry upatruje sobie ofiarę i poznaje jej słabości. Potem, pozując na życzliwego obserwatora zaniepokojonego objawami choroby, tak długo drażni chore miejsce, aż wywoła konwulsje, a ofiara zacznie skręcać się z bólu. Następnie radzi zbawienną operację, na którą zdesperowana ofiara daje się łatwo namówić. W trakcie operacji pilnuje, aby skalpel chirurga pozostawił akurat tyle chorej tkanki, ile trzeba do ponownego wywołania stanu zapalnego, a asystentów zachęca, aby dla ćwiczenia się w swej sprawności przy okazji amputowali pacjentowi rękę lub nogę. Potem, gdy bardzo osłabiony pacjent cierpi na następny atak konwulsji, można mu przepisać kolejną operację, a potem jeszcze jedną i jeszcze jedną. Jeśli w końcu pacjent umrze, a jego majątek znajdzie się w kieszeni lekarza, światu zawsze można oznajmić z żalem, że choroba od początku była złośliwa i że podejmowano wszelkie wysiłki i ponoszono wszelkie koszty, aby chorego uratować. W końcu to przecież lekarz wypisuje akt zgonu. Kto się dowie, że w gruncie rzeczy choroba wcale nie była śmiertelna? Kto będzie podejrzewał, że pacjent został podstępnie zamordowany? Jak dobrze wiedział Fryderyk, metoda „rozstrzygającej operacji chirurgicznej” miała wszelkie pozory szacownej legalności. Była o wiele bezpieczniejsza i o wiele bardziej skuteczna niż zaatakowanie ofiary na ulicy. Co więcej, jako że wiązała się z minimum jawnej przemocy, zdobywała temu, kto ją zręczniej stosował, podziw cywilizowanego świata. Jest to cudowna metoda, którą na swój własny sposób miała doprowadzić do perfekcji Katarzyna, a którą wschodzący tyrani przyszłych epok z tak wielką ochotą naśladowali.
Współczesnego obserwatora nie mniej niż cynizm europejskich mężów stanu zadziwia ich przebiegłość w przewidywaniu konsekwencji pierwszego rozbioru. W świecie, w którym dyplomacji nie komplikowały moralne skrupuły i w którym Fryderyk mógł beztrosko porównywać swoje polskie ofiary do bezbronnych Indian z plemion Irokezów, głębsze skutki rozbioru obserwowano i odnotowywano z chłodną precyzją. Nawiązując do swego nieuchronnego przymierza z Rosją, Fryderyk przyznawał jednocześnie bez żenady, że „Rosja mogłaby gorzko pożałować, gdyby się sama przyczyniła do rozwinięcia niebezpiecznych sił Polski”[367]. „Carowa Rosji zjadła śniadanie”, - pisał Edmund Burke, - „gdzie teraz zechce zjeść obiad?” W innym miejscu, nawiązując do niezdolności mocarstw zachodnich do podjęcia interwencji w Europie Wschodniej, Burke stwierdził, że „trzeba uznać, iż Polska położona jest na księżycu”[368].
Poważniejsze konsekwencje pierwszego rozbioru stały się widoczne już w parę lat po jego przeprowadzeniu. W swej Historii monarchii pruskiej hrabia de Mirabeau pisał w r. 1788:
jest to niemożliwością, a bez wątpienia byłoby karygodnem usprawiedliwiać te spiski, te traktaty podziałowe, które zapowiadają Europie jedynie pokój niewolniczy. Na przyszłość losy wolności, własności i życia ludzkiego będą w takim razie rozstrzygane podług zachcianki despotów.
W fatalnym roku następnym, rozmyślając o Zagrożeniu równowagi politycznej w Europie, szwajcarski dziennikarz Jakub Mallet-du-Pan przepowiadał, że rozbiory staną się „ohydą naszego wieku”. W połowie XIX w. komentarze tego rodzaju były już na porządku dziennym. W czasach, gdy powtarzające się powstania w Polsce zwracały uwagę świata na niesprawiedliwość systemu politycznego w Europie, nie trzeba było być geniuszem, aby zauważyć, że zasada „praworządności” i „świętych” przymierzy cesarstw, którą tak się chełpiono, w gruncie rzeczy opiera się na międzynarodowym rozboju. Macaulay był zaledwie jednym z wielu, którzy potępili rozbiór jako „haniebną zbrodnię”[369].
W ostatecznym rozrachunku, wszystkie moralne protesty tego rodzaju były oczywiście obosieczne. Jak to swoiście określał Bismarck, rozbiory Polski nie były niczym ani bardziej karygodnym, ani mniej godnym potępienia niż dokonane przez Polskę rozbiory Rusi w XIV w. i Prus w w. XV. Nie były też niczym ani gorszym, ani lepszym niż kolonizacyjne rozbiory Azji, Afryki i Ameryki, które już wkrótce miały zacząć przeprowadzać wszystkie mocarstwa europejskie. Wszystkie państwa powstają na drodze przemocy i wszystkie rodzą się, pożerając swoich poprzedników. To szczególne uczucie oburzenia, które towarzyszyło losom Rzeczypospolitej Polskiej, wynikało po części z faktu, że europejscy książęta pożarli innego Europejczyka. Było ono jednak także wynikiem chwili. Rozbiór Polski dokonał się w przeddzień narodzin nacjonalizmu i liberalizmu i w ten sposób stał się symbolem wszystkich tych, dla których samookreślenie i zgoda ze strony rządzonych są naczelną zasadą życia politycznego.
Z punktu widzenia samej Rzeczypospolitej najbardziej demoralizującym aspektem całej sprawy było postępowanie licznych Polaków, którzy gorliwie służyli interesom mocarstw rozbiorowych. Po pięćdziesięciu latach ścierania się polityki sprzecznych ugrupowań politycznych oraz „protekcji” Rosjan nie brakowało obywateli, którzy zrobili karierę, działając w sejmie, sejmikach lub konfederacjach na rzecz opłacających ich usługi agentów obcych mocarstw. Co więcej, wielu było dostatecznie ogłupionych korupcją i oszustwami, aby w dobrej wierze uznać Rosjan za prawdziwych obrońców tradycyjnych polskich wartości. W okresie rozbiorów owi „kolaboracjoniści” rekrutowali się z najwyższych kręgów społecznych w kraju. Jeden z najbardziej godnych potępienia ludzi epoki, rozpustny ksiądz Gabriel Podoski (zm. 1777 r.) został wyniesiony przez Katarzynę do godności arcybiskupa i prymasa. Dwaj inni, Józef Kossakowski (1738-94) i Ignacy Massalski (1729-94), byli katolickimi biskupami. Pierwszy podobnie jak Poniński - żył z pokaźnej renty wypłacanej przez Rosjan; drugiego usunięto z Komisji Edukacji Narodowej, ponieważ dopuszczał się malwersacji. Inni - członkowie najbogatszych rodów magnackich - Seweryn Rzewuski (1743-1811), Franciszek Ksawery Branicki (1730-1819), Stanisław Szczęsny Potocki (1752-1805). Piotr Ożarowski (1741-94) czy brat biskupa Kossakowskiego Szymon (1741-94) - zmonopolizowali główne dowództwo wojskowe Rzeczypospolitej. W latach rozruchów wielu z nich miała dosięgnąć zemsta. Podobnych do nich znalazły się liczne rzesze. Ci, którzy odważyli się ryzykować życiem i karierą, podejmując protest przeciwko panującej przemocy, byli nieliczni i rozproszeni. W czasie sejmu z r. 1773 znalazło się zaledwie trzech uczciwych. Protestował poseł Samuel Korsak. Senator Sołtyk zrezygnował z urzędu.
Wolałbym raczej siedzieć w ciemnicy i odrąbać sobie rękę niżli podpisać wyrok wydany na ojczyznę - pisał do Stackelberga,- Polak, podpisujący podział Rzpłitej, grzeszyłby przeciwko przykazaniu Boskiemu, które „mieć chce i nie pragnąć cudzego”, i byłby monstrum odrodnem[370].
Poseł nowogrodzki Tadeusz Rejtan (1747-80) posunął się jeszcze dalej. Na próżno próbując ubłagać członków senatu, aby odrzucili traktaty rozbiorowe, rozdarł na sobie ubranie i rzucił się na podłogę, wołając: „Kto kocha Boga, kto wierny Ojczyźnie, niech jej dziś nie odstępuje, wszak widzicie, że tu idzie o zniszczenie praw jej najdroższych”[371]. W siedem lat później, postradawszy zmysły, popełnił samobójstwo.
Ostateczną konsekwencją pierwszego rozbioru był oczywiście rozbiór drugi; rozbioru drugiego zaś - trzeci. Przemoc rodziła przemoc. Napięcia wywołane pierwszym nie ucichły i gotowe były ponownie wybuchnąć, gdy tylko osłabnie czujność Rosji. Ponowny wybuch stawał się usprawiedliwieniem dla kolejnej interwencji. W latach 1773-93, a potem jeszcze raz w latach 1794-95 cały scenariusz został rozegrany ponownie, z niewielkimi tylko zmianami. Przy każdej z tych okazji zarysowywał się ten sam wyraźny schemat przebiegu wydarzeń. Orędownicy reform, którym udaremniono przeprowadzenie planów naprawy ojczyzny legalnymi metodami, zwracali się ku bezprawnym działaniom, które rosyjskie wojska musiały tłumić siłą. Za każdym razem, aby uniknąć ryzyka rozszerzenia się pożaru, jeszcze zanim rozpoczęło się wymierzanie kary buntowniczym Polakom, carowa Rosji musiała zwracać się do swych pruskich lub austriackich konkurentów o wyrażenie zgody i pomoc. Za każdym razem, jako zapłaty za tę zgodę i pomoc, Berlin lub Wiedeń żądał kawałka polskiej ziemi. Każdy rozbiór był zatem logiczną konsekwencją próby rozpoczęcia realizacji programu reform. Gdy się zrozumie ten mechanizm, staje się rzeczą jasną, że rozbiory nie były wyłącznie nieszczęśliwymi wypadkami w polityce zagranicznej, przypadkowymi wydarzeniami, które zakłóciły przebieg wewnętrznych reform w kraju. Rozbiory były koniecznym elementem procesu zapobiegania reformom, co z kolei było koniecznym warunkiem utrzymania rosyjskiej supremacji. Rzeczpospolita Polski i Litwy została unicestwiona nie z powodu anarchii wewnętrznej; została unicestwiona dlatego, że wielokrotnie próbowała się zreformować.
Konflikt rysował się bardzo wyraźnie. Głównymi protagonistami byli z jednej strony carowa Rosji, która starała się zachować status quo, z drugiej zaś polscy reformatorzy, którzy domagali się zmian. Carowa mogła liczyć na stałe poparcie ze strony czołowych polskich magnatów, których przywileje zobowiązała się utrzymać, dysydentów religijnych, których oburzenie stale podsycała, polskiej armii, którą dowodzili magnaci, polskiego Kościoła, którego biskupi pozostawali na rosyjskim żołdzie, oraz większości członków polskiego sejmu, w którym roiło się od przekupionych magnatów i rosyjskich agentów. Reformatorzy natomiast mogli liczyć jedynie na okresowe poparcie ze strony niezdecydowanego króla i garstki szlachty, która stanowiła opozycję wobec podstawowej opozycji magnackiej, na sporadyczne zainteresowanie ze strony zagranicznych przeciwników Rosji - Francji, Szwecji czy Turcji - na mniejszość sejmową oraz na rodzące się w całym kraju uczucie patriotyzmu. Siły były więc od samego początku bardzo nierówne. Ugrupowanie rosyjskie nie cieszyło się wprawdzie powszechnym poparciem, ale miało za sobą prawo, liczebną przewagę, zawodową armię oraz jednolitą politykę, którą kierował Petersburg. Reformatorzy mieli niewiele poza własnym rozumem, umiejętnością improwizacji oraz poczuciem moralnej wyższości własnych dążeń i celów.
Przez okres ponad dziesięciu lat po pierwszym rozbiorze strony przestrzegały niespokojnego rozejmu. Stronnictwo rosyjskie dowiodło, że ma w ręce mocne karty i teraz mogło sobie pozwolić na szereg ustępstw. Reformatorzy, świadomi ograniczeń, w obrębie których zmuszeni byli działać, zadowalali się fragmentarycznymi innowacjami. Król, rad z zakończenia zamieszek i zamętu poprzedniego okresu, dość polubownie rządził krajem, wspólnie z nową serią rosyjskich ambasadorów starannie dobranych ze względu na ich takt i powściągliwość. Wyraźnie zachęcano do ograniczonych reform, byleby nie naruszały one zasad protektoratu. W r. 1773 ten sam sejm, który tak niedawno uchwalił rozbiór, powołał Komisję Edukacji Narodowej. W r. 1775 znacznie wzmocniło władzę wykonawczą ustanowienie Rady Nieustającej, której pięć wydziałów stworzyło zalążek nowoczesnego systemu administracyjnego. W latach osiemdziesiątych Stanisław August zaczął sobie ostrożnie torować drogę do niezależnej polityki zagranicznej. Katarzyna, zajęta sporami ze Szwecją i Turcją, powoli traciła sympatię Prus i Austrii. Po śmierci Fryderyka Wielkiego w r. 1786 wystąpiły wyraźne oznaki świadczące o tym, że jego następca, Fryderyk Wilhelm III, może okazać chęć poparcia polskich reformatorów, dostrzegając w tym sposób utrudnienia sytuacji Katarzynie.
Nie dało się jednak ukryć absolutnej bezradności Polski i Litwy w tym okresie. Król i jego otoczenie nie byli w stanie wyplątać się z krępującej ich pajęczyny zewnętrznego przymusu i zdrady wewnętrznej. Co więcej, ponawiane wysiłki, aby się z niej uwolnić, stały się bezpośrednią przyczyną ich upadku. W r. 1787, dowiedziawszy się o zewnętrznych kłopotach Rosji, Stanisław August spróbował wykorzystać sytuację na korzyść Polski. Zaprosiwszy carową Katarzynę wraz z księciem Potiomkinem do królewskiego pałacu w Kaniowie nad Dnieprem, zaproponował im niedwuznaczną polityczną umowę handlową. Oferując rosyjsko-polskie przymierze przeciwko Turkom, nalegał w zamian, aby carowa zezwoliła mu na zwiększenie liczebności polskiego wojska oraz na udział w oczekiwanych zyskach z handlu czarnomorskiego. Spodziewając się pozytywnej odpowiedzi, zwołano sejm, który miał się zebrać w październiku 1788 r. Ale odpowiedź carowej była negatywna. Katarzyna była pewna, że niezadowoleni hetmani Rzeczypospolitej, Branicki, Rzewuski i Potocki, wesprą jej tureckie kampanie bez żadnych warunków, i nie widziała powodu, żeby sobie zawracać głowę propozycjami króla. Jak zwykle, Rosja nic zyskiwała niczego, gdyby zdecydowała się przymknąć oczy na reformy w Polsce, Polska zaś nie miała nic do zaoferowania w charakterze zachęty.
Trzeba odłożyć wszystkie osobiste króla i jego ministrów zamiary - pisała Katarzyna w jednym z prywatnych listów- zachowując konstytucyą, jaka teraz jest, albowiem prawdę mówiąc, niemasz dla Rossyi korzyści ani potrzeby, ażeby Polska stała się czynniejszą[372].
Trudno sobie wyobrazić jaśniejszą ocenę rzeczywistości politycznej. W swoim piśmie z dnia 7 lipca 1788 r. ambasador brytyjski w Warszawie dochodził do takich samych wniosków:
Od rozbioru do dnia dzisiejszego Polska nie posiada już ani własnej historii, ani politycznie niezależnej egzystencji. Pozbawiona handlu, nie mająca ani jednego zewnętrznego sprzymierzeńca, nie dysponując ani dostateczną siłą wewnętrzną, ani dochodami umożliwiającymi wyemancypowanie się spod obcej przemocy, ściskana ze wszystkich stron przez trzy potężne monarchie, zdaje się trwać w milczącym oczekiwaniu na wyrok, który przyniesie jej całkowite unicestwienie (...)
Taki oto jest los kraju, który pod mądrymi rządami mógłby śmiało stanąć w rzędzie najprzedniejszych mocarstw Europy[373].
Ostatecznych konsekwencji królewskiego démarche, mimo iż były całkowicie logiczne, w owym czasie nie przewidziano. Sejm polski, zwołany początkowo dla poparcia planowanego przymierza rosyjsko-polskiego, zajął się zamiast tego związanymi z tym planem propozycjami reform. Zgromadzenie, które przez całe dziesięciolecia pełniło rolę pasa transmisyjnego dla polityki rosyjskiej, wykorzystało nadarzającą się okazję, aby odegrać rolę wyrzutni dla programu politycznego wyzwolenia. W czasie gdy rosyjski kot był zajęty wojną turecką, polskie myszy zaczęły igrać z ogniem. W ciągu czterech lat od r. 1788 do 1792 zwolennicy reform w sejmie znieśli wszystkie ograniczenia, które przyczyniały się do zniewolenia Rzeczypospolitej. Czyniąc to, podważyli podstawy rosyjskiego protektoratu w Polsce i dokonali przewrotu w systemie, który panował od czasu nieszczęsnego układu z 1717 r. Było oczywiste, że rząd rosyjski oraz polska klientela Rosji będą interweniować przy pierwszej nadarzającej się okazji - tak też się istotnie stało. W ten sposób podjęta przez króla naiwna próba nawiązania autentycznego przymierza z Rosją dała początek Sejmowi Czteroletniemu; Sejm Czteroletni - Konstytucji 3 maja; Konstytucja - konfederacji targowickiej; konfederacja - wojnie rosyjsko-polskiej w r. 1792; wojna drugiemu rozbiorowi w r. 1793; drugi rozbiór - powstaniu narodowemu Kościuszki w r. 1794; powstanie wreszcie trzeciemu rozbiorowi i ostatecznej zagładzie państwa. W sytuacji, w której najmniejsze nawet posunięcie mogło sprowokować nieobliczalne konsekwencje, jedyną szansą przetrwania dla Rzeczypospolitej było trwanie w absolutnym bezruchu. Tymczasem, robiąc jeden malutki niewinny krok, król strącił lawinę, której narastający impet wpędził cały kraj w totalną katastrofę.
Wybuch rewolucji francuskiej, która rozpoczęła się w tych samych latach, zaostrzył istniejące napięcie w Europie Wschodniej. Cesarstwa poczuły się zagrożone potęgą rewolucji powszechnej. W Europie dokonywały się podziały na zbrojne ugrupowania. Łagodnych reformatorów z Warszawy można było ogłosić uczniami jakobinów z Paryża[374]. Nie po raz pierwszy można było zmiażdżyć Polskę po to, aby mieszkańcy wszystkich innych miejsc w Europie mogli spać spokojniej.
Wydarzenia wewnętrzne zachodzące w tym okresie w Polsce wiążą się z dwoma konkretnymi problemami historycznymi. Pierwszy dotyczy związków między ideami politycznymi a politycznym działaniem. Pokolenie przywódców, które doszło do głosu w okresie panowania Stanisława Augusta, było szczególnie dobrze obeznane ze współczesną myślą postępową; mimo to nie udało im się tych myśli wcielić w czyn. Przez dwadzieścia lat czasopismo „Мonitor” (1763-85) wiernie relacjonowało przebieg wszystkich debat i wydarzeń zachodzących w Europie Zachodniej, regularnie zamieszczając przekłady z francuskiej Encyclopédie. Od r. 1782 „Pamiętnik Historyczno-Polityczno-Ekonomiczny” systematycznie publikował omówienia programów zmierzających do odwrócenia losów państwa. Działało grono pisarzy o wysokiej świadomości politycznej. Franciszek Bohomolec (1720-64), redaktor „Мonitora” , nie doczekał rewolucji. Ten były jezuita poświęcił późniejszy okres swego życia teatrowi, zagadnieniom języka polskiego i krytyce społecznej. Ignacy Krasicki (1735-1801), poeta, satyryk, tłumacz i książę biskup warmiński, w sposób niezrównany propagował idee zarówno patriotyczne, jak antyklerykalne. Był kapelanem królewskim w Warszawie, a jednocześnie częstym towarzyszem Fryderyka Wielkiego w Berlinie; zadebiutował w 1774 r. Hymnem do miłości ojczyzny; sławę zdobył poematami Myszeis i Monachomachia, Satyrami oraz Bajkami i przypowieściami. Ksiądz Hugo Kołłątaj (1750-1812), rektor i reformator Uniwersytetu Jagiellońskiego, był jednym z przywódców ideologicznych Sejmu Czteroletniego i współautorem Konstytucji 3 maja. Jego Kuźnica, skupiająca grupę postępowych polityków, zwolenników reform, czynnie propagowała coraz bardziej radykalne idee. Natomiast ksiądz Stanisław Staszic (1755-1826), filozof, geolog, tłumacz Iliady, należał do tradycji burżuazyjnej i był pionierem w dziedzinie rozwoju gospodarczego i naukowego. Fizjokrata z przekonań, odszedł od stanu duchownego i stał się jednym z najbardziej elokwentnych patriotów i republikanów swoich czasów:
Wielki narodzie! Dokądże w tej nieczułości trwać będziesz? Czyliż tak ginąć myślisz, aby się nic więcej po tobie nic zostało, tylko niesława? Nie masz przykładu, żeby osiadłych na najobfitszej ziemi, udarowanych przez naturę szczególnymi przymioty kilkanaście milionów ludzi bez sposobu ratunku, owszem, bez myślenia o sobie z oziębłością niewoli czekało (...)[375]
W Przestrogach dla Polski (1790) i w Rodzie ludzkim (1819-20) z pasją opisywał i demaskował społeczne, gospodarcze i polityczne błędy swej epoki. Julian Ursyn Niemcewicz (1758-1841), dramaturg i powieściopisarz, rozpoczął karierę literacką jako tłumacz z języka francuskiego. Jego komedia Powrót posła, wystawiona po raz pierwszy w r. 1791, bezlitośnie wyśmiewała prywatę magnatów i przyczyniła się do zaostrzenia atmosfery politycznej. Z niej właśnie pochodzi ustęp, który tak trafnie podsumowuje jedną z podstawowych wad całego okresu:
I my sami byliśmy nieszczęść naszych winą!
Gnijąc w zbytkach, lenistwie i biesiad zwyczaju.
Myśleliśmy o sobie, a nigdy o kraju (...)[376]
W swoich innych dziełach - we Fragmencie Biblie targowickiej, pisanym stylem naśladującym język Starego Testamentu, czy w Obronie wojska moskiewskiego doprowadził do perfekcji sztukę politycznej trawestacji. Wszyscy ci pisarze, myśliciele i uczeni pozostawali w bliskim kontakcie z królem, który wykazywał zainteresowanie dla propagowanych przez nich idei. Byli stałymi gośćmi na połączonych z filozoficznymi debatami obiadach, które wydawano co czwartek w Zamku Królewskim. Wszyscy mieli za sobą liczne podróże lub studia we Francji czy we Włoszech i dobrze orientowali się w stosunkach panujących za granicą. Chętnych słuchaczy znajdowali w Warszawie wśród absolwentów Collegium Nobilium i członków Korpusu Kadetów. Gdy zaczęły się zaznaczać pierwsze wpływy oświecenia, a także później, gdy pojawiły się hasła Liberté, Egalité, Fraternité, doskonale rozumieli, o co chodzi. Kłopot polegał na tym, że nie mieli swobody sprawdzenia swych idei w praktyce. Musieli brać pod uwagę niezaprzeczalny fakt, że wszelkie próby przeniesienia programu reform politycznych ze sceny teatralnej, kolumn czasopism czy sali obrad na teren konkretnych działań musiały natychmiast wywołać protest ambasadora rosyjskiego, a w ostatecznej instancji - interwencję rosyjskich oddziałów wojskowych. Byli dobrymi znawcami gastronomii, wybitnymi specjalistami w dziedzinie teorii haute cuisine. Znali na pamięć francuskie przepisy kulinarne, ale nie mieli żadnej nadziei, że uda im się nakarmić naród którejkolwiek z potraw, dopóki nie zdołają przejąć kontroli nad własną kuchnią.
Problem drugi dotyczy znaczenia przegranych spraw. We wszystkich wydanych przez historyków polskich tomach dotyczących okresu od r. 1788 do 1794 bardzo mało miejsca poświęcono informacji, że żaden ze wspaniałych projektów wysuwanych przez rzeczników reform ustrojowych i społecznych nigdy nie doczekał się realizacji. Ani Konstytucja 3 maja, ani Uniwersał połaniecki Kościuszki nigdy nie zostały wprowadzone w życie. O przyszłości mieszkańców Polski i Litwy decydowali nie reformatorzy czy rewolucjoniści, lecz despoci z Petersburga, Wiednia i Berlina. Właśnie w tym okresie historyk spotyka się po raz pierwszy z ową polską tradycją, w myśl której „słowo” ważniejsze jest niż „akt” i która wymaga, aby zwracać większą uwagę na to, czego ludzie mogliby sobie byli życzyć, niż na to, co się istotnie wydarzyło. W oczach Polaków odmowa przyjęcia sytuacji politycznej jako istniejącej rzeczywistości stanowi istotny bodziec do rozwoju świadomości narodowej; postawa taka zaciemnia nierzadko obraz przeszłości. Z drugiej strony jednak, nie da się zaprzeczyć, że idealizm jest sam w sobie wystarczająco realny. W epoce rewolucyjnej - podobnie jak w w. XIX - znalazło się wielu Polaków, których nie zadowalały marzenia. Działali, walczyli i przelewali krew za swoje ideały w sposób jak najbardziej realny i praktyczny. Problem polega na tym, aby zdecydować, czy powinno się ustawić ich w centrum sceny historii czy też kazać im pozostać za kulisami. Czyż nie ma znaczenia to, że ich ofiara nie przyniosła żadnych uchwytnych rezultatów? Choć jest to niewątpliwie fakt godny pożałowania, trudno byłoby utrzymywać, że Tadeusz Kościuszko wywarł równie skuteczny wpływ na bieg historii Polski co Katarzyna Wielka czy konfederaci targówiccy.
Tadeusz Andrzej Bonawentura Kościuszko (1746-1817) łączył w sobie idealizm kręgów intelektualnych z praktycznymi umiejętnościami żołnierza. Był jedną z owych opatrznościowych postaci, które w czasach mniej niezwykłych mogłyby zapewne pozostać w cieniu, a którym wydarzenia - niejako wbrew nim samym - nadają rangę jednostek wybitnych. Urodził się w rodzinie wojskowych, jako syn miecznika brzeskiego. Kształcił się w szkole pijarów w pobliżu Pińska, a następnie w szkole kadetów. Przez pięć lat, w okresie od 1769 do 1775 r., jako stypendysta królewski odbywał szkolenie we Francji w Wersalu, Paryżu i w Breście, w Corps du Genié. Po powrocie do Polski okazało się, że nie stać go na zapłacenie sumy 18 000 złotych za rangę oficera, i wraz z grupą francuskich ochotników niemal natychmiast wyjechał do Ameryki Północnej. Jako oficer i inżynier w służbie amerykańskich sił zbrojnych odznaczył się w wojnie o niepodległość w bitwach pod Saratogą i West Point; wykazał duże umiejętności w zakresie budowy fortyfikacji i organizacji przepraw rzecznych oraz dosłużył się rangi generała brygady.
Wreszcie został odznaczony orderem Society of the Cincinnati i wkrótce poszedł za przykładem członków tego stowarzyszenia, wracając do pracy na roli w swej ojczystej wsi Siechnowicze. W r. 1789, w wieku lat 43, ostatecznie rozpoczął służbę wojskową w Polsce - z polecenia Sejmu Czteroletniego, który zdał sobie sprawę z faktu, że silna armia może być jedyną pewną gwarancją jego politycznych zamierzeń. Ten „bohater dwóch kontynentów”, „polski Lafayette” został wraz z bratankiem króla, generałem Józefem Poniatowskim, który przeszedł do polskiej armii ze służby w wojsku austriackim, wyznaczony do podjęcia trudnego dzieła reformy wojskowej[377].
Dla każdego, kto nie był pozbawiony poczucia rzeczywistości, było rzeczą jasną, że działalność Sejmu Czteroletniego, zapoczątkowana w październiku 1788 r., łączyła się z poważnym ryzykiem rosyjskiej interwencji. W odróżnieniu od wszystkich swoich poprzedników, sejm ten odmówił rozwiązania się po upływie zwyczajowych sześciu tygodni, przekształcając się w legalną konfederację, zdecydowaną kontynuować rozpoczęte dzieło, dopóki nie zostaną podjęte istotne uchwały prawne. Pod przewodnictwem energicznego marszałka, Stanisława Małachowskiego (1736-1809), wysunął szereg projektów i utworzył liczne komisje w celu odzyskania niepodległości narodowej oraz zapewnienia rozwoju gospodarki. Korzystając z tego, że Rosja zajęta była kryzysem we Francji oraz wojną turecką, zdołał wysunąć żądania idące o wiele dalej, niż to byłoby możliwa w normalnej sytuacji. W grudniu 1789 r. był świadkiem demonstracji zorganizowanej przez przedstawicieli 141 miast, którzy w czarnych strojach przemaszerowali przed nim na znak protestu przeciwko wyłączaniu ich z życia politycznego kraju. W r. 1790 rozpisano nowe wybory i doszedł nowy komplet posłów, aby przyspieszyć przebieg prac. Wreszcie, 3 maja 1791 r., stał się sceną starannie przygotowanego coup d’état. „Stronnictwo patriotyczne” Kołłątaja, działając w porozumieniu z Małachowskim i za wiedzą króla, wybrało dzień, w którym dwie trzecie posłów było nieobecnych z powodu ferii świątecznych. Przygotowany w tajemnicy projekt ustawy odczytano przed na wpół pustą salą:
Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia Konstytucji Narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione Rządu naszego wady (...) wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie (...) niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną Narodu, którego los w ręce nasze jest powierzonym (...) niniejszą Konstytucyją uchwalmy (...)[378].
Głosy protestu w sprawie quorum uciszono. Króla namówiono do złożenia podpisu. Żołnierze i tłum zgromadzony na placu Zamkowym powitali nowinę okrzykami: „Vivat Rex! Vivat Konstytucja!” Wszystko wydało się złudnie proste. Szkodliwe praktyki dawnej Rzeczypospolitej - liberum veto, prawo odmówienia posłuszeństwa, konfederacje i „wolne” elekcje - miały teraz zostać zniesione. Chociaż król był zatwardziałym starym kawalerem, monarchia miała być odtąd dziedziczna. Znoszono podział kraju na Koronę i Wielkie Księstwo Litewskie, wprowadzając w miejsce odrębnych dotychczas urzędów „komisyje” obojga narodów. Funkcję najwyższego organu władzy wykonawczej miała pełnić Straż Praw Narodowych złożona z króla, prymasa i pięciu ministrów. Mieszkańcom miast miały przysługiwać takie same prawa i przywileje jak szlacheckim obywatelom Rzeczypospolitej. Chłopów „przyjmowano pod opiekę prawa i rządu krajowego”. Armia miała wzrosnąć do długo oczekiwanej liczby 100 000 żołnierzy. Rozmaite lokalne komisje do spraw prawa i porządku publicznego oraz do spraw obywatelskich i wojskowych miały stać się podstawą lokalnych organów centralnej administracji. Debaty dotyczące szczegółów ustawy trwały w sejmie przez następny rok.
Dla przyszłych pokoleń Konstytucja 3 maja nabrała symbolicznego znaczenia wykraczającego daleko poza jej znaczenie praktyczne. Była to uchwała ustanawiająca prawa składające się na polską tradycję; wcielenie wszystkiego, co w przeszłości Polski było oświecone i postępowe; pomnik wystawiony woli narodu życia w niepodległości; nieprzemijające oskarżenie tyranii mocarstw rozbiorowych. Jak wielu dziewiętnastowiecznych liberałów, taki przesadny podziw wyraził także Karol Marks:
Przy wszystkich swych brakach – pisał - konstytucja ta widnieje na tle rosyjsko-prusko-austriackiej barbarii jako jedyne dzieło wolnościowe, które kiedykolwiek Europa Wschodnia samodzielnie stworzyła. I wyszła ona wyłącznie z klasy uprzywilejowanej, ze szlachty. Historia świata nie zna żadnego innego przykładu podobnej szlachetności szlachty[379]
W r. 1918, gdy Rzeczpospolita Polska została przywrócona do istnienia, dzień 3 maja proklamowano świętem narodowym.
W oczach carskiej biurokracji sejm oczywiście beznadziejnie się skompromitował. Jego kontakty z francuskim Zgromadzeniem Narodowym uznano za dowód istnienia międzynarodowej konspiracji rewolucyjnej. Trzeba więc było go zdławić, razem z wszystkimi jego dokonaniami. Zadaniu temu mieli przewodzić główni polscy najemnicy carycy Katarzyny - Stanisław Szczęsny Potocki, dwóch bezrobotnych hetmanów - Franciszek Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski, oraz bracia Kossakowscy. Oni to właśnie zebrali się zimą w Petersburgu i zsynchronizowawszy własne plany z zamiarami swych rosyjskich mecenasów, 27 kwietnia 1792 r. podpisali akt konfederacji, która miała na celu obalenie polskiego sejmu i polskiej Konstytucji. Dla zachowania form, fakt istnienia aktu ukryli aż do czasu, gdy przedostali się na południowo-wschodnie kresy Polski, do miasteczka Targowica na Ukrainie. Tam też, 14 maja, oficjalnie rozwinęli sztandary; zaledwie cztery dni później przyłączyły się do nich rosyjskie wojska. Nadchodziła próba sił, do której szykowali się Kościuszko i Poniatowski.
Wojna rosyjsko-polska z 1792 r., czyli - jak ją później nazwano - wojna o drugi rozbiór, trwała trzy miesiące. O jej wyniku zadecydowało kilka nieoczekiwanych zmian politycznych. Zwycięstwo Rosjan było zasługą nie tyle talentu dowódców co lękliwości Stanisława Augusta i zdrady Fryderyka Wilhelma. 18 czerwca w bitwie pod Zieleńcami siły polskie odparły Rosjan, zadając im poważne straty. Wyróżniających się oficerów król udekorował medalami ustanowionego przez siebie orderu Virtuti Militari. Ale potem król stracił ducha. Ze zgrozą patrzył, jak dwie armie rosyjskie posuwają się szerokimi kleszczami, 18 lipca pod Dubienką nad Bugiem forsują linię obrony pod wodzą Kościuszki, grożą oblężeniem Warszawy. 24 lipca, niemal bez ostrzeżenia, zgłosił swój akces do konfederacji targowickiej i nakazał wojskom zaprzestać ognia. Był to wstrząsający akt zdrady, wypływający z najbardziej ludzkiej z pobudek. Stojąc w obliczu ponad dwukrotnej przewagi liczebnej Rosjan (100 000 w porównaniu z 40 000 wojska polskiego), chciał oszczędzić swemu krajowi niepotrzebnych cierpień. Armia poszła w rozsypkę. Dowódcy i politycy z obozu reform pospiesznie udali się na wygnanie. Warszawę zajęto bez żadnego oporu. Późniejszy ruch oporu był rozproszony, opieszały i bezcelowy.[380]
Na froncie dyplomatycznym gwarancją odniesionego przez Rosję sukcesu był dwustronny pakt z Prusami. W poprzednich latach, gdy Rosjanie i Austriacy byli jeszcze zaabsorbowani wojną z Turcją, Fryderyk Wilhelm II udzielał zachęty ich przeciwnikom - w tym także zwolennikom reform w polskim sejmie. W styczniu 1790 r. nawiązał wstępne rokowania z Portą, w marcu zaś jego ambasador w Warszawie, Lucchesini, wynegocjował formalny traktat o przyjaźni z Rzeczypospolitą. W przypadku napaści na Polskę i Litwę Prusy miały wystawić w obronie Rzeczypospolitej osiemnastotysięczną armię. Nagrodą dla Prus miała być cesja Gdańska i Torunia, podczas gdy rekompensatą dla Polski mogło się stać przywrócenie austriackiej Galicji. Ale na tym intrygi pruskie się skończyły. Podczas kongresu w Reichenbachu (Dzierżoniów) na Śląsku, zwołanego w lipcu 1790 r. na usilne nalegania Austrii, przedstawicieli Fryderyku Wilhelma przekonano, aby porzucili swe antyaustriackie plany. Przedstawiciel Polski, Jabłonowski, kategorycznie zaprzeczył, jakoby Rzeczpospolita miała kiedykolwiek oddać komukolwiek Toruń lub Gdańsk. Nowiny dochodzące z Paryża skłaniały monarchie do większego wzajemnego zbliżenia. W sierpniu 1791 r., podczas kongresu w Pilczycach (Pilsnitz), na który przybyli bracia króla Francji (przyszły Ludwik XVIII i przyszły Karol X), Fryderyk Wilhelm osobiście spotkał się z cesarzem Leopoldem, przyrzekając, że będzie popierał zasadę monarchii zawsze, gdy tylko będzie ona zagrożona. W lutym 1792 r., w przewidywaniu pierwszej wojny rewolucyjnej, Prusy i Austria zawarły przymierze przeciwko rewolucji. W tej sytuacji Katarzyna mogła rozporządzać Polską tak, jak sama uważała za stosowne. Polaków można było zdławić jako niebezpiecznych jakobinów, bez obaw jakiejkolwiek ingerencji zewnętrznej. Prusaków, zajętych już we Francji, można było poprosić albo o poparcie akcji podejmowanych przez Rosję w Polsce, albo o przyjęcie konsekwencji ewentualnej odmowy. Fryderyk Wilhelm nie mógł się wahać. W umowie podpisanej 7 sierpnia 1792 przyjmował plan Rosjan, pod warunkiem, że otrzyma zapłatę w postaci odpowiedniego udziału w zyskach. Dzięki zwykłej zdradzie powiększył swoje królestwo, oddając Polaków na pastwę losu. Tak więc, gdy wojska rosyjskie dopełniły aktu podboju, Rzeczpospolita odkryła, że jej drogi sprzymierzeniec przeszedł na stronę wroga. Jesienią 1792 r. armia pruska zjawiła się w Polsce, aby dokończyć podboju rozpoczętego przez. Rosjan. Podpisany 23 stycznia 1793 r. traktat rozbiorowy oddawał Prusom nie tylko Gdańsk i Toruń, ale także całą Wielkopolskę - kolebkę Królestwa Polskiego. Rosja zabrała 250 000 kilometrów kwadratowych prowincji wschodnich, dokonując w ten sposób aneksji pozostałej części Wielkiego Księstwa Litewskiego. Austria, która żądała swej części, wymigawszy się od czarnej roboty, nie dostała nic[381].
Jak w r. 1773, od pokonanych Polaków wymagano, aby się posłusznie podporządkowali wyrokowi. W okresie od czerwca do listopada 1793 r. zebrał się w Grodnie ostatni sejm w dziejach Rzeczypospolitej, aby odwrócić kierunek ustawodawstwa poprzednich pięciu lat. Jego członkowie zostali starannie dobrani. Jego debaty, prowadzone pod osłoną rosyjskich armat, były teatrem marionetek. Konstytucja 3 maja została oficjalnie unieważniona. Przywrócono „złotą wolność”. Wyrażono zgodę na drugi rozbiór. Przekonano króla, aby podpisał. Szlachtę, której zagrożono masową sekwestracją dóbr, zmuszono do wyrażenia zgody. Nastąpiła kolejna błyskotliwa operacja - „rozstrzygająca operacja chirurgiczna”. Traktat rozbiorowy z Rosją został zawarty w dniach 11 - 22 lipca 1793, traktat rozbiorowy z Prusami 23 września 1793 r.[382]
Nie mogło się jednak na tym skończyć. Zachęciwszy naród do oporu, król nie mógł teraz kazać mu tego oporu poniechać. Zwolenników reform jeszcze ostatecznie nie pokonano. Na przestrzeni zimy r. 1793/4 Rosjanom nie udało się utrzeć Rzeczypospolitej nosa. Ministrowie opuszczali stanowiska. Oficerowie nie wykonywali rozkazów. Sejmiki ziemskie wydawały rezolucje protestacyjne. Machina rządowa zatrzymała się ze zgrzytem. Wiadomości z Francji, gdzie właśnie zgilotynowano Ludwika XVI, pobrzmiewały w uszach despotów nutą niebezpieczeństwa. Był to szczyt rozkwitu działalności Robespierre'a. Mocarstwa rozbiorowe były potężnie przerażone i głęboko poruszone kwestią wojny rewolucyjnej. Ludzie orientacji umiarkowanej, pozbawieni swego sejmu, ule wciąż jeszcze nie pozbawieni wszelkiej nadziei, stawali się bardziej radykalni. Emigracja, która schroniła się w Lipsku i Dreźnie, planowała kontruderzenie. Powstawały komórki konspiracyjne, składano przysięgi. W Warszawie zdenerwowane władze poczuły się obrażone librettem opery komicznej Bogusławskiego zatytułowanej Krakowiacy i Górale. Występ tenora ubranego w narodowy strój i śpiewającego: „im sroższe ciernie, głogi, tym milsze jest zwycięstwo”, uznano za zdecydowanie zbyt aluzyjny[383]. Po trzech dniach teatr został zamknięty, Gdy 12 marca generał Madaliński stanowczo odmówił rozwiązania garnizonu kawalerii w Ostrołęce i wyruszył w stronę Krakowa, sytuacja była już dojrzała do wybuchu powstania. Powrót Kościuszki był bliski.
Powstanie narodowe z r. 1794 było więc w zasadzie naturalną kulminacją ruchu zainicjowanego przez zwolenników reform. Jego jakobińskie podtony były raczej wytworem akademickich dyskusji, a w najlepszym wypadku znakiem czasu. Jego desperackie metody były raczej odbiciem brutalnych represji, z jakimi się spotkało, niż leżącej u jego podstaw filozofii. Celem - podobnie jak na sali obrad w r. 1791 - była niepodległość. Motywacją bezprecedensowych nawoływań do rewolucji społecznej była świadomość, że tylko stawiając cały naród pod broń, można się zmierzyć z przeważającymi silami wroga. Spotkanie wyznaczono w Krakowie. 24 marca 1794 r., na zachodniej stronie rynku, Kościuszko odczytał Akt powstania obywatelów, mieszkańców województwa krakowskiego. Ubrany w strój krakowski, z piórem zatkniętym za rogatywkę, otoczony błękitem i srebrem piechoty oraz zielenią, czernią i złotem artylerii, cechowymi chorągwiami i sztandarami głoszącymi hasła „Równość i Zwycięstwo” i „Za Kraków i Ojczyznę”, złożył uroczystą przysięgę:
Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu Narodowi Polskiemu, iź powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowladności Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna Jego[384].
Następnie zgromadzeni na rynku obywatele przysięgali, „mając niezłomne przedsięwzięcie zginąć i zagrzebać się w ruinach własnego kraju albo oswobodzić ziemię ojczystą od drapieżnej przemocy i haniebnego jarzma (...)”[385]
Rządem kierować miała Najwyższa Rada Narodowa. Na jej pieczęciach widnieć miał napis: „Wolność, Całość, Niepodległość”. Wszyscy mężczyźni w wieku od 18 do 28 lat, bez względu na pochodzenie, mieli zostać powołani do wojska. Tę formę postępowania przyjęto we wszystkich miastach i prowincjach objętych powstaniem. W dziesięć dni później na polach pod Racławicami starło się w bitwie z Rosjanami i generałem Tormasowem. O losach bitwy przesądziła bohaterska szarża kosynierów Kościuszki, którzy przechwycili armaty wroga. Tormasow wycofał się. Wśród powszechnej radości Kościuszko przeprowadził ostatnią w dziejach Rzeczypospolitej ceremonię nobilitacji. Wojciech Bartosz - chłop, który pierwszy dotarł do stanowisk artylerii i ku osłupieniu Moskali własną czapką zatkał lufę armaty - otrzymał szlacheckie nazwisko „Głowacki”, został przyjęty do rodu herbu Korczak, do którego należał sam Kościuszko, dostał na własność swoją ziemię i zaoferowano mu rangę oficera. Działając w tym samym duchu, 7 maja Kościuszko wydał Uniwersał połaniecki, uwalniając całą warstwę chłopstwa od poddaństwa, redukując o połowę obowiązujące chłopów świadczenia oraz obiecując pomoc władz powstańczych w obronie przed gniewem właścicieli ziemskich[386].
Tymczasem wyzwolono Warszawę i Wilno. W stolicy Polski rozeszła się na dwa tygodnie przed Wielkanocą pogłoska, że Rosjanie będą próbować rozbroić polski garnizon, w czasie gdy ludność uda się na nabożeństwa do kościołów. W Wielki Czwartek, 17 kwietnia, oddziały polskie i ludność miasta postanowiły zatem zaskoczyć Rosjan. Wielki Piątek przekształcił się w morderczą orgię. Samotne patrole rosyjskie ścigano po ulicach miasta i siekano na kawałki. Tempo nadawał dowódca powstańców szewc Jan Kiliński (1760-1819) oraz bractwo cechowe rzeźników pod przywództwem swego mistrza, Sierakowskiego; ich haki i topory nadały morderczemu dziełu posmak profesjonalizmu. Ujawnił się klub jakobinów polskich. Otwarto bramy więzieni[387]. Ambasador rosyjski zbiegł. Niedobitki jego straży wydostały się z miasta przez mosty na Wiśle. Biskupa Kossakowskiego, hetmanów Ożarowskiego i Józefa Zabiełłę wraz z marszałkiem Rady Nieustającej i konfederacji targowickiej Józefem Ankwiczem (1750-94), przywódcą stronnictwa rosyjskiego na sejmie w Grodnie, zawleczono przed Sąd Powstańczy, osądzono w trybie doraźnym i 9 maja publicznie powieszono. W czerwcu tłum wziął sprawę wymiaru sprawiedliwości we własne ręce. Biskupa Massalskiego wraz z księciem Antonim Czetwertyńskim, ambasadorem Karolem Boscampem-Lasopolskim oraz grupą innych członków policji, duchownych, prawników, dworzan i osób podejrzanych o szpiegostwo wywleczono z więziennych cel i zlinczowano na ulicach miasta. Prymas i brat króla, arcybiskup Michał Poniatowski (1736-94), popełnił samobójstwa. W stolicy Litwy rozegrały się podobne sceny. Polski garnizon pod dowództwem pułkownika Jakuba Jasińskiego (1761-94) uderzył w godzinę po północy; zanim nadszedł świt, miasto było już pod jego kontrolą. Hetmana Kossakowskiego schwytano podczas próby ucieczki łodzią i powieszono pod napisem, który głosił: „Co ma wisieć, nie utonie”. Sporządzono akt powstańczy narodu litewskiego, który został opatrzny odpowiednimi podpisami.
Na kilka krótkich miesięcy lata obie części dawnej Rzeczypospolitej zostały ponownie zjednoczone. Rząd powstańczy otrzymał błogosławieństwo króla, przejął od stołecznych jakobinów władzę w Warszawie i od 28 maja do 4 listopada sprawował rządy w imieniu całego kraju. Naczelnik Tadeusz Kościuszko, w towarzystwie adiutanta Juliana Niemcewicza, przygotowywał się do rozegrania z Rosjanami gry w otwarte karty. Jego rozkazy wzywały do „wojny na śmierć i życie przeciwko tyranii Moskali”. Z Francji nadeszły wieści o losach arcybiskupa Podoskiego, którego nawet śmierć nie uchroniła przed zasłużoną karą. Mimo iż zbiegł do Marsylii, gdzie umarł, nie umknął zemście: jego ciało zostało wykopane z grobu, rozszarpane na kawałki i wrzucone do morza.
Zdławieniem powstania Katarzyna zajęła się wspólnie z Prusakami, pod dowództwem samego Fryderyka Wilhelma II. W lecie sytuacja wciąż jeszcze była bardzo nie ustalona. Klęskę Zajączka w bitwie pod Chełmem 8 czerwca oraz przejęcie przez Rosjan Krakowa w dniu 15 czerwca i Wilna w dniu 12 sierpnia zrównoważyło przedarcie się sił polskich pod wodzą generała Dąbrowskiego do Wielkopolski. Wojska rosyjskie i pruskie, oblegające Warszawę od końca lipca 1794 r., zmuszone były 9 września odstąpić od oblężenia; rozpoczęto je na nowo pod koniec miesiąca. Na zachodzie i północy wojskom pruskim stawiły czoło oddziały Poniatowskiego i Jasińskiego. Na południu wojska rosyjskie pod dowództwem Fersena czekały, aż dołączą się do nich maszerujące z Ukrainy posiłki pod wodzą Suworowa. Ostatnią szansą Polaków było uderzyć w miejscu, w którym wrogie armie miały się połączyć, i to zanim krąg ostatecznie się zamknie. Wobec tego 10 października Kościuszko zaatakował Fersena pod Maciejowicami, w odległości 60 kilometrów na południowy wschód od Warszawy, na prawym brzegu Wisły. Przez kilka godzin wydawało się, że zwycięży. Ale Rosjanie - licząc na swą czterokrotną przewagę liczebną - dokonali przegrupowania oddziałów i - nie zważając na poważne straty — ruszyli ku ostatecznemu zwycięstwu. Kościuszko, trzykrotnie ranny i pozbawiony konia, dostał się do niewoli wraz z Niemcewiczem i większością członków sztabu, którym udało się uniknąć śmierci. Przed Suworowem droga stała otworem. W Mińsku Mazowieckim dołączył się do Fersena i 26 października pod Kobyłką przełamał polskie straże tylne. 4 listopada jego kozacy, zachęceni obietnicą nic ograniczonych grabieży, przypuścili szturm na wschodnie przedmieście stolicy, Pragę. Atakujący mieli przewagę nad obrońcami. Jasiński poległ. Rozpoczęła się rzeź mieszkańców miasta. Warszawa skapitulowała. Opór został ostatecznie przełamanymi[388].
Upadek powstania wywołał szereg lapidarnych i apokryficznych komentarzy. Wypełniwszy swe zadanie, Suworow wysłał do carowej złożony z trzech słów meldunek: „Hurra - Praga - Suworow”. Otrzymał odpowiedź: „Brawo - feldmarszałku - Katarzyna”. Spadając z konia pod Maciejowicami, w chwili, gdy - jak mówiono - „krzyknęła Wolność” - Kościuszko miał rzekomo wypowiedzieć słowa, które włożyła mu w usta legenda: FINIS POLONIAE - oto kres Polski.
Ale to istotnie był kres Polski. Tym razem subtelności prawne zostały nieco zredukowane. Gdy rosyjska armia zlikwidowała rząd powstańczy i przeprowadziła deportację króla, nie było już żadnych polskich władz, z którymi można by prowadzić pertraktacje w sprawie trzeciego rozbioru. Nie miało zresztą sensu ubieganie się o uzyskanie zgody Polski na akt, który miał ostatecznie położyć kres istnieniu państwa polskiego. Wszystko odbywało się przy założeniu, że Polacy i ich Rzeczpospolita już nie istnieją i w związku z tym żadna zgoda nie jest potrzebna. W r. 1795 Austriacy, gorliwie pilnując, aby podział łupów nie ominął ich jak poprzednim razem, zajęli rozległe tereny wokół Krakowa, którym nadali nazwę Nowej Galicji. Prusacy zajęli miejsce Rosjan w Warszawie i nazwali swą zdobycz Nowymi Prusami Południowymi. Rosjanie zadowolili się pasem ziem leżących wzdłuż granicy wschodniej - większym niż to, co zabrały Prusy i Austria razem. (Patrz Rys. M).
Rys. M. Rozbiory Polski
25 listopada 1795 r. abdykował Stanisław August, przebywający na wygnaniu w Grodnie. Końcowy traktat rozbiorowy, podpisany 26 stycznia 1797 r. w Petersburgu przez Rosję, Prusy i Austrię, miał pozory zwykłego aktu ustalenia granic. W odrębnym nie ujawnionym artykule postarano się o zlikwidowanie na zawsze nazwy „Polska”:
La nécessité d’abolir tout ce qui peut rappeler le souvenir de l'existence du Royaume de Pologne, lorsque l'anéantissement de ce corps politique est effectué (...) les hautes Parties contractantes son convenues et s'engagent de ne jamais faire insérer dans leur intitulé (...) la dénomination ou désignation cumulative du Royaume de Pologne, qui demeurera des a present et pour toujours supprimée [389]
Agonia Polski i Litwy nie wywołała zbyt wielu komentarzy na scenie międzynarodowej. Oczy mężów stanu Europy skierowane były na Francję. W czasie, gdy wojska rewolucyjne, zalawszy Belgię, Holandię i Nadrenię, zbliżały się do Piemontu, Katalonii i hiszpańskiej Galicji, nikt nie miał głowy do tego, aby zajmować się krajem, którego zagłada była już przesądzona. W Warszawie pozostała zaledwie garstka obcych dyplomatów, aby dopełnić końcowych rytuałów, albowiem od r. 1794 Najjaśniejsza Rzeczpospolita utraciła już zdolność kierowania dyplomacją.
Przeczuwając kłopoty, dyplomaci jeden po drugim opuszczali Warszawę, jak muzycy grający Symfonię pożegnalną Haydna: zbierając nuty, gasząc świece i na palcach schodząc ze sceny. Ostatniego ambasadora króla Francji, d’Escorchesa, już nie było. 25 sierpnia 1792 r. ten jakobin i ci-devant markiz obchodził po raz ostatni dzień św. Ludwika, polecając najwyższemu Bogu swego króla i ojczyznę. Jeszcze w październiku tego samego roku został przepędzony przez konfederatów targowickich, którzy udaremnili mu także opublikowanie raportu o rewolucyjnych wydarzeniach we Francji. Jego sekretarz, Bonneau, został aresztowany przez Rosjan i trzy lata spędził w twierdzy szlisselburskiej. Jego następca, citoyen Parandier - wysłany przez Komitet Ocalenia Publicznego - nigdy nie dotarł do miejsca przeznaczenia. Baron Iosif Andriejewicz Igelström, który w styczniu 1794 r. przejął od Sieversa obowiązki ambasadora, zaledwie zdążył rozpocząć swą działalność, gdy wybuch powstania kościuszkowskiego w nocy 17 kwietnia zmusił go do zniszczenia szyfrów i ucieczki z Warszawy. Natomiast jeden z jego kolegów, baron von Asch, został schwytany i uwięziony jako zakładnik. Cały korpus dyplomatyczny podpisał skierowaną do króla petycję, protestując przeciwko naruszaniu ich nietykalności. Ale ani oni sami, ani król nie byli w stanie wywrzeć żadnego wpływu na kierunek wydarzeń, zmierzający do konfrontacji między Kościuszką i Rosjanami. W czerwcu ambasador pruski Ludwig von Buchholtz, w obawie przed gniewem mieszkańców Warszawy, spakował kufry i prędko wyjechał z miasta. W lipcu Austriak Benedict de Cache udał się rzekomo na urlop do Karlsbadu i nigdy już stamtąd nie wrócił. W sierpniu ambasador Szwecji generał Toll został aresztowany w wyniku spisku, jaki zawiązał się wśród jego własnego personelu; jego miejsce zajął jeden z jego podwładnych, Samuel Casström. W listopadzie armia rosyjska pod dowództwem Suworowa pojawiła się na wschodnim brzegu Wisły. Szturm na Pragę i straszliwa masakra ludności położyły kres powstaniu. Ambasador brytyjski, pułkownik William Gardiner, oraz nuncjusz papieski, monsignor Lorenzo Litta, przekroczyli rzekę, aby błagać o uratowanie życia mieszkańcom stolicy. Suworow dał się ubłagać. 7 stycznia 1795 król, pod eskortą oddziału złożonego ze 120 rosyjskich dragonów, z całą należytą pompą i paradą wyruszył w drogę na zesłanie. Następnego dnia sekretarz rosyjskiej misji dyplomatycznej Diwow poinformował pozostałych ambasadorów, że wyjazd króla zakończył ich misję, „ponieważ dwór, przy którym zostali akredytowani, przestał istnieć”. Polecił im, aby poinformowali swoje rządy o zmianie sytuacji oraz usunęli herby swoich państw z bram rezydencji. 8 lutego Stanisław August przysłał im z Grodna osobne listy pożegnalne, prosząc, aby zaprzestali wszelkich kontaktów z jego byłymi ministrami, jako że taka działalność mogłaby jedynie wzbudzić podejrzliwość Rosjan. Przyspieszyło to wyjazd Don Dominica d'Yriarte, sekretarza i posła króla hiszpańskiego, który przybył do Warszawy z czystej ciekawości, gdy egzekucja Ludwika XVI położyła nagły kres jego misji w Paryżu. Dyplomata holenderski, pułkownik Griesheim, opuścił Warszawę na wieść, że rewolucyjne wojska francuskie dokonały najazdu na jego kraj. Od tej chwili dyplomaci byli zdani na własny los. 22 listopada 1795 r. zmarł na posterunku ambasador saski Johann Jakub Patz. Pochowano go na cmentarzu ewangelickim - tego samego popołudnia, gdy nuncjusz podawał vin de congé Suworowowi, udającemu się właśnie do Niemiec, gdzie miał zacząć wypełnianie swoich kolejnych zadań. 2 grudnia, zgodnie z warunkami trzeciego rozbioru, armia pruska zajęła miejsce Rosjan w Warszawie. Casström i inni chargés d’affaires ostatecznie zamknęli swoje ambasady. Pozostali jedynie nuncjusz i Anglik Gardiner - pierwszy po to, aby bronić Kościoła katolickiego, drugi - aby uregulować długi. Przez cały rok 1796 nuncjusz odmawiał wyjazdu. Herb Stolicy Piotrowej, który jak wyzwanie wisiał na bramach nuncjatury, był ostatnim widomym wyrazem kondołencji składanych z powodu zgonu Rzeczypospolitej. Ostatecznie nuncjusz wyjechał z Warszawy 15 lutego 1797 r., otrzymawszy z Watykanu polecenie udania się do Petersburga. Gdy tylko jego orszak skręcił za róg ulicy, policja usunęła z bram kłujące w oczy herby i - jako trofea - przekazała je do muzeum. Był to ostatni na dalsze 121 lat incydent dyplomatyczny w Warszawie. Osamotniony Gardiner nadal pozostawał w mieście, jako zbankrutowany szary obywatel. Jego raporty z okresu ostatecznej agonii Rzeczypospolitej brzmią naprawdę wzruszająco. 12 listopada 1794 r. w liście do brytyjskiego sekretarza stanu tak opisywał szturm na Pragę:
Z najwyższym żalem informuję Waszą Lordowską Mość, że atakowi na linie obrony Pragi towarzyszyło najstraszliwsze i zupełnie niepotrzebne barbarzyństwo - spalone domy, zmasakrowane kobiety, dzieci przy piersi przebijane pikami kozaków, powszechna grabież, a obecnie wiadomo nam, że taki sam los gotowano Warszawie[390]
Po tej masakrze nawet dla najbardziej optymistycznego obserwatora musiało stać się rzeczą jasną, że Rosjanie byli zdecydowani położyć kres państwu, które za dobrotliwość okazaną mu przez ich carową odpłaciło tak wściekłą niewdzięcznością. Ale w Warszawie nic miano żadnego pojęcia o ich bezpośrednich zamiarach. Suworow wiedział równie mało co zagraniczni ambasadorzy. Instrukcje przychodziły z Petersburga i należało je wypełniać, nie żądając żadnych wyjaśnień. Gardiner nie miał nic do przekazania swojemu rządowi; komentarze ograniczał do mętnych spekulacji i uwag na temat niezwykle konspiratorskiego zachowania się Rosjan. W grudniu 1794 r. podejrzewał, że Stanisław August zostanie niebawem deportowany, i zastanawiał się, czy wobec tego, że posiada dwa zestawy listów uwierzytelniających - jedne dla króla, drugie dla Rzeczypospolitej - jego misja wobec Rzeczypospolitej ma nadal trwać, gdy zakończy się jego misja wobec króla. Obserwował odjazd Stanisława Augusta.
Nie jest rzeczą możliwą - pisał - aby ktokolwiek, kto się czuł naprawdę związany z osobą króla, mógł się powstrzymać przy takiej okazji od prawdziwie głębokich uczuć. Mam wszakże nadzieję, iż Król Polski, mimo iż pozbawiono go urzędu, ma jeszcze przed sobą dni szczęśliwe[391]
Gdy wezwał go do siebie Diwow, Anglik nie miał pojęcia, czy przedstawiana przez Rosjanina interpretacja wydarzeń odpowiada prawdzie czy też nie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, ponieważ i tak nie było nikogo, kto mógłby wysłuchać ewentualnego sprostowania. 13 lutego 1795 Gardiner dostał ostatni oficjalny list od króla, z widocznym trudem pisany po francusku. Kopię listu przesłał do Londynu:
Dear Gardiner, Comme mon rôle, et le vótre aupres de moi paroissent finir très prochainement, et comme je n'espère plus de vous voir, il m'importe au moins de vous dire Adieu, et celà du fond de mon coeur. Vous y garderez votre place jusąu’a ma mort et j'espère bien qu’on nous rejoindra au moins là ou des âmes honnêtes et des coeurs bons devraient je crois se trouver ensemble à jamais (...) Toujours il restera vrai que j’aime et j’honore votre roi et votre Nation, et vous le leur direz. Toujours, il restera vrai que je désire que vous conserviez souvenir et affection pour votre Ami,
Stanislas Auguste Roi[392]
Tymczasem Gardiner nieustannie prosił Londyn o zaliczkę, aby móc spłacić swoich wierzycieli. Utrzymywał trzystu uchodźców, którzy schronili się na terenie ambasady, i nigdy nie otrzymał wynagrodzenia należnego mu z tytułu poprzedniego stanowiska: w r. 1789 był naczelnikiem zamku Hurst. Trzeba było trzech lat, aby Canning ostatecznie ustąpił i zezwolił skarbowi na wypłacenie sumy 2000 funtów. Na ostatnim dokumencie wysłanym przez Gardinera z Warszawy widnieje data 11 grudnia 1797 r. W 1798 r. ambasador brytyjski udał się do Berlina, gdzie złożył archiwa warszawskiej misji dyplomatycznej u ambasadora brytyjskiego w Prusach. W ten sposób ostatecznie zakończyła się ostatnia z misji dyplomatycznych akredytowanych przy „Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”. Rzeczpospolita już nie żyła; od jej skandalicznego pogrzebu minęły trzy lata.