Telefon komórkowy zapiszczał gdzieś w głębinach mojego snu, ale odzyskanie przytomności zajęło mi dość czasu, żebym zdążyła się zacząć zastanawiać, czy to ona. Po zakończeniu zdumiewająco szybkiego procesu orientowania się w sytuacji – gdzie jestem, kim jest „ona”, jaki mamy dzień – zdałam sobie sprawę, że telefon o ósmej rano w sobotę trudno uznać za dobry omen. Żaden z moich przyjaciół nie wstanie przez kilka następnych godzin, a po latach nieodbierania telefonu moi rodzice niechętnie przyjęli do wiadomości, że do południa ich córka nie weźmie do ręki telefonu. Podczas siedmiu sekund, które zajęło mi zdanie sobie sprawy z tego wszystkiego, zaczęłam też rozmyślać nad powodem, dla którego powinnam odebrać ten telefon. Przypomniały mi się argumenty Emily z pierwszego dnia, więc wystawiłam ramię z ciepłego łóżka, żeby pomacać nim po podłodze. Udało mi się otworzyć telefon, zanim przestał dzwonić.
– Halo? – Byłam dumna, że mój głos brzmiał mocno i wyraźnie, jakbym spędziła ostatnie godziny, wykonując z zacięciem jakąś szacowną pracę, a nie pogrążona we śnie tak głębokim, tak twardym, że nie mógł dobrze świadczyć o stanie mojego zdrowia.
– Dzień dobry, kochanie! Cieszę się, że już wstałaś. Chciałem ci tylko powiedzieć, że jestem przy numerach sześćdziesiątych na Trzeciej, więc dotrę do ciebie za dziesięć minut czy coś koło tego, okej? – Głos taty wrócił do mnie jak bumerang. Przeprowadzka! To był dzień przeprowadzki! Kompletnie zapomniałam, że tata zgodził się przyjechać do miasta pomóc mi spakować rzeczy i zabrać je do nowego mieszkania, które wynajęłyśmy z Lily. Mieliśmy zająć się pudłami ciuchów, płyt kompaktowych i albumów ze zdjęciami, podczas gdy prawdziwi faceci od przeprowadzki uporają się z masywną ramą mojego łóżka.
– Och, cześć, tato – wymamrotałam, z powrotem przybierając zmęczony ton. – Myślałam, że ty to ona.
– Nie, masz dzisiaj przerwę. No, w każdym razie gdzie powinienem zaparkować? Czy jest tam gdzieś parking?
– Tak, dokładnie pod moim budynkiem, zjedź z Trzeciej w prawo. Podaj im numer mojego mieszkania, to dostaniesz rabat. Muszę się ubierać. Do zobaczenia za chwilę, tato.
– Okej, kochanie. Mam nadzieję, że jesteś dziś gotowa do pracy!
Opadłam na poduszkę i rozważyłam szansę, żeby jeszcze się położyć. Wyglądały naprawdę nędznie, biorąc pod uwagę, że ojciec przejechał całą drogę z Connecticut, żeby pomoc mi się przeprowadzić. Chwilę później rozległ się sygnał budzika. Aha! Więc jednak pamiętałam, że to dzień przeprowadzki. Dowód, że nie całkiem jeszcze zwariowałam, okazał się niewielką pociechą.
Wstawanie z łóżka było trudniejsze niż w inne dni, mimo że odbywało się kilka godzin później. Moje ciało na krótki czas zaczęło myśleć, że naprawdę coś nadrobi, uwierzyło, że zredukuje ten niesławny „niedobór snu”, o którym uczyliśmy się na psychologii. Przy łóżku miałam niedużą kupkę rzeczy, jedynych oprócz szczoteczki do zębów, których nie spakowałam. Wciągnęłam na siebie niebieskie dresowe spodnie Adidasa, bluzę z kapturem z Brown i paskudne, szare tenisówki New Balance, które towarzyszyły mi w podróży po świecie. Dosłownie w sekundę po tym, gdy wyplułam resztki Listerine, zadzwonił domofon.
– Cześć, tato. Zaraz cię wpuszczę, zaczekaj sekundę.
Dwie minuty później rozległo się pukanie do drzwi i zamiast mojego taty zobaczyłam Aleksa. Jak zwykle wyglądał świetnie. Spłowiałe dżinsy wisiały mu nisko na nieistniejących biodrach, szary podkoszulek z długimi rękawami był odpowiednio obcisły. Maleńkie metalowe oprawki, które nosił tylko wtedy, gdy nie mógł użyć szkieł kontaktowych, zostały założone na niezwykle czerwone oczy, włosy miał w nieładzie. Nie mogłam się powstrzymać i z miejsca go uściskałam. Nie widzieliśmy się od poprzedniej niedzieli, kiedy spotkaliśmy się na szybką popołudniową kawę. Zamierzaliśmy spędzić razem cały dzień i całą noc, ale Miranda potrzebowała awaryjnej opiekunki dla Cassidy, żeby móc zabrać Caroline do lekarza, i ja zostałam zwerbowana. Dotarłam od domu zbyt późno, żeby naprawdę spędzić z nim choć trochę czasu, a on, co w pełni zrozumiałe, przestał ostatnio koczować w moim łóżku, żeby chociaż rzucić na mnie okiem. Chciał zostać na noc wczoraj, ale wciąż znajdowałam się w stadium udawania przed rodzicami: chociaż wszyscy zainteresowani wiedzieli, że Alex i ja ze sobą sypiamy, nie można było zrobić, powiedzieć ani zasugerować niczego, co by to potwierdziło. No więc nie chciałam, żeby u mnie był, kiedy przyjedzie tata.
– Cześć, kochanie. Pomyślałem, że przyda się wam dzisiaj pomoc. – Wyciągnął w moją stronę torbę z bajglami, która, jak wiedziałam, zawierała bajgle z solą, moje ulubione, i dużą kawę. – Jest już twój tata? Dla niego też przyniosłem kawę.
– Myślałam, że masz dzisiaj korepetycje – powiedziałam w chwili, gdy ubrana w czarny garnitur ze spodniami Shanti wyszła ze swojej sypialni. Kiedy nas mijała, opuściła głowę i wymamrotała coś o pracy przez cały dzień, po czym wyszła. Tak rzadko rozmawiałyśmy, że zaczęłam się zastanawiać, czy zdawała sobie sprawę, że to był mój ostatni dzień w tym mieszkaniu.
– Miałem, ale zadzwoniłem do rodziców tych dziewczynek i stwierdzili, że jutro rano zupełnie im pasuje, więc jestem do twojej dyspozycji.
– Andy! Alex! – Mój ojciec stał w progu za plecami Aleksa, promieniejąc, jakby to był najpiękniejszy ranek na ziemi. Pośpiesznie oceniłam sytuację i stwierdziłam, że tata słusznie założy, że Alex dopiero się zjawił, skoro ma na nogach buty i najwyraźniej trzyma w ręku świeżo nabyte jedzenie. A poza tym zastał drzwi szeroko otwarte. Uf.
– Andy powiedziała, że nie dasz rady się dzisiaj wyrwać – stwierdził tata, odstawiając coś, co wyglądało na torbę bajgli – z pewnością też solonych – i kawę na stole w salonie. Celowo unikał kontaktu wzrokowego. – A ty wchodzisz czy wychodzisz?
Uśmiechnęłam się i zerknęłam na Aleksa, mając nadzieję, że nie zdążył jeszcze pożałować zrywania się o tak wcześniej porze.
– Och, właśnie dotarłem, doktorze Sachs – odparł Alex dziarsko. – Przełożyłem korepetycje, bo pomyślałem, że przyda się wam jeszcze jedna para rąk.
– Wspaniale. Wspaniale, z pewnością bardzo się przyda. Proszę, poczęstuj się bajglami. Przykro mi to mówić, Alex, ale nie mam trzech kaw, bo nie wiedziałem, że tu będziesz. – Tata wyglądał na szczerze zmartwionego, co było wzruszające. Wiedziałam, że fakt, iż młodsza córka ma chłopaka, stanowi dla niego pewien problem, ale starał się, jak umiał, żeby tego nie okazać.
– Bez obawy, doktorze S., ja też coś przyniosłem, więc wygląda na to, że mamy wszystkiego dosyć. – I jakimś cudem, bez śladu skrępowania, tata i mój chłopak usiedli razem na futonie, zgodnie spożywając wczesne śniadanie.
Skosztowałam solonych bajgli z obu toreb i pomyślałam, jak zabawnie będzie znów mieszkać z Lily. Skończyłyśmy college niemal rok temu. Starałyśmy się rozmawiać przynajmniej raz dziennie, ale wciąż miałam wrażenie, że ledwie się widujemy. Teraz będziemy wracać do domu i psioczyć na piekielne dni, każda na swój – dokładnie jak za dawnych dobrych czasów. Alex i tata gadali o sporcie (chyba koszykówce), a ja opatrywałam etykietami pudła w swoim pokoju. Smutna sprawa, ale nie było ich zbyt wiele: kilka z pościelą i poduszkami, jeden z albumami na zdjęcia i różnymi przyborami na biurko (mimo że brakowało mi biurka), trochę rzeczy do makijażu i przyborów toaletowych oraz spora ilość toreb na ubrania wypełnionych runwayowskimi ciuchami. Właściwie etykiety nie były potrzebne; pewnie odezwała się we mnie dusza asystentki.
– Ruszajmy – zawołał tata z salonu.
– Ćśśś! Obudzisz Kendrę – odpowiedziałam głośnym szeptem. – Jest dopiero dziewiąta rano w sobotę, rozumiesz.
Alex kręcił głową.
– Nie zauważyłaś, że wychodziła z Shanti? Przynajmniej tak mi się zdaje, że to była ona. W każdym razie zdecydowanie wyszły we dwie, obie w garniturach i z nieszczęśliwymi minami. Sprawdź u nich w sypialni.
Drzwi pokoju, który dzieliły, co udało się dzięki wstawieniu tam piętrowego łóżka, były uchylone, więc lekko je popchnęłam. Oba łóżka zostały starannie zaścielone, poduszki strzepnięte, na obu usadzone podobne pluszowe pieski. Aż do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że nigdy nawet nie weszłam do ich pokoju – podczas tych kilku miesięcy, kiedy mieszkałam z dziewczynami, nie odbyłyśmy rozmowy trwającej dłużej niż trzydzieści sekund. Właściwie nie wiedziałam, czym się zajmowały, dokąd poszły ani czy miały jakichś przyjaciół oprócz siebie nawzajem. Cieszyłam się z tej wyprowadzki.
Alex i tata sprzątnęli resztki po jedzeniu i próbowali ułożyć jakiś plan zadań.
– Masz rację, obie wyszły. Chyba nawet nie wiedzą, że dzisiaj się wyprowadzam.
– Może zostaw im liścik? – zaproponował tata. – Może na planszy do scrabble'a. – Odziedziczyłam po ojcu uzależnienie od scrabble'a, a on wyznawał teorię, że każdy nowy dom potrzebuje nowej planszy.
Ostatnie pięć minut w mieszkaniu poświęciłam na ustawienie płytek w napis: „Dzięki za wszystko i powodzenia. Całuski Andy”. Pięćdziesiąt cztery punkty. Nieźle.
Trwało godzinę, zanim oba samochody zostały zapakowane, a ja najwyżej przytrzymywałam drzwi na ulicę i pilnowałam wozów, kiedy oni wracali na górę. Ludzie od przeprowadzki łóżka – którzy liczyli sobie więcej niż to cholerstwo kosztowało – się spóźniali, więc obaj, tata i Alex, ruszyli do centrum. Lily znalazła nasze nowe mieszkanie dzięki ogłoszeniu w Village Voice i jeszcze go nie widziałam. Zadzwoniła do mnie do pracy z komórki w środku dnia, krzycząc:
– Znalazłam! Znalazłam! Jest idealne! Ma łazienkę z bieżącą wodą, drewniane podłogi tylko minimalnie wypaczone i jestem tu od czterech pełnych minut, a nie widziałam ani jednej myszy ani nawet karalucha. Możesz teraz przyjechać je zobaczyć?
– Naćpałaś się czy co? – wyszeptałam. – Ona tu jest, co oznacza, że ja nigdzie nie wychodzę.
– Musisz przyjechać zaraz. Wiesz, jak to jest. Mam papiery i wszystko.
– Lily, bądź rozsądna. Nie mogłabym teraz wyjść z biura nawet na transplantację serca, gdyby była mi gwałtownie potrzebna, o ile nie chcę stracić pracy. Jak mogę wyjść obejrzeć mieszkanie?
– Cóż, za trzydzieści sekund zostanie wynajęte. Jest tu co najmniej dwadzieścia pięć osób i wszyscy wypełniają aplikacje. Muszę to zrobić teraz.
Na odrażającym manhattańskim rynku nieruchomości apartamenty przynajmniej do pewnego stopnia zdatne do zamieszkania były rzadsze – i bardziej pożądane – niż przynajmniej do pewnego stopnia normalni, heteroseksualni faceci. Jeżeli doda się do tego przynajmniej do pewnego stopnia rozsądną cenę, stawały się równie trudne do wynajęcia, jak prywatna wyspa gdzieś u południowego wybrzeża Afryki. Albo trudniejsze. Mimo że większość szczyciła się powierzchnią mniejszą niż trzysta metrów kwadratowych brudu i zgniłego drewna, ospowatych ścian oraz prehistorycznego wyposażenia. Żadnych karaluchów? Żadnych myszy? Bierzemy!
– Lily, mam do ciebie zaufanie, po prostu je weź. Możesz mi przesłać maiłem, jak wygląda? – Starałam się zakończyć rozmowę najszybciej, jak się da, ponieważ w każdej chwili spodziewałam się powrotu Mirandy z działu artystycznego. Gdyby zobaczyła mnie podczas osobistej rozmowy, byłabym skończona.
– Cóż, mam kopię twoich czeków z wypłatą, która, tak nawiasem mówiąc, jest kompletnie gówniana… i oświadczenia z obu naszych banków, wydruki naszych historii kredytowych i twoją umowę o pracę. Jedyny problem to gwarant. Musi mieszkać na stałe w którymś z okolicznych stanów i zarabiać ponad czterdzieści razy więcej niż nasz miesięczny czynsz, a moja babcia z całą cholerną pewnością nie wyciąga stu kawałków. Czy twoi rodzice mogą to dla nas podpisać?
– Jezu, Lii, nie wiem. Nie pytałam ich i teraz absolutnie nie mogę do nich dzwonić. Ty zadzwoń.
– Dobra. Wyciągają ponad sto tysięcy dolarów rocznie, prawda?
Nie byłam tego do końca pewna, ale kogo innego mogłybyśmy prosić?
– Po prostu do nich zadzwoń – powiedziałam. – Wyjaśnij, o co chodzi z Mirandą. Powiedz, że przepraszam, iż sama nie zatelefonowałam.
– Zrobi się – stwierdziła. – Ale najpierw muszę się upewnić, że możemy mieć to mieszkanie – oznajmiła i wyłączyła telefon. Dzwonek rozległ się ponownie dwadzieścia sekund później i zobaczyłam numer jej komórki na wyświetlaczu służbowego telefonu. Emily uniosła brwi w ten swój szczególny sposób, kiedy usłyszała, że znów rozmawiam z przyjaciółką. Odebrałam, ale odezwałam się do Emily.
– To ważne – syknęłam w jej stronę. – Moja najlepsza przyjaciółka próbuje wynająć mi mieszkanie przez telefon, bo nie mogę stąd wyjść na cholerną…
Trzy głosy zaatakowały mnie równocześnie. Emily był wyważony, spokojny i niósł nutę ostrzeżenia.
– Andrea, proszę – zaczęła dokładnie w tym samym momencie, kiedy Lily wrzeszczała: – Zrobią to, Andy, zrobią! Czy ty mnie słuchasz? – Ale chociaż oba wyraźnie zwracały się do mnie, tak naprawdę żadnego z nich nie słyszałam. Jedyny głos, który przebił się jasno i wyraźnie, należał do Mirandy.
– Czy mamy jakiś problem, Ahn – dre – ah? – Wstrząs – tym razem poprawnie zidentyfikowała moje imię. Stała nade mną, wyglądając na gotową do ataku.
Natychmiast rozłączyłam się z Lily, mając nadzieję, że zrozumie, i uzbroiłam się w oczekiwaniu na gwałtowną napaść.
– Nie, Mirando, nie ma żadnego problemu.
– To dobrze. A teraz mam ochotę na lody i chciałabym je zjeść, zanim całość się roztopi. Waniliowe – nie jogurtowe, uważaj na to, nie mrożone mleko i nic bez cukru ani niskotłuszczowego – z syropem czekoladowym i prawdziwą bitą śmietaną. Nie z puszki, rozumiesz? Z prawdziwą bitą śmietaną. To wszystko. – Zdecydowanym krokiem oddaliła się do działu artystycznego, zostawiając mnie z niejasnym wrażeniem, że przyszła tylko po to, żeby mnie sprawdzić. Zadzwonił telefon. Znów Lily. Cholera jasna – czy nie mogła po prostu wysłać mi maiła? Odebrałam i przycisnęłam słuchawkę do ucha, ale się nie odezwałam.
– Okej, wiem, że nie możesz mówić, więc ja się tym zajmę. Twoi rodzice zostaną naszym gwarantem, czyli wspaniale. Mieszkanie ma jedną dużą sypialnię, ale jeżeli postawimy ścianę w salonie, zostanie dość miejsca na dwuosobową sofę oraz krzesło. W łazience nie ma wanny, ale prysznic wygląda w porządku. Nie ma zmywarki, oczywista, ani klimatyzacji, ale możemy załatwić klimatyzatory. Pralnia w piwnicy, portier na niepełnym etacie, jedna przecznica od kolejki. A teraz uważaj: balkon!
Musiałam głośniej odetchnąć, bo moje podniecenie jeszcze bardziej ją podnieciło.
– Wiem! Szaleństwo, co? Wygląda, jakby miał zaraz odpaść od ściany budynku, ale jest! I obie damy radę się na nim zmieścić i będziemy miały miejsce do palenia i och, jest po prostu idealne!
– Ile? – zapytałam chrapliwie, z silnym postanowieniem, że to będą absolutnie ostatnie słowa, jakie z siebie wydałam.
– Do naszej dyspozycji za kwotę dwóch tysięcy dwustu osiemdziesięciu dolarów miesięcznie. Wyobrażasz sobie, że będziemy miały balkon za tysiąc sto czterdzieści dolarów każda? To odkrycie stulecia. No i jak, mam je brać?
Milczałam. Chciałam się odezwać, ale Miranda centymetr za centymetrem zbliżała się do swojego gabinetu, na oczach wszystkich dając ostrą reprymendę koordynatorce imprez publicznych. Była w paskudnym humorze, a ja miałam dość jak na jeden dzień. Dziewczyna, którą aktualnie obrzucała obelgami, zwiesiła głowę ze wstydu, była cała czerwona, i modliłam się, dla jej własnego dobra, żeby nie zaczęła płakać.
– Andy! To jest, kurwa, śmieszne. Po prostu powiedz tak lub nie! Wystarczająco fatalne jest to, że musiałam dzisiaj zwiać z zajęć, a ty nie możesz nawet wyjść z pracy, żeby rzucić okiem na mieszkanie, ale możesz zadać sobie chociaż tyle trudu, żeby powiedzieć „tak” albo „nie”? Co ja… – Lily osiągnęła punkt krytyczny i absolutnie ją rozumiałam, ale jedyne, co mogłam zrobić, to odłożyć słuchawkę. Wrzeszczała w telefon tak głośno, że jej głos odbijał się echem w całym biurze, a Miranda stała najwyżej półtora metra ode mnie. Byłam tak sfrustrowana, że chciałam chwycić tę koordynatorkę i zwiać do damskiej toalety, żeby tam się z nią wypłakać. A może gdybyśmy się postarały, razem zdołałybyśmy wepchnąć Mirandę do kabiny i zacisnąć tę apaszkę Hermesa, która luźno zwisała wokół jej chudej szyi. Czy miałabym ją trzymać, czy ciągnąć? A może bardziej skuteczne byłoby wepchnięcie jej tej szmaty do gardła i przyglądanie się, jak usiłuje chwycić powietrze i…
– Ahn – dre – ah! – Jej głos brzmiał ostro. – O co prosiłam cię jakieś pięć minut temu? – Cholera! Lody. Zapomniałam o lodach. – Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego jeszcze tu siedzisz, zamiast wykonywać swoją pracę? Czy to twoja koncepcja żartu? Czy zrobiłam lub powiedziałam coś, co sugerowało, że nie mówiłam całkiem poważnie? No, słucham. – Brązowe oczy o mało nie wyszły jej z orbit i chociaż oczywiście nie podniosła jeszcze głosu z pełną mocą, była tego niebezpiecznie bliska. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale usłyszałam, że zamiast mnie odzywa się Emily.
– Mirando, tak mi przykro. To moja wina. Poprosiłam Andreę, żeby odebrała telefon, bo myślałam, że mogą dzwonić Caroline albo Cassidy, a ja z drugiej linii zamawiałam tę koszulę Prady, którą chciałaś. Andrea właśnie wychodziła. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.
Cud nad cudami! Panna Bez Skazy przemówiła i to, ni mniej, ni więcej, tylko w mojej obronie.
Miranda w tym momencie wyglądała na ułagodzoną.
– W takim razie w porządku. Przynieś mi teraz lody, Andrea. – Z tymi słowami weszła do swojego gabinetu i chwyciła słuchawkę, po czym zaraz zaczęła gruchać z SGG.
Spojrzałam na Emily, która udawała, że pracuje. Wysłałam jej maiła z jednym słowem. „Dlaczego?”.
„Bo nie miałam pewności, czy cię nie zwolni, a nie mam ochoty szkolić kogoś nowego” – odpisała w ekspresowym tempie. Wyszłam na poszukiwanie tych idealnych lodów i zadzwoniłam do Lily z komórki, gdy tylko winda dotarła do holu.
– Przepraszam cię, naprawdę. Ja po prostu…
– Słuchaj, nie mam na to czasu – bez wyrazu powiedziała Lily. – Uważam, że trochę przesadnie reagujesz, nie sądzisz? To znaczy, nie możesz powiedzieć przez telefon nawet tak lub nie?
– To trudno wyjaśnić, Lii, ja po prostu…
– Nieważne. Muszę lecieć. Zadzwonię, jeżeli dostaniemy to mieszkanie. Ale ciebie i tak to nie obchodzi.
Próbowałam protestować, ale się rozłączyła. Cholera! Nie mogłam oczekiwać, że Lily zrozumie, skoro sześć miesięcy temu sama uznałabym, że to śmieszne. Wysłanie jej samej na Manhattan w poszukiwaniu mieszkania, w którym miałyśmy mieszkać obie, a potem unikanie jej telefonów rzeczywiście nie było w porządku, ale jaki miałam wybór?
Kiedy wreszcie odebrała, tuż po północy, oznajmiła, że mamy mieszkanie.
– To niesamowite, Lii. Nie wiem, jak ci dziękować. Przysięgam, że ci to wynagrodzę. Obiecuję! – A potem coś mi przyszło do głowy. Bądź spontaniczna! Wezwij samochód z Elias i pojedź do Harlemu osobiście podziękować swojej najlepszej przyjaciółce. Tak, to było to! – Lii, jesteś w domu? Przyjadę to uczcić, dobrze?
Myślałam, że będzie zachwycona, ale milczała.
– Nie trudź się – powiedziała cicho. – Mam butelkę So – Co * i jest tu Chłopak z Ćwiekiem na Języku. Mam wszystko, czego mi trzeba.
Zabolało, ale zrozumiałam. Lily rzadko się wściekała, ale kiedy to się zdarzyło, nie dawała się ułagodzić, dopóki nie była gotowa. Doleciał do mnie odgłos wlewania płynu do szklanki, brzęczenie lodu i usłyszałam, jak pociąga długi łyk.
– Okej. Ale zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała, dobrze?
– Po co? Żebyś mogła siedzieć w milczeniu? Nie, dzięki.
– Lii…
– Mną się nie przejmuj. Świetnie sobie radzę. – Kolejny łyk. – Później z tobą porozmawiam. I hej, gratulacje dla nas obu.
– Tak, gratulacje – powtórzyłam, ale już zdążyła się rozłączyć.
Natychmiast zadzwoniłam do Aleksa z pytaniem, czy mogłabym do niego przyjechać, lecz nie wydawał się tak ucieszony moim telefonem, jak na to liczyłam.
– Andy, wiesz, że z przyjemnością bym się z tobą spotkał, ale wychodzę z Maksem i chłopakami. Teraz w tygodniu zawsze jesteś zajęta, więc zaplanowałem na dziś spotkanie z nimi.
– No tak, a jedziecie dokądś w Brooklynie czy gdzieś tu, gdzie mogłabym się do was przyłączyć? – zapytałam, wiedząc, że z pewnością wybierają się dokądś w granicach Upper East Side, pewnie bardzo blisko mnie, bo wszyscy chłopcy też tu mieszkali.
– Wiesz, w każdej innej sytuacji byłoby świetnie, ale dzisiaj to zdecydowanie wyłącznie męski wieczór.
– Och, jasne, w porządku. Chciałam się spotkać z Lily, żeby uczcić nasze nowe mieszkanie, ale, ee, trochę się pokłóciłyśmy. Nie rozumie, dlaczego nie mogę rozmawiać z pracy.
– No cóż, Andy, muszę przyznać, że ja też nie zawsze do końca rozumiem. To znaczy, wiem, to trudna kobieta, możesz mi wierzyć, ale wygląda na to, że kiedy o nią chodzi, bierzesz wszystko bardzo poważnie, wiesz? – Jego głos brzmiał, jakby usilnie starał się zachować pojednawczy ton i nie dopuścić do konfrontacji.
– Może dlatego, że rzeczywiście tak jest! – odpaliłam, wkurzona, że nie chce się ze mną zobaczyć, nie błaga, żebym poszła dokądś z nim i jego przyjaciółmi, i bierze stronę Lily, chociaż miała rację, podobnie jak on. – To moje życie, wiesz? Moja kariera. Moja przyszłość. Co, do cholery, mam robić? Traktować to jak żart?
– Andy, przekręcasz moje słowa, wiesz, że nie to chciałem powiedzieć.
Ale ja już krzyczałam, nie mogłam się opanować. Najpierw Lily, a teraz Alex? Oboje na dokładkę do Mirandy dawkowanej dzień po dniu? Tego już było za wiele i chciało mi się płakać, ale byłam w stanie tylko wrzeszczeć.
– Wielki pierdolony żart, co? Tak właśnie oboje oceniacie moją pracę! Och, Andy, pracujesz w modzie, jakim cudem to może być ciężka praca? – szydziłam, z każdą mijającą sekundą bardziej nienawidząc samej siebie. – Cóż, bardzo przepraszam, że nie każdy może być dobroczyńcą albo kandydatem do tytułu doktora! Bardzo przepraszam, że…
– Zadzwoń do mnie, kiedy się uspokoisz – stwierdził. – Nie będę tego wysłuchiwał. – Odłożył słuchawkę. Rozłączył się! Czekałam, żeby oddzwonił, ale nigdy tego nie robił, i do czasu, kiedy w końcu zasnęłam, koło trzeciej, żadne z nich się nie odezwało.
A teraz nadszedł dzień przeprowadzki – cały tydzień później – i chociaż ani Alex, ani Lily nie wydawali się ewidentnie wściekli, nic nie było takie jak przedtem. Nie miałam czasu na osobiste naprawianie stosunków z żadnym z nich, bo byliśmy w środku zamykania numeru, ale uznałam, że wszystko wróci do normy, kiedy wprowadzimy się z Lily do naszego nowego mieszkania. Naszego wspólnego mieszkania, gdzie wszystko ułoży się jak za czasów college'u, kiedy życie miało znacznie lepszy smak.
Ludzie od przeprowadzki zjawili się w końcu o jedenastej i zdemontowanie mojego ukochanego łóżka oraz wrzucenie części na tył vana zajęło im wszystkiego dziewięć minut. Skorzystałam z okazji i podjechałam z nimi do mojego nowego budynku, gdzie tata i Alex gawędzili z portierem – który dziwnym trafem wyglądał jak sobowtór Johna Galliano – a moje pudła piętrzyły się pod ścianami w holu.
– Andy, dobrze, że jesteś. Pan Fisher otworzy mieszkanie tylko w obecności najemcy – stwierdził tata z szerokim uśmiechem na twarzy. – Co oczywiście jest z jego strony bardzo sprytnym posunięciem – dodał, mrugając do portiera.
– Och, Lily jeszcze nie ma? Powiedziała, że dotrze do dziesiątej, wpół do jedenastej.
– Nie, nie widzieliśmy jej. Powinienem do niej zadzwonić? – zapytał Alex.
– Tak, chyba tak. Może pójdę na górę z ee, panem Fisherem, żebyśmy mogli zacząć wnosić rzeczy. Zapytasz, czy nie trzeba jej pomóc?
Pan Fisher uśmiechnął się w sposób, który można opisać tylko jako lubieżny.
– Jesteśmy teraz jak rodzina – powiedział, patrząc na mój biust. – Proszę mi mówić John.
Prawie się zadławiłam zimną teraz kawą, którą piłam, i zaczęłam się zastanawiać, czy człowiek, którego na całym świecie podziwiano za ożywienie marki Diora, mógł umrzeć, tak żebym o tym nie słyszała, i powrócić na ziemię w osobie mojego portiera.
Alex kiwnął głową i wytarł swoje okulary o koszulkę. Uwielbiałam, kiedy to robił.
– Idź ze swoim tatą. Ja zadzwonię.
Nastąpiła rundka wzajemnych prezentacji, podczas której zastanawiałam się, czy to dobrze, czy źle, że tata został teraz najlepszym przyjacielem mojego (projektanta) portiera, człowieka, który w nieunikniony sposób będzie znał każdy szczegół mojego życia. Hol wyglądał ładnie, trochę staroświecko. Wykończono go jakimś jasnym kamieniem, przed windami i skrzynkami pocztowymi stało kilka wyglądających na niewygodne ławek. Nasze mieszkanie miało numer osiem C i wychodziło na południowy wschód, co, jak słyszałam, było korzystne. John otworzył drzwi swoim kluczem uniwersalnym i cofnął się, niczym dumny ojciec.
– Oto ono – oznajmił z dumą.
Weszłam pierwsza, spodziewając się, że uderzy we mnie przemożny zapach siarki albo może widok kilku nietoperzy zwisających głowami w dół z sufitu, ale było zaskakująco czysto i jasno. Kuchnia na prawo, wąski, jednoosobowy pas z wykafelkowaną na biało podłogą i szafkami z laminatu, które zachowały dość biały kolor. Oczywiście bez zmywarki, ale blaty zrobiono z jakiejś nakrapianej imitacji granitu, a nad piekarnikiem wbudowano mikrofalówkę.
– Wspaniałe – stwierdził tata, otwierając lodówkę. – Są już pojemniki na lód.
Kuchnia wychodziła na salon, który za pomocą tymczasowej ściany został już podzielony, by uzyskać drugą sypialnię. Oczywiście oznaczało to, że z salonu znikły wszystkie okna, ale to było w porządku. Sypialnia miała sensowną wielkość – była zdecydowanie większa niż ta, którą właśnie opuściłam – a przesuwane szklane drzwi, prowadzące na balkon, zajmowały całą ścianę. Łazienka znajdowała się między salonem a prawdziwą sypialnią i została wykończona przy użyciu różowych kafli oraz różowej farby. Cóż. Niech sobie będzie kiczowata. Weszłam do prawdziwej sypialni, znacznie większej niż wykrojona z salonu, i rozejrzałam się. Maleńka szafa, wentylator pod sufitem, małe brudne okno, wychodzące wprost na mieszkanie w budynku obok. Lily chciała ją dla siebie i radośnie się na to zgodziłam. Potrzebowała trochę dodatkowej przestrzeni, ponieważ masę czasu spędzała w sypialni na nauce, aleja wolałam światło i wejście na balkon.
– Dzięki, Lii – szepnęłam do siebie, wiedząc, że Lily żadną miarą nie może mnie słyszeć.
– Co mówiłaś, kochanie? – zapytał tata, zjawiając się za moimi plecami.
– Och, nic. Tylko tyle, że Lily naprawdę świetnie się spisała. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, ale to coś wspaniałego, nie uważasz?
Wyglądał, jakby usiłował znaleźć najbardziej taktowny sposób, żeby coś powiedzieć.
– Tak, jak na Nowy Jork to wspaniałe mieszkanie. Po prostu trudno sobie wyobrazić, że trzeba aż tyle płacić i tak mało dostać w zamian. Wiesz, że twoja siostra i Kyle płacą w sumie tylko tysiąc czterysta dolarów za mieszkanie, a mają klimatyzację, dwa miejsca w garażu, łazienki wyłożone marmurem, i to dwie, nowiutką zmywarkę i pralkę z suszarką oraz trzy sypialnie – wytknął, jakby pierwszy raz zdał sobie z tego sprawę. Za dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt dolarów można było dostać dom z widokiem na morze w Los Angeles, trzypiętrowy apartament przy wysadzanej drzewami ulicy w Chicago, bliźniak z czterema sypialniami w Miami i cały cholerny zamek z fosą w Cleveland. Tak, wiedziałyśmy o tym.
– I dwa miejsca parkingowe, dostęp do pola golfowego, sali gimnastycznej oraz basenu – dodałam usłużnie. – Tak, wiem. Ale wierz mi lub nie, to wspaniała okazja. Myślę, że będziemy tu bardzo szczęśliwe.
Uściskał mnie.
– Też tak sądzę. Dopóki nie zaczniesz pracować zbyt ciężko, by się tym cieszyć – stwierdził pogodnie. Otworzył torbę, którą targał ze sobą przez cały dzień, gdzie, jak sądziłam, trzymał strój do racquetballa na później. Ale wyjął z niej kasztanowe pudło ozdobione na froncie napisem „Limitowana seria!”. Scrabble. Edycja dla koneserów, gdzie plansza została zamontowana na obrotowym talerzu i miała wystające brzegi, żeby litery się nie ześlizgiwały. Podziwialiśmy ją razem w specjalistycznym sklepie z grami przez ostatnie dziesięć lat, ale nie trafiła się żadna okazja, która pozwoliłaby ją kupić.
– Och, tato. Nie powinieneś! – Wiedziałam, że kosztowała dobrze ponad dwieście dolarów. – Och! Jest po prostu boska!
– Używaj jej dla zdrowia – odparł, oddając mi uścisk. – A jeszcze lepiej, żeby skopać tyłek swojemu staruszkowi, bo wiem, że do tego dojdzie. Pamiętam, kiedy pozwalałem ci wygrywać. Musiałem, bo człapałaś po całym domu, dąsając się od rana. A teraz! Cóż, teraz moje stare szare komórki zdążyły się ugotować i nie mógłbym cię pobić, nawet gdybym chciał. Nie żebym zrezygnował z paru prób – dodał.
Już miałam powiedzieć, że uczyłam się od mistrza, gdy wszedł Alex. I nie wyglądał na szczęśliwego.
– Co się stało? – zapytałam od razu, kiedy jego tenisówki nerwowo zastukały o podłogę.
– Och, zupełnie nic – skłamał, patrząc w kierunku mojego ojca. Rzucił mi spojrzenie pod tytułem „zaczekaj chwilę” i powiedział: – Proszę, przyniosłem pudło.
– Pójdę po następne – odezwał się tata, idąc do drzwi. – Może pan Fisher ma jakiś wózek. Moglibyśmy przynieść więcej naraz. Zaraz wracam.
Popatrzyłam na Aleksa i oboje odczekaliśmy do chwili, gdy usłyszeliśmy otwieranie i zamykanie windy.
– No więc właśnie rozmawiałem z Lily – powiedział wolno.
– Nie jest już na mnie wściekła, prawda? Przez cały tydzień była taka dziwna.
– Nie, nie sądzę, żeby o to chodziło.
– Więc o co?
– No, nie było jej w domu…
– A gdzie jest? W mieszkaniu jakiegoś faceta? Nie mogę uwierzyć, że spóźnia się na własną przeprowadzkę. – Szarpnęłam jedno z okien w przerobionym salonie, żeby zimne powietrze trochę rozpędziło zapach świeżej farby.
– Nie, właściwie to dzwoniła z okręgowego posterunku policji w śródmieściu. – Spojrzał na swoje buty.
– Skąd? Nic jej nie jest? O mój boże! Została pobita albo zgwałcona? Muszę natychmiast do niej jechać.
– Andy, nic jej nie jest. Została aresztowana. – Powiedział to cicho, jakby zawiadamiał rodziców, że ich dziecko nie zda do piątej klasy.
– Aresztowana? Została aresztowana? – Starałam się zachować spokój, ale zbyt późno zdałam sobie sprawę, że krzyczę. Tata wszedł, ciągnąc gigantyczny wózek, który wyglądał, jakby miał się przewrócić pod ciężarem nierówno ustawionych pudeł.
– Kto został aresztowany? – zapytał bez namysłu.
Gorączkowo szukałam jakiegoś kłamstwa, ale Alex interweniował, zanim zdołałam wymyślić cokolwiek w najmniejszym choćby stopniu wiarygodnego.
– Och, właśnie opowiadałem Andy, że wczoraj w nocy widziałem w telewizji, jak jedną z dziewczyn z TLC aresztowano za narkotyki. A zawsze wydawała się taka bardziej porządna…
Mój tata pokręcił głową i obejrzał pokój, słuchał nieuważnie i pewnie się zastanawiał, kiedy właściwie Alex i ja zaczęliśmy interesować się kobiecym rapem w takim stopniu, żeby o tym dyskutować.
– Wydaje mi się, że jedyny sposób, żeby zmieścić twoje łóżko, to ustawić je zagłówkiem do tej dalszej ściany – zawołał z mojego nowego pokoju. – A skoro już o tym mowa, lepiej pójdę sprawdzić, jak sobie radzą. Nie umiem sobie wyobrazić, czemu to może tak długo trwać.
Rzuciłam się na Aleksa, całkiem dosłownie, w chwili gdy zamknęły się drzwi mieszkania.
– Szybko! Mów, co się stało. Co się stało?
– Andy, wrzeszczysz. Nie jest tak źle. Właściwie to nawet dosyć zabawne. – Kiedy się roześmiał, wokół oczu zrobiły mu się zmarszczki i przez ułamek sekundy wyglądał dokładnie jak Eduardo. Brr.
– Aleksie Fineman, lepiej mi zaraz, kurwa, mów, co się stało z moją najlepszą przyjaciółką…
– Okej, okej, spokojnie. – Najwyraźniej świetnie się bawił. – Była wczoraj w mieście z jakimś facetem, którego nazywa Chłopakiem z Ćwiekiem na Języku. Czy wiemy, kto to jest?
Wpatrywałam się w niego.
– W każdym razie poszli na kolację i Chłopak z Ćwiekiem na Języku odprowadzał ją do domu, a ona uznała, że zabawnie byłoby pokazać mu kawałek golizny, dokładnie tam, gdzie stali, na ulicy przed restauracją. „Sexy – powiedziała – żeby poczuł się zainteresowany”.
Wyobraziłam sobie Lily, która odpakowuje miętówkę przeznaczoną na deser i leniwym krokiem wychodzi na zewnątrz po romantycznej kolacji tylko po to, żeby podciągnąć bluzkę dla swojego chłopaka, który zapłacił komuś za przebicie własnego języka ćwiekiem. Jezu.
– O nie. Ona nie…
Alex ponuro kiwnął głową, próbując się nie śmiać.
– Chcesz mi powiedzieć, że moja przyjaciółka została aresztowana za pokazanie piersi? To śmieszne. To Nowy Jork. Codziennie widuję kobiety, które praktycznie są topless, i to w miejscu pracy! – Znów wrzeszczałam, ale nie mogłam się opanować.
– Tyłka. – Ponownie przyglądał się swoim butom, a twarz miał tak czerwoną, że nie potrafiłam ocenić, czy ze wstydu, czy powstrzymywanego śmiechu.
– Co?
– Nie piersi. Tyłek. Dolną połowę. To znaczy wszystko. Od przodu i od tyłu. – W końcu wymknął mu się uśmiech szeroki od ucha do ucha i wydawał się taki rozradowany, że chyba musiał uważać, żeby nie posikać się w majtki.
– O nie, powiedz, że to nieprawda – jęknęłam, zastanawiając się, w co takiego wpakowała się moja przyjaciółka. – I jakiś gliniarz ją zobaczył i aresztował?
– Nie, najwyraźniej widziała ją dwójka małych dzieci i pokazały to swojej matce…
– O Boże…
– No więc ta matka poprosiła, żeby podciągnęła majtki, a Lily głośno jej powiedziała, co może sobie zrobić ze swoją opinią w tej kwestii, więc ta kobieta poszła i znalazła gliniarza, który stał na następnej ulicy.
– Przestań. Proszę, po prostu przestań.
– Będzie jeszcze lepiej. Zanim kobieta i gliniarz wrócili, Lily i Chłopak z Ćwiekiem na Języku zdążyli się zaangażować, całkiem namiętnie, i z tego, co mówiła, daleko zaszli.
– O kim ty mówisz? O mojej przyjaciółce Lily Goodwin? Moja słodka, urocza najlepsza przyjaciółka od ósmej klasy goła kurwi się na ulicy, gdzieś za rogiem? Z facetem, który ma ćwieka na języku?
– Andy, uspokój się. Naprawdę nic jej nie jest. Jedyny powód, dla którego gliniarz ją w sumie aresztował, to dlatego, że kazała mu się odpieprzyć, kiedy zapytał, czy rzeczywiście ściągnęła spodnie…
– O mój Boże. Więcej nie zniosę. Tak się musi czuć matka.
– …ale puścili ją, ostrzegając, by więcej tego nie robiła. Wraca do swojego mieszkania, żeby trochę dojść do siebie. Wygląda na to, że była całkiem pijana, bo w jakiej innej sytuacji można by olewać sugestie policji? Więc się nie martw. Załatwmy twoją przeprowadzkę, a potem możemy pojechać się z nią zobaczyć, jeżeli będziesz chciała. – Poszedł w stronę wózka, który tata zostawił na środku salonu i zaczął wyładowywać pudła.
Nie mogłam dłużej czekać, musiałam się dowiedzieć, co zaszło. Odebrała po czwartym dzwonku, tuż przed włączeniem się poczty głosowej, jakby się zastanawiała, czy odebrać.
– Nic ci nie jest? – zapytałam w sekundzie, w której usłyszałam jej głos.
– Hej, Andy. Mam nadzieję, że nie spieprzyłam przeprowadzki. Nie jestem ci potrzebna, prawda? Przepraszam za to wszystko.
– Nic mnie to nie obchodzi, obchodzi mnie, czy nic ci nie jest. – Właśnie przyszło mi na myśl, że Lily mogła spędzić noc na posterunku, biorąc pod uwagę, że była sobota rano, a ona skądś wychodziła. – Spędziłaś tam noc? W więzieniu?
– No tak, chyba można tak powiedzieć. Ale nie było tak źle, nic takiego jak w telewizji. Po prostu spałam w pokoju z jedną kompletnie nieszkodliwą dziewczyną, którą zatrzymali za coś równie głupiego. Strażniczki były absolutnie w porządku, to naprawdę nic wielkiego. Żadnych krat ani takich rzeczy. – Roześmiała się, ale zabrzmiało to głucho.
Przez chwilę trawiłam to, co usłyszałam, próbując pogodzić się z obrazem słodkiej Lily hippiski atakowanej przez jakąś wściekłą i napaloną lesbijkę w zalanej moczem celi.
– A gdzie, do cholery, był wtedy Język z Ćwiekiem? Po prostu cię zostawił, żebyś gniła w więzieniu? – Zanim zdążyła odpowiedzieć, przyszło mi na myśl coś innego: A gdzie ja, do cholery, wówczas byłam? Czemu Lily nie zadzwoniła do mnie?
– Właściwie to był wspaniały…
– Lily, dlaczego…
– …zaproponował, że ze mną zostanie, i nawet zadzwonił do prawnika swoich rodziców…
– Lily. Lily! Przestań na chwilę. Czemu do mnie nie zadzwoniłaś? Wiesz, że byłabym tam w jednej chwili i nie wyszłabym, dopóki by cię nie wypuścili. Więc dlaczego? Czemu do mnie nie zadzwoniłaś?
– Och, Andy, to już bez znaczenia. Naprawdę nie było tak źle, przysięgam. Nie mogę pojąć, że byłam taka głupia, i możesz mi wierzyć, skończyłam z upijaniem się do takiego stopnia. Po prostu nie warto.
– Dlaczego? Czemu nie zadzwoniłaś? Całą noc byłam w domu, byłabym tam w dwie sekundy.
– Nieważne, naprawdę. Nie zadzwoniłam, bo zdałam sobie sprawę, że albo pracujesz, albo jesteś naprawdę zmęczona, i nie chciałam zawracać ci głowy. Szczególnie w sobotę wieczorem.
Usiłowałam sobie przypomnieć, co takiego robiłam poprzedniego wieczoru i jedyne, co wyraźnie utkwiło mi w pamięci, to oglądanie Wirującego seksu w TNT, dokładnie po raz sześćdziesiąty ósmy w życiu. I ten był absolutnie pierwszym, kiedy zasnęłam, zanim Johnny oświadczył: „Nikt nie stawia Baby w kącie” i ruszył, żeby, całkiem dosłownie, porwać ją w ramiona, aż doktor Houseman przyzna, że to nie Johnny wpędził Penny w kłopoty, i poklepie go po plecach, i całuje Baby, która ostatnio odzyskała imię Frances. Uważałam całą tę scenę za czynnik, który określił rozwój mojej osobowości.
– Że pracuję? Myślałaś, że pracuję? A co bycie za bardzo zmęczonym ma wspólnego z tym, że potrzebujesz pomocy? Lii, nie rozumiem.
– Słuchaj, Andy, zostawmy to, okej? Pracujesz cały czas. Dzień i noc, często też w weekendy. A kiedy nie pracujesz, narzekasz na pracę. Nie żebym nie rozumiała, bo wiem, jaką masz harówkę, i wiem, że twoja szefowa to wariatka. Ale nie chciałam być właśnie tą osobą, która przeszkodzi ci w sobotę wieczorem, kiedy mogłaś odpoczywać albo być gdzieś z Aleksem. To znaczy on twierdzi, że w ogóle cię nie widuje, i nie chciałam go tego pozbawiać. Gdybym naprawdę cię potrzebowała, tobym zadzwoniła, i wiem, że przyleciałabyś galopem. Ale przysięgam, nie było tak źle. Proszę, czy możemy o tym zapomnieć? Jestem wykończona i naprawdę potrzebny mi prysznic i własne łóżko.
Byłam tak oszołomiona, że nie zdołałam się odezwać, ale Lily uznała moje milczenie za przyzwolenie.
– Jesteś tam? – zapytała po niemal trzydziestu sekundach, podczas których rozpaczliwie usiłowałam znaleźć słowa, żeby przeprosić albo wyjaśnić lub cokolwiek. – Słuchaj, właśnie weszłam do domu. Muszę się przespać. Mogę do ciebie zadzwonić później?
– Hm, ee, jasne – zdołałam wydusić. – Lii, tak mi przykro. Jeżeli kiedykolwiek miałaś wrażenie, że nie możesz…
– Andy, przestań. Nic się nie stało, nic mi nie jest, z nami wszystko w porządku. Po prostu porozmawiamy później.
– Okej. Śpij dobrze. Zadzwoń, gdybym mogła coś zrobić…
– Zadzwonię… Och, a jak nowe mieszkanie, tak przy okazji?
– Jest wspaniałe, Lii, naprawdę. Fantastyczne się spisałaś. Jest lepiej, niż sobie wyobrażałam. Będzie nam tu cudownie. – Nawet w moich własnych uszach brzmiało to bez wyrazu i stało się oczywiste, że mówię tylko po to, żeby mówić, zatrzymując ją przy telefonie, by się upewnić, czy nasza przyjaźń nie zmieniła się w jakiś niewyjaśniony, ale nieodwracalny sposób.
– Świetnie. Cieszę się, że ci się podoba. Mam nadzieję, że Chłopakowi z Ćwiekiem na Języku też się spodoba – zażartowała, chociaż to także zabrzmiało pusto.
Rozłączyłyśmy się i stałam tak w salonie, gapiąc się na telefon, dopóki nie wszedł mój tata i nie oznajmił, że zabiera mnie i Aleksa na lunch.
– Co się stało, Andy? I gdzie jest Lily? Zdałem sobie sprawę, że będzie potrzebowała pomocy przy swoich rzeczach, ale nie zamierzam zostać tu dłużej niż do trzeciej. Czy już jedzie?
– Nie, ee, rozchorowała się w nocy. Chyba zanosiło się na to od kilku dni, więc pewnie nie wprowadzi się do jutra. To właśnie z nią rozmawiałam.
– Cóż, jesteś pewna, że u niej wszystko w porządku? Myślisz, że powinniśmy do niej zajrzeć? Zawsze paskudnie się czuję z powodu tej dziewczyny, bez prawdziwych rodziców, tylko z tą stukniętą starą nietoperzycą babcią. – Położył mi rękę na ramieniu, jakby chciał wepchnąć mój ból głębiej. – Na szczęście ma ciebie za przyjaciółkę. Inaczej byłaby na świecie całkiem sama.
Głos uwiązł mi w gardle, ale po paru sekundach zdołałam wykrztusić parę słów.
– Tak, pewnie tak. Ale nic jej nie jest, naprawdę. Ma zamiar po prostu to przespać. Chodźmy po jakieś kanapki, okej? Portier powiedział, że cztery przecznice stąd są świetne delikatesy.
– Biuro Mirandy Priestly – odezwałam się stale teraz używanym znudzonym tonem, który, jak miałam nadzieję, informował o mojej niedoli każdego, kto ośmielał się zakłócać mój czas na mailowanie.
– Cześć, czy to Eem – em – em – Emily? – rozległ się sepleniący, zacinający się głos po drugiej stronie.
– Nie, Andrea. Jestem nową asystentką Mirandy – powiedziałam, mimo że zdążyłam się już przedstawić tysiącom ciekawskich rozmówców.
– Ach, nowa asystentka Mirandy – ryknął dziwny kobiecy głos. – Ależ jesteś najszczęśliwszą dziewczyną na ś – ś – ś – świecie! No i jak, póki co podoba ci się etat u diabła wcielonego?
Nabrałam animuszu. To było coś nowego. Podczas tych stu dni, które przepracowałam w Runwayu, nie spotkałam ani jednej osoby, która tak odważnie ośmieliłaby się źle wyrazić o Mirandzie. Mówiła poważnie? A może tylko mnie podpuszczała?
– Hm, no cóż, praca dla Runwaya to naprawdę pouczające doświadczenie – usłyszałam, że i ja się jąkam. – Oczywiście milion dziewczyn dałoby się zabić za tę posadę. – Czy ja to właśnie powiedziałam?
Chwila ciszy, po której nastąpiło coś jak wycie hieny.
– Och, to po prostu, k – k – k – kurwa, coś wspaniałego! – zaskrzeczała, jednocześnie jakby dusząc się ze śmiechu. – Czy zamyka was w mieszkaniu w West Village i odmawia wszystkich rzeczy od G – g – g – gucciego, dopóki nie macie mózgów odpowiednio wypranych, żeby rzeczywiście gadać takie gówniane kawałki? F – f – f – fantastyczne! Ta kobieta to naprawdę nie byle kto! No cóż, panno Pouczające Doświadczenie, ptaszki ćwierkały, że tym razem Miranda naprawdę zatrudniła sobie myślącą s – s – s – s – służącą, ale widzę, że ptaszki jak zwykle były w błędzie. Podobają ci się bliźniaki od Michaela Korsa i wszystkie te śliczne futra od J. Mendela? Tak, kotku, świetnie się nadasz. A teraz daj mi do telefonu tę swoją szefową z kościstym tyłkiem.
Miałam sprzeczne odczucia. Pierwszym impulsem było kazać się jej odpieprzyć, powiedzieć, że mnie nie zna i nietrudno się domyślić, że ta dyskusyjna postawa życiowa ma stanowić kompensatę za jąkanie. Ale bardziej chciałam przysunąć słuchawkę do ust i gorąco wyszeptać: Jestem więźniem, i to w większym stopniu, niż może pani sobie wyobrazić, proszę, och, proszę przyjść tu i uratować mnie przed tym piekielnym praniem mózgu. Ma pani rację, jest tak, jak pani to opisała, ale ja jestem inna! Ale nie miałam szansy ani na jedno, ani na drugie, ponieważ w końcu zdałam sobie sprawę, że nie wiem, do kogo należy ten głęboki, zacinający się głos.
Zrobiłam wdech i postanowiłam kolejno ją wypunktować – na każdy temat oprócz Mirandy.
– Cóż, oczywiście uwielbiam Michaela Korsa, ale muszę przyznać, że z pewnością nie za bliźniaki. Futra od J. Mendela są do przyjęcia, ale prawdziwa dziewczyna z Runwaya - to znaczy ktoś o wyróżniającym się, nieskazitelnym guście – wolałby coś szytego na miarę od George'a Polegeorgisa z Madison. Och, i na przyszłość preferowałabym użycie słowa „płatna pomoc” zamiast czegoś tak kategorycznego i ostrego jak „służąca”. A teraz oczywiście z przyjemnością sprostuję wszelkie błędne założenia, jakie pani poczyniła, ale czy mogłabym najpierw zapytać, z kim rozmawiam?
– Punkt dla ciebie, nowa asystentko Mirandy, punkt dla ciebie. Ty i ja m – m – możemy jednak zostać przyjaciółkami. Zwykle n – n – n – niezbyt lubię te roboty, które zatrudnia, ale to pasuje, bo i ją niezbyt lubię. Nazywam się Judith Mason i w razie gdybyś n – n – nie wiedziała, jestem autorką comiesięcznych artykułów o podróżach. A teraz powiedz mi, proszę, skoro jesteś wciąż relatywnie nowa: czy m – m – miesiąc miodowy już się skończył?
Milczałam. Co miała na myśli? Przypominało to rozmowę z bombą zegarową.
– I jak? Znajdujesz się w tym fascynującym przedziale czasu, k – k – k – kiedy pracujesz odpowiednio długo, żeby wszyscy poznali twoje imię, ale nie dość długo, żeby odkryli i wykorzystali wszystkie twoje słabości. Kiedy do t – t – t – tego dojdzie, to naprawdę słodkie uczucie, możesz mi wierzyć. Pracujesz w bardzo specyficznym miejscu.
Ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, stwierdziła:
– Dość już tego f – f – f – flirtowania, moja nowa przyjaciółko. Nie t – t – t – trudź się zawiadamianiem jej, że to ja, bo i tak nigdy nie odbiera moich t – t – telefonów. Chyba jąkanie ją wkurza. Tylko nie zapomnij umieścić mojego nazwiska w Biuletynie, żeby mogła kazać komuś do mnie oddzwonić. Dzięki, s – s – słodka. – Kliknięcie.
Odłożyłam słuchawkę oszołomiona i zaczęłam się śmiać. Emily podniosła wzrok znad jednego z zestawień wydatków Mirandy i zapytała, kto to był. Kiedy wyjaśniłam, że Judith, przewróciła oczyma dość gwałtownie, żeby ledwie dały radę wrócić na miejsce, i powiedziała:
– To skończona suka. Pojęcia nie mam, jak Miranda w ogóle z nią rozmawia. W każdym razie nie odbiera jej telefonów, więc możesz jej nie mówić, kiedy dzwoni. Po prostu umieść ją w Biuletynie i Miranda każe komuś do niej oddzwonić. – Wyglądało na to, że Judith rozumiała tajne prawidła działania naszego biura lepiej ode mnie.
Dwukrotnie kliknęłam w ikonę o nazwie „Biuletyn” na ekranie mojego lśniącego iMaca i przejrzałam jego dotychczasową zawartość. Biuletyn był kwintesencją biura Mirandy Priestly i, z tego, co zdążyłam zauważyć, całym sensem jej życia. Wymyślony wiele lat temu przez jakąś znerwicowaną, znajdującą się pod presją asystentkę, Biuletyn był dokumentem utworzonym w Wordzie, a mieścił się w folderze, do którego obie, Emily i ja, miałyśmy dostęp. Tylko jedna osoba naraz mogła go otwierać i dodawać nową wiadomość lub pytanie do ułożonej w punkty listy. Potem drukowałyśmy uaktualnioną wersję i umieszczałyśmy ją na podkładce na półce przy moim biurku, usuwając starą. Miranda sprawdzała ją co kilka minut przez cały dzień i Emily oraz ja trudziłyśmy się, żeby zapisać, wydrukować i przypiąć nową wersję po każdym kolejnym telefonie. Często syczałyśmy na siebie, żeby zamknąć Biuletyn, bo tej drugiej potrzebny był dostęp do niego i możliwość zapisania wiadomości. Jednocześnie drukowałyśmy nasze wersje na oddzielnych drukarkach i rzucałyśmy się w stronę podkładki, nie wiedząc, która ma wydruk bardziej aktualny, dopóki nie stanęłyśmy twarzą w twarz.
– Na moim ostatnia wiadomość jest od Donatelli – powiedziałam, wyczerpana napięciem związanym z próbą zakończenia wpisu, zanim Miranda wejdzie do biura. Eduardo dzwonił ze stanowiska ochrony na dole, żeby nas ostrzec. Była w drodze na górę. Sophy jeszcze nie zatelefonowała, ale wiedziałyśmy, że to kwestia sekund.
– Mam portiera z paryskiego Ritza po Donatellim – prawie krzyknęła tryumfująca Emily, przypinając swój wydruk do podkładki. Zabrałam własny, nieaktualny od czterech sekund Biuletyn na biurko do przejrzenia. Myślniki w numerach telefonów nie były dozwolone, tylko kropki. W oznaczeniach czasu żadnych dwukropków, tylko kropki. Czas należało zaokrąglić w górę lub w dół do najbliższego kwadransa. Numery, pod które trzeba oddzwonić, zawsze widniały w osobnych linijkach, żeby łatwiej było je odróżnić. Podanie czasu sygnalizowało, że ktoś dzwonił. Słowo „nota” oznaczało coś, co Emily lub ja miałyśmy jej do powiedzenia (ponieważ zwracanie się do niej bez pytania nie wchodziło w grę, wszystkie związane z daną sprawą informacje trafiały do Biuletynu). „Przypomnienie” to polecenie pozostawione przez Mirandę w naszych skrzynkach głosowych między pierwszą w nocy a piątą rano danego dnia. Wiedziała, że coś, co nagrała, mogła uznać za załatwione. O sobie miałyśmy wspominać w trzeciej sobie – oczywiście o ile tego rodzaju odwołanie było całkowicie konieczne. Często nakazywała nam dowiedzieć się dokładnie, kiedy i pod jakim numerem dana osoba była osiągalna. W takim przypadku owoce naszych poszukiwań mogły trafić zarówno pod szyld „nota”, jak i „przypomnienie”. Pamiętałam, że kiedyś czytałam Biuletyn jak wersję „kto jest kim” w tym tłumie w ciuchach od Prady, ale mój znieczulony mózg przestał rejestrować jako „wyjątkowe” nazwiska właścicieli superwielkich pieniędzy, supergwiazd mody i w ogóle wszystkich robiących superwielkie wrażenie. W mojej runwayowskiej rzeczywistości sekretarz osobisty z Białego Domu był niewiele bardziej interesujący niż weterynarz, który chciał z nią porozmawiać o diecie szczeniaka (słabe szansę, żeby do niego oddzwoniła!).
Czwartek, 28 czerwca
7.30: Dzwoniła Simone z paryskiego biura. Ustaliła z panem Testino daty zdjęć w Rio i potwierdziła wszystko z agentem Giselle, ale musi jeszcze przedyskutować z tobą kwestie stylu. Zadzwoń od niej, proszę. 011.33.1.55.91.30.80
8.15: Dzwonił pan Tomlinson. Jest pod komórką. Zadzwoń od niego, proszę.
Nota: Andrea rozmawiała z Bruce'em. Powiedział, że w dużym lustrze w twoim foyer brakuje kawałka gipsowej ozdoby w lewym górnym rogu. Zlokalizował identyczne lustro w sklepie z antykami w Bordeaux. Czy ma je zamówić?
8.25: Dzwonił Jonathan Cole. W sobotę wyjeżdża do Melbourne i przed wyjazdem chciałby doprecyzować szczegóły. Zadzwoń od niego, proszę. 555.6960
Przypomnienie: Zadzwonić do Karla Lagerfelda w sprawie przyjęcia dla Modelki Roku. Będzie osiągalny w swoim domu w Biarritz dziś wieczorem od 8.00 – 8.30 jego czasu 011.33.1.55.22.06.85: dom 011.33.1.55.22.58.85: studio w domu 011.33.1.55.22.92.01: kierowca 011.33.1.55.43.75.50: telefon komórkowy 011.33.1.55.66.76.49: numer asystenta w Paryżu, w razie gdybyś nie mogła go znaleźć 9.00: Dzwoniła Natalie z Glorious Foods z pytaniem, czy wolisz, żeby vacherin * napełniono mieszanymi owocami w syropie, czy ciepłym kompotem rabarbarowym. Zadzwoń od niej, proszę 555.7089
9.00: Dzwoniła Ingrid Sischy pogratulować kwietniowego numeru. Mówi, że okładka jest „spektakularna, jak zawsze”, i chce wiedzieć, kto stylizował zdjęcie na pierwszą stronę okładki. Zadzwoń od niej, proszę 555.9473: biuro 555.9382: dom
NOTA: Dzwonił Miho Kosudo z przeprosinami, że nie udało się dostarczyć kwiatów dla Damiena Hirsta. Prosił, żeby na pewno przekazać, że czekali przed jego budynkiem przez cztery godziny, ale ponieważ nie ma portiera, musieli zrezygnować. Jutro spróbują ponownie
9.10: Dzwonił pan Samuels. Będzie osiągalny dopiero po lunchu, ale chce przypomnieć o zebraniu rodziców z nauczycielami dziś wieczorem w Horace Mann. Chciałby przedtem przedyskutować z tobą projekt Caroline z historii. Zadzwoń do niego, proszę po 2.00, ale przed 4.00 555.5932
9.15: Ponownie dzwonił pan Tomlinson. Prosił Andreę o zrobienie rezerwacji na dzisiejszą kolację po zebraniu rodziców. Zadzwoń do niego, proszę. Jest pod komórką
NOTA: Andrea zrobiła rezerwację dla ciebie i pana Tomlinsona na dziś wieczór na 8.00 w La Caravelle. Rita Jammet powiedziała, że nie może się doczekać, kiedy was zobaczy, i jest zachwycona, że wybraliście jej restaurację
9.25: Dzwoniła Donatella Versace. Powiedziała, że ustalono wszystko w związku z twoją wizytą. Czy będziesz potrzebowała jakiegoś personelu oprócz kierowcy, szefa kuchni, trenera, fryzjera i wizażysty, osobistej asystentki, trzech pokojówek oraz kapitana jachtu? Jeśli tak, zawiadom ją, proszę, zanim wyjedzie do Mediolanu. Zapewni także telefony komórkowe, ale nie będzie mogła ci towarzyszyć, ponieważ przygotowuje się do pokazów 011.3901.55.27.55.61
9.45: Dzwonił monsieur Renaud z paryskiego Ritza. Chciał wiedzieć, czy wolałabyś obejrzeć pokazy w piątek, czy w sobotę wieczorem. Potwierdził też kierowcę, którego tak lubisz, na czas twojej wizyty. Wciąż pracuje nad fryzjerem i wizażystą, ale spodziewa się, że nie będzie żadnych problemów. Jeżeli masz jakieś pytania, zadzwoń do niego do domu 011.33.1.55.74.46.56
Zgniotłam kartkę i rzuciłam do kosza pod swoim biurkiem, gdzie z miejsca nasiąkła resztkami trzeciego porannego latte Mirandy. Jak na razie stosunkowo normalny dzień, jeżeli chodzi o Biuletyn. Właśnie miałam kliknąć na „skrzynkę odbiorczą” na swoim koncie na Hotmail, żeby sprawdzić, czy ktoś do mnie napisał, kiedy niespiesznie weszła do biura. Cholera niech weźmie tę Sophy! Znów zapomniała o ostrzegawczym telefonie.
– Spodziewam się, że Biuletyn jest uaktualniony – odezwała się lodowatym tonem, nie nawiązując kontaktu wzrokowego ani w żaden inny sposób nie potwierdzając, że jest świadoma naszej obecności.
– Tak jest, Mirando – odparłam, podając jej podkładkę, żeby nie musiała po nią sięgać. Trzy słowa do rachunku, pomyślałam, przewidując – i modląc się o to – żeby nie przekroczyć w ciągu dnia siedemdziesięciu pięciu. Zdjęła swoje sięgające talii norki, tak miękkie, że musiałam siłą powstrzymać się, żeby z miejsca nie zanurzyć w nich twarzy, i rzuciła je na moje biurko. Gdy poszłam powiesić to wspaniałe martwe zwierzę w szafie, próbując dyskretnie otrzeć futrem o policzek, poczułam gwałtowny wstrząs przy dotyku zimna i wilgoci: do futra przylgnęły maleńkie kawałki zamarzniętej mżawki. Jak rozkosznie a propos.
Zdejmując pokrywkę z ciepłego latte, starannie ułożyłam tłusty stos bekonu, kiełbasek i drożdżówkę z serem na brudnym talerzu. Na palcach weszłam od jej gabinetu i ostrożnie umieściłam wszystko na biurku, dyskretnie z boku. Była skupiona na pisaniu czegoś na swojej papeterii od Dempsey & Carroll w kolorze ecru i odezwała się tak miękko, że ledwie ją słyszałam.
– Ahn – dre – ah, muszę omówić z tobą przyjęcie zaręczynowe. Przynieś notatnik.
Skinęłam głową, jednocześnie zdając sobie sprawę, że kiwanie głową nie liczy się jako słowo. To przyjęcie zaręczynowe stało się już zmorą mojego życia, a wciąż dzielił nas od niego miesiąc, ale ponieważ Miranda niedługo wyjeżdżała na europejskie pokazy i miała być nieobecna przez dwa tygodnie, planowanie przyjęcia zajmowało znaczącą większość ostatnich dni pracy nas obu. Wróciłam z notatnikiem i piórem, przygotowując się, że nie zrozumiem ani słowa z tego, co powie. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie usiąść, bo łatwiej byłoby wówczas notować, ale rozsądnie się przed tym powstrzymałam. Westchnęła, jakby chodziło o tak obciążające zadanie, że nie miała pewności, czy da radę, i szarpnęła białą apaszkę od Hermesa, którą oplatała wokół nadgarstka jak coś w rodzaju bransoletki.
– Znajdź Natalie z Glorious Foods i powiedz jej, że wolę kompot rabarbarowy. Nie daj się przekonać, że musi rozmawiać bezpośrednio ze mną, bo nie musi. Porozmawiaj też z Miho i upewnij się, że zrozumieli moje polecenia co do kwiatów. Przed lunchem połącz mnie z Robertem Isabell, żeby omówić kwestie obrusów, kart wizytowych i tac. I z tą dziewczyną z muzeum, żeby sprawdzić, kiedy mogę się upewnić, że wszystko jest ustalone jak należy. Każ jej przefaksować ustawienie stołów, żebym mogła zrobić plan stołu. Na razie to wszystko.
Wyrecytowała tę listę bez najmniejszej nawet przerwy w pisaniu notatki, a kiedy skończyła mówić, wręczyła mi świeżo napisany liścik do wysłania maiłem. Zakończyłam bazgranie w notesie, mając nadzieję, że wszystko dobrze zrozumiałam, co biorąc pod uwagę akcent i ekspresowe tempo, nie zawsze było proste.
– Okej – zamruczałam i odwróciłam się, żeby wyjść, zwiększając do czterech sumę „Słów do Mirandy”. Może nawet nie przekroczę pięćdziesięciu, pomyślałam. Czułam, jak ocenia rozmiar mojego tyłka, gdy oddalałam się od biurka, i przelotnie rozważyłam zrobienie zwrotu i wycofanie się tyłem jak religijni Żydzi, którzy oddalają się od Ściany Płaczu. Jednak tylko wślizgnęłam się w bezpieczne zacisze swojego biurka, mając przed oczyma obraz setek tysięcy chasydów w czarnych ciuchach od Prady, wielkiego kręgu wycofujących się tyłem sprzed oblicza Mirandy Priestly.