Kami-no-ku

Zgłoska pierwsza, mająca pewien związek ze Wschodem

Tego dnia, w którym zbliżał się do końca straszliwy pogrom floty rosyjskiej pod Cuszimą i ledwie zaczęły przelatywać nad Europą pierwsze głuche, niepokojące wieści o krwawym tryumfie Japończyków – tego właśnie dnia sztabskapitan Rybnikow, zamieszkały w zaułku bez nazwy na Piaskach, otrzymał z Irkucka taką depeszę:

„Arkusze wysłać natychmiast, uważać na chorego, wydatki zapłacić”.

Sztabskapitan Rybnikow uprzedził natychmiast swą gospodynię, żeby nieobecność jego nie sprawiła jej niepokoju, gdyż interesy zmuszają go do wyjazdu z Petersburga na jeden lub dwa dni. Potem ubrał się, wyszedł z domu i nigdy już tam nie wrócił *.

Dzień Wasyla Aleksandrowicza upływał od rana jak najzwyklejszym trybem, czyli na koszmarnej krzątaninie. Dojechawszy dorożką do centrum miasta, dalej przemieszczał się już wyłącznie pieszo i nie bacząc na ułomność (wyraźnie kulał na prawą nogę), zdołał odwiedzić niewiarygodną ilość miejsc.

Zaczął od komendantury, gdzie odszukał sekretarza referatu transportowo-obrachunkowego i z tryumfalną miną zwrócił pożyczonego onegdaj rubla. Potem skierował się na plac Simeonowskl do kwatery głównej wojsk kozackich, by wywiedzieć się o złożone przed dwoma z górą miesiącami podanie, które utknęło w kolejnej instancji. Stamtąd udał się do wojskowego zarządu kolejnictwa – od dawna ubiegał się o stanowisko archiwisty tamtejszego wydziału planów. Owego dnia jego drobną, zabieganą postać widziano i w generalnym inspektoracie artylerii na Zachariewskiej, i w intendenturze służb remontowych na Morskiej, i nawet w komitecie pomocy rannym na Kirocznej (Rybnikow ani rusz nie mógł się doprosić zaświadczenia o kontuzji głowy pod Laojanem).

Wszędzie tam wścibski wojak zdołał już spowszednieć. Biuraliści poufałym gestem pozdrawiali starego znajomka i czym prędzej robili zwrot, by z widocznym zaaferowaniem dać nura w papiery i służbowe rozmowy. Z doświadczenia wiedziano, że gdy sztabskapitan raz się przyssie, już nie popuści.

Wasyl Aleksandrowicz zwykł czas jakiś kręcić strzyżoną makówką, węszyć śliwkowatym nosem – typował ofiarę. Wybrawszy, bez ceremonii rozsiadał się wprost na biurku, puszczał w ruch nogę w sfatygowanej cholewie, gestykulując i plotąc, co popadnie: o rychłym pogromie japońskich makaków, swoich wyczynach na froncie, stołecznej drożyźnie. Posłać go w diabły było niesporo – bądź co bądź, oficer, ranny pod Mukdenem. Pojono więc intruza herbatą, częstowano papierosami, odpowiadano na bzdurne pytania i co prędzej spławiano go do innego wydziału, gdzie wszystko powtarzało się od nowa.

O trzeciej po południu sztabskapitan, zajrzawszy w sprawach zaopatrzeniowych do biur sanktpetersburskiego arsenału, zerknął raptem na ręczny zegarek o lśniącym niby lustro szkiełku (wszyscy po tysiąc razy słyszeli historię tego chronometru, jakoby daru od pojmanego w niewolę japońskiego markiza) i jął się okropnie śpieszyć. Łypnąwszy żółtobrązowym okiem, rzekł do dwóch spedytorów, umęczonych do cna jego trajkotem:

– Pogadało się setnie. Ale darujcie, czas na mnie. Entre nous - schadzka z uroczą damą. Katusze żądz i te rzeczy. Jak mawiają japciuchy, kuj żelazny, póki golący.

Parsknął na pożegnanie śmiechem.

– Niezły okaz – westchnął pierwszy spedytor, młodziutki podchorążak. – I proszę, znalazł sobie jakąś.

– Łgarstwo, podpuszcza – osadził go drugi, w tymże stopniu, lecz sporo starszy. – Kto na taką tryumfujarę poleci?


* * *

Bogatszy w doświadczenie życiowe spedytor miał rację. W mieszkaniu na Nadieżdińskiej, dokąd Rybnikow długo przemykał z Litiejnego przechodnimi bramami, oczekiwała nie urocza dama, lecz młodzian w marynarce w pepitkę.

– A cóż tak późno? – zakrzyknął nerwowo młodzieniec, otwarłszy na umówione pukanie (dwa, trzy, po czym znów dwa razy). – Pan jest Rybnikow, tak? Czterdzieści minut czekam!

– Musiałem trochę pokluczyć. Coś mi się wydawało, że… – odparł Wasyl Aleksandrowicz, penetrując ciasny lokal, przy czym zajrzał nawet do wychodka i na kuchenne schody. – Przywiózł pan? Proszę dać.

– A jakże, z Paryża. Mnie, wie pan, zlecili, żeby nie wpierw do Petersburga, tylko przedtem zajechać do Moskwy, bo…

– Wiem – nie pozwolił mu skończyć sztabskapitan, biorąc dwie koperty: jedną wypchaną, drugą cieniutką.

– Granicę przekroczyłem, aż dziw, całkiem gładko. Na walizkę ani spojrzeli, żadnych opukiwań. A w Moskwie powitali dziwnie. Ten Drozd był jakiś sztywny – oznajmił galant w pepitce, którego widać wielce świerzbił język. – Bądź co bądź, nadstawiam głowy i mam prawo liczyć na…

– Żegnam pana – znów przerwał mu Wasyl Aleksandrowicz, nie tylko obejrzawszy, ale i obmacawszy wzdłuż zaklejeń obie koperty. – Tuż po mnie proszę nie wychodzić. Odczekać jakąś godzinę – potem może pan wyjść.

Wynurzywszy się z bramy, sztabskapitan zwrócił głowę w obie strony, przypalił papierosa i dawnym krokiem – podrygującym, ale nad podziw szparkim – ruszył ulicą. Obok zabrzęczał elektryczny tramwaj. Rybnikow porzucił nagle chodnik na rzecz jezdni, puścił się biegiem i zręcznie wskoczył na stopień.

– Pa-anie wielmożny – z wyrzutem pokręcił głową konduktor – tak ino łobuziaki robią. A jakby tak, odpukać, poślizg? Bo to i nóżka chroma…

– E tam – odparł dziarsko Rybnikow. – Ruski wojak jak mawia? Raz krzyż ze srebra, raz bagnet w żebra. Zginę – krótki żal. Sam jak palec, łzy nikt nie uroni… Nie, bracie, ja tylko tak, na minutkę – odżegnał się od biletu i w istocie za moment w tenże łobuzerski sposób dał susa na jezdnię.

Uskoczywszy przed dorożką, smyrgnął tuż koło maski auta, które zaniosło się histerycznym porykiem klaksonu, i żwawo pokuśtykał w zaułek.

Tu było całkiem pusto – ani pojazdów, ani przechodniów. Sztabskapitan otwarł obie koperty. Rzucił wzrokiem w głąb grubszej, dostrzegł ceremonialne powitanie, i równe rządki ideogramów i odłożył lekturę – schował kopertę do kieszeni. Za to drugi list, nakreślony energiczną katakaną, zawładnął bez reszty uwagą idącego.

Oto treść listu:


Drogi synu! Rad jestem z Ciebie, lecz nadszedł czas, by wymierzyć cios decydujący – teraz już nie w rosyjskie tyły, a nawet nie w armię, lecz w Rosję samą. Nasze wojska zdziałały, co mogły, ale spłynęły krwią; moce naszego przemysłu są na wyczerpaniu. Czas, niestety, działa na naszą niekorzyść. A Twoje zadanie – to uczynić, by czas przestał być sojusznikiem Rosjan. Trzeba, żeby tron zadrżał pod carem i odeszła go chęć do wojny. Całą przygotowawczą pracę wykonał nasz przyjaciel, pułkownik A. Wysłany przezeń ładunek dostarcz do Moskwy, do znanego Ci adresata. Ponagli] go. Dłużej niż trzy-cztery miesiące się nie utrzymamy.

Jeszcze jedno. Istnieje wielka potrzeba poważnej dywersji na magistrali. Każda przerwa w zaopatrzeniu armii Liniewicza odroczy nieuniknioną katastrofę. Pisałeś, że o tym pamiętasz i masz pomysły. Wprowadź je w życie, przyszła pora.

Wiem, że żądam od Ciebie nieomal niemożliwego. Ale przecież uczono Cię: „Co prawie niemożliwe – możliwe”.

Mamusia prosiła przekazać, że się za Ciebie modli.


Na zdobnym wydatnymi kośćmi policzkowymi obliczu Rybnikowa nie odbiły się żadne uczucia. Sztabskapitan potarł zapałkę, podpalił kopertę i kartkę, popiół strząsnął na ziemię i roztarł obcasem. Ruszył dalej.

Druga przesyłka była od attache wojskowego w Europie, pułkownika Akashi, i cała niemal składała się z liczb i dat. Sztabskapitan przebiegł ją wzrokiem, studiować nie musiał: pamięć miał Wasyl Aleksandrowicz wyborną.

Znów zapalił zapałkę, i podczas gdy kartka płonęła, spojrzał na zegarek, podniósłszy go prawie pod sam nos.

I tu czekała Rybnikowa niemiła niespodzianka. W zwierciadlanym szkiełku japońskiego chronometru odbił się człowiek w meloniku, z laseczką. Jegomość ów siedział w kucki, oglądając coś na chodniku – w tym właśnie miejscu, gdzie sztabskapitan spalił przed minutą list ojca.

List – głupstwo, spalony był do cna; Wasyla Aleksandrowicza zaniepokoiła bardziej rzecz inna. Nie pierwszy już raz spoglądał w swe sprytne szkiełko i wcześniej nikogo poza sobą nie widział. Skąd wziął się człowiek w meloniku: oto co było ciekawe.

Jak gdyby nigdy nic, Rybnikow ruszył dalej, częściej niż dotąd popatrując na zegarek. Lecz z tyłu znów nie było nikogo. Czarne brwi sztabskapitana wygięły się niespokojnie. Zniknięcie ciekawskiego jegomościa zafrasowało go bardziej niż to, że się zjawił.

Ziewając, Rybnikow skręcił w przejezdną bramę, skąd trafił na bezludne, kamienne podwórze. Obrzucił wzrokiem okna (martwe, niezamieszkane) i naraz, przestawszy kuleć, podbiegł do parkanu dzielącego podwórko. Ogrodzenie było bardzo wysokie, lecz Wasyl Aleksandrowicz przejawił bajeczną sprężystość – podskoczył niemal na sążeń, złapał się rękoma za szczyt płotu i podciągnął ciało. Nic nie stało na przeszkodzie, by przerzucił się na drugą stronę, lecz sztabskapitan poprzestał na tym, że zajrzał tam przez krawędź.

Sąsiednie podwórze okazało się zaludnione – na pokreślonym kredą asfalcie skakała na jednej nodze chuda dziewczynka. Druga, mniejsza, stała obok i patrzyła.

Rybnikow poniechał przełażenia. Zeskoczył, szybko ruszył na powrót ku bramie, rozpiął rozporek i zaczął sikać.

Przy tej intymnej czynności zastał go człowiek w meloniku i z laseczką, wbiegłszy kłusem do bramy.

Stanął jak wryty i zamarł.

Wasyl Aleksandrowicz speszył się.

– Pardon, przypiliło mnie – wyjaśnił, otrząsając krople i gestykulując wolną ręką. – Nasze rosyjskie niechlujstwo, za mało publicznych latryn. A w Japonii, jak mówią, co krok wychodek. I dlatego to nie sposób przeklętych małpiszonów pobić.

Widząc uśmiech sztabskapitana, skłonny do pośpiechu jegomość, choć nasrożony, także rozchylił pod wąsem wargi.

– Samuraj – jak taki wojuje? – bajdurzył dalej Rybnikow, zapinając spodnie i podchodząc bliżej. – Nasz okop żołnierzyk z czubem ugnoi, a samuraj skośnooki opcha się ryżu – i, rzecz jasna, go zatka. Tak z tydzień można na stronę nie chodzić. Za to zluzowany z pierwszej linii na tyły dwa dni z kibla nie złazi.

Wielce rad ze swej błyskotliwości, sztabskapitan zaniósł się piskliwym śmiechem i, zapraszając jakby do podzielenia tej wesołości rozmówcę, szturchnął go leciutko palcem w bok.

Wąsaty nie zaśmiał się, lecz jakoś dziwnie czknął, złapał się za lewą stronę piersi i siadł na ziemi.

– Mamuniu – powiedział niespodzianie cienkim głosem. I jeszcze raz, cicho: – Mamuniu…

– Co z panem? – spłoszył się Rybnikow, oglądając się. – Serduszko złapało? Aj, aj, kiepsko! Ja zaraz, po doktora! Migiem!

Wybiegł w zaułek, lecz tam raptem przestał się śpieszyć.

Jego twarz przybrała wyraz obojętności. Sztabskapitan zakołysał się na obcasach, rozważając coś czy postanawiając, i ruszył z powrotem w stronę Nadiezdinskiej.

Zgłoska druga, w której dobiegają kresu dwie ludzkie perci

Eustracjusz Pawłowicz Mylnikow, naczelnik sekcji inwigilacji zewnętrznej Oddziału Specjalnego Departamentu Policji, wrysował w kartusz sierp i młot, dodając po bokach dwie pszczółki, powyżej – mundurową czapkę, a na wstędze u spodu łacińską dewizę: „Gorliwość i służba”. Schyliwszy łysawą głowę, napawał się swoim dziełem.

Herb rodu Mylnikowów radca dworu zaprojektował osobiście i nie bez głębszych intencji. Że, niby, do arystokracji się nie pchając, gminnego pochodzenia nie wstydząc – ojciec był zwykłym kowalem (młot), dziad włościaninem (sierp) – dzięki gorliwości (pszczółki) tudzież cesarskiej służbie (czapka) dostąpiło się stosownego do zasług wywyższenia.

Szlachectwo dziedziczne Eustracjusz Pawłowicz zyskał już w zeszłym roku, wraz z orderem Włodzimierza trzeciej klasy, lecz Heroldia zwłóczyła wciąż z akceptacją herbu, wciąż się czepiała. Zatwierdziła, owszem, sierp, młot oraz pszczółki, lecz przy czapce stanęła okoniem: nazbyt jakoby podobna do przysługującej tylko utytułowanym korony.

Od niejakiego czasu Mylnikowem owładnął pewien nawyk: gdy zdarzyło mu się popaść w zadumę, kreślił na kartce drogi sercu emblemat. Na początku, co prawda, nie wychodziły mu pszczoły, lecz z czasem Eustracjusz Pawłowicz nabrał wprawy, aż miło było spojrzeć. Teraz właśnie starannie kreskował ciemne paseczki odwłoków niestrudzonych pracownic – wyszło jak złoto – popatrując na plik papierów, leżący obok jego lewego łokcia. Dokument, który wprawił w zadumę radcę dworu, nosił tytuł „Dziennik inwigilacji w m. Sankt Petersburgu obywatela honorowego Androna Siemionowa Komarowskiego (ps.»Spięty«) w dn. 15 maja 1905 r.” *. Osobnika nazwiskiem „Komarowski” (wedle wszelkich podejrzeń – na fałszywych papierach) przejęto z ręki do ręki od moskiewskiej Ochrany w celu ustalenia kontaktów i powiązań.

No i masz tobie.


Obiekt przejęty od filera moskiewskiego Lotnego Oddziału na dworcu o godz. 7 min 25. Przekazujący (filer Hnatiuk) powiadomił, że po drodze Spięty z nikim nie rozmawiał, a z przedziału wychodził tylko za własną potrzebą.

Przejęty obiekt śledzono w dwóch dorożkach do domu Buntinga przy ul. Nadieżdińskiej. Tam Spięty wszedł na trzecie piętro, do lokalu nr 7 i więcej stamtąd nie wychodził. Lokal nr 7 podnajmuje niejaki Zwilling, mieszkaniec Helsingforsu, który jednak pojawia się w mieszkaniu nadzwyczaj rzadko (ostatni raz, jak zaświadcza stróż, był w początkach zimy).

O godz. 12 min 38 obiekt zawezwał dzwonkiem elektrycznym stróża. W charakterze stróża udał się do niego filer Maksymienko. Spięty dał rubla, kazał kupić bułki, kiełbasę i parę piw. Poza nim, jak się zdaje, w lokalu nie było nikogo.

Przyniósłszy zakupy, Maksymienko otrzymał jako napiwek resztę (17 kop.). Zwrócił uwagę, że obiekt bardzo się denerwuje. Całkiem jakby na kogoś czy na coś czekał.

O godz. 3 min 15 do bramy wszedł oficer, któremu nadano ps. „Kałmuk”. (Sztabskapitan, odznaki intendentury na kołnierzu, kuleje na prawą nogę, wzrostu niedużego, kości policzkowe wydatne, włosy czarne.)

Wszedł do lokalu nr 7, ale po czterech minutach wyszedł i poszedł w stronę ul. Bassiejnej. Skierował się za nim filer Maksymienko.

Spięty z bramy nie wyszedł. O godz. 3 min 31 podszedł do okna, postał, popatrzył na zewnątrz, potem się cofnął.

Maksymienko nie wrócił do tej pory.

Obecnie (8 wieczór) inwigilację zewnętrzną przekazuję zmianie starszego filera Ziablikowa.

St. filer Smurow


Na pozór krótko i jasno.

Krótko, bo krótko, ale ni diabła nie jasno.

Półtorej godziny temu, ledwie Eustracjusz Pawłowicz otrzymał przytoczony meldunek, zatelefonowano doń z cyrkułu na Bassiejnej. Powiadomiono, że na podwórzu domu w zaułku Mitawskim znaleziony został martwy mężczyzna z legitymacją na nazwisko filera Lotnego Oddziału Wasyla Maksymienki. Nie minęło dziesięć minut, a radca dworu był już na miejscu i upewnił się naocznie: ano tak, Maksymienko. Oznak gwałtownej śmierci, jak też śladów walki czy nieładu odzieży, nie stwierdzono. I bez przeprowadzania sekcji doświadczony jak mało kto medyk sądowy Karł Stiepanycz stwierdził ustanie akcji serca.

Cóż: Mylnikow, rzecz jasna, nie pozostał nieczuły, puścił nawet łezkę po starym druhu, z którym przeżyło się ramię w ramię dziesięć latek w nielichych, bywało, opałach. Skądinąd i ów Włodzimierz, dzięki któremu wziął początek nowy ród szlachecki, osiągnięty został nie bez udziału Wasyla.

W zeszłym roku bowiem, w maju, wpłynął sekretny raport konsula w Hongkongu, że w kierunku Kanału Suskiego, a ściślej do miasta Aden, zmierza w charakterze handlowców czwórka Japończyków. Tyle że żadni to handlowcy, ale oficerowie marynarki wojennej: dwaj minerzy i dwaj nurkowie. Mają w planach umieszczenie podwodnych bomb na trasie detaszowanych na Daleki Wschód krążowników Eskadry Czarnomorskiej *.

Eustracjusz Pawłowicz zabrał ze sobą sześciu najlepszych agentów, starych wygów (w tej liczbie i nieboszczyka Maksymienkę), pognał do Adenu i tam, na bazarze, odgrywając schlanych marynarzy, urządzili nożową rozprawę – porżnęli Japońców na dzwonka, a ich bagaż utopili w zatoce. Krążowniki przeszły jak po maśle. Co prawda, makaki i tak wkrótce posłały je na dno, ale tu już, jak to mówią, nasza chata z kraja.

Proszę, jakiego współpracownika utracił radca dworu. I żeby tak jeszcze z jakiej godnej przyczyny – a tymczasem: „ustanie akcji serca”!

Wydawszy rozporządzenia w sprawie doczesnych szczątków Maksymienki, Mylnikow powrócił do siebie, na Fontankę, odczytał meldunek w sprawie Spiętego i zdjął go jakiś niepokój. Polecił, by Lońka Ziablikow, chłopak z głową na karku, przeszukał lokal nr 7.

No i cóż? Węch nie zawiódł starego wilczarza.

Przed dziesięcioma minutami zameldował się telefonicznie Ziablikow. Że – relacjonował – jak należy, za hydraulika się podawszy, dzwoni i puka pod siódemkę, odpowiedzi żadnej. Więc otwiera drzwi wytrychem.

Spięty wisi w pętli przed oknem, na karniszu do zasłon. Wedle wszelkich oznak, samobójstwo: siniaków, zadrapań brak, na stole kartka, ołówek – widać człowiek zbierał się pisać list pożegnalny, lecz się rozmyślił.

Eustracjusz Pawłowicz wysłuchał zdyszanej relacji agenta, kazał mu czekać na ekipę śledczą, a sam siadł przy biurku i jął kreślić herb: dla rozjaśnienia umysłu, a jeszcze bardziej dla uspokojenia nerwów.

Bo nerwy miał radca dworu ostatnio do luftu. W orzeczeniu lekarskim widniało: „Neurastenia ogólna w wyniku przemęczenia; rozszerzenie osierdzia, rozedma płuc i częściowe porażenie rdzenia kręgowego, zagrażające paraliżem”. Paraliżem! Za wszystko w życiu się płaci, i to zwykle dużo drożej, niż się sądziło.

Ale, bądź co bądź: szlachcic dziedziczny i naczelnik najważniejszego oddziału, uposażenie sześć tysięcy srebrem, co tam uposażenie – trzydzieści tysięcy na fundusz bezosobowy, marzenie każdego urzędnika. A tu zdrowia nie staje, i czymże wobec tego całe złoto ziemi? Dopadła Eustracjusza Pawłowicza conocna bezsenność, a gdy się zaśnie – jeszcze gorzej: sny paskudne, z siłą nieczystą, koszmary. Ocyka się człek w zimnych potach, ząb na ząb nie trafia. Cały czas zwiduje się, że po kątach coś się rusza, i rzekłbyś, chichocze, w kułak, ale szyderczo, a nieraz i zawyje. Dźwigając szósty krzyżyk Mylnikow, postrach terrorystów i zagranicznych szpiegów, sypiać zaczął przy zapalonej przed ikoną lampce. Bo to i świątobliwiej, i łatwiej mrok z zakamarków przepłoszyć. Umordowały siwka strome wzgórza…

Podał się w zeszłym roku do dymisji – chwalić Pana, i grosik uzbierany, i mająteczek nabyty w dobrym, grzybnym miejscu, nad Zatoką Fińską. A tu wojna. Naczelnik Oddziału Specjalnego, dyrektor departamentu, sam minister upraszali: nie opuszczaj nas pan, Eustracjuszu Pawłowiczu, nie porzucaj w ciężkich czasach. Jakże odmówić?

Radca dworu zmusił się do powrotu myślą ku wypadkom. Szarpnął długiego zaporoskiego wąsa, potem narysował na kartce dwa kółka, połączył je falistą linią ze znakiem zapytania u góry.

Dwa fakciki: każdy sam w sobie mniej więcej zrozumiały.

Cóż, zmarło się Wasylowi Maksymience, nie wytrzymało nadszarpnięte brzemieniem służby serce. Bywa.

Obywatel honorowy Komarowski, czort go wie, kto on taki (przez moskwian podczepiony przedwczoraj do siatki konspiracyjnej eserowców), wziął i się powiesił. I to się czasem rewolucjonistom neurastenikom przytrafia.

Lecz żeby tak szast-prast jednocześnie dobiegły kresu dwa w pewnej mierze powiązane żywoty, dwie, by tak rzec, ludzkie perci? Bez cudów. Co to takiego „perć”, Eustacjusz Pawłowicz uświadamiał sobie niejasno, lecz podobało mu się słowo – nierzadko wyobrażał sobie, jak brnie przez życie ową percią, wąziutką i krętą, zdławioną przez nagie skały.

Co to za Kałmuk? Po co zachodził do Spiętego – za interesem może, przez pomyłkę (był raptem cztery minuty)? I co też Maksymienkę poniosło w ślepe podwórze?

Uch, nie podobał się radcy dworu ów Kałmuk. Nie sztabskapitan, lecz istny anioł śmierci (tu radca przeżegnał się spiesznie): wyszedł od jednego – ten dawaj się wieszać; idzie za nim drugi i kitę jak pies odwala w zaplutej bramie.

Mylnikow spróbował narysować koło herbu skośnooką kałmucką gębę, lecz wyszła niepodobna – zabrakło mu wprawy.

Ech, Kałmuku, Kałmuku, gdzieżeś ty teraz?


* * *

Sztabskapitan Rybnikow zaś, tak trafnie ochrzczony przez filerów (twarz miał istotnie cokolwieczek kałmucką), wieczór tego uciążliwego dnia spędzał na jeszcze gorliwszej krzątaninie.

Po wydarzeniach w zaułku Mitawskim wpadł do telegrafu i pchnął dwie depesze: jedną lokalną, do stacji Kołpino, drugą transkontynentalną, do Irkucka, przy czym poprztykał się z pocztowcem o taryfę – wściekło go, że do Irkucka biorą dziesięć kopiejek za słowo. Przyjmujący wyjaśnił, że połączenie telegraficzne z azjatycką częścią cesarstwa wycenia się wedle podwójnej taksy, i nawet pokazał cennik, lecz sztabskapitan nawet słuchać go nie chciał.

– Jakaż to Azja? – zawodził Rybnikow, rozglądając się wokół żałośnie. – Słyszeliście, ludziska, co on mówi o Irkucku? Toż to wspaniałe miasto, prawdziwa Europa! A jak! Kto nie był, niech nie gada, ale ja tam służyłem, trzy niezapomniane lata! Więc cóż to takiego, pszepaństwa? Rozbój w biały dzień!

Poszalawszy, Wasyl Aleksandrowicz przeniósł się do kolejki przed okienkiem na zagranicę, skąd wysłał telegram do Paryża, i to błyskawicę, czyli aż po trzydzieści kopiejek za słowo, ale tu był cichutki jak trusia, nie gderał.

Następnie niestrudzony sztabskapitan dokuśtykał na dworzec Nikołajewski, gdzie zdążył akurat przed odejściem ekspresu o dziewiątej.

Chciał kupić bilet drugiej klasy – nie było.

– Cóż, nie moja wina – z widomą satysfakcją oznajmił Rybnikow kolejce. – Trzeba będzie jechać trzecią, choć jest się oficerem. Mus jechać, konieczność służbowa. Oto sześć rubelków i proszę bilecik.

– W trzeciej tym bardziej nie ma – odparł kasjer. – Jest coś w pierwszej, za piętnaście rubli.

– Za ile? – żachnął się Wasyl Aleksandrowicz. – Czy ja wyglądam na syna Rotszylda? Ja, za pozwoleniem pańskim, w ogóle jestem sierota!

Zaczęto mu tłumaczyć, że niedostatek miejsc, że ilość przejazdów pasażerskich do Moskwy ograniczono z uwagi na transporty wojskowe. A i ten właśnie bilet pierwszej klasy zwolnił się czystym przypadkiem, dwie minuty temu. Jakaś dama chciała jechać sama w przedziale, a to z polecenia naczelnika linii zabronione, i zmuszono pasażerkę do oddania drugiego biletu.

– Więc jak, bierze pan czy nie? – spytał niecierpliwie kasjer.

Sobacząc z cicha, sztabskapitan nabył przepłacony bilet, lecz zażądał „papierka z pieczątką”, iż żadnych tańszych do dyspozycji nie było. Ledwo dał się spławić – posłano go po „papierek” do dyżurnego ruchu, sztabskapitan jednak doń nie poszedł, odwiedził za to przechowalnię bagażu.

Zabrał stamtąd tandetną walizkę i długi, wąski tubus, w jakich nosi się zwykle rysunki techniczne.

A stamtąd pośpieszył już wprost na peron – rozległ się właśnie pierwszy dzwonek.

Zgłoska trzecia, w której Wasyl Aleksandrowicz odwiedza klozet

W przedziale pierwszej klasy siedziała pasażerka – najpewniej ta właśnie, której rozporządzenie dyrekcji kolei wzbroniło podróżować samotnie.

Sztabskapitan przywitał się chmurnie, wciąż widać przetrawiając swój piętnastorublowy wydatek. Na sąsiadkę ledwo spojrzał, aczkolwiek dama była znacznej urody – nawet nie „znacznej”, ale wręcz wyjątkowej: akwarelowo przejrzysta karnacja, wilgotny blask ogromnych oczu zza popielatej woalki, elegancki, w odcieniu perłowym, podróżny kostium.

Pięknej nieznajomej Rybnikow także nie zaciekawił. Na „brywieczór” skinęła chłodno głową, jednym jedynym spojrzeniem omiotła pospolitą fizjonomię towarzysza podróży, jego workowaty mundur, zrudziałe cholewy, po czym odwróciła się do okna.

Rozległ się drugi dzwonek.

Wytwornie zarysowane nozdrza pasażerki rozdęły się, usteczka wyszeptały:

– Ach, żeby to już szybciej! – jawnie jednak nie kierując tych słów do sąsiada.

Korytarzem, z tupotem, przebiegli gazeciarze: jeden z dystyngowanej „Wieczornej Rosji”, drugi z bulwarowego „Ruskiego Wiecu”. Obaj wrzeszczeli co sił, starając się przekrzyczeć wzajem.

– Hiobowe wieści o tragedii na Morzu Japońskim! – darł się pierwszy. – Spalenie i zatopienie rosyjskiej floty!

– Sławetna szajka Moskiewskich Filutów uderza w Petersburgu! Dama z najwyższych sfer w negliżu!

– Pierwsze listy poległych! Masa nieodżałowanych mężów i synów! Cały kraj szlocha!

– Hrabina N*** wypchnięta z karety w stroju Ewy! Rabusie wiedzieli o ukrytych pod suknią klejnotach!

Sztabskapitan kupił „Wieczorną Rosję” w szerokiej żałobnej ramce, dama – „Ruski Wiec”, lecz przystąpić do lektury nie zdołali.

Drzwi otwarły się nagle i wtargnął kolosalny, niemal szerszy niż przejście bukiet róż, natychmiast napełniając przedział dusznym aromatem.

Zza kwiatów wystawała urodziwa męska głowa z nieskazitelną hiszpańską bródką i podkręconym wąsem. Tęczowo błysnął brylant w szpilce krawata.

– A któż to zacz?! – Przybysz wpił wzrok w Rybnikowa, czarne brwi groźnie podjechały w górę, lecz w tej samej chwili, oceniwszy niepokaźną powierzchowność oficera, piękniś uspokoił się co do niego całkowicie i już nie zaszczycał go uwagą.

– Lika! – wykrzyknął, padając na kolana i rzucając bukiet pod nogi damy. – Ciebie tylko jedną kocham całym sercem! Przebacz, błagam! Znasz wszak mój temperament! Jam człowiek namiętny, artysta!

Jakoż widać było, że artysta. Właściciela hiszpanki nie peszyła bynajmniej publiczność – a oprócz zerkającego zza „Wieczornej Rosji” sztabskapitana ciekawą scenę obserwowali też widzowie z korytarza, zwabieni rozgłośnymi wykrzykami i oszałamiającą wonią róż.

Audytorium nie stropiło także uroczej damy.

– Wszystko skończone, Astrapow! – oznajmiła gniewnie, błysnąwszy oczyma spod odrzuconej woalki. – I nie śmiej pokazać się w Moskwie! – Odsunęła się gwałtownie od wyciągniętych błagalnie dłoni. – Nie i nie, nie chcę nawet tego słuchać!

Pokutnik zareagował osobliwie: nie wstając z kolan, złożył ręce na piersi i głębokim, cudownym tenorem zaśpiewał:

Una furtiva lagrima negli occhi suoi spunto *

Dama pobladła, zatkała dłońmi uszy, lecz boski głos wypełnił przedział – co tam przedział: cały wagon ucichł zasłuchany.

Urzekającą kantylenę Donizettiego przerwał trzeci dzwonek, szczególnie przeciągły i natrętny.

W drzwi zajrzał konduktor.

– Osoby odprowadzające uprasza się o bezzwłoczne opuszczenie wagonu, ruszamy. Czas najwyższy, łaskawy panie! – Dotknął łokcia czarodziejskiego śpiewaka.

Ów rzucił się do Rybnikowa.

– Odstąp mi pan bilet! Daję sto rubli! Dramat zdruzgotanego serca! Pięćset!

– Nie waż się pan tego robić! – krzyknęła dama.

– Pan wybaczy – twardo odrzekł artyście sztabskapitan. – Osobiście najchętniej, lecz nie cierpiąca zwłoki służbowa konieczność…

Konduktor wyciągnął zalanego łzami Astrapowa na korytarz.

Pociąg drgnął. Z peronu dobiegł rozpaczliwy krzyk:

– Likusza! Będziesz mnie miała na sumieniu! Przebacz!

– Nigdy! – wykrzyknęła pokraśniała pasażerka i cisnęła przez okno wspaniały bukiet, zasypując cały stolik purpurowymi płatkami.

Opadła bez sił na pluszowe oparcie, zakryła paluszkami twarz i zaszlochała.

– Szlachetny z pana człowiek – oznajmiła, pochlipując. – Odmówił pan pieniędzy! Taka jestem panu wdzięczna! Wyskoczyłabym przez okno, daję słowo!

– Pięćset rubli to nielicha sumka – burknął Rybnikow. – Nie dostaję tyle kwartalnie, nawet ze zwrotem diet i kosztów podróży. Ale służba to służba. Zwierzchnictwo nie toleruje opóźnień…

– Pięćset rubli dawał, błazen! – nie słuchając go, powtarzała dama. – Przed publiką się popisywał! A w życiu taki małostkowy, gospodarny! – Ostatnie słowo wymówiła z bezgraniczną pogardą, nawet chlipać przestała. – Nie potrafi żyć zgodnie z dochodami!

Zaintrygowany zawartą w tej wypowiedzi logiczną sprzecznością, Wasyl Aleksandrowicz spytał:

– Proszę wybaczyć, nie do końca pojmuję. Jest gospodarny, czy nie potrafi żyć zgodnie z dochodami?

– Dochody ma ogromne, ale nie umie z nich korzystać! – wyjaśniła towarzyszka, nie płacząc już, lecz troskliwie badając w lusterku zaczerwieniony nosek. Przetarła go puszkiem, poprawiła na czole złocisty kosmyk. – W zeszłym roku zebrał prawie sto tysięcy, a wydaliśmy ledwie połowę. Wszystko odkłada na czarną godzinę!

Tu uspokoiła się do reszty, zwróciła spojrzenie na sąsiada i przedstawiła się ceremonialnie:

– Glikeria Romanowna Lidina.

Swoje nazwisko wymienił i sztabskapitan.

– Bardzo mi miło – rzekła z uśmiechem dama. – Powinnam wyjaśnić, skoro już stał się pan świadkiem tej skandalicznej sceny: Żorż uwielbia urządzać widowiska, zwłaszcza przy ludziach!

– Więc naprawdę jest artystą?

Glikeria Romanowna zamrugała z niedowierzaniem calowymi niemal rzęsami.

– Jakże? To nie zna pan Astrapowa? Tenor Astrapow-Lidin. Nazwisko na każdym afiszu!

– Gdzie mi tam do teatrów! – Rybnikow obojętnie wzruszył ramionami. – Nie ma kiedy po operach się włóczyć. I środki nie pozwalają. Żołd mizerny, zapomogę dla rannych wstrzymują, a ceny w Petersburgu słone. Fiakrzy po siedemdziesiąt kopiejek za byle kurs żądają…

Lidina nie słuchała, nie patrzyła nań nawet.

– Jesteśmy dwa lata po ślubie – oznajmiła, zwracając się jakby nie tyle do prozaicznego sąsiada, ile do godniejszego, okazującego współczucie audytorium. – Ach, jaka ja byłam zakochana! Teraz rozumiem już, że nie w nim, lecz w jego głosie. Cóż to za głos! Dość, że zaśpiewa, a ja tak taję, że choć miskę podstaw. I on to wie, łajdak! Widział pan, jak się przed chwilą rozśpiewał, manipulator podły? Szczęściem przeszkodził mu dzwonek, bo już czułam zawrót głowy!

– Szykowny pan – przyznał, poziewując, sztabskapitan. – I, przypuścić wypada, wielbiciel płci pięknej. To stąd ten dramat?

– Już wcześniej mi o tym napomykano! – Glikeria Romanowna błysnęła oczyma. – W teatralnym światku życzliwych na pęczki. Ale nie wierzyłam. Aż tu widzę na własne oczy! I to gdzie! W moim własnym salonie! I z kim? Z Koturnową, tą starą kokotą! Noga moja w tym zhańbionym mieszkaniu nie postanie! I w Petersburgu także!

– Jak z tego wynika, przenosi się pani do Moskwy – podsumował sztabskapitan. Ton zdradzał, że pilno mu zakończyć błahą pogawędkę i zagłębić się w gazetę.

– Owszem, mamy mieszkanie i w Moskwie, na Ostożence. Zimą Żorż bierze czasem engagement w Wielkim.

Tu Rybnikow skrył się za „Wieczorną Rosją” i dama, chcąc nie chcąc, zmuszona była zamilknąć. Rozpostarła nerwowo „Ruski Wiec”, przebiegła wzrokiem artykuł z pierwszej strony i odrzuciła gazetę, ze słowami:

– Boże, jakież to żenujące! Do naga, na drodze – koszmar! Może nie całkiem do naga? I co to za „hrabina N***”? Wika Ołsufiewa? Nelly Woroncowa? Ach, mniejsza z tym!

Za oknem przepływały dacze, zarośla, pokrzywione parkany. Sztabskapitan nadal szeleścił gazetą.

Lidina westchnęła raz, drugi. Ciążyło jej milczenie.

– I cóż pan tak zapamiętale studiuje? – nie wytrzymała w końcu.

– No przecie spisy nazwisk oficerów poległych za cara i ojczyznę w bitwie morskiej koło wyspy Cuszima. Przekazane przez europejskie agencje telegraficzne ze źródeł japońskich. By tak rzec, panorama żałoby. Zapowiadają w następnych numerach ciąg dalszy. Sprawdzam, czy nie ma kogoś z towarzyszy broni. – I Wasyl Aleksandrowicz wyraziście, z uczuciem, jął czytać: „Na pancerniku «Książę Kutuzow-Smoleński»: zastępca dowódcy dywizjonu, kontradmirał Leontiew, dowódca okrętu, kapitan pierwszej rangi Endlung, płatnik eskadry, radca stanu Ziukin, pierwszy oficer, kapitan drugiej rangi von Schwalbe…”.

– Ach, proszę przestać! – Glikeria Romanowna klasnęła w rączki. – Ani myślę słuchać! Kiedyż skończy się ta okropna wojna!

– Niebawem. Prawosławne rycerstwo ukorzy podstępnego wroga – przyobiecał Rybnikow, odkładając gazetę i wyjmując jakąś książkę, w której pogrążył się z jeszcze większym zapałem.

Dama zmrużyła krótkowzrocznie oczy, by odczytać tytuł, lecz tomik obłożony był w brunatny papier. Pociąg, zatrzymując się, zgrzytnął hamulcami.

– Kołpino? – zdziwiła się Lidina. – Dziwne, ekspres tu nigdy nie staje.

Rybnikow wychylił się z okna i krzyknął do zawiadowcy:

– Czemu stoimy?

– Ano bo, wasza łaskawość, trza przepuścić specjalny z pilnym ładunkiem wojskowym.

Korzystając z nieuwagi sąsiada, Glikeria Romanowna zaspokoiła ciekawość: szybko odchyliła okładkę, przyłożyła do oczu wytworne face-a-main na złotym łańcuszku – i zmarszczyła nosek. Książka, którą sztabskapitan zgłębiał z taką pasją, zwała się Tunele i mosty. Krótki zarys dla służb kolejowych.

Do zawiadowcy podbiegł telegrafista z taśmą depeszy w dłoni. Ów przeczytał, wzruszył ramionami i machnął chorągiewką.

– I co? – spytał Rybnikow.

– Sodoma i Gomora. Kazali odprawiać, nie czekać na specjalny.

Pociąg ruszył.

– Pan jest pewnie inżynierem wojskowym? – zaciekawiła się Glikeria Romanowna.

– Czemu pani tak myśli?

Przyznać się do podpatrzenia tytułu było Glikerii Romanownie niesporo, lecz znalazła wyjście – wskazała skórzany tubus.

– No, to tam. Chyba do planów?

– Owszem. – Wasyl Aleksandrowicz zniżył głos. – Tajna dokumentacja. Do Moskwy wiozę.

– A ja myślałam, że pan na urlop. Odwiedzić żonę czy rodziców.

– Jestem kawalerem. Z takimi dochodami rodzinę zakładać? Płótno w kieszeni. A i rodziców nie mam. Kompletny sierota. Nawet, że tak powiem, kazański, bo w pułku, przez te skośne oczy, przezwali mnie Tatarzynem.

Postój w Kołpinie wpłynął na sztabskapitana ożywczo: stał się rozmowniejszy, nawet szerokie kości policzkowe pokrył lekki rumieniec.

Naraz spojrzał na zegarek i wstał.

– Przepraszam, pójdę na papierosa.

– Proszę zapalić tutaj, przywykłam – zezwoliła łaskawie Glikeria Romanowna. – Żorż pali cygara. To znaczy, palił.

Wasyl Aleksandrowicz uśmiechnął się, zmieszany.

– Pani wybaczy, papieros to pretekst. Nie palę, zbędny wydatek. Tak naprawdę muszę na stronę, za potrzebą.

Dama odwróciła się godnie.

Tubus wziął sztabskapitan ze sobą. Podchwyciwszy oburzone spojrzenie sąsiadki, wyjaśnił przepraszającym tonem:

– Nie wolno mi go spuścić z oka.

Odprowadziwszy współpasażera wzrokiem, Glikeria Romanowna wymamrotała:

– A jednak gbur z niego, i tyle.

I jęła patrzeć przez okno.

Sztabskapitan zaś minął szybko drugą i trzecią klasę, po czym wyjrzał na platformę hamulcową końcowego wagonu.

Z tyłu dobiegł przeciągły, kategoryczny gwizd.

Na platformie stali nadkonduktor i strażnik kolejowy.

– Ki diabeł? – rzucił pierwszy. – Jak nic specjalny. A depeszowali, że odwołany!

Nie dalej niż o pół wiorsty dwie lokomotywy ciągnęły długi skład. Buchały czarnym dymem, za nimi widniał łańcuch okrytych plandekami platform.

Pora była już nocna, godzina jedenasta, lecz ledwie zaczęło zmierzchać – zbliżał się czas białych nocy.

Strażnik obejrzał się na sztabskapitana i zasalutował.

– Wielmożny panie, proszę za pozwoleniem zamknąć drzwi. Instrukcja surowo zabrania.

– I, bracie, jak najsłuszniej – poparł go Rybnikow. – Czujność i te rzeczy. Co do mnie, zapalić tylko chciałem. Ale i w korytarzyku mogę. Albo w wygódce.

I w rzeczy samej skierował się do ubikacji, która w trzeciej klasie była ciasna i niezbyt czysta.

Zasunąwszy rygielek, wychylił się z okna.

Pociąg wjeżdżał właśnie na przedpotopowy, z Kleinmichelowskich * jeszcze czasów most, przerzucony nad niewielką rzeczką.

Rybnikow przydepnął pedał odpływu – w dnie muszli odsłonił się okrągły otwór, ukazując migocące podkłady.

Sztabskapitan przycisnął na tubusie jakiś ledwo widoczny guziczek i wepchnął wąski skórzany futerał w dziurę; ten ledwie się zmieścił w jej świetle, wypadło więc użyć nieco siły.

Gdy tubus znikł w otworze, Wasyl Aleksandrowicz spłukał ręce pod kranem i wyszedł na pomost, otrząsając palce z wody.

W minutę później wchodził już do swego przedziału.

Lidina spojrzała nań surowo – nie darowała mu jeszcze własnego zmieszania z racji „potrzeby” – i chciała się znów odwrócić, lecz nagle wykrzyknęła:

– Pański tajny futerał! Czyżby zapomniał go pan w toalecie?

Na twarzy Rybnikowa odmalowała się irytacja, lecz odpowiedzieć Glikerii Romanownie nie zdążył.

Skądś doniósł się straszliwy łomot, wagonem zakołysało.

Sztabskapitan skoczył ku oknu.

Z innych okien także sterczały głowy. Wszyscy patrzyli wstecz.

Plant opisywał w tym miejscu niewielki łuk i widać było jak na dłoni tory, rzeczkę i most, przez który niedawno przejechali.

A raczej to, co zeń zostało.

Most zarwał się dokładnie w środku, i to w tej samej chwili, gdy przejeżdżał nim ciężki wojskowy transport.

Obraz katastrofy budził zgrozę: słup wody i pary, wzbudzony upadkiem obu lokomotyw, spiętrzone platformy, z których urywały się jakieś masywne stalowe konstrukcje, i rzecz najokropniejsza – sypiące się w dół ludzkie figurki.

Glikeria Romanowna, przyciśnięta do ramienia Rybnikowa, krzyknęła rozdzierająco. Krzyczeli i inni pasażerowie.

Ostatni wagon pociągu specjalnego, przeznaczony zapewne dla oficerów, chwiał się chwilę na samej krawędzi wyłomu; ktoś zdołałby może wyskoczyć przez okno, lecz podpora osunęła się nagle i wagon także runął w dół, na stos sterczącego z wody, splątanego żelastwa.

– Boże, Boże! – zawołała histerycznie Lidina. – Czemu pan tak patrzy? Trzeba coś robić!

I data susa na korytarz. Ułamek sekundy później Wasyl Aleksandrowicz podążył za nią.

– Zatrzymać pociąg! – zaatakowała z egzaltacją kobieta nadkonduktora biegnącego do czołowego wagonu. – Tam są ranni! Tonący! Trzeba ich ratować!

Wczepiła mu się w rękaw, i to tak mocno, że kolejarz musiał stanąć.

– Jakie „ratować”? Kogo ratować? To istna kasza. – Blady jak trup kierownik pociągu próbował się wyrwać. – Co my możemy? Na stację trzeba, powiadomić.

Nie słuchając, Glikeria Romanowna biła go pięścią w pierś.

– Oni giną, a my odjeżdżamy? Zatrzymaj pan! Żądam tego! – wrzasnęła. – Łap się pan za ten swój, jak mu tam, hamulec!

Krzyki wywabiły z sąsiedniego przedziału czarniawego jegomościa o farbowanych wąsikach. Widząc wahanie kierownika pociągu, zawołał z pogróżką:

– Ja ci zatrzymam! Mam pilne sprawy w Moskwie!

Rybnikow łagodnie wziął Lidinę pod ramię i zaczął uspokajająco:

– Droga pani, istotnie… Oczywiście, straszliwa katastrofa, lecz jedyne, w czym możemy pomóc, to jak najszybciej zadepeszować z najbliższej…

– A niechże was! – zakrzyknęła Glikeria Romanowna. Rzuciła się do hamulca bezpieczeństwa i szarpnęła uchwyt.

Kto tylko stał w korytarzu, poleciał na łeb, na szyję. Pociąg, stanąwszy dęba, zazgrzytał po szynach. Ze wszystkich stron buchnęły krzyki i jęki – nikt z pasażerów nie wątpił, że ich także dosięgła zagłada.

Pierwszy oprzytomniał czarniawy, który nie upadł, lecz rąbnął jedynie głową w futrynę.

Z okrzykiem: „Zatłukę cię, cholero!” runął na ogłuszoną upadkiem histeryczkę i chwycił ją za gardło.

Sądząc z ogników, które błysnęły w oczach Wasyla Aleksandrowicza, podzielał on w pewnej mierze uczucia czarniawego jegomościa. Lecz we wzroku, jakim obrzucił duszoną Glikerię Romanownę, był – obok wściekłości – jakby i cień podziwu.

Rybnikow z westchnieniem złapał za kołnierz niepowściągliwego bruneta i odciągnął go na bok.

Zgłoska czwarta, w której na łów rusza wolny strzelec

Aparat zadzwonił o wpół do drugiej w nocy. Nie zdjąwszy jeszcze tubki, Erast Pietrowicz już skinął na kamerdynera, który wsunął w drzwi swą strzyżoną łepetynę, by podał ubranie. Telefonować o tej porze mogli tylko z Wydziału, i to bez wątpienia w jakiejś nadzwyczajnej sprawie.

Słuchając głosu, ze wzburzeniem brzęczącego w tubce, Fandorin coraz chmurniej ściągał czarne brwi. Zmienił rękę, by Masa mógł wsunąć ją w rękaw wykrochmalonej koszuli. Pokręcił głową na widok trzewików – kamerdyner zrozumiał i przyniósł wysokie buty.

Erast Pietrowicz nie zadał telefonującemu ani jednego pytania, oświadczył tylko:

– Dobrze, Leoncjuszu Karlowiczu, zaraz będę.

Już ubrany, przystanął na moment przed lustrem. Przyczesał szpakowate (mówią na takie „sól z pieprzem”) włosy, przejechał specjalną szczotką całkiem białe skronie i kształtne wąsiki, w których nie znać było jeszcze żadnego srebrnego włoska. Skrzywił się, przeciągnąwszy dłonią po policzku, lecz na golenie brakło czasu.

Wyszedł z mieszkania.

Japończyk siedział już w automobilu, trzymając w ręce podróżny sakwojaż.

W kamerdynerze Fandorina najcenniejsze było nie to nawet, że wykonywał wszystko szybko i ściśle według polecenia, lecz to, że umiał się obchodzić bez zbędnych rozmów. Istotnie, pan i służący nie zamienili dotąd ani słowa. Z wyboru obuwia Masa domyślił się, że czeka ich wyjazd gdzieś dalej, i rozporządził się w stosowny sposób.

Dwucylindrowy oldsmobile, ryknąwszy potężnym dwudziestokonnym motorem, z wizgiem porzucił Sadową, gdzie zamieszkiwał Fandorin, i w minutę potem sunął już mostem Czernyszewskim. Z niezdecydowanej szarzyzny nocnych niebios mżył drobny deszczyk, jezdnia lśniła od kałuż. Wspaniałe, niechlapiące pneumatyki firmy Her kule s ślizgały się po asfalcie niczym po czarnym lodzie.

Po dwóch kolejnych minutach auto zahamowało przed domem numer siedem na Kołomieńskiej, gdzie mieścił się sanktpetersburski żandarmeryjno-policyjny zarząd dróg żelaznych.

Kiwnąwszy salutującemu wartownikowi, Fandorin wbiegł po stopniach. Kamerdyner pozostał w aucie, demonstracyjnie wręcz się odwracając.

W pierwszych dniach konfliktu zbrojnego dwóch cesarstw Masa, jako Japończyk z urodzenia, lecz poddany rosyjski zgodnie z dowodem tożsamości, oznajmił, że zachowa neutralność, i starannie tej zasady przestrzegał. Nie zachwycał się sukcesami bohaterskich obrońców Port Arthur, lecz nie cieszył się i ze zwycięstw japońskiego oręża. A przede wszystkim – z zasady nie przestępował progu żadnej wojskowej instytucji, co od czasu do czasu i jemu, i jego panu nastręczało niemałych kłopotów.

Moralne udręki kamerdynera pogłębiał jeszcze fakt, że po kilku zatrzymaniach domniemanych szpiegów przyszło mu ukrywać narodowość. Fandorin wykołatał dlań dowód tymczasowy na nazwisko chińskiego imigranta, więc Masa zmuszony był nosić poza domem perukę z długim warkoczem i, zgodnie z dokumentem, przedstawiać się dziwacznym nazwiskiem „Lianczan Szanchojewicz Czajunewin”. Przez to wszystko stracił apetyt i tak się zaniedbał, że przestał nawet łamać serca pokojówkom i bieliźniarkom, u których w przedwojennych czasach cieszył się zawrotnym powodzeniem.

Czasy były ciężkie nie tylko dla rzekomego Lianczana Szanchojewicza, lecz i dla jego pryncypała.

Gdy torpedowce japońskie atakowały bez uprzedzenia eskadrę Port Arthur, Fandorin przebywał na przeciwległym krańcu świata, w holenderskich Indiach Zachodnich, gdzie przeprowadzał pasjonujące badania w dziedzinie żeglugi podwodnej.

Z początku Erast Pietrowicz nie zamierzał mieć nic wspólnego z wojną prowadzoną przez dwa drogie jego sercu kraje, lecz w miarę jak szala przechylała się coraz bardziej na stronę Japonii, stopniowo tracił zainteresowanie nierdzewnością aluminium, a nawet poszukiwaniami galeonu „San Felipe”, który w roku 1708 zatonął z ładunkiem złota o siedem mil na południowo-południowy zachód od wyspy Aruba. Tegoż dnia, gdy Fandorinowska submaryna zawadziła wreszcie aluminiowym dnem o sterczący z mułu kikut hiszpańskiego grotmasztu, przyszła wieść o zagładzie pancernika „Pietropawłowsk” wraz z głównodowodzącym, admirałem Makarowem, i całą załogą.

Nazajutrz, powierzywszy wydobycie sztabek złota wspólnikom, Erast Pietrowicz ruszył do ojczyzny.

Po przybyciu do Sankt Petersburga zaoferował swoje usługi dawnemu koledze jeszcze z Trzeciego Oddziału, zajmującemu obecnie jedno z najodpowiedzialniejszych stanowisk: specjalistów od Japonii jest, jak wiadomo, katastrofalnie mało, Erast Pietrowicz zaś w swoim czasie przemieszkał w Kraju Wschodzącego Słońca niejeden rok.

Stary znajomy ucieszył się wielce wizytą, lecz odrzekł, że talenty Erasta Pietrowicza wolałby wykorzystać na innej niwie.

– Znawców Japonii brak istotnie, jak i mnóstwa innych rzeczy – oświadczył generał, pomrugując czerwonymi z niewyspania oczyma – lecz istnieje jeszcze dotkliwsza luka w, pardon, najczulszym miejscu. Gdybyż pan wiedział, mój drogi, jak żałosny jest stan naszego kontrwywiadu! W armii czynnej jeszcze jako tako, lecz na tyłach – obraz nędzy i rozpaczy. Gdzie tknąć – japońscy agenci, pomysłowi, zuchwali, a chwytać ich nie umiemy. Brak doświadczenia. Nawykliśmy do szpiegów solidnych, europejskich, działających pod osłoną ambasad czy zagranicznych przedsiębiorstw. Ci Azjaci zaś łamią wszelkie reguły. A już najbardziej obawiam się – tu wielki człowiek przysunął się, zniżając głos – o nasz transport. Kiedy wojna toczy się o dziesiątki tysięcy wiorst od fabryk i centrów szkolenia, zwycięstwa i klęski zależą od linii kolejowych, systemu krwionośnego organizmu państwa. Mamy jedną jedyną arterię na całe cesarstwo – od Pitra do Arthura. Wątłą, pulsującą ospale, narażoną na zatory, a co najgorsze – prawie bezbronną. Eraście Pietrowiczu, kochany, dwóch rzeczy się tu boję: japońskiej dywersji i rosyjskiego bałaganu. Na doświadczeniu w pracy operacyjnej ci, chwalić Boga, nie zbywa. A doniesiono mi także, żeś się w Ameryce na inżyniera wyuczył. Przyłożysz się, co? Na dowolnych warunkach. Chcesz, to przywrócimy cię do służby państwowej, nie chcesz, zostawimy jako wolnego strzelca. Dopomóż, dołącz ramię.

Tym sposobem Fandorin trafił do stołecznego żandarmeryjno-policyjnego zarządu dróg żelaznych, i to właśnie w charakterze „wolnego strzelca”, to jest konsultanta bez poborów, za to o nader szerokich kompetencjach. Stojące przed konsultantem zadanie brzmiało: opracować system bezpieczeństwa szlaków komunikacyjnych, wypróbować go w podległej strefie, po czym przekazać do zastosowania zarządom żandarmeryjnym kolei całego cesarstwa.

Rzecz była niełatwa, odległa od wcześniejszych zajęć Erasta Pietrowicza, lecz na swój sposób pasjonująca. Zarządowi podlegało dwa tysiące wiorst szlaków, setki stacji i dworców, mostów, pasów wywłaszczenia, zajezdni, warsztatów – i wszystko to należało chronić przed możliwymi zakusami przeciwnika. O ile gubernialny zarząd żandarmerii liczył parę dziesiątków ludzi, o tyle kolejowy – ponad tysiąc. Skala i odpowiedzialność – nieporównywalne. Prócz tego instrukcja służbowa zwalniała żandarmów kolejowych z funkcji policji politycznej, co było dla Fandorina nader ważne: nie lubił rewolucjonistów, lecz z jeszcze większym wstrętem odnosił się do metod, za pomocą których Ochrana i Oddział Specjalny Departamentu Policji rugowały nihilistyczną zarazę. Z tego względu służba w żandarmeryjnym nadzorze kolei zdała się Fandorinowi sprawą czystą.

O drogach żelaznych wiedział niewiele, lecz za kompletnego dyletanta uznać się nie mógł. Miał, bądź co bądź, dyplom inżyniera maszyn pędnych, a przed dwudziestu laty, badając pewną zagmatwaną sprawę, przesłużył w charakterze praktykanta czas jakiś na odcinku.

W ciągu roku wolny strzelec sporo osiągnął. Umieścił dyżurnych żandarmów na wszystkich pociągach, z pasażerskimi włącznie; wdrożył ochronę specjalną mostów, tuneli, rozjazdów i zwrotnic; wprowadził lotne patrole na drezynach, i tak dalej. Nowinki zarządu stołecznego przejęły szybko inne gubernie i do tej pory (tfu-tfu!) nie doszło do żadnej poważnej katastrofy czy dywersji.

Choć stanowisko Fandorina było dziwne, w zarządzie zdołano doń przywyknąć i tytułowano go z szacunkiem „panem inżynierem”. Naczelnik, generał lejtnant von Kassel, przywykł we wszystkim na swym konsultancie polegać i nie podejmował bez niego żadnych decyzji.

Również teraz Leoncjusz Karłowicz oczekiwał swego pomocnika w progu gabinetu.

Ujrzawszy w głębi korytarza wysoką, sprężystą sylwetkę inżyniera, rzucił mu się na spotkanie.

– Że też akurat na moście Tezoimienickim! – krzyknął już z daleka. – Toż pisaliśmy do ministra, uprzedzaliśmy, że most wysłużony, niepewny! A on wsiada teraz na mnie, że niech no się okaże, że to dywersja – pod sąd! Jaka znów dywersja? Tezoimienicki nie był remontowany od 1850 roku! I masz tobie: runął pod eszelonem z ciężką artylerią. Działa poniszczone. Masa zabitych. A co najgorsze, zerwane połączenie z Moskwą!

– Dobrze, że tam, a nie za Samarą – odrzekł Erast Pietrowicz, wchodząc za von Kasselem do gabinetu i zamykając drzwi. – Tu można puszczać objazdem, linią nowogrodzką. Czy to pewne, że chodzi o wypadek, a nie o dywersję?

– Zlituj się pan – skrzywił się Leoncjusz Karłowicz – o jaką dywersję? Jako autor instrukcji sam mógłby pan to wiedzieć. Na moście straż, co pół godziny kontrola plantu, na platformach hamulcowych pociągów żandarmi – na moim terenie wszystko jak w zegarku. Powiedziałby pan lepiej, skąd te ciągłe dopusty, spadające na nieszczęsną ojczyznę! I tak przecie ostatkiem sił ciągniemy! Ta Cuszima! Czytał pan doniesienia? Kompletny pogrom, nawet jednego japońskiego okrętu nie zatopili. Skąd ona w ogóle wylazła, cała ta Japonia! Kiedy zaczynałem pracować, o takim kraju nie było ani słychu. I w parę lat wyrósł jak na drożdżach. Widziane to rzeczy?

– Cz-czemuż to niewidziane? – odparł Fandorin, jak dawniej zacinając się nieco. – Zaczęła się unowocześniać w roku 1868, trzydzieści siedem lat temu. Okres krótszy niż od wstąpienia na tron Piotra do Połtawy. Wcześniej nie było mocarstwa zwanego „Rosja”, a tu nagle wylazła skądciś czy wyrosła – i też jak na d-drożdżach.

– Zostaw pan, to historia. – Generał machnął ręką

1 przeżegnał się zamaszyście. – A ja panu ot, co powiem. Karze nas Pan Bóg za nasze grzechy. Ciężko nas karze, jak egipskiego faraona, swoimi dopustami. Bogiem a prawdą – tu Leoncjusz Karłowicz obejrzał się na drzwi i przeszedł na szept – przegraliśmy tę wojnę.

– Nic podobnego – zaprzeczył żywo Erast Pietrowicz. – W żadnym razie. Nic nadprzyrodzonego nie zaszło. To raz.

Stało się tylko to, czego należało oczekiwać. Trudno się dziwić, że Rosja nie wygrała ani jednej bitwy. Istnym cudem byłoby, gdyby wygrała. Żołnierzy mamy gorszych od japońskich – ustępują im i wytrzymałością, i wyszkoleniem, i duchem bojowym. Rosyjski oficer jest, nie powiem, niezgorszy, ale japoński – po prostu wspaniały. No, a co do generałów (niech ekscelencja nie bierze tego do siebie), szkoda gadać: ci tłuści i ospali, tamci żylaści i brutalni. Trzymamy się tylko dlatego, że obrona jest łatwiejsza od ataku. Ale bez obaw, Leoncjuszu Karłowiczu, choć przegrywamy bitwy, wojnę jednak wygramy. To d-dwa. Nasza zasadnicza przewaga nad Japonią to potęga ekonomiczna, ludzkie i naturalne rezerwy. Czas pracuje dla nas. Głównodowodzący Liniewicz, odwrotnie niż Kuropatkin, działa jak najsłuszniej: przewleka kampanię, zbiera siły. Japończycy im dalej, tym słabsi. Budżet na granicy bankructwa, linie zaopatrzenia coraz dłuższe, rezerwy topnieją. Wszystko, czego nam trzeba, to unikać większych starć – i zwycięstwo w kieszeni. Szczytem głupoty było wlec tam przez pół świata flotę bałtycką – admirałowi Togo na pożarcie.

Generał promieniał, słuchając pomocnika, lecz krzepiącą zapowiedź Fandorin zakończył, mówiąc z troską:

– Katastrofa na moście Tezoimienickim martwi mnie bardziej od zagłady naszej eskadry. Bez floty jakoś tę wojnę wygramy, ale jeśli na magistrali kolejowej, zasilającej front, zaczną się takie sztuczki, z Rosją koniec. Niech pan każe podstawić parowóz do wagonu inspektorskiego. Pojedziemy z-zobaczyć, co się stało.

Zgłoska piąta, w której przewija się godny uwagi pasażer

Gdy wagon inspektorski przybył na miejsce katastrofy, nad urwisty brzeg rzeki Łomży noc znużyła się już udawaniem mroku i niebo w całej pełni roztaczało jasność poranka.

Obłomek mostu gościł nieprzebraną ciżbę oficjeli – ministra wojny jaśnie oświeconego inspektora generalnego artylerii, ministra komunikacji, szefa korpusu żandarmów, dyrektora departamentu policji i naczelnika gubernialnego wydziału żandarmerii. Samych zebranych w długi sznur salonek, każdej z własną lokomotywą, naliczyć się dało pół tuzina.

Nad obrywem skrzyły się galony, podzwaniały ostrogi i akselbanty dudniły władcze basy, a niżej, skrajem wody, władały chaos i śmierć.

Z nurtu Łomży wypiętrzała się nieforemna pryzma drewna i żelaza, nad nią zwisały zerwane przęsła mostu, w przeciwległy brzeg zarył się czołem strzaskany, dymiący jeszcze parowóz; drugi sterczał z wody prostokątnym niczym skrzesana turnia, czarnym tendrem. Rannych zabrano już, lecz na piasku spoczywał długi szereg nakrytych brezentem zwłok.

Najnowsze ciężkie działa, przeznaczone dla armii mandżurskiej, urwały się z platform i po części potonęły, po części rozrzucone były na płyciźnie. Na drugim brzegu turkotał samobieżny żuraw, bezładnie szarpiąc ramieniem; ciągnął za lawetę stalowego potwora o pogiętej lufie, lecz znać było, że nie poradzi, nie wyciągnie.

Leoncjusz Karłowicz podążył w stronę dostojnych zwierzchników, Fandorin ominął zaś bokiem kapiącą od złota wysepkę i podszedł do samej krawędzi. Postał, popatrzył i naraz sczołgał się po stromiźnie w dół. Nad samą wodą przeskoczył na dach zatopionego wagonu, a stamtąd na kolejny filar mostu, skąd sterczały pogięte szyny. Niczym po drabinie inżynier wspiął się po kratownicy podkładów i wkrótce znalazł się na przeciwległym brzegu.

Było tam znacznie mniej ludno. Z tyłu, o pół setki kroków, stał pociąg ekspresowy – ten sam, który zdołał przeskoczyć most tuż przed zawaleniem. Obok wagonów stali grupkami pasażerowie.

Na ocalałej części mostu i nad wodą krzątali się zaaferowani cywile, rozmaicie odziani, lecz podobni do siebie jak rodzeni bracia. W jednym z nich Fandorin rozpoznał Eustracjusza Mylnikowa, z którym służył niegdyś w dawnej stolicy.

Przed Mylnikowem prężył się jak struna podoficer żandarmerii w mokrym, poszarpanym mundurze – jak widać, dochodzenie było już w pełnym toku. Radca dworu patrzył jednak nie na żandarma, ale na Fandorina.

– Ejże – rozwarł ramiona, jakby zamierzał zdmuchnąć w uścisku inżyniera – Erast Pietrowicz! Góra z górą! Ach tak, mówiono mi, jest pan teraz w ŻetZetDeŻecie. Proszę wybaczyć wtargnięcie na pański teren: mam rozkaz z samej góry zbadać sprawę – piorunem, przy udziale wszystkich stosownych resortów. Zerwali mnie z puchowego łoża. Huzia, mówią, chwytaj trop, stary wyżle. No, co do łoża to zełgałem – niby to w uśmiechu wyszczerzył żółte zęby Mylnikow, lecz oczy pozostały zimne, przymrużone – jakie tam teraz u nas, gończych, piernaty. Zazdroszczę wam, kolejowym sybarytom. W gabinecie sypiam, jak zwyczaj każe, na krzesełkach. Za to, jak widać, zdążyłem tu przybyć wcześniej. No i przesłuchuję pańskich ludzi, czy to aby nie japońska mina.

– Panie inżynierze – żarliwie zwrócił się do Fandorina podoficer – proszę powiedzieć jego ekscelencji… Pan mnie pamięta? Łoskutow, przedtem w Farforowej na przejeździe. Kontrolował mnie pan zimą bez jednej przygany. Awans polecił dać. Wszystko co do joty wykonywałem, wedle rozkazu! Wszędziem sam łaził, jeszcze na dziesięć minut przed specjalnym. Czysto było! Bo i jak miałby, gadzina, na most wleźć? Warta z obu stron!

– Czyli czysto było? – uściślił Fandorin i pokręcił głową. – Dobrzeście patrzyli?

– Toż ja… Ja przecie… – zatchnął się żandarm i zerwał nagle czapkę. – Jak Bóg na niebie! Ja ósmy rok… Niech pan, kogo chce, pyta, jak Łoskutow rygorów przestrzega.

– I co pan zdołał ustalić? – zwrócił się do Mylnikowa inżynier.

– Sytuacja typowa – wzruszył ramionami tamten – zwykłe ruskie bezhołowie. Z przodu jechał ekspres. W Kołpinie stanął, żeby przepuścić specjalny z artylerią. Nagle telegrafista dostaje depeszę: „Odprawić pasażerski, specjalny opóźniony”. Poplątało się komuś. Ledwie ekspres przemknął przez mostek, dogania go eszelon. Ciężki, jak widać. Gdyby w pełnym biegu, jak należy, przeskoczył, nic by się nie stało. A tu, jak zaczął hamować, rozsypał się filar. Zbierze cięgi nadzór kolei.

– Kto nadał telegram o opóźnieniu specjalnego? – Fandorin wyciągnął szyję.

– W tym rzecz. Nikt nie nadawał.

– A gdzie telegrafista, który go ponoć przyjął?

– Szukamy. Na razie go nie znaleźliśmy. Skończył zmianę.

Inżynierowi drgnął kącik ust.

– Kiepsko szukacie. Sporządźcie portret pamięciowy, znajdźcie, jeśli się da, fotografię, roześlijcie ogólnokrajowy list gończy.

Mylnikowowi opadła szczęka.

– Za telegrafistą? Ogólnokrajowy?

Fandorin kiwnął palcem na radcę dworu, odprowadził go w bok i rzekł cicho:

– To dywersja. Most wysadzono.

– Skąd pan to wie?

Erast Pietrowicz powiódł naczelnika filerów do wyłomu i jął złazić po wiszących szynach. Mylnikow, pojękując i żegnając się, szedł za nim.

– Proszę spojrzeć.

Dłoń w szarej rękawiczce wskazała zwęglony i rozdarty podkład, skręconą w korkociąg szynę.

– Nasi eksperci zjawią się lada chwila. Z pewnością znajdą ślady m-materiału wybuchowego…

Eustracjusz Pawłowicz gwizdnął i przesunął melonik na ciemię.

Tropiciele wisieli nad czarną wodą, kołysząc się z lekka na improwizowanej drabinie.

– To żandarm kłamie, że sprawdzał? Albo, co gorsza, jest w zmowie? Aresztować go?

– Łoskutow – japońskim agentem? Bzdura. Wtedy by uciekł jak kołpiński telegrafista. Nie, nie, żadnej miny na moście nie było.

– No to jak? Miny nie było, a wybuch był?

– Wygląda, że tak.

Radca dworu zasępił się złowróżbnie, popełzł po podkładach w górę.

– Trzeba zameldować zwierzchnictwu… No, teraz się zacznie kołomyja.

Machnął na filerów.

– Hej, dawać tu łódkę!

Lecz rozmyślił się i nie wsiadł.

Popatrzył za idącym w stronę ekspresu Fandorinem, poskrobał się w ciemię i ruszył w jego ślady.

Obejrzawszy się, słysząc za sobą tupot, inżynier wskazał na nieruchomy pociąg.

– Składy jechały naprawdę aż tak blisko?

– Nie, ekspres stanął dalej, na hamulcu bezpieczeństwa, potem maszynista dał kontrparę. Konduktorzy i część pasażerów pomagali wyciągać z rzeki rannych. Z tego brzegu na stację bliżej niż z tamtego. Ściągnięto stamtąd podwody, odwieziono ludzi do szpitala…

Erast Pietrowicz władczym gestem wezwał kierownika pociągu.

– Ilu mieliście pasażerów? – spytał.

– Wszystkie miejsca rozprzedane, panie inżynierze. Równo trzysta dwanaście osób. Za pozwoleniem, kiedy będzie można ruszać?

W pobliżu znajdowała się dwójka pasażerów: sztabskapitan piechoty i przystojna dama, oboje utytłani od stóp do głów. Oficer lał z czajnika wodę na chustkę swej towarzyszki, ta zaś staranie wycierała powalaną twarzyczkę. Para z ciekawością przysłuchiwała się rozmowie.

Od strony mostu zbliżał się szybko pluton kolejowej żandarmerii. Dowódca podbiegł pierwszy i zameldował:

– Panie inżynierze, jestem do dyspozycji. Na tamtym brzegu jeszcze dwa plutony. Eksperci przystąpili do pracy. Jakieś rozkazy?

– Kordon po obu stronach mostu i wzdłuż brzegów. Do obwału nie puszczać nikogo, nawet w randze generała. Inaczej prowadzący śledztwo zrzeka się wszelkiej odpowiedzialności – tak mówcie. Zygmuntowi Lwowiczowi powiedzcie, żeby szukał śladów materiału wybuchowego… Zresztą nie trzeba, sam zobaczy. Mnie dajcie kancelistę i czwórkę ludzi, z tych bystrzejszych. Jeszcze jedno: wokół ekspresu także kordon. Ani pasażerów, ani pociągu bez mojego pozwolenia nie puszczać.

– Panie inżynierze – zawołał żałośnie nadkonduktor – toż już piątą godzinę stoimy!

– I jeszcze postoicie. Muszę spisać pełną listę pasażerów. Każdego przesłuchamy i sprawdzimy dokumenty. Zaczniemy od ostatniego wagonu. A pan, Mylnikow, zająłby się raczej zaginionym telegrafistą. Tu poradzę sobie i bez pana.

– Oczywiście. Któż by lepiej – zgodził się Eustracjusz Pawłowicz i aż zamachał rękoma. – Znikam i do niczego się nie wtrącam.

Ale nie odszedł.

– Łaskawi państwo – zwrócił się markotnie kolejarz do oficera i damy – proszę uprzejmie wrócić na swoje miejsca. Będzie kontrola dokumentów.


* * *

– Dramat, Glikerio Romanowna – szepnął Rybnikow. – Przepadłem.

Lidina, wzdychając, oglądała splamiony krwią koronkowy mankiecik, ale podniosła wzrok.

– Dlaczego? Co się stało?

W nieco zaczerwienionych, lecz nadal ślicznych oczach Wasyl Aleksandrowicz wyczytał stałą gotowość do czynu i raz jeszcze, któryś już raz tej nocy, zaskoczyła go nieprzewidywalność zachowania stołecznej szczebiotki.

Przy ratowaniu rannych i tonących Glikeria Romanowna zachowywała się niebywale: zamiast łkać, popaść w histerię czy choćby łykać łzy, w najcięższych chwilach zagryzała tylko dolną wargę, która do rana całkiem spuchła. Rybnikow aż głową kręcił, widząc, jak krucha strojnisia wyciąga z wody kontuzjowanego żołnierza i strzępem jedwabnej sukni przewiązuje krwawiącą ranę.

Raz, nie wytrzymawszy, sztabskapitan wymruczał nawet: „Czysty Niekrasow, Rosyjskie kobiety” *. I rozejrzał się szybko, czy nie słyszy ktoś tej uwagi, tak niestosownej w ustach tuzinkowego, szarego oficerka.

Po tym, jak Wasyl Aleksandrowicz ocalił ją z łap czarniawego narwańca, a zwłaszcza po kilku godzinach wspólnej pracy, Lidina zaczęła traktować sztabskapitana poufale, niczym starego przyjaciela – widać musiała zmienić zdanie o sąsiedzie z przedziału.

– Cóż się takiego stało? Niech pan powie! – rzuciła, patrząc nań wystraszonymi oczyma.

– Wpadłem na amen – wyszeptał Rybnikow, biorąc ją pod rękę i prowadząc z wolna w stronę pociągu. – Bo, prawdę mówiąc, do Pitra wyrwałem się samowolnie, bez wiedzy przełożonych. Siostra mi niedomaga. I teraz wszystko się wyda – fatalna sprawa…

– Odwach, co? – przejęła się Lidina.

– Żeby tam odwach, pół biedy. Gorzej z czym innym. Pamięta pani swoje pytanie o tubus? Tuż przed wybuchem? Naprawdę zostawiłem go w toalecie. To moje ciągłe roztargnienie…

– Tajne rysunki? – spytała przenikliwym szeptem, zakrywszy usta, Glikeria Romanowna.

– Właśnie. Bardzo ważne. Podczas tego wypadu nie wypuszczałem ich z rąk.

– I gdzie są? Tam, znaczy do toalety, pan zaglądał?

– Znikły – grobowym głosem oznajmił Rybnikow, zwieszając głowę. – Ktoś je zabrał… To już nie odwach! To trybunał. W trybie doraźnym.

– Okropność! – Dama szeroko otworzyła oczy. – Co robić?

– Mam do pani prośbę. – Rybnikow przystanął przed ostatnim wagonem. – Teraz, kiedy nikt nie patrzy, schowam się pod koła, a potem, w stosownej chwili, z nasypu dam nura w krzaki. Muszę uniknąć kontroli. Nie wyda mnie pani, prawda? Powie pani: „Skąd mam wiedzieć, gdzie się podział? Jechał, nic nie gadał, pamiętam tylko, że gbur”. A moją walizeczkę, tę z półki, proszę wziąć ze sobą, potem w Moskwie po nią wpadnę. Ostożenka, mówiła pani?

– Tak, dom Bomsego.

Lidina obejrzała się na ważnego petersburskiego naczelnika i żandarmów zmierzających w stronę pociągu.

– Pomoże pani, uratuje mnie? – Rybnikow cofnął się w cień wagonu.

– Pewnie! – Na twarzyczce Glikerii Romanowny pojawił się wyraz desperackiej stanowczości, jak wczoraj, gdy skoczyła do hamulca. – Wiem, kto ukradł pańskie plany! Ten wstrętny osobnik, co rzucił się na mnie! Dlatego tak się śpieszył! I bardzo możliwe, że most wysadził także!

– Jak to wysadził? – nie nadążał za jej słowami ogłupiały Rybnikow. – Cóż to za pomysł? Jak mógł wysadzić?

– A skąd mogę wiedzieć, nie jestem wojskowym. Bombę jakąś rzucił przez okno! Już ja pana uratuję! I pod wagon nie ma co się chować! – zawołała już w biegu; tak raptownie rzuciła się ku nadchodzącym żandarmom, że sztabskapitan nie zdołał jej powstrzymać.

– Kto tu rządzi? Pan? – zaatakowała eleganta o siwych skroniach. – Mam ważną wiadomość!

Mrużąc niespokojnie oczy, Rybnikow zerknął pod wagon, lecz na sus było za późno: zbyt wiele zwróciło się już w tę stronę oczu. Sztabskapitan zacisnął zęby i ruszył za Lidiną.

Ta zaś trzymała siwego za rękaw letniego płaszcza, niewiarygodnie szybko trajkocząc:

– Już ja wiem, kogo panu trzeba! Był tu jeden taki, niesympatyczny brunet, ubrany bez gustu, z diamentowym sygnetem – kamień ogromny, ale nie czystej wody. Bardzo podejrzany! Do Moskwy okropnie się śpieszył! Wszyscy jak jeden mąż zostali, mnóstwo osób pomogło ludzi z rzeki wyciągać, a on łaps za sakwojaż i pojechał! Jeszcze gorzej niż pojechał. Jak dotarła ze stacji pierwsza podwoda po rannych, podkupił furmana. Dał mu pieniądze, dużą sumę, i wio. A rannych nie zabrał!

– A jakże! – podchwycił nadkonduktor. – Pasażer z drugiego wagonu, przedział szósty. Sam widziałem, woźnicy setkę dawał – za furmankę! I pognał na stację.

– Siedziałbyś pan cicho, jeszcze nie skończyłam – wściekle machnęła nań Lidina. – Słyszałam, jak podpytywał tego chłopka: „Mają na stacji parowóz manewrowy?”. Czyli że chciał go wynająć, żeby szybciej uciec! Strasznie podejrzany, mówię panu!

Rybnikow słuchał w napięciu, bojąc się że kobieta zaraz wspomni o skradzionym jakoby tubusie, ale Glikeria Romanowna, mądrala, ani wspomniała o tym śliskim fakcie, zadziwiając sztabskapitana po raz kolejny.

– G-godny uwagi pasażer – rzekł zająkliwie jej szpakowaty słuchacz i energicznie skinął na oficera żandarmerii. – Poruczniku! Proszę posłać kogoś na tamtą stronę. W wagonie inspektorskim jest mój służący, Chińczyk, pan go zna. Galopem do mnie. Będę na stacji.

I szybko ruszył wzdłuż ekspresu.

– A co z pociągiem, inżynierze Fandorin? – krzyknął w ślad za nim porucznik.

– Odprawić! – rzucił w marszu jąkała.

Snujący się opodal typ o prostackiej fizjonomii i obwisłym wąsie strzelił palcami – podbiegły doń dwie niepozorne figury i cała trójka o czymś zaszeptała.

Glikeria Romanowna tryumfalnie zawróciła do Rybnikowa.

– No i proszę, wszystko się ułożyło. Obeszło się bez kicania niby zając po krzakach. I pańskie szkice się znajdą.

Lecz sztabskapitan patrzył nie na nią, tylko w plecy tego, kogo porucznik nazwał Fandorinem. Żółtawe oblicze Wasyla Aleksandrowicza zastygło niby maska, a w jego kocich oczach migały dziwne błyski.

Загрузка...