Skoro mniemany Japończyk zdołał się wymknąć, a Drozda pilnowała moskiewska Ochrana, wszystkie swoje wysiłki skupili petersburżanie na przechowalni. Bagaż złożono na dobę, co nasuwało wniosek, że wkrótce, zapewne przed południem, ktoś się po niego zjawi.
Fandorin i Mylnikow urządzili kocioł jeszcze pod wieczór. Jak już wspomniano, tuż obok przechowalni bagażu dyżurowali kolejowi żandarmi. Po placu dworcowym łazili na zmianę Mylnikowowscy filerzy, więc kierujący operacją ulokowali się z komfortem w biurze usług pogrzebowych Lapunowa, mieszczącym się naprzeciw stacji. Widok stamtąd był znakomity, a bardzo à propos okazała się witryna z amerykańskiego szkła, żałobnie przydymionego i przepuszczającego światło tylko w jedną stronę.
Lampy na wszelki wypadek nie zapalali, a i nie było szczególnej potrzeby: opodal paliła się uliczna latarnia. Wolno pełzły nocne godziny.
Od czasu do czasu dzwonił telefon: podkomendni raportowali, że sieć rozpięta, wszyscy na miejscach i zachowują czujność.
Sprawy służbowe Erast Pietrowicz i Eustracjusz Pawłowicz już wyczerpali, a rozmowa na oderwane tematy się nie kleiła. Partnerów dzieliła zbyt wielka różnica zainteresowań.
Inżynier znosił to lepiej, milczenie mu nie ciążyło, ale radca dworu aż się skręcał.
– Hrabiego Loris-Mielikowa raczył pan znać? – zapytał.
– Owszem – odpowiedział Fandorin. – Zdarzyło się.
– Jak mówią, wielkiego rozumu był człowiek, pewno dlatego, że Ormiaszka.
Milczenie.
– Do czego zmierzam. Opowiadano mi, że jaśnie oświecony przed swoją dymisją długo rozmawiał z Aleksandrem Trzecim w cztery oczy, robił różne proroctwa i napierał na konstytucję, ulżenie mniejszościom i w polityce zagranicznej. Nieboszczyk cesarz, jak wiadomo, rozumem nie grzeszył. Potem opowiadał ze śmiechem: „Loris mnie usiłował straszyć – wyobrażacie sobie? – Japonią. Żebym ja się jej bał”. To w tysiąc osiemset osiemdziesiątym pierwszym roku, kiedy nikt się z Japonią nie liczył. Słyszał pan tę anegdotę?
– A ja-akże.
– Oto jacy za cara oswobodziciela ministrowie byli. Ananasowi Trzeciemu na dworze zawadzali. A już co do jego synka, Nikołaszy, aż szkoda gadać. Zaiste powiedziano: „Zechce ukarać, rozum odbierze”. No, mów pan coś! Ja szczerze, z duszy. Serce za Rosję się kraje.
– J-jasne – sucho zauważył Fandorin.
Zbliżeniu nie posłużył nawet wspólny posiłek, tym bardziej że każdy jadł swoje. Mielnikowowi filer dostarczył karafeczkę jarzębiaku, słoninę z papryką i korniszony. Inżyniera japoński sługa ugościł ryżowymi chlebkami z siekanym surowym śledziem i marynowaną rzodkwią. Z obydwu stron nastąpiły szczere zaproszenia do poczęstunku, równie szczerze odrzucone. Po zakończeniu posiłku Erast Pietrowicz zapalił holenderskie cygaro, Eustracjusz Pawłowicz jął ssać eukaliptusowe landrynki na nerwy.
Wreszcie zgodnie z porządkiem natury nadszedł ranek.
Na placu zgasły latarnie, nad wilgotną jezdnią zakłębił się opar, przeszywany skośnymi promieniami słońca. Pod oknem biura zakładu pogrzebowego, na chodniku, zaczęty skakać wróble.
– To on! – półgłosem powiedział Fandorin, ostatnie pół godziny ani na chwilę nie odrywający się od lornetki.
– Kto?
– Nasz. Dz-dzwonię do żandarmów.
Mylnikow powiódł wzrokiem za kierunkiem inżynierskich szkieł, przypadł do swoich.
Przez szeroki, prawie bezludny plac drobił człowieczek w naciągniętym na uszy kaszkiecie.
– Jak nic on! – drapieżnie wyszeptał radca dworu i wykonał nieprzewidziany planem fortel: wysunął się przez lufcik i dmuchnął ogłuszająco w gwizdek.
Erast Pietrowicz zastygł z tubką telefoniczną w ręce.
– Czyś pan sfiksował?
Tryumfalnie wyszczerzywszy zęby, Eustracjusz Pawłowicz rzucił przez ramię:
– A coś pan myślał, że Mylnikow kolejarzom całą sławę odda? Tu mi wyrośnie!… Mój Japoniec, mój!
Z czterech rogów placu ku kusemu człowieczkowi zbiegała się czwórka filerów. Gwizdali pełną piersią, drąc się groźnie:
– Stój!
Szpieg usłuchał, przystanął. Rozejrzał się na wszystkie strony. Upewnił się, że uciekać nie ma gdzie, lecz jednak pobiegł w ślad za pustym porannym tramwajem, z wizgiem toczącym się w stronę Zacepy.
Biegnący z naprzeciwka filer uznał, że odgadł zamiar wroga – rzucił się ku wagonowi i ciężko wskoczył na przednią platformę.
W tejże chwili dopadł tramwaju i Japończyk, nie wlazł jednak do wnętrza: podskoczył w biegu, złapał za szczebel bocznej drabinki i raz – dwa znalazł się na dachu.
Agent, który wpadł do wagonu, zaczął się miotać pośród ławek, zachodząc w głowę, gdzie zniknął zbieg. Pozostała trójka krzyczała, machała rękami, lecz nie pojmował ich gestykulacji, odstęp zaś między pogonią a tramwajem stopniowo rósł.
Spod dworca na osobliwy spektakl gapili się widzowie: odjeżdżający, odprowadzający, dorożkarze.
Wtem Eustracjusz Pawłowicz niemal do pasa wychylił się z lufcika i głosem trąby jerychońskiej ryknął:
– Zatrzymaj tramwaj, idioto!
Czy filer dosłyszał ryk naczelnika, czy też sam ruszył rozumem – dość, że skoczył ku motorniczemu i zaraz zapiszczały hamulce, tramwaj zwolnił, a zostający w tyle filerzy jęli szybko zmniejszać dystans.
– Akurat uciekniesz! – z satysfakcją skonstatował Mylnikow. – Na moich orłów nie ma sposobu. Każdy z nich wart tuzina pańskich kolejowych jełopów.
Tramwaj nie zatrzymał się jeszcze, wciąż zgrzytał po szynach, a już drobna postać w marynareczce przebiegła po dachu, odbiła się nogą, zrobiła niebywałe salto i wylądowała precyzyjnie na kiosku z gazetami, stojącym na rogu placu.
– Akrobata! – jęknął Eustracjusz Pawłowicz.
Fandorin zaś wymamrotał jakieś krótkie, najwyraźniej nierosyjskie słowo i przylgnął do okularów lornetki.
Zadyszani filerzy okrążyli drewnianą budkę. Zadarłszy głowy, machali rękami, coś krzyczeli. Do zakładu pogrzebowego donosiło się tylko: „…mać,…mać,…mać!”.
Mylnikow chichotał z emocji.
– Jak kot na płocie! Wpadł!
Nagle inżynier wykrzyknął:
– Shuriken!
Rzuciwszy lornetkę, wyskoczył na ulicę i zawołał na cały głos:
– Uwaga! Ale za późno.
Cyrkowiec na dachu, obracając się wokół własnej osi, wykonał cztery błyskawiczne ruchy na wszystkie cztery strony, błogosławiąc jakby filerów. Jeden po drugim, niby zrąbane, Mylnikowowskie orły zwaliły się na jezdnię.
W następnej sekundzie szpieg miękko jak kot zeskoczył w dół i pomknął ulicą ku rozwartej nieopodal bramie.
Inżynier rzucił się w pogoń. Radca dworu, otrząsnąwszy się z szoku, pędził za nim.
– Co to było? Co to? – krzyczał.
– Pryśnie! – wystękał Erast Pietrowicz.
– Ja mu prysnę!
Mylnikow wyrwał spod pachy rewolwer i jak prawdziwy mistrz otwarł ogień w biegu. Eustracjusz Pawłowicz miał podstawy chlubić się celnością. Ruchomy cel trafiał zwykle z pięćdziesięciu kroków pierwszą kulą, lecz tu wywalił cały bębenek, a trafić nie zdołał. Piekielny Japończyk biegał dziwnie: to ukośnymi susami, to zygzakami – i trafże takiego.
– Zaraza! – Mylnikow szczęknął kurkiem w wystrzeloną łuskę. – No, co jest, wal pan!
– B-bezcelowe.
Na palbę z budynku dworca wypadli tkwiący tam w zasadzce żandarmi. Wśród publiczności wszczęła się panika – krzyczano, przepychano się, wymachiwano parasolami. Z paru stron rozległy się gwizdki stójkowych. Tymczasem zbieg znikł już w bramie.
– Zaułkiem, zaułkiem! – Fandorin wskazał żandarmom drogę. – Od lewej.
Niebieskie mundury pognały obiec dom, Mylnikow, klnąc straszliwie, wspinał się po schodach pożarowych na dach, a Erast Pietrowicz przystanął i sceptycznie pokręcił głową.
W dalszych poszukiwaniach nie brał udziału. Popatrzył, jak mrowią się żandarmi i policjanci, posłuchał dochodzących z góry wrzasków Eustracjusza Pawłowicza i skierował się z powrotem na plac.
Pod kioskiem z gazetami tłoczyli się gapie, migała biała czapka cyrkułowego.
Podchodząc, inżynier usłyszał wibrujący starczy głos, wieszczący słuchaczom:
– Mówi proroctwo: sypną się z niebios gwiazdy żelazne i porażą grzeszników…
Erast Pietrowicz rzucił posępnie cyrkułowemu:
– Zabrać publiczność.
I chociaż był po cywilnemu, policjant pojął z jego tonu, że ten człowiek ma prawo rozkazywać, i zadął natychmiast w gwizdek.
Przy akompaniamencie srogich: „Rozejść się! Gdzie leziesz?”, Fandorin obszedł pobojowisko.
Wszyscy czterej agenci byli martwi. Leżeli w jednakowej pozie, na wznak. Każdemu z czoła, głęboko wbita w kość, sterczała żelazna gwiazdka o ostrych, błyszczących szpicach.
– Boże Święty! – przeżegnał się Eustracjusz Pawłowicz, który właśnie się zjawił.
Chlipnął, i przysiadł w kucki, chcąc wyciągnąć blaszkę z martwej głowy.
– Nie dotykać! Krawędzie są nasączone trucizną.
Mylnikow cofnął rękę.
– Co to za diabelstwo?
– To shuriken albo siarinken. Broń miotana „skradaczy”. Jest w Japonii taka sekta dziedzicznych szpiegów.
– Dziedzicznych? – zamrugał gwałtownie radca dworu. – To coś jak z naszym Rykałowem z pionu dochodzeniowego? Już jego pradziad służył w Tajnej Kancelarii za Katarzyny Wielkiej.
– Tak jakby. Dlatego wlazł na ten kiosk.
Tę ostatnią replikę Erast Pietrowicz skierował do siebie, lecz Mylnikow podchwycił:
– Czemu?
– Żeby rzucać do nieruchomych celów. A pan: „K-kot na płocie”. No i wyłamali panu, Mylnikow, sztachety.
– Co tam sztachety. – Po policzkach Eustracjusza Pawłowicza toczyły się łzy. – Wyłamali, odpowiem, nie pierwszy raz. Ludzi szkoda. Takie zuchy! Jeden w drugiego. Ziablikow, Razpasznoj, Kasatkin, Möbius…
Od strony obu ulic Tatarskich wypadła wściekle rozpędzona dorożka, wyskoczył z niej blady człowiek bez kapelusza i już z dala zawołał:
– Eustratpałyczu! Nieszczęście! Uciekł Drozd! Zniknął!
– A nasza wtyczka co?
– Znaleźliśmy z nożem w boku!
Radca dworu bluznął tak wściekłymi przekleństwami, że z tłumu dobiegło pełne szacunku: „Zna się na rzeczy”. Inżynier zaś bystrym krokiem ruszył w stronę dworca.
– A pan dokąd? – krzyknął Mylnikow.
– Do przechowalni bagażu. Teraz się po melinit nie zjawią.
Ale Erast Pietrowicz się mylił.
Przed otwartymi na oścież drzwiami przestępował z nogi na nogę kantorzysta.
– No i jak? Ptaszki schwytane? – zapytał, ujrzawszy Erasta Pietrowicza.
– Jakie ptaszki?
– A jakże! Ci dwaj, co bagaż zabrali. Naciskałem, jak się należy, na guzik. Potem patrzę do izby, do panów żandarmów. Widzę: pusto.
Inżynier jęknął jak w nagłym ataku bólu.
– D-dawno?
– Pierwszy był punkt o piątej. Drugi w siedem, osiem minutek potem.
Breguet Erasta Pietrowicza pokazywał piątą dwadzieścia dziewięć.
Radca dworu znów bluznął przekleństwami, lecz teraz już nie groźnie, ale żałośnie, w tonacji moll.
– Akurat jakżeśmy po podwórzach i piwnicach łazili.
Fandorin zaś podsumował pogrzebowym tonem:
– Pogrom gorszy od Cuszimy.
Konflikt kompetencji wybuchł zaraz na korytarzu. Erast Pietrowicz stracił ze złości zwykłą flegmę i wyłożył Eustracjuszowi Pawłowiczowi wszystko, co myśli na temat Ochrany, zdolnej płodzić wyłącznie donosicieli i prowokatorów, bo kiedy trafi się sprawa serio, okazuje się psu na budę i tylko wstyd przynosi.
– Wyście, żandarmi, też nieźli – odciął się Mylnikow. – Czemu to pańscy mądrale bez rozkazu z zasadzki wybiegli? Zgubili melinitowców i szukaj wiatru w polu!
I Fandorin zamilkł, pokonany tyleż racją zarzutu, co zwrotem: „wy, żandarmi”.
– Nie ułożyła się nam współpraca – westchnął przedstawiciel Departamentu Policji. – Teraz pan złoży skargę na mnie swojemu szefostwu, a ja na pana mojemu. Tylko że pisanina sprawie nie pomoże. Lepszy kiepski pokój od dobrej kłótni. Zróbmy tak: pan niech pilnuje swoich kolei, a ja będę towarzysza Drozda łapać. Jak nam obu ze specjalności i wedle instrukcji wypada. Tak będzie lepiej.
W łowach na zwąchanych z japońskim wywiadem rewolucjonistów Eustracjusz Pawłowicz dopatrywał się widać większego sensu niż w pogoni za niewiadomymi dywersantami, których Bóg wie gdzie szukać na liczącej osiem tysięcy wiorst magistrali.
Ale Fandorinowi radca dworu tak obrzydł, że odparł ze wstrętem:
– Świetnie, tylko niech mi pan w oczy nie lezie.
– Dobry fachowiec nigdy nie lezie w oczy – mruknął Eustracjusz Pawłowicz, kontent.
Teraz dopiero, żałując zmarnowanych na daremne potyczki bezcennych minut, Erast Pietrowicz wziął się do roboty.
Naprzód szczegółowo rozpytał kantorzystę o tych, co przedstawili kwity na bagaże.
Okazało się, że ktoś, kto zabrał osiem papierowych pakietów, odziany był jak rzemieślnik (szara rubaszka bez kołnierzyka, kapota, buty z cholewami), lecz twarz nie odpowiadała ubraniu – świadek nazwał tego człowieka „nie – prostym”.
– Co to znaczy „nieprosty”?
– Z kształconych. Okularnik, włosiszcza do ramion, bródka jak u diaczka. Robotnik czy rękodzielnik taki się nie zdarza. Na dodatek słabowity jakiś. Twarz biała i cały czas pocharkiwał, wycierał wargi chustką.
Drugi klient, przybyły w parę minut po okularniku, jeszcze bardziej zaciekawił inżyniera: podsuwał wreszcie jakiś punkt zaczepienia.
Człowiek, który zabrał trzy drewniane skrzynki, był w mundurze kolejowego pocztowca! W tym wypadku kantorzysta pomylić się nie mógł – nie pierwszy rok służył w resorcie komunikacji.
Wąsaty, wydatne kości policzkowe, wiek średni. U boku kabura, co oznaczało, że konwojuje wagon pocztowy, którym, jak wiadomo, przewozi się i gotówkę, i przesyłki wartościowe.
Przeczuwając już sukces, lecz tłumiąc ten niebezpieczny nastrój, Fandorin zapytał podpułkownika Daniłowa, który dopiero co przybył na miejsce wydarzeń:
– Przez ostatnich dwadzieścia minut, po wpół do szóstej, odjeżdżały jakieś pociągi?
– Tak jest, charbiński. Dziesięć minut, jak odszedł.
– Tam są, robaczki. Obaj – z przekonaniem oznajmił inżynier.
Pułkownik wyraził wątpliwość:
– A może wrócili do miasta? Albo czekają na następny, pawelecki? Odchodzi szósta dwadzieścia pięć.
– Nie. Nie przypadkiem pojawili się prawie w tym samym czasie, w odstępie kilku minut. To raz. I proszę wziąć pod uwagę, o jakiej porze – o świcie. Czego szukać o szóstej rano na dworcu, jeśli nie jedzie się pociągiem charbińskim? To dwa. No i, rzecz jasna, trzy – głos inżyniera stwardniał – na co dywersantom ten p-pawełecki? Cóż by mieli na linii paweleckiej wysadzać? Słomę z sianem i marchew z rzepą? Nie. Nasze typki pojechały charbińskim.
– Pchnąć telegram, żeby zatrzymali skład?
– W żadnym wypadku. Tam jest melinit. Kto ich wie, co to za ludzie? Zwietrzą coś niedobrego, to mogą i pociąg wysadzić. Żadnych zatrzymań, żadnych nieplanowanych postojów. Melinitowcy i tak są czujni, cali w nerwach. Niech pan lepiej powie, gdzie jest, według rozkładu, pierwszy postój?
– To ekspres. Powinien stawać tylko we Włodzimierzu. Zaraz zajrzę do rozkładu… O dziewiątej trzydzieści.
Podstawiony natychmiast na rozkaz Daniłowa potężny parowóz dopędził pociąg charbiński na granicy guberni moskiewskiej i zachowywał odtąd wiorstowy odstęp, który skrócił dopiero przed samym Włodzimierzem.
Zaledwie z minutowym opóźnieniem wpadł na sąsiedni tor. Fandorin zeskoczył na peron, nie czekając, aż lokomotywa stanie. Ekspres stał na stacji dziesięć minut, więc każda chwila była cenna.
Inżyniera powitał rotmistrz Lenz, naczelnik włodzimierskiego oddziału żandarmerii kolejowej, szczegółowo poinstruowany o wszystkim przez telefon. Spojrzał dzikim wzrokiem na maskaradę Fandorina: utytłany tużurek, siwe brwi, wąsy i skronie (choć bez malowania tych ostatnich się obeszło). Otarł chustką kroplisty pot z łysiny, lecz nie wdawał się w pytania.
– Wszystko gotowe. Proszę.
Ciąg dalszy raportował już w biegu, podążając za Erastem Pietrowiczem.
– Wózek czeka. Grupa zebrana. Nie wychylają się, jak nakazano.
Stacyjny poczmistrz, wprowadzony w sedno sprawy, dreptał wokół wózka wyładowanego korespondencją i, sądząc z kredowego odcienia twarzy, miał niezłego stracha. Izba nabita była błękitnymi mundurami. Wszyscy żandarmi siedzieli w kucki, a jeszcze i przychylali głowy. Aha, żeby nie zobaczono ich z peronu, przez okno, domyślił się Fandorin.
Uśmiechnął się do pracownika poczty.
– Spokojnie, spokojnie, nic się takiego nie zdarzy.
Chwycił wózek za rączki i wyprowadził na peron.
– Siedem minut – wyszeptał za nim rotmistrz.
Z wagonu pocztowego, spiętego bezpośrednio z parowozem, wysunął się człowiek w granatowej kurtce.
– Śpicie w tym Włodzimierzu? – krzyknął gniewnie. – Co się ślimaczysz?
Długowąsy, wiek średni, wystające kości policzkowe. Może to ten, oceniał Erast Pietrowicz, szepcąc przy tym do partnera:
– Nie trzęś się tak. Ziewaj, żeś się niby nie wyspał.
– Tak jakoś… zmorzyło mnie… Druga doba na dyżurze… – bełkotał włodzimierczyk, ziewając i przeciągając się na pokaz.
Przebrany inżynier rzucał tymczasem szybko w otwarte drzwi wagonu pocztę, rozważając, czy nie złapać by tak długowąsego za pas, nie zwalić na peron. Nic prostszego.
Postanowił zaczekać. Rozejrzeć się, czy nie ma gdzieś trzech drewnianych skrzynek o rozmiarach dziesięć na piętnaście na dziesięć cali.
I słusznie zrobił, że poczekał.
Wlazł do wagonu, rozkładając włodzimierską pocztę na trzy kupki: listy, przesyłki, gazety pod opaską.
Wewnątrz był istny labirynt z ułożonych w pryzmy worków, koszy i skrzynek.
Erast Pietrowicz przeszedł wzdłuż jednego rzędu, potem wzdłuż drugiego, lecz znajomego bagażu nie dostrzegł.
– Co to za spacery? – sarknął ktoś z ciemnego przejścia. – Ruszaj się żwawiej! Worki, o tu, kanciaste – tam. Nowy, czy co?
Proszę, niespodzianka. Drugi pocztowiec, też czterdziestoletni, też kości policzkowe i wąsy. Który to? Szkoda, że nie można było wziąć ze sobą kancelisty z przechowalni bagażu…
– Nowy – zahuczał Fandorin zakatarzonym basem.
– A z wyglądu stary.
Drugi pocztowiec podszedł do pierwszego, stanął obok. U każdego na pasie wisiał w kaburze nagan.
– Co ci się tak ręce trzęsą? Zabawiłeś się wczoraj? – zapytał włodzimierczyka drugi.
– Pohulało się trochę.
– A żeś mówił, że druga doba na dyżurze? – zdziwił się pierwszy, długowąsy.
Drugi wysunął się z drzwi, popatrzył na budynek stacyjny.
Który to? – próbował zgadnąć Fandorin, prześlizgując się szybko wzdłuż stosów. A może żaden? Gdzie te skrzynki z melinitem?
Nagle ogłuszająco huknęło. To drugi pocztowiec zatrzasnął drzwi i zasunął rygiel.
– Coś ty, Matwiej? – zdziwił się długowąsy.
Matwiej wyszczerzył żółte zęby, szczęknął odciąganym kurkiem.
– Już ja wiem co. Trzy niebieskie furażerki w oknie i każda się tu gapi. Ja mam nosa!
Mimowolna ulga – oto uczucie, jakiego doznał w owej chwili Erast Pietrowicz. A więc nie na darmo smarował sobie brwi i wąsy bielą ołowiową, nie darmo trzy godziny wdychał parowozowy kopeć.
– Matwiej, czyś ty zdurniał? – nie mógł dojść do siebie długowąsy, łypiąc na lśniącą lufę.
Włodzimierczyk – ten zrozumiał od razu. Wparł się plecami w ścianę.
– Cicho, Łukicz. Dziób zamknij. A ty, gnido, powiadaj! Od szpików ten twój tragarz? Zabiję! – Obiekt złapał tubylca za kołnierz.
– Mnie kazali… Litości… Tylko roczek do emerytury… – od razu skapitulował aborygen.
– Ejże, bez głupstw, kochasiu! – krzyknął, wysuwając się zza skrzynek, Fandorin. – Wpadłeś, tak czy owak, na całego. Rzuć bro…
Ani się spodziewał, że obiekt strzeli, nawet nie dosłuchawszy.
Inżynier ledwie zdążył przysiąść: kula świsnęła mu tuż nad głową.
– Ach, ty paskudo! – rozległ się zirytowany krzyk długowąsego, którego dywersant nazwał Łukiczem.
Znowu gruchnęło. Zlały się dwa głosy. Jeden zajęczał, a drugi pisnął.
Erast Pietrowicz podpełzł na skraj pryzmy, wyjrzał.
Sprawy przybrały bardzo ponury obrót.
Matwiej zaszył się w kącie, wystawiwszy rękę z rewolwerem. Łukicz leżał na podłodze, przebierając po piersi okrwawionymi palcami. Pocztowiec z Włodzimierza jęczał, zakrywszy twarz rękoma.
W martwym świetle elektrycznej lampy falował szarawy prochowy dym.
Z pozycji, jaką zajmował Fandorin, ustrzelić drania było rzeczą najprostszą pod słońcem, ale potrzebny był żywy i w miarę możności mało uszkodzony. Dlatego też Erast Pietrowicz wysunął rękę z brauningiem i posłał dwie kule w ścianę na prawo od obiektu.
Ten, jak należało, zrejterował z kąta za stos tekturowych pudeł.
Nie przestając strzelać (trzy, cztery, pięć, sześć, siedem), inżynier skoczył, z rozbiegu naparł całym ciałem na pudła – te zwaliły się, zasypując ukrytego za nimi człowieka.
Ciąg dalszy był kwestią dwóch sekund.
Erast Pietrowicz złapał sterczącą nogę w bucie z surowej skóry, wyciągnął dywersanta na dzienne – a ściślej, elektryczne – światło i palnął kantem dłoni nad obojczykiem.
Jeden jest.
Teraz trzeba by znaleźć drugiego, okularnika, który zabrał papierowe zawiniątka.
Tylko jak go znaleźć? I czy jest w ogóle w pociągu?
Ale bez szukania okularnika się obeszło – znalazł się sam.
Gdy Erast Pietrowicz odsunął zasuwę i rozepchnął ciężkie drzwi wagonu, pierwsze, co ujrzał, to biegnących peronem ludzi, usłyszał krzyki przerażenia i kobiece piski.
Przy wagonie pocztowym stał blady rotmistrz Lenz i zachowywał się dziwnie: zamiast patrzeć na inżyniera, który ledwie uszedł śmiertelnemu niebezpieczeństwu, żandarm zezował akurat gdzieś w bok.
– Trzymaj pan – powiedział Fandorin, podciągając do krawędzi nieprzytomnego jeszcze dywersanta. – I nosze tutaj, mam rannego. – Wskazał na miotającą się publiczność. – Spłoszyła ich strzelanina?
– To co innego. Nieszczęście, panie inżynierze. Ledwie rozległy się strzały, wyskoczyłem ze swoimi na peron z myślą, by panu na pomoc… Kiedy nagle, o, z tego tu wagonu – tu Lenz pokazał w bok – diabelski wrzask: „Żywcem się nie dam!”. I zaczęło się…
Dwaj żandarmi powlekli aresztowanego Matwieja, a Erast Pietrowicz zeskoczył na peron i popatrzył we wskazanym kierunku.
Zobaczył zielony wagon trzeciej klasy, obok którego nie było żywej duszy. Tylko za podniesionymi szybami migały białe twarze o otwartych ustach.
– Ma rewolwer. I bombę – pośpiesznie raportował Lenz. – Jak nic pomyślał, że idziemy po niego… Zabrał konduktorowi klucze, zamknął wagon z obu stron. Ma w środku ze czterdziestu ludzi. Woła: „Podejdź który, a wszystkich wysadzę!”.
I w istocie z wagonu rozległ się rozdzierający krzyk:
– Do tyłu!!! Niech się kto ruszy, wysadzam wszystkich w diabły!
– Jakoś jednak dotąd nie wysadził – zauważył refleksyjnie inżynier – choć miał okazję. A więc tak, rotmistrzu. Wszystkie skrzynki z wagonu pocztowego natychmiast wynieść. Później wypatrzy się nasze. Nosić z najwyższą ostrożnością. Jeśli zdetonują, będzie pan musiał nowy dworzec budować. To znaczy, oczywiście, nie pan – kto inny. Za mną nie łazić. Dam sobie radę sam.
Skuliwszy się, Erast Pietrowicz pobiegł wzdłuż składu. Stanął pod oknem, z którego przedtem grożono wysadzeniem wszystkich w diabły. Ono jedno było półotwarte.
Inżynier delikatnie postukał w ścianę: puk, puk, puk.
– Kto tam? – odkrzyknął zdziwiony głos.
– Inżynier Fandorin. Pozwoli pan wejść?
– A to po co?
– Można by pogadać.
– To ja zaraz wszystko w cholerę wysadzę – niepewnie oznajmił głos. – A pan co? Nie słyszał? A poza tym, jak pan wejdzie? Drzwi nie otworzę za nic.
– Nic nie szkodzi, bez obaw. Ja przez okienko… Proszę tylko nie strzelać.
Podciągnąwszy się zręcznie, Erast Pietrowicz przewinął się oknem do ramion, odrobinę poczekał, żeby bombiarz obejrzał sobie jego czcigodną siwiznę, i potem dopiero powoli, bardzo powoli wśliznął się do wagonu.
Sprawa wyglądała kiepsko: rewolwer okularnik wetknął za pas, a w rękach trzymał czarne zawiniątko, przy czym dłoń zapuścił do wnętrza: wszystko wskazywało, że ściska szklany zapalnik. Tylko naciśnie, a bomba łupnie, od niej zaś siedem pozostałych. Oto one, na górnej półce, pod rogożą.
– Nie wygląda pan na inżyniera – rzucił blady jak śmierć młodzieniec, oglądając zakurzone odzienie rzekomego tragarza.
– Pan także nie wygląda na proletariusza – odparował Erast Pietrowicz.
Wagon, niepodzielony na przedziały, stanowił długie przejście z drewnianymi ławami po obu stronach. W odróżnieniu od gardłującej publiczności z peronu zakładnicy siedzieli cicho – czuli oddech śmierci. Tylko skądś dobiegał głos kobiecy, łzawo mamrocząc modlitwę.
– Cicho tam, idiotko! Bo wysadzę! – krzyknął strasznym basem młodzieniec i modlitwa się urwała.
Niebezpieczny, skrajnie niebezpieczny, ocenił Fandorin, zaglądając w rozszerzone oczy terrorysty. Nie pozuje, nie odstawia histeryka. Jak dwa a dwa cztery – wysadzi.
– Skąd ta zwłoka? – spytał Erast Pietrowicz.
– Że co?
– Przecież widzę. Śmierci się pan nie boi. Więc czemu pan zwleka? Dlaczego nie stłucze pan detonatora? Coś pana powstrzymuje. Co?
– Jest pan dziwny – oblizał białe wargi okularnik – ale ma pan rację. Wszystko miało być… Wszystko nie tak. Ginę na darmo. Wstyd. A ona nie dostanie dziesięciu tysięcy.
– Kto? Pańska matka? Od kogo nie dostanie? Od Japończyków?
– Jaka tam matka! – Młodzieniec podskoczył z irytacji. – Ach, jak świetnie to było wykoncypowane! Łamałaby sobie głowę: kto, skąd? A potem domyśliłaby się i błogosławiła moją pamięć. Rosja by mnie przeklęła, a ona błogosławiła.
– Ta, którą pan kocha? – spytał Fandorin, zaczynając się domyślać. – Jest nieszczęśliwa, uciemiężona? Uratowałyby ją te pieniądze, pozwoliły jej zacząć nowe życie?
– Właśnie! Nie wyobraża pan sobie, jak obmierzła jest ta Samara! A jej rodzice, bracia – bydło! Stuprocentowe bydło! Niech mnie nie kocha, trudno! Czemu niby miałaby kochać żywego trupa, wypluwającego płuca? Ale ja z tamtego świata wyciągnę do niej rękę i wydźwignę ją z bagna… To znaczy, wyciągnąłbym…
Młody człowiek zajęczał i zatrząsł się tak, że czarny papier zaszeleścił mu w rękach.
– Nie dostanie pieniędzy, bo nie zdołał pan wysadzić mostu? Albo tunelu? – spytał szybko Erast Pietrowicz, nie spuszczając wzroku ze śmiercionośnego pakietu.
– Mostu, Aleksandrowskiego. Skąd pan wie? Zresztą co za różnica… Tak, samuraj nie zapłaci. Ginę na próżno.
– Czyli że wszystko to dla niej, za dziesięć tysięcy?
Okularnik zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie tylko. Chcę się zemścić na Rosji. Ohydny kraj, ohydny!
Fandorin rozsiadł się na ławce, założył nogę na nogę i wzruszył ramionami.
– Większej szkody Rosji już pan nie wyrządzi. Dobra, wysadzi pan wagon. Zabije pan i porani czterdziestu biednych pasażerów trzeciej klasy, a pańska dama serca wciąż będzie kisła w Samarze. – Pomilczał, by młody człowiek rozważył to jak należy, po czym energicznie oznajmił:
– Mam lepszy pomysł. Odda mi pan materiał wybuchowy, a wtedy osoba, którą pan kocha, dostanie dziesięć tysięcy. A już Rosję proszę zostawić własnym losom.
– Oszuka mnie pan – wyszeptał gruźlik.
– Nie. Daję panu słowo honoru – powiedział Erast Pietrowicz, i to takim tonem, że nie sposób było nie wierzyć.
Na policzkach bombiarza wystąpiły czerwone wypieki.
– Nie chcę umrzeć w więziennym szpitalu. Lepiej tu, zaraz.
– Jak pan sobie życzy – cicho odrzekł Fandorin.
– Dobrze, napiszę do niej liścik…
Młodzieniec wyjął z kieszeni notes, gorączkowo zaskrzypiał w nim ołówkiem. Zawiniątko z bombą leżało na ławce, nic nie wzbraniało już Fandorinowi, by nim zawładnąć, lecz inżynier nie ruszył się z miejsca.
– Tylko krótko, jeśli łaska – poprosił. – Pasażerów szkoda. Przecież dla nich każda sekunda to męka. Nie daj Boże, a ktoś dostanie udaru.
– Tak, tak. Zaraz, zaraz…
Skończył pisać, złożył starannie karteczkę, oddał.
– Tam jest nazwisko i adres.
Teraz dopiero Fandorin wziął bombę, po czym, wezwawszy żandarmów, wręczył ją im przez okno.
Za nią podążyło pozostałych siedem.
Okularnik ostrożnie brał je, przekazywał Erastowi Pietrowiczowi, ten zaś podawał w dół.
– A teraz łaskawie wyjdź pan – powiedział desperat, odwodząc kurek. – I proszę pamiętać: dał pan słowo honoru.
Erast Pietrowicz wejrzał w jasnobłękitne oczy młodzieńca, zrozumiał, że namowy nie mają sensu, i ruszył do wyjścia.
Niemal w tej samej chwili z tyłu huknął wystrzał.
Do domu inżynier wrócił u schyłku dnia, zmęczony i przybity. W Moskwie, na dworcu, wręczono mu telegram z Petersburga: WSZYSTKO DOBRE CO SIĘ DOBRZE KOŃCZY ALE POTRZEBNY JAPOŃCZYK STOP CO DO DZIESIĘCIU TYSIĘCY MAM NADZIEJĘ ŻART.
Oznaczało to, że płacić samarskiej belle dame sans merci przyjdzie inżynierowi z własnej kieszeni, ale nie to go martwiło. Nie wychodził mu z głowy samobójca z jego miłością i jego nienawiścią. A przy tym myśli Erasta Pietrowicza wciąż i wciąż przykuwał człowiek, który wpadł na to, jak z cudzego nieszczęścia wyciągnąć praktyczną korzyść.
Od aresztowanego pocztowca na jego temat dowiedziano się niewiele. Rzec można – nic nowego. Gdzie owego pomysłowego człowieka szukać, nadal nie było wiadomo Jeszcze trudniej – przewidzieć, gdzie wymierzy kolejny cios.
W drzwiach służbowego mieszkania powitał Fandorina kamerdyner. W dniu dzisiejszym neutralność dała się Masie szczególnie we znaki. Cały czas pod nieobecność pryncypała Japończyk mruczał sutry, a nawet spróbował modłów przed ikoną, lecz teraz był wcieloną obojętnością. Obrzucił Erasta Pietrowicza bystrym wzrokiem: czy aby cały? Widząc, że cały, zmrużył na mgnienie z ulgą oczy i zaraz obojętnie oświadczył po japońsku:
– Znów list od naczelnika miejskiej żandarmerii.
Inżynier, marszcząc czoło, otworzył liścik, w którym generał lejtnant Szarm usilnie prosił, by zaszczycić go obecnością na obiedzie, dziś, o wpół do ósmej. Liścik kończyły słowa: „Bo jak nie, to się obrażę”.
Wczorajsze, takie samo zaproszenie pozostało, z braku czasu, bez odpowiedzi.
Nieładnie: stary, zasłużony generał. Skoro zaprasza powtórnie, nie wypada go obrażać.
– Mycie, golenie, smoking, biały krawat, cylinder – kwaśno rzekł do sługi inżynier. – Wychodzę na krótko.
Dwudziestego piątego maja Glikeria Romanowna przejechała bulwarem na próżno – Wasia nie przyszedł. Rozstroiło ją to, ale niezbyt mocno. Po pierwsze, teraz wiedziała już, gdzie go szukać, a po wtóre – miała się czym zająć.
Wprost z bulwaru wpadła do biura Konstantego Fiodorowicza Szarma. Staruszek ogromnie się ucieszył. Wyprosił z gabinetu jakichś oficerów z papierami, kazał podać czekoladę i w ogóle był nadzwyczaj miły w swej staromodnej galanterii.
Sprowadzić rozmowę na Fandorina było całkiem nietrudno. Po konwersacji o wspólnych petersburskich znajomych Glikeria Romanowna opowiedziała, jak niemal padła ofiarą koszmarnej katastrofy na moście, barwnie opisując wszystko, co widziała i przeżyła. Po czym skupiła uwagę na kierującym dochodzeniem tajemniczym panu o siwych skroniach.
Sugestywne określenie, zgodnie z rachubą Lidinej, zrobiło swoje.
– Dla pani może on tajemniczy, ale nie dla mnie. – Generał uśmiechnął się pobłażliwie. – To Fandorin z piterskiej kolejowej. Niezwykle rozumny człowiek, kosmopolita, wielki oryginał. Prowadzi teraz w Moskwie bardzo ważną sprawę. Zostałem uprzedzony, że mogę w każdej chwili być wezwany do pomocy.
Glikeria Romanowna struchlała: „ważna sprawa”. Biedny Wasia!
Lecz nie zdradziła lęku. Zamiast tego udała ciekawość.
– Kosmopolita? Wielki oryginał? Ach, miły Konstanty Fiodorowiczu, proszę mi go przedstawić! Wiem, że dla pana nie ma nic niemożliwego!
– Nie, nie, i nie ma co prosić. Erast Pietrowicz ma reputację pożeracza serc. Być może i pani nie pozostawiło obojętną jego marmurowe oblicze? Proszę uważać, bo będę zazdrosny i zarządzę nad panią tajny nadzór! – Generał żartobliwie pogroził Lidinej palcem.
Lecz, oczywista, wzbraniał się krótko i obiecał dziś jeszcze zaprosić petersburżanina na obiad.
Glikeria Romanowna przywdziała srebrzystą suknię, którą zwała „nieodpartą”, skropiła się korzennymi perfumami, a nawet, wbrew zwyczajom, podkreśliła nieco oczy. Tak spodobała się sobie, że całych pięć minut nie mogła wyjść z domu, wciąż podziwiając się w lustrze.
A obrzydły Fandorin nie przyszedł. Cały wieczór Lidina przesiedziała obok pustego krzesła, słuchając kwiecistych komplementów gospodarza i rozmów nudnych gości.
Przy pożegnaniu Konstanty Fiodorowicz rozłożył ręce.
– No, i nie przyszedł pani „tajemniczy”. Nawet na liścik odpowiedzieć nie raczył.
Zaczęła przekonywać generała, żeby się nie gniewał – być może Fandorin miał pilne śledztwo. I dodała:
– Jak u pana miło! I goście tacy wybitni. Wie pan, a gdyby tak jutro znowu urządzić obiad? W tym samym kręgu? A do Fandorina niech pan napisze jakoś bardziej stanowczo, żeby niechybnie przyszedł. Obiecuje pan?
– Dla przyjemności widzenia pani raz jeszcze u siebie gotów jestem na wszystko. Ale czemu tak się pani uparła na Fandorina?
– Nie o niego chodzi – zniżyła konfidencjonalnie głos Lidina. – To tylko pusta ciekawość. Za pana pozwoleniem – kaprys. Po prostu czuję się teraz bardzo samotna. Chciałabym częściej bywać w towarzystwie. Nie powiedziałam panu: odchodzę od Żorża.
Generał docenił zaufanie. Zerknąwszy na żonę megierę szybko zaproponował obiad za miastem, lecz Glikeria Romanowna zaraz wyprowadziła go z błędu. Zresztą staruszek chciał tylko okazać szczyptę kokieterii wobec młodej, uroczej kobiety: pomysł obiadu w Jarze podsunął mu nawyk, co każe starym huzarskim koniom rżeć na odległy dźwięk trąbki.
Nazajutrz Fandorin, choć z opóźnieniem, jednak się zjawił. W istocie Lidinej szło tylko o to – nie wątpiła w moc swych wdzięków. A wyglądała nie gorzej niż wczoraj, jeśli nie lepiej, wpadłszy na myśl włożenia haftowanego mauretańskiego toczka z opadającą na twarz przejrzystą, najzupełniej nieziemską woalką.
Strategię wybrała najprostszą, lecz bezbłędną.
Z początku nie patrzyła nań wcale, kokietując najprzystojniejszego z gości – konnego gwardzistę, adiutanta generała-gubernatora.
Potem, niechętnie ustępując prośbom gospodarza, wykonała śmiały romans Michaiła Pojgina Nie odchodź, pobądź ze mną, sama akompaniując sobie na fortepianie. Głos Glikeria Romanowna miała niewielki, lecz o bardzo miłym tembrze, działający nieodparcie na mężczyzn. Wyśpiewując namiętną obietnicę: „Ciebie ognistą ja pieszczotą nasycić chcę i znużyć dziś”, spoglądała kolejno na wszystkich mężczyzn z wyjątkiem Fandorina.
Gdy, zgodnie z jej oceną, obiekt winien był dojrzeć, czyli osiągnąć stosowny stopień zaintrygowania i rozjątrzenia, Lidina zaplanowała decydujący cios i skierowała się nawet ku kozetce, na której samotnie siedział Fandorin, ale przeszkodził gospodarz.
Podszedł do gościa i rozpoczął głupawe służbowe rozmowy. Zaczął wychwalać jakiegoś kolejowego sztabsrotmistrza Lisickiego, co zjawił się przedwczoraj z nader interesującym projektem stałej komórki przy miejskiej centrali telefonicznej.
– Świetna myśl przyszła do głowy pańskiemu podwładnemu – perorował generał. – Oto co znaczy żandarmski łeb. Nie bubek z Departamentu rzecz wymyślił, ale nasz człowiek! Poleciłem już udostępnić mu niezbędną aparaturę i osobny pokój. Lisicki wspomniał, że idea podsłuchu telefonicznego wyszła od pana.
– Nie „podsłuchu”, tylko „nasłuchu”, a zresztą sztabsrotmistrz jest zbyt s-skromny – z rozdrażnieniem odrzekł Fandorin. – Mój wkład można pominąć.
– Może użyczy mi go pan na pierwszy okres? Łebski oficer.
Westchnąwszy, Lidina pojęła, że szturm przyjdzie odłożyć na stosowniejszy moment.
Nastał on, gdy przed posiłkiem mężczyźni, nowomodnym obyczajem, wyszli do palarni. Na tym etapie Glikeria Romanowna zyskała już w pełni pozycję królowej wieczoru, obiekt zaś, rzecz jasna, winien był nie żywić najmniejszych wątpliwości, że jest najmniej atrakcyjnym ze wszystkich obecnych panów. Istotnie, Fandorin zerkał ukradkiem na zegarek, jakby niczego się już po soirée nie spodziewał i tylko czekał, by wymknąć się po angielsku.
Czas nadszedł!
Energicznie (nie było już co zwlekać) podeszła do siwawego bruneta, pykającego aromatyczne cygaro, i oznajmiła:
– Pamiętam! Przypomniałam sobie, gdzie pana widziałam. Przy wysadzonym moście. Tak niezwykłą twarz trudno zapomnieć.
Śledczy (czy jak się zwał w swoim departamencie) drgnął i wpatrzył się w Lidiną lekko zmrużonymi niebieskimi oczyma, bardzo, trzeba przyznać, stosownymi do przyprószonych srebrem włosów. Winien był drgnąć na taki komplement, i to jeszcze tak niespodziany.
– W rzeczy samej – rzekł z wolna, wstając. – Też sobie przypominam. Była pani bodajże nie sama, ale z jakimś wojskowym…
Glikeria Romanowna machnęła lekceważąco ręką:
– To tylko znajomy.
Skupiać rozmowę na Wasi było za wcześnie. Nie żeby miała wypracowany z góry plan działań – słuchała tylko czystej intuicji – lecz nie wolno przenigdy okazać mężczyźnie, że czegoś się odeń chce. Musi trwać w pewności, że to on czegoś chce, a od niej zależy: dać czy nie dać tego obiecanego czegoś. Najpierw obudzić nadzieję, potem odebrać, potem znów połaskotać mu nozdrza cudną wonią.
Rozumna kobieta, chcąca przykuć do siebie mężczyznę, zawsze czuje, jaki to gatunek: czy z tych, których trzeba będzie w końcu nakarmić, czy z tych, którzy winni zostać wiecznie głodni – będą posłuszniejsi.
Przyjrzawszy się Fandorinowi z bliska, Lidina od razu pojęła, że ten nie należy do platonicznych wzdychaczy. Długo wodzony za nos wzruszy ramionami i pójdzie sobie.
Tym samym kwestia przechodziła z fazy taktycznej w moralną i bez ogródek (a Lidina zawsze starała się być ze sobą w pełni uczciwa) mogła zostać sformułowana tak oto: czy dla ratunku Wasi warto we flircie z tym człowiekiem dojść do samego końca?
Tak. Była gotowa na tę ofiarę. Czując to, Glikeria Romanowna doświadczyła czegoś na kształt satysfakcji i jęła od razu uzasadniać podobny postępek.
Po pierwsze, to nie rozpusta, ale najczystszej wody poświęcenie, i nawet nie z namiętności, lecz z bezinteresownej, wzniosłej przyjaźni.
Po wtóre, Astrapowowi się należało. Zasłużył sobie.
Oczywista, gdyby Fandorin okazał się tłusty, miał brodawki i przykrą woń z ust, o takim poświęceniu nie byłoby i mowy, ale śledczy angloman, aczkolwiek niemłody, był wielce interesujący. Nawet bardziej niż interesujący…
Cały ten wir myśli przemknął przez głowę Lidinej w ciągu jednej sekundy, tak że w rozmowie nie dało się dostrzec najkrótszej nawet pauzy.
– Widziałam: nie spuszczał pan dziś ze mnie oczu – powiedziała niskim, wibrującym głosem, dotknąwszy jego ręki.
Spróbowałby! Robiła wszystko, by goście nie zapomnieli o niej ani na minutę. Brunet nie zaprzeczył, z pokorą schylił głowę.
– A ja na pana nie patrzyłam. Zupełnie.
– Z-zauważyłem.
– Bo się bałam… Mam wrażenie, że zjawił się tu pan nie przypadkiem, że złączyło nas przeznaczenie. I aż zrobiło mi się straszno.
– P-przeznaczenie? – spytał ze swym ledwie słyszalnym jąkaniem.
Wzrok miał jak trzeba – niepewny i nawet, rzecz można, zmieszany.
Lidina postanowiła nie tracić czasu. Co ma być, to będzie. I, jakby skacząc w studnię, szaleńczo rzuciła:
– Wie pan co? Jedźmy stąd. Do diabła z obiadem. Niech plotkują. Wszystko mi jedno.
Jeśli Fandorin nawet się wahał, to nie dłużej niż mgnienie. Oczy błysnęły mu metalicznym blaskiem, powtórzył zdławionym głosem:
– No cóż, jedźmy.
Po drodze na Ostozenkę zachowywał się w sposób niepojęty. Nie ściskał ręki, nie próbował całować, nawet nie rozmawiał.
Glikeria Romanowna także milczała, próbując dociec, jak najlepiej poradzić sobie z tym dziwnym człowiekiem.
Czemuż on taki napięty? Wargi mocno ściśnięte, nie spuszcza wzroku ze stangreta.
O, coś się zdaje: diabły mieszają w tym kotle! Pod sercem uczuła naraz słodką słabość i wściekła się na siebie: nie babiej, to nie żadna romantyczna przygoda, trzeba ratować Wasię.
W bramie Fandorin zachował się jeszcze bardziej zadziwiająco.
Przepuścił damę przodem, a sam wszedł nie od razu, lecz po chwili, i jakby już nazbyt spiesznie, niemal biegiem.
Po schodach wbiegł pierwszy, rękę trzymał przy tym w kieszeni palta.
A może jest trącony? – zlękła się nagle Lidina. Jak to mówią: ma kuku na muniu?
Lecz na rezygnację było za późno.
Otwarła kluczem drzwi.
Fandorin odsunął ją i dał susa do środka. Spłaszczył się, przylgnął plecami do ściany przedpokoju. Szybko powiódł wzrokiem w lewo, w prawo, do góry.
W ręce czerniał mu, nie wiadomo skąd wzięty, malutki pistolet.
– Co się z panem dzieje? – zakrzyknęła Glikeria Romanowna, wystraszona nie na żarty.
Obłąkany śledczy zapytał:
– No i gdzie on?
– Kto?
– Pani kochaś… Albo zwierzchnik. Skąd mam wiedzieć, co was łączy?
– O kim pan mówi? – w panice wybełkotała Lidina. – Ja nie ro…
– O tym, czyje zadanie pani wykonuje – niecierpliwie przerwał Fandorin, nadsłuchując. – Sztabskapitan z pociągu. Przecież to on kazał pani mnie tu zwabić. Ale w mieszkaniu go nie ma, poczułbym. Gdzie on jest?
Przycisnęła rękę do piersi. Wie, wszystko wie! Ale skąd?
– Wasia to nie mój kochanek – rzuciła gorączkowo, raczej czując niż wiedząc, że to chwila, gdy trzeba mówić prawdę. – To przyjaciel, naprawdę chcę mu pomóc. Gdzie jest, proszę nie pytać, tego panu nie powiem. Eraście Pietrowiczu, drogi, chcę prosić pana o łaskę!
– O co?
– O laskę! Człowiek zrobił głupstwo. Może z waszego wojskowego punktu widzenia zdaje się przestępstwem, ale to tylko roztargnienie! Czy można za roztargnienie karać tak surowo?
Brunet zmarszczył czoło, schował pistolet do kieszeni.
– Czegoś tu nie pojmuję… O kim pani mówi?
– Ależ o nim, o nim! O Wasi Rybnikowie. No, zgubił te wasze rysunki, i co teraz: koniec z dobrym człowiekiem? Toż to się w głowie nie mieści! Wojna za miesiąc czy pół roku się skończy, a on na katorgę? Albo jeszcze gorzej? To nieludzkie, niechrześcijańskie – zgodzi się pan? – Wyrzuciła z siebie te słowa tak szczerze, tak żarliwie, że jej samej z oczu trysnęły łzy.
Poruszony był nawet oschły Fandorin – patrzył zdziwiony, wręcz zakłopotany.
– Jak pan mógł myśleć, że ratuję kochanka? – wykrzyknęła z goryczą, idąc za ciosem, Glikeria Romanowna. – Czyż mogłabym, kochając jednego, zapraszać do siebie innego? Owszem, najpierw próbowałam oczarować pana, by pomóc Wasi, ale… to pan właśnie zawrócił mi w głowie. Aż sama, powiem otwarcie, zapomniałam, w jakiej sprawie chciałam pana zwabić… Wie pan, tak nagle, o tu, mnie złapało… – I położyła dłoń niżej stanika, by bujniej uwydatnił się biust, i bez tego godny uwagi.
Glikeria Romanowna dodała głuchym od namiętności głosem jeszcze kilka podobnych zdań, niezbyt troszcząc się o logikę – wiadomo, jak łatwowierni są w tych sprawach mężczyźni, zwłaszcza wobec zdobyczy tak bliskiej i dostępnej.
– Ja o nic nie proszę i prosić nie będę. Zapomnijmy o wszystkim…
Odrzuciła głowę, zwracając ją nieco w bok. Po pierwsze, dawało to piękną linię, a po drugie, dużo łatwiej było w tej pozie całować.
Minęła sekunda, druga, trzecia.
Pocałunek nie nastąpił.
Otwarłszy oczy, Lidina spostrzegła, zerkając z ukosa, że Fandorin patrzy nie na nią, ale w bok. Niczego ciekawego tam nie było, tylko aparat telefoniczny na ścianie.
– Zgubił r-rysunki? Rybnikow tak pani powiedział? – rzekł w zadumie śledczy. – Okłamał panią, moja droga. Ten człowiek to japoński sz-szpieg. Nie powie mi pani, gdzie on jest? Cóż, obejdzie się. Dowiem się tego i bez pani. Ż-żegnam.
Odwrócił się i wyszedł z mieszkania.
Pod Glikerią Romanowną niemal ugięły się nogi. Szpieg? Cóż za potworne podejrzenie. Biedny Wasia! Trzeba go zaraz uprzedzić. Jak widać, niebezpieczeństwo jest jeszcze poważniejsze, niż sądzi. A co gorsza, Fandorin mówił, że już się dowie, gdzie kryje się Wasia.
Złapała tubkę telefonu, lecz nagle zlękła się, czy śledczy nie podsłuchuje ze schodów. Otwarła drzwi. Nikogo. Tylko szybkie kroki po stopniach.
Wróciła, poprosiła o połączenie.
– Pensjonat Saint-Saëns – rozległ się w tubce damski głos.
Słychać było dźwięki fortepianu grającego skoczną polkę.
– Potrzebuję pilnie Wasyla Aleksandrowicza.
– Nie ma jeich.
– A prędko będzie?
– Uny nam się nie opowiadają.
Cóż za niewychowana pokojówka! Lidina tupnęła w desperacji nogą. Wyjście było jedno. Pojechać i doczekać się na miejscu.
Szwajcar wlepił wzrok w nadchodzącą, jakby wychynęła przed nim nie strojna, pod każdym względem comme il faut dama, lecz czart rogaty, i piersią zagrodził przejście.
– Pani do kogo? – zapytał podejrzliwie.
Zza drzwi, jak niedawno z tubki telefonu, dochodziła wesolutka muzyczka. W pensjonacie? O jedenastej wieczór?
Ach tak, toż dziś dwudziesty szósty maja, koniec roku, przypomniała sobie Glikeria Romanowna. A zatem w pensjonacie święto rozdania świadectw, stąd tyle na dziedzińcu ekwipaży – przyjechali rodzice. Łatwo pojąć, że szwajcar nie chce wpuścić osoby postronnej.
– Ja nie na wieczorek – wyjaśniła mu Lidina. – Muszę doczekać się pana Rybnikowa. – Zapewne wkrótce wróci.
– Już jest. Tylko do niego nie tędy, ale tamtędy proszę. – Odźwierny wskazał na oficynę.
– Ach, jaka ja głupia! Ma się rozumieć, nie może przecież Wasia mieszkać z pensjonarkami!
Wbiegła na schodki, szeleszcząc jedwabiem. Pośpiesznie zadzwoniła, zaczęła nawet pukać.
W oknach mieszkania było ciemno. Ani cienia, ani dźwięku.
Zmęczywszy się czekaniem, Lidina krzyknęła:
– Wasylu Aleksandrowiczu! To ja! Mam pilną, okropnie ważną sprawę!
I drzwi od razu, w tejże sekundzie się otwarły. Na progu stał Rybnikow i milcząc, patrzył na nieoczekiwanego gościa.
– Czemu u pana ciemno? – spytała, nie wiedzieć czemu, szeptem.
– Chyba przepalił się transformator. Co się stało?
– Ale świece pan ma? – zapytała, wchodząc. I wprost od progu, łykając ze wzburzenia słowa, przekazała złe wieści: że przypadkiem poznała w pewnym domu urzędnika prowadzącego sprawę i że ów ktoś widzi w Wasylu Aleksandrowiczu japońskiego szpiega.
– Trzeba mu wyjaśnić, że rysunki ukradli! Będę świadkiem, opowiem o tym typie z pociągu! Pojęcia pan nie ma, co to za człowiek – Fandorin. Nie ma z nim żartów, oczy jak lód! Niech szuka nie pana, tylko tamtego, czarniawego! Proszę pozwolić, a sama mu wytłumaczę!
Rybnikow słuchał jej splątanej relacji w milczeniu i jedną po drugiej zapalał świece w kandelabrze. W skaczącym świetle jego twarz zdała się Glikerii Romanownie tak zmęczona, nieszczęsna i udręczona, że aż zachłysnęła się żalem.
– Ja wszystko dla pana zrobię! Nie zostawię pana! – wykrzyknęła Lidina, w porywie chwytając go za ręce.
Drgnął i w jego oczach rozbłysły dziwne skry, przeobrażające bez reszty dotychczasową powierzchowność. Twarz ta już nie wydała się Glikerii Romanownie żałosna – o, nie! Rysy Rybnikowa przebiegały czarno-czerwone cienie, był teraz podobny do Wrublowskiego Demona *.
– Boże! Mój drogi, mój drogi, przecież ja pana kocham! – wyszeptała wstrząśnięta tym odkryciem Lidina. – Pan jest najdroższym, co posiadam!
Wyciągnęła doń ręce, twarz, całe ciało, drżąc w oczekiwaniu podobnego gestu.
Lecz były sztabskapitan wydał odgłos podobny do warknięcia i zrobił krok w tył.
– Proszę wyjść! – powiedział ochryple. – Natychmiast wyjść!
Lidina nie pamiętała, jak wybiegła na ulicę.
Czas jakiś Rybnikow stał w przedpokoju bez ruchu, wpatrzony w płomyki świec zastygłym, zmartwiałym wzrokiem.
Potem do drzwi cichutko zastukano.
Rzucił się jednym skokiem, szarpnął klamkę.
Na ganku stała hrabina.
– Proszę wybaczyć, że niepokoję – rzekła, wpatrując się w półmrok. – U mnie dziś hałaśliwie, więc przyszłam się dowiedzieć, czy nie dokuczają panu goście. Mogę powiedzieć, że w fortepianie pękła struna i puścić patefon w małym salonie. Wtedy byłoby ciszej.
Czując w zachowaniu lokatora jakąś niezwykłość, hrabina Beauvaudois zamilkła w pół słowa.
– Czemu pan tak na mnie patrzy?
Wasyl Aleksandrowicz, milcząc, wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie.
Hrabina była kobietą oziębłą i wielce doświadczoną, lecz z zaskoczenia straciła kontenans.
– Chodźmy – szarpnął ją za sobą przeobrażony Rybnikow. Szła za nim, uśmiechając się z niedowierzaniem.
Lecz gdy Wasyl Aleksandrowicz z głuchym jękiem wpił się w nią wargami i ścisnął w silnych rękach, uśmiech urodziwego, pełnego oblicza wdowy po hiszpańskim grandzie zmienił się naprzód w zdumienie, a potem w grymas namiętności.
Pół godziny później odmieniła się i Beatrix. Łkała na ramieniu kochanka, szepcząc słowa niewymawiane od lat, od wczesnego panieństwa.
– Żebyś ty wiedział… żebyś wiedział… – wciąż powtarzała, ocierając łzy, lecz co właściwie miał wiedzieć, nie umiała wyjaśnić.
Rybnikow niemal ją wyprosił.
Zostawszy wreszcie sam, siadł na podłodze w niewygodnej, sztucznej pozie. Spędził w niej ściśle osiem minut. Potem wstał, otrząsnął się jak pies i zatelefonował – punktualnie o wpół do dwunastej, jak było umówione.
A w tymże czasie po przeciwległej stronie kręgu bulwarów Lidina, nie zdjąwszy nawet narzutki i kapelusza, stała w swym przedpokoju przed lustrem i gorzko płakała.
– Skończone. Życie skończone – szeptała. – Nikomu nie jestem potrzebna…
Zachwiała się, zaczepiła nogą o coś szeleszczącego i krzyknęła. Całą podłogę przedpokoju pokrywał żywy kobierzec szkarłatnych róż. Gdyby nos biednej Glikerii Romanowny nie zapuchł od szlochów, poczułaby oszałamiający aromat już na schodach.
Z ciemnych głębin mieszkania, najpierw ukradkiem, potem coraz głośniej i głośniej polały się czarowne dźwięki. Niebiański głos śpiewał serenadę hrabiego Almavivy: – Wkrótce wschód jasno złotą błyśnie zorzą… * Łzy z cudnych oczu Glikerii Romanowny trysnęły jeszcze obficiej.
Ledwie doczytawszy pilny raport starszego brygady, przybyłej z Petersburga w miejsce porażonych stalowymi gwiazdami filerów, Eustracjusz Pawłowicz wyskoczył zza biurka i rzucił się ku drzwiom – zapomniał nawet melonika.
Dyżurne bryczki stały w pogotowiu pod bramą Ochrany, a jazda z Gniezdnikowskiego na Czystoprudny trwała, jeśli z wiatrem, najwyżej dziesięć minut.
– Oż ty, oż ty! – dogadywał radca dworu, usiłując raz jeszcze przeczytać notatkę – co nie było łatwe: bryczka skakała na kocich łbach, światło latarń migało, a Smurow bazgrał jak kura pazurem. Widać było, że najdoświadczeńszy z agentów, jakim nakazano śledzić poczynania Fandorina, poruszony jest nie na żarty: litery skakały, krzyżowały się linijki.
Przejąłem dyżur o 8 od starszego filera Żuczenki pod domem generała Szarma. Czarnobury wyszedł z bramy kwadrans po 8 w towarzystwie damulki, której nadano pseudo Fifa. Pojechali dorożką na Ostożenkę, dom Bomsego. O 937 Czarnobury wyszedł, a po pięciu minutach wybiegła Fifa. Dwóch wyprawiłem za Czarnoburym, my z Kroszkinem podążyliśmy za Fifą – wyglądała na tak roztrzęsioną, że uznałem to za intrygujące. Dojechała do bulwaru Czystoprudnego, zwolniła dorożkę przed pensjonatem Saint-Saëns. Weszła na ganek oficyny. Dzwoniła, stukała, długo nie otwierano. Z zajętej przeze mnie pozycji widać było, jak z okna wyjrzał mężczyzna, popatrzył na nią i się schował. Tam naprzeciw jest jasna latarnia i dobrze przyjrzałem się jego twarzy. Wydała mi się znajoma. Nie od razu, ale przypomniałem sobie, gdzie go widziałem: w Pitrze, na Nadieżdińskiej (pseudo Kałmuk). Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że z wyglądu podobny, jest do Akrobaty zgodnie z opisem w cyrkularzu. To on, Eustracjuszu Pawłowiczu! Na Boga, on!
St. filer Smurow.
Raport sporządzony był z naruszeniem instrukcji, a kończył się w najzupełniej już niedopuszczalny sposób, lecz radca dworu nie miał do Smurowa pretensji.
– No i jak on, wciąż tam? – rzucił się Mylnikow do starszego filera, wyskoczywszy z bryczki. Smurow siedział w krzakach za parkanem skwerku, skąd świetnie widoczny był podwórzec Saint-Saënsa, zalany jasnym światłem barwnych latarni.
– Tak jest. Proszę być pewnym, Eustracjuszu Pawłowiczu. Kroszkina postawiłem na oku z tamtej strony. Gdyby Kałmuk wylazł przez okno, Kroszkin by gwizdnął.
– No, opowiadaj!
– Znaczy się tak. – Smurow podniósł do oczu notesik. – Fifa była u Kałmuka niedługo, raptem pięć minut. Wybiegła o dziesiątej trzydzieści osiem, wycierając łzy chusteczką. O dziesiątej czterdzieści dwie z głównych drzwi wyszła kobieta, dałem jej pseudo Pawica. Weszła na ganek i do środka. Pawica była do jedenastej dwadzieścia. Wyszła, chlipiąc i trochę chwiejnie. Więcej nic.
– Czym to on, pokurcz skośnooki, tak baby rozstraja? – zdumiał się Mylnikow. – No dobra, teraz my jego odrobinę rozstroimy. A więc tak, Smurow. Ja wziąłem ze sobą sześciu. Jednego ci zostawiam. Wy trzej pilnować okien. No, a z resztą pójdę Japońca brać. Łebski jest, ale i my mamy łby nie od parady. Znowu ciemno u niego. Pewno spać poszedł. Umordowały go baby.
Schylony przebiegł podwórzec. Nim wszedł na ganek, zdjął buty. Tupot byłby całkiem nie na miejscu.
Ludzi radca dworu miał wybornych. Złoto, nie ludzie. Tłumaczyć takim niczego nie trzeba, starczą gesty.
Strzelił palcami do Saplukina, a ten w mig schylił się nad zamkiem. Pogmerał wytrychem, kapnął, gdzie trzeba, oliwą. Nie minęła minuta, a drzwi bezgłośnie się otwarły.
Mylnikow wszedł do ciemnego przedpokoju pierwszy, dzierżąc w pogotowiu najporęczniejsze cudo – kauczukową pałę z ołowianym rdzeniem. Japoszkę trzeba wziąć żywcem, bo Fandorin wylezie ze skóry.
Szczęknąwszy guziczkiem ślepej latarki, Eustracjusz Pawłowicz namacał promieniem troje białych drzwi: jedne pośrodku, jedne z lewej i jedne z prawej.
Wskazał palcem: ty prosto, ty tędy, ty tamtędy, tylko cśśś.
Sam został w przedpokoju z Lepinche’em i Saplukinem; wszyscy trzej byli gotowi runąć w te drzwi, zza których rozlegnie się umówiony sygnał: mysi pisk.
Stali napięci jak struny, czekali.
Przeszła minuta, druga, trzecia, piąta.
Z mieszkania dochodziły niejasne nocne szelesty, gdzieś za ścianą porykiwał patefon. Zegar zaczął wybijać północ – tak nieoczekiwanie i głośno, że Mylnikowowi omal wyskoczyło serce.
Co oni tam wyrabiają? Sprawa na minutę. Zajrzeć, zerknąć tu, tam. Pod ziemię, czy co, się zapadli?
Radca dworu poczuł nagle, że wcale nie czuje już myśliwskiej pasji. Znikło też jakoś podniecenie – na odwrót: po skórze przebiegły mu obrzydliwe, lodowe ciarki. Przeklęte nerwy. Niech tylko wezmę Japońca, i do wód mineralnych, na kurację, przyobiecał sobie Eustracjusz Pawłowicz.
Kiwnął filerom, by zostali na miejscu, i ostrożniutko wsunął nos w drzwi po lewej.
Było tam całkiem cicho. I pusto, jak sprawdził Mylnikow, poświeciwszy latarką. Czyli musi być przejście do sąsiedniego pomieszczenia.
Bezdźwięcznie krocząc po parkiecie, wyszedł na środek pokoju.
Ki diabeł? Stół, fotele. Okno. Na przeciwległej do okna ścianie lustro. Innych drzwi nie było – i Mandrykina nie było.
Chciał się przeżegnać, lecz przeszkodziła ściskana w garści pała.
Czując, jak czoło zrasza mu zimny pot, Eustracjusz Pawłowicz wrócił do przedpokoju.
– No i co? – samymi wargami zapytał Saplukin.
Radca dworu tylko nań machnął. Zajrzał do pokoju po prawej.
Był kubek w kubek taki sam jak lewy – i meble, i lustro, i okno.
Żywej duszy, pusto!
Mylnikow padł na czworaki, poświecił pod stołem, choć hipoteza, że filer wpadł na pomysł zabawy w chowanego, trąciła absurdem.
Do przedpokoju Eustracjusz Pawłowicz wypadł, mamrocząc:
– Panie, władyko niebieski!
Odepchnął agentów, rzucił się w drzwi pośrodku – już nie z pałką, lecz z rewolwerem.
Była to sypialnia. W rogu umywalnia, za zasłoną – łazienka z klozetem i jeszcze jakimś fajansowym sprzętem, wprawionym w podłogę.
Nikogo! Z okna na Mylnikowa łypał drwiąco szczerbaty księżyc.
Pogroził mu rewolwerem i jął z łoskotem otwierać szafy. Zajrzał pod łóżko, nawet pod wannę.
Japończyk znikł i capnął ze sobą trzech najlepszych Mylnikowowskich filerów.
Eustracjusz Pawłowicz poczuł strach. Czy to aby nie zaćmienie umysłu? Zakrzyczał histerycznie:
– Saplukin! Lepinche!
Gdy agenci milczeli, sam skoczył do przedpokoju. Lecz i tam nie było już nikogo.
– Panie Jezu! – wzniósł wezwanie radca dworu, gubiąc rewolwer i żegnając się zamaszyście. – Odczyń czary biesa japońskiego!
Gdy trzykrotne przeżegnanie się nie pomogło, Eustracjusz Pawłowicz pojął wreszcie, że japoński bóg potężniejszy jest od rosyjskiego, i padł przed Jego Skośnookością na kolana.
Uderzył czołem o ziemię i popełzł do wyjścia, wyjąc w głos:
– Banzaj, banzaj, banzaj!
Jak mógł jej nie poznać od razu! Rzecz jasna był zmęczony, zgnębiony niecierpliwie czekał chwili, gdy można będzie pójść. A ona, ma się rozumieć, wyglądała całkiem inaczej. Wtedy, o świcie, obok zwalonego mostu, była blada, wyczerpana, w mokrej i ubłoconej sukni, a tu aż jaśniała subtelną, zadbaną urodą, nawet jeśli pominąć przesłaniającą rysy woalkę. A jednak: to ci dopiero z niego detektyw!
Dopiero gdy sama podeszła i wspomniała o moście, Erasta Piotrowicza jakby grom strzelił. Przypomniał sobie jej zeznania, których skutkiem była fatalna, wstydliwa pomyłka, a przede wszystkim – jej towarzysza.
Tam, przy magazynie stacji Moskwa Towarowa, widząc w lornetce odbiorcę melinitu, Fandorin od razu poczuł, że widział go już gdzieś wcześniej, jednak zmylony japońskością twarzy, zboczył na manowce – wpadł na myśl, że szpieg przypomina mu któregoś z dawnych, jeszcze z japońskich czasów, znajomych. A wszystko było dużo prostsze! Tego człowieka, odzianego w brudny sztabskapitański mundur, widział na miejscu katastrofy.
Teraz wszystko wskoczyło na swoje miejsca.
Specjalny wysadzony został właśnie przez Akrobatę, jak celnie go ochrzcił Mylnikow. Japoński dywersant jechał ekspresem, a towarzyszyła mu ta właśnie Lidina. Jak zręcznie skierowała żandarmów na fałszywy trop!
I teraz wróg postanowił wymierzyć cios w tego, kto nań polował. Jeden z ulubionych trików sekty „skradaczy” nazywa się „królik pożera tygrysa”. Ale nic nie szkodzi, my także mamy na to własny zwrot: „Łapie mysz kota”.
Propozycja Glikerii Romanowny, by jechać do niej, nie wprawiła inżyniera w popłoch. Spodziewał się czegoś takiego. Lecz mimo wszystko sprężył się wewnętrznie w obliczu pytania, czy zdoła poradzić sobie w pojedynkę z tak groźnym przeciwnikiem.
Nie poradzę sobie – trudno, taka karma. Niech dalej wojują beze mnie, stwierdził filozoficznie Erast Pietrowicz i pojechał.
Lecz w domu na Ostożence zachował skrajną ostrożność. Karma karmą, jednak grać w poddawki nie myślał *. Tym większe było rozczarowanie, gdy okazało się, że Akrobaty tam nie ma. Tu już Fandorin nie zamierzał owijać sprawy w bawełnę – współczującą paniusię należało uświadomić wprost, tu i teraz.
Nie jest agentką – to pojął od razu. Jeśli pomocnicą, to mimowolną i w nic niewprowadzoną. Co prawda, wie, gdzie szukać Akrobaty, lecz za nic nie powie, bo jest w nim zakochana po uszy. Trudno przecież wziąć ją na tortury!
Tu wzrok Erasta Pietrowicza padł na aparat telefoniczny: pomysł zrodził się w jednej chwili. Niemożliwe, by szpieg takiego kalibru nie miał telefonu dla kontaktu w nagłych wypadkach!
Wystraszywszy okrutnie Lidiną, Fandorin zbiegł po schodach na ulicę, złapał dorożkę i nakazał gnać co sił do miejskiej centrali telefonicznej.
Lisicki zainstalował się na nowym miejscu z komfortem. Panienki z łącznicy zdążyły zaopatrzyć go w haftowane serwetki, na biurku stała patera z domowym ciastem, konfitury i imbryk z herbatą. Widać mężny sztabsrotmistrz zrobił tu furorę.
Ujrzawszy Fandorina, podskoczył, zdjął z uszu słuchawki i wykrzyknął z entuzjazmem:
– Eraście Pietrowiczu, istny z pana geniusz! Drugi dzień tu siedzę i wciąż to powtarzam: pańskie nazwisko wyryć by trzeba złotymi zgłoskami na tablicach policyjnych dziejów! Ani by pan nie pomyślał, ilu ciekawych i pikantnych rzeczy dowiedziałem się przez te dwa dni.
– Na pewno n-nie – przerwał mu Fandorin. – W lokalu numer trzy, dom Bomsego, Ostożenka, jaki numer?
– Sekundkę – Lisicki zajrzał do spisu – trzydzieści siedem osiemdziesiąt dwa.
– Sprawdźcie, dokąd dzwoniono z tego numeru w ciągu ostatniego kwadransa. Sz-szybko!
Sztabsrotmistrz jak bomba wypadł z pokoju i po trzech minutach wrócił.
– Na numer sto czternaście dwadzieścia dwa. To pensjonat Saint-Saëns, na bulwarze Czystoprudnym, już sprawdziłem. Rozmowa była krótka, ledwie pół minuty.
– Czyli że go nie zastała… – wymamrotał Fandorin. – Co to za pensjonat? Za moich czasów takiego nie było. Oświatowy?
– W pewnym sensie – zachichotał Lisicki. – Oświecają tam w przedmiocie słodkich wzruszeń. Instytucja znana, prowadzona przez niejaką hrabinę Beauvaudois. Osóbka z charakterem. Bywała u nas w jednej sprawie. I w Ochranie dobrze ją znają. Prawdziwe nazwisko – Anfisa Minkina. Biografia – istna powieść Boussenarda *. Cały świat zjeździła. Mętna postać, ale ją tolerują, bo od czasu do czasu okazuje stosownym resortom usługi. Intymnej, lecz niekoniecznie erotycznej natury. – Wesoły sztabsrotmistrz znów się zaśmiał. – Kazałem podłączyć się do pensjonatu. Zarejestrowane są tam dwa numery, więc do obu. Dobrze zrobiłem?
– Ś-świetnie. Proszę siedzieć i słuchać. Ja tymczasem zadzwonię.
Zatelefonował do swego mieszkania i kazał kamerdynerowi udać się na bulwar Czystoprudny i popatrzeć na pewien dom.
Pomilczawszy, Masa spytał:
– Panie, czy nie będzie to wtrącanie się w bieg wojny?
– Nie – uspokoił go Erast Pietrowicz, gwałcąc nieco sumienie, lecz innego wyjścia nie miał. Mylnikowa nie było, a żandarmi kolejowi nie zdołaliby prowadzić inwigilacji z sensem. – Będziesz po prostu patrzyć na pensjonat Saint-Saëns i zawiadomisz, gdybyś dostrzegł coś ciekawego. Jest tam niedaleko kinoteatr Orlando, a w nim publiczny telefon. Ja będę pod numerem…
– Dwadzieścia dziewięćdziesiąt trzy – podpowiedział Lisicki, mający na każdym uchu po słuchawce.
– Dzwonią, na lewy! – wykrzyknął w minutę później. Erast Pietrowicz złapał dodatkową tubkę, i usłyszał soczysty męski głos:
– Beatrysiu, duszeńko! Cały płonę, aż sił brak. Już do was jadę. Przygotujcie mój gabinecik. I Zulejkę, koniecznie.
– Zulejka jest z kawalerem – odpowiedział na drugim końcu głos kobiecy, bardzo miękki i miły.
Mężczyzna oburzył się.
– Jak to z kawalerem? Z kim? Jeśli z von Weilem, nie daruję pani tego.
– Przygotuję panu madame Friedę – zagruchała kobieta. – Pamięta pan, taka rosła, pysznej budowy, wirtuozersko smaga biczykiem, nie gorzej od Zulejki. Spodoba się waszej ekscelencji.
Sztabsrotmistrz zatrząsł się, dławiąc bezgłośny śmiech. Fandorin z irytacją rzucił tubkę.
W ciągu najbliższej godziny rozmów było mnóstwo, niektóre jeszcze pikantniejszej treści, lecz wszystkie w lewe ucho Lisickiego, czyli na numer 114-22; drugi telefon milczał.
Ocknął się o wpół do dwunastej, przy czym dzwoniono z pensjonatu. Mężczyzna poprosił o numer 42-13.
– Czterdzieści dwa trzynaście – co to? – szeptem zapytał inżynier, podczas gdy panienka łączyła.
Żandarm sam już szeleścił kartkami. Znalazł, podkreślił paznokciem linijkę. „Restauracja Róża Wiatrów” – przeczytał Fandorin.
– Restauracja Róża Wiatrów – rozległo się w słuchawce. – Słucham?
– Kochaniutki, poproszę do mnie pana Miroszniczenkę, siedzi przy stoliku pod oknem, sam – poprosił męskim głosem Saint-Saëns.
– W tej chwileczce.
Długie, kilkuminutowe milczenie. Potem spokojny baryton na restauracyjnym końcu linii zapytał:
– To pan?
– Według umowy. Gotowi?
– Tak. Będziemy o pierwszej w nocy.
– Dużo tego. Bez mała tysiąc skrzynek – uprzedził pensjonat.
Fandorin ścisnął słuchawkę tak, że pobielały mu palce. Broń! Transport japońskiej broni, nie inaczej!
– Ludzi starczy – z przekonaniem zapewniła restauracja.
– Jak będziecie transportować? Wodą?
– Ma się rozumieć. Inaczej na co mi magazyn nad rzeką? Powiedz pan, gdzie to.
W owej chwili na stole przed Lisickim zamigał lampkami aparat.
– To alarmowy – szepnął oficer, chwytając rożek i przekładając dźwignię. – Eraście Piotrowiczu, do pana. Pilne. Myślę, że pański sługa.
– Niech pan słucha. – Fandorin kiwnął w stronę tubki i wziął rożek.
– Panie, miałem zawiadomić, gdyby było ciekawie – rzekł po japońsku Masa. – Tu bardzo ciekawie, proszę przyjechać.
Niczego nie wyjaśniał, widać w kinoteatrze był tłum luda. Tymczasem rozmowa między Saint-Saënsem a Różą Wiatrów dobiegła końca.
– No i co, wymienił m-miejsce? – niecierpliwie odwrócił się do Lisickiego inżynier.
Ów ze skruchą rozłożył ręce.
– Zapewne w ciągu dwóch sekund, kiedy pan odłożył rożek, a ja jeszcze nie wziąłem… Słyszałem tylko, jak tamten z restauracji powiedział: „Tak, tak, wiem”. Jakie będą rozkazy? Posłać do Róży Wiatrów i Saint-Saënsa patrole?
– Nie trzeba. W restauracji nikogo pan już nie zastanie, a pensjonatem zajmę się sam.
Gnając powozem przez nocne bulwary, Fandorin myślał o straszliwym zagrożeniu, jakie zawisło nad prastarym miastem – nie, nad całym tysiącletnim państwem. Tłumy czerni, zbrojne w japońskie (czy jakie tam) karabiny zdławią zaułki pętlą barykad. Z peryferii do centrum popełznie bezkształtna, krwawa plama. Nastąpi przewlekła, okrutna masakra bez zwycięzców: zostaną tylko trupy i przegrani. Główny wróg całego życia Erasta Pietrowicza – bezsensowny, dziki Chaos – wlepiał w inżyniera bielma mrocznych okien, szczerzył zgniłe paszczęki bram. Rozumne, cywilizowane życie skurczyło się do migocącej bezbronnie wzdłuż trotuaru, wątłej niteczki latarń.
Masa oczekiwał pod kratą skweru.
– Nie wiem, co się dzieje – mówił szybko, wiodąc Fandorina wokół stawu. – Proszę samemu spojrzeć. Zły człowiek Myrnikow i z nim jeszcze pięciu zakradli się do domu przez ten ganek. To było… dwanaście minut temu. – Z satysfakcją spojrzał na złoty zegarek, ofiarowany mu w swoim czasie przez Erasta Pietrowicza na pięćdziesięciolecie mikado. – I zaraz zadzwoniłem.
– Co za pech! – wykrzyknął z żalem inżynier. – Ten szakal przewąchał i znów wszystko popsuł.
Kamerdyner zauważył filozoficznie:
– Trudno, nic teraz się nie zrobi. Patrzmy lepiej, co będzie.
Zaczęli patrzeć.
I z lewej, i z prawej było okno. Nie paliło się w nich światło.
– Dziwne – szeptał Erast Pietrowicz, – Co oni tam robią po ciemku? Ani strzałów, ani krzyków…
I w tejże chwili rozległ się krzyk – niegłośny lecz pełen tak zwierzęcej rozpaczy, że Fandorin i jego sługa bez porozumienia wyskoczyli z ukrycia i pobiegli w stronę domu.
Na ganek wypełzł ktoś szybko na łokciach i kolanach.
– Banzaj! Banzaj! – wołał bez przerwy.
– Dalej! – obejrzał się inżynier na ociągającego się Masę. – Co z tobą?
Sługa stał, skrzyżowawszy ręce na piersi – niemy posąg obrazy.
– Pan mnie oszukał. Ten człowiek to Japończyk.
Na przekonywanie go brakło czasu. Zresztą wstyd.
– Nie Japończyk – odrzekł Fandorin. – Ale masz rację, lepiej idź. Neutralność to neutralność.
Westchnął i ruszył dalej. Kamerdyner też westchnął i odszedł.
Zza węgła pensjonatu wyleciały jeden za drugim trzy cienie w jednakowych paltach i melonikach.
– Eustracjuszu Pawłowiczu! – rozwrzeszczały się, stawiając szefa z czworaków na nogi. – Co z panem?
Ten wył, rwał się im z rąk.
– To ja, Fandorin – rzekł, podchodząc, Erast Pietrowicz.
Filerzy przyjrzeli mu się bez słowa. Było jasne, że nie ma potrzeby bliższej prezentacji.
– We łbie mu się pomieszało – westchnął jeden, starszy od reszty. – Eustracjusz Pawłowicz od dawna miał bzika, nasi przyuważyli. No i sfiksował do reszty.
– Japoński bóg… Banzaj… Precz, biesie… – szarpał się wciąż opętaniec.
By nie przeszkadzał, Fandorin ucisnął mu tętnicę, i radca dworu ścichł. Spuścił głowę, zachrapał, zwisł na rękach swych asystentów.
– Niech poleży, nic mu nie będzie. A wy za mną – rozkazał inżynier.
Szybko przeszedł pokoje, zapalając wszędzie elektryczność.
W mieszkaniu było pusto, ani śladu życia. Tylko w sypialni wydymała się z trzepotem firanka w otwartym oknie.
Fandorin skoczył do parapetu. Na zewnątrz było podwórze, za nim pustkowie, ciemne sylwetki domów.
– Uciekł! Czemu nikt nie stał pod oknem? Niepodobne to do Mylnikowa!
– Ależ ja stałem, o tam – jął się usprawiedliwiać jeden z filerów. – Jak usłyszałem, że Eustratpałycz krzyczy, pobiegłem. Myślałem, że trza pomóc…
– A gdzie nasi? – Starszy ze zdumieniem kręcił głową. – Mandrykin, Lepinche, Saplukin, Kufko i ten, jak mu tam, uszaty. W pogoń ruszyli, przez okno? Toż by gwizdali…
Erast Pietrowicz przystąpił do bliższych oględzin lokalu. W pokoju po lewej zauważył na dywanie kilka kropel krwi. Dotknął – świeża.
Powiódł dookoła wzrokiem i zdecydowanie ruszył ku serwantce, otwarł uchylone drzwiczki. Zaciśnięta ściskiem stolarskim sterczała tam niewielka kusza. Wystrzelona.
– Tak, tak. Znane sztuczki – wymamrotał inżynier i zaczął obmacywać podłogę w miejscu, gdzie była krew. – Aha, jest i s-sprężyna, pod klepką parkietu schował… A gdzież ciało?
Spojrzał w prawo, w lewo, podszedł do lustra na ścianie naprzeciw okna. Obmacał ramę, nie znalazł mechanizmu i najzwyczajniej walnął pięścią w błyszczącą taflę.
Filerzy, tępo wpatrzeni w działania Czarnoburego, westchnęli. Lustro z brzękiem wpadło w czarną niszę.
– Oto gdzie – z satysfakcją mruknął inżynier, szczękając guzikiem.
W tapecie otwarły się drzwi.
Za fałszywym lustrem objawiła się alkowa. Z drugiej strony miała okienko, skąd świetnie dało się obserwować sąsiednie pomieszczenie – sypialnię. Pół skrytki zapełniał aparat fotograficzny na statywie, lecz nie on zaciekawił Fandorina.
– Uszaty, mówicie? – spytał inżynier, schylając się i wpatrując w coś na podłodze. – Nie ten aby?
Wywlókł pod pachy bezwładne ciało ze sterczącą z piersi strzałą, krótką i grubą.
Filerzy nachylili się nad martwym kolegą, a inżynier śpieszył już do pokoju naprzeciwko.
– Ta sama sztuczka – oznajmił starszemu z agentów, który wszedł w ślad za nim. – Sekretna sprężyna pod parkietem. W szafie schowana kusza. Śmierć momentalna, grot zatruty. A trup o, tam. – Wskazał na lustro. – Może pan sprawdzić.
Lecz w tej skrytce, kubek w kubek podobnej do poprzedniej, znalazły się aż trzy ciała.
– Lepinche – westchnął filer, wyciągając to z wierzchu. – Saplukin. A na dole Kufko…
Piąty trup odkryty został w sypialni, między szafą a ścianą.
– Nie wiem, jak mu się udało poradzić sobie w pojedynkę. Najpewniej rzecz przebiegła tak – próbował odtworzyć przebieg zdarzeń Fandorin. – Ci, co weszli do bocznych pokoi, zginęli pierwsi, od strzał, i zostali schowani za lustrami. Tego w sypialni zabito gołą ręką – w każdym razie widocznych obrażeń nie ma. Saplukin i ten, jak mu tam, Lepinche, mają złamany kręgosłup szyjny. Sądząc z otwartych ust Lepinche’a, zdołał zobaczyć zabójcę. Ale nie więcej… Akrobata ukatrupił tych dwóch w przedpokoju, zaciągnął na prawo i rzucił na Kufkę. Jednego nie pojmuję: jakim cudem ocalał Mylnikow? Chyba że rozśmieszył Japończyka swoimi jękami „Banzaj!”. No, i tyle. Koniec liryki. Główne zadanie przed nami. Pan – tknął palcem jednego z filerów – weźmie swego nadwerężonego na umyśle szefa i zawiezie do Kanatczikowej Daczy. A wy dwaj ze mną.
– Gdzie, panie Fandorin? – spytał starszy.
– Nad rzekę Moskwę. Do licha, już wpół do pierwszej, a trzeba jeszcze znaleźć igłę w stogu siana.
Niech tylko kto spróbuje znaleźć nad rzeką Moskwą niewiadomy magazyn. Zamiast portu przeładunkowego stara stolica ma towarowe przystanie, ciągnące się od mostu Krasnochołmskiego i rozrzucone tu i ówdzie wzdłuż rzeki na wiele wiorst, aż do Kożuchowa.
Zaczęli od samej Taganki i przystani Wołżańskiego T-wa Parowcowi-Handlowego, potem debarkaderu Domu Kupieckiego B-ci Kamieńskich, składów Niżnonowogrodzkiej Kompanii Żeglugi Parowej p. Kaszynej, elewatorów S-ki Moskworieckiej… – i tak dalej, i dalej.
Szukali, jadąc wzdłuż brzegu dorożką, wpatrując się w ciemność i przysłuchując, czy skądś nie doniesie się hałas. Bo któż by pracował w grobowej ciemności prócz ludzi mających coś do ukrycia?
Od czasu do czasu zniżali się ku rzece, nadsłuchując nad samą wodą. Większość pirsów leżała na lewym brzegu, ale z rzadka trafiały się i nad prawym.
Wracali do bryczki, jechali dalej.
Erast Pietrowicz z każda chwilą posępniał.
Poszukiwania przeciągały się – breguet w kieszeni brzęknął dwa razy. Jakby do wtóru wybił dwukrotnie zegar z dzwonnicy klasztoru Nowospasskiego i myśl inżyniera zwróciła się ku sprawom religii.
Monarchia samodzierżawna trzymać się może tylko na wierze ludu w jej mistyczne, nadprzyrodzone korzenie, myślał chmurnie Fandorin. Jeśli ta wiara zwątleje, z Rosją będzie jak z Mylnikowem. Lud śledzi bieg tej nieszczęsnej wojny i z każdym dniem upewnia się, że bóg japoński albo silniejszy jest od rosyjskiego, albo też bardziej kocha swojego pomazańca niż nasz – cara Mikołaja. Konstytucja, oto jedyny ratunek, rozmyślał inżynier, wbrew dojrzałemu wiekowi wciąż jeszcze niewyzbyty skłonności do idealizmu. Monarchia przenieść musi punkt oparcia z religijności na rozum. Żeby lud wypełniał wolę władzy nie z bojaźni bożej, lecz dlatego, że się z tą wolą zgadza. Lecz jeśli teraz zacznie się zbrojny bunt, ze wszystkim koniec. I nieważne już, czy monarchia zdoła utopić powstanie we krwi, czy nie zdoła. Dżinn wyrwie się z butelki i tron tak czy owak runie. Jeśli nie teraz – to za kilka lat, przy kolejnym wstrząsie…
W mroku mętnie zabłysły pękate żelazne cysterny: rezerwuary naftowe B-ci Nobel. W tym miejscu rzeka zataczała łuk.
Erast Pietrowicz klepnął woźnicę w ramię, by przystanął. Przysłuchał się. Sponad odległej wody niósł się wyraziście rytmiczny, maszynowy stukot.
– Za mną! – Inżynier machnął na filerów.
Kłusem przebiegli zarośla. Wietrzyk przyniósł woń mazutu, gdzieś blisko, za drzewami było Postyłoje Oziero.
– A jakże! – wysapał starszy agent nazwiskiem Smu – row. – Naprawdę oni!
Poniżej niezbyt stromej skarpy ciemniał długi pirs, do którego cumowało kilka barek, przy czym jedna, najmniejsza, sprzęgnięta była z kanciastym holowniczkiem pod parą. To jego perkotanie złowił słuch Fandorina.
Z przyległego do przystani magazynu wybiegli dwaj tragarze, niosąc skrzynię, i znikli w ładowni małej barki. Za nimi pojawił się jeszcze jeden, z czymś kwadratowym na ramionach, i po trapie wbiegł za tamtymi.
– Tak, to oni – uśmiechnął się Fandorin, porzuciwszy w mig swe apokaliptyczne wizje. – Śpieszą się, s-sankiuloci.
– Kto? – zainteresował się niepojętym słowem drugi filer, Kroszkin.
Bardziej oczytany Smurow objaśnił:
– To byli tacy bojowcy, w guście eserowców. O francuskiej rewolucji żeś słyszał? Nie? A o Napoleonie? To i dobrze.
Z magazynu wybiegł następny tragarz, potem trzech naraz powlokło coś bardzo ciężkiego. W kącie pomostu przez sekundę, dwie zamigotał ognik zapałki, po czym skurczył się w czerwony punkt. Tam stało jeszcze dwóch.
Uśmiech na twarzy inżyniera zastąpiła troska.
– Coś ich przydużo. – Erast Pietrowicz rozejrzał się dookoła. – Co tam ciemnieje? Most?
– Tak jest. Kolejowy, na obwodnicy w budowie.
– Świetnie. Kroszkin, tam, po tamtej stronie, za Postyłym Ozierem jest stacja Kożuchowe. Bierz dorożkę i pędź piorunem. Na stacji powinien być telefon. Dzwoń do podpułkownika Daniłowa, numer siedemdziesiąt siedem dwieście trzydzieści pięć. Nie będzie podpułkownika – mów z dyżurnym oficerem. Nakreśl s-sytuację. Niech sadza na drezyny wartę, dyżurnych, kogo tylko zbierze – i tutaj. Wszystko. Leć. Ale rewolwer zostaw. I zapasowe naboje, jeśli masz. Tobie na nic, a nam może się p-przydać.
Filer na złamanie karku rzucił się z powrotem do bryczki.
– No dobra, Smurow. Podejdźmy bliżej. O, tam jest pierwszorzędny stos szyn.
Gdy Drozd zapalał, Rybnikow spojrzał na zegarek.
– Za kwadrans trzecia. Wkrótce świt.
– Nie szkodzi, zdążymy. Większość załadowana – wskazał eserowiec większą barkę. – Została tylko sormowska. Drobiazg, jedna piąta ładunku. Żywiej, towarzysze, żywiej – zachęcał tragarzy.
Towarzysze towarzyszami, ale sam skrzynek nie taszczysz, pomyślał mimochodem Wasyl Aleksandrowicz, zastanawiając się, kiedy lepiej rozpocząć rozmowę o najważniejszym – terminie powstania.
Drozd ruszył niespiesznie w stronę magazynu. Rybnikow za nim.
– A moskiewską kiedy? – spytał o główną barkę.
– Jutro wodniacy przeciągną do Fili. Stamtąd jeszcze gdzieś tam. I tak będziemy przesuwać z miejsca w miejsce, żeby nie lazła w oczy. No, a malutka idzie zaraz do Sormowa, w dół rzeki Moskwy, potem Oką.
W magazynie kończyły się już skrzynki, zostały tylko płaskie pudła z lontami i mechanizmami zegarowymi.
– Jak po waszemu merci? - Drozd się uśmiechnął.
– Agirato.
– A więc proletariackie agirato panu, panie samuraju. Zrobił pan swoją robotę, czas obejść się bez pana.
Rybnikow niecierpliwie zaczął mówić o najważniejszym:
– Zatem strajk musi się zacząć nie później niż za trzy tygodnie. Powstanie najpóźniej za półtora miesiąca…
– Nie komenderujcie, marszałku Oyama. Tak czy owak zadecydujemy bez pana – przerwał eserowiec. – Na pańską nutę grać nie będziemy. Myślę, że uderzymy jesienią. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Do tego czasu wyskubiecie Nikołaszce jeszcze trochę puchu i pierza. Niech przed narodem całkiem goły się zjawi. Wtedy się go upiecze.
Wasyl Aleksandrowicz odpowiedział na uśmiech uśmiechem. Drozd ani podejrzewał, że w tej sekundzie jego życie, jak i życie jego ośmiu towarzyszy, wisiało na włosku.
– Doprawdy, niedobrze. Nie dogadaliśmy się. – Rybnikow z rezygnacją rozłożył ręce.
W oczach wodza rewolucji błysnęły drwiące iskierki.
– Dotrzymywanie słowa przedstawicielowi imperialistycznego mocarstwa to burżuazyjny przesąd. – Popykał fajeczkę. – A jak będzie po waszemu „zwycięstwo”?
Podszedł robotnik, załadował na grzbiet ostatnie pudło i zdziwił się:
– Jakieś to za lekkie. Nie puste aby?
Postawił pudło na ziemi.
– Nie – objaśnił Wasyl Aleksandrowicz, podnosząc wieczko. – To zestaw lontów na różne okazje. O, to Bickforda, ten maskujący, a ten w gumowej koszulce do minowania pod wodą.
Drozd zainteresował się. Wyjął jasnoczerwony kłębek i obejrzał. Dwoma palcami wyciągnął metaliczny rdzeń – ów łatwo wylazł z wodoodpornej osłonki.
– Nieźle wymyślone. Podwodne minowanie? Może wywalić carski jacht? Mam tam w załodze człowieka, szalona pałka… Trzeba będzie pomyśleć.
Tragarz podniósł pudło, pobiegł na przystań. Tymczasem Rybnikow podjął decyzję.
– No cóż. Jesienią to jesienią. Lepiej późno niż wcale – rzekł. – A strajk za trzy tygodnie. Liczymy na was.
– A co wam zostało? – rzucił przez ramię Drozd. – I na tym koniec, samuraju. Rozstajemy się. Pruj do swojej japońskiej mamusi.
– Jestem sierota – uśmiechnął się samymi wargami Wasyl Aleksandrowicz i znów pomyślał, jak dobrze byłoby skręcić temu człowiekowi kark, żeby popatrzeć, jak przed śmiercią wyłażą i szklą mu się oczy.
I w owej chwili skończyła się cisza.
– Panie inżynierze, już chyba wszystko. Skończyli – szepnął Smurow.
Fandorin sam widział, że załadunek się kończy. Barka zagłębiła się niemal do linii wodnej. Była nieduża, lecz najwyraźniej pojemna – to nie byle co, wziąć na pokład tysiąc skrzynek z bronią.
Jeszcze po trapie wbiegła ostatnia postać, sądząc po chodzie, z brzemieniem całkiem lekkim, i na barce jeden po drugim zapłonęło siedem, nie – osiem ogników papierosów.
– Skończyli. Teraz popalą i odpłyną – dyszał Fandorinowi w ucho filer.
Kroszkin pobiegł po wsparcie za kwadrans trzecia, obliczał inżynier. Przypuśćmy, że o trzeciej dotarł do telefonu. Pięć, jeśli nie dziesięć minut zajmie mu tłumaczenie Daniłowowi lub dyżurnemu oficerowi, o co chodzi. Ech, trzeba było posłać Smurowa – wymowniejszy. Powiedzmy – dziesięć, nie, piętnaście po trzeciej zaalarmują straż. Przed wpół do czwartej nie ruszą. A jazda od Kałanczowki do mostu Kożuchowskiego drezyną – dobre pół godziny. Przed czwartą nie ma co czekać na żandarmów. A tu dopiero trzecia dwadzieścia pięć…
– Gotuj broń – rozkazał Fandorin, biorąc do lewej ręki swój brauning, a do prawej Kroszkinowski nagan. – Na trzy-cztery walcie w stronę barki.
– Po co? – wpadł w popłoch Smurow. – Ich cała kupa! Gdzie z rzeki prysną? Przyjdzie wsparcie, to dogoni się ich brzegiem!
– A skąd pan wie, że nie przeciągną barki za miasto, na odludzie, albo że jeszcze przed świtem nie przeładują broni na podwody? Nie, trzeba ich z-zatrzymać. Ile ma pan naboi?
– Siedem w bębenku, siedem zapasowych, i koniec. Myśmy filerzy, a nie baszybuzuki jakieś.
– K-kroszkin też ma czternaście. Ja tylko siedem. Zapasowego magazynka nie noszę. Też, niestety, nie jestem janczarem. Trzydzieści pięć strzałów – na pół godziny przymało. No, ale cóż robić. Działamy tak. Pierwszy bębenek wywalcie na wiwat, żeby zrobić wrażenie. A potem każdą kulę na pewniaka, z sensem.
– Coś daleko – zauważył Smurow. – A burta zakrywa ich do połowy. W figurę do pasa na taką odległość i w dzień trafić niełatwo.
– Nie celujcie do ludzi, bądź co bądź, to rodacy. Strzelać tak, aby nikt z barki nie przelazł na holownik. No, trzy-cztery!
Erast Pietrowicz uniósł do góry swój pistolet (tak czy owak, krótkolufowa broń na ten dystans na nic się nie zda) i siedem razy z rzędu nacisnął spust.
– Masz tobie – skonstatował Drozd, słysząc gęstą palbę.
Ostrożnie wysunął się zza drzwi. Rybnikow także.
Ogniki wystrzałów rozbłyskiwały znad pryzmy szyn zwalonych o pół setki kroków od przystani.
Z barki odpowiedziało bezładną kanonadą osiem luf.
– Szpicle. Wywęszyli nas – z zimną krwią ocenił sytuację Drozd. – Ale ich mało. Trzech, czterech, raczej nie więcej. Zaraz sobie poradzimy z tym fantem. Krzyknę chłopakom, niech obejdą z prawej i lewej…
– Stój! – Wasyl Aleksandrowicz złapał go za łokieć i zaczął szybko tłumaczyć: – Nie trzeba wikłać się w walkę, właśnie tego się po nas spodziewają. Jest ich mało, ale z całą pewnością posłali po wsparcie. Przechwycić barki na rzece nietrudno. Niech pan powie, jest ktoś na holowniku?
– Nie, wszyscy byli przy załadunku.
– Policjanci zjawili się niedawno – z przekonaniem powiedział Rybnikow. – Inaczej byłaby tu jak nic kompania żandarmów. Czyli że załadunku głównej barki nie widzieli, dobrą godzinę marudziliśmy z sormowską. Oto w czym rzecz, Drozd. Ładunek sormowski można poświęcić. Ratujcie dużą barkę. Uciekajcie. Wrócicie jutro. Idźcie, idźcie. Ja pociągnę policję za sobą.
Wziął od eserowca kłębek czerwonego lontu, wsunął go do kieszeni i wybiegł zygzakami na zewnątrz.
Czarne sylwetki na barce jakby wiatr zdmuchnął, znikły i purpurowe ogniki. Miast nich po sekundzie znad burty mignęły białe błyski strzałów.
Z magazynu na statek przebiegła, pętląc, jeszcze jedna postać. Tę odprowadził inżynier szczególnie uważnym wzrokiem.
Z początku kule świstały wysoko nad głową, potem bojowcy się wstrzelali. Od szyn, sypiąc iskrami i wydając obrzydły świst, jęły rykoszetować grudki ołowiu.
– O Boże, śmierć moja przyszła! – pojękiwał Smurow, kryjąc się z głową za pryzmą.
Fandorin nie spuszczał wzroku z barki, gotów strzelać, gdyby tylko któryś próbował przedrzeć się na holownik.
– No, nie jęcz pan – powiedział inżynier. – Czego się bać? Tylu już na mnie i pana na tamtym świecie czeka. Przywitają nas jak swoich. I jacy to ludzie! Z tutejszymi ani p-porównania.
Zaskakujące, lecz zaimprowizowany przez Fandorina argument podziałał. Filer uniósł się.
– I Napoleon czeka?
– I Napoleon. Lubi pan Napoleona? – w roztargnieniu wymamrotał inżynier, mrużąc lewe oko. Jeden z bojowców, bardziej przedsiębiorczy od reszty, popełzł z barki na holownik.
Erast Pietrowicz wsadził kulę w poszycie tuż przed nosem mądrali. Ten dał nura na powrót pod zasłonę burty.
– Uwaga, nie gap się! – powiedział do partnera Fandorin. – Teraz do nich dotarło, że czas uciekać, i polezą jeden za drugim. Nie puszczać ich, odciąć ogniem.
Smurow nie odpowiedział.
Inżynier krótko zerknął na niego i zaklął.
Filer przylgnął policzkiem do szyn, jego włosy lśniły od krwi, otwarte oko bałuszyło się w bok. Zabity…
Ciekawe, czy spotka się z Napoleonem? – przemknęło przez głowę inżyniera, któremu skądinąd w owej chwili było nie do sentymentów.
– Towarzyszu sterniku, do sterówki! – doniósł się dźwięczny głos z barki. – Szybciej!
Ukryta na dziobie postać znów popełzła na holownik. Z ciężkim westchnieniem Fandorin strzelił, żeby trafić – ciało z pluskiem wpadło w wodę.
Zaraz potem ruszył się jeszcze jeden, lecz był dobrze widoczny na tle białej nadbudówki i Erast Piotrowicz zdołał trafić go w nogę. W każdym razie trafiony jęknął – czyli był żywy.
Skończyły się naboje, jakie Fandorin dostał od Kroszkina. Wziął rewolwer nieboszczyka, ale ten miał w bębenku zaledwie trzy kule. A do czwartej zostało jeszcze całych osiemnaście minut.
– Śmielej, towarzysze! – krzyknął ten sam głos. – Kończą się im naboje. Rąbać cumy!
Rufa barki odsunęła się od pomostu; trapy, skrzypnąwszy, runęły do wody.
– Naprzód, na holownik! Wszyscy razem, towarzysze!
I tu nie dało się już nic zrobić. Gdy z barki rzuciła się na dziób hurma ludzi, Fandorin nie zaczął nawet strzelać. Co za sens?
Holownik bryznął z komina snopem iskier, plusnął kołami. Hole napięły się, zadźwięczały.
Ruszyli o trzeciej czterdzieści sześć – inżynier popatrzył na zegarek.
Udało się ich zatrzymać na dwadzieścia jeden minut. Cena – życie dwóch ludzi.
Ruszył brzegiem, równolegle do barki.
Najpierw nadążyć było nietrudno, potem musiał przejść w bieg – holownik stopniowo nabierał szybkości.
Kiedy Erast Piotrowicz mijał most kolejowy, z korony nasypu dobiegł łomot stalowych kół. Z ciemności całym pędem gnała duża drezyna, gęsto wypełniona ludźmi.
– Tutaj! Tutaj! – Fandorin zamachał i wypalił w powietrze. Po stoku ciężko biegli ku niemu żandarmi.
– Kto tu starszy?
– Porucznik Briancew!
– To oni! – wskazał Erast Pietrowicz oddalającą się barkę. – Połowa mostem na tamten brzeg. I z obu stron. Dogonimy ich. Ognia po sterówce holownika. Aż się poddadzą. Marsz!
Dziwna pogoń pieszych żandarmów za płynącą po rzece barką trwała niedługo.
Strzelanina z holownika szybko słabła. Bojowcy coraz rzadziej ryzykowali wychylanie się zza żelaznych burt. Ze sterówki wyleciały przebite kulami szyby i sternik wiódł stateczek na ślepo, nie wytykając nosa. Dlatego też pół wiorsty za mostem holownik wszedł na mieliznę i stanął. Barkę zaczęło z wolna znosić bokiem.
– Wstrzymać ogień! – rozkazał Fandorin. – Każcie im się poddać.
– Rzućcie broń, bałwany! – krzyczał – z brzegu porucznik. – Nie macie szans! Poddawać się!
Eserowcy w istocie nie mieli szans. Nad wodą wisiała rzadka mgiełka przedświtu, ciemność topniała w oczach, a na obu brzegach zalegli żandarmi, więc nie uciekłoby się i pojedynczo wpław.
Pod sterówką zebrała się grupka ocalałych – pewno się naradzali.
Potem jeden wyprostował się na całą wysokość.
– On!
Akrobata vulgo sztabskapitan Rybnikow – mimo odległości omylić się było niepodobna.
Na holowniku zaśpiewał nieskładny chór, a szpieg japoński rozpędził się i przeskoczył na barkę.
– Cóż to on? Co robić? – spytał nerwowo porucznik.
– „Nie podda się wrogom nasz mężny „Wariag”, o litość nikt z nas nie poprosi” * – dobiegło z holownika.
– Strzelać, strzelać! – wykrzyknął Fandorin, widząc jak w rękach Akrobaty iskrzy się drobny ognik, podobny do bengalskiego. – To laska dynamitu!
Lecz było za późno. Dynamit wpadł do ładowni barki, a fałszywy sztabskapitan, zerwawszy z burty koło ratunkowe, skoczył do rzeki.
Tuż potem barka, przełamana kilkoma potężnymi eksplozjami na dwoje, stanęła dęba. Przednia połowa podskoczyła i nakryła sobą holownik. W powietrze wyleciały odłamki drzewa i metalu, po wodzie rozpłynęło się płonące paliwo.
– Kłaść się! – wrzasnął rozpaczliwie porucznik, lecz żandarmi już popadali bez komendy na ziemię, nakrywszy głowy rękoma.
Obok Fandorina wryła się w grunt pogięta, gwintowana lufa. Briancew patrzył ze zgrozą na miotający się tuż obok ręczny granat, który wirował wściekle, łyskając fabrycznym smarem.
– Nie bój się pan, nie wybuchnie – powiedział inżynier. – Jest bez zapalnika.
Oficer podniósł się, skonfundowany.
– Wszyscy cali? – rzucił energicznie. – Wychodzić, do szeregu, kolejno odlicz! Ej, feldfeblu! – krzyknął, złożywszy ręce w tubę. – Jak twoi?
– Jednego zahaczyło, waszdost…! – doniosło się z tamtego brzegu.
Po tej stronie odłamki dosięgły dwóch, lecz niegroźnie. Podczas gdy opatrywano rannych, inżynier zawrócił w stronę mostu, gdzie zauważył wcześniej budkę pławowego.
Z powrotem na miejsce wybuchu przypłynął łódką. Wiosłował pławowy, Fandorin zaś stał na dziobie, patrząc na szczątki i tłuste plamy, pokrywające, jak okiem sięgnąć, taflę rzeki.
– Można z panem? – zapytał Briancew. Chwilę potem, już w łódce, zapytał: – Czego pan tak wypatruje? Panowie rewolucjoniści na dnie, to jasne. Później sprowadzi się nurków, wyciągną zwłoki. I ładunek – ile znajdą.
– Głęboko tu? – zwrócił się inżynier do wioślarza.
– W tę porę będą ze dwa sążnie. Miejscami i trzy. Latem, jak słońce przygrzeje, to ubywa, a jak na razie – głęboko.
Łódka z wolna płynęła w dół z prądem. Erast Piotrowicz wciąż nie odrywał wzroku od wody.
– Ten, co dynamit rzucił, niezły wariat – powiedział Briancew. – Nie uratowało go koło. Spójrz pan, tam płynie.
I w istocie, przed nimi kołysało się na falach czerwono-białe korkowe koło.
– Hej! Wiosłuj tam!
– Na co ono panu? – spytał porucznik, patrząc, jak Fandorin wychyla się, żeby sięgnąć.
Erast Piotrowicz znów nie zaszczycił gadatliwego oficera odpowiedzią. Zamiast tego wymamrotał:
– Uhu, oto gdzie jesteś, ptaszku.
Wyciągnął koło z wody i okazało się, że od wewnętrznej strony przyczepiona jest do niego czerwona gumowa rurka.
– Znana sztuczka – uśmiechnął się inżynier. – Tylko dawniej wykorzystywano bambus, a nie gumową koszulkę lontu po wyjęciu rdzenia.
– Do lewatywy ta rurka? Jaka znów sztuczka?
– Chodzenie po dnie. Ale pokażę panu jeszcze lepszą. – I Fandorin ścisnął palcami rurkę.
Minęła minuta, potem druga.
Porucznik patrzył na inżyniera z wzrastającym wciąż niedowierzaniem, inżynier zaś popatrywał to na wodę, to na wskazówkę sekundnika swego zegarka.
– Fenomenalne! – Pokiwał głową. – Nawet u nich…
W połowie trzeciej minuty o jakie piętnaście sążni od łódki z wody wynurzyła się raptem głowa.
– Wiosłuj! – krzyknął Fandorin do łódkarza. – Teraz go mamy! Jeśli nie zostanie na dnie – mamy!
I, ma się rozumieć, mieli. Zmyślny Akrobata nie miał już szans ucieczki. Nie stawiał zresztą oporu. Gdy żandarmi wiązali mu ręce, siedział z nieobecną twarzą, przymknąwszy oczy. Z mokrych włosów ściekały mu mętne strużki, koszulę pokrył zielonkawy muł.
– T-tęgi gracz z pana, lecz pan przegrał – powiedział Erast Piotrowicz po japońsku.
Aresztowany otworzył oczy i długo wpatrywał się w inżyniera. Trudno było poznać, czy zrozumiał, czy nie. Wtedy Fandorin pochylił się i wyrzekł dziwne słowo:
– Tamba.
– No cóż, amba to amba – obojętnie odparł Akrobata, i było to wszystko, co odeń usłyszano.
Milczał i w krutickim więzieniu garnizonowym, gdzie przekazano go z miejsca zatrzymania.
Na przesłuchanie zjechało się całe zwierzchnictwo: i żandarmerii, i prokuratury wojskowej, i Ochrany, ale ani prośbą, ani groźbą z Rybnikowa nie wyciągnięto słowa. Starannie obszukany i przebrany w aresztancki chałat, siedział bez ruchu. Na generałów nie patrzył, tylko od czasu do czasu popatrywał na Fandorina, który nie brał udziału w przesłuchaniu i w ogóle trzymał się z boku.
Pomordowawszy się z uparciuchem cały dzień do wieczora, szefostwo kazało go odprowadzić do celi.
Cela była specjalna, dla szczególnie niebezpiecznych złoczyńców. Na cześć Rybnikowa powzięto też dodatkowe środki bezpieczeństwa. Łóżko i taboret zastąpiono siennikiem, wyniesiono stół, zabrano lampę naftową.
– Już my znamy Japończyków, czytaliśmy – powiedział Fandorinowi komendant. – Rozwali sobie łeb o ostry kant, a ty, bracie, potem odpowiadaj. Albo płonącą naftą się obleje. Niech już lepiej przy świeczuszce sobie siedzi.
– Jeśli taki cz-człowiek zechce umrzeć, przeszkodzić mu się nie da.
– Jeszcze jak da. Przed miesiącem u mnie jeden anarchista, aż strach, jaki zawzięty, dwa tygodnie przeleżał związany jak bela. I ryczał, i po ziemi się miotał, i łeb chciał o ścianę rozbić – nie w smak mu było na szubienicy zdychać. No i co? Przekazałem katu ptaszka jak nowo narodzonego.
Inżynier, skrzywiwszy się, rzucił pogardliwie:
– To nie jest byle anarchista. – I odszedł, czując na sercu niepojęty ciężar.
Zagadkowe zachowanie aresztanta, który jakby się poddał, a przy tym najwyraźniej nie kwapił się do zeznań, nie dawało inżynierowi spokoju.
Pozostawszy sam w celi, Wasyl Aleksandrowicz pewien czas spędził na zwykłych dla więźniów zajęciach. Postał przed zakratowanym oknem, patrząc na skrawek wieczornego nieba.
Nastrój Rybnikow miał dobry.
Oba zadania, dla których nie chciał zostać na ilastym dnie rzeki Moskwy i wynurzył się na powierzchnię, zostały wypełnione.
Po pierwsze, upewnił się, że główna, wyładowana ośmiuset skrzynkami barka pozostała nieodnaleziona.
Po wtóre – spojrzał w oczy człowiekowi, o którym tyle słyszał i myślał.
To bodaj wszystko.
Chyba że…
Siadł na podłodze, wziął ogryzek ołówka, zostawiony aresztantowi na wypadek, gdyby chciał złożyć zeznania na piśmie, i pośpiesznie napisał japońską katakaną list, rozpoczynając apostrofą: „Ojcze!”.
Potem ziewnął, przeciągnął się i legł na sienniku jak długi.
Zasnął.
Przyśnił mu się cudowny sen. Oto pędzi odkrytym powozem, opalizującym wszystkimi barwami tęczy. Wokół nieprzenikniony mrok, lecz w dali, na samym widnokręgu, jaśnieje mocne, potężne światło. Tą cud – karocą jedzie nie sam, lecz twarzy współtowarzyszy nie widzi, bo jego wzrok kieruje się tylko w przód, ku źródłu zbliżającego się szybko pałania.
Spał aresztant nie dłużej niż kwadrans.
Otworzył oczy. Uśmiechnął się, wciąż pod wrażeniem cudownego snu.
Zmęczenie jak ręką odjął. Całą istotę Wasyla Aleksandrowicza przepełniała jasna siła i diamentowa twardość.
Przeczytał list do ojca i bez wahania spalił go nad płomieniem świecy.
Potem rozebrał się do pasa.
Pod lewą pachą miał aresztant plaster barwy ciała, tak sprytnie dobranej, że strażnicy więzienni nic przy rewizji nie dostrzegli.
Rybnikow zdarł plaster, spod którego ukazała się wąska brzytwa. Siadł wygodniej i płynnym, okrężnym ruchem wykonał nacięcie wokół twarzy. Zahaczył palcami skórę, zerwał ją całą od czoła aż do podbródka, po czym, nie wydając najlżejszego dźwięku, przejechał sobie ostrzem po gardle.