5


Oskarżenia, ostre, obraźliwe słowa spływały po nim jak woda. Cóż znaczy kilka godzin poniżenia wobec poczucia winy hodowanego w sobie przez tyle lat. Cóż znaczy kilka godzin zniewag wobec życia, w którym już nie będzie jego księżniczki z lodu.

Śmieszyły go żałosne próby wzięcia na siebie całej winy. Nie widział powodu, a jak długo nie widzi, innym też się nie uda.

Może jednak miała rację. Może w końcu nadszedł dzień zapłaty. W odróżnieniu od niej wiedział jednak, że sędzia nie wystąpi w ludzkiej postaci. Sądzić go może tylko ten, kto jest ponad człowiekiem, ponad ciałem, jak dusza. Sądzić mnie może tylko ten, kto potrafi mi zajrzeć w duszę — pomyślał.

To osobliwe, że całkowicie przeciwstawne uczucia mogą się połączyć i stworzyć zupełnie nowe. Miłość i nienawiść stają się obojętnością. Mściwość i wybaczenie przeradzają się w stanowczość, czułość i gorycz — w żal. Żal tak ogromny, że wprost druzgocący. Postrzegał ją jako zdumiewające połączenie światła i ciemności. Janusa o dwóch obliczach: jednym osądzającym, drugim rozumiejącym. Raz była gotowa obsypywać go pocałunkami, choć taki obrzydliwy, innym razem lżyła go za to i nienawidziła. Nie dawały mu spokoju te sprzeczności.

Najbardziej kochał ją w chwili, gdy widział ją po raz ostatni. Nareszcie należała tylko do niego. Nareszcie należała do niego cała, mógł ją kochać albo nienawidzić, a ona nie mogła kolejny raz odpowiedzieć obojętnością.

Kiedyś ta miłość przywodziła mu na myśl welon. Wymykający się, przezroczysty, uwodzicielski. Kiedy widział ją ostatni raz, welon utracił tajemniczość, zostało tylko ciało. Dzięki temu stała się dostępna. Po raz pierwszy miał wrażenie, że wie, kim ona jest. Dotknął jej zmarzniętego, sztywnego ciała, domyślając się uwięzionej w nim, tlącej się jeszcze duszy. Nigdy nie kochał jej tak mocno jak wtedy. Pora iść na spotkanie z losem, zmierzyć się z nim, stanąć oko w oko. Miał nadzieję, że los przyniesie przebaczenie, ale w to nie wierzył.


Obudził ją telefon. Że też ludzie nie mogą dzwonić o rozsądnej porze.

— Erika, słucham.

— Cześć, mówi Anna. — Słychać było, że na coś czeka. I słusznie, pomyślała Erika.

— Co u ciebie słychać? — Anna posuwała się ostrożnie, jak po polu minowym.

— Dziękuję, w porządku. A u ciebie?

— Może być. Jak ci idzie książka?

— Różnie. W każdym razie się posuwa. Z dziećmi wszystko dobrze? — Erika postanowiła choć trochę wyjść jej naprzeciw.

— Emma jest mocno przeziębiona, ale Adrianowi kolka jakby przechodzi. Dzięki temu udaje mi się w nocy przespać godzinkę.

Anna zaśmiała się, ale Erika usłyszała w jej śmiechu ton rozgoryczenia.

Zapadła cisza.

— Słuchaj, musimy porozmawiać o domu.

— Też tak uważam.

Tym razem w głosie Eriki słychać było ton rozgoryczenia.

— Musimy go sprzedać. Jeżeli nie dasz rady nas spłacić, będziemy go musiały sprzedać.

Erika nie odpowiedziała. Anna nerwowo mówiła dalej:

— Lucas rozmawiał z pośrednikiem i mówi, że cena powinna wynosić trzy miliony. Trzy miliony, Erika, wyobrażasz sobie? Mając swoje półtora miliona, mogłabyś sobie pisać, nie martwiąc się o pieniądze. Pewnie nie jest ci łatwo utrzymywać się z pisania. Jaki nakład mają twoje książki? Dwa tysiące egzemplarzy? Trzy? I pewnie niewiele dostajesz od egzemplarza, co? Nie rozumiesz, że dla ciebie to też szansa? Zawsze mówiłaś, że chciałabyś zajmować się prawdziwą literaturą. Z takimi pieniędzmi mogłabyś sobie pozwolić, żeby się temu poświęcić. Pośrednik powiedział, że z wystawieniem domu na sprzedaż powinniśmy zaczekać co najmniej do kwietnia albo maja, żeby zainteresować jak największą liczbę klientów, ale potem w ciągu dwóch tygodni należy sfinalizować sprzedaż. Rozumiesz, że tak trzeba, prawda?

Brzmiało to jak prośba, ale Erika nie potrafiła jej współczuć. Odkrycie z poprzedniego dnia sprawiło, że źle spała. Rozmyślała przez pół nocy. Była rozczarowana i, ogólnie rzecz biorąc, w złym humorze.

— Nie, nie rozumiem. Anno, to jest nasz dom rodzinny. Tu dorastałyśmy. Rodzice kupili ten dom zaraz po ślubie. Byli do niego przywiązani. Ja też jestem do niego przywiązana. Anno, nie możesz tak robić.

— Ale pieniądze…

— W dupie mam pieniądze! Do tej pory sobie radziłam, to dalej też sobie poradzę.

Głos jej się trząsł z wściekłości.

— Erika, przecież wiesz, nie możesz mnie zmusić do zatrzymania domu, skoro ja nie chcę. Połowa i tak jest moja.

— Gdybym wierzyła, że to ty chcesz sprzedać dom, byłoby mi oczywiście bardzo przykro, ale pogodziłabym się z tym. Problem polega na tym, że wiem, że nie mówisz tego, co myślisz. Lucas chce sprzedać dom, nie ty. Pytanie, czy chociaż sama wiesz, czego chcesz. Wiesz?

Erika nie czekała na odpowiedź Anny.

— Nie zgadzam się, żeby o moim życiu decydował Lucas Maxwell. Twój mąż jest pospolitym skurwysynem! A ty powinnaś dawno tu być, żeby mi pomóc porządkować rzeczy po rodzicach. Zajmuję się tym od kilku tygodni i jestem dopiero w połowie. To niesprawiedliwe, żeby wszystko spadało na mnie. Jeśli twoja smycz jest tak krótka, że nie wolno ci nawet pomagać przy porządkowaniu spraw po zmarłych rodzicach, to powinnaś się dobrze zastanowić, czy na pewno chcesz tak żyć.

Erika rzuciła słuchawką tak mocno, że telefon spadł z szafki nocnej. Trzęsła się ze złości.


Anna siedziała na podłodze ze słuchawką w dłoni. Lucas w pracy, dzieci spały. Miała chwilę dla siebie i skorzystała z okazji, by zadzwonić do Eriki. Odkładała to od kilku dni, ale Lucas naciskał, i w końcu uległa.

Czuła się rozdarta. Kochała Erikę, ona też była przywiązana do domu we Fjällbace, ale siostra nie rozumiała, że swoją rodzinę musi stawiać na pierwszym miejscu. Dla swoich dzieci gotowa była poświęcić wszystko. A jeśli miało to oznaczać, że musi zrobić coś przeciwko starszej siostrze, by zadowolić Lucasa, to trudno. Tylko Emma i Adrian sprawiają, że wstaje rano, że żyje. Gdyby potrafiła zadowolić Lucasa, wszystko by się ułożyło. Była o tym przekonana. To ona jest trudna, bo nie robi tak, jak on chce. To dlatego Lucas musi być dla niej surowy. Jeśli ofiaruje mu dom rodziców, na pewno zrozumie, że dla niego i dla rodziny jest gotowa zrobić wszystko, a wtedy będzie dobrze.

Gdzieś w środku jakiś głos mówił jej zupełnie co innego. Zwiesiła głowę i rozpłakała się, a płacz zagłuszył ten głos. Słuchawka telefonu została na podłodze.


Erika ze złością odrzuciła kołdrę i spuściła nogi z łóżka. Żałowała, że tak ostro potraktowała Annę. Poniosło ją, bo już wcześniej była w złym humorze. W dodatku w nocy nie mogła spać. Zadzwoniła do Anny, żeby naprawić, co się da, ale telefon był zajęty.

— Cholera!

Kopnęła stołek stojący przed toaletką, ale bynajmniej jej nie ulżyło. Uderzyła się w palec i aż zawyła z bólu. Podskakiwała na jednej nodze. Nawet poród byłby chyba mniej bolesny. W końcu ból ustąpił i wtedy, całkiem niepotrzebnie, weszła na wagę.

Wiedziała, że nie powinna, ale chciała wreszcie mieć pewność. Zdjęła T-shirt, który służył jej za koszulę nocną. Zawsze to parę deka mniej. Zastanawiała się nawet, czy zdjęcie majtek zrobi różnicę. Raczej nie zrobi. Stanęła na wadze prawą nogą, lewą opierając się o podłogę. Potem zaczęła stopniowo przenosić ciężar na prawą nogę. Wskazówka doszła do sześćdziesięciu i właściwie mogłaby się już zatrzymać. Niestety. Erika stanęła na wadze całym ciężarem i wskazówka pokazała siedemdziesiąt trzy kilogramy. No tak. Tego się spodziewała, jest nawet o cały kilogram gorzej. Myślała, że przybyło jej dwa kilo, tymczasem okazało się, że trzy od ostatniego ważenia, od tego ranka, gdy znalazła Alex.

I po co jej było to ważenie? Przecież wiedziała, że przytyła, bo spodnie zrobiły się ciasne w pasie. Teraz, gdy zobaczyła to czarno na białym, nie może się dłużej oszukiwać. Wcześniej wmawiała sobie, że ubranie zbiegło się, bo była wilgoć w szafie albo prała w zbyt wysokiej temperaturze. Uznała, że jest beznadziejna. Miała nawet ochotę odwołać kolację z Patrikiem. Chciała mu się wydać seksowna, ładna i szczupła, a nie nalana, tłusta. Spojrzała ponuro na swój brzuch i wciągnęła go. Nic z tego. Stanęła bokiem do lustra i spróbowała wypiąć brzuch. O, proszę. Właśnie tak się czuje.

Westchnęła i włożyła spodnie od dresu, obszerne, zaopatrzone w wyrozumiałą dla figury gumkę w pasie, a potem T-shirt. Obiecała sobie, że zacznie się odchudzać od poniedziałku. Teraz nie ma co zaczynać, bo na dzisiejszy wieczór zaplanowała kolację z trzech dań. Zresztą trzeba sobie jasno powiedzieć, że jeśli się chce olśnić mężczyznę sztuką kulinarną, niezbędne do tego jest i masło, i śmietana. Poza tym dobrze jest rozpoczynać nowe życie od poniedziałku. Po raz nie wiadomo który przyrzekła sobie uroczyście, że zacznie ćwiczyć i przestrzegać diety Strażników Wagi. Stanie się nowym człowiekiem. Ale dziś da sobie z tym spokój.

Co innego z problemem, który ją gryzł od poprzedniego dnia. Zastanawiała się, jak się zachować w tej sytuacji, ale nic mądrego nie wymyśliła. Dowiedziała się czegoś, o czym zdecydowanie wolałaby nie wiedzieć.

Kawa w maszynce zapachniała apetycznie. Życie od razu wydało się nieco przyjemniejsze. To niesamowite, ile może zdziałać kilka łyków gorącej czarnej kawy. Nalała sobie filiżankę i zaczęła pić na stojąco, przy zlewie. Nie była wielką zwolenniczką śniadań. Zresztą zostawi sobie miejsce na kalorie na wieczór.

Dzwonek do drzwi zaskoczył ją tak bardzo, że chlapnęła kawą na T-shirt. Zaklęła głośno, zastanawiając się, kto mógł przyjść tak wcześnie. Spojrzała na kuchenny zegar. Wpół do dziewiątej. Odstawiła filiżankę i poszła otworzyć drzwi. Stała tam na mrozie Julia Carlgren, uderzając się rękami dla rozgrzewki.

— Dzień dobry — powiedziała pytająco Erika.

— Dzień dobry — odpowiedziała Julia. Cisza.

Erika zdziwiła się, co robi u niej wczesnym rankiem młodsza siostra Alex, ale przypomniała sobie o zasadach dobrego wychowania i zaprosiła Julię do środka.

Julia weszła zdecydowanym krokiem, zdjęła palto i pierwsza poszła do salonu.

— Mogłabym dostać filiżankę tej pachnącej kawy?

— Eee, tak, zaraz.

W kuchni, kiedy jej Julia nie widziała, Erika przewróciła oczami. Coś jest nie w porządku z tą dziewczyną. Podała jej filiżankę i zaprosiła na werandę, na wiklinową sofkę. Przez chwilę popijały w milczeniu. Erika postanowiła poczekać, aż Julia sama powie, po co przyszła. Musiało jednak upłynąć dobrych parę minut, zanim się w końcu odezwała.

— Mieszkasz tu?

— Właściwie nie. Mieszkam w Sztokholmie, ale porządkuję dom po rodzicach.

— Słyszałam. Wyrazy współczucia.

— Dziękuję. Wzajemnie.

Julia zaśmiała się dziwnie. Erikę zdumiało to niestosowne zachowanie. Przypomniała sobie dokument z kosza na śmieci u Nelly Lorentz. Ciekawe, jak się mają do siebie te kawałki układanki.

— Pewnie się zastanawiasz, po co przyszłam.

Julia wpatrywała się w Erikę tym swoim dziwnym, nieruchomym spojrzeniem. Rzadko mrugała powiekami.

Różnica między nią a jej starszą siostrą była uderzająca. Cerę miała nierówną, ze śladami po trądziku, włosy wyglądały, jakby je sama obcięła nożyczkami do paznokci, nie patrząc w lustro. W jej wyglądzie było coś niezdrowego. Karnację miała chorobliwie bladą, w odcieniu szarości. Sądząc po stroju, w tej dziedzinie również nie podzielała zainteresowań siostry. Musiała się chyba ubierać w sklepach dla pań w wieku emerytalnym, bo jej ubranie nie miało nic wspólnego z modą, chociaż nie wyglądała, jakby się wybierała na maskaradę.

— Masz jakieś zdjęcia Alex?

— Słucham?

Erikę zdziwiło to pytanie, zadane tak wprost.

— Zdjęcia? Wydaje mi się, że mam. Nawet sporo. Tata lubił robić zdjęcia, jak byłyśmy małe, ciągle nas fotografował. Alex przychodziła tak często, że na pewno na nich jest.

— Mogłabym je zobaczyć?

Julia wyglądała, jakby miała pretensje do Eriki, że jeszcze tych zdjęć nie przyniosła. Erika poszła po albumy, uciekając przed badawczym spojrzeniem Julii.

Były w kufrze na strychu. Jeszcze tam nie dotarła z porządkami, ale wiedziała dokładnie, gdzie stoi kufer. Były w nim wszystkie rodzinne zdjęcia i Erika z przerażeniem myślała o tym, że trzeba je przejrzeć. Sporo było fotografii nieposortowanych, ułożonych w kupki, ale te, których poszukiwała, zostały wklejone do albumów. Przejrzała je po kolei i w trzecim znalazła to, czego szukała. Także w czwartym albumie były zdjęcia Alex. Wzięła oba i ostrożnie zeszła ze strychu po drabinie.

Julia siedziała w tej samej pozycji, w jakiej Erika ją zostawiła, jakby przez ten czas w ogóle się nie poruszyła.

— Jest tu coś, co cię chyba zainteresuje.

Erika stęknęła i położyła na stoliku dwa grube albumy. Uniósł się z nich obłoczek kurzu.

Julia z zapałem chwyciła album leżący na wierzchu, a Erika usiadła na sofce obok, żeby opowiadać o zdjęciach.

— Z którego to roku?

Julia pokazała palcem pierwsze zdjęcie Alex, wklejone na trzeciej stronie albumu.

— Niech pomyślę. To musiał być… 1974. Tak, miałyśmy po dziewięć lat.

Erika przesunęła palcem po zdjęciu. Zrobiło jej się smutno. To było tak dawno. Ciepły, letni dzień, a one obie golutkie, krzycząc z radości, nadstawiają się pod strumień wody z węża ogrodowego. Dziwiły tylko grube wełniane rękawiczki na rękach Alex.

— Dlaczego ona ma rękawiczki? Przecież to chyba lato, lipiec czy jakoś tak…

Julia ze zdziwieniem spojrzała na Erikę, a ona roześmiała się na to wspomnienie.

— Twoja siostra uwielbiała te rękawiczki i uparła się, żeby je nosić nie tylko w zimie, ale również w lecie. Uparta była jak osioł. Nie dało jej się przekonać, żeby odłożyła te wstrętne rękawiczki.

— Wiedziała, czego chce, prawda?

Julia popatrzyła na zdjęcie niemal z czułością. Chwilę później niecierpliwie przerzuciła kolejną stronę albumu.

Dla Eriki fotografie były pamiątką z innego życia. Tyle czasu minęło od tamtej pory i tyle się przez ten czas wydarzyło. Lata dzieciństwa spędzone z Alex wydawały się odległym snem.

— Byłyśmy bardziej jak siostry niż przyjaciółki. Spędzałyśmy ze sobą całe dnie, często też sypiałyśmy jedna u drugiej. Codziennie sprawdzałyśmy, co u której będzie na obiad, a potem wybierałyśmy lepszy.

— Innymi słowy, często jadałyście u ciebie — powiedziała Julia, a na jej ustach pojawił się uśmiech.

— Tak. Cokolwiek by mówić o twojej mamie, z gotowania nie mogłaby się utrzymać.

Wzrok Eriki zatrzymał się na jednym ze zdjęć. Gładziła je palcami. Było wyjątkowo piękne. Roześmiana Alex na rufie łódki Torego. Wiatr rozwiewał jej jasne włosy, w tle widniała w całej okazałości piękna panorama Fjällbacki. Pewnie płynęły wtedy na skałki, żeby spędzić tam cały dzień, opalając się i kąpiąc w morzu. Wiele było takich dni. Mama jak zwykle nie pojechała z nimi. Wymówiła się jakimiś sprawami do załatwienia. Zawsze tak było. Na palcach jednej ręki Erika mogłaby zliczyć wycieczki, w których towarzyszyła im Elsy. Roześmiała się, patrząc na zdjęcie Anny z tej samej wyprawy. Wygłupiała się jak zawsze, krzywiąc się do aparatu i wychylając przez reling.

— To twoja siostra?

— Tak, Anna.

Julia zrozumiała, że Erika nie chce o niej rozmawiać. Przerzucała kartki albumu krótkimi, grubymi palcami. Paznokcie miała mocno obgryzione, w kilku miejscach aż do krwi. Erika przeniosła wzrok na przesuwające się przed jej oczami zdjęcia.

Pod koniec drugiego albumu na zdjęciach nie było już Alex. Skończyły się nagle. Na początku jej zdjęcia znajdowały na każdej stronie, potem nie było żadnego. Julia odłożyła albumy i trzymając w ręku filiżankę, wcisnęła się w kąt kanapy.

— Dolać ci gorącej kawy? Ta już chyba wystygła.

Julia spojrzała na filiżankę. Rzeczywiście.

— Jeśli można, poproszę.

Podała filiżankę Erice, a ta skorzystała z okazji, by rozprostować kości. Na sofkę przyjemnie było patrzeć, znacznie trudniej na niej wysiedzieć. Po jakimś czasie zaczynały boleć krzyż i pupa. Krzyż Julii musiał być tego samego zdania, bo wstała i poszła do kuchni za Eriką.

— Pogrzeb był bardzo piękny. Sporo ludzi przyszło potem do was do domu.

Erika nalewała kawę, odwrócona do Julii plecami. W odpowiedzi usłyszała mruknięcie. Postanowiła mówić śmielej.

— Musisz chyba dobrze znać Nelly Lorentz. Skąd się znacie?

Po tym, co przeczytała na papierze wyciągniętym z kosza na śmieci u Lorentzów, Erika była bardzo ciekawa odpowiedzi Julii. Aż wstrzymała oddech.

— Tata u niej pracował.

Julia odpowiadała niechętnie. Włożyła palec do ust, zapewne bezwiednie, i zaczęła go zawzięcie obgryzać.

— Tak, ale na długo, zanim się urodziłaś — powiedziała Erika, nie dając za wygraną.

— Gdy byłam młodsza, pracowałam u niej w fabryce podczas wakacji.

Odpowiadała, jakby jej wyrywano ząb. Przestawała wtedy obgryzać.

— Zdaje się, że się świetnie dogadujecie.

— Rzeczywiście, Nelly dostrzegła we mnie coś, czego nie widzi nikt inny.

Mówiąc to, uśmiechnęła się gorzko. Erika poczuła przypływ współczucia dla Julii. Trudno być brzydkim kaczątkiem. Nie odezwała się jednak i Julia czuła się zmuszona mówić dalej.

— Przyjeżdżaliśmy tu zawsze na lato. W wakacje po ósmej klasie Nelly zadzwoniła do taty i zapytała, czy nie chciałabym sobie zarobić, pracując w biurze. Takiej propozycji się nie odrzuca. Potem pracowałam tam każdego lata, aż do rozpoczęcia studiów.

Erika domyślała się, że nie jest to bynajmniej wyczerpująca odpowiedź. Na pewno. Rozumiała też, że więcej z Julii nie wydobędzie. Znów usiadły na werandzie w milczeniu i piły kawę. Obie patrzyły na lód na morzu, sięgający aż po horyzont.

— Musiało ci być ciężko, gdy rodzice wyprowadzili się stąd, zabierając Alex — Julia odezwała się pierwsza.

— I tak, i nie. Już wtedy nie bawiłyśmy się ze sobą. Było mi przykro, ale nie tak bardzo, jakbyśmy się nadal przyjaźniły.

— Ale co się stało? Dlaczego już się nie przyjaźniłyście?

– Żebym to wiedziała.

Sama się zdziwiła, że jeszcze ją boli to wspomnienie, że tak silnie odczuwa utratę Alex. Tyle lat minęło od tamtej pory, a rozpad przyjaźni z dzieciństwa jest raczej regułą niż wyjątkiem. Może chodzi o to, że przyjaźń z Alex nie zakończyła się w sposób naturalny, a przede wszystkim zabrakło wyjaśnienia. Nie pokłóciły się, Alex nie zamieniła Eriki na nową przyjaciółkę, nie wydarzyło się nic takiego, co zazwyczaj jest powodem końca przyjaźni. Wycofała się za mur obojętności, a potem zniknęła bez słowa.

— Pokłóciłyście się o coś?

— Moim zdaniem nie. Alex przestała się mną interesować. Przestała dzwonić, nie proponowała, żebyśmy wspólnie coś robiły. Nie odmawiała, jeśli ja proponowałam, ale zachowywała się tak obojętnie, że w końcu przestałam.

— Miała nowych przyjaciół?

Erika była ciekawa, po co Julia zadaje jej te pytania, chociaż nie miała nic przeciwko wracaniu do wspomnień. Przydadzą się do książki.

— Nigdy jej z nikim nie widziałam. W szkole zawsze była sama. Ale…

— Co ale? — zapytała Julia, pochylając się w przód.

— Miałam nieodparte wrażenie, że ktoś jest. Mogę się mylić, w końcu to tylko wrażenie.

Julia kiwnęła głową w zamyśleniu, jakby te słowa tylko potwierdziły coś, o czym już wiedziała.

— Przepraszam, ale dlaczego wypytujesz o nasze dzieciństwo?

Julia odpowiedziała wymijająco, nie patrząc Erice w oczy.

— Alex była ode mnie dużo starsza, zdążyła wyjechać za granicę, zanim się urodziłam. Poza tym bardzo się od siebie różniłyśmy. Właściwie nie znałam jej zbyt dobrze. A teraz jest za późno. Szukałam w domu jej zdjęć, ale ich nie ma zbyt wiele. Pomyślałam wtedy o tobie.

Erika musiała się zadowolić tą odpowiedzią, choć czuła, że niewiele ma wspólnego z prawdą. A może nawet jest kłamstwem.

— Chyba już pójdę. Dziękuję za kawę.

Julia niespodziewanie wstała, wyszła do kuchni i wstawiła swoją filiżankę do zlewu. Nagle zaczęło jej się śpieszyć. Erika odprowadziła ją do drzwi.

— Dziękuję za pokazanie zdjęć. Dla mnie to bardzo dużo znaczy.

I już jej nie było.

Erika długo stała w drzwiach, patrząc za nią. Szara, bezkształtna postać, śpiesząca przed siebie z rękami blisko ciała — dla ochrony przed zimnem. Erika powoli weszła do ciepłego domu i zamknęła drzwi.


Patrik już dawno niczego tak nie przeżywał. Cieszył się jednocześnie i czuł ściskanie w żołądku.

Przymierzał ubrania, których stos rósł na jego łóżku. Albo niemodne, albo byle jakie, albo niepoważne, albo brzydkie. Spodnie w dodatku cisnęły w pasie. Westchnął, odrzucił kolejną parę i usiadł na łóżku w samych gatkach. Uleciała gdzieś radość, jaką odczuwał na myśl o dzisiejszym wieczorze, i zastąpił ją lęk. A gdyby tak zadzwonić, że nie może przyjść?

Położył się na wznak i z rękami pod głową wpatrywał się w sufit. Zostawił sobie łóżko, które kiedyś dzielił z Karin. Zrobił się nagle sentymentalny i przesunął ręką po jej połowie. Dopiero od niedawna w nocy przesuwał się na tę stronę. Chyba powinien był kupić nowe zaraz po jej wyprowadzce, ale nie zdobył się na to.

Czasem się zastanawiał, czy kiedy tak cierpiał, bardziej żałował jej odejścia, czy złudzeń co do małżeństwa jako instytucji. Kiedy miał dziesięć lat, ojciec zostawił matkę dla innej kobiety. Rozwód był strasznym przeżyciem, zwłaszcza dla Patrika i jego młodszej siostry Lotty. Przyrzekł sobie wówczas, że nigdy nie będzie zdradzał, a przede wszystkim nigdy, przenigdy się nie rozwiedzie. Jeśli się ożeni, to na całe życie. Gdy zatem pięć lat temu brali z Karin ślub w kościele w Tanumshede, nie miał wątpliwości, że to na zawsze. Zazwyczaj jednak życie nie układa się tak, jak się planuje. Spotykała się z Leifem ponad rok, zanim ich w końcu przyłapał. Typowe.

Pewnego dnia poczuł się kiepsko i wyszedł wcześniej z pracy. Zastał ich w sypialni. W tym samym łóżku, w którym teraz leży. A może jest masochistą? Bo jak wytłumaczyć, że go dawno nie wyrzucił? Teraz sprawa już przebrzmiała, jest bez znaczenia.

Zwlókł się z łóżka. Nadal nie był zdecydowany, czy iść do Eriki, czy nie. Raz chciał, raz nie chciał. Nie był już pewien. Radość na myśl o spotkaniu, która towarzyszyła mu cały dzień, a właściwie tydzień, uleciała.

W końcu znalazł drelichowe spodnie, dobre w talii, i włożył wyprasowaną niebieską koszulę. Od razu poczuł się lepiej i radość wróciła. Jeszcze trochę pianki na włosy, porozumiewawczy gest do własnego odbicia w lustrze i można iść.

Była czarna noc, chociaż było dopiero wpół do ósmej. Kiedy jechał do Fjällbacki, zaczął prószyć niewielki śnieg. Pogarszał widoczność, ale Patrik miał jeszcze sporo czasu i nie musiał się śpieszyć. Na chwilę odsunął myśli o Erice, skupiając się na ostatnich wydarzeniach w pracy. Mellberg nie był bynajmniej zachwycony, kiedy mu przekazał, że alibi zapewniła Andersowi jego sąsiadka, Jenny. W odróżnieniu od Mellberga Patrik się nie wściekł. Pomyślał tylko, że sytuacja jest beznadziejna. Od znalezienia zwłok Alex minęły już trzy tygodnie, a rozwiązania zagadki nadal nie ma.

Nie wolno się załamywać, trzeba się pozbierać i zacząć wszystko od początku. Wszystkim tropom, każdemu zeznaniu powinien przyjrzeć się na nowo. Patrik przygotował w głowie listę spraw, którymi zajmie się jutro rano. Najpierw trzeba ustalić, kto był ojcem dziecka Alex. Przecież we Fjällbace musi być ktoś, kto widział lub słyszał, z kim Alex spotykała się w weekend. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że ojcem był Henrik albo choćby Anders. Patrik nie wierzył, by Alex mogła uważać Andersa za odpowiedniego ojca dla swego dziecka. Wierzył, że najbliższe prawdy jest to, co Erice opowiedziała Francine, że w życiu Alex pojawił się ktoś bardzo ważny. Dlatego cieszyła się, że będzie z nim miała dziecko. Tej radości nie mogła lub nie chciała dzielić z mężem.

Trzeba też dowiedzieć się więcej na temat jej relacji z Andersem. Co może łączyć kobietę z kręgów towarzyskich Göteborga ze skończonym alkoholikiem? Coś mu mówiło, że gdy odkryje, jak i gdzie przecięły się drogi tych dwojga, znajdzie odpowiedź na wiele pytań. I jeszcze ten artykuł o zaginięciu Nilsa Lorentza. Alex była wtedy dzieckiem. Po co trzymała wycinek sprzed dwudziestu pięciu lat schowany pod bielizną w szufladzie? Wątków było tak dużo i były tak poplątane, że przypominało to obrazek z kropek, na którym kształty stają się wyraźne dopiero, kiedy się stanie w odpowiedniej odległości i zmruży oczy. Problem w tym, że jak dotąd nie wiedział, jaka to odległość. A jeśli na to nie wpadnie, morderca uniknie kary. W związku z tym chwilami wątpił, czy jest dostatecznie dobrym policjantem.

Z tych ponurych myśli wyrwała go sarna. Wyskoczyła na drogę. Patrik nacisnął hamulec i wyminął ją o zaledwie kilka centymetrów. Samochód zarzuciło na śliskiej drodze i zatrzymał się dopiero po chwili. Patrik musiał się uspokoić. Położył głowę na rękach kurczowo trzymających kierownicę. Siedział tak kilka minut, po czym ruszył w kierunku Fjällbacki. Przez jakiś czas jechał w żółwim tempie, dopiero potem odważył się przyśpieszyć.

Kiedy w Sälvik podjeżdżał pod wysypaną piaskiem górkę prowadzącą do domu Eriki, miał pięć minut spóźnienia. Postawił samochód na podjeździe do garażu, za jej samochodem, i wziął butelkę wina, którą zamierzał jej wręczyć. Głęboki oddech, rzut oka w lusterko, by sprawdzić, czy włosy są w porządku, i już był gotów.


Stos ubrań na łóżku Eriki przypominał to, co leżało na łóżku Patrika, może nawet był nieco większy. Szeroko rozdziawiona paszcza szafy była prawie pusta, na drążku podzwaniało kilka wieszaków bez przydziału. Erika westchnęła ciężko. Ani jeden ciuch nie leżał na niej tak jak trzeba. Wszystko przez te kilogramy, które jej przybyły w ostatnich tygodniach. Ciągle jeszcze była na siebie wściekła za poranne ważenie. Samokrytycznie spojrzała na swoje odbicie w dużym lustrze.

Po wyjściu spod prysznica stanęła przed pierwszym dylematem, dylematem swojej ulubionej bohaterki Bridget Jones: które włożyć majtki. Śliczne koronkowe stringi, na wypadek gdyby jednak wylądowała z Patrikiem w łóżku? Czy porządne, choć brzydkie majtki modelujące brzuch i pupę, które zwiększą szanse na to, że coś takiego się zdarzy? Trudny wybór, ale ze względu na wystający brzuch po dłuższej chwili zdecydowała się ostatecznie na wersję modelującą. Na to jeszcze obciskające rajstopy. Innymi słowy, ciężka artyleria.

Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że najwyższy czas coś postanowić. Rzut oka na stos ciuchów na łóżku i wyciągnęła spod spodu to, co mierzyła na samym początku. Czarne wyszczupla, a w klasycznej małej czarnej w stylu Jackie Kennedy wyglądała bardzo korzystnie. Do tego perłowe kolczyki i zegarek na rękę. Włosy rozpuszczone. Stanęła bokiem do lustra i wciągnęła brzuch. Dzięki kombinacji modelujących majtek i rajstop oraz odpowiedniego oddychania całkiem nieźle. Musiała przyznać, że dodatkowe kilogramy miały również zalety. Tego, co jej przybyło na brzuchu, najchętniej by się pozbyła, ale to, co się rozłożyło na biuście, sprawiło, że na dekolcie pojawił się niczego sobie przedziałek. Wprawdzie pomógł biustonosz typu push-up, ale w dzisiejszych czasach tego rodzaju środki pomocnicze są w powszechnym użyciu. Biustonosz, który miała na sobie, był najnowszym osiągnięciem techniki w tej dziedzinie. Miseczki były częściowo wypełnione żelem, co sprawiało, że biust kołysał się lekko i naturalnie. Znakomity przykład osiągnięć nauki w służbie człowieka.

Z emocji spociła się pod pachami, więc musiała się ponownie umyć. Zrobienie idealnego makijażu zabrało jej prawie dwadzieścia minut. Nagle zorientowała się, że już dawno powinna wstawić jedzenie. Migiem zaprowadziła porządek w sypialni. Rozwieszenie ubrań na wieszakach zabrałoby za dużo czasu, więc chwyciła stertę i po prostu wrzuciła do garderoby, a potem sprawdziła, czy na podłodze nie walają się jakieś majtki. Brudne codzienne majtki z pewnością zniechęciłyby każdego mężczyznę.

Pognała do kuchni. Była tak spięta, że nie wiedziała, od czego zacząć. Przystanęła i odetchnęła głęboko. Na stole położyła dwa przepisy. Nie była mistrzynią gotowania, ale radziła sobie w kuchni całkiem nieźle, a przepisy wyszperała w starych numerach „Elle Gourmet”, które kiedyś prenumerowała. Na przystawkę zamierzała podać placki ziemniaczane ze śmietaną, kawiorem i posiekaną czerwoną cebulą. Na drugie danie pieczoną w cieście polędwicę wieprzową z sosem porto i ziemniakami, a na deser zapiekane owoce z lodami waniliowymi. Całe szczęście, że deser przygotowała przed południem. Zaczęła od wstawienia ziemniaków, które miały być podane do drugiego dania, a potem wzięła się do ucierania ziemniaków na placki.

Pracowała w skupieniu przez półtorej godziny i na dźwięk dzwonka u drzwi aż podskoczyła. Czas mijał stanowczo zbyt szybko. Oby się nie okazało, że Patrika skręca z głodu, bo trochę potrwa, zanim jedzenie będzie gotowe.

Biegnąc do drzwi, uprzytomniła sobie, że ma na sobie fartuch. Rozległ się drugi dzwonek. Erika nadal zmagała się z supłem na plecach. W końcu się udało. Zerwała fartuch i rzuciła na krzesło w przedpokoju. Przygładziła włosy, odetchnęła głęboko, wciągnęła brzuch i z szerokim uśmiechem otworzyła drzwi.

— Witaj, Patriku! Wejdź, proszę.

Objęli się na powitanie. Patrik wręczył jej zawiniętą w folię aluminiową butelkę wina.

— Dziękuję, jak miło!

— Polecono mi je w sklepie. Chilijskie, ponoć o pełnym, krągłym smaku dojrzałych czerwonych jagód, z akcentem czekolady. Nie znam się zbyt dobrze na winach, ale sprzedawca raczej wie, o czym mówi.

— Na pewno jest doskonałe.

Roześmiała się i odstawiła butelkę na komodę, by pomóc Patrikowi powiesić kurtkę.

— Wejdź. Mam nadzieję, że nie umierasz z głodu. Jak zwykle nie zmieściłam się w czasie, więc chwilę potrwa, zanim jedzenie będzie gotowe.

— W porządku, wytrzymam.

Patrik poszedł do kuchni za Eriką.

— Mógłbym w czymś pomóc?

— Tak, weź korkociąg, jest tam, w górnej szufladzie, i otwórz wino. Może zaczniemy od tego, które przyniosłeś?

Patrik zrobił, co kazała, a Erika postawiła na blacie dwa spore kieliszki, po czym zamieszała w garnkach i zajrzała do piekarnika. Mięso będzie gotowe dopiero za jakiś czas, ziemniaki też. Patrik podał jej kieliszek napełniony winem o głębokiej, czerwonej barwie. Poruszyła nim, by uwolnić aromat, potem wciągnęła go przez nos. Erika miała uczucie, jakby ciepły aromat dębu rozszedł się po całym jej ciele, docierając aż do koniuszków palców. Wyśmienite. Upiła trochę i potrzymała w ustach, jednocześnie nabierając przez nie trochę powietrza. Smak był równie wyborny jak zapach. Domyśliła się, że Patrik zapłacił ładnych kilka koron.

Patrzył na nią wyczekująco.

— Fantastyczne!

— No tak, zorientowałem się ostatnio, że się na tym znasz. Sam niestety nie poczułbym różnicy między winem z kartonu za pięćdziesiąt koron a takim po kilka tysięcy za butelkę.

— Na pewno byś poczuł. To zresztą kwestia pewnych nawyków. No i tego, żeby dać sobie czas i naprawdę smakować wino, a nie wlewać je w siebie.

Patrik spojrzał z zawstydzeniem na swój kieliszek, już opróżniony do jednej trzeciej. Kiedy Erika odwróciła się, aby zająć się kuchnią, spróbował jej sposobu smakowania wina. Proszę, całkiem inny smak. Chwilę potrzymał je w ustach tak jak ona i poczuł więcej smaków. Coś jak gorzka czekolada, wyraźny smak jagód, chyba czerwone porzeczki i truskawki. Niesamowite.

— Jak idzie dochodzenie?

Erika zadała pytanie niby mimochodem, ale z wielkim napięciem czekała na odpowiedź.

— Można powiedzieć, że zaczynamy całą zabawę od początku. Anders ma alibi na czas morderstwa, a innych tropów nie ma. Popełniliśmy chyba bardzo typowy błąd. Uznaliśmy, że już mamy sprawcę, i nie rozważaliśmy innych ewentualności. Muszę się jednak zgodzić z komisarzem, że Anders jak ulał pasuje do roli mordercy Alex. Pijak, któremu z niezrozumiałych powodów udało się nawiązać erotyczną relację z kobietą, która normalnie byłaby poza zasięgiem takiego nałogowca. Kiedy nadchodzi nieuchronny koniec i facet traci niewiarygodne szczęście, popełnia zbrodnię z zazdrości. Odciski jego palców są zarówno na zwłokach, jak i w łazience, a w kałuży krwi na podłodze znaleźliśmy nawet odcisk jego buta.

— To chyba wystarczy, żeby mu udowodnić morderstwo.

Patrik obracał kieliszek w rękach, obserwując powstające wiry.

— Wystarczyłoby, gdyby nie miał alibi na przypuszczalny czas morderstwa. Ale ma. Jak mówiłem, dowodzi to jedynie, że był w łazience, a nie że był tam w chwili popełnienia morderstwa. To niewielka, ale istotna różnica. Sąd podważyłby taki akt oskarżenia.

Z kuchni rozchodził się rozkoszny zapach. Erika wyjęła z lodówki usmażone wcześniej placki i wstawiła do piecyka, żeby się zagrzały. Następnie wyjęła dwa talerzyki na przystawki i ponownie sięgnęła do lodówki, tym razem po pojemnik ze śmietaną i słoiczek kawioru. Na blacie stała już miseczka z posiekaną cebulą. Erika cały czas myślała o tym, że Patrik stoi tak blisko.

— A co u ciebie? Coś nowego w sprawie domu?

— Niestety tak. Wczoraj dzwonił agent. Zaproponował, żeby wystawić dom na sprzedaż w Wielkanoc. Według niego Anna i Lucas uznali, że to wyśmienity pomysł.

— Do Wielkanocy zostało jeszcze parę miesięcy. W tym czasie może się sporo wydarzyć.

— Tak, zawsze jest nadzieja, że Lucas dostanie zawału albo czegoś w tym stylu. Nie, przepraszam, nie powiedziałam tego. Na samą myśl o nim wpadam w furię!

Mocno trzasnęła klapą piekarnika.

— Uważaj na kuchenkę.

— Chyba muszę się przyzwyczaić do tej myśli i zaplanować, co zrobię z pieniędzmi za dom. Wiesz, myślałam, że bardziej będę się cieszyć z szansy zostania milionerką.

— Nie ma obaw, żebyś nią została. Zważywszy na obowiązujący w tym kraju system podatkowy, większość twoich pieniędzy zostanie przeznaczona na dofinansowanie marnego szkolnictwa i jeszcze gorszej służby zdrowia. Nie mówiąc już o absolutnie, wyjątkowo kiepsko opłacanej policji. Zobaczysz, że uda się przepuścić całkiem sporą część twojego majątku.

Erika musiała się roześmiać.

— Proszę, co za ulga. Nie będę się musiała zastanawiać, jakie futro kupić, z norek czy z niebieskich lisów. Może nie uwierzysz, ale przystawka jest już gotowa.

Wzięła talerze i poszła przodem do jadalni. Długo się zastanawiała, gdzie lepiej będzie podać kolację, w kuchni czy w jadalni, i w końcu zdecydowała się na to drugie, ze względu na piękny składany stół, którego urodę wydobywał jeszcze blask świec. Nie pożałowała świec. Gdzieś przeczytała, że żadne światło nie jest dla kobiety równie łaskawe jak blask świecy. No to poszła na całość.

Na stole leżały już sztućce, lniane serwetki i talerze Rörstranda do gorącego dania. Wyjęła talerze z białej porcelany z niebieskimi brzegami, pochodzące z najlepszej zastawy matki. Erika pamiętała, że matka trzęsła się nad nią. Używano jej tylko przy nadzwyczajnych okazjach, które nie obejmowały urodzin dzieci czy podobnych sytuacji — pomyślała z rozżaleniem. Wtedy podawano zwykłą, codzienną zastawę. Co innego, kiedy trzeba było się przypodobać, bo na obiad przyszedł pastor z żoną, proboszcz albo diakonisa. Erika wróciła do teraźniejszości i postawiła na stole talerzyki do przystawek.

— Wygląda pysznie.

Patrik ukroił sobie kawałek placka, nabrał na widelec sporo cebuli, śmietany i kawioru i już miał zacząć jeść, gdy zorientował się, że Erika siedzi z uniesionym kieliszkiem — i jedną zmarszczoną brwią. Z zawstydzeniem odłożył widelec i wziął do ręki kieliszek.

Skål i witaj w moim domu!

Skål!

Erika się roześmiała. Urocza gafa. Całkiem miły kontrast z facetami, z którymi spotykała się w Sztokholmie. Dobrze wychowani, znający się na etykiecie — a wszyscy jak spod jednej sztancy. Na ich tle Patrik wydawał się takim prawdziwkiem, że nie przeszkadzałoby jej nawet, gdyby jadł palcami. W dodatku taki był słodki, kiedy się czerwienił.

— Miałam dziś nieoczekiwanego gościa.

— Tak, kogo?

— Julię.

Patrik spojrzał na nią zdziwiony, a ona z zadowoleniem zauważyła, że trudno mu oderwać się od jedzenia.

— Nie wiedziałem, że się znacie.

— Bo się nie znamy. Pierwszy raz spotkałyśmy się na pogrzebie Alex. I przyszła tu dziś rano.

— Czego chciała?

Patrik zbierał z talerza to, co na nim jeszcze zostało, z takim zapałem, jakby chciał zeskrobać kolor.

— Poprosiła, żeby jej pokazać zdjęcia z czasów, kiedy Alex i ja byłyśmy małe. Oni mają mało zdjęć, więc pomyślała, że może ja mam więcej. Rzeczywiście mam. A potem wypytywała szczegółowo o nasze dzieciństwo. Ludzie mówią, że siostry nie były sobie zbyt bliskie, co nie jest takie dziwne, zważywszy na różnicę wieku. Julia powiedziała, że chciałaby się dowiedzieć więcej o Alex. Lepiej ją poznać. W każdym razie takie odniosłam wrażenie. A ty ją poznałeś?

— Nie, jeszcze nie. Ale z tego, co słyszałem, siostry są, czy też były, bardzo różne.

— To prawda. Powiedziałabym nawet, że Julia jest zupełnym przeciwieństwem Alex, w każdym razie jeśli chodzi o wygląd. Wspólną cechą jest jedynie zamknięcie się w sobie. Julia jest mrukliwa, a Alex, jeśli dobrze pamiętam, nie była taka. Alex wydawała się bardziej, jak by to powiedzieć… obojętna. Opieram się na tym, co mi opowiadano. Julia łatwo wpada w złość, nawet we wściekłość. Mam wrażenie, jakby w środku się gotowała, kipiała. Jak wulkan. Uśpiony wulkan. Przytruwam, co?

— Nie, wcale nie. Tak sobie myślę, że pisarz musi mieć wyjątkowe wyczucie, gdy chodzi o ludzi. Znać naturę ludzką.

— Nie nazywaj mnie pisarką. Wydaje mi się, że jeszcze nie zasłużyłam na to określenie.

— Wydałaś cztery książki i mówisz, że jeszcze nie jesteś pisarką?

Patrik naprawdę nie rozumiał i Erika zaczęła wyjaśniać, co ma na myśli.

— Tak, cztery biografie, piąta się pisze. Nie chcę tego pomniejszać, ale pisarz według mnie to ktoś, kto pisze prosto z serca i z głowy. A nie ten, kto jedynie opowiada o życiu innego człowieka. Nazwę siebie pisarką, kiedy napiszę coś od siebie.

Erika zdała sobie nagle sprawę, że nie jest to cała prawda. Gdyby spojrzeć na rzecz powierzchownie, z tej definicji wynikałoby, że nie ma różnicy między napisanymi przez nią biografiami postaci historycznych a książką o Alex, która również opowiada o życiu innej osoby. A jednak były różnice. Po pierwsze — znaczenie Alex w jej życiu, a po drugie — w tej książce mogła powiedzieć coś od siebie. Poruszając się w obrębie faktycznych wydarzeń, może przecież wpływać na ducha książki. Na razie jednak nie powie tego Patrikowi. Nikt nie może wiedzieć, że pisze książkę o Alex.

— Więc Julia przyszła, żeby cię wypytać o Alex. Czy miałaś okazję, żeby ją zapytać o znajomość z Nelly Lorentz?

Erika zawahała się, ale w końcu uznała, że nie może z czystym sumieniem ukryć tego przed Patrikiem. Może on wyciągnie wnioski, których ona nie potrafi wysnuć. Chodziło o malutki, ale ważny fragment układanki, o którym nie powiedziała podczas kolacji u Patrika. Ten wątek nie doprowadził jej zbyt daleko, więc nie ma powodu, by nadal milczeć. Najpierw jednak poda gorące danie.

Sięgnęła po jego talerz i korzystając z okazji, nachyliła się nieco głębiej. Trzeba wykorzystywać atuty. Trójka asów, sądząc po minie Patrika. Jak dotąd zakup wonderbra okazał się bardzo udaną inwestycją, chociaż wydanie pięciuset koron było dla jej portfela dość bolesne.

— Pozwól, że to wezmę.

Patrik wziął talerze i poszedł za nią do kuchni. Erika odlała wodę z garnka, podała mu prasę do ziemniaków i salaterkę. Sama zagotowała sos i spróbowała. Dolała odrobinę porto i spory kawałek masła i można było podawać. Żadnej śmietany light. Pozostało tylko wyjąć z piecyka mięso i pokroić na kawałki. Wyglądało idealnie. Lekko różowe w środku, ani śladu krwistego soku, świadczącego o niedopieczeniu. Przygotowała też groszek cukrowy. Podała go na takim samym półmisku Rörstranda jak ziemniaki. Razem zanieśli jedzenie na stół. Erika odczekała, aż Patrik sobie nałoży, i dopiero potem odpaliła bombę.

— W testamencie Nelly Lorentz Julia figuruje jako jedyna spadkobierczyni.

Patrik właśnie pociągnął łyk wina, które wyraźnie wpadło nie w tę dziurkę, bo zakaszlał i złapał się za pierś. Do oczu napłynęły mu łzy.

— Przepraszam, coś ty powiedziała? — odezwał się z wysiłkiem.

— Powiedziałam, że Julia jest jedyną spadkobierczynią majątku Nelly. Tak Nelly napisała w testamencie — wyjaśniła Erika spokojnie, nalewając Patrikowi wody do popicia.

— A mogę zapytać, skąd to wiesz?

— Stąd, że poszperałam w koszu na śmieci, kiedy byłam u niej na herbacie.

Patrik ponownie zakaszlał i popatrzył sceptycznie na Erikę. Pił wodę duszkiem, a Erika mówiła dalej:

— W koszu znalazłam kopię testamentu. Napisano w nim jasno i wyraźnie, że Julia Carlgren odziedziczy majątek Nelly Lorentz. Jan ma oczywiście zagwarantowany udział w spadku, ale całą resztę otrzyma Julia.

— Jan o tym wie?

— Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że nie wie.

Erika mówiła dalej, nakładając sobie jedzenie.

— Zapytałam Julię, skąd tak dobrze zna Nelly Lorentz. Odpowiedziała mi oczywiście coś bez sensu, że ją zna, odkąd przez parę lat z rzędu w wakacje pracowała w fabryce Lorentzów. Nie wątpię, że to prawda, ale jednak niecała. Widać było wyraźnie, że nie chce o tym rozmawiać.

Patrik zamyślił się.

— Pomyślałaś, że w tej historii występują dwie bardzo dziwne pary? Powiedziałbym nawet, że zdumiewająco dziwne. Alex i Anders oraz Julia i Nelly. Czy mają jakiś wspólny mianownik? Jeśli go znajdziemy, chyba będziemy mieli rozwiązanie tej zagadki.

— Alex. Najmniejszym wspólnym mianownikiem jest chyba Alex?

— Nie — odparł Patrik. — Wydaje mi się to zbyt proste. Chodzi o coś innego. Coś, czego nie dostrzegamy albo nie rozumiemy.

Energicznie wymachiwał widelcem.

— Pozostaje Nils Lorentz, a właściwie jego zaginięcie. Mieszkałaś wtedy we Fjällbace. Co zapamiętałaś z tamtych czasów?

— Byłam jeszcze dzieckiem, a dzieciom się nic nie mówi. Pamiętam tylko szepty i uciszanie.

— Jak to uciszanie?

— No wiesz, przerywane rozmowy, kiedy wchodziłam do pokoju. Dorośli mówiący ściszonym głosem. Cicho, bo dzieci usłyszą — tego rodzaju komentarze. Innymi słowy wiem tylko, że o zaginięciu Nilsa bardzo dużo się mówiło. Ale byłam za mała, żeby się czegoś dowiedzieć.

— Muszę zbadać ten wątek. Umieszczę to na liście spraw na jutro. Teraz jestem na kolacji u kobiety, która jest nie tylko piękna, ale też fantastycznie gotuje. Zdrowie gospodyni!

Podniósł do góry kieliszek. Komplement sprawił Erice prawdziwą przyjemność. Nie chodziło o pochwałę jedzenia, ale o to, że jest piękna. O ile byłoby łatwiej, gdyby można było czytać w myślach. Cała ta gra byłaby niepotrzebna. A tak całą sobą czeka na znak, czy on jest zainteresowany. Jako nastolatka mogłaby zaryzykować, ale z upływem lat serce jakby się kurczyło i stawało coraz mniej elastyczne. Stawka stale rosła, coraz bardziej zmniejszając pewność siebie Eriki.

Patrik wziął trzecią dokładkę. Rozmowa od dłuższego czasu już nie kręciła się wokół nagłej i niespodziewanej śmierci, lecz marzeń, życia w ogólności i problemów polityki światowej. Przeszli na werandę, żeby odpocząć przed deserem. Usiedli każde w swoim rogu sofki i popijali wino. Po drugiej butelce wina odczuli działanie alkoholu. Kończyny mieli ciężkie, gorące, a głowy jakby otulone miękką watą. Za oknem była czarna, bezgwiezdna noc. Gęsta nocna ciemność sprawiała, że czuli się na werandzie jak w kokonie, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie. Erika nie pamiętała, żeby kiedykolwiek czuła się tak zadowolona i zadomowiona w życiu. Trzymając kieliszek, zatoczyła ręką po werandzie i całym domu.

— Potrafisz zrozumieć, jak Anna może to sprzedać? Nie chodzi o to, że dom jest piękny, najpiękniejszy, ale że ma swoją historię. I nie mam na myśli historii mojej czy Anny, lecz ludzi, którzy tu mieszkali przed nami. Zbudował go w 1889 dla siebie i rodziny pewien kapitan. Nazywał się Wilhelm Jansson. To dość smutna historia, jak wiele tutejszych. Zbudował go dla siebie i swojej młodej żony Idy. W ciągu pięciu lat urodziło im się pięcioro dzieci, przy szóstym Ida umarła w połogu. W tamtych czasach nie było mowy o samotnych ojcach wychowujących dzieci, więc wprowadziła się tu niezamężna starsza siostra kapitana, a on sam wypłynął w morze. Hilda nie sprawdzała się najlepiej w roli przybranej matki. Była najpobożniejszą kobietą w całej prowincji, a to niemało, zważywszy na pobożność miejscowych. Dzieci ledwo się ruszyły, a już im wymyślała, że grzeszą, a potem wymierzała surowe kary bogobojną, twardą ręką. Dziś nazwano by ją sadystką, ale w tamtych czasach takie zachowanie było normą, wynikało z religijności.

Kapitan Jansson nie bywał w domu na tyle często, aby na własne oczy zobaczyć, jak źle dzieje się jego dzieciom, chociaż coś przeczuwał. Uznał, jak to mężczyzna, że wychowanie dzieci jest sprawą kobiet, a on spełnia ojcowskie obowiązki, dbając o to, by miały dach nad głową i jedzenie na stole. Aż pewnego dnia wrócił do domu i odkrył, że najmłodsza córeczka Märta od tygodnia chodzi ze złamaną ręką. Z hukiem wyrzucił Hildę i jako człowiek czynu zaczął poszukiwać przybranej matki dla swoich dzieci wśród okolicznych panien. Po dwóch miesiącach dokonał wyboru, jak się okazało, trafnego. Ożenił się z Liną Månsdotter, porządną, gospodarską córką, a ona przygarnęła dzieci do serca jak własne. Urodziła mu jeszcze siedmioro, więc musiało im tutaj być ciasno. Jeśli się dobrze przyjrzeć, w całym domu zostały po nich ślady. Drobne wcięcia, dziurki, wytarte miejsca. Wszędzie.

— A jak to się stało, że twój ojciec kupił ten dom?

— Z czasem dzieci Janssonów los rozrzucił po świecie. Kapitan Jansson i Lina, których z biegiem lat połączyło wielkie przywiązanie, umarli. Na miejscu został tylko najstarszy syn Allan. Nie ożenił się, na starość nie miał już siły zajmować się domem i postanowił go sprzedać. Tymczasem moi rodzice, świeżo po ślubie, właśnie szukali domu. Tata opowiadał, że zakochał się w tym domu od pierwszego wejrzenia. Nie wahał się ani chwili.

Sprzedając tacie dom, Allan opowiedział mu tę historię. Historię domu i rodziny. Powiedział, że chce, aby tata poznał ludzi, którzy chodzili po tych deskach. Zostawił mu również rozmaite papiery, w tym listy pisane przez kapitana Janssona z różnych zakątków świata, najpierw do Idy, a potem do Liny. No i pęk rózeg, których Hilda używała do karania dzieci. Wiszą do tej pory w piwnicy. Jak byłyśmy małe, chodziłyśmy z Anną do piwnicy, żeby ich dotknąć. Znałyśmy opowieść o Hildzie i próbowałyśmy wyobrazić sobie, jak to jest, kiedy dostaje się rózgi na gołą skórę. Bardzo nam było żal tych dzieci.

Erika spojrzała na Patrika i mówiła dalej:

— Teraz chyba rozumiesz, dlaczego tak mnie serce boli na myśl o sprzedaży domu. Jeśli go sprzedamy, stracimy go bezpowrotnie. Na zawsze. Niedobrze mi się robi na myśl, że wedrze się tu jakiś bogacz ze Sztokholmu i od razu zabierze się do cyklinowania podłóg, wyklejania ścian tapetami w muszelki, nie mówiąc o zainstalowaniu panoramicznego okna, co nastąpiłoby prędzej, niżbym zdążyła wymówić słowo „bezguście”. Czy będzie mu zależało, by na drzwiach spiżarni zachować kreski zrobione ołówkiem, którymi Lina zaznaczała, ile które dziecko urosło? A komu chciałoby się czytać listy kapitana Janssona opisującego morza południowe obu żonom, które przez całe życie nawet nosa nie wyściubiły poza swoją parafię? Ich historia zostałaby wymazana, a ten dom stałby się zwykłym budynkiem. Jak każdy inny. Uroczym, ale bez duszy.

Erika pomyślała, że plecie trzy po trzy, ale bardzo chciała, żeby Patrik ją zrozumiał. Spojrzała na niego. Obserwował ją z uwagą. Zrobiło jej się gorąco. Coś zaczęło się dziać. Chwila absolutnego porozumienia i zanim się zorientowała, Patrik już przy niej siedział. Zawahał się na mgnienie oka, a potem przycisnął usta do jej ust. Najpierw poczuła smak wina, dopiero potem smak Patrika. Otworzyła usta, by poczuć jego język szukający jej języka. Ciało miała jak naelektryzowane.

Po chwili stało się to niemal nie do zniesienia. Erika wstała, wzięła go za rękę i bez słowa zaprowadziła do sypialni. Położyli się na łóżku, całując się i pieszcząc, a potem Patrik, patrząc pytająco, zaczął jej rozpinać sukienkę na plecach. W odpowiedzi rozpięła guziki jego koszuli. Raptem przypomniała sobie, że ma na sobie bieliznę, w której nie chce się Patrikowi pokazywać za pierwszym razem. Prawdę mówiąc, rajstopy też nie należały do szczególnie seksownych. Pytanie, jak zdjąć te rajstopy i modelujące majtki, żeby ich nie zobaczył. Erika nagle usiadła.

— Przepraszam, muszę do toalety.

Wpadła do łazienki i rozejrzała się gorączkowo. Na szczęście na koszu leżał stosik czystej bielizny, której nie zdążyła schować w szafie. Ściągnęła obcisłe rajstopy i wrzuciła do kosza razem z ohydnymi majtkami. Następnie włożyła cieniutkie, białe majtki koronkowe, pasujące do biustonosza. Obciągnęła sukienkę i korzystając z okazji, spojrzała kontrolnie w lustro. Włosy miała zmierzwione i skręcone, oczy błyszczące. Usta czerwieńsze niż zwykle, lekko obrzmiałe od całowania. Wydała się sobie całkiem seksowna. Bez modelujących majtek brzuch nie był już tak płaski, jak by chciała. Wciągnęła go, wypięła biust i wróciła do Patrika. Leżał w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiła.

Ubrania lądowały po kolei na podłodze. Ten pierwszy raz nie był tak fantastyczny jak w książkach, był raczej odzwierciedleniem połączenia silnych uczuć i zażenowania, biorącego się z prawdziwego życia. Ich ciała reagowały na siebie spontanicznie, jednocześnie czuli się onieśmieleni nagością, niepokoili się drobnymi defektami i byli pełni obaw przed krępującymi dźwiękami. Byli niezdarni i niepewni, nie wiedząc, co lubi albo czego nie lubi drugie. Nie dość pewni siebie, by o tym mówić, dawali sobie do zrozumienia, że jest dobrze, że może być jeszcze lepiej. Za drugim razem było lepiej. Za trzecim zupełnie dobrze. Za czwartym bardzo dobrze, a za piątym fantastycznie. Zasnęli wtuleni w siebie na łyżeczkę, a przedtem Erika odnotowała ramię Patrika obejmujące jej piersi i jego palce splecione z jej palcami. Zapadała w sen z uśmiechem na ustach.


Głowa mu pękała. Zaschło mu w ustach, język miał przyklejony do podniebienia. A jednak musiał się wcześniej ślinić, bo pod policzkiem poczuł wilgoć na poduszce. Miał uczucie, jakby mu ktoś przytrzymywał powieki, nie pozwalając otworzyć oczu, ale w końcu się udało.

Przed sobą miał zjawisko. Erika leżała na boku, zwrócona przodem do niego, włosy opadały jej na twarz. Głęboki, spokojny oddech wskazywał, że jeszcze śpi. Prawdopodobnie śniła, bo trzepotała rzęsami, a powieki drgały jej lekko. Patrik pomyślał, że mógłby długo i bez znużenia leżeć i patrzeć na nią. Choćby całe życie. Nagle drgnęła przez sen, ale zaraz jej oddech się wyrównał. To prawda, że z miłością jest jak z jazdą na rowerze: tego się nie zapomina. Nie miał na myśli samego aktu miłosnego, lecz obdarzanie kobiety uczuciem. W najczarniejsze dni i noce obawiał się, że już nigdy nie będzie umiał kochać. Teraz pomyślał, że nie mógłby nie kochać.

Erika poruszyła się, najwyraźniej się budziła. Zmagała się przez chwilę, usiłując podnieść ciężkie powieki. Wreszcie otworzyła oczy, a Patrik znów się zdumiał, że są takie niebieskie.

— Dzień dobry, śpiochu.

— Dzień dobry.

Uśmiech na jej twarzy sprawił, że Patrik poczuł się jak prawdziwy bogacz.

— Dobrze spałeś?

Patrik spojrzał na świecące cyfry budzika.

— Tak, te dwie przespane godziny były wspaniałe. Ale poprzedzające je godziny były jeszcze wspanialsze.

W odpowiedzi Erika uśmiechnęła się tylko.

Patrik podejrzewał, że ma mocno nieświeży oddech, ale nie mógł się oprzeć i nachylił się, by ją pocałować. Po chwili pocałunek stał się głębszy i nawet nie zauważyli, jak minęła godzina. Erika leżała na jego lewym ramieniu i zataczała palcem kółka na jego piersi. Podniosła na niego wzrok.

— Kiedy tu wczoraj przyszedłeś, myślałeś, że to się tak skończy?

Zastanowił się chwilę, wkładając prawą rękę pod głowę.

— Nie, właściwie nie. Chociaż miałem taką nadzieję.

— Ja też. To znaczy miałam nadzieję, chociaż nie wierzyłam.

Patrik zastanawiał się, czy ma dość odwagi, ale po chwili stwierdził, że w sytuacji, gdy Erika leży na jego ramieniu, jest gotów na wszystko.

— Różnica polega na tym, że u ciebie nadzieja pojawiła się całkiem niedawno, prawda? A wiesz, kiedy u mnie?

Spojrzała na niego zdziwiona.

— Nie, kiedy?

Patrik zrobił efektowną pauzę.

— Nawet nie pamiętam. Kocham się w tobie od zawsze.

Wypowiadając te słowa, sam usłyszał, że brzmią prawdziwie. Tak było.

Erika spojrzała na niego wielkimi oczami.

— Nie wierzę! To ja chodzę, niepokoję się i martwię, czy choć trochę cię interesuję, a ty mi mówisz, że byłeś dojrzały i wystarczyło cię zerwać jak owoc. Nic tylko rwać.

Mówiła żartobliwym tonem, ale widział, że jest przejęta.

— To nie do końca tak, bo przecież nie żyłem w celibacie ani na uczuciowej pustyni. Kochałem się również w innych, na przykład w Karin. Ale dla mnie zawsze byłaś wyjątkowa. Za każdym razem, kiedy cię widziałem, czułem coś tutaj.

Położył zaciśniętą dłoń na sercu. Erika chwyciła tę dłoń, pocałowała i przytuliła do policzka. Ten gest powiedział wszystko.

Ranek spędzili na wzajemnym poznawaniu się. Erika krzyknęła z rozpaczy, gdy usłyszała o zainteresowaniach Patrika.

— Nieee! Jeszcze jeden maniak sportu! Dlaczego ja nie mogę mieć faceta na tyle mądrego, żeby rozumiał, że bieganie za piłką jest wprawdzie zajęciem normalnym, ale dla pięciolatka! Albo przynajmniej gotów byłby spytać, jaką korzyść ma ludzkość z tego, że ktoś jest w stanie przeskoczyć poprzeczkę wiszącą na wysokości dwóch metrów.

— Dwa czterdzieści pięć.

— Co dwa czterdzieści pięć? — zapytała Erika tonem dającym do zrozumienia, że odpowiedź nieszczególnie ją interesuje.

— Ten, co skacze najwyżej na świecie, Sotomayor, przeskakuje dwa metry i czterdzieści pięć centymetrów. Kobiety skaczą ponad dwa metry.

— Dobrze, dobrze, whatever!

Spojrzała na niego podejrzliwie.

— Masz Eurosport?

— Owszem.

— Canal+, ale nie z filmami, tylko ze sportem?

— Owszem.

— TV1000 z tego samego powodu?

— Owszem. Dla ścisłości TV1000 mam z dwóch powodów.

Erika uderzyła go żartobliwie w pierś.

— Zapomniałam o czymś?

— Owszem, na TV3 jest dużo programów sportowych.

— Trzeba przyznać, że maniaków sportu wyczuwam na odległość. Tydzień temu spędziłam u swojego kumpla Dana okropnie nudny wieczór na oglądaniu transmisji hokeja z olimpiady. Naprawdę nie rozumiem, co jest ciekawego w tym, że faceci w ochraniaczach biegają za małym czarnym krążkiem.

— Na pewno jest to przyjemniejsze i ciekawsze od latania cały dzień po sklepach.

W odpowiedzi na tę nieuzasadnioną aluzję do jej największej przywary Erika zmarszczyła nos i wykrzywiła się do Patrika. Nagle zobaczyła w jego oczach błysk.

— Kurczę!

Usiadł na łóżku prosto jak świeca.

— Słucham?

— Cholera, a niech to jasny szlag!

Erika patrzyła na niego zdumiona.

— Jak ja mogłem przeoczyć coś takiego?

Kilka razy uderzył się w czoło zaciśniętą pięścią.

— Halo, tu jestem! Mógłbyś mi wyjaśnić, o co chodzi?

Erika machała mu rękami przed nosem. Na widok jej nagich piersi Patrik na moment stracił wątek. Potem wyskoczył z łóżka, goły jak go Pan Bóg stworzył, i zbiegł po schodach. Wrócił, trzymając w ręku kilka gazet. Usiadł na łóżku i zaczął je przerzucać. Erika przyglądała mu się z zaciekawieniem.

— Mam! — krzyknął triumfująco. — Jak dobrze, że nie wyrzuciłaś dodatków z programem telewizyjnym.

Machnął gazetą.

— Szwecja — Kanada.

Erika zmarszczyła pytająco brwi.

Patrik zaczął tłumaczyć:

— Podczas igrzysk olimpijskich Szwecja pokonała Kanadę w hokeja. W piątek dwudziestego piątego stycznia. Na czwórce.

Nadal patrzyła tępo. Patrik westchnął.

— Ze względu na mecz programy telewizyjne zostały zmienione. Anders nie mógł wrócić do domu w chwili, gdy zaczynał się serial, bo w tamten piątek go nie nadawali. Rozumiesz?

Do Eriki dotarło wreszcie, co powiedział. Anders nie ma już alibi. Wprawdzie nigdy nie było za mocne, ale policja nie mogła go podważyć. Teraz można go ponownie zatrzymać. Patrik kiwnął głową, zadowolony, że Erika rozumie.

— Ale przecież ty nie wierzysz, że Anders jest sprawcą — powiedziała Erika.

— Rzeczywiście, nie wierzę. Ale po pierwsze zdarza mi się mylić, chociaż rozumiem, że trudno ci w to uwierzyć. — Mrugnął do niej. — Po drugie, jeśli się jednak nie mylę, to mogę dać głowę, że Anders wie znacznie więcej, niż mówi. Teraz będzie można go mocniej przycisnąć.

Patrik rozglądał się po sypialni za swoimi ubraniami. Leżały porozrzucane po całym pokoju. Co gorsza, odkrył, że wciąż ma na nogach skarpetki. Liczył jednak, że w ogniu namiętności Erika nie zauważyła białych skarpetek z napisem „Tanumshede IF”, bo trudno kreować się w nich na boga seksu.

Zaczęło mu się śpieszyć. Wciągnął spodnie, ale koszulę zapiął tak niedbale, że musiał ją rozpiąć i klnąc, zacząć od początku. W pewnej chwili zdał sobie sprawę, jakie wrażenie może sprawiać jego pośpieszne wyjście. Usiadł na brzegu łóżka, chwycił Erikę za ręce i spojrzał jej prosto w oczy.

— Przepraszam, że się tak zrywam, ale naprawdę muszę. Chcę, żebyś wiedziała, że to była dla mnie najcudowniejsza noc w życiu i nie mogę się doczekać następnego spotkania. Chcesz się spotkać?

To, co się między nimi zawiązało, było wciąż bardzo kruche i delikatne. Patrik wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź. Kiwnęła tylko głową.

— Wrócę do ciebie po pracy, dobrze?

Erika znów kiwnęła głową. Patrik nachylił się i pocałował ją.

Kiedy wychodził z sypialni, Erika siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami, otulona kołdrą. Przez okrągłe okienko w skosie dachu wpadały promienie słońca, tworząc wokół jej jasnej głowy coś w rodzaju aureoli. Nigdy nie widział nic piękniejszego.


Od mokrego śniegu zamokły mu mokasyny, obuwie odpowiednie raczej na lato. Ale alkohol był skutecznym lekarstwem na zimno, więc wybór między kupnem butów zimowych a butelki wódki był dosyć oczywisty.

Tego środowego poranka powietrze było tak czyste i przejrzyste, a światło słońca tak delikatne, że Bengt Larsson poczuł w piersi coś, czego już dawno nie doświadczał. Stan przypominający pogodę ducha. Zastanawiał się, co go mogło wywołać w taki zwykły poranek. Zatrzymał się, zamknął oczy i wciągnął powietrze. Gdyby w jego życiu mogło być więcej takich poranków…

Bengt Larsson dobrze wiedział, kiedy znalazł się na rozdrożu. Mógłby nawet podać dokładną godzinę. Miał wszelkie dane, żeby mu się w życiu powiodło. Nikt się nad nim nie znęcał, nie cierpiał biedy, głodu, nie narzekał na brak miłości. Pretensje mógł mieć tylko do siebie — za głupotę i zadufanie w sobie. Oczywiście była też dziewczyna.

Miał siedemnaście lat i cokolwiek robił, wszystko kręciło się wokół dziewczyn. Ale Maud była wyjątkowa. Pulchna blondynka udająca niewiniątko, grała na jego słabościach jak na skrzypcach. „Bengt, skarbie, muszę mieć…”, „Mój kochany, nie mógłbyś mi kupić…”. Wzięła go na smycz, a on posłusznie to znosił. Nie nadążał. Wydawał na nią wszystko, co zarobił. Pokazywała palcem i bez słowa kupował jej eleganckie ubrania, perfumy. Kiedy już dostała, o co prosiła, zaczynała prosić o kolejną jedyną rzecz, która ją uszczęśliwi.

Maud była jak gorączka, jak choroba. Zanim się zorientował, już stracił rozeznanie, o co jej właściwie chodzi. A kiedy skończył osiemnaście lat, oznajmiła mu, że nie wyobraża sobie, by miała z nim jeździć samochodem innym niż cadillakiem kabrioletem. Samochód kosztował więcej, niż Bengt był w stanie zarobić przez cały rok. Przez wiele bezsennych nocy zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze. Maud tymczasem wydymała usta, dając coraz wyraźniej do zrozumienia, że znajdzie sobie takiego, który da jej to, na co zasługuje. Do bezsennych nocy doszła jeszcze zazdrość — i w końcu nie wytrzymał.

Dziesiątego września 1954 roku, dokładnie o czternastej, wkroczył do banku w Tanumshede uzbrojony w stary wojskowy pistolet ojca, trzymany przez wiele lat w domu, i w naciągniętej na twarz pończosze. Nie poszło tak, jak planował. Wprawdzie kasjer pośpiesznie wrzucił banknoty do torby, ale nawet w przybliżeniu nie tyle, na ile Bengt liczył. W dodatku jeden z klientów, ojciec kolegi z klasy, rozpoznał go mimo pończochy. Policja zjawiła się już w godzinę po napadzie i znalazła torbę z pieniędzmi w jego pokoju pod łóżkiem. Bengt nigdy nie zapomniał wyrazu twarzy matki. Umarła wiele lat temu, ale jej oczy wciąż go prześladowały, zwłaszcza kiedy był na ciężkim kacu.

Trzy lata spędzone w więzieniu zniweczyły nadzieje na przyszłość. Kiedy wyszedł na wolność, Maud dawno zdążyła zniknąć. Nie wiedział gdzie, ale już mu nie zależało. Dawni koledzy zdążyli przez ten czas pójść dalej, mieli pracę, rodzinę i nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Ojciec zginął w wypadku, gdy Bengt był jeszcze w więzieniu. Wprowadził się do matki i zaczął szukać pracy, ale wszędzie spotykał się z odmową. Nikt go nie chciał. Do szukania przyszłości na dnie butelki pchnęły go ludzkie spojrzenia.

Komuś, kto wzrastał w poczuciu bezpieczeństwa w niewielkiej społeczności, gdzie wszyscy kłaniają się sobie na ulicy, wykluczenie sprawiało wręcz ból fizyczny. Myślał nawet, żeby się wyprowadzić z Fjällbacki, ale dokąd miałby pojechać? Prościej było zostać i schować się za alkoholową mgłą.

Z Andersem dogadali się od razu. Biedne z nich skurczysyny, tak o sobie mówili, śmiejąc się gorzko. Bengt żywił do Andersa niemal ojcowskie przywiązanie i żałował go bardziej niż siebie. Często myślał, że chciałby coś zrobić, by życie Andersa zmieniło się na lepsze, ale znał uwodzicielską moc wódki i zdawał sobie sprawę, że wyrwanie się z objęć tak wymagającej kochanki z biegiem lat staje się niemożliwe. Zabiera wszystko, nie dając w zamian nic. Mogą sobie tylko towarzyszyć i pocieszać się nawzajem.

Chodnik przed klatką Andersa był starannie odśnieżony i wysypany piaskiem. Nie musi zatem, jak często się zdarzało tej surowej zimy, dreptać po lodzie ostrożnie — ze względu na butelkę wciśniętą za pazuchę.

Wejście na drugie piętro do mieszkania Andersa było nie lada wyzwaniem. Wielokrotnie musiał przystawać, żeby zaczerpnąć tchu, a dwa razy nawet pociągnął dla wzmocnienia łyk z butelki. Kiedy wreszcie stanął przed drzwiami Andersa, sapał ciężko i musiał na chwilę oprzeć się o framugę, nim otworzył drzwi. Wiedział, że nigdy nie były zamykane na klucz.

W mieszkaniu panowała cisza. Może Andersa nie ma? Kiedy spał, jego głęboki oddech i chrapanie słychać było już w przedpokoju. Bengt zajrzał do kuchni. Nic, ta sama hodowla bakterii, co zwykle. Drzwi do łazienki były otwarte na oścież. Tam również nie było nikogo. Kiedy skręcał do pokoju, paskudne przeczucie ścisnęło mu żołądek. Potem stanął jak wryty. Butelka wypadła mu z ręki na podłogę, ale nie zbiła się.

Najpierw zobaczył nogi kawałek nad podłogą. Kołysały się lekko — jak wahadło. Anders był w spodniach, ale tors miał nagi. Głowa zwisała mu pod dziwnym kątem. Twarz miał spuchniętą i siną, język wystawał z ust, zbyt duży, żeby się w nich zmieścić. Był to najżałośniejszy widok, jaki Bengt widział w życiu. Zawrócił i powoli wyszedł z mieszkania, ale najpierw zabrał butelkę. Próbował po omacku chwycić się czegoś, ale trafiał w pustkę. Ratunek znalazł tam gdzie zawsze. Usiadł na progu mieszkania Andersa, przytknął butelkę do ust i zapłakał.


Patrik nie był pewien, czy stężenie alkoholu w jego krwi nie przekracza dopuszczalnego poziomu, ale nie zamierzał się tym przejmować. Na wszelki wypadek jechał nieco wolniej niż zwykle, ale można wątpić, czy bezpieczniej, bo jednocześnie wydzwaniał przez komórkę.

Najpierw zadzwonił do TV4. Potwierdzili, że w piątek dwudziestego piątego ze względu na mecz hokejowy nie nadali kolejnego odcinka Innych światów. Następnie zadzwonił do Mellberga, który zgodnie z oczekiwaniami był tą wiadomością zachwycony i zażądał, aby natychmiast ponownie zatrzymano Andersa. Potem poprosił o przysłanie posiłków. Mógł jechać prosto na osiedle Andersa. Jenny Rosén musiała pomylić dni, co świadkom często się zdarza.

Na myśl o przełomie w śledztwie odczuwał wprawdzie pewne podniecenie, ale nie udawało mu się na tym skupić. Wciąż wracał do Eriki i minionej nocy. Przyłapał się na tym, że uśmiecha się głupkowato od ucha do ucha, a rękami bębni o kierownicę. Nastawił stację grającą same stare przeboje i od razu trafił na Arethę Franklin i Respect. Dźwięki radosnego soulu z Motown znakomicie współgrały z jego nastrojem. Podkręcił radio, śpiewał refren na całe gardło, podrygując na siedzeniu. Bardzo się sobie podobał aż do chwili, kiedy stracił zasięg i usłyszał, jak ryczy „R-E-S-P-E-C-T”. Nie było to zbyt miłe dla uszu.

Cała miniona noc była dla niego jednym wielkim upojeniem. Nie chodziło jedynie o ilość wypitego wina, ale o tę otulającą mgiełkę, złożoną z uczuć, miłości i erotyki.

Wjeżdżając na osiedlowy parking, musiał rozstać się ze wspomnieniami wczorajszej nocy. Posiłki zjawiły się wyjątkowo szybko. Widać byli gdzieś w pobliżu. Zobaczył dwa radiowozy z włączonymi kogutami i zmarszczył czoło. Źle zrozumieli jego instrukcje. Swoją drogą typowe. Prosił o jeden samochód. Podszedł bliżej i ujrzał, że za radiowozami stoi karetka pogotowia. Coś się stało.

Zobaczył Lenę, jasnowłosą policjantkę z Uddevalli. Podszedł do niej. Rozmawiała przez komórkę, ale właśnie się pożegnała i włożyła telefon do futerału u pasa.

— Cześć, Patriku.

— Cześć, Lena, co się dzieje?

— Jeden z tutejszych pijaczków znalazł Andersa Nilssona powieszonego w jego mieszkaniu.

Wskazała głową wejście do klatki schodowej. Patrik poczuł ściskanie w żołądku.

— Mam nadzieję, że niczego nie ruszaliście?

— Nie, no coś ty! Właśnie dzwoniłam do centrali w Uddevalli. Przyślą ludzi do zbadania miejsca zbrodni. Dopiero co rozmawialiśmy z Mellbergiem, więc myślałam, że przyjechałeś, bo do ciebie dzwonił.

— Nie. Jechałem tu, żeby zabrać Andersa na przesłuchanie.

— Podobno miał alibi?

— Tak sądziliśmy, ale okazało się, że nie, i dlatego chcieliśmy go zatrzymać.

— Gówniana sprawa. Jak myślisz, co to znaczy? Prawdopodobieństwo, że we Fjällbace nagle pojawia się dwóch morderców, jest znikome, więc chyba został zamordowany przez tę samą osobę, która zabiła Alex Wijkner. A w ogóle macie jeszcze jakichś podejrzanych?

Patrik poruszył się niespokojnie. Prawda, że śmierć Andersa wszystko zmieniła, ale nie był jeszcze gotów wyciągnąć takiego wniosku. Wprawdzie statystycznie rzecz biorąc, było niemożliwe, żeby po kilkudziesięciu latach bez morderstwa we Fjällbace nagle pojawiło się aż dwóch zabójców, ale jeszcze nie zamierzał tego wykluczać.

— Chodźmy na górę. Rozejrzę się, a ty w tym czasie powiesz mi, co wiesz. Kto was zawiadomił?

Lena poszła przodem.

— Jak powiedziałam, Andersa znalazł jeden z jego kumpli od flaszki, Bengt Larsson. Przyszedł wcześnie, bo skoro Pan Bóg daje tym, co rano wstają… Zawsze wchodził bez klucza, to samo zrobił dziś, a w mieszkaniu zobaczył Andersa wiszącego na sznurze na haku od lampy.

— I od razu was zawiadomił?

— Nie, właśnie nie. Usiadł na progu mieszkania i zalał smutek flaszką explorera. Sąsiad wychodzący z domu zapytał go, co się stało, i Larsson dopiero wtedy powiedział, co zobaczył. Sąsiad zadzwonił na policję. Bengt Larsson jest zbyt pijany, żeby można go było przesłuchać, więc odesłałam go przed chwilą do waszego aresztu.

Patrik zdziwił się, że Mellberg go o tym nie poinformował, ale machnął ręką, bo postępowanie komisarza najczęściej go zadziwiało.

Patrik wchodził po dwa stopnie. Wyprzedził Lenę. Drzwi mieszkania Andersa były otwarte na oścież, w środku kręcili się ludzie. Jenny stała w drzwiach swojego mieszkania, trzymając na ręku Maxa. Patrik podszedł, a Max z radości zaczął wymachiwać pulchnymi rączkami.

— Co się stało?

Jenny mocniej chwyciła dziecko, które próbowało wyzwolić się z jej objęć.

— Jeszcze nie wiadomo. Wiemy tyle, że Anders Nilsson nie żyje. To wszystko. Może pani coś słyszała albo widziała?

— Nie, nic szczególnego sobie nie przypominam. Pierwsze, co usłyszałam, to rozmowę sąsiada z mieszkania z kimś na klatce, a po chwili pojawiły się radiowozy, karetka i zrobiło się zamieszanie.

— A dziś rano, wczoraj wieczorem albo w nocy coś pani zauważyła? — Patrik cisnął dalej.

— Nic.

Postanowił dać spokój.

— Okej, dzięki, Jenny.

Uśmiechnął się do Maxa i podał mu palec wskazujący, co małego tak rozbawiło, że ze śmiechu nie mógł złapać tchu. Patrik niechętnie wycofał się do mieszkania Andersa, kiwając Maxowi na pożegnanie.

Lena stała w drzwiach. Była wyraźnie rozbawiona.

— Zachciało się, co?

Ku swemu przerażeniu Patrik się zaczerwienił, co rozbawiło Lenę jeszcze bardziej. Wymamrotał coś niewyraźnie. Weszła przed nim, mówiąc przez ramię:

— Wiesz, wystarczy jedno słowo. Jestem singielką, a mój zegar biologiczny tyka tak głośno, że nie daje mi spać po nocach.

Patrik wiedział, że Lena żartuje. Miała zwyczaj rozmawiać w taki nieco flirciarski sposób. Mimo to zaczerwienił się jeszcze bardziej i nie odpowiedział. A kiedy już weszli, nie było im do śmiechu.

Ciało Andersa leżało na podłodze, ktoś już zdążył je odciąć. Zwisał nad nim jeszcze kawałek sznura, odcięty w odległości dziesięciu centymetrów od haka. Wokół szyi miał zaciśniętą pętlę, a na skórze pod nią czerwoną pręgę. Podczas oględzin zwłok najtrudniejszym przeżyciem było dla Patrika patrzenie na twarz ofiary, zwłaszcza jej nienaturalny koloryt. Po śmierci twarz nabiera ohydnej sinofioletowej barwy. Typowy był również wielki spuchnięty język wystający z ust. Jeśli chodzi o ofiary zabójstw, oględnie rzecz ujmując, dość ograniczone, ale Patrik miał doświadczenie; już trzykrotnie brał udział w odcinaniu wisielca.

Rozejrzał się po pokoju. Ten przypadek wyraźnie różnił się od samobójstw przez powieszenie. Było niemożliwością, żeby Anders sam włożył głowę w pętlę umocowaną na suficie. Obok nie było żadnego krzesła ani stołu. Przed odcięciem jego ciało unosiło się w powietrzu swobodnie niczym makabryczna ruchoma rzeźba.

Patrik ostrożnie chodził wokół ciała. Anders nadal miał otwarte oczy, wyglądał, jakby patrzył wprost przed siebie. Patrik nie mógł się powstrzymać i zamknął je. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien dotykać zwłok do pojawienia się lekarza sądowego. Właściwie nie powinno się ich nawet odcinać, ale te otwarte oczy nie dawały mu spokoju. Ich spojrzenie nie odstępowało go.

Ściany były nagie. Zorientował się, że wszystkie obrazy zdjęto, zostały po nich jedynie brzydkie ślady. Poza tym pokój był równie brudny jak ostatnio, ale wtedy rozświetlały go obrazy. Zderzenie brudu z pięknem nadawało mieszkaniu Andersa klimat nieco dekadencki. Teraz pozostał tylko brud.

Lena nieustannie wydzwaniała. Rozmawiała z kimś monosylabami, po czym zatrzasnęła klapkę swego ericssona i zwróciła się do Patrika:

— Przyjedzie ekipa z zakładu medycyny sądowej. Właśnie wyjeżdżają z Göteborga. Mamy niczego nie ruszać. Proponuję, żebyśmy na nich zaczekali na zewnątrz.

Wyszli do przedpokoju. Lena wyjęła klucz, który tkwił w zamku od środka, i zamknęła mieszkanie. Na dworze panował przenikliwy chłód. Lena i Patrik zaczęli przytupywać z zimna.

— Gdzie podziałaś Jannego?

Patrik pytał o kolegę, partnera Leny.

— Opieka nad dzieckiem.

— Jak to?

— Ma zwolnienie lekarskie na chore dziecko. Z powodu ostatnich oszczędności w policji nie było komu go zastąpić tak z marszu, więc jak przyszło wezwanie, musiałam przyjechać sama.

Patrik kiwnął głową w zamyśleniu. Skłonny był przyznać Lenie rację. Wiele przemawiało za tym, że chodzi o tego samego mordercę. Pośpieszne wnioski są wprawdzie ryzykowne, ale szansa, że w małej miejscowości pojawiło się dwóch zabójców, jest naprawdę znikoma. Jeśli do tego dodać bliskie powiązania między ofiarami, szansa ta malała niemal do zera.

Ekipa z Göteborga miała przyjechać za półtorej do dwóch godzin, więc aby nie zmarznąć, Patrik i Lena wsiedli do samochodu i włączyli ogrzewanie. Nastawili również radio. Przez dłuższy czas słuchali w milczeniu lekkiej popowej muzyki, mocno kontrastującej z okolicznościami. Po godzinie i czterdziestu minutach nadjechały oczekiwane posiłki. Lena i Patrik wyszli im na spotkanie.


Mój kochany, nie moglibyśmy kupić sobie domu? Koło Badholmen jest dom na sprzedaż. Jedźmy go obejrzeć, dobrze? Widok stamtąd jest absolutnie fantastyczny, a na działce jest też szopa na łodzie. Kochany?

Złościło go marudzenie Lisy. Ostatnio ciągle tak było. Małżeństwo z nią byłoby znacznie przyjemniejsze, gdyby miała dość oleju w głowie, żeby się zamknąć i ładnie wyglądać. Ostatnio nawet jej duże jędrne piersi i okrągła pupa nie wydawały mu się warte zachodu. Marudziła coraz częściej, tak jak dziś, a wtedy gorzko żałował, że się ożenił, ulegając jej natarczywym prośbom.

Po raz pierwszy ujrzał ją w knajpce Pod Rudym Ormem w Grebbestad, gdzie pracowała jako kelnerka. Wszyscy kumple ślinili się na widok jej głębokiego dekoltu i długich nóg. Jan od razu wiedział, że musi ją mieć. Zazwyczaj dostawał, co chciał, i Lisa nie była wyjątkiem. Jan był niczego sobie, ale rozstrzygający moment nadchodził, gdy podawał nazwisko: Lorentz. W oczach kobiet zapalał się błysk i potem już szło jak po maśle.

Stracił głowę dla Lisy, a raczej dla jej ciała. Nigdy nie miał go dość i nawet nie słyszał jej wygłaszanych krzykliwym głosikiem nieustannych i niemądrych uwag. Jej atrakcyjność jeszcze rosła dzięki spojrzeniom innych mężczyzn, gdy zjawiał się z Lisą u boku. Wszelkie jej napomknienia o ślubie rozbijały się z początku o jego niechęć, bo już dostrzegł jej głupotę i wydała mu się mniej ponętna. Dopiero zdecydowany sprzeciw Nelly sprawił, że myśl o ślubie stała się wręcz nieodparta. Nie znosiła Lisy od pierwszej chwili i nie przepuściła żadnej sposobności, by to okazać. Dziecinny bunt doprowadził go do tego, co ma teraz. Teraz mógł tylko przeklinać własną głupotę.

Lisa wydęła wargi. Leżała na brzuchu w wielkim małżeńskim łożu. Była naga i starała się być bardzo uwodzicielska, ale już go to nie brało. Czekała na odpowiedź.

— Dobrze wiesz, że nie możemy się wyprowadzić od mamy, bo nie jest zdrowa. Zresztą nie może mieszkać sama w takim dużym domu.

Stał odwrócony plecami do Lisy i wiązał krawat przed lustrem toaletki. Widział w nim, jak Lisa marszczy gniewnie brwi. Nie było jej z tym ładnie.

— Czy ta jędza nie mogłaby się przeprowadzić do jakiegoś przyjemnego domu starców i przestać być ciężarem dla najbliższych? Nie może zrozumieć, że mamy prawo do własnego życia? Całymi dniami trzeba ją obsługiwać. Co ona ma z tego, że siedzi na tych swoich pieniądzach? Założę się, że jest zachwycona, że nas poniża i zmusza do schylania się po okruchy z pańskiego stołu. Czy ona zdaje sobie sprawę, ile ty dla niej robisz? Że najpierw harujesz w fabryce jak niewolnik, a potem do wieczora skaczesz koło niej w domu. Nawet się nie umie odwdzięczyć. Mogłaby dać nam najlepsze pokoje, ale woli sama rozwalać się w tych salonach, a my musimy mieszkać w suterenie.

Jan odwrócił się i spojrzał na nią zimno.

— Zdaje się, że zabroniłem ci mówić w ten sposób o mojej matce.

— O matce — prychnęła Lisa. — Chyba nie wierzysz, że traktuje cię jak syna. Dla niej nigdy nie będziesz niczym więcej jak przypadkiem charytatywnym. Gdyby nie zniknął jej ukochany Nils, prędzej czy później wyrzuciłaby cię na zbitą twarz. Jesteś dla niej wyjściem awaryjnym. Kto by się zgodził harować dla niej przez całą dobę praktycznie za darmo? W zamian masz tylko obietnicę, że jak kiedyś wykituje, dostaniesz jej pieniądze. Ale po pierwsze babsko może dożyć setki, a po drugie na pewno wszystko już zapisała na schronisko dla bezdomnych psów i śmieje się za naszymi plecami. Naprawdę, czasem głupi jesteś.

Lisa przewróciła się na wznak i oglądała swoje starannie wymanikiurowane paznokcie. Jan podszedł do niej spokojnie, przykucnął, okręcił na ręku długie jasne włosy zwisające poza krawędź łóżka i pociągnął, aż się skrzywiła z bólu. Nachylił się tak blisko, że poczuł jej oddech, i wysyczał:

– Żebyś nigdy więcej tak nie mówiła, słyszysz? Pewnego dnia te pieniądze naprawdę będą moje. Pytanie tylko, czy ty tu będziesz, żeby się nimi cieszyć.

Z zadowoleniem dostrzegł w jej oczach lęk. Widać było, jak w swoim ograniczonym, lecz chytrym umyśle przetwarza tę informację i dochodzi do wniosku, że pora zmienić taktykę. Lisa wyciągnęła się na łóżku, wydęła wargi i położyła ręce na piersiach. Palcami zataczała kółka dookoła brodawek, żeby stwardniały, i zamruczała:

— Przepraszam za te głupoty. Przecież wiesz, jaka jestem. Czasem mówię coś bez sensu. Mogę ci to jakoś wynagrodzić?

Ssała palec wskazujący, a potem opuściła rękę.

Jan poczuł, że jego ciało odpowiada na ten sygnał, i pomyślał, że do czegoś mu się przecież Lisa może nadać. Rozwiązał krawat.


Mellberg w zamyśleniu podrapał się w kroku, nie zauważając obrzydzenia, jakie ten gest wywołał u zgromadzonych w jego pokoju. Aby podkreślić powagę sytuacji, włożył garnitur. Był przyciasny, ale komisarz przypisał to temu, że został uprany w zbyt wysokiej temperaturze, gdy go ostatnio oddał do pralni. Nie potrzebował się ważyć, by wiedzieć, że nie przytył ani grama od czasu, gdy był w wojsku, więc nie będzie wyrzucał pieniędzy na nowy garnitur. Rzecz w dobrym gatunku jest ponadczasowa. Inna sprawa, że ci durnie z pralni nie znają się na swojej robocie, ale co na to poradzić?

Chrząknął, by przyciągnąć uwagę obecnych. Ucichło szuranie krzesłami ściągniętymi z całego komisariatu, umilkły rozmowy, spojrzenia zebranych skierowały się na zasiadającego za biurkiem komisarza. Mellberg zrobił uroczystą minę i patrzył w milczeniu na siedzących przed nim w półkolu współpracowników. Zamierzał wycisnąć z tej chwili wszystko, co się da. Spostrzegł, że Patrik wygląda na wyczerpanego. Pracownicy mają oczywiście prawo korzystać z czasu wolnego, jak chcą, ale w środku tygodnia można by wymagać, żeby nie przesadzali z zabawą i piciem. Mellberg skutecznie wyparł wspomnienie ćwiartki, którą wypił poprzedniego wieczoru. Zanotował w pamięci, by na osobności porozmawiać z młodym Patrikiem o zasadach obowiązujących w kierowanym przez niego komisariacie.

— Jak już wszyscy wiecie, we Fjällbace doszło do kolejnego morderstwa. Prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z dwoma zabójcami, jest znikome, więc sądzę, że można przyjąć, iż osoba, która zamordowała Alexandrę Wijkner, zamordowała również Andersa Nilssona.

Mellberg upajał się brzmieniem swego głosu i wyrazem zainteresowania malującym się na twarzach siedzących przed nim osób. Był w swoim żywiole, wprost stworzony do takich sytuacji.

Mówił dalej:

— Ciało znalazł rano Bengt Larsson, jeden z jego kompanów od kieliszka. Anders Nilsson został powieszony. Prawdopodobnie nastąpiło to wczoraj, jak wynika ze wstępnego orzeczenia ekspertów z Göteborga. Dopóki nie będziemy mieli dokładniejszych danych, to nasza hipoteza robocza.

Samo wymawianie słowa „hipoteza” sprawiało mu przyjemność. Ludzi było w pokoju niewielu, ale zainteresowanie, jakie czytał w ich twarzach, nie podlegało dyskusji. Czekali na jego słowa, na jego rozkazy. Patrzył na to z przyjemnością. Annika, której kobiece kształty okrywał żółty żakiet i spódnica w tym samym kolorze, notowała pilnie na laptopie. Okulary zjechały jej na czubek nosa. Puścił do niej oko. Niech to wystarczy. Nie należy jej rozpuszczać. Siedzący obok niej Patrik wyglądał, jakby miał się zaraz przewrócić. Miał ciężkie powieki i wyraźnie zaczerwienione oczy. Przy okazji trzeba będzie z nim odbyć zasadniczą rozmowę. Od pracowników można by wymagać pewnego poziomu.

Oprócz Patrika i Anniki w komisariacie w Tanumshede pracowały jeszcze trzy osoby. Gösta Flygare, który był z nich najstarszy, wszystkie swoje siły skupił na tym, aby do nieodległej emerytury robić jak najmniej. Dzięki temu mógł poświęcać cały swój czas na golfa, który stał się jego prawdziwą pasją. Zaczął grać dziesięć lat temu, gdy żona umarła na raka i weekendy nagle okazały się długie i nudne. Sport stał się dla niego narkotykiem, a praca, którą i tak nigdy specjalnie się nie przejmował, zaczęła przeszkadzać.

Mimo skromnej pensji udało mu się odłożyć na mieszkanie na słonecznym wybrzeżu Hiszpanii. Wkrótce będzie spędzał lato na grze w golfa w Szwecji, a pozostałą część roku na polach golfowych Hiszpanii. Musiał jednak przyznać, że po raz pierwszy od bardzo dawna zainteresowała go jakaś sprawa. Nie na tyle jednak, żeby na przykład miał zrezygnować z rozegrania pełnych osiemnastu dołków, gdyby tylko pozwalała pogoda.

Koło Gösty siedział najmłodszy pracownik komisariatu. Martin Molin wzbudzał uczucia opiekuńcze i wszyscy, choć w różnym stopniu, starali się wspierać go tak, żeby tego nie zauważył. Zlecali dziecinnie łatwe zadania, a następnie przeglądali jego raporty i poprawiali, zanim trafiły na biurko Mellberga.

Zaledwie rok wcześniej ukończył szkołę policyjną. Wszyscy byli zaskoczeni, po pierwsze tym, że się tam dostał mimo bardzo wysokich wymagań stawianych kandydatom, a po drugie, że się utrzymał i ukończył. Martin był miłym, dobrym chłopcem, ale naiwnym, co go dyskwalifikowało jako policjanta. Wszyscy uznali, że w tak małej miejscowości nie spowoduje większych szkód, więc chętnie mu pomagali. Annikę rozczulał, co mu okazywała, tuląc go znienacka, ku uciesze pozostałych kolegów, do obfitej piersi. Martin robił się wtedy czerwony. Cała twarz nabierała prawie tej samej barwy co jego piegi i ognistorude, wiecznie sterczące włosy. Mimo to uwielbiał Annikę. Wiele wieczorów spędził z nią i jej mężem, radząc się za każdym razem, gdy był nieszczęśliwie zakochany. A kochał się wyłącznie nieszczęśliwie. Jego naiwność i dobroć działała jak magnes na kobiety, które zjadają mężczyzn na śniadanie i wypluwają resztki. Annika była zawsze gotowa wysłuchać go, posklejać to, co zostało jeszcze z jego wiary w siebie, i wysłać ponownie w świat z nadzieją, że kiedyś spotka kobietę, która doceni skarb skrywający się pod piegami.

Ostatni w tym gronie był najmniej lubiany. Ernst Lundgren był lizusem, który nigdy nie przepuścił okazji, żeby wyeksponować własne dokonania, najlepiej cudzym kosztem. Nie był żonaty, co nikogo specjalnie nie dziwiło. Trudno byłoby nazwać go przystojnym, ale o ile brzydsi jeszcze mężczyźni znajdują towarzyszkę życia dzięki temu, że są sympatyczni, o tyle Ernstowi zabrakło również tej cechy. Mieszkał z matką staruszką w gospodarstwie znajdującym się dziesięć kilometrów za Tanumshede. Ojciec, znany w całej okolicy z tego, że był równie skory do wypitki jak do bitki, zakończył żywot w ten sposób, że upadł na widły. Wieść niosła, że pomogła mu małżonka, ale to stare dzieje i ten temat odżywał tylko wtedy, gdy ludziom brakło już innych tematów. Faktem jest, że jedynie matka mogła kochać Ernsta, u którego w parze z wystającymi zębami, wiecznie rozczochranymi włosami i ogromnymi uszami szło choleryczne usposobienie i zarozumialstwo. Zawisł wzrokiem na ustach Mellberga, jakby z nich padały perły, i ze złością uciszał kolegów ośmielających się odwracać uwagę od przemówienia szefa. W końcu podniósł rękę jak uczeń, aby zadać pytanie.

— A skąd wiadomo, że Anders Nilsson nie został zamordowany przez tego pijaka, który potem udał, że znalazł go wiszącego?

Mellberg z uznaniem kiwnął głową.

— Bardzo dobre pytanie. Ale, jak już mówiłem, zakładamy, że mordercą jest ta sama osoba, która zabiła Alex Wijkner. Na wszelki wypadek jednak sprawdź alibi Bengta Larssona.

Mellberg wskazał piórem na Ernsta Lundgrena, przesuwając wzrokiem po pozostałych.

— Właśnie takiego uważnego myślenia nam trzeba do rozwiązania sprawy. Mam nadzieję, że potraficie korzystać z wiedzy Ernsta, bo niestety daleko wam jeszcze do jego poziomu.

Ernst skromnie spuścił oczy, ale jak tylko Mellberg zwrócił się w inną stronę, spojrzał triumfująco na kolegów. Annika parsknęła głośno, patrząc zimno na Lundgrena.

— Co to ja mówiłem?

Mellberg włożył kciuki pod szelki i obrócił się na krześle do ściany, na której wisiała tablica ze szczegółami sprawy Alex Wijkner. Do drugiej przyczepiono jedynie fotografię ciała Andersa zrobioną przed odcięciem przez załogę karetki pogotowia.

— A więc co wiemy na tę chwilę? Anders Nilsson został znaleziony dziś rano, ale według wstępnego orzeczenia nie żył od wczoraj. Został powieszony przez jedną lub więcej osób, raczej więcej, ponieważ trzeba sporej siły, żeby podnieść dorosłego mężczyznę na odpowiednią wysokość i powiesić go na haku umocowanym na suficie. Nie wiemy, jak to zrobili. Śladów walki nie ma ani w mieszkaniu, ani na zwłokach. Żadnych sińców wskazujących na przemoc przed śmiercią lub po. Są to, jak już mówiłem, wstępne dane. Więcej dowiemy się po sekcji.

Patrik machnął piórem.

— A kiedy można się tego spodziewać?

— Niestety mają całą kupę badań do zrobienia, więc nie umieli mi powiedzieć, kiedy się z tym uporają.

Nikt się nie zdziwił.

— Wiadomo nam również, że istnieje wyraźny związek między Andersem Nilssonem i pierwszą ofiarą, Alexandrą Wijkner.

Mellberg wstał i pokazał palcem zdjęcie Alexandry znajdujące się na środku pierwszej tablicy. Dostali je od jej matki. Alexandra była na nim uderzająco piękna. W zestawieniu z nim wstrząsające wrażenie robiło drugie zdjęcie, przedstawiające martwą Alexandrę, o bladej, sinawej twarzy, ze szronem na włosach i rzęsach.

— Tych dwoje tak różnych ludzi łączyła relacja seksualna. Przyznał to sam Anders. Zresztą mamy i inne dowody. Nie wiemy jeszcze, jak długo trwała, a przede wszystkim jak doszło do tego, że piękna kobieta z towarzystwa wzięła sobie do łóżka brudnego i, ogólnie rzecz biorąc, odrażającego alkoholika. Na mój nos, w tym jest coś podejrzanego.

Mellberg puknął palcem w swój pokryty żyłkami, pokaźnych rozmiarów nos.

— Martin, musisz przyjrzeć się temu bliżej. Przede wszystkim dociśnij Henrika Wijknera. Wierzcie mi, ten chłoptaś wie więcej, niż mówi.

Martin kiwnął głową, notując coś z zapałem. Annika spojrzała na niego znad okularów. Jej wzrok wyrażał matczyną czułość.

— Niestety jeśli chodzi o podejrzanych o zabójstwo Alex, trzeba zacząć wszystko od początku. Anders wydawał się bardzo obiecujący, ale sytuacja się zmieniła. Patriku, przejrzyj jeszcze raz wszystkie materiały dotyczące zabójstwa tej Wijkner. Każdy szczegół powinien być sprawdzony ponownie. Musieliśmy przeoczyć jakiś trop, który przeoczyliśmy.

Mellberg usłyszał takie zdanie w telewizji i zapamiętał, żeby użyć w przyszłości.

Gösta jako jedyny został bez przydziału. Mellberg spojrzał na tablicę i zamyślił się na chwilę.

— Gösta, pogadasz z krewnymi Alex Wijkner. Może powiedzą coś, co wcześniej pominęli. Wypytaj o przyjaciół i wrogów, lata dzieciństwa, typ osobowości, wszystko. Cokolwiek. Porozmawiaj z rodzicami i siostrą, ale z każdym z osobna. Z mojego doświadczenia wynika, że w ten sposób udaje się z ludzi wydobyć więcej. Uzgodnij to z Molinem, który ma rozmawiać z mężem ofiary.

Gösta skulił się i westchnął z niechęcią. Nie dlatego, żeby przeszkodziło mu to w grze w golfa, bo w końcu był środek zimy, ale po prostu odzwyczaił się od pracy. Wyspecjalizował się w udawaniu, że jest zajęty. W rzeczywistości zaś zabijał czas w pracy, układając pasjansa. Konieczność wykazania się czymś konkretnym była dla niego ciężkim brzemieniem. Koniec spokoju. Pewnie im nawet nie zapłacą za nadgodziny. Będzie dobrze, jeśli mu chociaż zwrócą koszty benzyny na przejazd do Göteborga i z powrotem.

Mellberg klasnął w ręce i zaczął wyganiać z pokoju.

— No, do roboty. Nie siedzieć na tyłkach, bo nie rozwiążemy tej sprawy. Liczę, że weźmiecie się do roboty ostrzej niż do tej pory. A o czasie wolnym zapomnijcie, dopóki to się nie skończy. Na razie będę dysponować waszym czasem według własnego uznania. To tyle na dziś.

Nikt się nie odezwał, nawet ci, którym nie podobało się takie poganianie. Wstali, wzięli krzesła, notesy i pióra. Ernst Lundgren ociągał się przez chwilę, ale Mellberg, o dziwo, nie był w nastroju do słuchania pochlebstw i jego również pogonił.

Bardzo owocny dzień. Nie przewidział wprawdzie, że zabrnie w ślepą uliczkę, stawiając na Andersa jako głównego podejrzanego o zabójstwo Wijkner, ale rekompensował mu to fakt, że jeden plus jeden to w tym przypadku znacznie więcej niż dwa. Jedno morderstwo to wydarzenie, ale dwa to już sensacja. O ile wcześniej miał pewność, że po rozwiązaniu sprawy Wijkner może liczyć na bilet w jedną stronę do centrum wydarzeń, o tyle teraz był absolutnie przekonany, że kiedy wyjaśni hurtem oba morderstwa, będą go prosić i błagać, by zechciał wrócić do Göteborga.

Rozmyślając o tym, rozsiadł się wygodnie na krześle, sięgnął do trzeciej szuflady od góry, wyciągnął czekoladkę kokosową i całą włożył do ust. Potem splótł ręce na karku, przymknął oczy i postanowił uciąć sobie drzemkę. W końcu jest pora lunchu.


Kiedy Patrik wyszedł, starała się jeszcze pospać, ale nie bardzo jej to wychodziło. Natłok uczuć sprawiał, że przewracała się na łóżku, a w kącikach ust pojawiał się uśmiech. Z radości prawie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Leżąc na boku z dłońmi wsuniętymi pod policzek, pomyślała, że takie szczęście nie może pozostać bezkarne.

Dziś ujrzała wszystko w jaśniejszym świetle. Łatwiej było borykać się nawet z takimi problemami, jak morderstwo Alex, książka, której pisanie nie idzie, mimo monitów wydawnictwa, żałoba po rodzicach, a przede wszystkim perspektywa sprzedaży rodzinnego domu. Problemy nie zniknęły, ale Erika po raz pierwszy uwierzyła, że jej świat nie wywróci się do góry nogami, że poradzi sobie ze wszystkimi przeszkodami.

Proszę, ile się może zmienić w jeden dzień, a właściwie w dwadzieścia cztery godziny. Wczoraj o tej porze obudziła się z uczuciem wielkiego ciężaru, bezgranicznie samotna. Dziś czuje jeszcze niemal fizycznie pieszczoty Patrika. Chociaż słowo „fizycznie” było w tym przypadku nietrafne, bo zbyt ograniczone.

Była głęboko przeświadczona, że samotność się skończyła. Panującą w sypialni ciszę odbierała jako coś kojącego, chociaż wcześniej wydawała jej się taka groźna. Już tęskniła za Patrikiem, ale było jej z tym dobrze, bo wierzyła, że gdziekolwiek jest, i tak o niej myśli.

Miała uczucie, jakby wymiotła kurz i wszystkie pajęczyny ze wszystkich zakamarków swego umysłu. Ale też uzmysłowiła sobie wyraźnie, że nie ucieknie przed tym, co od kilku dni zaprząta jej myśli.

Od kiedy prawda o ojcu dziecka Alex objawiła jej się niczym ogniste litery na niebie, ze zgrozą myślała o nieuniknionej konfrontacji. Wciąż się tym martwiła, ale czuła, że ma dość sił, żeby się z tym zmierzyć, zamiast jak zwykle odsuwać na później. Już wiedziała, co robić.

Najpierw wzięła długi i bardzo gorący prysznic. Wszystko wydawało się nowym początkiem i postanowiła wyjść mu naprzeciw prawdziwie czysta. Potem spojrzała na termometr, ubrała się ciepło i pomodliła, żeby dało się uruchomić samochód. Szczęście jej sprzyjało. Silnik zapalił już przy pierwszej próbie.

Erika zastanawiała się, jak zacząć. Przećwiczyła nawet kilka wstępów, ale wydawały się coraz mniej przekonujące. Zdała się więc na natchnienie. Nie miała niezbitych dowodów, ale była przeświadczona, że ma rację. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy zadzwonić do Patrika i opowiedzieć mu o swoich podejrzeniach, ale odsunęła tę myśl i postanowiła najpierw sama sprawdzić. Stawka była zbyt wysoka.

Dojechała szybko, chociaż wydawało się jej, że trwało to całą wieczność. Kiedy skręciła na parking przed Badhotellet, zobaczyła Dana. Machał do niej radośnie z łodzi. Zgadła, że go tu zastanie. Kiwnęła ręką w odpowiedzi, ale nie uśmiechała się. Zamknęła samochód, wsunęła ręce w kieszenie jasnobrązowej budrysówki i powoli ruszyła w jego kierunku. Mimo szarej, mglistej pogody powietrze było przyjemne. Erika odetchnęła głęboko, żeby sobie rozjaśnić w głowie po wczorajszym winie, wypitym w sporych ilościach.

— Cześć, Erika.

— Cześć.

Dan nie przerwał pracy, ale widać było, że cieszy się z jej towarzystwa. Erika rozejrzała się za Pernillą, bo wciąż miała w pamięci spojrzenie, jakie im wtedy rzuciła. Chociaż teraz lepiej ją rozumiała.

Po raz pierwszy dostrzegła piękno starej łodzi rybackiej, którą Dan przejął po ojcu. Bardzo o nią dbał. Rybaczenie miał we krwi i bardzo żałował, że nie jest to zajęcie, z którego dałoby się utrzymać rodzinę. Wprawdzie zupełnie dobrze czuł się w roli nauczyciela, ale to praca na łodzi była jego powołaniem. Kiedy pracował na łodzi, po jego twarzy stale błąkał się uśmiech. Praca mu nie ciążyła, a z zimnem dobrze sobie radził. Chwycił ciężki zwój lin i zwrócił się do Eriki:

— Co to? Żarcia nie przywiozłaś? Niech ci to nie wejdzie w zwyczaj. Zrozumiałaś?

Erika popatrzyła niewidzącym wzrokiem na horyzont.

— Nie ma niczego za darmo, płaciłem też za miłość.

Dan uśmiechnął się i dokończył:

— Graj głośno, moja gitaro, bo jednak warto było.

Erika nie uśmiechała się.

— Fröding to nadal twój ulubiony poeta?

— Zawsze był i będzie. Dzieciaki w szkole mówią, że Fröding jest do wyrzygania, ale według mnie można go czytać bez końca.

— Tak, mam jeszcze zbiór jego wierszy, który mi dałeś, kiedy byliśmy razem.

Mówiła do jego pleców, bo Dan odwrócił się, żeby przestawić kilka skrzyń pełnych sieci. Stały przy relingu w drugim końcu łodzi. Erika niewzruszenie ciągnęła dalej.

— Dajesz go wszystkim swoim kobietom?

Puścił skrzynię i odwrócił się zdumiony do Eriki.

— O co ci chodzi? Ty dostałaś, Pernilla też, ale wątpię, żeby jej się chciało czytać.

Erika dojrzała na jego twarzy niepokój. Rękami w rękawiczkach mocniej chwyciła reling, o który się opierała, i spojrzała mu prosto w oczy.

— A Alex? Też dostała?

Dan zbladł. Jego twarz nabrała niemal tej samej barwy co śnieg na lodzie za jego plecami. Przez moment wyglądał, jakby mu ulżyło.

— O co ci chodzi? Alex? — Jeszcze się nie poddawał.

— Mówiłam ci przecież, że pewnego wieczoru w zeszłym tygodniu poszłam do domu Alex. Ale nie powiedziałam, że ktoś tam wtedy przyszedł. Ten ktoś poszedł prosto do sypialni, żeby coś zabrać. Długo nie mogłam sobie uzmysłowić, co to było, ale kiedy sprawdziłam, do kogo Alex dzwoniła z domu po raz ostatni, i okazało się, że był to numer twojej komórki, przypomniałam sobie, co zginęło z sypialni. Przecież mam w domu taki sam tomik.

Dan milczał. Erika mówiła dalej.

— Nietrudno było się domyślić, dlaczego ktoś miałby wchodzić do domu Alex, żeby zabrać coś tak banalnego jak zbiór wierszy. Była w nim dedykacja, prawda? Dedykacja wskazująca jasno na mężczyznę, który był jej kochankiem.

— „Z miłością ofiarowuję ci to, co kocham — Dan”.

Powiedział to głosem pełnym uczucia. Patrzył przed siebie. Nagle usiadł na skrzynce i zerwał z głowy czapkę. Zdjął rękawiczki i przesunął rękami po sterczących na wszystkie strony włosach. Potem spojrzał na Erikę.

— Nie mogłem pozwolić, żeby wyszło na jaw to szaleństwo, które nas połączyło i pochłonęło. Nie mogliśmy dopuścić, żeby kolidowało z naszym życiem. Wiedzieliśmy oboje, że trzeba to skończyć.

— Mieliście się spotkać w tamten piątek, w wieczór jej śmierci?

Na to wspomnienie przez twarz Dana przeszedł skurcz. Musiał się zastanawiać wiele razy, co by było, gdyby wtedy przyszedł. Czy żyłaby jeszcze.

— Tak, mieliśmy się spotkać w piątek wieczorem. Pernilla miała jechać z dziećmi w odwiedziny do siostry, do Munkedal. Ja się wymówiłem, że nie jestem w formie i wolałbym zostać w domu.

— Ale Pernilla nie pojechała, tak?

Zapadła cisza.

— Pernilla pojechała, ale ja zostałem w domu. Wyłączyłem komórkę, bo wiedziałem, że Alex nie odważy się zadzwonić na domowy telefon. A zostałem, bo stchórzyłem. Nie miałem odwagi spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że to koniec. Wiedziałem, że ona rozumie, że musi to nastąpić wcześniej czy później, ale nie potrafiłem się zdobyć na pierwszy krok. Pomyślałem, że jeśli będę się wycofywać stopniowo, znudzi jej się i sama zerwie. Bardzo to męskie, prawda?

Erika zdawała sobie sprawę, że najtrudniejsze ma jeszcze przed sobą, ale musiała mu powiedzieć wszystko. Lepiej, żeby dowiedział się od niej.

— Tylko widzisz, Dan, ona wcale nie rozumiała, że to koniec. Myślała, że macie przed sobą przyszłość. Że odejdziesz od rodziny, ona zostawi Henrika, i będziecie żyli razem długo i szczęśliwie.

Dan kurczył się z każdym jej słowem, a przecież nie powiedziała jeszcze najgorszego.

— Dan, ona się spodziewała dziecka. Twojego dziecka. Prawdopodobnie chciała ci o tym powiedzieć w tamten piątkowy wieczór. Przygotowała uroczystą kolację i schłodziła szampana.

Dan nie był w stanie na nią spojrzeć. Patrzył w dal, ale przez łzy nic nie widział. Wybuchnął płaczem i łzy spłynęły mu po policzkach. Szlochał, wycierając nos rękawiczką. Wreszcie dał za wygraną i ukrył twarz w dłoniach.

Erika przykucnęła obok i chcąc go pocieszyć, objęła ramionami, ale Dan ją odtrącił. Sam musiał się wydostać z tego piekła. Czekała cierpliwie. Łzy płynęły coraz wolniej, a Dan odetchnął spokojniej.

— Skąd wiesz, że była w ciąży? — zapytał urywanym głosem.

— Byłam na policji razem z panią Carlgren i Henrikiem Wijknerem, kiedy im o tym powiedzieli.

— Oni wiedzą, że dziecko nie było Henrika?

— Henrik chyba tak, ale pani Carlgren myśli, że to on był ojcem.

Dan kiwnął głową. Najwidoczniej znalazł jakąś pociechę w tym, że jej rodzice nie wiedzieli.

— Jak się poznaliście?

Erika zmieniła temat, by dać mu chwilę na oddech i odwrócić myśli od nienarodzonego dziecka.

Dan uśmiechnął się gorzko.

— Bardzo zwyczajnie. Gdzie mogą się tu spotkać ludzie w naszym wieku? Oczywiście w restauracji Galera. Spojrzeliśmy na siebie i to było jak kopniak w brzuch. W życiu nikt mnie tak nie pociągał.

Erika poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Dan mówił dalej.

— Nic się wtedy nie wydarzyło, ale parę tygodni później zadzwoniła do mnie na komórkę. Pojechałem do niej. A potem jakoś samo się potoczyło. Kradzione chwile pod nieobecność Pernilli. Nie było zbyt wielu takich wieczorów ani nocy. Spotykaliśmy się raczej w ciągu dnia.

— Nie bałeś się, że cię zobaczą sąsiedzi? Sam wiesz, jak szybko wieści się rozchodzą.

— Pewnie, że myślałem o tym. Przeskakiwałem płot i wchodziłem na tyłach domu przez piwnicę. Szczerze mówiąc, była to nieodłączna część naszej relacji. Zagrożenie i ryzyko.

— Nie zdawałeś sobie sprawy, ile ryzykujesz?

Dan obracał czapkę w dłoniach. Wzrok wbił w pokład.

— Oczywiście, że tak. Ale wydawało mi się, że mnie to nie spotka, że coś takiego może się zdarzyć komu innemu, ale nie mnie. Zawsze tak jest, prawda?

— Pernilla wie?

— Nie, nie. Ale myślę, że coś podejrzewa. Sama widziałaś, jak zareagowała na nasz widok. Od kilku miesięcy tak się zachowuje. Jest zazdrosna, pilnuje mnie. Przeczuwa, że coś się dzieje.

— Rozumiesz chyba, że musisz jej powiedzieć?

Dan gwałtownie potrząsnął głową, do jego oczu znów napłynęły łzy.

— Erika, to niemożliwe. Nie mogę. Dopiero po tej historii z Alex zrozumiałem, ile dla mnie znaczy Pernilla. Alex była moją namiętnością, ale Pernilla i dzieci są moim życiem. Nie mogę!

Erika nachyliła się i położyła dłoń na ręce Dana. Mimo przejęcia mówiła spokojnie, jasnym głosem:

— Dan, musisz, dopóki masz szansę, opowiedzieć o tym własnymi słowami. Policja tak czy inaczej dojdzie prawdy, a wtedy nie będziesz mógł przedstawić tego Pernilli, jak byś chciał. Nie będziesz miał wyboru. Sam powiedziałeś, że ona coś wie, a przynajmniej podejrzewa. Może dla was obojga będzie lepiej, jak o tym porozmawiacie. Atmosfera się oczyści.

Dan słuchał. Widać było, że jej słowa trafiły mu do przekonania. Drżał.

— A jeśli ona mnie zostawi? Jeśli odejdzie i zabierze dzieci? Co ja wtedy zrobię? Bez nich jestem nikim.

Złośliwy głosik w głowie Eriki wyszeptał, że trzeba było o tym myśleć wcześniej, ale przeważył mocniejszy głos, że minęła pora wyrzutów i przyszedł czas na ważniejsze sprawy. Objęła go i pogłaskała po plecach. Dan zapłakał. Po chwili uspokoił się i otarł łzy. Najwyraźniej postanowił nie odkładać tego, co nieuniknione.

Odjeżdżając z nabrzeża, Erika spojrzała we wsteczne lusterko i zobaczyła Dana, jak stoi na łodzi ze wzrokiem utkwionym w dal. Trzymała kciuki za to, żeby udało mu się dobrać właściwe słowa. Nie będzie to łatwe.


Patrik ziewnął. Miał wrażenie, jakby ziewnięcie zaczęło się od palców u nóg i stopniowo ogarnęło całe ciało. Nigdy w życiu nie był tak śpiący, ale też nigdy nie był równie szczęśliwy.

Skupianie się na papierach piętrzących się na biurku przychodziło mu z wielkim trudem. Śledztwo obrastało w nieprawdopodobną liczbę dokumentów, a jego zadanie polegało na tym, by je dokładnie przejrzeć i znaleźć choćby niewielki, ale istotny kawałek układanki, który popchnie śledztwo do przodu. Przetarł oczy i odetchnął głęboko, żeby nabrać trochę energii.

Co dziesięć minut wstawał z krzesła, żeby się rozciągnąć, pójść po kawę, podskoczyć — zrobić cokolwiek, byle nie zasnąć i się skupić. Wiele razy sięgał po słuchawkę, by zadzwonić do Eriki, ale powstrzymywał się. Jeśli jest równie zmęczona jak on, to zapewne śpi. Miał nadzieję, że tak jest, bo postanowił, że tej nocy również nie da jej spać.

Sterta papierów dotyczących Lorentzów urosła od ostatniego razu. Widocznie Annika, jak zawsze dokładna, znalazła stare wycinki i położyła je na biurku Patrika. Pracował metodycznie, odświeżając pamięć i wracając do wycinków ze spodu sterty. Nie znalazł nic, co by mu pomogło ruszyć z miejsca. Ciągle miał uczucie, że coś przeoczył, ale nie wiedział co.

Pierwszą ciekawą informację znalazł w wycinku ze środka sterty. Dotyczyła podpalenia w Bullaren, około pięćdziesięciu kilometrów od Fjällbacki. „Bohusläningen” z 1975 roku poświęcił temu wydarzeniu niemal całą kolumnę. Dom spłonął błyskawicznie w nocy z szóstego na siódmy lipca. Zostały zgliszcza, a w nich ludzkie szczątki. Policja ustaliła, że byli to właściciele domu, małżeństwo Stig i Elisabeth Norin. Cudem uratował się ich dziesięcioletni syn. Znaleziono go w jednym z zabudowań. Według „Bohusläningen” okoliczności pożaru były podejrzane, a policja była zdania, że chodziło o podpalenie.

Wycinek został przyczepiony spinaczem do teczki, w której Patrik znalazł wyniki policyjnego dochodzenia. Nie rozumiał, co może mieć wspólnego z rodziną Lorentzów, dopóki nie otworzył teczki i nie natrafił na imię synka Norinów. Chłopiec miał na imię Jan. W teczce znajdował się również raport opieki społecznej o umieszczeniu dziecka w rodzinie zastępczej, u Lorentzów. Patrik aż gwizdnął. Nie bardzo wiedział, jak to się ma do śmierci Alex lub Andersa, ale czuł, że to właściwy trop. Zanotował, a potem wrócił do przeglądania materiałów.

Jego notes zapełniał się coraz bardziej. Pisał zamaszyście i niewyraźnie. Karin żartowała, że powinien był zostać lekarzem. Najważniejsze, że potrafił sam siebie odczytać. W kilku punktach zapisał, co ma do zrobienia, ale były tam również kwestie opatrzone wielkimi znakami zapytania. Na kogo Alex czekała z kolacją? Kim był mężczyzna, z którym spotykała się w tajemnicy, ojciec jej dziecka? Czy był to Anders, choć zaprzeczał, czy ktoś inny? Jak to się stało, że Alex, piękna bogata kobieta z klasą, wdała się w romans z kimś takim jak Anders? Dlaczego Alex trzymała w szufladzie wycinek o zniknięciu Nilsa Lorentza?

Lista pytań wydłużała się coraz bardziej. Dopiero na trzeciej kartce formatu A4 Patrik zapisał pytanie dotyczące śmierci Andersa. Kupka papierów związanych z jego sprawą była na razie niewielka. Z czasem urośnie, ale na razie było około dziesięciu dokumentów. Najważniejsze pytanie dotyczyło sposobu, w jaki zginął Anders. Patrik podkreślił je kilka razy na czarno. Jak morderca albo mordercy powiesili Andersa na haku na suficie? Sekcja przyniesie jakieś odpowiedzi, ale sądząc po tym, co widział na własne oczy, na ciele Andersa nie było żadnych śladów świadczących o użyciu przemocy. Dokładnie tak, jak powiedział Mellberg. Bezwładne ciało jest bardzo ciężkie, a ciało Andersa trzeba było podnieść na sporą wysokość.

Patrik był niemal gotów choć raz przyznać rację Mellbergowi, że musiało w tym uczestniczyć więcej osób. Tyle że nie było to zgodne z okolicznościami zabójstwa Alex, a Patrik dałby sobie głowę uciąć, że sprawcą jest ta sama osoba. Choć na początku się wahał, teraz był o tym absolutnie przekonany.

Spojrzał na papiery znalezione w mieszkaniu Andersa i rozłożył je na biurku jak wachlarz. W ustach miał pełno żółtych wiórków z pogryzionego w zamyśleniu ołówka. Spróbował je wypluć, a resztki zdjąć z języka palcami, ale nie bardzo mu to wychodziło. Przykleiły się do palców. Strzepnął ręką kilka razy, a potem dał spokój i wrócił do papierów leżących na biurku. Żaden nie wydawał się szczególnie interesujący. Wziął rachunek z Telii, żeby od czegoś zacząć. Anders dzwonił bardzo mało, ale po zsumowaniu wszystkich stałych opłat kwota i tak musiała być niemała. Do rachunku dołączony był wykaz rozmów. Patrik westchnął na myśl, że musi przez to przebrnąć. Nie był to dzień na nudne, rutynowe zajęcia.

Zaczął dzwonić kolejno na numery wymienione w wykazie. Nie było ich wiele, ale jeden zwrócił jego uwagę. Nie występował na początku wykazu. Pojawił się w środku i potem Anders dzwonił na niego najczęściej. Patrik wybrał ten numer.

Po ośmiu sygnałach miał już odłożyć słuchawkę, gdy włączyła się poczta głosowa. Patrik usłyszał nazwisko i wyprostował się nagle na krześle. Aż go zabolały mięśnie ud. Zapomniał, że trzyma nogi na biurku. Spuścił je na podłogę i rozmasował wewnętrzną stronę prawego uda, zdrętwiałego wskutek braku ruchu.

Powoli odłożył słuchawkę, zanim umilkł sygnał nagrywania. Zaznaczył coś kółkiem w notesie, potem jeszcze raz. Jedno zadanie zamierzał wziąć na siebie, drugie zlecić Annice. Wziął notatki i poszedł do Anniki. Pisała coś na komputerze. Okulary zjechały jej na czubek nosa. Spojrzała na niego pytająco.

— Przyszedłeś się zaofiarować, że przejmiesz jeden z moich niewyobrażalnie ciężkich obowiązków, prawda?

— Niezupełnie, co innego miałem na myśli. — Patrik uśmiechnął się lekko.

— Tak właśnie podejrzewałam.

Annika udała, że patrzy na niego surowo.

— A więc jak chcesz się przyczynić do mojego wrzodu żołądka?

— Mam dla ciebie maleńkie zadanie, naprawdę malutkie.

— Słucham.

Patrik przyciągnął krzesło i usiadł przed biurkiem Anniki. Jej pokój, choć mały, był bez wątpienia najprzyjemniejszy w całym komisariacie. Przyniosła mnóstwo roślin doniczkowych, które znakomicie rosły, mimo że jedyne światło wpadało przez okienko wychodzące na wejście dla interesantów. Prawdziwy cud. Nagie betonowe ściany pokrywały zdjęcia przedstawiające dwie pasje Anniki i jej męża Lennarta — psy oraz wyścigi równoległe. Mieli dwa czarne labradory, które zabierali na cotygodniowe wyjazdy na wyścigi równoległe. Spotykali tam w zasadzie stale tych samych ludzi, trzymających się razem i bardzo zaprzyjaźnionych. Zazwyczaj wyścigi odbywały się w dwa weekendy w miesiącu, a wtedy nie warto było nawet próbować namawiać Anniki do pracy.

Patrik zerknął do notatek.

— Chciałbym cię prosić, żebyś mi pomogła ustalić pewne fakty dotyczące Alexandry Wijkner. Poczynając od śmierci — co i o której godzinie się wydarzyło. Jak długo była żoną Henrika. Jak długo mieszkała w Szwecji. Wszystko na temat szkół we Francji i w Szwajcarii, i tak dalej. Okej?

Annika notowała, a na pytanie Patrika odpowiedziała skinieniem. Patrik był pewien, że dowie się wszystkiego, czego trzeba się dowiedzieć, a przede wszystkim czy coś z tego, co już wiedzą, nie jest przypadkiem nieprawdą. Był bowiem przekonany, że coś się musi nie zgadzać.

— Dziękuję, Annika. Jesteś prawdziwym skarbem.

Zaczął wstawać, gdy Annika krzyknęła: „Siad!”.

Zastygł, a po chwili usiadł z powrotem. Zrozumiał, dlaczego labradory Anniki są tak doskonale wychowane.

Annika rozsiadła się i uśmiechnęła z zadowoleniem. Patrik pojął swój błąd: przyszedł do jej pokoju osobiście, zamiast zostawić jej na biurku kartkę. Powinien wiedzieć, że go przejrzy. Miała nieprawdopodobną zdolność wywęszenia każdej historii miłosnej. Pozostawało tylko wywiesić białą flagę i skapitulować. Patrik rozsiadł się w oczekiwaniu na grad pytań. Zaczęła łagodnie i podstępnie.

— Coś marnie dziś wyglądasz.

— Hm…

Niech się jeszcze trochę postara.

— Miałeś wczoraj jakąś imprezę?

Annika wciąż szukała, próbując w jego zbroi wymacać słabszy punkt.

— Czy ja wiem? Zależy, jak na to patrzeć. Co to znaczy impreza?

Rozłożył ręce w niewinnym geście i szeroko otworzył oczy.

— Daj spokój, Patrik, opowiadaj. Kto to jest?

Nie odpowiedział. Niech się jeszcze pomęczy. Po kilku sekundach ujrzał błysk w jej w oku.

— Aha! — powiedziała triumfująco i w geście zwycięstwa machnęła palcem wskazującym. — To ta, jak jej tam, no, jak ona się nazywa…

Szukając w pamięci, strzeliła palcami.

— Erika! Erika Falck!

Rozparła się ponownie na krześle.

— No tak… Od jak dawna jesteście razem?

Patrik nie mógł się nadziwić, z jaką niezawodną precyzją Annika zawsze trafiała w samo sedno. Nie było sensu zaprzeczać, tym bardziej że zaczerwienił się aż po czubki palców. Nie zapanował też nad uśmiechem, który ostatecznie wszystko przypieczętował.

Po pięciu minutach przepytywania w końcu wyrwał się Annice i wyszedł z jej pokoju. Czuł się jak przepuszczony przez wyżymaczkę. Rozmowa o Erice bynajmniej nie sprawiła mu przykrości. Tym trudniej było mu wrócić do zadań, które sam sobie wyznaczył. Włożył kurtkę, powiedział Annice, dokąd idzie, i wyszedł. Na ziemię opadały łagodnie wielkie płatki śniegu.


Erika spojrzała na śnieg za oknem. Siedziała przed wyłączonym komputerem, wpatrując się w czarny ekran. Mimo ostrego bólu głowy zmusiła się do napisania dziesięciu stron o Selmie. Pisanie tej książki już nie sprawiało jej przyjemności, ale była związana umową i za parę miesięcy książka musiała być gotowa. Towarzyszący jej od rana dobry humor po rozmowie z Danem przygasł. Może właśnie w tym momencie Dan rozmawia z Pernillą? Erika postanowiła przetworzyć swój niepokój w coś pożytecznego i ponownie włączyła komputer.

Na pulpicie znajdował się konspekt książki o Alex. Otworzyła liczący ponad sto stron dokument i uważnie go przeczytała, od początku do końca. Dobry tekst. Nawet bardzo dobry. Dręczyła ją jednak obawa, jak na tę książkę zareagują osoby z najbliższego otoczenia Alex. Wprawdzie zmieniła niektóre okoliczności, nazwiska i nazwy miejscowości, tu i ówdzie pozwoliła sobie nawet pofantazjować, ale nie ulegało wątpliwości, że treścią książki jest życie Alex z punktu widzenia Eriki. Łamała sobie głowę zwłaszcza nad fragmentem dotyczącym Dana. Przecież nie może przedstawić ani jego, ani jego rodziny. Jednocześnie czuła, że powinna o nim napisać. Jeszcze nigdy nie zapaliła się tak do żadnego projektu, a w ostatnich latach miała ich sporo. Zarzuciła je, bo nie spełniały jej oczekiwań. Teraz tym bardziej nie może sobie na to pozwolić. Postanowiła, że najpierw dokończy książkę, a dopiero potem zastanowi się, jak się zmierzyć z uczuciami osób zamieszanych w tę historię.

Po niecałej godzinie zadzwonił dzwonek. W pierwszej chwili rozzłościła się, że ktoś jej przeszkadza, kiedy w końcu zabrała się do pisania, ale pomyślała, że może to Patrik. Zerknęła w lustro, a potem zbiegła na dół. Kiedy otworzyła drzwi, uśmiech zamarł jej na ustach. Pernilla wyglądała okropnie, jakby od ostatniego razu postarzała się o dziesięć lat. Oczy miała zapuchnięte i zapłakane, włosy nieuczesane, w dodatku musiała wybiec z domu bez okrycia, bo trzęsła się z zimna ubrana jedynie w cienki sweterek. Erika wpuściła ją do domu i objęła, gładząc po plecach, tak jak parę godzin wcześniej starała się uspokoić Dana. W tym momencie Pernilla zupełnie straciła panowanie nad sobą i rozszlochała się na ramieniu Eriki. Gdy po dłuższej chwili podniosła głowę, pod oczami miała rozmazany tusz. Wyglądała dość komicznie.

— Przepraszam.

Na białej koszulce Eriki zostały plamy po tuszu Pernilli.

— Nie szkodzi. To nieważne. Wchodź.

Erika otoczyła ją ramieniem i zaprowadziła do pokoju. Pernilla się trzęsła, na pewno nie tylko z zimna. Erika zdziwiła się, że Pernilla postanowiła przyjść właśnie do niej, a nie do którejś ze swoich przyjaciółek albo do siostry. Skoro jednak przyszła, zrobi wszystko, żeby jej pomóc.

— Napijesz się kawy? Zaparzyłam wprawdzie jakiś czas temu, ale da się jeszcze wypić.

— Poproszę.

Pernilla usiadła na kanapie i objęła się mocno ramionami, jakby się bała, że się zaraz rozleci. Erika wróciła z dwiema filiżankami kawy. Postawiła je na stoliku przed kanapą. Sama usiadła w fotelu naprzeciwko, czekając, aż Pernilla zacznie mówić.

— Wiedziałaś?

Erika zawahała się.

— Tak, ale dopiero od niedawna. Namówiłam Dana, żeby ci o wszystkim powiedział.

Pernilla kiwnęła głową.

— I co ja mam teraz zrobić?

Pytanie było retoryczne, więc Erika nie odpowiedziała.

— Od samego początku byłam dla Dana tylko plastrem na rany po twoim odejściu.

Erika chciała zaprzeczyć, ale Pernilla powstrzymała ją gestem.

— Wiem, że tak było, ale z czasem uwierzyłam, że zrobiło się z tego coś więcej, że naprawdę się kochamy. Było nam dobrze, zaufałam mu.

— Pernilla, Dan cię kocha. Wiem, że tak jest.

Pernilla jej nie słuchała. Utkwiła wzrok w filiżance i mówiła dalej. Zaciskała palce na uszku tak mocno, że jej zbielały.

— Mogłabym jakoś przeżyć, że miał romans, zwalić to na przedwczesny kryzys wieku średniego albo coś w tym rodzaju, ale nie mogę wybaczyć, że zrobił tamtej kobiecie dziecko.

W jej głosie słychać było gniew, a w oczach miała taką nienawiść, że Erice przemknęła przez głowę myśl, która ją zmroziła. Zastanawiała się, od jak dawna Pernilla wie o romansie Dana i jak daleko mogłaby się posunąć. Zaraz odepchnęła tę myśl. Siedzi przed nią Pernilla, od wielu lat żona Dana i matka trojga dzieci, gospodyni domowa, a nie wściekła furia, nie anioł zemsty na kochance męża. W jej spojrzeniu było jednak coś, co Erikę przejęło lękiem.

— I co teraz zrobicie?

— Nie wiem. Nie mam pojęcia. Myślałam tylko o tym, że muszę wyjść z domu, bo nie mogę na niego patrzeć.

Erika pomyślała o Danie z pewnym współczuciem. Na pewno przeżywa piekło. Gdyby to Dan szukał u niej pocieszenia, byłoby to naturalne i wiedziałaby, co powiedzieć, jakie słowa mogą mu przynieść ulgę. Pernilli nie znała na tyle, żeby wiedzieć, jak jej pomóc. Może wystarczy słuchać?

— Dlaczego on to zrobił? Co ona miała w sobie takiego, czego nie znalazł u mnie?

W tym momencie Erika zrozumiała, dlaczego Pernilla przyszła do niej, a nie do którejś ze swoich przyjaciółek. Bo pomyślała, że Erika będzie umiała odpowiedzieć, dlaczego Dan zrobił to, co zrobił. Niestety musi ją rozczarować, bo znała Dana jako człowieka niezwykle uczciwego i nie przyszłoby jej do głowy, że mógłby zdradzić. Nigdy w życiu tak się nie zdziwiła jak wtedy, gdy w telefonie Alex nacisnęła powtórkę ostatniego numeru i odezwała się poczta głosowa Dana. Prawdę powiedziawszy, doznała wielkiego zawodu. Takiego zawodu, jaki się przeżywa, gdy bliska osoba okazuje się zupełnie inna, niż się uważało. Rozumiała, że Pernilla może czuć się zdradzona i zawiedziona, a jednocześnie zaczyna zadawać sobie pytanie, kim naprawdę jest mężczyzna, z którym przeżyła tyle lat.

— Nie wiem, Pernilla. Prawdę mówiąc, zdziwiłam się bardzo, bo to niepodobne do Dana.

Pernilla kiwnęła głową, jakby jej było lżej, że nie ona jedna poczuła się oszukana. Nerwowo skubała sweter. Długie ciemne włosy z resztkami trwałej nosiła związane z tyłu. Cała była jakaś zapuszczona. Erika zawsze uważała, że Pernilla mogłaby bardziej o siebie zadbać. Nadal robiła sobie trwałą, chociaż było to tak samo niemodne jak przykrótkie męskie marynarki, a ubrania kupowała w sklepach wysyłkowych oferujących niskie ceny i równie niską jakość. Ale w takim stanie Erika jej jeszcze nie widziała.

— Posłuchaj. Wiem, że jest ci teraz strasznie ciężko, ale jesteście rodziną. Macie trzy udane córki, a za sobą piętnaście wspólnie przeżytych fajnych lat. Nie decyduj pochopnie. Nie zrozum mnie źle, ja go nie bronię. Może nie da się już ciągnąć tego małżeństwa, może nie będziesz umiała wybaczyć, ale poczekaj, aż opadną emocje. Zastanów się, zanim cokolwiek zrobisz. Wiem, że Dan cię kocha, bo mówił mi to nie dalej jak dziś, i wiem, że strasznie żałuje. Powiedział, że chciał zakończyć ten romans, i ja mu wierzę.

— Sama nie wiem, co myśleć. Skoro wszystko, w co wierzyłam, okazało się nieprawdą, to jak mam mu wierzyć?

Na to nie było odpowiedzi. Zapadło ciężkie milczenie.

— Jaka ona była?

Znów ten zimny błysk w oczach Pernilli. Erika nie musiała pytać, o kogo chodzi.

— To dawne dzieje. Nie znałam jej jako dorosłej.

— Była piękna. Widywałam ją latem. Dokładnie taka, jak ja bym chciała być. Piękna, elegancka, subtelna. Patrząc na nią, czułam się jak ostatnia prostaczka. Dałabym nie wiem co, żeby być taka jak ona. W pewnym sensie rozumiem Dana. Jakby tak postawić nas obok siebie, od razu byłoby widać, która musi wygrać.

Pociągnęła za swoje praktyczne, ale niemodne ubranie, pokazując, co ma na myśli.

— O ciebie też byłam zazdrosna. Wielka młodzieńcza miłość Dana, która wyjechała do wielkiego miasta i zostawiła go, żeby sobie oczy wypłakał. Pisarka ze stolicy, która osiągnęła sukces i od czasu do czasu przyjeżdża pobłyszczeć wśród nas, zwykłych śmiertelników. Dan całymi tygodniami czekał na twój przyjazd.

Gorycz w jej głosie wstrząsnęła Eriką. Po raz pierwszy zawstydziła się, że traktowała Pernillę tak protekcjonalnie. Jak niewiele rozumiała! Zrobiła rachunek sumienia i musiała przyznać, że z przyjemnością podkreślała różnice między nimi. Między swoją fryzurą za pięćset koron z salonu przy Stureplan i domową trwałą Pernilli. Między markowymi ciuchami kupionymi w eleganckich sklepach przy Biblioteksgatan i tanimi bluzkami i spódnicami Pernilli. Jakie to miało znaczenie? Dlaczego w chwilach słabości czerpała z tego radość? Przecież sama odeszła od Dana. Zaspokajała własną próżność czy w gruncie rzeczy była zazdrosna, że Pernilla i Dan osiągnęli więcej niż ona? Może gdzieś w środku zazdrościła im rodziny i nawet żałowała, że nie została we Fjällbace? Że nie ona ma tę rodzinę. Może traktowała Pernillę z góry, bo tak naprawdę jej zazdrościła? Nieprzyjemna myśl, ale nie mogła jej po prostu odrzucić ot tak. Zawstydziła się. Zaczęła się zastanawiać, jak daleko sama mogłaby się posunąć w obronie swojej rodziny. Jak daleko była gotowa się posunąć Pernilla? Erika patrzyła na nią zamyślona.

— Co powiedzą dzieci?

Do Pernilli dotarło nagle, że sprawa odbije się także na innych osobach.

— To musi przecież wyjść na jaw, prawda? Mam na myśli sprawę dziecka. Co powiedzą dziewczynki?

Pernilla przeraziła się i Erika pośpieszyła ją uspokoić.

— Policja musi się dowiedzieć, że to Dan był tym mężczyzną, z którym spotykała się Alex, ale nie znaczy to, że inni się dowiedzą. Sami zadecydujecie, co powiedzieć dzieciom. Nadal kontrolujemy sytuację.

Pernillę nieco uspokoiły te słowa. Wypiła kilka łyków kawy, która już zdążyła wystygnąć, ale nie przeszkadzało jej to. Erika poczuła złość na Dana i sama się zdziwiła, że dopiero teraz. Pożądanie pożądaniem, ale jak można zgłupieć do tego stopnia, by zapomnieć o rodzinie? Nie zdawał sobie sprawy, jakie ma szczęście? W przypływie współczucia dla Pernilli zacisnęła pięści, choć nie była pewna, czy do tamtej to dotrze.

— Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Doceniam to.

Ich spojrzenia spotkały się. Nie minęła godzina od przyjścia Pernilli, ale Erika czuła, że wiele się dowiedziała, także o sobie.

— Poradzisz sobie? Masz dokąd pójść?

— Idę do domu — Pernilla mówiła zdecydowanym tonem. — Nie pozwolę rozbić domu ani rodziny. Nie dam jej tej satysfakcji. Idę do swojego domu, do swojego męża, jakoś to sobie ułożymy, ale pod pewnymi warunkami. Od tej chwili inaczej będziemy załatwiać pewne sprawy.

Erika z trudem ukryła uśmiech. Dan dostanie za swoje, to oczywiste, ale zasłużenie.

Objęły się niezdarnie na pożegnanie. Patrząc, jak Pernilla wsiada do samochodu i odjeżdża, Erika z całego serca życzyła powodzenia i jej, i Danowi. Nie mogła pozbyć się jednak uczucia niepokoju na myśl o spojrzeniu Pernilli, bezlitosnym i pełnym nienawiści.


Wszystkie zdjęcia rozłożyła na kuchennym stole. Tylko to jej zostało po Andersie — stare i w większości pożółkłe fotografie. Minęło tyle lat, odkąd była okazja robić zdjęcia. Fotografie z okresu niemowlęctwa były czarno-białe. Te kolorowe, nieco wyblakłe, pochodziły z okresu, gdy był starszy. Anders był radosnym dzieckiem. Trochę dzikusem, ale wesołym, troskliwym i dobrym. Opiekował się nią. Bardzo poważnie potraktował swoją rolę jedynego mężczyzny w domu. Może zbyt poważnie, ale to jej nie przeszkadzało. Trudno powiedzieć, czy zrobiła dobrze, czy źle. Być może wiele rzeczy należało zrobić inaczej, a może nie miało to żadnego znaczenia? Któż to teraz wie.

Vera uśmiechnęła się, patrząc na jedno ze swoich ulubionych zdjęć. Anders na rowerze. Był dumny jak paw. Wzięła dodatkową pracę w wieczory i święta, żeby mu kupić ten rower. Granatowy z kolarskim siodełkiem, dokładnie taki, jaki sobie wymarzył. Pragnął go najbardziej na świecie. Vera nie zapomni jego miny, gdy go dostał na ósme urodziny. Spędzał na rowerze każdą wolną chwilę. Uchwyciła go na zdjęciu podczas jazdy. Miał przydługie włosy, które wiły mu się poniżej kołnierza błyszczącej, obcisłej kurteczki Adidasa z paseczkami na rękawach. Takim chciała go pamiętać. Bo potem wszystko wzięło w łeb.

Od dawna się spodziewała, że nadejdzie ten dzień. Za każdym razem, gdy dzwonił telefon albo ktoś pukał do drzwi, bała się, że usłyszy to, co przeczuwała, ale w co do końca nie chciała wierzyć. Może dlatego, że śmierć dziecka jest sprzeczna z naturalnym porządkiem. Nadzieja umiera ostatnia, więc wolała myśleć, że wszystko się jakoś ułoży. Choćby cudem. Ale cudów nie ma, nie ma też nadziei. Została tylko beznadzieja i kupka pożółkłych zdjęć.

Zegar kuchenny głośno tykał. Nagle Vera dostrzegła, że jej dom jest bardzo zaniedbany. Nie zrobiła nigdy żadnego remontu i było to widać. Wymiatała brud, ale nie dało się wymieść obojętności oblepiającej ściany i sufit. Wszystko było szare i bez życia. Zmarnowane. To było najgorsze. Że zostało zmarnowane, zniweczone.

Zdjęcia uśmiechniętego Andersa były teraz jak szyderstwo, bo mówiły wyraźniej niż cokolwiek innego, że jej się nie udało. Powinna była troszczyć się o ten uśmiech, obdarzyć go wiarą w przyszłość i nadzieją, a przede wszystkim miłością. Ale tylko przyglądała się w milczeniu, jak on to wszystko traci. Zawiodła jako matka i to nie da jej spokoju.

Tak niewiele śladów zostało po życiu Andersa. Nie było już obrazów. Nieliczne meble z jego mieszkania trafią wkrótce na śmietnik, jeśli ich nikt nie zechce. U niej nie zostało nic z jego rzeczy, bo albo je sprzedał, albo zniszczył. O jego istnieniu świadczyła tylko ta kupka zdjęć. I jej wspomnienia. We wspomnieniach innych ludzi pozostanie jako pijak, za którym nikt nie zatęskni i nie będzie wylewał łez. Tylko jej pozostały jasne wspomnienia. Czasem było jej trudno do nich dotrzeć, a jednak wracały, jak dziś. Na inne wspomnienia sobie nie pozwalała.

Minuty przechodziły w godziny, a Vera tkwiła przy stole. Stawy jej zesztywniały, z coraz większym trudem rozróżniała szczegóły na zdjęciach, bo zmrok wypierał światło dnia, ale to nie miało znaczenia. Teraz była zupełnie i nieodwołalnie sama.


Sygnał dzwonka odbijał się echem. Patrik już miał dać za wygraną i wrócić do samochodu, bo za drzwiami nic się nie działo, gdy w końcu usłyszał ostrożne kroki. Drzwi się otworzyły i ujrzał przed sobą Nelly Lorentz. Patrzyła na niego pytająco. Zdziwił się, że sama otworzyła drzwi, bo spodziewał się raczej sztywnego lokaja w liberii. Ale w dzisiejszych czasach pewnie nikt nie trzyma lokaja.

— Nazywam się Patrik Hedström, jestem z policji w Tanumshede. Chciałbym się widzieć z pani synem, Janem.

Przedtem dzwonił do biura, ale powiedzieli mu, że Jan pracuje dziś w domu.

Pani Lorentz nawet nie mrugnęła okiem i wpuściła go do środka.

— Zaraz zawołam Jana, proszę poczekać.

Nieśpiesznym, dystyngowanym krokiem podeszła do drzwi, za którymi znajdowały się prowadzące w dół schody. Patrik słyszał, że Jan zajmuje mieszkanie w suterenie, i pomyślał, że właśnie tam wiodą schody.

— Jan, masz gościa. Z policji.

Patrik wątpił, czy cichy, starczy głos Nelly dotrze na dół, ale po chwili usłyszał kroki. Matka i syn w milczeniu wymienili spojrzenia, po czym Nelly skinęła głową Patrikowi i udała się do swoich pokoi. Jan podszedł do Patrika z wyciągniętą ręką i z uśmiechem odsłaniającym uzębienie. Przypominał aligatora. Uśmiechniętego aligatora.

— Patrik Hedström z komisariatu policji w Tanumshede.

— Jan Lorentz. Bardzo mi przyjemnie.

— Biorę udział w dochodzeniu w sprawie zabójstwa Alex Wijkner. Chciałbym zadać panu kilka pytań, jeśli można.

— Oczywiście. Nie sądzę, żebym mógł coś wnieść do tej sprawy, ale policja wie lepiej, prawda?

Znów ten uśmiech aligatora. Nie wiedzieć czemu doprowadzał Patrika do białej gorączki. Świerzbiła go ręka, żeby mu ten uśmiech zetrzeć z twarzy.

— Zejdźmy może do mojego mieszkania, żeby nie przeszkadzać matce.

— Oczywiście.

Patrika dziwiły zwyczaje panujące w domu Lorentzów. Po pierwsze nie cierpiał dorosłych mężczyzn mieszkających nadal z mamusią. Po drugie nie rozumiał, jak Jan może się godzić na mieszkanie w piwnicy, podczas gdy mamusia pławi się w luksusie na co najmniej dwustu metrach kwadratowych. Janowi musiało przyjść do głowy, że Nils zapewne nie zostałby zesłany do piwnicy.

Patrik poszedł na dół za Janem. Musiał przyznać, że jak na suterenę mieszkanie było niczego sobie. Osoba, która je urządzała, nie żałowała pieniędzy i chciała, żeby to było widać. Dużo złotych frędzli, aksamitu i brokatu, zapewne w najlepszym gatunku. Niestety całość nie prezentowała się tak, jak mogłaby w dziennym świetle. Wnętrze przypominało burdel. Patrik słyszał, że Jan jest żonaty, i był ciekaw, które z nich dwojga urządzało to mieszkanie. Doświadczenie podpowiadało mu, że raczej żona.

Jan zaprowadził go do niewielkiego gabinetu, w którym oprócz biurka i komputera stała jeszcze kanapa. Usiedli na niej, każdy w swoim rogu, i Patrik sięgnął do torby po notatnik. Postanowił nie mówić o śmierci Andersa Nilssona do momentu, gdy będzie to niezbędne. Taka strategia jest konieczna, jeśli chce od Jana Lorentza uzyskać istotne informacje.

Spojrzał badawczo na siedzącego obok mężczyznę. Prezentował się aż nazbyt dobrze. Garnitur i koszula bez jednego zagniecenia, krawat idealnie zawiązany, twarz świeżo ogolona, włosy uczesane gładko. Jan Lorentz promieniał spokojem i optymizmem. Za dużo tej pewności siebie, pomyślał Patrik. Wiedział z doświadczenia, że osoby przesłuchiwane przez policję zawsze się mniej lub bardziej denerwują, nawet kiedy nie mają nic do ukrycia. Demonstracyjny spokój świadczył o tym, że przesłuchiwany ma coś do ukrycia — tak brzmiała teoria Patrika, skonstruowana na własny użytek i w wielu przypadkach trafna.

– Ładnie tu u was. — Trochę uprzejmości nie zaszkodzi.

— Dziękuję, mieszkanie urządzała moja żona, Lisa. Też jestem zdania, że całkiem dobrze jej to wyszło.

Patrik rozejrzał się po niewielkim ciemnym gabinecie. Zdecydowanie za dużo marmuru i poduszek z frędzlami. Znakomity przykład połączenia kiepskiego gustu z dużą gotówką.

— Czy policja zrobiła postępy?

— Uzyskaliśmy pewne informacje, które pozwalają odtworzyć przebieg zdarzeń.

Niezupełna prawda, ale nie zaszkodzi trochę nim potrząsnąć.

— Znał pan Alex Wijkner? Słyszałem między innymi, że pańska matka była u nich po pogrzebie.

— Nie mogę powiedzieć, żebym ją znał. Wiedziałem oczywiście, kim jest, zresztą wszyscy tu się znamy, lepiej lub gorzej, ale oni wyprowadzili się stąd dawno temu. Kłanialiśmy się sobie na ulicy i tyle. Co do mamy, nie mogę mówić za nią. Proszę ją o to pytać.

— Podczas dochodzenia wyszło na jaw między innymi to, że Alex Wijkner pozostawała w swego rodzaju, jak by to określić… relacji z Andersem Nilssonem. Jego pan pewnie zna?

Jan uśmiechnął się krzywo, lekceważąco.

— Cóż, nie sposób go nie znać. Postać osławiona, chociaż niekoniecznie sławna. Mówi pan, że coś ich łączyło? Proszę wybaczyć, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Niedobrana para to mało powiedziane. Domyślam się, co on mógłby w niej widzieć, ale że ona chciała się z nim zadawać? Czy to przypadkiem nie pomyłka?

— Ustaliliśmy to ponad wszelką wątpliwość. Ale wróćmy do Andersa. Zna go pan?

Znów uśmiech wyższości, tym razem jeszcze szerszy. Jan z rozbawieniem potrząsnął głową.

— No wie pan. Nie obracamy się w tych samych kręgach, tak by to można ująć. Widywałem go na rynku z innymi pijakami, ale żebym go znał? Co to, to nie.

Jasno dał do zrozumienia, że sam pomysł jest niedorzeczny.

— My się obracamy w zupełnie innym środowisku, w którym nie ma miejsca dla takich pijaków.

Jan potraktował pytanie o Andersa jak żart, ale w jego oczach pojawił się błysk niepokoju. Pojawił się i znikł, ale Patrik to zauważył i już wiedział, że Jan poczuł się niemile dotknięty. Dobrze. Trop jest właściwy. Patrik już się cieszył na kolejne niewinne pytanie. Poprzedził je efektowną pauzą.

— Dlaczego w takim razie Anders ostatnio tak często do państwa wydzwaniał?

Patrik stwierdził z przyjemnością, że Jan już się nie uśmiecha i nie potrafi zebrać myśli. Za maską dandysa krył się blady strach. Po chwili zebrał się w sobie i aby zyskać na czasie, zaczął zapalać cygaro. Unikał wzroku Patrika.

— Pozwoli pan, że zapalę?

Nie oczekiwał odpowiedzi, i Patrik się nie odezwał.

— Naprawdę nie wiem, w jakim celu Anders miałby tu dzwonić. Ja z nim nie rozmawiałem, moja żona na pewno też nie. Jakaś dziwna historia.

Cmoktał cygaro, rozpierając się na kanapie, z drugą ręką niedbale opartą na poduszkach.

Patrik milczał. Wiedział, że w ten sposób najłatwiej skłonić do mówienia. Dłuższe milczenie prowokuje do odezwania się. Patrik dobrze opanował tę grę. Czekał.

— Wie pan, chyba się domyślam. — Jan pochylił się, wymachując cygarem. — Ktoś się nagrywał na naszą automatyczną sekretarkę, ale nic nie mówił. Na taśmie słychać tylko oddech. Odebrałem też kilka głuchych telefonów. Pewnie od Andersa. Pewnie w jakiś sposób udało mu się zdobyć nasz numer.

— Po co miałby dzwonić?

— Skąd mogę wiedzieć? — Jan rozłożył ręce. — Zazdrość? Jesteśmy zamożni, to kłuje w oczy. Tacy ludzie jak Anders lubią zwalać swoje niepowodzenia na innych, zwłaszcza jeśli udało im się coś osiągnąć w życiu.

Jakoś słabo to zabrzmiało. Patrik nie uwierzył Janowi, ale pomyślał, że trudno będzie cokolwiek udowodnić.

— Domyślam się, że państwo nie zachowali tych nagrań.

— Niestety. — Jan zmarszczył czoło, co miało wyrażać ubolewanie. — Nagrało się na nich coś innego. Przykro mi, naprawdę chciałbym pomóc. Gdyby jeszcze zadzwonił, oczywiście zachowam nagranie.

— Zapewniam, że już nie zadzwoni.

— Dlaczego?

Patrik nie umiałby powiedzieć, czy zdziwienie Jana było prawdziwe, czy udawane.

— Bo nie żyje, został zamordowany.

Popiół z cygara spadł Janowi na spodnie.

— Anders zamordowany?

— Tak, znaleźliśmy rano jego ciało.

Patrik patrzył badawczo na Jana. Chętnie dowiedziałby się, co się teraz dzieje w jego głowie. Byłoby o wiele łatwiej. Czy zdziwienie jest szczere, czy Jan jest doskonałym aktorem?

— Czy sprawcą jest ta sama osoba, która zamordowała Alex?

— Za wcześnie, by o tym przesądzać. — Patrik nie dawał za wygraną. — A więc twierdzi pan, że nie znał ani Alexandry Wijkner, ani Andersa Nilssona?

— Raczej wiem, z kim się zadaję, a z kim nie. Znałem ich tylko z widzenia. — Jan już się uśmiechał, promieniejąc spokojem.

Patrik postanowił sprawdzić jeszcze jeden trop.

— W domu Alexandry Wijkner znaleźliśmy wycinek z „Bohusläningen” o zaginięciu pańskiego brata. Dlaczego pańskim zdaniem go trzymała?

Jan znów rozłożył ręce i zrobił okrągłe oczy, co miało znaczyć, że kompletnie tego nie rozumie.

— Wiele lat temu był to częsty temat rozmów we Fjällbace. Może traktowała ten artykuł jako ciekawostkę?

— Może. A co pan sądzi o samym zaginięciu? Są różne teorie na ten temat.

— Cóż, myślę, że Nils wiedzie szczęśliwy żywot w jakimś ciepłym kraju. Z kolei mama jest przekonana, że zginął w wypadku.

— Mieliście ze sobą dobry kontakt?

— Nie, nie mogę tego powiedzieć. Nils był ode mnie sporo starszy, poza tym na pewno nie był zachwycony pojawieniem się przybranego brata, z którym musiał dzielić się matką. Nie była to wrogość, raczej obojętność.

— Został pan adoptowany przez Nelly już po zaginięciu Nilsa, czy tak?

— Zgadza się. Mniej więcej rok później.

— I wtedy przypadła panu połowa królestwa.

— Można to tak ująć.

Z cygara pozostał niewielki niedopałek. Jan gwałtownym ruchem zgasił go w bogato zdobionej popielniczce, żeby nie poparzyć sobie palców.

— Nie jest mi przyjemnie, że stało się to cudzym kosztem, ale mogę powiedzieć, że z czasem zasłużyłem na to. Kiedy przejmowałem fabrykę, była w dołku, ale przeprowadziłem restrukturyzację i teraz eksportujemy konserwy na cały świat, do Stanów Zjednoczonych, Australii, Ameryki Południowej…

— Dlaczego pan uważa, że Nils uciekł za granicę?

— Może nie powinienem tego mówić, ale krótko przed jego zaginięciem z fabryki zniknęło sporo pieniędzy. Zniknęła też część jego ubrań, walizka i paszport.

— Dlaczego nie zgłoszono na policję, że zniknęły pieniądze?

— Mama się nie zgodziła. Stwierdziła, że to na pewno pomyłka, bo Nils nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Taka rola matki, żeby zawsze wierzyć w swoje dziecko.

Zapalił kolejne cygaro. Patrik pomyślał, że w powietrzu jest trochę za dużo dymu jak na taki mały pokój, ale nic nie powiedział.

— Może pan też zapali? Kubańskie. Ręcznie zwijane.

— Dziękuję, nie palę.

— Szkoda. Nawet pan nie wie, co traci.

Jan delektował się cygarem.

— Czytałem o pożarze, w którym zginęli pańscy rodzice. Musiało to być dramatyczne przeżycie. Ile pan miał lat? Dziewięć, dziesięć?

— Dziesięć. Rzeczywiście, ciężkie przeżycie. Ale miałem szczęście, bo przecież większość sierot nie trafia do takich rodzin jak Lorentzowie.

Patrik pomyślał, że mówienie o szczęściu w tym przypadku jest co najmniej niesmaczne.

— Z tego, co czytałem, podejrzewano podpalenie. Ustalono coś jeszcze?

— Nie, pewnie pan czytał. Policja do niczego nie doszła. Sądzę, że stary palił w łóżku, jak zwykle, a potem przysnął. — Po raz pierwszy pozwolił sobie okazać zniecierpliwienie. — Mogę zapytać, co to ma wspólnego z tymi morderstwami? Już mówiłem, że ich nie znałem, i nie rozumiem, jaki to ma związek z moim trudnym dzieciństwem.

— Sprawdzamy każdy, nawet najsłabszy trop. Musiałem sprawdzić telefony Andersa do państwa, ale jak widać, nigdzie mnie to nie zaprowadziło. Przepraszam, że zabrałem tyle czasu.

Patrik wstał i wyciągnął rękę. Jan podał swoją, odłożywszy cygaro do popielniczki.

— Nie ma sprawy. Miło było poznać.

Proszę, jaki przymilny, pomyślał Patrik, wchodząc po schodach za Janem. W zestawieniu z sutereną mieszkanie Nelly wydało mu się jeszcze gustowniejsze niż przedtem. Szkoda, że Nelly nie dała żonie Jana numeru telefonu swego architekta wnętrz.

Patrik podziękował i wyszedł z uczuciem, że skupił się na błahostkach, a tymczasem umknęło mu coś ważnego. Z jednej strony miał niejasne wrażenie, że widział u Jana coś, czego znaczenie powinien rozszyfrować. Coś, co wyraźnie odstawało od wystawnego wystroju jego gabinetu. Z drugiej zaś myślał, że z Janem coś jest nie w porządku. Po chwili powrócił jednak do pierwszej myśli, że facet jest po prostu zbyt doskonały, żeby być przekonujący.


Padał gęsty śnieg. Dochodziła już siódma, kiedy Patrik stanął na progu jej domu. Zdziwiła ją własna reakcja na jego widok: tak naturalnie objęła go za szyję i przytuliła. Patrik postawił na podłodze dwie torby z zakupami i przez dłuższą chwilę odwzajemniał jej uścisk.

— Tęskniłam za tobą.

— Ja też.

Całowali się czule do chwili, gdy Patrikowi głośno zaburczało w brzuchu. W kuchni okazało się, że Patrik kupił za dużo jedzenia. Erika wstawiła je do lodówki. Podczas przygotowywania kolacji za milczącym porozumieniem nie rozmawiali o tym, jak spędzili dzień. Patrik zaczął opowiadać dopiero przy stole, kiedy już się najadł.

— Anders Nilsson nie żyje. Znaleziono go martwego w mieszkaniu.

— Ty go znalazłeś?

— Nie, byłem tam kilka minut później.

— Jak umarł?

Patrik na moment się zawahał.

— Został powieszony.

— Powieszony. To znaczy został zamordowany? — Erika nie ukrywała podniecenia.

— Ten sam sprawca, który zabił Alex?

Patrik nawet nie liczył, ile razy padło dziś to pytanie. Bez wątpienia istotne.

— Tak nam się wydaje.

— Macie jakieś nowe tropy? Ktoś coś widział? Czy jest jakaś jedna konkretna rzecz łącząca te morderstwa?

— Tylko spokój! — Patrik podniósł ręce w obronnym geście. — Nie mogę ci więcej powiedzieć. A poza tym moglibyśmy porozmawiać o czymś przyjemniejszym. Na przykład o tym, jak tobie minął dzień.

Erika uśmiechnęła się krzywo. Żeby wiedział, że dla niej też ten dzień nie był zbyt przyjemny. Nie mogła jednak nic powiedzieć. Dan musi to zrobić sam.

— Najpierw pospałam, a potem większą część dnia pisałam. Niezbyt ciekawie, nie to, co u ciebie.

Siedzieli przy stole ze splecionymi dłońmi. Jak dobrze, bezpiecznie być razem, gdy na dworze tak ciemno. Śnieg nadal sypał. Wielkie płatki spadały z nieba jak gwiazdy.

— Myślałam też o Annie i o domu. Parę dni temu, kiedy rozmawiałyśmy, rzuciłam słuchawką i od tamtej pory mam wyrzuty sumienia. Zachowałam się samolubnie. Myślałam tylko o sobie, o tym, jak się będę czuć po sprzedaży domu. Tymczasem Annie też nie jest łatwo. Robi, co może w tej sytuacji, a ja wprawdzie uważam, że błądzi, ale przecież nie robi tego złośliwie. Czasem jest bezmyślna i naiwna, ale wobec mnie zawsze była czuła i wielkoduszna. Wyładowałam na niej swój żal i rozczarowanie. Może rzeczywiście najlepiej będzie sprzedać dom. Zacząć od nowa. Za te pieniądze mogłabym nawet kupić nowy dom, oczywiście znacznie mniejszy. Chyba jestem sentymentalna. Trzeba żyć dalej, przestać żałować tego, co mogło być, i skupić się na tym, co się ma.

Patrik rozumiał, że Erika ma na myśli nie tylko dom.

— Jak doszło do tego wypadku? Nie masz mi za złe, że pytam?

— Nie, w porządku. — Odetchnęła głębiej. — Rodzice wracali od siostry ojca. Mieszka w Strömstad. Było ciemno, po deszczu złapał mróz, na szosie była szklanka. Tata jeździł ostrożnie, ale prawdopodobnie na drogę wybiegło jakieś zwierzę. Samochód gwałtownie zarzuciło, wpadł w poślizg i uderzył prosto w drzewo. Prawdopodobnie oboje zginęli na miejscu. Tak nam w każdym razie powiedzieli, bo nie wiadomo, czy tak było naprawdę.

Z oka spłynęła jej łza. Patrik nachylił się i ją starł. Potem chwycił ją za podbródek, zmuszając, by na niego spojrzała.

— Gdyby to nie była prawda, nie powiedzieliby. Jestem przekonany, że nie cierpieli. Absolutnie przekonany.

Erika w milczeniu skinęła głową. Uwierzyła mu i poczuła się, jakby jej zdjęto z piersi wielki ciężar. Samochód spłonął po wypadku i Erika spędziła niejedną bezsenną noc, myśląc z przerażeniem, że rodzice jeszcze żyli. Słowa Patrika rozproszyły jej lęki. Po raz pierwszy od wypadku myślała o tym spokojnie. Został żal, ale lęk zniknął. Patrik starł jej z policzka parę zabłąkanych łez.

— Biedna ty moja. Biedulka.

Wzięła jego dłoń i przyłożyła sobie do policzka.

— Wcale nie, nie żałuj mnie, Patriku. Prawdę mówiąc, nigdy nie byłam równie szczęśliwa jak w tej chwili. Dziwne, ale przy tobie czuję się całkowicie bezpieczna. W ogóle nie odczuwam niepokoju, jaki się zwykle czuje na początku związku. Jak myślisz, z czego to wynika?

— Z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

Słysząc te uroczyste słowa, Erika zarumieniła się, bo czuła tak samo. Jakby odnalazła drogę do domu.

Wstali jak na sygnał, zostawiając na stole naczynia, i poszli objęci do sypialni. Na dworze szalała zamieć.


Dziwnie się czuła, mieszkając znów w swoim panieńskim pokoiku. Zwłaszcza że zmienił jej się gust, a pokój pozostał, jaki był. Dużo różowego i koronek to już nie to.

Julia leżała na wąskim łóżku i wpatrywała się w sufit. Ręce splotła na brzuchu. Wszystko się waliło. Życie jej się waliło, rozpadało na kawałki. Miała wrażenie, jakby dotąd żyła w gabinecie luster, gdzie nic nie jest takie, jak się zdaje. Nie wiedziała, co dalej ze studiami. Cały zapał z niej uszedł, w środku semestru. Nie wierzyła zresztą, aby ktoś dostrzegł jej nieobecność. Nigdy nie było jej łatwo o przyjaciół.

Mogłaby do późnej starości leżeć w tym różowym pokoju i wpatrywać się w sufit, a Birgit i Karl-Erik nie odważą się jej przeszkadzać. Może do końca życia żyć na ich koszt, bo kluczem do ich skarbonki są wyrzuty sumienia.

Julia miała uczucie, jakby szła pod wodą. Ruchy miała ciężkie i spowolnione, dźwięki dochodziły jak przepuszczone przez filtr. Kiedyś było inaczej. Płonęła słusznym gniewem i nienawiścią, która ją samą przerażała. Nienawiść została, ale teraz towarzyszyła jej rezygnacja. Julia była tak przyzwyczajona gardzić samą sobą, że nienawiść obróciła też przeciwko sobie. Trudno pozbyć się starego nawyku, zwłaszcza że opanowała go do perfekcji.

Odwróciła się na bok. Na biurku stało zdjęcie — jej i Alex. Trzeba je wyrzucić, ale najpierw musi zebrać siły. Potem podrze je na kawałeczki i wyrzuci. Skrzywiła się na widok uwielbienia malującego się w jej spojrzeniu na zdjęciu. Alex jak zwykle chłodna i piękna, a stojące obok brzydkie kaczątko spogląda na nią z zachwytem. Według Julii Alex nie mogłaby zrobić nic niewłaściwego. Julia chciała wierzyć, że pewnego dnia wylęgnie się z kokonu równie piękna i pewna siebie jak Alex. Na myśl o swojej naiwności uśmiechnęła się z politowaniem. Cóż za gorzki żart. Najgorsze, że jej kosztem. Ciekawe, czy obmawiali ją za plecami, czy wyśmiewali się z głupiej i brzydkiej Julii.

Usłyszała ostrożne pukanie i skuliła się na łóżku. Wiedziała, kto puka.

— Julio, martwimy się o ciebie. Może byś zeszła do nas na chwilę?

Nie odpowiedziała, wpatrując się ze skupieniem w kosmyk włosów.

— Dziecko kochane, proszę cię.

Birgit usiadła na krześle stojącym przy biurku i zwróciła się w kierunku Julii.

— Rozumiem, że jesteś na nas wściekła, może nawet nas nienawidzisz, ale wierz mi, nie chcieliśmy cię skrzywdzić.

Julia z przyjemnością stwierdziła, że Birgit wygląda na skrajnie wyczerpaną, jakby miała za sobą wiele nieprzespanych nocy. Pewnie tak było. Wokół oczu pojawiły się nowe zmarszczki jak kurze łapki. Julia pomyślała złośliwie, że Birgit będzie musiała przyśpieszyć lifting, który miała zamiar sobie zrobić w prezencie z okazji przypadających za rok sześćdziesiątych piątych urodzin. Birgit przysunęła się bliżej i położyła rękę na ramieniu Julii. Julia ją odtrąciła. Birgit odsunęła się urażona.

— Wszyscy cię kochamy. Przecież wiesz.

A jakże. Po co to mówić? Przecież wiadomo, jak jest. Birgit nie ma pojęcia o miłości. Kochała jedynie Alex. Zawsze tylko Alex.

— Julio, musimy porozmawiać, powinniśmy się nawzajem wspierać.

Głos jej zadrżał. Julia była ciekawa, ile razy Birgit pomyślała, że wolałaby, aby to ona zginęła zamiast Alex. Obserwowała Birgit, jak zrezygnowana wstaje, z drżeniem odstawia na miejsce krzesło i przed wyjściem rzuca jej błagalne spojrzenie. Odwróciła się do ściany. Drzwi zamknęły się cicho.


Patrik nigdy nie przepadał za porankami, ale dzisiejszy był wyjątkowo ciężki. Po pierwsze dlatego, że musiał wstać z ciepłego łóżka, zostawiając w nim Erikę, i pojechać do pracy. Po drugie dlatego, że aby wyjechać, musiał przez pół godziny odśnieżać samochód. A po trzecie ten cholerny samochód nie chciał zapalić. Po kilku daremnych próbach dał za wygraną i pożyczył samochód od Eriki. Na szczęście zaskoczył od razu.

Wparował do komisariatu z półgodzinnym opóźnieniem. Pociągnął kilka razy za przód koszuli, żeby się trochę ochłodzić, bo aż się zgrzał od tego odśnieżania. Przystanął jeszcze przy maszynce do kawy i dopiero gdy z napełnioną filiżanką zasiadł za biurkiem, poczuł, jak mu się tętno uspokaja. Na chwilę pozwolił sobie pogrążyć się w miłosnych marzeniach. Ostatnia noc była równie cudowna jak poprzednia. Udało mu się zachować resztki zdrowego rozsądku i przespać kilka godzin. Powiedzieć, że jest wypoczęty, byłoby przesadą, ale nie był tak nieprzytomny ze zmęczenia jak wczoraj.

Najpierw przejrzał notatki z wczorajszego spotkania z Janem. Nie przyniosło wprawdzie żadnych nowych interesujących szczegółów, ale nie uważał tego czasu za stracony. Istotne było również wyrobienie sobie zdania na temat osób zamieszanych w sprawę. „Dochodzenia w sprawach o morderstwo dotyczą ludzi” — powtarzał jeden z jego wykładowców w szkole policyjnej i Patrik zapamiętał te słowa. Uważał, że zna się na ludziach. Kiedy przesłuchiwał świadków i podejrzanych, starał się oderwać na chwilę od faktów i skupić na danej osobie, by wyrobić sobie pogląd na jej temat. Jan nie zrobił na nim dobrego wrażenia. Patrik spróbował podsumować swoje odczucia: niegodny zaufania, oślizły i lubieżny. Było dla niego oczywiste, że Jan coś ukrywa. Sięgnął ponownie do papierów dotyczących Lorentzów. Nadal nie potrafił dopatrzyć się związku między tymi ludźmi a morderstwami. Poza telefonami Andersa do Jana. Nie mógłby jednak udowodnić, że historia o głuchych telefonach jest niezgodna z prawdą. Patrik wyjął teczkę z materiałami na temat śmierci rodziców Jana. Niepokoiło go coś, co usłyszał w głosie Jana, jakiś fałszywy ton, kiedy o tym opowiadał. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Podniósł słuchawkę i wybrał numer znany mu na pamięć.

— Cześć, Vicky, co słychać?

Vicky odpowiedziała, że wszystko w porządku. Po tych grzecznościowych formułkach Patrik mógł przedstawić swoją prośbę.

— Słuchaj, czy mogę cię prosić o przysługę? Sprawdzam gościa, który prawdopodobnie został wpisany do rejestru opieki społecznej w siedemdziesiątym roku lub coś koło tego. Nazywał się Jan Norin, wiek dziesięć lat. Macie w archiwach coś z tamtego czasu? Okej, czekam.

Bębnił niecierpliwie po biurku, podczas gdy Vicky Lind z biura opieki społecznej sprawdzała w systemie komputerowym. Odezwała się po dłuższej chwili.

— Masz te dane? Super. Możesz jeszcze sprawdzić, kto prowadził tę sprawę? Siv Persson. Świetnie, znam ją. Masz jej numer telefonu?

Patrik zapisał numer na karteczce post-it, zapewnił Vicky, że pewnego dnia zaprosi ją na obiad, i się rozłączył. Zadzwonił pod podany numer i od razu usłyszał w słuchawce pełen energii głos. Okazało się, że Siv doskonale pamięta przypadek Jana Norina i Patrik może zaraz do niej przyjść.

Ściągnął kurtkę, a przy okazji przewrócił wieszak, który padając z hałasem, strącił ze ściany planszę, a z półki doniczkę. Zostawił to na razie i wyszedł na korytarz. Zobaczył głowy kolegów wyglądających ciekawie ze swoich pokoi. Pomachał im i wybiegł na dwór.

Biuro opieki społecznej znajdowało się w odległości paruset metrów od komisariatu. Patrik brnął przez śnieg w stronę pasażu handlowego, skręcił przy gospodzie. Został mu jeszcze niewielki kawałek. Opieka społeczna miała siedzibę w tym samym budynku co zarząd gminy. Patrik wszedł po schodach i przywitał się z siedzącą w recepcji dawną koleżanką z liceum, która go wpuściła do Siv. Siv Persson przywitała się bez zbędnych ceregieli, na siedząco, bo nieraz miewali ze sobą do czynienia służbowo. Szanowali się nawzajem, chociaż nie zawsze byli tego samego zdania. Siv była jedną z najmilszych osób, jakie znał, chociaż jednocześnie Patrik był zdania, że pracownik socjalny nie powinien postrzegać ludzi tylko od najlepszej strony. Podziwiał ją jednak za to, że nadal wierzy w ludzi, mimo że tyle razy się nacięła. Z Patrikiem było wprost przeciwnie.

— Cześć, jakoś udało ci się przebrnąć przez zaspy!

Patrik od razu zwrócił uwagę na nienaturalny ton w jej głosie.

— Tak, chociaż przydałby się skuter śnieżny.

Siv chwyciła zawieszone na szyi okulary i założyła je na czubek nosa. Miały czerwoną oprawkę, dopasowaną do ubrania. Lubiła zdecydowane kolory. Uczesanie to samo co zawsze, na pazia z krótką grzywką obciętą tuż nad brwiami. Włosy lśniły miedzią. Patrikowi poprawiał się humor od samego patrzenia na nią.

— Chciałbyś się zapoznać z jedną z moich dawnych spraw, tak? Jan Norin.

Znów ten szczególny ton. Na biurku leżała spora teczka materiałów przygotowanych dla Patrika.

— Jak widzisz, jest tego sporo. Jego rodzice ćpali, oboje. Nawet gdyby nie ten wypadek, i tak musielibyśmy interweniować. Chłopak był puszczony samopas, wychowywał się właściwie sam. Do szkoły przychodził brudny i obdarty, koledzy mu dokuczali, bo śmierdział. Prawdopodobnie sypiał w dawnej stajni i do szkoły przychodził w tym samym ubraniu, w którym spał.

Spojrzała na niego znad okularów.

— Zakładam, że nie zrobisz złego użytku z tych informacji i dostarczysz mi pisemną zgodę na wgląd do tych dokumentów?

Patrik kiwnął głową. Zdawał sobie sprawę z konieczności przestrzegania pewnych procedur, ale skuteczność pracy dochodzeniowej wymagała czasem, by procedur dopełnić dopiero po fakcie. Do tej pory współpraca dobrze im się układała, ale rozumiał, że Siv musiała to powiedzieć.

— A dlaczego nie interweniowaliście wcześniej? Jak można było pozwolić, żeby sprawy zaszły tak daleko? Dzieciak był zaniedbywany od urodzenia, a w chwili śmierci rodziców miał dziesięć lat.

Siv westchnęła głęboko.

— Rozumiem cię i uwierz, że myślałam tak samo. Ale kiedy tu zaczęłam pracować, jakiś miesiąc przed tym pożarem, były inne czasy. Trzeba było naprawdę skrajnego przypadku, żeby władze zdecydowały się na ograniczenie władzy rodzicielskiej. W dodatku była moda na liberalne wychowanie, co mściło się zwłaszcza na dzieciach takich jak Jan. Nie miał na ciele śladów świadczących o biciu. Ujmując rzecz brutalnie, byłoby dla niego lepiej, gdyby został pobity i trafił do szpitala, bo wtedy opieka społeczna zajęłaby się rodziną. Ale oni albo bili tak, że nie było widać, albo dopuścili się tylko zaniedbywania dziecka. — Siv zaznaczyła palcami cytat.

Patrik mimo woli poczuł odruch sympatii do małego Jana. Czy można zostać normalnym człowiekiem, jeśli wzrasta się w takich warunkach?

— Nie powiedziałam ci jeszcze najgorszego. Nie udało nam się tego udowodnić, ale wiele wskazywało, że rodzice pozwalali go wykorzystywać różnym mężczyznom w zamian za pieniądze albo narkotyki.

Patrik oniemiał.

— Nie mieliśmy pewności, ale dziś można stwierdzić, że zachowywał się w sposób typowy dla dzieci wykorzystywanych seksualnie. Miał na przykład wielkie problemy z zachowaniem w szkole. Jak powiedziałam, dzieci mu dokuczały, a jednocześnie bały się go.

Siv otworzyła teczkę i zaczęła szukać wśród papierów.

— O, jest. W drugiej klasie przyniósł do szkoły nóż i groził nim jednemu z najgorszych prześladowców. Skaleczył go nawet, i to w twarz, ale dyrekcja wyciszyła sprawę i z tego, co widzę, nie został ukarany. Potem były jeszcze różne zajścia z agresywnym zachowaniem wobec kolegów, ale historia z nożem była najpoważniejsza. Kilka razy były na niego skargi za niewłaściwe zachowanie wobec dziewczynek z klasy. Jak na jego młody wiek były to bardzo daleko posunięte aluzje i zachowania seksualne. Te skargi też nie miały dalszych konsekwencji. Wtedy jeszcze nie wiedziano, jak postępować z dzieckiem, które ma takie zaburzenia w relacjach z otoczeniem. Dziś już po pierwszych sygnałach byłaby jakaś reakcja, pamiętaj jednak, że działo się to na początku lat siedemdziesiątych, gdy świat wyglądał zupełnie inaczej.

Patrik bardzo współczuł Janowi. Był oburzony takim stosunkiem do dziecka.

— A po pożarze? Było więcej incydentów?

— Nie, i to jest właśnie dziwne. Prawie natychmiast po pożarze trafił do Lorentzów i już nigdy nie słyszeliśmy, żeby były z nim jakieś problemy. Sama parę razy byłam tam na kontroli i dzieciak był jak odmieniony. W garniturze, pięknie uczesany, patrzył prosto w oczy bez mrugnięcia i uprzejmie odpowiadał na pytania. To było niesamowite. Ludzie się tak nie zmieniają, a w każdym razie nie tak szybko.

Patrik drgnął. Pierwszy raz słyszał, żeby Siv powiedziała coś nieprzychylnego o swoim podopiecznym. Domyślił się, że stoi za tym coś więcej. Że chciałaby coś powiedzieć, ale będzie ją musiał o to spytać.

— A jeśli chodzi o ten pożar…

Zawiesił głos. Siv wyprostowała się na krześle i Patrik zrozumiał, że jest na właściwym tropie.

— Doszły do mnie pewne pogłoski na ten temat. — Spojrzał na nią pytająco.

— Trudno, żebym komentowała pogłoski. Co takiego słyszałeś?

– Że to było podpalenie. W protokole z dochodzenia też napisano „prawdopodobne podpalenie”, ale nie znaleziono śladów prowadzących do sprawców. Pożar wybuchł na parterze, a rodzice spali na piętrze. Nie mieli szans. Może wiesz, kto nienawidził ich tak bardzo, że mógłby zrobić coś takiego?

— Tak.

Krótka odpowiedź padła tak cicho, że przez chwilę Patrik nie był pewien, czy się nie przesłyszał.

Powtórzyła głośniej:

— Tak, wiem, kto nienawidził Norinów do tego stopnia, że był gotów ich spalić.

Patrik milczał, nie chcąc jej ponaglać.

— Przyjechałam tam razem z policją. Na miejscu była już straż pożarna. Jeden ze strażaków poszedł do stajni, żeby sprawdzić, czy nie wpadła tam jakaś iskra i nie ma zarzewia nowego pożaru. W tej stajni znalazł Jana. Dzieciak nie chciał wyjść, więc zadzwonili do nas, do opieki społecznej. Pracowałam tam od niedawna, jako asystentka społeczna. Teraz, po latach, przyznaję, że bardzo mnie zaciekawiła ta sprawa. Jan siedział oparty o ścianę w najdalszym kącie stajni, pilnowany przez strażaka, któremu wyraźnie ulżyło, kiedy się zjawiliśmy. Wyprosiłam policjantów i weszłam sama. Myślałam, że dziecko potrzebuje pocieszenia i trzeba je jak najszybciej zabrać. Cały czas gmerał rękami, ale było ciemno i nie widziałam, co robi. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że trzyma coś na kolanach. To było to pudełko zapałek. Z wielką przyjemnością rozdzielał zapałki: po jednej stronie pudełka kładł czarne, wypalone, a po drugiej niewypalone, z czerwonymi łepkami. Na buzi malowała się sama radość. Po prostu biła od niego takim żarem… w życiu nie widziałam nic równie okropnego. Do tej pory czasem przed snem mam tę buzię przed oczami. Podeszłam i ostrożnie wyjęłam mu z ręki zapałki. Spojrzał na mnie i zapytał: „Już nie żyją?”. Tylko tyle. „Już nie żyją?”. A potem zachichotał i posłusznie dał się wyprowadzić ze stajni. Przed wyjściem w kącie zobaczyłam koc, latarkę i stos ubrań. Wtedy do mnie dotarło, że jesteśmy współwinni śmierci jego rodziców. Należało interweniować wiele lat wcześniej.

— Mówiłaś o tym komuś?

— Nie, a niby co miałabym powiedzieć? Że bawił się zapałkami, więc na pewno jest sprawcą pożaru? Słowa o tym nie powiedziałam nikomu, dopóki ty nie zapytałeś. Ale zawsze się spodziewałam, że prędzej czy później policja się nim zainteresuje. W co jest zamieszany?

— Jeszcze nie mogę ci powiedzieć, ale przyrzekam, że powiem, kiedy tylko będę mógł. Bardzo ci jestem wdzięczny za te informacje. Zaraz zajmę się załatwianiem papierków, żebyś nie miała problemów.

Pokiwał ręką i już go nie było.

Siv Persson siedziała za biurkiem. Okulary zawisły na łańcuszku, zamknęła oczy i potarła nasadę nosa.

Patrik wyszedł na zasypany śniegiem chodnik i w tej samej chwili zadzwoniła jego komórka. Zesztywniałymi z zimna palcami z trudem otworzył klapkę telefonu. Miał nadzieję, że to Erika, ale na wyświetlaczu pokazał się numer centrali komisariatu.

— Patrik Hedström. Cześć, Annika. Nie, jestem w drodze. Dobrze, ale zaczekaj, zaraz tam będę.

Zamknął klapkę. Znów jej się udało. Annika odkryła, że w życiorysie Alex coś się nie zgadza.


Śnieg skrzypiał pod butami, gdy truchtał do komisariatu. Szło mu się łatwiej, bo gdy był u Siv, ulicą zdążył przejechać pług. Pasaż handlowy był prawie pusty, mało kto chciał wychodzić w taki mróz, a jeśli już, to szedł szybko z podniesionym kołnierzem i czapką naciągniętą na uszy.

Patrik wszedł do komisariatu i otrzepał śnieg z butów. Zwrócił uwagę, że śnieg plus półbuty równa się mokre skarpetki. Powinien był to przewidzieć.

Poszedł prosto do pokoju Anniki. Sądząc po jej zadowolonej minie, musiała znaleźć coś naprawdę istotnego.

— Co się stało? Wszystkie ubrania są w praniu. Nie masz nic na zmianę?

Patrik najpierw nie zrozumiał pytania, ale patrząc na jej uśmieszek, domyślił się, że stroi sobie z niego żarty. Wreszcie zaskoczył i spojrzał na siebie. Cholera, nie przebierał się od przedwczoraj, kiedy pojechał do Eriki. Przypomniał sobie poranne odśnieżanie i zaczął się zastanawiać, czy pachnie brzydko, czy może b a r d z o brzydko.

Wymamrotał coś w odpowiedzi i spojrzał na nią ze złością, co jeszcze bardziej ją rozśmieszyło.

— Doprawdy, bardzo śmieszne. Do rzeczy. Mówże, kobieto!

Z udawanym gniewem grzmotnął pięścią w blat. W tym samym momencie przewrócił się wazon z kwiatami, a woda rozlała się na biurko.

— Ojej, przepraszam. Nie chciałem. Ale ze mnie niezgraba…

Rozejrzał się za czymś do wytarcia wody, ale Annika jak zwykle uprzedziła go, wyczarowując zza biurka papierowe ręczniki. Spokojnie przystąpiła do wycierania i równocześnie wydała znajomą komendę:

— Siad!

Patrik usiadł posłusznie i pomyślał, że w nagrodę powinien dostać smakołyk.

— Zaczynamy?

Nie czekając na odpowiedź, Annika zaczęła czytać z ekranu swego komputera.

— No więc tak. Cofnęłam się w czasie, zaczynając od daty jej śmierci. W okresie, kiedy mieszkała w Göteborgu, wszystko się zgadza. Razem z przyjaciółką otworzyła galerię w 1989 roku. Wcześniej spędziła pięć lat na uniwersytecie we Francji, gdzie studiowała historię sztuki. Dostałam dziś faksem jej świadectwa. Wynika z nich, że do egzaminów przystępowała w terminie i zaliczała je. Nie była wybitną studentką, raczej średnią.

Annika zrobiła przerwę i spojrzała na Patrika. Pochylił się, usiłując czytać z ekranu. Odwróciła monitor, żeby za wcześnie nie dotarł do jej odkrycia.

— Przedtem była szkoła z internatem w Szwajcarii. Chodziła do międzynarodowej szkoły, L’École de Chevalier, koszmarnie drogiej. — Annika położyła nacisk na ostatnie słowa. — Z informacji, które dostałam od nich telefonicznie, wynika, że czesne za jeden semestr wynosi w przybliżeniu sto tysięcy koron, a trzeba jeszcze doliczyć koszt mieszkania, wyżywienia, ubrania i książki. Sprawdziłam, ta opłata była równie wysoka w czasach, gdy uczyła się tam Alexandra Wijkner.

Patrik chłonął jej słowa. Po chwili zaczął głośno myśleć:

— Pytanie, jak Carlgrenów było stać na taką szkołę dla Alex? O ile mi wiadomo, Birgit Carlgren nigdy nie pracowała zawodowo, a jej mąż na pewno nie zarabiał tyle, żeby go było stać na takie czesne. Sprawdzałaś…

Annika przerwała mu.

— Tak, zapytałam, kto dokonywał wpłat za Alexandrę, ale takich informacji nie udzielają. Mógłby ich do tego skłonić jedynie nakaz szwajcarskiej policji, ale uzyskanie go zabrałoby — przy tej biurokracji — pół roku. Tak więc zabrałam się od drugiego końca i zaczęłam sprawdzać finanse Carlgrenów na przestrzeni wielu lat. Może odziedziczyli jakiś spadek? Czekam na informacje z banku, potrwa to jeszcze kilka dni. Ale — zrobiła pauzę — nie to jest najciekawsze. Carlgrenowie podają, że Alex zaczęła edukację w szwajcarskiej szkole w semestrze wiosennym 1977, lecz z rejestrów szkoły wynika, że dopiero wiosną 1978 roku.

Annika rozparła się triumfująco na krześle i skrzyżowała ramiona na piersi.

— Pewna jesteś?

— Sprawdziłam nie raz i nie dwa. W życiorysie Alex jest luka od wiosny 1977 do wiosny 1978 roku. Nie wiadomo, gdzie wtedy była. Wyprowadzili się stąd w marcu 1977 roku i potem nie ma żadnych, absolutnie żadnych informacji, aż do chwili pojawienia się Alex w szkole w Szwajcarii. Jednocześnie jej rodzice pojawili się w Göteborgu, gdzie kupili dom, a Karl-Erik Carlgren został szefem firmy średniej wielkości, zajmującej się handlem hurtowym.

— I o nich też nie wiadomo, gdzie w tym czasie byli?

— Nie. Ciągle sprawdzam. Wiadomo tylko, że nie ma dowodów, żeby w tym okresie byli w Szwecji.

Patrik zaczął liczyć na palcach.

— Alex urodziła się w 1965 roku, czyli w 1977 roku miała dwanaście lat.

Annika sprawdziła na ekranie komputera.

— Urodziła się trzeciego stycznia. Zgadza się. Kiedy się wyprowadzili, miała dwanaście lat.

Patrik kiwnął głową w zamyśleniu. Informacje zdobyte przez Annikę są cenne, ale przynoszą nowe pytania. Gdzie Carlgrenowie przebywali od wiosny 1977 roku do wiosny 1978 roku? Nie mogli tak po prostu zniknąć. Na pewno są jakieś ślady, tylko trzeba je znaleźć. Ale musi być coś jeszcze. Nie dawała mu spokoju uwaga lekarza sądowego, że Alex już kiedyś rodziła.

— Więcej luk w jej życiorysie nie znalazłaś? A może ktoś za nią zdawał egzaminy na uniwersytecie? Albo jej wspólniczka przez jakiś czas prowadziła galerię sama? Nie chodzi o to, żebym nie ufał twoim informacjom, ale czy mogłabyś sprawdzić to jeszcze raz? I popytaj w szpitalach, czy rodziła u nich Alexandra Carlgren albo Wijkner. Zacznij od szpitali w Göteborgu, a jeśli tam nic nie znajdziesz, szukaj dalej, posuwając się w głąb kraju. Gdzieś muszą być jakieś dane na ten temat. Przecież dziecko nie może ot tak zniknąć.

— A nie mogła urodzić za granicą? Na przykład gdy chodziła do tej szkoły w Szwajcarii? Albo we Francji?

— Oczywiście, że też sam na to nie wpadłem! Może uda się zdobyć informacje oficjalnymi kanałami policyjnymi? Może w ten sposób wpadniemy na trop Carlgrenów. Paszporty, wizy, ambasady. Gdzieś muszą być informacje, dokąd pojechali.

Annika pilnie notowała.

– À propos, czy któremuś z kolegów udało się dowiedzieć czegoś konkretnego?

— Ernst sprawdził alibi Bengta Larssona. Zgadza się, więc jego można skreślić. Martin rozmawiał przez telefon z Henrikiem Wijknerem, ale niczego się od niego nie dowiedział o relacji między Andersem i Alex. Pogada jeszcze z kumplami Andersa od flaszki, żeby ich wypytać, może im coś mówił. A Gösta… siedzi w swoim pokoju, użalając się nad sobą, próbując się zebrać, żeby jechać do Göteborga na rozmowę z Carlgrenami. Założę się, że wyruszy najwcześniej w poniedziałek.

Patrik westchnął. Jeśli chce znaleźć rozwiązanie sprawy, będzie musiał je sam wydreptać, nie oglądając się na kolegów.

— A nie pomyślałeś, żeby zapytać Carlgrenów wprost? Może nie ma w tym nic podejrzanego i wytłumaczenie jest zupełnie naturalne?

— To oni podali nam takie właśnie informacje o Alex, z jakichś powodów ukrywając, co wtedy robili. Porozmawiam z nimi, ale chciałbym być pewien swego, żeby nie próbowali się wykręcać.

Annika odchyliła się na krześle i uśmiechnęła podstępnie.

— No to kiedy ślub?

Patrik wiedział, że Annika nie wypuści zdobyczy tak łatwo. Trzeba się pogodzić. Przez jakiś czas będzie ulubionym tematem jej żartów.

— Jeszcze trochę na to za wcześnie. Zanim damy na zapowiedzi, powinniśmy chyba być ze sobą przynajmniej tydzień.

— Proooszę, czyli jesteście parą.

Patrik zdał sobie sprawę, że nieodwołalnie wpadł w jej sidła.

— Właściwie nie, chociaż tak, no może… Sam nie wiem. Dobrze nam razem i tyle, ale wszystko jest takie świeże, zresztą może ona niedługo wróci do Sztokholmu. Tyle na razie i tym musisz się zadowolić.

Patrik wił się jak piskorz.

— Już dobrze, ale oczekuję bieżących informacji o rozwoju wydarzeń, słyszysz? — Annika pogroziła mu palcem.

Skinął głową z rezygnacją.

— Tak, tak, dowiesz się wszystkiego. Przyrzekam. Zadowolona?

— Na razie może być.

Wstała, obeszła biurko i zanim się zorientował, przytuliła go do obfitej piersi. Uściskała go tak mocno, że aż mu żebra zatrzeszczały.

— Tak się cieszę ze względu na ciebie. Tylko pamiętaj, masz się naprawdę postarać, obiecaj mi to.

Patrik nie odpowiedział, bo na moment stracił oddech, ale milczenie odczytała jako potwierdzenie i wypuściła go z objęć. Przedtem jednak uszczypnęła go jeszcze w policzek.

— Idź do domu się przebrać. Cuchniesz!

Po takim komentarzu na do widzenia musiał przez chwilę dochodzić do siebie na korytarzu. Pobolewały go żebra i policzek. Bardzo lubił Annikę, ale chwilami wolałby, żeby trochę ostrożniej obchodziła się z liczącym trzydzieści pięć wiosen mężczyzną, którego kondycja fizyczna pozostawia wiele do życzenia.


Wysepka, na której znajdowało się kąpielisko, o tej porze roku była zupełnie pusta. Latem panował tu gwar, teraz tylko wiatr zawodził nad grubą pokrywą śniegu, który napadał ostatniej nocy. Erika ostrożnie stąpała po ośnieżonych skałkach. Potrzebowała świeżego powietrza, a stąd, z Badholmen, miała w dodatku rozległy widok na wyspy i bezkres lodu. Z oddali dobiegał szum samochodów, poza tym panowała błoga cisza. Prawie słyszało się własne myśli. Obok stała wieża do skoków do wody. Nie była tak wysoka jak w latach dzieciństwa, gdy wydawała się sięgać nieba, ale na tyle wysoka, że Erika nawet w piękny słoneczny dzień nie odważyłaby się skoczyć z najwyższej platformy.

Mogłaby tu stać w nieskończoność. Chłód, choć przenikliwy, nie miał do niej dostępu, bo odpowiednio się ubrała. Miała nawet wrażenie, że taje od środka. Nie zdawała sobie sprawy ze swej samotności aż do chwili, gdy przestała być samotna. A jeśli będzie musiała wrócić do Sztokholmu? Mimo wszystko to paręset kilometrów, a na związek na odległość czuła się już za stara.

Czy uda jej się zostać we Fjällbace, jeśli będzie musiała w końcu sprzedać dom? Nie chciała wprowadzać się do Patrika, zanim ich związek nie okaże się trwały, a to wymaga czasu. A w takim razie powinna znaleźć sobie inne mieszkanie.

Problem w tym, że ta perspektywa jej się nie podobała. Głównie dlatego, że jeśli dom zostanie sprzedany, wolałaby przeciąć więzy łączące ją z Fjällbacką, niż patrzeć, jak obcy ludzie chodzą po jej rodzinnym gnieździe. Nie wyobrażała sobie również, że miałaby tu wynajmować jakieś mieszkanie. Byłoby to bardzo dziwne. Nakładające się na siebie nieprzyjemne myśli tłumiły wcześniejszą radość. Wszystkie problemy na pewno dałoby się rozwiązać, ale choć nie czuła się staro, lata przeżyte w pojedynkę sprawiły, że nie była już tak elastyczna. Po namyśle doszła do wniosku, że nie musi żyć w Sztokholmie, pod warunkiem że zamieszka w znajomym środowisku, bo miłość miłością, ale nie zniosłaby aż tylu zmian.

Możliwe zresztą, że do tego nastawienia przyczyniła się śmierć rodziców, zmiana dostatecznie wielka, żeby przez całe lata chcieć tylko tego, aby życie było bezpieczne i przewidywalne. Dotąd bała się wiązać. Teraz jednak niczego nie pragnęła bardziej, niż włączyć Patrika do tego bezpiecznego, przewidywalnego życia i móc planować kolejne etapy. Wspólne zamieszkanie, zaręczyny, ślub, dzieci, a potem wiele nakładających się na siebie powszednich dni. Aż któregoś dnia spojrzą na siebie i odkryją, że razem dożyli starości. To przecież niezbyt wygórowane życzenie.

Erika pomyślała o Alex i zrobiło jej się żal. Jakby dopiero teraz do niej dotarło, że życie Alex zakończyło się nieodwołalnie. Wprawdzie ich ścieżki od dawna się nie przecinały, od czasu do czasu myślała o niej. Wiedziała, że Alex żyje sobie gdzieś, równolegle do niej. Teraz tylko Erika ma przyszłość niosącą zarówno dobre, jak i złe chwile. Za każdym razem, gdy pomyśli o Alex, stanie przed nią obraz zwłok leżących w wannie. Krew na kafelkach i włosy jak zmrożona aureola. Może właśnie dlatego zdecydowała się napisać książkę o Alex, żeby wrócić do lat przyjaźni, a jednocześnie poznać ją taką, jaką się stała później.

W ostatnich dniach Erika zaniepokoiła się. Materiał wydał jej się płaski, jakby na trójwymiarową postać patrzyła tylko od jednej strony, nie dostrzegając pozostałych, równie ważnych. Nasuwał się wniosek, że powinna się lepiej przyjrzeć ludziom z najbliższego otoczenia Alex, nie tylko głównym postaciom, także tym z drugiego planu. Wróciła myślami do tego, co przeczuwała jako dziecko, chociaż nigdy nie uzyskała jasności w tej sprawie.

Coś się zdarzyło w roku poprzedzającym wyprowadzkę Alex, ale nikt jej nigdy nie powiedział co. Wystarczyło, że się pojawiła, a szepty milkły. Chcieli ją chronić przed wiedzą, której teraz tak bardzo potrzebuje. Problem w tym, że nie wiedziała, od którego końca zacząć. Zapamiętała tylko, że kiedy próbowała podsłuchiwać rozmawiających szeptem dorosłych, wielokrotnie słyszała słowo „szkoła”. Niewiele, ale zawsze coś. Wiedziała, że we Fjällbace nadal mieszka nauczyciel, który uczył ją i Alex. Można zacząć od niego.

Wiatr wzmógł się i Erice mimo ciepłego ubrania zrobiło się zimno. Pora się ruszyć. Rzuciła ostatnie spojrzenie na rodzinną miejscowość, osłoniętą przez wznoszącą się z tyłu górę. Latem spowijało ją złotożółte światło. Teraz była szara i jałowa, ale dla Eriki nawet piękniejsza. Latem Fjällbacka przypominała mrowisko, w którym panuje ciągły ruch. Teraz było tak spokojnie, jakby miasteczko zapadło w sen. A przecież wiedziała, że to złudny spokój, że pod powierzchnią kłębi się to samo zło co wszędzie, gdzie są ludzie. Napatrzyła się na to w Sztokholmie. Tu jednak niebezpieczeństwo wydawało się jeszcze większe. Nienawiść, zawiść, chciwość i zemsta — wszystko to zamiatano pod dywan, bo „co ludzie powiedzą”. Pod wyglansowaną powierzchnią kipiało: zło, małostkowość i złośliwość. Patrząc ze skałek Badholmen na ośnieżoną Fjällbackę, Erika zastanawiała się, jakie się tu jeszcze tajemnice skrywają.

Wzdrygnęła się, wsunęła ręce głęboko do kieszeni i poszła w kierunku centrum.


Z każdym rokiem życie stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Odkrywał coraz to nowe zagrożenia. Najpierw zdał sobie sprawę z obecności bilionów, a nawet trylionów zarazków i bakterii w swoim otoczeniu. Dotknięcie czegokolwiek stało się prawdziwym wyzwaniem. Widział przed sobą armie atakujących bakterii, powodujących miriady znanych i nieznanych chorób kończących się śmiercią w ciężkich bólach. Osobnym zagrożeniem stało się samo otoczenie. Duże powierzchnie rodziły inne niebezpieczeństwa niż małe. Wystarczyło, że znalazł się w tłumie, a oblewał się potem, oddech stawał się płytki, przyśpieszony. Pozostawało tylko jedno rozwiązanie: tylko we własnym domu mógł choćby częściowo kontrolować sytuację. Wkrótce przekonał się, że może w ogóle nie wychodzić z domu.

Ostatni raz wyszedł osiem lat temu. Od tamtej pory tłumił pragnienie wyjścia na świat tak skutecznie, że nawet nie był pewien jego istnienia. Był zadowolony i nie widział powodu, by cokolwiek zmieniać.

Axel Wennerström spędzał całe dnie na rutynowych zajęciach. Zawsze według stałego, niezmiennego schematu. Dzisiejszy dzień nie różnił się od innych. Wstał o siódmej, zjadł śniadanie i sprzątnął kuchnię. Użył silnych środków czyszczących, aby się pozbyć bakterii, które mogły się rozsiać wraz z wyjęciem jedzenia z lodówki. Kolejne godziny spędzał na odkurzaniu, wycieraniu i porządkowaniu pozostałej części domu. Dopiero koło pierwszej pozwalał sobie na przerwę. Zasiadał z gazetą na werandzie. Miał specjalną umowę z listonoszką Signe: rano dostarczała mu zafoliowaną gazetę, żeby nie musiał się dręczyć wizją brudnych rąk, które jej dotykały, nim trafiła do jego skrzynki.

Pukanie do drzwi wywołało gwałtowny przypływ adrenaliny. Nie spodziewał się nikogo. Jedzenie dostarczano mu w piątki, wcześnie rano. Nikt inny do niego nie przychodził. Zaczął mozolnie przesuwać się w stronę drzwi, centymetr po centymetrze. Pukanie powtórzyło się. Drżącą ręką sięgnął do górnego zamka i otworzył. Żałował, że nie ma wizjera, jak w drzwiach do mieszkań w blokach. Jego dom był stary i koło drzwi nie było nawet okienka, przez które mógłby zobaczyć, kto chce się do niego wedrzeć. Następnie odsunął dolny zamek i otworzył drzwi. Musiał powstrzymać się przed zamknięciem oczu ze strachu przed tym czymś nieokreślonym i przerażającym, co czeka za drzwiami.

— Pan Axel Wennerström?

Napięcie puściło. Kobiety są mniej groźne od mężczyzn. Ale na wszelki wypadek nie zdjął łańcucha.

— Tak, to ja.

Postarał się, żeby zabrzmiało to odpychająco, bo chciał tylko, żeby ta kobieta, kimkolwiek jest, zostawiła go w spokoju i sobie poszła.

— Dzień dobry. Nie wiem, czy mnie pan pamięta. Byłam pańską uczennicą. Nazywam się Erika Falck.

Szukał w pamięci. Tyle lat, tyle dzieci się przewinęło. Zaczął sobie przypominać niedużą jasnowłosą dziewczynkę. Właśnie, była córką Torego.

— Mogłabym zamienić z panem kilka słów?

Patrzyła na niego prosząco przez szparę w drzwiach. Axel westchnął, zdjął łańcuch i wpuścił ją do środka. Starał się nie myśleć o drobnoustrojach wdzierających się razem z nią do czystego domu. Wskazał palcem szafkę, dając do zrozumienia, żeby zdjęła buty. Zrobiła to posłusznie. Zdjęła też palto. Nie chciał, żeby mu brudziła w domu, więc wskazał wiklinową sofkę na werandzie. Usiadła. Axel zakonotował sobie, że zaraz po jej wyjściu trzeba uprać poduszki.

— Tyle lat minęło.

— Jeśli dobrze pamiętam, byłaś moją uczennicą jakieś dwadzieścia lat temu.

— Zgadza się. Lata lecą.

Axela denerwowała taka rozmowa o niczym. Odzywał się niechętnie. Wolałby dowiedzieć się, po co przyszła, a potem żeby zostawiła go w spokoju. Nie miał pojęcia, czego mogłaby od niego chcieć. Miał setki uczniów, ale do tej pory oszczędzali mu odwiedzin. Teraz jednak ma przed sobą Erikę Falck i siedzi jak na szpilkach, myśląc tylko, jak się jej szybko pozbyć. Co chwila spoglądał na poduszkę, na której siedziała, i miał przed oczami przyniesione przez nią bakterie. Rozchodziły się po sofce i dalej po podłodze. Nie wystarczy uprać poduszki. Kiedy wyjdzie, będzie musiał sprzątnąć i wydezynfekować cały dom.

— Na pewno zastanawia się pan, po co przyszłam.

Skinął głową.

— Słyszał pan na pewno, że Alex Wijkner została zamordowana.

Istotnie, ta śmierć przypomniała mu wiele rzeczy, o których chciał zapomnieć. Tym bardziej marzył, żeby Erika Falck wstała i poszła sobie. Ale nie zrobiła tego. Axel musiał pohamować dziecinny odruch, żeby zatkać uszy i nucić, żeby nie usłyszeć słów, które za chwilę padną.

— Mam osobiste powody, aby przyjrzeć się okolicznościom śmierci Alex, i jeśli można, chciałabym pana zapytać o kilka rzeczy.

— Proszę bardzo.

Nie zapytał o te powody. Jeśli chce zatrzymać je dla siebie, proszę bardzo, nie jest ciekawy. Niech pyta, on przecież nie musi odpowiadać. Ale, ku swemu zdziwieniu, zapragnął wszystko tej jasnowłosej kobiecie opowiedzieć. Zrzucić brzemię, które od dwudziestu pięciu lat zatruwa mu życie. Najpierw pojawiło się głęboko, w sumieniu, by jak trucizna przeniknąć umysł i całe ciało. Chwilami zdawał sobie sprawę, że właśnie stąd wzięła się jego potrzeba czystości i obawa przed utratą kontroli nad otoczeniem. Niech sobie Erika Falck pyta, o co chce. Musi poskromić pragnienie, by mówić, bo wtedy puszczą wszystkie tamy i nie będzie mógł się bronić. Nie wolno do tego dopuścić.

— Pamięta pan Alexandrę ze szkoły?

Uśmiechnął się do siebie. Większość uczniów zostawiła po sobie blade wspomnienie, ale Alexandrę pamiętał tak samo wyraźnie jak dwadzieścia pięć lat temu. Chociaż raczej nie powinien tego mówić.

— Tak, pamiętam. Pod panieńskim nazwiskiem Carlgren oczywiście.

— Naturalnie. Jak ją pan wspomina?

— Cichutka dziewczynka, zamknięta w sobie, trochę przemądrzała.

Erika była zawiedziona. Axel świadomie mówił jak najmniej, żeby słowa nie wymknęły się spod kontroli i nie popłynęły wartkim strumieniem.

— Dobrze się uczyła?

— Powiedziałbym, że ani dobrze, ani źle. Na pewno nie należała do prymusów, ale na swój sposób była inteligentna i w swojej klasie zaliczała się do średniaków.

Erika zawahała się. Axel domyślił się, że przejdzie do pytań, na których jej najbardziej zależało. Te pierwsze były jedynie rozgrzewką.

— Wyprowadzili się w połowie semestru. Czy pamięta pan, jaki powód podali jej rodzice?

Udając, że się zastanawia, Axel złożył dłonie i oparł na nich podbródek. Erika przesunęła się na brzeg sofki, czekając niecierpliwie na odpowiedź. Będzie musiał ją rozczarować. Tylko jednego nie mógł jej powiedzieć: prawdy.

— Wydaje mi się, że jej ojciec dostał pracę gdzie indziej. Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam. Wydaje mi się, że o to chodziło.

Erika nie ukrywała rozczarowania. Axel znów poczuł nieprzepartą chęć, by się otworzyć, ulżyć sumieniu i wyrzucić z siebie całą prawdę. Zaczerpnął powietrza i stłumił ją.

Erika drążyła dalej.

— To się stało nagle, prawda? Czy słyszał pan wcześniej, żeby Alex wspominała o przeprowadzce?

— Chyba nie było w tym nic dziwnego. Wprawdzie, jak mówisz, stało się to nagle, ale może ojciec dostał ofertę pracy z określonym terminem podjęcia, czy ja wiem?

Rozłożył ręce, co miało oznaczać, że jego domysły są tak samo uprawnione jak jej. Zmarszczka między brwiami Eriki pogłębiła się. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała, ale musiała się nią zadowolić.

— Jeszcze jedna rzecz. Pamiętam jak przez mgłę, że mówiło się o Alex i dorośli wspominali o szkole. Nie wie pan, o co chodziło? Jak powiedziałam, nie pamiętam żadnych konkretów, tylko to, że coś utrzymywano przed nami w tajemnicy.

Axel zesztywniał. Miał nadzieję, że nie widać po nim zmieszania. Rozumiał oczywiście, że musiały być plotki. Zawsze tak było, bo nic nie dało się utrzymać w tajemnicy. Sądził jednak, że udało się ograniczyć szkody. Przecież sam w tym pomagał i gryzie go to do dziś. Erika czekała na odpowiedź.

— Nie wiem, co to mogło być. Wiadomo, ludzie gadają. Sama wiesz, ile w tym prawdy. Na twoim miejscu nie przywiązywałbym do tego większej wagi.

Erika nie potrafiła ukryć zawodu. Domyślił się, że nie dowiedziała się tego, czego oczekiwała. Nie miał jednak wyboru. To było jak z garnkiem ciśnieniowym; gdyby tylko uchylił pokrywkę, doszłoby do wybuchu. Czuł jednak, że coś pcha go do mówienia. Już otwierał usta, układał je, by powiedzieć to, czego nie powinien, gdy z ulgą stwierdził, że Erika wstaje. Było, minęło. Włożyła kurtkę i buty, wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał i przełknął ślinę, zanim podał swoją. Starał się nie skrzywić. Dotknięcie drugiego człowieka brzydziło go w stopniu niewyobrażalnym. Wreszcie wyszła, ale gdy już miał zamknąć drzwi, odwróciła się.

— A właśnie, może panu wiadomo, czy Nils Lorentz miał coś wspólnego z Alex albo z naszą szkołą?

Axel zawahał się i nagle się zdecydował. Przecież prędzej czy później i tak się dowie, jeśli nie od niego, to od kogoś innego.

— Nie pamiętasz? Przez jeden semestr miał zastępstwa w klasach cztery — sześć.

Szybko przekręcił klucz, z powrotem założył łańcuch i oparł się o drzwi. Zamknął oczy.

Następnie zabrał się do sprzątania i usunął wszystkie ślady po nieproszonym gościu. Dopiero wtedy znów poczuł się bezpiecznie w swoim świecie.


Wieczór zaczął się źle. Lucas przyszedł do domu w złym humorze i Anna starała się wyprzedzać jego życzenia, żeby nie dać mu dodatkowego powodu do irytacji. Nauczyła się, że w takich sytuacjach tylko szuka okazji, żeby się na niej wyładować.

Postarała się i na kolację przygotowała jego ulubione danie. Pięknie nakryła do stołu. Zatroszczyła się o jego spokój, nastawiając dzieciom Króla Lwa na wideo w pokoju Emmy i karmiąc Adriana butelką, żeby zasnął. Nastawiła Cheta Bakera, ulubioną płytę Lucasa, ładnie się ubrała, uczesała i umalowała. Ale patrząc na błysk w jego oczach, zorientowała się, że to nic nie pomoże. Lucas najwyraźniej miał w pracy zły dzień i musi się wyładować. Pozostawało tylko czekać na eksplozję.

Pierwszy cios padł zupełnie niespodziewanie. Od uderzenia w prawy policzek aż jej zadzwoniło w uchu. Złapała się za policzek i spojrzała na Lucasa w nadziei, że zmięknie, gdy zobaczy, co jej zrobił. Tymczasem on nabrał jeszcze większej ochoty na zadawanie jej bólu. Anna długo nie przyjmowała do wiadomości, że Lucasowi sprawia to przyjemność. Wierzyła jego zapewnieniom, że też odczuwa ból, gdy ją bije. Do czasu. Już rozpoznała tkwiącą w nim bestię.

Skuliła się odruchowo, by osłonić się przed następnymi ciosami. Kiedy spadł na nią grad uderzeń, spróbowała skupić się na jednym punkcie, do którego Lucas nie miał dostępu. Coraz lepiej jej się to udawało. Chociaż odczuwała ból, udawało jej się od niego zdystansować. Zupełnie jakby z góry patrzyła na siebie leżącą na podłodze, podczas gdy Lucas daje upust wściekłości.

Jakiś dźwięk sprawił, że wróciła do rzeczywistości. Emma stała w drzwiach, ssąc kciuk i ściskając w ramionach ulubiony kocyk. Oduczyła się tego rok temu, ale wyraźnie potrzebne jej było takie pocieszenie. Ssała głośno, z całych sił. Lucas niczego nie zauważył, bo był odwrócony tyłem. Obejrzał się, kiedy się zorientował, że Anna wpatruje się w coś za jego plecami.

Rzucił się na córkę i zanim Anna zdążyła go powstrzymać, podniósł dziecko i silnie potrząsnął. Emmie aż zadzwoniły zęby. Anna próbowała wstać, jakby w zwolnionym tempie. Wiedziała, że do końca życia będzie miała tę scenę przed oczami. Lucas potrząsający Emmą, patrzącą wielkimi oczami na swego kochanego tatusia, zmienionego w obcą, przerażającą postać.

Anna rzuciła się, by osłonić Emmę, ale nie zdążyła. Lucas cisnął dzieckiem o ścianę. Rozległ się trzask. Anna wiedziała, że w jej życiu następuje nieodwołalna zmiana. Lucas patrzył na dziecko, jakby nie rozumiał, co się dzieje. Najpierw posadził małą na podłodze, potem znów wziął na ręce, jak niemowlę, i spojrzał na Annę oczami świecącymi jak u robota.

— Trzeba ją zabrać do szpitala. Potłukła się, spadając ze schodów. Trzeba im wytłumaczyć. Spadła ze schodów.

Mówił bez związku. Szedł do drzwi. Nie oglądał się na Annę, która w szoku szła bezwolnie za nim. Ciągle miała wrażenie, że śni i że zaraz się obudzi.

Lucas powtarzał raz za razem:

— Spadła ze schodów. Na pewno uwierzą, jeśli będziemy mówić to samo. Anno, powiemy to samo, że spadła ze schodów, prawda?

Lucas mówił jak w gorączce, a Anna kiwała głową. Chciałaby wyrwać mu Emmę, płaczącą histerycznie z bólu i przerażenia, ale nie odważyła się. W ostatniej chwili, już na klatce schodowej, uprzytomniła sobie, że Adrian został sam. Popędziła po niego, a potem bujała przez całą drogę na pogotowie.


Może byś przyjechał zjeść ze mną lunch?

— Bardzo chętnie. O której mam być?

— Mogę być gotowa za godzinę. Dobrze będzie?

— Doskonale. Zdążę załatwić kilka spraw. Do zobaczenia za godzinę. — Zrobił pauzę, a potem dodał: — Pa. Całuski.

Erika zarumieniła się z radości. To kolejny etap w ich związku. Odpowiedziała tym samym i odłożyła słuchawkę.

Podczas przygotowywania lunchu zaczęła się wstydzić swego podstępu, choć była przekonana, że nie mogła postąpić inaczej. Godzinę później rozległ się dzwonek. Odetchnęła głęboko i poszła otworzyć. Patrik. Erika przyjęła go tak gorąco, że oprzytomniała, dopiero gdy minutnik zasygnalizował, że makaron jest gotowy.

— Co będzie do jedzenia?

Patrik poklepał się po brzuchu na znak, że z przyjemnością coś zje.

— Spaghetti bolognese.

— Mmmm, pycha. Wiesz, że jesteś kobietą jak z marzeń? — Stanął za nią, objął ramionami i zaczął całować w szyję. — Jesteś seksowna, inteligentna, fantastyczna w łóżku, a co najważniejsze, świetnie gotujesz. Czego można chcieć więcej…

Zadzwonił dzwonek. Patrik spojrzał pytająco na Erikę, a ona odwróciła wzrok, wytarła ręce i poszła do drzwi. Na progu stał Dan. Kompletnie zmaltretowany i załamany patrzył tępo przed siebie. Eriką wstrząsnął ten widok, ale starała się nie pokazać tego po sobie.

Dan wszedł do kuchni. Patrik spojrzał pytająco na Erikę. Odchrząknęła i przedstawiła ich sobie.

— Patrik Hedström — Dan Karlsson. Dan chciałby ci coś powiedzieć, ale najpierw usiądziemy.

Poszła przodem do jadalni, niosąc rondel z sosem. Usiedli i zaczęli jeść w ponurych nastrojach. Erice było ciężko na sercu, ale wiedziała, że to konieczne. Zadzwoniła przed południem do Dana i przekonała go, by opowiedział policji o swoim romansie z Alex. Wymyśliła, że będzie mu łatwiej, jeśli rozmowa odbędzie się u niej w domu.

Nie zważając na pytające spojrzenie Patrika, Erika zaczęła mówić.

— Patriku, Dan chce ci jako funkcjonariuszowi policji o czymś powiedzieć.

Kiwnęła na Dana, by zaczął mówić. Dan wpatrywał się w swój talerz. Jedzenia nie ruszył. Po chwili przytłaczającego milczenia w końcu się odezwał.

— To ze mną Alex się spotykała. Jestem ojcem dziecka, którego się spodziewała.

Patrik upuścił widelec. Z brzękiem spadł na talerz. Erika położyła mu rękę na ramieniu i zaczęła wyjaśniać.

— Dan jest jednym z moich najdawniejszych i najbliższych przyjaciół. Wczoraj dotarło do mnie, że to Dan jest mężczyzną, z którym Alex spotykała się we Fjällbace. Zaprosiłam was obu na lunch, bo pomyślałam, że łatwiej wam będzie rozmawiać tu niż w komisariacie.

Erika widziała, że Patrik jest niezadowolony, ale pomyślała, że zajmie się tym później. Dan był przyjacielem. Postanowiła zrobić wszystko, by dodatkowo nie pogorszyć jego sytuacji. Wcześniej przez telefon powiedział jej, że Pernilla wyjechała z dziećmi do siostry do Munkedal. Powiedziała, że musi sobie pewne rzeczy przemyśleć i na razie nie wie, jak dalej będzie. Niczego nie obiecuje. Dan zobaczył nagle, że jego życie wali się w gruzy. Wyjawienie wszystkiego policji może być dla niego swoistym wyzwoleniem. Ostatnie tygodnie były dla niego ciężkie. Musiał ukrywać się z żałobą po Alex, a z drugiej strony denerwował się na każdy dzwonek telefonu czy pukanie do drzwi. Obawiał się, że policja ustali, że jest poszukiwanym kochankiem Alex. Teraz, gdy Pernilla już wie, nie bał się rozmowy z policją. Gorzej już być nie mogło. Nie obchodziło go, co się z nim stanie. Nie chciał tylko utracić rodziny.

— Patriku, Dan nie ma nic wspólnego z tym morderstwem. Opowie wam wszystko, co chcecie wiedzieć o związku z Alex, ale przysięga, że nie zrobił jej nic złego, i ja mu wierzę. Może mógłbyś się postarać, żeby to nie wyszło poza policję. Wiesz, jak ludzie gadają, a rodzina Dana i tak już cierpi. On zresztą też. Zrobił błąd i teraz płaci bardzo wysoką cenę.

Patrik nie wyglądał na szczególnie zadowolonego, ale skinął głową na znak, że słuchał.

— Eriko, chciałbym porozmawiać z Danem sam na sam.

Bez sprzeciwu wstała i wyszła do kuchni pozmywać. Od czasu do czasu słyszała ich głosy, raz głośniej, raz ciszej. Niski głos Dana na przemian z wyższym głosem Patrika. Chwilami wymiana zdań stawała się bardzo gorąca, a kiedy po półgodzinie zjawili się obaj w kuchni, Dan wyglądał, jakby mu ulżyło. Patrik natomiast spoglądał surowo. Dan objął Erikę na pożegnanie i podał rękę Patrikowi.

— Odezwę się, gdybyśmy mieli jakieś pytania — powiedział Patrik. — Proszę się przygotować, będzie pan musiał złożyć zeznania na piśmie.

Dan kiwnął głową w milczeniu i machnął ręką na pożegnanie.

Spojrzenie Patrika nie wróżyło nic dobrego.

— Nigdy, przenigdy więcej tego nie rób. To jest dochodzenie w sprawie morderstwa. Wszystko musi być zrobione jak należy.

Patrik zmarszczył czoło. Erika musiała powściągnąć chęć, by pocałunkami zetrzeć te zmarszczki.

— Wiem, Patriku. Ale na liście podejrzanych na pierwszym miejscu umieściliście ojca dziecka Alex. Wiedziałam, że jeśli Dan przyjdzie do komisariatu, trafi do pokoju przesłuchań, gdzie nikt nie będzie się z nim patyczkować. On by tego nie zniósł. Żona zabrała dzieci i wyjechała. Nie wie, czy jeszcze do niego wrócą. W dodatku utracił osobę, która, jakkolwiek by na to patrzeć, była dla niego ważna. I nie wolno mu było okazywać żalu po stracie Alex ani o tym rozmawiać. Dlatego pomyślałam, że dobrze byłoby, gdybyście zaczęli rozmawiać tutaj, w miejscu neutralnym, bez obecności innych policjantów. Rozumiem, że będziecie go musieli przesłuchać, ale najgorsze za wami. Bardzo cię przepraszam za ten podstęp. Wybaczysz mi?

Wydęła wargi i przytuliła się do niego. Chwyciła jego ręce i położyła sobie w talii, a potem wspięła się na palce, żeby dosięgnąć jego ust. Wsunęła na próbę czubek języka. Po chwili odpowiedział tym samym. Potem odsunął ją od siebie i spojrzał w oczy.

— Wybaczam ci, ale nigdy więcej tego nie rób, pamiętaj. A teraz odgrzej w mikrofalówce, co zostało z lunchu, żeby mi przestało burczeć w brzuchu.

Poszli przytuleni do jadalni. Na talerzach zostało mnóstwo jedzenia.

Patrik miał już wracać do komisariatu, gdy Erice przypomniało się coś jeszcze.

— Wiesz, opowiadałam ci, że przed wyprowadzką Carlgrenów mówiło się o Alex coś, co miało związek ze szkołą. Próbowałam to sprawdzić, ale niewiele się dowiedziałam. Ale ktoś mi przypomniał, że poza tym, że Karl-Erik Carlgren pracował w fabryce Lorentzów, było jeszcze jedno ogniwo łączące Alex i Nilsa. Otóż Nils przez jeden semestr miał zastępstwo w naszej szkole. Mnie nie uczył, ale wiem, że uczył w klasie Alex. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale pomyślałam, że powinnam ci to powiedzieć.

— Proszę, Nils był nauczycielem Alex. — Patrik przystanął na schodkach. — Może to nie ma znaczenia, ale w tej chwili interesuje nas wszystko, co mogło łączyć Nilsa Lorentza i Alex. Nie mamy zbyt wielu innych tropów.

Spojrzał na nią poważnie.

— Dan powiedział coś, co mi utkwiło w pamięci. Otóż Alex mówiła mu ostatnio, że należy uporać się z przeszłością. Że trzeba się odważyć i zmierzyć z trudnymi sprawami, żeby móc dalej żyć. Zastanawiam się, czy ma to jakiś związek z tym, o czym mówisz.

Patrik umilkł, a potem, wracając do rzeczywistości, powiedział:

— Nie mogę jeszcze wykreślić Dana z listy podejrzanych. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

— Rozumiem, ale bądź wyrozumiały. Przyjedziesz wieczorem?

— Przyjadę, ale muszę jeszcze jechać do domu, zabrać trochę ubrań na zmianę i tak dalej. Będę koło siódmej.

Pocałowali się na pożegnanie. Patrik wziął swój samochód, a Erika stała na schodkach, patrząc, jak odjeżdża.


Patrik nie pojechał prosto do komisariatu. Kiedy wychodził z pracy, zabrał klucze od mieszkania Andersa, nie bardzo wiedząc po co. Teraz postanowił tam pojechać, żeby spokojnie się rozejrzeć. Potrzebował czegoś, co dałoby dochodzeniu nowy impuls. Dotychczasowe tropy prowadziły w ślepe uliczki. W ten sposób, pomyślał, nigdy nie znajdzie mordercy czy też morderców. Jak powiedziała Erika, na czele listy podejrzanych znajdował się tajemniczy kochanek Alex, ale Patrik nie był już taki pewien. Nie był jeszcze gotów wykreślić Dana, ale musiał przyznać, że ten trop nie wydaje się obiecujący.

W mieszkaniu Andersa panował upiorny nastrój. Patrik wciąż miał przed oczami obraz wisielca, chociaż ciało Andersa zostało odcięte, jeszcze zanim się tam pojawił. Nie wiedział, czego szukać. Włożył rękawiczki, by nie zatrzeć ewentualnych śladów. Najpierw stanął pod hakiem, na którym został zaczepiony sznur, i usiłował wydedukować, w jaki sposób Anders został powieszony. Nic mu się nie zgadzało. Mieszkanie było wysokie, a pętla została zawiązana tuż pod hakiem. Trzeba wielkiej siły, żeby unieść ciało na taką wysokość. Anders był wprawdzie dość chudy, ale wysoki, więc musiał jednak sporo ważyć. Patrik zakonotował sobie, żeby sprawdzić wagę w protokole z sekcji. Widział tylko jedno wytłumaczenie: Andersa nie mogła podnieść jedna osoba, musiało ich być więcej. Ale dlaczego w takim razie na jego ciele nie było żadnych śladów? Nawet gdyby został uśpiony, zostałyby ślady po podnoszeniu. To się nie trzymało kupy.

Patrik rozejrzał się po mieszkaniu. Poza materacem w pokoju oraz stołem i dwoma krzesłami w kuchni innych mebli nie było. Jeszcze szuflady w kuchni. Zaczął je sprawdzać po kolei. Policja już to robiła, ale postanowił się upewnić, czy niczego nie przeoczono.

W czwartej szufladzie znalazł kołonotatnik. Wyjął go i położył na stole, żeby przyjrzeć się bliżej. Najpierw przypatrzył mu się pod ostrym kątem w jaskrawym świetle padającym z okna, by sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie odcisnęło. Rzeczywiście, na pierwszej stronie widać było odcisk pisma. Patrik użył znanego sposobu. Roztarł delikatnie grafit z ołówka znalezionego w tej samej szufladzie. Udało mu się odczytać niewielką część tekstu, ale dostatecznie dużą, by mógł domyślić się reszty. Aż gwizdnął. Ciekawe, może coś wreszcie ruszy. Ostrożnie włożył kołonotatnik do plastikowej torebki zabranej z samochodu.

Przeszukiwał szuflady dalej. Pełno w nich było różnych rupieci. W ostatniej znalazł coś interesującego. Przyjrzał się trzymanej w ręku skórzanej łatce. Była taka sama jak ta, którą widzieli z Eriką na nocnym stoliku Alex. Wypalono na niej taką samą inskrypcję — „T.M. 1976”.

Po drugiej stronie, zupełnie jak na kawałku skóry u Alex, znalazł kilka rozmazanych plamek krwi. Związek między Alex i Andersem nie był dla niego niczym nowym. Ale kiedy patrzył na tę łatkę, coś nie dawało mu spokoju.

Podświadomość podpowiadała mu, że łatka wskazuje na coś istotnego. Coś przeoczył i nie może sobie uzmysłowić, co to mogło być. Dzięki niej dowiedział się, że coś łączyło Alex i Andersa już w 1976 roku. Był to rok poprzedzający wyprowadzkę Carlgrenów, ich zniknięcie bez śladu na dwanaście miesięcy. Rok przed zaginięciem Nilsa Lorentza, który według Eriki uczył w szkole zarówno Alex, jak i Andersa.

Patrik pojął, że musi porozmawiać z rodzicami Alex. Jeśli jego podejrzenia są słuszne, na pewno znają odpowiedzi na wiele pytań. Pomogą mu ułożyć kawałki układanki w całość.

Wziął kołonotatnik i łatkę i jeszcze raz rzucił okiem na pokój. Oczami wyobraźni znów zobaczył chude ciało Andersa wiszące na sznurze i obiecał sobie, że będzie drążyć tę sprawę dopóty, dopóki nie pozna powodu, dla którego Anders zakończył życie w ten sposób. Jeśli jego domysły mają pokrycie w rzeczywistości, to jest wprost niewyobrażalna tragedia. Zdecydowanie wolałby się mylić.


Patrik odszukał w notesie numer telefonu Gösty. Na pewno przeszkodzi mu w układaniu pasjansa.

— Cześć, mówi Patrik.

— Cześć, Patriku.

Sądząc po głosie, Gösta jak zwykle był zmęczony. Był zmęczony zawsze, a doprowadziły do tego znudzenie i zniechęcenie.

— Słuchaj, umówiłeś się już na spotkanie z Carlgrenami w Göteborgu?

— Nie, nie miałem czasu. Miałem tyle innych spraw.

Gösta czekał. Przyjął pozycję obronną, na wypadek gdyby Patrik chciał mu wytknąć, że nie wykonał zadania. Ale zupełnie nie mógł się zmusić, żeby podnieść słuchawkę i zadzwonić, a tym bardziej żeby wsiąść do samochodu i pojechać do Göteborga.

— Nie miałbyś nic przeciwko temu, żebym to od ciebie przejął?

Patrik wiedział, że to pytanie retoryczne. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Gösta będzie szczęśliwy. Rzeczywiście, w głosie Gösty nagle usłyszał radość.

— Ależ skąd! Jeśli chcesz przejąć tę sprawę, proszę bardzo. Mam tyle innych rzeczy do zrobienia. Zupełnie nie nadążam.

Obaj mieli świadomość, że to gra, w którą grają od ładnych kilku lat, ale wcale im to nie przeszkadzało. Patrik mógł robić to, na czym mu zależało, a Gösta mógł spokojnie wrócić do pasjansa, wiedząc, że robota zostanie wykonana.

— Mógłbyś mi podać ich numer? Od razu zadzwonię.

— Jasne, już ci daję. O, jest… — Odczytał numer telefonu Carlgrenów.

Patrik zapisał w notesie przymocowanym do deski rozdzielczej. Rozłączył się i od razu zadzwonił do Carlgrenów. Miał nadzieję, że ich zastanie. Karl-Erik odezwał się po trzecim sygnale. Kiedy Patrik powiedział, o co chodzi, pan Carlgren najpierw się zawahał, ale potem zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań. Chciał wiedzieć, o co chodzi, ale Patrik powiedział tylko, że pojawiły się pewne niejasności i być może Carlgrenowie będą mogli je wyjaśnić.

Wyjechał z parkingu przed blokiem Andersa, najpierw skręcił w prawo, a następnie na skrzyżowaniu w lewo, na trasę do Göteborga. Pierwszy odcinek — droga wijąca się przez las — był męczący, ale na autostradzie szło już szybko. Minął Dingle i Munkedal. W Uddevalli połowę drogi miał za sobą. Jak zwykle nastawił głośno muzykę. Bardzo lubił tak jeździć. Gdy dotarł pod dom Carlgrenów w göteborskiej dzielnicy Kålltorp, posiedział jeszcze przez chwilę w samochodzie, żeby zebrać siły. Jeśli przeczucie go nie myli, będzie musiał zburzyć rodzinny spokój. Taka praca.


Przed dom zajechał samochód. Erika nie widziała go, ale usłyszała chrzęst żwiru pod kołami. Otworzyła drzwi i wyjrzała. Ze zdziwienia otworzyła usta. Anna pomachała do niej, a potem otworzyła tylne drzwi, żeby wyjąć dzieci z fotelików. Erika wsunęła na nogi drewniaki i wybiegła na dwór, żeby jej pomóc. Anna nie uprzedziła jej, że przyjedzie, więc Erika głowiła się, co się stało.

W czarnym palcie Anna wyglądała bardzo blado. Ostrożnie postawiła Emmę na ziemi. Tymczasem Erika odpięła pasy Adriana i wzięła go na ręce. W podzięce otrzymała szeroki bezzębny uśmiech. Jej usta również rozciągnęły się w uśmiechu. Spojrzała pytająco na siostrę, ale Anna tylko potrząsnęła głową na znak, że ma nie pytać. Erika znała siostrę dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że Anna opowie wszystko, gdy uzna, że pora jest odpowiednia. Wcześniej nawet nie ma co próbować.

— Ale mam dzisiaj fajnych gości. Jak to miło, że przyjechaliście do cioci.

Erika szczebiotała, uśmiechając się do Adriana, i rozglądała się za Emmą, swoją ulubienicą. Ale Emma nie odwzajemniła uśmiechu. Patrzyła na Erikę podejrzliwie, trzymając się kurczowo palta matki.

Erika z Adrianem na rękach weszła po schodkach do domu, za nią Anna z Emmą za rękę. W drugiej ręce trzymała małą walizkę. Erika ze zdumieniem stwierdziła, że kombi Anny jest zapakowane prawie po dach, ale powstrzymała się od zadawania pytań.

Zaczęła rozbierać Adriana. Szło jej dosyć opornie. Anna rozbierała Emmę — ze znacznie większą wprawą. Dopiero wtedy Erika zobaczyła, że Emma ma gips na przedramieniu. Spojrzała pytająco na Annę, a ta znów, niemal niedostrzegalnie, potrząsnęła głową. Emma nadal obserwowała Erikę, trzymając się Anny. Z powagą patrzyła na nią wielkimi oczami. Włożyła do buzi kciuk, co Erika uznała za kolejne potwierdzenie, że coś się stało. Anna już rok temu chwaliła się, że Emmę udało się odzwyczaić od ssania kciuka.

Erika poszła do salonu, trzymając wciąż w ramionach cieplutkie dziecięce ciałko, i usiadła na kanapie. Adrian spoglądał na nią zafascynowany. Uśmiechał się od czasu do czasu, jakby nie mógł się zdecydować, czy się śmiać, czy nie. Taki był słodki, do zjedzenia.

— Jak wam się jechało?

Erika nie wiedziała, o czym rozmawiać, ale uznała, że dopóki Anna nie powie, co się stało, może mówić o niczym.

— No wiesz, to dość daleko. Jechaliśmy przez Dalslandię i Emmie robiło się niedobrze na tych krętych leśnych drogach, więc musieliśmy co chwilę stawać, żeby mogła odetchnąć świeżym powietrzem.

— To pewnie nie było nic przyjemnego, co, Emmo?

Erika próbowała nawiązać kontakt z małą. Emma potrząsnęła głową, ale nadal spoglądała tylko spod grzywki, przyklejona do matki.

— Myślę, że powinniście się przespać. Zgoda, Emmo? W podróży nie spaliście, pewnie jesteście zmęczeni.

Emma kiwnęła głową i jak na zamówienie zaczęła trzeć oko zdrową rączką.

— Eriko, czy mogę ich położyć na górze?

— No pewnie. Połóż ich w sypialni rodziców. Teraz ja tam sypiam. Łóżka są już posłane.

Anna wzięła Adriana. Zaczął mruczeć z niezadowolenia, że go zabierają od tej fajnej cioci. Erika odnotowała to z przyjemnością.

— Mama, kocyk — przypomniała Emma, gdy już byli w połowie schodów. Anna zeszła na dół po walizeczkę, którą zostawiła w przedpokoju.

— Pomóc ci? — zapytała Erika na widok Anny w jednej ręce niosącej Adriana, a w drugiej walizkę. Emma cały czas się jej trzymała.

— Nie trzeba. Jestem przyzwyczajona — odpowiedziała Anna z krzywym, smutnym uśmiechem, dla siostry nie do końca zrozumiałym.

Erika nastawiła kawę. Ile filiżanek dziś wypiła? Żołądek tego nie wytrzyma. Nagle zastygła z łyżką kawy w ręku. A niech to diabli. Ubrania Patrika są porozrzucane po całej sypialni. Anna musiałaby być głupia, żeby nie skojarzyć, o co chodzi. Chwilę później Anna zeszła na dół z lekko drwiącym uśmiechem.

— Nooo, siostro. Nic mi nie mówisz? Kim jest mężczyzna, który nie umie porządnie rozwiesić swoich ubrań?

Erika zarumieniła się.

— Wiesz, jakoś nagle to na mnie spadło — odpowiedziała niepewnie, co jeszcze bardziej rozbawiło Annę. Twarz jej się wygładziła, ustąpił wyraz zmęczenia. Przez chwilę Erika zobaczyła ją taką, jaka była, zanim poznała Lucasa.

— No, kto to jest? Nie mamrocz, podziel się z siostrą smakowitymi szczegółami. Zacznij od tego, jak się nazywa. Znam go?

— Tak, chyba znasz. Pamiętasz Patrika Hedströma?

Anna krzyknęła i zaczęła się klepać po kolanach.

— Patrika? Pewnie, że pamiętam. Biegał za tobą jak szczeniak z wywieszonym ozorem. No to się doczekał…

— Tak, to znaczy… wiedziałam oczywiście, że się we mnie podkochiwał, kiedy byliśmy mali, ale nie wiedziałam, że do tego stopnia…

— Boże, musiałaś być ślepa! Przecież on był zakochany po uszy. Ale romantyczna historia. Przez tyle lat usychał z tęsknoty za tobą, aż tu nagle patrzysz mu głęboko w oczy i znajdujesz wielką miłość.

Anna złapała się za serce, a Erika się roześmiała. Taką siostrę kochała.

— Niezupełnie tak było, bo przez ten czas zdążył się ożenić, ale żona odeszła od niego rok temu. Jest rozwiedziony i mieszka w Tanumshede.

— A co robi? Tylko nie mów, że jest rzemieślnikiem, bo umrę z zazdrości. Zawsze marzyłam o seksie z rzemieślnikiem.

Erika pokazała jej język. Anna odpowiedziała tym samym.

— Nie, nie jest rzemieślnikiem. A skoro już musisz wiedzieć — jest policjantem.

— No, no. Innymi słowy jest mężczyzną z pałką. Nawet niezłe, wiesz…

Erika zdążyła prawie zapomnieć, że taki kpiarz z tej Anny. Pokiwała głową i nalała kawy, a Anna wzięła z lodówki mleko i wlała do obu filiżanek. Uśmieszek znikł z jej twarzy. Erika domyśliła się, że teraz wyjaśni, dlaczego tak nagle pojawiła się z dziećmi we Fjällbace.

— Moja historia miłosna skończyła się raz na zawsze. Tak naprawdę stało się to wiele lat temu, ale dotarło do mnie dopiero teraz. — Umilkła i utkwiła wzrok w filiżance. — Wiem, że nigdy nie lubiłaś Lucasa, ale ja go naprawdę kochałam. Tłumaczyłam sobie, że owszem, bije mnie, ale potem zawsze przeprasza i zaklina się, że kocha. Przynajmniej dawniej tak było. Wmówiłam sobie, że to moja wina. Gdybym była lepszą żoną, lepszą kochanką i lepszą matką, nie musiałby mnie bić.

Jakby w odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie Eriki Anna mówiła dalej:

— Tak, wiem, że to brzmi idiotycznie, ale bardzo dobrze mi szło samooszukiwanie się. Poza tym Lucas był dobrym ojcem, co usprawiedliwiało go w moich oczach. Nie chciałam im odbierać taty.

— Ale coś się stało, tak?

Erika chciała pomóc Annie. Widziała, jak trudno jej mówić. Że zraniona została jej godność. Tymczasem Anna zawsze miała silne poczucie własnej wartości i bardzo niechętnie przyznawała się do błędu.

— Tak, coś się stało. Wczoraj wieczorem. Rzucił się na mnie, jak ma w zwyczaju. Ostatnio coraz częściej. Tylko że wczoraj…

Głos jej się załamał. Musiała przełknąć ślinę, żeby się nie rozpłakać.

— Wczoraj rzucił się na Emmę. Był jak oszalały, a ona weszła i nie potrafił się pohamować. — Znów przełknęła ślinę. — Pojechaliśmy na pogotowie. Stwierdzili, że ma pękniętą kość przedramienia.

— Domyślam się, że złożyli doniesienie na policję. Tak?

Erika czuła, jak z gniewu w żołądku rośnie jej wielka gula.

— Nie. — Ledwie ją było słychać. Łzy płynęły jej po bladych policzkach. — Powiedzieliśmy, że spadła ze schodów.

— Boże, uwierzyli?

Anna uśmiechnęła się krzywo.

— Przecież wiesz, jaki Lucas potrafi być czarujący. Kompletnie im zawrócił w głowach, i lekarzowi, i pielęgniarkom. Współczuli mu prawie tak samo jak Emmie.

— Anno, musisz złożyć na niego doniesienie. Nie możesz pozwolić, żeby mu to uszło płazem.

Erika patrzyła na płaczącą siostrę. Współczuła jej i była zła. Anna skurczyła się pod jej spojrzeniem.

— To się nie powtórzy, już ja tego dopilnuję. Udawałam, że przyjmuję jego przeprosiny, ale jak tylko pojechał do pracy, zapakowałam rzeczy do samochodu i wyjechałam. Nigdy do niego nie wrócę i już nigdy nie skrzywdzi dzieci. Gdybym doniosła na niego na policję, z pewnością włączyłyby się służby socjalne, a wtedy być może odebraliby dzieci nam obojgu.

— Anno, Lucas nie pozwoli, żebyś mu odebrała dzieci. Jak zamierzasz sprawić, żeby ci przyznali wyłączną opiekę nad dziećmi, jeśli nie złożysz na niego doniesienia i sprawa nie zostanie rozpatrzona przez opiekę społeczną?

— Nie wiem. Posłuchaj, nie mam siły teraz o tym myśleć. Na razie musiałam wyjechać od niego jak najdalej, a resztę zostawiam na później. Proszę cię, nie krzycz na mnie.

Erika odstawiła filiżankę, wstała i objęła siostrę. Głaskała ją po głowie, uciszała i dała wypłakać się na swoim ramieniu, mokrym od łez. Nienawidziła Lucasa. Z przyjemnością dałaby w pysk temu łajdakowi.


Birgit Carlgren wyglądała zza firanki na ulicę. Karl-Erik patrzył na jej wysoko uniesione ramiona i domyślał się, że musi być bardzo zdenerwowana. Od czasu, kiedy zadzwonił ten policjant, bez przerwy chodziła w tę i z powrotem. On sam poczuł spokój, po raz pierwszy od dawna. Postanowił opowiedzieć wszystko — jeśli policjant zada właściwe pytania.

Tyle lat paliły go te tajemnice. Żonie było w pewien sposób łatwiej, bo wyparła to wydarzenie ze świadomości. Nie chciała o tym mówić i szła przez życie, jakby nic się nie stało. A stało się dużo. Nie było dnia, żeby o tym nie myślał, i było mu z tym ciężarem coraz trudniej. Zdawał sobie sprawę, że komuś patrzącemu z zewnątrz Birgit mogła wydawać się silna. Brylowała na imprezach towarzyskich, na których on pozostawał niezauważony, choć stał obok. Piękne stroje, kosztowna biżuteria i makijaż były jej pancerzem.

Po powrocie do domu z kolejnej zabawy zdejmowała pancerz i nagle kurczyła się, zapadała. Stawała się mała i drżąca jak dziecko potrzebujące oparcia. Przez wszystkie lata małżeństwa targały nim sprzeczne uczucia wobec niej. Jej wielka uroda i kruchość zarazem budziły czułość i instynkt opiekuńczy, ale bezgranicznie złościła go jej niechęć do zmierzenia się z ciemną stroną życia. Najbardziej gniewało go to, że wcale nie była głupia, ale została wychowana w przekonaniu, że kobieta powinna ukrywać inteligencję, być piękna i bezradna. Powinna zachwycać. Nie widział w tym nic dziwnego. Gdy byli młodzi i świeżo poślubieni, taki był duch czasów. Ale czasy się zmieniły, stawiając zupełnie nowe wymagania i przed kobietami, i przed mężczyznami. On się dostosował, żona — nie. Dzisiejszy dzień będzie dla niej bardzo trudny. Karl-Erik przypuszczał, że Birgit w głębi duszy wie, co on zamierza zrobić, i dlatego od dwóch godzin chodzi niespokojnie po domu. Wiedział również, że bez walki żona nie pozwoli wyciągnąć na światło dzienne rodzinnych tajemnic.

— Po co jeszcze ten Henrik tutaj?

Birgit patrzyła na niego, załamując ręce.

— Policja chce rozmawiać z rodziną, a Henrik należy do rodziny, prawda?

— Tak, ale uważam, że to niepotrzebne. Ten policjant na pewno zada same ogólnikowe pytania, więc po co go tu ciągnąć?

Jej głos to wznosił się, to opadał. Karl-Erik dobrze znał swoją żonę.

— Przyjechał.

Birgit raptownie odsunęła się od okna. Dzwonek u drzwi rozległ się dopiero po dłuższej chwili. Karl-Erik odetchnął głęboko i poszedł otworzyć. Birgit wycofała się do salonu, w którym zatopiony w myślach siedział na kanapie Henrik.

— Dzień dobry. Patrik Hedström.

— Karl-Erik Carlgren.

Podali sobie ręce, a Karl-Erik ocenił, że policjant jest chyba w wieku Alex. Często tak robił, to znaczy oceniał ludzi, porównując ich z Alex.

— Proszę wejść. Usiądźmy w salonie.

Patrik zdziwił się na widok Henrika, ale opanował się i przywitał najpierw z Birgit, a następnie z Henrikiem. Usiedli i na chwilę zapadło pełne napięcia milczenie. Patrik zaczął mówić:

— Jakoś nagle to wypadło. Bardzo dziękuję, że państwo zgodzili się mnie przyjąć.

— Właśnie się zastanawialiśmy, czy wydarzyło się coś szczególnego. Są jakieś nowe informacje? Od jakiegoś czasu policja nie odzywa się do nas…

Birgit spoglądała na Patrika z nadzieją w oczach.

— Dochodzenie powoli się posuwa, ale tylko tyle mogę powiedzieć. Śmierć Andersa Nilssona rzuciła na sprawę nowe światło.

— Z pewnością. Czy udało wam się ustalić, że morderca naszej córki i Andersa to jedna i ta sama osoba?

W głosie Birgit brzmiał taki żar, że Karl-Erik ledwo się powstrzymał, by nie położyć uspokajająco ręki na jej dłoni. Tym razem trzeba się oprzeć temu wyuczonemu odruchowi.

Na chwilę odpłynął myślami do przeszłości. Wydawała się teraz tak odległa. Z niesmakiem rozejrzał się po pokoju. Zbyt łatwo ulegli. Nadal unosiła się tu woń zapłaty za przelaną krew. Dom w Kålltorp był czymś, o czym nie mogli nawet marzyć, kiedy dzieci były małe. Był duży i przestronny, zachowano w nim detale architektoniczne z lat trzydziestych, ale wprowadzono też wszelkie nowoczesne udogodnienia. Wreszcie było ich na wszystko stać dzięki pracy w Göteborgu.

Salon był największym pokojem w całym domu. Karl-Erik uważał, że jest w nim stanowczo za dużo sprzętów, ale Birgit miała szczególne zamiłowanie do wszystkiego, co nowe i błyszczące. Mniej więcej co trzy lata zaczynała narzekać, że meble są podniszczone, że znudziły jej się okropnie. Po kilku tygodniach znaczących spojrzeń i próśb zazwyczaj ulegał i sięgał do portfela. Jakby dzięki urządzaniu się stale od nowa mogła odnawiać siebie i swoje życie. Obecnie Birgit przechodziła okres fascynacji Laurą Ashley, w związku z czym pokój był pełen motywów różanych i falbanek, tym samym aż nazbyt kobiecy. Wiedział jednak, że będzie musiał to znosić najwyżej przez parę lat i jeśli los będzie mu sprzyjać, przy kolejnym urządzaniu domu Birgit spodobają się fotele typu chesterfield i angielskie motywy łowieckie. A jeśli będzie miał pecha, mogą to być równie dobrze pręgi tygrysie.

Patrik odchrząknął.

— Mam kilka wątpliwości. Może państwo pomogą mi je rozwiać.

Nikt się nie odezwał. Patrik mówił dalej:

— Co państwo wiedzą o znajomości Alex z Andersem Nilssonem?

Henrik był zaskoczony. Karl-Erik domyślił się, że zięć nic nie wie, i zrobiło mu się przykro. Nic nie mógł na to poradzić.

— Chodzili kiedyś do tej samej klasy, ale to było dawno temu.

Birgit siedziała na kanapie obok Henrika i kręciła się nerwowo.

— Przypominam sobie. Alex chyba wystawiła na sprzedaż kilka jego obrazów w swojej galerii — odezwał się Henrik.

Patrik skinął głową. Henrik mówił dalej:

— Nie rozumiem, co jeszcze miałoby ich łączyć. Jaki mógł być powód zamordowania mojej żony i artysty, którego dzieła sprzedawała?

— Staramy się właśnie tego dowiedzieć.

Patrik milczał przez chwilę, a potem powiedział:

— Niestety, ustaliliśmy również, że mieli romans.

W ciszy, która zapadła, Karl-Erik obserwował wzburzenie na twarzach żony i zięcia, siedzących naprzeciw. On sam zdziwił się trochę, ale był przekonany, że to prawda. Zważywszy na okoliczności, nie było w tym nic dziwnego.

Birgit z przerażenia zakryła usta ręką, Henrik zbladł. Widać było, że Patrik nie czuje się najlepiej w roli posłańca przynoszącego złe wieści.

— To nie może być prawda — powiedziała Birgit, patrząc na pozostałych, ale nikt jej nie poparł. — Dlaczego Alex miałaby zadawać się z kimś takim?

Spojrzała wyczekująco na męża, ale unikał jej wzroku i uparcie wpatrywał się w swoje ręce. Henrik milczał, zapadł się w sobie.

— Czy utrzymywali kontakt po państwa wyprowadzce z Fjällbacki?

— To niemożliwe. Alex całkowicie zerwała wszystkie kontakty z Fjällbacki.

Znów mówiła tylko Birgit. Henrik i Karl-Erik milczeli.

— Jeszcze jedna rzecz. Wyprowadzili się państwo w połowie roku szkolnego. Alex była wtedy w szóstej klasie. Jak to się stało? Dlaczego nastąpiło to tak nagle, w środku roku szkolnego?

— Nie ma w tym nic dziwnego. Mąż dostał wspaniałą propozycję pracy, której po prostu nie mógł odrzucić. Musiał się szybko decydować, bo na to stanowisko potrzebowali kogoś natychmiast. Dlatego tak się stało.

Birgit przez cały czas wyłamywała sobie palce.

— Ale nie zapisaliście Alex do szkoły w Göteborgu, tylko do szkoły z internatem w Szwajcarii. Dlaczego?

— Dzięki nowej pracy męża było nas na więcej stać, więc chcieliśmy jej stworzyć jak najlepsze warunki.

— A w Göteborgu nie było dobrej szkoły?

Patrik drążył nieubłaganie. Karl-Erik podziwiał upór, z jakim zmierzał do celu. Też był kiedyś młody i pełen energii. Teraz jest tylko zmęczony.

Birgit mówiła dalej:

— Oczywiście, że była, ale proszę pomyśleć, ile kontaktów mogła nawiązać, chodząc do szkoły w Szwajcarii. Tam były nawet dzieci z rodzin królewskich. Ile to znaczy w życiu!

— Pojechaliście z nią do Szwajcarii?

— Pojechaliśmy z nią, żeby ją zapisać, jeśli o to panu chodzi.

— Niezupełnie.

Patrik zerknął w notatki, żeby się podeprzeć.

— Alexandra została wypisana w połowie semestru letniego 1977. Do szkoły w Szwajcarii zaczęła chodzić wiosną 1978 roku i również wtedy pan Carlgren rozpoczął pracę w Göteborgu. Moje pytanie brzmi: gdzie państwo byli przez rok dzielący te wydarzenia?

Henrik zmarszczył czoło. Patrzył to na Birgit, to na Karla-Erika. Oboje unikali jego wzroku. Karl-Erik czuł nasilający się tępy ból w okolicy serca.

— Nie rozumiem, o co panu chodzi. Co to ma do rzeczy, czy przeprowadziliśmy się w 1977, czy w 1978 roku? Nasza córka nie żyje, a pan wypytuje nas, jakbyśmy my byli temu winni. Musiała zajść jakaś pomyłka. Ktoś musiał źle zapisać w jakichś rejestrach. Sprowadziliśmy się tutaj wiosną 1977 roku i wtedy Alexandra poszła do szkoły w Szwajcarii.

Patrik spojrzał na Birgit ze współczuciem. Denerwowała się coraz bardziej.

— Proszę pani, jest mi bardzo przykro, że państwa na to narażam. Wiem, że jest państwu ciężko, ale muszę o to wszystko pytać. Moje informacje są ścisłe. Sprowadziliście się tutaj dopiero na wiosnę 1978 roku i nie ma dowodów, że wcześniej przebywali państwo w Szwecji. Dlatego muszę ponownie zapytać: gdzie państwo byli od wiosny 1977 do wiosny 1978 roku?

Birgit patrzyła na męża z desperacją. Karl-Erik postanowił, że już nie udzieli jej pomocy, której się domagała. Uznał, że tak będzie lepiej dla całej rodziny, nawet jeśli zniszczy to żonę. Nie było wyboru. Spojrzał smutno na żonę i odchrząknął.

— Byliśmy wszyscy w Szwajcarii, ja, moja żona i Alex.

— Cicho, nic nie mów, Karl-Erik!

Nie zwracał na nią uwagi i mówił dalej:

— Byliśmy w Szwajcarii, ponieważ nasza dwunastoletnia córka była wtedy w ciąży.

Patrik Hedström wypuścił pióro z ręki. Gdyby nawet podejrzewał, że tak było, zupełnie czym innym było usłyszeć to wypowiedziane głośno. Zresztą czy można sobie wyobrazić coś takiego?

— Moja córka została wykorzystana, zgwałcona. Takie dziecko!

Głos mu się załamał. Przycisnął pięść do ust, usiłując się pozbierać. Po chwili zaczął mówić dalej. Żona nawet nie chciała na niego spojrzeć, ale już nie miał odwrotu.

— Zauważyliśmy, że coś jest nie w porządku, ale nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Przedtem była wesołą, spokojną dziewczynką i nagle na początku szóstej klasy zaczęła się zmieniać. Stała się milcząca, zamknięta w sobie. Nie przychodziły do niej żadne koleżanki, całe godziny spędzała poza domem i nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Na początku nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi, sądząc, że to taki etap rozwoju, początek okresu dojrzewania czy coś w tym rodzaju.

Znów musiał odchrząknąć. Ból w piersi narastał.

— Zorientowaliśmy się, że jest w ciąży, dopiero gdy była w czwartym miesiącu. Powinniśmy wcześniej zauważyć objawy, ale kto mógł podejrzewać… Nawet do głowy nam nie przyszło…

— Karl-Erik, proszę.

Twarz Birgit przypominała szarą maskę. Henrik wyglądał jak ogłuszony, jakby nie potrafił uwierzyć w to, co słyszy. Zapewne nie potrafił. Nawet Karl-Erik zdawał sobie sprawę, jak nieprawdopodobnie brzmi to, co powiedział. Przez dwadzieścia pięć lat te słowa gryzły go od środka, bo ze względu na Birgit zdusił w sobie potrzebę ich wypowiedzenia. Teraz buchnęły niepowstrzymanym strumieniem.

— Aborcji w ogóle nie rozważaliśmy, nawet w takich okolicznościach. I nie daliśmy córce wyboru, nawet jeśli go miała. Nie zapytaliśmy jej, ani co czuje, ani czego chce. Przemilczeliśmy całą rzecz, zabraliśmy ją ze szkoły i wyjechaliśmy za granicę, gdzie zostaliśmy aż do porodu. Nikt nie mógł się dowiedzieć, bo co by ludzie powiedzieli.

Zdawał sobie sprawę, jak gorzko zabrzmiały jego ostatnie słowa. To było najważniejsze, ważniejsze od szczęścia ich córki i jej samopoczucia. Winą za to nie mógłby obarczyć samej Birgit. Wprawdzie to ona bardziej dbała o pozory, ale kiedy zrobił rachunek sumienia, musiał przyznać, że jej uległ, bo on też pragnął, żeby obraz jego rodziny pozostał niezmącony. Karl-Erik znów musiał przełknąć ślinę. Czuł w ustach kwaśny smak soku żołądkowego. Potem mówił dalej:

— Po urodzeniu dziecka Alex została zapisana do szkoły z internatem, a my wróciliśmy do Göteborga.

Każde słowo wypowiadał z goryczą i pogardą dla samego siebie. Natomiast oczy Birgit pałały gniewem, nawet nienawiścią. Wpatrywały się w niego, próbując go zmusić do milczenia. Jej mąż rozumiał jednak, że wszystko się skończyło z chwilą, gdy Alex została znaleziona martwa w wannie. Już wtedy wiedział, że zaczną szukać, grzebać i wyciągać wszystko na światło dzienne. Lepiej, żeby przedstawili prawdę swoimi słowami. Czy też jego słowami, bo tak wypadło. Być może powinien to zrobić wcześniej, ale musiał znaleźć w sobie odwagę. Impulsem stał się telefon od Patrika Hedströma.

Zdawał sobie sprawę, że wiele pominął. Ogarnęło go wielkie zmęczenie, wolał oddać inicjatywę Patrikowi. Niech odpowiedzi na jego pytania wypełnią wszystkie luki. Odchylił się na fotelu i chwycił rękoma za podłokietniki. Pierwszy odezwał się Henrik. Głos wyraźnie mu drżał.

— Dlaczego nic nie powiedzieliście? Dlaczego Alex nic nie mówiła? Wiedziałem, że coś przede mną ukrywa, ale coś takiego?

Karl-Erik bezradnie rozłożył ręce. Nie potrafił odpowiedzieć.

Patrik starał się zachować zawodowy spokój, ale był wyraźnie wstrząśnięty. Podniósł pióro z podłogi i spojrzał na notes.

— Kto ją zgwałcił? Ktoś ze szkoły?

Karl-Erik kiwnął głową.

— Czy to był… — Patrik przerwał. — Czy to był Nils Lorentz?

— A kto to jest Nils Lorentz? — zapytał Henrik.

— Miał zastępstwo w szkole. Syn Nelly Lorentz — odezwała się stalowym tonem Birgit.

— Co się z nim dzieje? Musiał chyba trafić do więzienia za to, co zrobił Alex? — Henrik próbował przyjąć do wiadomości opowieść Karla-Erika.

— Zaginął dwadzieścia pięć lat temu. Nikt go od tamtej pory nie widział. Chciałbym się jednak dowiedzieć, dlaczego nie złożyliście na niego doniesienia. Przejrzałem nasze archiwum, nikt nie złożył doniesienia na policję.

Karl-Erik zamknął oczy. Pytanie Patrika nie było zarzutem, ale tak je odebrał. Bolało go każde słowo przypominające o straszliwym błędzie popełnionym dwadzieścia pięć lat wcześniej.

— Nie złożyliśmy doniesienia. Kiedy zrozumieliśmy, że Alex jest w ciąży, i kiedy ona wyjawiła nam, co się stało, pobiegłem do Nelly Lorentz powiedzieć, co zrobił jej syn. Miałem zamiar zawiadomić policję, mówiłem o tym Nelly, ale…

— Nelly przyszła do mnie z propozycją, żebyśmy rozwiązali ten problem bez angażowania policji. Powiedziała, że nie należy upokarzać Alex, że cała Fjällbacka weźmie ją na języki. Musieliśmy jej przyznać rację. Uznaliśmy, że będzie lepiej, jeśli załatwimy to między sobą. Nelly obiecała, że zatroszczy się odpowiednio o Nilsa — powiedziała Birgit. Siedziała na kanapie wyprostowana jak struna.

— Nelly załatwiła mi również doskonałą posadę w Göteborgu. Byliśmy bardzo słabi. Te obietnice zupełnie odebrały nam zdolność widzenia.

Karl-Erik rozliczał się ze sobą bezlitośnie uczciwie. Czas zaprzeczeń minął.

— Wcale tak nie było! Jak możesz tak mówić! Chodziło nam tylko o dobro Alex. Co by zyskała, gdyby wszyscy się dowiedzieli? A tak miała szansę normalnie żyć.

— Nie, Birgit, to my daliśmy sobie szansę, żeby normalnie dalej żyć. Alex tę szansę straciła, kiedy postanowiliśmy rzecz przemilczeć.

Patrzyli na siebie nawzajem. Karl-Erik rozumiał, że pewnych rzeczy nie da się już naprawić. Ona nigdy tego nie zrozumie.

— A dziecko? Co się z nim stało? Oddaliście do adopcji?

Milczenie. Nagle od strony drzwi rozległ się głos:

— Nie, dziecko nie zostało oddane do adopcji. Postanowili je zatrzymać i oszukać, nie mówiąc, kim jest.

— Julia! Myślałem, że jesteś na górze, w swoim pokoju!

Karl-Erik odwrócił się. Patrzył na Julię. Stała w drzwiach. Musiała się zakraść, schodząc z góry na palcach, bo nikt jej nie usłyszał. Ciekaw był, od kiedy tam stoi.

Oparła się o framugę i skrzyżowała ramiona. Wyrażała protest całym swoim niekształtnym ciałem. Była czwarta po południu, a Julia była jeszcze w piżamie. Wyglądała, jakby nie kąpała się co najmniej od tygodnia. Patrząc na nią, Karl-Erik odczuwał litość. Ból w piersi narastał. Biedne brzydkie kaczątko.

— Gdyby nie Nelly, a może powinnam powiedzieć „babcia”, nigdy byście nic nie powiedzieli, prawda? Nie zdobylibyście się na to, żeby mi powiedzieć, że moja mama to nie mama, tylko babcia, a tata to nie tata, tylko dziadek, a przede wszystkim, że moja siostra to nie siostra, tylko mama. Skapował pan czy mam powtórzyć? Trochę to zagmatwane.

To zjadliwe pytanie skierowała do Patrika. Sprawiała wrażenie, jakby wręcz delektowała się przerażeniem, które widziała na jego twarzy.

— Kompletne zboczenie, nie? — Ściszyła głos. Teraz już szeptała, kładąc palec na wargach. — Tylko ćśśś, niech pan tego nikomu nie opowiada. Bo co by ludzie powiedzieli? A nuż zaczną obmawiać wspaniałą rodzinę Carlgrenów?

Znów mówiła głośno:

— Całe szczęście, że Nelly wszystko mi powiedziała zeszłego lata, kiedy w wakacje pracowałam w fabryce. Powiedziała mi to, co miałam prawo wiedzieć. Kim naprawdę jestem. Całe życie czułam się odsunięta, niepasująca do reszty rodziny. Nie było mi łatwo z taką siostrą, ale uwielbiałam Alex. Była wszystkim, czym ja chciałam być, a nie byłam. Widziałam, jak patrzyliście na nią, a jak na mnie. Alex właściwie nie interesowała się mną, co jeszcze wzmagało moje uwielbienie. Teraz rozumiem, że znosiła mój widok z największym trudem. Widok bękarta zrodzonego z gwałtu. A wyście ją zmuszali, żeby sobie przypominała o wszystkim, ilekroć na mnie spojrzy. Nie rozumiecie, jakie to okrutne?

Karl-Erik drgnął na te słowa, jakby wymierzyła mu policzek. Miała rację. Zatrzymanie Julii było okrucieństwem wobec Alex. Musiała ciągle przeżywać na nowo straszne zdarzenie, które przecięło jej dzieciństwo. Było okrucieństwem również wobec Julii. Ani on, ani Birgit nie umieli zapomnieć o jej pochodzeniu. Julia prawdopodobnie czuła to od samego początku, bo przyszła na świat z krzykiem, który jej towarzyszył przez wszystkie lata, gdy rosła i walczyła z całym światem. Nie przepuściła żadnej okazji, żeby zachować się nieznośnie, a oni byli już za starzy na małe dziecko, zwłaszcza tak wymagające.

W pewnym sensie odczuli ulgę, gdy pewnego dnia zeszłego lata stanęła przed nimi rozjuszona. Nie byli zaskoczeni, że Nelly na własną rękę postanowiła powiedzieć Julii prawdę. Nelly była wstrętną egoistką, troszczyła się tylko o własny interes. Domyślali się, że jeśli uzna to za korzystne, na pewno powie Julii o wszystkim. Dlatego właśnie próbowali odwieść Julię od przyjęcia propozycji pracy w wakacje, lecz ona jak zwykle się uparła.

Kiedy Nelly powiedziała jej prawdę, przed Julią otworzył się zupełnie nowy świat. Pierwszy raz w życiu doświadczyła, że ktoś jej chce, że do kogoś przynależy. Nelly miała wprawdzie Jana, ale naprawdę liczyło się dla niej tylko pokrewieństwo. Powiedziała również, że nadejdzie dzień, gdy zostawi Julii cały majątek. Karl-Erik zdawał sobie sprawę, jak to musiało wpłynąć na Julię. Rozsadzała ją złość na rzekomych rodziców. Nelly obdarzyła uwielbieniem, tak jak przedtem Alex. Wszystko to przemknęło mu przez głowę, gdy patrzył na Julię stojącą w drzwiach, oświetloną miękkim światłem padającym z kuchni. Szkoda, że nigdy nie zrozumie, że kochali ją naprawdę, chociaż rzeczywiście patrząc na nią, zawsze pamiętali o strasznej przeszłości. Czuli się wobec niej niezręcznie jak wobec kogoś obcego i nie umieli sobie z tym poradzić. Nadal tak było. Teraz będą musieli pogodzić się z tym, że utracili ją na zawsze. Fizycznie wciąż była w domu, ale duchem już zdążyła ich opuścić.

Henrik wyglądał, jakby się dusił. Opuścił głowę na kolana i zamknął oczy. Karl-Erik pomyślał przez chwilę, że popełnił błąd, zapraszając Henrika. Zrobił to, bo uważał, że Henrik powinien poznać prawdę. On również kochał Alex.

— Ależ Julio… — Birgit nieporadnie wyciągnęła ramiona w stronę Julii, a ona z pogardą odwróciła się i poczłapała na górę.

— Jest mi naprawdę bardzo przykro. Domyślałem się, że coś się nie zgadza, ale nie wyobrażałem sobie czegoś podobnego. Nie wiem, co powiedzieć. — Patrik z rezygnacją rozłożył ręce.

— Sami też nie wiemy, co powiedzieć, zwłaszcza sobie. — Karl-Erik spojrzał badawczo na żonę.

— Czy państwo wiedzą, jak długo córka była wykorzystywana?

— Nie wiemy. Alex nie chciała o tym mówić. Przypuszczalnie co najmniej kilka miesięcy, może nawet rok. — Zawahał się. — To jest również odpowiedź na wcześniejsze pytanie.

— Które pytanie? — zapytał Patrik.

— Co łączyło Alex i Andersa. Anders też był ofiarą. Dzień przed przeprowadzką znaleźliśmy kartkę, którą Alex napisała do Andersa. Wynikało z niej, że Anders również został wykorzystany przez Nilsa. W jakiś sposób wpadli na to czy też dowiedzieli się, że znaleźli się w podobnej sytuacji, i przylgnęli do siebie, szukając pocieszenia. Osobiście poszedłem z tą kartką do Very Nilsson. Opowiedziałem jej, co przydarzyło się Alex i co zapewne spotkało Andersa. Była to jedna z najtrudniejszych chwil w moim życiu. Anders jest, czy też był, dla niej wszystkim. W głębi duszy miałem chyba nadzieję, że Vera zrobi to, na co myśmy się nie odważyli, i złoży na niego doniesienie, żeby musiał ponieść karę za to, co zrobił. Ale nic się nie wydarzyło, więc zakładam, że Vera była tak samo słaba jak my.

Karl-Erik nieświadomie masował pierś zaciśniętą pięścią. Ból potężniał, promieniował aż do palców.

— Czy nie wiedzą państwo, co się stało z Nilsem?

— Nie mamy pojęcia. Ale mam nadzieję, że ten podlec cierpi, gdziekolwiek jest.

Od narastającego lawinowo bólu ścierpły mu palce. Karl-Erik domyślił się, że dzieje się coś niedobrego, gdy stwierdził, że ma ograniczone pole widzenia, a do tego wszystko widzi i słyszy w spowolnionym tempie. Ucieszył się, że nie dostrzega już złości w oczach Birgit, ale gdy zobaczył jej niepokój, zrozumiał, że to coś bardzo poważnego. A potem spadła na niego ciemność.


Patrik musiał dłuższą chwilę posiedzieć w samochodzie i odpocząć po szalonej jeździe do szpitala Sahlgrenska. Pojechał swoim autem za karetką i został na miejscu z panią Carlgren i Henrikiem aż do chwili, gdy lekarz oświadczył, że wprawdzie zawał był ciężki, ale bezpośrednie zagrożenie minęło.

Ten dzień Patrik zaliczał do najbardziej przejmujących w swoim życiu. Jako policjant był świadkiem wielu nieszczęść, ale nigdy nie słyszał historii tak rozdzierającej jak dzisiejsza opowieść Carlgrena.

Wierzył, że było tak, jak powiedział Carlgren, jednocześnie nie pojmował, jak Alex mogła normalnie żyć po tak strasznym przeżyciu. Nie dość, że została wykorzystana i pozbawiona dzieciństwa, to jeszcze stale jej o tym przypominali. Choć się starał, nie potrafił zrozumieć postępowania rodziców Alex. Nie pozwoliłby gwałcicielowi swego dziecka uniknąć odpowiedzialności, a tym bardziej nie przemilczałby takiego faktu. Jak to możliwe, że pozory stają się ważniejsze od życia i zdrowia dziecka? Zupełnie tego nie rozumiał.

Zamknął oczy i oparł głowę o zagłówek. Zaczęło zmierzchać. Powinien już jechać do domu, ale choć wiedział, że czeka na niego Erika, nie mógł się jeszcze zdobyć na to, by ruszyć. Całe jego z gruntu pozytywne nastawienie do życia zachwiało się w posadach. Po raz pierwszy zwątpił, czy w człowieku jest więcej dobra niż zła.

Był głęboko poruszony, a jednocześnie zawstydzony: odczuwał zawodową satysfakcję, że kawałki układanki złożyły się wreszcie w całość. W jedno popołudnie zdołał uzyskać odpowiedzi na wiele pytań. Z drugiej strony był sfrustrowany, bo nadal przecież błądził po omacku i nie potrafił ustalić, kto jest mordercą Alex i Andersa. Być może motywu trzeba szukać w przeszłości, a może nie. Ale w to akurat nie wierzył, bo był to jedyny wyraźny łącznik między Alex i Andersem.

Dlaczego jednak mieliby zostać zamordowani, dlatego że dwadzieścia pięć lat wcześniej zostali zgwałceni? A jeśli tak było, to dlaczego dopiero teraz? Co poruszyło osad zalegający przez tyle lat na dnie i doprowadziło do dwóch morderstw w odstępie paru tygodni? Najgorsze, że Patrik nie miał pojęcia, w którym kierunku pójść dalej.

Dzisiejsze popołudnie przyniosło przełom, ale dochodzenie zabrnęło w ślepą uliczkę. Patrik właśnie analizował wszystko, co robił i czego się dziś dowiedział, gdy przypomniał sobie, że jest przecież bardzo konkretny trop. Po wizycie u Carlgrenów, w zamieszaniu związanym z zawałem Karla-Erika, zupełnie o tym zapomniał. Teraz poczuł ten sam zapał co rano. Uzmysłowił sobie, że właśnie ma okazję sprawdzić ten trop.

Włączył komórkę, zignorował komunikat o trzech wiadomościach głosowych i zadzwonił do biura numerów. Zapytał o telefon do szpitala Sahlgrenska. Dostał numer centrali i poprosił o przełączenie.

— Szpital Sahlgrenska, słucham.

— Dzień dobry, nazywam się Patrik Hedström. Chciałbym się dowiedzieć, czy na oddziale medycyny sądowej pracuje niejaki Robert Ek.

— Zaraz sprawdzę.

Patrik wstrzymał oddech. Robert był jego dawnym kolegą ze szkoły policyjnej. Po ukończeniu studiów zrobił specjalizację z techniki śledczej. W okresie studiów utrzymywali ożywione stosunki towarzyskie, ale potem kontakt się urwał. Patrika doszły pogłoski, jakoby Robert pracował w szpitalu Sahlgrenska, i miał nadzieję, że tak jest rzeczywiście.

— Zaraz zobaczymy. Tak, Robert Ek pracuje u nas. Połączyć pana?

— Tak, proszę.

Po paru sygnałach w słuchawce odezwał się znajomy głos.

— Oddział medycyny sądowej, Robert Ek, słucham.

— Cześć, Robban, poznajesz, kto dzwoni?

Zapadła cisza. Patrik nie wierzył, że Robert może go poznać po głosie, i już miał podpowiedzieć, gdy usłyszał okrzyk.

— Patrik Hedström! Cześć, stary! Kopę lat! Cóż to za okazja, że do mnie dzwonisz? To znaczy… to prawdziwa niespodzianka.

Robert wyraźnie się z nim droczył, a Patrik się zawstydził. Zdawał sobie sprawę, że nie dbał o podtrzymanie przyjaźni. Robert wykazywał zdecydowanie większą inicjatywę, ale zniechęcił się, bo Patrik nie oddzwaniał. Teraz tym bardziej zrobiło mu się głupio, ponieważ chciał prosić o przysługę, ale było za późno, żeby się wycofać.

— Wiem, długo się nie odzywałem. Tak się jednak składa, że jestem właśnie na parkingu przed szpitalem i przypomniało mi się, że tu pracujesz. Więc pomyślałem, że sprawdzę, czy jesteś na miejscu, i przyjdę się przywitać.

— No pewnie. Wchodź, fajnie, że jesteś.

— Jak do ciebie trafić? Gdzie pracujesz?

— W suterenie. Idź do głównego wejścia, zjedź windą na dół, potem skręć w prawo i idź do końca korytarza. Tam znajdziesz drzwi, a za tymi drzwiami jesteśmy my. Zadzwoń, to cię wpuszczę. Bardzo się cieszę.

— Ja też się cieszę. Widzimy się za parę minut.

Patrikowi było głupio, że musi wykorzystać starą znajomość. Z drugiej strony Robert miał wobec niego dług wdzięczności. Podczas studiów Robert mieszkał ze swoją narzeczoną Susanne, a jednocześnie miał gorący romans z koleżanką z uczelni, Marie, która też miała innego partnera. Trwało to prawie dwa lata i Patrikowi trudno byłoby zliczyć, ile razy ratował mu skórę. Ile razy zapewniał mu alibi, uruchamiając bogatą wyobraźnię, kiedy Susanne dzwoniła i pytała o Roberta.

Teraz, po latach, Patrik uważał, że obaj zachowywali się niehonorowo, ale byli wtedy młodzi i niedojrzali. Tak naprawdę imponowało mu, a nawet trochę zazdrościł Robertowi, że tańczy odbijanego z dwiema panienkami. W końcu, rzecz jasna, wszystko się wydało, a Robert został bez mieszkania i bez panienek. Po kilku tygodniach sypiania na kanapie u Patrika jako urodzony czaruś znalazł sobie nową dziewczynę z mieszkaniem.

Patrika doszły słuchy nie tylko o tym, że Robert pracuje w szpitalu Sahlgrenska, ale również, że jest żonaty i ma dzieci. W to akurat trudno było mu uwierzyć. Zaraz się okaże.

Krążył po długich szpitalnych korytarzach, bo choć opis Roberta wydawał się jasny, Patrikowi udało się dwukrotnie zabłądzić. W końcu stanął przed właściwymi drzwiami. Zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły.

— Czeeeść!

Uściskali się serdecznie, a potem obaj cofnęli się, żeby się sobie nawzajem przyjrzeć. Patrik stwierdził, że czas obszedł się z Robertem łaskawie. Miał nadzieję, że też dobrze wypadł, ale na wszelki wypadek wciągnął brzuch i wypiął jednocześnie pierś.

— Wchodź, wchodź.

Robert zaprowadził go do pokoju wielkości schowka, w którym ledwie mieściła się jedna osoba. Patrik usiadł po drugiej stronie biurka, naprzeciwko Roberta. Teraz mógł mu się przyjrzeć bliżej. Jasne włosy miał starannie uczesane, jak dawniej, a ubranie pod białym kitlem eleganckie jak zawsze. Patrik był zdania, że schludność Roberta stanowiła swoistą przeciwwagę dla chaosu w jego życiu prywatnym. Zwrócił uwagę na zdjęcie stojące na półce za biurkiem.

— To twoja rodzina?

Nie udało mu się ukryć zdziwienia.

Robert uśmiechnął się z dumą i wziął zdjęcie do ręki.

— Tak jest, żona Carina i dzieci: Oscar i Maja.

— W jakim są wieku?

— Oscar ma dwa lata, Maja sześć miesięcy.

– Śliczne. Od jak dawna jesteś żonaty?

— Od trzech lat. Kiedyś nie uwierzyłbyś, że zostanę ojcem rodziny, co?

Patrik roześmiał się.

— Muszę przyznać, że nie widziałem cię w tej roli.

— Ale, jak widać, przyszła kryska na Matyska. A co u ciebie? Pewnie cały wysyp dzieci?

— Zupełnie nie tak. Jestem rozwiedziony. Nie mam dzieci. W tych okolicznościach to może i dobrze.

— Bardzo mi przykro.

— Aż tak źle nie jest. Właśnie szykuje się coś, co wygląda obiecująco. Zobaczymy.

— A jak to się stało, że po tylu latach wyskakujesz nagle jak diabeł z pudełka?

Patrikowi zrobiło się głupio, że najpierw długo się nie odzywał, a teraz przychodzi z prośbą o przysługę.

— Przyjechałem do Göteborga w służbowej sprawie i przypomniałem sobie, że tu pracujesz. Potrzebuję pomocy, ale niestety nie mam tyle czasu, żeby załatwić wszystkie formalności, bo będzie to trwało całe tygodnie. Nie mam tyle czasu ani cierpliwości.

Robert wyglądał na zaciekawionego. Złożył dłonie i czekał na dalszy ciąg.

Patrik pochylił się, wyjął z torby papier w folii i podał Robertowi. Robert zaczął go oglądać w świetle stojącej na biurku lampy.

— Ten papier pochodzi z kołonotatnika, który znalazłem w mieszkaniu ofiary morderstwa. Widać na nim odcisk innej zapisanej kartki, ale jest na tyle słaby, że da się odczytać jedynie częściowo. Zdaje się, że macie sprzęt umożliwiający odczytanie takiej kopii, prawda?

— No tak, oczywiście — odparł Robert z pewnym ociąganiem, wciąż oglądając papier w świetle lampy. — Ale jak sam powiedziałeś, obowiązują pewne procedury, także co do kolejności. Mamy pełno spraw czekających na ekspertyzę.

— Wiem oczywiście, że tak jest. Pomyślałem tylko, że być może da się to szybko i łatwo sprawdzić. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś tylko zerknął i powiedział, czy da się to odczytać…

Robert zmarszczył czoło, jakby się zastanawiał nad słowami Patrika, a potem uśmiechnął się szelmowsko i wstał z krzesła.

— Bez przesady z tą biurokracją. Przecież to tylko parę minut. Chodźmy.

Wyszedł z pokoju i poszedł przodem, prowadząc Patrika do pokoju naprzeciwko. Było to duże i jasne pomieszczenie, pełne dziwnych sprzętów. Wszystko lśniło kliniczną czystością. Wrażenie potęgowały śnieżnobiałe ściany i chromowane szafki i blaty. Podeszli do urządzenia stojącego w głębi sali. Robert ostrożnie wyjął papier z folii i umieścił na płytce. Nacisnął guzik „on” i zapaliło się błękitnawe światło. Na papierze ukazał się wyraźnie cały tekst.

— Widzisz? O to ci chodziło?

Patrik przebiegł po nim wzrokiem.

— Na to liczyłem. Możesz to chwilę przytrzymać, żebym mógł przepisać?

Robert uśmiechnął się.

— Ułatwię ci życie jeszcze bardziej. Ten aparat umożliwia zrobienie zdjęcia tekstu. Będziesz je mógł ze sobą zabrać.

Patrik uśmiechnął się szeroko.

— Super! Dziękuję.

Po półgodzinie Patrik wyszedł z fotokopią kartki wydartej z kołonotatnika Andersa. Przedtem złożył Robertowi uroczystą obietnicę, że będzie się częściej odzywać. Miał nadzieję, że jej dotrzyma, ale niestety znał siebie aż za dobrze.

Jechał do domu pogrążony w myślach. Uwielbiał jeździć po ciemku. Łatwiej mu się myślało, gdy go otulała aksamitna noc, z rzadka przecinana światłami nielicznych samochodów jadących z przeciwka. Poskładał uzyskane wcześniej informacje z tym, co odczytał z kartki, i kiedy wjeżdżał przed dom w Tanumshede, był pewien, że udało mu się rozwiązać przynajmniej jedną z męczących go zagadek.

Dziwnie się czuł, kładąc się spać bez Eriki. To dziwne, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do przyjemnych rzeczy. Okazało się, że trudno mu się zasypia samemu. Kiedy Erika zadzwoniła do niego z wiadomością, że nieoczekiwanie przyjechała jej siostra i będzie lepiej, jeśli Patrik zanocuje u siebie, poczuł taki zawód, że aż go to zdziwiło. Chciał spytać, co się dzieje, ale domyślił się, że Erika nie może rozmawiać. Powiedział tylko, że jutro się odezwie i że tęskni.

Myśli o Erice i o tym, co ma do zrobienia jutro, nie dawały mu zasnąć. Miał przed sobą długą noc.


Okazja do rozmowy nadarzyła się dopiero wieczorem, kiedy dzieci zasnęły. Erika szybko rozmroziła gotowe danie, bo Anna powinna zjeść coś gorącego. Jej samej też burczało w brzuchu, bo z tego wszystkiego również zapomniała coś zjeść.

Ale Anna nie tyle jadła, ile grzebała widelcem na talerzu. Erika tak jak dawniej zaniepokoiła się o młodszą siostrę. Chciałaby, jak kiedyś, gdy były małe, utulić Annę, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, i pocałować bolące miejsce, żeby ból zniknął. Są jednak dorosłe, a problem Anny to sprawa znacznie poważniejsza. Wobec tego problemu Erika czuła się całkowicie bezradna i bezsilna. Po raz pierwszy siostra wydała jej się kimś obcym. Czuła się niezręcznie i nie wiedziała, jak z nią rozmawiać. Czekała w milczeniu, aż Anna zrobi pierwszy krok. Nastąpiło to dopiero po dłuższej chwili.

— Nie wiem, co robić. Co będzie ze mną i z dziećmi? Gdzie się podziejemy? Z czego będę żyć? Tyle lat siedziałam w domu, nic nie umiem.

Anna zacisnęła dłonie na blacie stołu, jakby fizycznie chciała zapanować nad sytuacją.

— Powoli, nie wszystko naraz. Wszystko się ułoży, tylko trzeba się do tego zabrać powoli. Możesz tu zostać z dziećmi, jak długo zechcesz. To jest również twój dom, prawda?

Pozwoliła sobie na lekki uśmiech i ku jej radości Anna również się uśmiechnęła. A potem otarła nos wierzchem dłoni i zaczęła w zamyśleniu skubać obrus.

— Nie mogę sobie wybaczyć, że dopuściłam, żeby sprawy zaszły tak daleko. Jak ja mogłam pozwolić, żeby Lucas zrobił krzywdę Emmie?

Lało jej się z nosa. Sięgnęła po chusteczkę.

— Dlaczego do tego dopuściłam? Przecież w głębi duszy wiedziałam, że to się stanie, ale wolałam zamknąć oczy, bo tak mi było wygodniej.

— Anno, akurat w tej sprawie mam stuprocentową pewność. Świadomie nigdy nie pozwoliłabyś zrobić dzieciom krzywdy.

Erika sięgnęła przez stół i chwyciła przeraźliwie chudą rękę Anny. Kości dłoni miała kruche jak ptak, aż strach było ścisnąć mocniej.

— Sama nie rozumiem, jak to się dzieje, że choć tak postąpił, nadal go kocham. Trwa to od tak dawna, że ta miłość stała się częścią mnie. Nie potrafię się jej wyzbyć. Chciałabym ją dosłownie wyciąć z siebie, bo czuję się przez to odrażająca i brudna.

Drugą drżącą rękę położyła na piersi.

— Anno, to normalne, nie ma się czego wstydzić. Powinnaś teraz pomyśleć o sobie i zadbać o siebie.

Umilkła.

— Ale jedną rzecz musisz zrobić. Musisz złożyć na niego doniesienie na policję.

— Nie, Eriko, nie mogę.

Łzy płynęły jej po policzkach, po podbródku i kapały na obrus, zostawiając mokre plamki.

— Anno, musisz. Nie może mu to ujść płazem. Nawet mi nie mów, że zgadzasz się, żeby nie poniósł konsekwencji tego, że niemal złamał rękę własnej córce!

— Nie, no tak, zresztą nie wiem. Nie umiem teraz myśleć jasno. Czuję, jakbym miała w głowie watę. Nie mam siły, może później.

— Nie, Anno, później będzie za późno. Musisz to zrobić teraz! Pojadę z tobą do komisariatu. Pamiętaj, musisz to zrobić. Nie tylko dla dzieci, również dla siebie.

— Nie wiem, czy dam radę.

— A ja wiem, że dasz. W odróżnieniu od nas Emma i Adrian mają kochającą mamę, gotową dla nich na wszystko.

W głosie Eriki zabrzmiało rozgoryczenie.

Anna westchnęła.

— Proszę cię, daj sobie z tym spokój. Ja już dawno pogodziłam się z tym, że miałyśmy właściwie tylko tatę, i przestałam się zastanawiać, dlaczego tak było. Co możemy wiedzieć? Może mama nie chciała mieć dzieci? A może byłyśmy inne, niżby chciała? Nigdy się tego nie dowiemy i nie ma co tego wałkować. Ja i tak miałam dobrze, bo miałam ciebie. Nigdy ci tego nie mówiłam, ale zdaję sobie sprawę, ile dla mnie zrobiłaś i ile znaczyłaś w okresie dorastania. Ty nie miałaś nikogo, kto w zastępstwie mamy zająłby się tobą. Ale proszę cię, nie pielęgnuj w sobie tego żalu. Myślisz, że nie widziałam, jak się wycofywałaś, gdy poznawałaś kogoś i sprawa zaczynała być poważna? Na wszelki wypadek, żeby cię przypadkiem nie zranił. Eriko, przestań rozpamiętywać przeszłość. Wydaje mi się, że w twoim życiu zdarzyło się coś naprawdę fajnego, więc tego nie zepsuj. Chciałabym kiedyś zostać ciocią.

Obie roześmiały się przez łzy. Erika musiała wytrzeć serwetką nos. Powietrze było aż gęste od emocji. Przeżywały coś w rodzaju duchowych porządków. Tyle było dotąd rzeczy niewypowiedzianych, tyle kurzu po kątach. Obie czuły, że pora posprzątać.

Przegadały całą noc, aż do świtu. Dzieci spały dłużej niż zwykle, a gdy Adrian w końcu dał znać krzykiem, że nie śpi, Erika zaofiarowała się, że do południa zaopiekuje się dziećmi, aby Anna mogła się przespać.

Zrobiło jej się lekko na duszy. Nie zapomniała o Emmie i o tym, co jej się przydarzyło, ale ulżyło jej, bo powiedziały sobie z Anną wiele rzeczy, które powinny wypowiedzieć dawno temu. Również nieprzyjemnych, choć koniecznych. Erika była zaskoczona, że Anna potrafi ją tak łatwo przejrzeć. Musiała przyznać, że nie doceniała młodszej siostry, a nawet traktowała ją lekceważąco, jak duże, nieodpowiedzialne dziecko. Ucieszyła się, gdy się przekonała, jaka jest naprawdę.

Porozmawiały też o Patriku. Erika postanowiła do niego zadzwonić. Wybrała numer domowy, a gdy nie odebrał, zadzwoniła na komórkę. Na ręku trzymała Adriana. Telefonowanie było sporym wyzwaniem, ponieważ mały był zachwycony fantastyczną zabawką i uparcie usiłował ją Erice zabrać. Patrik odebrał już po pierwszym sygnale. Erika zapomniała o zmęczeniu.

— Cześć, kochanie.

— Bardzo lubię, kiedy tak do mnie mówisz.

— Co słychać?

— Dziękuję, mamy tu kryzys rodzinny. Powiem ci, jak się zobaczymy. Sporo się wydarzyło i przegadałyśmy z Anną całą noc. Teraz pilnuję dzieci, żeby mogła się trochę przespać.

Patrik usłyszał w słuchawce, że stłumiła ziewnięcie.

— Zmęczona jesteś?

— Tak. Jak nie wiem co, ale Anna potrzebuje snu bardziej ode mnie, więc posiedzę z dziećmi. Są za małe, żeby same się sobą zająć.

Jakby na potwierdzenie Adrian zamruczał.

Patrik zdecydował się w jednej chwili.

— Mam inny pomysł.

— Czyżby? Przywiązać dzieci do poręczy schodów? — Erika zaśmiała się.

— Ja przyjadę ich popilnować.

Erika zaśmiała się z niedowierzaniem.

— Ty? Dzieci popilnujesz?

Patrik poczuł się urażony.

— Chcesz powiedzieć, że nie potrafię? Skoro mogłem sam jeden obezwładnić dwóch włamywaczy, bez problemu poradzę sobie z dwiema małymi osóbkami. A może nie masz do mnie zaufania?

Erika westchnęła teatralnie.

— Może i sobie poradzisz. Ale ostrzegam, mają niespożyte siły. Jesteś pewien, że dotrzymasz im kroku? Mam na myśli twój podeszły wiek.

— Spróbuję. Na wszelki wypadek zabiorę leki nasercowe.

— No dobrze, propozycja przyjęta. Kiedy będziesz?

— Zaraz. Miałem sprawę we Fjällbace i właśnie minąłem plac do minigolfa, więc będę za jakieś pięć minut.

Gdy wysiadł z samochodu, Erika już na niego czekała w drzwiach. Trzymała na ręku pucołowatego chłopczyka z wielkim zapałem machającego rączką. Za nimi, ssąc kciuk, stała ledwie widoczna dziewczynka. Drugą rączkę, zagipsowaną, trzymała na temblaku. Patrik nie znał przyczyny nagłego pojawienia się Anny, ale zważywszy na to, co Erika opowiadała o szwagrze, widok Emmy wzbudził w nim nieprzyjemne podejrzenia. Nie pytał. W odpowiednim momencie Erika mu opowie.

Przywitał się po kolei z całą trójką. Erice dał buziaka, Adriana pogłaskał po policzku, a potem przykucnął, żeby przywitać się z Emmą. Była bardzo poważna. Chwycił zdrową rączkę i powiedział:

— Cześć, mam na imię Patrik. A ty?

Odpowiedziała z pewnym ociąganiem:

— Emma.

Kciuk natychmiast wrócił do buzi.

— Ona się jeszcze rozrusza.

Erika przekazała Adriana Patrikowi i zwróciła się do Emmy:

— Mama i ciocia Erika muszą trochę pospać. Patrik was popilnuje, zgoda? On jest moim przyjacielem. Jest bardzo, bardzo miły. A jak ty będziesz bardzo, ale to bardzo grzeczna, Patrik da ci loda z zamrażarki.

Emma spojrzała nieufnie na Erikę, ale lody były tak nieodpartą pokusą, że skinęła głową.

— W takim razie zostawiam was. Na razie. Proszę, zadbaj, żeby przeżyły, dopóki się nie obudzę.

Erika zniknęła na schodach, a Patrik zwrócił się do Emmy, która nadal przyglądała mu się nieufnie:

— No to jak? Zagramy w szachy? Nie? A co powiesz na lody na śniadanie? Widzę, że to ci się podoba. Dobra. Kto dobiegnie do lodówki ostatni, dostanie zamiast lodów marchewkę.


Anna budziła się powoli. Miała wrażenie, że śpi od stu lat, istna Śpiąca Królewna. Otworzyła oczy i w pierwszej chwili nie mogła się zorientować, gdzie jest. Spojrzała na znajome tapety swojego dawnego pokoju i wtedy całym ciężarem spadło na nią wspomnienie ostatnich wydarzeń. Usiadła na łóżku. Dzieci! Po chwili usłyszała dochodzące z parteru radosne okrzyki Emmy i przypomniała sobie, że Erika obiecała popilnować dzieci. Postanowiła jeszcze poleżeć w ciepłym łóżku. Jeśli wstanie, będzie musiała zacząć działać, a tak zafunduje sobie jeszcze kilka minut ucieczki od rzeczywistości.

Po chwili zaczęło do niej docierać, że wśród dobiegających z dołu śmiechów Emmy i Adriana słychać głos, który nie należy do Eriki. Przeraziła się, że to Lucas, ale zaraz zdała sobie sprawę, że Erika prędzej zastrzeliłaby go na miejscu, niż wpuściła do domu. Zaczęła się domyślać, kto to jest. Zakradła się na palcach na schody i wyjrzała przez balustradę. Salon wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Z poduszek kanapy, czterech krzeseł i koca powstał namiot, a po całej podłodze walały się klocki Adriana. Na stole leżało mnóstwo papierków po lodach. Anna miała nadzieję, że to Patrik okaże się tym amatorem lodów, ale zaraz zrozumiała, że nie ma co liczyć, żeby jej córka zjadła kolację, nie mówiąc o obiedzie. Tymczasem córka siedziała na ramionach sympatycznie wyglądającego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny. Zaśmiewała się, a wtórował jej Adrian, leżący w samej pieluszce na kocu na podłodze. Widać było, że Patrik bawi się najlepiej z całej trójki. Na zawsze zapewniło mu to sympatię Anny.

Wstała i chrząknęła, by zwrócić uwagę zabawowiczów.

— Mamo, zobacz, mam konika.

Emma chciała pokazać, że ma władzę nad „konikiem”, i pociągnęła go mocno za włosy, nie zważając na łagodne protesty Patrika.

— Emmo, bądź dobra dla konika, bo więcej na nim nie pojeździsz.

Ta uwaga zastanowiła małą amazonkę. Na wszelki wypadek zdrową rączką poklepała grzywę Patrika.

— Witaj, Anno. Kopę lat.

— Rzeczywiście, kopę lat. Mam nadzieję, że moje dzieci cię nie wykończyły.

— Ależ skąd, było fantastycznie. — Na chwilę spoważniał. — Bardzo uważałem na jej rączkę.

— Jestem o to zupełnie spokojna. Widzę, że Emma ma się znakomicie. Erika śpi?

— Tak. Rozmawiałam z nią rano przez telefon. Wydawała się zmęczona, więc zaproponowałem, że się włączę.

— I to z jakim powodzeniem!

— No tak, chociaż narobiliśmy bałaganu. Mam nadzieję, że Erika nie będzie na mnie zła o ten rozgardiasz.

Annę rozbawiła jego mina. Jakby Erika już próbowała go dyscyplinować.

— Posprzątamy razem, ale muszę się najpierw napić kawy. Może też się napijesz?

Pili kawę i gawędzili jak starzy przyjaciele. Droga do serca Anny prowadziła przez dzieci, a uwielbienie Emmy, która nawet na moment nie odstępowała Patrika, nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Anna prosiła, żeby Emma dała mu odpocząć, ale Patrikowi zupełnie to nie przeszkadzało. Erika pojawiła się zaspana godzinę później. Przez ten czas Anna zdążyła się dowiedzieć o Patriku wszystkiego, od rozmiaru butów począwszy, na przyczynach rozpadu jego małżeństwa skończywszy. Kiedy Patrik w końcu oznajmił, że musi iść, zaprotestowały wszystkie trzy. Adrian zapewne też by się dołożył, gdyby nie usnął ze zmęczenia.

Kiedy Patrik odjeżdżał, Anna spojrzała na Erikę szeroko otwartymi oczami.

— Boooże, taki facet to marzenie każdej teściowej. Słuchaj, może ma młodszego brata?

Erika się uśmiechnęła.


Patrik od kilku godzin odkładał sprawę, która nie dała mu spać ostatniej nocy. Nieczęsto się zdarzało, żeby z taką niechęcią podchodził do zadania, które — o czym dobrze wiedział — należało do jego obowiązków. Znał już sprawcę jednego z dwóch morderstw, ale wcale go to nie cieszyło.

Jechał powoli z Sälvik w kierunku centrum. Chciał jechać jak najdłużej, ale miał niedaleko, znalazł się na miejscu wcześniej. Postawił samochód na parkingu koło sklepu spożywczego i ostatni odcinek przeszedł piechotą. Dom stał na górce, przy jednej z ulic schodzących stromo aż do szop na łodzie nad samą wodą. Był to ładny, stary dom, choć sądząc po wyglądzie, zaniedbywany od wielu lat. Patrik odetchnął głęboko i zapukał. Od tej chwili liczył się wyłącznie profesjonalizm. Nie ma miejsca na emocje, jest policjantem wykonującym swoją pracę niezależnie od tego, jak się z tym czuje.

Vera otworzyła niemal natychmiast. Spojrzała pytająco, ale zaraz się odsunęła i wpuściła go do środka. Poszła przodem do kuchni i oboje usiedli przy stole. Nie zapytała, o co chodzi. Patrik pomyślał, że już wie. Tak czy inaczej, powinien w możliwie najłagodniejszej formie powiedzieć, co ma do powiedzenia.

Patrzyła na niego spokojnie. Tylko ciemne obwódki wokół oczu świadczyły o tym, że cierpi. Przed nią na stole leżał stary album ze zdjęciami. Patrik domyślał się, że gdyby go otworzył, zobaczyłby zdjęcia Andersa z dzieciństwa. Było mu przykro przychodzić do matki pogrążonej w żałobie, tym bardziej że od śmierci syna minęło zaledwie parę dni, ale wiedział, że musi zapomnieć o odruchach serca i skupić się na ustalaniu prawdy o śmierci Andersa.

— Proszę pani, okoliczności naszego poprzedniego spotkania były bardzo przykre. Chciałbym zacząć od wyrazów współczucia w związku ze śmiercią syna.

Vera skinęła głową, czekając na dalszy ciąg.

— Zdaję sobie sprawę, że jest pani bardzo ciężko, ale muszę wyjaśnić wszystkie okoliczności. Mam nadzieję, że pani to rozumie.

Mówił powoli i wyraźnie, jak do dziecka, choć sam nie wiedział dlaczego. Bardzo chciał, żeby naprawdę zrozumiała.

— Przyjęliśmy założenie, że Anders został zamordowany. Szukaliśmy nawet związku między jego śmiercią i zamordowaniem Alexandry Wijkner, z którą — jak wiedzieliśmy — wiele go łączyło. Nie znaleźliśmy jednak żadnych śladów domniemanego mordercy i nie zdołaliśmy ustalić, w jaki sposób morderstwo zostało dokonane. Szczerze mówiąc, braliśmy pod uwagę różne ewentualności, ale nie udało nam się ustalić przebiegu wydarzeń. Ale później w mieszkaniu Andersa znalazłem to.

Patrik położył przed nią fotokopię. Na twarzy Very pojawił się wyraz zdziwienia. Kilka razy spojrzała na Patrika, na papier, podniosła go, odwróciła, przesunęła palcami po literach. Wreszcie ze zdumioną miną położyła go na stole.

— Gdzie pan to znalazł? — zapytała głosem ochrypłym ze smutku.

— W mieszkaniu Andersa. Jest pani zdziwiona, bo myślała pani, że zabrała jedyny egzemplarz listu, prawda?

Skinęła głową. Patrik mówił dalej:

— Właściwie tak było. Ale znalazłem kołonotatnik, w którym Anders pisał ten list, i kartkę, na której został odcisk. To właśnie to.

Vera uśmiechnęła się ironicznie.

— Nie pomyślałam o tym. Spryciarz z pana, że pan na to wpadł.

— Wydaje mi się, że mniej więcej wiem, co się zdarzyło, ale chciałbym, że pani opowiedziała to własnymi słowami.

Przez chwilę obracała w ręku papier. Czubkami palców przesuwała po literach, jakby czytała pismo dla niewidomych. Westchnęła głęboko. Po chwili postanowiła odpowiedzieć na uprzejmą, lecz zdecydowaną prośbę Patrika.

— Przyszłam do Andersa z zakupami. Drzwi, jak prawie zawsze, nie były zamknięte na klucz, więc zawołałam tylko od progu i weszłam. Było cicho. Od razu go zobaczyłam. Na ten widok serce mi stanęło w piersi, jakby przestało bić. Kołysał się lekko, jak na wietrze, choć wiedziałam, że to przecież niemożliwe.

— Dlaczego nie wezwała pani policji albo pogotowia?

Wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. W pierwszej chwili chciałam go ściągać, ale jak weszłam do pokoju, zobaczyłam, że jest za późno. Mój synek już nie żył.

Po raz pierwszy głos jej zadrżał, ale przełknęła ślinę. Po chwili zaczęła mówić dalej, ze spokojem, który sprawiał dość niesamowite wrażenie.

— Ten list znalazłam w kuchni. Czytał pan, więc wie pan, co w nim jest. Nie chciał żyć. To było jedno niekończące się cierpienie i nie miał już sił walczyć. Nie miał powodu trwać. Przesiedziałam w tej kuchni godzinę, może dwie, sama nie wiem. Schowałam list do torebki, to był moment. Potem jeszcze odstawiłam na miejsce stołek, na który wszedł, żeby wsunąć głowę w pętlę.

— Ale dlaczego? Po co pani to zrobiła?

Spojrzenie miała spokojne, ale sądząc po drżeniu rąk, był to spokój pozorny. Patrik nie umiał wyobrazić sobie koszmaru, jakim musiał być dla matki widok powieszonego syna, z wywalonym sinym językiem i wytrzeszczonymi oczami. Nawet dla niego było to przerażające, a co dopiero dla matki, której ten widok zostanie w pamięci do końca życia.

— Chciałam go ochronić przed kolejnym upokorzeniem. Tyle lat ludzie patrzyli na niego z pogardą, wytykali palcami, wyśmiewali. Zadzierali nosa i czuli się lepsi. A co by dopiero powiedzieli na wieść, że się powiesił? Chciałam mu oszczędzić wstydu i wydawało mi się, że mogę to zrobić tylko w ten sposób.

— Ciągle nie rozumiem. Dlaczego samobójstwo miałoby być czymś gorszym niż morderstwo?

— Za młody pan jest, żeby to zrozumieć. Tu, na wybrzeżu, ludzie mają samobójców w głębokiej pogardzie. Nie chciałam, żeby tak mówili o moim synku. Wystarczy, że obrzucali go błotem przez tyle lat.

W głosie Very zabrzmiał stalowy ton. Tyle lat starała się osłaniać syna, pomagać mu, więc ta chęć ochrony Andersa, nawet po śmierci, na swój sposób była naturalna. Ale Patrik nadal nie rozumiał jej postępowania.

Vera sięgnęła po album leżący na stole i rozłożyła go, żeby mogli oglądać razem. Sądząc po strojach, zdjęcia były robione w latach siedemdziesiątych. Ze wszystkich lekko pożółkłych fotografii wyzierała roześmiana, beztroska buzia Andersa.

— Prawda, jaki był z niego ładny chłopak — powiedziała rozmarzonym tonem, przesuwając palcem po zdjęciach.

Patrik patrzył z zainteresowaniem. Nie do wiary, że to ta sama osoba. Zapamiętał Andersa jako wrak człowieka. Dobrze, że chłopczyk z tych zdjęć nie wiedział, jaki los go czeka. Zainteresowało go szczególnie jedno. Obok Andersa, siedzącego na kolarzówce, stała chuda jasnowłosa dziewczynka. Patrzyła nieśmiało spod grzywki, a na buzi miała cień uśmiechu.

— To przecież Alex?

— Tak — odpowiedziała krótko.

— Często się razem bawili w dzieciństwie?

— Niezbyt, ale zdarzało się. W końcu chodzili do jednej klasy.

Patrik wszedł na grząski grunt. Kolejne kroki musiał stawiać bardzo ostrożnie.

— Słyszałem, że przez pewien czas uczył ich Nils Lorentz.

Vera spojrzała na niego badawczo.

— Możliwe. To było tak dawno.

— Z tego, co słyszałem, ludzie gadali o Nilsie Lorentzu. Także po jego zaginięciu.

— Tutejsi ludzie wygadują różne rzeczy, więc i o nim mogli plotkować.

Patrik dotknął jątrzącej rany, ale nie mógł na tym poprzestać.

— Rozmawiałem z rodzicami Alex. Ujawnili pewne fakty dotyczące Nilsa Lorentza. Także Andersa.

— Ach tak. — Vera nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

— Według nich Nils Lorentz wykorzystywał Alex, a także Andersa.

Vera siedziała sztywno na samym brzegu krzesła. Nic nie odpowiedziała, choć stwierdzenie Patrika było w istocie pytaniem. Postanowił cierpliwie poczekać. Vera walczyła ze sobą przez chwilę. Zamknęła album i wstała.

— Nie chcę rozmawiać o dawnych dziejach. Proszę, żeby pan sobie poszedł. Wiecie, gdzie mnie szukać, jeśli policja zechce mi zrobić sprawę za to, co zrobiłam po śmierci Andersa, ale nie będę wam pomagać w wyciąganiu na światło dzienne tego, co powinno pozostać pogrzebane.

— Jeszcze tylko jedno pytanie: czy kiedykolwiek rozmawiała pani o tym z Alexandrą? Jak się dowiedziałem, chciała się rozliczyć z przeszłością, więc byłoby naturalne, gdyby z panią rozmawiała.

— A pewnie. Byłam u niej w domu, jakiś tydzień przed jej śmiercią. Słuchałam tych jej naiwnych pomysłów, że trzeba rozprawić się z przeszłością, wyciągnąć trupy z szafy i tak dalej. Takie tam modne bzdury. Ludzie mają dziś manię, żeby publicznie prać brudy, że niby odsłanianie tajemnic i własnych grzechów wychodzi na zdrowie. Ale pewne sprawy powinny pozostać prywatne. I to jej powiedziałam. Nie wiem, czy mnie posłuchała, mam nadzieję, że tak. W przeciwnym razie tylko niepotrzebnie nabawiłam się u niej zapalenia pęcherza, bo zimno miała jak w psiarni.

Vera dała do zrozumienia, że na tym kończy rozmowę, i ruszyła do drzwi. Otworzyła i pożegnała się sztywno.

Znalazłszy się na mrozie, Patrik naciągnął czapkę na uszy i włożył grube rękawice. Mimo to z zimna przestępował z nogi na nogę. W końcu dla rozgrzewki zaczął przytupywać, a potem raźno ruszył do samochodu.

Po tej rozmowie wiedział tyle, że Vera jest osobą skomplikowaną, z zupełnie innego pokolenia, choć i ze swoim się nie zgadzała w podejściu do wielu spraw. Przez całe lata utrzymywała siebie i syna. A potem ratowała go, gdy już był dorosły i powinien sam sobie radzić. W pewnym sensie była kobietą wyzwoloną, bo poradziła sobie bez mężczyzny, ale krępowały ją zasady obowiązujące kobiety z jej pokolenia. Mężczyzn zresztą też. Patrik żywił dla niej coś w rodzaju niechętnego podziwu. Była osobą silną, skomplikowaną i zniosła więcej, niż powinno przypadać na jednego człowieka.

Patrik nie był pewien, jakie mogą być konsekwencje jej próby upozorowania morderstwa. Będzie musiał złożyć przełożonym raport w tej sprawie, ale nie umiał przewidzieć, co będzie dalej. Gdyby to od niego zależało, spojrzałby na to przez palce, ale nie mógłby obiecać, że tak będzie. Zgodnie z prawem powinno jej się postawić zarzut utrudniania dochodzenia, ale Patrik miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Trudno, polubił Verę za jej waleczność. Nie ma teraz zbyt wielu takich ludzi.

Wsiadł do samochodu i włączył komórkę. Okazało się, że ma nagraną wiadomość od Eriki, która w imieniu trzech pań i malutkiego pana wyraziła nadzieję, że Patrik zje z nimi kolację. Spojrzał na zegarek. Była już piąta. Uznał więc, że żeby jechać do komisariatu, jest za późno, a do domu nie ma po co. Przedtem jednak zadzwonił do Anniki i opowiedział krótko, co załatwił. Pominął niektóre szczegóły. Zostawił je sobie na rozmowę oko w oko z Mellbergiem. Przede wszystkim chciał uniknąć nieporozumienia. Mellberg mógłby, dla zaspokojenia własnych ambicji, zarządzić wielką akcję.

Jadąc do Eriki, Patrik wrócił myślami do morderstwa Alex. Irytowało go, że kolejny trop okazał się fałszywy. Dwa morderstwa to dwa razy większa szansa, że sprawca popełni błąd. Tymczasem znalazł się znów w punkcie wyjścia i po raz pierwszy pomyślał, że może nie uda mu się znaleźć mordercy Alex, choć tak bardzo się stara. Zrobiło mu się przykro, bo miał wrażenie, jakby poznał Alex lepiej niż inni. Głęboko go poruszyło wszystko, czego się dowiedział o jej dzieciństwie i późniejszym życiu.

Trzeba będzie pogodzić się z porażką. Zabrnął w ślepą uliczkę i nie wie, gdzie szukać dalej. Za chwilę spotka się z Eriką i jej siostrą oraz z dziećmi. Tego właśnie potrzebował. Czuł się kompletnie przytłoczony cudzymi nieszczęściami.


Mellberg niecierpliwie bębnił palcami o blat biurka. Gdzie ten smarkacz się podziewa? Myśli, że to przedszkole? Że może przychodzić i wychodzić, kiedy mu się podoba? Wprawdzie jest sobota, ale myli się, jeśli uważa, że może sobie wziąć wolne, kiedy sprawa jest niezamknięta. Już on go pozbawi złudzeń. W jego komisariacie obowiązują czytelne reguły, żelazna dyscyplina i jasno wyznaczona hierarchia. Tak ma tańczyć, jak mu zagra Mellberg, bo co jak co, ale ma zdolności przywódcze. Matka mówiła mu zawsze, że wyrośnie na wielkiego człowieka. Dlatego nie zwątpił, że jego doskonałe kwalifikacje zostaną wcześniej czy później docenione. Musiał jednak przyznać, że przyszło mu czekać dłużej, niż się z mamusią spodziewali.

Złościł się tym bardziej, że dochodzenie się zacięło. Już zwietrzył szansę na sukces, ale nie ma na co liczyć, dopóki ci marni pracownicy nie przyniosą czegoś w zębach. Równie dobrze o awans albo przeniesienie mógłby wyć do księżyca. Wałkonie jedne, prowincjonalne gliny, do własnej dupy nie trafią, choćby mieli do pomocy obie ręce i latarkę na dodatek. Do tej pory pewne nadzieje wiązał z tym Hedströmem, ale wygląda na to, że i na nim się zawiedzie. Nie odezwał się po wyprawie do Göteborga, więc pewnie okaże się, że jej wynik to same koszty. Już dziesięć po dziewiątej, a Hedströma ani śladu.

— Annika!

Krzyknął w kierunku otwartych drzwi gabinetu i rozzłościł się jeszcze bardziej, bo minęła prawie cała minuta, zanim się przytelepała.

— O co chodzi?

— Nie wiesz, co się dzieje z Hedströmem? Wyleguje się jeszcze w łóżku czy co?

— Nie sądzę. Dzwonił, że miał kłopot z uruchomieniem samochodu, ale już jedzie.

Spojrzała na zegarek.

— Będzie za jakiś kwadrans.

— Co jest, a piechotą nie łaska iść do pracy?

Annika nie odpowiedziała. Mellberg spostrzegł ze zdziwieniem, że uśmiecha się półgębkiem.

— Chyba nie był w domu.

— To gdzie był?

— Sam go zapytaj — odpowiedziała Annika, odwróciła się i poszła do swego pokoju.

Mellberg rozzłościł się na myśl, że Patrik istotnie może mieć ważny powód, żeby się spóźnić. A nie mógłby przezornie zostawić sobie marginesu na wypadek awarii samochodu?

Kwadrans później Patrik wszedł do jego pokoju. Zapukał delikatnie w otwarte drzwi. Był zasapany, policzki miał zaczerwienione i wyglądał na bardzo zadowolonego, chociaż kazał na siebie czekać własnemu szefowi niemal pół godziny.

— Co ty sobie wyobrażasz, że tu się pracuje na pół etatu? Gdzie się wczoraj podziewałeś? Przecież do Göteborga pojechałeś przedwczoraj, prawda?

Patrik usiadł na krześle dla interesantów i spokojnie odpowiedział na zaczepne pytania Mellberga.

— Przepraszam za spóźnienie. Samochód nie chciał rano zapalić. Uruchomienie go zabrało mi przeszło pół godziny. Rzeczywiście, w Göteborgu byłem przedwczoraj i pomyślałem, że opowiem o tym, a potem przejdę do wczorajszego dnia.

Mellberg wyburczał coś na zgodę, a Patrik opowiedział mu, czego się dowiedział na temat dzieciństwa Alex. Nie pominął nawet najohydniejszych szczegółów. Na wieść, że Julia jest córką Alex, Mellberg ze zdziwienia rozdziawił usta, a wszystkie podbródki zjechały mu na klatkę piersiową. Czegoś podobnego jeszcze nie słyszał. Patrik opowiedział również o zawale Karla-Erika i o tym, jak pojechał karetką do szpitala, a potem o tym, co mu się udało odczytać z odcisku listu na kartce znalezionej w mieszkaniu Andersa. Wyjaśnił, że przed samobójstwem Anders napisał list pożegnalny, a następnie przeszedł do tego, co i dlaczego robił wczoraj. Mellberg jak nigdy milczał, więc Patrik podsumował:

— Tak więc jedno z naszych dwóch morderstw okazało się samobójstwem, a jeśli chodzi o to pierwsze, nadal nie znamy ani sprawcy, ani motywu. Wydaje mi się, że ma to związek z tym, co opowiedzieli rodzice Alexandry, ale nie mam na to żadnych dowodów. Powiedziałem wszystko, co wiem. Ma pan jakiś pomysł, co dalej?

Mellberg odzyskał rezon dopiero po chwili.

— Rzeczywiście niesłychana historia. Osobiście postawiłbym raczej na tego gościa, z którym romansowała na boku, niż na te starocie sprzed dwudziestu pięciu lat. Proponuję, żebyś pogadał z tym kochasiem Alex, ale żebyś tym razem przykręcił mu śrubę. W ten sposób zrobisz ze środków policji lepszy użytek.

Mellberg umieścił Dana na pierwszym miejscu na liście podejrzanych, gdy tylko Patrik powiedział mu, kto był ojcem dziecka Alex.

Patrik skinął głową, co Mellberg uznał za podejrzane, a następnie ruszył do wyjścia.

— Eee, dobra robota, Hedström — powiedział Mellberg niechętnie. — To co, pociągniesz dalej ten trop?

— Jasne, szefie, już się robi.

Czyżby dosłyszał ton ironii? Ale Patrik patrzył na niego z tak niewinną miną, że odrzucił podejrzenia. Chłopak ma chyba dość oleju w głowie, żeby wiedzieć, że przez szefa przemawia doświadczenie.


Człowiek ziewa, żeby dostarczyć do mózgu większą ilość tlenu, ale Patrik wątpił, żeby mu to miało pomóc. Dopadło go zmęczenie po nieprzespanej nocy we własnym mieszkaniu. Kolejnej, u Eriki, też nie przespał, bo oboje zdecydowali, że szkoda nocy. Spojrzał na znajome stosy papierów na biurku, powstrzymując się przed zwaleniem wszystkich razem do kosza na śmieci. Miał tak cholernie dość tego dochodzenia, jakby ciągnęło się od Bóg wie kiedy, choć w rzeczywistości były to najwyżej cztery tygodnie. Tyle się wydarzyło, a mimo to nie posunął się dużo dalej. Annika przeszła obok otwartych drzwi pokoju Patrika i widząc, że trze zmęczone oczy, przyniosła mu kubek kawy.

— Coś ci nie idzie?

— Prawdę mówiąc, jak po grudzie. Trzeba zacząć wszystko od początku. Wiem, że odpowiedź znajduje się gdzieś w tej stercie papierów. Nie wiem gdzie, a przydałaby się jakaś wskazówka, choćby najmniejsza.

Z rezygnacją rzucił ołówek na jedną ze stert.

— A co poza tym?

— Bo co?

— Jak się przedstawia twoje życie poza pracą? Chyba wiesz, co mam na myśli?

— Oczywiście, Anniko, wiem doskonale, co masz na myśli. A co takiego chciałabyś wiedzieć?

— Nadal jesteś w fazie bingo?

Patrik wbrew własnej woli zapytał:

— W jakiej znowu fazie bingo?

— No wiesz, pięć trafień w jednym szeregu…

A potem, uśmiechając się złośliwie, zamknęła za sobą drzwi.

Patrik zaśmiał się pod nosem. Można to i tak nazwać.

Zmusił się, żeby wrócić myślami do pracy. Podrapał się ołówkiem w głowę. Uprzytomnił sobie, że coś się nie zgadza. Coś, co powiedziała Vera. Zajrzał do notatek z wczorajszej rozmowy i przeczytał uważnie. W jego głowie zakiełkowała pewna myśl. Szczegół, ale być może ważny. Sięgnął po kartkę z jednej ze stert leżących na biurku. Wrażenie bałaganu było zwodnicze. Patrik bardzo dokładnie wiedział, gdzie co jest.

Przeczytał uważnie, zamyślił się, a potem sięgnął po telefon.

— Dzień dobry, mówi Patrik Hedström z policji w Tanumshede. Będzie pan teraz w domu przez jakiś czas? Miałbym kilka pytań. Tak? Świetnie, będę u państwa za jakieś dwadzieścia minut. Jaki to adres? Przy samym wjeździe do Fjällbacki. Za stromą górką zaraz w prawo, trzeci dom po lewej. Czerwony z białymi narożnikami. Okej, na pewno trafię. W razie czego zadzwonię. Do zobaczenia.

Patrik był na miejscu niespełna dwadzieścia minut później. Nie miał problemu ze znalezieniem domku, w którym, jak zgadywał, Eilert mieszkał z rodziną od wielu, wielu lat. Zapukał do drzwi. Od razu otworzyła kobieta. Wyglądała na zgryźliwą i naburmuszoną. Przywitała się wylewnie, przedstawiając się jako Svea Berg, żona Eilerta, i zaprowadziła Patrika do niewielkiego salonu. Domyślił się, że telefon pobudził ją do gorączkowego działania, bo stół był nakryty najlepszą, odświętną zastawą, a na środku stała trzypiętrowa patera z siedmioma rodzajami kruchych ciasteczek. Patrik westchnął w duchu na myśl, że zanim zamknie tę sprawę, zdąży się dorobić potężnego brzucha.

O ile instynktownie poczuł niechęć do Svei Berg, o tyle z miejsca polubił jej męża — za żywe spojrzenie błękitnych oczu i mocny uścisk dłoni o wyczuwalnych zgrubieniach. Dłoń mężczyzny, który przez całe życie ciężko pracował.

Gdy Eilert wstał, żeby się przywitać, na narzucie kanapy ukazało się zagniecenie. Svea natychmiast je wygładziła, posyłając mężowi gniewne spojrzenie. Dom lśnił czystością. Panował taki porządek, jakby w nim nikt nie mieszkał. Patrikowi zrobiło się żal Eilerta. Sprawiał wrażenie zagubionego we własnym domu.

Svea uśmiechała się przymilnie do Patrika, a zaraz potem przybierała groźną minę, patrząc na męża, co w sumie sprawiało dość komiczne wrażenie. Patrik był ciekaw, cóż takiego mógł zrobić mąż, żeby wywołać u niej taką irytację, i podejrzewał, że wystarczyła sama jego obecność.

— Proszę, niech siądzie, napije się kawy i zje troszkę ciasteczek.

Patrik posłusznie usiadł na krześle zwróconym w stronę okna, a Eilert zrobił ruch, jakby zamierzał usiąść obok.

— Eilert, nie tutaj, co ty, nie rozumiesz? Usiądź tam.

Wskazała krzesło stojące u szczytu stołu, a Eilert grzecznie posłuchał. Patrik rozglądał się, Svea rzucała się po pokoju, to nalewając kawę, to poprawiając obrus albo firanki. Dom został urządzony tak, by sprawiać wrażenie zamożności. Tymczasem wszystko, co się w nim znajdowało, było produktem zastępczym, począwszy od zasłon z tkaniny udającej jedwab, ozdobionych niebywałą ilością wymyślnych falbanek i kokardek, aż po mnóstwo ozdóbek z posrebrzanego metalu lub imitacji złota. Na tle tego udawanego przepychu Eilert wyglądał zdecydowanie obco.

Ku swemu niezadowoleniu Patrik nie mógł przejść do rzeczy, bo Svea prawie bez przerwy trajkotała, od czasu do czasu głośno chłepcząc kawę.

— Widzi ten serwis? Przysłała go moja siostra z Ameryki. Wyszła bogato za mąż i zawsze mi przysyła wspaniałe prezenty. To bardzo drogi serwis.

Podniosła bogato zdobioną filiżankę. Patrik nie sądził, aby była szczególnie cenna, ale nie skomentował.

— Też bym pojechała do tej Ameryki, żebym nie była tak słabego zdrowia. Gdyby nie to, na pewno też wyszłabym bogato za mąż, zamiast od pięćdziesięciu lat siedzieć w tej ruderze.

Svea rzuciła oskarżycielskie spojrzenie na Eilerta, a on spokojnie przemilczał ten zapewne znajomy refren.

— Wie pan, artretyzm. Mam zupełnie zniszczone stawy. Bolą mnie w dzień i w nocy. Na szczęście nie jestem z tych, co narzekają. Oj, miałabym się na co uskarżać, bo jeszcze ta koszmarna migrena, ale to nie leży w moim charakterze. Trzeba z godnością znosić swoje dolegliwości. Ile to ja razy słyszałam: „Jakaś ty silna, Svea, że tyle lat znosisz mężnie te bóle”. Ale ja już taka jestem.

Skromnie spuściła wzrok i demonstracyjnie wyłamywała ręce, które na jego oko nie wyglądały na tknięte chorobą. Co za babsztyl, pomyślał. Wymalowana, wysztafirowana, obwieszona tanią biżuterią. Jej wygląd miał jedną zaletę — przynajmniej pasowała do wystroju domu. Taka niedobrana para. Jak udało im się przeżyć razem pięćdziesiąt lat? To charakterystyczne: tamto pokolenie rozwodziło się jedynie z powodów znacznie poważniejszych niż różnica charakterów. Właściwie szkoda, bo Eilert musiał mieć niewesołe życie.

Patrik chrząknął, aby przerwać potok słów Svei. Zamilkła i zawisła wzrokiem na jego ustach w oczekiwaniu na ciekawe informacje. Wystarczyłoby pewnie, żeby wyszedł za próg, a już uruchomiłaby pocztę pantoflową.

— Mam parę pytań. Chodzi o te dni, zanim znalazł pan ciało Alexandry Wijkner. Kiedy doglądał pan domu.

Umilkł i spojrzał na Eilerta, czekając na jego odpowiedź. Svea była jednak pierwsza.

— No właśnie, kto by to pomyślał, że coś takiego się u nas wydarzy. I że ją znajdzie mój Eilert. Od tygodni o niczym innym się tu nie mówi.

Policzki płonęły jej z podniecenia. Patrik musiał się ugryźć w język, żeby jej nie odpowiedzieć ostro. Uśmiechnął się tylko podstępnie i powiedział:

— Proszę wybaczyć, ale czy mógłbym chwilę porozmawiać z pani mężem sam na sam? Taką mamy zasadę w policji, że przy składaniu zeznań przez świadka nie mogą być obecne osoby trzecie.

Było to wierutne kłamstwo, ale Svea posłuchała, chociaż była wyraźnie wściekła, że została wyproszona w najciekawszym momencie. Natomiast Eilert obdarzył Patrika spojrzeniem wyrażającym uznanie i rozbawienie zarazem. Nie ukrywał złośliwej satysfakcji, że Svea musiała odejść z kwitkiem. Kiedy już poczłapała do kuchni, Patrik mówił dalej:

— Co to ja mówiłem? No właśnie, czy mógłby pan zacząć od tego, co pan robił w domu Alexandry Wijkner tydzień przed jej śmiercią?

— A jakie to ma znaczenie?

— Jeszcze nie wiem, ale może mieć. Proszę sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów.

Przez chwilę Eilert zastanawiał się w milczeniu. Nabijał fajkę tytoniem wyjętym z torebki z trzema kotwicami. Odezwał się dopiero, gdy zapalił fajkę i pyknął parę razy.

— Więc tak. Znalazłem ją w piątek. Zawsze przychodziłem w piątki, żeby przed jej wieczornym przyjazdem dopilnować wszystkiego. Czyli byłem w piątek, tydzień wcześniej, zanim ją znalazłem. Chociaż nie, w piątek mieliśmy iść do najmłodszego syna na jego czterdzieste urodziny, więc poszedłem do jej domu już w czwartek wieczorem.

— I co pan tam zastał? Zauważył pan coś szczególnego?

Patrik z trudem ukrywał podniecenie.

— Coś szczególnego?

Eilert zamyślił się, pykając z fajki.

— Nie, wszystko było w porządku. Przeszedłem się po domu i po piwnicy, wszystko było jak zwykle. I dokładnie zamknąłem dom. Miałem swój klucz.

Patrik musiał wprost zapytać o sprawę, która nie dawała mu spokoju.

— No dobrze, a piec działał? W domu było ciepło?

— Oczywiście. Piec działał bez zarzutu. Musiał wysiąść już po tym, jak tam byłem. Nie rozumiem, jakie to ma znaczenie, kiedy piec wysiadł.

Eilert na chwilę wyjął fajkę z ust.

— Szczerze mówiąc, nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie. Ale bardzo dziękuję za pomoc. To może się okazać ważne.

— A tak z ciekawości, dlaczego pan nie zapytał przez telefon?

Patrik uśmiechnął się.

— Może jestem staroświecki, ale wydaje mi się, że przez telefon nie dowiem się tyle, ile podczas rozmowy w cztery oczy. Czasem sobie myślę, że powinienem się urodzić sto lat temu, przed tymi wszystkimi wynalazkami.

— Bzdury, chłopcze. Nie wierz w te brednie, że niby kiedyś było lepiej. Gdzie tam. Było głodno, chłodno i robota od świtu do nocy. Nie ma za czym tęsknić. Ja korzystam ze wszystkich możliwych udogodnień. Mam nawet komputer podłączony do internetu. Widzisz, nie podejrzewałbyś o to starego dziada.

Wskazał fajką na Patrika.

— Nie powiem, żebym się specjalnie zdziwił. Muszę ruszać w drogę.

— Mam nadzieję, że się przydałem, że nie na darmo przyjechałeś.

— Skądże, dowiedziałem się dokładnie tego, czego chciałem. I jeszcze spróbowałem tych pysznych ciasteczek pana żony.

Eilert prychnął.

— Tak, wypieki robi smaczne, przyznaję.

Umilkł. W tym milczeniu było pięćdziesiąt lat wyrzeczeń. Svea, która zapewne podsłuchiwała pod drzwiami, nie mogła dłużej wytrzymać i weszła do pokoju.

— Już się pan dowiedział?

— Tak, dziękuję. Pani mąż jest bardzo uczynny. Dziękuję za kawę i pyszne ciasteczka.

— Nie ma za co. Cieszę się, że smakowały. Eilert, sprzątnij ze stołu, to odprowadzę pana. I zamknij porządnie drzwi za sobą. Wie pan, nie znoszę przeciągów.

Eilert zaczął posłusznie zbierać filiżanki i spodki, a Svea, nie przestając mówić, odprowadziła Patrika.

Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, westchnął z ulgą. Straszne babsko. Miał już potwierdzenie, którego szukał. I pewność, że wie, kto zabił Alexandrę Wijkner.


Podczas pogrzebu Andersa, inaczej niż podczas pogrzebu Alex, pogoda nie była ładna. Wiał dokuczliwy wiatr, dający się we znaki zwłaszcza odsłoniętym częściom ciała, na przykład policzkom. Czerwieniały z zimna. Patrik ubrał się najcieplej, jak mógł, ale nie na wiele się to zdało; stojąc nad otwartym grobem, dygotał z zimna. Sama ceremonia pogrzebowa była krótka i ponura. Do kościoła przyszło zaledwie kilka osób. Patrik usiadł dyskretnie w ostatniej ławce. W pierwszej siedziała samotnie Vera.

Patrik długo się wahał, czy w ogóle iść na pogrzeb, ale w ostatniej chwili zdecydował, że przynajmniej tyle mógłby zrobić dla Andersa. Obserwował Verę. Nawet się nie skrzywiła, co przecież nie umniejszało jej żalu. Po prostu nie lubi okazywać uczuć. Patrik odnosił się do tego z wyrozumiałością. Do pewnego stopnia nawet ją podziwiał.

Po pogrzebie nieliczni żałobnicy rozeszli się każdy w swoją stronę. Vera szła żwirowaną ścieżką prowadzącą w górę, w kierunku kościoła. Powoli, ze spuszczoną głową, żeby choć trochę osłonić się przed smagającym wiatrem, zawiązała na głowie szalik jak chustkę. Patrik wahał się. Odległość między nim a Verą rosła coraz bardziej. Wreszcie zdecydował się i dogonił ją.

— Piękna uroczystość.

Uśmiechnęła się gorzko.

— Wie pan równie dobrze jak ja, że pogrzeb był tak samo nędzny jak większa część życia Andersa. Ale dziękuję za miłe słowa.

W jej głosie słychać było wieloletnie zmęczenie.

— Może powinnam być wdzięczna, bo jeszcze nie tak dawno nie pochowaliby go na cmentarzu, tylko gdzieś w niepoświęconej ziemi, w specjalnym miejscu dla samobójców. Wśród starszych ludzi nadal jest wielu takich, którzy nie wierzą, że samobójcy mogą trafić do nieba.

Umilkła. Patrik czekał na ciąg dalszy.

— Czy będą jakieś konsekwencje tego, co zrobiłam po samobójstwie Andersa?

— Raczej nie. To, co pani zrobiła, było niefortunne, są na to odpowiednie paragrafy, ale nie sądzę, żeby były jakieś skutki prawne.

Minęli dom parafialny i zmierzali w kierunku domu Very, stojącego zaledwie kilkaset metrów od kościoła. Patrik całą noc głowił się, co zrobić, i wymyślił rozwiązanie okrutne, ale być może skuteczne. Z udawaną obojętnością powiedział:

— Dla mnie najtragiczniejsze w historii śmierci Andersa i Alex jest to, że musiało zginąć również dziecko.

Vera nagle przystanęła, odwróciła się i złapała go za rękaw.

— Jakie dziecko? O czym pan mówi?

Patrik poczuł wdzięczność, że wbrew wszystkiemu udało się tę informację utrzymać w tajemnicy.

— Dziecko Alexandry. Była w trzecim miesiącu ciąży, kiedy została zamordowana.

— Jej mąż…

Vera zająknęła się. Patrik mówił dalej, wciąż udając obojętność.

— Jej mąż nie miał z tym nic wspólnego. Najwyraźniej nie żyli ze sobą od kilku lat. Ojcem musiał być ktoś, z kim spotykała się tu, na miejscu.

Vera ściskała jego rękaw. Dłonie aż jej zbielały.

— Boże kochany, Boże!

— Tak, to bardzo smutne, że zostało zabite nienarodzone dziecko. W protokole po sekcji napisano, zdaje się, że to był chłopczyk.

Patrik skrzywił się sam do siebie i zamilkł w oczekiwaniu na reakcję Very.

Stali pod wielkim kasztanem, pięćdziesiąt metrów od jej domu. Zaskoczyła go, rzucając się gwałtownie naprzód. Jak na swój wiek biegła zadziwiająco prędko. Patrik ruszył za nią dopiero po chwili. Przez otwarte na oścież drzwi ostrożnie wszedł do domu. Z łazienki usłyszał szloch, a potem odgłos gwałtownych torsji.

Głupio się czuł, słuchając tego z przedpokoju, więc zdjął przemoczone buty i kurtkę i poszedł do kuchni. Kiedy Vera zjawiła się parę minut później, kawa bulgotała już w maszynce, a na stole stały dwie filiżanki. Była blada. Po raz pierwszy Patrik dojrzał również łzy, a właściwie ich ślad, błysk w kąciku oka. Usiadła sztywno na krześle. Postarzała się nagle o wiele lat. Poruszała się powoli jak stara kobieta. Patrik dał jej jeszcze trochę czasu. Nalał kawę, ale siadając, rzucił jej spojrzenie mówiące, że nadeszła chwila prawdy. Vera wiedziała, że on wie i że nie ma już odwrotu.

— A więc zamordowałam własnego wnuka.

Patrik przemilczał to, bo musiałby kłamać, a skoro posunął się tak daleko, nie mógł się już wycofać. Vera jeszcze pozna prawdę, a teraz jego kolej.

— Domyśliłem się, że pani zabiła Alex, kiedy pani skłamała, że była pani u niej tydzień wcześniej. Powiedziała pani, że w domu było zimno i zmarzła pani, ale piec zepsuł się dopiero tydzień później, w dniu jej śmierci.

Vera wpatrywała się w przestrzeń. Chyba nawet nie słyszała, co mówił.

— Dziwne. Dopiero teraz do mnie dotarło, że odebrałam życie drugiemu człowiekowi. Śmierć Alexandry wydawała się taka nierzeczywista, ale dziecko Andersa… Prawie widzę je przed sobą…

— Dlaczego Alex musiała umrzeć?

Vera powstrzymała go ruchem ręki. Opowie, ale po swojemu.

— Bo byłby skandal. Wytykaliby go palcami, obmawiali. Zrobiłam tak, bo uważałam, że tak trzeba. Przecież nie wiedziałam, że i tak go wyśmieją. Że moje milczenie wyżre go od środka, odbierze mu godność. To było takie proste. Przyszedł do mnie pan Carlgren i powiedział, co się stało. Wcześniej rozmawiał z panią Lorentz i zgodzili się, że nic dobrego z tego nie wyniknie, że się wszyscy dowiedzą. Lepiej, jeśli pozostanie to naszą tajemnicą, więc dla dobra Andersa powinnam siedzieć cicho. No to siedziałam cicho przez te wszystkie lata. A z Andersem z roku na rok było coraz gorzej. Przeżywał istne piekło, ale sama przed sobą ukrywałam, że mam w tym mój udział. Sprzątałam po nim, podtrzymywałam, żeby nie poszedł na dno, ale przeszłości nie mogłam odmienić. Nie da się wymazać milczenia.

Kilkoma łykami opróżniła filiżankę i uniosła znacząco. Patrik wstał, przyniósł dzbanek i dolał jej kawy. Wyglądało na to, że kawa pomaga jej odnajdywać się w rzeczywistości.

— Myślę nawet, że milczenie było jeszcze gorsze od gwałtów. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, nawet tu, w tych czterech ścianach. Dopiero teraz rozumiem, co mu się od tego porobiło. Może myślał, że nic nie mówię, bo mam mu za złe. Tego jednego nie potrafię znieść: że mógłby myśleć, że go obwiniam o to, co się stało. Nawet mi to przez myśl nie przeszło, ale nie wiem, czy o tym wiedział, i już się nie dowiem.

Vera była bliska utraty panowania nad sobą, ale wyprostowała się i zmusiła do mówienia. Patrik wyobrażał sobie, ile ją to musi kosztować.

— Z czasem udało nam się złapać jaką taką równowagę. Oboje wiedliśmy nędzne życie, ale wiedzieliśmy, na czym stoimy i czego możemy się po sobie spodziewać. Zdawałam sobie sprawę, że on od czasu do czasu spotyka się z Alex. Dziwnie ich do siebie ciągnęło, ale myślałam, że będzie tak jak do tej pory. Aż tu Anders mówi, że Alex chce opowiedzieć, co im się przytrafiło. Że chce wyciągnąć trupa z szafy — tak się wyraził. Mówił to niby obojętnie, a mnie jakby prąd kopnął. Wszystko się zmieni, nic już nie będzie tak jak dawniej, jeśli Alex po tylu latach wyciągnie te stare tajemnice. I po co? A co ludzie powiedzą? Anders udawał, że go to nie obchodzi, ale dobrze go znałam i wiedziałam, że tak jak ja nie chce, żeby opowiadała. Znam — znałam swojego syna.

— I wtedy poszła pani do niej.

— Tak, w piątek wieczorem poszłam przemówić jej do rozumu. Żeby zrozumiała, że nie wolno jej decydować samej, skoro to się odbije na nas wszystkich.

— Ale nie zrozumiała.

Vera uśmiechnęła się gorzko.

— Nie, nie zrozumiała.

Wypiła kolejną kawę, zanim Patrik zdążył wypić połowę swojej. Odstawiła filiżankę i splotła dłonie na stole.

— Zaklinałam ją, tłumaczyłam, jakie to będzie trudne dla Andersa, a wtedy ona spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała, że wcale nie chodzi mi o Andersa, tylko o siebie. Anders poczuje ulgę, kiedy wreszcie wszystko się wyda, tak mówiła, bo nigdy nie prosił, żeby to trzymać w sekrecie. Powiedziała mi jeszcze, że kiedy tak postanowiliśmy razem z Carlgrenami i Nelly, zależało nam tylko na własnej reputacji. Bezczelna!

Na moment w oczach Very pojawiła się wściekłość. Szybko zgasła i jej spojrzenie znowu nabrało obojętnego, wręcz martwego wyrazu. Mówiła monotonnie:

— Coś we mnie pękło, kiedy to powiedziała. Niby że nie chodziło mi wcale o dobro Andersa. Pękło z trzaskiem i zaczęłam działać, bez zastanowienia. Miałam w torebce tabletki nasenne. Kiedy wyszła do kuchni, pokruszyłam parę sztuk i wrzuciłam jej do kieliszka z jabłecznikiem. Nalała mi wina, kiedy przyszłam, i jak wróciła z tej kuchni, udałam, że piję. Chciała jeszcze, żebym przed wyjściem wypiła z nią na zgodę. Wydawała się zadowolona. Po chwili zasnęła na kanapie. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Tabletki nasenne to był odruch, ale potem pomyślałam, że upozoruję samobójstwo. Miałam za mało tabletek, żeby jej wmusić śmiertelną dawkę. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to przeciąć nadgarstki. Słyszałam, że samobójcy to robią, leżąc w wannie, więc pomyślałam, że to dobry pomysł i możliwy do wykonania.

Mówiła tak, jakby opowiadała o zwyczajnym wydarzeniu, a nie o morderstwie.

— Rozebrałam ją. Myślałam, że ją przeniosę, bo po tylu latach sprzątania ręce mam mocne, ale nie dałam rady. Musiałam ją ciągnąć po podłodze, a potem wepchnąć do wanny. Potem przecięłam jej tętnice na rękach. Żyletką, którą znalazłam w szafce w łazience. Znałam dom, bo przez wiele lat przychodziłam tam sprzątać raz w tygodniu. Umyłam swój kieliszek, pogasiłam światła, zamknęłam drzwi i odłożyłam na miejsce klucz.

Patrik był wstrząśnięty, ale starał się zachować spokój.

— Pojedzie pani teraz ze mną, rozumie pani? Nie muszę chyba dzwonić po radiowóz?

— Nie, nie potrzeba. A mogę zabrać trochę rzeczy?

Patrik skinął głową.

— Niech będzie.

Vera wstała. Zatrzymała się w drzwiach i odwróciła do Patrika.

— Skąd miałam wiedzieć, że jest w ciąży? Wprawdzie nie piła wina, zwróciłam na to uwagę, ale nie miałam pojęcia, że z tego powodu. Może się po prostu miarkuje albo ma jechać samochodem. Skąd miałam wiedzieć? Przecież nie mogłam wiedzieć, prawda?

Mówiła błagalnym tonem, Patrik tylko kiwnął głową. Przyjdzie pora, to jej powie, że Anders nie był ojcem dziecka, ale na razie nie ośmielił się podważyć zaufania, którym go obdarzyła. Będzie musiała jeszcze kilkakrotnie opowiedzieć tę historię, zanim sprawa zabójstwa Alexandry Wijkner zostanie zamknięta. Ale coś nie dawało mu spokoju. Intuicja podpowiadała mu, że Vera nie powiedziała jeszcze wszystkiego.

Wsiadł do samochodu i wyjął kopię listu, który zostawił Anders. Powoli przeczytał jeszcze raz i po raz kolejny uderzyło go cierpienie bijące z jego słów.

Загрузка...