Część pierwsza. Objawienie

Lart wybierał się wczesną wiosną w jedną ze swoich podróży – jak zwykle nieoczekiwanie i jak zawsze pospiesznie.

Cały dzień przed jego odjazdem przeszedł jak w gorączce. Lart był ponury, co często mu się zdarzało, a także roztargniony, co nie zdarzyło się mu jeszcze nigdy. Parę razy zamierzał coś do mnie powiedzieć i milknął rozdrażniony. Denerwowało mnie to.

Wyjechał o świcie, pozostawiając mi mnóstwo instrukcji. Miałem załatwić parę drobnych spraw we wsi, doprowadzić dom do porządku, spakować podróżny kuferek i spotkać się wieczorem w porcie z moim panem, by wsiąść na statek o zachodzie słońca.

Spuszczony z oka, odetchnąłem swobodniej.

Wybrać się do wioski nie było trudno. Nazywali mnie tam „uczniem czarnoksiężnika”, a coś takiego znacznie ułatwia życie. Głupio wyjaśniać każdemu z osobna, że nigdy nie byłem jego uczniem. Raczej sługą, pokojowcem, ochmistrzem i chłopcem na posyłki w jednej osobie, wszystkim, tylko nie uczniem. Tym niemniej we wsi witali mnie jak jakiegoś wielmożę i karczmarz nalewał mi na kredyt.

Powróciłem do domu na wzgórzu, zastanawiając się nad różnymi sprawami. Doszedłem do sensownego wniosku, że zdążę po drodze do portu pożegnać się z Danną. Ta myśl dodała mi otuchy, toteż wkrótce wszystkie pokoje błyszczały czystością. Kuferek prawie urwał mi rękę, kiedy wytaszczyłem go do przedpokoju.

I właśnie w przedpokoju przypomniałem sobie ostatnie polecenie.

Wkładając nogę w strzemię, Lart zmarszczył się boleśnie, zawahał (rzecz niesłychana!) i wydobył z kieszeni kartkę złożoną we czworo.

– Tak… – burknął rozdrażniony. – Kiedy słoneczne promienie dosięgną studni, przeczytaj to uważnie na głos w przedpokoju. Nie powinieneś niczego przegapić i musisz zdążyć punktualnie na przystań, nie wdając się w zbędne gadki po drodze. To wszystko.

W owym poleceniu nie było niczego nadzwyczajnego, podobne wypełniałem wcześniej. Oczywiście przyjemnie było wyobrażać sobie, że się jest magiem, lecz prawdę mówiąc, nie gorzej ode mnie sprawiłaby się także papuga, gdyby tylko umiała czytać…

W holu panował półmrok, jako że klienci czarownika powinni natychmiast odczuć odpowiednią dozę lęku.

Sam go odczuwałem, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg tego domu. Wszystko zaczęło się od tego, że półeczka na buty ugryzła mnie w kostkę… Czegoś takiego szybko się nie zapomina.

Postawiłem kuferek u drzwi.

W suficie znajdował się okrągły świetlik, przez który w słoneczne dni wpadał wąski, ostry snop promieni, prosty jak drut. Przemieszczał się w ciągu dnia od wiszących nad wejściem jelenich rogów do znajdującego na przeciwległej ścianie gobelinu.

Na gobelinie myśliwi z sokołami na rękawicach dęli w trąbki, pod nim zaś wystawała prosto ze ściany osobliwie nieprzyjemna, cuchnąca pleśnią studzienka. Słoneczny promień zazwyczaj zaglądał do niej po południu. Ten moment właśnie miał na myśli Lart, wydając polecenie.

Odstawiwszy kuferek, usiadłem w fotelu po lewej stronie drzwi i czekałem, aż magiczny promień spełznie niespiesznie z dywanu i wpłynie na szarą krawędź studzienki.

Czas mijał, wypoczywałem po trudach porannych, cieszyłem się czekającą mnie podróżą i rozglądałem po doskonale mi znanych kątach tego domu.

Na wprost przede mną rozciągała się tak zwana kosmata plama: w tym miejscu ciągle odrastała wełna na wzorzystym dywanie i do moich obowiązków należało strzyc ją regularnie, zrównując z powierzchnią. Ostrzyżoną wełnę zbierałem do płóciennego woreczka z nadzieją, że kiedyś zrobię sobie z niej szalik.

Po mojej prawej stronie, na ścianie z drugiej strony drzwi wisiało lustro, które obchodziłem zawsze z daleka, a kurz z niego ścierałem odwrócony. Było posłuszne Lartowi jak wierny pies, chętnie pokazywało ze wszystkich stron jego odbicie i według mnie, pomagało mu zawiązywać chustę na szyi. Nigdy nie odbijało mojej postaci, lubiło za to straszyć przerażającymi i wyjątkowo nieprzyjemnymi obrazami. Obecnie było czarne, jak powierzchnia stawu w mrocznej dolinie.

Gospodarz nigdy nie otwierał wielkiej szafy, ale każdej soboty przetrząsałem jej zawartość. Najwięcej zachodu było z żelaznymi listwami, które trzeba było polerować szmatką.

Pokraczne dziwadło w kącie nazywało się wieszakiem. Trudno powiedzieć, do czego był bardziej podobny, do uschłego drzewa, czy też szkieletu jakiegoś dziwacznego stworzenia. Trzy lata temu podarował to urządzenie Lartowi jeden z kolegów czarodziejów. Pamiętam, że miałem nadzieję, iż gospodarz schowa je do komórki, on jednak kazał ustawić je na widocznym miejscu i wieszać na nim płaszcze naszych gości. Okazało się przy tym, że w domu pełnym przeróżnych cudactw, wieszak ten był czymś najdziwniejszym. Lart wyróżniał go zdecydowanie spośród pozostałych przedmiotów. Oglądał się nań, przechodząc, ze złowieszczym uśmiechem, a ostatnio zbeształ mnie strasznie, że zanadto go obciążyłem. Taki jest Lart: trudno przewidzieć, co mu strzeli do głowy.

Teraz na powykręcanym konarze wisiała tylko moja złoto-turkusowa kurtka, kupiona jesienią od wędrownego przekupnia. Lart coś tam zawarczał na temat mego gustu, ale Dannie bardzo się podobała.

Moje myśli prędko pobiegły ku Dannie, najładniejszej dziewczynie we wsi. Jestem tutaj obcy, niezbyt przystojny ani specjalnie silny, ale ona wybrała właśnie mnie, dlatego że jestem „uczniem czarnoksiężnika”, to znaczy ze względu na moje wyjątkowe zdolności. Cieszyłem się z tego w duchu, dopóki nie ujrzałem, że promień słoneczny niebezpiecznie przesuwa się poza studzienkę.

Zdążyłem pokryć się potem, zanim znalazłem w kieszeni kartkę złożoną we czworo.

Oczywiście Lart nie zapisał jej czarodziejskimi runami, lecz wyraźnymi, starannymi literami jak w podręczniku, żeby nawet głupek mógł je odczytać. Mimo wszystko nieźle łamałem sobie język, zanim doczytałem do połowy, a kiedy doczytałem, pożałowałem, że to zrobiłem. Powietrze wokół zgęstniało, zabrzęczało i zadrgało jak nad ogniskiem. Wykrzykiwałem w panice niezrozumiałe dźwięki, prawie siebie nie słysząc. Zaklęcie kończyło się rozkazującym okrzykiem, który Lart zaznaczył wykrzyknikiem. W moim wykonaniu wyszedł jak pisk przyduszonego kociaka. Kiedy zaś ten pisk ucichł…

Od dłuższej chwili coś mi przeszkadzało, widziane kątem oka. Energicznie odwróciłem głowę i zobaczyłem, że wieszak wygina się od góry do dołu, jakby wstrząsany konwulsjami. Różne rzeczy widziałem, służąc u Larta, ale to, wierzcie mi, było naprawdę straszne. Zanim zdążyłem wydobyć krzyk ze ściśniętego gardła, w miejsce wieszaka zwalił się na podłogę jakiś człowiek.

W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy, że jest człowiekiem. Leżał bezforemną masą na wzorzystym dywanie, ja zaś stałem w przeciwległym kącie, bojąc się ruszyć. I pomyśleć, że ten wieszak sterczał w przedpokoju aż trzy lata…

Człowiek poruszył się, poderwał gwałtownie i spojrzał na mnie wzrokiem szaleńca. Cofnąłem się. Stanął na nogi i przeniósł spojrzenie na swoje ręce. W prawej ściskał moją złoto-turkusową kurtkę. Wybełkotał coś i próbował ją odrzucić z odrazą, lecz palce go nie słuchały. Lewą dłonią rozwarł więc palce prawej i rzucił kurtkę w kąt, jak coś wyjątkowo wstrętnego, aż drobniaki z kieszeni rozsypały się po całym przedpokoju. Znowu spojrzał na mnie – w jego oczach nie było nawet cienia myśli – i znowu popatrzył na ręce, po czym zaczął obmacywać się od stóp do głów, coraz głośniej pomrukując, aż zachichotał albo może zapłakał i osunął się po ścianie z powrotem na dywan.

Widziałem wcześniej, że magowie zajmują się tego typu rzeczami, nigdy jednak nie sądziłem, że mój pan, Lart, jest zdolny do czegoś takiego.

Tamten śmiał się w głos, teraz już na pewno się śmiał, turlając po podłodze. Byłem już pewien, że mam do czynienia z wariatem, gdy nagle zamarł i zatkał sobie dłonią usta. Potem, nie patrząc na mnie, wychrypiał:

– Daj wody.

W kuchni przypomniałem sobie, że wieszak podarował memu panu jego wypróbowany współpracownik, Baltazar, na znak wiecznego przymierza.

Kiedy wróciłem do przedpokoju, przybysz wziął się już w garść. Twarz. miał wprawdzie nadal trupio bladą, z oczu znikł jednak wyraz paniki. Siedział wsparty plecami o ścianę, masując czoło i policzki, przywracając im żywe barwy.

Podałem mu szklankę. Wypił do dna, podzwaniając zębami w szkło. Odstawił puste naczynie, wziął głęboki oddech i spojrzał mi prosto w oczy.

– To znaczy, że taki był jego rozkaz?

Nie starałem się wyjaśnić, kogo ma na myśli, tylko skinąłem głową.

– I co jeszcze?

Język marnie mu służył, za to człowiek przeszywał mnie oczami.

– Damirze…

Ojej, on mnie znał!

– Damirze, co jeszcze rozkazał?

Przełknąłem ślinę i wzruszyłem ramionami.

– Jeśli dobrze zrozumiałem – podjął tamten ochryple – mogę… zabierać się na swoje śmieci?

Uśmiechnął się głupkowato. Wstał, przytrzymując się ściany i podszedł do drzwi. Odwrócił się i rzekł:

– Wszystko pięknie, ładnie… Przekaż mu pozdrowienie. Tylko pozdrowienie, od Marrana.

Stojąc na progu, patrzyłem jak odchodzi, ledwie powłócząc sztywnymi nogami.

To było głupie, przesyłać mu pozdrowienie. Puste i głupie samochwalstwo.

Dziwny i niezgrabny człowiek kroczył drogą. Niegdyś zwał się Raul Ilmarranien, w skrócie Marran.

Nogi odmawiały posłuszeństwa, ponieważ przez trzy ostatnie lata nie zrobiły ani kroku. Ręce dziwacznie się wyginały, gwałtownie łapały powietrze, jakby chciał nimi chwytać za kołnierze płaszczy i kurtek przypadkowych przechodniów. Zachmurzone, wiosenne niebo było zbyt jasne dla oczu, przyzwyczajonych do półmroku.

Drogą do wsi kroczył ożywiony wieszak z domu pana Legiara.

Marran starał się, nie mógł jednak skupić się na ani jednej myśli. Oto droga, myślał, opuściwszy głowę, spoglądając w rozkisłe błoto. To woda. Piasek. Niebo. W tej chwili potknął się. Nieudolnie próbował zachować równowagę, nie zdołał jednak i upadł jak sztywny drąg. Tuż przed oczami zobaczył wątłą kępkę pierwszej wiosennej trawy. Trawa, pomyślał obojętnie.

Gdzieś w głębinach przytępionej pamięci jawiła mu się soczyście zielona łąka, porośnięta kwietnymi pąkami i brązowa jaszczurka na wygrzanym, płaskim kamieniu.

Marran z trudem przetoczył się na plecy, odepchnął od klejącej się doń ziemi, rękami zgiął sztywne kolana i wstał, słaniając się.

Wspomnienie pomogło mu chociaż trochę opanować potok myśli, przepływających chaotycznie przez głowę. Uczepił się najbardziej wyrazistego obrazu: jaszczurka…

Dziewczynka podlotek, której największą dumą była umiejętność przeobrażania się w jaszczurkę. I chłopiec, wyśmiewający jej zarozumialstwo.

„A umiesz zamienić się w salamandrę? W żmiję? Smoka? Popatrz na mnie! Przecież to takie proste!”.

Chłopczyk bez trudu skakał jako pasikonik, buczał jak majowy bąk, ona zaś potrafiła się tylko przemienić w jaszczurkę. Chłopak cieszył się swą przewagą, łopotał pstrymi, sroczymi skrzydłami nad jej głową, podczas gdy ona z trudem powstrzymywała łzy gniewu.

„Wystarczy, Marranie! Idź stąd i możesz więcej tu nie przychodzić!”.

Marran wzdrygnął się.

Stał na wzgórzu, pod jego nogami wiła się rozdeptana, błotnista droga, a na wprost przed nim znajdowała się wieś w dolinie. Nad dachami unosiły się dymy z kominów.

Nie podjął żadnej decyzji, po prostu nie miał innego miejsca, do którego mógłby się udać.

Nieposłuszne nogi dobrze znały tę drogę, szły jednak powoli, tak wolno, że dotarł na miejsce dopiero późnym wieczorem. Furtka była otwarta. Dom już usypiał, tylko w jednym oknie błyskało blade światełko.

Stał u drzwi, nie decydując się zastukać. Jego otumanienie powoli mijało i właśnie z tego powodu odczuł silną potrzebę odejścia.

Dom się jednak przebudził.

Jakiś kobiecy głos zawołał niespokojnie, rozległy się kroki na schodach, okna pojaśniały… Kobiecy głos zapytał powtórnie, nerwowo, prawie lękliwie.

Drzwi się otworzyły. Na Marrana padła smuga ciepłego, pachnącego domem światła. Zamrugał półoślepłymi oczami.

Osoba, stojąca za drzwiami, cofnęła się i omal nie upuściła lampy.

Na stole jadalnym paliły się dwie świece. Buzował piecyk, szczeliny żeliwnych drzwiczek jarzyły się czerwienią.

Siedział z głową opartą na rękach. W półśnie zwidywała mu się jaszczurka na nagrzanym kamieniu.

– Słyszysz mnie?

Z trudem uniósł głowę. Kobieta stała przed nim z kielichem ciemnego płynu w drżących dłoniach.

– Wypij…

Zaczął pić niechętnie, zmuszając się do tego, ale każdy łyk przywracał mu zdolność panowania nad myślami i możliwość oblekania ich w słowa.

– Trzy lata… trzy lata, Jaszczurko…

Kobieta pokręciła głową, zacisnęła zęby.

– Od razu wyczułam twoje przyjście. Zrozumiałam, że wróciłeś.

– Wybacz.

Cicho się zaśmiała.

– Zawsze czułam, że nadchodzisz. Kiedy zaczynała boleć mnie głowa, zaraz myślałam: to znowu przeklęty Marran.

Próbował się uśmiechnąć.

– Tak?

Kołysała się na ławce, spoglądając na niego dziwnym, ni to drwiącym, ni to roztargnionym spojrzeniem.

– Pamiętasz, jak urwałeś mi ogonek? Potem nosiłeś go na szyi, na łańcuszku…

– Później go zgubiłem…

– Wyrósł mi nowy.

– Pamiętasz, jak się ze mną drażniłaś? Marran, wstrętny karakan!

– I jeszcze: Marran, nadęty baran!

– I wyliniały kaban…

Zaniosła się śmiechem.

– Nie było kabana, właśnie to zmyśliłeś… – I podjęła dalej, bez żadnej przerwy: – Żyjesz, Marranie! Jednak żyjesz…

Przestała się śmiać.

– Moja wina, Jaszczurko – powiedział z głębokim westchnieniem. – Nie powinienem był przychodzić.

W sąsiedniej izbie zapłakało dziecko. Kobieta o imieniu Jaszczurka wzdrygnęła się, energicznie otarła łzy i wyszła, zamykając drzwi za sobą. Marranowi wydało się, że przygasł ogień w piecyku.

Kobieta wróciła, rzucając na przybysza bystre, pytające spojrzenie, na co odpowiedział namiastką uśmiechu.

– Chłopiec, czy dziewczynka?

– Chłopiec – odparła oschle.

Znowu próbował wspomnieć soczyście zieloną łąkę i nie potrafił. Zblakły kolory jego wizji.

Milczenie przedłużało się. Jaszczurka, wyłamując palce, usiadła za stołem naprzeciwko Marrana.

– Mój mąż jest dobrym człowiekiem, Raulu – powiedziała w końcu z westchnieniem przypominającym szloch.

Ciemniejący ogień w piecyku pochłaniał ostatnie kawałki drewna.

– Nie jest magiem, ale ja także nie chcę mieć teraz z magią nic wspólnego – podjęła z niespodziewaną dumą. – Zbyt drogo kosztuje wrogość czarodzieja, a przyjaźń jeszcze drożej… To wszystko, czego się chciałeś dowiedzieć?

Marran nie odpowiedział.

Wstał, zmuszając się do tego, wziął świecę ze stołu i odwrócił się do wiszącego na ścianie, metalowego lustra. Podniósł świecę do twarzy… Dłoń mu zadrżała.

– Marran, nadęty baran! Nie zmieniłem się?

Nie odezwała się, przygnębiona. Poprosił smutno:

– Domyśl się, Jaszczurko… Domyśl, co się ze mną stało…

– Lart i Est sprzysięgli się przeciw tobie, wzięli cię jak w kleszcze…

– Tak. Ale to jeszcze nie wszystko.

– Pokonali cię. Stałeś się rzeczą, meblem.

– Tak. Ale to ciągle nie wszystko.

– Źle z tobą…

Odwrócił się gniewnie.

– „Źle”?! Ja… – zaciął się. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby i powiedział spokojnie: – Przestałem być magiem, Jaszczurko.

Stała w półmroku, nie mógł więc zobaczyć jej twarzy.

– Coś ty powiedział?

– To, co słyszałaś.

Powoli usiadła na ławie.

– Więc ty… jesteś… Jakże to? Kim teraz jesteś?

– Byłym czarownikiem – podkreślił ze złością. – Odtrąconym konkurentem. Niepotrzebną rzeczą, którą zniszczyli i wyrzucili precz. Wywalili i zapomnieli, doskonale się bez niej obchodząc!

Nie wytrzymała i głośno, żałośnie załkała. Marran uśmiechnął się krzywo.

– Nie rozpaczaj… Masz świetną okazję zaproponować mi opiekę.

Patrzyła na niego wstrząśnięta. Chciała coś powiedzieć, ale się na to nie zdobyła. Pochyliła się, wodząc machinalnie palcem po krawędzi spodeczka. Potem znowu wciągnęła powietrze… i wypuściła, nie mówiąc ani słowa. Płomyki świec zakołysały się.

Oderwał wzrok od obrusa.

– No dobrze, mów.

Przygryzła wargę i powiedziała, patrząc gdzieś w bok:

– Możesz na mnie krzyczeć, mówić, co chcesz… Zawsze mnie lubiłeś poniżać. Wytłumacz tylko! Wytłumacz, co zaszło między nami. To było jakby zaćmienie. Byłeś…

– Wybrańcem losu.

Kobieta spojrzała na niego bystro, aż zacisnął zęby.

– Śmiej się, śmiej… Najwyższy czas trochę się pośmiać. Światłości niebiańska, przecież Legiar wybaczył ci to, czego nie wybaczył nikomu na świecie! Pan Baltazar Est, ten mroczny cudak grał z tobą jak równy z równym! I oto, co z tego wyszło.

Zamilkła. Patrzył na nią z niekłamaną ciekawością.

– Mów dalej.

– Chciałabym zapytać, Raulu, za co cię tak… Tylko nie kłam.

Lekko się uśmiechnął.

– A jak myślisz?

– Myślę, że sam się doigrałeś. Wynosiłeś się ponad innych, pomiatałeś nimi… Są rzeczy, za które…

Jej twarz nagle zastygła strachem. Mruknęła, jakby się usprawiedliwiając:

– Przecież musiała być jakaś przyczyna…

Zapiał radośnie pierwszy poranny kogut. Ten krzyk nie przyniósł ulgi Raulowi, ale podpowiedział mu wyjście z sytuacji.

– Zaraz się rozwidni. Pójdę sobie.

– Dokąd?

– W daleką drogę. Nie obawiaj się, nie zamierzam korzystać z gościnności twojej rodziny.

– Trzeba było wcale nie przychodzić! – wybuchła.

– Niepotrzebnie przyszedłem…

– Niepotrzebnie!

Ruszył ku drzwiom i natknął się w półmroku na ciężki, rogaty wieszak. Odskoczył, jak odrzucony gigantyczną pięścią. Zachłysnął się, upadł na podłogę, zakrywając twarz dłońmi i zwijając się w skurczach.

Kobieta napełniła pospiesznie szklanicę ciemną cieczą, mamrotała zaklęcia, zaplatała dłońmi niewidzialne przędziwo…

Marran nie od razu doszedł do siebie. Długo patrzył w półotwarte drzwiczki piecyka, powtarzając: to ogień. Ogień.

– Raulu, ocknij się… Tamto się skończyło. Teraz znów jesteś żywy i będziesz żył.

Coś nieprzyjemnie zachrzęściło. Marran zgniótł szklankę w dłoni z resztkami napoju i spoglądał bezmyślnie jak białą serwetę znaczą ciemne krople krwi.

– Pan Legiar tak mnie lekceważy, że nawet nie raczył osobiście zdjąć zaklęcia. Posłał chłopaka…

Odpowiedziała zmęczonym westchnieniem. Odbierając z jego dłoni okruchy szkła, ostrożnie przejechała palcem po linii stłuczenia.

– Posłuchaj mnie, Raulu. Nigdy mnie nie słuchałeś, więc zrób to chociaż ten jeden raz. Nic nie wraca i niczego się nie da naprawić. Zapomnij o nich, a będziesz żył…

Odstawiła na stół znów całą szklankę.

Marran przyjrzał się swojej dłoni. Głębokie skaleczenie prędko się zabliźniało.

W sąsiedniej izbie zaskrzypiało łóżko. Kobieta nastawiła czujnie ucha, lecz dzieciak pokręcił się chwilę, po czym ucichł. Spojrzała pytająco na Marrana. Ich oczy się spotkały.

– Niczego się nie da naprawić – powtórzył z wysiłkiem. – Masz rację. Jaszczurce odrasta ogon wiele razy, kiedy jest to konieczne. Ale nie wszyscy tak potrafią…

– Raulu – powiedziała stanowczo – pomogę ci bez względu na wszystko.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Dziękuję. Wiedziałem, że znajdę nowego opiekuna… zamiast starych!

Uniosła się.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić!

– Zamień mnie w cokolwiek – zaproponował bez cienia ironii. – Zobaczysz, jakie to łatwe.

Wstał także.

Stali naprzeciwko siebie, musiała więc zadrzeć głowę, żeby patrzeć mu w oczy.

Wtedy ją objął.

Zadrżała, jak schwytana łania. Podniósł ją z ziemi tak, że ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poddała się.

– Żegnaj – powiedział Raul Ilmarranien, w skrócie Marran. – Żegnaj, Jaszczurko. Nie przyjmę twej ochrony, tak jak ty kiedyś nie przyjęłaś mojej.

I ostrożnie postawił ją na podłodze.

Znowu patrzyli sobie w oczy, ona zaś unosiła głowę wyżej, niż było trzeba, żeby łzy nie spływały po policzkach. Uśmiechnął się z przymusem. Stanęła na palcach i szybko pocałowała jego spierzchnięte wargi po to, żeby w ostatniej sekundzie go odepchnąć.

Za szybami pojaśniało. Kobieta o imieniu Jaszczurka podeszła do okna, odwracając się od Marrana.

– To koniec – oznajmiła głucho. – Teraz odejdź.

Świece się dopaliły. Na stole pozostała biała serweta zabrudzona plamkami krwi.

Kiedy dotarłem do przystani, słońce kryło się już za górą bezkształtnych złotych obłoków. Lart był widoczny z daleka. Odziany w czerń, jak przystało na podróżującego maga, przechadzał się po molo. Wiatr rozwiewał malowniczo jego długi płaszcz.

Pokornie ustawiłem kuferek podróżny u jego wysokich butów.

– No i? – zapytał smutnym głosem.

Zdałem relację, pomijając jednak końcowy epizod.

– To wszystko? – upewniał się Lart, śledząc wzrokiem nadpływającą szalupę.

Zebrałem się na odwagę.

– Masz pozdrowienia, panie, od niejakiego Marrana.

Łódka powoli zbliżała się do molo. Lart przygryzł wargę i nic nie powiedział. Zdobyłem się więc na bezczelność.

– Prosiłbym, jeśli to możliwe, o uwolnienie mnie w przyszłości od podobnych doświadczeń.

Odwrócił się bez słowa i poszedł w stronę kłaniających się nam marynarzy z szalupy. Usiedli i prosili byśmy zajęli wcześniej opłacone miejsca.


*

W podwójnej kajucie, podobno najlepszej na tej łajbie, a mimo wszystko zadziwiająco ciasnej i ciemnej, zacząłem rozpakowywać bagaż, słuchając dochodzącej z górnego pokładu przez półotwarte okienko rozmowy Larta z kapitanem. Uzgadniali kurs. Mego pana, jak zwykle, kusiły rafy i mielizny, szyper nieśmiało oponował. W końcu zadźwięczały monety, co oznaczało koniec rozmowy. Zaskrzypiały schodki, zajęczały drzwi kajuty i wnętrze wypełniło się mętną wieczorną poświatą, czyli Lartem. Zaczepiał o wszystko końcem szpady, klnąc pod nosem. Pomogłem mu zdjąć płaszcz. Z pokładu dobiegały pospieszne rozkazy, łoskot łańcucha kotwicy i hałas odpływającego statku.

Lart zwalił się na koję, nie zdejmując butów. Zacząłem zapalać świecę, w tym jednak momencie dno statku zakołysało się, a ja wraz z nim. Omal nie upadłem na mego pana. Mruknął coś niemiłego. Przeprosiłem.

Korab wszedł na kurs, mając żagle napełnione z łaski czarodzieja pomyślnym, lecz niemniej bardzo chłodnym wiatrem. Jego powiew przeniknął mnie do kości, kiedy poszedłem dowiedzieć się o kolację. Kiedy wróciłem, zastałem swego pana w tej samej pozie i takim samym stanie ducha.

– Nakarmią nas – oznajmiłem, siadając.

Lart odpowiedział nieartykułowanym dźwiękiem.

Podążając za jego ciężkim spojrzeniem, z trudem wypatrzyłem na ciemnym suficie sporego pająka w pajęczynie. Nie sądziłem, że na statku mogą być te stworzenia, dziarsko jednak spytałem:

– Usunąć?

Lart milczał.

Jakiś czas słuchaliśmy wycia wiatru i plusku fal, uderzających w burty.

– Tak więc kazał przekazać mi pozdrowienie? – odezwał się do mnie po raz pierwszy tego wieczoru.

– Gorące – odparłem ostrożnie.

– A potem?

– Potem sobie poszedł.

– Daleko?

– Nie śledziłem go, panie.

– I polecenie ci się nie spodobało?

– Ani trochę.

– Mnie także – burknął i odwrócił się twarzą do ściany.

Tym razem jednak milczenie nie trwało długo.

– Zdrady – powiedział Lart do ściany – nigdy się nie wybacza, Damirze.

Zrobiło mi się gorąco, bo pomyślałem, że pije do mnie. Zrobiłem w myślach przegląd wszystkich swoich uczynków, próbując zgadnąć, którym mogłem rozgniewać Larta, on jednak kontynuował po chwili myśl, uwalniając mnie od podejrzeń.

– Raul Ilmarranien – zaburczał, zwracając się w stronę pająka – dopuścił się podwójnej zdrady.

Cicho westchnąłem z ulgą i zacząłem słuchać uważnie, rozumiejąc, o kim mowa.

– Tak – powiedział Lart, jakby czytając w moich myślach – to Marran.

W tym momencie mnie oświeciło: przecież go znałem! Pamiętałem z początków mojej służby u Larta tego bezczelnego, zarozumiałego typa, który wówczas był jego ulubieńcem.

– Marran – podjął czarodziej ciągle tym samym, beznamiętnym tonem – był wielce utalentowanym magiem. Z czasem przerósłby Esta, a być może nawet mnie… Nie zdążył. Postanowił sprzedać nas obu. Kara była sprawiedliwa.

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwały mu dziwne krzyki, dochodzące z zewnątrz. Pospieszyłem na pokład.

Był ciemny, bezgwiezdny wieczór. Nasz statek płynął na pełnych żaglach. Krążył nad nim biały ptak, niemal zawadzając o maszty. Krzyczał ochryple, wpadając w krąg świateł latarni. Kiedy powracał w mrok, emanował słabym blaskiem. Marynarze tłoczyli się na pokładzie z zadartymi głowami.

Szybko wróciłem do kajuty.

– Ktoś do pana…

Kiedy tylko w otworze wyjściowym pokazała się głowa Larta, ptak spadł w dół jak kamień i wczepił się w kark czarodzieja. Mag skrzywił się, stworzenie zaś pochyliło się nad jego uchem i bardzo szybko zaćwierkało wiadomość. Usłyszawszy parę słów odpowiedzi, załopotał skrzydłami i opuściwszy ramię człowieka, wzbił się w górę. Narobił na pokład i zniknął w ciemnościach. Świadkowie dialogu westchnęli z podziwem, podczas gdy mój pan w milczeniu powrócił do kajuty.

Siedziałem do późnej nocy w kubryku, jedząc do syta i opowiadając anegdotki z życia magów. Słuchacze spoglądali na mnie z lękiem i zachwytem.

Zataczając się i trzymając za brzuch, ledwie wróciłem do kajuty.

Kolacja, którą zostawiłem dla Larta, pozostała nietknięta i dawno wystygła. Świeczka niemal się wypaliła.

Mój pan siedział z podwiniętymi nogami na koi. Obok niego leżała szpada, wsparta rękojeścią o poduszkę.

Stałem przy drzwiach, przestępując z nogi na nogę.

– Zmiana planów – oznajmił ponuro mag. – Obieramy inny kurs i jutro wysiadamy na brzeg.

To był pierwszy poranek od trzech lat.

Marran szedł wiejską drogą. Nogi, szczególnie prawa, poruszały się z trudem. Dwukrotnie upadł – za pierwszym razem potłukł się mocno, poślizgnąwszy się na zdradliwej, zamarzniętej w nocy kałuży, wybijając dłoń i szczękę. Jedyny człowiek, którego spotkał, był pastuszkiem ze stadem owiec. Chłopak chciał najwyraźniej zapytać o coś znękanego obcego, ale wystraszył się i zrezygnował.

Największą radością dla niego było słońce, które przebiło się w końcu przez poranną mgłę.

Raul miał nadzieję, że ogrzeją go jego promienie, ale tak się nie stało. Czekał, aż przejdzie mu ohydna słabość, ale nie mijała, przeciwnie, nasilała się, kiedy tylko się zmęczył, a męczył się bardzo szybko.

Zobaczył przed sobą mostek, wygięty jak pałąk wiadra i tak samo cienki. Ilmarranien postanowił odpocząć, oparłszy się na szerokiej, wygodnej poręczy. Ostatnie kroki były prawdziwym koszmarem.

Raul ucieszył się, gdy przechyliwszy się przez poręcz zobaczył swoje niewyraźne odbicie w płynącej szybko, ciemnej wodzie.

Jakiś czas spoglądał bezmyślnie na siebie pod mostem, potem powierzchnia wody skłębiła się przed jego oczami i poczuł nieznośny zawrót głowy.

Niegdyś rzeka była ciepła i krystalicznie czysta. Nawet w środku nocy mógł policzyć pływające w niej srebrne pstrągi.

Sam był silnym, pięknym pstrągiem i nie stanowiło dla niego problemu dogonić płynącego przed nim.

Tamta ryba uciekała do przodu, potem zawracała, ustawiała się poprzek rzeki, spoglądając na niego okrągłym, czułym okiem. Przepływał obok niej, czując przez chwilę dotyk jej ciepłej, jasnej łuski. W zachwycie wyskakiwał ponad wodę, aby ujrzeć na chwilę gwiazdy, wywołując migoczącą w księżycowym świetle fontannę rozbryzgów.

Potem pływali po coraz bardziej zwężającym się okręgu. W końcu płetwy stawały się dłońmi, które nie dotykały już łuski, lecz wilgotnej i śliskiej skóry. Cały świat zdawał się dygotać w ramionach szczęśliwego Marrana.

Potem on i Jaszczurka wychodzili na brzeg, strząsając brylantowe krople wody z ramion i bioder…

Poryw lodowatego wiatru zmarszczył powierzchnię ciemnej wody.

Pod koniec męcząco długiego dnia zobaczył młyn.

Stał tam, gdzie zawsze, z dala od drogi, za rzecznym zakrętem.

Woda jednak nie poruszała rozwalonym kołem. Nie od dzisiaj panowała tutaj zupełna pustka.

Raul podszedł bliżej. Z rozbitego okna wyfrunął spłoszony wróbelek.

Odprowadził go wzrokiem.

Młynarz Hant trzymał młynarczyków twardą ręką, ciężko odpracowywali każdą lekcję magii. Był czarodziejem średniej rangi, ale wybitnym babiarzem – okoliczne panny na wydaniu przychodziły do niego na wróżby, czary przyciągające narzeczonych i sprzątające ze świata konkurentki. Oczywiście, nie za darmo.

Młynarz miał oczy bławatkowe, barwy rzecznej wody, przyciągające i wesołe, jednocześnie jasne i nieprzeniknione. Krążyły na jego temat różne plotki. Potwierdzić im lub zaprzeczyć mogli jedynie topielcy, którzy od czasu do czasu zaplątywali się w sieci rybackie. Ludziom jednak zdarza się utonąć bez niczyjej pomocy i jeśli nawet zdarzali się wśród nich młynarczycy albo była przyjaciółka młynarza, nie był to dostateczny powód do żywienia jakichś podejrzeń.

Hant był wasalem Baltazara Esta i płacił mu daninę. Młynarczycy szeptali między sobą, że przybierała ona czasem dosyć niezwykłe formy.

Oczywiście młynarz stał znacznie niżej od jaśnie oświeconego pana Raula i nie wiadomo, jaki kaprys wspaniałomyślnego Ilmarraniena zbliżył ich do siebie. W każdym razie między Hantem a Raulem istniała życzliwa, niemal przyjacielska zażyłość.

Kiedy Marran przyjeżdżał, natychmiast stół był nakryty. Służąca, nieśmiała, chuda dziewuszka, padała z nóg. Usługiwała ważnemu gościowi z wielkim skrępowaniem, rumieniąc się i upuszczając naczynia. Czasem pobłażliwie podszczypywał ją w jedyne wydatne miejsce na jej całym ciele, jakim był nos.

Młynarczycy wystawali pod ścianą, zerkając na goszczącą u nich znakomitość i szeptali między sobą. Najmłodszy śmiertelnie bał się karaluchów, w związku z tym pan Raul bawił publikę, zamieniając jego koleżków w stadko ogromnych robali. Podnosił się rwetes, mały młynarczyk wskakiwał z piskiem na stół, a młynarz wypuszczał wielkie kółka fajkowego dymu, uśmiechając się zagadkowo. Widząc tę scenę, gość radował się z całej duszy.

A jednak, dziwna przyjaźń Marrana z Hantem miała znaleźć się w ślepym zaułku w chwili, gdy na młyn wraz z płacącym daninę właścicielem połakomił się sam Lart Legiar, powoli rozszerzający terytorium swego władania. Zdążył już podporządkować sobie cały lewy brzeg rzeki.

Wielcy magowie pogryźli się jak zażarte psy.

Młynarz uskarżał się Marranowi na kłopoty, jakie spadły na niego z dwóch stron. Raul, dziwnym trafem zaprzyjaźniony z obydwoma rywalami, klepał pocieszająco Hanta po ramieniu z opiekuńczym uśmiechem.

Pewnej wiosennej, księżycowej nocy w blat długiego, dębowego stołu wbił się ostry, myśliwski nóż. Tak bywa, kiedy dwóch się zakłada.

Zerwani z pościeli młynarczycy, służąca w szlafroku i niezwyczajnie rozgorączkowany młynarz stłoczyli się na jednym końcu stołu, na drugim zaś zasiadał Ilmarranien.

– Dwadzieścia złotych, młynarzu! Stawiam dwadzieścia, co ty na to?

Hant obgryzał paznokcie, nie przestając się zagadkowo uśmiechać.

– Podniósłbym stawkę, panie Raulu. To bardzo wątpliwa sprawa… Trudno któregoś z nich wystrychnąć na dudka, a tym bardziej obu naraz…

Nie bez przyczyny Hant podbijał stawkę! Zakład przynosił otuchę, ale ryzyko było też wielkie, skoro Raul miał zamiar za jednym zamachem oszwabić obu wielkich magów. Sztuczka polegała na tym, by tak wymieszać wszystkie karty, żeby czarownicy dobrowolnie zostawili młyn w spokoju. Jak wiadomo, Marran był mistrzem mistyfikacji i podstępnych rozgrywek.

– Zobaczymy! Pięćdziesiąt bez dalszego gadania.

Najwidoczniej był pewien sukcesu.

Młynarz przestał obgryzać paznokcie, splatając palce.

– Bardzo pan ryzykuje, Raulu… Ale niech będzie… Zgadzam się.

– Zakład stoi?

Ilmarranien wstał. Młynarz wyciągnął suchą dłoń z krótkimi palcami i zakład został zawarty nad wbitym w blat nożem. Najstarszy młynarczyk przeciął dłonie zakładających się energicznym uderzeniem. Zaspana służąca głośno czknęła, na co Raul zachichotał, zamienił się w jasnego ptaka i wyfrunął przez otwarte okno…

Na zabrudzonym, pokrytym grubą warstwą kurzu stole obiadowym zachował się dobrze widoczny ślad po nożu. Szyby były wybite, półotwarte wrota wrosły w ziemię. Na środku podwórka gniła spora pryzma pustych worków.

Marran zawrócił i poszedł dalej.

Smutna kobieta o imieniu Jaszczurka pochyliła się nad stołem, spoglądając na ciemne plamy na białej serwecie. Maleńki synek wiercił się w kołysce, gaworzył, uśmiechał się, próbując złapać krążące nad nim w powietrzu kolorowe kulki. Z na pół przymkniętego okna biło radosne wiosenne słońce, a w jego jaskrawej smudze czarodziejskie kulki podskakiwały wesoło, to przybliżając się, to oddalając od rączek malca. Chłopczyk śmiał się.

Jego matka starannie wygładzała tkaninę, starając się nie dotykać krwawych plam. Wkrótce pod jej spojrzeniem odzyskały czerwoną barwę i równo zajaśniały.

Szliśmy, grzęznąc po kostki w wilgotnym piachu. Przylądek mieliśmy za plecami, osada zniknęła nam z oczu, a wraz z nią śniadania, obiady, kolacje, dach nad głową i ciężki podróżny kuferek.

Szliśmy bez bagażu, przodem milczący Lart, ja w ślad za nim. Każdy jego krok mierzył półtora mojego.

Z lewej ciągnęła się linia przyboju, z prawej nieskończone pasmo kamieni. Można było tutaj tylko przypłynąć albo przylecieć.

Przemokły mi trzewiki. Dogoniłem Larta i szedłem obok niego, spoglądając pokornie na jego nieprzyjemnie żółtawe oblicze.

– Panie, zbliża się pora obiadu. Gotów jestem znosić wszelkie trudy podróży, ale pan powinien odżywiać się regularnie.

– I po co ja go trzymam? – zapytał sam siebie ponuro. Zwolniłem.

Gdy minęła następna godzina, pojąłem jasno, że nasza droga nigdy się nie skończy. Będziemy iść całą wieczność wzdłuż linii przyboju, a wilgotna ściana przenigdy nie zniknie. Co najmniej trzydzieści razy zdążyłem wpaść w rozpacz i tyleż się opanować, zanim Lart zatrzymał się jak wryty. Omal nie wpadłem na niego.

Stał twarzą do wysokiej skały. Pogładził ją dłonią i coś powiedział. „Hm!” – odpowiedziała skała i rozwarła się w niej mroczna, pionowa szczelina.

Odskoczyłem jak oparzony i znalazłem się w morzu po kolana.

Lart odwrócił się i przywołał mnie ruchem palca.

– Zaczekam tutaj na pana – powiedziałem dziarsko. – Nie chcę się narzucać…

W tej chwili spora fala pchnęła mnie w tyłek. Tracąc równowagę, przebiegłem kilka kroków do przodu i padłem przemoczony do suchej nitki u stóp czarodzieja. Chwycił mnie za kark i wepchnął do szczeliny.

W środku było całkowicie ciemno i nieoczekiwanie przestronnie. Lart ruszył pewnie, nie zważając na mrok. Podążałem za nim, wczepiony weń obiema rękami, niczym w ostatnią deskę ratunku. Pęknięcie w skale zamknęło się z rumorem za naszymi plecami.

Lart oczywiście doskonale widział po ciemku i pewnie prowadził mnie do sobie tylko znanego celu. Po chwili rozległo się dziwnie niestosowne w jaskini skrzypnięcie otwieranych drzwi i od razu zrobiło się widniej.

Staliśmy pośrodku sporej poczekalni, całkiem podobnej do tej w domu Larta, co zdążyłem nieśmiało skonstatować.

– Orwinie! – zawołał mój pan. – Orwinie!

Nie było odpowiedzi. Trząsłem się, czując jak mokra odzież oblepia całe moje ciało.

Nie doczekawszy się zaproszenia, Lart i ja – w bezpiecznej za nim odległości – przeszliśmy długim korytarzem do komnaty, wyglądającej jak salon. W samym centrum owego pustawego pomieszczenia stało coś przykryte czarną tkaniną. Pomyślałem, że jest to obraz.

– Tak – powiedział mój pan.

Potarł nos palcem, przygryzł wargę, potem zaś zgrabnym ruchem wyszarpnął szpadę z pochwy. Jęknąłem. Mag zrobił krok do przodu i końcem ostrza zrzucił płachtę z dziwnego obiektu.

Było nim zwierciadło, odbijające wnętrze sali, Larta, częściowo także mnie i ciemnowłosego mężczyznę, w którym rozpoznałem starego znajomego mego pana, zwanego Orwin Wieszczbiarz.

Cofnąłem się.

– Witaj, Legiarze – powiedział lustrzany Orwin. – Wybacz, że nie zaczekałem na ciebie, ale każda minuta jest teraz droga. Muszę znaleźć rozwiązanie.

Wyciągnął dłoń, z której zwisał złoty łańcuszek z kolebiącą się, także złotą, płytką w kształcie monety ze skomplikowanym ornamentem pośrodku.

– To Amulet Wieszczbiarza – podjęło lustrzane odbicie – czyli mój, Legiarze. Wczoraj zaatakowała go rdza. Nie mogłem w to uwierzyć. Dzisiaj rdza rozszerza się tak szybko, jak to przepowiadał Testament Pierwszego Wieszczbiarza, uprzedzający o zjawieniu się Trzeciej Siły. Tej, w którą nigdy nie wierzyłeś. Moim obowiązkiem było uprzedzić cię, co też uczyniłem. Żegnaj teraz. Muszę dowiedzieć się, skąd nadchodzi zagrożenie. Życzę szczęścia, przyda się nam wszystkim. Żegnaj.

Lustrzana zjawa drgnęła i rozpłynęła się. Na tafli odbijała się tylko komnata ze stojącym pośrodku Lartem, ponieważ ja sam odszedłem roztropnie na bok.

Mój pan podszedł do zwierciadła, uważnie się sobie przyjrzał, wydobył grzebyk z kieszeni i starannie uczesał włosy.

– Ach, ty… – wyjąkał nagle zmieszany. – Jak pragnę fruwać… Do licha, nie wierzę…

Kościany grzebyk wypadł mu z dłoni i roztrzaskał się na mozaikowej posadzce.

Kiedyś Raul Ilmarannien potrafił latać.

Obecnie z trudem mógł w to uwierzyć, tak go przyciągała ziemia.

Zdawała się z niego szydzić, kołysząc się pod nogami jak okrętowy pokład podczas sztormu. Widocznie nie zamierzała mu się podporządkować. Droga uciekała spod cienkich podeszew, podkładając wciąż wilgotne jamy, wykroty i kłody. Raul był bliski rozpaczy.

Noc gęstniała.

Niemal niezauważalnie otoczył Marrana niewysoki, na poły obumarły lasek. Najwyraźniej zgubił drogę.

– Bardzo głupio, Marranie – powiedział do siebie spierzchniętymi wargami. – Głupszego końca nie wymyśliłby nawet młynarz Hant!

W tej chwili po jego nogą złamała się sucha gałąź i upadł na stos przegniłego, zeszłorocznego listowia…

Jakże ciepły był złoty piasek na brzegu rzeki pod urwiskiem! W piasku przewalało się dwoje podrostków, którzy teraz z zapałem obserwowali walkę mrówek, toczącą się między nimi na ubitej ziemi. Czarnymi dowodziła Jaszczurka, czerwonymi Marran.

Dowódcy przypadali do ziemi, skakali na równe nogi, potem biegali na czworakach, wydając niedosłyszalne rozkazy posłusznym „żołnierzom”. Jakiś czas zdawało się, że siły są wyrównane, potem jednak czerwona armia Raula cofnęła się w nieładzie, aby po sekundzie zniszczyć śmiałym manewrem flankę czarnej armii, przerwać linię frontu i rzucić się na zaskoczoną Jaszczurkę.

– Aj! Aj! Przestań!

Mrówki już biegły po jej odkrytych, opalonych rękach. Skakała, kręciła się w kółko, strącając kąśliwe stworzenia. Czarna armia rozpadła się, straciwszy wodza i nie można już było na nią liczyć.

Marran siedział na piętach, z kolanami w piachu. Na twarzy miał charakterystyczny uśmiech zwycięzcy, jakim kończył się każdy jego wybryk.

– I co powiesz teraz? Co ci przeszkodziło wygrać tym razem?

Miała już na czubku języka gotową odpowiedź, kiedy nagle jej twarz spochmurniała, gdy zobaczyła coś na szczycie urwiska.

– Raulu, zdawało mi się, że tam stoi Legiar… Może lepiej stąd chodźmy?

Zmrużył oczy.

– Niby dlaczego?

– Jesteśmy przecież na jego terenie… Może nie lubi, żeby jacyś obcy czarowali pod jego nosem?

Marran nadąsał się i rzucił drwiąco:

– Nie zagaduj mnie! Powiedz lepiej, że się poddajesz i nie chcesz dłużej bawić. Znudziło mnie już posługiwanie się niepełną mocą… Przecież nie potrafisz sobie dać rady z trzydziestką mrówek!

– Nieprawda, posłużyłeś się pełną mocą! – wybuchła dziewczynka. – Całuj się w nos ze swoimi mrówkami!

– Wolę całować się z tobą… – odparł, śmiesznie marszcząc nos i przeciągając samogłoski.

Przez najbliższe trzy minuty baraszkowali na niedawnym placu boju jak dwa szczeniaki, cali unurzani w piachu.

– Dlaczego jesteś takim pyszałkiem, Marranie – powiedziała Jaszczurka, kiedy oboje legli zmęczeni – jakbyś był wszechmocny…

– Bo wszystko mogę! – Chłopak podskoczył jak na sprężynie. – Zażądaj, czego chcesz!

– Chcę mrówczą piramidę – mamrotała sennie dziewczynka – i żeby wokół niej chodził korowód, a na wierzchu jedna mrówka wymachiwała białą flagą…

– Tylko tyle?!

Jaszczurka zerwała się z krzykiem, ponieważ wszystkie mrówki zbiegły się w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się jej łokieć.

Czerwone i czarne, zapominając o swoich ważnych sprawach, wypełniały teraz wolę małego czarodzieja. Dziewczynka patrzyła na to z otwartymi ustami.

– Och, Marranie! Ja tylko żartowałam…

Krążył już mrówczy korowód, piramida rosła w oczach, a Raul Ilmarranien, czerwony z wysiłku, podrygiwał wokół, zataczał kręgi palcami i mamrotał polecenia.

– Chorągiewka! Ale już!

Białej flagi ciągle nie było.

Jaszczurka zaczęła wydymać lekceważąco wargi, gdy nagle na wierzchołek piramidy wdrapała się czerwona mrówka, dzierżąca płatek stokrotki. Marran podskoczył ze zwycięskim okrzykiem.

– No, wystarczy już tego, mały – odezwał się ktoś za jego plecami.

Raul odwrócił się i zobaczył człowieka, o którym wiele słyszał, lecz po raz pierwszy widział z tak bliska: wielki mag Lart Legiar.

Jaszczurka zbladła pod warstwą opalenizny i mocno pociągnęła chłopaka za rękaw. Wyswobodził rękę, nie patrząc na nią.

– Czyj jesteś, chłopcze? – spytał łagodnie Legiar.

– Niczyj – odparł czujnie Marran. – Swój. A bo co?

– Nic – powiedział mag, wzruszając ramionami. – Chciałbym po prostu wiedzieć, kto jest twoim nauczycielem.

– Nikt.

– Dlaczego kłamiesz? – zdziwił się czarodziej.

– On nie kłamie – wtrąciła pospiesznie Jaszczurka. – Jest samoukiem. A w ogóle to już idziemy.

Szarpnęła Marranem ze wszystkich sił.

Legiar lekko obrócił głowę, zerknął przenikliwie na dziewczynkę, potem znów zwrócił się do Raula:

– Nigdy nie przyszło ci do głowy, że kiedyś skończą się zabawy z mrówkami?

Marran patrzył na niego spode łba.

– Na świecie, chłopcze, są różni magowie. Komuś staniesz na drodze, inny zechce być twoim sprzymierzeńcem… Oczywiście, jeśli tego zechcesz – dodał czarownik i w jednej chwili zamienił się w wielkiego gryfa, który wrzasnął ochryple i wzbił się do góry.

Raul, oniemiały przez chwilę, oderwał szybko palce Jaszczurki i zamienił się w sokoła.

Kilka sekund, a może godzin dwa drapieżne ptaszyska fruwały na niesamowitej wyżynie, gdzie lodowały wicher pozbawiał tchu. Przy brzegu miotała się maleńka czajka, krzycząc przenikliwie, gdyż nie mogła wyżej wzlecieć.

Później gryf spadł kamieniem w dół i dotknąwszy szponami piasku, stał się na powrót Lartem Legiarem.

W ślad za nim wylądował sokół i zamienił się w zdyszanego, zgonionego Marrana. Dojrzały i początkujący mag jakiś czas spoglądali na siebie.

– Chodź – powiedział w końcu starszy. – Możesz mi mówić Lart.

– Marran – przedstawił się Raul, wyciągając dłoń.

Jaszczurka stała po kostki w chłodnym piasku i bezradnie patrzyła, jak odchodzą…

Raul podniósł głowę. Jaszczurka wciąż spoglądała na niego z wyrzutem zza pokracznego, ciemnego pnia.

Uderzył się po twarzy. Policzek wyszedł słaby, ale wizja zniknęła.

Spróbował wstać, opierając się o pień. W uszach dzwonił mu jakiś natarczywy śpiew. Chyląca się ku ziemi ciężka głowa utrudniała wstawanie.

W tej chwili zobaczył ognik.

Był tak nikły i daleki, że w pierwszej chwili wziął go za przywidzenie, ale jednak nie znikał i płonął równomiernie, ciepło, jakby życzliwie. Słaniając się, dźwignął ku niemu. Szedł wiedziony tą samą siłą, jaka ściąga chmary ciem wokół płonącej w mroku lampy. Ognik się nad nim ulitował i zaczął przybliżać.

Raul szedł coraz szybciej, wciąż się potykając, lecz już bez upadków, pozostawiając strzępy koszuli na gałęziach. Płomyk okazał się gęsto sypiącym skrami ogniskiem. Zagubiony Raul wyszedł na szerokie rozstaje.

Iskry strzelały w niebo jak oszalałe. Ognisko paliło się dokładnie na skrzyżowaniu dróg, w jego cieple zaś widniały dwie niewysokie ludzkie postaci.

Raul ruszył w ich stronę, zamierzając prosić o gościnę. Nie zwrócili na niego uwagi. Rzuciwszy mu chmurne spojrzenia, grabarze – gdyż byli nimi w istocie – podjęli swą ciężką, mozolną pracę. Jeden drążył ziemię rydlem, drugi odrzucał ją na bok wielką łopatą. Pracowali w całkowitym milczeniu.

Raul, nie doczekawszy się zaproszenia, podszedł do ogniska i usiadł na ciepłej, zasypanej popiołem ziemi.

Polana trzaskały. Jeden z pracujących odchodził co pewien czas od rozkopanej czarnej jamy, żeby podrzucić drew do ognia. Ognisko na chwilę przygasało, żeby potem znów się rozjarzyć złowieszczo.

Raul zapatrzył się w płomienie, z których spoglądała na niego kobieta o imieniu Jaszczurka.

Wizję rozwiał dziwny dźwięk, brzmiący jak jęk albo rzężenie.

Marran wstał z trudem i okrążył ognisko.

Oprócz dwóch kopiących i nieproszonego gościa znajdował się tutaj jeszcze jeden człowiek.

Był to zgrzybiały staruszek, umęczony i leżący w niemocy na bezkształtnej kupie szmat. Był w malignie: półprzymknięte, zapadnięte oczy nie widziały ognia ani podchodzącego Raula. Wargi, wydające się czarne w świetle płomieni, nie przestawały się poruszać.

Marran usiadł przy nim.

Starzec najwyraźniej umierał. W bezładnym mamrotaniu co pewien czas dawało się wychwycić oddzielne słowa. Modlił się, by kogoś zostawić w spokoju albo szeptał rozpaczliwie: „Zamknijcie drzwi”. Raul usiłował podtrzymać trzęsącą się, siwą głowę.

O świcie, kiedy jama w ziemi była już odpowiednio głęboka i szeroka, konający doszedł nieco do siebie i sięgnął ręką za pazuchę po owinięty szmatą baniak. Raul pomógł mu się napić.

Staruszek podziękował gestem. Raul skinął głową. Niebo jaśniało, lecz ogień palił się wciąż ostrym płomieniem. W mętnym blasku przedświtu starzec ujrzał w końcu jego twarz.

Czarne wargi zadrgały spazmatycznie i przeraźliwe oblicze umierającego jeszcze bardziej poszarzało ze strachu.

– Odźwierny! – zawołał, usiłując zasłonić oczy roztrzęsioną dłonią. – Odźwierny!

Raul odskoczył od niego.

Starzec rzucił się naprzód, niemal usiadł, nie spuszczając oczu z Marrana, potem zachrypiał, wzdrygnął się strasznie i upadł na wznak. Na poczerniałym, zastygłym licu pozostał wyraz śmiertelnego przerażenia.

Grabarze, jak na zawołanie, rzucili narzędzia i prędko podeszli do trupa. Raul, nie panując nad sobą, odwrócił się i pobiegł, dokąd oczy poniosą.

Nagie skały pozostały za nami, a teraz pod nogami chrzęściła zeszłoroczna, ostra trawa. Do tego musieliśmy się przedzierać przez krzewy pozbawione liści, ale za to najeżone kolcami.

W siedlisku Orwina nieco odpoczęliśmy, ogrzaliśmy się i nabraliśmy sił. Teraz jednak zdawało mi się, że zarówno wypoczynek, jak i posiłek tylko mi się przyśniły.

Od godziny majaczył przed nami nowy cel, zamczysko. Należało wierzyć, że oczekują tam na nas kolacja i nocleg. Szliśmy w jego stronę, lecz wciąż zdawał się zdradziecko oddalać.

Zmrok zgęstniał, kiedy dotarliśmy do gościńca. Łatwiej było kroczyć po wydeptanych koleinach, toteż dogoniłem Larta i zapytałem niewinnie:

– Panie, czyżbyśmy przerwali morską podróż z powodu maleńkiego, złotego cacka?

Milczał tak długo, że straciłem nadzieję na odpowiedź. W końcu się jednak odezwał:

– Morski kompas to też cacko… ale kiedy strzałka zaczyna kręcić się jak szalona, nie trzeba być Wieszczbiarzem, żeby przeczuwać coś złego…

Prawie całkiem ściemniało. Przeklęty zamek nie raczył się wcale przybliżyć. Poczułem się nieswojo, nie tyle z powodu sensu słów Larta, bardziej z powodu tonu, jakim je wypowiedział. Nie burczał na mnie jak zwykle, lecz mówił całkiem poważnie.

Milczałbym, ale zdawało mi się to jeszcze gorsze, zapytałem więc, zbierając się na odwagę:

– Panie, a co to takiego Trzecia Siła?

Zerknął na mnie szybko, potem odwrócił wzrok.

– Zapewne bajka.

– Więc czemu tak pana niepokoi?

– Ponieważ to straszna bajka.

W tej chwili naprawdę się wystraszyłem i znowu nie z powodu słów, lecz dlatego, że mag nie wrzasnął na mnie ani nie wyśmiał, jak to się często zdarzało. Rozmawiał ze mną jak z równorzędnym partnerem. W takim razie rzeczywiście było z nami kiepsko.

– No dobrze…

Lart kopnął zręcznie płaski kamyk, który pofrunął długim łukiem, lecz nie upadł na ziemię. Zawisnął na wprost nas i jasno zapłonął jak pochodnia, oświetlając nam drogę.

– Masz rację, że to mnie niepokoi – podjął mój pan z niebywałą powagą. – Jak wiesz, Orwin jest Wieszczbiarzem… Co prawda Wieszczbiarze w niewielkim stopniu posługują się rozumem. Ich duchowy przywódca, Pierwszy Wieszczbiarz, jeśli w ogóle istniał, napisał Testament, jeśli rzeczywiście go napisał. Wraz z Testamentem pozostawił medalion, tak zwany Amulet Wieszczbiarza. Ten klejnot bez wątpienia istnieje, widziałeś go na własne oczy. Jest złoty, więc nie powinien rdzewieć, chyba że pojawiła się jakaś poważna przyczyna.

Mag zamilkł, wiedziałem jednak, że to nie potrwa długo. Mówiłby dalej nawet, gdybym był głuchoniemym. Wymagał ode mnie posłuchu.

– Poważną przyczynę – podjął po chwili – ów wątpliwego istnienia Pierwszy Wieszczbiarz w swoim równie wątpliwym Testamencie nazwał właśnie Trzecią Siłą.

– Tak zwaną Trzecią Siłą – odpowiedziałem jak echo.

Przyjrzał mi się uważnie.

– No tak…

Przeklęty zamek przestał wreszcie z nami igrać i teraz przybliżał się powoli, nieuchronnie.

– Ale dlaczego „Trzecią”? – spytałem szeptem.

– Widzisz, na świecie są magowie i ci, którzy nimi nie są. Zgodzisz się chyba, że magowie przedstawiają sobą pewną siłę?

Świecący kamień błysnął w tej chwili oślepiająco.

– Zgodzę… – mruknąłem, zasłaniając oczy dłonią.

– Ci jednak, którzy nie są magami, także stanowią siłę – oznajmił, przygaszając światło do znośnego poziomu. – Sporo wielkich rzeczy powstało dzięki światłym umysłom, szlachetnym bohaterom i tak dalej. Król stara się rządzić sprawiedliwie. Mag w swojej jaskini eksperymentuje z zaklęciami. Idziemy w tej chwili we dwóch jedną drogą. Wszystko jest na swoim miejscu. Orwin sądzi jednak, idąc w ślady Pierwszego Wieszczbiarza, że istnieje jeszcze Trzecia Siła, nie mająca z tamtymi dwiema niczego wspólnego. Ta mityczna potęga pragnie jakoby zapanować nad światem, co miałoby przynieść nam wszystkim same nieszczęścia. W Testamencie brak jednak wyjaśnienia, czym jest i skąd pochodzi. Przeraża mnie jednak sama myśl o egzystowaniu czegoś takiego.

– Panie – odparłem wstrząśnięty – ale koń może być tylko ogierem lub kobyłą, tak jak pacjent jest żywy lub martwy. Gdzie jest miejsce na trzecią możliwość?

Nie odpowiedział.

Nastała noc.

Fasada zamku nie była oświetlona ani jednym światełkiem, a czarodziejski kamień połyskiwał w tej chwili mdłym, nierównym poblaskiem. Droga pięła się w górę coraz bardziej stromo. Po obu stronach majaczyły ciemne, przysadziste, kamienne słupy. Przyspieszyliśmy kroku.

– Ciekawe ozdoby – mruknął Lart.

Słupy stały szeregiem wzdłuż drogi, a na płaskim czubku każdego leżała zwinięta, kamienna żmija. Ich potworne paszcze były aż nadto dobrze widoczne, bez względu na niedostatek oświetlenia.

– Do licha! – mruknąłem, chichocząc nerwowo.

W tej chwili usłyszałem to, czego najbardziej bałem się usłyszeć: syczenie. Równocześnie gadziny rozwarły ślepia. Najpierw te, obok których przechodziliśmy, potem te znajdujące się przed nami, kolejno wszystkie pozostałe.

Z obu stron spoglądały na nas szeregi czerwonych, płonących węgielków, to jest żmijowych źrenic.

Wysiliłem resztkę odwagi, by nie rzucić się do ucieczki. Ograniczyłem się do tego, że przysiadłem, chowając się za plecami czarodzieja.

– Ładne powitanie – burknął Lart.

– Uciekajmy, panie – zajęczałem z dołu. – Jak one strasznie patrzą!

W rzeczy samej, patrzyły na nas złowrogo.

– Przyszedłem tutaj nie po to, by się teraz cofać – wycedził mag swoim zwyczajnym, chłodnym tonem. – Trzymaj się blisko mnie!

I rzuciliśmy się do przodu. W moim wypadku było to możliwe tylko dlatego, że zamknąłem oczy z całej siły i otworzyłem je dopiero wtedy, gdy syczenie pozostało za naszymi plecami.

Zamek zakrywał pół nieba i wydawał się od niego ciemniejszy.

– Jesteśmy na miejscu – oświadczył Lart.

Zwodzony most był opuszczony. Na dnie fosy pobłyskiwała oleiście mętna, gęsta ciecz.

Mój pan schylił się, podniósł kamień i rzucił go z rozmachem na most.

Ciężko uderzył o deski, które natychmiast buchnęły ogniem. Ogarnięty płomieniami kamień podskoczył jak piłka i wpadł do fosy. Woda zasyczała i wszystko znikło. Pusty most znowu wyglądał jak przedtem.

– Paskudnie – syknął z odrazą Lart.

– Nie za dużo komplikacji? – spytałem, drżąc na całym ciele. – Może byśmy poszukali innego noclegu?

Ogarnął nas podmuch lodowatego, mroźnego wichru.

– Teraz na pewno nie odejdę – odparł mag, zaciskając zęby. – No cóż…

Jednym tchem wyrzucił z siebie długą, pełną irytacji tyradę, w kompletnie nieznanym mi języku. Już w trakcie wymawiania pierwszych słów most wygiął się spazmatycznie, niczym grzbiet rozzłoszczonego kota, a zaraz potem obwisł i oklapł. Wstąpiłem na niego w ślad za Lartem, klnąc na czym świat stoi.

Minęliśmy długą, wydrążoną w murze arkadę i znaleźliśmy się na wewnętrznym dziedzińcu niegościnnej twierdzy. Przywitał nas łopot skrzydeł fruwających w górze nietoperzy. Skrzypiące zamkowe wierzeje niepokojąco przypominały swoim kształtem wyszczerzoną, zębatą paszczę.

– Panie – zajęczałem – jest pan pewien, że nas tutaj nakarmią, a nie pożrą?

Lart chrząknął tak pogardliwie, jak tylko był w stanie. Jakby w odpowiedzi zębata paszcza zazgrzytała i zapytała głuchym, nieprzyjaznym głosem:

– Kto ośmielił się naruszyć spokój Wielkiego Czarownika Czarnego Zamku, Który Panuje Nad Wzgórzami?

Gdy tylko ucichł jej ryk, mag zwrócił się do mnie:

– Rozumiesz coś z tego? Kto panuje: Wielki Czarownik, czy jego zamek?

– Kto?!!! – nalegała niewidzialna istota, całkowicie płosząc nietoperze.

– To przecież ja – odparł mój pan zmęczonym głosem. – Niejaki Lart Legiar, do usług.

Nastała cisza. Słyszałem tylko uderzenia serca, podchodzącego mi do gardła.

– Aha – niepewnie i już nie tak groźnie odrzekł odległy głos.

– No więc? – wycedził mag.

Wrota rozwarły się szybko, by nie rzec, pospiesznie.

Wielki Czarownik, Pan Czarnego Zamku, Który… i tak dalej, oczekiwał nas na schodach. W prawej dłoni dzierżył pochodnię, drugą podtrzymywał poły szlafroka.

– Na niebiosa, toż to pan Legiar! – wykrzyknął zaaferowany.

– Niełatwo się do ciebie dostać, Uszanie – mruknął mój pan. – Ile lat przygotowywałeś całe to paskudztwo?

Wielki Czarownik zamrugał nerwowo powiekami. Nie doczekawszy się odpowiedzi, Legiar wyminął go i wszedł, nieco się pochylając, w niskie, łukowate drzwiczki.

Byliśmy jedynymi gośćmi w przyozdobionej witrażami, posągami aniołów i pękami starej broni sali biesiadnej. Ogrzewały ją jako tako cztery kominki. Pół pomieszczenia zajmował ogromny dębowy stół, przy którym zasiedliśmy. Wielki Czarownik długo i lękliwie przepraszał za bałagan oraz niedostateczną gościnność. Zamienił szlafrok na wygnieciony, czarny chałat, skrywając w jego fałdach brzuszek typowy dla czarodziejów.

– To wszystko jest w złym guście, Uszanie – dowodził mój pan, obgryzając ze smakiem sporą kość. – Jak pragnę fruwać, całe to zbiorowisko potworności kompletnie nie pasuje do twego charakteru. Podaj sos, Damirze.

Wielki Czarownik zachichotał z przymusem.

– Skuteczność owych iluzji jest w gruncie rzeczy niewielka – przemawiał dalej Lart mentorskim tonem. – A to co, oliwki? – zainteresował się, zaglądając do kolejnego półmiska.

Za oknami szalała wichura. Słyszeliśmy wycie wiatru w kominach.

Nasz gospodarz zaczął w końcu objawiać oznaki pewnego zniecierpliwienia.

– Czy mógłbym się dowiedzieć… Tak się ucieszyłem, widząc pana, szanowny Legiarze, a wręcz, ośmielę się rzec, drogi Larcie, że całkiem zapomniałem zapytać, że tak powiem, o cel…

Lart bacznie mu się przyglądał, nie zamierzając wcale pomagać.

– Hm… Muszę panu powiedzieć, drogi Larcie, że jeśli ma pan zamiar przedstawić żądania, gotów jestem od razu potwierdzić swoje obowiązki wasala.

– Jesteś przecież wasalem Orwina – przypomniał chłodno mój pan.

Wielki Czarownik speszył się na chwilkę, wygiął wargi i w końcu wymamrotał:

– Orwin wyjechał… Uznałem, że pańska wizyta jest, że tak powiem, następstwem…

Lart odsunął oliwki.

– Tak… A jeśli Orwin powróci?

Tamten skrzywił się.

– Wie pan równie dobrze jak ja, panie Legiarze, że nie wróci. Był bardzo dzielny, dopóki nie zawierzył tej głupiej książce. Ciągle gadał o Trzeciej Sile…

Lart pochylił się ku niemu.

– Czym jest Trzecia Siła, Uszanie?

– Nie wiem, panie Legiarze. Wydaje mi się, że to urojenie, prześladujące Orwina.

– Uważasz go za szaleńca?

– Tak… Nie… Proszę tak na mnie nie patrzeć. Jestem kiepskim magiem, całkiem bezbronnym wobec pana. Ale mówię szczerze…

– Szczerze?! Powiedz mi, Uszanie: a jeśli zjawi się tutaj ktoś potężniejszy ode mnie, tak samo prędko poddasz się mu w charakterze wasala?

Wielkiemu Czarownikowi zadrgały wargi.

– Moje żmije i nietoperze mnie nie obronią. Zamek jest stary, a ja sam słaby… Cóż mam począć, panie Legiarze?

Lart westchnął i spuścił z niego wzrok. Uszan opadł z ciężkim westchnieniem na fotel. Jego pochyłe plecy wciąż drżały.

Nastała cisza, w której słychać było tylko wycie wiatru za grubymi ścianami i trzeszczenie drew na kominku. Lart spoglądał w ogień.

– Nie miałem prawa, Uszanie – rzekł w końcu. – Wybacz mi. Gdzie możemy przenocować?

Oblicze Wielkiego Czarownika nieco się rozjaśniło.

– Pozwoliłem sobie przygotować odpowiednie komnaty. W czym jeszcze mogę być pomocny, panie Legiarze?

– Przydadzą się nam konie. Wracamy do domu.

Загрузка...