Sierpień 1987 roku
Mel Donner rutynowo sprawdził, czy w sali nie ma elektronicznych urządzeń podsłuchowych, i włączył magnetofon.
– Próba mikrofonu – powiedział obojętnym głosem. – Jeden, dwa, trzy…
Nastawił gałki tonu i głośności, a potem skinął głową Seagramowi.
– Jesteśmy gotowi, Sid – cicho odezwał się Seagram. – Jak się zmęczysz, to powiesz, i do jutra zrobimy przerwę.
Szpitalne łóżko było tak ustawione, że Sid Koplin siedział w nim niemal pionowo. Wygląd mineraloga znacznie się poprawił od ich ostatniego spotkania. Twarz odzyskała normalną barwę, a oczy zdawały się patrzeć bystrzej. Tylko bandaż na łysiejącej głowie świadczył, że Koplin był ranny.
– Wytrzymam do północy – rzekł. – Wszystko, byle nie ta nuda. Nie znoszę szpitali. Pielęgniarki mają lodowate ręce, a w tym cholernym telewizorze ciągle nawala kolor.
Seagram uśmiechnął się szeroko i położył mikrofon na podołku Koplina.
– Może zaczniesz od wypłynięcia z Norwegii?
– Nic szczególnego się nie działo – odparł Koplin. – Norweski trawler rybacki „Godhawn" zgodnie z planem przeprowadził mój slup na holu na odległość dwustu mil od Nowej Ziemi. Następnie kapitan poczęstował mnie solidną porcją pieczeni reniferowej z sosem, z dodatkiem koziego sera, wspaniałomyślnie zaopatrzył w trzy litry gorzałki, oddał hol i wysłał w drogę przez Morze Barentsa.
– Miałeś jakieś kłopoty z pogodą?
– Żadnych… wasza prognoza meteorologiczna idealnie się sprawdziła. Powietrze było wprawdzie zimniejsze od tyłka białego niedźwiedzia, ale przez całą drogę miałem znakomitą żeglarską pogodę. – Koplin przerwał, żeby podrapać się w nos. – Ten mały slup, który pożyczyliście od swoich norweskich kolegów, był świetny. Odzyskaliście go?
Seagram pokręcił głową.
– Musiałbym to sprawdzić, ale jestem pewien, że powinien być zniszczony. W żadnym wypadku nie można było wziąć jachtu na pokład statku badawczego ani też zostawić, żeby dryfował i znalazł się na kursie jakiegoś sowieckiego statku. Sam rozumiesz.
Koplin z żalem pokiwał głową.
– Szkoda. Przywiązałem się do niego.
– Mów dalej, proszę – rzekł Seagram.
– Północną wyspę Nowej Ziemi zobaczyłem drugiego dnia, późnym popołudniem. Siedziałem przy sterze ponad czterdzieści godzin, od czasu do czasu zapadając w drzemkę. Ciągle zamykały mi się oczy. Dobrze, że miałem wódkę. Po paru łykach czułem w żołądku taki żar, że natychmiast się budziłem.
– Nie widziałeś jakichś statków?
– Ani razu żaden statek nie pokazał się na horyzoncie – odparł Koplin i mówił dalej: – Brzeg sprawiał wrażenie, jakby był jedną wielką skalną ścianą. Nie mogłem znaleźć miejsca, w którym dałoby się wylądować, a zaczęło się już ściemniać. Zawróciłem więc na pełne morze, stanąłem w dryf i parę godzin się przespałem. Rano tak długo żeglowałem wzdłuż brzegu, aż znalazłem małą ukrytą zatoczkę, do której wpłynąłem na dieslu.
– Pewnie używałeś jachtu jako bazy?
– Przez następne dwanaście dni. Robiłem dziennie dwie, czasem trzy wycieczki na nartach, prowadząc poszukiwania w terenie, a na pokład wracałem, żeby zjeść gorący posiłek i przespać się w ciepłej koi.
– Do tego czasu nikogo nie widziałeś?
– Trzymałem się z dala od wyrzutni rakietowej Kelva i strażnicy Karna. Nie widziałem żadnego śladu Rosjan do ostatniego dnia misji.
– Jak cię wykryli?
– Jakiś Rosjanin wyszedł na patrol z psem, który pewnie przeciął mój ślad i musiał mnie wyniuchać. Nic dziwnego, bo nie kąpałem się prawie od trzech tygodni.
Seagram skwitował to uśmiechem, Donner zaś włączył się do zadawania pytań chłodnym, natarczywym tonem:
– Wróćmy do pańskich wypraw w teren. Co pan znalazł?
– Oczywiście nie byłem w stanie przeszukać na nartach całej wyspy. Skoncentrowałem się na obszarach rokujących jakieś nadzieje, wybranych na podstawie wydruków z komputera satelity. – Koplin spojrzał w sufit. – Północna wyspa to przedłużenie łańcuchów górskich Uralu i Półwyspu Jugorskiego; kilka falistych dolin, płaskowyżów i gór… przeważnie pokrytych stałą skorupą lodową. Prawie przez cały czas wieją tam gwałtowne wiatry i dlatego jest potwornie zimno. Poza skalnymi porostami nie znalazłem żadnej roślinności. Jeśli były tam jakieś ciepłokrwiste zwierzęta, to musiały się pochować.
– Trzymajmy się poszukiwań, a opisy przyrody zostawmy na kiedy indziej – rzekł Donner.
– Chcę tylko opisać warunki, w jakich przyszło mi pracować – powiedział Koplin lodowatym tonem, patrząc na Donnera z dezaprobatą. – I wolałbym, żeby mi nie przerywano…
– Naturalnie – wtrącił Seagram. Strategicznie wsunął się z krzesłem między łóżko a Donnera. – To twoja gra, Sid, i my będziemy grali według twoich reguł.
– Dziękuję – odparł Koplin, poprawiając się w łóżku. – Z geologicznego punktu widzenia wyspa jest całkiem interesująca. Opis uskoków i przemieszczeń skał, które kiedyś powstały z osadów na dnie pradawnego morza, wypełniłby kilka tomów. Z punktu widzenia mineralogii magmatyczna parageneza jest jałowa.
– Mógłby pan to przełożyć na jakiś ludzki język? Koplin uśmiechnął się, pokazując zęby.
– Pochodzenie i geologiczne występowanie jakiegoś minerału nazywa się jego parageneza. Magma natomiast jest źródłem wszelkiej materii; to płynna skała, stopiona pod ciśnieniem, która twardniejąc tworzy skały wulkaniczne, znane powszechnie jako bazalt czy granit.
– Fascynujące – oschle powiedział Donner. – A zatem twierdzi pan, że na Nowej Ziemi nie ma minerałów.
– Jest pan niezwykle spostrzegawczy, panie Donner – rzekł Koplin.
– A jak znalazłeś ślady bizanium? – spytał Seagram.
– Trzynastego dnia myszkowałem po północnym stoku Biednej Góry i natknąłem się na hałdę.
– Na hałdę?
– Na kupę skał, które wydobyto podczas głębienia szybu kopalni. I właśnie w tej hałdzie trafiłem na niewielkie ślady rudy bizanium.
Twarze obu mężczyzn siedzących przy łóżku nagle przybrały śmiertelnie poważny wyraz.
– Wejście do szybu sprytnie zamaskowano – ciągnął Koplin. – Znalezienie go zajęło mi prawie całe popołudnie.
– Chwileczkę, Sid – wtrącił Seagram, dotykając ręki Koplina. – Chcesz powiedzieć, że wejście do tej kopalni zostało ukryte celowo?
– Stary hiszpański sposób. Zasypano otwór wejściowy, tak że stok wzgórza wyglądał całkiem zwyczajnie.
– A czy ta hałda nie powinna leżeć na wprost wejścia? – spytał Donner.
– W normalnych warunkach owszem, lecz w tym wypadku znajdowała się w odległości ponad stu metrów na zachód od wejścia, oddzielona od niego łagodnym wybrzuszeniem zbocza.
– Ale pan jednak to wejście odkrył? – dopytywał się Donner.
– Tor, po którym jeździły wagoniki z rudą, rozebrano, a ślady po szynach i podkładach zostały zasypane, ale mnie udało się odkryć zarys toru, gdy obejrzałem sobie zbocze góry przez lornetkę z odległości półtora kilometra. To, czego nie zauważyłem z bliska, łatwo dostrzegłem z oddali, i wtedy bez trudności ustaliłem, gdzie znajdowała się kopalnia.
– Kto mógł zadać sobie tyle trudu, żeby ukryć opuszczoną kopalnię w Arktyce? – spytał Seagram. – Nie ma w tym ani sensu, ani logiki.
– Masz rację tylko w połowie, Gene – odezwał się Koplin. – Obawiam się, że cel pozostanie tajemnicą, ale to była znakomita robota zawodowców… górników z Kolorado – rzekł powoli, niemal z czcią. – To oni zbudowali tę kopalnię na Biednej Górze. Ładowacze, strzałowi, wiertacze i ci, co płuczą rudę… Kornwalijczycy, Irlandczycy, Niemcy i Szwedzi. Nie Rosjanie, lecz ludzie, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i stali się legendarnymi górnikami z Kolorado, a oni potrafią sobie radzić z najtwardszą skałą. Nikt nie wie, skąd się wzięli na pokrytych lodem stokach Biednej Góry, ale to właśnie oni tam byli, wydobywali bizanium i potem zniknęli w mrokach Arktyki.
Mina Seagrama zdradzała niedowierzanie. Kiedy odwrócił głowę i spojrzał na Donnera, zobaczył taką samą minę.
– Ależ to zakrawa na fantazję, absolutną fantazję – rzekł.
– Fantazję? – powtórzył Koplin jak echo. – Być może, a jednak to prawda.
– Wygląda na to, że jest pan tego całkiem pewien – mruknął Donner.
– Bo jestem. Niezbity dowód zgubiłem w czasie ucieczki przed strażnikiem. Możecie mi wierzyć tylko na słowo, ale skąd te wątpliwości? Jako naukowiec przedstawiam jedynie fakty i nie mam powodów, żeby kłamać. A więc, na waszym miejscu, panowie, po prostu bym uznał, że moje słowa odpowiadają prawdzie.
– Jak już powiedziałem, to twoja gra – rzekł Seagram z bladym uśmiechem.
– Wspomniał pan o jakimś niezbitym dowodzie – odezwał się Donner chłodnym, rzeczowym tonem.
– Kiedy dostałem się do szybu, a skały były luźne i wystarczyło tylko wygrzebać tunel długości jednego metra, w ciemnościach uderzyłem głową w sznur wagoników. W świetle czwartej zapałki zobaczyłem dwie lampy naftowe. W obu jeszcze była nafta i obie zapaliły się przy trzeciej próbie. – Bladoniebieskie oczy Koplina zdawały się patrzeć gdzieś daleko poza ścianę szpitalnej sali. – W świetle lamp ujrzałem deprymujący widok: równo poustawiane narzędzia górnicze, puste wagoniki na rdzewiejącym wąskim torze, świdry gotowe do wiercenia skały… wszystko jakby czekało na kolejną szychtę, na górników, którzy zajmą się sortowaniem rudy i wywożeniem odpadów na hałdę.
– Czy nie zauważył pan czegoś, co mogłoby wskazywać, że kopalnię opuszczono w pośpiechu?
– Absolutnie nic. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Prycze w bocznym pomieszczeniu były zasłane, kuchnia wysprzątana, garnki i naczynia spokojnie stały na półkach. Nawet muły, które ciągnęły wagoniki, zostały przeprowadzone do sztolni, gdzie fachowo je zastrzelono: każda czaszka miała równą okrągłą dziurkę w samym środku. Nie, powiedziałbym raczej, że kopalnię opuszczano bardzo metodycznie.
– Jeszcze pan nam nie wyjaśnił, jak doszedł do wniosku, że to byli górnicy z Kolorado – powiedział Donner rzeczowym tonem.
– Właśnie do tego zmierzam – odparł Koplin. Trzepnął ręką w poduszkę i ostrożnie przekręcił się na bok. – Wszystko niewątpliwie na to wskazywało. Na cięższym sprzęcie wciąż widniały znaki fabryczne producentów. Wagoniki wykonała odlewnia Guthriego i Synów z Pueblo w stanie Kolorado, świdry pochodziły z Zakładów Metalurgicznych Thora z Denver, na drobnych narzędziach znajdowały się nazwiska kowali, którzy je wykuli, przeważnie z Central City i Idaho Springs, a to przecież górnicze miasta w Kolorado.
Seagram poruszył się na krześle.
– Rosjanie mogli kupić ten sprzęt w Kolorado i później przewieźć go na wyspę.
– Możliwe – powiedział Koplin. – W kopalni były jednak również inne ślady, które prowadzą do Kolorado.
– Na przykład?
– Po pierwsze, ciało na jednej z prycz.
Seagram zmrużył oczy.
– Ciało…?
– Tak. Z rudymi włosami i rudą brodą – odrzekł Koplin obojętnym tonem. – Pięknie zakonserwowane w temperaturze poniżej zera. Najbardziej interesujący był napis na desce łączącej podpory prycz. Dodam, że wykonano go w języku angielskim i brzmiał następująco: „Tu spoczywa Jake Hobart. Urodzony w tysiąc osiemset siedemdziesiątym czwartym roku. Wspaniały człowiek, który zamarzł podczas zamieci dziesiątego lutego tysiąc dziewięćset dwunastego roku".
Seagram wstał i zaczął krążyć po sali.
– Nazwisko to już jest coś – stwierdził, zatrzymał się i spojrzał na Koplina. – Czy były tam jakieś rzeczy osobiste?
– Nie, nic. Żadnego ubrania. Dziwne, ale etykiety na puszkach od konserw były francuskie… Jednak na ziemi walało się z pięćdziesiąt pustych opakowań po tytoniu do żucia „Mile-Hi". Ostatnim elementem układanki, który niepodważalnie dowodzi, że to górnicy z Kolorado, był wyblakły i pożółkły egzemplarz „Rocky Mountain News", z datą siedemnasty listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku. To właśnie ten dowód, który zgubiłem.
Seagram wyjął paczkę papierosów i prztyknięciem wysunął jednego. Donner wyciągnął zapalniczkę i podał mu ogień. Seagram podziękował skinieniem głowy.
– Istnieje więc szansa, że Rosjanie nie mają bizanium – rzekł.
– I jeszcze jedno – spokojnie powiedział Koplin. – Prawa górna ćwiartka trzeciej strony gazety została równiutko wycięta. Może to nic nie znaczyć, ale z drugiej strony dobrze byłoby sprawdzić w starych zszywkach. Niewykluczone, że czegoś się dowiecie.
– W tej sytuacji rzeczywiście niewykluczone – potwierdził Seagram, życzliwie patrząc na Koplina. – Dzięki tobie mamy teraz kupę roboty.
Donner pokiwał głową.
– Natychmiast zamawiam bilet na najbliższy lot do Denver. Jeżeli mi się poszczęści, to powinienem wrócić z paroma odpowiedziami.
– Najpierw sprawdź tę gazetę, a potem spróbuj się czegoś dowiedzieć o Jake'u Hobarcie. Ja przejrzę stare wojskowe archiwa. Skontaktuj się również z jakimś miejscowym specjalistą od historii górnictwa na Zachodzie i poszukaj nazwisk producentów, które podał nam Sid. Choć to mało prawdopodobne, może jednak któryś z nich utrzymał się w branży do dzisiaj.
Seagram podniósł się z krzesła i spojrzał na Koplina.
– Nigdy nie będziemy w stanie ci się odwdzięczyć za to, co dla nas zrobiłeś – powiedział ciepło.
– Myślę, że ci górnicy wykopali blisko tonę wysokoprocentowej rudy bizanium z wnętrza tej cholernej góry – rzekł Koplin, pocierając dłonią miesięczny zarost na brodzie. – Ktoś musiał gdzieś schować tę rudę na potem. Chociaż… jeśli się nie pokazała od tysiąc dziewięćset dwunastego roku, to być może zaginęła na dobre. Ale jeśli ją znajdziecie, dla mnie wystarczającym podziękowaniem będzie niewielka próbka do mojej kolekcji.
– Masz to załatwione.
– A skoro mówimy o podziękowaniach, to podaj mi adres tego faceta, który uratował mi życie, bo chcę wysłać mu skrzynkę starego wina. Nazywa się Dirk Pitt.
– Aha, masz na myśli tego lekarza, który cię operował na pokładzie statku badawczego?
– Nie. Mam na myśli tego człowieka, który zabił rosyjskiego strażnika i jego psa, a potem zabrał mnie z wyspy.
Donner i Seagram popatrzyli na siebie jak rażeni piorunem. Pierwszy odezwał się Donner.
– Zabił rosyjskiego strażnika?! Mój Boże, to koniec!
– Ależ to niemożliwe! – zawołał Seagram, który wreszcie odzyskał mowę. – Kiedy dopłynąłeś do statku NUMA, byłeś sam.
– Kto ci to powiedział?
– No… nikt. Ale sądziliśmy…
– Nie jestem Supermanem – przerwał mu Koplin sarkastycznie. – Ten strażnik poszedł moim śladem, zbliżył się na dwieście metrów i dwukrotnie mnie postrzelił. Nie byłem w stanie uciec psu, a potem przepłynąć słupem pięćdziesiąt mil na pełnym morzu.
– Skąd się wziął ten Dirk Pitt?
– Nie mam zielonego pojęcia. Ten żołnierz dosłownie ciągnął mnie do dowódcy strażnicy, kiedy Pitt wyłonił się z zadymki jak jakiś nordycki bóg zemsty, a potem spokojnie, jak gdyby robił to codziennie przed śniadaniem, zastrzelił najpierw psa, a później żołnierza.
– No, teraz dopiero sowiecka propaganda podniesie raban – jęknął Donner.
– Niby dlaczego? – spytał Koplin. – Przecież nie było żadnych świadków. Ten żołnierz i pies są już prawdopodobnie przysypani półtorametrową warstwą śniegu i może nigdy nie zostaną odnalezieni. A jeśli nawet, to co? Któż zdoła cokolwiek udowodnić? Obaj bez powodu wpadacie w panikę.
– Ten facet piekielnie ryzykował – powiedział Seagram.
– I bardzo dobrze – mruknął Koplin. – Gdyby nie on, to zamiast leżeć tutaj bezpiecznie i przyjemnie w izolatce szpitalnej, leżałbym w izolatce więziennej, gdzie Rosjanie wypruwaliby ze mnie flaki, żeby się czegoś dowiedzieć o Sekcji Meta i bizanium.
– Ma pan rację – przyznał Donner.
– Podaj nam jego rysopis – zażądał Seagram. – Twarz, budowę, ubranie… wszystko, co pamiętasz.
Koplin zrobił, co mu kazano. Przedstawił opis miejscami niezbyt dokładny, ale na ogół zdumiewająco dobrze zapamiętał Pitta.
– Czy rozmawiałeś z nim w drodze na statek NUMA?
– Nie mogłem, bo straciłem przytomność, jak tylko mnie podniósł, a odzyskałem ją dopiero w Waszyngtonie, w tym szpitalu. Donner uniósł rękę w stronę Seagrama.
– Powinniśmy natychmiast zająć się tym facetem. Seagram skinął głową.
– Zacznę od admirała Sandeckera. Pitt musi być w jakiś sposób związany z tym statkiem badawczym. Może ktoś w NUMA go zidentyfikuje.
– Zastanawia mnie, co on wie – powiedział Donner ze wzrokiem utkwionym w podłodze.
Seagram nie odpowiedział. Jego myśli krążyły wokół tajemniczej postaci z pokrytej śniegiem wyspy w Arktyce. Dirk Pitt. W duchu powtarzał sobie to nazwisko. Wydawało mu się dziwnie znajome.
Telefon zadzwonił dziesięć minut po północy. Sandecker otworzył jedno oko, którym przez kilka chwil rzucał mordercze spojrzenia na aparat. Wreszcie po ósmym dzwonku zrezygnowany podniósł słuchawkę.
– Tak, co jest? – spytał z pretensją.
– Tu Gene Seagram, panie admirale. Czyżbym wyciągnął pana z łóżka?
– Nie, do cholery, skądże. – Admirał ziewnął. – Nigdy się nie kładę, zanim nie napiszę pięciu rozdziałów mojej autobiografii, nie włamię się przynajmniej do dwóch sklepów z alkoholem i nie zgwałcę żony jakiegoś ministra. No dobra, o co chodzi, Seagram?
– Jest pewna sprawa.
– Niech pan o niej zapomni. Już nigdy nie będę narażał ani moich ludzi, ani moich statków, żeby ratować pańskich agentów uciekających z terytorium nieprzyjaciela.
– Wcale nie o to chodzi.
– Więc o co?
– Potrzebuję informacji o pewnym człowieku.
– Ale dlaczego zwraca się pan z tym do mnie, i to w środku nocy?
– Sądzę, że pan może go znać.
– Jak się nazywa?
– Dirk Pitt. Prawdopodobnie dwa „t" na końcu.
– Niech pan zaspokoi ciekawość starszego pana i powie mi, dlaczego pan uważa, że właśnie j a powinienem go znać?
– Nie mam żadnych dowodów, ale jestem pewien, że on ma jakieś powiązania z NUMA.
– Mam pod sobą ponad dwa tysiące ludzi. Nie dałbym rady zapamiętać wszystkich nazwisk.
– A czy mógłby pan sprawdzić? Koniecznie musze z nim porozmawiać.
– Seagram – mruknął ze złością Sandecker – przyczepił się pan do mnie jak gówno do okrętu. A nie przyszło panu do głowy, żeby zadzwonić do mojego personalnego w czasie normalnych godzin urzędowania?
– Strasznie pana przepraszam – odparł Seagram – ale tak się złożyło, że pracuję do późnej nocy i…
– Dobra, jeżeli znajdę tego faceta, to każę mu się z panem skontaktować.
– Byłbym bardzo wdzięczny – powiedział Seagram beznamiętnym tonem. – A propos, ten człowiek, którego pańscy ludzie uratowali na Morzu Barentsa, czuje się całkiem dobrze. Chirurg z „First Attempt" wykonał pierwszorzędną robotę, usuwając mu ten pocisk.
– Jak on się nazywał? Koplin?
– Tak. Za parę dni powinien już wstać.
– Wtedy niewiele brakowało, Seagram. Gdyby Rosjanie się zorientowali, to mielibyśmy teraz ładny bigos.
– Cóż mi wypada powiedzieć? – bezradnie odezwał się Seagram.
– Może pan powiedzieć „dobranoc", żebym mógł z powrotem zasnąć – mruknął Sandecker. – Przedtem jednak niech mi pan powie, co wspólnego ma z tym wszystkim Pitt?
– Kiedy rosyjski strażnik złapał Koplina, ten facet nagle wyłonił się z zawiei, zabił strażnika, przewiózł Koplina po wzburzonym morzu na odległość pięćdziesięciu mil, nie mówiąc o zatamowaniu krwotoku z jego ran, i w jakiś sposób odstawił go na pański statek, gotowego do operacji.
– Co pan zamierza zrobić, kiedy go pan znajdzie?
– To już nasza sprawa.
– Rozumiem – rzekł Sandecker. – No cóż, dobranoc, panie Seagram.
– Dziękuję panu, admirale. Do widzenia.
Sandecker odłożył słuchawkę i przez parę chwil siedział z wyrazem rozbawienia na twarzy.
– Zabił rosyjskiego strażnika i uratował amerykańskiego agenta. Dirk Pitt… ty szczwany sukinsynu!
Poranny samolot United Airlines wylądował na lotnisku Stapleton w Denver o godzinie ósmej. Mel Donner przeszedł przez salę odbioru bagaży, usiadł za kierownicą wynajętego avis plymoutha i ruszył w piętnastominutową przejażdżkę West Colfax Avenue, gdzie pod numerem 400 mieściła się redakcja „Rocky Mountain News". W czasie jazdy coraz to spoglądał na plan miasta rozłożony obok niego na przednim siedzeniu.
Dotychczas nigdy jeszcze nie był w Denver i trochę się zdziwił, widząc unoszący się nad miastem całun smogu. Sądził, że brudno-brązowe czy brudnoszare chmury wiszą tylko nad takimi metropoliami jak Los Angeles i Nowy Jork, ale Denver wyobrażał sobie jako miasto od tego wolne, pełne kryształowego powietrza, żyjące w majestacie Purpurowych Gór. Tymczasem nawet to ostatnie go rozczarowało, gdy zobaczył, że Denver leży na skraju wielkich równin, przynajmniej o czterdzieści kilometrów od najbliższych gór.
Zaparkował samochód i odnalazł drogę do biblioteki gazety. Dziewczyna za kontuarem spojrzała na Donnera zza łezkowatych szkieł i uśmiechnęła się życzliwie, pokazując nierówne zęby.
– Słucham pana?
– Czy macie egzemplarz waszej gazety z siedemnastego listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku?
– Ojej! Z takich zamierzchłych czasów… – powiedziała krzywiąc usta. – Mogę panu dać jedynie fotokopię, bo oryginał jest w Stanowym Towarzystwie Historycznym.
– Potrzebna mi tylko trzecia strona.
– Proszę chwileczkę poczekać. Odszukanie mikrofilmu i wykonanie odbitki potrwa około piętnastu minut.
– Dziękuję. A przy okazji, nie mają państwo przypadkiem spisu przedsiębiorstw w Kolorado?
– Oczywiście, że mamy.
Sięgnęła pod kontuar i położyła spis na poplamionym plastykowym blacie.
Donner usiadł i zabrał się do studiowania spisu, a tymczasem dziewczyna zniknęła, by odszukać to, o co prosił. Nie znalazł odlewni Guthriego i Synów z Pueblo. Przejechał kciukiem po kartkach do litery „z". Nie było również Zakładów Metalurgicznych Thora w Denver. Pomyślał, że trudno oczekiwać, aby obie firmy jeszcze działały po niemal osiemdziesięciu latach.
Kiedy minął kwadrans, a dziewczyna nie wracała, Donner dla zabicia czasu zaczął leniwie przewracać kartki spisu. Z wyjątkiem Kodaka, Martina Marietty i Gatesa Rubbera nie znalazł tam zbyt wielu przedsiębiorstw, o których by słyszał. Nagle zesztywniał. Pod literą "f" natknął się na Fabrykę Wyrobów Metalowych Jensena i Thora w Denver. Wyrwał tę kartkę, wsunął ją do kieszeni i rzucił spis na blat kontuaru.
– Proszę, to dla pana – powiedziała dziewczyna, która tymczasem wróciła. – Należy się pięćdziesiąt centów.
Donner zapłacił i szybko przeczytał tytuł w górnym prawym rogu reprodukcji starej gazety. Artykuł opisywał katastrofę w kopalni.
– Czy właśnie tego pan szukał? – spytała dziewczyna.
– To mi musi wystarczyć – odparł i wyszedł.
Fabryka Wyrobów Metalowych Jensena i Thora leżała między stacją rozrządową Burlington-Northern a brzegiem rzeki South Platte. To ogromne monstrum z falistej blachy oszpeciłoby każdy krajobraz poza okolicą, w której było usytuowane. Wewnątrz hall fabrycznej suwnice przenosiły pordzewiałe rury ogromnej długości z jednego miejsca na drugie, a stemplownice waliły z nieznośnym łoskotem, który Donnerowi niemal rozrywał bębenki. Biuro oddzielały od hall dźwiękoszczelne betonowe ściany z wysokimi łukowatymi oknami.
Atrakcyjna sekretarka o wydatnym biuście zaprowadziła Donnera przez pokryty puszystym dywanem hall do przestronnego gabinetu, wyłożonego boazerią. Carl Jensen Młodszy wyszedł zza biurka i przywitał się z gościem. Ten najwyżej dwudziestoośmioletni mężczyzna nosił długie włosy, równo przycięte wąsy i miał na sobie drogi garnitur w kratkę. Wyglądał dokładnie jak absolwent Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, Donner nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
– Dziękuję, że pan poświęcił swój czas na spotkanie ze mną, panie Jensen.
Jensen uśmiechnął się ostrożnie.
– Sprawa wygląda na ważną. Jakże mógłbym odmówić tak wysoko postawionej osobie z Waszyngtonu?
– Jak już powiedziałem panu przez telefon, sprawdzam tylko pewne dawne akta.
Uśmiech na twarzy Jensena przygasł.
– Mam nadzieję, że pan nie jest z Urzędu Skarbowego? Donner przecząco pokręcił głową.
– Nic podobnego. Zainteresowanie rządu ma charakter czysto historyczny. Chciałbym przejrzeć wasze księgi sprzedaży z okresu od lipca do listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku, jeżeli jeszcze państwo je mają.
– Proszę sobie ze mnie nie żartować – roześmiał się Jensen.
– Zapewniam pana, że to poważna prośba.
Jensen spojrzał na niego wzrokiem pozbawionym wyrazu.
– Czy jest pan pewien, że trafił pod właściwy adres?
– Jestem, jeżeli pańska firma jest spadkobierczynią odlewni Thora – bez wahania odparł Donner.
– To dawna spółka mojego pradziadka – potwierdził Jensen. – Mój ojciec wykupił ją w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku i zmienił nazwę.
– Czy państwo mają jeszcze jakieś związane z nią dokumenty? Jensen wzruszył ramionami.
– Jakiś czas temu wyrzuciliśmy wszystkie starocie. Gdybyśmy przechowywali wszystkie dowody sprzedaży od czasu, gdy mój pradziadek otworzył odlewnię w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym siódmym roku, potrzebowalibyśmy magazynu wielkości stadionu Bronco wyłącznie do tego celu.
Donner wyciągnął chusteczkę do nosa i wytarł sobie z twarzy kropelki potu. Zrezygnowany siedział w fotelu.
– Jednakże dzięki dalekowzroczności Carla Jensena Starszego – ciągnął Jensen – mamy wszystkie nasze dawne dokumenty na mikrofilmach.
– Na mikrofilmach?
– To jedyne wyjście. Po pięciu latach wszystko fotografujemy. Pracujemy nowocześnie.
Donner nie wierzył własnemu szczęściu.
– A więc dostanę dowody sprzedaży z drugiego półrocza tysiąc dziewięćset jedenastego roku?
Jensen nie odpowiedział. Pochylił się nad biurkiem, połączył z sekretarką i rzucił jej kilka słów do mikrofonu. Potem odchylił się do tyłu w swoim dyrektorskim fotelu.
– Czy mógłbym tymczasem poczęstować pana kawą, panie Donner?
– Wolałbym coś ciut mocniejszego.
– Od razu widać, że jest pan z wielkiego miasta – powiedział Jensen. Wstał i podszedł do świecącego lustrami barku, z którego wyjął butelkę chivas regal. – Denver to niemal pipidówka. Tutaj ludzie na ogół krzywo patrzą na barki w gabinetach. Miejscowym zwyczajem, chcąc ugościć jakąś ważną osobę, zaprasza się ją na dużą coca-colę i suty obiad do eleganckiej restauracji. Ale tak się szczęśliwie złożyło dla naszych lepszych klientów z innych miast, że terminowałem na Madison Avenue.
Donner jednym haustem opróżnił podaną mu szklankę.
Jensen obrzucił go taksującym spojrzeniem i ponownie ją napełnił.
– Proszę mi powiedzieć, panie Donner, czego właściwie państwo szukają?
– Nic ważnego – odparł Donner.
– Czyżby? Chyba rząd nie wysyłałby nikogo tak daleko tylko po to, żeby dla żartu liczył pozycje w dowodach sprzedaży sprzed siedemdziesięciu sześciu lat?
– Rząd często załatwia swoje tajne sprawy w dziwny sposób.
– Tajne sprawy z tysiąc dziewięćset jedenastego roku? – powiedział Jensen, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Naprawdę zdumiewające.
– Powiedzmy, że po prostu próbujemy rozwikłać pewne przestępstwo, którego sprawca korzystał niegdyś z usług pańskiego pradziadka.
Jensen uśmiechnął się i kurtuazyjnie udał, że bierze to kłamstwo za dobrą monetę.
Do gabinetu tanecznym krokiem weszła czarnowłosa dziewczyna w długiej spódnicy i botkach, rzuciła Jensenowi uwodzicielskie spojrzenie, położyła na biurku kserokopię, po czym się wycofała.
Jensen podniósł kartkę i przeczytał ją.
– Odlewnia mojego przodka musiała przechodzić kryzys w okresie od czerwca do listopada. Niewiele sprzedała w ciągu tych miesięcy. Czy interesuje pana jakaś szczególna pozycja, panie Donner?
– Sprzęt górniczy.
– Tak, to musi być to… świdry. Zamówione dziesiątego sierpnia i odebrane przez nabywcę pierwszego listopada – powiedział Jensen i pokazał zęby w szerokim uśmiechu. – Ktoś chyba sobie z pana zażartował.
– Nie rozumiem.
– Nabywcą albo, jak pan mnie poinformował, przestępcą… – tu Jensen zawiesił głos, żeby wywołać większe wrażenie -…był rząd USA.
Główną kwaterę Sekcji Meta zakonspirowano w starym niepozornym budynku z żużlobetonu przy waszyngtońskiej stoczni marynarki wojennej. Duży szyld, z którego pod działaniem palącego słońca i wilgoci łuszczyła się farba, skromnie reklamował Spółkę Transportowo-Magazynową Smitha.
Rampy załadowcze sprawiały wrażenie całkiem normalnych, skrzynie i pudła stały w strategicznych punktach, a ciężarówki, zaparkowane na placu za wysokim, pięciometrowym ogrodzeniem z siatki drucianej, wyglądały z przebiegającej nie opodal Suitland Parkway akurat tak, jak powinny wyglądać ciężarówki na chodzie. Tylko dokładniejsza lustracja wykazałaby, że to stare wraki z rdzewiejącymi silnikami, w środku puste i zakurzone. Na taki widok serce rośnie każdemu scenografowi filmowemu.
Gene Seagram przeczytał sprawozdania na temat wykupu działek pod budowę instalacji przewidzianych w „Planie Sycylijskim". Było ich w sumie czterdzieści sześć – najwięcej na północy, wzdłuż granicy z Kanadą, i prawie tyle samo na wybrzeżu Atlantyku. Ale już nad Pacyfikiem jedynie osiem, a na granicy z Meksykiem i nad Zatoką Meksykańską zaledwie cztery. Wszystkie transakcje przebiegły gładko – w każdym wypadku nabywcą był rzekomy sektor rozwoju energetyki, co nie powinno budzić żadnych podejrzeń. Instalacje zaprojektowano w taki sposób, by przypominały niewielkie elektrownie. Z zewnątrz wyglądały tak, że nawet najbardziej podejrzliwe osoby niczego by nie zauważyły.
Seagram akurat czytał preliminarz kosztów budowy, gdy zadzwonił telefon. Z przyzwyczajenia starannie włożył sprawozdania z powrotem do teczki, wsunął ją do szuflady biurka i podniósł słuchawkę.
– Seagram, słucham.
– Czołem, panie Seagram.
– Kto mówi?
– Major McPatrick z Centralnego Archiwum Wojskowego. Prosił pan, żebym zadzwonił pod ten numer, jeżeli znajdę coś na temat górnika o nazwisku Jake Hobart.
– Tak, oczywiście. Przepraszam, ale myślami byłem gdzie indziej.
Seagram próbował wyobrazić sobie mężczyznę na drugim końcu linii. Absolwent West Point, pod trzydziestkę – tyle zdradzał sposób mówienia i młodzieńczy głos. Prawdopodobnie zostanie generałem przed czterdziestym piątym rokiem życia, oczywiście pod warunkiem, że potrafi nawiązać odpowiednie kontakty w czasie pracy w Pentagonie.
– Co pan znalazł, majorze?
– Dane tego człowieka. Jego pełne nazwisko brzmi: Jason Cleveland Hobart. Urodził się dwudziestego trzeciego stycznia tysiąc osiemset siedemdziesiątego czwartego roku w Vinton w stanie Iowa.
– Przynajmniej rok się zgadza.
– Zawód też. Faktycznie był górnikiem.
– Co poza tym?
– Wstąpił do wojska w maju tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego i służył w Pierwszym Pułku Ochotników z Kolorado na Filipinach.
– Powiedział pan „z Kolorado"?
– Tak jest. – McPatrick przerwał na chwilę i Seagram usłyszał szelest przewracanych kartek. – Hobart ma wspaniałą kartotekę z okresu działań wojennych. Awansował na sierżanta. Był ciężko ranny w czasie starć z powstańcami filipińskimi i dwukrotnie został odznaczony za waleczność.
– Kiedy go zdemobilizowano?
– W tamtych czasach nazywali to „zmustrowaniem" – powiedział McPatrick tonem eksperta. – Hobarta zwolniono z wojska w październiku tysiąc dziewięćset pierwszego roku.
– Czy to już wszystko, co pan ma na jego temat?
– Nie. Wdowa po nim wciąż pobiera rentę.
– Chwileczkę – przerwał mu Seagram. – To żona Hobarta jeszcze żyje?
– Co miesiąc, dokładnie jak w zegarku, odbiera gotówką pięćdziesiąt dolarów czterdzieści centów.
– Musi mieć ponad dziewięćdziesiąt lat. To prawie niespotykane, żeby wdowa po weteranie wojny amerykańsko-hiszpańskiej wciąż jeszcze pobierała rentę. Zdawałoby się, że większość takich pań już od dawna powinna leżeć w grobie.
– Ależ skądże, na listach rencistów mamy jeszcze prawie setkę wdów po uczestnikach wojny secesyjnej. Żadnej z nich jeszcze nie było na świecie, kiedy Grant zdobywał Richmond. W tamtych czasach krótkotrwałe małżeństwa słodkich nastolatek z bezzębnymi starcami, weteranami Wielkiej Armii Republikańskiej, były całkiem normalne.
– Sądziłem, że wdowa ma prawo do renty jedynie wówczas, gdy jej mąż zginie na polu walki.
– Niekoniecznie – odparł McPatrick. – Rząd wypłaca renty wdowie w dwóch wypadkach. Po pierwsze, jeżeli śmierć nastąpi w czasie służby. To oczywiście obejmuje śmierć na polu walki albo wskutek nieuleczalnej choroby czy ran będących wynikiem służby odbywanej w okresie ustalonym przez Kongres. Po drugie, w wypadku śmierci nie związanej ze służbą. Weźmy za przykład pana. Przez ustalony okres służył pan w marynarce w czasie wojny w Wietnamie. Upoważnia to pańską obecną lub przyszłą żonę do pobierania niewielkiej renty, gdyby nawet za czterdzieści lat przejechała pana ciężarówka.
– Uwzględnię to w moim testamencie – powiedział Seagram, zirytowany faktem, że do jego wojskowych akt personalnych ma dostęp byle urzędas w Pentagonie. – Wracajmy do Hobarta.
– Teraz dochodzimy do dziwnego przeoczenia ze strony archiwum wojskowego.
– Przeoczenia?
– W kartotece Hobarta brak wzmianki o ponownym wstąpieniu do wojska, lecz odnotowano, że „zginął w służbie ojczyzny". Nie ma nic o przyczynie śmierci, jedynie data… siedemnasty listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku. Seagram nagle zesztywniał.
– Z wiarygodnych źródeł wiem, że Jake Hobart zmarł jako cywil dziesiątego lutego tysiąc dziewięćset dwunastego roku.
– Jak już wspominałem, nie ma nic o przyczynie śmierci, ale zapewniam pana, że Hobart umarł jako żołnierz, a nie cywil, siedemnastego listopada. Mam tutaj w jego kartotece list z dwudziestego piątego lipca tysiąc dziewięćset dwunastego roku od Henry'ego Stimsona, ministra wojny za prezydentury Tafta. W liście tym przyznaje żonie Jasona Hobarta pełną wdowią rentę do końca życia. Pozostaje tajemnicą, w jaki sposób Hobart zasłużył sobie na osobiste zainteresowanie ministra wojny, ale właściwie nie ma wątpliwości, że jednak się zasłużył. Tylko żołnierz o znakomitej reputacji mógł być tak szczególnie potraktowany, a nie górnik węglowy.
– On nie był górnikiem węglowym – warknął Seagram.
– To bez znaczenia.
– Macie adres pani Hobart?
– Gdzieś tu jest. – McPatrick zawahał się na chwilę. – Pani Adeline Hobart, Calle Aragon 261-B, Laguna Hills, Kalifornia. Ona mieszka w tym dużym domu starców na wybrzeżu koło Los Angeles.
– To byłoby mniej więcej wszystko – powiedział Seagram. – Bardzo dziękuję za pomoc w tej sprawie, panie majorze.
– Nie chciałbym niczego sugerować, panie Seagram, ale wydaje mi się, że tu chodzi o dwóch różnych ludzi.
– Chyba ma pan rację – odparł Seagram. – Wygląda na to, że poszedłem niewłaściwym tropem.
– Gdybym w przyszłości mógł w czymś pomóc, to proszę bez wahania do mnie dzwonić.
– Z pewnością to zrobię – mruknął Seagram. – Jeszcze raz dziękuję.
Odłożywszy słuchawkę, zgarbił się i ukrył twarz w dłoniach. Siedział tak bez ruchu chyba dwie pełne minuty, a później położył ręce na stole i, zadowolony z siebie, pokazał zęby w szerokim uśmiechu.
Dwóch ludzi mogło oczywiście mieć identyczne nazwisko i rok urodzenia, a nawet pracować w tym samym zawodzie i mieszkać w jednym stanie. Ta część zagadki to być może zbieg okoliczności, ale między tymi ludźmi istniał pewien tajemniczy związek, który przemawiał za tym, że to jedna osoba: zgodnie z zapisem w kartotece Hobart zginął tego samego dnia, kiedy ukazała się gazeta znaleziona przez Sida Koplina w kopalni na Biednej Górze – 17 listopada 1911 roku.
Seagram włączył interkom i powiedział do sekretarki:
– Barbaro, połącz mnie z hotelem „Brown Palace" w Denver i poproś Mela Donnera.
– Czy mam mu zostawić jakąś wiadomość, gdyby go nie było?
– Tylko żeby po powrocie do mnie zadzwonił pod prywatny numer.
– Już się robi.
– I jeszcze jedno. Zarezerwuj mi miejsce w samolocie United Airlines do Los Angeles na jutro rano.
– Dobrze.
Wyłączył interkom i zadumany rozparł się w fotelu. Myślał o tym, że Adeline Hobart ma ponad dziewięćdziesiąt lat, i błagał Boga, żeby mimo zaawansowanego wieku zachowała sprawność umysłu.
Dormer zwykle nie zatrzymywał się w śródmiejskich hotelach. Wolał podmiejskie motele, mniej rzucające się w oczy i otoczone zielenią, ale Seagram się uparł, uzasadniając to tym, że osobie prowadzącej dochodzenie łatwiej nawiązać kontakt z miejscowymi ludźmi, gdy im powie, że ma pokój w najstarszym i najbardziej prestiżowym hotelu. Na myśl o prowadzeniu dochodzenia Donnerowi robiło się niedobrze. Gdyby pięć lat temu któryś z jego kolegów profesorów Uniwersytetu Południowej Kalifornii powiedział mu, że mając doktorat z fizyki, będzie zajmował się takimi tajnymi sprawami, to wówczas by pękł ze śmiechu. Teraz jednak wcale nie miał ochoty się śmiać. „Plan Sycylijski" był zbyt ważny dla interesów kraju, żeby ryzykować jakiś przeciek przy korzystaniu z pomocy ludzi z zewnątrz. Donner i Seagram sami go opracowali i przygotowywali. Postanowiono również, że dopóki to będzie możliwe, sami będą się wszystkim zajmować.
Donner zostawił wynajętego plymoutha dozorcy parkingu, przeciął Tremont Place i przez staromodne obrotowe drzwi hotelu wszedł do przyjemnego, pełnego ozdób hallu, gdzie młody wąsaty zastępca dyrektora wręczył mu kartkę z wiadomością, nawet się nie uśmiechając. Donner odebrał ją bez słowa podziękowania i ruszył w stronę wind.
Kiedy wszedł do pokoju, zatrzasnął za sobą drzwi, cisnął klucze wraz z wiadomością od Seagrama na biurko i włączył telewizor. Miał za sobą długą męczącą podróż, a jego organizm funkcjonował jeszcze według czasu waszyngtońskiego. Przez telefon zamówił sobie kolację do pokoju, zsunął buty, rozluźnił krawat i położył się na łóżku.
Chyba już po raz dziesiąty zaczął czytać fotokopię strony starej gazety. Jej lektura byłaby bardzo ciekawa, gdyby Donnera interesowały reklamy urządzeń do strojenia fortepianów, elektryczne pasy przepuklinowe, lekarstwa na różne dziwne dolegliwości, a także artykuły redakcyjne, podkreślające zdecydowanie rady miejskiej Denver w oczyszczaniu takiej to a takiej ulicy z domów grzesznej rozrywki, czy też intrygujące drobne ogłoszenia, które napawały przerażeniem niewinne czytelniczki na początku XX wieku.
RAPORT KORONERA
W ubiegłym tygodniu osoby przybyłe do kostnicy miejskiej w Paryżu zaskoczył widok zagadkowej gumowej protezy, wystawionej tam, aby ktoś ją rozpoznał. Okazuje się, że w Sekwanie znaleziono zwłoki elegancko ubranej kobiety, prawdopodobnie w wieku około pięćdziesięciu lat, lecz jej ciało uległo już takiemu rozkładowi, że nie można było go przechowywać. Stwierdzono, że ofiara miała amputowaną lewą nogę, a zamiast niej pomysłowo wykonaną gumową protezę, którą wystawiono w nadziei, że umożliwi to identyfikację jej właścicielki.
Donner skwitował uśmiechem tę osobliwą historię i przeniósł wzrok na prawy górny róg, którego według relacji Koplina brakowało w gazecie znalezionej przez niego na Nowej Ziemi.
KATASTROFA W KOPALNI
Dziś wczesnym rankiem doszło do straszliwej tragedii: wybuch dynamitu w kopalni „Little Angel" koło Central City spowodował zawał, który stał się pułapką dla dziewięciu górników z pierwszej zmiany, łącznie ze znanym i szanowanym inżynierem górnictwa, Joshua Haysem Brewsterem.
Wyczerpani do nieprzytomności członkowie grupy ratunkowej utrzymują, że nie ma żadnej nadziei odnalezienia górników żywych. Bill Mahoney, nieustraszony sztygar z kopalni „Satan", dokonywał nadludzkich wysiłków, by dotrzeć do uwięzionych górników, ale przeszkodziła mu w tym woda zalewająca główny szyb.
„Moi biedni koledzy na pewno już nie żyją", oświadczył reporterom Mahoney na miejscu katastrofy. „Woda zalała drugi poziom powyżej miejsca, w którym pracowali. Na pewno utonęli jak szczury, zanim do nich dotarło, co się stało."
Milczący, pełen smutku tłum, zgromadzony pod bramą kopalni, żałośnie jęknął na wieść, że tym razem nie będzie można wydobyć ciał górników i urządzić im przyzwoitego pochówku.
Według informacji uzyskanych z wiarygodnych źródeł, inżynier Brewster zamierzał ponownie uruchomić kopalnię, która pozostawała nieczynna od 1881 roku. Jego przyjaciele i związani z nim biznesmeni mówią, że Brewster często powtarzał, jakoby w czasie pierwszych prac wydobywczych nie natrafiono na główną żyłę, i chwalił się, że to on ją odkryje.
Poproszony o komentarz Ernest Bloeser, dawny właściciel kopalni „Little Angel", obecnie na emeryturze, powiedział na ganku swojego domu w Golden: „Tę kopalnię prześladował pech od chwili, gdy ją uruchomiłem. Okazało się, że natrafiliśmy jedynie na żyłę niskoprocentowej rudy, która nie przyniosła żadnego dochodu." Pan Bloeser stwierdził ponadto: „Uważam, że Brewster całkowicie się mylił. Tam nigdy nie było śladu macierzystej żyły. Dziwię się, że człowiek z jego reputacją mógł w ten sposób myśleć."
Z ostatnich doniesień z Central City wynika, że skoro taka jest wola boska, to kopalnia będzie zasypana, stając się na wieki grobem zaginionych górników, którzy już nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Ta straszliwa katastrofa zebrała ponure żniwo. Na liście ofiar znalazły się następujące osoby:
Joshua Hays Brewster z Denver
Alvin Coulter z Fairplay
Thomas Price z Leadville
Charles P. Widney z Cripple Creek
Vernon S. Hall z Denver
John Caldwell z Central City
Walter Schmidt z Aspen
Warner E. O'Deming z Denver
Jason C. Hobart z Boulder
Niech Bóg ma w swojej opiece dusze tych śmiałych, utrudzonych znojną pracą ludzi.
Ilekroć Donner przebiegał wzrokiem po stronie zadrukowanej staromodną gazetową czcionką, zawsze w końcu wracał do ostatniego nazwiska na liście zaginionych górników. Powoli, jak w transie, położył fotokopię na kolanach, podniósł słuchawkę telefonu i zaczął nakręcać numer, którego długość świadczyła, że będzie to połączenie międzymiastowe.
– „Monte Cristo"! – wykrzyknął Harry Young z zachwytem. – Z całego serca polecam „Monte Cristo". Również sałatka z roquefortem jest doskonała. Ale najpierw chciałbym martini, bardzo wytrawne, z dżinem.
– Kanapka „Monte Cristo" i sałatka z roquefortem. Przyjęłam – powiedziała młoda kelnerka, tak pochylona nad stolikiem, że uniosła się jej mini-spódniczka, odsłaniając białe majtki. – A szanowny pan co zamawia?
– Wezmę to samo – odparł Donner kiwając głową. – Tylko że ja zacznę od manhattanu z lodem.
Patrząc znad okularów, Young odprowadził wzrokiem kelnerkę śpieszącą do kuchni.
– Żeby tak ktoś chciał mi zrobić z niej prezent gwiazdkowy – rzekł z uśmiechem.
Young był kościsty i niski. Ten żwawy siedemdziesięcioośmioletni bon vivant, okiem eksperta pożądliwie spoglądający na kobiety, dawniej byłby uważany za przesadnie wystrojonego, podstarzałego głupca. W niebieskim golfie i wzorzystej sportowej marynarce siedział przy stoliku w loży naprzeciwko Donnera.
– Panie Donner! – powiedział uszczęśliwiony. – To dla mnie prawdziwa przyjemność. „Broker" jest moją ulubioną restauracją. – Machnął ręką, wskazując wyłożone boazerią ściany i loże. – Wie pan, dawniej był tu skarbiec banku.
– Zauważyłem to, kiedy musiałem się schylić, wchodząc przez pięciotonowe drzwi.
– Powinien pan przyjść tu na kolację. Podają doskonałe krewetki – rzekł Young, rozpromieniając się na samą myśl.
– Będę o tym pamiętał w czasie mojej następnej wizyty.
– A teraz proszę mi powiedzieć, o co panu chodzi? – powiedział Young, patrząc uważnie na Donnera.
– Mam kilka pytań.
Brwi Younga uniosły się ponad okulary.
– Coś takiego! Teraz dopiero naprawdę mnie pan zaintrygował. Czyżby pan był z FBI? Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, powiedział pan tylko, że reprezentuje rząd federalny.
– Nie jestem z FBI. Zajmuję się opieką społeczną. Do moich obowiązków należy weryfikacja zażaleń w sprawie rent.
– A więc cóż ja mogę dla pana zrobić?
– W tej chwili prowadzę dochodzenie w sprawie wypadku w kopalni, w którym przed siedemdziesięciu sześciu laty zginęło dziewięciu górników. Potomek jednej z ofiar złożył zażalenie dotyczące wysokości renty. Przyjechałem tu, by sprawdzić, czy zażalenie to jest uzasadnione. Stanowe Towarzystwo Historyczne poleciło mi pana jako chodzącą encyklopedię historii górnictwa na Zachodzie.
– Lekka przesada – odparł Young. – Niemniej jednak to mi pochlebia.
Kelnerka przyniosła drinki. Sączyli je przez minutę. Donner bez pośpiechu oglądał wiszące na ścianach zdjęcia królów srebra w Kolorado z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Wszyscy sportretowani mężczyźni mieli tak bezczelny wyraz twarzy, wynikający z bogactwa, że sprawiali wrażenie, jakby swoimi aroganckimi spojrzeniami chcieli stopić soczewki obiektywu.
– Panie Donner, proszę mi powiedzieć, na jakiej podstawie można kwestionować wysokość renty przyznanej za wypadek sprzed siedemdziesięciu sześciu lat?
– Zdaje się, że wdowa nie otrzymała wszystkiego, co jej się należało – odparł Donner, wchodząc na niepewny grunt. – Jej córka, że tak powiem, żąda wyrównania.
– Rozumiem – rzekł Young. W zamyśleniu patrząc zza stolika, zaczął machinalnie postukiwać łyżeczką w talerzyk. – Który górnik pana interesuje spośród tych, co zginęli w katastrofie w „Little Angel"?
– Moje gratulacje – powiedział Donner, unikając wzroku Younga i machinalnie rozkładając serwetkę. – Znakomicie pan trafił.
– To naprawdę nic trudnego. Wypadek w kopalni przed siedemdziesięciu sześciu laty. Zginęło dziewięciu górników. To mogła być tylko katastrofa w kopalni „Little Angel".
– Ten górnik nazywał się Brewster.
Young jeszcze przez chwilę patrzył na Donnera, potem przestał stukać łyżeczką w talerzyk i grzmotnął nią w blat stolika.
– Joshua Hays Brewster – powiedział półgłosem. – Syn Williama Bucka Brewstera i Hettie z domu Masters, urodzony w Sidney w stanie Nebraska czwartego… a może piątego kwietnia tysiąc osiemset siedemdziesiątego ósmego roku.
Donner wytrzeszczył oczy.
– Skąd pan to wszystko wie?
– O, wiem znacznie więcej – odparł Young z uśmiechem. – Inżynierowie górnicy, czyli „brygada w sznurowanych butach", jak ich niegdyś nazywano, stanowią raczej zamknięty klan. To jedna z tych nielicznych profesji, w których zawód przechodzi z ojca na syna, a synowie żenią się z siostrami i córkami innych inżynierów górników.
– Czy mam przez to rozumieć, że jest pan spokrewniony z Joshuą Haysem Brewsterem?
– Był moim wujem – rzekł Young, uśmiechając się od ucha do ucha.
Pod Donnerem jakby rozstąpiła się ziemia.
– Wygląda na to, że ma pan ochotę na następnego drinka – stwierdził Young i dał znak kelnerce, żeby przyniosła jeszcze jedną kolejkę. – Chyba nie muszę dodawać, że nie istnieje żadna córka, kwestionująca wysokość renty. Brat mojej matki umarł jako bezdzietny kawaler.
– Kłamstwo nie popłaca – oznajmił Donner z niepewnym uśmiechem. – Przepraszani, że wprowadziłem pana w błąd, równocześnie zapędzając się w kozi róg.
– Czy może mi pan wszystko wyjaśnić?
– Wolałbym nie.
– Ale pan rzeczywiście pracuje dla rządu? – spytał Young.
Donner pokazał mu swoją legitymację.
– Czy mogę więc zapytać, dlaczego prowadzicie dochodzenie w sprawie mojego dawno zmarłego wuja?
– Wolałbym nie – powtórzył Donner. – W każdym razie nie teraz.
– Czego pan chce się dowiedzieć?
– Wszystkiego, co panu wiadomo na temat Joshui Haysa Brewstera i wypadku w „Little Angel".
Przyniesiono drinki wraz z sałatką. Donner musiał przyznać, że przyprawiono ją doskonale. Jedli w milczeniu. Kiedy Young skończył, wytarł swoje mikroskopijne siwe wąsy, odetchnął głęboko i wygodnie oparł się o ścianę loży.
– Mój wuj był typowym przedstawicielem grupy ludzi, którzy na początku dziewiętnastego wieku kierowali kopalniami, pełnym zapału białym drobnomieszczaninem. Gdyby nie niewielki wzrost, a mierzył sobie zaledwie niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów, z łatwością mógłby uchodzić za pierwowzór literackiej postaci szlachetnego, energicznego inżyniera górnika, który odznaczał się odwagą, lubił ryzyko i nosił wyglansowane długie buty, bryczesy i kapelusz z szerokim rondem.
– W pańskich ustach wygląda na bohatera starego serialu, nadawanego w sobotnie poranki.
– Fikcyjny bohater nigdy by mu nie dorównał – powiedział Young. – Dzisiaj oczywiście jest to wąska specjalizacja, ale inżynier dawnej szkoły musiał być twardy jak skała, którą drążył, i musiał znać się na wszystkim, bo był równocześnie mechanikiem, elektrykiem, poszukiwaczem, metalurgiem, geologiem, prawnikiem i rozjemcą między dusigroszami z zarządu a prostymi górnikami. Tylko tacy ludzie mogli kierować kopalnią i taki był Joshua Hays Brewster.
Donner milczał, powolnym ruchem obracając alkohol w szklance.
– Po ukończeniu wyższej szkoły górniczej – ciągnął Young – wuj uprawiał swój zawód w Klondike, Australii i Rosji, zanim w tysiąc dziewięćset ósmym powrócił w Góry Skaliste, by kierować „Sour Rock" i „Buffalo", to jest dwiema kopalniami należącymi do grupy francuskich finansistów, którzy nigdy na oczy nie oglądali Kolorado.
– To Francuzi mieli działki w Stanach?
– Tak. Zainwestowali ogromny kapitał na Zachodzie. Złoto i srebro, bydło, owce, grunty. Cokolwiek by pan wymienił, na wszystkim trzymali łapę.
– Co opętało Brewstera, że chciał ponownie uruchomić „Little Angel"?
– To jakaś bardzo dziwna historia – odparł Young. – Ta kopalnia nie przedstawiała żadnej wartości. „Alabama Burrow", położona o trzysta metrów od niej, dała dwa miliony dolarów w srebrze, zanim pompy przestały sobie radzić z podnoszącym się poziomem wody. Tam właśnie trafiono na wysokowydajną żyłę. „Little Angel" nigdy nawet się nie zbliżyła do takiej wydajności. – Young przerwał, pociągnął ze szklanki, a potem zapatrzył się w nią, jak gdyby w kostkach lodu majaczył jakiś niewyraźny obraz. – Kiedy o swoim zamiarze wuj zaczął informować każdego, kto tylko chciał tego słuchać, wówczas ludzie, którzy go znali, byli zaszokowani. Tak, panie Donner, zaszokowani. Joshua Hays Brewster był bowiem człowiekiem ostrożnym, człowiekiem, który wszystko rozpracowywał do najdrobniejszych szczegółów. Każde posunięcie dokładnie sobie kalkulował, nigdy nie ryzykując, jeżeli nie miał szans powodzenia. W jego wypadku publiczne rozgłaszanie takiego niedorzecznego przedsięwzięcia było nie do pomyślenia. Sam ten fakt wszyscy uznali za czyn szaleńca.
– Może znalazł jakieś ślady, które innym umknęły? Young przecząco pokręcił głową.
– Panie Donner, przez ponad sześćdziesiąt lat sam pracowałem jako geolog, i to nie najgorszy. Zszedłem tam jeszcze raz i zbadałem „Little Angel" aż do zalanych poziomów, a potem przeszukałem każdy dostępny cal w „Alabama Burrow" i powiadam panu jasno i wyraźnie: teraz nie ma tam żadnej nie wyeksploatowanej żyły srebra, ani nie było w tysiąc dziewięćset jedenastym.
Kelnerka przyniosła kanapki „Monte Cristo" i zabrała talerze po sałatce.
– Czy pan sugeruje, że pański wuj postradał zmysły?
– Owszem, taka możliwość przyszła mi do głowy. W owych czasach lekarze na ogół jeszcze nie umieli rozpoznawać guzów mózgu.
– Ani załamania nerwowego.
Young łapczywie zabrał się do swojej kanapki i dopił drugie martini, – Jak tam pańska „Monte Cristo", panie Donner?
Donner zmusił się do przełknięcia kilku kęsów.
– Doskonała, a pańska?
– Niebo w gębie. Czy nie zechciałby pan usłyszeć mojej prywatnej teorii? Nie będzie pan musiał silić się na grzeczność, może się pan śmiać bez skrępowania. Wszyscy reagują śmiechem, kiedy im to mówię.
– Obiecuję, że nie będę się śmiał – odparł Donner śmiertelnie poważnym tonem.
– Niech pan macza kanapkę w dżemie, panie Donner. Będzie smaczniejsza. A więc, jak już wspomniałem, mój wuj był człowiekiem bardzo skrupulatnym i bystrym obserwatorem, który krytycznie podchodził do swojej pracy, otoczenia i swoich osiągnięć. Zebrałem większość jego notatników i zapisków, które zajmują sporo miejsca w regale w moim gabinecie. Na przykład, jego uwagi na temat kopalni „Sour Rock" i „Buffalo" liczą sobie pięćset dwadzieścia siedem stron dokładnych szkiców oraz ładnie i czytelnie napisanych komentarzy. Jednakże na kartkach notatnika zatytułowanego „Kopalnia»Little Angel«" nie ma a b s o l u t n i e n i c.
– Nic nie zostawił na temat „Little Angel"? Może choć jakiś list? Young wzruszył ramionami i pokręcił głową.
– Wygląda na to, że nie miał czego zapisywać. Jak gdyby on i jego ludzie zeszli do kopalni i nigdy nie zamierzali wracać na powierzchnię.
– Co pan sugeruje?
– Może to zabrzmi idiotycznie – oznajmił Young – ale przemknęła mi przez głowę myśl o zbiorowym samobójstwie. Dokładnie zbadałem sprawę ustalając, że każdy z tych dziewięciu ludzi był albo kawalerem, albo wdowcem. W większości wypadków jako wędrowni samotnicy pod byle pretekstem przenosili się z jednej kopalni do drugiej, gdy im się znudziło albo gdy rozczarował ich sztygar czy dyrekcja. Oni nie mieliby po co żyć, gdyby starość nie pozwoliła im już pracować w kopalni.
– Ale przecież Jason Hobart miał żonę – wtrącił Donner.
– Jak to?! – zawołał Young, wytrzeszczając oczy. – W aktach żadnego z nich nie znalazłem śladu żony.
– Niech mi pan wierzy na słowo.
– Jezus Maria! Gdyby mój wuj o tym wiedział, to nigdy by nie zatrudnił Hobarta.
– A niby dlaczego?
– Czy pan tego nie rozumie? On potrzebował ludzi, którzy nie mieli przyjaciół czy bliskich krewnych, żeby nikt się nimi nie interesował, gdyby zniknęli.
– Wyraża się pan niejasno – rzekł Donner stanowczym tonem.
– Krótko mówiąc, ponowne otwarcie kopalni „Little Angel" było po prostu pretekstem, mistyfikacją, a całą tragedię upozorowano. Jestem przekonany, że mój wuj zwariował. Nigdy się nie dowiemy, co spowodowało jego chorobę psychiczną, ale tak bardzo zmienił mu się charakter, że właściwie stał się zupełnie innym człowiekiem.
– Rozdwojenie jaźni?
– Właśnie. Zmieniła się jego moralność, gdzieś zniknęło całe ciepło i serdeczność w traktowaniu przyjaciół. Kiedy byłem młodszy, rozmawiałem z ludźmi, którzy go pamiętali. Wszyscy byli zgodni w jednej sprawie, a mianowicie, że ten Joshua Hays Brewster, którego znali i kochali, umarł na długo przed katastrofą w „Little Angel".
– A na czym polegała mistyfikacja?
– Pomimo obłędu mój wuj wciąż był przecież inżynierem górnikiem. Bywało, że w ciągu paru minut potrafił określić, czy opłaca się eksploatować daną kopalnię, czy nie, więc doskonale wiedział, że „Little Angel" nie przedstawiała żadnej wartości. Jego zamiarem wcale nie było znalezienie tam wysokowydajnej żyły kruszcu. Nie mam najmniejszego pojęcia, o co mu chodziło w tej grze, panie Donner, ale jestem pewien, że gdyby ktokolwiek wypompował wodę z dolnych poziomów szybu w tej starej kopalni, to nie znajdzie tam żadnych kości ludzkich.
Donner dopił swojego drinka i pytająco spojrzał na Younga.
– A zatem sądzi pan, że tych dziewięciu ludzi, którzy zeszli do kopalni, po prostu uciekło? Young się uśmiechnął.
– Właściwie to nikt nie widział, żeby tam wchodzili, panie Donner. Całkiem słusznie przypuszczano, że utonęli w kopalni, ponieważ później nikt już o nich nie słyszał.
– Brak dostatecznych dowodów – powiedział Donner.
– O, dowodów mam o wiele więcej – odparł Young z zapałem.
– Słucham więc.
– Po pierwsze: najniżej położone wyrobisko w kopalni „Little Angel" znajdowało się o dobre sto metrów ponad średnim poziomem wody gruntowej. W najgorszym wypadku występowały tam jedynie umiarkowane przecieki wód powierzchniowych. Dolne poziomy szybu już przedtem były zalane wodą, która zebrała się w nich od czasu pierwszego zamknięcia kopalni. A zatem wybuch dynamitu nie mógł spowodować nagłego jej zalania i utonięcia mojego wuja i jego ludzi.
Po drugie: sprzęt znaleziony w kopalni po wypadku to kupa starego szmelcu. Ci ludzie byli zawodowcami, panie Donner, i nigdy by nie zeszli pod ziemię z byle jakim ekwipunkiem.
Po trzecie: chociaż mój wuj każdemu opowiadał, że ponownie uruchamia kopalnię, to jednak ani razu nie rozmawiał na ten temat z jej właścicielem, Ernestem Bloeserem. Krótko mówiąc udawał, co było nie do pomyślenia u człowieka znanego z nienagannej postawy etycznej.
Po czwarte: pierwsza informacja o tym, że mogło dojść do katastrofy, pojawiła się dopiero następnego dnia po południu, kiedy to niejaki Bill Mahoney, sztygar z kopalni „Satan", pod drzwiami swojego domu znalazł kartkę, w której napisano: „Pomocy! Przyjdź natychmiast do kopalni»Little Angel«!" Zadziwiający sposób podnoszenia alarmu, nie uważa pan? Kartka była naturalnie bez podpisu.
Po piąte: szeryf z Central City oświadczył, że mój wuj dał mu listę osób, które zeszły do kopalni, z prośbą o przekazanie prasie, gdyby doszło do wypadku. Co najmniej dziwne przeczucie. To wyglądało tak, jakby wuj Joshua chciał mieć pewność, że nikt nie popełni omyłki przy identyfikacji ofiar.
Donner odsunął talerz i wypił szklankę wody.
– Uważam, że pańska teoria jest ciekawa, ale nie w pełni przekonywająca.
– Chwileczkę, panie Donner, bo ostatni dowód, chyba najważniejszy, zachowałem na koniec. Pół roku po tragedii moi rodzice wyjechali na wycieczkę po Europie i widzieli mojego wuja na peronie dworca w Southampton w Anglii. Moja matka często opowiadała, jak podeszła do niego i wykrzyknęła: „Mój Boże, Joshua, czy to naprawdę ty"? Twarz jej brata była zarośnięta i śmiertelnie blada. Patrzył szklistym wzrokiem. „Zapomnijcie o mnie", odparł, a potem odwrócił się i uciekł. Mój ojciec pobiegł za nim, ale on wkrótce zniknął mu w tłumie na peronie.
– Logicznie można by to wytłumaczyć najzwyczajniejszą pomyłką.
– Siostra, która nie poznaje własnego brata? – sarkastycznie spytał Young. – Ależ panie Donner, nie poznałby pan swojego brata w tłumie?
– Obawiam się, że nie. Byłem jedynakiem.
– A szkoda. Ominęła pana jedna z największych radości w życiu.
– Przynajmniej z nikim nie musiałem dzielić się zabawkami. Przyszła kelnerka z rachunkiem i Donner rzucił jej na tacę swoją kartę kredytową.
– Z tego, co pan mówi, wynika więc, że katastrofa w „Little Angel" służyła za przykrywkę.
– To tylko moja teoria – odparł Young i wytarł sobie usta serwetką. – Oczywiście w żaden sposób nie można tego udowodnić, ale ciągle mam wrażenie, że za tym wszystkim stało Societe des Mines de Lorraine.
– A co to była za firma?
– Była i jest dla Francji tym, czym Krupp dla Niemiec, Mitsubishi dla Japonii czy Anaconda dla Stanów Zjednoczonych.
– Ale co wspólnego ma ze sprawą to Societe, jakże mu tam?
– To właśnie ci francuscy finansiści zatrudnili Joshuę Haysa Brewstera jako inżyniera kierującego pracami poszukiwawczymi. Tylko oni mieli wystarczający kapitał, by zapłacić dziewięciu ludziom za zniknięcie z powierzchni ziemi.
– Ale po co? Czym się kierowali? Young bezradnie rozłożył ręce.
– Bo ja wiem…? – Pochylił się do przodu; jego oczy zdawały się płonąć. – Wiem jednak, że musieli im zapłacić i użyć pewnych wpływów, by wywieźć ich wraz z moim wujem w jakieś piekielne miejsce poza granicami kraju.
– W jakim celu? Żeby jedli darmowe obiadki na koszt rządu?
– Na pewno nie dla śmiechu – półgłosem odparł Young.
Donner pokiwał głową i nic nie odpowiedział. Ten stary mężczyzna, siedzący po drugiej stronie stolika, dodał tylko jeszcze jeden element do zagadki rudobrodego kościotrupa z kopalni na Biednej Górze, a to w żadnym wypadku nie było zabawne.
Kiedy stewardesa odrzutowca United Airlines uśmiechnęła się na pożegnanie, Seagram odpowiedział jej tym samym i zszedł po schodkach na płytę międzynarodowego lotniska w Los Angeles. Do głównego budynku miał jakieś czterysta metrów. Wreszcie dotarł do frontowego hallu i w przeciwieństwie do Donnera, który wynajął samochód w firmie numer dwa, wolał firmę numer jeden i wziął lincolna z Hertza. Skręcił w Century Boulevard, minął kilka skrzyżowań i wjechał na autostradę prowadzącą do San Diego. Bezchmurne niebo i tylko nieznaczny smog pozwalały mu dostrzec zamglone szczyty Sierra Mądre. Prowadził spokojnie, jadąc prawym pasem setką, a obok przemykali miejscowi kierowcy z szybkością stu dwudziestu i stu trzydziestu kilometrów na godzinę, jak zwykle nie zwracając uwagi na znaki drogowe, które ograniczały prędkość do dziewięćdziesięciu kilometrów. Wkrótce minął rafinerie w Torrance oraz położone za nimi szyby naftowe wokół Long Beach i znalazł się w Pomarańczowym Hrabstwie, gdzie krajobraz nagle stał się płaski, ukazując morze szeregowych domków.
Jechał jeszcze nieco ponad godzinę, nim skręcił w kierunku „Świata Wolnego Czasu". Sceneria była idylliczna: pola golfowe, baseny pływackie, stajnie, elegancko przystrzyżone trawniki i tereny parkowe. Wszędzie widziało się starców na rowerach.
Zatrzymał samochód przy głównej bramie, gdzie umundurowany strażnik w starszym wieku odnotował jego przyjazd i pokazał mu drogę do domku Calle Aragon numer 261-B. Był to niewielki malowniczy bliźniak, usytuowany na zboczu wzgórza z widokiem na wspaniały park. Seagram zostawił lincolna przy krawężniku, wszedł do patio z krzewami różanymi i nacisnął dzwonek. Kiedy drzwi się otworzyły i ujrzał Adeline Hobart, rozwiały się wszelkie jego obawy, gospodyni bowiem stanowczo nie wyglądała na swoje lata.
– Pan Seagram? – spytała beztroskim, wesołym głosem.
– Tak. Pani Hobart?
– Proszę wejść – rzekła wyciągając do niego rękę. Uścisnęła jego dłoń jak mężczyzna. – Mój Boże, nikt w ten sposób się do mnie nie zwracał od ponad siedemdziesięciu lat. Kiedy pan zadzwonił w sprawie Jake'a, tak mnie to zaskoczyło, że zapomniałam wziąć gerital.
Adeline była dość korpulentną kobietą, ale mimo nadwagi poruszała się sprawnie. Jej niebieskie oczy śmiały się przy każdym zdaniu, a twarz miała ciepły, łagodny wyraz. Wypisz, wymaluj ideał sympatycznej siwowłosej staruszki.
– Nie wygląda pani na osobę używającą geritalu – rzekł Seagram.
– Jeżeli to ma być komplement, to go kupuję – odparła wskazując ręką fotel, w gustownie urządzonym saloniku. – Proszę się rozgościć. Zostanie pan na obiad, prawda?
– Będę zaszczycony, jeżeli tylko nie sprawię tym kłopotu.
– Oczywiście, że nie. Bert ugania się po polu golfowym i miło mi będzie mieć towarzystwo.
Seagram podniósł zdziwiony wzrok.
– Bert?
– To mój mąż.
– A ja miałem wrażenie…
– Że wciąż jestem panią Hobart – dokończyła z niewinnym uśmiechem. – Prawda jest jednak taka, że sześćdziesiąt dwa lata temu wyszłam za Bertranda Austina.
– A czy wojsko o tym wie?
– Ależ oczywiście, że tak. Dawno temu wysłałam kilka listów do Ministerstwa Wojny z zawiadomieniem o zmianie mojego stanu cywilnego, ale oni za każdym razem odpowiadali grzecznie, lecz wymijająco, i w dalszym ciągu przysyłają mi czeki.
– Mimo że ponownie wyszła pani za mąż? Adeline wzruszyła ramionami.
– Jestem tylko człowiekiem, panie Seagram. Niby dlaczego miałabym się z nimi kłócić? Skoro uparcie przysyłają pieniądze, któż chciałby im tłumaczyć, że zwariowali?
– Lukratywne rozwiązanko. Skinęła głową.
– Nie przeczę. Szczególnie gdy się weźmie pod uwagę te dziesięć tysięcy dolarów, które otrzymałam po śmierci Jake'a. Seagram pochylił się do przodu, mrużąc oczy.
– To wojsko wypłaciło pani odszkodowanie w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów? Czy to nie lekka przesada jak na rok tysiąc dziewięćset dwunasty?
– Byłam wtedy zaskoczona nie mniej od pana – rzekła. – Przyznaję, że ta kwota stanowiła wówczas małą fortunę.
– Czy do przekazu dołączono jakieś wyjaśnienia?
– Żadnych – odparła. – Wciąż jeszcze mam przed oczami ten czek, nawet po tylu latach. Miał napis „Wypłata dla wdowy" i był wystawiony na moje nazwisko. I tyle.
– Może zaczniemy od początku…
– Od czasu, gdy poznałam Jake'a?
Seagram skinął głową.
Na kilka chwil Adeline zapatrzyła się w dal.
– Poznałam go tej strasznej zimy tysiąc dziewięćset dziesiątego roku. Było to w Leadville w stanie Kolorado, a ja dopiero co skończyłam szesnaście lat. Mój ojciec akurat wyjeżdżał służbowo do zagłębia kruszconośnego, by zbadać możliwość zainwestowania w kilka działek, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie i miałam parę dni ferii, zgodził się zabrać ze sobą mamę i mnie. Ledwie pociąg dojechał do dworca w Leadville, kiedy w górskich rejonach Kolorado rozpętała się największa burza śnieżna od czterdziestu lat. Trwała dwa tygodnie i proszę mi wierzyć, wcale nie było wesoło, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że Leadville leży na wysokości ponad trzech kilometrów.
– To musiała być wielka przygoda dla szesnastoletniej dziewczyny.
– I była. Tato krążył po hotelowym hallu jak lew w klatce. Mama po prostu siedziała i się martwiła, ale ja uważałam, że jest cudownie.
– A Jake?
– Pewnego dnia próbowałyśmy z mamą przejść na drugą stronę ulicy do domu towarowego, a wiatr dął z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę przy temperaturze pięciu stopni poniżej zera, gdy nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się jakiś ogromny brutal, chwyta każdą z nas jedną ręką wpół, przenosi przez zaspy i stawia na progu sklepu tak bezczelnie, jak tylko można sobie wyobrazić.
– I to był Jake?
– Tak – odparła z rezerwą. – To był Jake.
– Jak wyglądał?
– Był mężczyzną postawnym, o szerokich barach, mierzył sobie ponad metr osiemdziesiąt. Jako młody chłopak pracował w walijskich kopalniach. Bez trudu z dużej odległości poznawało się go w tłumie. Miał jaskraworude włosy i takąż brodę, a do tego zawsze się śmiał.
– Rude włosy i rudą brodę?
– Tak. Był bardzo dumny, że się wyróżnia wśród innych.
– Cały świat kocha ludzi, którzy się śmieją. Adeline uśmiechnęła się szeroko.
– Mogę panu powiedzieć, że z mojej strony na pewno nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Jake przypominał mi wielkiego niezgrabnego niedźwiedzia. Nie należał do mężczyzn, o jakich marzą młode panienki.
– Ale pani za niego wyszła. Skinęła głową.
– Zalecał się do mnie przez cały czas trwania zamieci, a kiedy wreszcie czternastego dnia zza chmur wyjrzało słońce, wtedy przyjęłam jego oświadczyny. Moi rodzice oczywiście się wściekali, ale Jake zdobył sobie również ich.
– Niedługo była pani mężatką.
– Po raz ostatni widziałam go w rok później.
– Tego dnia, kiedy on i jego koledzy zginęli w „Little Angel" – powiedział Seagram bardziej twierdząco niż pytająco.
– Tak – odparła ze smutkiem. Unikając wzroku Seagrama, spojrzała w stronę kuchni. – O Boże, zupełnie zapomniałam. Lepiej przygotuję nam jakiś obiad. Pan przecież musi umierać z głodu, panie Seagram.
Wyraz rzeczowości znikł z twarzy Seagrama, w którego oczach pojawiły się nagle błyski podniecenia.
– Jake kontaktował się z panią po wypadku w „Little Angel", prawda, pani Austin?
Adeline cofnęła się, jakby szukała schronienia w poduszkach fotela. Po jej łagodnej twarzy przemknął cień lęku.
– Nie rozumiem, o czym pan mówi.
– Myślę, że pani rozumie – powiedział cicho.
– Nie… nie, pan się myli.
– Czego się pani boi? Jej ręce zaczęły drżeć.
– Powiedziałam panu wszystko, co mogłam.
– Wie pani więcej, znacznie więcej, pani Austin – powiedział, wyciągnął ręce i chwycił jej dłonie. – Czego się pani boi? – powtórzył.
– Przysięgłam, że dochowam tajemnicy – wyszeptała.
– Czy może mi pani to wyjaśnić?
– Pracuje pan dla rządu, panie Seagram – powiedziała z wahaniem. – Pan wie, co to znaczy dochować tajemnicy.
– Kto to był? Jake? Czy to on poprosił panią o milczenie? Przecząco pokręciła głową.
– A więc kto?
– Nie mogę panu powiedzieć… Proszę mi wierzyć – rzekła błagalnie. – Niczego nie mogę panu powiedzieć.
Seagram wstał i spojrzał na nią z góry. Jakby przybyło jej lat; pogłębiły się zmarszczki na jej starczej skórze. Zamknęła się jak ślimak w muszli. Pomyślał, że potrzebna jej będzie łagodna kuracja wstrząsowa, by się otworzyła.
– Czy mogę skorzystać z telefonu?
– Tak, oczywiście. Najbliższy aparat jest w kuchni.
Upłynęło siedem minut, nim w słuchawce zabrzmiał znajomy głos. Seagram szybko wyjaśnił sytuację i przekazał swoją prośbę, a potem odwrócił się przodem do pokoju.
– Pani Austin, czy może pani na chwileczkę tu przyjść? Nieśmiało podeszła do niego.
– Ktoś pragnie z panią rozmawiać – rzekł podając jej słuchawkę. Ostrożnie wzięła ją z ręki Seagrama.
– Halo – szepnęła. – Tu Adeline Austin.
Na krótką chwilę w jej oczach pojawiło się zmieszanie, które z wolna przekształciło się w niekłamane zdumienie. Milcząc, bez przerwy kiwała głową, jak gdyby miała przed sobą osobę, której głos dochodził ze słuchawki. Wreszcie pod koniec jednostronnej rozmowy zdołała wykrztusić kilka słów:
– Tak, panie prezydencie… zrobię to. Do widzenia. Powoli odłożyła słuchawkę i stała oszołomiona jak w transie.
– Czy… czy to naprawdę był prezydent Stanów Zjednoczonych?
– Tak. Jeśli pani sobie życzy, można to sprawdzić. Wystarczy zadzwonić do Białego Domu i poprosić Gregga Collinsa, który jest głównym asystentem pana prezydenta. To właśnie on mnie z nim połączył.
– Niech pan sobie wyobrazi, że prezydent poprosił mnie o pomoc – oznajmiła, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Wprost nie mogę uwierzyć, że to prawda.
– Prawda, pani Austin. Proszę mi wierzyć, że każda informacja, jakiej pani nam udzieli na temat swojego pierwszego męża i dziwnych okoliczności jego śmierci, przyniesie krajowi ogromne korzyści. Wiem, że to brzmi banalnie, ale…
– Któż by odmówił prezydentowi? – przerwała mu Adeline.
Na jej twarz powrócił miły uśmiech, ustało drżenie rąk. Odzyskała równowagę, przynajmniej na zewnątrz.
Seagram delikatnie ujął ją pod rękę i odprowadziwszy z powrotem do pokoju, posadził na fotelu.
– Teraz już może mi pani powiedzieć, co łączyło Jake'a Hobarta z Joshua Haysem Brewsterem.
– Jake był specjalistą od materiałów wybuchowych, czyli strzałowym, jednym z najlepszych w tym zawodzie. Znał dynamit jak kowal kuźnię, a ponieważ pan Brewster przyjmował do swojej brygady tylko najlepszych, to często do wysadzania skał wynajmował Jake'a.
– Czy Brewster wiedział, że Jake był żonaty?
– Dziwi mnie, że pan o to pyta. Mieliśmy niewielki domek w Boulder, daleko od górniczych obozów, bo Jake nie chciał, by ktokolwiek wiedział, że ma żonę. Twierdził, że sztygarzy w kopalniach nie zatrudniliby strzałowego, który byłby żonaty.
– A więc Brewster, nie wiedząc o rzeczywistym stanie cywilnym Jake'a, przyjął go jako strzałowego do kopalni „Little Angel"?
– Wiem, że tak pisali w gazetach, panie Seagram, lecz ani Jake, ani żaden z pozostałych członków tej brygady w ogóle nigdy nie był w kopalni „Little Angel".
Seagram wraz z fotelem tak blisko przysunął się do Adeline, że ich kolana prawie się stykały.
– A zatem ta katastrofa istotnie była mistyfikacją – rzekł chrapliwie.
Spojrzała na niego.
– To pan… to pan już wie?
– Podejrzewaliśmy, że tak było, ale nie mamy żadnych dowodów.
– Jeśli chodzi o dowody, panie Seagram, to zaraz je przyniosę.
Wstała, odmówiła przyjęcia pomocy oferowanej jej przez Seagrama i zniknęła w sąsiednim pokoju. Wróciła ze starym pudełkiem po butach i z nabożeństwem zaczęła je otwierać.
– W dniu poprzedzającym zejście do kopalni „Little Angel" Jake zabrał mnie do Denver i pohulaliśmy sobie po sklepach. Nakupował mi modnych strojów, biżuterii, a potem zaprosił na szampana do najlepszej restauracji w mieście. Ostatnią noc spędziliśmy w apartamencie dla nowożeńców w hotelu „Brown Palace". Zna pan ten hotel?
– W tej chwili mieszka tam mój znajomy.
– Nad ranem Jake powiedział mi, żebym nie wierzyła w to, co usłyszę czy przeczytam w gazetach o jego śmierci w wypadku górniczym, i że wyjeżdża na kilka miesięcy do pracy gdzieś w Rosji. Powiedział, że po jego powrocie będziemy bardzo bogaci, bogatsi, niż moglibyśmy sobie wymarzyć. Później powiedział coś, czego nigdy nie zrozumiałam.
– A mianowicie co?
– Powiedział, że wszystkim zajmują się Francuzi i że kiedy to się skończy, będziemy mieszkać w Paryżu. – Na twarzy Adeline pojawił się wyraz rozmarzenia. – Rano już go nie było. Na jego poduszce znalazłam kartkę z napisem „Kocham Cię, Ad" oraz kopertę zawierającą pięć tysięcy dolarów.
– Czy nie domyśla się pani, skąd pochodziły te pieniądze?
– Absolutnie. W tym czasie mieliśmy na koncie w banku jedynie około trzystu dolarów.
– I to była ostatnia wiadomość od niego?
– Nie – odparła podając Seagramowi wyblakłą pocztówkę z podkolorowanym zdjęciem wieży Eiffla. – Otrzymałam ją przez pocztę mniej więcej po miesiącu
Droga Ad! Tu pada deszcz i piwo jest okropne. Czuję się dobrze i chłopcy też. Nie martw się. Jak sama widzisz, wcale nie zginąłem. Wiesz kto.
Charakter pisma wyraźnie wskazywał na niepewną rękę. Na znaczku był stempel z Paryża z datą l grudnia 1911 roku.
– Po tygodniu otrzymałam następną kartkę – rzekła wręczając ją Seagramowi.
Kartka przedstawiała Sacre Coeur, lecz znaczek naklejono w Hawrze.
Droga Ad! Płyniemy do Arktyki. Przez jakiś czas nie będę pisał. Bądź dzielna. Francuzi dobrze nas traktują. Dobre jedzenie, dobry statek. Wiesz kto.
– Czy pani jest pewna, że to pismo Jake'a? – spytał Seagram.
– Absolutnie. Mam dokumenty i stare listy od niego. Jeśli pan sobie życzy, to można je porównać.
– Nie ma potrzeby, Ad. – Seagram zauważył, że się uśmiechnęła, kiedy użył tego zdrobnienia. – Miała pani od niego jeszcze jakieś wiadomości?
Skinęła głową.
– Trzecią i ostatnią. Jake pewnie zrobił sobie zapas pocztówek z Paryża. Ta przedstawia Sainte-Chapelle, ale wysłano ją z Aberdeen w Szkocji czwartego kwietnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku.
Droga Ad! To miejsce jest okropne. Strasznie tu zimno. Nie wiadomo, czy przeżyjemy. Jeśli jakoś zdołam dostarczyć Ci tę kartkę, to nie zostaniesz bez opieki. Z Bogiem. Jake.
Z boku ktoś dopisał innym charakterem:
Szanowna Pani Hobart! Burza zabrała nam Jake'a. Po chrześcijańsku oddaliśmy mu ostatnią przysługę. Przesyłamy wyraz współczucia. V.H.
– V.H. to zapewne Vernon Hall – rzekł Seagram.
– Tak. Verb i Jake przyjaźnili się ze sobą.
– A co nastąpiło potem? Kto kazał pani przysięgać milczenie?
– Jakieś dwa miesiące później, to było chyba w czerwcu, w naszym domku w Boulder zjawił się pułkownik Patman czy Patmore… nie pamiętam dokładnie… i powiedział, że na zawsze muszę zachować w tajemnicy moje kontakty z mężem po wypadku w kopalni „Little Angel".
– Czy podał jakieś powody? Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Nie. Powiedział po prostu, że mam milczeć w interesie kraju, a potem wręczył mi ten czek na dziesięć tysięcy dolarów i odjechał.
Seagram z ulgą zagłębił się w fotelu, jakby uwolniony od ogromnego ciężaru. Wydawało się nieprawdopodobne, że ta dziewięćdziesięciotrzyletnia staruszka może mieć klucz do miejsca ukrycia zaginionej rudy wartości miliarda dolarów, a jednak miała.
Spojrzał na nią z uśmiechem.
– Ta propozycja obiadowa była bardzo kusząca. Kiedy Adeline odpowiedziała mu uśmiechem, wówczas dostrzegł w jej oczach figlarne błyski.
– Jak powiadał Jake, furda obiad. Najpierw napijmy się piwa.
Nad horyzontem wciąż jeszcze połyskiwały szkarłatne promienie zachodzącego słońca, kiedy łoskot odległego grzmotu zapowiedział zbliżanie się burzy z piorunami. Było gorąco i Seagram z przyjemnością wystawiał twarz na podmuchy łagodnej bryzy, siedząc na tarasie „Balboa Bay Club" i sącząc koniak po kolacji.
Była godzina ósma. O tej porze snobowaci mieszkańcy Newport Beach rozpoczynali wieczorne życie towarzyskie. Seagram zdążył już się zanurzyć w klubowym basenie i zjeść wcześniejszą kolację. Teraz siedział, słuchając pomruków nadchodzącej burzy. Naładowane elektrycznością powietrze stało się parne, ale wiatr jeszcze się nie zerwał ani nie padało. Błyskawica niczym fotograficzny flesz oświetliła statki wycieczkowe, które krążyły po zatoce, włączywszy zielone i czerwone światła pozycyjne. 'Ich pomalowane na biało kadłuby przypominały Seagramowi sunące po falach widma. Jak zygzakowaty widelec spadający z chmur, błyskawica ponownie rozcięła wieczorne niebo. Seagram zobaczył, że zetknęła się z ziemią gdzieś za dachami domów na Balboa Island, i niemal w tej samej chwili do jego uszu dotarł grzmot pioruna, rozdzierający bębenki niczym salwa armatnia.
Wszyscy zaczęli nerwowo przenosić się do jadalni. Wkrótce Seagram stwierdził, że tylko on pozostał na tarasie, rozkoszując się widokiem fajerwerków matki natury. Skończył koniak, odchylił głowę do tyłu i czekał na kolejną błyskawicę. Po chwili rozbłysła, oświetlając jakąś postać nie opodal stolika. W tym krótkim błysku Seagram zdążył zauważyć, że był to wysoki czarnowłosy mężczyzna, który wpatrywał się weń zimnym, przenikliwym wzrokiem. Teraz jednak nieznajomego kryły ciemności.
Kiedy grzmot się przetoczył, głos dochodzący z mroku spytał:
– Pan Gene Seagram?
Seagram zaczekał, aż jego wzrok przyzwyczai się do ciemności.
– Tak.
– Podobno pan mnie szukał.
– Ale ja pana nie znam.
– Przepraszam. Jestem Dirk Pitt.
Niebo znów rozbłysło i Seagram zobaczył uśmiechniętą twarz.
– Coś mi się wydaje, panie Pitt, że ma pan zwyczaj pojawiania się w dramatycznej scenerii. Czy ta burza to również pańska robota? Pitt zaśmiał się przy akompaniamencie grzmotu.
– Tego jeszcze nie opanowałem, ale robię już postępy w doprowadzaniu do rozstąpienia się Morza Czerwonego. Seagram wskazał ręką wolne krzesło.
– Nie usiądzie pan?
– Dziękuję.
– Zaproponowałbym panu coś do picia, ale kelnerka najwyraźniej boi się burzy.
– Najgorsze już przechodzi – spokojnie rzekł Pitt opanowanym głosem, spoglądając w niebo.
– Jak pan mnie tu znalazł!
– Etapami – odparł Pitt. – Najpierw zadzwoniłem do pańskiej żony w Waszyngtonie, która powiedziała mi, że wyjechał pan służbowo do „Świata Wolnego Czasu", a to tylko parę kilometrów stąd. Od strażnika przy bramie dowiedziałem się, że wpuszczał niejakiego Gene'a Seagrama do pani Adeline Austin. Z kolei ona wspomniała, że poleciła panu „Balboa Bay Club", kiedy zdecydował pan przełożyć powrotny lot do Waszyngtonu na jutro i zatrzymać się tutaj. Dalej to już proste.
– Pańska wytrwałość mi pochlebia.
– Drobiazg – odparł Pitt, skinąwszy głową.
– Szczęśliwym zbiegiem okoliczności obaj znaleźliśmy się w tym samym miejscu – rzekł Seagram.
– Zawsze o tej porze roku biorę sobie parę dni urlopu, żeby trochę pożeglować na desce. Moi rodzice mają dom po drugiej stronie zatoki. Właściwie mogłem skontaktować się z panem wcześniej, ale admirał Sandecker powiedział, że to nic pilnego.
– To pan zna admirała?
– Jest moim szefem.
– A więc pracuje pan w NUMA?
– Tak. Jestem w agencji dyrektorem do zadań specjalnych.
– Pańskie nazwisko wydawało mi się jakby znajome. Chyba moja żona wspominała kiedyś o panu.
– Dana?
– Tak. Czy pan z nią pracował?
– Tylko raz. Zeszłego lata przewoziłem samolotem zaopatrzenie na Wyspę Pitcairna, kiedy wraz ze swoim zespołem archeologów NUMA nurkowała w poszukiwaniu eksponatów z „Bounty".
Seagram spojrzał na Pitta.
– A więc admirał powiedział panu, że kontakt ze mną to nic pilnego.
Pitt się uśmiechnął.
– Z tego co wiem, rozdrażnił go pan jakimś telefonem w środku nocy.
Czarne chmury przesunęły się nad morze i piorun uderzył w Catalinę po drugiej stronie przesmyku.
– Skoro już się spotkaliśmy, to może się dowiem, czego pan sobie ode mnie życzy – odezwał się Pitt.
– Proszę mi powiedzieć o Nowej Ziemi.
– Niewiele mam do powiedzenia – odparł Pitt wymijająco. – Kierowałem ekspedycją, która miała zabrać pańskiego człowieka. Kiedy się nie zjawił w ustalonym czasie, pożyczyłem sobie helikopter i poleciałem na rozpoznanie w stronę tej rosyjskiej wyspy.
– Ryzykował pan. Rosjanie mogli pan wykryć radarem.
– Wziąłem to pod uwagę. Leciałem na wysokości trzech metrów z prędkością zredukowaną do piętnastu węzłów. Gdyby nawet mnie wykryli, to na ekranie wyglądałbym jak mały kuter rybacki.
– Co się wydarzyło, kiedy dotarł pan do wyspy?
– Tak długo leciałem wzdłuż wybrzeża, aż znalazłem slup Koplina przycumowany w zatoczce. Posadziłem helikopter na pobliskiej plaży i zacząłem go szukać. I właśnie wtedy zza ściany pędzonego wiatrem, wirującego śniegu usłyszałem strzały.
– Jakim sposobem trafił pan na Koplina i rosyjskiego strażnika? W taką zamieć musiało to przypominać szukanie igły w zamarzniętym stogu siana.
– Igły nie szczekają – odparł Pitt. – Poszedłem za głosem szczekającego psa, który naprowadził mnie na Koplina i strażnika.
– Którego pan oczywiście zamordował – stwierdził Seagram.
– Przypuszczam, że prokurator mógłby zasugerować to sądowi – odpowiedział Pitt z teatralnym gestem. – Z drugiej strony, w tej sytuacji chyba jednak należało to zrobić.
– A gdyby również strażnik był moim agentem?
– Towarzysze broni zazwyczaj nie ciągną się brutalnie za kark po śniegu, szczególnie wtedy, gdy jeden z nich jest ciężko ranny.
– A pies, musiał go pan zabijać?
– Przyszło mi do głowy, że gdybym go zostawił własnemu losowi, to mógłby sprowadzić patrol szukający ciała jego pana, a tak prawdopodobnie żadnego z nich nie znajdą.
– Czy zawsze nosi pan pistolet z tłumikiem?
– Admirał Sandecker już nieraz prosił mnie o wykonanie jakiejś brudnej roboty poza moimi normalnymi obowiązkami – odparł Pitt.
– Rozumiem, że przed odwiezieniem Koplina na pokład statku zniszczył pan jego slup – rzekł Seagram.
– I to dość sprytnie – odpowiedział Pitt, ale w tonie jego głosu nie było cienia przechwałki. – Przedziurawiłem kadłub, postawiłem żagle i skierowałem jacht na pełne morze. Chyba zatonął jakieś trzy mile od brzegu.
– Był pan zbyt pewny siebie – gniewnie odezwał się Seagram. – Ośmielił się pan wtrącać w nie swoje sprawy. Bez upoważnienia podejmując ogromne ryzyko, tylko pan obudził czujność Rosjan, a przy tym z zimną krwią zamordował człowieka i zabił jego psa. Gdyby wszyscy Amerykanie byli tacy, panie Pitt, należałoby nam współczuć.
Pitt wstał, pochylił się nad stolikiem i spojrzał Seagramowi prosto w oczy.
– Jest pan niesprawiedliwy – rzekł patrząc lodowatym wzrokiem. – O czymś pan zapomniał. To ja oddałem litr własnej krwi pańskiemu przyjacielowi Koplinowi, kiedy go operowano. To ja wydałem rozkaz, żeby statek nie płynął do Oslo, lecz wziął kurs do portu, z którego było najbliżej do lotniska wojskowego USA. I nie kto inny, tylko ja przekonałem komendanta bazy, żeby dał nam swój własny samolot transportowy, którym Koplin wrócił do Stanów. Na koniec, panie Seagram, ten krwiożerczy i pomylony Pitt przyznaje się do winy… przyznaje się do ocalenia tego, co pozostało z tej waszej zakichanej misji szpiegowskiej w Arktyce. Nie oczekiwałem triumfalnej parady na Broadwayu ani złotego medalu. Wystarczyłoby mi zwykłe podziękowanie, słyszę natomiast chamskie uwagi i złośliwości. Nie wiem, o co wam chodzi, Seagram, ale w jednej sprawie mam pełną jasność: jesteś idiotą pierwszej klasy. I powiem ci najgrzeczniej, jak tylko potrafię: odpierdol się.
Po tych słowach Pitt odwrócił się i zniknął w mroku.
Profesor Piotr Barszow wbił żylaste palce w swoje siwiejące włosy i nad biurkiem wycelował w Prewłowa ustnik fajki z pianki morskiej.
– Nie, nie. Zapewniam was, kapitanie, że człowiek, którego wysłałem na Nową Ziemię, nie miał halucynacji.
– Ale tunel…? – z niedowierzaniem mruknął Prewłow. – Nieznany, nigdzie nie zarejestrowany tunel na radzieckiej ziemi? Nigdy bym nie pomyślał, że to możliwe.
– Niemniej jednak to fakt – odparł Barszow. – Pierwsze wskazówki uzyskaliśmy ze zdjęć lotniczych. Mój geolog, który dotarł do wejścia, twierdzi, że to bardzo stary tunel, sprzed jakichś siedemdziesięciu, osiemdziesięciu lat.
– Skąd on się tam wziął?
– Lepiej byłoby zapytać, kapitanie, kto go wykopał i po co.
– Twierdzicie, że Instytut Geologii w Leonogradzie nie ma go w swoich rejestrach? – spytał Prewłow. Barszow przecząco pokręcił głową.
– Nie ma tam ani jednego słowa na ten temat. Być może wam jednak udałoby się znaleźć jakiś ślad w dawnych aktach Ochrany.
– Ochrany? A, tej tajnej policji carskiej – powiedział Prewłow i po chwili dodał: – Nie, to mało prawdopodobne. Ich interesowała jedynie rewolucja. Nie zawracaliby sobie głowy jakąś tajną kopalnią.
– Tajną? Tego nie możecie być pewni.
– Wybaczcie mi, profesorze, ale we wszystkim dopatruję się makiawelskich motywów.
Barszow wyjął fajkę z pożółkłych zębów i zaczął ją nabijać.
– Czytywałem o opuszczonych kopalniach na półkuli zachodniej, ale pierwszy raz słyszę o czymś takim w Związku Radzieckim. Niemal wygląda tak, jak byśmy otrzymali tę osobliwość w darze od Amerykanów.
– Skąd ten pomysł? – spytał Prewłow, odwracając głowę i ponownie spoglądając na Barszowa. – Czy oni mają z tym coś wspólnego?
– Może tak, może nie. Sprzęt znaleziony w tym tunelu wyprodukowano w Stanach Zjednoczonych.
– Trudno uznać to za dowód nie do obalenia – powiedział Prewłow sceptycznie. – Sprzęt ten mógł być zwyczajnie od nich kupiony i używany przez kogoś innego.
Barszow się uśmiechnął.
– Słuszna uwaga, kapitanie, tylko że w tunelu znaleziono ciało jakiegoś mężczyzny i dysponuję niezbitymi dowodami, że jego epitafium napisano w języku amerykańskim.
– Interesujące – rzekł Prewłow.
– Przepraszam, że teraz nie jestem w stanie przedstawić wam dokładniejszych danych – powiedział Barszow. – Rozumiecie, moje informacje są po prostu z drugiej ręki. Rano znajdziecie na swoim biurku szczegółowy raport w sprawie tego odkrycia na Nowej Ziemi, a moi ludzie będą do waszej dyspozycji na wypadek dalszego śledztwa.
– Marynarka Wojenna jest wam wdzięczna za współpracę, profesorze.
– Instytut w Leonogradzie zawsze gotów służyć ojczyźnie – odpowiedział Barszow, wstał i sztywno się ukłonił. – Jeśli tymczasem to wszystko, kapitanie, to wrócę do siebie.
– Jeszcze jedno, profesorze.
– Tak?
– Nie wspomnieliście, czy wasi geologowie znaleźli tam jakieś minerały.
– Nic, co mogłoby mieć jakąkolwiek wartość.
– W ogóle nic?
– Ślady niklu i cynku, a także niewielką radioaktywność, wskazującą na obecność uranu, toru i bizanium.
– Te dwa ostatnie chyba nie są mi znane.
– Tor można przekształcić w paliwo nuklearne, kiedy zbombarduje się go neutronami – wyjaśnił Barszow. – Używa się go również do wytwarzania różnych stopów magnezowych.
– A bizanium?
– Niewiele o nim wiadomo. Jeszcze nie znaleziono takiej jego ilości, która pozwoliłaby przeprowadzić konstruktywne eksperymenty. – Barszow popukał fajką w popielniczkę. – Dotychczas jedynie Francuzi interesowali się tym pierwiastkiem.
Prewłow podniósł wzrok na profesora.
– Francuzi?
– Wydali już miliony franków na ekspedycje geologiczne, które szukają go po całym świecie. Z tego co wiem, żadna z nich jeszcze nie odnotowała sukcesu.
– Wydaje się, że oni wiedzą coś, czego nie wiedzą nasi uczeni. Barszow wzruszył ramionami.
– Nie we wszystkich dziedzinach badań naukowych przewodzimy światu, kapitanie. W przeciwnym wypadku to nie Amerykanie, lecz my jeździlibyśmy po powierzchni Księżyca.
– Jeszcze raz wam dziękuję, profesorze. Cieszę się na wasz raport.
Cztery przecznice od budynku Marynarki Wojennej, na parkowej ławce odpoczywał porucznik Marganin, od niechcenia czytając tomik poezji. Było południe i park wypełniały tłumy urzędników jedzących drugie śniadanie na trawie między równymi rzędami drzew. Co jakiś czas porucznik podnosił oczy i obrzucał taksującym spojrzeniem przechodzące ładne dziewczyny.
O wpół do pierwszej jakiś gruby mężczyzna w wygniecionym garniturze usiadł na drugim końcu ławki i zabrał się do jedzenia razowej bułki, popijając ją zupą pomidorową. Odwrócił głowę do Marganina i uśmiechnął się szeroko.
– Chcesz kawałek bułki, marynarzu? – spytał jowialnie i poklepał się po wydatnym brzuchu. – Wystarczy dla dwóch. Moja żona uporczywie mnie przekarmia, żebym był gruby i nie biegał za młodymi dziewczynami.
Marganin przecząco pokręcił głową i wrócił do czytania.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wydawało się, że ugryzł kawałek bułki. Zaczął energicznie poruszać szczękami, ale tylko udawał, że je – w ustach nie miał nic.
– Jest coś dla mnie? – mruknął między poruszeniami szczęk. Marganin gapił się w książkę, którą lekko uniósł, by zasłonić sobie usta.
– Prewłow ma romans z kobietą o czarnych, krótko przyciętych włosach, która nosi drogie pantofle numer sześć na płaskim obcasie i lubi likier chartreuse. Jeździ samochodem ambasady amerykańskiej. Numer USA sto czterdzieści sześć.
– Jesteś tego pewien?
– Niczego nie wymyślam – mruknął Marganin, nonszalancko odwracając kartkę. – Radzę natychmiast wykorzystać moje informacje. To może być ta wtyczka, której szukamy.
– Zidentyfikujemy ją przed zachodem słońca – powiedział grubas i zaczął siorbać zupę. – Masz coś jeszcze?
– Potrzebuję danych na temat „Planu Sycylijskiego".
– Nigdy o nim nie słyszałem.
Marganin opuścił książkę i przetarł oczy, zasłaniając ręką usta.
– To plan obrony powiązany z Narodową Agencją Badań Morskich i Podwodnych.
– Oni są bardzo czuli na punkcie takich przecieków.
– Powiedz im, żeby się nie martwili. Będziemy ostrożni. Spotkamy się za sześć dni. Męska toaleta w restauracji „Borodino". Za dwadzieścia siódma wieczorem.
Marganin zamknął książkę i się przeciągnął.
Gruby mężczyzna na potwierdzenie siorbnął łyk zupy, jakby w ogóle nie zwracał uwagi na porucznika, który wstał i wolnym krokiem ruszył w stronę budynku Marynarki Wojennej.
Sekretarz prezydenta uśmiechnął się kurtuazyjnie i wstał zza biurka. Był młodym wysokim mężczyzną z wyrazem gorliwości na sympatycznej twarzy.
– Oczywiście, pani Seagram. Proszę tędy.
Zaprowadził Danę do windy i odsunął się na bok, przepuszczając ją przed sobą. Dana przybrała obojętną minę i patrzyła przed siebie. Gdyby sekretarz coś wiedział albo podejrzewał, wówczas w myślach rozbierałby ją do naga. Zerknęła na niego – nieodgadnionym wzrokiem spoglądał na zapalające się i gasnące światełka z numerami pięter.
Drzwi windy się otworzyły i sekretarz zaprowadził Danę korytarzem do jednego z pokojów na trzecim piętrze.
– Stoi na kominku – powiedział. – Znaleźliśmy go w piwnicy, w nie oznakowanej skrzyni. Piękna robota. Prezydent uparł się, żeby go tu przynieść, by mógł go podziwiać.
Dana zmrużyła oczy, patrząc na model żaglowca, który stał w szklanej gablotce na kominku.
– Mamy nadzieję, że uda się pani rzucić trochę światła na jego historię – ciągnął sekretarz. – Jak pani widzi, ani na kadłubie, ani na tej zakurzonej obudowie nie ma żadnej nazwy.
Dana niepewnie zbliżyła się do kominka, by lepiej przyjrzeć się modelowi. Była zmieszana, bo nie tego się spodziewała. Kiedy sekretarz zadzwonił do niej rano, to powiedział po prostu, że prezydent pyta, czy nie mogłaby wpaść do Białego Domu około drugiej. Teraz miała dziwne uczucie – ni to ulgi, ni zawodu.
– To handlowy statek z początku osiemnastego wieku – oznajmiła. – Będę musiała zrobić parę szkiców i porównać je z dawnymi aktami w archiwum marynarki.
– Admirał Sandecker powiedział, że jeśli ktokolwiek potrafi go zidentyfikować, to jedynie pani.
– Admirał Sandecker?
– Tak, właśnie on polecił panią prezydentowi – odparł sekretarz, kierując się ku drzwiom. – Notatnik i ołówek leżą na stoliku nocnym przy łóżku. Muszę wracać na swoje miejsce. Proszę się czuć swobodnie i zostać tu tak długo, jak będzie trzeba.
– Ale czy panu prezydentowi…
– Teraz gra w golfa. Nikt pani nie będzie przeszkadzał. Kiedy pani skończy, proszę po prostu zjechać windą na parter.
Nim Dana zdążyła odpowiedzieć, sekretarz odwrócił się i wyszedł.
Dana ciężko usiadła na łóżku i westchnęła. Po telefonie od sekretarza prezydenta natychmiast pojechała do domu, wzięła wonną kąpiel i starannie przebrała się w białą dziewczęcą sukienkę i czarną bieliznę. Wszystko to na nic – prezydent nie miał zamiaru iść z nią do łóżka, chciał tylko, żeby ustaliła, jaki statek przedstawia ten przeklęty model.
Całkowicie przegrana poszła do łazienki i przyjrzała się swojej twarzy w lustrze. Kiedy wróciła do sypialni, drzwi na korytarz były zamknięte, a przy kominku stał prezydent. Opalony, ubrany w koszulkę polo i sportowe spodnie, wyglądał młodzieńczo.
Zaskoczona Dana wytrzeszczyła oczy. Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.
– Miał pan grać w golfa – wreszcie odezwała się niezbyt mądrze.
– Tak jest napisane w moim rozkładzie dnia.
– A więc sprawa tego modelu…
– To bryg „Roanoke" z Wirginii – rzekł prezydent, kiwnąwszy głową w stronę modelu. – Jego stępkę położono w tysiąc siedemset dwudziestym ósmym roku. Wszedł na skały przy Nowej Szkocji w tysiąc siedemset czterdziestym trzecim. Ten model zbudował mój ojciec czterdzieści lat temu, wzorując się na rycinie.
– Zadał pan sobie tyle trudu, żeby zobaczyć się ze mną bez świadków? – spytała oszołomiona.
– To chyba jasne, prawda?
Patrzyła na niego. Zaczerwieniła się, kiedy spojrzał jej w oczy.
– Widzi pani – ciągnął – chciałem sobie z panią porozmawiać sam na sam, żeby nikt nam nie przerywał i nie przeszkadzał. Wokół Dany zawirował pokój.
– Pan… chce pan tylko porozmawiać?
Przez chwilę patrzył na nią zdziwiony, a potem się roześmiał.
– To mi pochlebia, pani Seagram. Nigdy jednak nie zamierzałem pani uwieść. Obawiam się, że moja opinia podrywacza jest nieco przesadzona.
– Ale na przyjęciu…
– Chyba teraz rozumiem – rzekł prezydent, wziął Danę za rękę i podprowadził do fotela. – Kiedy szepnąłem pani, że muszę się z nią zobaczyć sam na sam, to pani wzięła mnie za starego rozpustnika. Proszę mi wybaczyć, ale miałem inne zamiary.
Westchnęła.
– A ja się zastanawiałam, co mężczyzna, który mógłby mieć każdą kobietę na jedno kiwnięcie palcem, widział w nijakiej trzydziestojednoletniej mężatce, która jest podmorskim archeologiem.
– Jest pani wobec siebie niesprawiedliwa – powiedział, nagle poważniejąc. – Pani jest naprawdę bardzo ładna.
Dana znowu się zaczerwieniła.
– Od lat nikt się do mnie nie zalecał.
– Być może dlatego, że uczciwi mężczyźni na ogół nie zalecają się do mężatek.
– Chciałabym w to wierzyć.
Prezydent przysunął sobie fotel i usiadł naprzeciwko niej. Siedziała sztywno z rękami w małdrzyk na zaciśniętych kolanach. Pytanie, które padło, całkowicie ją zaskoczyło.
– Proszę mi powiedzieć, pani Seagram, czy jeszcze go pani kocha?
Spojrzała na prezydenta zdziwionym wzrokiem.
– Kogo?
– Męża, oczywiście.
– Gene'a?
– Tak, Gene'a – odparł uśmiechając się. – Chyba że ma pani gdzieś w ukryciu jakiegoś innego małżonka.
– A dlaczego pan o to pyta?
– Gene jest bliski załamania. Dana wyglądała na zaskoczoną.
– On dużo pracuje, ale nie sądzę, żeby był bliski załamania nerwowego.
– Nie w znaczeniu klinicznym, skądże – powiedział prezydent. – On jednak żyje w ogromnym napięciu. Gdyby poza dużym obciążeniem pracą miał jeszcze jakieś poważne kłopoty małżeńskie, to mógłby się załamać. Nie mogę do tego dopuścić, przynajmniej póki nie doprowadzi do końca pewnego ściśle tajnego planu o ogromnym znaczeniu dla całego państwa.
– To właśnie ten przeklęty tajny plan stanął między nami – wybuchnęła Dana ze złością.
– Tak, i parę innych rzeczy, jak na przykład to, że nie chce pani mieć dziecka.
– A pan skąd o tym wie?
– Mamy swoje sposoby. Zresztą nieważne, skąd. Chodzi o to, żeby pani nie opuściła Gene'a przez najbliższe szesnaście miesięcy i otaczała go jak największą miłością.
Dana nerwowo zaciskała i otwierała dłonie.
– Czy to naprawdę jest tak bardzo ważne? – spytała słabym głosem.
– Tak, to naprawdę bardzo ważne – odparł prezydent. – Pomoże mi pani?
W milczeniu pokiwała głową.
– Dobrze. – Poklepał ją po rękach. – Być może wspólnie uda nam się utrzymać Gene'a w formie.
– Postaram się, panie prezydencie. Spróbuję, skoro to aż tak ważne. Niczego więcej nie mogę obiecać.
– Mam do pani pełne zaufanie. – Ale na dziecko się nie zgadzam – powiedziała z uporem.
Obdarzył ją tym swoim słynnym uśmiechem, tak często uwiecznianym przez fotoreporterów.
– Mogę wypowiedzieć wojnę, mogę wysłać żołnierzy na śmierć, ale nawet jako prezydent Stanów Zjednoczonych nie mam takiej władzy, która pozwoliłaby mi zmusić kobietę do tego, żeby zaszła w ciążę.
Dana po raz pierwszy się roześmiała. Rozmawiając w cztery oczy z człowiekiem dysponującym tak ogromną władzą, miała dziwne uczucie. Władza w istocie działała na nią jak afrodyzjak i Dana była gorzko rozczarowana, że prezydent nie poszedł z nią do łóżka.
Teraz wstał i wziął ją za ramię.
– Muszę już iść. Za parę minut mam spotkanie z moimi doradcami ekonomicznymi. – Zaczął prowadzić Danę ku drzwiom, lecz nagle zatrzymał się, przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował w usta. Potem puścił ją, zajrzał głęboko w oczy i rzekł: – Jest pani bardzo ponętną kobietą, pani Seagram. Proszę o tym nie zapominać.
Odprowadził ją do windy.
Dana czekała przed halą dworca lotniczego, kiedy Seagram wysiadał z samolotu.
– Co się stało? – spytał przyglądając jej się badawczo. – Od wieków nie przyjeżdżałaś po mnie na lotnisko.
– Nagły przypływ uczucia – odparła z uśmiechem.
Seagram odebrał swój bagaż i oboje poszli na parking. Dana mocno trzymała męża pod ramię. Spotkanie z prezydentem wydawało jej się teraz odległym snem. Z trudem przypominała sobie, że inny mężczyzna uznał ją za pociągającą, a nawet pocałował.
Usiadła za kierownicą i wyjechała na autostradę. Godziny szczytu już minęły i jazda w wiejskim pejzażu Wirginii sprawiała Danie przyjemność.
– Znasz Dirka Pitta? – spytał Gene, przerywając milczenie.
– Tak. Jest u admirała Sandeckera dyrektorem do zadań specjalnych. A o co chodzi?
– Chcę się dobrać do tyłka temu sukinsynowi. Spojrzała na niego zdziwiona.
– A co ty masz z nim wspólnego?
– Zawalił mi pewną sprawę w naszym planie. Dana zacisnęła dłonie na kierownicy.
– Niełatwo dobrać mu się do tyłka – rzekła.
– Niby dlaczego?
– Pitt to cała legenda w NUMA. Jego zasługi dla agencji ustępują tylko temu, czego dokonał podczas wojny.
– No to co?
– Jest ulubieńcem admirała Sandeckera.
– Zapominasz, że mam lepsze dojście do prezydenta niż admirał Sandecker.
– Lepsze niż senator George Pitt z Kalifornii? – spytała obojętnie.
Gene spojrzał na żonę.
– To jakaś rodzina?
– Ojciec i syn.
Seagram zgarbił się i przez następne kilka kilometrów milczał z markotną miną.
Dana położyła prawą dłoń na jego kolanie. Kiedy zatrzymała samochód na czerwonym świetle, pochyliła się i pocałowała męża.
– Czego ty ode mnie chcesz? – spytał.
– Chcę cię przekupić.
– Ile mnie to będzie kosztowało? – mruknął.
– Mam świetny pomysł – oświadczyła Dana. – Najpierw pójdziemy na ten nowy film z Marlonem Brando, potem możemy zjeść superkolację z homarem w „Old Potomac Inn", a później pojedziemy do domu, zgasimy światło i…
– Zawieź mnie do biura – odparł Seagram. – Czeka mnie praca.
– Gene, proszę – błagała. – Musisz się tak forsować? Możesz to zrobić jutro.
– Nie, teraz!
Przepaść między nimi była nie do pokonania i od tej chwili wszystko miało wyglądać inaczej.
Seagram spojrzał na metalową aktówkę, leżącą na jego biurku, a potem na oficerów, którzy przed nim stali, pułkownika i kapitana.
– To na pewno to? Pułkownik skinął głową.
– Tak jest. Wyszukał i sprawdził sam dyrektor archiwum Ministerstwa Obrony, proszę pana.
– Szybko się z tym uwinęliście. Dziękuję. Pułkownik nie zdradzał ochoty do wyjścia.
– Przepraszam, ale mamy czekać i osobiście zwrócić te akta w Ministerstwie Obrony.
– Z czyjego rozkazu?
– Ministra – odparł pułkownik. – Zgodnie z polityką Ministerstwa Obrony, nad wszelkimi materiałami, zakwalifikowanymi do piątej kategorii utajnienia, należy mieć stały nadzór.
– Rozumiem – powiedział Seagram. – Czy mógłbym zapoznać się z zawartością teczki w samotności?
– Tak. Zaczekam z moim adiutantem obok, muszę jednak bardzo pana prosić, aby w tym czasie nikt ani nie wchodził do pańskiego gabinetu, ani go nie opuszczał.
Seagram skinął głową.
– W porządku. Czujcie się jak u siebie, panowie. Moja sekretarka poda wam kawę i drinki.
– Dziękujemy za uprzejmość.
– A, jeszcze jedno – powiedział Seagram, uśmiechając się blado. – Mam tu prywatną łazienkę, więc proszę się nie denerwować, jeśli na chwilę tam pójdę.
Kiedy drzwi się zamknęły, Seagram przez jakiś czas siedział bez ruchu. Ostateczne potwierdzenie pięcioletniej pracy leżało przed nim na biurku. A może nie? Może te dokumenty zaprowadzą do kolejnej tajemnicy albo, co gorsza, w ślepy zaułek? Włożył kluczyk do zamka i otworzył aktówkę. Wewnątrz znajdowały się cztery skoroszyty i niewielki notatnik. Na skoroszytach widniały następujące napisy:
CD5C 7665 1911 Raport o naukowej i finansowej wartości rzadkiego pierwiastka bizanium
CD5C 7687 1911 Korespondencja między ministrem wojny a Joshua Haysem Brewsterem w sprawie możliwości zdobycia bizanium
CD5C 7720 1911 Memorandum ministra wojny do prezydenta w sprawie funduszy na tajny plan wojskowy 371-990-R85
CD5C 8039 1912 Raport o zakończeniu dochodzenia w sprawie okoliczności zniknięcia Joshui Haysa Brewstera.
Notatnik był zatytułowany zwyczajnie: „Dziennik Joshui Haysa Brewstera".
Logika nakazywała zbadać najpierw zawartość skoroszytów, lecz Seagram wygodniej usadowił się w fotelu i otworzył dziennik.
W cztery godziny później położył go starannie na skoroszytach i nacisnął guzik z boku interkomu. Prawie natychmiast odsunęła się płyta we wnęce ściany i do gabinetu wszedł mężczyzna w białym fartuchu technika.
– Jak szybko uda się panu to wszystko skopiować? Technik przerzucił kartki notatnika i zajrzał do skoroszytów.
– Potrzebuję jakichś czterdziestu pięciu minut. Seagram skinął głową.
– Dobrze. Proszę się niezwłocznie do tego zabrać. W pokoju obok ktoś czeka na oryginały.
Kiedy płyta się zasunęła, znużony Seagram wstał i chwiejnym krokiem poszedł do łazienki. Zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. Wykrzywił twarz w dziwnym grymasie.
– O Boże, nie – jęknął. – To nie fair… to nie fair. Potem schylił się nad miską klozetową i zwymiotował.
Prezydent przywitał Seagrama i Donnera w drzwiach swojego gabinetu w Camp David.
– Przepraszam, że zaprosiłem was tutaj na siódmą rano, ale mogłem się z wami spotkać tylko o tej porze.
– Nie ma sprawy, panie prezydencie – powiedział Donner. – Jeśli o mnie chodzi, o tej porze zwykle uprawiam jogging.
Prezydent rzucił ubawione spojrzenie na korpulentną postać Donnera.
– Kto wie? Może uchroniłem pana od zawału? – rzekł i roześmiał się na widok zbolałej miny Donnera, a potem gestem zaprosił ich do gabinetu. – Wchodźcie, wchodźcie, siadajcie i czujcie się jak u siebie w domu. Zamówiłem lekkie śniadanie.
Usiedli pod ogromnym oknem, wychodzącym na marylandzkie wzgórza. Wniesiono kawę z półmiskiem słodkich bułeczek i prezydent poczęstował swych gości.
– No cóż, mam nadzieje, że tym razem przyszliście dla odmiany z dobrymi wieściami. „Plan Sycylijski" to nasza jedyna nadzieja, żeby przerwać ten wariacki wyścig zbrojeń z Rosjanami i Chińczykami – powiedział prezydent i przetarł oczy gestem znużenia. – To chyba największa głupota od początku istnienia ludzkości, szczególnie wobec tragicznego i absurdalnego faktu, że dysponujemy środkami, które pozwoliłyby nam wzajemnie się zniszczyć ponad pięć razy – dodał rozkładając bezradnie ręce. – To byłoby tyle na temat smutnej strony naszej rzeczywistości. Przypuszczam, że powiecie mi, na czym stoimy.
Trzymając w ręku kopie dokumentów z archiwum Ministerstwa Obrony, Seagram rzucił prezydentowi nad stolikiem do kawy spojrzenie zaspanych oczu.
– Pan, panie prezydencie, oczywiście ma informacje o naszych dotychczasowych postępach.
– Tak, zapoznałem się z raportami na temat waszego dochodzenia. Seagram podał prezydentowi kopię dziennika Brewstera.
– Myślę, że zainteresuje pana opis tej pasjonującej sprawy z początku dwudziestego wieku. Pierwszy wpis nosi datę ósmego lipca tysiąc dziewięćset dziesiątego roku i dotyczy wyjazdu Joshui Haysa Brewstera z gór Tajmyr w północnej Syberii, gdzie spędził dziewięć miesięcy, uruchamiając kopalnię ołowiu dla cara Rosji, w ramach kontraktu ze swoim pracodawcą, Societe des Mines de Lorraine. Dalej opisuje, jak jego statek, niewielki parowiec kabotażowy, w rejsie do Archangielska zabłądził we mgle i wszedł na mieliznę przy górnej wyspie Nowej Ziemi. Na szczęście statek to wytrzymał i rozbitkom udało się przetrwać w jego oblodzonym kadłubie do chwili, gdy w miesiąc później uratowała ich rosyjska fregata. Do tego czasu Brewster prowadził poszukiwania na wyspie. Osiemnastego dnia natknął się na jakąś dziwną skałę na stoku Biednej Góry. Jeszcze nigdy nie widział skały o takiej budowie, zabrał więc kilka jej próbek do Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie dotarł do Nowego Jorku po sześćdziesięciu dwóch dniach od wyjazdu z kopalni w Tajmyrze.
– A zatem już wiemy, jak odkryto bizanium – powiedział prezydent.
Seagram skinął głową i mówił dalej:
– Brewster przekazał swojemu pracodawcy wszystkie próbki poza jedną, którą zachował sobie po prostu na pamiątkę. Po kilku miesiącach, nie otrzymawszy żadnej wiadomości na ich temat, spytał amerykańskiego dyrektora Societe des Mines de Lorraine, co się stało z próbkami, które zebrał na Biednej Górze. W odpowiedzi usłyszał, że uznano je za bezwartościowe i wyrzucono. Wzbudziło to w Brewsterze podejrzenie, więc przekazał swoją próbkę do analizy Urzędowi Górnictwa w Waszyngtonie. Ze zdziwieniem dowiedział się, że było tam bizanium, przedtem prawie całkowicie nie znany pierwiastek.
– Czy Brewster poinformował Societe des Mines de Lorraine o miejscu znalezienia bizanium? – spytał prezydent.
– Nie. Bardzo sprytnie to załatwił, udzielając tylko mglistych wskazówek co do miejsca. Właściwie powiedział im nawet, że znajduje się ono na dolnej wyspie, wiele kilometrów na południe.
– Jaki cel miał ten wybieg?
– To normalna taktyka poszukiwaczy – odparł Donner. – Zachowując w tajemnicy rzeczywiste miejsce cennego znaleziska, odkrywca może wynegocjować wyższy procent swojego udziału w zyskach z przyszłej kopalni.
– Słusznie – mruknął prezydent. – Ale dlaczego w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku Francuzi wszystko zataili? Co takiego dostrzegli w bizanium, czego nikt inny nie zauważył przez następne siedemdziesiąt lat?
– Po pierwsze, jego podobieństwo do radu – rzekł Seagram. – Societe des Mines przekazało próbki Brewstera do Instytutu Radowego w Paryżu, gdzie naukowcy stwierdzili, że pewne własności bizanium i radu są identyczne.
– A ponieważ uzyskanie jednego grama radu kosztowało pięćdziesiąt tysięcy dolarów – wtrącił Donner – rząd francuski nagle dostrzegł szansę zachowania jedynych znanych złóż fantastycznie drogiego pierwiastka wyłącznie dla siebie.
– Tak jest, panie prezydencie. W tysiąc dziewięćset dziesiątym roku jedna uncja bizanium była warta milion czterysta tysięcy dolarów.
Prezydent podniósł się wolno i spojrzał w okno.
– Co dalej zrobił Brewster?
– Przekazał tę informację Ministerstwu Wojny – odparł Seagram. Wyjął i otworzył skoroszyt z dokumentami w sprawie funduszy na tajny plan wojskowy 371-990-R85. – Gdyby chłopcy z CIA poznali całą tę historię, to byliby dumni ze swych poprzedników. Kiedy generałowie z dawnego wywiadu wojskowego zorientowali się, czym dysponuje Brewster, postanowili przechytrzyć Francuzów, wykręcając im największy numer stulecia. Kazano Brewsterowi poinformować Societe des Mines, że zna skład próbek skały, i tak ich skołować, by sobie pomyśleli, że chce założyć syndykat i wydobywać bizanium na własną rękę. Miał żabojadów w garści i oni o tym wiedzieli, zdążyli już bowiem ustalić, że dane dotyczące lokalizacji złoża były fałszywe. Bez Brewstera nie zdobyliby bizanium. To takie proste. Nie mieli innego wyjścia, jak tylko mianować go naczelnym inżynierem i dopuścić do udziału w zyskach.
– A dlaczego nasz rząd sam się tym nie zajął? – spytał prezydent. – Dlaczego pozwolił zrobić to Francuzom?
– Z dwóch powodów – odpowiedział Seagram. – Po pierwsze, bizanium znajdowało się na terytorium innego państwa, a więc kopalnia musiałaby działać w sekrecie. Gdyby Rosjanie złapali górników, wtedy wszystko spadłoby na Francuzów, a nie Amerykanów. Po drugie, w tamtych czasach Kongres żałował pieniędzy dla wojska. Po prostu brakowało funduszów na takie przedsięwzięcie w Arktyce, bez względu na potencjalne zyski.
– Coś mi się wydaje, że Francuzi grali znaczonymi kartami.
– Obie strony to robiły, panie prezydencie. Nie ma żadnych wątpliwości, że Brewster zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że kiedy już uruchomi kopalnię i zacznie dostarczać rudę, to wówczas on i jego ludzie zostaną zabici przez płatnych morderców, wynajętych przez Societe des Mines. Przecież to jasno wynikało z faktu, że Francuzi tak fanatycznie upierali się przy zachowaniu wszystkiego w tajemnicy. I jeszcze jeden drobny szczegół. To właśnie oni, a nie Brewster, wykombinowali tę katastrofę w kopalni „Little Angel".
– Musi pan przyznać, że wszystko rozegrali po mistrzowsku – rzekł Donner. – Ta mistyfikacja w „Little Angel" pozwalała im później bezkarnie zabić Brewstera i wszystkich jego ludzi. W każdym razie, któż mógłby kogokolwiek oskarżyć o zamordowanie dziewięciu górników w Arktyce, skoro podano do publicznej wiadomości, że zginęli w katastrofie w Kolorado pół roku wcześniej?
– Prawie na pewno możemy założyć, że Societe des Mines wysłało naszych bohaterów do Nowego Jorku wynajętą salonką – ciągnął Seagram. – Atlantyk przepłynęli prawdopodobnie pod przybranymi nazwiskami na pokładzie jakiegoś francuskiego statku.
– Chciałbym, żebyście panowie wyjaśnili mi pewną sprawę – powiedział prezydent. – Czytając wasz raport zauważyłem, że według Donnera sprzęt górniczy, który znaleziono na Nowej Ziemi, został zamówiony za pośrednictwem rządu amerykańskiego. Coś mi tu nie pasuje.
– To kolejny wybieg Francuzów – odparł Seagram. – Również z dokumentów Jensena i Thora wynika, że sprzęt wiertniczy opłacono czekiem wystawionym przez bank w Waszyngtonie. Okazuje się, że konto, z którego dokonano wypłaty, należało do ambasadora Francji. To po prostu jeszcze jeden fortel dla zamaskowania prawdziwej operacji.
– Wykorzystywali każdą okazję, prawda? Seagram skinął głową.
– Wszystko dobrze sobie zaplanowali, ale przy całej swojej przebiegłości nawet nie przypuszczali, że mogą zostać wyprowadzeni w pole.
– Dotarli aż do Paryża, a co potem? – dopytywał się prezydent.
– Spędzili dwa tygodnie w biurze Societe, zamawiając zaopatrzenie i dokonując ostatnich przygotowań. Kiedy wszystko było już gotowe, wówczas wsiedli na francuski statek w Hawrze i wypłynęli na kanał La Manche. Dwanaście dni statek przebijał się przez krę lodową na Morzu Barentsa, zanim w końcu rzucił kotwicę przy Nowej Ziemi. Kiedy ludzi i sprzęt bezpiecznie przetransportowano na ląd, Brewster zaczął realizować tajny plan wojskowy i kazał kapitanowi statku zaopatrzeniowego wrócić po rudę nie wcześniej niż w pierwszym tygodniu czerwca, to znaczy za niespełna siedem miesięcy.
– A plan był taki, że górnicy wraz z bizanium mieli zniknąć na długo przed powrotem statku Societe des Mines.
– Właśnie. Wykonali go dwa miesiące wcześniej. Tylko pięć miesięcy zajęło im wyrwanie cennego pierwiastka z wnętrza pokrytej lodem góry. Była to harówka ponad ludzkie siły. Wiercili i wysadzali litą granitową skałę w temperaturze kilkunastu stopni poniżej zera, przy silnym lodowatym wietrze. Za pobyt tam ludzie płacili straszną cenę. Jake Hobart zabłądził w czasie zamieci śnieżnej i zamarzł na śmierć, a pozostałym nieznośnie doskwierało przemęczenie i mróz. Według słów samego Brewstera „był to lodowy czyściec, niewart nawet splunięcia".
– To cud, że wszyscy nie zginęli – rzekł prezydent.
– Tylko tacy twardzi ludzie jak oni mogli to przeżyć – powiedział Seagram. – W końcu dopięli swego. Wydarli ziemi najrzadszy minerał w świecie i nikt nie odkrył ich obecności na tym pustkowiu. Była to wzorowa operacja, przeprowadzona niepostrzeżenie i wymagająca najwyższych umiejętności inżynierskich.
– A więc, opuścili wyspę, zabierając rudę ze sobą?
– Tak, panie prezydencie – odparł Seagram, kiwając głową. – Ukryli hałdę wraz z torami kolejki do przewożenia rudy i zamaskowali wejście do kopalni. Potem przenieśli rudę na brzeg, skąd załadowali ją na niewielki trzymasztowy parowiec, wysłany przez Ministerstwo Wojny rzekomo na ekspedycję polarną. Statkiem dowodził porucznik Pratt z Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych.
– Ile rudy zabrali?
– Według szacunków Sida Koplina było tego około pół tony wysokoprocentowej rudy.
– A po przeróbce?
– Jakieś pięćset uncji.
– A zatem więcej, niż potrzebujemy do realizacji „Planu Sycylijskiego" – stwierdził prezydent.
– Więcej, niż potrzebujemy – potwierdził Donner.
– Udało im się dotrzeć do Stanów Zjednoczonych?
– Nie, panie prezydencie. Francuzi jakoś zorientowali się w ich grze i cierpliwie czekali, aż Amerykanie skończą brudną i niebezpieczną robotę, żeby w odpowiednim momencie wkroczyć na scenę i przechwycić łup. Kilka mil od południowych wybrzeży Norwegii, zanim porucznik Pratt położył statek na kursie do Nowego Jorku, nasi rodacy zostali zaatakowani przez jakiś tajemniczy parowy kuter bez bandery.
– Nie ma bandery, nie ma międzynarodowego skandalu – powiedział prezydent. – Francuzi przygotowali się na każdą okoliczność.
Seagram się uśmiechnął.
– Ale nie tym razem, panie prezydencie. Oszukali się i nie zdobyli statku. Jak większość Europejczyków, nie docenili starej jankeskiej pomysłowości; nasze Ministerstwo Wojny też przygotowało się na każdą ewentualność. Nim Francuzi zdążyli po raz trzeci wystrzelić do amerykańskiego statku, załoga porucznika Pratta błyskawicznie rozebrała fałszywą nadbudówkę i odpowiedziała ogniem ukrytego tam pięciocalowego działa.
– I bardzo dobrze – skomentował prezydent. – Teddy Roosevelt wykrzyknąłby: „Brawo!"
– Bitwa trwała prawie do zmierzchu – ciągnął Seagram. – Prattowi udało się trafić w kocioł Francuza i kuter stanął w płomieniach. Statkowi amerykańskiemu też się dostało, zaczął brać wodę. Jeden członek załogi Pratta był zabity, a czterech ciężko rannych. Po naradzie Brewster i Pratt postanowili skierować się do najbliższego zaprzyjaźnionego portu, zostawić rannych na lądzie i stamtąd wysłać rudę do Stanów. O świcie minęli falochron szkockiego portu Aberdeen.
– Dlaczego po prostu nie przeładowali rudy na jakiś amerykański okręt wojenny? Chyba tak byłoby bezpieczniej, niż wysyłać ją statkiem handlowym?
– Trudno powiedzieć – odparł Seagram. – Najwyraźniej Brewster obawiał się, że Francuzi mogliby kanałami dyplomatycznymi zażądać zwrotu rudy, a tym samym zmusić Amerykanów, by się przyznali do kradzieży i zrezygnowali z bizanium. Dopóki miał je Brewster, dopóty nasz rząd mógł udawać, że nie ma pojęcia o całej aferze.
Prezydent pokręcił głową.
– Ten Brewster to musiał być kawał faceta.
– Dziwne, ale miał niespełna metr sześćdziesiąt wzrostu – rzekł Donner.
– Mimo to wspaniały człowiek. Trzeba być wielkim patriotą, żeby przejść przez takie piekło, nie kierując się osobistym interesem. Pragnęłoby się, żeby Bóg pozwolił mu bezpiecznie wrócić do kraju.
– To smutne, ale jego odyseja jeszcze się nie skończyła. – Seagramowi zaczęły drżeć dłonie. – Francuski konsulat w tym porcie wyszpiegował górników z Kolorado. Pewnej nocy, zanim zdążyli przeładować bizanium na ciężarówkę, w ciemnościach znienacka zaatakowali ich na nabrzeżu francuscy agenci. Nie padł ani jeden strzał. W robocie były wyłącznie pięści, noże i pałki. Dla twardych robotników z Cripple Creek, Leadville i Fairplay bijatyka to nie nowina. Odpłacili pięknym za nadobne, wrzucając sześciu ludzi do basenu portowego, a reszta napastników rozpłynęła się w mroku. Był to jednak zaledwie początek. Górnicy mieli wrażenie, że są atakowani na każdym skrzyżowaniu dróg, w każdej miejscowości, na każdym rogu ulicy, zza każdego drzewa i w każdym wejściu. Te pirackie napady trwały bez przerwy, znacząc trasę nieustannej ucieczki przez Wielką Brytanię krwią trupów i rannych. Bójki przybrały charakter wojny na wyczerpanie; ludzie z Kolorado mieli przeciwko sobie potężną organizację, rzucającą do walki pięciu nowych napastników na miejsce każdych dwóch, których wyeliminowali. Taktyka ta zaczęła przynosić efekty. John Caldwell, Alvin Coulter i Thomas Price zginęli pod Glasgow. Charlesa Widneya zabili w Newcastle, Waltera Schmidta niedaleko Staffordu, a wamera O'Deminga w Birmingham. Górników było coraz mniej, a ich krew krzepła na brukach ulic daleko od kraju. Przeżyli tylko Vernon Hall i Joshua Hays Brewster, którym udało się dowieźć bizanium do portu oceanicznego w Southampton. Prezydent gryzł wargi i zaciskał pięści.
– I wtedy Francuzi wygrali…?
– Nie, panie prezydencie. Francuzi nigdy nawet nie dotknęli bizanium – powiedział Seagram i wziął do ręki dziennik Brewstera, otwierając go na końcu. – Przeczytam panu ostatni wpis. Nosi datę dziesiątego kwietnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku.
Teraz czeka mnie tylko pochwalna mowa pogrzebowa, bo jestem prawie martwy. Dzięki Bogu, owa cenna ruda, którą z taką desperacją wydzieraliśmy z wnętrza tej przeklętej góry, leży bezpiecznie pod pokładem statku. Zostanie tylko Vernon, by opowiedzieć tę historię, gdyż ja za godzinę odpływam do Nowego Jorku wielkim parowcem linii „White Star". Wiedząc, że ruda jest zabezpieczona, zostawiam ten dziennik pod opieką Jamesa Rodgersa, zastępcy konsula Stanów Zjednoczonych w Southampton, który dopilnuje, by dotarł do odpowiednich władz w wypadku, gdybym ja również zginął. Niech Bóg da wieczne odpoczywanie tym, którzy odeszli przede mną. Jakże chciałbym wrócić do Southby.
W gabinecie zapadła martwa cisza. Prezydent odwrócił się od okna i na powrót usiadł w fotelu. Przez chwilę nie mówił nic, a potem spytał:
– Czy to znaczy, że bizanium znajduje się w Stanach Zjednoczonych. Czy to możliwe, że Brewster…
– Obawiam się, że nie, panie prezydencie – półgłosem odparł Seagram z pobladłą twarzą i czołem pokrytym kropelkami potu.
– Proszę jaśniej! – powiedział prezydent. Seagram wziął głęboki oddech.
– Ponieważ, panie prezydencie, jedynym parowcem linii „White Star", który wypłynął z Southampton dziesiątego kwietnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku, był „Titanic".
– „Titanic"! – powtórzył zaskoczony prezydent. Nagle wszystko zrozumiał. – Zgadza się – rzekł bezbarwnym głosem. – To by wyjaśniało, dlaczego na tyle lat wszelki słuch o bizanium zaginął.
– Los okrutnie się obszedł z górnikami z Kolorado – wymamrotał Donner. – Przelewali krew i ginęli tylko po to, by wysłać rudę statkiem, który miał zatonąć na środku oceanu.
Ponownie zapadła cisza, jeszcze głębsza niż poprzednio.
Prezydent siedział z twarzą szarą jak popiół.
– I co teraz zrobimy, panowie?
Chyba przez dziesięć sekund żaden z nich nie zareagował, dopiero potem Seagram niepewnie wstał i spojrzał na prezydenta. Napięcie ostatnich dni oraz ból porażki wycisnęły na nim swoje piętno. Nie mieli innego wyjścia ani żadnego wyboru – musieli wszystko doprowadzić do końca. Seagram chrząknął.
– Podnieśmy „Titanica" – wybąkał.
Prezydent i Donner spojrzeli na niego, unosząc głowy.
– Na Boga, tak! – rzekł Seagram głosem, który nagle stał się twardy i zdecydowany. – Trzeba wydobyć „Titanica"!