Część IV. „Titanic”

Maj 1988 roku

37.

Sekretarz Generalny KPZR, Georgij Antonow, z namaszczeniem zapalił fajkę i przyjrzał się osobom siedzącym dokoła długiego mahoniowego stołu konferencyjnego.

Z prawej strony miał admirała Borysa Słojuka, szefa wywiadu sowieckiej marynarki wojennej, i jego asystenta, kapitana Prewłowa. Naprzeciw nich siedzieli Władimir Polewoj, dyrektor wydziału KGB, który zajmował się tajemnicami obcych mocarstw, oraz Wasilij Tilewicz, marszałek Związku Radzieckiego i główny szef bezpieczeństwa.

Antonow z miejsca przystąpił do rzeczy.

Otóż wydaje się, że Amerykanie są zdecydowani wydobyć „Titanica" na powierzchnię – powiedział i zajrzał do leżących przed nim dokumentów. – Wygląda to na duże przedsięwzięcie. Dwa statki zaopatrzeniowe, trzy pomocnicze, cztery głębinowe. – Popatrzył na admirała Słojuka i Prewłowa. – Czy mamy w tym rejonie jakiegoś obserwatora?

Prewłow skinął głową.

– Oceanograficzny statek badawczy „Michaił Kurkow" pod komendą kapitana Iwana Parotkina krąży po tym obszarze.

– Towarzysza Parotkina znam osobiście – dodał Słojuk. – To dobry marynarz.

– Skoro Amerykanie wydają setki milionów dolarów na wydobycie siedemdziesięciosześcioletniej kupy złomu, to muszą mieć jakiś ważny powód – powiedział Antonow.

– Jest powód – odparł admirał Słojuk poważnym tonem. – Powód, który zagraża istocie naszego bezpieczeństwa. – Skinął na Prewłowa i kapitan zaczął rozdawać czerwone teczki z napisem „Plan Sycylijski" osobom siedzącym po drugiej stronie stołu, pierwszą wręczając Antonowowi. – Dlatego właśnie poprosiłem was o to spotkanie. Moi ludzie zdobyli ogólny zarys przygotowywanego przez Amerykanów nowego tajnego systemu obrony. Myślę, że uznacie go za szokujący, jeśli nie przerażający.

Wszyscy, łącznie z Antonowem, otworzyli teczki i zaczęli czytać. Przez jakieś pięć minut sekretarz generalny był zajęty lekturą, od czasu do czasu spoglądając na Słojuka. Twarz Anionowa odzwierciedlała jego kolejne reakcje, począwszy od profesjonalnego zainteresowania, poprzez szczere zakłopotanie i zdumienie, a skończywszy na całkowitym zaszokowaniu.

– To niewiarygodne, towarzyszu admirale, absolutnie niewiarygodne.

– Czy taki system obrony jest możliwy? – spytał marszałek Tilewicz.

– To samo pytanie zadałem pięciu spośród naszych najwybitniejszych naukowców. Wszyscy byli zgodni co do tego, że teoretycznie taki system jest możliwy, ale pod warunkiem posiadania dostatecznie silnego źródła energii.

– A wy sądzicie, że to źródło znajduje się w ładowniach „Titanica"? – zapytał Tilewicz.

– Jesteśmy tego pewni, towarzyszu marszałku. Jak wspomniałem w raporcie, istotnym elementem, niezbędnym do realizacji „Planu Sycylijskiego", jest mało znany pierwiastek pod nazwą bizanium. Wiemy, że siedemdziesiąt sześć lat temu Amerykanie wykradli z rosyjskiej ziemi całe światowe zasoby tego pierwiastka. Na szczęście dla nas mieli pecha… wysłali go statkiem, który zatonął.

Antonow z niedowierzaniem kręcił głową.

– Jeżeli to, co twierdzicie w swoim raporcie, jest prawdą, Amerykanie mają możliwość strącania naszych rakiet międzykontynentalnych z taką samą łatwością, z jaką pastuch kóz odgania muchy.

Słojuk z powagą pokiwał głową.

– Obawiam się, że to przerażająca prawda. Skonsternowany Polewoj z podejrzliwą miną pochylił się nad stołem.

– Twierdzicie tu, że waszym informatorem jest wysoko postawiony pracownik ministerstwa obrony Stanów Zjednoczonych.

– Zgadza się – odparł Prewłow, z szacunkiem skłoniwszy głowę. – Rozczarował się do rządu amerykańskiego z powodu afery Watergate i od tego czasu przysyła mi wszelkie materiały, które uważa za istotne.

Antonow świdrującym wzrokiem spojrzał na Prewłowa.

– Myślicie, że oni zdołają to zrobić, kapitanie Prewłow?

– Wydobyć „Titanica"?

Antonow potwierdził skinieniem głowy.

Prewłow wytrzymał jego spojrzenie.

– Proszę sobie przypomnieć, jak w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku Centralna Agencja Wywiadowcza z powodzeniem przeprowadziła próbę wydobycia naszego atomowego okrętu podwodnego z głębokości ponad pięciu kilometrów w pobliżu Hawajów… chyba CIA nazwała to „Operacją Jennifer"… ja nie mam prawie żadnych wątpliwości, że Amerykanie dysponują technicznymi możliwościami doprowadzenia „Titanica" do portu nowojorskiego. Tak, towarzyszu Antonow, jestem głęboko przekonany, że to zrobią.

– Nie podzielam waszej opinii – rzekł Polewoj. – Statek wielkości „Titanica" to nie to samo, co okręt podwodny.

– Ja bym poparł kapitana Prewłowa – odezwał się Słojuk. – Amerykanie mają denerwujący zwyczaj realizowania tego, co sobie założą.

– A ten „Plan Sycylijski"? – Polewoj nie dawał za wygraną. – Poza kryptonimem KGB nie otrzymało żadnych szczegółowych danych na ten temat. Skąd wiecie, czy Amerykanie nie wymyślili sobie tego planu, żeby blefować w czasie negocjacji w sprawie ograniczenia zbrojeń nuklearnych?

Antonow postukał kostkami dłoni w blat stołu.

– Amerykanie nie blefują. Towarzysz Chruszczow stwierdził to dwadzieścia pięć lat temu w czasie kryzysu kubańskiego. Nie wolno nam lekceważyć nawet najmniejszej możliwości, że uruchomią ten system, gdy tylko wydobędą bizanium z ładowni „Titanica". – Przerwał i przez chwilę ssał ustnik fajki. – Proponuję, żebyśmy się teraz zastanowili, w jaki sposób temu zaradzić.

Polewoj popukał palcami w teczkę z raportem o „Planie Sycylijskim".

– Tylko sabotaż. Musimy uniemożliwić im przeprowadzenie operacji wydobycia statku. Nie ma innego wyjścia.

– Nie wolno nam wywołać incydentu o międzynarodowych reperkusjach – zdecydowanym tonem oświadczył Antonow. – Nie ma mowy o otwartej akcji militarnej. Nie chcę pogorszenia stosunków radziecko-amerykańskich w kolejnym roku złych zbiorów. Zrozumiano?

– Nie możemy nic zrobić, dopóki nie przenikniemy na teren operacji – upierał się Tilewicz.

Polewoj spojrzał przez stół na Słojuka.

– Jakie kroki podjęli Amerykanie w celu zabezpieczenia operacji?

– Krążownik atomowy „Junona", uzbrojony w wyrzutnię pocisków kierowanych, przez całą dobę patroluje ten obszar w zasięgu wzroku od statków ratowniczych.

– Czy mogę zabrać głos? – spytał Prewłow niemal uniżonym tonem. Nie czekał na odpowiedź. – Należy uwzględnić fakt, towarzysze, że już tam przeniknęliśmy.

Antonow podniósł wzrok.

– Proszę jaśniej, kapitanie.

Prewłow spojrzał w bok na swojego przełożonego. Admirał Słojuk przyzwolił lekkim skinieniem głowy.

– W załodze NUMA prowadzącej prace wydobywcze mamy dwóch zakonspirowanych funkcjonariuszy – wyjaśnił Prewłow. – To niezwykle utalentowany zespół. Od dwóch lat przekazuje nam ważne dane oceanograficzne zbierane przez Amerykanów.

– Bardzo dobrze. Wasi ludzie świetnie się spisują, Słojuk – rzekł Antonow, lecz w jego głosie nie było ciepła. Ponownie spojrzał na Prewłowa. – Sugerujecie, kapitanie, że wymyśliliście jakiś plan?

– Tak, towarzyszu, wymyśliłem.


Kiedy Prewłow wszedł do swojego gabinetu, za jego biurkiem w niedbałej pozie siedział Marganin, w którego zachowaniu zaszła pewna zmiana. Już nie wyglądał na zwykłego podlizującego się asystenta, z którym kapitan się rozstał przed zaledwie kilkoma godzinami. Był jakby bardziej śmiały, okazywał więcej pewności siebie. Widziało się to w jego wzroku. Tymi oczami, dotychczas o niepewnym spojrzeniu, patrzył człowiek, który wie, czego chce.

– Jak tam konferencja, kapitanie? – spytał nie podnosząc się z fotela.

– Chyba mogę śmiało powiedzieć, że wkrótce nadejdzie taki dzień, kiedy będziecie tytułowali mnie admirałem.

– Muszę przyznać, że wasz płodny umysł ustępuje tylko waszej zarozumiałości.

Uwaga ta zaskoczyła Prewłowa. Twarz mu pobladła z ledwie hamowanego gniewu, a kiedy zaczął mówić, nie trzeba było mieć wyjątkowo wrażliwego słuchu czy bujnej wyobraźni, by w tonie jego głosu wyczuć wściekłość:

– Ośmielacie się mnie obrażać?!

– No pewnie. Bez wątpienia dopuściliście się oszustwa wobec towarzysza Antenowa, dając mu do zrozumienia, że to wasz geniusz wykrył cel „Planu Sycylijskiego" i wydobycia „Titanica", podczas gdy w rzeczywistości to mój informator przekazał tę wiadomość. I najprawdopodobniej powiedzieliście im o swoim cudownym planie wyrwania bizanium z rąk Amerykanów. Krótko mówiąc, Prewłow, nie jesteście niczym więcej, jak tylko pozbawionym talentu złodziejem.

– Dość tego! – powiedział Prewłow lodowatym tonem, wyciągając palec w stronę Marganina. Nagle zesztywniał i całkowicie się opanował. Znów stał się ostrożny i układny jak prawdziwy zawodowiec. – Oj, sparzycie się kiedyś na tej swojej niesubordynacji, Marganin – powiedział. – Już ja się o to postaram, żebyście tysiące razy tego pożałowali jeszcze przed końcem tego miesiąca.

Marganin nic nie odrzekł. Na jego ustach pojawił się tylko lodowaty uśmiech.

38.

– No i skończyła się tajemnica – powiedział Seagram, rzucając Sandeckerowi gazetę na biurko. – To dzisiejsza gazeta poranna. Kupiłem ją niecałe piętnaście minut temu.

Sandecker odwrócił ją i spojrzał na pierwszą stronę. Nie musiał patrzeć dalej – wszystko znajdowało się na pierwszej kolumnie.

– „NUMA wydobywa»Titanica«" – przeczytał na głos. – No cóż, przynajmniej nie musimy już chodzić na paluszkach. „Kosztowna próba wydobycia pechowego liniowca." Trzeba przyznać, że to się nieźle czyta. „Z dobrze poinformowanych źródeł dowiedzieliśmy się dzisiaj, że Narodowa Agencja Badań Morskich i Podwodnych prowadzi szeroko zakrojone prace nad próbą wydobycia»Titanica«, który wpadł na górę lodową i zatonął na środkowym Atlantyku piętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku, co pociągnęło za sobą śmierć ponad półtora tysiąca osób. To ogromne przedsięwzięcie otwiera nową erę w wydobywaniu statków z dużych głębokości i stanowi bezprecedensową próbę w historii poszukiwania skarbów."

– Kosztowne polowanie na skarb – powiedział Seagram pochmurniejąc. – Prezydent będzie tym zachwycony.

– Dają nawet moje zdjęcie – rzekł Sandecker. – Nie jestem na nim zbyt do siebie podobny. Pewnie wzięli je z archiwum, bo chyba jest sprzed pięciu, sześciu lat.

– Wybrali sobie najgorszy moment – stwierdził Seagram. – Gdyby tak za trzy tygodnie… Pitt powiedział, że za trzy tygodnie spróbuje go podnieść.

– Niech pan nie mówi hop. Pitt i jego ludzie pracują nad tym od dziewięciu miesięcy. Dziewięć ciężkich miesięcy zmagań z zimowymi sztormami, których Atlantyk im nie szczędził, borykania się z niepowodzeniami i pokonywania trudności technicznych, jakie się pojawiały. To zakrawa na cud, że aż tyle dokonali w tak krótkim czasie. A jeszcze mnóstwo rzeczy może nie wyjść. Niewykluczone, że w kadłubie są niewidoczne pęknięcia i rozwali się w czasie podnoszenia z dna albo że jest za bardzo przyssany do mułu i w ogóle nigdy nie da się oderwać. Na pańskim miejscu nie byłbym tak zadowolony, dopóki na własne oczy bym nie zobaczył, jak „Titanic" na holu mija Statuę Wolności.

Seagram wyglądał na urażonego. Widząc jego minę, admirał uśmiechnął się szeroko i poczęstował go cygarem. Odmówił.

– Ale równie dobrze może wypłynąć na powierzchnię jak po maśle – odezwał się Sandecker pocieszająco.

– Właśnie. Co mi się najbardziej w panu podoba, admirale, to ten umiarkowany optymizm.

– Lubię być przygotowany na rozczarowanie. Wówczas łatwiej je znieść.

Seagram nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę milczał. W końcu się odezwał:

– A więc będziemy się martwić o „Titanica" we właściwym czasie. Wciąż jednak mamy do rozważenia problem prasy. Jak sobie z nim poradzimy?

– Nic prostszego – beztrosko powiedział Sandecker. – Zrobimy to, co robi każdy normalny polityk, kiedy żądni sensacji dziennikarze ujawniają jego nieczyste sprawki.

– To znaczył – spytał Seagram znużonym głosem.

– Zorganizujemy konferencję prasową.

– Ależ to szaleństwo. Kiedy Kongres i podatnicy się dowiedzą, że wywaliliśmy na to ponad trzy czwarte miliarda dolarów, wówczas zatańczą z nami jak tornado w Kansas.

– Trzeba więc udawać wariata i do publicznej wiadomości podać tylko połowę kosztów wydobycia. Kto się w tym połapie? Nie sposób wykryć prawdziwych danych.

– W dalszym ciągu to mi się nie podoba – rzekł Seagram. – Ci waszyngtońscy dziennikarze są mistrzami od zadawania podchwytliwych pytań w czasie konferencji prasowych. Rozpracują pana jak amen w pacierzu.

– Nie miałem na myśli siebie – powoli odparł Sandecker.

– No to kogo? Z pewnością nie mnie. Jestem nic nie znaczącym człowiekiem, który oficjalnie nie ma z tym nic wspólnego. Chyba pan nie zapomniał?

– Myślałem o kimś innym. O kimś, kto się nie orientuje w naszych zakulisowych matactwach, kto jest autorytetem w sprawach zatopionych statków i kogo prasa będzie traktowała z największym szacunkiem i kurtuazją.

– A skąd pan weźmie taki wzór doskonałości?

– Szalenie się cieszę, że pan użył tego określenia – chytrze powiedział Sandecker. – Widzi pan, myślałem o pańskiej żonie.

39.

Dana Seagram stała za pulpitem w pozie znamionującej pewność siebie i zręcznie odpowiadała na pytania zadawane jej przez ponad osiemdziesięciu dziennikarzy, siedzących w audytorium centrali NUMA. Nieustannie się uśmiechała jak zadowolona z siebie kobieta, która wie, że jest akceptowana. Miała na sobie spódnicę z jednego kawałka materiału i sweter z głębokim dekoltem w serek, z wykwintnym akcentem w postaci niewielkiego naszyjnika z mahoniu. Fakt, że była wysoka, pociągająca i elegancka, z punktu dawał jej przewagę nad dziennikarzami, którzy sprawiali wrażenie inkwizytorów.

Z lewej strony sali wstała jakaś siwowłosa kobieta i pomachała ręką.

– Mogę, doktor Seagram? Dana z wdziękiem skinęła głową.

– Proszę pani, czytelnicy mojej gazety, „Chicago Daily", pragnęliby się dowiedzieć, dlaczego rząd wydaje miliony na wydobycie starego, zardzewiałego wraku. Czy nie lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na coś innego, powiedzmy na opiekę społeczną czy na tak bardzo potrzebne dofinansowanie miast?

– Z przyjemnością to pani wyjaśnię – odpowiedziała Dana. – Zacznę od tego, że wydobycie „Titanica" nie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Budżet operacji opiewa na dwieście dziewięćdziesiąt milionów dolarów, a naszym dotychczasowym wydatkom jeszcze daleko do tej sumy. Sporo nam brakuje do wykonania planu.

– Czy nie uważa pani, że to mnóstwo pieniędzy?

– Nie, jeżeli się uwzględni ewentualne zyski. Widzi pani, „Titanic" jest najprawdziwszym magazynem skarbów. Szacunkowo ich wartość oblicza się na przeszło trzysta milionów dolarów. Na jego pokładzie w dalszym ciągu znajduje się mnóstwo kosztowności pasażerów, w samych tylko kabinach luksusowych ich wartość ocenia się na ćwierć miliona dolarów. Następnie wyposażenie statku, meble i cenne ozdoby, z których część mogła się zachować. Każdy kolekcjoner z przyjemnością zapłaciłby od pięciuset do tysiąca dolarów za porcelanową filiżankę czy kryształowy kielich z zastawy w jadalni pierwszej klasy. Nie, proszę państwa, akurat w tym szczególnym wypadku przedsięwzięcie rządowe nie jest, przepraszam za wyrażenie, okradaniem podatnika. Będziemy mieli zyski w dolarach i zyski w historycznej wartości przedmiotów z minionej epoki, nie mówiąc już o ogromnym bogactwie cennych danych dla potrzeb nauki i techniki morskiej.

– Czy można, doktor Seagram? – spytał z końca sali wysoki mężczyzna o ściągniętej twarzy. – Nie mieliśmy czasu na zapoznanie się z informacjami dla prasy, które pani wcześniej rozdała, a więc czy moglibyśmy prosić o podanie szczegółów technicznych operacji?

– Cieszę się, że pan o to zapytał – odpowiedziała Dana i uśmiechnęła się. – Naprawdę, bo pańskie pytanie daje mi okazję do zaprezentowania państwu kilku przezroczy, które powinny wyjaśnić wiele tajemnic tego przedsięwzięcia. – Zwróciła się w stronę kulis: – Proszę zgasić światło.

Światła przygasły i na ekranie, zawieszonym wysoko za pulpitem, ukazało się pierwsze przezrocze.

– Zacznę od zestawu ponad osiemdziesięciu stykówek, przedstawiających „Titanica" na dnie morza. Na szczęście statek osiadł równo, z lekkim przechyłem na lewą burtę, co zapewnia dogodny dostęp podczas uszczelniania stumetrowego rozdarcia, które jest wynikiem kolizji z górą lodową.

– Czy możliwe jest uszczelnienie rozdarcia o takich rozmiarach na tak ogromnej głębokości?

Ukazało się następne przezrocze, przedstawiające mężczyznę trzymającego coś, co przypominało dużą kroplę płynnego plastyku.

– W odpowiedzi na to pytanie – rzekła Dana – doktor Amos Stanford demonstruje opracowaną przez siebie substancję pod nazwą hydrostal. Jak sama nazwa wskazuje, hydrostal jest substancją półpłynną, która w ciągu dziewięćdziesięciu sekund od zetknięcia z wodą osiąga twardość stali, przylegając do metalu, jakby była przyspawana.

Informacja ta wywołała falę szeptów, która ogarnęła całą salę.

– W strategicznych punktach wokół wraku rozmieszczono kuliste zbiorniki aluminiowe o średnicy trzech metrów wypełnione hydrostalem – ciągnęła Dana. – Są one tak skonstruowane, że batyskaf może połączyć się z każdym zbiornikiem, podobnie jak prom kosmiczny z laboratorium orbitalnym, a następnie podpłynąć z nim do miejsca pracy, gdzie członkowie załogi wypuszczają hydrostal za pomocą specjalnej dyszy, która pozwala na dokładne celowanie.

– W jaki sposób wypompowuje się hydrostal ze zbiornika?

– Żeby to zilustrować, użyję następnego porównania: duże ciśnienie, panujące na takiej głębokości, wypycha substancję uszczelniającą z aluminiowego zbiornika poprzez dyszę do otworu, który ma być zaślepiony, co bardzo przypomina wyciskanie pasty do zębów z tubki.

Dana gestem poprosiła o kolejne przezrocze.

– Tutaj widzimy rysunek oceanu w przekroju, przedstawiający statki pomocnicze na powierzchni oraz batyskafy skupione wokół wraku na dnie. W operacji biorą udział cztery załogowe pojazdy podwodne. „Safona I", którą państwo zapewne pamiętają z wyprawy z prądem Lorelei, aktualnie łata uszkodzenia kadłuba w prawej burcie, spowodowane przez górę lodową, a także na dziobie, w miejscach zniszczonych przez wypadające kotły „Titanica". Jej młodsza i nowocześniejsza siostra, „Safona II", uszczelnia mniejsze otwory, takie jak nawiewniki, drzwi oraz iluminatory. Batyskaf marynarki wojennej „Ślimak Morski" odcina zbędne elementy: maszty, osprzęt i ostatni komin, który przewrócił się na pokład łodziowy od strony rufy. Wreszcie „Sonda Głębinowa", batyskaf należący do spółki naftowej „Uranus", instaluje zawory bezpieczeństwa w kadłubie i nadbudówkach „Titanica".

– Czy nie zechciałaby pani wyjaśnić, w jakim celu instaluje się te zawory?

– Oczywiście – odparła Dana. – Kiedy kadłub zacznie wznosić się ku powierzchni, powietrze wpompowane do jego wnętrza będzie się rozprężało wraz ze spadkiem ciśnienia wody morskiej na zewnątrz. Gdyby stopniowo nie zmniejszano ciśnienia we wnętrzu kadłuba, powietrze prawdopodobnie rozsadziłoby „Titanica", rozrywając go na kawałki. I właśnie te zawory są po to, żeby zapobiec takiej katastrofalnej ewentualności.

– A zatem do podniesienia wraku NUMA zamierza wykorzystać sprężone powietrze?

– Tak. Na statku pomocniczym „Koziorożec" znajdują się dwa kompresory o wydajności pozwalającej wypchnąć z kadłuba „Titanica" dostateczną ilość wody, by go podnieść.

– Doktor Seagram – odezwał się jakiś głos. – Reprezentuję "Science Today" i przypadkowo wiem, że ciśnienie wody tam, gdzie leży „Titanic", przekracza czterysta atmosfer. Wiem również, że największe sprężarki mają wydajność, która pozwala osiągnąć ciśnienie o wartości niespełna trzystu atmosfer. Jak państwo zamierzają pokonać tę trudność?

– Główna jednostka na pokładzie „Koziorożca" pompuje powietrze z powierzchni rurą o wzmocnionych ściankach do sprężarki pomocniczej, która znajduje się wewnątrz wraku. Owa sprężarka pomocnicza wyglądem przypomina gwiaździsty silnik samolotowy, w którym cylindry rozchodzą się promieniście od centralnej osi. Również tutaj wykorzystaliśmy ogromne ciśnienie panujące na dużych głębokościach, w tym wypadku jako napęd tej sprężarki, dodatkowo wspomagany elektrycznością i powietrzem pompowanym z powierzchni. Przepraszam, że nie mogę przedstawić państwu szczegółowego opisu, ale jestem archeologiem, a nie inżynierem. Jednakże admirał Sandecker będzie później do państwa dyspozycji i z pewnością udzieli wyczerpującej odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące spraw technicznych.

– A co z zassaniem? – upierał się głos z „Science Today". – Czy po tylu latach leżenia w mule „Titanic" nie będzie zbyt mocno przywarty do dna?

– Rzeczywiście będzie – odparła Dana i gestem poprosiła o światło.

Kiedy się zapaliło, oślepiona jego blaskiem przez kilka chwil mrugała oczami, zanim zobaczyła, kto jej zadawał te pytania. Był to szatyn w średnim wieku; na nosie miał duże okulary w metalowej oprawce.

– W momencie, gdy obliczenia wykażą, że wewnątrz wraku znajduje się dostateczna ilość powietrza, by wynieść go na powierzchnię, wówczas dostarczająca je rura zostanie odłączona od kadłuba i w osady wokół kilu „Titanica" zacznie się nią wtłaczać specjalny elektrolit, przygotowany przez spółkę Myers-Lentz. W wyniku reakcji chemicznej, powodującej rozpad cząsteczek osadów, powstanie piana, która zniesie tarcie statyczne i tym samym pozwoli wrakowi oderwać się od dna.

Jeszcze jeden mężczyzna podniósł rękę.

– Jeżeli ta operacja zakończy się powodzeniem i „Titanic" zacznie się wznosić ku powierzchni, to czy nie istnieje możliwość, że statek odwróci się do góry dnem? W czasie czterokilometrowej drogi pozbawionemu równowagi obiektowi o ciężarze czterdziestu pięciu tysięcy ton trudno będzie zachować prawidłową pozycję.

– Ma pan rację. Rzeczywiście istnieje możliwość, że wrak odwróci się do góry dnem, ale w jego dolnych ładowniach zamierzamy zostawić wystarczającą ilość wody, która temu zapobiegnie, pełniąc rolę balastu.

Podniosła się jakaś młoda kobieta o męskim wyglądzie i pomachała ręką.

– Doktor Seagram, jestem Connie Sanchez z tygodnika „Wyższość Kobiet". Moje czytelniczki pragnęłyby się dowiedzieć, jakie pani rozwinęła w sobie mechanizmy obronne, by móc na co dzień skutecznie konkurować z egoistycznymi grupkami, którzy zdominowali ten zawód?

Pytanie to sprawiło, że zebrani w sali dziennikarze z zażenowaniem umilkli. Boże, pomyślała Dana, prędzej czy później musiało do tego dojść. Odsunęła się od pulpitu i stanęła w niedbałej, prawie kuszącej pozie.

– Moja odpowiedź, pani Sanchez, absolutnie nie nadaje się do publikacji.

– A więc robi pani unik – stwierdziła Connie Sanchez z uśmiechem wyższości.

Dana udała, że go nie zauważyła.

– Po pierwsze uważam, że nie potrzebuję żadnych mechanizmów obronnych. Moi koledzy wystarczająco szanują mnie za inteligencję, by liczyć się z moim zdaniem. Nie muszę chodzić bez stanika czy pokazywać nóg, żeby zwracali na mnie uwagę. Po drugie wolę konkurować na dobrze znanym mi gruncie swojej własnej płci, co nie powinno nikogo dziwić, jeżeli uwzględni się fakt, że stu czternastu spośród czterystu czterdziestu naukowców w NUMA to kobiety. A po trzecie, pani Sanchez, jedyne głupie osoby, jakie miałam pecha spotkać w życiu, reprezentowały żeńską część rodu ludzkiego.

Na chwilę sala osłupiała z wrażenia. Krępującą ciszę przerwał nagle jakiś głos.

– Brawo, pani doktor! – wykrzyknęła drobna siwowłosa dziennikarka z „Chicago Daily". – Ale ją pani załatwiła!

Szmer aplauzu przeszedł w burzę oklasków. Zaprawieni w bojach waszyngtońscy dziennikarze wyrażali swoje uznanie owacją na stojąco.

Connie Sanchez siedziała na swoim miejscu czerwona ze złości, miotając lodowate spojrzenia. Zauważywszy, że jej wargi układają się w słowo „suka", Dana odpowiedziała ironicznym uśmiechem zadowolenia z siebie, co dobrze potrafią robić jedynie kobiety. Jak słodkie jest schlebianie, pomyślała.

40.

Od wczesnego ranka nieustannie wiało z północnego wschodu. Późnym popołudniem wiatr stężał do wichury o prędkości czterdziestu pięciu węzłów, która tak wzburzyła ocean, że statki uczestniczące w operacji podnoszenia wraku podskakiwały na falach jak papierowe kubki. Sztorm przyniósł ze sobą falę paraliżującego zimna znad pustkowi poza kołem polarnym. Nikt nie odważył się wyjść na oblodzone pokłady. Nie jest tajemnicą, że to wiatr odbiera ciepło ciału. Ludzie odczuwają większy chłód i gorzej znoszą temperaturę pięciu stopni poniżej zera przy wietrze o prędkości trzydziestu pięciu węzłów niż wówczas, gdy mróz sięga dwudziestu pięciu stopni, ale nie wieje. Wiatr szybciej pozbawia ciepła, niż organizm je wytwarza – to nieprzyjemne zjawisko znane jest jako tzw. czynnik oziębiający.

Joel Farquar, specjalista od pogody, wypożyczony przez „Koziorożca" z Federalnego Zarządu Służb Meteorologicznych, zdawał się nie zwracać uwagi na sztorm szalejący za oknami centrali operacyjnej, kiedy obserwował instrumenty odbierające sygnały z satelitów meteorologicznych, które co dwadzieścia cztery godziny przysyłały z kosmosu zdjęcia północnego Atlantyku.

– No i jaką przyszłość wróży nam twój przewidujący umysł? – spytał Pitt, próbując utrzymać równowagę na rozkołysanej podłodze.

– Za godzinę sztorm zacznie słabnąć – odparł Farquar. – Nim jutro wstanie słońce, szybkość wiatru powinna spaść do dziesięciu węzłów.

Farquar nie podniósł wzroku, kiedy mówił. Ten pracowity niski mężczyzna o czerwonej twarzy był całkowicie pozbawiony poczucia humoru i życzliwości. Cieszył się jednak szacunkiem wszystkich uczestników operacji ze względu na pełen poświęcenia stosunek do pracy i fakt, że jego prognozy zawsze dokładnie się sprawdzały.

– Nawet najlepiej opracowane plany… – mruknął Pitt do siebie. – Kolejny stracony dzień. Cztery razy w tygodniu musimy przerywać i zostawiać na boi rurę do pompowania powietrza.

– To Bóg zsyła sztormy – obojętnie stwierdził Farquar. Kiwnął głową w stronę dwóch rzędów monitorów telewizyjnych, które zajmowały całą przednią ścianę centrali operacyjnej na „Koziorożcu". – Przynajmniej im to w ogóle nie przeszkadza.

Pitt spojrzał na ekrany, które pokazywały batyskafy spokojnie pracujące przy wraku, cztery kilometry pod powierzchnią niespokojnego morza. Ich samowystarczalność była błogosławieństwem dla całego przedsięwzięcia. Z wyjątkiem „Ślimaka Morskiego", którego maksymalny czas zanurzenia wynosił tylko osiemnaście godzin, teraz bezpiecznie umocowanego do pokładu „Modoca", pozostałe trzy batyskafy mogły przebywać przy „Titanicu" pięć dni z rzędu i dopiero po tym okresie wracały na powierzchnię dla wymiany załóg. Pitt odwrócił się do Ala Giordina, pochylonego nad dużym stołem z mapami.

– Jaki jest szyk statków pomocniczych?

Giordino wskazał ręką maleńkie, pięciocentymetrowe modele rozrzucone po mapie.

– „Koziorożec" jak zwykle w środku. „Modoc" z dziobu na kursie, a „Bomberger" wlecze się trzy mile za rufą.

Pitt spojrzał na model „Bombergera". Był to nowy statek, specjalnie skonstruowany do wydobywania wraków z dużych głębokości.

– Każ jego kapitanowi zbliżyć się na jedną milę.

Giordino kiwnął głową w stronę łysego radiooperatora, który siedział przed nadajnikiem, dla bezpieczeństwa przypięty do pochyłego pulpitu.

– Słyszałeś, Curley? Przekaż „Bombergerowi", żeby się zbliżył na milę z rufy.

– A co ze statkami zaopatrzeniowymi? – spytał Pitt.

– Żadnych problemów. Taka pogoda to małe piwo dla tak dużych łajb jak one. „Alhambra" zajmuje swoją pozycję z lewej burty, a „Monterey Park" jest tam, gdzie powinien być, z prawej.

Pitt ruchem głowy wskazał mały czerwony model.

– Widzę, że nasi rosyjscy przyjaciele są ciągle z nami.

– „Michaił Kurkow"? – spytał Giordino. Wziął do ręki niebieską replikę okrętu wojennego i postawił ją przy czerwonym modelu. – Noo… ale ta zabawa nie jest dla niego zbyt przyjemna, bo krążownik rakietowy „Junona" z wyrzutniami pocisków kierowanych trzyma się go, jakby go kto przykleił.

– A boja sygnałowa wraku?

– Spokojnie sobie popiskuje z głębokości dwudziestu pięciu metrów – oznajmił Giordino. – Tylko tysiąc dwieście metrów stąd, co do milimetra, w namiarze pięćdziesiąt dziewięć, to znaczy na południowy wschód.

– Dzięki Bogu nie zdryfowaliśmy – powiedział Pitt i westchnął.

– Nie denerwuj się – rzekł Giordino, uśmiechając się pocieszająco. – Za każdym razem, gdy trochę podmucha, zachowujesz się jak matka, której córka wraca z randki o północy.

– Ten kompleks kwoki staje się coraz gorszy, im bliżej końca – przyznał Pitt. – Tylko dziesięć dni, Al. Jeżeli przez dziesięć dni utrzyma się dobra pogoda, będziemy mogli zwinąć cały ten interes.

– Wszystko zależy od naszej wyroczni – powiedział Giordino i zwrócił się do Farquara: – Co ty na to, wielki proroku meteorologicznej mądrości?

– Ode mnie możecie dostać prognozę najwyżej na dwanaście godzin – mruknął Farquar, nie podnosząc wzroku. – Tu jest północny Atlantyk, a to najbardziej nieobliczalny ocean. Co chwila się zmienia. Gdyby ten wasz cenny „Titanic" zatonął na Oceanie Indyjskim, tobym wam dał dziesięciodniową prognozę z osiemdziesięcio-procentową dokładnością.

– Gadanie – odparł Giordino. – Założę się, że kiedy kochasz się z kobietą, to zanim się do niej dobierzesz, nie mówisz jej, że będzie miała tylko czterdzieści pięć procent przyjemności.

– Czterdzieści pięć procent to lepsze niż nic – obojętnie stwierdził Farquar.

Pitt zauważył, że operator sonaru podniósł rękę, więc podszedł do niego.

– Co jest?

– Jakiś dziwny dźwięk na wzmacniaczu – odparł operator. Miał bladą twarz i posturę goryla. – Od około dwóch miesięcy czasami go słyszę. To bardzo dziwny dźwięk, jakby ktoś coś nadawał.

– Rozszyfrowałeś to?

– Nie, szefie. Dałem posłuchać Curleyowi, ale on mówi, że to jakiś bełkot.

– Prawdopodobnie na wraku coś się obluzowało i prąd wody tym klekoce.

– Albo duchy – rzekł operator sonaru.

– Nie wierzysz w nie, ale się ich boisz, co?

– Razem z „Titanikiem" zatonęło półtora tysiąca ludzi – odparł operator. – Niewykluczone, że duch przynajmniej jednego z nich wrócił na statek, żeby straszyć.

– Mnie interesuje tylko jeden rodzaj spirytualizmu – rzucił Giordino od stołu z mapami. – Zaglądanie do butelki…

– Zgasł obraz z kamery w kabinie „Safony II" – odezwał się jasny blondyn siedzący przy monitorach.

Pitt natychmiast znalazł się koło niego i spojrzał na ciemny ekran.

– Może u nas coś nawaliło?

– Nie, szefie. Wszystkie obwody tutaj i w przekaźniku boi działają. Coś musiało nawalić na „Safonie II". Wygląda to, jakby na obiektywie kamery ktoś powiesił szmatę.

Pitt wziął do ręki grafik z rozkładem pracy załóg.

– Na tej zmianie „Safona II" jest pod komendą Omara Woodsona.

Curley nacisnął guzik i włączył nadajnik.

– „Safona II", halo, „Safona II", zgłoś się. – Pochylił się do przodu, rękami przyciskając słuchawki do uszu. – Słabo słychać, szefie. Mnóstwo zakłóceń. Słowa są bardzo porwane. Niczego nie mogę zrozumieć.

– Włącz głośnik – rozkazał Pitt.

W centrali operacyjnej zaskrzeczał jakiś głos, przytłumiony trzaskami.

– Coś blokuje przekaz – rzekł Curley. – Przekaźnik na boi powinien odbierać sygnał czysto i wyraźnie.

– Nastaw głośność do oporu. Może uda nam się coś zrozumieć z odpowiedzi Woodsona.

– „Safona II", prosimy o powtórzenie. Nie możemy cię zrozumieć. Odbiór.

W chwili gdy Curley przekręcił potencjometr, wszyscy aż podskoczyli, ogłuszeni wybuchem trzasków dobywających się z głośnika.

– …rożec. Mamy… po… biór.

Pitt chwycił mikrofon.

– Omar, tu Pitt. Wysiadła wam kamera telewizyjna. Możesz to naprawić? Czekamy na odpowiedź. Odbiór.

Wszyscy wpatrywali się w głośnik, jakby był żywą istotą. Minęło pięć nie kończących się minut, pełnych niecierpliwego oczekiwania na meldunek Woodsona. I wtedy w głośniku znów odezwał się grzmot przerywanych słów:

– Hen… Munk… simy poz… na… wy… Zaintrygowanie wykrzywiło twarz Giordina.

– Chodzi o Munka. Reszta jest za bardzo zniekształcona, żeby cokolwiek zrozumieć.

– Jest obraz. – Okazało się, że nie wszyscy patrzyli na głośnik. Młody człowiek przy monitorach ani na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu „Safony II". – Wygląda na to, że załoga zebrała się wokół kogoś, kto leży na podłodze.

Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy w stronę monitora telewizyjnego, jak widzowie na meczu tenisowym. Przed kamerą w różnych kierunkach poruszali się członkowie załogi, a w głębi trzej mężczyźni stali pochyleni nad ciałem rozciągniętym w dziwnej pozie na wąskiej podłodze kabiny batyskafu.

– Omar, słyszysz mnie?! – krzyknął Pitt do mikrofonu. – Nie rozumiemy, co mówisz. Już was widzimy. Napisz na kartce, co chciałeś nam powiedzieć, i potrzymaj ją przed kamerą. Odbiór.

Zobaczyli, że jedna z postaci odłącza się od reszty, pochyla nad stołem, przez kilka chwil pisze, a później podchodzi do kamery. To był Woodson. Trzymał przed sobą kartkę papieru, na której widniał napis wykonany nierównymi drukowanymi literami: HENRY MUNK NIE ŻYJE. PROSIMY O POZWOLENIE NA WYNURZENIE.

– O Boże! – Mina Giordina wyrażała absolutne zaskoczenie. – To nie może być prawda.

– Omar Woodson nie robi głupich kawałów – rzekł Pitt ponurym głosem. Znów zaczął mówić do mikrofonu: – Odmawiam pozwolenia, Omar. Nie możecie się wynurzyć. Tu, na powierzchni, wieje z prędkością trzydziestu pięciu węzłów. Morze jest wzburzone. Powtarzam, nie możecie się wynurzyć.

Woodson skinął głową na znak, że zrozumiał. Potem dopisał jeszcze coś, ukradkiem rozglądając się na boki.

Napis brzmiał: PODEJRZEWAM, ŻE MUNKA ZAMORDOWANO!

Pobladła nawet zazwyczaj nieodgadniona twarz Farquara.

– Teraz musisz im pozwolić, żeby się wynurzyli – szepnął.

– Zrobię to, co powinienem – odparł Pitt, zdecydowanie kręcąc głową. – Nie wolno mi kierować się emocjami. Na pokładzie „Safony II" jest jeszcze pięciu żywych ludzi. Nie mogę ryzykować i sprowadzić ich na powierzchnię tylko po to, żeby wszystkich stracić na dziesięciometrowej fali. Nie, panowie, będziemy musieli po prostu usiąść i zaczekać do wschodu słońca, żeby rozejrzeć się po wnętrzu „Safony II".

41.

Pitt skierował „Koziorożca" do boi, gdy tylko prędkość wiatru spadła do dwunastu węzłów. Załoga znów podłączyła przewód, którym pompowano powietrze ze statku do „Titanica", i czekała na wypłynięcie „Safony II". Kiedy zakończono ostatnie przygotowania do przyjęcia batyskafu, niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć. Nurkowie szykowali się, by wskoczyć do wody, zająć stanowiska wokół „Safony II" i zabezpieczyć ją linami przed wywrotką na wysokiej fali; klarowano windy i liny, które wyciągną batyskaf z oceanu, a następnie przeniosą do otwartej rufy „Koziorożca"; w kambuzie kucharz zaczął robić kawę i obfite śniadanie na przyjęcie załogi batyskafu. Kiedy już wszystko przygotowano, naukowcy i technicy w milczeniu stali na pokładzie drżąc z zimna, ranek bowiem był chłodny, i rozmyślali o śmierci Henry'ego Munka.

O godzinie szóstej dziesięć batyskaf wynurzył się ze wzburzonych fal sto metrów od lewej burty „Koziorożca". Łodzią wywieziono linę i po dwudziestu minutach „Safonę II" wciągnięto na rufową pochylnię statku pomocniczego. Kiedy już znalazła się na swoim miejscu, bezpiecznie umocowana, otwarto luk, z którego pierwszy wyszedł Woodson, a za nim czterech pozostałych przy życiu członków załogi.

Woodson wspiął się na górny pokład, gdzie czekał na niego Pitt. Omar miał oczy zaczerwienione z niewyspania i poszarzałą twarz, pokrytą kilkudniowym zarostem, lecz uśmiechnął się blado, gdy Pitt podał mu kubek parującej kawy.

– Nie wiem, co mnie bardziej cieszy, twój widok czy kawa – powiedział.

– Zawiadomiłeś mnie o morderstwie – rzekł Pitt bez słowa powitania.

Woodson wypił parę łyków kawy i spojrzał na ludzi ostrożnie wydobywających ciało Munka z luku batyskafu.

– Nie tutaj – odezwał się cicho.

Pitt wskazał ręką drogę do swojej kabiny. Kiedy drzwi były już zamknięte, nie tracił czasu:

– Dobra, zaczynajmy.

Woodson ciężko usiadł na koi Pitta i przetarł sobie oczy.

– Niewiele mogę ci powiedzieć. Znajdowaliśmy się jakieś dwadzieścia metrów nad dnem morza, uszczelniając drzwi z prawej burty na pokładzie C, kiedy zawiadomiłeś mnie, że nawaliła kamera telewizyjna. Poszedłem na rufę, żeby to sprawdzić, i zobaczyłem Munka z wgniecioną lewą skronią, leżącego na podłodze.

– Czy można było się zorientować, od czego powstała ta rana?

– To się rzucało w oczy jak nos na twarzy Pinokia – odparł Woodson. – Róg obudowy alternatora oblepiony był strzępkami naskórka, włosami i krwią.

– Nie znam wnętrza „Safony II". Gdzie jest zamontowany alternator?

– Na prawej burcie, około trzech metrów od rufy. Obudowa wystaje z podłogi na jakieś piętnaście centymetrów, żeby ułatwić dostęp i konserwację.

– A więc to mógł być wypadek. Może Munk się potknął, przewrócił i uderzył głową w krawędź alternatora.

– Może, tylko że jego nogi leżały w złą stronę.

– A co jego nogi mają z tym wspólnego?

– Leżały w stronę rufy.

– No to co?

– Nie kapujesz? – powiedział zniecierpliwiony Woodson. – Munk musiał iść w stronę dziobu, kiedy upadł.

Dla Pitta wszystko stało się jasne i wreszcie dostrzegł, co tu nie pasowało.

– Obudowa alternatora jest na prawej burcie, a więc Munk powinien mieć strzaskaną prawą skroń, a nie lewą.

– Właśnie.

– A co wysiadło w kamerze?

– Nic nie wysiadło. Ktoś powiesił ręcznik na obiektywie.

– Gdzie w tym czasie znajdowali się poszczególni członkowie załogi?

– Ja pracowałem przy dyszy, a batyskafem sterował Sam Merker. Munk zostawił tablicę przyrządów i poszedł do toalety, która jest na rufie. Myśmy stanowili drugą wachtę. Na pierwszej był Jack Donovan…

– Taki młody blondyn, inżynier-konstruktor z Wydziału Budowy Okrętów?

– Zgadza się. Następnie porucznik Leon Lucas, specjalista od ratownictwa morskiego oddelegowany z marynarki wojennej, i Ben Drummer. Wszyscy trzej spali w swoich kojach.

– Z tego niekoniecznie musi wynikać, że którykolwiek z nich zabił Munka – stwierdził Pitt. – W jaki sposób to uzasadnić? Przecież nikogo nie zabija się ot tak po prostu, bez przyzwoitego motywu.

Woodson wzruszył ramionami.

– Będziesz musiał sprowadzić Sherlocka Holmesa. Ja wiem tylko to, co widziałem.

Pitt nie dawał za wygraną.

– Munk mógł się obrócić, kiedy padał.

– Nie, chyba żeby miał szyję z gumy, która obraca się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Spróbujmy inaczej. Co trzeba zrobić, żeby mężczyzna o wadze stu kilogramów zabił się wskutek uderzenia głową w metalowy narożnik, który znajduje się zaledwie piętnaście centymetrów nad podłogą? Młotem kowalskim podciąć mu nogi?

Woodson bezradnie rozłożył ręce.

– Dobra, może mi odbiło i zacząłem widzieć maniakalnych morderców tam, gdzie w ogóle ich nie ma. Tylko Bóg jeden wie, jak obecność tego wraka wpływa po pewnym czasie na człowieka. Mógłbym przysiąc, że chwilami sam widziałem ludzi spacerujących po pokładach, opierających się o relingi i patrzących w naszą stronę.

Ziewnął i widać było, że z trudem utrzymuje otwarte oczy.

Pitt podszedł do drzwi i odwrócił się.

– Lepiej się trochę prześpij. Później o tym porozmawiamy.

Woodsonowi nie trzeba było tego powtarzać. Już spokojnie spał, kiedy Pitt znajdował się w połowie drogi do izby chorych.


Doktor Cornelius Bailey był słoniowatym mężczyzną o szerokich barach i wysuniętej do przodu głowie z kwadratową szczęką. Miał długie jasnorude włosy, sięgające kołnierzyka, i elegancko przystrzyżoną brodę w stylu van Dycka. Cieszył się popularnością wśród członków załóg prowadzących prace wydobywcze i potrafił sam wypić więcej niż pięciu z nich razem wziętych, jeśli tylko był w nastroju, by to udowodnić. Swoimi wielkimi dłońmi, przypominającymi bochenki chleba, odwrócił leżące na stole ciało Munka jak drewnianą lalkę, którą w rzeczywistości prawie było, biorąc pod uwagę zaawansowane stężenie pośmiertne.

– Biedny Henry – powiedział. – Chwała Bogu, że nie miał rodziny. Okaz zdrowia. Wszystko, co mogłem dla niego zrobić, kiedy ostatni raz go badałem, to usunąć mu woskowinę z uszu.

– Co możesz mi powiedzieć o przyczynie śmierci? – spytał Pitt.

– To jasne – odparł Bailey. – Po pierwsze, rozległe uszkodzenie płata skroniowego…

– Co miałeś na myśli, mówiąc po pierwsze?

– Właśnie to, mój drogi panie Pitt. Tego człowieka zabito mniej więcej dwa razy. Spójrz na to. – Odsunął koszulę Munka, odsłaniając mu kark. U podstawy czaszki widać było siniak. – Rdzeń kręgowy zmiażdżony tuż przy rdzeniu przedłużonym. Prawdopodobnie jakimś tępym narzędziem.

– A więc Woodson miał rację, że Munk został zamordowany.

– Zamordowany, powiadasz? O tak, oczywiście, nie ma żadnych wątpliwości – spokojnie stwierdził Bailey, jak gdyby morderstwo było codziennym zjawiskiem na pokładzie statku.

– Wygląda na to, że zabójca uderzył Munka z tyłu, a potem rąbnął jego głową w obudowę alternatora, żeby upozorować wypadek.

– Bardzo możliwe.

Pitt położył rękę na ramieniu Baileya.

– Będę wdzięczny, jeżeli na jakiś czas zatrzymasz to odkrycie dla siebie, doktorze.

– Nie pisnę ani słowa, nabieram wody w usta, i tak dalej. Już się o to nie martw. Mój raport i świadectwo zgonu będą tu na ciebie czekały, gdybyś ich potrzebował.

Pitt uśmiechnął się do lekarza i wyszedł z izby chorych. Ruszył na rufę, gdzie stała „Safona II", z której słona woda ściekała na pochylnię, po drabince wspiął się do włazu i zniknął we wnętrzu. Jakiś technik sprawdzał kamerę telewizyjną.

– No i jak to wygląda? – spytał Pitt.

– Nic jej się nie stało – odparł technik. – Kiedy tylko specjaliści od konstrukcji sprawdzą kadłub, będzie mógł pan wysłać batyskaf z powrotem.

– Im wcześniej, tym lepiej,

Pitt minął technika i poszedł na rufę. Krew Munka była już wytarta z podłogi i rogu obudowy alternatora.

W głowie Pitta kłębiły się myśli. Tylko jedna z nich przybrała konkretny kształt, choć właściwie nie była to myśl, a raczej pewność, że coś wskaże mordercę. Sądził, że poszukiwania zajmą mu godzinę albo więcej, lecz los się do niego uśmiechnął. W ciągu dziesięciu minut znalazł to, czego potrzebował.

42.

– Czy ja dobrze pana rozumiem? – spytał Sandecker, rzucając wściekłe spojrzenia zza biurka. – Na jednym z członków mojej załogi popełniono brutalne morderstwo, a pan mi każe spokojnie siedzieć i nie reagować, gdy tymczasem morderca pozostaje na wolności?

Warren Nicholson nerwowo wiercił się w fotelu, unikając wzroku admirała.

– Zdaję sobie sprawę, że trudno panu to zaakceptować.

– Łagodnie powiedziane – prychnął Sandecker. – A może przyjdzie mu do głowy, żeby znowu kogoś zabić?

– To wkalkulowane ryzyko, które wzięliśmy pod uwagę.

– Wzięliśmy pod uwagę? – powtórzył Sandecker jak echo. – Łatwo wam to powiedzieć, kiedy siedzicie sobie w centrali CIA. Nie jest pan zamknięty w batyskafie jak w pułapce tam na dnie, tysiące metrów pod powierzchnią oceanu, i nie zastanawia się, czy stojący obok człowiek nie rozwali panu łba.

– Jestem pewien, że do tego nie dojdzie – powiedział Nicholson beznamiętnie.

– Skąd ta pewność?

– Zawodowi agenci rosyjscy nie mordują, o ile nie jest to absolutnie konieczne.

– Agenci rosyjscy… – Zaskoczony Sandecker wytrzeszczył na Nicholsona oczy pełne niedowierzania. – Na Boga, co pan wygaduje?

– To, co pan słyszy. Henry'ego Munka zabił agent pracujący dla wywiadu sowieckiej marynarki.

– Nie ma pewności. Brak dowodów…

– Na sto procent nie. Mógłby to być kto inny, ktoś, kto żywił do Munka jakąś urazę, ale wszystko wskazuje na agenta opłacanego przez Rosjan.

– Lecz dlaczego Munk? – zapytał Sandecker. – Był specjalistą od instrumentów. Jakież zagrożenie mógł stanowić dla szpiega?

– Podejrzewam, że zobaczył coś, czego nie powinien widzieć, i wobec tego należało mu zamknąć usta – odparł Nicholson. – Ale, że tak powiem, to tylko połowa. Widzi pan, admirale, tak się złożyło, że nie jeden, lecz dwóch rosyjskich agentów infiltruje waszą operację.

– Nie przyjmuję tego do wiadomości.

– Panie admirale, przecież my zajmujemy się szpiegostwem i ustalaniem takich rzeczy.

– Którzy to? – spytał Sandecker. Nicholson bezradnie wzruszył ramionami.

– Przykro mi, ale tylko tyle mogę panu powiedzieć. Z naszych informacji wynika, że używają pseudonimów „Srebrny" i „Złoty", lecz nawet się nie domyślamy ich prawdziwych nazwisk.

W oczach Sandeckera pojawiła się zawziętość.

– A gdyby moi ludzie sami to ustalili?

– Mam nadzieję, że będzie pan z nami współpracował, przynajmniej na razie, proszę więc kazać im trzymać język za zębami i nie podejmować żadnych akcji.

– Ale to mogą być sabotażyści i uniemożliwią całą operację.

– Jesteśmy skłonni przypuszczać, że nie otrzymali rozkazu prowadzenia działań destrukcyjnych.

– To szaleństwo, czyste szaleństwo – mruknął Sandecker. – Czy pan w ogóle zdaje sobie sprawę, o co mnie prosicie?

– Kilka miesięcy temu prezydent zadał mi to samo pytanie i moja odpowiedź ciągle jest ta sama: nie. Zdaję sobie jednak sprawę, że chodzi wam o coś więcej niż tylko o zwykłe wydobycie statku, lecz prezydent nie uznał za stosowne zdradzić mi prawdziwej przyczyny tego waszego przedstawienia. Sandecker zacisnął zęby.

– No dobrze, a jeśli się zgodzę, to co?

– Będzie pan o wszystkim informowany. We właściwym czasie otrzymacie zielone światło i przymkniecie sowieckich agentów.

Admirał siedział w milczeniu przez kilka chwil. Kiedy w końcu się odezwał, Nicholson zwrócił uwagę na jego śmiertelnie poważny ton.

– Dobra, Nicholson, dam się w to wrobić. Ale niech Bóg ma pana w swojej opiece, jeżeli tam, pod wodą, dojdzie do jakiegoś tragicznego wypadku albo następnego morderstwa. Konsekwencje tego będą straszniejsze, niż może pan sobie wyobrazić.

43.

Mel Donner, zlany wiosennym deszczem, wszedł frontowymi drzwiami do domu Marie Sheldon.

– To mnie chyba nauczy, żebym woził parasol w samochodzie – powiedział wyjmując chusteczkę do nosa i wycierając sobie garnitur. Marie zamknęła drzwi i przyglądała mu się z ciekawością.

– W czasie sztormu każdy port jest dobry. Prawda, przystojniaku?

– Przepraszam, nie dosłyszałem?

– Z pańskiego wyglądu wnoszę, że szuka pan schronienia, dopóki deszcz nie ustanie, a łaskawy los skierował pana pod mój dach – śmiało powiedziała Marie zalotnym tonem.

Donner na moment zmrużył oczy, ale tylko na moment, a potem się uśmiechnął.

– Przepraszam. Nazywam się Mel Donner i jestem starym znajomym Dany. Czy ją zastałem?

– Wiedziałam, że obcy mężczyzna, który stoi na progu mojego domu i błaga, żebym go do siebie wpuściła, to zbyt piękne, by było prawdziwe – odparła z uśmiechem. – Jestem Marie Sheldon. Proszę wejść i się rozgościć, a ja tymczasem zawołam Danę i przyniosę panu filiżankę kawy.

– Dziękuję. Ta kawa to wspaniały pomysł.

Donner taksującym spojrzeniem obrzucił Marie, kiedy szła do kuchni. Miała na sobie krótką białą spódniczkę do tenisa, dżersejową górę bez rękawów i była boso. Mocno kołysząc biodrami, wprawiała w ruch spódniczkę, którą bezwstydnie i kusząco wywijała na boki.

Wróciła z filiżanką kawy.

– Dana w weekendy leniuchuje. Rzadko zwleka się z łóżka przed dziesiątą. Pójdę na górę ją pogonić.

Czekając na nią, Donner czytał tytuły książek na regale obok kominka. Często tak robił. Rzadko się zdarza, by tytuły książek nie stanowiły klucza do osobowości i gustów ich właściciela.

Wybór był typowy dla samotnej kobiety: kilka tomików poezji, Prorok, książka kucharska „New York Timesa" oraz romanse i bestsellery. Donnera zainteresowało jednak ich ustawienie. Pomiędzy Fizyką międzykontynentalnych wypływów lawy a Geologią podwodnych kanionów znalazł Wyjaśnienie marzeń seksualnych kobiety i Historię O. Akurat sięgał po tę ostatnią książkę, gdy usłyszał kroki na schodach. Odwrócił się, kiedy Dana weszła do pokoju.

Zbliżyła się i objęła go.

– Mel, jak cudownie znów cię widzieć.

– Wspaniale wyglądasz – powiedział.

Już nie było śladu po miesiącach pełnych napięcia i udręki. Dana wydawała się spokojniejsza, a jej uśmiech stracił nerwowość.

– Jak się miewa nasz szalejący kawaler? – spytała. – Na jaką przynętę w tym tygodniu podrywasz biedne, niewinne panienki, na chirurga mózgu czy astronautę?

Donner poklepał się po wydatnym brzuchu.

– Z astronauty na razie zrezygnowałem, dopóki nie zrzucę paru kilogramów. Właściwie ze względu na popularność, jaką się cieszycie w związku z „Titanikiem", to chyba nic złego by się nie stało, gdybym opowiadał tym samotnym ślicznotkom, przesiadującym w waszyngtońskich barach, że pracuję jako nurek na pełnym morzu.

– A dlaczego po prostu nie powiesz im prawdy? W końcu jesteś w tym kraju jednym z najlepszych fizyków i nie masz się czego wstydzić.

– Wiem, ale tak jakoś dziwnie się składa, że to mi odbiera całą przyjemność. Poza tym kobiety uwielbiają, kiedy się udaje kogoś innego.

– Przynieść ci jeszcze kawy? – spytała, ruchem głowy wskazując filiżankę.

– Nie, dziękuję – odparł z uśmiechem, ale po chwili spoważniał. – Wiesz, po co przyszedłem.

– Domyślam się.

– Martwię się o Gene'a.

– Ja również.

– Mogłabyś do niego wrócić.

Spojrzała Melowi prosto w oczy.

– Ty niczego nie rozumiesz. Kiedy jesteśmy razem, wszystko wygląda jeszcze gorzej.

– Bez ciebie on czuje się zagubiony. Dana pokręciła głową.

– Jego kochanką jest praca. Ja służyłam mu tylko za podporę, kiedy był sfrustrowany. Jak większość żon, do rozstroju doprowadza mnie udręka wynikająca z jego obojętności, którą mi okazuje, kiedy ma nadmierne stresy w pracy. Czy ty tego nie rozumiesz, Mel? Musiałam opuścić Gene'a, zanimbyśmy się wzajemnie zniszczyli. – Dana odwróciła twarz i ukryła ją w dłoniach, ale szybko się opanowała. – Gdyby on to rzucił i z powrotem zajął się studentami, wówczas byłoby inaczej.

– Nie powinienem ci tego mówić – rzekł Donner – ale jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to ten projekt za miesiąc zostanie zrealizowany. Wtedy Gene'a już nic nie będzie trzymało w Waszyngtonie i może wrócić na uniwersytet.

– A co z waszymi kontraktami z rządem?

– Skończą się. Podpisaliśmy kontrakty na określony projekt i kiedy go zrealizujemy, to będziemy wolni. Wówczas nic nam nie pozostanie, jak tylko pięknie się ukłonić i wrócić na uczelnie, z których przyszliśmy.

– Ale wtedy on może już mnie nie zechce.

– Znam Gene'a – powiedział Donner. – Jest wierny jednej kobiecie. Na pewno zechce… o ile, oczywiście, jeszcze się z nikim nie związałaś.

– A niby skąd takie przypuszczenie?

– W zeszłą środę przypadkowo byłem wieczorem w restauracji „U Webstera".

O Boże! – pomyślała Dana. Jedna z nielicznych randek od rozstania z Gene'em już zaczęła ją prześladować. To właśnie wtedy we czwórkę z Marie i dwoma biologami z laboratorium morskiego NUMA spędziła miły wieczór w sympatycznym towarzystwie. Tylko tyle, nic więcej się nie wydarzyło.

Wstała i rzuciła Donnerowi wściekłe spojrzenie.

– Ty, Marie, a nawet… tak, nawet prezydent, wszyscy oczekujecie ode mnie, żebym na klęczkach wróciła do Gene'a i dała mu poczucie bezpieczeństwa jak jakaś cholerna kołderka, bez której nie może zasnąć. Ale żadne z was nawet się nie pofatygowało, żeby zapytać, jak j a się czuję, co się we mnie dzieje i jakie przeżywam frustracje. Niech was wszystkich diabli wezmą! Jestem panią siebie i mogę robić ze swoim życiem, co mi się podoba. Wrócę do Gene'a, kiedy sama zechcę. A jeśli będę miała ochotę spotkać się z jakimś innym mężczyzną i pójść z nim do łóżka, to moja sprawa.

Odwróciła się na pięcie, zostawiając zdumionego i zakłopotanego Donnera. Wbiegła na schody, wpadła do pokoju i rzuciła się na łóżko. To, co powiedziała, to tylko słowa. Nigdy żaden mężczyzna nie zajmie w jej życiu miejsca Gene'a Seagrama i była pewna, że nadejdzie taki dzień, kiedy do niego wróci. Teraz jednak płakała, póki jej starczyło łez.


Cztery ogromne kwadrofoniczne kolumny zagrzmiały muzyką z gramofonu umieszczonego w jednej z lustrzanych ścian i obsługiwanego przez prezenterkę. Na zatłoczonym parkiecie wielkości znaczka pocztowego gęsty dym z papierosów przecinały kolorowe błyskawice jaskrawego światła, strzelające z sufitu dyskoteki. Donner samotnie siedział przy stoliku, obojętnie patrząc na pary tańczące w rytm hałaśliwej muzyki.

Jakaś drobna blondynka podeszła do niego i nagle się zatrzymała.

– Wzięty adwokat?

Donner podniósł wzrok, roześmiał się i wstał.

– Miss Sheldon…

– Marie – powiedziała z miłym uśmiechem.

– Pani tu sama?

– Nie, jestem z pewnym małżeństwem i czuję się jak piąte koło u wozu.

Donner spojrzał tam, gdzie pokazała, ale trudno byłoby mu powiedzieć, o kogo jej chodziło w tłumie kłębiącym się na parkiecie. Podstawił krzesło.

– Już ma pani partnera.

W pobliżu znalazła się kelnerka roznosząca koktajle i przyjęła zamówienie od Donnera, który musiał przekrzykiwać hałas. Kiedy z powrotem odwrócił się do Marie, wówczas zauważył, że patrzy na niego z aprobatą.

– Jak na fizyka, nieźle się pan prezentuje, panie Donner.

– Cholera! A ja chciałem dziś wyglądać na agenta CIA. Uśmiechnęła się szeroko.

– Dana opowiadała mi o pańskich eskapadach. To wstyd sprowadzać biedne dziewczęta na manowce.

– Niech pani jej nie wierzy. Przy kobietach właściwie jestem nieśmiały i zamknięty w sobie.

– Czyżby?

– Słowo harcerza – odpowiedział podając jej ogień. – A co dzisiaj robi Dana?

– Ale chytrusek. To dlatego tak szybko mnie pan poderwał.

– Skądże znowu. Po prostu…

– Oczywiście, to nie pański interes, ale Dana chyba już płynie statkiem po północnym Atlantyku.

– Urlop dobrze jej zrobi.

– Rzeczywiście umie pan ciągnąć za język biedne dziewczęta – stwierdziła Marie. – A tak przy okazji, może pan zawiadomić swojego kumpla, Gene'a Seagrama, że ona nie jest na urlopie, lecz opiekuje się armią dziennikarzy, którzy na własne oczy chcą w przyszłym tygodniu zobaczyć wydobycie „Titanica".

– Właśnie ja ją o to poprosiłem.

– Wspaniale. Zawsze imponowali mi mężczyźni, którzy potrafią się przyznać, że zrobili głupstwo. – Podniosła oczy i spojrzała na niego filuternie. – Jak już to ustaliliśmy, dlaczego mi się pan nie oświadcza?

Donner zmarszczył brwi.

– Czy to nie w takich wypadkach skromne panienki mówią: „Ależ proszę pana, ja pana prawie nie znam"? Wzięła go za rękę i wstała.

– Chodźmy więc.

– Czy mogę wiedzieć dokąd?

– Do ciebie – powiedziała z figlarnym uśmiechem.

– Do mnie?

Dla Donnera wypadki najwyraźniej toczyły się zbyt szybko.

– Jasne. Musimy pójść do łóżka, no nie? W jakiż inny sposób może się poznać dwoje zaręczonych ludzi, którzy mają się pobrać?

44.

Pitt w niedbałej pozie siedział w przedziale pociągu, leniwie obserwując krajobraz Devonu przesuwający się za oknem. Koło Dawlish tory biegły łukiem nad brzegiem morza. Na Kanale dostrzegł flotyllę trawlerów rybackich, wypływających na poranny połów. Kiedy jednak wkrótce się rozpadało, a deszcz spływający strużkami po szybach pokrył je mgiełką i zamazał widok, Pitt znów zaczął bezmyślnie przewracać kartki czasopisma, które leżało na jego kolanach.

Gdyby przed dwoma dniami ktoś mu powiedział, że weźmie krótki urlop, wówczas uznałby go za głupca, a nawet za kompletnego wariata, zwłaszcza jeśliby dodał, że pojedzie do Teignmouth w hrabstwie Devonshire, niewielkiego uzdrowiska z niespełna trzynastoma tysiącami mieszkańców, malowniczo położonego na południowo-zachodnim wybrzeżu Anglii, tylko po to, żeby zrobić wywiad z umierającym starcem.

Za tę pielgrzymkę powinien być wdzięczny admirałowi Jamesowi Sandeckerowi, który dokładnie tak to nazwał, kiedy wezwał Pitta do centrali NUMA w Waszyngtonie. Pielgrzymką do ostatniego żyjącego członka załogi „Titanica".

– Nie ma o czym dyskutować – stanowczo oświadczył Sandecker. – Jedziesz do Teignmouth.

– To bez sensu – odpowiedział Pitt, nerwowo krążąc po pokoju.

Po miesiącach spędzonych na rozhuśtanym pokładzie „Koziorożca" inadal miał chwiejny krok. – Sprowadzasz mnie na ląd w najważniejszym momencie operacji, mówisz, że w moim zespole jest dwóch rosyjskich agentów o nie ustalonej tożsamości, którzy mają carte blanche na wymordowanie mojej załogi, bo osobiście chroni ich CIA, i na tym samym oddechu każesz mi wysłuchać ostatniej woli jakiego umierającego starego Angola.

– Przypadkowo ten „stary Angol" jest jedynym żyjącym członkiem załogi „Titanica".

– Ale co on ma wspólnego z naszą operacją? – upierał się Pitt. – Komputery obliczyły, że za trzy doby kadłub „Titanica" może w każdej chwili oderwać się od dna.

– Uspokój się, Dirk. Jutro wieczorem powinieneś już być z powrotem na pokładzie „Koziorożca". Do najważniejszego momentu pozostało jeszcze mnóstwo czasu. Rudi Gunn może poradzić sobie z każdym problemem, jaki się pojawi w czasie twojej nieobecności.

– Nie mam wyboru – powiedział Pitt, z rezygnacją machnąwszy reką.

Sandecker uśmiechnął się łaskawie.

– Wiem, co myślisz… że jesteś niezastąpiony. No cóż, chciałbym cię poinformować, że dysponujesz najlepszymi na świecie specjalistami od wydobywania statków. Jestem przekonany, że jakoś sobie bez ciebie poradzą w ciągu najbliższych trzydziestu sześciu godzin.

Pitt się uśmiechnął, ale nie był to uśmiech wesoły.

– Kiedy mam wyjechać?

– W hangarze NUMA w Dulles czeka odrzutowiec, którym

polecisz do Exeter. Stamtąd do Teignmouth możesz dojechać pociągiem.

– A po powrocie mam się zameldować u ciebie w Waszyngtonie?

– Nie, wystarczy, jak się zameldujesz na pokładzie „Koziorożca".

Pitt spojrzał na niego zdziwiony.

– Na pokładzie „Koziorożca"…?

– Naturalnie. A co, myślałeś, że kiedy ty będziesz sobie odpoczywał na wsi w Anglii, to ja zrezygnuję z obejrzenia powrotu „Titanica", gdyby statek wydobyto przed planowanym terminem?


Na stacji Pitt wziął taksówkę i wąską drogą nad ujściem rzeki dojechał do niewielkiego domku z oknami wychodzącymi na morze. Zapłacił kierowcy, wszedł przez obrośniętą winem bramę i ruszył alejką między szpalerami różanych krzewów. Kiedy zapukał, drzwi otworzyła mu dziewczyna o przepaścistych fiołkowych oczach, pięknie wyszczotkowanych rudych włosach i miękkim głosie z nieznaczną domieszką szkockiego akcentu.

– Dzień dobry panu.

– Dzień dobry – powiedział z lekkim skinieniem głowy. – Nazywam się Dirk Pitt i…

– Ach tak, admirał Sandecker przysłał telegram, że pan przyjeżdża. Proszę wejść. Komandor czeka na pana.

Dziewczyna miała na sobie starannie wyprasowaną białą bluzkę, zielony wełniany sweter i pasującą do niego spódniczkę. Zaprowadziła gościa do salonu. Pokój był przytulny i wygodny, na kominku palił się ogień. Nawet gdyby Pitt nie wiedział, że gospodarz jest emerytowanym marynarzem, z łatwością by się tego domyślił po wystroju wnętrza. Modele okrętów wypełniały półki, a oprawione w ramki oleodruki sławnych żaglowców zdobiły wszystkie cztery ściany. Przy oknie wychodzącym na Kanał stał wielki mosiężny teleskop, w jednym kącie pokoju zaś błyszczało koło sterowe, dokładnie wypolerowane woskiem, jakby w oczekiwaniu na jakiegoś dawno zapomnianego sternika.

– Chyba miał pan bardzo męczącą podróż – powiedziała dziewczyna. – Nie zjadłby pan śniadania?

– Dobre wychowanie każe mi odmówić, lecz żołądek upomina się o swoje.

– Amerykanie są znani z dobrego apetytu. Byłabym niepocieszona, gdyby pod tym względem pan mnie rozczarował.

– Zrobię, co tylko w mojej mocy, żeby podtrzymać jankeską tradycję, miss…

– Proszę mi wybaczyć, że się jeszcze nie przedstawiłam. Jestem Sandra Ross, prawnuczka komandora. – Rozumiem, że pani się nim opiekuje.

– Kiedy tylko mogę. Jestem stewardesą w Bristolskich Liniach Lotniczych i gdy ja mam loty, dogląda go pewna kobieta z miasteczka. – Gestem zaprosiła Pitta do przedpokoju. – Najlepiej będzie, jak pan teraz porozmawia z dziadkiem. Jest bardzo, bardzo stary, ale umiera z ciekawości… pragnie wszystkiego się dowiedzieć o wydobywaniu „Titanica".

Delikatnie zapukała do drzwi i lekko je uchyliła.

– Komandorze, pan Pitt chciałby się z tobą zobaczyć.

– No więc dawaj go tu – w odpowiedzi zachrypiał jakiś głos – zanim mój statek rozbije się na skałach.

Odsunęła się na bok i Pitt wszedł do pokoju.

Komandor Sir John L. Bigalow, kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego, odznaczony Orderem Rezerwy, emerytowany oficer Rezerwy Królewskiej Marynarki Wojennej, siedział oparty o poduszki w łóżku przypominającym koję i badawczo patrzył na Pitta głęboko osadzonymi niebieskimi oczami o marzycielskim spojrzeniu z innej epoki. Jego rzadkie włosy na głowie były całkiem siwe, tak samo jak broda, a ogorzała twarz wskazywała, że był człowiekiem morza. Miał na sobie wytarty golf, nałożony na coś, co przypominało nocną koszulę z czasów Dickensa. Wyciągnął mocną kościstą rękę.

Pitt uścisnął podaną dłoń i zdziwił się, że jej chwyt był tak silny.

– To dla mnie naprawdę wielki zaszczyt, panie komandorze. Tyle razy czytałem o pańskim bohaterstwie w czasie opuszczania „Titanica".

– Toż to kpiny – obruszył się starzec. – Byłem torpedowany i znajdowałem się na łasce fal podczas obu wojen światowych, a wszyscy zawsze mnie pytają tylko o tę noc na „Titanicu". – Wskazał ręką krzesło. – Niechże pan tam nie stoi jak jakiś gołowąs w czasie swojego pierwszego rejsu. Siadaj pan, siadaj.

Pitt zrobił, co mu kazano.

– Teraz opowiadaj pan o statku. Jak wygląda po tylu latach? Byłem młody, kiedy na nim służyłem, a wciąż pamiętam każdy jego pokład.

Pitt sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął kopertę z fotografiami i podał ją Bigalowowi.

– Może te zdjęcia dadzą panu pojęcie o jego obecnym stanie. Jeden z naszych batyskafów zrobił je kilka tygodni temu.

Komandor Bigalow nałożył okulary do czytania i zaczął oglądać fotografie. Tykający przy łóżku zegar okrętowy odmierzył kilka minut, zanim stary marynarz, pogrążony w myślach o przeszłości, podniósł oczy pełne smutku.

– Ten statek był klasą dla siebie. Naprawdę. Ja to wiem. Pływałem na nich wszystkich: na „Olympicu"… „Aquitanii"… „Queen Mary". Na swoje czasy z pewnością były one wspaniałe i nowoczesne, ale gdzie im tam do wyposażenia „Titanica", które wykonano z taką dbałością i mistrzostwem: te cudowne boazerie i wspaniałe luksusowe kabiny. Taak… ten statek wciąż jeszcze rzuca jakiś dziwny urok.

– Coraz większy z upływem lat – przyznał Pitt.

– O, tu, tutaj… przy lewoburtowym nawiewniku na dachu pomieszczeń oficerskich – powiedział Bigalow podnieconym głosem, wskazując palcem jedno ze zdjęć. – Tu właśnie stałem, kiedy „Titanic" tonął pod moimi nogami, i stąd fala zmyła mnie do morza. – Twarz komandora jakby odmłodniała o kilkadziesiąt lat. – Ależ tej nocy morze było zimne. Miało temperaturę poniżej zera.

Przez następne dziesięć minut opowiadał o pływaniu w lodowatej wodzie, o cudownym natknięciu się na linę prowadzącą do przewróconej łodzi ratunkowej ze straszliwą masą walczących ludzi, o rozdzierających krzykach, które powoli zamierały, o długich godzinach spędzonych na kurczowym trzymaniu się kilu szalupy wraz z trzydziestoma innymi ludźmi, tulącymi się do siebie w obronie przed zimnem, o emocjach, jakie przeżywali, kiedy pojawił się liniowiec Cunarda, „Carpathia", który ich wyratował. W końcu starzec westchnął i spojrzał na Pitta ponad szkłami okularów.

– Czy ja pana nie zanudzam, panie Pitt?

– Ależ skądże – odparł Pitt. – Słuchanie kogoś, kto przeżył to wydarzenie, to prawie tak, jakby samemu się w nim uczestniczyło.

– Wobec tego spróbuję opowiedzieć panu jeszcze jedną dłuższą historię – rzekł Bigalow. – Dotychczas nigdy nikomu nie mówiłem o moich ostatnich minutach na statku, zanim poszedł na dno. Nie wspomniałem o tym ani jednym słowem, kiedy przesłuchiwano mnie w sprawie zatonięcia, ani przed senacką komisją dochodzeniową Stanów Zjednoczonych, ani przed brytyjskim sądem śledczym. Nie pisnąłem słowa dziennikarzom ani literatom pracującym nad książkami o tej tragedii. Pan, proszę pana, będzie pierwszą i ostatnią osobą, która usłyszy to z moich ust.

Trzy godziny później Pitt wracał pociągiem do Exeter. Nie był ani zmęczony, ani zanudzony. Odczuwał nawet pewne podniecenie. Sprawa „Titanica" i tej tajemnicy ukrytej w skarbcu ładowni numer l na pokładzie G nurtowała go jak jeszcze nigdy dotąd. Zastanawiał się nad Southby. Co ono miało z tym wspólnego? Chyba po raz pięćdziesiąty spojrzał na paczkę, którą dał mu komandor Bigalow. Już nie żałował, że musiał pojechać do Teignmouth.

45.

Doktor Ryan Prescott, szef Centrum Obserwacji Huraganów NUMA w Tampie na Florydzie, miał szczery zamiar choć raz wrócić na czas do domu i wieczorem spokojnie pograć sobie z żoną w karty. Mimo to dziesięć minut przed północą wciąż jeszcze siedział przy swoim biurku, zmęczonym wzrokiem wpatrując się w rozłożone na nim zdjęcia satelitarne.

– Kiedy sądzimy, że wiemy już wszystko, czego można się dowiedzieć o sztormach, wówczas ni stąd, ni zowąd, wbrew wszelkim regułom, nagle pojawia się jakiś nietypowy – zrzędził jękliwie.

– Huragan w środku maja – powiedziała jego asystentka ziewając. – To się nadaje do księgi rekordów.

– Ale dlaczego? Sezon huraganów normalnie trwa od lipca do września. Co spowodowało, że ten pojawił się dwa miesiące wcześniej?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała. – Jak myślisz, w którą stronę zmierza ten wybryk natury?

– Za wcześnie na jakiekolwiek dokładne przewidywania – odparł Prescott. – Co prawda powstał normalnie: rozległy obszar niskiego ciśnienia i wilgotne powietrze, wirujące w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara wskutek obracania się kuli ziemskiej. Ale na tym kończy się podobieństwo. Zwykle to kwestia dni, czasem tygodni, by sztorm objął obszar o szerokości czterystu mil, a to maleństwo dokonało tej sztuki w ciągu niespełna osiemnastu godzin.

Westchnął, wstał, wyszedł zza biurka i zbliżył się do dużej ściennej mapy. Z notatnika odczytał pośpiesznie zapisaną pozycję, warunki atmosferyczne i prędkość, a potem zaczął rysować linię, która biegła na zachód z punktu leżącego czterysta pięćdziesiąt mil na północny wschód od Bermudów, i stopniowo skręcała na północ w stronę Nowej Fundlandii.

– Dopóki nie otrzymamy dalszych wskazówek co do przyszłej drogi, nic lepszego nie wymyślę – powiedział i zawiesił głos, jakby czekając na potwierdzenie, którego jednak nie usłyszał. Spytał więc: – Czy ty też tak to widzisz?

W dalszym ciągu nie było żadnej odpowiedzi. Prescott odwrócił się, by powtórzyć pytanie, lecz zrezygnował. Jego asystentka spała z głową opartą na rękach leżących na biurku. Delikatnie potrząsnął ją za ramię. Zamrugała zielonymi oczami.

– Nie mamy tu nic więcej do roboty – rzekł cicho. – Chodźmy do domu i trochę się prześpijmy. – Zmęczonym wzrokiem spojrzał na ścienną mapę. – Istnieje szansa jedna na tysiąc, że wszystko rozejdzie się po kościach i on z powrotem stanie się niewielkim lokalnym sztormem.

Powiedział to zdecydowanie, choć bez przekonania. Nie zauważył jednak, że linia oznaczająca przypuszczalną drogę huraganu przebiega dokładnie przez punkt leżący na 41°46' szerokości północnej i 50° 14' długości zachodniej.

46.

Komandor Rudi Gunn stał na mostku „Koziorożca" i obserwował maleńką niebieską plamkę, która ukazała się w oddali od zachodu na kryształowo czystym niebie. Zdawała się wisieć tam przez kilka minut ani nie zmieniając kształtu, ani się nie powiększając; po prostu ciemnoniebieska kropka nad horyzontem. Potem nagle, niemal w jednej chwili, rozrosła się i zmieniła w helikopter.

Gunn ruszył w stronę lądowiska, znajdującego się na dachu rufowej części nadbudówki, stanął tam i czekał. Tymczasem śmigłowiec zbliżył się i zawisł nad statkiem. Po trzydziestu sekundach dotknął płozami lądowiska; wycie turbin ucichło i łopatki wirnika powoli przestały się obracać.

Komandor podszedł bliżej, gdy z prawej strony otworzyły się drzwi i wyszedł z nich Pitt.

– Jak ci się udała podróż? – spytał Gunn.

– Interesująca – odparł Pitt.

Zauważył napięcie na twarzy Gunna – miał ściągnięte kąciki oczu i ponurą minę.

– Rudi, wyglądasz jak dziecko, któremu ktoś ukradł prezent gwiazdkowy. Co się stało?

– Batyskaf „Uranusa", „Sonda Głębinowa", znalazł się w potrzasku przy wraku.

Pitt przez chwilę milczał. Potem nagle spytał:

– A admirał Sandecker?

– Przeniósł swój sztab na „Bombergera". Ponieważ to była baza „Sondy Głębinowej", uznał, że dopóki ty nie wrócisz, lepiej stamtąd prowadzić akcję ratunkową.

– Powiedziałeś „była", jakbyśmy już ten batyskaf stracili.

– Sprawa dobrze nie wygląda. Chodź na górę, to ci wszystko szczegółowo wyjaśnię.

W centrali operacyjnej „Koziorożca" panowała atmosfera napięcia i przygnębienia. Giordino, który zazwyczaj był bardzo towarzyski, ledwie skinął Pittowi głową, nawet bez jednego słowa powitania. Ben Drummer przez mikrofon pocieszał załogę „Sondy Głębinowej", zmuszając się do optymizmu, lecz z jego oczu wyzierał strach. Rick Spencer, specjalista od sprzętu ratowniczego, w milczeniu wpatrywał się w monitory telewizyjne. Pozostali ludzie spokojnie zajmowali się swoimi sprawami, ale mieli zamyślone twarze.

Gunn zaczął przedstawiać sytuację:

– Dwie godziny przed wynurzeniem dla wymiany załóg „Sonda Głębinowa" z Kielem, Chavezem i Merkerem…

– Merker brał z tobą udział w wyprawie z prądem Lorelei? – przerwał mu Pitt.

– Munk też – powiedział Gunn, z poważną miną kiwając głową. – Wygląda na to, jakby na naszej załodze ciążyło jakieś przekleństwo.

– Co było dalej?

– Akurat instalowali zawór bezpieczeństwa z prawej strony pokładu dziobowego „Titanica", gdy rufą otarli się o dźwig ładunkowy. Pękły skorodowane wzmocnienia i spadające ramię dźwigu uszkodziło zbiorniki wypornościowe batyskafu. Przez wybitą dziurę wlało się ponad dwie tony wody, przygważdżając go do wraku.

– Kiedy to się stało?

– Jakieś trzy i pół godziny temu.

– Więc po co to całe zmartwienie? Zachowujecie się, jak gdyby nie było wyjścia. „Sonda Głębinowa" ma dostateczny zapas tlenu, by ponad tydzień utrzymać przy życiu trzyosobową załogę. Obie „Safony" mają mnóstwo czasu na uszczelnienie zbiorników i wypompowanie wody.

– To nie takie proste – odezwał się Gunn. – Mamy wszystkiego sześć godzin.

– Jak ty to sobie wyliczyłeś?

– Jeszcze nie powiedziałem ci najgorszego – odparł Gunn, patrząc smutnym wzrokiem na Pitta. – Od uderzenia spadającego dźwigu w kadłubie batyskafu pękł spaw. Pęknięcie jest maleńkie jak dziurka od szpilki, ale ogromne ciśnienie na tej głębokości wtłacza wodę do kabiny w tempie czterech litrów na minutę. To cud, że cały spaw nie puścił, bo inaczej kadłub by się rozwalił i z załogi zostałaby marmolada. – Skinął głową w stronę zegara na komputerze. – Mają wszystkiego sześć godzin, zanim woda wypełni kabinę i utoną… a my, cholera, nic nie możemy na to poradzić.

– A dlaczego by nie uszczelnić przecieku od zewnątrz hydrostalem?

– Łatwo powiedzieć. Nie możemy się tam dostać. Miejsce przecieku jest w części kadłuba przyciśniętej do wraku. Admirał wysłał tam pozostałe trzy batyskafy w nadziei, że wspólnymi siłami uda im się odciągnąć „Sondę Głębinową" na tyle, by dotrzeć do uszkodzenia i je naprawić. Nic z tego nie wyszło.

Pitt usiadł w fotelu, wziął ołówek i zaczął coś pisać w notatniku.

– „Ślimak Morski" jest wyposażony w urządzenie do cięcia metalu. Może by się dobrał do ramienia dźwigu.

– Nic z tego – rzekł zmartwiony Gunn, kręcąc głową. – Podczas próby odciągania batyskafu „Ślimak Morski" złamał sobie manipulator. Jest teraz na pokładzie „Modoca", ale chłopcy z marynarki mówią, że nie da się go zreperować na czas. – Gunn uderzył pięścią w stół nawigacyjny. – Naszą ostatnią nadzieją była winda na „Bombergerze". Gdyby udało się przymocować linę do dźwigu, to moglibyśmy go odciągnąć i uwolnić batyskaf.

– Nie ma ratunku – rzekł Pitt. – „Ślimak Morski" jest jedynym batyskafem wyposażonym w manipulator do ciężkich prac, a bez niego nie da się przywiązać liny.

Gunn przetarł oczy gestem znużenia.

– Tysiące roboczogodzin pochłonęło projektowanie i budowa wszelkich układów bezpieczeństwa, jakie tylko dało się wymyślić, i przygotowanie zwięzłych opisów postępowania we wszystkich możliwych do przewidzenia okolicznościach, a tu pojawia się coś nieprzewidzianego i dostajemy cios poniżej pasa, bo stało się to, co było nieprawdopodobne, bo komputery nie uwzględniły wypadku jednego na milion.

– Komputery uwzględniają jedynie to, co się zaprogramuje – powiedział Pitt.

Podszedł do nadajnika i wziął mikrofon od Drummera.

– „Sonda Głębinowa", tu mówi Pitt, odbiór.

– Miło znów słyszeć twój wesoły głos – popłynęły z głośnika słowa Merkera, który mówił tak spokojnie, jakby rozmawiał przez telefon, leżąc w łóżku w swoim własnym domu. – Może wpadniesz tu na dół, bo brak nam czwartego do brydża?

– Nie gram w brydża – odparł Pitt rzeczowym tonem. – Ile czasu pozostało, zanim woda dotrze do waszych akumulatorów?

– Sądząc po tempie, w jakim jej przybywa, jeszcze jakieś piętnaście do dwudziestu minut.

Pitt odwrócił się do Gunna i powiedział:

– Kiedy wysiądą im akumulatory, stracą z nami łączność. Gunn pokiwał głową.

– Dotrzymuje im towarzystwa „Safona II". To chyba wszystko, co możemy zrobić.

Pitt ponownie włączył mikrofon.

– Merker, a co z waszym systemem podtrzymywania życia?

– Z jakim systemem podtrzymywania życia? Spieprzył się pół godziny temu. Żyjemy tylko dzięki naszym własnym smrodliwym oddechom.

– Wyślę wam skrzynkę płynu do płukania ust.

– Lepiej się z tym pośpiesz, bo Chavez to wyjątkowo złośliwy przypadek cuchnącego oddechu. – W tonie głosu Merkera pojawił się teraz cień zwątpienia. – Jeżeli dojdzie do najgorszego i już was, chłopaki, nie zobaczymy, to przynajmniej będziemy mieli tu na dole niezłe towarzystwo.

Na tę wyraźną aluzję do zmarłych na „Titanicu" twarze wszystkich osób w centrali operacyjnej nieco pobladły – wszystkich z wyjątkiem Pitta, który ponownie włączył mikrofon.

– Tylko postarajcie się nie zapaskudzić batyskafu. Może jeszcze będziemy chcieli go używać. Wyłączam się.

Wszystkich zaskoczyła niedelikatna uwaga Pitta. Jedynie Drummer miał wściekłą minę.

Pitt dotknął ramienia Curleya, radiooperatora.

– Połącz mnie z admirałem na „Bombergerze", ale na innej częstotliwości.

Curley podniósł wzrok.

– Nie chcesz, żeby cię słyszeli ci na pokładzie „Sondy Głębinowej"?

– Czego uszy nie słyszą, o to serce nie boli – chłodno odpowiedział Pitt. – A teraz się pośpiesz.

Po kilku słowach z głośników zagrzmiał głos Sandeckera:

– „Koziorożec", mówi admirał Sandecker. Odbiór.

– Tu Pitt, admirale.

Sandecker nie tracił czasu na uprzejmości.

– Już wiesz, co się dzieje?

– Gunn pokrótce mi opowiedział – odparł Pitt.

– A więc wiesz, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości. Jakkolwiek by do tego podchodzić, głównym wrogiem jest czas. Gdyby udało nam się o jakieś dzisięć minut odwlec to, do czego nieuchronnie dojdzie, wówczas mielibyśmy szansę ich uratowania.

– Jest jeszcze pewien sposób – rzekł Pitt. – Bardzo ryzykowny, ale teoretycznie możliwy.

– Przyjmę każdą propozycję.

Pitt na moment się zawahał.

– Na początek chwilowo zapomnijmy o „Sondzie Głębinowej" i zajmijmy się czym innym. Drummer podskoczył do Pitta.

– Co ty wygadujesz?! Co tu się wyprawia?! Zapomnijmy o „Sondzie Głębinowej"?! – krzyczał wykrzywiając usta. – Oszalałeś?! Pitt uśmiechnął się rozbrajająco.

– To ostatni rozpaczliwy rzut kośćmi, Drummer. Wy zawiedliście, i to paskudnie. Być może jesteście dla świata darem niebios, jeśli chodzi o ratowanie statków, ale przy ratowaniu ludzi zachowujecie się jak banda amatorów. Na wasze błędy nałożył się pech i teraz siedzicie jęcząc, że wszystko stracone. Otóż, moi panowie, nie wszystko stracone. Zmienimy zasady gry i wyciągniemy „Sondę Głębinową" na powierzchnię przed upływem tych sześciu godzin, a właściwie, jeżeli mój zegarek dobrze mi służy, pięciu godzin i czterdziestu trzech minut.

Giordino spojrzał na Pitta.

– Naprawdę uważasz, że to da się zrobić?

– Naprawdę uważam, że to da się zrobić.

47.

Inżynierowie-konstruktorzy i morscy specjaliści stali w niewielkich grupkach, mrucząc do siebie pod nosem i nieustannie obliczając coś na suwakach logarytmicznych. Od czasu do czasu któryś z nich podchodził do komputerów i sprawdzał wydruki. Admirał Sandecker dopiero co przybył z „Bombergera", a teraz siedział za biurkiem, ściskając kubek kawy i kręcąc głową.

– To się nigdy nie znajdzie w podręcznikach wydobywania statków – mruknął. – Odrywanie wraku od dna za pomocą materiałów wybuchowych… Boże, to szaleństwo!

– A mamy wybór? – spytał Pitt. – Jeżeli uda nam się wyrwać z mułu „Titanica", to „Sonda Głębinowa" wypłynie razem z nim.

– Ten cały pomysł jest zwariowany – półgłosem odezwał się Gunn. – Wstrząs od wybuchu tylko powiększy pęknięcie spawu w kadłubie batyskafu, co spowoduje natychmiastową eksplozję.

– Może tak, może nie – rzekł Pitt. – Ale jeżeli nawet do tego dojdzie, to prawdopodobnie i tak będzie lepiej dla Merkera, Kiela i Chaveza, że zginą w jednej chwili, zmiażdżeni ciśnieniem wody, niż żeby cierpieli długotrwałe męki powolnego duszenia się.

– A co z „Titanikiem"? – upierał się Gunn. – Możemy unicestwić wyniki naszej wielomiesięcznej pracy.

– Potraktuj to jako wkalkulowane ryzyko – odparł Pitt. – „Titanic" ma mocniejszą konstrukcję od większości pływających dziś statków. Jego wręgi, wzdłużniki, grodzie i pokłady są w tak dobrym stanie, jak tej nocy, kiedy zatonął. Staruszek zniesie wszystko, co mu zaserwujemy. Nie ma mowy o pomyłce.

– Naprawdę myślisz, że coś z tego wyjdzie? – spytał Sandecker.

– Naprawdę.

– Mógłbym ci tego zakazać. Dobrze o tym wiesz.

– Wiem – odparł Pitt. – Liczę jednak, że pozwolisz mi rozegrać to do końca.

Sandecker przetarł sobie oczy dłonią, a potem wolno kręcił głową, jakby chciał sobie w niej rozjaśnić. Wreszcie się odezwał:

– Dobra, Dirk, to twoje dziecko.

Pitt skinął głową i odszedł.

Pozostało już tylko pięć godzin i dziesięć minut.


Cztery kilometry pod powierzchnią oceanu, w nieprzyjaznym środowisku, trzej zmarznięci samotni mężczyźni w „Sondzie Głębinowej" obserwowali, jak woda wypełnia kabinę cal po calu, póki nie zalała instalacji elektrycznej, doprowadzając do zwarć w instrumentach i pogrążając wnętrze w całkowitych ciemnościach. Dopiero później poczuli naprawdę dojmujący ziąb, kiedy woda o temperaturze niespełna dwóch stopni zawirowała im wokół nóg. Choć udręczeni perspektywą niechybnej śmierci, stali dygocąc z zimna, wciąż jednak tliła się w nich iskierka nadziei, że przeżyją.

– Jak tylko znajdziemy się na powierzchni – mruknął Kiel – to biorę sobie wolny dzień i mam wszystkich w nosie.

– Coś powiedział? – odezwał się w ciemności głos Chaveza.

– Mogą mnie rozstrzelać, jeśli chcą, ale jutro cały dzień będę spał.

Chavez po omacku odnalazł Kiela i brutalnie chwycił go za ramię.

– Co ty wygadujesz?

– Daj spokój – rzekł Merker. – Mąci mu się w głowie od dwutlenku węgla, który się nagromadził, jak wysiadł system podtrzymujący życie. Mnie też już zaczyna się kręcić we łbie.

– Na domiar jeszcze ten smród – narzekał Chavez. – Jeżeli się nie utopimy, to zostaniemy zmiażdżeni, kiedy kadłub się rozleci, a jeśli nie będziemy zgnieceni jak skorupki jajek, to udusimy się własnymi oddechami. Mamy niezbyt świetlaną przyszłość.

– Zapomniałeś o zimnie – sarkastycznie stwierdził Merker. – Jeżeli nie wyjdziemy z tej lodowatej wody, to nie mamy żadnych szans na pozostałe trzy możliwości.

Kieł milczał, ale biernie poddał się Chavezowi, który wepchnął go na najwyższą koję, a potem sam wgramolił się za nim i siedział na brzegu, dyndając nogami.

Brnąc w wodzie sięgającej już krocza, Merker podszedł do przedniego iluminatora i wyjrzał. Oślepiony silnym światłem reflektorów „Safony II", widział tylko jej zarys. Choć znajdowała się w odległości zaledwie trzech metrów, nie mogła w niczym pomóc uwięzionemu batyskafowi ze względu na ogromne ciśnienie, panujące na tej głębokości. Merker pomyślał, że skoro jest w pobliżu, to jeszcze nie spisano ich na straty. Bynajmniej nie pocieszał go fakt, że nie są sami. Aczkolwiek niewielkie, było to jednak ich jedyne oparcie.


Na pokładzie statku zaopatrzeniowego „Alhambra" pełen oczekiwania tłum kamerzystów największych sieci telewizyjnych gorączkowo przygotowywał sprzęt. Specjalni wysłannicy, stłoczeni na każdym dostępnym metrze relingu na lewej burcie, jak zahipnotyzowani wpatrywali się przez lornetki w „Koziorożca", kołyszącego się na falach w odległości dwóch mil, a fotoreporterzy celowali teleobiektywami w wodę między statkami. Dana Seagram, opatulona w grubą kurtkę i wciśnięta w kąt zaimprowizowanego centrum prasowego, dzielnie stawiła czoło kilkunastu dziennikarzom uzbrojonym w magnetofony, którzy podtykali jej pod nos mikrofony niczym lizaki.

– Czy to prawda, pani Seagram, że przyśpieszenie wydobycia „Titanica" o trzy dni jest ostatnią deską ratunku dla załogi uwięzionej w głębi oceanu?

– To tylko jedno z możliwych rozwiązań – odparła Dana.

– Czy mamy rozumieć, że wszystkie dotychczasowe próby skończyły się fiaskiem?

– Mieliśmy pewne komplikacje – przyznała.

Ręką trzymaną w kieszeni kurtki tak mocno ściskała chusteczkę do nosa, że aż rozbolały ją palce. Długie miesiące zmagań z dziennikarzami płci obojga dawały o sobie znać.

– Skoro utracono łączność z „Sondą Głębinową", to skąd pewność, że załoga jeszcze żyje?

– Z obliczeń komputerowych wynika, że w ciągu najbliższych czterech godzin i czterdziestu minut „Sonda Głębinowa" nie znajdzie się w krytycznej sytuacji.

– W jaki sposób NUMA zamierza wydobyć „Titanica" na powierzchnię, jeżeli w muł wokół kadłuba wstrzyknięto jedynie część planowanej ilości elektrolitu?

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – odparła Dana. – W ostatniej informacji, jaką otrzymaliśmy z „Koziorożca", pan Pitt stwierdził tylko, że zamierzają podnieść wrak w ciągu najbliższych czterech godzin. Niestety, nie podał szczegółów.

– A jeśli jest za późno? Jeżeli Kiel, Chavez i Merker już nie żyją? Dana zrobiła groźną minę.

– Oni nie zginęli – powiedziała z błyskiem w oczach. – Pierwsi z was, którzy przekażą tę okrutną i nieludzką plotkę, zanim stanie się potwierdzonym faktem, wylecą z tego statku bez względu na akredytację. Zrozumiano?

Zaskoczeni nagłym wybuchem gniewu Dany, dziennikarze przez chwilę stali w milczeniu, a potem bez słowa zaczęli powoli opuszczać mikrofony i wychodzić na pokład.


Rick Spencer rozwinął sporą rolkę kartonu na stole nawigacyjnym i umocował ją kilkoma kubkami wypełnionymi do połowy kawą. Rysunek przedstawiał „Titanica" na dnie morza. Spencer zaczął pokazywać ołówkiem różne miejsca wokół kadłuba, oznaczone maleńkimi krzyżykami.

– Oto, jak wygląda sytuacja – wyjaśniał. – Na podstawie obliczeń komputerowych w tych kluczowych punktach na dnie oceanu rozmieścimy wzdłuż kadłuba „Titanica" osiemdziesiąt ładunków, z których każdy będzie zawierał piętnaście kilogramów materiału wybuchowego.

Sandecker pochylił się nad rysunkiem i przebiegł wzrokiem po krzyżykach.

– Widzę, że chcecie umieścić je przemiennie w trzech rzędach z każdej strony.

– Tak jest, panie admirale – rzekł Spencer. – Zewnętrzne rzędy znajdą się w odległości sześćdziesięciu metrów, środkowe czterdziestu, a wewnętrzne zaledwie dwudziestu metrów od poszycia statku. Najpierw zdetonujemy zewnętrzny rząd z prawej burty. Po ośmiu sekundach odpalimy zewnętrzny rząd z lewej burty. Po następnych ośmiu sekundach to samo zrobimy z rzędami środkowymi i tak dalej.

– Przypomina to pchanie samochodu w przód i do tyłu przy wyciąganiu go z błota – wtrącił Giordino.

Spencer skinął głową.

Można powiedzieć, że to dobre porównanie.

– A czy nie dałoby się wyrwać go z mułu jednym potężnym wybuchem? – spytał Giordino.

– Możliwe, że nagły pojedynczy wstrząs byłby skuteczny, ale geolodzy opowiadają się za kolejnymi falami uderzeniowymi, które będą na siebie zachodziły. Chodzi o wywołanie wibracji kadłuba.

– Czy mamy dość materiałów wybuchowych? – spytał Pitt.

– Na „Bombergerze" jest prawie tona do badań sejsmicznych – odparł Spencer. – „Modoc" ma dwieście kilogramów do podwodnych wybuchów przy wydobywaniu statków.

– To wystarczy?

– Ledwo, ledwo – przyznał Spencer. – Dodatkowe sto pięćdziesiąt kilogramów zwiększyłoby prawdopodobieństwo powodzenia.

– Taką ilość możemy sprowadzić z lądu odrzutowcem, który dokona zrzutu – zaproponował Sandecker. Pitt pokręcił głową.

– Zanim to otrzymamy, przeładujemy do batyskafu i umieścimy na dnie morza, wówczas już będzie o dwie godziny za późno.

– A więc jedźmy z tym, co jest – bez wahania zdecydował Sandecker. – Czas ucieka. – Zwrócił się do Gunna: – Jak długo potrwa rozmieszczanie ładunków?

– Cztery godziny – odparł komandor. Sandecker zmrużył oczy.

– Mamy bardzo mało czasu. Pozostanie nam tylko czternaście minut.

– Poradzimy sobie – rzekł Gunn. – Ale pod jednym warunkiem.

– O co chodzi? – niecierpliwie spytał Sandecker oschłym tonem.

– Potrzebne będą wszystkie sprawne batyskafy, jakimi dysponujemy.

– To oznacza, że trzeba będzie ściągnąć „Safonę II" ze stanowiska przy „Sondzie Głębinowej" – powiedział Pitt. – Te biedaki pomyślą sobie, że ich opuszczamy.

– Nie ma innego wyjścia – bezradnie stwierdził Gunn. – Po prostu nie ma innego wyjścia.


Merker stracił poczucie czasu. Patrzył na świecącą tarczę swojego zegarka, ale cyfry zamazywały mu się przed oczami. Zastanawiał się, ile godzin upłynęło od chwili, gdy ramię dźwigu spadło na zbiorniki wypornościowe. Pięć…? dziesięć…? A może to było wczoraj? Jego mózg pracował ospale, w głowie mu szumiało. Mógł tylko siedzieć, nie poruszając ani jednym mięśniem. Oddychał płytko i powoli, a każdy oddech zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Stopniowo uświadamiał sobie, że coś się rusza. Wyciągnął rękę w ciemności, dotykając Kiela i Chaveza, ale żaden z nich nawet nie drgnął ani się nie odezwał; znajdowali się w jakimś letargicznym otępieniu.

I wtedy znów uświadomił sobie pewną niewielką, lecz dostrzegalną zmianę. Coś było nie tak, jak przedtem. Myśli krążyły mu po głowie, jakby zanurzone w syropie. Wreszcie do niego dotarło. Poza nieustannym podnoszeniem się poziomu wody w zalanej kabinie w ogóle nie było żadnego ruchu; to tylko przygasło światło reflektorów „Safony II", wpadające przednimi iluminatorami.

Zsunął się z koi do wody, która teraz sięgała mu piersi, niemal jak w koszmarnym śnie dobrnął do górnych iluminatorów w dziobie i spojrzał w rozciągającą się za nimi otchłań.

– O Boże! – wykrzyknął głośno. – Odpływają. Zrezygnowali i zostawiają nas.


Sandecker chodził w tę i z powrotem, obracając w palcach ogromne cygaro, które dopiero co zapalił. Kiedy radiooperator podniósł rękę, admirał zawrócił w pół kroku, podszedł do niego i stanął mu za plecami.

– Zgłasza się „Safona I" – powiedział Curley. – Skończyła zakładanie swoich ładunków.

– Każ jej natychmiast się wynurzać, żeby była jak najdalej od nich, kiedy je zdetonujemy. – Admirał odwrócił się na pięcie i zobaczył przed sobą Pitta, który uważnie się wpatrywał w cztery monitory, przekazujące obraz z kamer umieszczonych w strategicznych punktach na nadbudówkach „Titanica". – Jak to wygląda?

– Na razie nieźle – odpowiedział Pitt. – Jeżeli plastry z hydrostalu wytrzymają wstrząs, to chyba się uda.

Sandecker spojrzał na kolorowe obrazy i zmarszczył brwi, kiedy zauważył, że z kadłuba liniowca wydobywają się potężne strumienie baniek.

– Traci mnóstwo powietrza – rzekł.

– To z zaworów bezpieczeństwa, które zmniejszają nadmierne ciśnienie – obojętnym tonem wyjaśnił Pitt. – Odstawiliśmy pompę elektrolitu i z powrotem włączyliśmy kompresory, żeby wtłoczyć jak najwięcej powietrza do górnych przedziałów. – Przerwał, by dostroić obraz, a potem mówił dalej: – Sprężarki „Koziorożca" pompują prawie trzysta metrów sześciennych powietrza na godzinę i podniesienie ciśnienia wewnątrz kadłuba o jedną atmosferę jest tylko kwestią chwili. To wystarczy, by zadziałały zawory bezpieczeństwa.

Drummer wolnym krokiem odszedł od komputerów i sprawdzał coś w notatkach.

– Według naszych obliczeń dziewięćdziesiąt procent przedziałów kadłuba jest wypełnionych powietrzem. Moim zdaniem zasadniczy problem polega na tym, że wypór jest większy, niż wskazują komputery. Jeżeli wrak się oderwie, to poleci do góry jak balon.

– „Ślimak Morski" założył swój ostatni ładunek – zameldował Curley.

– Powiedz im, żeby przed wynurzeniem podpłynęli do „Sondy Głębinowej" – odezwał się Pitt. – Niech spróbują nawiązać kontakt wzrokowy z Merkerem i jego załogą.

– Pozostało dwanaście minut – zakomunikował Giordino.

– Co u licha zatrzymuje tę „Safonę II"? – rzucił Sandecker w przestrzeń.

Pitt spojrzał na Spencera.

– Czy ładunki są gotowe do odpalenia? Spencer skinął głową.

– Każdy rząd jest nastawiony na inną częstotliwość sygnału. Wystarczy tylko włączyć zegar i wszystkie rzędy odpalą we właściwej kolejności.

– Załóżmy się, co zobaczymy najpierw, dziób czy rufę?

– Nie zakładam się. Dziób jest zakopany w mule jakieś siedem metrów głębiej niż ster. Liczę na to, że odrywająca się rufa siłą wyporu pociągnie za sobą resztę. Statek powinien się wynurzyć prawie dokładnie pod takim samym kątem, pod jakim zatonął… jeżeli w ogóle się wynurzy.

– Założono ostatni ładunek – powiedział Curley monotonnie. – „Safona II" już ucieka.

– A „Ślimak Morski" się nie zgłaszał?

– Melduje, że brak kontaktu wzrokowego z „Sondą Głębinową".

– Dobra, powiedz mu, żeby brał nogi za pas i pryskał na powierzchnię. Za dziesięć minut odpalamy pierwszy rząd ładunków.

– Oni zginęli! – wykrzyknął nagle Drummer łamiącym się głosem. – Spóźniliśmy się! Wszyscy zginęli!

Pitt zrobił dwa kroki i chwycił go za ramiona.

– Dość tej histerii! Jeszcze za wcześnie na mowy pogrzebowe.

Z wyrazem przerażenia, zastygłym na poszarzałej twarzy, Drummer zwiesił ramiona. Potem w milczeniu skinął głową i chwiejnym krokiem podszedł do komputerów.

– Woda w kabinie batyskafu musi już być tylko kilkadziesiąt centymetrów od sufitu – odezwał się Giordino głosem wyższym niż zwykle, podniesionym prawie o pół oktawy.

– Gdyby pesymizm sprzedawano na kilogramy, to obaj bylibyście milionerami – powiedział Pitt oschłym głosem.

– „Safona I" osiągnęła strefę bezpieczeństwa na głębokości dwóch tysięcy metrów – zakomunikował operator sonaru.

– Jeden z głowy, jeszcze dwa – mruknął Sandecker.

Teraz nie pozostawało im już nic innego, jak tylko czekać, aż kolejne batyskafy opuszczą niebezpieczną strefę oddziaływania fal uderzeniowych. Minęło osiem minut, osiem nie kończących się minut, w czasie których kropelki potu zaczęły się pojawiać na czołach dwudziestu czterech mężczyzn.

– „Safona II" i „Ślimak Morski" zbliżają się do strefy bezpieczeństwa.

– Stan morza i pogody? – spytał Pitt.

– Metrowa fala, czyste niebo, wiatr z północnego wschodu o prędkości pięciu węzłów – odparł Farquar. – Nie mógłbyś sobie wymarzyć lepszych warunków.

Przez kilka chwil nikt się nie odzywał.

– No, panowie, nadszedł czas – powiedział wreszcie Pitt głosem równym i spokojnym. – Dobra, Spencer, odliczaj. Spencer zaczął odliczanie z regularnością zegarka.

– Trzydzieści sekund… piętnaście… pięć… sygnał… zero. – Potem nagle zmienił sposób odliczania: – Osiem sekund… cztery… sygnał… zero.

Wszyscy zgromadzili się przy monitorach telewizyjnych i operatorze sonaru – obecnie bowiem był to ich jedyny kontakt z tym, co działo się pod wodą.

Od pierwszej eksplozji „Koziorożec" lekko zadrżał. Odgłos wybuchu dotarł do ich uszu jak daleki grom. Napięcie doszło do zenitu. Wszyscy wlepiali oczy w monitory, których ekrany po każdym odpaleniu ładunków pokrywały się skaczącymi kreskami. Spięci i skupieni, stali bez ruchu jak sparaliżowani, a w ich pełnych oczekiwania spojrzeniach malowała się obawa przed najgorszym i nadzieja. Spencer monotonnym głosem kontynuował odliczanie.

Kolejne fale uderzeniowe coraz mocniej wstrząsały statkiem, docierając do powierzchni oceanu. Nagle wszystkie monitory zamigotały kolorowym światłem i zgasły.

– Cholera! – mruknął Sandecker. – Wysiadł obraz.

– Pewnie fale uderzeniowe zerwały połączenie z głównym przekaźnikiem – stwierdził Gunn.

Wszyscy natychmiast skupili uwagę na sonarze, ale tylko niewielu mogło coś zobaczyć, operator bowiem tak blisko przysunął się do ekranu, że zasłaniał go głową. Spencer wyprostował się, westchnął głęboko, z tylnej kieszeni spodni wyjął chusteczkę do nosa i zaczął nią wycierać sobie twarz i kark.

– To wszystko – powiedział chrapliwym głosem. – Nie ma już więcej ładunków.

– Wciąż leży – stwierdził operator sonaru. – „Titanic" w dalszym ciągu leży…

– Rusz się, mały! – błagalnie odezwał się Giordino. – Podnieś dupsko!

– O mój Boże – mruknął Drummer. – Ale się zassał.

– No, do cholery! – przyłączył się Sandecker. – Podnieś się… podnieś!

Gdyby w ludzkiej mocy leżało wyrwanie czterdziestu sześciu tysięcy trzystu dwudziestu ośmiu ton stali z grobu, w którym przeleżały siedemdziesiąt sześć długich lat, i wyniesienie ich na światło dzienne jedynie siłą woli, to mężczyźni stłoczeni przy sonarze z pewnością by tego dokonali. Jednakże nie doszło do pokazu zjawiska psychokinezy. „Titanic" uparcie trzymał się dna.

– Co za parszywy pech – powiedział Farquar. Drummer ukrył twarz w dłoniach, odwrócił się i chwiejnym krokiem wyszedł na pokład.

– Woodson z „Safony II" prosi o pozwolenie, żeby mógł zejść na dno i się rozejrzeć.

Pitt wzruszył ramionami.

– Zezwalam.

Znużony Sandecker powoli opadł na fotel.

– Jaka jest cena przegranej? – szepnął.

Zapanowała atmosfera rozgoryczenia i beznadziejności, wywołana poczuciem całkowitej porażki.

– I co teraz zrobimy? – spytał Giordino ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Będziemy dalej robić to, po co tu przyjechaliśmy – zmęczonym głosem odparł Pitt. – Jutro zaczniemy od nowa…

– Ruszył się!

W pierwszej chwili nikt nie zareagował.

– Ruszył się – powtórzył operator sonaru drżącym głosem.

– Jesteś pewien? – szepnął Sandecker.

– Jak pragnę zdrowia.

Spencera aż zatkało. Wytrzeszczonymi oczami wpatrywał się w ekran sonaru. W końcu odzyskał mowę.

– Odbite fale uderzeniowe! – powiedział. – To one spowodowały tę opóźnioną reakcję.

– Unosi się! – wykrzyknął operator sonaru. – Ta superłajba pełna nitów uwolniła się! Wypływa!

48.

Z początku wszyscy byli tak osłupiali, że nikt się nie poruszył. Chwila, o którą się modlili, o którą walczyli przez osiem miesięcy potwornych zmagań, nadeszła zbyt nieoczekiwanie. Jakoś dziwnie powoli docierało do nich to, że stała się faktem. Potem nagle dotarła do ich świadomości elektryzująca wieść i wszyscy jednocześnie zaczęli krzyczeć, jak technicy kierujący lotami kosmicznymi, kiedy wystartuje rakieta.

– Dawaj, dawaj! – wrzeszczał Sandecker radośnie jak uczniak.

– Ruszaj się, mamuśka! – pokrzykiwał Giordino. – W górę, jazda!

– No dalej, ty wielki pływający pałacu, mój ty piękny, choć zardzewiały – mruczał Spencer.

Nagle Pitt podskoczył do nadajnika i ścisnął ramię Curleya niczym w imadle.

– Natychmiast połącz się z „Safoną II" i powiedz Woodsonowi, że są na drodze wypływającego „Titanica". Niech pryskają, gdzie pieprz rośnie, bo ich rozjedzie.

– Ciągle się wynurza z rosnącą prędkością – oznajmił operator sonaru.

– To jeszcze nie koniec – rzekł Pitt. – W każdej chwili może się wydarzyć wiele różnych rzeczy. Jeżeli tylko…

– No pewnie – przerwał mu Giordino. – Jeżeli tylko wytrzymają plastry z hydrostalu, jeżeli tylko zawory bezpieczeństwa nadążą za gwałtownie spadającym ciśnieniem wody, jeżeli kadłub nie pęknie i z trzaskiem się nie rozleci… „Jeżeli" to cholernie ważne słowo.

– Wciąż szybko się wynurza – zakomunikował operator sonaru, patrząc na oscyloskop. – Dwieście metrów w ciągu ostatniej minuty.

Pitt odwrócił się do Giordina.

– Al, poszukaj doktora Baileya i pilota helikoptera. Wystartujecie tak szybko, jakby was gonił wściekły byk. Potem, jak tylko „Titanic" ustabilizuje się na powierzchni, dostaniecie się na przedni pokład. Nie obchodzi mnie, w jaki sposób… możecie użyć drabinki linowej albo windy i krzesełka ratowniczego… w razie konieczności lądujcie awaryjnie, ale ty i doktor musicie jak najszybciej dotrzeć do „Sondy Głębinowej", otworzyć pokrywę luku i wyciągnąć załogę z tego piekła.

– Już nas nie ma – odparł Giordino z szerokim uśmiechem. Zniknął za drzwiami, nim Pitt zdążył wydać następny rozkaz, tym razem Spencerowi:

– Dick, przygotuj się do wciągnięcia na wrak przenośnej pompy dieslowskiej. Im szybciej zabezpieczymy się przed przeciekami, tym lepiej.

– Będą potrzebne palniki do cięcia, żeby dostać się do środka.

– No to się o nie postaraj.

Pitt ponownie odwrócił się do sonaru.

– Prędkość wynurzania?

– Dwieście sześćdziesiąt metrów na minutę – odkrzyknął operator.

– Za szybko – rzekł Pitt.

– Tego właśnie chcieliśmy uniknąć – mruknął Sandecker z cygarem w ustach. – W kadłubie jest za dużo powietrza i wrak wypływa w sposób nie kontrolowany.

– A jeżeli źle obliczyliśmy ilość wody balastowej, pozostawionej w dolnych ładowniach, to może wystrzelić z oceanu na dwie trzecie swojej długości i wywrócić się do góry dnem – dodał Pitt.

– Oznaczałoby to koniec dla załogi „Sondy Głębinowej".

Po tych słowach admirał wyszedł na czele przepychającego się tłumu na pokład, gdzie wszyscy z mocno bijącymi sercami przebiegali pełnym oczekiwania wzrokiem po falach oceanu.

Pitt został w centrali operacyjnej.

– Na jakiej jest głębokości? – spytał operatora sonaru.

– Przekracza dwa i pół kilometra.

– Zgłasza się Woodson – oznajmił Curley. – Mówi, że „Titanic" minął „Safonę I" jak ekspres.

– Potwierdź i każ mu wypływać. To samo przekaż „Ślimakowi Morskiemu" i „Safonie II".

Pitt nie miał tu już nic więcej do roboty, wyszedł więc na pokład i po drabince wdrapał się na lewe skrzydło mostka, gdzie dołączył do Gunna i Sandeckera.

Gunn podniósł słuchawkę telefonu.

– Sonar, tu mostek.

– Tu sonar, słucham.

– Możesz mi w przybliżeniu podać miejsce, w którym się wynurzy?

– Powinien się ukazać jakieś sześćset metrów z lewej burty.

– Za ile minut? Odpowiedzi nie było.

– Za ile minut? – powtórnie zapytał Gunn.

– Jeśli to pana urządza, komandorze, to już.

W tej samej chwili na powierzchni oceanu uniosła się ogromna fala baniek i z wody jak gigantyczny wieloryb wystrzeliła zaokrąglona rufa „Titanica". Przez kilka sekund wydawało się, że wypływający z głębi rozpędzony wrak wzbije się w powietrze – rufa z impetem wciąż parła ku niebu – aż wysunął się z wody po szyb kotłowy, gdzie niegdyś stał komin numer dwa. Widok zapierał dech – powietrze wypychane spod powierzchni oceanu przez zawory bezpieczeństwa strzelało wielkimi strumieniami rozpylonej wody, spowijając ogromny statek w kłębiącą się chmurę tęczowej mgły. Wrak na moment zawisł na tle kryształowo czystego, błękitnego nieba, a potem zaczął coraz szybciej opadać, aż wreszcie z potężnym pluskiem uderzył dnem w ocean, wznosząc trzymetrową falę, która pomknęła w kierunku flotylli kołyszących się wokół statków. Kładł się na prawą burtę, jakby nie zamierzał odzyskać równowagi. Wszyscy wstrzymali oddech, gdy coraz bardziej się pochylał: trzydzieści stopni, czterdzieści, czterdzieści pięć, pięćdziesiąt… i wtedy zawisł na przeraźliwie długą chwilę, która zdawała się wiecznością. Kiedy wszyscy byli niemal pewni, że zaraz jego nadbudówki znikną pod wodą, wówczas z dręczącą ospałością zaczął się powoli prostować, metr za metrem, aż w końcu osiągnął przechył dwunastu stopni… i tak już pozostał.

Nikt się nie odzywał. Wszyscy stali bez ruchu, zbyt oszołomieni, zbyt zafascynowani tym, co przed chwilą widzieli, aby zdobyć się na cokolwiek poza oddychaniem. Ogorzała twarz Sandeckera świeciła upiorną bladością nawet w pełnym słońcu.

Pitt pierwszy odzyskał głos.

– Wstał – rzekł ledwo słyszalnym szeptem.

– Wstał – cicho potwierdził Gunn.

I wtedy tę atmosferę oszołomienia rozproszył pulsujący terkot helikoptera, który wystartował pod wiatr z „Koziorożca" i teraz opadał nad wskrzeszonym statkiem. Pilot zawiesił śmigłowiec tuż nad pokładem i prawie w tej samej chwili z bocznych drzwi wyskoczyły dwie niewielkie sylwetki.

Giordino wdrapał się po drabince i spojrzał na pokrywę luku wejściowego „Sondy Głębinowej". Dzięki Bogu, kadłub był cały. Ostrożnie przeszedł po śliskim wypukłym pokładzie i oburącz chwycił pokrętło. Było zimne jak lód, ale Giordino mocno zacisnął dłonie i wytężył siły, próbując je odkręcić. Ani drgnęło.

– Przestań się guzdrać i otwórz to, do cholery! – huknął za jego plecami doktor Bailey. – Liczy się każda sekunda.

Giordino wziął głęboki oddech i napiął wszystkie mięśnie swojego byczego ciała. Pokrętło przesunęło się o cal. Ponownie się przyłożył i tym razem zdołał wycisnąć pół obrotu, a potem, kiedy syknęło powietrze wydobywające się z wnętrza batyskafu i uszczelka nie stawiała żadnego oporu, poszło już gładko. Wreszcie gwint się skończył. Giordino odchylił pokrywę i zajrzał do ciemnego otworu. W nos uderzyła go nieświeża woń zużytego powietrza. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zobaczył wodę zaledwie pół metra pod sufitem.

Doktor Bailey przepchnął się obok Giordina, wcisnął swoje ogromne cielsko do włazu i zszedł po wewnętrznej drabince. Skóra aż go zapiekła od lodowatej wody. Odepchnął się od szczebli drabinki i pieskiem popłynął w stronę rufowej części batyskafu, gdzie jego ręka natknęła się na coś miękkiego, prześwitującego przez wodę. To była czyjaś noga. Przesunął po niej ręką do kolana i dalej w kierunku torsu. Jego dłoń wynurzyła się z wody na wysokości ramion i dotknęła twarzy.

Przysunął się tak blisko, że jego nos znalazł się zaledwie parę centymetrów od głowy ukrytej w mroku. Próbował znaleźć puls, lecz palce miał zbyt zdrętwiałe od zimnej wody, nie mógł więc stwierdzić żadnych oznak życia czy śmierci. Nagle oczy otworzyły się i zatrzepotały, a wargi zaczęły drżeć i dobiegł z nich szept:

– Wynoś się… mówiłem ci… dziś nie pracuję.


– Mostek? – z głośnika zaskrzeczał głos Curleya.

– Tu mostek – odpowiedział Gunn.

– Łączę z helikopterem.

– Dawaj go.

Po krótkiej przerwie na mostku zaskrzeczał jakiś obcy głos:

– „Koziorożec", mówi porucznik Sturgis.

– Tu komandor Gunn, poruczniku. Słyszę was czysto i wyraźnie. Odbiór.

– Doktor Bailey wszedł do „Sondy Głębinowej". Bądźcie w pogotowiu.

Krótka chwila wytchnienia pozwoliła wszystkim przyjrzeć się „Titanicowi". Bez wysokich kominów i masztów wyglądał wprawdzie nago, lecz miał zdecydowanie lepszą linię. Stalowe płyty burt były brudne i pordzewiałe, ale na kadłubie i nadbudówkach prześwitywała jeszcze biała i czarna farba. Statek swym widokiem przypominał odrażającą wiekową prostytutkę, która oddaje się marzeniom o starych, dobrych czasach i dawno przebrzmiałej urodzie. Iluminatory i okna miał zalepione brudnoszarym hydrostalem, a niegdyś wspaniałe tekowe pokłady były nadgniłe i pokryte kilometrami skorodowanych stalowych lin. Puste żurawiki na pokładzie łodziowym zdawały się modlić o powrót utraconych przed wielu laty szalup ratunkowych. W sumie wrak oceanicznego liniowca sprawiał na wodzie wrażenie, jakby pozował do niesamowitego surrealistycznego obrazu. Emanował jednak z niego jakiś niewytłumaczalny spokój, którego nie sposób opisać.

– „Koziorożec", mówi Sturgis. Odbiór.

– Tu Gunn. Meldujcie.

– Przed chwilą pan Giordino pokazał mi trzy palce i uniesiony kciuk. Merker, Kiel i Chayez żyją.

Zrobiło się dziwnie cicho. Wtedy Pitt podszedł do tablicy rozdzielczej i włączył syrenę. Jej ogłuszający ryk rozniósł się po wodzie.

W odpowiedzi zagwizdał „Modoc". Potem przyłączył się „Monterey Park", później „Alhambra", a w końcu „Bomberger", aż morze wokół „Titanica" rozbrzmiewało kakofonią syren i gwizdów. Podpłynęła też „Junona", która nie chciała być gorsza, i zagłuszyła szaloną wrzawę salutem ze swojego ośmiocalowego działa. Pitt zobaczył, że zazwyczaj pełen rezerwy Sandecker teraz ze śmiechem rzuca swoją czapkę w powietrze.

Była to niezapomniana chwila. Pierwszy raz od wielu, wielu lat Pitt poczuł, że po policzkach spływają mu gorące łzy.

49.

Było późne popołudnie i słońce dotykało już czubków drzew, gdy Gene Seagram, siedząc na ławce w parku East Potomac, pochylił się nad koltem, który leżał na jego kolanach. Za chwilę zostaniesz użyty do celu, w jakim cię wyprodukowano, pomyślał. Niemal z czułością przeciągnął palcami po lufie, bębnie i kolbie. Samobójstwo zdawało się idealnym rozwiązaniem w jego sytuacji. Dziwił się, że nie pomyślał o tym wcześniej. Skończą się nocne ataki ostrej depresji. Nie będzie już miał poczucia braku wartości i gnębiącego wewnętrznego przekonania, że żyje tylko na pozór.

Myślą przebiegł ostatnie kilka miesięcy, które odbijały się w jego głębokiej rozpaczy jak w pękniętym krzywym zwierciadle. Jedyne miłe wspomnienia wiązały się z żoną i „Planem Sycylijskim". Kiedy Dana odeszła, jego małżeństwo legło w gruzach. W dodatku prezydent Stanów Zjednoczonych zdaniem Seagrama niepotrzebnie dopuścił do przecieku danych o jego cennym planie, które otrzymali zaprzysiężeni wrogowie demokracji…

Sandecker zawiadomił go o przeniknięciu dwóch sowieckich agentów do załóg statków wydobywających „Titanica". W dodatku fakt, że CIA przestrzegła admirała, by nie przeszkadzał im w działalności szpiegowskiej, stanowił według Seagrama jeszcze jeden gwóźdź do trumny „Planu Sycylijskiego". Zamordowano już jednego z inżynierów NUMA, a tego dnia rano codzienny raport personelu Sandeckera dla Sekcji Meta informował o uwięzionym pod wodą batyskafie i braku nadziei na uratowanie załogi. To z pewnością sabotaż. Nie ma żadnych wątpliwości. Seagram był tak skołowany, że nie potrafił logicznie myśleć. Uważał, że „Plan Sycylijski" został uśmiercony, chciał więc zginąć razem z nim. Już zwalniał bezpiecznik, gdy nagle padł na niego jakiś cień.

– Nie sądzi pan, że dzień jest zbyt piękny, żeby pozbawiać się życia? – odezwał się ktoś przyjaznym tonem.

W czasie obchodu swojego rewiru policjant Peter Jones szedł alejką nie opodal Ohio Drive, gdy zauważył mężczyznę na parkowej ławce. Początkowo myślał, że to opity winem alkoholik wygrzewa się na słońcu. Przez chwilę zastanawiał się, czyby go nie zamknąć, ale zrezygnował uznając to za niepotrzebną stratę czasu – pijak z powrotem znalazłby się na ulicy w ciągu dwudziestu czterech godzin. Jones nie miał ochoty wypełniać sterty formularzy. W mężczyźnie tym coś jednak nie pasowało do stereotypu człowieka z marginesu. Jones podszedł bliżej niedbałym krokiem i ukryty za dużym, wypuszczającym liście wiązem zaczął się dokładnie przyglądać. Wprawdzie zaczerwienione oczy patrzyły tępo pustym wzrokiem, a ramiona zwisały apatycznie, ale człowiek ten nie wyglądał na alkoholika. Miał wyczyszczone buty, kosztowny, starannie wyprasowany garnitur, gładko wygoloną twarz i obcięte paznokcie. Ale ten rewolwer…

Seagram z wolna podniósł wzrok na twarz czarnego policjanta. Zamiast podejrzliwości dostrzegł w niej szczere współczucie.

– Nie wyciąga pan wniosków zbyt pochopnie? – spytał.

– Człowieku, gołym okiem widać, że jest pan klasycznym przypadkiem depresji samobójczej – odparł Jones i zrobił ruch, jakby chciał usiąść. – Podzieli się pan ze mną ławką?

– To własność komunalna – obojętnie stwierdził Seagram.

Policjant ostrożnie usiadł na odległość ramienia od Seagrama i powoli wyciągnął nogi, trzymając dłonie na widoku, z dala od kabury ze służbowym rewolwerem.

– Gdyby o mnie chodziło, to wybrałbym listopad – odezwał się półgłosem. – Teraz wszystko zaczyna rozkwitać i drzewa pokrywają się zielenią, a w listopadzie pogoda robi się okropna, na zimnym wietrze człowiek przemarza do kości, niebo jest zawsze pochmurne i brzydkie. Taaa… ja na pewno bym wybrał listopad, żeby ze sobą skończyć.

Seagram mocniej ścisnął kolta, spoglądając na Jonesa w obawie przed jakimś nieoczekiwanym ruchem.

– Rozumiem, że uważa się pan za coś w rodzaju eksperta od samobójców, prawda?

– Nic podobnego – rzekł Jones. – Właściwie jest pan pierwszym, jakiego widzę przed faktem. Przeważnie przychodzę, gdy już dawno jest po wszystkim. Weźmy na ten przykład topielców. Oni są najgorsi. Ciała rozdęte i sczerniałe, oczy wyjedzone przez ryby. Albo tych, co wyskakują. Widziałem kiedyś faceta, który skoczył z trzydziestopiętrowego budynku. Stopami walnął w chodnik. Piszczele wystawały mu z ramion.

– Nie chcę tego słuchać – burknął Seagram. – Nie potrzebuję, żeby jakiś czarnuch w policyjnym mundurze opowiadał mi horrory. W oczach Jonesa pojawiły się iskierki gniewu, ale po chwili zgasły.

– Dobrze, już dobrze… – rzekł. Wyciągnął chusteczkę do nosa i leniwie wycierał potnik swojej czapki. – Proszę mi powiedzieć, panie…

– Seagram. Równie dobrze może pan wiedzieć. To już i tak bez różnicy.

– Proszę mi powiedzieć, panie Seagram, jak pan zamierza to zrobić? Strzał w czoło, w skroń czy w usta?

– Wszystko jedno. Wynik będzie ten sam.

– Niekoniecznie – odpowiedział Jones takim tonem, jakby prowadził towarzyską rozmowę. – Nie polecałbym skroni ani czoła, szczególnie w wypadku broni małokalibrowej. Zobaczmy, co pan tam trzyma. No tak, wygląda na trzydziestkę ósemkę. Fakt, może narobić bigosu, ale ciężko się tym zabić. Znałem faceta, który strzelił sobie w skroń z czterdziestki piątki. Rozwalił sobie mózg i lewe oko, ale nie umarł. Żył jeszcze wiele lat jak jakiś pierwotniak. Czy nie potrafi pan wyobrazić go sobie, jak leży w łóżku, robi pod siebie na prześcieradło i błaga, żeby ktoś go dobił? Na pańskim miejscu wsadziłbym lufę w usta i odstrzelił potylicę. Ten sposób jest najpewniejszy.

– Jeśli się nie zamkniesz, to i ciebie zabiję – warknął Seagram, mierząc do Jonesa z kolta.

– Mnie? – spytał Jones. – Jesteś mięczak, a nie morderca, Seagram. Masz to wypisane na czole.

– Każdy człowiek jest zdolny do morderstwa.

– Zgoda, morderstwo to nic wielkiego. Każdy może je popełnić, ale tylko psychopaci nie liczą się z konsekwencjami.

– Teraz zaczynasz filozofować.

– My, głupie czarnuchy w policyjnych mundurach, często lubimy się mądrzyć przed białymi.

– Przepraszam za niestosowny dobór słów.

– Uważasz, że masz kłopoty, Seagram? Chciałbym mieć takie kłopoty jak ty. Spójrz na siebie: jesteś biały, z pewnością zamożny, prawdopodobnie masz rodzinę i niezłą pozycję w życiu. Czy chciałbyś się ze mną zamienić i być czarnym gliną z szóstką dzieciaków, mieszkającym w starym drewnianym domu z hipoteką obciążoną na trzydzieści lat? No mów, Seagram. Opowiedz mi, jak ciężko ci się żyje.

– Nigdy tego nie zrozumiesz.

– A co tu jest do rozumienia? Dla niczego pod słońcem nie warto się zabijać. No pewnie, z początku żona wyleje parę łez, ale później odda twoje ubrania Armii Zbawienia i za pół roku będzie spała z kim innym, a po tobie nie zostanie nic oprócz zdjęcia w albumie. Rozejrzyj się wokół siebie. Jest piękny wiosenny dzień. Pomyśl tylko, co stracisz. Oglądałeś prezydenta w telewizji?

– Prezydenta?

– Wystąpił o czwartej i opowiadał o wielkich wydarzeniach: że już za dziesięć lat ludzie polecą na Marsa, że dokonał się przełom w leczeniu raka, i pokazywał zdjęcia jakiegoś starego zatopionego statku, który rząd wydobył z oceanu z głębokości prawie pięciu kilometrów.

Seagram wytrzeszczył oczy na policjanta.

– Mówisz, że wydobyli statek? Jaki statek?

– Nie pamiętam.

– „Titanica"? – szeptem zapytał Seagram. – Czy to był „Titanic"?

– Tak, właśnie tak się nazywał. Dawno temu uderzył w górę lodową i zatonął. Jak się nad tym zastanowiłem, to przypominam sobie, że kiedyś w telewizji oglądałem taki film o „Titanicu", z Barbarą Stanwyck i Cliftonem Webbem…

Policjant urwał widząc, że twarz Seagrama, która najpierw wyrażała niedowierzanie, a potem zaskoczenie, teraz wykrzywia się w grymasie zakłopotania.

Seagram wręczył rewolwer niczego nie rozumiejącemu Jonesowi i plecami oparł się o ławkę. Trzydzieści dni. Mając bizanium, potrzebuje wszystkiego trzydziestu dni, by przetestować system bezpieczeństwa, który jest rezultatem „Planu Sycylijskiego", a potem doprowadzić go do stanu gotowości operacyjnej. A tak niewiele brakowało, żeby nic z tego nie wyszło. Gdyby ten policjant się nie wtrącił, to wystarczyłoby jeszcze tylko pół minuty i dla Seagrama wszystko na zawsze by się skończyło.

50.

– Przypuszczam, że zdajecie sobie sprawę z konsekwencji waszego oskarżenia?

Marganin spojrzał na niskiego mężczyznę o łagodnym głosie i zimnych błękitnych oczach. Admirał Borys Słojuk wyglądał bardziej na piekarza niż przebiegłego szefa drugiej co do wielkości sowieckiej sieci zbierającej informacje.

– Jestem w pełni świadomy, towarzyszu admirale, że ryzykuję swoją karierę w marynarce wojennej i narażam się na więzienie, ale nad moje osobiste ambicje przedkładam obowiązek wobec państwa.

– To bardzo szlachetnie z waszej strony, poruczniku – odparł Słojuk z twarzą pozbawioną wszelkiego wyrazu. – Zarzuty, które przedstawiliście, są bardzo poważne, ja jednak nie mam żadnych dowodów, że kapitan Prewłow jest zdrajcą, a bez nich nie mogę go oskarżyć tylko na podstawie tego, co mówi jego podwładny.

Marganin skinął głową. Do spotkania z admirałem dobrze się jednak przygotował. Dotarcie do Słojuka z pominięciem Prewłowa i normalnej drogi służbowej było naprawdę ryzykownym krokiem, lecz pułapkę zastawił fachowo. Teraz nadszedł decydujący moment. Porucznik spokojnie sięgnął do kieszeni i wyjął kopertę, którą podał przez biurko Słojukowi.

– Tutaj są dowody wpłat dokonywanych na konto numer AZF siedemdziesiąt sześć zero dziewięć w Banque de Lausanne w Szwajcarii. Proszę zwrócić uwagę, towarzyszu admirale, że na to konto regularnie przekazuje duże sumy niejaki W. Wolper, co jest nieudolnym anagramem nazwiska Prewłow.

Słojuk obejrzał dokumenty bankowe, a potem rzucił Marganinowi bardzo sceptyczne spojrzenie.

– Wybaczcie mi moją podejrzliwą naturę, poruczniku Marganin, ale wszystko wskazuje, że to sobie wymyśliliście. Marganin podał mu drugą kopertę.

– Tu znajduje się tajna informacja, jaką amerykański ambasador w Moskwie przekazał Departamentowi Obrony w Waszyngtonie. Według niej kapitan Andriej Prewłow jest ważnym źródłem informacji dotyczących tajemnic radzieckiej marynarki wojennej. Ambasador załączył również plany dyslokacji naszej floty w wypadku pierwszego uderzenia atomowego na Stany Zjednoczone – rzekł odczuwając przypływ zadowolenia, kiedy na twarzy admirała, która zazwyczaj była obojętna, pojawił się wyraz niepewności. – Uważam, że tu wszystko jest jasne, nie ma nic wymyślonego. Młodszy oficer na moim stanowisku nie dysponuje absolutnie żadnym dostępem do tak wysoce utajnionych rozkazów dla floty, natomiast kapitan Prewłow cieszy się zaufaniem Komitetu Strategicznego Radzieckiej Marynarki Wojennej.

Szlaban się podniósł i droga stała otworem – Słojuk nie miał wyboru i musiał ustąpić. Ze zdumieniem kręcił głową.

– Syn wielkiego działacza partyjnego zdradza ojczyznę dla pieniędzy… Niewiarygodne.

– Biorąc pod uwagę ekstrawagancki styl życia kapitana Prewłowa, nietrudno zauważyć, jakie to stawia wymagania finansowe…

– Dobrze znam gusta kapitana Prewłowa.

– A czy znany wam jest również fakt, że romansuje z kobietą, która podaje się za żonę pierwszego sekretarza ambasady amerykańskiej?

Po twarzy Słojuka przemknął cień niepokoju.

– Wiecie o niej? – spytał ostrożnie. – Prewłow mi mówił, że wykorzystuje ją do wyciągania tajemnic od męża.

– To niezupełnie tak. Ona w rzeczywistości jest rozwódką i pracuje dla Centralnej Agencji Wywiadowczej – oświadczył Marganin. Potem wrócił do zasadniczego tematu: – Jedyne tajemnice, jakie przechodzą jej przez ręce, to te, które przekazuje jej kapitan Prewłow. W istocie właśnie on jest jej informatorem.

Przez kilka chwil Słojuk milczał. Później wbił w Marganina świdrujące spojrzenie.

– A skąd wy o tym wszystkim wiecie?

– Wolałbym nie wyjawiać nazwiska mojego informatora, towarzyszu admirale. Nie oznacza to z mojej strony braku szacunku, ale z ogromnym trudem zdobywałem sobie jego zaufanie przez prawie dwa lata i solennie mu przysiągłem, że zarówno jego tożsamość, jak i stanowisko w rządzie amerykańskim pozostanie znane jedynie mnie.

Słojuk ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Oczywiście zdajecie sobie sprawę, że to stawia nas w bardzo poważnej sytuacji…?

– Bizanium?

– Właśnie – potwierdził Słojuk. – Jeżeli Prewłow zawiadomił Amerykanów o naszym planie, to może być katastrofa. Kiedy bizanium znajdzie się w ich rękach i zrealizują „Plan Sycylijski", przez najbliższe dziesięć lat będą mieli tę swoją równowagę sił.

– Być może Prewłow jeszcze im nie zdradził naszego planu – powiedział Marganin. – Może się z tym wstrzymuje do czasu wydobycia „Titanica".

– Ten statek już wydobyto – rzekł Słojuk. – Nie dalej niż trzy godziny temu kapitan Parotkin, który dowodzi „Michaiłem Kurkowem", zameldował, że „Titanic" znajduje się na powierzchni, gotowy do wzięcia na hol.

Marganin podniósł zdziwiony wzrok.

– Ale przecież nasi agenci, „Srebrny" i „Złoty", zapewniali, że do próby podniesienia dojdzie nie wcześniej niż za siedemdziesiąt dwie godziny.

Słojuk wzruszył ramionami.

– Amerykanie zawsze się śpieszą.

– Powinniśmy więc odwołać plan Prewłowa, dotyczący przechwycenia bizanium, i zastąpić go innym, bardziej godnym zaufania.

„Plan Prewłowa" – Marganin musiał powstrzymać się od uśmiechu, kiedy to mówił. Kolosalna pewność siebie kapitana doprowadzi go do upadku. Marganin pomyślał z wiarą we własne możliwości, że wszystko należy rozegrać bardzo, bardzo ostrożnie.

– Teraz jest za późno na zmianę naszej strategii – z wolna powiedział Słojuk. – Żołnierze i okręty są już na miejscu. Zrobimy to, co ustalono.

– A kapitan Prewłow? Chyba każecie go aresztować? Admirał obrzucił Marganina zimnym spojrzeniem.

– Nie, poruczniku. W dalszym ciągu będzie pełnił swoje obowiązki.

– Przecież nie można mu ufać – rozpaczliwie walczył Marganin. – Widzieliście dowody…

– Nie widziałem nic, czego nie można by sfabrykować – warknął Słojuk. – Wasze dowody podaliście w zbyt pięknym opakowaniu, zbyt elegancko zawiązaliście wstążeczkę, żeby to od razu kupić. Ja widzę jedynie młodego parweniusza, który zadaje cios w plecy swojemu przełożonemu, żeby osiągnąć następny stopień na drabinie awansu. Czystki się skończyły, zanim wy zdążyliście się urodzić, poruczniku. Rozegraliście niebezpieczną partię i jesteście skończeni.

– Zapewniam was…

– Dość! – wykrzyknął ostro Słojuk. – Jestem spokojny o to, że bizanium znajdzie się cało na pokładzie radzieckiego okrętu najpóźniej za trzy dni, a fakt ten będzie dowodem lojalności kapitana Prewłowa i waszej winy.

51.

„Titanic" bezwładnie poddawał się nieustannym atakom fal, które przewalały się wzdłuż jego ogromnego kadłuba, by potem znów zewrzeć szeregi i pędzić dalej, w stronę odległego brzegu. Wrak dryfował z prądem, a w promieniach palącego słońca z jego nasiąkniętych wodą drewnianych pokładów unosiła się para. Martwy statek, który powrócił do świata żywych. Martwy, lecz nie wymarły. Z wypukłego dachu sali klubowej pierwszej klasy pośpiesznie usunięto okrągłą wieżyczkę, by zrobić miejsce dla helikoptera, i wkrótce nieprzerwanym strumieniem transportowano na pokład ludzi i sprzęt, żeby rozpocząć żmudne prace, związane z usuwaniem przechyłu i przygotowaniami do długotrwałego holowania do portu w Nowym Jorku.

Przez kilka krótkich minut po tym, jak półżywa załoga „Sondy Głębinowej" została przewieziona drogą powietrzną na „Koziorożca", Giordino miał całego „Titanica" wyłącznie dla siebie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że jest pierwszym człowiekiem, który po siedemdziesięciu sześciu latach postawił nogę na jego pokładzie. Choć był jeszcze biały dzień, to jednak bał się ruszyć z miejsca. Za każdym bowiem razem, gdy spoglądał na ponad dwustumetrowy kadłub statku, miał uczucie, jakby patrzył na wilgotny, oślizgły grobowiec. Nerwowo zapalił papierosa, usiadł na mokrym kabestanie i czekał na inwazję, która wkrótce się zaczęła.

Kiedy Pitt znalazł się na pokładzie, nie odczuwał żadnego niepokoju, ale raczej nabożny szacunek. Wszedł na mostek i stał tam samotnie, pogrążony w myślach o legendzie „Titanica". Tylko Bóg jeden wie, który już raz zastanawiał się, jak to wszystko wyglądało owej nocy przed niemal osiemdziesięciu laty, gdy kapitan Edward J. Smith, stojąc w tym samym miejscu, zdał sobie sprawę, że dowodzony przezeń wspaniały statek powoli i nieodwołalnie tonie mu pod stopami. O czym myślał wiedząc, że łodzie ratunkowe mogły pomieścić jedynie 1180 osób, a przecież w dziewiczym rejsie miał 2200 ludzi wraz z załogą?

Po jednej czy dwóch minutach, które wydawały mu się godzinami, Pitt ocknął się z zadumy i ruszył pokładem łodziowym w stronę rufy. Po drodze przeszedł obok uszczelnionych drzwi kabiny radiowej, skąd telegrafista John G. Phillips wysłał pierwszy sygnał SOS, obok pustych żurawików łodzi ratunkowej numer 6, w której pani J.J. Brown z Denver zdobyła sobie nieprzemijającą sławę jako „niezatapialna Molly Brown", obok wejścia do głównej klatki schodowej, gdzie Graham Farley wraz z orkiestrą statku grał do samego końca, obok miejsca, gdzie milioner Benjamin Guggenheim i jego sekretarka spokojnie stali w oczekiwaniu śmierci, a potem utonęli ubrani w eleganckie stroje wieczorowe, jak przystoi ludziom z klasą.

Droga do windy na drugim końcu pokładu łodziowego zajęła mu prawie piętnaście minut. Przeszedł przez reling i zeskoczył na pokład spacerowy, gdzie natknął się na wystający z przegniłych desek kikut masztu, który na wysokości dwóch i pół metra został skrócony podwodnym palnikiem przez „Ślimaka Morskiego".

Sięgnął do kieszeni, wyjął paczuszkę, którą mu wręczył komandor Bigalow, i delikatnie ją rozwinął. Zapomniał wziąć ze sobą kawałka linki czy szpagatu, ale uznał, że wystarczy mu sznurek z opakowania. Kiedy skończył, cofnął się na kilka kroków od kikuta niegdyś wysokiego masztu i popatrzył na swoje dzieło.

Choć stara i wyblakła, czerwona bandera linii oceanicznych „White Star", którą tak dawno temu zerwał Bigalow, ratując ją przed zapomnieniem, znów dumnie powiewała nad niezatapialnym „Titanikiem".

52.

Pierwsze promienie wschodzącego słońca właśnie zabłysły nad horyzontem, kiedy Sandecker wyskoczył z otwartych drzwi kabiny helikoptera i biegł pochylony pod obracającymi się łopatkami wirnika, przytrzymując czapkę. Przenośne lampy jeszcze się paliły, oświetlając nadbudówki wraka i rozrzucone po pokładach skrzynie z częściami maszyn w różnych fazach montażu. Pitt i jego ludzie przez całą noc pracowali jak niewolnicy, w szalonym tempie przygotowując statek do holowania.

Rudi Gunn pomachał do Sandeckera spod nawiewnika zrakowaciałego od rdzy.

– Witamy na pokładzie „Titanica", admirale – powiedział z uśmiechem.

Tego ranka chyba wszyscy się uśmiechali.

– Jak tam sytuacja?

– Na razie bez zmian. Kiedy tylko uruchomimy pompy, powinniśmy usunąć ten przechył.

– Gdzie Pitt?

– W sali gimnastycznej.

Sandecker wytrzeszczył oczy na Gunna i zatrzymał się.

– Powiedziałeś „w sali gimnastycznej"?

Gunn skinął głową i wskazał otwór w ścianie nadbudówki. Jego poszarpane brzegi wskazywały, że został wycięty palnikiem acetylenowym.

– Tędy.

Pomieszczenie miało około pięciu metrów szerokości i ponad piętnaście długości. Pracowało w nim kilkunastu zajętych różnymi czynnościami ludzi, którzy zdawali się nie zwracać uwagi na przedziwny zestaw pokrytych rdzą, staroświeckich mechanizmów, umocowanych do tego, co niegdyś było kolorową posadzką z linoleum. Znajdowały się tam bogato zdobione urządzenia do wiosłowania na sucho, zabawnie wyglądające stacjonarne rowery, połączone z dużym, okrągłym licznikiem kilometrów na ścianie, sztuczne konie z obrotowymi siodłami ze skóry oraz coś, co zdaniem Sandeckera wyglądało na mechanicznego wielbłąda i, jak później stwierdził, rzeczywiście nim było.

Grupa robocza wyposażyła już salę w nadajnik i odbiornik radiowy, trzy przenośne generatory prądu, zasilane gazem, kilkanaście reflektorów na statywach, niewielką podręczną kuchenkę, zaimprowizowane biurka i stoły, wykonane z łączonych rurek aluminiowych i elementów skrzyń do pakowania, a także parę składanych łóżek.

Pitt z Drummerem i Spencerem studiowali duży rysunek statku w przekroju perspektywicznym, kiedy zbliżył się do nich Sandecker.

Pitt podniósł wzrok i zasalutował.

– Witamy na „Titanicu", admirale – powiedział serdecznym tonem. – Co z Merkerem, Kielem i Chavezem?

– Leżą w izbie chorych „Koziorożca" – odparł Sandecker. – Doszli już do siebie w dziewięćdziesięciu procentach i błagają doktora Baileya, żeby pozwolił im wrócić do ich obowiązków, ale on jest głuchy na te prośby. Upiera się, że przez dobę powinni zostać na obserwacji, a z takim człowiekiem jak on, z jego posturą i zdecydowaniem, po prostu nie ma dyskusji. – Admirał przerwał, poruszył nozdrzami i zmarszczył nos. – Boże, co tu tak śmierdzi?

– Zgnilizna – odparł Drummer. – Wszędzie jej pełno, we wszystkich zakamarkach. Nie można od tego uciec. Martwe zwierzęta morskie, wyciągnięte z wrakiem na powierzchnię, szybko zaczynają się psuć.

Sandecker zatoczył dłonią w powietrzu.

– Przytulnie tu macie – rzekł. – Ale dlaczego założyliście centralę operacyjną w sali gimnastycznej, a nie na mostku?

– Odstępstwo od tradycji z powodów praktycznych – odparł Pitt. – Mostek na martwym statku jest niefunkcjonalny, natomiast sala gimnastyczna leży na śródokręciu, skąd mamy taki sam dostęp do dziobu i rufy. Poza tym sąsiaduje z naszym zaimprowizowanym lądowiskiem dla helikoptera na dachu sali klubowej pierwszej klasy. Im bliżej jesteśmy naszego zaopatrzenia, tym sprawniej możemy działać.

– Musiałem o to zapytać – powiedział Sandecker poważnym tonem. – Należało się upewnić, czy nie wybraliście tego muzeum mechanicznych potworności tylko po to, by prowadzić ćwiczenia sprawnościowe.

Admirał podszedł do wilgotnej kupki gruzu pod zewnętrzną ścianą sali gimnastycznej, coś tam bowiem zwróciło jego uwagę. Przez kilka chwil ponurym wzrokiem wpatrywał się w szczątki jakiegoś pasażera czy członka załogi „Titanica".

– Ciekaw jestem, kim był ten biedak.

– Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy – rzekł Pitt. – Wszystkie kartoteki dentystyczne z 1912 roku niewątpliwie już dawno temu poszły na przemiał.

Sandecker pochylił się i uważnie obejrzał kości miednicy.

– Mój Boże, to była kobieta.

– Pewnie jedna z pasażerek pierwszej klasy postanowiła zostać albo któraś kobieta z tych, co podróżowały na międzypokładziu, dotarła na pokład łodziowy, gdy już spuszczono wszystkie szalupy.

– Znaleźliście jakieś inne ciała?

– Byliśmy zbyt zajęci, żeby wszystko przeszukać – odparł Pitt. – Tylko Spencer meldował, że w sali klubowej widział szkielet zaklinowany w kominku.

Sandecker ruchem głowy wskazał otwarte drzwi.

– A co jest za nimi?

– Główne schody.

– Rozejrzyjmy się.

Wyszli na podest nad hallem pokładu A i popatrzyli w dół. Schody były zawalone przegniłymi fotelami i kanapami, które tam się zsunęły, kiedy tonący statek poleciał na dziób. Wskazówki zegara z brązu zatrzymały się na godzinie drugiej dwadzieścia jeden. Zeszli po schodach pokrytych szlamem i dotarli do jednego z korytarzy prowadzących do salonu. Wszystkie pomieszczenia były pełne wywróconych i połamanych mebli, wśród których walały się przegniłe kawałki odpadniętej boazerii. Wszystko to bez naturalnego oświetlenia wyglądało niesamowicie: mrok nie pozwalał dostrzec szczegółów. Kiedy po przejściu około dziesięciu metrów drogę zagrodziło im spiętrzone rumowisko, ruszyli z powrotem do sali gimnastycznej.

Gdy tylko stanęli w drzwiach, mężczyzna pochylony nad radiem odwrócił do nich głowę. Był to Al Giordino.

– Gdzieście się podziewali? Ludzie z „Uranusa" chcą wiedzieć, co jest z ich batyskafem.

– Powiedz im, że będą mogli ściągnąć go sobie z fordeku „Titanica", kiedy znajdziemy się w suchym doku w Nowym Jorku – powiedział Pitt.

Giordino skinął głową i znów pochylił się nad radiem.

– Zostaw to. Niech ci handlarze ropą sami się martwią o swoją cenną własność – powiedział Sandecker z błyskiem w oku. – Ale a propos doniosłych chwil, czy mają panowie coś przeciwko temu, żebyśmy uczcili tę okazję kropelką czegoś mocniejszego?

– Powiedziałeś „czegoś mocniejszego"? – spytał Giordino głosem pełnym oczekiwania.

Sandecker sięgnął pod płaszcz i wyjął dwie butelki.

– Niech nikt nie próbuje mówić, że Sandecker nie dba o swoich ludzi.

– Strzeżcie się admirałów przynoszących prezenty – mruknął Giordino.

Sandecker rzucił mu zmęczone spojrzenie.

– Szkoda, że minęły czasy chodzenia po desce *.

– I przeciągania pod kilem* – dodał Drummer.

– Obiecuję, że już nigdy nie będę podkopywał autorytetu naszego szefa. Oczywiście pod warunkiem, że nie da mi wytrzeźwieć – rzekł Giordino.

– To nic nie kosztuje – stwierdził Sandecker. – No, panowie, wybierajcie sobie truciznę. Oto przed wami butelka szkockiej „Cutty Sark" dla miejskich cwaniaków i flaszka „Jack Daniel's" dla chłopaków ze wsi. Wyciągnijcie jakieś szkło i uważajcie się za moich gości.

Znalezienie odpowiedniej liczby polistyrenowych kubków w mikroskopijnej kuchni zajęło Giordinowi wszystkiego dziesięć sekund. Kiedy rozlano alkohol, Sandecker uniósł swój kubek.

– Panowie, za „Titanica". Niech nigdy nie spoczywa w spokoju.

– Za „Titanica"!

– Słusznie, za „Titanica".

Admirał usiadł na składanym krzesełku, sączył szkocką i leniwie się zastanawiał, który z mężczyzn obecnych w tym wilgotnym pomieszczeniu jest na liście płac sowieckiego rządu.

53.

Sekretarz Generalny Georgij Antonow ssał fajkę krótkimi pociągnięciami, patrząc na Prewłowa zamyślonym wzrokiem.

– Muszę powiedzieć, kapitanie, że to całe przedsięwzięcie mi się nie podoba.

– Rozważyliśmy wszystkie możliwości i tylko to nam pozostało – rzekł Prewłow.

– Ale to jest najeżone niebezpieczeństwami. Obawiam się, że Amerykanie nie pogodzą się zbyt łatwo z kradzieżą bizanium.

– Kiedy już znajdzie się w naszych rękach, towarzyszu sekretarzu, to Amerykanie będą mogli sobie krzyczeć do woli. Zatrzaśniemy im drzwi przed nosem.

Antonow splatał i rozplatał ręce. Na ścianie za jego plecami wisiał duży portret Lenina.

– Nie wolno nam dopuścić do żadnych międzynarodowych reperkusji. Dla świata musi to wyglądać tak, jakbyśmy postępowali zgodnie z prawem.

– Tym razem prezydent Stanów Zjednoczonych niczego nie uzyska. Prawo międzynarodowe jest po naszej stronie.

– Będzie to oznaczało koniec tego, co zwykło się nazywać odprężeniem – rzekł Antonow zmartwionym głosem.

– Będzie również oznaczało początek końca Stanów Zjednoczonych jako supermocarstwa.

– Taka argumentacja dodaje otuchy, kapitanie. Nawet mi się podoba – oznajmił Antonow. Zgasła mu fajka, więc ponownie ją zapalił, wypełniając gabinet słodkawym aromatem. – Jednakże gdybyśmy przegrali, Amerykanie mogliby to samo powiedzieć o nas.

– Nie przegramy.

– Gadanie – stwierdził Antonow. – Dobry adwokat nie tylko planuje obronę, ale również stara się przewidzieć ataki prokuratora. Jakie środki przedsięwzięliście na wypadek, gdyby nie udało się uniknąć niepomyślnego dla nas rozwoju wydarzeń?

– Bizanium zostanie zniszczone – odparł Prewłow. – Skoro my nie możemy go mieć, to i oni nie będą go mieli.

– Czy to dotyczy również „Titanica"?

– Musi. Niszcząc „Titanica", zniszczymy bizanium, a zrobimy to w taki sposób, żeby całkowicie wykluczyć możliwość ponownego wydobycia.

Prewłow umilkł, lecz Antonow był zadowolony. Już przedtem wydał zgodę na przeprowadzenie tej misji. Uważnie przyjrzał się Prewłowowi. Kapitan wyglądał na człowieka nie przyzwyczajonego do porażek. Każde jego posunięcie, każdy gest wydawał się dokładnie przemyślany; nawet w jego słowach wyczuwało się pewność, pewność siebie wynikającą z rozwagi. Tak, Antonow był naprawdę zadowolony.

– Kiedy wybieracie się na północny Atlantyk? – spytał.

– Jeżeli pozwolicie, towarzyszu sekretarzu, to niezwłocznie. Patrolowy bombowiec dalekiego zasięgu czeka na lotnisku w Gorkim, w każdej chwili gotowy do startu. Bezwarunkowo muszę w ciągu dwunastu godzin znaleźć się na mostku kapitańskim „Michaiła Kurkowa". Szczęśliwy los zesłał nam huragan, który wykorzystam jako pretekst do tego, co będzie się wydawało absolutnie legalnym przejęciem „Titanica".

– A więc nie będę was zatrzymywał. – Antonow wstał i objął Prewłowa niczym niedźwiedź, – Liczy na was cały Związek Radziecki, kapitanie Prewłow. Bardzo was proszę, nie zawiedźcie nas.

54.

Ten dzień Pitt mógłby uznać za dobry do chwili, gdy przerwał swoje normalne zajęcia, związane z akcją ratowniczą, i zszedł do ładowni numer l na pokładzie G.

W mrocznym przedziale ujrzał obraz całkowitego zniszczenia. Skarbiec, w którym było bizanium, znajdował się pod zwaloną przednią grodzią.

Pitt stał tam przez dłuższy czas, patrząc na kłębowisko połamanej i pogiętej stali, uniemożliwiającej dostęp do cennego pierwiastka. Wtem poczuł, że ktoś za nim stoi.

– Wygląda na to, że nic z tego nie wyjdzie – powiedział Sandecker.

Pitt pokiwał głową.

– Przynajmniej na razie.

– Chyba żeby…

– Miną całe tygodnie, nim za pomocą naszego przenośnego sprzętu wytniemy ścieżkę w tej stalowej dżungli.

– Nie ma innego sposobu?

– Duży kran portowy usunąłby to w ciągu paru godzin.

– Z tego, co mówisz, wynika, że nie mamy wyboru i musimy czekać, aż będziemy mogli skorzystać z urządzeń suchego doku w Nowym Jorku.

– Przeniesienie bizanium na „Koziorożca" byłoby jednak korzystnym posunięciem – stwierdził Pitt. – Z pewnością oszczędziłoby nam mnóstwa zmartwień.

– Można zamarkować przeładunek.

– Nasi przyjaciele, którzy pracują dla Rosjan, natychmiast wyczują pismo nosem, zanim pierwsza skrzynia znajdzie się na burcie.

– Zakładając, oczywiście, że obaj są na pokładzie „Titanica".

– Jednego już namierzyłem. Tego, który zabił Munka. Nazwisko drugiego pozostaje w sferze domysłów.

– Bardzo chciałbym dowiedzieć się, kogo wytropiłeś – rzekł Sandecker.

– Dowody, jakimi dysponuję, nigdy by nie przekonały prokuratora federalnego, a tym bardziej ławy przysięgłych. Daj mi jeszcze parę godzin, admirale, a do rąk własnych przekażę ci obu, i „Srebrnego", i „Złotego", czy jak tam brzmią te ich głupawe kryptonimy. Admirał ze zdziwieniem spojrzał na Pitta.

– To już jesteś tak blisko? – spytał.

– Jestem tak blisko.

Sandecker zmęczonym ruchem przetarł sobie dłonią twarz i zacisnął wargi. Popatrzył na tony stali pokrywające skarbiec.

– Zostawiam to tobie, Dirk. W tej grze będę popierał cię do samego końca. W istocie nie mam zbyt wielkiego wyboru.


Pitt miał również inne zmartwienia. Do przybycia dwóch holowników Marynarki Wojennej, które obiecał przysłać admirał Kemper, pozostawało jeszcze wiele godzin, a poza tym pewnego ranka przechył „Titanica" na lewą burtę bez wyraźnego powodu zwiększył się do siedemnastu stopni.

Statek zdecydowanie za głęboko siedział w wodzie; grzebienie fal pluskały na wysokości uszczelnionych iluminatorów wzdłuż pokładu E, zaledwie trzy metry od szpigatów. Wprawdzie Spencerowi i obsłudze pomp udało się spuścić rury ssące przez luki do ładowni, to jednak nie zdołali się przedrzeć przez zawalone rumowiskiem zejścia do maszynowni i kotłowni, gdzie w dalszym ciągu było najwięcej wody.

Drummer siedział w sali gimnastycznej, brudny i wyczerpany po całodobowej pracy. Małymi łykami pił z kubka kakao.

– Boazerie gniły przez prawie osiemdziesiąt lat w wodzie, odpadły i zablokowały korytarze, które teraz są bardziej zapchane niż rupieciarnie w Georgii – rzekł.

Pitt siedział tam, gdzie spędził całe popołudnie, pochylony nad stołem kreślarskim obok radiostacji. Zaczerwienionymi oczami wpatrywał się w rysunek przekroju poprzecznego nadbudówek „Titanica".

– Czy nie można by się tam dostać głównymi schodami albo szybami wind?

– Od pokładu D do samego dołu schody są zawalone tonami różnych gratów – oświadczył Spencer.

– I nie ma mowy o zejściu szybami wind – dodał Gunn. – Są zatkane całą masą skorodowanych lin i połamanego żelastwa. Na domiar złego wszystkie podwójne drzwi wodoszczelne w dolnych przedziałach są zamknięte i zakleszczone na amen.

– Zostały automatycznie zamknięte przez pierwszego oficera zaraz po tym, jak statek uderzył w górę lodową – powiedział Pitt.

W tym momencie do sali wtoczył się niski, byczkowaty mężczyzna, brudny i wysmarowany olejem od stóp do głów. Pitt spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.

– To ty, Al?

Powłócząc nogami, Giordino podszedł do łóżka i zwalił się na nie jak worek mokrego cementu.

– Byłbym wdzięczny, gdyby żaden z was nie zapalał zbyt blisko mnie zapałek – mruknął. – Jestem za młody, żeby spłonąć w blasku chwały.

– Udało ci się? – spytał Sandecker.

– Dotarłem aż do kortu do squasha na pokładzie F. Było tam ciemno jak diabli… wpadłem do jakiegoś zejścia, pełnego oleju, który wypłynął z maszynowni. No i cześć, skończyła się droga w dół.

– Tylko wąż mógłby się prześlizgnąć do kotłowni, ale człowiek z pewnością nie da rady – powiedział Drummer. – Chyba żeby torował sobie drogę dynamitem i miał do pomocy ratowników.

– Musi być jakieś przejście – odezwał się Sandecker. – Statek gdzieś tam bierze wodę. Jeżeli nie uwiniemy się z tym w ciągu najbliższej doby, to przewróci się do góry dnem i znowu zatonie.

Myśl o utracie „Titanica", kiedy już znalazł się na gładkiej powierzchni morza, nigdy dotąd nie przyszła im do głowy, lecz teraz wszyscy poczuli mdlący ucisk w żołądkach. Statek należało jeszcze odholować, a do Nowego Jorku było tysiąc dwieście mil morskich.

Pitt siedział, wpatrując się w rysunki wnętrza statku. Niestety, okazały się niewystarczające, a nie istniały już szczegółowe plany konstrukcyjne „Titanica" ani jego siostrzanego statku, „Olympica". Wraz z archiwum pełnym fotografii i danych technicznych zostały zniszczone w czasie II wojny światowej, kiedy to niemieckie bombowce zrównały z ziemią stocznie Harlanda i Wolffa w Belfaście.

– Gdyby tylko nie był taki wielki – mruknął Drummer. – Cholera, ponad trzydzieści metrów dzieli kotłownie od pokładu łodziowego.

– Równie dobrze mogłoby to być trzydzieści kilometrów – powiedział Spencer. Podniósł wzrok i zobaczył Woodsona, który pojawił się w drzwiach prowadzących na klatkę schodową. – A, jest nasz człowiek z kamiennym obliczem. Cóż to porabiał nadworny fotograf operacji?

Obwieszony aparatami Woodson zdejmował je z siebie i ostrożnie układał na zaimprowizowanym biurku.

– Po prostu robiłem zdjęcia dla potomności – odparł z twarzą jak zwykle bez wyrazu. – Kto wie, może kiedyś napiszę książkę o tym wszystkim, i naturalnie będę potrzebował zdjęć.

– Naturalnie – powiedział Spencer. – A przypadkiem nie znalazłeś jakiegoś nie zawalonego zejścia do kotłowni? Woodson pokręcił głową.

– Fotografowałem salę klubową pierwszej klasy. Zachowała się w niezwykle dobrym stanie. Gdyby nie zniszczone przez wodę dywany i meble, mogłaby uchodzić za salon w pałacu wersalskim – powiedział i zaczął zmieniać filmy. – Czy jest jakaś szansa wypożyczenia helikoptera? Chciałbym strzelić parę zdjęć naszej zdobyczy z lotu ptaka, nim przypłyną holowniki.

Giordino uniósł się na łokciu.

– Lepiej zrób zdjęcia, póki czas. Nasza zdobycz może do rana powrócić na dno.

Woodson zmarszczył brwi.

– A co, tonie?

– Myślę, że nie.

Wszyscy zwrócili oczy na osobę, która powiedziała te trzy słowa. Był nią Pitt, który uśmiechał się z pewnością siebie człowieka właśnie mianowanego prezesem rady nadzorczej General Motors.

– Jak to zwykł mawiać Kit Carson w beznadziejnej sytuacji, otoczony przeważającymi siłami Indian: „Jeszcze nie koniec z nami, u licha, jeszcze nie". Za dziesięć godzin maszynownia i kotłownie będą suche jak pieprz. – Zaczął gwałtownie przekładać rysunki, aż znalazł ten, którego szukał. – Woodson powiedział: „z lotu ptaka". Cały czas mieliśmy to przed nosem. Powinniśmy na statek popatrzeć z góry, a nie od wewnątrz.

– Wielka rzecz – odezwał się Giordino. – A co ciekawego można zobaczyć z powietrza?

– Niczego nie kapujecie?

Drummer wyglądał na zakłopotanego.

– Straciłem wątek.

– Spencer?

Spencer pokręcił głową.

Pitt uśmiechnął się do niego i rzekł:

– Zbierz swoich ludzi na górze i każ im zabrać ze sobą palniki acetylenowe.

– Jak sobie życzysz – odparł Spencer, lecz się nie ruszył.

– Pan Spencer w myśli już bierze ze mnie miarę na kaftan bezpieczeństwa – powiedział Pitt. – Trudno mu sobie wyobrazić, że będziemy wycinać dziury w dachu statku po to, by dostać się trzydzieści metrów niżej przez osiem zawalonych złomem pokładów. Otóż nic podobnego. Mamy tunel wolny od jakichkolwiek przeszkód, prowadzący prosto jak strzelił do kotłowni. Właściwie mamy ich nawet cztery. Przewody, które niegdyś kończyły się kominami, panowie. Wypalcie hydrostal uszczelniający otwory i będziecie mieli swobodny dostęp bezpośrednio do samej zęzy. No co, zaczyna wam świtać?

Ruszyli hurmem do wyjścia, nawet się nie fatygując, żeby odpowiedzieć Pittowi.

Dwie godziny później pompy dieslowskie stukotały chórem, wyrzucając osiem tysięcy litrów wody na minutę z powrotem za burtę, na coraz wyższe fale, które wznosił przed sobą nadciągający huragan.

55.

Huraganowi dano imię „Amanda" i jeszcze tego samego popołudnia większość statków płynących szlakami wielkich parowców opuściła obszary, przez które biegła jego przypuszczalna droga. Wszystkie frachtowce, tankowce i statki pasażerskie, które już wyszły w morze pomiędzy Savannah w stanie Georgia a Portlandem w stanie Maine, otrzymały rozkaz powrotu do portów, kiedy Centrum Obserwacji Huraganów NUMA w Tampie wysłało pierwsze ostrzeżenie. Na wschodnim wybrzeżu blisko setka statków odłożyła termin wypłynięcia, a wszystkie te, które w drodze do Europy znajdowały się już daleko na oceanie, stawały w dryf czekając, aż huragan minie.

W Tampie doktor Prescott i jego synoptycy krzątali się przy ściennej mapie, nanosząc na nią wszelkie zmiany kierunku „Amandy" i wprowadzając nowe dane do komputera. Trasa huraganu pokrywała się z drogą przewidzianą przez Prescotta z dokładnością do dwustu osiemdziesięciu kilometrów.

Podszedł jeden z synoptyków i podał Prescottowi kartkę papieru.

– Meldunek samolotu rozpoznawczego Ochrony Wybrzeża, który dotarł do oka cyklonu.

Prescott wziął meldunek i głośno przeczytał jego fragmenty:

– Średnica oka w przybliżeniu czterdzieści kilometrów. Prędkość przesuwania się wzrosła do siedemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Siła wiatru dwieście pięćdziesiąt… – głos uwiązł mu w gardle.

Asystentka spojrzała na niego zdumiona.

– Wiatr o prędkości dwustu pięćdziesięciu kilometrów?!

– Ponad – mruknął Prescott. – Współczuję statkowi, który tam się znajdzie.

Nagle synoptyk rzucił badawcze spojrzenie na mapę. Twarz mu poszarzała.

– O Chryste… tam jest „Titanic"!

– Tam jest co? – spytał Prescott, podnosząc wzrok.

– „Titanic" i statki ratownicze. Są w samym środku przewidywanej drogi huraganu.

– Głupstwa gadasz! – warknął Prescott.

Synoptyk podszedł do mapy i na moment się zawahał. W końcu narysował na niej mały krzyżyk tuż poniżej Wielkiej Ławicy koło Nowej Fundlandii.

– O, w tym miejscu wydobyto go z dna.

– Skąd wziąłeś te informacje?

– Od wczoraj trąbią o tym we wszystkich gazetach i w telewizji. Jeżeli mi nie wierzysz, to wyślij teleks do centrali NUMA w Waszyngtonie i sprawdź.

– Pieprzę teleksy – warknął Prescott. Podbiegł do telefonu po drugiej stronie sali, chwycił słuchawkę i krzyknął do mikrofonu:

– Natychmiast łącz bezpośrednio z naszą centralą w Waszyngtonie. Chcę rozmawiać z kimś, kto się zajmuje sprawą wydobycia „Titanica".

Czekając na połączenie, wpatrywał się sponad okularów na krzyżyk zaznaczony na mapie.

– Cała nadzieja w tym, że ci biedacy mają na pokładzie bardzo dobrego meteorologa – mruknął do siebie – bo jak nie, to mniej więcej za dobę na własnej skórze poznają, co to znaczy rozszalały ocean.


Farquar z dziwnym wyrazem twarzy wpatrywał się w mapy pogody rozłożone przed nim na stole. Był tak otumaniony brakiem snu, że miał trudności z odczytywaniem adnotacji, które sam zrobił zaledwie przed kilkoma minutami. Dane o temperaturze, szybkości wiatru, ciśnieniu barycznym i nadciągającym froncie burzowym zlewały się w jedną rozmazaną plamę.

Bezskutecznie przecierał oczy, chcąc przywrócić im ostrość widzenia. Potrząsnął głową, żeby oprzytomnieć i przypomnieć sobie, jakie wnioski nasuwały mu się przed chwilą.

Huragan. Tak, to było to. Farquar powoli uświadamiał sobie, że popełnił poważny błąd w obliczeniach. Wbrew jego przewidywaniom huragan nie skręcił w stronę przylądka Hatteras, lecz powstrzymywany przez obszar wysokiego ciśnienia wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych ruszył na północ nad oceanem, a co gorsza, po zmianie kierunku zaczął przesuwać się szybciej i teraz pędził ku „Titanicowi" z prędkością około osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Farquar obserwował powstawanie tego huraganu na zdjęciach satelitarnych i dokładnie przestudiował ostrzeżenia stacji NUMA w Tampie, lecz pomimo wieloletniego doświadczenia w prognozowaniu pogody nie był przygotowany na to, że ten potwór osiągnie taką gwałtowność i prędkość w tak krótkim czasie.

Huragan w maju? Nie do pomyślenia. Wtedy przypomniał sobie, że już coś na ten temat mówił Pittowi. Co to było? „To Bóg zsyła sztormy." Nagle zrobiło mu się słabo, na jego twarz wystąpiły kropelki potu, gwałtownie zamykał i otwierał dłonie.

– Boże, tym razem pomóż „Titanicowi" – szepnął. – Teraz jedynie Ty możesz go uratować.

56.

Holowniki ratownicze Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych „Morse" i „Wallace" przypłynęły tuż przed trzecią po południu i wolno krążyły wokół „Titanica". Ogrom wraku i towarzysząca mu dziwna atmosfera śmierci wzbudzały w ich załogach takie samo uczucie nabożnej czci, jakiego dzień wcześniej doznali ratownicy NUMA.

Po półgodzinnej inspekcji z dystansu holowniki z maszynami na „stop" ustawiły się na wzburzonych falach równolegle do zardzewiałego kadłuba. Potem jak na komendę opuściły szalupy, w których kapitanowie podpłynęli do „Titanica" i wspięli się na jego pokład po drabinkach w pośpiechu przerzuconych przez burtę.

Porucznik George Uphill z „Morse'a" był niskim zażywnym mężczyzną o ogorzałej twarzy, z ogromnymi wąsami jak u Bismarcka, komandor porucznik Scotty Butera zaś miał ponad dwa metry wzrostu i wspaniałą czarną brodę, która zakrywała mu policzki. Żaden z nich nie przypominał wymuskanych oficerków marynarki wojennej. Obaj pod każdym względem wyglądali i zachowywali się, jak przystało na prawdziwych ratowników.

– Nawet nie wiecie, panowie, jakie to szczęście, że was widzimy – powiedział Gunn, witając się z nimi. – Admirał Sandecker i pan Dirk Pitt, nasz dyrektor do zadań specjalnych, oczekują was w tak zwanej centrali operacyjnej.

Kapitanowie holowników ruszyli za Gunnem po schodach, a następnie przez pokład łodziowy, z niemym zachwytem patrząc szeroko otwartymi oczami na to, co pozostało z niegdyś pięknego statku. Weszli do sali gimnastycznej i Gunn dokonał prezentacji.

– To wręcz niewiarygodne – rzekł Uphill półgłosem. – Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek będę spacerował po pokładach „Titanica".

– Ja mam dokładnie takie samo wrażenie – dodał Butera.

– Z przyjemnością bym panów oprowadził, ale każda minuta zwiększa ryzyko ponownej utraty statku – powiedział Pitt.

Admirał Sandecker gestem zaprosił ich do długiego stołu, zawalonego mapami pogody, rysunkami i mapami morskimi, na których stały kubki z parującą kawą.

– W tej chwili największe zmartwienie mamy z pogodą – rzekł. – Nasz meteorolog, który jest na pokładzie „Koziorożca", coś sobie ubrdał i przepowiada sądny dzień.

Pitt rozwinął dużą mapę pogody i położył ją na stole.

– Nie można się opędzić od złych wieści. Pogoda robi się coraz gorsza. W ciągu ostatniej doby barometr spadł o prawie półtora centymetra. Siła wiatru cztery. Dmucha z północnego wschodu i tężeje. Nie uciekniemy od tego, panowie, nie ma żadnych wątpliwości. Jeżeli nie stanie się cud i huragan „Amanda" nagle nie skręci na zachód, to jutro mniej więcej o tej porze znajdziemy się w jego czołowej ćwiartce.

– Huragan „Amanda"… – powtórzył Butera. – Tak brzydko się zapowiada?

– Joel Farquar, nasz meteorolog, zapewnia mnie, że tak słabe sztormy, jak to maleństwo, się nie zdarzają – odparł Pitt. – Z meldunków wynika, że wiatr wieje z siłą zaledwie piętnastu stopni w skali Beauforta.

– Piętnastu stopni?! – wykrzyknął zdumiony Gunn. – O Boże, przecież największe huragany mają siłę dwunastu.

– Toteż obawiam się, że w ten sposób może dojść do spełnienia najkoszmarniejszego snu każdego ratownika okrętów: wydobyć wrak tylko po to, by go stracić wskutek kaprysu pogody – powiedział Sandecker, ponurym wzrokiem spoglądając na Uphilla i Buterę. – Wygląda na to, że obaj panowie przybyli tu na darmo. Lepiej wróćcie na swoje statki i uciekajcie przed huraganem.

– Uciekać, u licha?! – huknął Uphill. – Przecież dopiero co przypłynęliśmy.

– Nie wyraziłbym tego lepiej – odezwał się Butera z szerokim uśmiechem i spojrzał na Sandeckera. – Jeśli trzeba, to „Morse" i „Wallace" mogą holować lotniskowiec po wzburzonym morzu w czasie tornada.

– Wyciągnięcie czterdziestopięciotysięcznika ze szponów huraganu wydaje mi się lekką przesadą – mruknął Sandecker.

– Żadna przesada – odparował Butera. – Jeśli połączymy liną rufę „Morse'a" z dziobem „Wallace'a", będziemy mogli wspólnymi siłami holować „Titanica" w taki sam sposób, jaki to robi tandem lokomotyw z pociągiem towarowym.

– I to na dziesięciometrowej fali, z szybkością pięciu, sześciu węzłów – dodał Uphill.

Sandecker spojrzał na obu kapitanów i pozwolił im mówić dalej.

– To nie zwyczajne portowe kalosze, panie admirale – odezwał się Butera. – To pełnomorskie holowniki do przeprowadzania operacji ratunkowych na oceanie. Każdy z nich ma osiemdziesiąt metrów długości i dieslowską siłownię o mocy pięciu tysięcy koni mechanicznych, która pozwala holować dwadzieścia tysięcy ton z prędkością dziesięciu węzłów na odległość dwóch tysięcy mil bez uzupełniania paliwa. Jeżeli jakiekolwiek dwa holowniki na świecie mogą wyprowadzić „Titanica" z huraganu, to tylko one.

– Doceniam wasz entuzjazm, ale nie chcę ponosić odpowiedzialności za życie panów i waszych załóg w tak ryzykownej grze – powiedział Sandecker. – Trudno, „Titanic" będzie musiał przetrwać sztorm w dryfie najlepiej, jak potrafi. Rozkazuję panom odpłynąć na bezpieczną odległość.

Uphill popatrzył na Buterę.

– Powiedz mi, komandorze, kiedy ostatnio odmówiłeś wykonania rozkazu admirała?

Butera udawał, że się zastanawia.

– Chyba dziś rano.

– Dla mnie i moich ludzi bylibyście mile widziani – wtrącił Pitt.

– To bunt – kategorycznie stwierdził Sandecker, ale w jego głosie wyczuwało się wyraźne zadowolenie – jego argument odniósł zamierzony skutek. Obrzucił wszystkich chytrym spojrzeniem i powiedział: – Dobra, panowie, to wasz pogrzeb. A teraz, jak już ustaliliśmy, proponuję zabrać się do ratowania „Titanica" zamiast bezczynnie tu siedzieć.


Kapitan Iwan Parotkin stał na lewym skrzydle mostka „Michaiła Kurkowa" i patrzył w niebo przez lornetkę.

Był szczupłym mężczyzną średniego wzrostu, o wyrazistej twarzy, która prawie nigdy się nie uśmiechała, i chociaż zbliżał się do sześćdziesiątki, jego włosy nie nosiły śladu siwizny. Miał na sobie ciepły golf, grube wełniane spodnie i długie buty do kolan.

Pierwszy oficer dotknął ramienia kapitana i wskazał w niebo, tuż obok wielkiej anteny radarowej „Michaiła Kurkowa". Z północnego wschodu nadlatywał czterosilnikowy bombowiec patrolowy. Parotkin dostrzegł jego rosyjskie znaki rozpoznawcze. Samolot wydawał się wlec na granicy utraty sterowności, kiedy przelatywał nad okrętem. Potem nagle oderwał się od niego jakiś niewielki przedmiot, a po kilku sekundach rozkwitł otwarty spadochron, który zaczął opadać nad topem przedniego masztu. Skoczek ostatecznie wylądował w wodzie z lewej strony, około dwustu metrów przed dziobem.

Kiedy od „Michaiła Kurkowa" odbiła szalupa i zniknęła w dolinach ogromnych fal, Parotkin zwrócił się do pierwszego oficera:

– Jak tylko kapitan Prewłow znajdzie się na pokładzie, przyprowadźcie go do mojej kabiny.

Potem odłożył lornetkę i zniknął w zejściówce.

Dwadzieścia minut później pierwszy oficer zapukał do mahoniowych drzwi na wysoki połysk, otworzył je i przepuścił przed sobą gościa. Wchodzący był zupełnie przemoczony i ociekał słoną wodą, która tworzyła na podłodze kałuże.

– Kapitan Parotkin.

– Kapitan Prewłow.

Obaj profesjonaliści wysokiej klasy stali przez kilka chwil w milczeniu, wzajemnie się taksując. Prewłow miał przewagę, dokładnie bowiem przestudiował kartotekę Parotkina, ten zaś mógł opierać swój osąd jedynie na reputacji Prewłowa i pierwszym wrażeniu. Nie bardzo mu się spodobało to, co zobaczył. Prewłow za bardzo przypominał lisa, żeby korzystnie wypaść w oczach Parotkina czy wzbudzić jego zaufanie.

– Mamy mało czasu – odezwał się Prewłow. – Gdybyśmy mogli od razu przejść do celu mojej wizyty… Parotkin podniósł rękę.

– Wszystko po kolei. Najpierw gorąca herbata i zmiana ubrania. Doktor Rogowski, szef naszych naukowców, jest mniej więcej tego samego wzrostu i wagi co wy.

Pierwszy oficer skinął głową i zamknął drzwi.

– Otóż – powiedział Parotkin – jestem przekonany, że człowiek na tak ważnym stanowisku jak wy nie ryzykowałby życia, skacząc ze spadochronem na wzburzone morze jedynie po to, by obserwować zjawisko atmosferyczne zwane huraganem.

– Raczej nie. Osobiste narażanie się to nie moja specjalność, szczególnie dla herbaty. Nie macie na pokładzie czegoś mocniejszego?

Parotkin pokręcił głową.

– Przykro mi, kapitanie. Wolę pływać na sucho. Przyznaję, że załodze to się nie podoba, ale czasami oszczędza zmartwień.

– Admirał Słojuk wspominał mi, że jesteście wzorem sprawnego działania.

– Nie lubię kusić losu.

Prewłow rozpiął zamek błyskawiczny kombinezonu i zsunął go z siebie na podłogę.

– Obawiam się, że wkrótce zrobicie wyjątek od tej reguły, kapitanie. My, to znaczy wy i ja, niedługo będziemy tak kusili los, jak jeszcze nikt go nie kusił.

57.

Pitt nie mógł pozbyć się wrażenia, że zostaje sam na bezludnej wyspie, kiedy z pokładu dziobowego „Titanica" patrzył na odpływającą flotyllę statków ratowniczych, które ruszyły na zachód w poszukiwaniu bezpieczniejszych wód.

Na końcu szyku przepłynęła obok „Alhambra", której kapitan błysnął aldisem: „Powodzenia". Zebrani na jej burcie reporterzy z poważnymi minami robili zdjęcia „Titanicowi", być może po raz ostatni. Pitt obserwował statki tak długo, aż zmieniły się w małe ciemne plamki na ołowianym oceanie. Na miejscu pozostał tylko krążownik rakietowy „Junona" oraz „Koziorożec", który jednak wkrótce ruszy za tamtymi, kiedy kapitanowie holowników dadzą sygnał, że wzięli wrak na hol.

– Pan Pitt?

Pitt odwrócił się i zobaczył człowieka o posturze beczki od piwa i twarzy pokancerowanej jak u boksera.

– Nazywam się Bascom, proszę pana, i jestem bosmanem z „Wallace'a". Mam tu z dwójką ludzi zakładać hol. Pitt uśmiechnął się życzliwie.

– Założę się, że nazywają pana „Rozrabiaką".

– Tylko za plecami. Dali mi to przezwisko, kiedy rozwaliłem pewien bar w San Diego – powiedział Bascom wzruszając ramionami, a potem zmrużył oczy. – Jak pan się tego domyślił?

– Komandor Butera mówił mi o panu w samych superlatywach… oczywiście za plecami.

– Komandor to niezły gość.

– Długo potrwa zakładanie holu?

– Jak będziemy mieli szczęście i pożyczycie nam helikopter, to z godzinę.

– Z helikopterem nie będzie problemu. I tak jest własnością marynarki – odparł Pitt, odwrócił się i spojrzał w dół na „Wallace'a", który ostrożnie się cofał, aż wreszcie podszedł do staromodnej pionowej dziobnicy „Titanica" na odległość niespełna trzydziestu metrów. – Rozumiem, że helikopter ma przenieść hol na pokład?

– Tak jest – odpowiedział Bascom. – Nasz hol ma przeszło dwadzieścia centymetrów średnicy, a metr jego waży czterdzieści kilogramów. To nie byle co. Zwykle w takich wypadkach rzucamy na dziób wraka najpierw cienką linkę, która jest przywiązana do trochę grubszej, ta z kolei do jeszcze grubszej i tak dalej, a na końcu jest główny hol, ale tego typu operacja wymaga elektrycznej windy. Ponieważ na „Titanicu" nie ma prądu, a ludzkie mięśnie są za słabe do tej roboty, znaleźliśmy łatwiejsze wyjście. Nie ma sensu zapełniać izby chorych pacjentami z przepukliną.

Mimo pomocy helikoptera Bascom i jego ludzie musieli dać z siebie wszystko, by założyć ciężki hol. Sturgis zachował się jak stary profesjonalista. Ostrożnie manewrując śmigłowcem, położył koniec liny holowniczej na przednim pokładzie, jakby ćwiczył to od lat. Zaledwie piętnaście minut po tym, jak Sturgis dostarczył linę i odleciał na „Koziorożca", Bascom stanął na dziobie i pomachał ręką uniesioną nad głową, dając znak holownikom, że są już połączone z „Titanikiem".

Butera na pokładzie „Wallace'a" potwierdził przyjęcie sygnału głośnym buczeniem syreny, a potem dzwonkiem przekazał maszynowni komendę „wolno naprzód", gdy Uphill robił to samo u siebie. Oba holowniki powoli zaczęły płynąć. „Wallace" na trzystumetrowej stalowej smyczy ciągnął „Morse'a", który luzował główny hol, aż „Titanic" znalazł się w odległości niemal czterystu metrów za jego rufą, wznosząc się i opadając na coraz większych falach. Wówczas Butera podniósł rękę, ludzie na rufie „Wallace'a" łagodnie zwolnili hamulec potężnej windy holowniczej i lina zaczęła pracować.

Z bardzo wysokiego pokładu „Titanica" holowniki wyglądały jak zabawki. Podskakiwały na ogromnych grzebieniach fal, a następnie znikały w przepastnych dolinach aż po światła na masztach. Wydawało się niemożliwością, żeby takie maleństwa potrafiły ruszyć z miejsca ponad czterdzieści pięć tysięcy ton martwej wagi, a mimo to połączonymi siłami dziesięciu tysięcy koni mechanicznych doprowadziły do tego, że powoli, choć z początku niedostrzegalnie, woda przed dziobem „Titanica" zaczęła się pienić i spływać wzdłuż wyblakłego znaku wolnej burty.

Był to ledwie początek drogi – do Nowego Jorku pozostawało jeszcze tysiąc dwieście mil na zachód – ale statek wreszcie podjął na nowo rejs, przerwany tamtej zimnej nocy 1912 roku, i znów zmierzał do portu.

Od południa zza horyzontu wypłynęły niepokojąco czarne, skłębione chmury. Było to czoło huraganu. Pitt miał wrażenie, że rozrastają się i potężnieją w oczach, nadając morzu ciemny odcień brudnej szarości. Wiatr nagle osłabł, co kilka sekund zmieniając kierunek. Zniknęły mewy, od których przedtem aż się roiło wokół statków ratowniczych. Jedynie widok „Junony", równo płynącej na trawersie „Titanica" w odległości pięciuset metrów, dawał jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa.

Pitt spojrzał na zegarek, a potem jeszcze raz popatrzył w niebo, zanim powoli, jakby przypadkiem, skierował się w stronę wejścia do sali gimnastycznej.

– Wszyscy są?

– Pieklą się jak diabli – odparł Giordino. Skulony chował się za nawiewnikiem, bezskutecznie próbując znaleźć osłonę przed lodowatym wiatrem. – Gdyby admirał ich nie powstrzymał, to miałbyś tu bunt pierwsza klasa.

– Nikogo nie brak?

– Ani jednego.

– Jesteś pewien?

– Słowo Giordina. Nikt nie wychodził nawet do sracza.

– Wobec tego chyba teraz ja powinienem wkroczyć na scenę.

– Nasi goście na coś się skarżą? – spytał Giordino.

– Jak zwykle, na zakwaterowanie. A to im za zimno, a to znów za dobra klimatyzacja, wiesz, jak to jest.

– Tak, wiem.

– Lepiej poszedłbyś na rufę i uprzyjemnił im czekanie.

– Na Boga, w jaki sposób?

– Opowiesz im parę kawałów.

Giordino kwaśno spojrzał na Pitta, mruknął coś pod nosem, odwrócił się i odszedł, znikając w mroku zapadającego wieczoru.

Pitt jeszcze raz zerknął na zegarek i wszedł do sali gimnastycznej. Minęły trzy godziny od rozpoczęcia holowania i w ostatnim akcie operacji ratowniczej wszystko już się unormowało. Sandecker i Gunn, pochyleni nad radiostacją, dopominali się najnowszych informacji o huraganie „Amanda", molestując Farquara, który był na „Koziorożcu", teraz odległym o pięćdziesiąt mil na zachód, a reszta zespołu ciasnym półkolem otaczała mały, całkowicie niewystarczający grzejnik olejowy.

Kiedy Pitt wszedł do sali, wszyscy popatrzyli na niego wyczekująco. Gdy wreszcie się odezwał, jego głos brzmiał nienaturalnie spokojnie w nienaturalnej ciszy, którą zakłócał jedynie szum przenośnych generatorów.

– Bardzo przepraszam, panowie, że musieliście na mnie czekać, ale pomyślałem sobie, że krótka przerwa na kawę doda wam energii.

– Nie wygłupiaj się – warknął poirytowany Spencer. – Ściągasz nas tutaj i każesz bezczynnie siedzieć przez pół godziny, kiedy mamy robotę. Co jest grane?

– To proste – spokojnie odparł Pitt. – Za kilka minut porucznik Sturgis przyleci tu helikopterem po raz ostatni przed atakiem sztormu. Chciałbym, żeby wszyscy, z wyjątkiem Giordina i mnie, powrócili z nim na „Koziorożca". Dotyczy do również ciebie, admirale.

– Czy ty przypadkiem nie przekraczasz swoich kompetencji? – zapytał Sandecker z emfazą.

– Do pewnego stopnia tak, panie admirale, choć jestem głęboko przekonany, że postępuję słusznie.

– Możesz to wyjaśnić?

Sandecker miał minę piranii przed połknięciem złotej rybki. Grał swoją rolę aż za dobrze. Po bohatersku znosił obsadzanie go w podobnych rolach.

– Mam wszelkie powody, by sądzić, że „Titanic" może nie przetrzymać huraganu.

– Ta stara balia wytrzymała więcej niż jakikolwiek wytwór ludzkich rąk od czasu wzniesienia piramid – powiedział Spencer. – A teraz wielki jasnowidz, Dirk Pitt, przepowiada, że starowina się podda i zatonie po pierwszym uderzeniu tego parszywego sztormu.

– Nie ma żadnej gwarancji, że na dużej fali zatonie czy nie zatonie – ubezpieczał się Pitt. – W każdym razie byłoby głupotą narażać więcej ludzi, niż musimy.

– Nie wiem, czy cię dobrze zrozumiałem – odezwał się Drummer, pochylając się do przodu z zawziętą i złą miną na jastrzębiej twarzy. – Poza tobą i Giordinem mamy zabierać stąd dupy, nasrać na wszystko to, o co walczyliśmy przez ostatnie dziewięć miesięcy, wypruwając sobie żyły, i schować się na „Koziorożcu", póki sztorm nie minie?! O to ci chodzi?!

– Będziesz prymusem, Drummer.

– Człowieku, całkiem ci odbiło.

– We dwóch nie dacie rady – stwierdził Spencer. – Nadzór tylko samych pomp wymaga czterech ludzi.

– No i ciągle trzeba sprawdzać, czy w kadłubie nie ma nowych przecieków poniżej linii wodnej – dodał Gunn.

– Wy, bohaterowie, wszyscy jesteście tacy sami – powiedział Drummer, cedząc słowa. – Zawsze szlachetnie za kogoś się poświęcacie. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: dwóch ludzi w żaden sposób nie poradzi sobie z tą starą balią. Ja tam jestem za tym, żebyśmy wszyscy zostali.

Spencer odwrócił się i rozejrzał po twarzach członków swojej sześcioosobowej brygady. Odpowiedziały mu spojrzenia oczu podkrążonych z niewyspania. Wszyscy jednak jak jeden mąż skinęli głowami. Spencer znowu popatrzył na Pitta.

– Przykro mi, wielki wodzu, ale Spencer ze swoją wesołą zgrają pompowych zdecydował zostać.

– Ja też zostaję – uroczyście oświadczył Woodson.

– I ja – dodał Gunn.

Bosman Bascom dotknął ramienia Pitta.

– Proszę mi wybaczyć, panie dyrektorze, ale ja i moi chłopcy również zostajemy. W czasie sztormu trzeba co godzinę sprawdzać, czy nie przeciera się hol i czy na prowadnicy nie zabrakło smaru.

– Przykro mi, mój drogi – powiedział Sandecker z wyraźną satysfakcją. – Przegrałeś, Pitt.

Rozległ się terkot helikoptera lądującego na dachu sali klubowej. Pitt z rezygnacją wzruszył ramionami.

– A więc załatwione. Wszyscy będziemy płynąć albo tonąć razem – rzekł uśmiechając się z przymusem. – Lepiej odpocznijcie sobie trochę i coś przekąście. Być może to wasza ostatnia okazja. Za parę godzin będziemy siedzieli w czołowej ćwiartce huraganu po same uszy, a chyba nie muszę wam rysować, co nas czeka.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł, kierując się w stronę lądowiska helikoptera. Pomyślał, że przedstawienie wypadło nie najgorzej. Nawet całkiem nieźle. Wprawdzie nie dostanie za nie nominacji do nagrody Akademii, ale pal sześć – najważniejsze, że oczarowani widzowie uznali je za przekonywające.


Jack Sturgis był niskim, szczupłym mężczyzną o zmęczonych oczach, jakie zdaniem kobiet mężczyźni mają po wyjściu z sypialni. W zębach ściskał długą cygarniczkę, wysuwając do przodu brodę niczym Franklin Roosevelt. Właśnie wyszedł z kabiny helikoptera i zdawał się czegoś szukać przy podwoziu, kiedy Pitt dotarł do lądowiska.

Sturgis podniósł wzrok.

– Będą jacyś pasażerowie? – spytał.

– Tym razem nie.

Sturgis niedbale strącił popiół z papierosa.

Wiedziałem, że powinienem zostać w ciepłej i przytulnej kabinie na „Koziorożcu" – rzekł z westchnieniem. – Jeszcze się zabiję przez to latanie przed nosem huraganu.

– Lepiej się stąd zabieraj – powiedział Pitt. – W każdej chwili może dmuchnąć.

– Dla mnie to bez różnicy – odparł Sturgis, obojętnie wzruszając ramionami. – I tak nigdzie nie polecę. Pitt spojrzał na niego zdziwiony.

– Co chciałeś przez to powiedzieć?

– Jestem uziemiony, i właśnie to chciałem powiedzieć. – Ręką wskazał na wirnik. Ponad półmetrowy koniec jednej z łopatek zwisał jak przetrącona dłoń. – Ktoś tutaj nie lubi helikopterów.

– A może podczas lądowania w coś uderzyłeś? Sturgis zrobił urażoną minę.

– Podczas lądowania w nic nie uderzam, powtarzam, w nic nie uderzam. – Znalazł to, czego szukał, i wyprostował się. – Spójrz, to sam się przekonasz. Jakiś sukinsyn rzucił młotkiem w wirnik.

Pitt wziął młotek i uważnie go obejrzał. Gumowy uchwyt trzonka był głęboko rozcięty w miejscu, gdzie uderzyła go łopatka wirnika.

– I to za wszystko, co dla was zrobiłem – powiedział Sturgis. -

Ładna mi wdzięczność.

– Przykro mi, Sturgis, ale ty nigdy nie zostaniesz telewizyjnym detektywem. Brak ci analitycznego umysłu i pochopnie wyciągasz fałszywe wnioski.

– Daj spokój, Pitt. Młotki same się nie unoszą w powietrzu. Któryś z twoich ludzi musiał nim rzucić, kiedy lądowałem.

– Mylisz się. Zaręczam, że nikogo z moich ludzi nie było w pobliżu lądowiska w ciągu ostatnich dziesięciu minut. Obawiam się, że ten wandal musiał przylecieć z tobą.

– Masz mnie za głupka? Myślisz, że nie wiem, czy mam pasażera, czy nie? Poza tym to byłoby samobójstwo. Gdyby tym młotkiem rzucono minutę wcześniej, kiedy jeszcze leciałem na wysokości trzydziestu metrów, to nie mielibyście co zbierać.

– Użyłeś złej nomenklatury – rzekł Pitt. – To nie był zwykły pasażer, lecz pasażer na gapę. On też nie jest głupkiem. Zaczekał, aż koła dotknęły lądowiska, rzucił młotek i wyskoczył przez luk ładunkowy. Tylko Bóg wie, gdzie się teraz ukrywa. Dokładne przeszukanie osiemdziesięciu kilometrów ciemnych korytarzy i przedziałów jest niemożliwe.

Twarz Sturgisa nagle pobladła.

– Chryste, on musi być w helikopterze.

– Nie wygłupiaj się. Wyskoczył, jak tylko wylądowałeś.

– Nie, nie. Z otwartego okna kabiny nie można rzucić młotkiem w wirnik. Z tą ucieczką to też nie tak.

– A więc, słucham cię – spokojnie powiedział Pitt.

– Pokrywa luku przedziału towarowego jest otwierana i zamykana elektronicznie przełącznikiem w kabinie pilota.

– A jest stamtąd jakieś inne wyjście?

– Tylko przez drzwi do kabiny.

Pitt dokładnie obejrzał szczelnie zamkniętą pokrywę luku, a potem znów odwrócił się do Sturgisa.

– Jak należy traktować niepożądanych gości? Chyba najlepiej będzie, jeżeli poprosimy go, żeby wyszedł na świeże powietrze.

Sturgisowi nogi przyrosły do pokładu, gdy zobaczył, że w prawej ręce Pitta nagle pojawił się kolt – czterdziestka piątka z tłumikiem.

– Jasne… pewnie… skoro tak uważasz.

Sturgis wdrapał się po drabince do kabiny i nacisnął przełącznik. Zawarczały silniczki elektryczne, kwadratowa pokrywa luku ładunkowego otworzyła się i uniosła nad kadłubem helikoptera. Nim zaskoczyły jej podpórki, Sturgis zdążył już wrócić na pokład statku, przezornie chowając się za szerokimi plecami Pitta.

Od otwarcia klapy upłynęło pół minuty. Sturgisowi zdawało się, że minęła cała wieczność. Pitt ciągle stał bez ruchu i nasłuchiwał. Słychać było tylko chlupot fal uderzających w kadłub, wycie tężejącego wiatru w nadbudówkach „Titanica" i gwar głosów dobiegających z sali gimnastycznej, ale te dźwięki w ogóle go nie interesowały. Kiedy stwierdził, że nie słyszy żadnych dźwięków wskazujących na jakiekolwiek zagrożenie, dopiero wówczas wszedł do helikoptera.

Pociemniałe niebo wypełniało mrokiem wnętrze i Pitt z niepokojem uświadomił sobie, że jego sylwetkę świetnie widać na tle otwartych drzwi. Na pierwszy rzut oka przedział towarowy zdawał się pusty, lecz po chwili poczuł klepnięcie w ramię i zobaczył rękę Sturgisa wyciągniętą w kierunku brezentu, pod którym rysował się jakiś ludzki kształt.

– Położyłem ten brezent, równo poskładany, nie dalej niż godzinę temu – szepnął Sturgis.

Pitt lewą ręką błyskawicznie ściągnął brezent, prawą mierząc z kolta.

Na podłodze leżała jakaś skulona postać. Osoba ta, ubrana w grubą kurtkę, miała nie domknięte oczy, co wskazywało, że była nieprzytomna, a to najwyraźniej wiązało się z brzydką krwawiącą raną na głowie, tuż ponad granicą włosów.

Sturgis stał bez ruchu jak wryty, patrząc wytrzeszczonymi oczami, które jeszcze nie przyzwyczaiły się do ciemności. Później palcami lekko potarł brodę i z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Mój Boże – szepnął oszołomiony. – Czy wiesz, kto to jest?

– Wiem – spokojnie odparł Pitt. – Nazywa się Seagram. Dana Seagram.

58.

Niebo nad „Michaiłem Kurkowem" gwałtownie pociemniało – ogromne czarne chmury zgasiły wieczorne gwiazdy. Ponownie zerwał się wiatr, który stężał do zawieruchy o prędkości siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, z wyciem unoszącej na północny zachód długie pasma piany zmiecionej z grzbietów fal.

W przestronnej sterowni sowieckiego statku było ciepło i wygodnie. Prewłow stał obok Parotkina, który obserwował echo „Titanica" na ekranie radaru.

– Kiedy objąłem komendę na tym statku, sądziłem, że moje działania będą związane z realizacją badań naukowych i prac hydrograficznych – powiedział Parotkin takim tonem, jakby zwracał się do ucznia. – Nie było mowy o prowadzeniu operacji o charakterze całkowicie militarnym.

Prewłow zaprotestował podniesieniem ręki.

– Proszę nie zapominać, kapitanie, że określenie operacja militarna jest niestosowne. Ta niewielka akcja, którą wkrótce rozpoczniemy, jest całkowicie legalnym, cywilnym przedsięwzięciem, znanym w krajach zachodnich jako „zmiana kierownictwa".

– Jawne piractwo jest określeniem bliższym prawdy – rzekł Parotkin. – A jak nazwiecie tych dziesięciu żołnierzy piechoty morskiej, których byliście uprzejmi włączyć do mojej załogi, kiedy wychodziliśmy z portu? Akcjonariuszami?

– Znowu zaczynacie. Nie żołnierze piechoty morskiej, lecz cywilni członkowie załogi.

– Oczywiście – oschłym tonem powiedział Parotkin. – Tylko że każdy z nich jest uzbrojony po zęby.

– W prawie międzynarodowym nie ma przepisu, który by zabraniał członkom załogi statku posiadania broni.

– Gdyby nawet istniał, to niewątpliwie znaleźlibyście jakąś klauzulę, żeby go ominąć.

– Opamiętajcie się, drogi kapitanie Parotkin – upomniał go Prewłow i serdecznie poklepał po plecach. – Kiedy minie ten wieczór, będziemy bohaterami Związku Radzieckiego.

– Albo trupami – powiedział Parotkin drewnianym głosem.

– Nie obawiajcie się. Plan jest bez zarzutu, a dzięki sztormowi, który przegonił flotę ratowniczą, stał się jeszcze bardziej pewny.

– Nie zapominacie o „Junonie"? Jej kapitan nie pozostanie obojętny, kiedy podpłyniemy do „Titanica", wejdziemy na jego pokład i zawiesimy nad mostkiem banderę z sierpem i młotem.

Prewłow podniósł rękę i spojrzał na zegarek.

– Dokładnie za dwie godziny i dwadzieścia minut jedna z naszych atomowych łodzi podwodnych wypłynie na powierzchnię sto mil na północ i zacznie wysyłać sygnały SOS, podając się za statek „Laguna Star", frachtowiec o podejrzanej rejestracji.

– A co, myślicie, że „Junona" złapie się na tę przynętę i pośpieszy na ratunek?

– Amerykanie nigdy nie odmawiają pomocy – odparł Prewłow z przekonaniem. – Oni wszyscy mają kompleks dobrego Samarytanina. Tak, „Junona" z pewnością zareaguje. Musi. Poza holownikami, które nie mogą zostawić „Titanica", w promieniu trzystu mil znajduje się tylko ona.

– Ale skoro nasza łódź podwodna później się zanurzy, to jej echo zniknie z ekranu radaru „Junony"…

– Wtedy Amerykanie naturalnie pomyślą, że „Laguna Star" zatonęła, i zdwoją wysiłki, żeby jak najszybciej się znaleźć na miejscu katastrofy.

– Chylę czoło przed waszą wyobraźnią – rzekł Parotkin z uśmiechem. – Jednakże wciąż pozostają takie problemy jak dwa amerykańskie holowniki, wejście na pokład „Titanica" w czasie najgorszego od lat huraganu, unieszkodliwienie amerykańskiej załogi, a potem odholowanie wraka do Rosji. I to wszystko bez wywoływania międzynarodowych reperkusji…

– Mówicie o czterech sprawach, kapitanie – stwierdził Prewłow i przerwał, by zapalić papierosa. – Co do pierwszej, holowniki zostaną wyeliminowane przez dwóch radzieckich agentów, którzy w tej chwili udają członków amerykańskiego zespołu ratowniczego. Co do drugiej, wejdę na pokład „Titanica" i przejmę nad nim komendę, kiedy znajdziemy się w oku cyklonu. Ponieważ szybkość wiatru rzadko przekracza tam piętnaście węzłów, ja i moi ludzie nie powinniśmy mieć większych trudności z przejściem przez furtę ładunkową w kadłubie, którą w ustalonym czasie otworzy jeden z naszych agentów. Co do trzeciej, moja grupa abordażowa pozbędzie się załogi szybko i sprawnie. A wreszcie co do czwartej, wszystko będzie przeprowadzone tak, jak gdyby Amerykanie uciekli ze statku w czasie największego nasilenia huraganu i utonęli w morzu. W tej sytuacji „Titanic" będzie oczywiście porzuconym wrakiem. Pierwszy kapitan, który weźmie go na hol, stanie się jego właścicielem. I to wy będziecie tym szczęśliwym kapitanem, towarzyszu Parotkin. Zgodnie z międzynarodowym prawem morskim będziecie mieli wszelkie podstawy do wzięcia „Titanica" na hol.

– Nigdy nie ujdzie wam to na sucho – rzekł Parotkin. – To, co chcecie robić, będzie ordynarnym masowym morderstwem. – W jego apatycznym spojrzeniu pojawiło się obrzydzenie. – Czy z taką samą dbałością o szczegóły uwzględniliście również konsekwencje niepowodzenia?

Prewłow popatrzył na niego ze swoim wiecznym uśmiechem, który zaczął blednąc.

– Niepowodzenie zostało uwzględnione, towarzyszu. Miejmy jednak nadzieję, że nie będziemy musieli posuwać się do ostateczności. – Wskazał duże echo na ekranie radaru. – Szkoda byłoby ponownie zatopić taki legendarny statek, tym razem na dobre.

59.

Głęboko we wnętrzu kadłuba starego transatlantyku Spencer i jego ludzie z trudem utrzymywali dieslowskie pompy w ruchu. Pracując często samotnie w zimnych, ciemnych przedziałach ze stali, przypominających jaskinie, gdzie jedynym udogodnieniem było marne światło niewielkich reflektorów, bez skargi starali się utrzymać statek na powierzchni. Przykrą niespodzianką było to, że w niektórych przedziałach pompy nie nadążały z usuwaniem przeciekającej do wnętrza wody.

Do godziny siódmej pogoda bezpowrotnie się zepsuła. Słupek rtęci w barometrze wciąż gwałtownie spadał. „Titanic" zaczął się rzucać i przewalać z boku na bok, biorąc wodę dziobem i nadburciami pokładu ładunkowego. W ciemnościach nocy i zacinającym deszczu widoczność spadła niemal do zera. Ludzie z holowników dostrzegali wielki statek jedynie chwilami, gdy jego upiorna sylwetka niewyraźnie majaczyła w świetle błyskawic. Uwagę skupiali przede wszystkim na holu znikającym w wodzie kłębiącej się za rufą. Ta lina życia gwałtownie się napinała za każdym razem, gdy „Titanic" przyjmował uderzenie ogromnych fal; zafascynowani, patrzyli na nią, kiedy wyskakiwała z wody, trzeszcząc w żałosnym proteście.

Butera ani na chwilę nie schodził z mostka, utrzymując stały kontakt z ludźmi na rufie. Nagle, mimo wycia wiatru, usłyszał skrzeczenie głośnika.

– Kapitan?

– Mówi kapitan – odpowiedział do mikrofonu.

– Chorąży Kelly z rufy, panie kapitanie. Dzieje się tu coś cholernie dziwnego.

– Możecie mówić jaśniej?

– No więc, panie kapitanie, hol zupełnie zwariował. Najpierw poleciał na lewą burtę, a teraz przesunął się na prawą, i muszę powiedzieć, że pod bardzo dziwnym kątem, panie kapitanie.

– Dobra, meldujcie o wszystkim – rzekł Butera i przełączył się na inną falę. – Uphill, słyszysz mnie? Tu Butera.

Uphill odpowiedział z „Morse'a" prawie natychmiast:

– Nawijaj.

– Chyba „Titanic" zszedł z kursu w prawo.

– Możesz ustalić jego pozycję?

– Nie. Jedyną wskazówką jest kierunek holu. Na kilka chwil zapadło milczenie, Uphill bowiem gorączkowo zastanawiał się nad nową sytuacją. Wreszcie znowu się odezwał:

– Z trudem robimy cztery węzły. Pozostaje nam tylko pchać się dalej. Jeżeli się zatrzymamy, żeby zobaczyć, co się dzieje, to wrak może stanąć bokiem do fali i przewrócić się do góry dnem.

– Widzisz go na radarze?

– Nie, dwadzieścia minut temu zmyło mi antenę. A co z twoją?

– Antenę jeszcze mam, ale mnie z kolei zalało przewody i doszło do zwarcia.

– No to ślepy prowadzi ślepego.

Butera odłożył mikrofon i ostrożnie uchylił drzwi prawego skrzydła mostka. Osłaniając oczy ręką i zataczając się, wyszedł na zewnątrz. Wytężonym wzrokiem próbował przebić ciemności tej rozszalałej nocy. Reflektory okazały się nieprzydatne, ukazując jedynie smugi zacinającego deszczu. Od strony rufy zajaśniała błyskawica; odgłos grzmotu utonął w wyciu wiatru. Buterze na moment zamarło serce, w krótkim błysku światła nie dostrzegł bowiem cienia „Titanica", jak gdyby nigdy go nie było. Ociekając wodą, która spływała mu po sztormiaku, ledwie zdążył przecisnąć się przez drzwi, gdy w głośniku znów zaskrzeczał głos Kelly'ego:

– Kapitan?

Butera starł krople deszczu z oczu i podniósł mikrofon.

– Co jest, Kelly?

– Hol się poluzował.

– Pękł?

– Nie, panie kapitanie, ale głębiej siedzi w wodzie. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby tak się zachowywał. Wygląda to tak, jakby wrak chciał nas przegonić.

Właśnie słowa „nas przegonić" zaalarmowały Buterę. Nigdy nie zapomni wstrząsu, jakiego doznał, kiedy nagle to sobie uświadomił. Przez głowę przemknęła mu seria obrazów układających się w koszmarną scenę: „Titanic" lekko wyprzedza „Wallace'a" równoległym kursem na prawym trawersie, a potem hol gwałtownie ściąga go do tyłu – jak wówczas, gdy uczniowie bawią się w węża. Pierwsze oznaki już są – hol, który najpierw zmienia kierunek, a potem się luzuje. Wtem coś rozproszyło myśli Butery. Niemal w tym samym momencie chwycił mikrofon i zadzwonił do maszynowni.

– Cała naprzód! Maszynownia, słyszycie mnie?! Cała naprzód! – wykrzyknął, a potem połączył się z „Morse'em". – Zbliżam się do was z pełną szybkością! – zawołał. – Słyszysz mnie, Uphill?

– Powtórz – poprosił Uphill.

– Daj całą naprzód, do cholery, bo cię rozjadę!

Butera rzucił mikrofon i z trudem ponownie wyszedł na skrzydło mostka. Huragan rozbijał fale na pianę tak wściekle, z taką zajadłością, że zatarła się granica między powietrzem a wodą. Butera już nic więcej nie mógł zrobić, tylko stał przywarty do relingu.

I wtedy zobaczył ogromny dziób „Titanica", wyłaniający się z pyłu wodnego zaledwie trzydzieści metrów od prawej burty. Zdrętwiał z przerażenia, bezradnie wlepiając wytrzeszczone oczy w straszliwą masę, która nieubłaganie zbliżała się do „Wallace'a".

– Nie! – zawołał przekrzykując wiatr. – Zostaw mój statek, ty brudny stary trupie!

Już wydawało się, że „Titanic" nieuchronnie uderzy w rufę holownika, a jednak stało się to, co było niemożliwe. Ogromna góra wody uniosła dwudziestometrowej wysokości dziób „Titanica", zatrzymując go akurat na tyle, że holownik zdążył odskoczyć i uniknąć uderzenia. Potem wrak opadł w dolinę, mijając rufę „Wallace'a" nie więcej niż o metr i wznosząc falę, która zalała holownik i pozbawiła go łodzi ratunkowej oraz jednego nawiewnika.

Ta sama fala oderwała Buterę od relingu i przycisnęła do ściany sterowni. Leżał tam całkowicie przykryty wodą, zachłystując się i dusząc z braku powietrza, lecz dzięki drganiom pokładu od pulsujących silników nie tracił ducha. Kiedy w końcu woda spłynęła, z trudem się podniósł i zwymiotował.

Przytrzymując się rękami ściany, wszedł do sterowni zapewniającej mu bezpieczeństwo. Wciąż oszołomiony cudownym ocaleniem „Wallace'a", patrzył na „Titanica", który niczym wielkie czarne widmo powoli zostawał za rufą, aż wreszcie zniknął w strugach niesionego wiatrem deszczu.

60.

– Tylko Dirk Pitt umie poderwać damę na środku Atlantyku, i to w czasie huraganu – powiedział Sandecker. – Jak ty to robisz?

– Moja tajemnica – odparł Pitt, delikatnie bandażując głowę Dany. – Kobiety zawsze do mnie lgną w nieprawdopodobnych sytuacjach… kiedy wcale nie mam na to ochoty.

Dana zaczęła cicho pojękiwać.

– Przychodzi do siebie – stwierdził Gunn.

Klęczał przy łóżku, które wciśnięto między stare urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych, żeby się nie przesuwało podczas kołysania i podskakiwania statku na fali.

Pitt przykrył Danę kocem.

– Paskudnie dostała i prawdopodobnie tylko gęste włosy uratowały ją od czegoś gorszego niż wstrząs mózgu.

– Jak się znalazła w helikopterze Sturgisa? – spytał Woodson. – Sądziłem, że opiekuje się reporterami na pokładzie „Alhambry".

– I tak było – powiedział admirał Sandecker. – Kilku wysłanników stacji telewizyjnych poprosiło o zezwolenie na przeprowadzenie reportażu z pokładu „Koziorożca" w czasie holowania „Titanica" do Nowego Jorku. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że będzie im towarzyszyła Dana.

– Ja ich przewiozłem – rzekł Sturgis. – Widziałem, jak pani Seagram wysiadała z helikoptera po wylądowaniu na „Koziorożcu". Ale to dla mnie tajemnica, w jaki sposób udało się jej ponownie wsiąść i nikt tego nie zauważył.

– No pewnie, że tajemnica, jeżeli się nie sprawdza przedziału towarowego między lotami – uszczypliwie zauważył Woodson.

– Nie prowadzę linii lotniczej – odciął się Sturgis. Sprawiał wrażenie, jakby chciał uderzyć Woodsona, lecz spojrzał na Pitta i nie znalazł w jego oczach aprobaty. Z wyraźnym trudem udało mu się powstrzymać emocje i dalej mówił już spokojnym głosem: – Latałem helikopterem na okrągło przez całą dobę. Byłem zmęczony. Uznałem, że nie ma potrzeby sprawdzać przedziału towarowego, bo byłem pewien, że jest pusty. Skąd miałem wiedzieć, że Dana Seagram ukradkiem wślizgnie się na pokład? Gunn pokręcił głową.

– Ale po co ona to zrobiła? W jakim celu?

– Nie wiem po co… niby dlaczego, u licha, ja miałbym to wiedzieć? – rzekł Sturgis. – A może ty mi powiesz, dlaczego ona wrzuciła młotek między łopatki wirnika, przykryła się brezentem i walnęła w głowę? Niekoniecznie w tej kolejności.

– Dlaczego jej o to nie zapytasz? – powiedział Pitt, ruchem głowy wskazując łóżko.

Dana patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami, niczego nie rozumiejąc. Wyglądała, jakby obudzono ją z męczącego snu.

– Przepraszam… że zadaję takie banalne pytanie – odezwała się cicho – ale gdzie ja jestem?

– Moja droga – odparł Sandecker, klękając przy niej na jednym kolanie. – Jesteś na „Titanicu".

– Czy to możliwe?

– Zapewniam cię, że tak – rzekł Sandecker. – Pitt, zostało trochę szkockiej. Podaj mi szklankę.

Pitt posłusznie spełnił prośbę i podał Sandeckerowi szklankę z whisky. Dana wypiła łyk „Cutty Sarka", zakrztusiła się i kaszlnęła, przytrzymując sobie głowę rękami, jakby chciała opanować ból, który rozsadzał jej czaszkę.

– No, no, moja droga. – Widać było, że Sandecker nie bardzo wie, jak się należy obchodzić z cierpiącą kobietą. – Leż spokojnie. Ktoś ci nieźle przyłożył w głowę.

Pomacała bandaż i chwyciła Sandeckera za rękę, wytrącając z niej szklankę na podłogę.

Pitt skrzywił się, widząc rozlaną whisky. Kobiety nie doceniają szlachetnych trunków.

– Nie, nie. Nic mi nie jest. – Dana z trudem usiadła na łóżku i ze zdumieniem przyglądała się dziwnym urządzeniom. – „Titanic" – z szacunkiem wypowiedziała nazwę statku. – Czy rzeczywiście jestem na „Titanicu"?

– Tak – odparł Pitt oschłym tonem. – I pragnęlibyśmy się dowiedzieć, jak się pani tu znalazła. Spojrzała na niego niepewnie.

– Nie wiem. Słowo daję, że nie wiem. Ostatnie, co pamiętam, to to, że byłam na „Koziorożcu".

– Znaleźliśmy panią w helikopterze – poinformował ją Pitt.

– W helikopterze… zgubiłam kosmetyczkę… musiała mi wypaść podczas lotu z „Alhambry" – rzekła z wymuszonym uśmiechem. – Tak, to było właśnie tak. Wróciłam do helikoptera, by poszukać kosmetyczki. Znalazłam ją wciśniętą w złożone siedzenie. Próbowałam ją wyciągnąć, kiedy… no cóż, chyba zemdlałam i padając uderzyłam się w głowę.

– Zemdlała pani? Jest pani pewna… – Pitt urwał i zadał jej inne pytanie: – Co pani widziała tuż przed utratą przytomności?

Dana zastanawiała się przez chwilę, niewidzącym wzrokiem patrząc w dal. Jej ciemnobrązowe oczy wydawały się nienaturalnie duże w kontraście z bladą, ściągniętą twarzą.

Sandecker ojcowskim gestem poklepał ją po dłoni.

– Nie musisz się z tym śpieszyć. Zaczęła poruszać ustami.

– Buty – powiedziała wreszcie.

– Proszę powtórzyć – rzekł Pitt.

– Parę butów – odparła, jakby olśniona. – Tak, teraz sobie przypominam, parę kowbojskich butów z wąskimi noskami.

– Kowbojskie buty? – spytał Gunn z obojętną miną. Dana skinęła głową.

– Widzi pan, na czworakach szukałam kosmetyczki, a kiedy próbowałam ją wyciągnąć… nie wiem… one po prostu tam były… – urwała.

– Jaki kolor miały te buty? – dopytywał się Pitt.

– Były chyba żółte, może kremowe.

– Czy widziała pani twarz tego człowieka? Chciała pokręcić głową, lecz przy pierwszym ruchu poczuła ból i zrezygnowała.

– Nie, było bardzo ciemno…

Umilkła.

Pitt zrozumiał, że niczego więcej się od niej nie dowie. Spojrzał na Danę i uśmiechnął się. Odpowiedziała mu uśmiechem, jakby chcąc się usprawiedliwić.

– Najlepiej będzie, jak my, stare brudasy, zostawimy panią w spokoju i damy trochę odpocząć – rzekł. – W razie czego jeden z nas będzie cały czas w pobliżu.

Sandecker poszedł za Pittem do wyjścia na główną klatkę schodową.

– Domyślasz się czegoś? – spytał admirał. – Dlaczego ktoś chciał zrobić krzywdę Danie?

– Z tego samego powodu, dla którego zabili Munka.

– Żeby się nie zorientowała, kto jest sowieckim agentem?

– W jej wypadku to chyba kwestia znalezienia się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze.

– Brakowało nam tylko rannej kobiety – powiedział Sandecker z westchnieniem. – Ale będzie piekło, kiedy Seagram dostanie mój radiogram o tym, co się przydarzyło jego żonie.

– Z całym szacunkiem, admirale, ja jednak nie pozwoliłem Gunnowi wysłać twojego radiogramu. Nie możemy ryzykować zmiany planów w ostatniej chwili. Mężczyźni bardzo ostrożnie podejmują decyzje, kiedy chodzi o kobiety. Nie wahamy się narażać życia kilkunastu przedstawicieli naszej własnej płci, ale nie pozwalamy robić tego z kobietami. O czym nie będą wiedzieli Seagram, prezydent, admirał Kemper i pozostali ludzie w Waszyngtonie, o to nie będzie bolała ich głowa, przynajmniej przez najbliższe dwanaście godzin.

– Widzę, że już zupełnie się tutaj nie liczę – cierpko stwierdził Sandecker. – Czy przypadkiem nie zapomniałeś jeszcze czegoś mi powiedzieć, Pitt? Na przykład, do kogo należą te buty?

– Te buty należą do Bena Drummera.

– Nie zauważyłem, żeby je kiedykolwiek nosił. Jak… skąd o tym wiesz?

– Widziałem je, przeszukując jego kabinę na „Koziorożcu".

– A zatem do twoich licznych talentów dodałeś jeszcze umiejętność włamywania się – rzekł Sandecker.

– Sprawdzałem nie tylko Drummera. Przeszukaliśmy z Giordinem rzeczy wszystkich członków grupy ratowniczej.

– Znaleźliście coś?

– Nic obciążającego.

– Jak myślisz, kto zranił Danę?

– Nie Drummer. To pewne. Ma przynajmniej kilkunastu naocznych świadków, łącznie z tobą i ze mną, admirale, którzy zaświadczą, że od wczoraj przebywał na pokładzie „Titanica". To niemożliwe, żeby w tym czasie zaatakował Danę Seagram na statku odległym o pięćdziesiąt mil.

W tym momencie podszedł do nich Woodson i chwycił Pitta za ramię.

– Przepraszam, że przeszkadzam, szefie, ale właśnie dostaliśmy pilną wiadomość z „Junony". Obawiam się, że złą.

– Słuchamy więc – powiedział Sandecker znużonym głosem. _ Chyba już nie może być gorzej, niż jest.

– Oj, może – odparł Woodson. – Wiadomość, którą dostaliśmy od kapitana krążownika, brzmi: „Otrzymaliśmy sygnał SOS z płynącego na wschód kursem pięciu stopni frachtowca»Laguna Star«, który znajduje się sto dziesięć mil na północ od was. Muszę udzielić mu pomocy. Powtarzam: muszę udzielić mu pomocy. Przepraszam, że was zostawiam. Życzę szczęścia»Titanicowi«!"

– „Życzę szczęścia»Titanicowi«!" – powtórzył Sandecker jak echo. Jego głos był obojętny i pozbawiony życia. – Teraz równie dobrze moglibyśmy napisać na kadłubie: „Złodzieje i piraci mile widziani. Zapraszamy!"

Zaczyna się, pomyślał Pitt. W tej chwili jednak czuł tylko gwałtowną potrzebę znalezienia się w toalecie.

61.

Gabinet admirała Josepha Kempera w Pentagonie, cuchnący dymem papierosowym i nie dojedzonymi kanapkami, zdawało się rozsadzać panujące w nim napięcie.

Kemper i Gene Seagram, pochyleni nad biurkiem admirała, cicho ze sobą rozmawiali, a Mel Donner i Warren Nicholson, dyrektor CIA, siedzieli razem na sofie z wyciągniętymi nogami, opartymi na stoliku do kawy, i drzemali. Kiedy jednak pozorną ciszę gabinetu przerwało brzęczenie czerwonego telefonu Kempera, natychmiast z drgnięciem oprzytomnieli. Kemper mruknął coś do słuchawki i odłożył ją na widełki.

– To z ochrony. Idzie prezydent.

Donner z Nicholsonem popatrzyli na siebie i dźwignęli się z sofy. Ledwie zdążyli posprzątać ze stolika, poprawić krawaty i włożyć marynarki, otworzyły się drzwi, w których pojawił się prezydent w towarzystwie swojego doradcy do spraw Kremla, Marshalla Collinsa.

Kemper wyszedł zza biurka i przywitał się z prezydentem.

– Miło mi pana widzieć, panie prezydencie. Proszę się czuć jak u siebie. Może coś podać?

Prezydent spojrzał na zegarek i uśmiechnął się szeroko.

– Do zamknięcia barów mamy jeszcze trzy godziny. Co by pan powiedział na „Krwawą Mary"?

Kemper odpowiedział uśmiechem i skinął na swojego adiutanta.

– Komandorze Keith, zechce pan pełnić honory domu? Keith potakująco kiwnął głową.

– Już się robi, panie admirale, jedna „Krwawa Mary".

– Mam nadzieję, panowie, że nie macie nic przeciwko temu, jeżeli zaczekam tu z wami – odezwał się prezydent. – Ja również jestem w to mocno zaangażowany!

– Ależ oczywiście, panie prezydencie – odparł Nicholson. – Cieszymy się, że jest pan razem z nami.

– Jak w tej chwili przedstawia się sytuacja?

Admirał Kemper przekazał prezydentowi pełne informacje, opisując nieoczekiwaną gwałtowność huraganu, pokazując pozycje statków na plastycznej mapie ściennej i wyjaśniając szczegóły holowania „Titanica".

– Czy to było absolutnie konieczne, żeby „Junona" zeszła z posterunku? – spytał prezydent.

– Sygnał wzywania pomocy to sygnał wzywania pomocy – odparł Kemper poważnym tonem. – Wszystkie najbliższe statki muszą ruszyć na ratunek bez względu na okoliczności.

– W pierwszej połowie gramy według zasad drużyny przeciwnika – powiedział Nicholson. – Potem my będziemy dyktowali grę.

– Jak pan myśli, admirale Kemper, czy „Titanic" przetrwa uderzenie huraganu?

– O ile holowniki zdołają utrzymać go dziobem do wiatru i fali, to ma szansę wyjść z tego zwycięsko.

– A jeśli z jakiegoś powodu nie zdołają zapobiec ustawieniu się wraka bokiem do fali?

Kemper wzruszył ramionami, unikając wzroku prezydenta.

– Wówczas wszystko będzie w rękach Boga.

– Nic się nie da zrobić?

– Nie, panie prezydencie. Po prostu nie ma żadnego sposobu zabezpieczenia statku w czasie huraganu. Wszystko w takich wypadkach zależy od samego statku.

– Aha, rozumiem.

Rozległo się pukanie do drzwi. Wszedł jakiś oficer i położył dwie kartki papieru na biurku Kempera.

Admirał przeczytał je i podniósł wzrok z ponurą miną"

– Wiadomość z „Koziorożca" – rzekł. – Pańska żona, panie Seagram… została uznana za zaginioną. Poszukiwania na pokładzie statku nie dały rezultatów. Istnieją obawy, że wypadła za burtę. Tak mi przykro.

Oszołomiony Seagram osunął się na Collinsa, patrząc szklanym wzrokiem.

– O Boże! – wykrzyknął. – To nie może być prawda! O Boże! I co ja teraz zrobię? Dana… Dana… Zbliżył się do niego Donner.

– Spokojnie, Gene, trzymaj się – rzekł, a potem wraz z Collinsem podprowadził go do sofy i posadził na poduszkach. Kemper gestem poprosił prezydenta o uwagę.

– Jest jeszcze jedna wiadomość, panie prezydencie. Z holownika „Wallace". „Titanic" zerwał się z holu i teraz dryfuje w środku huraganu.


Gruba lina zwisała z rufy „Wallace'a" jak martwy wąż, a jej urwany koniec ciągnął się czterysta metrów w głębi oceanu.

Butera stał bez ruchu przy wielkiej elektrycznej windzie, nie wierząc własnym oczom.

– Jak to się stało?! – wykrzyknął w ucho Kelly'emu. – Jak mogła się zerwać?! Powinna wytrzymać znacznie większe obciążenie!

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Kelly, przekrzykując sztorm. – Nie była zbyt napięta, kiedy poszła.

– Wyciągnijcie ją, chorąży, obejrzymy ją sobie.

Chorąży skinął głową i wydał rozkazy. Zwolniono hamulec; bęben zaczął się obracać, wyciągając z morza linę, która wzbijała fontanny wody. Hol działał jak kotwica. Rufa wznosiła się na fali powyżej sterowni, a później tak gwałtownie opadała pod jego ciężarem, że cały holownik drżał.

Wreszcie pojawił się koniec liny i jak wąż nawinął się na bęben. Kiedy włączono hamulec, Kelly z Butera zaczęli oglądać wystrzępione pokrętki.

Butera wpatrywał się w linę zaskoczony, niczego nie rozumiejąc. Dotknął nadpalonych końców stalówki i bez słowa spojrzał na chorążego.

W przeciwieństwie do Butery Kelly nie milczał.

– Chryste Panie na wysokościach! – wykrzyknął chrapliwym głosem. – Przecięta palnikiem acetylenowym.


Kiedy hol wpadł do oceanu, Pitt stał na czworakach w przedziale towarowym helikoptera i świecił latarką pod złożonymi siedzeniami dla pasażerów.

Na zewnątrz demonicznie wył wiatr. Pitt nie wiedział, że „Titanic", pozbawiony holowników, które utrzymywały go dziobem do fali, zaczął ustawiać się do niej burtą pod wściekłymi atakami rozszalałego morza. Wrak powoli się obracał.

W ciągu dwóch minut Pitt znalazł kosmetyczkę Dany, wciśniętą w złożone siedzenie, tuż przy ściance kabiny pilota. Z łatwością stwierdził, dlaczego Dana nie mogła wyciągnąć niebieskiej nylonowej saszetki. Tylko nieliczne kobiety są obdarzone zmysłem technicznym, a Dana zdecydowanie do nich nie należała. Nie przyszło jej do głowy, że wystarczyło rozłożyć siedzenie po odpięciu przytrzymujących je pasów. Pitt zrobił, co należało, i kosmetyczka znalazła się w jego ręku.

Nie otworzył jej; zawartość go nie interesowała. Zainteresował się natomiast zagłębieniem w ściance, gdzie była, a przynajmniej powinna być tratwa ratunkowa. Został po niej tylko żółty gumowany pokrowiec, lecz ona sama zniknęła.

Pitt nie zdążył zastanowić się, co oznaczało to odkrycie. Kiedy bowiem wyciągał pusty pokrowiec, potworna fala zaatakowała „Titanica", który kładł się na prawą burtę, jak gdyby nie miał zamiaru się podnieść. Pitt rozpaczliwie próbował przytrzymać się za oparcie siedzenia, ale go nie dosięgną! i jak worek kartofli potoczył się po podłodze, uderzając w krawędź półotwartych drzwi z taką siłą, że paskudnie rozciął sobie skórę głowy.

Przez następne kilka godzin nie bardzo wiedział, co się z nim działo. Był tak oszołomiony, że właściwie zdawał sobie sprawę tylko z tego, że do wnętrza helikoptera wciska się zimny wiatr. W głowie miał szarą mgłę i był jakby nieobecny. Nie wiedział ani nawet nie czuł, że helikopter zerwał przytrzymujące go liny, przewrócił się na bok, spadł z dachu sali klubowej pierwszej klasy na pokład łodziowy, tracąc ogon i łamiąc łopatki wirnika, a potem przekoziołkował przez reling i runął do wzburzonej wody.

62.

Rosjanie weszli na pokład „Titanica", kiedy sztorm ucichł. Spencer i jego ludzie, obsługujący pompy głęboko w maszynowni"! kotłowniach, nie mieli najmniejszych szans stawiania oporu. Ich absolutne zaskoczenie potwierdziło perfekcję, z jaką Prewłow przygotował i realizował swój plan.

Walka, do której doszło na górze – choć słowo masakra bardziej by odpowiadało prawdzie – skończyła się niemal w tej samej chwili, kiedy zaczęła. Pięciu rosyjskich żołnierzy piechoty morskiej, czyli połowa grupy abordażowej, w nasuniętych na oczy marynarskich czapkach i z twarzami zasłoniętymi grubymi szalikami, wpadło do sali gimnastycznej, mierząc z gotowych do strzału pistoletów maszynowych, zanim ktokolwiek zorientował się w sytuacji.

Pierwszy zareagował Woodson. Odwrócił się od radia, natychmiast zrozumiał, co się dzieje, a jego zwykle obojętna twarz zapłonęła od gniewu.

– Ty draniu! – wykrzyknął i skoczył na najbliższego intruza.

Nagle błysnął nóż, który żołnierz sprawnie wbił w pierś Woodsona, rozcinając serce fotografa niemal na dwoje. Woodson kurczowo chwycił swojego mordercę, a później z wolna osunął mu się na buty; jego spojrzenie wyrażało najpierw szok, potem niedowierzenie, ból, wreszcie pustkę śmierci.

Dana usiadła na łóżku i zaczęła okropnie wrzeszczeć. Jej krzyk pobudził resztę ratowników do działania. Drummer pięścią trzasnął mordercę Woodsona w szczękę, ale w zamian otrzymał cios lufą pistoletu maszynowego w twarz. Sturgis rzucił się na przeciwnika, lecz gdy go dopadał, dostał uderzenie kolbą w głowę tuż nad skronią. Obaj zwalili się na podłogę. Napastnik szybko się pozbierał, Sturgis leżał jednak jak martwy.

Giordino zamachnął się kluczem, celując w czaszkę innego Rosjanina. W tej samej chwili zabrzmiał ogłuszający huk. Kula przebiła uniesioną dłoń Ala, wytrącając z niej klucz, który z brzękiem potoczył się po podłodze. Sandecker, Gunn oraz bosman Bascom ze swymi ludźmi zatrzymali się w pół kroku, kiedy nagle uświadomili sobie, że wobec pistoletów w dłoniach świetnie wyszkolonych morderców obrona statku gołymi rękami jest beznadziejna.

Dokładnie w tym momencie do sali wszedł jakiś mężczyzna, którego bystre szare oczy dostrzegły każdy szczegół tej sceny. Zajęło mu to nie więcej niż trzy sekundy – trzy sekundy wystarczyły, by Andriej Prewłow zorientował się w sytuacji. Popatrzył z góry na wrzeszczącą Danę i uśmiechnął się z wdziękiem.

– Uważam, że kobiety niepotrzebnie zdzierają sobie struny głosowe, kiedy są przestraszone.

Dana zwinęła się w kłębek, zacisnęła usta i niepohamowanie drżała, wbijając okrągłe z przerażenia oczy w powiększającą się kałużę krwi pod Omarem Woodsonem.

– No właśnie, tak jest znacznie lepiej.

Prewłow pobiegł wzrokiem za spojrzeniem Dany, popatrzył na

Woodsona, później na Drummera siedzącego na podłodze i wypluwającego ząb, a potem na Giordina, który wściekle na niego spoglądał, podtrzymując zranioną dłoń.

– Wasz opór był nierozsądny. Jeden trup, trzech rannych i wszystko na nic.

– Kim jesteście?! – wykrzyknął Sandecker. – Jakim prawem wchodzicie na pokład tego statku i mordujecie mi załogę?!

– Wielka szkoda, że musieliśmy się poznać w tak nieprzyjemnych okolicznościach – odparł Prewłow. – Wy to, oczywiście, admirał James Sandecker, nieprawdaż?

– Nie odpowiedział pan na moje pytania – gniewnie warknął

Sandecker.

– Moje nazwisko nie ma znaczenia – rzekł Prewłow. – Natomiast odpowiedź na wasze drugie pytanie jest oczywista. Przejmuję ten statek w imieniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

– Nasz rząd nie będzie stał z założonymi rękami i nie pozwoli wam go zabrać.

– Poprawka – mruknął Prewłow. – Wasz rząd będzie stał z założonymi rękami.

– Nie doceniacie nas. Prewłow pokręcił głową.

– Nie ja, admirale. J a w pełni zdaję sobie sprawę, na co stać waszych rodaków. Wiem również, że nie rozpoczną wojny z powodu legalnego wejścia na pokład opuszczonego statku.

– Legalnego wejścia? – powtórzył Sandecker jak echo. – Według prawa morskiego porzucony statek to taki, który załoga opuściła na morzu bez zamiaru powrotu czy próby odzyskania go. Ponieważ na tym statku wciąż przebywa załoga, wasza obecność, mój panie, jest jawnym aktem piractwa.

– Oszczędźcie sobie interpretacji przepisów prawa morskiego – powiedział Prewłow, unosząc rękę w geście protestu. – Macie oczywiście rację, ale tylko na razie.

Znaczenie jego słów było jasne.

– Nie ośmielicie się wysadzić nas w środku huraganu.

– Ależ skądże, admirale. Poza tym dobrze wiem, że „Titanic" bierze wodę. Potrzebuję waszego ratownika Spencera, be chyba właśnie tak się nazywa, oraz jego ludzi, żeby obsługiwali pompy, dopóki sztorm nie ucichnie. Później dostaniecie tratwę ratunkową. Wasze odpłynięcie będzie gwarantowało nam prawo do przejęcia statku.

– Nie możemy pozostać przy życiu, bobyśmy świadczyli przeciwko wam – rzekł Sandecker. – Wasz rząd nigdy do tego nie dopuści. Pan dobrze o tym wie i ja również.

Prewłow popatrzył na niego obojętnym wzrokiem. Potem równie obojętnie, a właściwie bezczelnie się odwrócił, zbywając Sandeckera milczeniem. Powiedział coś po rosyjsku do jednego z żołnierzy. Człowiek ten skinął głową, po czym kolbą pistoletu maszynowego strzaskał radiostację, z której została kupka pogiętego metalu, rozbitego szkła i splątanych drutów.

– Wasza centrala operacyjna już nie nadaje się do użytku – stwierdził Prewłow, zataczając wokół ręką. – Zainstalowałem się z urządzeniami łączności w głównej jadalni na pokładzie D. Jeśli państwo będą tak uprzejmi i zechcą udać się z nami, to postaramy się zapewnić wam wygodę, póki pogoda się nie poprawi.

– Jeszcze jedno pytanie – powiedział Sandecker, nie ruszając się z miejsca. – Chyba należy mi się odpowiedź.

– Naturalnie, panie admirale, oczywiście.

– Gdzie jest Dirk Pitt?

– Z przykrością muszę poinformować – odparł Prewłow niby to współczującym tonem – że pan Pitt znajdował się w helikopterze, który wypadł za burtę. Śmierć musiała nastąpić szybko.

63.

Siedząc naprzeciwko prezydenta, który miał ponurą minę, admirał Kemper machinalnie wsypał sobie cztery łyżeczki cukru do filiżanki z kawą.

– Lotniskowiec „Beecher's Island" zbliża się do rejonu poszukiwań. Jego samoloty rozpoczną poszukiwania o świcie. – Kemper uśmiechnął się z przymusem. – Proszę się nie przejmować, panie prezydencie, do południa będziemy mieli „Titanica" na holu. Ręczę za to.

Prezydent spojrzał na admirała.

– Bezradnie dryfujący statek, który zaginął w czasie sztormu najgorszego od piętnastu lat? Statek na wpół przeżarty rdzą po siedemdziesięciu sześciu latach leżenia na dnie? Statek, który rząd sowiecki chce dostać w swoje łapy i tylko szuka pretekstu? I pan mi mówi, żebym się nie przejmował. Albo to nadmierna pewność, admirale, albo jest pan superoptymistą.

– Huragan „Amanda" – powiedział Kemper i westchnął. – Wzięliśmy pod uwagę wszystkie możliwości, ale w najśmielszych oczekiwaniach nikt nie spodziewał się takiego sztormu w środku maja. Powstał tak nagle i uderzył z taką siłą, że nie było czasu na wprowadzenie jakichkolwiek zmian do ustalonego planu.

– A może Rosjanie wpadli na pomysł, żeby to wykorzystać, i już są na pokładzie „Titanica"? Kemper pokręcił głową.

– Wejść na pokład statku przy wietrze przekraczającym sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę i na ponad dwudziestometrowej fali? Moje doświadczenie morskie mówi mi, że to niemożliwe.

– Tydzień temu huragan „Amanda" również był uważany za niemożliwy.

Prezydent podniósł wzrok, kiedy naprzeciwko niego usiadł na

kanapie Nicholson.

– Są jakieś wiadomości?

– Z „Titanica" nic – powiedział Nicholson. – Nie zgłaszali się od wejścia w oko cyklonu.

– A holowniki?

– Jeszcze nie zauważyły „Titanica", co nie powinno zbyt dziwić. Z nieczynnym radarem są zdani jedynie na wzrok, a szukanie wzrokiem to żadna robota przy prawie zerowej widoczności.

Na dłuższą chwilę zapadło nieprzyjemne milczenie. Wreszcie odezwał się Gene Seagram:

– Teraz, kiedy jesteśmy tak blisko, nie możemy go stracić – rzekł, z trudem wstając. – Zapłaciliśmy za to straszliwą cenę… właściwie ja zapłaciłem… O Boże, nie możemy ponownie stracić bizanium.

Zwiesił ramiona i jakby zwiotczał. Donner i Collins z powrotem posadzili go na kanapie.

– Co będzie, panie prezydencie, jeżeli dojdzie do najgorszego? – spytał Kemper półgłosem. – Co wtedy?

– Skreślimy z listy Sandeckera, Pitta i pozostałych.

– A co z „Planem Sycylijskim"?

– „Plan Sycylijski" też będziemy musieli skreślić – mruknął prezydent.

64.

Gęsta szara mgła zaczęła powoli ustępować i Pitt uświadomił sobie, że leży głową w dół na czymś twardym i mokrym. Trwał w tej pozycji przez wiele długich minut na granicy świadomości, aż w końcu zmusił się do otwarcia oczu, a właściwie jednego oka, drugie bowiem miał sklejone zakrzepłą krwią. Jak człowiek, który dopiero co wyszedł z ciemnego tunelu na światło dzienne, zamrugał dobrym okiem i rozejrzał się dookoła. W dalszym ciągu był w helikopterze, leżał na nienaturalnie pochylonej podłodze, karkiem oparty o tylną ściankę przedziału towarowego.

Dlatego było mu twardo, a mokro od wody, która przelewała się kilkunastocentymetrową warstwą, omywając jego ciało. Zastanawiał się, jak do tego doszło, że leży w tej dziwnej, niewygodnej pozycji.

Miał uczucie, że w głowie siedzi mu krasnoludek i dźga go w mózg widłami. Tak długo spryskiwał sobie twarz słoną wodą, nie zważając na pieczenie, aż zakrzepła krew rozpuściła się i spłynęła. Mógł wreszcie otworzyć drugie oko. Odzyskawszy trójwymiarowe widzenie, usiadł na ściance i spojrzał na podłogę. Wydawało mu się, że jest w jakimś zwariowanym domu z wesołego miasteczka. Nie mógł wydostać się przez luk ładunkowy, ponieważ zamykająca go klapa zakleszczyła się wówczas, gdy helikopter koziołkował po pokładach „Titanica". Pitt nie miał innego wyboru, jak wyjść przez kabinę pilota. Zaczął się wdrapywać po podłodze, przytrzymując rękami kółek do mocowania ładunku.

Podciągnął się do przedniej ścianki przedziału towarowego, która teraz była sufitem. Ból głowy sprawiał, że Pittowi ciemniało w oczach i musiał odpoczywać co kilkadziesiąt centymetrów. W końcu dosięgnął klamki, lecz drzwi nie chciały się otworzyć. Wyjął kolta i uderzył nim w klamkę. Siła uderzenia wytrąciła mu z mokrej dłoni rewolwer, który z klekotem zsunął się po podłodze na tylną ściankę. Drzwi wciąż były zamknięte.

Pitt zaczął ciężko dyszeć. Z wyczerpania prawie stracił przytomność. Odwrócił głowę i spojrzał w dół. Miał wrażenie, że od tylnej ścianki kabiny dzieli go straszliwa przepaść. Zaciskając obie ręce na kółku do mocowania ładunków, rozhuśtał się i obiema stopami z całej siły kopnął w drzwi jak człowiek, który zdaje sobie sprawę, że to jego ostatnia szansa.

Klamka puściła i drzwi podskoczyły do góry, otwierając się pod kątem trzydziestu stopni, a potem opadły wskutek ciążenia. To jednak wystarczyło Pittowi, by wsunąć dłoń. Jęknął z bólu, kiedy drzwi uderzyły go w knykcie. Wisiał tak mimo bólu, zbierając siły przed ostatnią przeszkodą. Wziął głęboki oddech i na rękach wciągnął się do kabiny pilota, tak jak wchodzi się na poddasze bez pomocy drabiny. Później odpoczywał czekając, aż ustąpi szum w głowie i serce wróci do prawie normalnego rytmu.

Mokrą chusteczką do nosa owinął sobie krwawiącą dłoń i rozejrzał się po kabinie. Uznał, że stąd wydostanie się już bez trudu. Boczne drzwi były wyrwane z zawiasów, a przednia szyba wypchnięta. Teraz, kiedy miał pewność, że wyjdzie z helikoptera, począł się zastanawiać, jak długo był nieprzytomny. Dziesięć minut? Godzinę? Pół wieczoru? Nie mógł się zorientować, gdyż zgubił zegarek, którym prawdopodobnie o coś zaczepił.

Co się stało? Próbował przeanalizować wszystkie możliwości. Czy helikopter został zmieciony do oceanu? Najprawdopodobniej nie, ponieważ byłby już trumną Pitta na dnie morskiej otchłani. Ale skąd się wzięła woda w przedziale towarowym? Pewnie śmigłowiec zerwał się z mocujących go lin, zsunął się na pokład łodziowy i oparł o ścianę nadbudówki. Ale to też nie pasowało. Dlaczego był ustawiony idealnie pionowo? Pitt zdawał sobie sprawę, że każda dodatkowa sekunda, spędzona podczas huraganu na siedzeniu we wnętrzu helikoptera, zadawaniu sobie pytań i szukaniu odpowiedzi, grozi mu poważnym niebezpieczeństwem lub nawet śmiercią. Odpowiedzi natomiast czekały na zewnątrz. Wdrapał się więc na fotel pilota i wyjrzał przez strzaskane okno kabiny w ciemność.

Zobaczył burtę „Titanica". W lewo i prawo rozciągały się ogromne zardzewiałe płyty poszycia. Kiedy popatrzył w dół, dostrzegł rozszalałe morze.

Przewalające się potężne fale coraz to wpadały na siebie, tworząc kipiel. Widoczność nieco się poprawiła i wiatr osłabł do jakichś dziesięciu, piętnastu węzłów. W pierwszej chwili Pitt pomyślał, że przespał huragan, lecz zaraz uświadomił sobie, że wzburzone fale poruszają się chaotycznie, bez żadnego określonego kierunku: „Titanic" dryfował w środku spirali cyklonu i za parę minut znajdzie się w tylnej ćwiartce wściekłego sztormu.

Ostrożnie wydostał się na dziób helikoptera przez rozbite okno, a stamtąd na pokład „Titanica". Żadne miłosne wyznania nie sprawiłyby mu takiej przyjemności jak to, że znów czuł pod stopami zalany wodą pokład starego liniowca.

Ale który pokład? Wychylił się za burtę i spojrzał do góry. Zobaczył wygięty i rozerwany reling, na którym w dalszym ciągu wisiała jakaś część helikoptera. Wywnioskował z tego, że jest na pokładzie spacerowym B. Spojrzenie w dół pozwoliło mu odkryć przyczynę dziwnej pozycji śmigłowca.

Spadając do morza, helikopter zaczepił płozami o reling na pokładzie niżej i zawisł pionowo jak jakiś ogromny owad na ścianie, a potężne fale, uderzając w jego kadłub, jeszcze bardziej go zaklinowały.

Pitt nie zdążył nawet pomyśleć, że tylko cudem ocalał. Stojąc tam stwierdził bowiem, że wiatr tężeje, co oznaczało zbliżanie się ogona huraganu, i że ma trudności z utrzymaniem się na pokładzie, gdyż „Titanic" znów mocno pochylił się na prawą burtę.

Właśnie wtedy zauważył światła jakiegoś statku, który znajdował się na trawersie w odległości nie większej niż dwieście metrów. Nie sposób było określić jego wielkości, znów bowiem zatarła się granica między wodą a powietrzem, kiedy zaczął padać ulewny deszcz, którego krople z taką siłą biły w twarz Pitta, jakby mu ją ktoś tarł papierem ściernym. Czyżby to był jeden z holowników? A może wróciła „Junona"? W świetle błyskawicy zobaczył antenę radarową, która mogła należeć jedynie do „Michaiła Kurkowa".

Zanim po schodkach wdrapał się na pokład łodziowy i niepewnym krokiem dotarł do lądowiska helikoptera, już przemókł do suchej nitki i sapał z wysiłku. Ukląkł, by podnieść jedną z lin, służących do mocowania śmigłowca i przyjrzał się postrzępionym nylonowym włóknom. Potem wstał i pochylając się do przodu na wyjącym wietrze, zniknął w kurtynie wody, która zasłaniała statek.

65.

Drugi koniec ogromnej sali jadalni pierwszej klasy z bogato zdobionym sufitem niknął w mroku poza granicą światła. W nielicznych pozostałych szybach ze szkła ołowiowego odbijały się niesamowicie zniekształcone sylwetki śmiertelnie zmęczonych i pokonanych ludzi, którzy stali pod lufami pistoletów pewnie trzymanych przez Rosjan.

Spencera siłą dołączono do grupy. Jeszcze nie całkiem dotarło do niego to, co się stało.

– Pitt i Woodson nie żyją? To nie może być prawda.

– Niestety tak – mruknął Drummer, z trudem poruszając spuchniętymi wargami. – Jeden z tych stojących tam sadystów wbił mu nóż w pierś.

– Wasz kolega się przeliczył – powiedział Prewłow, wzruszając ramionami.

Zamyślonym wzrokiem spoglądał na przerażoną kobietę i dziewięciu mężczyzn, na ich posępne twarze pokryte skrzepłą krwią. Obojętnie, choć z pewną satysfakcją, zdawał się obserwować, jak z wysiłkiem utrzymują równowagę za każdym razem, gdy w burtę „Titanica" uderzała kolejna ogromna fala.

– A propos przeliczenia się: panie Spencer, waszym ludziom chyba najwyraźniej brak entuzjazmu do obsługiwania pomp. Nie muszę wam przypominać, że jeśli woda przeciekająca do kadłuba nie zostanie wypompowana, to ten wiekowy pomnik kapitalistycznej ekstrawagancji zatonie.

– A niech zatonie – śmiało odparł Spencer. – Przynajmniej razem z nim utoniesz ty i te twoje komunistyczne szumowiny.

– To raczej mało prawdopodobne, szczególnie że „Michaił Kurkow" jest przygotowany na taką okoliczność. – Prewłow wyjął papierosa ze złotej papierośnicy i w zamyśleniu postukiwał nim w wieczko. – Widzicie, każdy rozsądny człowiek pogodziłby się z losem i wykonałby swoje obowiązki.

– Niedoczekanie wasze!

– Nikt z nas nie wykona za was tej brudnej roboty – dodał Sandecker zdecydowanym tonem.

– Może i nie – całkiem spokojnie odpowiedział Prewłow. – Ja natomiast uważam, że mi pomożecie, i to szybko.

Skinął na jednego ze strażników i mruknął coś do niego po rosyjsku. Strażnik kiwnął głową, bez pośpiechu przeszedł przez jadalnię, chwycił Danę za ramię i brutalnie zaciągnął ją pod przenośną lampę.

Ratownicy jak jeden mąż rzucili się do przodu, lecz powstrzymały ich lufy pistoletów maszynowych. Zamarli w bezruchu, wściekle rzucając wrogie spojrzenia.

– Jeżeli zrobicie jej krzywdę, zapłacicie nam za to – cicho powiedział Sandecker głosem drżącym z gniewu.

– Spokojnie, panie admirale – rzekł Prewłow. – Gwałcą tylko chorzy ludzie. Jedynie kretyn próbowałby szantażować was i waszych ludzi w taki przykry sposób. Przecież Amerykanie wciąż stawiają kobiety na marmurowych piedestałach. Wszyscy w obronie jej cnoty chętnie i niepotrzebnie oddalibyście życie, a co mnie by z tego przyszło? Nie, okrucieństwo i tortury to zbyt brutalne metody, żeby je stosować w pięknej sztuce przekonywania. Upokorzenie… – przerwał, delektując się tym słowem. – Tak, upokorzenie to najlepszy bodziec, by zachęcić was do pracy i zapewnienia statkowi pływalności.

Prewłow odwrócił się do Dany. Patrzyła na niego poruszona i zdezorientowana.

– A teraz, pani Seagram, niech pani będzie tak miła i zacznie się rozbierać. Do naga.

– Cóż to za tanie sztuczki? – spytał Sandecker.

– Żadne sztuczki. Pani Seagram będzie się rozbierała, dopóki nie rozkażecie panu Spencerowi i jego ludziom wrócić do pracy.

– Nie! – wykrzyknął Gunn. – Dana, nie rób tego!

– Bardzo proszę, żadnych protestów – rzekł Prewłow znużonym głosem. – W razie potrzeby jeden z moich żołnierzy rozbierze ją siłą.

W oczach Dany prawie niezauważalnie pojawił się jakiś dziwnie wojowniczy błysk. Bez chwili wahania zrzuciła z siebie kurtkę, kombinezon i bieliznę. W niespełna minutę stanęła całkiem naga w świetle lampy, prezentując swoje jędrne ciało.

Sandecker odwrócił się, a za nim kolejno zrobili to samo pozostali ratownicy.

– Będziecie na nią patrzyli – ozięble stwierdził Prewłow. – Wasz elegancki gest jest wzruszający, ale całkiem zbędny. Proszę się odwrócić, panowie, nasze skromne przedstawienie dopiero się zaczyna…

– Mam już dość tych waszych zasranych szowinistycznych idiotyzmów – odezwała się Dana.

Na dźwięk jej głosu wszystkie głowy natychmiast się odwróciły, jak za pociągnięciem sznurka. Dana szeroko rozstawiła nogi, ręce wsparła na biodrach, wypięła piersi, a jej oczy rzucały drwiące spojrzenia. Mimo bandaża na głowie wyglądała wspaniale.

– Za darmo, chłopcy, napatrzcie się do woli. Ciało kobiety to żadna tajemnica. Każdy z was na pewno widział kiedyś nagą kobietę i dotykał jej. Skąd te wstydliwe spojrzenia?

Z błyskiem przebiegłości w oczach zaczęła się głośno śmiać. Zdecydowanie popsuła Prewłowowi całą zabawę.

Patrzył na nią, coraz mocniej zaciskając usta.

– Imponujące przedstawienie, pani Seagram. Rzeczywiście imponujące przedstawienie. Mnie jednak manifestacja zachodniej zgnilizny nie bawi.

– Tylko pokaż mi komunistę, a na każdego wystawię gołą dupę – szydziła z niego Dana. – Gdybyście tylko wiedzieli, zasrańcy, że cały świat śmieje się z was za plecami, kiedy recytujecie te swoje lewicowe, marksistowskie hasełka. „Zachodnia zgnilizna", „imperialistyczni podżegacze", „manipulacje burżuazji". Może byście się wreszcie ocknęli i pokazali trochę klasy. To po prostu największa farsa, jaką kiedykolwiek odgrywano przed ludzkością od czasu, gdy człowiek zlazł z drzewa. Gdybyście mieli jaja, tobyście spojrzeli prawdzie w oczy.

Twarz Prewłowa zbielała.

– Tego już za wiele – warknął.

Był na granicy utraty tak dobrze wyćwiczonego panowania nad sobą, co go frustrowało.

Dana wyprężyła swoje wspaniale zbudowane ciało.

– Co jest, Iwanku? – zapytała. – Za bardzo przywykłeś do muskularnych, dźwigających ciężary kobiet radzieckich? Nie podoba ci się wyzwolona dziewczyna z wolnego kraju, która śmieje się z twojej żałosnej taktyki?

– Nie podoba mi się pani wulgarność. Nasze kobiety przynajmniej nie zachowują się jak zwykłe rynsztokowe dziwki.

– A ja cię pierdolę – powiedziała Dana ze słodkim uśmiechem.

Nic nie uszło uwagi Prewłowa. Dostrzegł krótką wymianę spojrzeń między Giordinem a Spencerem, zaciskające się pięści Sturgisa i nieznaczne pochylenie głowy Drummera. W pełni zdawał sobie sprawę, że odchodząc od Amerykanów i zbliżając się do rosyjskich strażników, Dana nie robi tego przypadkowo, lecz umyślnie. Już prawie osiągnęła cel. Sowieccy żołnierze wykręcali szyje, żeby się na nią gapić; zaczęli opuszczać lufy pistoletów, gdy Prewłow wykrzyknął jakąś komendę po rosyjsku.

Przywołani do porządku strażnicy gwałtownie się odwrócili, znów pewną ręką wymierzając broń w ratowników.

– Moje gratulacje dla szanownej pani – rzekł Prewłow z ukłonem. – Pani teatralne występy niemal odniosły skutek. Bardzo, bardzo sprytnie.

W głosie Prewłowa zabrzmiała jakaś dziwna satysfakcja. Rzucono mu wyzwanie, któremu z łatwością sprostał.

Patrzył na Danę, która przez ułamek sekundy dawała dowody swojej porażki. Uśmiech na jej twarzy zamarł, jakby namalowany, ramiona opadły i lekko drżały. Po chwili jednak otrząsnęła się i wyprostowała, znów pewna siebie.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– No, oczywiście – odparł Prewłow i westchnął.

Spoglądał na nią przez moment, a później powiedział coś do jednego ze strażników, który skinął głową, wyjął nóż i powoli zbliżył się do Dany.

Dana zbladła i zesztywniała.

– Co pan chce zrobić?

– Kazałem mu odciąć pani lewą pierś – odrzekł Prewłow obojętnym tonem.

Spencer z otwartymi ustami wpatrywał się w Sandeckera, błagając go wzrokiem, by ustąpił.

– Boże drogi! – rozpaczliwie wykrzyknął admirał. – Chyba pan nie pozwoli… obiecał pan, żadnych okrucieństw ani tortur…

– Sam uznaję to za barbarzyństwo – powiedział Prewłow – ale nie mam wyboru. To jedyne lekarstwo na wasz upór.

Sandecker odwrócił się plecami do najbliższego strażnika.

– Zabijcie najpierw mnie…

Strażnik uderzył Sandeckera w nerkę lufą pistoletu maszynowego. Admirał upadł na kolana z twarzą wykrzywioną bólem, głośno dysząc.

Dana przycisnęła sobie dłonie do boków, aż jej zbielały palce. Nie miała już więcej żadnych atutów i wyglądała na przegraną. W jej pięknych ciemnych oczach pojawiła się odraza. Nagle w spojrzeniu strażnika dostrzegła wahanie, a jakaś stalowa ręka chwyciła ją za ramię i odepchnęła na bok. W krąg światła powoli wchodził Pitt.

66.

Pitt przybył w samą porę. Stał bez ruchu niczym jakaś niesamowita zjawa rodem z wodnego piekła. Był przemoknięty od stóp do głów, czarne włosy oblepiały jego pokrwawione czoło, usta wykrzywiał sataniczny uśmiech. W świetle lamp połyskiwały kropelki wody ściekające z mokrego ubrania na podłogę.

Twarz Prewłowa wyglądała jak woskowa maska. Spokojnie wyjął papierosa ze złotej papierośnicy, zapalił go, głęboko się zaciągnął i długo wypuszczał dym.

– Wasze nazwisko? Czy przypadkiem nie nazywacie się Dirk Pitt?

– Tak właśnie jest napisane w mojej metryce urodzenia.

– Zdaje się, że jesteście niezwykle twardym człowiekiem, panie Pitt. Myślałem, że zginęliście.

– To dowodzi, że nie należy wierzyć okrętowym plotkom. Pitt zdjął z siebie mokrą kurtkę i delikatnie okrył nią ramiona Dany.

– Przykro mi, moja droga, ale tymczasem nic więcej nie mogę zrobić – rzekł, a potem zwrócił się do Prewłowa: – Czy są jakieś zastrzeżenia?

Prewłow przecząco pokręcił głową. Zaintrygowało go swobodne zachowanie Pitta. Przyglądał mu się w sposób, w jaki szlifierz patrzy na diament, lecz w jego oczach barwy morskiej zieleni niczego nie dostrzegł.

Skinął ręką na jednego ze swych ludzi, który podszedł do Pitta.

– Po prostu rewizja z ostrożności – rzekł Prewłow. – Czy są jakieś zastrzeżenia?

Pitt wzruszył ramionami i bez sprzeciwu uniósł ręce. Strażnik szybko i sprawnie przeciągnął dłońmi po jego ubraniu, a potem cofnął się i pokręcił głową.

– Żadnej broni – odezwał się Prewłow. – Bardzo rozsądnie z waszej strony, ale czegóż innego mógłbym oczekiwać od człowieka z taką reputacją. Z ogromnym zaciekawieniem czytałem dossier z opisem waszych wyczynów. Wolałbym, żebyśmy się poznali w przyjemniejszych okolicznościach.

– Przykro mi, że nie odpowiem komplementem na komplement – uprzejmie odparł Pitt – ale nie jesteś typem przestępcy, którego chciałbym zaliczać do swoich znajomych.

Prewłow zrobił dwa kroki do przodu i wierzchem dłoni z całej siły uderzył Pitta w twarz.

Pitt zachwiał się, cofnął o krok, ale nadal spokojnie stał, tylko z kącika wciąż uśmiechniętych ust sączyła mu się strużka krwi.

– Słynny Andriej Prewłow w końcu stracił zimną krew. Prewłow pochylił się do przodu, z zastanowieniem mrużąc oczy.

– Moje nazwisko? – szepnął ledwie słyszalnym głosem. – Znacie moje nazwisko?

– Szczerość za szczerość – odparł Pitt. – Wiem o tobie tyle samo, co ty o mnie.

– Jesteście nawet sprytniejsi, niż sądziłem – rzekł Prewłow. – Odkryliście moją tożsamość… Przyznaję, że to świadczy o niezwykłej bystrości. Nie musicie jednak blefować, że wiecie coś więcej. Poza moim nazwiskiem nie wiecie nic.

– Ciekawostka. A może mam ci podać parę szczegółów dotyczących lokalnego folkloru?

– Nie mam ochoty słuchać bajek – powiedział Prewłow i dał znak strażnikowi z nożem. – Byłbym wdzięczny, gdybyśmy teraz zajęli się sprawą wyperswadowania admirałowi Sandeckerowi, aby nakłonił obsługę pomp do współpracy.

Strażnik, wysoki mężczyzna z twarzą wciąż ukrytą pod szalikiem, ponownie ruszył w stronę Dany. Wyciągnął nóż, którego ostrze błysnęło parę centymetrów od jej lewej piersi. Zdrętwiała ze strachu Dana wtuliła się w kurtkę Pitta, wlepiając wzrok w nóż.

– Wielka szkoda, że nie lubisz bajek – odezwał się Pitt swobodnym tonem. – Ta na pewno by ci się spodobała. Jest w niej mowa o dwóch takich nieudolnych typkach, którzy nazywają się „Srebrny" i „Złoty".

Prewłow spojrzał na Pitta, zawahał się, a potem ruchem głowy zawrócił strażnika.

– Słucham więc, panie Pitt. Daję wam pięć minut na udowodnienie swoich racji.

– To nie potrwa długo – odparł Pitt, wycierając sobie oko, które znów zakleiła mu krzepnąca krew. – Otóż pewnego razu dwaj kanadyjscy inżynierowie odkryli, że szpiegowanie może być lukratywnym dodatkowym zajęciem. Stłumili w sobie wszelkie wyrzuty sumienia i stali się zawodowymi szpiegami w pełnym znaczeniu tego określenia, koncentrując się na zdobywaniu tajnych informacji o amerykańskich programach oceanograficznych i przesyłaniu ich do Moskwy. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że zasłużyli sobie na pieniądze, które otrzymywali. W ciągu ostatnich dwóch lat nie było w NUMA takiego programu, którego Rosjanie by nie znali w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy wynikła sprawa wydobycia „Titanica", wywiad sowieckiej marynarki wojennej, a to twoja działka, Prewłow, wyczuł nadarzającą się gratkę. Bez żadnych kłopotów dwaj twoi ludzie znaleźli się w doskonałej sytuacji, która pozwalała im zbierać i przekazywać informacje o najnowszych amerykańskich technikach wydobywania statków z dużych głębokości. Była jeszcze jedna ważna okoliczność, lecz wtedy nawet ty nie zdawałeś sobie z tego sprawy.

„Srebrny" i „Złoty" – ciągnął Pitt – regularnie wysyłali meldunki o podnoszeniu wraku, a robili to w zmyślny sposób. Używali do tego urządzenia na baterie, wysyłającego pod wodą fale dźwiękowe podobnie jak sonar. Powinienem był się zorientować już wcześniej, kiedy ich sygnały wykryła obsługa sonaru na „Koziorożcu", ale ja je zlekceważyłem uznając, że to jakiś złom poruszany podwodnym prądem stuka w kadłub „Titanica". W ogóle nie przyszło nam do głowy, że ktoś może wysyłać kodowane wiadomości. Nikt nie zadał sobie trudu, by rozszyfrować te przypadkowe dźwięki. To znaczy nikt poza człowiekiem ze słuchawkami na pokładzie „Michaiła Kurkowa".

Pitt przerwał i rozejrzał się po jadalni. Wszyscy uważnie go słuchali.

– Zaczęliśmy węszyć za tymi draniami dopiero wówczas, gdy Henry Munk w tak nieodpowiedniej chwili poczuł, że musi spłacić dług naturze. Wracając na dziób z rufy „Safony II", usłyszał sygnały nadawane przez to urządzenie, zainteresował się nimi i złapał jednego z agentów na gorącym uczynku. Wasz człowiek prawdopodobnie próbował wykręcić się jakimś kłamstwem, lecz Munk był specjalistą od instrumentów. Zorientował się, co to za urządzenie i co jest grane. Był to jeszcze jeden przykład potwierdzający, że ciekawość zabija kota. Munka należało zmusić do milczenia i zmuszono: uderzeniem statywem Woodsona w podstawę czaszki. Morderca znalazł się w kłopotliwej sytuacji, trzasnął więc głową Munka w obudowę alternatora, by upozorować wypadek. Ryba jednak nie chwyciła przynęty. Woodson coś podejrzewał i ja coś podejrzewałem, a do tego doktor Bailey znalazł siniaka na karku Munka. Ponieważ nie sposób było udowodnić, kto jest mordercą, postanowiłem zachować sprawę tego wypadku w tajemnicy, dopóki nie zbiorę wystarczających dowodów oskarżenia. Przeszukałem batyskaf i znalazłem nieco używany, ale mocno pogięty statyw wraz z urządzeniem do wysyłania sygnałów, o ironio losu, w szafce Munka. Wysłanie statywu i urządzenia na ląd, by przeprowadzono badania daktyloskopijne, byłoby stratą czasu, bo niewątpliwie miałem do czynienia z zawodowcem, zostawiłem więc wszystko na miejscu. Wiedziałem, że to jedynie kwestia czasu, żeby wasz zadowolony z siebie agent ponownie nawiązał kontakt z „Michaiłem Kurkowem". Postanowiłem zatem czekać.

– Fascynująca historia, lecz to tylko przypuszczenia – odezwał się Prewłow. – Brak niezbitych dowodów.

Pitt uśmiechnął się enigmatycznie i mówił dalej.

– Dowód zdobyłem drogą eliminacji. Miałem powody sądzić, że mordercą jest jeden z trzech ludzi, którzy wchodzili w skład załogi batyskafu i wtedy przypuszczalnie spali w czasie wolnej wachty. Wówczas zacząłem zmieniać załogę „Safony II" co kilka dni w taki sposób, że dwóch z nich przebywało na powierzchni, a trzeci pracował pod wodą przy wraku. Kiedy obsługa sonaru ponownie wykryła nadawane sygnały, to miałem już mordercę Munka.

– Kto to, Pitt? – groźnym głosem spytał Spencer. – Jest tu nas dziesięciu. Czy to któryś z nas?

Pitt przez chwilę patrzył w oczy Prewłowowi, a potem nagle odwrócił się i ruchem głowy wskazał jednego ze znużonych mężczyzn, zbitych w gromadkę pod lampami.

– Szkoda, że zamiast fanfar mogę ci zaoferować jedynie bicie fal o burtę statku, ale wyjdź i ukłoń się, Drummer, bo być może to twój ostatni występ przed usmażeniem się na krześle elektrycznym.

– Ben Drummer! – wysapał zdziwiony Gunn. – Nie mogę w to uwierzyć. Przecież stoi tu obity i zakrwawiony po ataku na mordercę Woodsona.

– Miejscowy koloryt – odparł Pitt. – Nie chciał się przedwcześnie zdradzić, przynajmniej do czasu, gdy wszyscy będziemy musieli przespacerować się po desce. Prewłow potrzebował informatora, który by go zawiadomił, gdyby zamarzyło się nam odzyskać statek.

– Oszukał mnie – stwierdził Giordino. – Pracował za dwóch, żeby utrzymać „Titanica" na powierzchni.

– Czyżby? – spytał Pitt. – No pewnie, wyglądał na bardzo zajętego. Nawet udało mu się trochę spocić i pobrudzić, czy zauważyłeś jednak, żeby od wejścia na pokład zrobił coś konkretnego?

Gunn pokiwał głową.

– Ale on… zdawało mi się, że pracował dniem i nocą, badając statek.

– Badając statek, akurat. Biegał z palnikiem acetylenowym i dziurawił dno.

– Opowiadasz – rzekł Spencer. – Niby dlaczego miałby dziurawić statek, skoro jego rosyjscy kumple chcieli dostać wrak w swoje łapy?

– Bo rozpaczliwie próbował opóźnić holowanie – odparł Pitt. – Ważną rolę odgrywała synchronizacja. Jakiekolwiek szansę powodzenia dawało Rosjanom jedynie wejście na pokład „Titanica" w oku cyklonu. Sprytnie to sobie wymyślili. Nam to nigdy nie przyszło do głowy. Gdyby holowanie wraku odbywało się bez żadnych komplikacji, to minęlibyśmy oko cyklonu o trzydzieści mil. Dzięki Drummerowi niestabilność kadłuba w przechyle ogromnie utrudniała holowanie. Przed odcięciem holu statek tak się rzucał po całym oceanie, że zmusił holowniki do poruszania się z najmniejszą prędkością, zapewniającą sterowność. Na własne oczy widzicie Prewłowa i jego bandę nożowników. Sama ich obecność tutaj świadczy o powodzeniu wysiłków Drummera.

Wszyscy zdali sobie teraz sprawę, że to prawda. Żaden z ratowników w istocie nigdy nie widział, by Drummer harował przy pompie czy dźwigał jakieś ciężary. Uświadomili sobie, że zawsze był gdzieś sam, a pokazywał się tylko po to, żeby ponarzekać na przeszkody, które uniemożliwiały mu badanie statku. Patrzyli na Drummera jak na przybysza z obcego świata oczekując, a nawet wręcz spodziewając się, że z oburzeniem wszystkiemu zaprzeczy.

On jednak niczego się nie wypierał, nie przysięgał, że jest niewinny, tylko przez krótką chwilę jego mina zdradzała irytację. Zdumiewająco się zmienił. Zniknął smutek z jego oczu, które teraz patrzyły ostro. Zniknął również grymas lenistwa, który dotychczas wykrzywiał mu wargi, a także niedbała, obojętna postawa, i oto stał przed nimi prosto trzymający się mężczyzna o niemal arystokratycznym wyglądzie.

– Pozwól, że ci coś powiem, Pitt – odezwał się normalną angielszczyzną. – Ze swoją przenikliwością byłbyś znakomitym szpiegiem, ale jednak nie potrafiłeś wykryć niczego, co by istotnie zmieniło sytuację.

– To zabawne, jak szybko nasz były kolega stracił swój rozkoszny prowincjonalny akcent – rzekł Pitt.

– Nie uważasz, że dobrze go opanowałem?

– Nie tylko to opanowałeś w czasie swojej kariery, Drummer. Nauczyłeś się też, jak wyciągać z ludzi tajemnice i mordować przyjaciół.

– Tego wymaga mój zawód – odparł Drummer, a potem odszedł od ratowników i stanął obok Prewłowa.

– Powiedz mi, ty jesteś „Srebrny" czy „Złoty"? – spytał Pitt.

– To już bez znaczenia – powiedział Drummer, wzruszając ramionami. – Jestem „Złoty".

– Wobec tego twój brat to „Srebrny".

Rysy zadowolonego z siebie Drummera stwardniały.

– Wiesz o tym? – spytał powoli.

– Kiedy już cię namierzyłem, to oddałem FBI te skromne dowody, jakie udało mi się zebrać. Muszę je także przekazać Prewłowowi i jego towarzyszom z wywiadu radzieckiej marynarki wojennej. Ułożyli o tobie lipną historię, tak bardzo amerykańską jak placek z jabłkami, a raczej jak placek z brzoskwiniami pieczony w Georgii. Wydawała się autentyczna jak flaga Konfederacji. FBI jednak przekopało fałszywe dokumenty, które miały świadczyć, że jesteś nieskazitelnie czysty, i ustaliło twoją przeszłość aż do starego domostwa w Hallfaksie w Nowej Szkocji, gdzie obaj z bratem się urodziliście… w odstępie dziesięciu minut.

– Mój Boże! – mruknął Spencer. – Bliźniaki!

– Tak, ale niepodobni do siebie. Nawet nie wyglądają jak bracia.

– Dotarcie od jednego bliźniaka do drugiego było już prostą sprawą – stwierdził Spencer.

– Niezupełnie – odparł Pitt. – Drummer i jego braciszek to para cwaniaków. Nie można im tego odmówić. To był właśnie mój główny błąd, bo uznałem, że jako bliźniacy powinni mieć te same upodobania, mieszkać razem i przyjaźnić się ze sobą. Ale „Srebrny" i „Złoty" krańcowo różnili się od siebie. Drummer traktował wszystkich z jednakową serdecznością i mieszkał sam. Znalazłem się w impasie. FBI próbowało wytropić brata Drummera, ponownie sprawdzając akta personalne wszystkich ratowników, ale nie udało się ustalić żadnych związków. Przełom nastąpił wówczas, gdy doszło do wypadku, który omal nie skończył się tragedią. Wtedy złapaliśmy lisa za ogon.

– To ten wypadek z „Sondą Głębinową" – rzekł Gunn, patrząc na Drummera zimnym wzrokiem. – Ale przecież Drummer nie miał nic wspólnego z tym batyskafem. Był w załodze „Safony II".

– Miał, i to wiele. Widzisz, na pokładzie „Sondy Głębinowej" znajdował się wtedy jego brat.

– Jak się domyśliłeś, że to mój brat? – spytał Drummer.

– Między bliźniakami jest pewna więź. Myślą i czują tak samo. Możecie się maskować, udając dwie całkowicie nie związane ze sobą osoby, Drummer, ale właśnie ta więź sprawia, że jeden z was nie może pozostać obojętny, kiedy drugiemu grozi śmierć. Odczuwałeś męki swojego brata, jak gdybyś był razem z nim w tej pułapce.

– Jasne – rzekł Gunn. – Wtedy wszyscy się denerwowaliśmy, ale Drummer zachowywał się prawie histerycznie.

– I znów zaczął się proces eliminacji. W grę mógł wchodzić Chavez, Kiel lub Merker. Chavez ma oczywiście pochodzenie meksykańskie, a tego nie można sfałszować. Kiel jest o osiem lat młodszy, i tego również nie da się sfałszować. Pozostał więc Merker.

– Cholera! – mruknął Spencer. – Jak to się stało, że tak długo dawaliśmy się wrabiać?

– Nie ma się czemu dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy przeciwko sobie najlepszy zespół, jaki Rosjanie mogli skompletować. – W kącikach ust Pitta pojawił się uśmiech. – Nawiasem mówiąc, Spencer, przed chwilą powiedziałeś, że jest nas tutaj dziesięciu. Pomyliłeś się, jest nas jedenastu. Zapomniałeś o Kubie Rozpruwaczu. – Pitt odwrócił się do strażnika, który ciągle stał przed Daną z nożem w ręku, jakby wrośnięty w ziemię. – Dlaczego nie zrzucisz z siebie tego idiotycznego przebrania, Merker, i nie przyłączysz się do towarzystwa?

Strażnik powoli zdjął czapkę i odwinął szalik, który zasłaniał mu dolną połowę twarzy.

– To ten bydlak zarżnął Woodsona – syknął Giordino.

– Przykro mi – spokojnie odparł Merker. – Woodson popełnił pierwszy błąd, kiedy mnie rozpoznał. Żyłby, gdyby na tym poprzestał, ale zrobił drugi błąd, tym razem fatalny, kiedy mnie zaatakował.

– Był twoim przyjacielem.

– W zawodzie szpiega nie ma miejsca na przyjaźń.

– Merker – wycedził Sandecker. – Merker i Drummer. „Srebrny" i „Złoty". Miałem do was obu zaufanie, a wy zdradziliście NUMA. Sprzedawaliście nas przez dwa lata. I za co? Za tę parę marnych dolarów?

– Nie powiedziałbym, że za parę, admirale – odpowiedział Merker, wsadzając nóż z powrotem do pochwy. – Wystarczyłoby ich na to, żebyśmy z bratem prowadzili bardziej niż dostatnie życie przez wiele lat.

– Ejże, a skąd on się tu wziął? – spytał Gunn. – Przecież powinien być w izbie chorych doktora Baileya na pokładzie „Koziorożca".

– Ukrył się w helikopterze Sturgisa – odparł Pitt, mokrą chusteczką wycierając sobie krwawiącą głowę.

– Niemożliwe! – wykrzyknął Sturgis. – Sam widziałeś, Pitt, że kiedy otworzyłem pokrywę luku ładunkowego, to poza panią Seagram nie było tam nikogo.

– Merker z pewnością tam był. Kiedy wymknął się doktorowi Baileyowi, to nie poszedł do siebie, lecz do kabiny Drummera, skąd wziął nowe ubranie, łącznie z parą kowbojskich butów. Potem ukradkiem wślizgnął się do helikoptera, wyrzucił tratwę ratunkową i ukrył się w schowku za jej pokrowcem. Niestety przypadkowo nadeszła Dana w poszukiwaniu zgubionej kosmetyczki. Kiedy uklękła, by ją wyciągnąć, dostrzegła buty Merkera wystające spod pokrowca tratwy ratunkowej. Nie chcąc, żeby odkryła jego ucieczkę, stuknął ją w głowę młotkiem, który nawinął mu się pod rękę, potem przykrył Danę brezentem i z powrotem wczołgał się do swojej kryjówki.

– To znaczy, że w dalszym ciągu był w przedziale towarowym, kiedy znaleźliśmy panią Seagram?

– Nie. W tym czasie już go tam nie było. Jak pamiętasz, kiedy nacisnąłeś przełącznik i otworzyłeś klapę luku ładunkowego, to czekaliśmy przez kilka chwil nasłuchując, czy w środku nic się nie rusza. I nic się nie ruszało, bo Merker zdążył już prześlizgnąć się do kabiny pilota, korzystając z tego, że jego kroki zagłuszał szum silniczków mechanizmu otwierającego klapę. Potem, gdy my weszliśmy do przedziału towarowego, bawiąc się w policjantów, on po drabince wyszedł z kabiny pilota i spokojnie zniknął w ciemnościach nocy.

– Ale po co rzucił młotkiem w łopatki wirnika? – dopytywał się Sturgis. – W jakim celu?

– Bo z „Koziorożca" leciałeś pustym helikopterem – odpowiedział mu Merker. – Nie wiozłeś niczego, co potem należałoby wyładować. Nie mogłem ryzykować, że odlecisz z „Titanica", nie otwierając przedziału towarowego, bobym się nie wydostał.

– Później biegałeś po całym statku jak szczur – rzekł Pitt do Merkera. – Niewątpliwie według planu dostarczonego ci przez Drummera. Najpierw jego palnikiem przeciąłeś hol, gdy bosman Bascom i jego ludzie odpoczywali w sali gimnastycznej między obchodami. Potem zrobiłeś to samo z linami mocującymi helikopter, z pewnością odczuwając wielką satysfakcję, bo wiedziałeś, że zsunął się za burtę ze mną w środku.

– Dwie pieczenie przy jednym ogniu – przyznał Merker. – Nie zaprzeczam…

Przerwał mu stłumiony odgłos serii z pistoletu maszynowego, dochodzący z niższych pokładów. Prewłow wzruszył ramionami i spojrzał na Sandeckera.

– Obawiam się, że wasi ludzie robią trudności – rzekł wyjmując niedopałek z lufki i rozgniatając go podeszwą. – Uważam, że ta dyskusja trwa już wystarczająco długo. Sztorm za parę godzin osłabnie i „Michaił Kurkow" będzie mógł zacząć holowanie. Admirale Sandecker, wasza w tym głowa, by zapewnić obsadę pomp. Drummer pokaże wam, gdzie zrobił otwory w kadłubie poniżej linii wodnej. Uszczelni ją reszta załogi, usuwając przecieki.

– A więc wracamy do zabawy w tortury – pogardliwie odezwał się Sandecker.

– Skończyłem z zabawami, admirale – odparł Prewłow, patrząc twardym wzrokiem. Powiedział coś do niskiego strażnika o wyglądzie pospolitego brutala. Właśnie on uderzył Sandeckera lufą w nerkę. – To jest Buski, bardzo bezpośredni towarzysz, który przypadkowo jest najlepszym strzelcem w pułku. Poza tym rozumie co nieco po angielsku, w każdym razie zna liczebniki. – Prewłow zwrócił się do niego: – Buski, zaczynam liczyć. Kiedy dojdę do pięciu, strzelisz pani Seagram w prawe ramię. Przy dziesięciu w lewe, przy piętnastu w prawe kolano i tak dalej, aż admirał Sandecker zechce z nami współpracować.

– Praktyczny pomysł – stwierdził Pitt. – Później, gdy wykonamy dla was robotę, zastrzelicie resztę z nas, a potem oświadczycie, że opuściliśmy statek na pokładzie helikoptera, który oczywiście wpadnie do oceanu. Przedstawicie nawet dwóch świadków, Drummera i Merkera, którzy potwierdzą, że kiedy po raz trzeci znikali pod wodą, cudem zostali uratowani przez wspaniałomyślnych Rosjan.

– Nie widzę powodu, żeby to przedłużać – znudzonym głosem rzekł Prewłow. – Buski.

Strażnik uniósł pistolet maszynowy i wymierzył w ramię Dany.

– Intrygujesz mnie, Prewłow – odezwał się Pitt. – Nie interesuje cię, w jaki sposób dowiedziałem się, kim są Drummer i Merker albo dlaczego nie wsadziłem ich do ciupy, kiedy to odkryłem? Zdaje się, że nawet nie jesteś ciekaw, skąd znam twoje nazwisko.

– Owszem, jestem, ale to bez różnicy. Nic nie zmieni obecnej sytuacji. Nic i nikt nie pomoże tobie czy twoim kolegom, Pitt. Już nie. Ani CIA, ani cała Marynarka Wojenna USA. Kości zostały rzucone. Skończyło się gadanie.

Prewłow skinieniem głowy dał znak Buskiemu.

– Raz.

– Kiedy kapitan Prewłow doliczy do czterech, zginiesz, Buski. Strażnik łypnął okiem, lecz nie odpowiedział.

– Dwa.

– Znaliśmy wasze plany przejęcia „Titanica". Admirał Sandecker i ja wiedzieliśmy o tym od czterdziestu ośmiu godzin.

– To twój ostatni blef – rzekł Prewłow. – Trzy. Pitt obojętnie wzruszył ramionami.

– A zatem cała przelana krew splami twoje ręce, Prewłow.

– Cztery.

W jadalni rozległ się ogłuszający huk. Pocisk trafił Buskiego między oczy, tuż poniżej granicy włosów, podrywając mu głowę. Szkarłatna plama, obejmująca jedną czwartą czaszki, powoli się zwiększała, gdy strażnik z rozrzuconymi rękami padł na wznak u stóp Prewłowa.

Zaskoczona Dana krzyknęła z bólu, uderzając ciałem o podłogę. Pitt nie miał czasu jej przepraszać, kiedy zwalał się na nią całym ciężarem swoich dziewięćdziesięciu pięciu kilogramów. Ledwie dyszała pod tą tarczą. Giordino skoczył na Sandeckera i ściągnął go w dół rozpaczliwym chwytem obrońcy drużyny „Green Bay Packers". Pozostali ratownicy w ułamku sekundy rozpierzchli się i padli na ziemię, a za ich przykładem w jednej i tej samej chwili poszli Drummer i Merker, jakby byli ze sobą związani.

Huk wystrzału jeszcze odbijał się echem w głębi sali, gdy strażnicy nabrali życia i otworzyli ogień z pistoletów maszynowych w ciemność za wejściem do jadalni. Nie odnosiło to żadnego skutku. Pierwszy z nich został ścięty prawie natychmiast i upadł na twarz. Drugi rzucił pistolet i chwycił się za szyję, próbując zatamować tryskającą z niej fontannę krwi, trzeci zaś z wolna osunął się na kolana, wbijając tępy wzrok w dwie niewielkie dziurki, które nagle powstały w samym środku jego kurtki.

Teraz Prewłow został sam. Popatrzył na leżących strażników, a potem na Pitta. Mina kapitana wskazywała, że pogodził się z przegraną. Z uznaniem skinął Pittowi głową, a potem wyjął z kabury pistolet i zaczął strzelać w ciemność. Kiedy opróżnił magazynek, stał w oczekiwaniu dalszych strzałów i bólu, który z pewnością po nich nastąpi. Nikt jednak nie strzelał. W sali jadalnej zapadła cisza. Wszystko jakby spowolniało i dopiero wtedy Prewłow zrozumiał, że wcale nie miał zginąć.

To była pułapka, w którą wpadł naiwnie jak małe dziecko.

W głębi duszy usłyszał głos, który drwiącym tonem uporczywie powtarzał jedno i to samo nazwisko: „Marganin… Marganin… Marganin…"

67.

Morsy to mięsożerne ssaki morskie z płetwiastymi kończynami, lecz widmowe postacie, które nagle otoczyły Prewłowa i zabitych strażników, niezbyt je przypominały. W tym wypadku morsy to żołnierze Morskich Oddziałów Specjalnych Marynarki Wojennej USA, w skrócie MORS. Ta wszechstronnie wyszkolona elitarna formacja mogła walczyć wszędzie, nawet pod wodą i w głębokiej dżungli.

Było ich pięciu, ubranych w czarne gumowe skafandry, maski i obcisłe buty, podobne do kapci. Ich rysów nie dało się rozpoznać, twarze mieli bowiem pomalowane czarną farbą, która zacierała granice między ciałem a skafandrem. Czterech trzymało w rękach automatyczne pistolety M-24 ze składanymi kolbami, piąty zaś ściskał straszliwego stonera z dwiema lufami. Jeden z morsów podszedł do Pitta i Dany. Pomógł im wstać.

– O Boże! – jęknęła Dana. – Cały miesiąc będę miała siniaki.

Przez jakieś pięć sekund masowała sobie obolałe ciało zapominając, że jest ubrana jedynie w rozpiętą kurtkę Pitta. Kiedy wreszcie zdała sobie z tego sprawę i zobaczyła martwych strażników, którzy leżeli w dziwacznych pozach, jej głos przeszedł w szept:

– O, cholera… o, cholera…

– Chyba można powiedzieć, że nasza dama przeżyła – powiedział Pitt, uśmiechając się półgębkiem.

Uścisnął wyciągniętą dłoń morsa i przedstawił go Sandeckerowi, który niepewnie opierał się na ramieniu Giordina.

– Admirale Sandecker, oto nasz wybawca, porucznik Fergus z Morskich Oddziałów Specjalnych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych.

Kiedy Fergus elegancko zasalutował, Sandecker odpowiedział mu skinieniem głowy, puścił ramię Giordina i wyprężył się jak struna.

– A statek, poruczniku? Kto nim dowodzi?

– Jeśli się nie mylę, panie admirale, to pan… Przerwała mu seria z pistoletu maszynowego gdzieś w przepastnym wnętrzu wraku.

– To ostatni uparty maruder – powiedział Fergus z uśmiechem, którego nie sposób było nie zauważyć. Białe zęby zaświeciły jak neon o północy. – Statkowi już nic nie grozi, panie admirale. Gwarantuję.

– A obsługa pomp?

– Cała i zdrowa powróciła do pracy.

– Ilu ludzi macie pod swoją komendą?

– Dwie drużyny, panie admirale. W sumie dziesięciu, łącznie ze mną.

Sandecker uniósł brwi.

– Tylko dziesięciu, powiadacie?

– Do takiej akcji zwykle używamy jednej drużyny – odparł Fergus rzeczowo – ale admirał Kemper uznał, że na wszelki wypadek lepiej będzie podwoić nasze siły.

– Widzę, że Marynarka Wojenna zrobiła pewne postępy od czasu, gdy ja w niej służyłem – z humorem zauważył Sandecker.

– Są jakieś straty? – spytał Pitt.

– Pięć minut temu było dwóch rannych, nic poważnego, i jeden zaginiony.

– Skąd się tu wzięliście? – spytał Merker, patrząc złym okiem ponad ramieniem czujnego morsa. – Przecież w pobliżu nie było żadnego statku, nie zauważyliśmy też żadnego samolotu. Jak…

Fergus pytająco spojrzał na Dirka Pitta, który skinął głową.

– Poruczniku, możecie wyjaśnić naszemu byłemu koledze te proste sprawy. Będzie miał czas przemyśleć sobie waszą odpowiedź w celi śmierci.

– Dostaliśmy się na pokład bardzo trudną drogą – usłużnie odparł Fergus. – Piętnaście metrów pod powierzchnią oceanu opuściliśmy atomową łódź podwodną przez wyrzutnie torped. Właśnie wtedy zaginął jeden z moich ludzi. Morze było wzburzone jak diabli. Jakaś fala musiała cisnąć nim o burtę „Titanica", kiedy kolejno wspinaliśmy się po drabinkach, które spuścił nam pan Pitt.

– Dziwne, że nikt inny nie zauważył, jak wchodziliście na pokład – mruknął Spencer.

– Nie ma się czemu dziwić – rzekł Pitt. – Kiedy ja pomagałem porucznikowi Fergusowi i jego ludziom wejść od rufy na pokład ładunkowy, a później prowadziłem ich do kabiny na pokładzie C, która dawniej należała do szefa stewardów, to wy wszyscy czekaliście w sali gimnastycznej na moją wzruszającą mowę o poświęceniu.

Spencer pokręcił głową.

– Opowiedz, jak pewnego razu zrobiłeś ze wszystkich wariatów.

– Muszę ci to przyznać, wykiwałeś nas – dodał Gunn.

– Jak już o tym mowa, to Rosjanie omal nie pobili nas na głowę.

Nie spodziewaliśmy się, że rozpoczną grę, zanim sztorm ucichnie. Ich wejście na pokład było mistrzowskim posunięciem. I prawie się udało. Tylko admirał, Giordino i ja wiedzieliśmy o obecności morsów, ale gdyby któryś z nas trzech nie uprzedził porucznika, to Fergus nie wiedziałby, kiedy zaatakować.

– Muszę przyznać, przez chwilę obawiałem się, że właśnie do tego doszło – rzekł Sandecker. – Giordino i ja byliśmy więźniami Prewłowa, a o Pitcie sądzono, że zginął.

– Tylko Bóg wie, co by się stało – powiedział Pitt. – Gdyby helikopter się nie zaklinował, to w tej chwili spałbym sobie wiecznym snem na dnie morza.

– Faktycznie – wtrącił Fergus. – Pan Pitt wyglądał jak śmierć na chorągwi, kiedy wszedł do kabiny szefa stewardów. Twardy z niego facet. Przemoczony, z rozciętą głową, a mimo to uparł się i poprowadził nas przez to pływające muzeum, aż znaleźliśmy waszych radzieckich gości.

Dana spojrzała na Pitta dziwnym wzrokiem.

– Jak długo stałeś ukryty w ciemnościach przed tym swoim entreé?

Pitt uśmiechnął się filuternie.

– Minutę przed twoim striptizem.

– Ale z ciebie drań. Stałeś sobie tam, a ja robiłam z siebie idiotkę! – wybuchnęła. – Pozwoliłeś im gapić się na mnie jak na wołowinę u rzeźnika.

– Wykorzystałem cię, moja droga, z konieczności. Kiedy w sali gimnastycznej znalazłem ciało Woodsona i rozbitą radiostację, nie potrzebowałem Cyganki, która by mi powiedziała, że chłopcy z Ukrainy weszli na statek. Wróciłem po Fergusa i jego ludzi, a potem zaprowadziłem ich do kotłowni, przypuszczając, że Rosjanie już pilnują obsługi pomp. Miałem rację. Przede wszystkim należało załatwić sprawy najważniejsze. Kto ma w swoim ręku pompy, ten panuje nad wrakiem. Kiedy zobaczyłem, że będę bardziej przeszkadzał, niż pomagał w walce ze strażnikami, pożyczyłem sobie jednego morsa i zacząłem was szukać. Przewędrowaliśmy pół statku, nim w końcu usłyszeliśmy głosy dochodzące z jadalni. Wtedy wysłałem morsa po posiłki.

– A więc to była gra na zwłokę – stwierdziła Dana.

– Właśnie. Musiałem jak najwięcej zyskać na czasie, żeby Fergus zdążył nadejść i wyrównać szansę. Dlatego nie wchodziliśmy aż do ostatniej chwili.

– Stawka była wysoka – stwierdził Sandecker. – Cieniutko rozegrałeś drugi akt, prawda?

– Miałem dwa atuty – wyjaśnił Pitt. – Jeden to twoje dobre serce, admirale. Znam cię i wiem, że chociaż groźnie wyglądasz, to jednak ciągle przeprowadzasz staruszki przez ulicę i dokarmiasz bezdomne zwierzęta. Zwlekałbyś do ostatniej chwili, by w końcu ustąpić, ale łatwo byś się nie poddał. – Objął z tyłu Danę i z kieszeni kurtki, którą miała na sobie, wyjął budzącą przerażenie broń. – Drugim atutem była ta oto polisa ubezpieczeniowa. Pożyczył mi ją Fergus, nim zaczęła się cała zabawa. Nazywa się stoner i wystrzeliwuje chmurę drobnych igiełek. Rozwaliłbym Prewłowa i połowę jego ludzi jednym pociągnięciem spustu.

– A ja myślałam, że jesteś dżentelmenem – odezwała się Dana z udanym rozgoryczeniem w głosie. – Okryłeś mnie kurtką tylko po to, żeby nie znaleźli broni, kiedy cię rewidowali.

– Musisz jednak przyznać, że ten twój… hm, hm… niekompletny strój idealnie odwracał ich uwagę.

– Bardzo pana przepraszam – powiedział bosman Bascom – ale po jakie licho ruscy interesowali się starą zardzewiałą balią?

– Ja też o tym myślałem – dodał Spencer. – O co tu chodzi?

– To już chyba przestało być tajemnicą – odparł Pitt, wzruszając ramionami. – Rosjanom wcale nie chodziło o statek, lecz o bardzo rzadki pierwiastek, zwany bizanium, który zatonął wraz z „Titanikiem" w tysiąc dziewięćset dwunastym roku. O ile mi wiadomo, jeżeli podda się je odpowiedniemu procesowi i zastosuje do budowy skomplikowanego systemu obrony, to wówczas międzykontynentalne rakiety balistyczne staną się tak przestarzałe jak łuki.

Bosman Bascom gwizdnął przeciągle.

– A więc chce pan powiedzieć, że to coś w dalszym ciągu jest gdzieś pod pokładem?

– Przywalone paroma tonami złomu, ale wciąż tam jest.

– Nikt tego już nigdy więcej nie zobaczy, Pitt. Ani wy… ani my. Do jutra „Titanic" zostanie całkowicie zniszczony – odezwał się Prewłow, lecz w jego głosie nie było złości, raczej pewność siebie i satysfakcja. – Czy ty naprawdę myślisz, że nie wzięliśmy pod uwagę wszystkich możliwości? Że nie uwzględniliśmy porażki? Skoro my nie możemy mieć bizanium, to i wy nie będziecie go mieli.

Pitt spojrzał na niego ubawionym wzrokiem.

– Nie licz na to, Prewłow, że kawalerzyści albo w waszym przypadku kozacy przygalopują wam na ratunek. Zrobiliście piekielnie dużo, ale graliście tym, co my, Amerykanie, nazywamy talią ułożonych kart. Przygotowaliście się na wszystko, na wszystko poza tym, że zostaniecie wyprowadzeni w pole. Nie wiem, jak to zorganizowano, ale wiem, że wyjątkowo sprytnie, no i połknęliście haczyk. Przykro mi, kapitanie Prewłow, lecz łup należy do zwycięzcy.

– Bizanium należy do radzieckiego ludu – poważnym tonem oświadczył Prewłow. – Wasz rząd ukradł je z naszej ziemi. To nie my jesteśmy rabusiami, Pitt, ale wy.

– Dyskusyjna sprawa. Gdyby chodziło o dzieło sztuki dużej wartości historycznej, powiedzmy jakiś skarb narodowy, to Departament Stanu odesłałby wam wszystko pierwszym statkiem do Murmańska. Co innego jednak, gdy jest to podstawowy element broni strategicznej. Gdybyśmy zamienili się rolami, wy byście nam go nie oddali, tak samo jak my.

– A więc musi być zniszczone.

– Mylisz się. Broń, która nie zabija, lecz po prostu chroni życie, nigdy nie powinna być zniszczona.

– Ta wasza świętoszkowata filozofia potwierdza to, co nasi przywódcy wiedzą już od dawna. Po prostu nie możecie z nami wygrać. Pewnego dnia, w niezbyt dalekiej przyszłości, z waszą demokracją stanie się to samo, co z greckim senatem. Będziecie tylko obiektem studiów dla badaczy komunizmu, niczym więcej.

– Nie gorączkuj się tak, towarzyszu. Musicie wykazać się znacznie większą subtelnością, nim zaczniecie kierować światem.

– Poczytaj sobie historię – odparł Prewłow, uśmiechając się złowieszczo. – Ludy, które przemądrzałe narody przez całe wieki uważały za barbarzyńców, zawsze w końcu zwyciężały.

Pitt odpowiedział kurtuazyjnym uśmiechem, kiedy Prewłowa, Merkera i Drummera wyprowadzano pod eskortą morsów głównymi schodami na górę, do jednej z kabin pierwszej klasy, gdzie zostaną zamknięci pod strażą.

Uśmiech Pitta nie był jednak szczery. Prewłow miał rację.

Barbarzyńcy zawsze w końcu zwyciężali.

Загрузка...