Rozdział 12


W porze lunchu we wtorek, dziewiętnastego, Gunvald Larsson był niemal gotowy o wszystkim zapomnieć. Wiedział, że niektóre jego poczynania w ostatnich dniach nie miały nic wspólnego z regulaminem i jak dotąd nie wytropił nic takiego, co by je usprawiedliwiało. W gruncie rzeczy nie udało mu się doszukać śladu związku między Göranem Malmem a pozostałymi osobami, które były w domu, kiedy wybuchł pożar, ani tym bardziej zlokalizować zarzewia ognia.

Przedpołudniowa wizyta w szpitalu na Södermalmie przyniosła wyłącznie potwierdzenie dość oczywistych przypuszczeń. Kristina Modig mieszkała na mansardzie, dlatego że u matki było za mało miejsca i nie chciała się gnieździć z hałaśliwym młodszym rodzeństwem. Chyba nie najlepiej się prowadziła, ale co policji do tego? Jako nieletnia podpadała ewentualnie pod kuratelę komisji opieki nad dzieckiem, tyle że powołane do tego instytucje i urzędy coraz częściej patrzyły przez palce na wyskoki dziewczynek. Zbyt dużo było takich przypadków, za mało opiekunów społecznych, brak środków poprawczych. W rezultacie dzieci robiły, co chciały, społeczeństwo zyskało fatalną opinię, rodzice i nauczyciele byli zrozpaczeni i bezsilni. Ale, jako się rzekło, policji nic do tego.

Anna-Kajsa Modig z pewnością wymagała opieki psychiatrycznej. Gunvald Larsson, choć z natury niewrażliwy, od razu to zauważył. Chaotyczna i niekomunikatywna, miała napady dreszczy i bez przerwy wybuchała płaczem. Usłyszał, że w mansardzie był piecyk naftowy, o czym już wiedział. Rozmowa nic nie dała, ale wyszedł dopiero wtedy, kiedy zniecierpliwiony lekarz wyprosił go za drzwi.

Z mieszkania przy Timmermansgatan, gdzie rzekomo mieszkał Max Karlsson, nie dochodziły żadne odgłosy, mimo że energicznie kopał w drzwi. Najprawdopodobniej po prostu nikogo nie było w domu.

Gunvald Larsson pojechał do siebie, do Bollmory, przepasał się kraciastym fartuszkiem i przyrządził sobie smaczny posiłek, który składał się z jajek, bekonu i podsmażonych ziemniaków. Potem wybrał herbatę odpowiednią do stanu ducha. Kiedy zjadł i pozmywał, minęła trzecia.

Przez chwilę stał przy oknie i patrzył na wieżowce swojego schludnego, acz przeraźliwie nudnego przedmieścia, po czym zszedł do samochodu i wrócił na Timmermansgatan.

Max Karlsson mieszkał na pierwszym piętrze starego dobrze utrzymanego domu. Gunvald Larsson zaparkował trzy przecznice dalej. Nie z przezorności, tylko permanentnego braku miejsc postojowych. Maszerował szybkim krokiem i niespełna dziesięć metrów od bramy zauważył idącą z naprzeciwka nastolatkę. Mogła mieć plus minus trzynaście lat. Wyglądała jak tysiące innych: długie rozpuszczone włosy, obcisłe czarne dżinsy, pikowana kurtka, wyświechtana skórzana torba. Prawdopodobnie wracała ze szkoły. Niczym się nie wyróżniała i z pewnością nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie jej zachowanie. Poruszała się z przesadną nonszalancją, jakby udawała naturalność, a jednocześnie nie mogła się powstrzymać przed lękliwym rozglądaniem na boki. Kiedy napotkała jego spojrzenie, lekko się zawahała i zwolniła kroku. Dlatego ją minął i pomaszerował przed siebie. Dziewczynka potrząsnęła głową i weszła do bramy.

Gunvald Larsson natychmiast zrobił w tył zwrot i ruszył za nią. Mimo gabarytów był zwinny i szybki. Kiedy nastolatka stanęła przed drzwiami Karlssona, przyczaił się na półpiętrze. Zapukała cztery razy. Aha, coś w rodzaju kodu. Usiłował zapamiętać rytm, co okazało się łatwiejsze, niż myślał, bo po pięciu, sześciu sekundach dziewczynka zapukała ponownie. Puk-puk-puk-puk. Drzwi natychmiast się otworzyły, brzęknął odsuwany łańcuch i drzwi się zamknęły. Nie usłyszał żadnych słów. Zszedł na dół, oparł się plecami o ścianę i czekał.

Po paru minutach drzwi na piętrze się otworzyły i na schodach rozbrzmiały kroki. Nastolatka pojawiła się w bramie, zapinając boczną kieszeń torby. Gunvald Larsson wyciągnął lewą rękę i chwycił ją za nadgarstek. Znieruchomiała i wpatrywała się w niego. Nie próbowała wzywać pomocy, nie wyrywała się, nie zamierzała uciekać. Nawet się zbytnio nie przestraszyła. Wyglądała na zrezygnowaną, jakby od dawna się tego spodziewała. Gunvald Larsson bez słowa otworzył boczną kieszeń i wyjął pudełko po zapałkach, w którym było dziesięć białych tabletek. Puścił dziewczynkę i skinieniem głowy pozwolił jej odejść. Obrzuciła go zdumionym spojrzeniem szarych oczu i wybiegła z bramy.

Gunvald Larsson się nie spieszył. Przyglądał się przez chwilę tabletkom, schował pudełko do kieszeni i powoli wszedł na piętro. Przez pół minuty nasłuchiwał pod drzwiami. Z mieszkania nie dobiegały żadne odgłosy. Opuszkami palców wystukał dwie serie po cztery puknięcia, z pięciosekundową przerwą.

Max Karlsson otworzył. Wyglądał zdecydowanie schludniej niż podczas ich pierwszego spotkania, nie ulegało jednak wątpliwości, że to on i że się wzajemnie rozpoznali.

– Dzień dobry! – przywitał się Gunvald Larsson, wsuwając stopę między drzwi a futrynę.

– O, to pan…

– Chciałem się dowiedzieć, jak się pan czuje.

– Dzięki, dobrze.

Mężczyzna znalazł się w kłopotliwej sytuacji. Policjant posłużył się kodem. Gdyby zatrzasnął mu drzwi przed nosem, byłoby jasne, że coś ukrywa.

– Mam kilka pytań.

Sytuacja Gunvalda wcale nie była łatwiejsza. Nie dość, że nie miał prawa pakować się do cudzego mieszkania, nie mógł się domagać rozmowy z lokatorem, jeśli ten sobie tego nie życzył.

– Bo ja wiem…

Max Karlsson nie kwapił się do odsunięcia łańcucha. Nie wiedział, jak się zachować.

Gunvald Larsson rozwiązał ten problem, z całą siłą napierając na drzwi prawym ramieniem. Śruby mocujące łańcuch puściły z trzaskiem. Karlsson błyskawicznie się cofnął. Gunvald Larsson wszedł do środka i zamknął drzwi na klucz.

– Dziadostwo – obwieścił, patrząc na zniszczony łańcuch.

– Odbiło panu?

– Przydałyby się dłuższe śruby.

– Co jest grane, do cholery?! Jakim prawem pan się tu włamuje?

– Nie miałem takiego zamiaru. To nie moja wina, że łańcuch się popsuł. Mówiłem przecież, że powinien pan wkręcić dłuższe śruby.

– Czego pan chce?

– Chwili rozmowy.

Gunvald Larsson rozejrzał się, żeby się upewnić, czy mężczyzna jest sam. Nieduże przytulne mieszkanko. Max Karlsson, zadbany, postawny i barczysty, mierzył co najmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów. Na pewno nie da sobie w kaszę dmuchać.

– Rozmowy? – Karlsson zacisnął pięści. – O czym?

– O tym, co pan robił w tamtym mieszkaniu, zanim wybuchł pożar.

– Aha. – Karlsson odrobinę się wyluzował. – O to chodzi.

– Oto.

– Urządziliśmy kameralny wieczorek. Kanapki, piwo, gramofon.

– Coś w rodzaju rodzinnego spotkania?

– Tak. Byłem z narzeczoną, z Madeleine, a…

Karlsson nie dokończył i usiłował przybrać pogrzebową minę.

– A co? – aksamitnym głosem spytał Gunvald Larsson.

– A Kenneth był z Carlą.

– Nie na odwrót?

– Na odwrót? To znaczy?

– A kim jest ta uczennica, która była tutaj pięć minut temu?

– Jaka uczennica? Nikogo tu nie było…

Gunvald Larsson uderzył go. Szybko, mocno, znienacka.

Maksa Karlssona odrzuciło na dwa kroki. Nie upadł.

– Ochujałeś, psie?!

Gunvald Larsson uderzył po raz drugi. Mężczyzna chwycił się stołu, ale nie utrzymał równowagi i przewrócił się, ściągając obrus i stojącą na nim elegancką kryształową karafkę. Wstał. W kąciku ust pojawiła się strużka krwi, prawą dłoń zacisnął na ciężkim krysztale.

– Do kurwy nędzy!

Przesunął po twarzy wierzchem lewej dłoni, zobaczył krew i zamierzył się karafką.

Gunvald Larsson uderzył po raz trzeci. Karlsson zatoczył się i zwalił na podłogę razem z krzesłem. Nie zdążył się ruszyć, kiedy Gunvald Larsson kopnął go w prawy nadgarstek. Karafka z głuchym trzaskiem wylądowała na ścianie.

Max Karlsson powoli dźwignął się na kolano. Zasłonił dłonią jedno oko, w drugim, rozbieganym, czaił się strach. Gunvald Larsson zerknął na niego.

– No, gdzie towar?

– Jaki towar?

Gunvald Larsson zacisnął dłoń w pięść. Mężczyzna zareagował błyskawicznie:

– Nie, tylko nie to, przestań, ja…

– Gdzie?

– W kuchni.

– Gdzie w kuchni?

– W kuchence, pod najniższą blachą.

– To rozumiem.

Gunvald Larsson popatrzył na swoją pięść. Wielką, pokrytą różowymi plamkami w miejscach, gdzie spaliły się jasne włosy. Max Karlsson też na nią popatrzył.

– Jak było z Rothem i dwiema dziwkami? – zapytał Gunvald Larsson.

– Pieprzy…

– Nie interesują mnie wasze seksualne plugastwa. Chcę wiedzieć, kto podpalił dom.

– Podpalił… Nie, kurde, nic o tym nie wiem. Przecież Kenneth zginął…

– Czym się zajmował? Prochami?

– Skąd niby mam wiedzieć…

– Nie kłam, bo jak…

– Nie! Zaraz! Tylko nie to! Lepiej zabierz mnie do kicia.

– Chciałbyś, co? – Gunvald Larsson postąpił o krok. – Czy Kenneth Roth też opylał prochy?

– Nie… Gorzałę…

– Alkohol?

– Tak.

– Kradziony?

– Tak.

– Z przemytu?

– Tak.

– Gdzie go trzymał?

– Na…

– Gadaj!

– U siebie na strychu.

– Ale ty nie handlujesz alkoholem?

Karlsson pokręcił głową.

– Tylko dziwkami i prochami?

– Tak.

– A czym się parał Malm?

– Nie znałem go.

– Czyżby?

– Nie znałem go zbyt dobrze.

– Ale ty, Roth i Malm mieliście wspólne interesy, prawda?

Karlsson oblizał wargi. Wciąż zasłaniał prawe oko. Lewe połyskiwało nienawiścią i strachem.

– Tak jakby.

– Roth i Malm się znali?

– Tak.

– Więc Roth handlował wódą.

– Tak.

– A ty narkotykami. Ostatni raz dziesięć minut temu. Właśnie zakończyłeś działalność. Co robił Malm?

– Chyba zajmował się samochodami.

– Aha. Inaczej mówiąc, byliście detalistami, każdy z innej branży. Co was łączyło?

– Nic.

– Pytam o szefa.

– Nie mieliśmy żadnego szefa. Nie wiem, o czym pan mówi.

Pięść uderzyła po raz czwarty z ogromną siłą. Trafiła mężczyznę w prawe ramię i cisnęła nim o ścianę.

– Nazwisko!!! – ryknął Gunvald Larsson. – Nazwisko, ale już!!!

– Olofsson – ochryple wyszeptał Karlsson. – Bertil Olofsson.

Gunvald Larsson długo przyglądał się Maksowi Karlssonowi, któremu dziesięć dni wcześniej uratował życie.

– Mów prawdę, ona bratem, wiosną, jesienią, zimą i latem, prawda zawsze się ostanie i zawsze ją zdobi letnie ubranie[8] – rzekł z filozoficzną zadumą.

Karlsson łypnął na niego zdrowym okiem.

– No dobrze – skonstatował Gunvald Larsson. – A teraz proszę wstać, pomaszerować do kuchni i okazać towar.

Skrytkę zmyślnie zaaranżowano. Niewykluczone, że przy pobieżnym przeszukaniu nikt by jej nie zauważył. W dolnej części kuchenki leżały w eleganckich porcjach haszysz i stymulanty. Ilość nie zwalała z nóg. Karlsson był dilerską płotką, sprzedawał narkotyki uczniom na przerwie śniadaniowej w zamian za ich tygodniówkę, pieniądze, które podciągnęli rodzicom albo ukradli, włamując się do kiosku lub automatu[9]. Na pewno nie miał pojęcia o łańcuszku pośredników i nie zdawał sobie sprawy, że na źródło zła składały się wyjątkowo skomplikowane, fałszywe spekulacje polityczne i chybione teorie społeczne.

Gunvald Larsson wyszedł do przedpokoju i zadzwonił na policję.

– Przyślijcie tu swoich geniuszy od narkotyków – rzucił lakonicznie.

Po Maksa Karlssona stawiło się dwóch funkcjonariuszy z zespołu zajmującego się zwalczaniem narkomanii. Rośli, rumiani, w wyzywających, pstrych wełnianych swetrach i kominiarkach. Jeden zasalutował.

– Fajne ubranka – zauważył kąśliwie Gunvald Larsson. – Brakuje tylko wędek. Czy nie pogniotą się wam nogawki mundurowych spodenek, które bezceremonialnie wpychacie pod skarpety? A tak w ogóle, nie salutuje się w swetrze.

Pogromcy narkotykowych mafiosów zarumienili się w dwójnasób i patrzyli to na przewrócone meble, to na podbite oko złoczyńcy.

– Doszło do awanturki – obojętnie stwierdził Gunvald Larsson. – Przekażcie waszemu przełożonemu, że gość nazywa się Max Karlsson i będzie milczał jak grób.

Wzruszył ramionami i wyszedł.

Miał rację. Gość milczał jak grób. Nawet nie był uprzejmy podać imienia i nazwiska.

Gunvald Larsson dowiedział się, że w domu przy Sköldgatan było trzech drobnych gangsterów; dwóch nie żyło, trzeciemu groziło więzienie. Nie miał pojęcia o zarzewiu pożaru i nie liczył na to, że kiedykolwiek będzie je miał.

Tak czy inaczej, uświadomił sobie, że jest na zwolnieniu lekarskim. Pojechał do domu, rozebrał się i wziął prysznic. Potem wyłączył telefon, położył się i oddał lekturze powieści Saksa Rohmera.

Загрузка...