8

Prawie nie pamiętałem przeszłości. Urojone życie, wesołe lub ponure, Taweda, mieszkanie na dziewiątym piętrze, książki, telewizja, nieznośni sąsiedzi, Pial Edin z fabryką, weekendy na wyspie Reff, plaża w upalny dzień, slajdy u Yorenów, koniak z Elsantosem i jego koleżanki, czasem smutek, radość niekiedy, wreszcie Linda – cała plastykowa przeszłość, aż do chwili przebudzenia w poniedziałek rano, majaczyła w mej pamięci poza dymną zasłoną, jak wyblakły sen.

W tej mglistej przeszłości jedynie Linda była nieoszukana. Wracałem myślami do różnych epizodów z jej rzeczywistego życia, przez pół roku związanego z moją pozorną egzystencją, odnawiałem wspomnienia, by zbudować nową wersję wypadków i rozwiązać wiele zagadek – aby rozjaśnić mrok czegoś niepojętego. Próbowałem również wyobrazić sobie, co by się dalej działo, gdybym wczoraj nie złożył jej w Temalu tej fatalnej wizyty, która nas wzajemnie skompromitowała.

Dla Lindy sztuczni ludzie w Temalu nie byli manekinami, a praca w fikcyjnej centrali handlowej – pozorowaniem jakiegoś zajęcia. Wystarczyło tylko spojrzeć na biurko, gdzie leżały dokumenty pokryte jej czytelnym pismem, aby mieć pewność, że siedząc w towarzystwie czterech symulatorów pracy biurowej, znalazła ład i sens w powszechnej maskaradzie i swoją funkcję traktowała serio. Z pewnością teraz, gdy się dowiedziała, do czego jestem zdolny, straciłem w jej oczach wielokrotnie więcej, niż zyskałem rano jako człowiek prawdziwy. Ona rozpoznała we mnie furiata, a ja w niej dziewczynę łatwą, chociaż z drugiej strony nie mogłem mieć do niej żalu tylko o to, że się zadawała z manekinami: gdyby pogardzała nimi, nie doszłoby nigdy do naszego zbliżenia.

Od początku było jasne, czemu sztuczni mieszkańcy Kroywenu nie odróżniali ludzi prawdziwych od fałszywych oraz oryginalnych zabudowań od fragmentarycznych kopii i konstrukcji zastępczych. Tutaj nie było żadnego problemu, gdyż nikt nie widzi w świecie niczego ponad to, co znajduje w sobie samym. Powoli zaczynałem też rozumieć, dlaczego również żywi ludzie – tak nieliczni w sztucznym tłumie – obojętnie przechodzili obok dekoracji i nie dostrzegali w manekinach wszystkich tych haniebnych cech, jakie mnie w nich uderzały. W najbardziej niezwykłych zjawiskach ludzie od urodzenia oswojeni z nimi nie zauważają niczego osobliwego.

I może tylko ktoś od urodzenia ślepy, komu bielmo nagle spadłoby z oczu, ujrzałby dookoła siebie tło: panoramę makiet wykonanych z artykułów zastępczych, zrobione z dykty tarcze o konturach domów i drzew, ustawione frontem do sceny w dalekiej perspektywie planu, zaś bliżej, pomiędzy oryginalnymi elementami, rozpoznałby atrapy, imitacje, fałszywe materiały, sztuczne tworzywa i masy plastyczne, wszelkiego rodzaju namiastki i surogaty, kopie, protezy, peruki i maski, puste opakowania, falsyfikaty – słowem zawartość całej rekwizytorni zmontowaną na poboczu akcji, więc może sam kreując rolę statysty sceny, dostrzegłby nieprzebrane rzesze statystów tła zainstalowane na marginesie planu i zobaczyłby ramy świata w rzeczywistej ich postaci.

W otwartej wnęce baru samoobsługowego przy Dwudziestej Dziewiątej Ulicy przesiedziałem całe popołudnie. Drzemałem na wysokim stołku ustawionym w cieniu martwej pinii, przy długiej półce, oddzielającej wnętrze baru od ulicy, pomiędzy nieustannie gadającymi i wiercącymi się kukłami. Czasami – zbudzony czyimś podniesionym głosem – rozglądałem się uważniej dookoła siebie. I nie widziałem problemu w tym, jak manekiny poruszają siej mówią (ktoś, komu się wydaje, iż wie, jak sami ludzie to czynią – niech dalej śpi sobie spokojnie), natomiast domyślając się już, w jakim celu one to robią, chciałbym jeszcze wiedzieć, kto je zmusza do ciągłej aktywności i z daleka kontroluje.

Zjadłem swój chleb i mięsną słoną konserwę. Wkrótce znowu zachciało mi się pić. W bufecie i na stolikach sztucznych konsumentów stały wszędzie tylko puste kieliszki, szklanki i butelki, które manekiny podnosiły często do gumowych ust i przechylały nad swymi nieruchomymi maskami. Plastykowe zakąski też wędrowały do warg w ślad za pustymi kieliszkami i po kilku ruchach gipsowych zębów wracały z powrotem na papierowe talerze w stanie nienaruszonym. Takie to było naturalne, że już z odległości pięćdziesięciu metrów ktoś żywy nie dostrzegłby oszustwa w mistyfikacji łatwej do zdemaskowania z bliska.

Mój nietypowy sposób jedzenia chleba i konserwy nie wywołał w barze żadnej sensacji. Po prostu nie zauważono go. Aby nie zajmować za darmo miejsca, musiałem jednak przenieść coś z bufetu do swego stołka i w zamian za fałszywy banknot dostałem od barmana powietrze w butelce ozdobionej kosztownymi nalepkami. Zakąski nie zakupiłem wiedząc, ile razy każda namiastka wędliny czy ryby odbyła drogę z bufetu przez stolik do ust i z ust przez stolik do bufetu. Barman, który każdą wolną chwilę wypełniał poszukiwaniami zgubionej peruki, znosił wypolerowane setkami rąk zakąski tylko ze stolików okresowo zajmowanych przez gości z ulicy, bo ci wchodzili, przechylali, wąchali i wychodzili – ale takich stolików było tu zaledwie kilka.

Większość miejsc okupowały atrapy konsumentów na stałe związanych z tym barem, lecz wcale nie pociągiem do kieliszka – tylko klejem stolarskim, którym były posmarowane ich siedzenia. Tym bywalcom barman nie zabierał rzekomych dań – odkurzał je tylko od czasu do czasu. Więźniowie lokalu rozprawiali miedzy sobą z ożywieniem i oni zwłaszcza wywoływali nieustanny gwar. Dla słuchacza przechodzącego ulicą wrzawa w barze traciła swe naturalne brzmienie dopiero po przekroczeniu progu i próbie koncentracji uwagi na wybranej rozmowie. Każdy pijacki monolog czy koleżeński dialog prowadzony przez byle jak podrobionych gości – rozpatrywany indywidualnie – zdradzał cechy programowej niedbałości o detale: składał się z nieskończonej serii powtórzeń jakiegoś z trudem artykułowanego zdania, które ledwie naśladowało mowę ludzka.

Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia lokalu w okresie długotrwałych upałów. Dzięki temu, siedząc w barze pod podniesioną żaluzją, skąd roztaczał się widok na całą okolicę, miało się wrażenie braku izolacji od tłumu i pełnego uczestnictwa w zbiorowym życiu ulicy.

Chodniki pod barem szlifowały setki plastykowych nóg. O tej porze dnia nieprzerwana wędrówka pieszych na ruchliwej arterii miasta była zjawiskiem naturalnym. Sam od dwóch dni przepychałem się w tym tłumie i poza przejmującym faktem, że składał się on ze sztucznych osobników, niczego niecodziennego nie zauważyłem. Aby poznać mechanizm tworzenia się tłoku i stałego ciągu pieszych na ulicach Kroywenu, trzeba było zatrzymać się gdzieś z boku przynajmniej na kilka minut.

Kiedy za ostatnią kartkę papieru znalezioną w kieszeni rysy barman razem z drugą butelką po koniaku dał mi przyjacielską radę, “abym nieco przyhamował", zwróciłem uwagę na parę młodych manekinów, która po raz piąty czy szósty przechodziła pod barem. Chłopiec obejmował dziewczynę w pasie i w tym miejscu, gdzie się stykali, byli trwale zespoleni ze sobą. Co jakiś czas migała mi też postać smukłej kobiety ubranej bardzo szykownie, na wzór eleganckiej modelki z Extra – Visso. Poruszała się z prawdziwym wdziękiem, lecz podziwiając idealne proporcje w budowie jej pięknego ciała, przy czwartym nawrocie dostrzegłem z przykrością, że miała odłupany łokieć.

Gromadka dzieci o płci trudnej do określenia i łatwym do ustalenia ojcostwie zaglądała do baru regularnie co kwadrans, przekazując furmanowi (zainstalowanemu obok pustej butelki) wiadomość od mamy, która już ani chwili dłużej nie będzie sterczała przy garnkach, jak ta służąca, kiedy on sobie w najlepsze popija z łobuzami i grosza na chleb do domu nie przynosi. Jak większość manekinów, dzieci miały na sobie papierowe ubranka, w miejscach dziur ilustrujących “nędzę pozaklejane łatami z gazet pośledniejszego gatunku.

Zapoznałem się jeszcze z twarzami wielu innych etatowych przechodniów, aż wkrótce mogłem stwierdzić, że prawie wszyscy sztuczni ludzie, jacy szli chodnikami, zawracali na określonych trasach i przebywali je wielokrotnie tam i z powrotem w celu wywołania pozornie naturalnego ulicznego ruchu. Myślałem o ponurym losie tych wiecznych przechodniów i próbowałem wyobrazić sobie, co dalej robili w makietach swych domów, kiedy późnym wieczorem – po godzinach wypełnionych, statystowaniem w tłumie – tajemnicza siła zwalniała ich wreszcie z całodziennego obowiązku.

Barman nazywał się Calpat i był właścicielem tego lokalu. Przy bufecie wisiała na długim gwoździu tabliczka z wydrukowanym przez niego znanym retorycznym pytaniem: “Jeżeli jesteś taki mądry, to dlaczego nie jesteś bogaty?", które wskazywał on czasami swym bardziej hałaśliwym gościom. Byłem przy tym, gdy przed rokiem Płowy Jack dopisał w milczeniu na tej tabliczce pytanie skierowane do barmana:,,A ty – jeśli jesteś taki bogaty, to czemu nie jesteś szczęśliwy?" Na tym samym gwoździu, przysłaniając sobą teksty obu pytań, wisiała teraz zaginiona peruka barmana. Już chciałem mu wskazać przedmiot jego długotrwałych poszukiwań, kiedy do baru wszedł Płowy Jack.

– Szanuję was wszystkich, którzy pozostajecie w cieniu – powiedział.

Przybył w towarzystwie kilkunastu manekinów. Na jego widok instynktownie (czy to pod wpływem obawy, że w końcu zapyta mnie o pochodzenie czerwonej plamy na koszuli, dostrzeżonej u Yorenów, czy też kierowany niechęcią do wysłuchiwania dalszego ciągu przepowiedni na mój temat) ukryłem się za gazeta rozpostartą przez sztucznego sąsiada, chociaż wykluczałem możliwość, że prorok przywoła tu policję lub karabinierów.

– Jeżeli mnie też szanujesz – rzekł barman – to spraw, by włosy odrosły mi na głowie.

– A wierzysz, że mogę to uczynić?

– Ufam ci, Panie. Ty to potrafisz.

Płowy Jack zmierzył barmana długim, poważnym spojrzeniem. Kazał mu stanąć pod tabliczką, gdzie namaścił klejem jego plastykową czaszkę i założył na nią perukę zdjętą z gwoździa. Tak ozdobionego skierował za ladę mówiąc:

– Szynkarzu, już nie zaświeci łysina twoja. Licz dalej swoje pieniążki i wracaj do statków.

Owłosiony nagle właściciel baru rzucił się do nóg Płowego Jacka, który uciszył go nieznacznym ruchem dłoni.

– Zaś o tym – rzekł – com ci tu uczynił pozornie, nie trąb zaraz dookoła siebie, wołając wszędzie głosem wielkim: “W jednej chwili czupryna mi odrosła!" W myśli tylko dziękuj Temu, który mię tu posłał – On to bowiem posadził ci na głowie włosy.

Tak kazał. Ale ledwie wyszedł, kiedy barman przeleciał między stolikami i wszystkim rozpowiedział o całym wypadku.

A gdy Płowy Jack mówił jeszcze o Tym, który go tu posłał, przybiegli z ulicy sztuczni ludzie i pokazywali palcami barłóg rozłożony na chodniku, gdzie od lat dogorywał sparaliżowany starzec. Uciszyli tam zaraz wszyscy luźniej związani z barem biesiadnicy i każdy, kto miał oczy do patrzenia, zobaczył, jak ich nauczyciel potarł dłonią obie nogi i ręce dotknięte nieuleczalną chorobą. Po złamaniu czwartego kawałka drutu (bardzo już rdzą osłabionego), jakim członki starego manekina były przymocowane do kamiennej płyty, Płowy Jack wyprostował się nad powalonym niemocą ciałem.

– Nędzarzu, ja do ciebie mówię. Wstań! Zabierz stąd łachmany swoje i idź.

I stało się, gdy tak przemówił, że chromy podniósł się lekko. Stamtąd Płowy Jack chciał dostać się na drugą stronę ulicy. Lecz już w połowie jezdni drogę zastąpił mu trędowaty.

– Panie! – zawołał. – Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.

Cierpiący na straszną chorobę manekin miał na sobie tylko cienką powłokę z nałożonymi na niej plastykowymi imitacjami okropnych ran i wrzodów oraz slipy. Te slipy naniesione były w ostatniej natryskowej warstwie, co wyszło na jaw dopiero w momencie, gdy Płowy Jack mówiąc: – Chcę, bądź oczyszczony! – szarpnął za naddarty róg szpetnej powłoki i ściągnął ją gładko z całej figury trędowatego, niestety, razem z namalowanymi na wierzchu slipami! Rozdarta gumowa powłoka – kurcząc się – świsnęła gdzieś i przepadła.

Stali tak przez chwilę obok siebie w blasku zachodzącego słońca, pośrodku zatarasowanej jezdni: Płowy Jack w swym starym worku, z potężnym łańcuchem na biodrach i goły manekin o śnieżnobiałej skórze, aż zajściem, zainteresowali się dwaj sztuczni policjanci.

Jeden biegł ku nim z pałką wzniesioną do ciosu, a drugi z gotowym do wyrwania kartki bloczkiem mandatowym. Płowy Jack skarcił jednego i drugiego, po czym powiedział:

– Pójdziecie za mną, a uczynię was łowcami statystów.

I stało się, że ci dwaj, gdy tak do nich przemówił, ukryli wstydliwie narzędzia swoje i posłusznie ruszyli za nim.

Dwaj ślepcy dopadli Płowego Jacka dopiero po drugiej stronie ulicy. Obaj mieli oczodoły zalepione wodną farbą, źle rozprowadzoną na plastykowych maskach.

– Wierzycie, iż mogę to uczynić? – spytał.

Odparli:

– Owszem, Panie!

– Tedy przemyjcie oczy wasze w wodzie deszczowej, która się zebrała w najgłębszym rynsztoku.

Uczynili, co kazał.

A gdy otworzyły się ich oczy, Płowy Jack przygroził im surowo, mówiąc:

– Dbajcie, aby nikt się o tym nie dowiedział.

Ale oni obracali jęzorami dopóty, aż utworzyło się czwarte zbiegowisko.


I rozchodziła się wieść o nim po całym Kroywenie: dookoła Yota Nufo, od Uggioforte do Aiwa Paz i od Riwazolu do Tawedy, a i dalej jeszcze – aż po sam Quenos.

A on stał pośrodku mnóstwa i nauczał je, mówiąc:

– Grajcie, albowiem przybliżył się wiek gotowości tego widowiska i nadchodzi dzień Montażu Ostatecznego. Szukajcie prawdy we własnych sercach, bo ona was wyswobodzi. Wiara w Wewnętrzny Głos przeniesie was na ekran świata, na którym rychło spocznie oko Widza. Tam żyć będziecie wiecznie, jak na tej scenie, która dziś leży u Jego nóg.

Błogosławieni statyści, gdy nie wychodzą na pierwszy plan. Cisi pozostaną na ekranie świata. I ci, co się smęcą, pocieszeni będą, bo ich me dosięgną nożyce Montażysty. Lecz nie mniemajcie, iż ja mam moc zmieniać prawa filmowej gry albo w imieniu Widza darować wam popełnione w sztuce aktorskiej błędy.

Słyszeliście, gdy mówiono dawniej: “Bądź Wola Twoja". A ja wam powiadam, iż każdy aktor lub statysta, który na planie zdjęciowym sprzeciwi się własnemu sumieniu i zagra niezgodnie z Duchem Scenariusza, zostanie wycięty z ujęcia i rzucony w ciemności zewnętrzne. Jeżeli zatem gorszy cię twe prawe oko – wyłup je, a jeśli cię gorszy prawa ręka – utnij ją: pożyteczniej jest bowiem dla ciebie, aby zginał jeden z twych członków, niż gdyby cała twa postać została usunięta z sekwencji tego filmu przy jego Montażu Ostatecznym.

Widz nie oceni cię za wyznaczoną rolę, tylko za walory twej gry w ramach otrzymanego talentu, którego zdasz sprawę w sądny dzień. Dlatego powiadam wam: nie zbierajcie sobie skarbów na scenie, gdzie mól i rdza zniszczy wszystko i gdzie – oprócz waszej wiary w skarby – wszystko fałszywe jest. Spójrzcie na ptaki, iż nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Twórca wasz żywi je. I po co się martwicie o odzienie? Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną: nie haftują ani przędą. A czyż królowa piękności w całej swej sławie bywa tak przyodziana jako jedna z nich?

Jeżeli tedy trawę polną, która dziś jest, a jutro bywa w piec rzucona, Ojciec mój tak ubiera, czy nie bardziej zadba o was, o mało wierni!

Gazeta, za którą schowałem się przed Płowym Jackiem, nagle zainteresowała mnie. Przypadkiem była prawdziwa i zawierała najnowsze wiadomości. Tkwiła w szeroko rozłożonych dłoniach mojego czarnego sąsiada. Jego szklane oczy Wpatrywały się w papier pokryty rzeczywistym drukiem równie bezmyślnie, jak oczy dwóch innych manekinów, którym uliczny sprzedawca za plastykowe krążki wsunął do rąk imitacje ostatniego wydania “Kroywen – Expressu". Jedyny prawdziwy egzemplarz gazety, jaki trafił do baru, złapał zaraz kauczukowy Murzyn.

Gdy czarny obrócił płachtę gazety na drugą stronę, zobaczyłem nagłówek wydrukowany wielkimi literami:

ZUCHWAŁY NAPAD RABUNKOWY W CENTRUM KROYWENU

Przekonany, że dziennik donosi o moich popisach, niespokojnie przywarłem wzrokiem do szpalty, lecz zaraz zdziwiłem się, bo w artykule była mowa tylko o kolejnej udanej akcji słynnego gangstera Dawida Martineza:

Wczoraj wieczorem, o godzinie osiemnastej dwadzieścia, sześcioosobowa szajka gangsterów pod przywództwem nieuchwytnego bandyty Dawida Martineza dokonała zbrojnego napadu na ambulans załadowany sztabami złota. Napadu dokonano na Pięćdziesiątej Pierwszej Ulicy, w chwili gdy konwój wozów eskortujących transport złota, przejeżdżał pod domem towarowym Riva Aha. Po krótkotrwałej wymianie ognia miedzy uzbrojonymi w pistolety maszynowe gangsterami oraz strażnikami i policją bandyci uprowadzili ambulans w nieznanym kierunku, zostawiając na miejscu dwóch zabitych kolegów. W walce poległo ośmiu konwojentów i trzech policjantów.

Przypominamy, że jest to już dziewiąty krwawy napad rabunkowy przeprowadzony przez szajkę Dawida Martineza w czasie ostatnich czterech lat. Tym razem łupem gangsterów padło czterysta kilogramów złota przewożonego do banku Quefeda Nos Paza. Władze prowadzą energiczne śledztwo.

Poprosiłem kauczukowego Murzyna o gazetę, aby ją dokładnie przejrzeć. Nim czarny zdążył zareagować, inny pogrążony w lekturze manekin podsunął mi uprzejmie swoją imitację dziennika. Pod życzliwą kontrolą jego szklanych oczu przez.dobry kwadrans wpatrywałem się w czarne paski i szare prostokąty pokrywające papier w miejscach nagłówków i kolumn. Wreszcie Murzyn poszedł do bufetu po butelkę. Wtedy zamieniłem dyskretnie oba egzemplarze, kładąc namiastkę dziennika na stoliku czarnego.

Dopiero na przedostatniej stronie znalazłem notatkę o sobie umieszczoną pod tytułem:

FURIAT W TEMALU

Wiele kłopotu sprawił karabinierom niejaki Carlos Ontena, zamieszkały w Tawedzie robotnik fabryki wagonów w Pial Edin. Powodowany zazdrością o swoją narzeczoną, referentkę z Temalu, którą podejrzewał o romans z kierownikiem tamtejszego działu, w czasie swej niespodziewanej wizyty w gmachu centrali handlowej, zastawszy narzeczoną z kierownikiem, dostał ataku szału. Po zamordowaniu kierownika oraz siedmiu innych osób, które bądź to próbowały obezwładnić furiata, bądź przypadkiem wpadły w jego ręce, zamknął się z trzema zakładnikami w jednym z lokali biurowych, gdzie pod groźbą zastrzelenia tych niewinnych ludzi nie dopuszczał oblegających do wyważenia drzwi. Dopiero dzisiaj o świcie – po zmobilizowaniu znacznych sił – karabinierzy ujęli zbrodniarza bez dalszych śmiertelnych ofiar.

We wczorajszym doniesieniu (zredagowanym w czasie oblężenia złoczyńcy) podaliśmy bliższe szczegóły tragedii rozgrywającej się w Temalu. Według potwierdzonych wielokrotnie wiarygodnych informacji, uzyskanych na miejscu przez naszego wysłannika, Carlos Ontena (dotąd nigdy jeszcze nie karany), zanim dokonał masakry w Temalu, był jednym ze słuchaczy często przebywających w towarzystwie trzydziestotrzyletniego ulicznego proroka, zwanego Płowym Jackiem, który nazywa siebie “reżyserem świata" i cieszy się znaczną popularnością wśród włóczęgów koczujących na wschodnim brzegu Vota Nufo.

Nie chcemy akcentować tutaj wpływu nauki ulicznego proroka na postępowanie robotnika fabrycznego. Rzuca się jednak w oczy fakt, że Carlos Ontena, który dysponuje niewiarygodną siłą fizyczną, wyróżnił się w Temalu wyjątkowym okrucieństwem. Podajemy po raz drugi listę jego zbrodni w reporterskim skrócie:

Sekretarce zagradzającej mu drogę do gabinetu kierownika wyrwał całą rękę z ciała razem z łopatką. Samemu kierownikowi roztrzaskał głowę jednym ciosem gołej pięści. Nóż w ręku urzędnika biegnącego z pomocą zagrożonym kobietom podniecił tylko Ontenę do długiej serii morderstw. Zgodnie z zeznaniami naocznych świadków osiłek podniósł urzędnika pod sam sufit i trzasnął nim o schody z tak wielką siłą, że metalowe wsporniki rozbitej poręczy przeszyły ciało nieszczęśliwego na wylot.

Po dokonaniu tego czynu Ontena zalany krwią swej ofiary zbiegł na taras widokowy gmachu. Tam podczas próby aresztowania go przez funkcjonariuszy prawa ujął za klapy mundurów dwóch rosłych karabinierów i po przeniesieniu ich do krawędzi dachu wieżowca – zepchnął w przepaść. Następnie obezwładnił trzeciego, niecelnie strzelającego doń karabiniera i wykręcił mu z ręki rewolwer. Nie darował też bezbronnej kobiecie, która wskazała władzom miejsce ukrycia zbrodniarza: zabił ją, zanim zdążyła uciec z tarasu.

Jakby jeszcze niesyty krwi przelewanej w jakimś szalonym natchnieniu, zszedł dwa piętra niżej i w pustym korytarzu, nie atakowany przez nikogo i niczym, już nie zagrożony, z najniższych, sadystycznych pobudek – zamordował ośmioletnie dziecko. Ontena zastrzelił chłopca, przykładając mu rewolwer do czoła.

Wkrótce potem, ścigany przez drugi patrol karabinierów, uciekając korytarzem sześćdziesiątej drugiej kondygnacji gmachu centrali handlowej, wtargnął na miejsce pierwszego zabójstwa, gdzie raz jeszcze posłużył się zdobytą bronią: zastrzelił z niej lekarza z ekipy pogotowia ratunkowego? który operował ranną sekretarkę. W sekundę później (chyba tylko w celu wykazania swej upiornej wszechstronności) zmienił błyskawicznie narzędzie mordu z rewolweru na nóż chirurgiczny wyrwany z ciała operowanej. Strasznym ciosem tego noża przebił na wylot gardło karabinierowi, kładąc trupem ósmego z kolei człowieka.

Wiadomość z ostatnie/ chwili: Jak nam donoszą z Głównej Komendy Karabinierów, schwytany o świcie groźny bandyta Carlos Ontena – po rozwaleniu ściany swojej celi – zbiegł dziś w południe z tymczasowego aresztu.


Z baru przy Dwudziestej Dziewiątej Ulicy wyszedłem nym wieczorem, kiedy chodniki opustoszały już nieco. Nie opodal na gołej ziemi – pod niebem usianym gwiazdami – leżały zbite w gromady kukły bezdomnych mieszkańców dzielnicy. W gorącym powietrzu unosił się swąd dymu z ogniska nędzarzy. Miałem ochotę położyć się gdzieś między nimi i natychmiast zamknąć oczy. Ukryte w głębszym cieniu postacie sztucznych ludzi wyglądały jak powalone strachy na wróble.

Z drugiej strony jezdni potknąłem się na kupie śmieci. Wyplątując buty z uwięzi odpadków, dostrzegłem wśród nich protezy dwóch ludzkich dłoni. Były urwane przy nadgarstkach i trzymały kurczowo brzeg poszarpanej szmaty, w której – gdy padło na nią światło – widząc napis RYŻ, rozpoznałem szczątki worka po fałszywym skarbie. Zaraz poszukałem wzrokiem kołka po$ ścianą, gdzie przed kilkoma godzinami siedział uszczęśliwiony moim darem żebrak. Już go tam nie było, choć istnieć mógł tylko pod tym jednym kołkiem. Widać dopóty śpiewał światu koniec swej niedoli, aż zostały z niego same nogi – wyprostowane na chodniku i zatopione w betonowej płycie. Resztę jego ciała – ciągnąc za ten worek – rozszarpały i rozniosły wilki plastykowej dżungli.

Żałując, że dałem żebrakowi ten wartościowy stos makulatury, położyłem się na noc w ciemnym kącie zawalonej gratami rudery. Ze swego miejsca widziałem przez szparę ognisko otoczone markującymi sen manekinami. Ciekawe – pomyślałem – jakiego rodzaju haniebne znamiona i trwałe więzy mógł widzieć Płowy Jack, kiedy patrzył na mnie lub na inne manekiny wyższego rodzaju, których ja już nie dostrzegałem i dlatego nazywałem je prawdziwymi ludźmi?

Z papierkami w worku czy bez nich, tu czy w innym filmie – każdy w imadle jakiegoś postumentu, pod kołkiem jedynej roli mógł trwać szczęśliwie, dopóki pozostawał na uwięzi swej własnej natury. I może między Płowym Jackiem a nami – rzekomo prawdziwymi ludźmi – była taka sama odległość, jaka dzieliła nas od manekinów. Wszak te ostatnie, patrząc na żywych ludzi – żadnej wyższości w nich nie dostrzegały.

Blask ognia otoczonego zarysami ludzkich postaci przywoływał myśl o hordzie pierwotnej i więzi miedzy istotami jednakowo czującymi. Lecz druga myśl, że tutaj ta więź jest mechanicznie symulowana w celu wywołania określonego efektu scenograficznego, nastrajała szczególnie melancholijnie.

Nagle – zmrożony narastającym uczuciem lęku – przysunąłem zegarek do smugi światła wpadającego przez szparę w ścianie. Była godzina dwudziesta trzecia pięćdziesiąt dziewięć. Zawisłem wzrokiem na strzałce sekundnika, która wykonała jeszcze jeden pełny obrót, odmierzając ostatnią minutę wtorku.

Загрузка...