Drgnęła, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Była sama, tylko ona mogła otworzyć. Jeszcze jeden rzut oka na nagie ciało. Szybko włożyła leżący na podłodze dres i zbiegła na dół. Ulżyło jej, gdy zobaczyła Erikę.
– Cześć, co porabiasz?
– Nic szczególnego. Wejdź. Gdzie dzieci?
– Zostały w domu. Miałam coś do załatwienia i Kristina się nimi zajęła. Pomyślałam, że wpadnę do ciebie, zanim ją zmienię.
– Bardzo słusznie – odparła Anna. Ruszyła do kuchni, żeby zaparzyć kawę. Przed oczami miała fałdki tłuszczu, które przed chwilą widziała w lustrze. Odsunęła od siebie to wspomnienie i wyjęła z lodówki czekoladowe biszkopciki.
– Nie powinnam tego jeść – powiedziała Erika, krzywiąc się. – W ostatni weekend zobaczyłam się w lustrze w bikini i nie zrobiło mi się wesoło.
– E tam, świetnie wyglądasz. – W słowach Anny słychać było ton goryczy. Erika naprawdę nie ma powodu narzekać.
Przygotowała dzbanek soku i zaprowadziła Erikę na mały taras za domem.
– Jakie ładne meble. Nowe? – Erika przesunęła dłonią po pomalowanym na biało drewnie.
– Tak, trafiliśmy na nie u Paulssonów, koło dawnego spożywczaka Evas Livs, wiesz gdzie.
– Tyto potrafisz wypatrzyć coś ładnego – powiedziała lirika. Była pewna, że Annie spodoba się to, z czym przyszła.
– Dziękuję. Nie powiedziałaś mi, gdzie byłaś.
– W dawnym ośrodku kolonijnym. – Erika opowiedziała w skrócie, co się działo.
– Ciekawa historia. Znaleźli krew, ale nie ma zwłok. Przecież musiało się tam coś stać.
– Wszystko na to wskazuje. – Erika sięgnęła po biszkopta. Chciała go przekroić na pół, i nawet chwyciła nóż,.ile w końcu go odłożyła i odgryzła spory kęs.
– Uśmiechnij się szeroko – powiedziała Anna, czując ciepły powiew dzieciństwa.
Erika domyśliła się, co jej chodzi po głowie, i uśmiechnęła się jak najszerzej, pokazując pobrudzone czekoladą zęby
– Patrz teraz. – Wzięła z tacy dwie słomki i włożyła sobie do nosa, robiąc jednocześnie zeza i pokazując w uśmiechu brązowe od czekolady zęby.
Anna nie mogła nie zachichotać. W dzieciństwie uwielbiała wygłupy starszej siostry. Zwłaszcza że zazwyczaj była bardzo poważna. Bardziej jak mama niż jak starsza siostra.
– Założę się, że już nie umiesz pić przez nos.
– Właśnie że umiem – odparła urażona Anna. Wetknęła sobie słomki do dziurek od nosa, pochyliła się, zanurzyła słomki w szklance i pociągnęła. Nabrała do nosa soku i zaczęła na zmianę kaszleć i kichać.
Erika wybuchnęła śmiechem.
– Co wy wyprawiacie?
Na widok Dana zaczęły się zwijać ze śmiechu. Wskazywały jedna na drugą, usiłując coś powiedzieć, ale nie były w stanie wykrztusić słowa.
– Widzę, że nie powinienem wracać do domu niezapowiedziany. – Pokręcił głową i poszedł.
W końcu się uspokoiły. Anna poczuła, jak gula w jej brzuchu mięknie. Stoczyła z Eriką niejedną potyczkę, ale nikt nie potrafił jej rozgryźć tak jak siostra.
– Po tym jak cię zobaczył z tymi słomkami, chyba nie masz co liczyć na wieczorne czułości – zauważyła Erika.
Anna prychnęła.
– To bez różnicy. Wolałabym zmienić temat. Kiedy partner był kiedyś partnerem siostry, gadanie o seksie zalatuje kazirodztwem…
– Boże, sto lat minęło od tego czasu! Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, jak wyglądał nago.
Anna ostentacyjnie zatkała uszy. Erika ze śmiechem pokręciła głową.
– Okej, zmieniam temat, słowo.
Anna opuściła ręce.
– Opowiedz coś jeszcze o Valö. Jaka jest ta córka? Emma? Tak miała na imię?
– Ebba. Mieszka tam z mężem, Mårtenem. Mają zamiar wyremontować dom i otworzyć pensjonat bed i and breakfast.
– Naprawdę myślisz, że wyjdą na swoje? Sezon nie twa zbyt długo.
– Nie mam pojęcia. Zresztą odniosłam wrażenie, te nie chodzi im o zarobek, tylko o coś innego.
– Może im się uda. To miejsce ma potencjał.
– Wiem. I tu przechodzimy do ciebie.
– Do mnie? A co ja mam z tym wspólnego?
– Jeszcze nic, ale możesz mieć. Przyszedł mi do głowy fantastyczny pomysł.
– Skromna jak zawsze – prychnęła Anna, ale zaciekawiła się.
– Właściwie temat wrzucili Ebba i Mårten. Dobrze sobie radzą z remontem, ale potrzebują kogoś, kto im pomoże stylowo urządzić wnętrza. Spełniasz wszystkie wymagania: znasz się na projektowaniu wnętrz, na antykach, a do tego masz dobry gust. Krótko mówiąc, nadajesz się wprost idealnie! – Erika odetchnęła i wypiła łyk soku.
Anna nie wierzyła własnym uszom. Sprawdziłaby, czy potrafi działać w branży jako wolny strzelec. Byłoby to jej pierwsze zlecenie. Poczuła, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu.
– Powiedziałaś im? Myślisz, że chcą kogoś zatrudnić? Stać ich na to? Jak myślisz, w jakim stylu chcą urządzić pensjonat? Przecież to nie muszą być drogie rzeczy. Można by pojeździć po wiejskich aukcjach i znaleźć ładne tanie meble i inne drobiazgi. Wydaje mi się, że pasowałby styl staroświecki, romantyczny. Zresztą wiem, gdzie można znaleźć odpowiednie tkaniny i…
Erika uniosła rękę.
– Halo, spokój! Odpowiedź brzmi: nie, nie mówiłam o tobie. Powiedziałam tylko, że chyba znam kogoś, kto mógłby im pomóc. Nie mam pojęcia, jakim budżetem dysponują. Zadzwoń do nich, dowiedz się. Jeśli będą zainteresowani, możemy popłynąć na wyspę i spotkać się z nimi.
Anna uważnie przyjrzała się siostrze.
– Chodzi ci tylko o pretekst, żebyś mogła tam pomyszkować?
– Może… Ale naprawdę uważam, że to świetny pomysł, żebyście się spotkali. Wierzę, że poradziłabyś sobie fantastycznie.
– Właśnie myślałam o tym, żeby otworzyć jakąś własną działalność.
– No to już! Dam ci numer, zadzwoń od razu.
Anna poczuła, że coś się w niej budzi. Entuzjazm. To najlepsze określenie. Po raz pierwszy od bardzo dawna obudził się w niej entuzjazm.
– Okej, dawaj, zanim się rozmyślę – powiedziała, sięgając po komórkę.
Nie przestawał się gryźć porannym wywiadem. Okropnie go męczyło, że cały czas musi uważać, co mówi, że nie może nazywać rzeczy po imieniu. Ten dziennikarz to idiota. Jak większość zresztą. Nie chcą widzieć rzeczy oczywistych, przez co na nim spoczywa jeszcze większa odpowiedzialność.
– Myślisz, że to zaszkodzi partii? – John obracał w dłoni kieliszek wina.
Żona wzruszyła ramionami.
– Nic się nie stało. Przecież to nie jest gazeta o zasięgu ogólnokrajowym. – Założyła włosy za uszy i włożyła okulary, żeby przeczytać leżącą przed nią stertę dokumentów.
– Niewiele trzeba, żeby nagłośnić taki wywiad. Śledzą każdy nasz ruch, nie odpuszczają nawet na chwilę. Tylko czekają, żeby zaatakować.
Liv spojrzała na niego znad okularów.
– Tylko mi nie mów, że jesteś zaskoczony. Przecież wiesz, kto w tym kraju rządzi mediami.
John skinął głową.
– Nie przekonuj przekonanego.
– Zobaczysz. W następnych wyborach będzie inaczej. Ludziom otworzą się oczy, zobaczą, jak wygląda to państwo. – Ze zwycięskim uśmiechem wróciła do przeglądania papierów.
– Chciałbym mieć twoją wiarę w ludzkość. Czasem się zastanawiam, czy ludzie kiedykolwiek zrozumieją. Czy Szwedzi tak się rozleniwili i zgłupieli, tak się wymieszali i zdegenerowali, że już nie widzą, jak to robactwo się pleni? Czy krew w ich żyłach jest już tak zanieczyszczona, że nie warto się dla nich starać?
Liv podniosła głowę. Spojrzała na męża płomiennym wzrokiem.
– Posłuchaj. Odkąd się poznaliśmy, zawsze miałeś przed sobą jasny cel. Wiedziałeś, co zrobić, do czego jesteś przeznaczony. Jeśli nie będą słuchać, będziesz mówił głośniej. Jeśli będą wątpić – użyjesz skuteczniejszych argumentów. Nareszcie zasiadamy w Riksdagu. I stało się to dzięki społeczeństwu, w które ty teraz wątpisz. Jakie to ma znaczenie, że jakiś pismak podważa nasze wyliczenia dotyczące budżetu? Skoro wiemy, że mamy rację? Tylko to się liczy.
John patrzył na nią z uśmiechem.
– Mówisz tak samo jak wtedy, kiedy cię poznałem w młodzieżówce. Ale muszę powiedzieć, że ładniej ci z włosami niż bez. – Podszedł i pocałował ją w czoło.
Poza krewkim temperamentem i agitatorską retoryką w jego żonie, opanowanej i zawsze ładnie ubranej, nie było nic z dawnej skinheadki w militarnych ciuchach, w której się kiedyś zakochał. Ale dziś kochał ją jeszcze mocniej.
– To tylko artykuł w lokalnej gazetce. – Uścisnęła dłoń, którą położył na jej ramieniu.
– Pewnie masz rację – odparł, ale niepokój go nie opuszczał. Musi zdążyć przeprowadzić to, co zaplanował. Robactwo trzeba wyplenić, to jego zadanie. Chociaż wolałby mieć więcej czasu.
Kafelki rozkosznie chłodziły czoło. Ebba zamknęła oczy i napawała się chłodem.
– Nie kładziesz się jeszcze?
Słyszała dochodzący z sypialni głos Mårtena, ale nie odpowiedziała. Wcale jej się nie chciało spać. Kładąc się obok męża, za każdym razem miała wrażenie, że zdradza Vincenta. Przez pierwszy miesiąc nie była w stanie przebywać w tym samym domu co on. Nawet na niego patrzeć. Na widok własnego odbicia w lustrze odwracała wzrok. Nie opuszczało jej poczucie winy.
Rodzice nie odstępowali jej na krok, zajmowali się nią jak niemowlęciem. Mówili do niej, apelowali i przekonywali, że ona i Mårten potrzebują siebie nawzajem. W końcu uwierzyła, a może się poddała, bo tak było łatwiej.
Powoli, niechętnie, zaczęła się do niego zbliżać. Wróciła do domu. Pierwsze tygodnie przeżyli w milczeniu. Bali się, że mogą powiedzieć coś, czego już nie będą mogli cofnąć. Potem zaczęli rozmawiać o zwykłych sprawach.
– Podaj masło.
– Zrobiłaś pranie?
Obojętne, nieszkodliwe zdania, nieprowokujące do oskarżeń. Z czasem zaczęli rozmawiać więcej, więcej było bezpiecznych tematów. Zaczęli rozmawiać o Valö. Mårten pierwszy zaproponował przeprowadzkę na wyspę, a ona dostrzegła w tym okazję, żeby zostawić za sobą wszystko, co przypominało ich dawne życie. Może nie idealne, ale szczęśliwe.
Siedząc w tej łazience, opierając czoło o kafelki, zaczęła wątpić, czy dobrze zrobili. Dom, w którym przez całe swoje krótkie życie mieszkał Vincent, został sprzedany. Dom, w którym zmieniali mu pieluszki, w którym go nosili całymi nocami, w którym nauczył się raczkować, a potem chodzić i mówić. Tamten dom już nie należał do nich. Zastanawiała się, czy była to świadoma decyzja, czy ucieczka.
Teraz są tu. W domu, w którym może nie są bezpieczni, w którym zerwano podłogę w jadalni, bo zapewne zginęła w nim cała jej rodzina. Poruszyło ją to bardziej, niż była gotowa przyznać. Dawniej nie zastanawiała się nad swoim pochodzeniem. Nagle się okazało, że nie da się uciec od przeszłości. Na widok dziwnej wielkiej plamy pod podłogą w jednej strasznej chwili zobaczyła jasno, że to nie zagadka, tylko rzeczywistość, że jej rodzice prawdopodobnie ponieśli śmierć właśnie w tym miejscu. O dziwo, wydawało się to bardziej realne niż to, że ktoś podpalił dom, w którym spali z Mårtenem. Nie wiedziała, jak się do tego odnieść ani jak z tym żyć, ale nie mieli się gdzie podziać.
– Ebba?
Domyśliła się, że jeśli nie odpowie, Mårten wstanie i zacznie jej szukać. Uniosła głowę i krzyknęła:
– Już idę!
Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i starannie szorowała zęby. Tym razem nie uciekała wzrokiem. Zobaczyła kobietę o martwym spojrzeniu, matkę bez dziecka. Wypłukała usta i wytarła ręcznikiem.
– Ale długo to trwało! – Mårten trzymał otwartą książkę. Zauważyła, że na tej samej stronie co poprzedniego wieczoru.
Nie odpowiedziała. Uniosła kołdrę i wsunęła się do łóżka. Mårten odłożył książkę na nocny stolik i zgasił światło. Dzięki roletom, które założyli, kiedy się wprowadzili, w pokoju panowała nieprzenikniona ciemność, choć na dworze nigdy tak ciemno nie było.
Leżała bez ruchu, patrzyła w sufit. Czuła, jak ręka Mårtena szuka jej ręki, ale udawała, że tego nie zauważa. Inaczej niż zwykle, nie cofnął dłoni. Powędrowała do jej uda, potem pod T-shirt, głaskała jej brzuch. Gdy przesunęła się w górę i dotknęła piersi, które kiedyś karmiły Vincenta, sutka, który ssał tak chciwie, zrobiło jej się niedobrze.
Poczuła w ustach smak żółci. Wyskoczyła z łóżka i pobiegła do łazienki. Ledwo zdążyła podnieść klapę Od sedesu. Zwymiotowała i bez sił opadła na podłogę. Usłyszała płacz Mårtena.
Fjällbacka 1925
Dagmar spojrzała na leżącą na ziemi gazetę. Laura ciągnęła ją za rękaw, powtarzając swoje „mamo, mamo”, ale ona nie zwracała na nią uwagi. Miała dość jęczenia córki i powtarzanego bez przerwy „mamo”. Doprowadzało ją to do szału. Schyliła się po gazetę. Było późne popołudnie. Wzrok miała już zmącony, ale tytuł nie pozostawiał wątpliwości. Czarno na białym: „Göring, niemiecki lotnik bohater, wraca do Szwecji”.
– Mamo, mamo! – Laura szarpała coraz mocniej. Dagmar wyprostowała rękę tak gwałtownie, że dziewczynka spadła z ławki i zaczęła płakać.
– Cicho bądź! – warknęła Dagmar. Nie znosiła tego udawanego płaczu bez powodu. Przecież miała dach nad głową i co na grzbiet włożyć, nie głodowała, nawet jeśli bywało ciężko.
Wróciła do artykułu. Sylabizując, doczytała do końca. Serce waliło jej w piersi. Wrócił, jest w Szwecji, na pewno po nią przyjedzie. Nagle jej uwagę przykuła linijka na samym dole: „Göring przeprowadza się do Szwecji wraz ze swoją szwedzką żoną Carin”. Aż jej zaschło w ustach. Ożenił się z inną. Zdradził ją! Ogarnęła ją wściekłość. I jeszcze ten przeraźliwy wrzask Laury. Przechodnie się za nimi oglądali.
– Powiedziałam: cicho! – Wymierzyła córce siarczysty policzek, aż ją dłoń zapiekła.
Dziewczynka umilkła. Dotknęła czerwonego policzka i wytrzeszczyła na matkę oczy, a potem zaczęła płakać jeszcze głośniej. Dagmar poczuła, jak ją ogarnia rozpacz. Rzuciła się na gazetę. Carin Göring. Powtarzała w myślach to nazwisko. Nie napisali, od jak dawna są małżeństwem, ale skoro jest Szwedką, pewnie poznali się w Szwecji. Musiała użyć jakiegoś podstępu, żeby się z nią ożenił. To na pewno jej wina, że po nią nie wrócił, że nie jest z nią i ze swoją córką, ze swoją rodziną.
Pokiwała głową, zgniotła gazetę i sięgnęła po stojącą na ławce butelkę. Została nędzna resztka. Zdziwiło ją to, bo jeszcze rano butelka była pełna. Bez zastanowienia wypiła wszystko. Poczuła w gardle rozkoszne pieczenie cudownego napoju.
Córka przestała ryczeć. Siedziała na ziemi, chlipiąc i obejmując kolana. Pewnie jak zwykle użala się nad sobą. Cwaniara, choć ma zaledwie pięć lat. Ale Dagmar już wiedziała, co robić. Wszystko da się naprawić. Hermann jeszcze będzie z nimi, zrobi z Laurą porządek. Dzieciak potrzebuje twardej ojcowskiej ręki. Niech nią pokieruje, bo ona nie da sobie rady, choć nie żałuje razów.
Siedziała na parkowej ławce i uśmiechała się do siebie. Już wie, co jest przyczyną zła. Teraz wszystko będzie dobrze. I z nią, i z Laurą.
Erika zobaczyła, że Gösta zajeżdża pod dom, i odetchnęła z ulgą. Bała się, że Patrik spotkał go w drodze do pracy.
Otworzyła, zanim zdążył nacisnąć dzwonek. Dzieci robiły straszny hałas, musiał odnieść wrażenie, jakby wszedł w ścianę.
– Przepraszam za ten hałas. Pewnie wkrótce będziemy mieć interwencję wydziału ochrony środowiska. – Odwróciła się, żeby zwrócić uwagę Noelowi, który właśnie gonił płaczącego Antona.
– Bez obaw. Jestem przyzwyczajony. Mellberg ciągle się drze – powiedział Gösta, kucając. – Cześć, maluchy. Ale z was psotnicy.
Anton i Noel stanęli i zawstydzili się, ale Maja odważnie wystąpiła naprzód.
– Cześć, stary dziadku. Mam na imię Maja.
– Maju! Tak się nie mówi. – Erika spojrzała surowo na córeczkę.
– Nic nie szkodzi. – Gösta się roześmiał i wstał. – Od dziecka i wariata człowiek zawsze dowie się prawdy. A ja rzeczywiście jestem starym dziadkiem. Prawda, Maju?
Maja kiwnęła główką, spojrzała z triumfem na mamę i poszła. Bliźniacy nadal nie mieli odwagi podejść bliżej. Nie spuszczając z Gösty wzroku, wycofali się do salonu.
– Chłopcy nie dają się tak łatwo zbałamucić – zauważył, idąc za Eriką do kuchni.
– Anton zawsze był nieśmiały. Noel zwykle jest rezolutny, ale ostatnio wszedł w okres, gdy każdy obcy wydaje się paskudny.
– Wcale nie głupie nastawienie. – Gösta usiadł na kuchennym krześle i rozejrzał się z niepokojem. – Jesteś pewna, że Patrik nie wróci?
– Pojechał do pracy pół godziny temu, powinien już być w komisariacie.
– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. – Wodził palcem po obrusie.
– Zapewniam cię, że znakomity – przekonywała Erika. – Nie ma powodu włączać Patrika. Jeszcze za wcześnie. Nie jest zachwycony, kiedy wam pomagam.
– Nie bez powodu. Kilka razy nieźle namieszałaś.
– Ale zawsze dobrze się kończyło.
Nie zamierzała się poddać. Uważała, że pomysł, który wczoraj przyszedł jej do głowy, jest wręcz genialny. Wymknęła się, żeby zadzwonić do Gösty. Zgodził się przyjechać, choć musiała go długo przekonywać, żeby im nie mówił Patrikowi.
– Coś nas łączy – powiedziała, siadając przed nim. -I tobie, i mnie bardzo zależy, żeby się dowiedzieć, co się stało na Valö w tamtą Wielką Sobotę.
– Tak, ale teraz pracuje nad tym policja.
– I bardzo dobrze, ale sam wiesz, jak bardzo was ograniczają rozmaite przepisy i regulaminy, podczas gdy ja mam swobodę działania.
Gösta nie wyglądał na przekonanego.
Pewnie tak, ale jeśli Patrik się dowie, nie będzie miał dla mnie litości. Nie wiem, czy chcę…
– Właśnie dlatego nie może się dowiedzieć – przerwała mu Erika. – Pokażesz mi w tajemnicy materiały z dochodzenia, a ja jak najszybciej przekażę ci wszystko, czego się dowiem. Przedstawisz to Patrikowi i zostaniesz bohaterem, a ja wykorzystam to w książce. Skorzystają wszyscy, Patrik też. Przecież chce rozwikłać zagadkę i złapać podpalacza. Nie będzie o nic pytał, przyjmie wszystko, co mu podsuniemy pod nos. W dodatku macie problemy kadrowe, Martin jest chory, a Paula ma urlop, prawda? Przyda się ktoś do pomocy, nie?
– Może i racja. – Rozchmurzył się.
Erika domyślała się, że musiała mu się spodobać perspektywa zostania bohaterem.
– Ale naprawdę myślisz, że Patrik niczego nie wywącha?
– Skąd! Wie, że ta sprawa cię bardzo interesuje, wici na pewno nie nabierze podejrzeń.
Zerwała się i pobiegła do salonu, w którym nagle zrobiło się zamieszanie. Kilka razy upomniała Noela, żeby zostawił w spokoju brata, szybko włączyła film o Pippi i zaprowadziwszy spokój, wróciła do kuchni.
– No to od czego zaczynamy? Wiadomo już coś o tej krwi?
Gösta potrząsnął głową.
– Jeszcze nie, ale Torbjörn z ekipą dalej pracują na wyspie, może coś znajdą. Spodziewa się, że dzisiaj się dowie, czy to ludzka krew. Co do pożaru… na razie dysponujemy tylko wstępnym raportem. Patrik dostał go wczoraj, zanim wyszedłem z pracy.
– Zaczęliście już przesłuchiwać ludzi? – Z podniecenia nie mogła usiedzieć spokojnie. Postanowiła, że się nie podda. Musi się przyczynić do rozwiązania tej zagadki. Powstanie fantastycznej książki byłoby dodatkową premią.
– Wczoraj ustaliłem kolejność przesłuchań. Zabrałem się również do zbierania danych kontaktowych. Po tylu latach jest to dość skomplikowane. Po pierwsze trudno ich znaleźć, po drugie może się okazać, że ludzie niewiele pamiętają. Zobaczymy, co to da.
– Sądzisz, że chłopcy byli w to w jakiś sposób zamieszani? – spytała.
Domyślił się, o jakich chłopców jej chodzi.
– Pewnie, że się nad tym zastanawiałem, ale sam nie wiem. Przesłuchiwaliśmy ich wielokrotnie. Zawsze zeznawali zgodnie. Poza tym nie znaleźliśmy śladów świadczących…
– A czy w ogóle znaleźliście jakieś ślady? – przerwała Erika.
– Nie, w zasadzie żadnych punktów zaczepienia. Po tym, jak razem z Henrym znaleźliśmy Ebbę samą w domu, zeszliśmy na pomost. Tam spotkaliśmy tych chłopaków. Właśnie przypłynęli motorówką. Rzeczywiście wyglądało na to, że łowili ryby.
– Sprawdziliście łódkę? Nie można wykluczyć, że wrzucili ciała do morza.
– Została dokładnie sprawdzona. Nie znaleziono śladów krwi ani nic, co by wskazywało na to, że przewozili w niej pięć trupów. Zastanawiam się, czy w ogóle daliby radę zanieść zwłoki do łódki. Wszyscy byli raczej drobni i szczupli. Zresztą morze prędzej czy później wyrzuca zwłoki. O ile nie zostały porządnie obciążone, ktoś powinien je znaleźć. Musieliby mieć solidne obciążenie, a czegoś takiego nie znajduje się tak na zawołanie.
– Pozostałych uczniów też przesłuchaliście?
– Tak, ale niektórzy rodzice się nie zgodzili. Takie lepsze towarzystwo, co nie może sobie pozwolić na skandal.
– Dowiedzieliście się czegoś ciekawego?
Gösta parsknął.
– Gdzie tam. Same komunały, że to straszne, ale w szkole wszystko było świetnie. Rune świetny, nauczyciele świetni, żadnych konfliktów, żadnych awantur. Uczniowie najczęściej powtarzali słowa rodziców.
– A co z nauczycielami?
– Oczywiście obu przesłuchaliśmy. Z początku nawet podejrzewaliśmy jednego z nich. Nazywał się Ove Linder. Okazało się, że jednak miał alibi. – Gösta umilkł na chwilę. – Nie udało nam się wytypować podejrzanego. Przecież nawet nie mogliśmy udowodnić, że doszło do zbrodni. Ale…
Erika oparła się o stół i pochyliła.
– Ale co?
– Sam nie wiem. Twój mąż często się powołuje na przeczucie i nawet sobie z niego żartujemy, ale muszę przyznać, że już wtedy miałem przeczucie, że ta sprawa ma drugie dno. Bardzo się staraliśmy, ale i tak utknęliśmy w miejscu.
– Więc trzeba spróbować jeszcze raz. Od 1974 roku wiele się zmieniło.
– Z mojego doświadczenia wynika, że wiele rzeczy zostaje po staremu. Ci tak zwani lepsi ludzie umieją o siebie zadbać.
– Spróbujemy – cierpliwie powtórzyła Erika. – Daj mi listę nazwisk uczniów i nauczycieli, podzielimy się pracą.
– Tylko żeby…
– Wiem, Patrik się nie dowie. Powiem ci wszystko, co wiem. Tak się umówiliśmy, prawda?
– Tak.
Gösta wyglądał na wyraźnie strapionego.
– Wczoraj byłam na wyspie, chciałam pogadać z Ebbą i jej mężem.
Gösta szeroko otworzył oczy.
– Jak ona się czuje? Bardzo się niepokoi? Jak…
Erika się roześmiała.
– Spokojnie, nie wszystko naraz. – Spoważniała. – Powiedziałabym, że jest przygaszona, choć opanowana. Twierdzą, że nie wiedzą, kto mógł podłożyć ogień, ale nie potrafię ocenić, czy mówią prawdę.
– Uważam, że powinni wyjechać. – Wzrok mu pociemniał z niepokoju. – W każdym razie dopóki tego nie wyjaśnimy. Tam nie jest bezpiecznie. Mieli szczęście, że nie zginęli.
– Nie wyglądają na takich, co się szybko poddają.
– Zgadza się, uparciuch z niej – zauważył Gösta z wyraźną dumą.
Erika spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, jak bardzo sama się wczuwa w losy postaci, o których pisze, i przypuszczała, że to samo dotyczy policjantów. W pracy mają do czynienia z tyloma ludzkimi losami.
– Zastanowiła mnie tam jedna rzecz…
– Tak? – odezwał się Gösta.
Nagle rozległ się wrzask. Erika zerwała się i pobiegła do salonu sprawdzić, kto się potłukł. Minęło kilka minut, zanim mogła wrócić do rozmowy.
– O czym mówiliśmy? Właśnie, zdziwiło mnie, że Ebba nie ma nic po rodzinie. Coś przecież powinno zostać. Tam był nie tylko internat, ale również ich dom. Musiały zostać jakieś rzeczy osobiste. Wyobrażałam sobie, że Ebba je dostała, ale ona nie ma pojęcia, co się z nimi stało.
– Masz rację. – Gösta przeciągnął dłonią po podbródku. – Muszę sprawdzić, czy gdzieś to odnotowano. Zupełnie nie pamiętam.
– Pomyślałam, że warto by przejrzeć ich rzeczy. Może da się z nich wyczytać coś nowego.
– Niezły pomysł. Zobaczę, co mi się uda znaleźć. – Spojrzał na zegarek i zerwał się z krzesła. – Rany boskie, która to godzina! Hedstróm musi się zastanawiać, gdzie się podziewam.
Erika położyła mu rękę na ramieniu.
– Na pewno wymyślisz dobre wytłumaczenie. Powiedz, że zaspałeś albo coś w tym rodzaju. Na pewno nie będzie nic podejrzewać, zapewniam cię.
– Łatwo ci mówić – powiedział Gösta, wkładając buty.
– Nie zapomnij, jak się umówiliśmy. Potrzebuję namiarów na osoby zamieszane w tę sprawę. I sprawdź, co się stało z rzeczami Elvanderów.
Uściskała go. Gösta niezgrabnie odwzajemnił uścisk.
– Dobra, dobra, puść mnie. Postaram się to zrobić jak najprędzej.
– Jesteś prawdziwą opoką – powiedziała Erika, puszczając do niego oko.
– E tam. Idź już do swoich maluchów. Odezwę się, jak będę coś miał.
Erika zamknęła za nim drzwi i poszła do dzieci. Siedząc na kanapie, z roztargnieniem śledziła przygody Pippi. Cała trójka walczyła o najlepsze miejsce na jej kolanach.
W komisariacie było cicho i spokojnie. Tym razem Mellberg przysiadł w pokoju socjalnym, nie w swoim gabinecie. Ernst, który nie oddalał się od swego pana dalej niż na metr, ułożył się pod stołem, w nadziei, że prędzej czy później przyjdzie pora na kawę i coś słodkiego.
– Co za cholerny głupek! – Mellberg wskazał na leżącą przed nim gazetę. – „Bohusläningen” dała na pierwszą stronę wywiad z Johnem Holmem.
– Zupełnie nie rozumiem, jak ludzie mogą chcieć, żeby taki typ reprezentował ich w Riksdagu. To niestety słaba strona demokracji. – Patrik usiadł naprzeciwko Mellberga. – Nawiasem mówiąc, trzeba go przesłuchać. Jest jednym z tych chłopaków, którzy byli wtedy na Valö.
– W takim razie lepiej się pospieszmy. Tu piszą, że zostaje tylko do końca tygodnia, potem wraca do Sztokholmu.
– Tak, czytałem. Pomyślałem, że zabiorę Göstę i porozmawiamy z nim jeszcze przed południem. – Odwrócił się i wyjrzał na korytarz. – Nie mam pojęcia, gdzie on się podziewa. Anniko, Gösta się odzywał?
– Nie. Może zaspał?! – odkrzyknęła z recepcji Annika.
– W takim razie ja z tobą pójdę – powiedział Mellberg, składając gazetę.
– Nie trzeba. Poczekam na Göstę, powinien się zjawić lada moment. Na pewno masz na głowie ważniejsze sprawy – powiedział przestraszony Patrik. Obecność Mellberga podczas przesłuchania musiałaby doprowadzić do katastrofy.
– Głupstwa! Lepiej, żebym ci towarzyszył, kiedy będziesz rozmawiał z tym idiotą. – Wstał i spojrzał stanowczo na Patrika. – To jak? Jedziemy?
Pstrykał palcami. Patrik gorączkowo próbował wymyślić coś, co by im pokrzyżowało plany.
– Może powinniśmy się zapowiedzieć telefonicznie?
Mellberg parsknął.
– Takiego faceta trzeba zaatakować… jak to się mówi – znów pstryknął palcami – en garde [11].
– Off-guard – poprawił go Patrik. – Mówi się off-guard [12].
Kilka minut później siedzieli w samochodzie. Jechali do Fjällbacki. Mellberg pogwizdywał. Chciał prowadzić, ale Patrik doszedł do wniosku, że wszystko ma granice.
– Oni są strasznie ograniczeni w swoim rozumowaniu. Mali ludzie, którzy nie akceptują naturalnych różnic kulturowych. – Na potwierdzenie własnych słów Mellberg pokiwał głową.
Patrika aż świerzbił język. Miał ochotę mu przypomnieć, że kiedyś był tak samo ograniczony. Niektóre jego rzucane gdzie popadnie uwagi z pewnością znalazłyby posłuch wśród Przyjaciół Szwecji. Na jego obronę przemawiał jednak fakt, że z chwilą gdy zakochał się w Ricie, pozbył się uprzedzeń.
– To chyba ta szopa na łodzie, co? – Patrik zajechał na wysypany żwirem placyk przed jedną z wielu szop przy Hamngatan. Postanowili sprawdzić: może Holm jest tutaj, a nie w domu w Mörhult.
– Zdaje się, że ktoś siedzi na pomoście. – Mellberg wyciągnął szyję ponad płotem.
Gdy podchodzili do furtki, żwir chrzęścił im pod hutami. Patrik się zawahał: pukać, nie pukać… w końcu pomyślał, że to głupie. Pchnął furtkę.
John Holm. Od razu go poznał. Fotoreporter „Bohusläningen” znakomicie uchwycił jego aż nadto typową szwedzkość. W dodatku oddał grozę, jaką budził ten szeroko uśmiechnięty mężczyzna.
– Dzień dobry, jesteśmy z komisariatu policji w Tanum – powiedział Patrik. Przedstawił siebie i Mellberga.
– Słucham? – Patrik od razu zauważył czujność w jego spojrzeniu. – Czy coś się stało?
– Zależy, jak na to spojrzeć. Chodzi o coś, co się stało dawno temu i do czego niestety musimy wrócić.
– Valö – powiedział Holm. Z jego oczu już nic nie dało się wyczytać.
– Zgadza się – powiedział Mellberg ostro. – Chodzi o Valö.
Patrik odetchnął. Usiłował zachować spokój.
– Moglibyśmy usiąść? – spytał.
Holm skinął głową.
– Oczywiście, proszę. Tu jest dużo słońca, ja to lubię, ale jeśli wam za gorąco, mogę otworzyć parasol.
– Dziękuję. Jest dobrze. – Patrik powstrzymał go gestem. Chciał to mieć za sobą, zanim Mellberg zdąży narozrabiać.
– Widzę, że czyta pan „Bohusläningen”. – Mellberg machnął ręką w stronę leżącej na stoliku otwartej gazety.
Holm wzruszył ramionami.
– Zawsze człowiekowi przykro, kiedy ma do czynienia z kiepskim dziennikarstwem. Moje wypowiedzi zostały zniekształcone, zresztą cały artykuł jest pełen pomówień.
Mellberg musiał poluzować kołnierzyk. Już zdążył poczerwienieć na twarzy.
– Moim zdaniem jest dobrze napisany.
– Gazeta w oczywisty sposób staje po jednej stronie, ale trudno. Skoro już mamy się w to bawić, musimy się pogodzić z tym, że będziemy celem takich napaści.
– On podaje w wątpliwość tylko te kwestie, które sami wyciągnęliście na światło dzienne. Na przykład te bzdury, że imigranci, którzy popełnią przestępstwo w Szwecji, powinni być wydalani, choćby mieli prawo stałego pobytu. Niby jak miałoby to wyglądać? Człowiek mieszka w Szwecji od wielu lat, zapuścił tu korzenie, i miałby zostać odesłany do kraju pochodzenia tylko dlatego, że rąbnął komuś rower? – Mellberg mówił coraz głośniej. Pluł śliną na wszystkie strony.
Patrik siedział jak skamieniały. Czuł się jak świadek mającego za chwilę nastąpić wypadku samochodowego. Całkowicie zgadzał się z Mellbergiem, ale to nie był dobry moment na dyskusję o polityce.
Holm był niewzruszony.
– To jest kwestia, którą nasi przeciwnicy wolą interpretować całkowicie opacznie. Mógłbym to wyjaśnić ze szczegółami, ale domyślam się, że nie po to przyszliście.
– Rzeczywiście. Jak już mówiłem, chcemy wrócić do tego, co się stało na Valö w 1974 roku, prawda, Bertilu? – powiedział szybko Patrik. Wbił wzrok w Mellberga. Mellberg po chwili niechętnie przytaknął.
– Krążą pogłoski, że znów coś się stało – powiedział Holm. – Znaleźliście ich?
– Niezupełnie – odparł wymijająco Patrik. – Ktoś chciał spalić dom. Gdyby mu się udało, prawdopodobnie zginęliby ich córka i jej mąż.
Holm wyprostował się na krześle.
– Córka?
– Tak, Ebba Elvander. A raczej Ebba Stark, bo tak się teraz nazywa. Zamieszkali na wyspie i zamierzają wyremontować dom.
– Przyda się. Słyszałem, że jest mocno zniszczony. Odszukał wyspę wzrokiem. Rozciągała się naprzeciwko, po drugiej stronie lśniącej zatoki.
– Dawno pan tam nie był, prawda?
– Odkąd zamknęli szkołę.
– Dlaczego?
Holm rozłożył ręce.
– Pewnie dlatego, że nie miałem tam nic do roboty.
– Jak pan sądzi, co się z nimi stało?
– Mogę tylko zgadywać, jak wszyscy, ale naprawdę nie mam pojęcia.
– Jest pan zorientowany trochę lepiej niż inni – zauważył Patrik. – Przecież mieszkał pan z nimi i był tam, kiedy zniknęli.
– Niezupełnie. Popłynęliśmy z kolegami na ryby. Byliśmy w szoku, gdy po powrocie spotkaliśmy na pomoście dwóch policjantów. Leon nawet się rozzłościł. Myślał, że Ebbę zabierają jacyś obcy.
– Więc nie ma pan żadnego pomysłu? Przez te wszystkie lata musiał się pan chyba nad tym zastanawiać. – W głosie Mellberga słychać było powątpiewanie.
Holm, nie zwracając uwagi na Mellberga, zwrócił się do Patrika:
– Uściślijmy: nie mieszkaliśmy z nimi. Chodziliśmy tam do szkoły, ale między nami a rodziną Elvanderów była wyraźna granica. Nie zostaliśmy na przykład zaproszeni na wielkanocny obiad. Rune Elvander bardzo dbał o to, żeby nas trzymać na dystans, a szkołą kierował jak koszarami. Nie bez powodu zresztą nasi rodzice zachwycali się nim tak samo mocno, jak myśmy go nienawidzili.
– Czy uczniowie trzymali ze sobą? Były jakieś konflikty?
– Zdarzały się awantury. Dziwne, żeby było inaczej. W końcu w szkole uczyli się sami nastoletni chłopcy. Ale nigdy nic poważnego.
– A nauczyciele? Co sądzili o dyrektorze?
– Mięczaki. Bali się go tak bardzo, że chyba nie mieli odwagi go oceniać. W każdym razie do nas nic nie docierało.
– Dzieci Elvandera były mniej więcej w waszym wieku. Kolegowaliście się z nimi?
– Elvander by do tego nie dopuścił. Mieliśmy do czynienia z jego najstarszym synem, który w pewnym sensie pomagał ojcu w szkole. Straszny skurwysyn.
– Ma pan bardzo jednoznaczną opinię o niektórych członkach rodziny Elvanderów.
– Nie znosiłem ich, jak wszyscy koledzy. Ale nie na tyle, żeby ich zamordować, jeśli tak sądziliście. Myślę, że brak zaufania do zwierzchników to w tym wieku rzecz naturalna.
– A pozostałe dzieci?
– Trzymały się z boku. Chyba ze strachu. Podobnie jak Inez, żona Elvandera. Sama sprzątała, prała i gotowała. Pomagała jej trochę córka dyrektora, Annelie. Ale, jak niż wspomniałem, nie wolno nam było się z nimi zadawać. Może nawet było to uzasadnione. Wśród uczniów było wielu prawdziwych łobuzów, od dzieciństwa rozpuszczonych i zepsutych. Przypuszczam, że właśnie dlatego trafili na Valö. Rodzice w ostatniej chwili zdali sobie sprawę, że hodowali nierobów, więc wysłali ich do szkoły Elvandera, który miał to zmienić.
– Pańscy rodzice też chyba nie należeli do biednych.
– Mieli pieniądze – potwierdził Holm. Z naciskiem na mieli. Zacisnął usta na znak, że nie zamierza o tym rozmawiać.
Patrik dał spokój, ale postanowił, że sprawdzi jego rodzinę.
– Jak jej się powodzi? – spytał nagle Holm.
Patrik dopiero po chwili się zorientował, kogo ma na myśli.
– Ebbie? Chyba dobrze. Jak mówiłem, ma zamiar wyremontować dom.
Holm znów spojrzał w stronę Valö. Patrikowi zrobiło się żal, że nie potrafi czytać w cudzych myślach. Był ciekaw, co mu chodzi po głowie.
– Dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas – powiedział, wstając. Tym razem więcej nie osiągną. Ale teraz był jeszcze bardziej ciekaw, jak się żyło w internacie na Valö.
– Tak jest, bardzo dziękujemy. Domyślam się, że musi pan być bardzo zajęty – powiedział Mellberg. – Nawiasem mówiąc, mam dla pana pozdrowienia od mojej partnerki. Pochodzi z Chile. Przyjechała do Szwecji w latach siedemdziesiątych.
Patrik pociągnął go do furtki. Zamykając ją za nimi, Holm uśmiechał się sztucznie.
Gösta próbował niepostrzeżenie wejść do komisariatu. Bez powodzenia.
– Zaspałeś? To do ciebie niepodobne – powiedziała Annika.
– Budzik nie zadzwonił – odparł, nie patrząc jej w oczy. Annika potrafiła przejrzeć człowieka na wylot. Zresztą nie lubił jej okłamywać. – Gdzie wszyscy?
W korytarzu panowała kompletna cisza. Wyglądało na to, że jest tylko Annika. Poza Ernstem oczywiście, który przydreptał, kiedy usłyszał jego głos.
– Patrik i Mellberg pojechali porozmawiać z Johnem Holmem, a my z Ernstem strzeżemy pozycji, prawda, staruszku? – powiedziała, drapiąc psisko za uszami. – Patrik pytał o ciebie, więc lepiej poćwicz tę historyjkę z budzikiem.
Podniosła wzrok, przyjrzała mu się.
– Powiedz, co spsociłeś. Może będę ci mogła pomóc, żebyś nie został zdemaskowany.
– Jasna cholera – mruknął Gösta. Już wiedział, że wygrała. – Pogadajmy przy kawie.
Ruszył do pokoju socjalnego, Annika za nim.
– No? – powiedziała, gdy już usiedli.
Gösta niechętnie opowiedział o umowie z Eriką. A unika roześmiała się głośno.
– Ale sobie narobiłeś! Przecież wiesz, jaka jest Erika. Daj jej palec, a chwyci całą rękę. Patrik oszaleje, jak się dowie.
– Wiem. – Gösta aż się skręcał. Miała rację, ale z drugiej strony ta sprawa była dla niego taka ważna. I doskonale wiedział dlaczego. Robił to dla niej, dla dziewuszki, którą kiedyś oboje z Maj-Britt zawiedli.
Annika przestała się śmiać i spojrzała na niego z powagą.
– Widzę, że to dla ciebie ważne.
– Tak jest. A Erika może mi pomóc. Jest skuteczna. Wiem, że Patrikowi by się nie podobało, że ją wciągam, ale wyszukiwanie faktów z przeszłości to jej praca. I ta |ej umiejętność bardzo nam się przyda.
Annika chwilę milczała.
– Okej. Nie powiem Patrikowi, ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Na bieżąco będziesz mnie informował, co ustaliliście. Wtedy będę mogła wam pomagać. Też jestem niezła w dokumentowaniu.
Gösta spojrzał na nią ze zdumieniem. Tego się nie spodziewał.
– Umowa stoi. Ale jeśli Patrik nas przyłapie, będzie dym.
– Nie ma się co martwić na zapas. No więc… do czego doszliście? Co mogę zrobić?
Göście kamień spadł z serca. Powtórzył Annice to, o czym rano rozmawiali z Eriką.
– Musimy znaleźć namiary na wszystkich dawnych uczniów i nauczycieli. Mam jeszcze starą listę. Niewiele danych jest aktualnych, ale większość osób dzięki niej znajdziemy. Niektórzy nosili dość niepospolite nazwiska. Może pod starym adresem ktoś będzie wiedział, co się z nimi stało.
Annika spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
– A co z PESEL-ami? Nie ma ich na liście?
Wpatrywał się w nią jak sroka w gnat. Chyba zgłupiał. Poczuł się jak ostatni idiota. Nie wiedział, co powiedzieć.
– Czy twoja mina oznacza, że są? Doskonale. Dziś po południu, najdalej jutro, będziesz miał listę z aktualnymi danymi. Zadowolony? – Uśmiechnęła się.
Niech ma, zasłużyła.
– Oczywiście – odparł. – Pomyślałem, że na rozmowę z Leonem Kreutzem zabiorę Patrika.
– Czemu właśnie na tę?
– Właściwie bez powodu, ale jego zapamiętałem najlepiej. Odniosłem wrażenie, że był przywódcą grupy. Poza tym słyszałem, że właśnie kupili z żoną ten duży biały dom na skale. Wiesz który? We Fjällbace.
– Ten biały z widokiem? Za który żądali dziesięciu milionów koron?
Ceny domów z widokiem na morze niezmiennie fascynowały rdzennych mieszkańców Fjällbacki. Wszyscy śledzili, zarówno wywoławcze, jak i te, za które w końcu domy sprzedawano. Ale dziesięć milionów koron robiło wrażenie nawet na największych specach od nieruchomości.
– Widocznie ich stać. – Gösta przypomniał sobie ciemnookiego chłopca o pięknej twarzy. Już wtedy robił wrażenie bogacza. Miał w sobie jeszcze coś, coś, co trudno nazwać. Gösta pomyślał, że może była to wrodzona pewność siebie.
– Bierzemy się do roboty. – Annika wstawiła filiżankę do zmywarki. Spojrzała znacząco na Göstę, więc zrobił to samo. – Właśnie, zapomniałam, że rano byłeś u dentysty.
– U dentysty? Przecież ja nie… – urwał i uśmiechnął się. – Rzeczywiście. Mówiłem ci wczoraj, że idę do dentysty. No i spójrz sama: ani jednej dziury. – Wskazał palcem na swoje usta i mrugnął porozumiewawczo.
– Nie psuj zręcznego kłamstwa zbyt wieloma szczegółami. – Annika żartobliwie pogroziła mu palcem i pospieszyła do komputera.
Fjällbacka 1925
Mało brakowało, a wyrzuciliby ją z pociągu. Konduktor odebrał jej flaszkę. I jeszcze bredził, że jest zbyt pijana, żeby jechać pociągiem. Wierutne kłamstwo. Od czasu do czasu musiała się tylko trochę pokrzepić, żeby radzić sobie z życiem. To powinno być zrozumiałe dla każdego. Ciągle musiała żebrać o nędzną pracę, którą jej łaskawie dawali „ze względu na małą”. A i tak najczęściej kończyło się na tym, że musiała przyjmować w łóżku tych zakłamanych sapiących dziwkarzy.
Konduktor w końcu się zlitował, również ze względu na małą, i pozwolił im dojechać do Sztokholmu. Całe szczęście. Gdyby je wysadził w połowie drogi, nie wiedziałaby, jak wrócić do domu. Całe dwa miesiące oszczędzała na bilet w jedną stronę i nic jej nie zostało. Nie szkodzi, byle dojechać i porozmawiać z Hermannem. Wtedy już nigdy nie będzie musiała się martwić o pieniądze. On się nimi zajmie. Zobaczy, jak im się żyło, i od razu zostawi obłudną kobietę, z którą się ożenił.
Przystanęła przed wystawą i spojrzała na swoje odbicie w szybie. Fakt, trochę się postarzała. Włosów nie miała już tak gęstych jak wtedy i chyba od dawna ich nie myła. Suknia, którą przed wyjazdem ukradła komuś ze sznura, wisiała na jej chudym ciele jak worek. Gdy brakowało pieniędzy, wolała wydawać na wódkę niż na jedzenie. Ale skończy z tym. Wkrótce będzie wyglądać jak dawniej. Hermann spojrzy na nią z czułością i żalem, że kiedy wyjechał, życie potraktowało ją tak okrutnie.
Chwyciła Laurę za rączkę i ruszyła przed siebie. Laura się opierała, musiała ją za sobą ciągnąć.
– Rusz kulasami – warknęła. Co za powolny bachor.
Mnóstwo razy musiała pytać o drogę. W końcu stanęły przed właściwą bramą. Adres znalazła całkiem łatwo. Był w książce telefonicznej: Odengatan 23. Tak jak sobie wyobrażała, była to duża, imponująca kamienica. Pociągnęła za klamkę, ale brama była zamknięta. Zmarszczyła się z niezadowolenia. I wtedy podszedł jakiś mężczyzna. Wyjął klucz i otworzył.
– Do kogo? – spytał.
– Do pana Göringa – odparła, prostując się z dumą.
– Aha, pewnie im się przyda pomoc – powiedział, wpuszczając je.
Zastanowiło ją to, ale wzruszyła ramionami. Nieważne. Są już blisko. Spojrzała na listę lokatorów, zapamiętała piętro i pociągnęła Laurę na schody. Drżącą ręką nacisnęła dzwonek. Wkrótce znów będą razem. Hermann, ona i Laura. Jego córka.
Tak niewiele było trzeba, pomyślała Anna, stojąc przy sterze. Zadzwoniła do Mårtena, a on zaprosił ją na Valö. Miała przypłynąć, gdy tylko znajdzie wolną chwilę. Od tego czasu nie potrafiła myśleć o niczym innym. Cała rodzina zauważyła, jak zmienił się jej nastrój. Wczoraj wieczorem w dom wstąpiła nadzieja.
W gruncie rzeczy to niemało. Zrobiła pierwszy krok na drodze do samodzielności. Przez całe życie zależała od innych. W dzieciństwie podpierała się Eriką. Potem uzależniła się od Lucasa, co doprowadziło do katastrofy, której skutki wciąż odczuwała. Ona i dzieci. Potem zjawił się Dan. Ciepły, dający jej poczucie bezpieczeństwa, wziął pod swoje skrzydła zarówno ją, jak i jej psychicznie poranione dzieci. Było jej dobrze. Znów mogła się poczuć mała i wierzyć, że ktoś uporządkuje jej życie.
Ale wypadek pokazał, że nawet Dan nie może wszystkiego. Właśnie to najbardziej nią wstrząsnęło. Utrata wspólnego dziecka była wielkim nieszczęściem, ale może jeszcze cięższym przeżyciem było poczucie osamotnienia i brak poczucia bezpieczeństwa.
Jeśli mają nadal żyć razem, musi się nauczyć stać na własnych nogach. Wiedziała, że może to zrobić. Nawet jeśli zabiera się do tego później niż inni ludzie. Pierwszym krokiem mógłby być pensjonat na Valö. Musi się przekonać, czy ma do tego talent i czy potrafi go sprzedać.
Z walącym sercem zapukała do drzwi. Usłyszała kroki, drzwi się otworzyły. Zobaczyła mężczyznę, swojego rówieśnika, w ubraniu roboczym i okularach ochronnych zsuniętych na czoło. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Był taki przystojny, że się zmieszała.
– Cześć – powiedziała po chwili. – Jestem Anna. To ja wczoraj dzwoniłam.
– Anna! No właśnie. Przepraszam, jeśli byłem niegrzeczny. Kiedy pracuję, zapominam o całym świecie. Zapraszam. Witaj w chaosie.
Odsunął się, żeby ją wpuścić. Weszła i rozejrzała się. Słowo chaos bez wątpienia było na miejscu. Z drugiej strony nie mogła nie dostrzec, jaki potencjał tkwi w tym domu. Zawsze miała tę umiejętność. Jakby w jednej chwili mogła przez magiczne okulary zobaczyć, jak będzie kiedyś.
Mårten podążył za jej spojrzeniem.
– Jak widzisz, zostało jeszcze trochę roboty.
Już miała odpowiedzieć, gdy po schodach zeszła szczupła jasnowłosa kobieta.
– Cześć, jestem Ebba – powiedziała, wycierając ręce w jakąś szmatę. Ręce i ubranie miała poplamione białą farbą, twarz i włosy w białe kropki. Od silnego zapachu terpentyny Annie łzy stanęły w oczach. – Przepraszam, że tak wyglądamy – dodała i uniosła obie dłonie. – Chyba nie podamy sobie ręki.
– Nic nie szkodzi, remont ma swoje prawa. Bardziej mnie niepokoi… właśnie, co innego.
– Erika ci mówiła? – spytała Ebba. Zabrzmiało to i raczej jak stwierdzenie niż jak pytanie.
– Słyszałam o pożarze i całej reszcie – odparła Anna. Krew pod podłogą była czymś tak absurdalnym, że nie wiedziała, co powiedzieć.
– Staramy się kontynuować remont na tyle, na ile to możliwe – stwierdził Mårten. – Nie stać nas na wstrzymanie prac.
Z głębi domu dochodziły odgłosy rozmowy i wyłamywania desek.
– Technicy jeszcze tu są – wyjaśniła Ebba. – Zrywają podłogę w jadalni.
– Na pewno jesteście tu bezpieczni? – Anna zorientowała się, że to pytanie jest dość obcesowe, ale w tych ludziach było coś, co budziło instynkt opiekuńczy.
– Dobrze nam tutaj – odpowiedział głucho Mårten. Podniósł ramię, żeby objąć Ebbę, ale ona wyczuła, co chce zrobić, i odsunęła się.
– Podobno przydałaby się wam pomoc – powiedziała Anna, żeby zmienić temat. Atmosfera stała się tak gęsta, że trudno było oddychać.
Mårten wydawał się zadowolony.
– Jak powiedziałem przez telefon, nie wiemy co dalej, kiedy skończymy grubsze rzeczy. Nie znamy się na urządzaniu wnętrz.
– Naprawdę was podziwiam. To naprawdę poważne przedsięwzięcie. Zobaczycie, będzie wspaniale. Wyobrażam sobie tu staroświeckie, rustykalne wnętrze, białe, trochę postarzone meble, pastelowe kolory, piękne lniane obrusy, drobne przedmioty dekoracyjne ze srebra dla ubogich [13]. – Mówiła i wyobrażała to sobie. – Żadnych drogich antyków, raczej mieszanka staroci i nowych mebli w starym stylu. Sami byśmy je postarzyli. Wystarczy trochę stalowych wiórów, jakiś łańcuch…
Mårten się roześmiał, jego twarz pojaśniała. Anna złapała się na tym, że jej się podoba.
– Widzę, że naprawdę wiesz, czego chcesz. Mów dalej. Myślę, że obojgu nam się podoba to, co mówisz.
Ebba przytaknęła.
– Właśnie tak to sobie wyobrażałam, chociaż nie wiedziałam, jak to zrealizować. – Zmarszczyła czoło. – Niestety budżet, którym dysponujemy, jest więcej niż skromny, a ty pewnie jesteś przyzwyczajona dysponować dużymi sumami i dostawać solidne honorarium…
Anna jej przerwała.
– Znam waszą sytuację. Mårten mi wyjaśnił przez telefon. Bylibyście moimi pierwszymi klientami i jeśli będziecie ze mnie zadowoleni, będę się na was powoływać. Na pewno się dogadamy co do honorarium. Zapewniam, będzie was stać. Co do wnętrza, uważam, że ma wyglądać tak, jakbyście wszystko odziedziczyli albo znaleźli na targach staroci. Potraktuję to jak wyzwanie. I spóbuję się zmieścić w jak najmniejszej kwocie.
Anna spojrzała na nich z nadzieją. Bardzo chciała dostać to zlecenie. I naprawdę tak myślała. Gdyby dostała wolną rękę i szansę zrobienia z dawnego ośrodka kolonijnego prawdziwej perły, ten fantastyczny projekt przyciągnąłby następnych klientów.
– Wiem, co masz na myśli. Sama jestem jednoosobową firmą. Referencje od klientów są najcenniejsze – powiedziała Ebba nieśmiało.
– A czym się zajmujesz? – spytała Anna.
– Robię srebrne naszyjniki z zawieszkami w kształcie aniołków.
– Fajny pomysł. Jak na to wpadłaś?
Twarz Ebby znieruchomiała. Odwróciła się. Mårten, speszony, przerwał niezręczną ciszę.
– Jeszcze nie wiadomo, kiedy nam się uda skończyć remont. Trochę się to opóźni ze względu na obecność policji i pożar, więc trudno powiedzieć, kiedy mogłabyś przystąpić do pracy.
– Nie szkodzi, dostosuję się – odparła Anna. Nie mogła przestać myśleć o Ebbie. – Jeśli macie ochotę, już możecie mnie pytać o kolory ścian i tak dalej. Ja tymczasem zacznę szkicować projekt, pojeżdżę po różnych aukcjach w okolicy. Zobaczę, może coś znajdę.
– Doskonale – powiedział Mårten. – Plan był taki, żeby częściowo otworzyć pensjonat na przyszłą Wielkanoc, a do lata rozkręcić działalność na dobre.
– W takim razie czasu mamy dość. Nie macie nic przeciwko temu, żebym obejrzała dom i zrobiła notatki?
– Ależ proszę bardzo. Czuj się w tym bałaganie jak u siebie – powiedział Mårten. I szybko dodał: – Ale do jadalni nie wchodź.
– Bez obaw. Mogę to zrobić później.
Ebba i Mårten wrócili do swoich zajęć, pozwolili jej swobodnie chodzić po domu. Anna pilnie notowała. Czuła, jak z podniecenia buzuje jej w brzuchu. Może będzie dobrze. Może to będzie świetny początek nowego życia.
Percy miał podpisać papiery, ale trzęsła mu się ręka. Odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. Mecenas Buhrman obserwował go z troską.
– Jesteś pewien, Percy? Twojemu ojcu by się to nie spodobało.
– Ojciec nie żyje! – warknął, ale szybko wymamrotał przeprosiny. – To posunięcie może się wydawać drastyczne, ale albo to, albo będę musiał sprzedać pałac.
– A może pożyczka z banku? – powiedział Buhrman, dawny pełnomocnik jego ojca. Percy czasem się zastanawiał, ile on może mieć lat. Lata spędzone na przydomowym polu golfowym na Majorce sprawiły, że wyglądał jak mumia. Można by go z powodzeniem pokazywać w muzeum.
– Rozmawiałem z bankiem. To chyba oczywiste? – Znów podniósł głos. Musiał się opanować, żeby mówić spokojniej. Buhrman często przemawiał do niego jak do młokosa. Jakby zapomniał, że teraz jest hrabią. – Oznajmili mi jak najwyraźniej, że nie zechcą mi pomóc.
Buhrman się speszył.
– Popatrz, a zawsze mieliśmy takie dobre układy ze Svenska Banken. Przecież twój ojciec i dawny dyrektor chodzili razem do szkoły w Lundsbergu [14]. Czy na pewno rozmawiałeś z właściwą osobą? Może bym jeszcze zadzwonił, powinno…
– Tego dyrektora już dawno tam nie ma – przerwał mu Percy. Niedługo już nie będzie potrafił się zdobyć na uprzejmość wobec starego. – Zresztą ziemski padół też opuścił, i to tak dawno, że musiały z niego zostać same kosteczki. Teraz są inne czasy. W banku pracują sami specjaliści od rachunkowości i chłystki z Wyższej Szkoły Handlowej, bez pojęcia o wychowaniu. Dziś bankami kierują ludzie, którzy w domu zdejmują buty, nie rozumie mecenas? – Ze złością podpisał ostatni dokument i podsunął go staremu.
Buhrman był wyraźnie skonfundowany.
– No cóż, to bardzo dziwne – powiedział, kręcąc głową. – Ciekawe, co będzie dalej. Zlikwidują ordynacje i pozwolą dowolnie dzielić stare majątki? A propos, czy nie byłoby lepiej, gdybyś się zwrócił do rodzeństwa? Przecież Mary bogato wyszła za mąż, a Charles, o ile wiem, dobrze zarabia na swoich knajpach. Może by pomogli? W końcu jesteście rodziną.
Percy patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Stary chyba nie jest przy zdrowych zmysłach. Zapomniał, ile było awantur i spraw sądowych piętnaście lat temu, po śmierci ojca? Brat i siostra byli na tyle nierozważni, żeby zakwestionować ordynację, dającą jemu, najstarszemu synowi, prawo do przejęcia całego majątku. Na szczęście prawo jest jednoznaczne. Majątek Fygelsta odziedziczył tylko on. Oczywiście w dobrym tonie byłoby podzielić się w jakiś sposób majątkiem z rodzeństwem, ale ich uporczywe próby odebrania mu tego, co mu się zgodnie z prawem i zwyczajem należało, nie skłaniały do wspaniałomyślności.
– To moja jedyna szansa – powiedział, wskazując głową na papiery. – Mam szczęście, że mam przyjaciół, którzy chcą mi pomóc. Zwrócę wszystko, gdy tylko wyjaśnię tę nieszczęsną sprawę z urzędem skarbowym.
– Zrobisz jak uważasz, ale sporo ryzykujesz.
– Ufam Sebastianowi – odparł z przekonaniem Percy. Chciałby mieć tę pewność.
Kjell cisnął słuchawką o biurko, aż go zabolało ramię. Rozłościło go to jeszcze bardziej. Klął i masował łokieć.
– Kurwa! – Musiał zacisnąć pięści, żeby nie rzucić czymś o ścianę.
– Co się dzieje? – Rolf, jego najlepszy przyjaciel, wetknął głowę w otwarte drzwi.
– A jak myślisz? – Kjell przeciągnął dłonią po ciemnych włosach, od kilku lat poprzetykanych srebrnymi nitkami.
– Beata? – Rolf wszedł do pokoju.
– Oczywiście! Słyszałeś. Najpierw ni stąd, ni zowąd nie zgodziła się, żebym wziął dzieci na weekend, chociaż była moja kolej. A teraz zadzwoniła z wrzaskiem, że nie mogę ich zabrać na Majorkę, bo tydzień to za długo.
– Przecież w czerwcu była z nimi dwa tygodnie na Wyspach Kanaryjskich. W dodatku zorganizowała ten wyjazd, nie pytając cię o zdanie. Dlaczego ojcu nie wolno wyjechać z dziećmi na tydzień?
– Bo to j e j dzieci. Ciągle tak mówi. M o j e dzieci. Ja mogę je tylko wypożyczyć.
Musiał się zmuszać, żeby spokojnie oddychać. Nienawidził, gdy specjalnie go denerwowała i obrzydzała życie jak mogła, zamiast się kierować dobrem dzieci.
– Przecież opiekę nad dziećmi sprawujecie wspólnie, tak? Mógłbyś nawet uzyskać zgodę sądu, żeby dzieci bywały u ciebie częściej niż teraz.
– Tak, wiem. Z drugiej strony chciałbym, żeby miały jeden dom. Ale pod warunkiem że nie będzie mi przeszkadzać, kiedy będę zabierał dzieci do siebie. Jeden jedyny tydzień urlopu z dziećmi. Czy to naprawdę tak dużo? Jestem ich ojcem, mam takie samo prawo z nimi być jak ona.
– Kjell, dorosną i zrozumieją. Staraj się być lepszym człowiekiem i lepszym rodzicem. One potrzebują spokoju, więc kiedy już są u ciebie, zapewniaj im spokój. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Tylko się, broń Boże, nie poddawaj, nie rezygnuj ze spotkań z nimi.
– Nie poddam się – odparł Kjell ponuro.
– I bardzo dobrze – powiedział Rolf. Machnął gazetą. – Świetny artykuł napisałeś. Parę razy naprawdę ci się udało go usadzić. Pierwszy artykuł, który dezawuuje i jego, i partię.
– Zupełnie nie rozumiem, czym ci dziennikarze się zajmują. – Kjell pokręcił głową. – W hasłach Przyjaciół Szwecji jest tyle ewidentnych luk, że to naprawdę nietrudne.
– Miejmy nadzieję, że to trafi do czytelników – powiedział Rolf, wskazując na otwartą gazetę. – Ludzie powinni wiedzieć, co to za jedni.
– Najgorsze, że ich tania propaganda się sprzedaje. To przebierańcy i oszuści, na pokaz wyrzucają kilku facetów, którzy przegięli, a potem zaczynają rozprawiać o cięciach w budżecie i oszczędnościach. Ale to wciąż ci sami naziole. Tyle tylko, że jeśli hajlują i wymachują flagami ze swastyką, to tak, żeby ich nikt nie widział. A potem się żalą w telewizji, że są bez powodu atakowani.
– Nie musisz mnie przekonywać, jesteśmy po tej samej stronie – zaśmiał się Rolf, podnosząc do góry ręce.
– Myślę, że za tym się coś kryje – powiedział Kjell, pocierając nos.
– Za czym?
– Ten cały Holm jest za giętki i za gładki. Za idealny. Wcale nie próbował ukrywać swojej przeszłości, tego, że był skinheadem. Jeszcze się pokajał publicznie i wypłakał w telewizjach śniadaniowych. Więc dla wyborców to żadna nowość. Muszę pogrzebać jeszcze głębiej.
– Pewnie masz rację, ale niełatwo będzie coś znaleźć. Włożył dużo wysiłku w budowanie swojego nowego wizerunku. – Rolf odrzucił gazetę.
– I tak… – Zadzwonił telefon. – Jeśli to znowu Beata… Halo! – wrzasnął do słuchawki.
Szybko zmienił ton. Rolf obserwował go z rozbawieniem.
– A, cześć, Erika… Nie, nie szkodzi… Oczywiście… Co ty mówisz? Żartujesz!
Zerknął na Rolfa i uśmiechnął się szeroko. Rozmawiał z Eriką i notował. Kiedy skończył, rzucił długopis, odchylił się do tyłu i założył ręce za głowę.
– Coś się ruszyło.
– Co takiego? Kto to był?
– Erika Falck. Okazuje się, że nie tylko ja interesuję się Johnem Holmem. Pochwaliła mój artykuł i spytała, czy mogłaby przejrzeć to, co zebrałem na jego temat.
– Dlaczego się nim interesuje? – zdziwił się Rolf, ale natychmiast otworzył szeroko oczy. – Bo był wtedy na Valö? Chce napisać o zniknięciu Elvanderów?
Kjell przytaknął.
– Tak zrozumiałem. Ale nie to jest najlepsze. Tylko się trzymaj, bo nie uwierzysz.
– Kiell, do cholery, nie męcz mnie.
Kjell wyszczerzył zęby. Wiedział, że gdy Rolf się dowie, będzie równie zachwycony jak on.
Sztokholm 1925
Kobieta, która im otworzyła, w ogóle nie wyglądała tak, jak ją sobie Dagmar wyobrażała. Ani piękna, ani uwodzicielska, raczej zmęczona i zniszczona życiem. Poza tym wydawała się starsza od Hermanna. Biła od niej pospolitość. Dagmar stała, nie odzywała się. Może źle trafiła? Ale na drzwiach wisiała tabliczka: Göring. Doszła do wniosku, że to gosposia. Mocno chwyciła Laurę za rączkę.
– Ja do Hermanna.
– Hermanna nie ma w domu. – Kobieta zlustrowała ją od stóp do głów.
– W takim razie poczekam, aż wróci.
Laura schowała się za jej plecami. Kobieta uśmiechnęła się serdecznie i powiedziała:
– Jestem żoną pana Göringa. Mogę w czymś pomóc?
Więc to jest ta straszna kobieta, stale obecna w jej myślach, odkąd znalazła w gazecie jej imię. Ze zdumieniem przyglądała się pani Göring: praktycznym, solidnym pantoflom, dobrze skrojonej spódnicy do kostek, bluzce starannie zapiętej pod szyją i upiętym w kok włosom. Sieci cieniutkich zmarszczek wokół oczu i chorobliwie bladej cerze. Nagle wszystko ułożyło się w całość. Musiała użyć jakichś niecnych sztuczek. Inaczej Hermann nigdy nie dałby się złapać takiej starej pannie.
– Tak, mamy o czym rozmawiać. – Weszła, ciągnąc za sobą Laurę.
Carin Göring odsunęła się od drzwi. Nie próbowała jej powstrzymać. Spojrzała na nią wyczekująco i spytała:
– Może wezmę od pani płaszcz?
Dagmar spojrzała na nią podejrzliwie i nie czekając na zaproszenie, ruszyła do najbliższego pokoju. Weszła do wielkiego salonu i stanęła jak wryta. Mieszkanie było piękne, właśnie tak to sobie wyobrażała. Tak powinien mieszkać Hermann. Wielkie, wysokie, duże okna i lśniąca drewniana podłoga. Ale prawie pusto.
– Mamo, dlaczego oni nie mają mebli? – spytała Laura, rozglądając się szeroko otwartymi oczami.
Dagmar zwróciła się do pani Göring:
– Właśnie, czemu nie macie mebli? Dlaczego Hermann tak mieszka?
Żona Hermanna zmarszczyła czoło. Pytanie było nie na miejscu, ale odpowiedziała uprzejmie:
– Ostatnio było nam trochę ciężko. A teraz proszę powiedzieć, kim pani jest.
Zamiast odpowiedzieć, Dagmar rzuciła jej pełne złości spojrzenie.
– Ciężko? Przecież Hermann jest bogaty. Nie może tak mieszkać.
– Słyszała pani? Jeśli zaraz mi pani nie powie, kim jest i co tu robi, będę musiała zadzwonić po policję. Ze względu na małą wolałabym tego uniknąć. – Pani Göring kiwnęła głową w stronę chowającej się za matką Laury.
Dagmar wyciągnęła Laurę zza pleców i pchnęła w jej stronę.
– To nasza córka, moja i Hermanna. On teraz będzie z nami. Pani miała go wystarczająco długo. Poza tym on pani nie chce. Czy pani tego nie rozumie?
Twarz Carin Göring drgnęła. Zachowała spokój i dłuższą chwilę przyglądała im się uważnie.
– Nie mam pojęcia, o czym pani mówi. Hermann jest moim mężem, jestem panią Göring.
– On kocha mnie. Jestem jego wielką miłością – powiedziała Dagmar i tupnęła nogą. – Laura jest jego córką. Pani mi go zabrała, zanim zdążyłam mu o tym powiedzieć. Gdyby tylko wiedział, nigdy by się z panią nie ożenił, choćby nie wiem co by pani robiła, żeby go do tego zmusić. – W głowie jej się zakręciło z wściekłości. Laura znów się za nią schowała.
– Proszę wyjść, zanim wezwę policję. – Pani Göring nadal mówiła spokojnie, ale w jej oczach Dagmar dostrzegła strach.
– Gdzie jest Hermann? – nalegała. Pani Göring wskazała jej drzwi.
– Wynoście się! – Ze zdecydowaną miną podeszła do telefonu, cały czas wskazując na drzwi. Stukot obcasów odbijał się echem w pustym mieszkaniu.
Dagmar się uspokoiła. Doszła do wniosku, że pani Göring i tak nie powie, gdzie jest jej mąż. Ale teraz, gdy już znała prawdę, była zadowolona. Wystarczy, że go znajdzie. Poczeka na niego, choćby jej przyszło spać przed bramą. A potem będą razem na wieki. Mocno chwyciła Laurę za kołnierz i pociągnęła do drzwi. Zamykając je za sobą, rzuciła jeszcze Carin Göring zwycięskie spojrzenie.
– Dziękuję ci, kochana. – Erika pocałowała siostrę w policzek, pomachała dzieciom na pożegnanie i pospieszyła do samochodu. Trochę ją gryzło sumienie, że znów je zostawia, ale sądząc po radosnych okrzykach, jakie wzniosły na widok cioci Anny, nie działa im się krzywda.
Jechała do Hamburgsund z głową pełną rozmaitych myśli. Złościło ją, że nie zrobiła większych postępów w badaniu losów rodziny Elvanderów. Ciągle gdzieś grzęzła i podobnie jak policja nie potrafiła wyjaśnić ich zniknięcia. Mimo wszystko postanowiła, że nie da za wygraną. Fascynowała ją historia tej rodziny. Im dłużej szperała w archiwach, tym robiła się ciekawsza. Pomyślała, że wygląda to tak, jakby nad przodkiniami Ebby wisiała klątwa.
Odsunęła od siebie te myśli. Dzięki Göście miała wreszcie trop – nazwisko. Poszperała trochę i oto jedzie samochodem do kogoś, kto może wiedzieć coś ważnego. Dokumentowanie starych spraw często przypomina układanie olbrzymich puzzli, w których, jak od początku wiadomo, brakuje kilku ważnych elementów. Ale Erika wiedziała z doświadczenia, że jeśli ułoży się resztę, wzór okaże się wystarczająco czytelny. Na razie była to odległa perspektywa, ale miała nadzieję, że wkrótce zdobędzie nowe kawałki. W przeciwnym razie wszystkie jej wysiłki okażą się daremne.
Zajechała na stację benzynową Hanssonów, żeby zapytać o drogę. Wiedziała mniej więcej, jak jechać, ale nie chciała niepotrzebnie błądzić. Za ladą zastała Magnusa, właściciela stacji, i jego żonę Annę. Nikt nie wiedział o mieszkańcach Hambursund i okolicy tyle co oni. Może tylko jego brat i bratowa, Frank i Anette, prowadzący kiosk z kiełbaskami na rynku.
Magnus spojrzał na nią jakoś dziwnie, ale bez słowa narysował na kartce, jak ma jechać. Jechała i zerkała to na drogę, to na kartkę. W końcu znalazła ten dom.
Dopiero na miejscu zdała sobie sprawę, że w tak piękny dzień może nikogo nie zastać. Większość ludzi, którzy mieli wolne, była albo na którejś z wysp, albo na plaży. Skoro już przyjechała, przynajmniej sprawdzi. Wysiadła z samochodu i zadzwoniła do drzwi. Usłyszała muzykę i obudziła się w niej nadzieja.
Czekała, podśpiewując Non, je ne regrette rien Edith Piaf. Sam refren w niby-francuszczyźnie, ale wciągnęło ją tak bardzo, że w ostatniej chwili zauważyła, że drzwi się otworzyły.
– Proszę, wielbicielka Piaf! – powiedział niski mężczyzna w ciemnofioletowym jedwabnym szlafroku ze złotymi zdobieniami. Na twarzy miał staranny makijaż.
Erika nie potrafiła ukryć zdziwienia.
Uśmiechnął się.
– No co, kochanie? Sprzedajesz coś czy masz jakąś inną sprawę? Jeśli sprzedajesz, mam już wszystko. Ale możesz wejść i dotrzymać mi towarzystwa na tarasie. Walter nie lubi słońca, więc tkwię tam całkiem sam, a nie ma nic gorszego niż popijanie dobrego różowego wina w samotności.
– Ja… w innej sprawie – wydusiła Erika.
– Proszę bardzo! – Ucieszył się, klasnął w dłonie i cofnął się, żeby ją wpuścić.
Erika stanęła w holu i rozejrzała się. Wszędzie złocenia, frędzle i aksamit. Zbytek to mało powiedziane.
– Ja urządziłem parter, na górze decydował Walter. Jeśli się chce, żeby małżeństwo było trwałe, jak nasze, trzeba być gotowym na kompromisy. Niedługo będzie piętnaście lat, jak się pobraliśmy, a przedtem dziesięć lat żyliśmy w grzechu. – Odwrócił się do schodów prowadzących na piętro i zawołał: – Kochanie, mamy gościa! Zejdź do nas i zamiast kisnąć na górze, wypij z nami kieliszek wina na tarasie!
Sunąc przez hol, wskazał ręką na piętro.
– Żebyś widziała, jak tam jest. Sterylnie jak w szpitalu. Walter nazywa to wysmakowanym wnętrzem. Uwielbia styl skandynawski, który trudno nazwać przytulnym, choć nietrudno takie wnętrze urządzić. Wystarczy wszystko pomalować na biało, wstawić trochę tych ohydnych mebli z Ikei w okleinie brzozowej i myk, myk, już jest dom.
Obszedł wielki fotel z czerwonym brokatowym obiciem i ruszył do otwartych drzwi na taras. Na stoliku stał kubełek z lodem, obok opróżniony do połowy kieliszek.
– Może kieliszek wina? – Już szedł po butelkę. Poły jedwabnego szlafroka furkotały wokół jego chudych białych nóg.
– To bardzo kuszące, ale niestety prowadzę – odparła Erika. Pomyślała, że miło by było wypić kieliszek wina na takim ślicznym tarasie z widokiem na cieśninę i wyspę Hamburgö.
– Daj spokój! Naprawdę nie dasz się namówić na kilka łyków? – Machnął wyjętą z kubełka butelką.
Erika się roześmiała.
– Mój mąż jest policjantem, więc się nie odważę, choćbym bardzo chciała.
– Musi być bardzo przystojny. Uwielbiam mężczyzn w mundurach.
– Ja też – powiedziała Erika, siadając na leżaku. Mężczyzna odwrócił się i ściszył muzykę. Nalał do szklanki wody i podał jej z uśmiechem.
– Co też przywiodło tutaj tak piękną dziewczynę?
– Nazywam się Erika Falck, jestem pisarką. Zbieram materiały do książki. Pan jest Ove Linder, prawda? Na początku lat siedemdziesiątych był pan nauczycielem w szkole z internatem dla chłopców prowadzonej przez Runego Elvandera?
Przestał się uśmiechać.
– Ove. Kiedy to było…
– Czyżbym źle trafiła? – Erika pomyślała, że może źle odczytała rysunek Magnusa.
– Nie, ale szmat czasu minął od czasu, kiedy byłem Ove Linderem. – W zamyśleniu obracał w dłoniach kieliszek. – Nie zmieniłem nazwiska urzędowo, zresztą wtedy byś mnie nie znalazła, ale dziś nazywają mnie Liza. Nikt nie mówi Ove, poza Walterem, gdy się na mnie złości. Liza to oczywiście po Lizie Minelli, chociaż jestem do niej podobny tylko trochę. – Przekrzywił głowę, jakby oczekiwał, że Erika zaprzeczy.
– Lizo, przestań się dopraszać komplementów.
Erika odwróciła głowę. Domyśliła się, że postać stojąca w drzwiach to Walter, małżonek Lindera.
Wyszedł na taras, stanął za Lizą i z czułością położył dłonie na jego ramionach. Liza położył dłoń na ręce męża i uścisnął ją. Erika pomyślała, że chciałaby, żeby po dwudziestu pięciu latach związku ją i Patrika łączyła taka sama czułość.
– O co chodzi? – spytał Walter, siadając z nimi. W odróżnieniu od swego partnera wyglądał bardzo przeciętnie: średniego wzrostu i średniej budowy, lekko łysiejący od czoła, ubrany z dyskretną elegancją. Erika pomyślała, że gdyby dokonał przestępstwa, żaden świadek by go nie rozpoznał. Ale spojrzenie miał inteligentne, sympatyczne. Byli nietypową, ale najwyraźniej dobraną parą.
Chrząknęła.
– Jak już wspomniałam, próbuję się czegoś dowiedzieć o szkole na Valö. Uczył pan tam, prawda?
– Tak. Fuj! – Liza westchnął. – Okropne czasy. Wtedy jeszcze siedziałem w szafie. Bycie ciotą nie było akceptowane, jak dziś. W dodatku Rune Elvander miał mnóstwo okropnych przesądów i bynajmniej ich nie krył. Długo próbowałem się dopasować do obowiązującego wzorca. Nigdy nie miałem postury drwala, ale udawałem, że jestem heteroseksualny, jak to mówią, normalny. Gdy dorastałem, musiałem się sporo nagimnastykować, żeby stworzyć takie pozory.
Mówiąc, patrzył w stół. Walter pogłaskał go po ramieniu.
– Myślę, że Runego udało mi się oszukać, natomiast uczniowie pozwalali sobie na różne docinki. W szkole było wielu łobuzów, którzy dręczyli innych, jak tylko znaleźli ich czuły punkt. Pracowałem tam nieco ponad pół roku, dłużej bym chyba nie wytrzymał. Faktem jest, że miałem zamiar nie wracać po feriach wielkanocnych, ale ostatecznie nie musiałem składać wymówienia.
– Co pan wtedy pomyślał o tym, co się tam stało? Ma pan jakąś teorię na ten temat? – spytała Erika.
– Okropna historia, niezależnie od tego, co sądziłem o tej rodzinie. Myślę, że spotkało ich coś strasznego.
– Ale nie wie pan co?
Liza potrząsnął głową.
– Nie. Dla mnie to tak samo wielka zagadka jak dla innych.
– Jaka atmosfera panowała w szkole? Czy wśród uczniów były jakieś nieporozumienia?
– Mało powiedziane. W szkole aż wrzało.
– W jakim sensie? – Erika poczuła, że jej tętno przyspiesza. Wreszcie ma szansę się dowiedzieć, co się działo za kulisami. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała?
– Według mojego poprzednika uczniowie od początku skakali sobie do gardeł. Byli przyzwyczajeni, że zawsze jest tak, jak chcą, a jednocześnie mieli świadomość wielkich oczekiwań, jakie mają wobec nich rodzice. Musiało się skończyć walką kogutów, nie mogło być inaczej. Kiedy się tam zjawiłem, Rune zdążył im przetrzepać skórę i zmusić do wyrównania szeregu, ale pod powierzchnią wyczuwało się napięcia.
– Co myśleli o Elvanderze?
– Nienawidzili go. Był psychopatą i sadystą. – Liza powiedział to tak, jakby po prostu stwierdzał fakt.
– Nie jest to pochlebny opis. – Erika żałowała, że i nie wzięła magnetofonu. Pomyślała, że musi spróbować zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
Liza się wzdrygnął, jakby mu się zrobiło zimno.
– Rune Elvander był najbardziej odrażającym człowiekiem, z jakim się kiedykolwiek zetknąłem. A możesz mi wierzyć – zerknął na męża – że jak się żyje tak jak my, jest się narażonym na kontakty z mnóstwem bardzo nieprzyjemnych typów.
– A jak traktował rodzinę?
– Zależy, o kogo pytasz. Inez miała niewesołe życie. Pytanie, dlaczego w ogóle za niego wyszła. Taka młoda i ładna. Podejrzewałem, że matka ją zmusiła. Straszna jędza. Umarła wkrótce po tym, jak tam przyjechałem. Myślę, że Inez przyjęła jej śmierć z ulgą.
– A dzieci? – pytała dalej Erika. – Jak się zachowywały wobec ojca i macochy? Dla Inez wejście do tej rodziny musiało być trudne. W końcu była niewiele starsza od najstarszego pasierba.
– To był paskudny chłopak, bardzo podobny do ojca.
– Kto? Najstarszy syn?
– Tak. Claes.
Zapadła cisza, Erika cierpliwie czekała.
– Jego pamiętam najlepiej. Na samą myśl o nim ciarki chodzą mi po plecach. Nie umiem powiedzieć dlaczego, bo zawsze był wobec mnie uprzejmy. Ale miał w twarzy coś takiego, że w jego obecności zawsze wolałem zachować czujność.
– Jak mu się układało z ojcem?
– Trudno powiedzieć. Krążyli wokół siebie jak planety, których orbity się nie przecinają. – Liza zaśmiał się z zażenowaniem. – Plotę jak jakaś apostołka New Age albo kiepski poeta…
– Ależ skąd, proszę mówić dalej – powiedziała Erika, pochylając się. – Rozumiem, o co panu chodzi. Więc między ojcem i najstarszym synem nie było konfliktów?
– Powiedziałbym raczej, że odnosili się do siebie z rezerwą. Claes sprawiał wrażenie, że jest posłuszny ojcu, ale co naprawdę myślał, tego nikt nie potrafiłby powiedzieć. Łączyło ich to, że obaj kochali Carlę, nieżyjącą żonę Runego, matkę Claesa, i to, że obaj wydawali się nienawidzić Inez. W przypadku pasierba dałoby się to zrozumieć, zajęła przecież miejsce jego matki. Ale Rune przecież się z nią ożenił.
– Więc Elvander źle traktował żonę, tak?
– Na pewno nie odnosił się do niej z miłością. Ciągle na nią pokrzykiwał i rozkazywał, jakby była jego podwładną, a nie żoną. Z kolei Claes był wobec macochy otwarcie złośliwy i bezczelny, za Ebbą też nie przepadał. Jego siostra Annelie była niewiele lepsza.
– Co o zachowaniu swoich dzieci sądził Elvander? Zachęcał je do tego? – Erika wypiła łyk wody. Na tarasie bylo bardzo gorąco, nawet pod wielkim parasolem.
– Według niego zachowywały się bez zarzutu. Stosował wobec nich ten sam wojskowy dryl co wobec wszystkich, ale tylko on miał prawo na nie krzyczeć. Unosił się, jeśli ktoś się na nie skarżył. Wiem, że Inez raz spróbowała i nigdy więcej tego nie powtórzyła. Z całej rodziny tylko najmłodszy Johan był dla niej miły. Czuły, serdeczny. Garnął się do niej. – Liza zrobił smutną minę. – Ciekaw jestem, co się stało z małą Ebbą.
– Wróciła na Valö. Remontują z mężem dom. A przedwczoraj… – Ugryzła się w język. Nie była pewna, czy może sobie pozwolić na otwartość. Ale Liza był wobec niej szczery. Odetchnęła głębiej. – Przedwczoraj, gdy zaczęli zrywać podłogę w jadalni, znaleźli pod nią krew.
Liza i Walter wpatrywali się w nią. Słyszeli dobiegający gdzieś z bliska warkot motorówek i rozmowy, ale na tarasie zapadła absolutna cisza. Walter odezwał się pierwszy:
– Zawsze mówiłeś, że na pewno nie żyją.
Liza kiwnął głową.
– To najbardziej prawdopodobne. Zresztą…
– Co takiego?
– E, to takie głupie. – Machnął ręką, rękaw szlafroka zatrzepotał. – Wtedy nawet o tym nie wspomniałem.
– Nic nie jest nieważne ani głupie. Proszę powiedzieć.
– To właściwie nic takiego, ale przeczuwałem, że stanie się coś niedobrego. Słyszałem… – Potrząsnął głową. – Nie, to głupie.
– Proszę powiedzieć. – Erika miała ochotę nim potrząsnąć.
Liza wypił spory łyk wina i spojrzał jej prosto w oczy.
– W nocy słyszałem jakieś hałasy.
– Hałasy?
– Tak. Tak. Słyszałem kroki, otwieranie i zamykanie drzwi, głosy z oddali. Ale jak wstawałem, żeby sprawdzić, nikogo nie było.
– Duchy? – spytała Erika.
– Nie wierzę w duchy – odparł Liza z powagą. – Mogę tylko powiedzieć, że słyszałem hałasy i miałem przeczucie, że stanie się coś strasznego. Więc nie zdziwiłem się, kiedy się dowiedziałem, że zaginęli.
Walter przytaknął.
– Zawsze miałeś szósty zmysł.
– Ale przytrułem, fuj! – powiedział Liza. – Zrobiło się jakoś smętnie. Erika pomyśli, że smutasy z nas. – W jego oczach znów pojawił się błysk, uśmiechnął się szeroko.
– W żadnym razie. Dziękuję, że poświęcił mi pan czas. Będę miała o czym myśleć. Muszę już wracać. – Erika wstała.
– Pozdrów Ebbę – powiedział Liza.
– Obiecuję.
Obaj zrobili gest, jakby zamierzali ją odprowadzić do drzwi, ale uprzedziła ich:
– Siedźcie sobie. Trafię do wyjścia.
Mijając bogactwo złoceń, frędzli i aksamitnych poduszek, słyszała, jak za nią Edith Piaf śpiewa o swoim złamanym sercu.
– Gdzie się podziewałeś rano? – spytał Patrik, wchodząc do pokoju Gösty. – Chciałem, żebyś ze mną pojechał do Johna Holma.
Gösta spojrzał na niego.
– Annika ci nie mówiła? Byłem u dentysty.
– U dentysty? – Patrik usiadł i przyjrzał mu się badawczo. – Żadnych dziur, mam nadzieję?
– Żadnych.
– Jak ci idzie z listą? – Patrik spojrzał na stertę leżących przed nim papierów.
– Mam już większość aktualnych adresów dawnych uczniów.
– Szybko poszło.
– Miałem ich PESEL-e. – Gösta wskazał na starą listę. – Wystarczy ruszyć głową. – Podał Patrikowi papier. – A tobie jak poszło z przywódcą nazistów?
– Na pewno by zaprotestował przeciwko takiemu określeniu. – Patrik przeglądał listę.
– Ale to prawda. Przestali się golić na łyso, ale to wciąż ci sami faceci. Mellberg się zachował?
– A jak myślisz? – Patrik położył listę na kolanach. – Można powiedzieć, że jako policja z Tanum nie wypadliśmy najlepiej.
– Dowiedzieliście się chociaż czegoś nowego?
Patrik pokręcił głową.
– Niewiele. Nic nie wie o zaginięciu. W szkole nie działo się nic, co by je wyjaśniało, a jeśli już, to były to normalne napięcia między grupą nastolatków a surowym dyrektorem. I tak dalej.
– Dostałeś raport od Torbjörna?
– Nie. Obiecał, że się pospieszy, ale nie mamy świeżego trupa, więc nie możemy liczyć na pierwszeństwo. Poza tym nawet gdyby się okazało, że zostali zamordowani, sprawa jest już przedawniona.
– Ale wyniki mogą być istotne dla naszego dochodzenia. Zapomniałeś, że ktoś chciał razem z domem spalić Ebbę i Mårtena? Przecież ty pierwszy uznałeś, że podpalenie i zaginięcie muszą się ze sobą wiązać. Pomyślałeś o Ebbie? Czy ona nie ma prawa się dowiedzieć, co się stało z jej rodziną?
Patrik podniósł obie ręce.
– Wiem, wiem. Ale w materiałach z tamtego dochodzenia nie znalazłem nic interesującego i jakoś czarno to widzę.
– W raporcie Torbjörna dotyczącym podpalenia też nie ma żadnego punktu zaczepienia?
– Nic. Podpalacz użył zwykłej benzyny, podpalił ją zwykłą zapałką. To wszystko.
– W takim razie trzeba zacząć od drugiego końca.
Gösta odwrócił się i wskazał głową przyczepione do ściany zdjęcie. – Uważam, że trzeba przycisnąć tych chłopaków. Wiedzą więcej, niż wtedy powiedzieli.
Patrik podszedł i zaczął się uważnie przyglądać pięciu chłopcom.
– Na pewno masz rację. Widzę, że według ciebie należy zacząć od przesłuchania Leona Kreutza. Może zrobimy to od razu?
– Niestety nie wiadomo, gdzie jest. Ma wyłączoną komórkę. W hotelu powiedzieli, że wyprowadzili się z żoną. Pewnie się instalują w nowym domu. Poczekajmy do jutra, wtedy będą już na miejscu i da się spokojnie porozmawiać, co?
– Okej, niech będzie. W takim razie porozmawiajmy Sebastianem Manssonem i Josefem Meyerem. Nadal tu mieszkają.
– Dobrze. Tylko pozbieram graty.
– No i nie zapominajmy o G.
– O jakim G?
– O tym kimś, kto przysyłał Ebbie kartki na urodziny.
– Naprawdę myślisz, że to ważne? – Gösta zaczął układać papiery.
– Nigdy nic nie wiadomo. Sam powiedziałeś: trzeba chwycić za koniec nitki, próbować rozplątać od innej strony.
– Jak się ciągnie za zbyt wiele końców naraz, wszystko się plącze – mruknął Gösta. – Wydaje mi się to zbędne.
– Skądże znowu – odparł Patrik, klepiąc go po ramieniu. – Proponuję…
W tym momencie zabrzęczała jego komórka. Zerknął na wyświetlacz.
– Tylko odbiorę – powiedział, zostawiając Göstę przy biurku.
Wrócił po kilku minutach, triumfował.
– Chyba w końcu mamy trop. Dzwonił Torbjörn. Pod podłogą poza krwią znaleźli coś jeszcze lepszego.
– Co takiego?
– Pocisk. Tkwił pod listwą podłogową. Co oznacza, że w jadalni, w której jedli obiad, zanim zniknęli, ktoś strzelał.
Spojrzeli po sobie. Jeszcze przed chwilą martwili się brakiem postępów. Może teraz śledztwo ruszy z miejsca.
Zamierzała jechać prosto do domu i zluzować Annę, ale ciekawość zwyciężyła. Przejechała przez Fjällbackę i skręciła na Mörhult. Zawahała się. Może powinna skręcić w lewo przy centrum mini golfa i zjechać w dół do szop na łodzie? Postanowiła jednak spróbować szczęścia w domu, może tam będą. Zrobiło się późne popołudnie.
Drzwi były otwarte, zastawiono je pomalowanym w kwiatki drewniakiem. Zajrzała do przedpokoju.
– Halo! – zawołała.
Z głębi domu dobiegły jakieś odgłosy, po chwili zjawił się John Holm z kuchennym ręcznikiem w ręce.
– Przepraszam, może przeszkodziłam w obiedzie? -spytała.
Spojrzał na ręcznik.
– Nie, wcale nie. Właśnie myłem ręce. Mogę w czymś pomóc?
– Nazywam się Erika Falck i pracuję nad książką…
– Więc to pani jest tą sławną pisarką z Fjällbacki? Proszę za mną do kuchni, chętnie panią poczęstuję filiżanką kawy – powiedział, uśmiechając się serdecznie. – Co panią do mnie sprowadza?
Usiedli przy stole.
– Zamierzam napisać książkę o tym, co się stało na Valö. – Czyżby dostrzegła błysk niepokoju w jego niebieskich oczach? Może jej się tylko zdawało. Zresztą szybko zniknął.
– To coś niebywałego. Nagle wszyscy interesują się Valö. Jeśli wyciągam słuszny wniosek z plotek, przed południem rozmawiałem z twoim mężem.
– Tak, mój mąż jest policjantem. Patrik Hedström.
– Towarzyszył mu pewien typ, dość… interesujący.
Nie musiała się szczególnie wysilać, żeby się domyślić, o kim mówi.
– O, miał pan zaszczyt poznać Bertila Mellberga. Człowieka mit, legendę.
Holm się roześmiał. Erika złapała się na tym, że jest pod jego urokiem. Rozłościło ją to. Nienawidziła wszystkiego, co reprezentował i on, i jego partia, ale w bezpośrednim kontakcie sprawiał wrażenie człowieka niegroźnego, sympatycznego, a nawet pociągającego.
– Miewałem do czynienia z takimi typami. Za to twój mąż robi wrażenie zawodowca.
– Oczywiście jestem nieobiektywna, ale naprawdę jest dobrym policjantem. Drąży dopóty, dopóki się wszystkiego nie dowie. Tak samo jak ja.
– We dwoje stanowicie śmiertelnie niebezpieczną kombinację. – Holm się uśmiechnął, na jego twarzy pokazały się dwa idealne dołeczki.
– Może i tak. Ale czasem grzęźniemy. Już kilka razy próbowałam wyjaśnić tę sprawę, rezygnowałam, a teraz znów się do tego zabrałam.
– I z tego ma być książka? – Znów błysk niepokoju w spojrzeniu.
– Taki mam zamiar. Mogłabym panu zadać kilka pytań? – Wyjęła kartkę i długopis.
Holm chwilę się wahał.
– Proszę bardzo. Ale, jak już powiedziałem pani mężowi i jego koledze, nie mogę dodać nic istotnego.
– Słyszałam, że w rodzinie Elvanderów były konflikty.
– Konflikty?
– Podobno dzieci nie lubiły macochy.
– My, uczniowie, nic nie wiedzieliśmy o ich rodzinnych sprawach.
– Przecież to była mała szkoła. Nie mogliście nie zauważyć, co się dzieje.
– Nas to nie interesowało. Nie chcieliśmy mieć z nimi nic do czynienia. Zupełnie nam wystarczyły przepychanki z dyrektorem. – Holm miał minę, jakby żałował, że się zgodził na rozmowę. Skurczył się i wiercił na krześle. Erikę tylko to zachęciło do zadawania pytań. Był wyraźnie nieswój.
– A co z Annelie? Szesnastoletnia dziewczyna i banda nastoletnich chłopaków. Jak z tym było?
John Holm parsknął.
– Annelie miała kompletnego fioła na punkcie chłopaków, ale bez wzajemności. Od niektórych dziewczyn należy się trzymać z daleka i ona właśnie taka była. Zresztą dyrektor by nas pozabijał, gdybyśmy się ośmielili choćby tknąć jego córkę.
– Co to znaczy, że była dziewczyną, od jakich trzeba się trzymać z daleka?
– Latała za nami, kokietowała. Wydaje mi się, że bardzo chciała nas wpakować w jakąś kabałę. Pewnego razu postanowiła się opalać topless dokładnie pod naszym oknem, ale podglądał ją tylko Leon. Już wtedy był nieustraszony.
– I co się stało? Ojciec jej nie przyłapał? – Erika miała wrażenie, jakby się znalazła w innym świecie.
– Zazwyczaj Claes ją osłaniał. Wtedy też ją zobaczył. Ciągnął ją za sobą tak, że myślałem, że jej rękę urwie.
– Podkochiwała się w którymś z was?
– A jak pani sądzi? – odparł Holm. Po chwili się zorientował, że Erika nie wie, kogo ma na myśli. – Oczywiście w Leonie. Był ideałem. Z obrzydliwie bogatej rodziny, nieprzyzwoicie przystojny i pewny siebie. Nikt z nas nie mógłby się z nim równać.
– Ale nie interesował się nią?
– Powiedziałem: zadawanie się z Annelie oznaczało kłopoty. Leon był zbyt sprytny, żeby się w to pakować. – W tym momencie w salonie zadzwoniła jego komórka. Holm się zerwał. – Proszę wybaczyć, odbiorę tam.
Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Po chwili usłyszała, jak rozmawia ściszonym głosem. W domu chyba nikogo poza nim nie było. Erika zaczęła się rozglądać.
Zaciekawiła ją sterta papierów na krześle. Spojrzała przez ramię i zaczęła przerzucać kartki. W większości były to protokoły z posiedzeń Riksdagu albo z zebrań. Nagle coś zauważyła. Ręcznie zapisana kartka, której nie umiała odczytać. Słyszała, że Holm się żegna, i szybko wsunęła ją do torebki. Wszedł do kuchni. Na jego widok uśmiechnęła się niewinnie.
– Wszystko w porządku?
Skinął głową i usiadł.
– To wada tej pracy. Nigdy się nie ma wolnego, nawet podczas urlopu.
Erika wymamrotała coś o tym, że się zgadza. Nie chciała rozmawiać o jego działalności politycznej. Domyśliłby się, jakie ma poglądy, a nie chciała ryzykować, że się poróżnią. Wtedy niczego więcej by się od niego nie dowiedziała.
Znów chwyciła za długopis.
– Jak Inez Elvander odnosiła się do uczniów?
– Inez? – Unikał jej wzroku. – Prawie jej nie widywaliśmy. Miała pełne ręce roboty z gospodarstwem i z małym dzieckiem.
– Przecież musieliście coś o niej myśleć. Znam ten dom. Nie jest aż tak duży. Na pewno często na siebie wpadaliście.
– Oczywiście, że ją widywaliśmy, ale była zahukana i zamknięta w sobie. Nie zwracała na nas uwagi, my na nią też nie.
– Zdaje się, że jej mąż również nie zwracał na nią uwagi.
– Rzeczywiście, to aż dziwne, że komuś takiemu udało się spłodzić czworo dzieci. Żartowaliśmy, że może urodziły się w wyniku niepokalanego poczęcia. – Holm uśmiechnął się krzywo.
– Jak się panu podobali nauczyciele?
– Dziwacy. Obaj byli dobrymi nauczycielami. Per Arne, dawny wojskowy, był chyba jeszcze surowszy od dyrektora.
– A ten drugi?
– Ove… Niejasna sprawa. Podejrzewaliśmy, że jest ciotą. Ciekawe, czy się potem ujawnił.
Erika pomyślała o Lizie z przyklejonymi sztucznymi rzęsami, w pięknym jedwabnym szlafroku, i zachciało jej się śmiać.
– Może – powiedziała z uśmiechem.
Holm spojrzał na nią pytającym wzrokiem, ale nie chciała ciągnąć tego wątku. Nie do niej należy informowanie go o losach Lizy. Poza tym znała poglądy Przyjaciół Szwecji na homoseksualizm.
– Nic się panu nie przypomina, jeśli chodzi o nauczycieli?
– Nie. Granice między nauczycielami, uczniami i rodziną Elvanderów były bardzo wyraźne. Każda grupa osobno. Każdy znał swoje miejsce.
Jak w waszej polityce, pomyślała Erika. Musiała się ugryźć w język, żeby tego nie powiedzieć głośno. Czuła, że Holm zaczyna się niecierpliwić. Zadała ostatnie pytanie:
– Ktoś mi powiedział, że nocami słychać było w domu jakieś dziwne hałasy. Przypomina pan sobie coś takiego?
Holm drgnął.
– Kto tak powiedział?
– Nieważne.
– Brednie – odparł Holm, wstając.
– Więc nic pan o tym nie wie? – spojrzała na niego uważnie.
– Absolutnie nic. Przepraszam, muszę pilnie zadzwonić w kilka miejsc.
Erika zdała sobie sprawę, że więcej z niego nie wyciągnie. W każdym razie nie dziś.
– Dziękuję, że poświęcił mi pan tyle czasu – powiedziała, zbierając swoje rzeczy.
– Nie ma za co. – Znów uruchomił cały swój urok osobisty, chociaż niemal popychał ją do wyjścia.
Ia wciągnęła Leonowi kalesony i spodnie. Potem pomogła mu się przesiąść z sedesu na wózek.
– Proszę cię, przestań robić miny.
– Nie rozumiem, dlaczego nie zatrudnimy do takich rzeczy pielęgniarki – powiedział Leon.
– Sama chcę się tobą zajmować.
– Twoje serce aż kipi dobrocią. – Parsknął. – Zniszczysz sobie kręgosłup, jak tak dalej pójdzie. Potrzebny ci ktoś do pomocy.
– Miło, że się martwisz o mój kręgosłup, ale jestem silna i nie chciałabym, żeby ktoś… wtargnął między nas. Jesteśmy razem. Dopóki śmierć nas nie rozłączy. – Ia pogłaskała go po zdrowym policzku.
Odwrócił głowę, cofnęła rękę.
Odjechał, Ia usiadła na kanapie. Kupili dom z meblami. Dziś, po zatwierdzeniu wpłaty przez bank w Monako, wreszcie mogli się wprowadzić. Całość wpłacili gotówką. Za oknem rozpościerał się fantstyczny widok na Fjällbackę. Cieszył ją bardziej, niż się spodziewała. Z kuchni dobiegły przekleństwa Leona. Nic w domu nie było przystosowane do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Do niczego nie sięgał, ciągle się obijał o kanty i szafki.
– Już idę! – zawołała, ale nie od razu wstała. Niech czasem trochę poczeka, dobrze mu to zrobi. Jej pomoc nie powinna się dla niego stać czymś tak oczywistym jak jej miłość.
Spojrzała na swoje dłonie, całe w bliznach, jak u Leona. Poza domem zawsze je ukrywała w rękawiczkach, ale w domu nawet chciała, żeby widział obrażenia, jakich doznała, wyciągając go z płonącego samochodu. Wdzięczność – to wszystko, czego od niego oczekiwała. Na miłość straciła nadzieję. Nie umiałaby powiedzieć, czy Leon jest w stanie kogoś kochać. Kiedyś, dawno temu, myślała, że jest. Kiedyś, dawno temu, dla niej liczyła się tylko jego miłość. Kiedy miłość zamieniła się w nienawiść? Nie wiedziała. Wiele lat szukała przyczyny w sobie, próbowała się zmienić, próbowała dać mu wszystko, czego, jak sądziła, od niej oczekiwał. A mimo to ręczył ją i świadomie ranił. Góry, oceany, pustynie, kobiety. Nieważne. Traktował to wszystko jak kochanki, czekała na jego powrót i cierpiała nieznośnie.
Podniosła dłoń do twarzy. Gładkiej, bez wyrazu. Przypomniał jej się ból po operacjach. Nie było go przy niej, gdy się po nich budziła. Ani gdy wracała do domu. Goiło się strasznie długo. Teraz, gdy patrzyła w lustro, nie poznawała samej siebie. Miała twarz obcej kobiety. Ale już nie musiała się wysilać. Nie było gór, na które mógłby się wspinać, pustyń do pokonania ani kobiet, dla których mógłby ją zostawić. Teraz Leon należał do niej, tylko do niej.
Mårten się skrzywił, kiedy się prostował. Od wysiłku bolało go całe ciało. Prawie zapomniał, jak to jest, kiedy nic nie boli. Wiedział, że z Ebbą jest tak samo. Często gdy myślała, że on nie widzi, masowała sobie ramiona i stawy. Krzywiła się tak jak on.
Jeszcze bardziej bolały ich serca. Żyli z tym bólem dniami i nocami i z tęsknotą bez początku i bez końca. Mårten tęsknił nie tylko za synem, ale także za Ebbą. Gorzej, że tęsknota mieszała się ze złością i poczuciem winy. Nie potrafił się od tego uwolnić.
Siedział na schodkach przed domem z kubkiem herbaty w ręku i patrzył na drugą stronę zatoki, na Fjällbackę. W wieczornym złotawym świetle widok był szczególnie piękny. Zawsze wiedział, że tu wrócą. Wierzył, gdy Ebba mówiła, że miała szczęśliwe dzieciństwo i młodość, ale czuł, że nosi w sobie pytania, na które musi znaleźć odpowiedź. Gdyby wspomniał o tym wcześniej, zanim to się stało, pewnie by zaprzeczyła. Ale nigdy nie wątpił, że kiedyś tu przyjadą. Tutaj wszystko się zaczęło.
W końcu okoliczności zmusiły ich do ucieczki w miejsce znane i nieznane zarazem, do życia, w którym Vincenta nigdy nie było. Wiązał z tym wielkie nadzieje. Liczył na to, że do siebie wrócą, że im się uda pozbyć złości i poczucia winy. Ale Ebba zamknęła się przed nim, odpychała go, kiedy próbował się zbliżyć. Czy miała do tego prawo? Nie tylko ona pogrążyła się w smutku i żalu, on również. Zasłużył na to, żeby chociaż spróbowała.
Wpatrywał się w horyzont i coraz mocniej zaciskał dłonie na kubku. Miał przed oczami Vincenta. Był do niego bardzo podobny. Już na porodówce się z tego śmiali. Po narodzinach leżał w wózku, zawinięty w kocyk, i wyglądał jak maleńka karykatura ojca. Z czasem zrobił się podobny jeszcze bardziej. Uwielbiał tatę. W wieku trzech lat chodził za nim krok w krok, jak mały piesek, i najpierw wołał tatę. Ebba żaliła się czasem na tę niewdzięczność. Przecież nosiła go dziewięć miesięcy, potem jeszcze bolesny poród. Ale nie mówiła tego poważnie. Cieszyła się, że syn i ojciec są sobie tak bliscy, i zadowalała się dobrym drugim miejscem.
Łzy zapiekły go pod powiekami. Starł je wierzchem dłoni. Nie miał już siły płakać. Zresztą nie miało to sensu. Pragnął tylko, żeby Ebba znów pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Postanowił, że się nie podda. Będzie próbował tak długo, aż ona zrozumie, że potrzebują siebie nawzajem.
Wstał i wszedł do domu. Szedł na górę i nasłuchiwał, choć i tak wiedział, gdzie ona jest. Jak zwykle, gdy nie zajmowała się remontem, siedziała przy warsztacie, głęboko skupiona nad kolejnym zamówieniem. Wszedł i stanął za nią.
– Masz nowe zamówienie?
Drgnęła.
– Tak – odparła, nie przerywając pracy.
– Dla kogo? – Rozzłościła go jej obojętność. Musiał się pohamować, żeby nie wybuchnąć.
– Ma na imię Linda. Straciła synka. Miał cztery miesiące. Nagła śmierć łóżeczkowa. Był jej pierwszym dzieckiem.
– Aha – odparł, odwracając wzrok. Nie rozumiał, jak może być taka otwarta na te historie, na żałobę całkiem obcych ludzi. Własne cierpienie jej nie wystarczy? Nie musiał sprawdzać, wiedział, że nosi swój naszyjnik z aniołkiem. Pierwszy, jaki zrobiła. Na odwrocie wygrawerowała imię: Vincent. Czasami miał ochotę jej go zerwać. Wtedy, gdy uważał, że nie jest godna nosić naszyjnika z imieniem ich syna. Potem przychodziły chwile, gdy najbardziej na świecie pragnął, żeby go nosiła jak najbliżej serca. Dlaczego to musi być takie trudne? Co by się stało, gdyby odpuścił, gdyby pogodził się z tym, co się stało, i przyznał, że oboje są winni?
Odstawił kubek na półkę i zrobił krok w jej stronę. Zawahał się, położył dłonie na jej ramionach. Zesztywniała. Zaczął ją delikatnie masować. Czuł, że jest tak samo spięta jak on. Bez słowa patrzyła przed siebie. Jej dłonie, wcześniej zajęte aniołkiem, teraz spoczywały na stole. Słychać było tylko ich oddechy. Obudziła się w nim nadzieja. Czuł pod palcami jej ciało. Może jeszcze znajdą drogę do wspólnej przyszłości.
Nagle Ebba wstała i wyszła bez słowa. Mårten stał z rękami w powietrzu. Przez chwilę spoglądał na zawalony różnymi przedmiotami warsztat. Ręce opadły mu jakby same z siebie i szerokim łukiem z łoskotem zmiotły wszystko na podłogę. W ciszy, która potem zapadła, uświadomił sobie, że zostało mu już tylko jedno i że na to musi postawić wszystko.
Sztokholm 1925
– Mamo, zimno mi.
Dagmar nie zwracała uwagi na narzekania Laury. Będą tu czekać, dopóki Hermann nie wróci. Przecież wcześniej czy później musi wrócić. Ucieszy się na jej widok. Marzyła, że zobaczy jego oczy, rozpalone pożądaniem i miłością, po tylu latach czekania jeszcze większą.
– Mamo… – Laura z zimna szczękała zębami.
– Cicho! – syknęła Dagmar. Ten dzieciak zawsze wszystko psuje. Czy ona nie chce, żeby w końcu były szczęśliwe? W przypływie niepohamowanej złości podniosła rękę, żeby ją uderzyć.
– Na pani miejscu bym tego nie robił.
Czyjaś silna ręka złapała ją za nadgarstek. Odwróciła się przestraszona. Za nią stał elegancki pan w ciemnym palcie, ciemnych spodniach i kapeluszu. Obruszyła się.
– Niech się pan nie wtrąca, to moja sprawa, jak wychowuję dziecko.
– Jeśli ją pani uderzy, uderzę panią tak samo mocno. Wtedy się pani przekona, jak to jest – oznajmił spokojnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Już miała na końcu języka, co myśli o ludziach wtrącających się w nie swoje sprawy, ale doszła do wniosku, że nic nie zyska.
– Proszę wybaczyć – powiedziała. – Córka przez cały dzień była nieznośna. Czasem ciężko być matką… – usprawiedliwiała się, patrząc w ziemię, żeby nie widział jej wściekłego spojrzenia.
Puścił jej nadgarstek i cofnął się.
– Co robicie przed bramą mojego domu?
– Czekamy na mojego tatę – odpowiedziała Laura, patrząc na niego błagalnie. Rzadko widziała, żeby ktoś się przeciwstawiał jej matce.
– Tak? Twój tata tu mieszka? – Mężczyzna spojrzał uważnie na Dagmar.
– Czekamy na kapitana Göringa – powiedziała Dagmar, przyciągając do siebie Laurę.
– To długo możecie czekać – odparł, nie przestając im się przyglądać.
Dagmar poczuła, że serce wali jej w piersi. Czy Hermannowi coś się stało? Dlaczego ta nieszczęsna kobieta nic jej nie powiedziała?
– Jak to? – spytała.
Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi.
– Zabrała go karetka. W kaftanie bezpieczeństwa.
– Nie rozumiem.
- Zamknęli go w szpitalu w Längbro [15].
Mężczyzna podszedł do bramy, wyraźnie chciał się pożegnać. Złapała go za ramię, ale wyrwał się z obrzydzeniem.
– Proszę, niech mi pan powie, gdzie ten szpital! Muszę znaleźć Hermanna!
Na twarzy miał wypisaną niechęć. Nie odpowiedział, otworzył bramę i wszedł. Ciężkie drzwi zamknęły się za nim. Dagmar osunęła się na chodnik. Co teraz?
Laura płakała rozdzierająco i szarpała ją. Chciała ją postawić na nogi. Dagmar odpychała jej ręce. Nie mogłaby jej dać spokoju? Nie mogłaby sobie pójść? Na co jej to dziecko, jeśli nie może mieć Hermanna? Laura nie należała do niej, tylko do nich obojga.
Patrik wpadł do komisariatu, ale zatrzymał się przed okienkiem recepcji. Annika musiała być bardzo zajęta, bo podniosła głowę dopiero po chwili. Na widok Patrika uśmiechnęła się i znów spuściła wzrok.
– Czy Martin nadal jest chory? – spytał Patrik.
– Tak – odparła, wpatrując się w ekran monitora. Patrik spojrzał na nią ze zdziwieniem i obrócił się na pięcie. Pozostało tylko jedno.
– Jadę coś załatwić – powiedział i wyszedł. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak otwiera usta, ale już nie usłyszał, co powiedziała.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Co prawda trochę za wcześnie na składanie wizyt, ale zaniepokoił się tak bardzo, że postanowił machnąć ręką na to, że ich obudzi.
Dojazd zabrał mu tylko kilka minut. Stanął przed drzwiami i zawahał się. Może nie dzieje się nic takiego, może Martin rzeczywiście leży w łóżku i tylko niepotrzebnie go obudzi. Może się nawet obrazi, że go sprawdza. Ale przeczucie mówiło mu, że Martin na pewno by się odezwał, gdyby po prostu był chory. Przyłożył palec do dzwonka.
Odczekał dłuższą chwilę. Zastanawiał się, czy zadzwonić jeszcze raz. Wiedział, że mieszkanie nie jest duże, więc musieli słyszeć. W końcu usłyszał kroki.
Drzwi się otworzyły. Widok Martina nim wstrząsnął. Rzeczywiście wyglądał na chorego. Nieogolony, włosy potargane, zalatywało od niego potem. A przede wszystkim miał martwe spojrzenie. Nigdy go takiego nie widział.
– A, to ty – powiedział Martin.
– Mogę wejść?
Martin wzruszył ramionami, odwrócił się i powlókł w głąb mieszkania.
– Pia w pracy? – spytał Patrik, rozglądając się.
– Nie. – Martin stanął przy drzwiach balkonowych i patrzył przez szybę.
Patrik zmarszczył brwi.
– Jesteś chory?
– Przecież zgłosiłem. Annika ci nie powiedziała? – Mówił opryskliwie. – Potrzebujesz zaświadczenia od lekarza? Po to przyszedłeś? Sprawdzić, czy nie kłamię? Bo może się opalam na jakiejś skałce?
Patrik uważał, że Martin jest najspokojniejszym, najbardziej dobrodusznym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić. W takim stanie jeszcze nigdy go nie widział. Zaniepokoił się jeszcze bardziej. Zdecydowanie coś jest nie w porządku.
– Chodź, usiądziemy – powiedział, wskazując głową w stronę kuchni.
Złość przeszła Martinowi tak szybko, jak przyszła, wróciło martwe spojrzenie. Przytaknął ospale i poszedł za Patrikiem. Usiedli przy stole. Patrik obserwował go z troską.
– Co się stało?
Zapadła cisza.
– Pia niedługo umrze – powiedział w końcu Martin, patrząc w stół.
Jakieś niezrozumiałe słowa. Patrik nie potrafił uwierzyć w to, co usłyszał.
– Co to znaczy?
– Przedwczoraj przyjęli ją do szpitala. Podobno miała szczęście, że od razu się znalazło miejsce.
– Do szpitala? Co jej jest? – Patrik pokręcił głową. Przecież w ostatni weekend spotkał ich na ulicy i wyglądało na to, że wszystko jest w porządku.
– Lekarze powiedzieli, że jeśli nie zdarzy się cud, to możliwe, że zostało jej tylko pół roku.
– Pół roku leczenia?
Martin podniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy. W oczach miał tyle bólu, że Patrik aż zadrżał.
– Pół roku życia. Potem Tuva zostanie bez mamy.
– Co… jak… kiedy się dowiedzieliście? – jąkał się Patrik. Po tym, co usłyszał, nie był w stanie wykrztusić nic sensownego.
Nie dostał odpowiedzi. Martin oparł głowę na rękach i zatrząsł się od płaczu. Patrik podszedł i objął go. Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo to trwało, ale w końcu Martin przestał płakać.
– Gdzie jest Tuva? – spytał Patrik, nie przestając go obejmować.
– U teściowej. Nie mam siły… teraz. – Znów zaczął płakać, ale trochę spokojniej. Patrik pogłaskał go po plecach.
– No już, wywal to z siebie.
Głupio mu się zrobiło, że wygłasza frazesy, ale co można powiedzieć w takiej sytuacji? Co jest właściwe, a co nie? Pytanie, czy miało to jakiekolwiek znaczenie. Czy Martin w ogóle usłyszał, co powiedział?
– Jadłeś coś?
Martin pociągnął nosem. Wytarł go w rękaw szlafroka i pokręcił głową.
– Nie chce mi się jeść.
– Nie szkodzi. Musisz jeść. – Patrik zajrzał do lodówki. Było sporo jedzenia, ale domyślał się, że nie ma sensu przygotowywać dużego posiłku. Wyjął tylko masło i ser. Zrobił tosty z pszennej bułki, którą znalazł w zamrażarce. Dwa. Pomyślał, że więcej Martin i tak nie zje. Po chwili namysłu sobie też zrobił jeden. Lepiej się je w towarzystwie.
– A teraz opowiedz, jak to wygląda – powiedział, gdy Martin zjadł pierwszą kanapkę i jego twarz zaczęła od zyskiwać kolory.
Jąkając się, z przerwami, Martin opowiedział mu o nowotworze Pii i o tym, jaki przeżył wstrząs. Jednego dnia wierzył, że wszystko będzie dobrze, a następnego dowiedział się, że Pia musi się poddać bardzo ciężkiej terapii, która pewnie i tak jej nie pomoże.
– Kiedy będzie mogła wrócić do domu?
– Chyba w przyszłym tygodniu. Nie wiem dokładnie, nie mogłem… – odpowiedział Martin zawstydzony. Trzęsła mu się ręka, w której trzymał kanapkę.
– Nie rozmawiałeś z nimi? Byłeś u Pii w szpitalu? – Patrik bardzo się starał, żeby to nie brzmiało jak wyrzut. Byłaby to ostatnia rzecz, jakiej potrzebował Martin. Rozumiał go. Tyle razy widział ludzi w szoku. Znał to puste spojrzenie i sztywne ruchy.
– Zaparzę herbatę – powiedział, zanim Martin zdążył odpowiedzieć. – A może wolisz kawę?
– Wolę kawę – odparł Martin. Żuł i żuł, najwyraźniej nie mógł przełknąć.
Patrik nalał wody do szklanki.
– Popij. Zaraz będzie kawa.
– Nie byłem u niej – powiedział Martin, przestając żuć.
– Nic dziwnego. Jesteś w szoku – odrzekł Patrik, odmierzając kawę.
– Zawiodłem ją. Właśnie wtedy, kiedy jestem jej najbardziej potrzebny. Tuvę też. Tak się spieszyłem, żeby jak najprędzej odwieźć ją do babci. Jakby matce Pii też nie było ciężko. – Znów był bliski płaczu. Musiał zrobić głęboki wdech i długi wydech. – Zupełnie nie rozumiem, skąd ona ma tyle siły. Wydzwania, martwi się o mnie. Kompletne wariactwo, nie? Naświetlają ją i dostaje chemię, i cholera wie, co jeszcze. Na pewno się boi i źle się czuje, ale martwi się o mnie!
– To wcale nie jest takie dziwne – odparł Patrik. – Zróbmy tak. Weź prysznic i ogol się. Kawa będzie akurat jak skończysz.
– Nie, ja… – Martin chciał zaprotestować, ale Patrik mu przerwał:
– Albo sam pójdziesz pod prysznic, albo cię tam zaciągnę i osobiście wyszoruję. Wolałbym uniknąć takiego doświadczenia. Mam nadzieję, że ty też.
Martin musiał się roześmiać.
– Nie licz na to, że podejdziesz do mnie z mydłem w ręku. Sam się umyję.
– Okej. – Patrik odwrócił się i zaczął szukać kubków. Usłyszał, jak Martin wstaje i idzie do łazienki.
Po dziesięciu minutach do kuchni wszedł zupełnie inny człowiek.
– Teraz cię poznaję. – Patrik nalał do kubków gorącej kawy.
– Już mi trochę lepiej. Dziękuję – powiedział Martin, siadając. Twarz nadal miał żółtą, wyglądał na wycieńczonego, ale w zielonych oczach pojawiło się więcej życia. Mokre rude włosy sterczały mu na wszystkie strony. Wyglądał jak przerośnięty Kalle Blomkvist [16].
– Mam propozycję – powiedział Patrik. Przemyślał wszystko, kiedy Martin był w łazience. – Cały swój czas powinieneś poświęcić Pii. Powinieneś też przejąć opiekę nad Tuvą. Weź urlop, od dziś. Zobaczymy, co będzie. W razie czego będziemy go przedłużać.
– Zostały mi tylko trzy tygodnie.
– Jakoś się to załatwi – odparł Patrik. – Teraz o tym nie myśl.
Martin spojrzał na niego pustym wzrokiem i kiwnął głową. Patrik pomyślał o wypadku Eriki. On też mógłby tak siedzieć. Mało brakowało, żeby stracił wszystko.
Całą noc się nad tym zastanawiała. Kiedy Patrik pojechał do pracy, usiadła na werandzie, żeby w spokoju zebrać myśli. Dzieci bawiły się same. Uwielbiała ten widok na archipelag. Była bardzo szczęśliwa, że nie dopuściła do sprzedaży domu po rodzicach. Dzięki temu również jej dzieci będą mogły tutaj dorastać. Niełatwo go było utrzymać. Wiatr i słona woda niszczyły drewno, ciągle trzeba było coś naprawiać albo ulepszać.
Nie mieli już problemów finansowych. Kosztowało ją to kilka lat harówki, ale teraz zarabiała na książkach całkiem dobrze. Jej przyzwyczajenia i potrzeby nie zmieniły się znacząco, ale świadomość, że awaria pieca albo konieczność odnowienia fasady nie zrujnują domowego budżetu, zapewniała jej poczucie bezpieczeństwa.
Zdawała sobie sprawę, że inni nie mają tak dobrze. Że gdy brakuje pieniędzy i nagle traci się pracę, zaczyna się szukać winnych. Pewnie to częściowo wyjaśnia sukces Przyjaciół Szwecji. Od spotkania z Johnem Holmem nie przestawała myśleć o nim i o tym, kim był. Spodziewała się, że spotka człowieka niesympatycznego, otwarcie broniącego swoich poglądów. Tymczasem zetknęła się z czymś znacznie gorszym: z człowiekiem elokwentnym, który w sposób budzący zaufanie udzielał prostych odpowiedzi, wskazywał wyborcom kozła ofiarnego i obiecywał go usunąć.
Wzdrygnęła się. Była przekonana, że Holm coś ukrywa. Może ma to coś wspólnego z tym, co się stało na Valö a może nie. Musi się dowiedzieć. Już wiedziała, kogo pytać.
– Dzieciaki, przejedziemy się! – zawołała, odwracając się. Usłyszała okrzyk radości. Cała trójka uwielbiała jeździć samochodem.
– Mama jeszcze tylko zadzwoni w jedno miejsce. Maju, ty w tym czasie włóż buciki, a ja zaraz porno Antonowi i Noelowi.
– Ja im pomogę – powiedziała Maja, ciągnąc braci do przedpokoju.
Erika się uśmiechnęła. Maja coraz częściej zachowywała się jak mama.
Po kwadransie siedzieli w samochodzie. Jechali do Uddevalli. Zadzwoniła, żeby się upewnić, że zastanie Kjella, żeby niepotrzebnie nie ciągnąć ze sobą dzieci. Najpierw chciała mu wszystko wyjaśnić przez telefon, ale doszła do wniosku, że powinien zobaczyć tę kartkę na własne oczy.
Przez całą drogę śpiewali piosenki. Kiedy stanęli przed recepcją, Erika była zachrypnięta. Po chwili wyszedł do nich Kjell.
– Ojej, widzę, że przyjechaliście całą gromadą – powiedział, spoglądając na troje zerkających na niego nieśmiało dzieciaków.
Objął Erikę, podrapał ją brodą po policzku. Uśmiechnęła się. Poznali się kilka lat wcześniej w związku ze śledztwem, podczas którego okazało się, że jej matka i ojciec Kjella przyjaźnili się podczas wojny. Erika i Patrik polubili Kjella i bardzo go szanowali jako dziennikarza.
– Nie miałam z kim zostawić dzieci.
Nie szkodzi. Miło was widzieć – powiedział Kjell, patrząc z uśmiechem na dzieci. – W moim pokoju jest kosz, są tam chyba jakieś zabawki. Pobawicie się, a my sobie z mamą porozmawiamy.
– Zabawki?
Nieśmiałość zniknęła. Maja szybko podreptała za Kjellem.
– Proszę, okazało się, że jest tylko papier i kredki – powiedział Kjell, wysypując wszystko na podłogę.
– Nie ręczę, że ci nie poplamią dywanu – powiedziała Erika. – Nie bardzo rozumieją, że mają poprzestać na papierze.
– Myślisz, że jedna czy dwie plamy więcej zrobią różnicę? – odparł Kjell, siadając za biurkiem.
Popatrzyła na brudny dywan i przyznała mu rację.
– Spotkałam się wczoraj z Johnem Holmem – powiedziała, siadając na fotelu dla gości.
Kjell spojrzał na nią badawczo.
– I jakie wrażenia?
– Czarujący. I śmiertelnie niebezpieczny.
– Trafne określenie. W młodości należał do jednej z najbardziej niebezpiecznych grup skinheadów. Tam zresztą poznał swoją żonę.
– Trudno mi go sobie wyobrazić z ogoloną głową. – Erika zerknęła na dzieci. Jak dotąd zachowywały się wręcz przykładnie.
– Tak, gruntownie zmienił wizerunek. Ale tacy jak on nie zmieniają poglądów. Z biegiem lat stają się tylko sprytniejsi, uczą się, jak się zachowywać.
– Figuruje w rejestrze skazanych?
– Nie, nigdy go za nic nie zamknęli, chociaż parę razy było blisko. Był jeszcze młody. Ale jestem przekonany, że nie zmienił się od czasów, kiedy brał udział w pochodach Karola XII [17]. Uważam również, że to wyłącznie jego zasługa, że Przyjaciele Szwecji zasiadają dziś w Riksdagu.
– Co zrobił?
– Jego pierwszym genialnym posunięciem było wykorzystanie podziałów wśród ugrupowań narodowosocjalistycznych, do których doszło po podpaleniu szkoły w Uppsali.
– Za które sąd skazał trzech nazistów? – Erika przypomniała sobie nagłówki gazet sprzed wielu lat.
– Właśnie. Pomijając te podziały, nagle zainteresowały się nimi media. Policja też miała ich na oku. I wtedy do akcji wkroczył Holm. Zebrał co tęższe głowy z różnych ugrupowań i zaproponował im współpracę, dzięki czemu Przyjaciele Szwecji stali się czołową partią. Przez następnych kilka lat pokazowo, czyli powierzchownie, czyścił szeregi i powtarzał, że ich program wyraża prawdziwe poglądy i dążenia szwedzkiego społeczeństwa. Ustawili się na pozycji partii robotniczej, reprezentującej przeciętnych, skromnych ludzi.
– Utrzymanie jedności w takiej partii musi chyba być trudne. Na pewno mają tam wielu ekstremistów.
Kjell przytaknął.
– Oczywiście, choć wielu odeszło. Według nich Holm to mazgaj, który zdradził dawne ideały. Odnoszę wrażenie, że w partii obowiązuje niepisana zasada, żeby się nie wdawać w publiczne dyskusje na temat polityki imigracyjnej, bo mogłoby to doprowadzić do rozłamu. Za dużo odmiennych poglądów, począwszy od propozycji, aby wszystkich imigrantów wsadzić w samolot i odesłać do kraju pochodzenia, aż po stanowisko, że wystarczy jedynie stawiać imigrantom większe wymagania.
– Do której kategorii należy Holm? – spytała Erika. Odwróciła się, żeby uciszyć hałasujących chłopców.
– Oficjalnie do drugiej, a nieoficjalnie… Powiem tak: nie zdziwiłbym się, gdyby trzymał w szafie nazistowski mundur.
– Jak się znalazł w tym środowisku?
– Po twoim telefonie trochę poszperałem. Wiedziałem, że pochodzi z bardzo zamożnej rodziny. W latach czterdziestych jego ojciec założył firmę eksportową. Po wojnie ją rozwinął. Interes kwitł. Ale w 1976… – Kjell zrobił pauzę, Erika wyprostowała się na fotelu.
– Co w 1976?
– W eleganckich kręgach Sztokholmu wybuchł skandal. Matka Holma, Greta, opuściła jego ojca, Ottona, dla libańskiego biznesmena, z którym Otto robił interesy. Okazało się, że Ibrahim Jaber, bo tak się nazywał ów biznesmen, wyłudził od Ottona większą część jego majątku. Okradziony i porzucony Otto zastrzelił się przy swoim biurku w końcu lipca 1976 roku.
– Co się stało z Gretą i Holmem?
– Śmierć Ottona nie była końcem tragedii. Okazało się, że Jaber już miał żonę i dzieci i w ogóle nie zamierzał się z Gretą żenić. Wziął pieniądze i zostawił ją. Kilka miesięcy później John po raz pierwszy był notowany przez policję za jakąś nazistowską sprawkę.
– A nienawiść została – powiedziała Erika.
Sięgnęła po torebkę i podała Kjellowi karteczkę.
– Znalazłam wczoraj w domu Holma. Nie rozum nic z tego, ale może coś w tym jest?
Roześmiał się.
– Co to znaczy: znalazłam?
– Mówisz jak Patrik – powiedziała Erika z uśmiechem. – Po prostu sobie leżała. To zwykła notatka na brudno, nie zauważy jej braku.
– Przyjrzyjmy się. – Kjell zsunął z czoła okulary. – Gimle – odczytał głośno i zmarszczył brwi.
– Co to znaczy? Nigdy nie słyszałam tego słowa. To jakiś skrót?
Kjell potrząsnął głową
– Według mitologii nordyckiej Gimle nastąpi po Ragnaröku [18]. To coś w rodzaju nieba albo raju. Pojęcie znane i używane w środowisku neonazistów. Jest to również nazwa stowarzyszenia kulturalnego. Oni twierdzą, że są politycznie niezależni, ale wątpię. W każdym razie są hołubieni zarówno przez Przyjaciół Szwecji, jak i przez Duńską Partię Ludową.
– Czym się zajmują?
– Przywracają, jak sami twierdzą, poczucie wspólnoty i dumy narodowej. Interesują ich stare szwedzkie zwyczaje, tańce ludowe, staroszwedzka poezja, zabytki historyczne i inne takie. Co współbrzmi z ideą Przyjaciół Szwecji kultywowania szwedzkich tradycji.
– Więc słowo Gimle mogłoby wskazywać na to stowarzyszenie, tak? – Wskazała na kartkę.
– Trudno zgadnąć. To może być cokolwiek. Poza tym nie wiadomo, co znaczą te cyfry. 1920211851612114. A potem jeszcze 5 08 1400.
Erinka wzruszyła ramionami.
– Też nie mam pojęcia. Równie dobrze mogą to być nic nieznaczące bazgroły. Wygląda, jakby napisano w pośpiechu.
– Możliwe – powiedział Kjell. Machnął kartką. – Mogę zatrzymać?
– Oczywiście. Tylko zrobię zdjęcie komórką. A nuż przyjdzie mi do głowy genialny pomysł i nagle to rozszyfruję.
– Racja.
Podsunął jej kartkę, zrobiła zdjęcie. Potem uklękła na dywanie i zaczęła sprzątać po dzieciach.
– Masz pomysł, co z tym zrobić?
– Jeszcze nie, ale wiem, w jakich archiwach szukać.
– Jesteś pewien, że to nie są bazgroły?
– Nie jestem, ale zawsze warto spróbować.
– Odezwij się, gdybyś się czegoś dowiedział. Ja też zadzwonię, jeśli znajdę coś nowego. – Lekko popchnęła dzieci do drzwi.
– Jasne, do usłyszenia – powiedział, sięgając po telefon.
Typowe. Raz się spóźnił i zrobiła się afera na cały komisariat. A kiedy Patrika nie ma pół dnia, nikt nawet nie mrugnie okiem. Erika zadzwoniła poprzedniego wieczoru, żeby mu opowiedzieć o spotkaniach z Ove Linderem i Johnem Holmem. Bardzo chciał pojechać z Patrikiem do Kreutza. Westchnął nad niesprawiedliwością losu i wrócił do swojej listy.
Zadzwonił telefon, rzucił się na słuchawkę.
– Flygare, słucham.
– Gösta, dzwoni Torbjörn – powiedziała Annika. – Przyszły wyniki pierwszej analizy krwi. Chciał rozmawiać z Patrikiem, ale może ty byś mógł?
– Oczywiście.
Gösta słuchał uważnie i pilnie notował, chociaż wiedział, że Torbjörn prześle kopię faksem. Raporty były jednak pisane skomplikowanym językiem. Łatwiej było je zrozumieć, gdy Torbjörn wyjaśnił osobiście.
Kiedy odkładał słuchawkę, ktoś zapukał do otwartych drzwi.
– Annika mi powiedziała, że właśnie dzwonił Torbjörn. Co powiedział? – spytał z zaciekawieniem Patrik. W oczach miał smutek.
– Stało się coś? – spytał Gösta. Patrik usiadł ciężko.
– Byłem u Martina, dowiedzieć się, co u niego.
– I co?
– Bierze urlop. Na początek trzy tygodnie. Potem zobaczymy.
– Dlaczego? – Gösta się zaniepokoił. Zdarzało się wprawdzie, że komenderował Martinem, ale lubił go. Nie znał nikogo, kto by nie lubił Martina Molina.
Patrik powtórzył, czego się dowiedział o chorobie Pii. Gösta połykał łzy. Biedny chłopak. I jeszcze ta malutka, tak szybko zostanie bez mamy. Odwrócił się i zaczął szybko mrugać. Przecież nie będzie płakać w pracy.
– Musimy sobie poradzić bez Martina – podsumował Patrik. – Więc co ci powiedział Torbjörn?
Gösta dyskretnie wytarł oczy i odchrząknął. Odwrócił się i zajrzał do notatek.
– Państwowe Laboratorium Kryminalistyczne potwierdza, że to ludzka krew. Ale próbki są na tyle stare, że nie udało się odtworzyć profilu DNA, żeby go porównać z krwią Ebby. Nie ustalono również, czy to krew jednej, czy wielu osób.
– Okej. Czyli tak jak myślałem. A pocisk?
– Torbjörn pokazał go wczoraj znajomemu, ekspertowi od broni palnej. Facet zrobił pobieżną analizę. Nie ma zgodności z pociskami pochodzącymi z niewyjaśnionych zabójstw.
– Człowiek zawsze się łudzi – powiedział Patrik.
– Tak. Kaliber dziewięć milimetrów.
– Dziewięć milimetrów? Nie można powiedzieć, żeby nam to zawęziło poszukiwania.
– Rzeczywiście. Ale Torbjörn powiedział, że na pocisku są wyraźne rysy, więc ten facet ma go zbadać dokładniej. Może uda się określić rodzaj broni, z której został wystrzelony. Gdybyśmy znaleźli broń, byłoby z czym porównywać.
– Pozostaje tylko ta błahostka: odnalezienie broni. Na ile dokładnie przeszukaliście dom i okolicę?
– Wtedy, w 1974?
Patrik przytaknął.
– Staraliśmy się, jak mogliśmy – odparł Gösta. – Mieliśmy mało ludzi, ale można powiedzieć, że przeczesaliśmy całą wyspę. Gdyby broń gdzieś porzucono, na pewno byśmy ją znaleźli.
– Pewnie leży na dnie morza.
– Pewnie tak. Nawiasem mówiąc, zacząłem już dzwonić do byłych uczniów, jak dotąd bez rezultatu. Do wielu się nie dodzwoniłem. Nic dziwnego, sezon urlopowy, pewnie wyjechali.
– Dobrze, że się za to zabrałeś – powiedział Patrik, przeciągając dłonią po włosach. – Gdyby któryś z nich zainteresował cię szczególnie, możemy się do niego wybrać.
– Są rozrzuceni po całej Szwecji – odparł Gösta. – Musielibyśmy się nieźle najeździć, gdybyśmy z każdym chcieli rozmawiać osobiście.
– Zastanowimy się, kiedy będzie wiadomo, ilu może wchodzić w grę. – Patrik podszedł do drzwi. – Może po lunchu pojedziemy do Leona Kreutza? On na szczęście mieszka niedaleko.
– Dobrze. Miejmy nadzieję, że rozmowa z nim przyniesie więcej niż wczorajsze przesłuchania. Meyer był tak samo zamknięty w sobie jak wtedy.
– Rzeczywiście, trzeba było z niego wyciągać każde słowo. A ten Mansson to śliski typ – powiedział Patrik, wychodząc.
Gösta odwrócił się i zaczął wybierać kolejny numer. Nie znosił rozmawiać przez telefon i gdyby nie chodziło Ebbę, zrobiłby wszystko, żeby tego uniknąć. Dobrze, że część rozmów wzięła na siebie Erika.
– Gösta! Chodź na chwilę – zawołał Patrik.
W korytarzu stał Mårten Stark, z zaciętą miną i foliową torebką w ręku. Było w niej coś, co wyglądało na pocztówkę.
– Mårten chce nam coś pokazać – powiedział Patrik.
Włożyłem to szybko do torebki – powiedział Mårten. – Ale wcześniej wziąłem do ręki, więc mogłem zatrzeć jakieś ślady.
– Dobrze, że o tym pomyślałeś – uspokoił go Patrik.
Gösta obejrzał pocztówkę przez folię. Najzwyklejsza pocztówka przedstawiająca rozkoszne kociątko. Odwrócił i przeczytał.
– A to co?! – wykrzyknął.
– Wygląda na to, że G pokazał swoją prawdziwą twarz – powiedział Patrik. – Grozi jej śmiercią, bez wątpienia.
Szpital Längbro 1925
Musiało zajść jakieś nieporozumienie, pewnie przez tę okropne kobietę. Ale ona mu pomoże. Cokolwiek się stało, wszystko się ułoży. Jak tylko znów będą razem.
Córkę zostawiła w cukierni. Nic jej nie będzie. Gdyby ktoś pytał, dlaczego siedzi sama, miała odpowiadać, że matka poszła do toalety.
Przyjrzała się uważnie budynkowi. Nietrudno było trafić. Zaczepiła kilka osób, żeby spytać o drogę. W końcu trafiła na kobietę, która opisała jej dokładnie, jak wejść do szpitala Längbro. Teraz musiała się dostać do środka. Przy głównym wejściu, od frontu, kręciło się mnóstwo pracowników. Z łatwością by ją zauważyli. Chciała się podać za panią Göring, ale jeśli tamta już tu była, oszustwo by się wydało i byłaby bez szans.
Chyłkiem, żeby nikt jej nie zobaczył z okien, zakradła się na tyły. Zobaczyła wejście dla pracowników. Dłuższą chwilę obserwowała wchodzące i wychodzące kobiety: w różnym wieku, w wykrochmalonych fartuchach. Niektóre wrzucały coś do wózka na brudną bieliznę stojącego na prawo od drzwi. Wreszcie przyszedł jej do głowy ten pomysł. Podeszła do wózka i rozejrzała się. Nie odrywała wzroku od drzwi. Nikt nie wychodził, więc szybko przeszukała zawartość wózka. Głównie pościel i obrusy, ale na samym dnie nalazła fartuch. Taki, jaki nosiły pielęgniarki. Chwyciła go i ukryła się za rogiem, żeby się przebrać.
Potem starannie schowała włosy pod czepek. Fartuch był trochę brudny na dole, ale poza tym nie wyglądał nieświeżo. Pozostało jej mieć nadzieję, że nie wszystkie pielęgniarki się znają i że się nie zorientują, że zjawił się ktoś nowy.
Otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Wyglądało to na przebieralnię dla pracowników. Nikogo nie było. Wyszła na korytarz, rzucając dookoła ukradkowe spojrzenia. Minęła długi rząd zamkniętych drzwi. Nigdzie tabliczek z nazwiskami. Uzmysłowiła sobie, że nie znajdzie Hermanna. Zasłoniła ręką usta, żeby nie jęknąć z rozpaczy. Nie wolno się poddawać.
Nadeszły dwie młode pielęgniarki, rozmawiały cicho. Dagmar wytężyła słuch. Czyżby wymieniły nazwisko Göring? Nadstawiła uszu i powoli ruszyła w ich stronę. Pielęgniarka z tacą żaliła się koleżance:
– Ostatnim razem gdy do niego weszłam, rzucił we mnie tacą zjedzeniem – powiedziała.
– Dlatego siostra przełożona kazała, żebyśmy do Göringa wchodziły we dwie – odparła druga. Jej również głos lekko drżał.
Przystanęły przed jakimiś drzwiami. Wyraźnie się wahały. Dagmar zrozumiała, że teraz albo nigdy. Musi przystąpić do dzieła. Chrząknęła.
– Polecono mi zająć się Göringiem, więc wy, dziewczyny, możecie iść – powiedziała władczym tonem i sięgnęła po tacę.
– Naprawdę? – spytała dziewczyna z wahaniem, ale i wyraźną ulgą.
– Wiem, jak się obchodzić z takimi jak on. Idźcie, zajmijcie się czymś pożytecznym, ja to załatwię. Tylko pomóżcie mi otworzyć drzwi.
– Dziękujemy – powiedziały obie, dygając.
Jedna wyjęła z kieszeni wielki pęk kluczy i wprawnym ruchem włożyła któryś z nich do zamka. Przytrzymała drzwi. Kiedy Dagmar weszła do pokoju, odeszły, ciesząc się, że je ominęło to nieprzyjemne zadanie.
Dagmar poczuła, że serce jej wali. Oto jej Hermann. Leży na zwykłej pryczy, plecami do niej.
– Hermannie, teraz już wszystko będzie dobrze – powiedziała, stawiając tacę na podłodze. – Jestem przy tobie.
Nie poruszył się. Patrzyła na jego plecy, przeszył ją dreszcz. Wreszcie jest przy nim.
– Hermannie – powtórzyła, kładąc mu rękę na ramieniu.
Odsunął się i usiadł na brzegu pryczy.
– Czego pani chce!? – wrzasnął.
Dagmar się wzdrygnęła. To jest Hermann? Przystojny lotnik, który wprawiał jej ciało w drżenie? Postawny, o szerokich ramionach i włosach złocących się w słońcu? To chyba nie może być on.
– Daj mi lekarstwo, suko przeklęta. Żądam! Nie wiesz, kto ja jestem? Jestem Hermann Göring i muszę dostać lekarstwo. – Mówił z wyraźnym niemieckim akcentem, robił pauzy, jakby szukał właściwego słowa.
Ścisnęło ją w gardle. Człowiek, który krzyczał na nią jak opętany, był otyły, miał chorobliwie bladą cerę i rzadkie, lepiące się do czaszki włosy. Krople potu ściekały mu po twarzy.
Odetchnęła głęboko. Musi się upewnić, czy to nie pomyłka.
– Hermannie, to ja, Dagmar – powtórzyła ostrożnie. Pomyślała, że w każdej chwili może ją zaatakować. Żyły pulsowały mu na czole. Bladość zniknęła, od szyi w górę mocno się zaczerwienił.
– Dagmar? Mam gdzieś, jak się nazywacie, suki jedne. Chcę moje lekarstwo. Żydzi mnie tu zamknęli, a ja muszę być zdrowy. Hitler mnie potrzebuje. Daj mi moje lekarstwo.
Krzyczał, pluł ślinę w jej twarz. Dagmar była przerażona, ale podjęła jeszcze jedną próbę:
– Nie pamiętasz mnie? Poznaliśmy się na przyjęciu u doktora Sjölina. We Fjällbace.
Nagle ucichł, zmarszczył czoło i spojrzał na nią ze zdumieniem.
– We Fjällbace?
– Tak, w domu doktora Sjölina – powtórzyła. – Spędziliśmy razem noc.
Wzrok mu pojaśniał, przypomniał sobie. Nareszcie. Teraz wszystko będzie dobrze. Już ona się o to postara. Hermann znów będzie jej przystojnym kapitanem.
– Ty jesteś tą służącą – powiedział, ocierając pot z czoła.
– Mam na imię Dagmar – przypomniała. Ogarnął ją niepokój. Dlaczego nie podbiegł, nie wziął jej w objęcia? Tak to sobie tyle razy wyobrażała.
Nagle zaczął się śmiać. Tłusty brzuch aż mu się trząsł.
– Dagmar. No właśnie. – Znów się roześmiał.
Dagmar zacisnęła pięści.
– Mamy córkę. Ma na imię Laura.
– Córkę? – Przyjrzał jej się uważnie, mrużąc oczy. – Nie pierwszy raz słyszę coś takiego. Nie byłbym taki pewny, Zwłaszcza gdy chodzi o służącą.
Ostatnie słowa wypowiedział z wyraźną pogardą Dagmar wpadła we wściekłość. W sterylnym białym pokoju, do którego nie docierała nawet odrobina dziennego światła, legły w gruzach wszystkie jej marzenia i nadzieje. Jej życie okazało się iluzją. Niepotrzebnie przez całe lata usychała z tęsknoty, męczyła się z wrzeszczącym bachorem, jego córką, która bez przerwy czegoś się od niej domagała. Krzyknęła ochryple i rzuciła się na niego. Chciała mu odpłacić za to, co jej zrobił. Rozorała mu paznokciami twarz. Gdzieś z oddali docierało do niej, że krzyczy coś po niemiecku. Drzwi się otworzyły, poczuła, że ktoś ją szarpie, odciąga od mężczyzny, którego kochała tak długo.
Zapadła się w ciemność.
Ojciec nauczył go, jak się robi interesy. W tej dziedzinie Lars Ake „Lovart” Mansson był legendą. Sebastian zawsze podziwiał ojca. Lovartem [19] został dzięki swojemu powodzeniu w interesach i temu, że potrafił się wykaraskać z najgorszych tarapatów. Mówiło się, że Lars Ake może pluć pod wiatr i nie spadnie mu na twarz ani kropla śliny.
Lovart twierdził, że bardzo łatwo zmusić człowieka, żeby robił, czego się od niego chce. Podstawowa zasada jest taka sama jak w boksie: trzeba znaleźć najsłabszy punkt przeciwnika i atakować tak długo, aż będzie można unieść ręce w geście zwycięstwa. Albo, tak jak on, zgarnąć główną wygraną. Ale ten sposób robienia interesów nie przysporzył mu ani popularności, ani szacunku. Kwitował to słowami: szacunkiem się nie najesz.
Stało się to również dewizą jego syna. Sebastian zdawał sobie sprawę, że jedni go nienawidzą, a inni, i tych jest jeszcze więcej, się go boją. Ale popijając przy basenie zimne piwo, zupełnie się tym nie przejmował. Na przyjaźniach mu nie zależało. Posiadanie przyjaciół oznaczało konieczność godzenia się na kompromisy i dzielenia się z kimś władzą.
– Tato, chcemy się z chłopakami wybrać do Strömstad, ale nie mam pieniędzy. – Jon stał przed nim w samych kąpielówkach i patrzył błagalnie.
Sebastian osłonił dłonią oczy i spojrzał na syna. Elisabeth czasem narzekała, że rozpuszcza chłopaka i jego o dwa lata młodszą siostrę Jossan, ale on tylko parskał. Surowe wychowanie, egzekwowanie zasad i tak dalej – to dobre dla zwykłych Svenssonów, nie dla nich. Dzieciaki mają wiedzieć, co życie ma do zaoferowania, że należy brać, co się chce. Kiedy przyjdzie pora, weźmie Jona do firmy i nauczy go wszystkiego, czego sam się nauczył od swojego ojca. A na razie niech się chłopak bawi.
– Weź moją złotą kartę. Jest w portfelu, w przedpokoju.
– Super. Dzięki, ojciec! – Jon szybko pobiegł do domu, jakby się bał, że Sebastian zmieni zdanie.
Na turnieju tenisowym Swedish Open w Bastad też miał złotą kartę ojca. Rachunek wyniósł siedemdziesiąt tysięcy koron. Ale to drobiazg, jeśli to może pomóc Jonowi utrzymać odpowiednią pozycję w szkole w Lundsbergu. Pogłoski o zamożności jego ojca szybko zapewniły mu wielu kolegów, takich, którzy w przyszłości zostaną ludźmi wpływowymi.
Lovart wpoił Sebastianowi, że trzeba nawiązywać odpowiędnie znajomości, że są one znacznie ważniejsze od przyjaciół. Posłał go do szkoły na Valö, gdy poznał nazwiska uczniów. Przeszkadzało mu tylko, że jest tam również t e n Ż y d e k, jak go nazywał. Chłopak nie miał ani pieniędzy, ani rodziny, którymi mógłby u pochwalić. Jego obecność psuła opinię szkoły. Ale gdy Sebastian wracał pamięcią do tamtych odległych czasów, przypominał sobie, że bardzo Josefa lubił. Miał energię i upór, tak jak on.
Dziś, gdy szalony pomysł Josefa połączył ich na nowo, musiał przyznać, że podziwia go za to, że jest gotów zrobić wszystko, żeby osiągnąć cel. Fakt, że mają odmienne cele, nie miał w tym wypadku znaczenia. Wiedział, że przebudzenie będzie brutalne, ale czuł, że Josef w głębi duszy też to wie. Ale, jak się to mówi, nadzieja umiera ostatnia. Josef zdawał sobie sprawę, że musi robić to, co chce Sebastian. Wszyscy muszą.
To, co się ostatnio działo, bez wątpienia było bardzo ciekawe. Plotka, że znaleziono coś na Valö, rozeszła się szybko, ale to zaczęło się wcześniej, zaraz po powrocie Ebby. Ludzi ciekawiło wszystko, co się wiązało z tamtą historią, a teraz jeszcze włączyła się policja.
Sebastian w zamyśleniu obracał w ręce szklankę z piwem. Potem dla ochłody przytknął ją do piersi. Był ciekaw, co tamci myślą o tym, co się dzieje, i czy do nich też przyszła policja. Z podjazdu dobiegł ryk ruszającego porsche. Proszę, gówniarz podwędził kluczyki do samochodu. Leżały obok portfela. Uśmiechnął się. Chłopak z fantazją. Lovart byłby z niego dumny.
Od powrotu z Valö bez przerwy rozważała rozmaite pomysły na urządzenie pensjonatu. Rano po prostu wyskoczyła z łóżka. Dan się z niej podśmiewał, ale widziała w jego oczach, że bardzo go cieszy jej zapał.
Minie jeszcze sporo czasu, zanim na serio będzie się mogła zabrać do roboty, ale chciała zacząć natychmiast Ledwie mogła się powstrzymać. W tym domu było coś pociągającego. Może dlatego, że Mårten odniósł się do jej pomysłów z takim entuzjazmem. W oczach miał coś w rodzaju podziwu. Anna po raz pierwszy od dawna poczuła się interesująca i kompetentna. Gdy zadzwoniła, żeby zapytać, czy może przyjechać, żeby zrobić pomiary i zdjęcia, odparł, że będzie więcej niż mile widzianym gościem.
Brakowało jej go, kiedy mierzyła odległość między oknami w ich sypialni na piętrze. Kiedy go nie było, atmosfera była zupełnie inna. Zerknęła na zajętą malowaniem futryny Ebbę.
– Nie dokucza ci samotność?
– Raczej nie, lubię ciszę i spokój.
Odpowiadała niechętnie, ale cisza w pokoju przytłaczała tak bardzo, że Anna musiała mówić.
– Masz jakiś kontakt z rodziną? Mam na myśli rodzinę biologiczną.
Powinna się ugryźć w język. Ebba mogła to uznać za bezczelność. Może zacząć ją traktować z jeszcze większą
– Nie mam żadnej.
– Badałaś historię swojej rodziny? Chyba jesteś ciekawa, kim byli twoi rodzice?
– Do tej pory mnie to nie ciekawiło. – Ebba przestała malować, stała z pędzlem w górze. – Ale odkąd tu przyjechałam, zaczęłam o tym myśleć.
– Erika ma jakieś materiały.
– Wiem, mówiła mi. Chciałabym się kiedyś do niej wybrać i obejrzeć, ale nie mogę się zebrać. Tu jest tak spokojnie, że utknęłam.
– Widziałam, że Mårten wybierał się do Fjällbacki.
Ebba kiwnęła głową.
– Tak, stale kursuje tam i z powrotem. Po zakupy, odbiera pocztę i załatwia różne sprawy. Próbuję wziąć się w garść, ale…
Anna już chciała spytać o ich zmarłe dziecko, ale nie zdobyła się na to. Sama ciężko przeżywała żałobę i nie potrafiłaby rozmawiać o swojej tragedii. Dziwiło ją jednak, że w całym domu nie ma po nim śladu. Żadnych zdjęć, nic, co by przypominało, że kiedyś byli rodzicami. Tylko w oczach mieli coś takiego, co widywała w lustrze.
– Erika mówiła, że spróbuje się dowiedzieć, co się stało z rzeczami moich rodziców. Przecież mieszkając tutaj, musieli mieć mnóstwo rozmaitych przedmiotów. Fajnie byłoby coś znaleźć, na przykład z mojego dzieciństwa. Ubranka i zabawki. Takie jak te, które zachowałam po… – Przerwała i wróciła do malowania. W ciszy słychać było szuranie pędzla. W równych odstępach czasu schylała się i maczała go w puszce białej farby.
Gdy z dołu dobiegł głos Mårtena, zastygła.
– Ebba?
– Jestem na górze.
– Potrzebujesz czegoś z piwnicy?
Ebba wyszła na schody.
– Puszkę białej farby. Jest Anna.
– Widziałem jej łódkę! – odkrzyknął Mårten. – Przyniosę ci tę farbę. Mogłabyś w tym czasie zaparzyć kawę?
– Okej. – Ebba zwróciła się do Anny: – Ty też się napijesz, prawda?
– Bardzo chętnie. – Anna zaczęła składać miarkę.
– Możesz mierzyć dalej, jeśli chcesz. Zawołam, kiedy kawa będzie gotowa.
– Dziękuję, w takim razie mierzę. – Rozłożyła miarkę i starannie zapisała coś na szkicu. Dzięki temu będzie jej łatwiej.
Pracowała w skupieniu. Słyszała, jak Ebba krząta się w kuchni. Dobrze będzie się napić kawy. Najlepiej w cieniu, bo tu, na piętrze, zrobiło się nieznośnie gorąco. Koszulka kleiła jej się do pleców.
Nagle usłyszała huk i głośny krzyk. Drgnęła, miarka wypadła jej z rąk. Kolejny huk. Bez zastanowienia zbiegła na dół. Ślizgała się po wytartych stopniach. Omal się nie przewróciła.
– Ebba!? – zawołała.
W drzwiach do kuchni stanęła jak wryta. Pod oknem wychodzącym na tyły domu leżało szkło z rozbitej szyby, kawałki były rozrzucone po całej kuchni. Ebba kucała przy kuchence, osłaniała ramionami głowę. Już nie krzyczała, oddychała nierówno.
Anna wpadła do kuchni, szkło zatrzeszczało jej pod nogami. Objęła Ebbę. Sprawdziła, czy nie jest ranna, ale nie zauważyła krwi. Omiotła wzrokiem kuchnię. Chciała zobaczyć, co rozbiło szybę. Kiedy spojrzała na przeciwległa ścianę, zaparło jej dech. Dwa wyraźne otwory po pociskach.
– Ebba? Co to było? – Mårten wbiegł po schodach. – Co się stało?
Wodził wzrokiem od Ebby do rozbitego okna. Potem rzucił się do żony.
– Jest ranna? – Objął Ebbę i tulił ją w ramionach.
– Nie wydaje mi się, ale wygląda na to, że ktoś chciał ją zastrzelić.
Serce tłukło jej się w piersi. Uświadomiła sobie, że nadal mogą być w niebezpieczeństwie. Może ten, kto strzelał, wciąż gdzieś tu jest?
– Musimy stąd wyjść – powiedziała, wskazując na okno.
Mårten domyślił się, o co jej chodzi.
– Nie wstawaj, Ebbo. Powinniśmy się trzymać jak najdalej od okna – powiedział wyraźnie, jakby mówił do dziecka.
Ebba skinęła głową. Zgięci wpół wybiegli do przed pokoju. Anna z przerażeniem spojrzała na drzwi. A jeśli ten ktoś wpadnie i ich zastrzeli? Mårten dostrzegł jej spojrzenie. Rzucił się do drzwi i przekręcił klucz.
– Jest drugie wejście? – spytała. Serce waliło jej jak oszalałe.
– Przez piwnicę, ale drzwi są zamknięte na klucz.
– A okno w kuchni? Przecież jest wybite.
– Za wysoko – odparł. Głos miał spokojniejszy niż wyraz twarzy.
– Zadzwonię na policję. – Anna sięgnęła do leżącej na półeczce torebki. Trzęsącymi się rękami wyjęła komórkę. Czekając na połączenie, spojrzała na Mårtena i Ebbę. Siedzieli na najniższym schodku. Mårten obejmował Ebbę. Położyła głowę na jego piersi.
– Halo, a wy gdzie się podziewaliście?
Erika aż podskoczyła.
– Kristina? – Zagapiła się na teściową. Wyszła z kuchni ze ścierką w ręku.
– Sama weszłam. Na szczęście od czasu, kiedy podlewałam wam kwiatki, kiedy byliście na Majorce, mam klucz. Inaczej tłukłabym się tu z Tanumshede na darmo – powiedziała wesoło i wróciła do kuchni. Chyba żebyś najpierw zadzwoniła i zapytała, czy możesz wpaść, pomyślała Erika. Zdjęła dzieciom buty, odetchnęła głęboko i weszła do kuchni.
– Pomyślałam, że wpadnę na kilka godzin, żeby wam pomóc. Widzę przecież, jak tu wygląda. Za moich czasów byłoby to nie do pomyślenia. Nigdy nie wiadomo, kto wpadnie z wizytą. Człowiek nie chce, żeby ludzie widzieli dom w takim stanie – stwierdziła Kristina, z zapałem wycierając zlew.
– Rzeczywiście, nigdy nie wiadomo, kiedy król zechce do nas wpaść na filiżankę kawy.
Kristina zdumiała się.
– Król? Dlaczego miałby wpaść król?
Erika zacisnęła zęby. Nie odpowiedziała. Czasem tak jest lepiej.
– Gdzie byliście? – spytała ponownie Kristina, ruszając ze ściereczką do stołu.
– W Uddevalli.
– Ojej, wpakowałaś te biedne dzieci do samochodu, żeby pojechać do Uddevalli i z powrotem? Biedactwa moje kochane. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Przecież bym przyjechała z nimi posiedzieć. Musiałabym odwołać poranną kawę z Görel, ale czego się nie robi dla dzieci i wnuków. Taki los. Zrozumiesz, jak będziesz stara i dzieci trochę podrosną.
Przerwała, żeby mocniej potrzeć ceratę w miejscu, gdzie zaschła plama z dżemu.
– Nadejdzie dzień, kiedy już nie będę mogła wam pomóc. To może nastąpić w każdej chwili. Jestem już po siedemdziesiątce i nie wiadomo, na jak długo wystarczy mi sił.
Erika zmusiła się do uśmiechu. Miał wyrażać wdzięczność.
– Czy dzieci jadły? – spytała Kristina.
Erika zdrętwiała. Zapomniała im dać jeść. Muszą być strasznie głodne, ale pod żadnym pozorem nie zamierzała się do tego przyznać.
– Zatrzymaliśmy się po drodze na hot doga. Ale na pewno chętnie zjedzą lunch.
Zdecydowanym krokiem podeszła do lodówki. Co im zrobić? Najprościej będzie dać im płatki ze zsiadłym mlekiem, pomyślała, stawiając na stole mleko i paczki Frosties.
Kristina westchnęła smutno.
– Za moich czasów nikomu do głowy by nie przy szło dać dziecku coś innego niż posiłek przygotowany w domu. Patrik i Lotta nigdy nie jedli żadnych półproduktów i proszę, jacy zdrowi. Zdrowe nawyki żywieniowe to podstawa, zawsze to mówię. Ale kto dzisiaj słucha starych ludzi. Wy, młodzi, wszystko wiecie najlepiej. Zresztą teraz wszystko musi być szybko, szybko – musiała zaczerpnąć tchu.
Do kuchni weszła Maja.
– Mamo, jestem strasznie głodna. Noel i Anton też. Mam pusto w brzuchu. – Pogładziła się po okrągłym jak niemowlęcia brzuszku.
– Przecież po drodze jedliście hot dogi – powiedziała Kristina, głaszcząc ją po policzku.
Maja pokręciła głową, jasne kosmyki fruwały na wszystkie strony.
– Nie jedliśmy żadnych hot dogów. Zjedliśmy tylko śniadanie, więc jestem strasznie głodna.
Erika ze złością spojrzała na małą donosicielkę. Na plecach czuła oskarżycielskie spojrzenie teściowej.
– Mogę im usmażyć naleśniki – zaproponowała Kristina.
Maja aż podskoczyła z radości.
– Naleśniki babci! Ja chcę naleśniki babci.
– Dziękuję. – Erika wstawiła mleko do lodówki. – To ja idę na górę, przebiorę się i coś sprawdzę. Coś związanego z pracą.
Kristina już zaczęła wyjmować wszystko, czego potrzebowała do ciasta. Patelnia grzała się na kuchence.
– Idź, a ja dopilnuję, żeby te biedactwa coś zjadły.
Erika powoli policzyła w myślach do dziesięciu i poszła na górę. Nie zamierzała nic sprawdzać, ale musiała odsapnąć. Kristina chciała dobrze, ale świetnie wiedziała, gdzie i jak mocno nacisnąć, żeby ją doprowadzić do szału. Patrika to nie ruszało i to złościło ją jeszcze bardziej. Za każdym razem, kiedy chciała mu opowiedzieć, co jego matka powiedziała albo zrobiła, mówił: Odpuść sobie. Mama czasem przesadza, po prostu nie zwracaj na nią uwagi.
Może tak już jest z matkami i synami. Może kiedyś i ona będzie nieznośną teściową dla żon Noela i Antona? W głębi duszy w to nie wierzyła. Z całą pewnością będzie najlepszą teściową na świecie, taką, z którą synowe będą się chciały spotykać, a nawet się jej zwierzać. Będą chciały, żeby ona i Patrik towarzyszyli im we wszystkich podróżach. Pomoże im opiekować się dziećmi, a jeśli będą miały dużo pracy, przyjdzie do nich posprzątać albo coś ugotować. Na pewno będzie miała własny klucz i… powstrzymała się. Może jednak nie jest tak łatwo być idealną teściową.
W sypialni przebrała się w dżinsowe szorty i T-shirt. Biały, ulubiony. Wmawiała sobie, że ją wyszczupla. W ostatnich latach jej waga się wahała, ale kiedyś nosiła rozmiar trzydzieści osiem. Od paru lat, dokładnie od urodzenia Mai, musiała kupować rozmiar czterdzieści dwa. Jak to się stało? Patrik nie był lepszy. Przesadą było by stwierdzenie, że kiedy zaczęli się spotykać, miał wysportowaną sylwetkę, ale brzuch na pewno miał płaski. Teraz wyraźnie sterczał i musiała z przykrością stwierdzić, że takie brzucho jest bardzo nieatrakcyjne. Może Patrik myśli tak samo o niej. Przecież ona też nie wygląda tak jak kiedyś. Spojrzała w lustro. Drgnęła i odwróciła się. Coś się zmieniło. Rozejrzała się, usiłowała sobie przypomnieć, jak pokój wyglądał rano. Nie potrafiła, ale mogłaby przysiąc, że coś jest nie tak. Może Kristina tu była? Nie. Gdyby tu weszła, posprzątałaby i posłała łóżko, a nie zrobiła tego. Poduszki i kołdry walały się w nieładzie, narzuta jak zwykle leżała zmiętoszona w nogach łóżka. Rozejrzała się jeszcze raz, wzruszyła ramionami. Musiało jej się przywidzieć.
Poszła do gabinetu i usiadła przed komputerem. Ze zdumieniem spojrzała na ekran. Ktoś próbował się załogować do jej komputera. Po trzech nieudanych podejściach komputer zadał jej pytanie: „Jak się wabiło twoje pierwsze zwierzę domowe?”.
Poczuła się dziwnie, rozejrzała się po pokoju. Tak, ktoś tu był, na pewno. Może nie utrzymywała idealnego porządku, ale potrafiłaby powiedzieć, gdzie dokładnie co leży. Natychmiast się zorientowała, że ktoś grzebał w jej rzeczach. Dlaczego? Szukał czegoś? A jeśli tak, to czego? Dłuższą chwilę upewniała się, czy czegoś nie brakuje. Chyba nie.
– Erika?! – zawołała z dołu teściowa.
Erika z wciąż tym samym nieprzyjemnym uczuciem wyszła na schody.
– Słucham. – Wychyliła się nad poręczą. Kristina spoglądała na nią z wyrzutem.
– Musisz pamiętać, żeby porządnie zamykać drzwi od werandy. To się mogło źle skończyć. Na szczęście zobaczyłam Noela przez okno. Już był na dworze i pędził w dół, w stronę ulicy. Złapałam go w ostatniej chwili. Naprawdę nie można zostawiać niezamkniętych drzwi, kiedy w domu są małe dzieci. Mogą się wymknąć w jednej chwili. Człowiek nawet nie zdąży mrugnąć!
Mróz przeszedł jej po kościach. Dobrze pamiętała, że kiedy wyjeżdżali, drzwi od werandy były zamknięte na klucz. Po namyśle sięgnęła po telefon i wybrała numer Patrika. Usłyszała dzwonek jego komórki na kuchennym blacie. Rozłączyła się.
Paula podniosła się z kanapy. Stęknęła. Pora lunchu. Mdliło ją na samą myśl o jedzeniu, ale wiedziała, że musi jeść. Zawsze uwielbiała kuchnię matki, ale w ciąży straciła apetyt. Gdyby to od niej zależało, żywiłaby się wyłącznie krakersami i lodami.
– O, jest nasz hipcio! – powiedział Mellberg, odsuwając dla niej krzesło.
Nie chciało jej się odpowiadać. Słyszała ten żart tysiące razy.
– Co będzie na obiad?
– Mięso z warzywami duszone w żeliwnym garnku. Musisz jeść żelazo – powiedziała matka. Nałożyła ogromną porcję i postawiła przed nią talerz.
– Dziękuję, że mnie zapraszacie. Zupełnie mi się nie chce gotować, zwłaszcza kiedy Johanna jest w pracy.
– Przecież to oczywiste, córeczko. – Rita się uśmiechnęła.
Paula odetchnęła głęboko i wzięła do ust pierwszy kęs. Rósł jej w ustach, ale żuła, nie poddawała się. Dziecko musi się dobrze odżywiać.
– Co słychać w pracy? – spytała. – Zrobiliście jakieś postępy w sprawie Valö?
Mellberg łapczywie pochłonął swoją porcję. Dopiero wtedy odpowiedział:
– Tak, posuwamy się naprzód. Musiałem się naharować, ale tylko wtedy są wyniki.
– No i do czego doszliście? – spytała Paula, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że Bertil, mimo że jest szefem komisariatu, nie będzie umiał odpowiedzieć.
– Taak… – Speszył się. – Prawdę mówiąc, jeszcze nie uporządkowaliśmy wniosków.
W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Wdzięczny losowi, poszedł odebrać.
– Mellberg, słucham… Cześć, Anniko… A gdzie, do cholery, jest Hedström? A Gösta? Jak to nie możesz się dodzwonić? Na Valö? Dobrze, biorę to na siebie… Mówię, że biorę to na siebie! – Rozłączył się i mrucząc coś pod nosem, wyszedł do przedpokoju.
– A ty dokąd? Nie sprzątnąłeś po sobie! – zawołała Rita.
– Ważna sprawa służbowa. Strzelanina na Valö. Nie mam czasu na porządki.
Paula poczuła, że budzi się do życia. Zerwała się na równe nogi.
– Zaczekaj! Co powiedziałeś? Postrzelono kogoś na Valö?
– Nie znam szczegółów, ale jak już powiedziałem Annice, jadę tam. Zajmę się tym osobiście.
– Jadę z tobą – powiedziała Paula i z jękiem usiadła na stołku, żeby włożyć buty.
– Mowy nie ma – odparł Bertil. – Zresztą jesteś na urlopie.
Z kuchni wybiegła Rita. Natychmiast go poparła.
– Zwariowałaś! – krzyknęła głośno. Cud, że nie obudziła Lea. Spał po obiedzie w łóżeczku, w sypialni jej i Bertiła. – Nigdzie w tym stanie nie pojedziesz.
– Dobrze, przemów jej do rozsądku.
Mellberg położył rękę na klamce i już miał się wymknąć, kiedy Paula powiedziała:
– Nie pojedziesz beze mnie. A jeśli spróbujesz, pojadę do Fjällbacki autostopem, a stamtąd na wyspę.
Paula nie żartowała. Miała dość spokoju i bezczynności. Nie zwracała uwagi na matkę.
– Cholera z tymi babami – powiedział Mellberg rezygnacją. Ruszył do samochodu, uruchomił silnik i włączył klimatyzację. – Masz mi obiecać, że będziesz się zachowywać spokojnie, a w razie jakiejś awantury będziesz się trzymać z daleka.
– Obiecuję – powiedziała Paula i usiadła obok niego.
Po raz pierwszy od miesięcy poczuła, że jest sobą, a nie chodzącym inkubatorem. Mellberg zadzwonił do Victora Bogesjö z Ratownictwa Morskiego, żeby go poprosić o transport na Valö. Zastanawiała się, co tam zastaną.
Fjällbacka 1929
Szkoła była dla Laury jedną wielką udręką. Co rano, zanim wyszła z domu, zwlekała jak najdłużej. Na przerwach obrzucano ją wyzwiskami, a wszystko przez matkę. Cała Fjällbacka wiedziała, że Dagmar jest wariatką i pijaczką. Czasami, wracając ze szkoły, widywała, jak krąży po rynku, pokrzykuje na ludzi i plecie coś o Göringu. Udawała wtedy, że jej nie widzi, i szła dalej.
Matka rzadko bywała w domu. Wracała późną nocą i spała, gdy Laura szła do szkoły. Gdy wracała, już jej nie było. Po powrocie ze szkoły musiała posprzątać. Uspokajała się dopiero wtedy, gdy już nie było śladu matki. Chowała porozrzucane ubrania, prała, gdy nazbierało się brudów, wycierała szafki i podłogę w kuchni, chowała masło i sprawdzała, czy chleb nadaje się jeszcze do jedzenia. Matka zostawiała go na wierzchu. Ścierała kurze porządkowała mieszkanie. Dopiero gdy wszystko stało na swoim miejscu i lśniło czystością, mogła się spokojnie pobawić domkiem dla lalek. Był najcenniejszą rzeczą, jaką miała. Dostała go od miłej sąsiadki. Zapukała pewnego dnia, kiedy matki nie było w domu.
Czasami ludzie byli mili i przynosili jej różne rzeczy: jedzenie, ubrania albo zabawki. Ale większość gapiła się albo wytykała ją palcami. Gdy matka zostawiła ją samą w Sztokholmie, nauczyła się, że nie wolno prosić o pomoc. Zabrała ją wtedy policja, a potem trafiła do raju.
Dwa dni mieszkała u jakiejś rodziny. Mama i tata tak ciepło na nią spoglądali. Miała wtedy zaledwie pięć lat, ale doskonale wszystko pamiętała. Tamta mama usmażyła największą porcję naleśników, jaką kiedykolwiek widziała, i bardzo ją zachęcała do jedzenia. Najadła się tak, że myślała, że już nigdy nie będzie głodna. Wyjęli dla niej z szuflady sukienki w kwiatki. Nie były podarte ani brudne. Były najpiękniejsze, jakie można sobie wyobrazić. Czuła się jak księżniczka. Przez dwa kolejne wieczory całowano ją w czoło, a potem zasypiała w wygodnym łóżku, w czystej pościeli. Mama o miłym spojrzeniu tak ładnie pachniała. Nie wódką i stęchłym brudem, jak jej matka. Mieli ładny dom, porcelanowe figurki, na ścianach makatki. Już po pierwszym dniu Laura zaczęła prosić i błagać, żeby mogła u nich zostać. Tamta mama nic nie powiedziała, tylko mocno ją przytuliła.
Wkrótce jednak, jakby nic się nie stało, znów była w domu, z matką. Matka była na nią wściekła jak nigdy i spuściła jej takie lanie, że ledwo mogła usiąść na pupie. Wtedy postanowiła, że już nigdy nie będzie marzyć o dobrej mamie. Nikt jej nie uratuje, więc nie ma sensu walczyć. Cokolwiek się stanie, zawsze znów trafi do matki, jej ciemnego i ciasnego domu. Za to gdy już będzie duża, w jej domu zawsze będzie porządek, będą szydełkowe serwety, a na nich porcelanowe kotki, i haftowane makatki w każdym pokoju.
Przyklękła przed domkiem dla lalek. Mieszkanie już wysprzątała, poskładała i pochowała pranie. Potem zrobiła sobie kanapkę. Przez chwilę mogła pobyć w innym, lepszym świecie. Trzymała w ręce lalkę – mamę. Była leciutka i piękna, w białej sukni ozdobionej koronkami, z kołnierzem zachodzącym na szyję, uczesana w kok. Kochała tę lalkę. Pogłaskała ją palcem po twarzyczce. Wyglądała tak ładnie, zupełnie jak tamta pachnąca mama.
Delikatnie posadziła lalkę na kanapie w salonie domku dla lalek. Właśnie salon lubiła najbardziej. Wszystko było tam idealne, nawet maciupeńki kryształowy żyrandol. Potrafiła godzinami oglądać kryształki i dziwić się, że można zrobić coś tak małego i doskonałego zarazem. Zmrużyła oczy i krytycznie spojrzała na salonik. Na pewno już nic nie da się poprawić? Przesunęła stół w lewo, potem krzesełka. Trochę trwało, zanim je ustawiła w idealnie równe rzędy. Udało się. Ale potem musiała przesunąć kanapę, bo na środku salonu zrobiło się dziwnie pusto. A przecież tak nie mogło być. Jedną ręką podniosła lalkę mamę, drugą kanapę. Postawiła kanapę i poszukała dwóch laleczek dzieci. One też mogą tu być, pod warunkiem że będą grzeczne. W salonie nie można biegać ani bałaganić, trzeba być grzecznym i siedzieć spokojnie. Wiedziała to na pewno.
Laleczki dzieci posadziła po obu stronach lalki mamy. Kiedy odpowiednio przekrzywiła głowę, lalka mama wyglądała, jakby się uśmiechała. Była piękna, po prostu idealna. Ona będzie taka sama, jak urośnie.
Patrik dotarł na miejsce mocno zasapany. Dom był pięknie położony, na wzniesieniu. Samochód zostawili na parkingu przy Brandparken i poszli pieszo krętą drogą. Złościło go, że sapie jak miech kowalski, podczas gdy Gösta nie wydaje się ani trochę zmęczony.
– Halo?! – zawołał, zaglądając w otwarte drzwi. Latem ludzie często zostawiają okna i drzwi otwarte, więc zamiast pukać czy dzwonić, woła się gospodarzy. Pojawiła się kobieta w kapeluszu przeciwsłonecznym, okularach przeciwsłonecznych i czymś w rodzaju kolorowej zwiewnej tuniki. Mimo upału miała na rękach cienkie rękawiczki.
– Słucham? – Zrobiła minę, jakby chciała sobie pójść.
– Jesteśmy z policji z Tanum. Szukamy Leona Kreutza.
– To mój mąż. Jestem Ia Kreutz. – Podała mu rękę w rękawiczce. – Właśnie jemy lunch.
Wyraźnie dała do zrozumienia, że przeszkadzają. Patrik i Gösta spojrzeli po sobie. Jeśli Leon Kreutz będzie tak samo powściągliwy jak jego żona, czeka ich poważne wyzwanie. Poszli za nią na taras. Leon Kreutz siedział przy stole, na wózku inwalidzkim.
– Mamy gości. Z policji.
Kreutz spojrzał na nich i skinął głową. Nie był zdziwiony.
– Proszę usiąść. Jemy sałatkę. Moja żona preferuje takie posiłki – powiedział z krzywym uśmiechem.
– Mój mąż wolałby darować sobie lunch i zapalić papierosa – powiedziała jego żona. Usiadła przy stole i rozłożyła na kolanach serwetkę. – Nie będzie wam przeszkadzało, że będę jadła?
Patrik zrobił gest, który miał znaczyć: proszę jeść tę swoją sałatkę, porozmawiamy z mężem.
– Przypuszczam, że przyszliście porozmawiać o Valö – Kreutz przestał jeść, ręce złożył na kolanach. Na kawałku kurczaka na jego talerzu usiadła osa. Nie przeszkadzał jej.
– Zgadza się.
– Co tam się dzieje? Krążą dziwne plotki.
– Dokonaliśmy tam pewnych odkryć – odparł z rezerwą Patrik. – Państwo niedawno wrócili do Fjällbacki?
Patrzył na twarz Kreutza. Po jednej stronie była gładka, bez blizn. Po drugiej miał ich mnóstwo. Wygięty w górę kącik ust odsłaniał zęby.
– Kupiliśmy ten dom kilka dni temu, wczoraj się wprowadziliśmy – powiedział Kreutz.
– Dlaczego pan wrócił po tylu latach? – spytał Gösta.
– Z wiekiem człowiek zaczyna czuć, że powinien wrócić. – Kreutz odwrócił głowę. Patrzył na morze.
Patrik widział tylko profil bez blizn. Uzmysłowił sobie, że kiedyś Kreutz musiał być bardzo przystojny.
– Ja wolałabym zostać w naszym domu na Riwierze – powiedziała jego żona.
Wymienili z mężem zagadkowe spojrzenia.
– Ona zazwyczaj stawia na swoim. – Kreutz znów się uśmiechnął tym swoim szczególnym uśmiechem. – Ale tym razem się uparłem. Chciałem tu wrócić.
– Pańska rodzina chyba miała w okolicy letni dom? – powiedział Gösta.
– Tak. Letniak, jak się wtedy mówiło. Zwykły domek na Kalvo. Niestety ojciec go sprzedał. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu coś go naszło. Zresztą na stare lata zrobił się nieco ekscentryczny.
– Słyszałem, że miał pan ciężki wypadek samochodowy – powiedział Patrik.
– Tak. Już bym nie żył, gdyby nie Ia. Prawda, kochanie?
Jej sztućce szczęknęły tak głośno, że Patrik drgnął. Nie odpowiedziała, spojrzała tylko na męża. Po chwili jej twarz złagodniała.
– Prawda, kochanie. Gdyby nie ja, już byś nie żył.
– Właśnie. Nie pozwalasz mi o tym zapomnieć.
– Od jak dawna są państwo małżeństwem? – spytał Patrik.
– Od około trzydziestu lat. – Kreutz odwrócił się do nich. – Poznałem Ię na jakimś przyjęciu w Monako. Była tam najpiękniejszą dziewczyną. I nie dawała się poderwać. Musiałem się bardzo starać.
– Nic dziwnego, zważywszy na to, jaką miałeś wtedy reputację.
Ich przekomarzanki przypominały taniec zgranej pary. Tańczyli bez napięcia. Patrik dostrzegł nawet na twarzy pani Kreutz coś w rodzaju uśmiechu. Był ciekaw, jak wygląda bez tych wielkich okularów. Skórę na kościach policzkowych miała napiętą, wargi nienaturalnie pełne. Oczy pewnie dopełniłyby obrazu osoby, która jest gotowa słono zapłacić, żeby lepiej wyglądać. Patrik znów zwrócił się do Kreutza.
– Powodem, dla którego chcemy z panem porozmawiać, są ślady, które znaleźliśmy na Valö. Wskazują na to, że Elvanderowie zostali zamordowani.
– Wcale mnie to nie dziwi – powiedział Kreutz po chwili. – Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe, żeby cała rodzina tak po prostu zniknęła.
Ia Kreutz zakaszlała. Zbladła.
– Przepraszam panów. Nie sądzę, żebym mogła wnieść coś istotnego, więc dokończę lunch w środku, a wy będziecie mogli spokojnie porozmawiać.
– Proszę bardzo. Chcieliśmy rozmawiać głównie z pani mężem. – Patrik podciągnął nogi, żeby ją przepuścić.
Wyszła z talerzem w ręku. Zostawiła za sobą obłok słodkich perfum.
Leon zmrużył oczy. Patrzył na Göstę.
– Chyba pana skądś znam. To nie pan przypłynął wtedy na Valö? I zabrał nas na komisariat?
– Zgadza się – przytaknął Gösta.
– Pamiętam, że był pan miły. Za to pański kolega traktował nas dosyć obcesowo. On też jeszcze pracuje?
– Na początku lat osiemdziesiątych przeniósł się do Göteborga. Straciłem z nim kontakt, ale słyszałem, że parę lat temu odszedł z tego świata – odparł Gösta. Pochylił się. – Zapamiętałem pana jako urodzonego przywódcę.
– Trudno mi się wypowiadać na ten temat. Ale owszem, zawsze potrafiłem skłonić ludzi, żeby mnie słuchali.
– Odniosłem wrażenie, że tamci chłopcy pana podziwiali.
Kreutz pokiwał głową.
– Chyba tak. Swoją drogą, co za zgraja! – Roześmiał się. – Taką zbieraninę można znaleźć tylko w męskiej szkole z internatem.
– Ale wy mieliście ze sobą dużo wspólnego, prawda? Wszyscy pochodziliście z zamożnych rodzin – powiedział Gösta.
– Z wyjątkiem Josefa. Chodził do tej szkoły, bo jego rodzice mieli wielkie ambicje. Zrobili mu istne pranie mózgu. Miał zrealizować zobowiązanie, uczcić żydowskie dziedzictwo, dokonać wielkiego dzieła, żeby zrównoważyć straty, jakie ponieśli w czasie wojny.
– To niełatwe zadanie dla nastoletniego chłopca – powiedział Patrik.
– Rzeczywiście niełatwe, ale potraktował je po ważnie. Nadal stara się robić wszystko, żeby spełnić te oczekiwania. Chyba słyszeliście o muzeum Żydów?
– Tak, chyba czytałem w gazecie – odparł Gösta.
– Dlaczego chce budować to muzeum właśnie tutaj? – spytał Patrik.
– Bo w naszej okolicy w czasie wojny dużo się działo. Zresztą to muzeum ma również pokazać rolę Szwecji w drugiej wojnie światowej.
Patrik przypomniał sobie dochodzenie sprzed kilku lat. Kreutz ma rację. Okręg Bohuslan leży blisko okupowanej przez Niemców Norwegii, a białe autobusy [20] przywoziły byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych między innymi do Uddevalli. Inna rzecz, że mieszkańcy mieli różne sympatie. Powszechna neutralność była pewnym założeniem przyjętym po fakcie.
– Skąd pan wie, jakie plany ma Josef Meyer? – spytał Patrik.
– Parę dni temu spotkaliśmy się w Cafe Bryggan. – Kreutz sięgnął po szklankę wody.
– Czy wasza piątka, ci, którzy wtedy zostali na wyspie, utrzymywała kontakt przez te lata?
Kreutz wypił kilka dużych łyków i odstawił szklankę. Strużka wody pociekła mu po brodzie, starł ją wierzchem dłoni.
– Nie, dlaczego? Każdy poszedł w swoją stronę. Mnie wysłali do szkoły do Francji. Ojciec był nadopiekuńczy. Domyślam się, że tamtych posłali do różnych szkół. Jak powiedziałem, nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego i potem już się nie kontaktowaliśmy. Chociaż mogę mówić tylko za siebie. Według Josefa Sebastian robi interesy zarówno z nim, jak i z Percym.
– A z panem nie?
– Ale skąd! Wolałbym nurkować wśród rekinów ludojadów. Nawiasem mówiąc, nurkowałem.
– Dlaczego nie chciałby pan robić interesów z Sebastianem Manssonem? – spytał Patrik, chociaż się domyślał, jak brzmi odpowiedź. Mansson słynął w całej okolicy. Po wczorajszej rozmowie z nim rozumiał Kreutza.
– Bo jeśli jest taki jak kiedyś, w razie potrzeby sprzeda własną matkę.
– Tamci tego nie wiedzą? Dlaczego robią z nim interesy?
– Nie mam pojęcia. Ich proszę pytać.
– Co się stało z Elvanderami? Ma pan jakiś pomysł? – spytał Gösta.
Patrik rzucił okiem na salon. Żona Kreutza już zjadła i wyszła. Talerz zostawiła na stole.
– Nie. – Kreutz pokręcił głową. – Oczywiście zastanawiałem się nad tym, ale nijak nie mogę zrozumieć, kto mógłby chcieć ich zabić. To musieli być jacyś włamywacze albo szaleńcy w rodzaju ludzi Charlesa Mansona.
– W takim razie mieli piekielne szczęście, że zjawili się akurat wtedy, gdy wypłynęliście na ryby – zauważył sucho Gösta.
Patrik chciał dać koledze do zrozumienia, że to nie przesłuchanie, tylko rozmowa. Nic nie zyskają, robiąc sobie z niego wroga.
– Nie znajduję lepszego wytłumaczenia. – Kreutz machnął ręką. – Może Elvandera dopadło coś z przeszłości? Może ktoś obserwował dom i skorzystał z okazji, że wypłynęliśmy? Były ferie wielkanocne, wystarczyło, że zniknęła nasza piątka. Zazwyczaj było nas na wyspie znacznie więcej. Więc jeśli ktoś chciał ich zaatakować wybrał dobry moment.
– Czy w szkole nie było nikogo, kto by im źle życzył? Nie zauważył pan nic podejrzanego? Nie słyszał pan na przykład w nocy dziwnych hałasów? – spytał Gösta.
Patrik spojrzał na niego pytającym wzrokiem.
– Nie, niczego takiego sobie nie przypominam. – Kreutz zmarszczył brwi. – Wszystko było jak zwykle.
– Może pan opowiedzieć o Elvanderach coś więcej? – Patrik machnął ręką, żeby odpędzić osę, która uparcie latała mu przed nosem.
– Rune trzymał ich bardzo krótko, w każdym razie tak mu się zdawało. A jednocześnie był dziwnie ślepy na wady swoich dzieci. Zwłaszcza najstarszych. Claesa i Annelie.
– Czego nie dostrzegał? Zabrzmiało to tak, jakby miał pan na myśli coś konkretnego.
Kreutz patrzył na nich pustym wzrokiem.
– Po prostu byli nieznośni, jak większość nastolatków. Claes lubił dokuczać młodszym, kiedy ojciec nie widział. A Annelie… – Zastanawiał się. – Gdyby była starsza, powiedziałbym, że uganiała się za mężczyznami.
– A żona Elvandera, Inez. Jak wyglądało jej życie?
– Myślę, że nie było jej łatwo. Prowadziła gospodarstwo i opiekowała się Ebbą. Claes i Annelie ciągle robili |ej jakieś przykrości. Pranie, z którym się użerała cały dzień, nagle lądowało na ziemi. Mięso, które dusiła kilka godzin, przypalało się, bo ktoś podkręcił palnik. Tak było cały czas, ale ona nigdy się nie żaliła. Wiedziała, że nie ma sensu, żeby chodziła z tym do męża.
– Nie mogliście jej pomóc? – spytał Gösta.
– Niestety wszystko odbywało się bez świadków. Można się było domyślać, kto to wszystko robi, ale to nie to samo, co mieć w ręku dowód i przedstawić go Elvanderowi. – Kreutz spojrzał na nich z namysłem. – W jaki sposób informacje o stosunkach w rodzinie llvanderów mogą się przydać podczas dochodzenia?
Patrik musiał się namyślić. Właściwie sam nie wiedział, ale coś mu mówiło, że kluczem do tego, co się stało, są relacje łączące mieszkańców wyspy. Zupełnie nie wierzył w wersję o krwiożerczej bandzie włamywaczy. Co mieliby rabować?
– Jak to się stało, że akurat wasza piątka mimo ferii została w szkole? – spytał. Nie odpowiedział na pytanie Kreutza.
– Percy, John i ja zostaliśmy, bo nasi rodzice wyjechali za granicę. Sebastian za karę, bo znów został na czymś przyłapany. A biedny Josef miał się uczyć. Jego rodzice nie widzieli powodu, żeby miał jakieś niepotrzebne ferie, więc umówili się z Elvanderem, że zapłacą mu za dodatkowe lekcje.
– Wydaje się, że między wami również musiało dochodzić do konfliktów.
– Dlaczego pan tak sądzi? – Kreutz spojrzał Patrikowi w oczy.
Odpowiedział Gösta:
– Bo czterej z was, ci z bogatych rodzin, byli przyzwyczajeni dostawać wszystko, na co tylko wskazali palcem. Podejrzewam, że musieliście ze sobą rywalizować. Do tego Josef Meyer, nie dość, że z zupełnie innego środowiska, to jeszcze Żyd. – Gösta zrobił pauzę. – A wiadomo, jaki jest John Holm.
– Wtedy taki nie był – powiedział Kreutz. – Wiem że jego ojcu się nie podobało, że do szkoły, w której uczy się jego syn, chodzi żydowski chłopiec, ale, jak na ironią oni lubili się najbardziej.
Patrik pokiwał głową. Był ciekaw, dlaczego Holm zmienił przekonania. Czy poglądy ojca udzieliły mu się, kiedy zaczął dorastać? A może jest inne wytłumaczenie?
– A pozostali? Jak by ich pan opisał?
Kreutz musiał się zastanowić. Wychylił się z wózka, odwrócił się w stronę pokoju i zawołał:
– Ia? Mogłabyś nam zrobić kawy? – Opadł z powrotem na wózek. – Percy to szwedzki arystokrata, od stóp do głów. Był rozpuszczony i arogancki, ale w gruncie rzeczy nie był zły. Po prostu wmówili mu, że jest kimś lepszym. Chętnie opowiadał o bitwach, w których walczyli jego przodkowie, chociaż sam bał się własnego cienia. Z kolei Sebastiana interesowało tylko zrobienie kolejnego dobrego interesu. Na wyspie prowadził całkiem lukratywny biznes. Nikt nie wiedział, jak to działało. Przypuszczam, że płacił za dostarczanie towarów jakiemuś miejscowemu rybakowi. Potem je sprzedawał po lichwiarskich cenach. Handlował czekoladą, papierosami, napojami gazowanymi, pisemkami pornograficznymi, czasem nawet wódką. Ale szybko z tym skończył, bo Elvander o mało go nie przyłapał.
Weszła Ia Kreutz z tacą z kawą. Postawiła filiżanki na stole. Widać było, że nie jest przyzwyczajona do odgrywania roli usługującej żony.
– Mam nadzieję, że nada się do picia. Nie wyznaję się na tych maszynach.
– Na pewno będzie dobra – uspokoił ją mąż. – Ia nie była przyzwyczajona do takich spartańskich warunków. Musiała się przestawić. W domu w Monako parzeniem kawy zajmuje się służba.
Patrik nie był pewien, ale odniósł wrażenie, że w jego glosie usłyszał niechęć. Po chwili znów był tym samym uprzejmym gospodarzem.
– Nauczyłem się, jak wygląda proste życie, podczas wakacji na Kalvo. W mieście mieliśmy wszelkie wygody. Natomiast tam – spojrzał na morze – ojciec odwieszał garnitur, chodził w szortach i bawełnianej koszulce, a myśmy łowili ryby, zbierali poziomki i kąpali się. Luksus wynikający z prostoty.
Przerwał. Jego żona zaczęła nalewać kawę.
– Od tamtej pory nie kosztował już pan prostego życia – zauważył Gösta, popijając małymi łykami.
– Trafne spostrzeżenie – odparł Kreutz. – Akurat tego było niewiele. Bardziej pociągały mnie przygody niż spokój.
– Szuka się tego, co daje kopa? – spytał Patrik.
– Ujęcie nieco prostackie, ale można tak powiedzieć Myślę, że to działa trochę jak narkotyk, chociaż osobiście u nigdy się nie skalałem żadnymi dragami. Oczywiście, że człowiek się uzależnia. Gdy się raz spróbuje, nie można przestać. Nie śpi się po nocach i myśli: czy mogę się wspiąć jeszcze wyżej? Jak głęboko mógłbym zanurkować? Jak szybko jechać? To są pytania, które domagają się odpowiedzi.
– A teraz koniec z tym – stwierdził Gösta.
Patrik w duchu spytał samego siebie, dlaczego już dawno nie wysłał Gösty i Mellberga na szkolenie z technik przesłuchiwania. Ale Kreutz się nie obraził.
– Tak, teraz z tym koniec.
– Jak doszło do wypadku?
– To był zwykły, banalny wypadek samochodowy. Ia prowadziła. Jak pewnie wiecie, w Monako drogi wąskie, kręte, tu i ówdzie strome. Z przeciwnej strony wyskoczył samochód. Ia chciała go ominąć, ale skręciła zbyt gwałtownie i wypadliśmy z drogi. Samochód się zapalił. – Już nie mówił tym nonszalanckim tonem. Patrzył przed siebie, jakby miał przed oczami to, co się wtedy stało. – Wiecie, jak rzadko samochód się zapala? Wcale nie jest tak jak na filmach, że prawie każdy samochód wybucha, jak tylko się zderzy z przeszkodą. Mieliśmy pecha. Ia wyszła z tego obronną ręką, ale mnie zaklinowały się nogi i nie mogłem się wydostać z samochodu. Czułem, że palą mi się ręce, nogi i ubranie. Twarz. Potem straciłem przytomność, ale Ia mnie wyciągnęła. Poparzyła sobie przy tym ręce. Poza tym miała tylko dwa złamane żebra i trochę skaleczeń. Uratowała mi życie. Ile lat minęło od tego czasu? – spytał Patrik.
– Dziewięć.
– I nie ma szans na to, żeby… – Gösta wskazał głową na wózek.
– Nie. Jestem sparaliżowany od pasa w dół i powinienem się cieszyć, że mogę samodzielnie oddychać. – Westchnął lekko. – Jednym ze skutków ubocznych jest to, że szybko się męczę i o tej porze zazwyczaj odpoczywam. Mogę jeszcze w czymś pomóc? W przeciwnym razie – wybaczcie mi niegrzeczność – poproszę, żebyście sobie poszli.
Patrik i Gösta spojrzeli po sobie. Patrik wstał.
– Nie sądzę, żebyśmy mieli coś jeszcze. Ale może się zdarzyć, że jeszcze wrócimy.
– Proszę bardzo. – Kreutz puścił ich przodem i wjechał do domu.
Ia zeszła na dół i eleganckim ruchem podała im rękę.
Gösta przystanął w drzwiach i odwrócił się do niej. Już miała zamknąć za nimi drzwi.
– Poprosiłbym o numer telefonu i adres państwa w Monako.
– Na wypadek gdybyśmy chcieli uciec? – Uśmiechnęła się lekko.
Gösta wzruszył ramionami. Ia Kreutz stanęła przy stoliku i zapisała w notesie adres i numer telefonu. Gwałtownym ruchem wyrwała kartkę i podała ją Göście. Bez słowa wsunął ją do kieszeni.
Już w samochodzie Gösta chciał porozmawiać z Patrikiem o tym, co usłyszeli, ale Patrik go nie słuchał. Szukał swojego telefonu.
– Musiałem zostawić komórkę w domu – powiedział w końcu. – Możesz mi pożyczyć swoją?
– Niestety. Zawsze masz przy sobie komórkę, więc nie zawracałem sobie głowy zabieraniem swojej.
Patrik już chciał poświęcić kilka minut na tłumaczenie koledze, dlaczego policjant zawsze powinien mieć przy sobie telefon, ale uznał, że to nie jest właściwy moment. Przekręcił kluczyk w stacyjce.
– W drodze powrotnej podjedziemy do mnie do domu. Muszę zabrać telefon.
W kilka minut dojechali do Salvik. Nie odzywali się do siebie. Patrik nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś mu podczas tego spotkania umknęło. Nie umiałby powiedzieć, czy to coś zostało powiedziane, czy przemilczane, ale zdecydowanie coś się nie zgadzało.
Kjell już się cieszył na lunch. Carina miała wieczorny dyżur, więc zadzwoniła i zaproponowała, żeby lunch zjedli razem, w domu. Trudno się spotkać, gdy jedno pracuje według grafiku, a drugie w godzinach urzędowych. Czasem, kiedy miała kilka późnych dyżurów z rzędu, nie widywali się kilka dni. Kjell był z niej bardzo dumny. Była naprawdę dzielna i pracowita. Po rozwodzie z nim bez narzekania utrzymywała siebie i syna. Dopiero po czasie dowiedział się, że miała problem alkoholowy. Ale poradziła sobie. O dziwo, do leczenia skłonił ją jego ojciec, Frans. Była to jedna z niewielu dobrych rzeczy, jakie zrobił. Wspominał ojca z goryczą zmieszaną z niechętną miłością.
Natomiast Beata wolałaby w ogóle nie pracować. Kiedy byli małżeństwem, wiecznie się kłócili o pieniądze. Miała do niego pretensje, że nie awansuje i nie przynosi do domu mnóstwa forsy, ale sama nie miała ochoty zarabiać. Mówiła, że przecież zajmuje się domem.
Zaparkował na podjeździe przed domem i odetchnął głęboko. Nienawidził byłej żony. W dużej części wynikało to z pogardy, jaką żywił do samego siebie. Jak mógł zmarnować tyle lat na ten związek? Oczywiście nie żałował, mieli dzieci. Żałował tylko, że dał się uwieść. Była młoda i ładna, a on był stary. Pochlebiła mu.
Wysiadł z samochodu i odsunął myśli o Beacie. Nie zepsują mu lunchu z Cariną.
– Cześć, kochanie – powiedziała, gdy wszedł. – Siadaj. Wszystko gotowe. Usmażyłam placki kartoflane.
Postawiła przed nim talerz. Wciągnął ich zapach. Uwielbiał placki kartoflane.
– Co w pracy? – spytała, siadając naprzeciwko. Spojrzał na nią z czułością. Ładnie się starzała. Drobne zmarszczki mimiczne wokół oczu dodawały jej uroku, a dzięki godzinom spędzonym na zajmowaniu się ulubionym ogrodem była ładnie opalona.
– Właśnie się zaciąłem. Sprawdzam coś, czego się dowiedziałem o Johnie Holmie, ale nie mogę ruszyć z miejsca.
Wziął do ust kawałek placka. Smakował tak, jak wyglądał.
– Nie masz kogo poprosić o pomoc?
Już miał to puścić mimo uszu, gdy zdał sobie sprawę, że Carina ma rację. Sprawa była na tyle poważna, że gotów był odłożyć na bok ambicję. Po tym, jak się dowiedział o Holmie różnych rzeczy, czuł, że musi chodzić o coś naprawdę poważnego. Trzeba to koniecznie wyciągnąć na światło dzienne. Nieważne, kto to zrobi: on czy ktoś inny. Po raz pierwszy w swojej karierze dziennikarskiej znalazł się w sytuacji, o jakich wcześniej tylko słyszał: miał temat, który go przerósł.
Zerwał się od stołu.
– Przepraszam, muszę coś zrobić.
– Teraz? – Carina spojrzała na jego niedojedzone placki.
– Tak, przepraszam. Wiem, że się napracowałaś i nasmażyłaś, cieszyłem się na ten wspólny lunch, ale…
Widział, że jest rozczarowana, i już chciał usiąść z powrotem. Tyle razy sprawił jej zawód, że wolałby już tego nie powtarzać. Uśmiechnęła się.
– Dobrze, idź i zrób, co masz do zrobienia. Wiem, że nie zostawiłbyś niedojedzonego placka kartoflanego, gdyby nie chodziło o bezpieczeństwo ojczyzny.
Kjell się roześmiał.
– Tak. To coś w tym rodzaju. – Nachylił się i pocałował ją w usta.
Kiedy wrócił do redakcji, najpierw musiał się zastanowić, jak to powiedzieć. Żeby zainteresować jednego z czołowych szwedzkich publicystów, potrzeba czegoś więcej niż przeczucia i zabazgranej kartki. Krew, o której powiedziała mu Erika. Do tej pory żadna gazeta nie napisała o tym, co znaleziono na Valö. Ze zrozumiałych względów chciał, żeby jego „Bohusläningen” była pierwsza. Miał już prawie gotowy artykuł. Z drugiej strony plotka o krwi na pewno już się rozeszła po okolicy, więc podjęcie tematu przez inne gazety jest zaledwie kwestią czasu, a w takim razie – wmawiał sobie – nie zaszkodzi, jeśli odda newsa komu innemu. „Bohusläningen”, dobrze /orientowana w sprawach lokalnych, poradzi sobie z kolejnymi artykułami na ten temat lepiej niż wielkie gazety ogólnokrajowe, choćby sam news przeszedł jej koło nosa.
Chwilę siedział i zbierał myśli. Zrobił sobie ściągę. Powinien się dobrze przygotować, gdy zadzwoni do Svena Niklassona, publicysty „Expressen”, i poprosi go o pomoc w szukaniu informacji na temat Holma. I Gimle.
Paula wygramoliła się z łodzi. Mellberg burczał na nią przez całą drogę. Najpierw w samochodzie, potem na pokładzie „MinLouis”, łodzi Ratownictwa Morskiego. Robił to jednak bez przekonania. Znał ją wystarczająco dobrze. Wiedział, że jej nie namówi do zmiany decyzji.
– Uważaj. Jeśli wpadniesz do wody, twoja matka mnie zabije. – Trzymał ją za rękę, Victor za drugą.
– Zadzwońcie, jeśli będziecie potrzebowali podwózki w drugą stronę – powiedział Victor.
Mellberg kiwnął głową.
– Nie rozumiem, dlaczego się uparłaś, żeby ze mną jechać – powiedział Mellberg, kiedy wchodzili na wzniesienie. – Ten, co strzelał, może tu jeszcze być. To niezbezpieczne, ryzykujesz nie tylko własne życie.
– Od telefonu Anniki minęła prawie godzina. Ten, kto strzelał, na pewno jest już daleko. Poza tym domyślam się, że Annika wydzwania również do Patrika i Gösty. Oni też niedługo tu będą.
– Tak, ale… – zaczął Mellberg. Urwał, bo dotarli do drzwi. Zawołał głośno: – Halo! Policja!
Wyszedł do nich jasnowłosy mężczyzna. Wyglądał na wystraszonego. Paula domyśliła się, że to Mårten Stark. Kiedy płynęli na wyspę, udało jej się wyciągnąć od Mellberga to i owo.
– Poszliśmy na piętro, do sypialni. Wydawało nam się, że tam będzie… najbezpieczniej.
Obejrzał się za siebie. Na schody wyszły dwie osoby. Na widok jednej Paula drgnęła.
– Anna? A ty co tu robisz?
– Przyjechałam zrobić pomiary. Będę urządzać wnętrza. – Była blada, ale spokojna.
– Nikomu nic się nie stało?
– Na szczęście nie – odparła Anna. Mårten i Ebba przytaknęli.
– I od chwili kiedy zadzwoniliście na policję, nic się nie dzieje? – spytała Paula, rozglądając się. Sądziła, że napastnik dawno zniknął, ale wolała nie ryzykować. Nasłuchiwała uważnie.
– Nic więcej nie słyszeliśmy. Chcecie zobaczyć, gdzie utkwiły pociski? – Wyglądało na to, że Anna objęła dowodzenie. Mårten i Ebba stali za nią. Mårten obejmował żonę. Patrzyła przed siebie, ramiona skrzyżowała na piersi.
– Oczywiście – odparł Mellberg.
– Tu, w kuchni. – Anna poszła przodem. Zatrzymała się w progu i pokazała palcem. – Spójrzcie, ten ktoś strzelał przez to okno.
Paula obejrzała okno. Szkło rozprysło się po całej podłodze. Najwięcej leżało pod oknem.
– Ktoś był w kuchni, kiedy padły strzały? Jesteście pewni, że strzałów było więcej?
– Ebba. – Anna szturchnęła lekko Ebbę.
Ebba podniosła wzrok i rozejrzała się, jakby widziała tę kuchnię po raz pierwszy.
– Nagle rozległ się huk – powiedziała. – Bardzo głośny. Nie wiedziałam, co się stało. Potem huknęło jeszcze raz.
– Dwa strzały – podsumował Mellberg, wchodząc do kuchni.
– Bertilu, lepiej nie wchodźmy – powiedziała Paula. Wolałaby, żeby Patrik już tu był. Nie miała pewności, czy zdoła powstrzymać Mellberga.
– Bez obaw. Widziałem tyle miejsc zbrodni, że nigdy mi nie dorównasz. Wiem, co wolno, a czego nie. – Nadepnął na duży kawałek szkła. Zmiażdżył go swoim Ciężarem.
Paula głęboko wciągnęła powietrze.
– Mimo wszystko uważam, że Torbjörn i jego ekipa powinni zastać to miejsce w stanie nienaruszonym.
Mellberg nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Podszedł do ściany w głębi kuchni, tej, w której utkwiły pociski.
– Aha! Mam was, skurczybyki! Gdzie trzymacie foliowe torebki?
– W trzeciej szufladzie od góry – odparła Ebba nieobecnym głosem.
Mellberg wysunął szufladę i wyjął rolkę woreczków do mrożonek. Oderwał jeden. Włożył gumowe rękawiczki, które zwisały z kranu.
– Zobaczmy. Wcale nie tkwią tak głęboko. Da się je wyjąć. To będzie dla Torbjörna prosta sprawa – stwierdził, wyciągając pociski.
– Ale najpierw należałoby zrobić zdjęcia i… – Paula próbowała się sprzeciwić.
Do Mellberga najwyraźniej nic nie docierało. Z zadowoloną miną pokazał im torebkę. Potem włożył ją do kieszeni szortów. Zdjął z trzaskiem rękawiczki i wrzucił je do zlewu.
– Zawsze trzeba pamiętać o odciskach palców – powiedział, marszcząc czoło. – To bardzo ważny dowód. Człowiek z takim stażem w policji ma to wpojone.
Paula zagryzła wargę tak mocno, że poczuła smak krwi. Pośpiesz się, Hedström, powtarzała w myślach. Ale nikt nie słuchał jej modłów. Mellberg beztrosko łaził po rozbitym szkle.
Fjällbacka 1931
Czuła na plecach spojrzenia ludzi. Mogą sobie myśleć, że nic nie rozumie, ale ona nie da się oszukać. Zwłaszcza Laurze. Doskonale potrafiła udawać. Wszyscy jej współczuli. Użalali się nad nią, że taka z niej mała gosposia, że szkoda dziecka, że ma taką matkę. Nie wiedzieli, jaka jest naprawdę. Ale ona ją przejrzała i wiedziała, co się kryje pod ładną, świętoszkowatą fasadą. Wisiało nad nią to samo fatum co nad jej matką. Była tak samo napiętnowana jak ona, choćby piętno miała pod skórą, choćby było niewidzialne. Łączył je wspólny los. Niech sobie nie myśli.
Dagmar siedziała na krześle w kuchni. Dygotała. Poranny kieliszek zakąsiła kawałkiem suchego, chrupkiego chleba. Nakruszyła przy tym ile się da. Laura nie znosiła okruchów na podłodze i nie uspokoiła się, dopóki wszystkiego nie pozamiatała. Kilka okruchów spadło na stół. Strąciła je na podłogę. Niech ma dziewczyna co robić, jak wróci ze szkoły.
Nerwowo bębniła palcami po kwiecistym obrusie. Szarpał nią bezustanny niepokój. Musiała go ukoić. Od dawna nie potrafiła usiedzieć spokojnie. Dwanaście lat minęło, odkąd Hermann ją opuścił, ale ciągle pamiętała jego dotyk, choć jej ciało się zmieniło i ani trochę nie przypominała tamtej dziewczyny.
Wściekłość, która ją ogarnęła w maleńkim sterylnym szpitalnym pokoiku, wyparowała jak kamfora. Kochała go i on ją kochał. Nie stało się tak, jak sobie umyśliła, ale przynajmniej wiedziała, czyja to była wina. Ciągle, na jawie i we śnie, miała przed oczami twarz Carin Göring. Ta twarz zawsze patrzyła na nią z szyderczą miną, z wyższością. Rozkoszowała się upokorzeniem, które stało się udziałem jej i Laury. Jeszcze mocniej zabębniła palcami w obrus. Obsesyjne myślenie o Carin trzymało ją przy życiu. To i wódka.
Sięgnęła po leżącą na stole gazetę. Nie stać jej było na kupowanie. Kradła stare egzemplarze ze zwrotów. Leżały na tyłach sklepu, czekając, aż je zabiorą. Zawsze czytała uważnie, bo kilka razy znalazła artykuły o Hermannie. Wrócił do Niemiec. Trafiała też na nazwisko Hitler, to, które wykrzykiwał w szpitalu. Czytała z rosnącym podnieceniem. Ten człowiek z gazety to jej Hermann. Nie ten wrzeszczący grubas w szpitalnej piżamie. Znów nosił mundur i miał władzę, chociaż nie był już tak szczupły i przystojny jak dawniej Trzęsącymi się rękami otworzyła gazetę. Poranny kieliszek jeszcze nie zaczął działać. Może od razu wypije drugi. Nalała sobie porządną porcję. Wypiła jednym haustem Od razu poczuła, jak po całym jej ciele rozchodzi się ciepło. Nie trzęsła się już tak bardzo. Znów usiadła przy stole i zaczęła przeglądać gazetę.
Przejrzała ją niemal do końca i wreszcie zobaczyła ten tytuł. Litery jej się zlewały. Przeczytała z wysiłkiem „Pogrzeb żony Göringa. Wieniec od Hitlera”.
Przyjrzała się zdjęciom. Jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Carin Göring nie żyje. Naprawdę. Roześmiała się. Teraz już nic nie stanie jej na drodze. Hermann wreszcie do niej wróci. Tupnęła w podłogę.
Tym razem pojechał do kamieniołomu sam. Nie był szczególnie towarzyski. To, czego szukał, znajdował, tylko kiedy zaglądał w głąb siebie. Nikt inny nie mógł mu tego dać. Czasem wolałby być inny, czy raczej taki jak inni. Poczuć, że jest częścią większej całości. Nawet własnej rodziny do siebie nie dopuszczał. Gula w piersi była za twarda. Czuł się jak dziecko, które przyciska nos do szyby sklepu z zabawkami, widzi znajdujące się w środku cudowności, ale nie ma odwagi wejść. Coś je powstrzymuje.
Przysiadł na kamiennym bloku i powędrował myślami do rodziców. Wciąż czuł się bez nich zagubiony, chociaż od ich śmierci minęło dziesięć lat. W dodatku wstydził się, że im nie zdradził swojej tajemnicy. Ojciec zawsze podkreślał, jak ważne są zaufanie, szczerość i prawdomówność. Dawał mu do zrozumienia, że wie, że coś przed nim ukrywa. Ale jak miałby im powiedzieć? Niektóre tajemnice są zbyt wielkie, żeby się nimi dzielić. Zresztą rodzice tyle dla niego zrobili.
Podczas wojny stracili wszystko: rodzinę, przyjaciół, cały dobytek, poczucie bezpieczeństwa i ojczyznę. Nie stracili tylko wiary i nadziei na lepsze życie. Podczas gdy oni cierpieli, Albert Speer przechadzał się tutaj, perorował, pokazując palcem, i składał zamówienia na kamień, i którego miała powstać nowa stolicy Rzeszy, zbudowana na krwi niezliczonych ofiar. Nie wiedział, czy Speer rzeczywiście tu był, ale któryś z jego pomagierów na pewno chodził po kamieniołomie niedaleko Fjällbacki.
Wojna nie była dla niego wydarzeniem z odległej przeszłości. Kiedy dorastał, codziennie słuchał opowieści o polowaniach na Żydów. O tym, jak ich wydawano, jaki zapach miał dym lecący z kominów obozowych krematoriów, o przerażeniu żołnierzy wyzwalających obozy, kiedy zobaczyli to piekło. O tym, że Szwecja przyjęła ich z otwartymi ramionami, ale za nic nie chciała się przyznać do roli, jaką odegrała podczas wojny. Ojciec codziennie powtarzał, że ich nowa ojczyzna musi się rozliczyć ze swoją przeszłością. Jego słowa wżarły się w świadomość Josefa równie mocno, jak wytatuowane numery w przedramiona rodziców.
Złożył ręce do modlitwy i spojrzał w niebo. Modlił się o siłę, by mógł uhonorować swoich przodków, poradzić sobie z Sebastianem i z przeszłością, która nagle wróciła i mogła mu przeszkodzić zrobić to, co musiał zrobić. Minęło tyle lat, udało mu się zapomnieć. Człowiek sam kształtuje swoją historię. Chciałby wymazać z pamięci i tę część swojego życia i wolałby, żeby Sebastian zrobił to samo.
Wstał, otrzepał spodnie z kamiennego pyłu. Miał nadzieję, że Bóg wysłuchał jego modlitwy. Modlił się przecież w miejscu symbolizującym zarówno to, co mogło być, jak i to, co miało się stać. Zbuduje z kamienia fundament poznania, a poznanie prowadzi do zrozumienia i pokoju. Spłaci dług wobec swoich żydowskich przodków, prześladowanych i zamęczonych. A gdy ukończy dzieło, jego hańba zostanie wymazana na zawsze.
Zadzwoniła komórka. Erika odrzuciła połączenie. Wydawnictwo. Zabraliby jej czas, którego nie miała.
Jeszcze raz, chyba setny, rozejrzała się po gabinecie. Z odrazą myślała o tym, że ktoś tu był i grzebał w jej rzeczach. Kto to był i czego szukał? Zamyśliła się. Drgnęła, gdy usłyszała, jak drzwi na parterze otwierają się i zamykają.
Szybko zeszła na dół. W przedpokoju stali Patrik i Gösta.
– Cześć. Co tu robicie?
Gösta unikał jej spojrzenia, był wyraźnie zaniepokojony. Nie potrafił udawać, że nie łączy ich tajne porozumienie. Erika nie mogła się powstrzymać, musiała go trochę podręczyć.
– Dawno się nie widzieliśmy. Co słychać, Gösta? – Zauważyła, że się zaczerwienił po same uszy. Musiała ukryć uśmiech.
– Hm… jakoś leci – wymamrotał, patrząc pod nogi.
– Wszystko w porządku? – spytał Patrik.
Erika natychmiast spoważniała. Udało jej się na chwilę zapomnieć o tym, że ktoś wtargnął do ich domu. Wiedziała, że powinna powiedzieć Patrikowi o swoich podejrzeniach, ale na razie nie miała dowodów. Więc może i dobrze, że się do niego nie dodzwoniła. Bardzo się niepokoił wszystkim, co dotyczyło rodziny. Niewykluczone, że na wieść o włamaniu wysłałby ją gdzieś z dziećmi. Po namyśle postanowiła jeszcze zaczekać, chociaż wcale się nie uspokoiła. Ciągle spoglądała na drzwi werandy, jakby w każdej chwili ktoś znów mógł tamtędy wejść.