Niklasson wzruszył ramionami.

– Nie doprowadzilibyśmy tej sprawy do końca, gdyby nie ty.

– Więc udało wam się rozgryźć ten szyfr? – Kjella rozsadzała ciekawość. Niklasson nie zdążył mu powiedzieć wszystkiego przez telefon.

– Był dziecinnie prosty. – Niklasson się zaśmiał. – Moje dzieci dałyby mu radę w kwadrans.

– Jak to?

– Jeden to A, dwa to B i tak dalej.

– Żartujesz. – Spojrzał na Niklassona i omal nie wypadł z drogi.

– Nie żartuję, chociaż może bym wolał. To wiele mówi. Oni nie mają wysokiego mniemania o naszej inteligencji.

– I co z tego wyszło? – Kjell usiłował przypomnieć sobie kombinację cyfr, ale już w szkole nie miał do nich pamięci. Teraz ledwo pamiętał własny numer telefonu

– Stureplan [28]. Chodziło o Stureplan. A dalej data i godzina.

– Rany boskie – powiedział Kjell, wjeżdżając na rondo przy Torp. Skręcił w prawo. – Mogło dojść do masakry.

– Tak, ale policja uderzyła o świcie i zatrzymała zamachowców. Dzięki temu nie mogą nikogo zawiadomić, że my i policja wszystko wiemy. Stąd ten pośpiech. Ludzie z kierownictwa partii wkrótce się zorientują, że z tamtymi nie ma kontaktu. Wtedy szybko położą uszy po sobie. Te kreatury mają kontakty na całym świecie. Bez problemu zeszliby pod ziemię, a my zostalibyśmy z niczym.

– Na swój sposób genialnie to wymyślili – zauważył Kjell. Ciągle myślał o tym, co by się stało, gdyby plan został zrealizowany. Potrafił to sobie wyobrazić. Prawdziwa tragedia.

– Zgadza się. I właściwie powinniśmy się cieszyć, że pokazali swoją prawdziwą twarz. Dla wielu z tych, którzy uwierzyli w Johna Holma, będzie to cholernie przykre przebudzenie. No i całe szczęście. Mam nadzieję, że nieprędko ich znów zobaczymy. Chociaż nie mam złudzeń, bo ludzka pamięć bywa bardzo krótka – powiedział z westchnieniem. – Chcesz dzwonić do tego Hedmana, tak?

– Hedströma. Patrika Hedströma. Tak, już dzwonię. – Zerkając to na drogę, to na telefon, wybrał numer Komisariatu w Tanum.


– Co to za raban? – Patrik z uśmiechem wszedł do pokoju socjalnego. Erika go zawołała.

– Siadaj – powiedział Gösta. – Wiesz, ile razy się przekopywałem przez te akta. Chłopcy byli absolutnie zgodni, ale cały czas miałem dziwne wrażenie, że coś się nie zgadza.

– No i wpadliśmy na to. – Erika weszła mu w słowo.

– Na co?

– Na te makrele.

– Na makrele? – Patrik zmrużył oczy. – Przepraszam, możecie mi to wyjaśnić?

– Nie widziałem ryb, które wtedy złowili – powiedział Gösta. – Sam nie wiem dlaczego, ale nie pomyślałem o tym, kiedy ich przesłuchiwaliśmy.

– Niby o czym? – Patrik się niecierpliwił.

– O tym, że makrele wolno łowić dopiero po nocy świętojańskiej – powiedziała Erika wyraźnie, powoli jak do dziecka.

Do Patrika wreszcie zaczęło docierać.

– A wszyscy zeznali, że łowili makrele.

– Właśnie. Jeden mógłby się pomylić, ale skoro wszyscy mówili to samo, to znaczy, że to uzgodnili. A ponieważ nie znali się na łowieniu ryb, wybrali nie ten gatunek.

– Wpadłem na to dzięki Erice – powiedział Gösta i z nieco zawstydzoną miną.

Patrik posłał jej całusa.

– Jesteś super! – powiedział z entuzjazmem.

W tym momencie zadzwonił telefon. Patrik spojrzał na wyświetlacz. Torbjörn.

– Muszę odebrać. Świetnie się spisaliście! – Pokazał im skierowany w górę kciuk i poszedł do swojego pokoju.

Uważnie słuchał Torbjörna, szybko notował na pierwszej z brzegu kartce. Jego dziwne podejrzenie się potwierdziło. Słuchając Torbjörna, zaczął się zastanawiać, jaki wniosek z tego płynie. Niby wiedział więcej, ale był coraz bardziej zdezorientowany.

Usłyszał ciężkie kroki. Otworzył drzwi. Do jego pokoju zmierzała Paula. Dźwigała przed sobą sterczący brzuch.

– Nie wytrzymuję w domu. Dziewczyna z banku obiecała, że się dzisiaj odezwie, ale jeszcze nie dzwoniła… – Musiała przerwać i nabrać tchu.

Patrik położył jej rękę na ramieniu.

– Oddychaj, na miłość boską! – Poczekał, aż wyrówna uldech. – Dasz radę być na odprawie?

– No pewnie.

– Gdzieś ty się podziewała, do cholery? – Nagle zza jej pleców wychynął Mellberg. – Rita tak się zdenerwowała, kiedy sobie poszłaś, że kazała mi za tobą lecieć. – Otarł pot z czoła.

Paula przewróciła oczami.

– Nic mi nie będzie.

– Dobrze, że i ty jesteś. Mamy kilka spraw do omówienia – powiedział Patrik do Mellberga.

Poszli do sali konferencyjnej, po drodze zabrali Göstę. Patrik się zawahał, a potem wrócił do pokoju socjalnego.

– Ty też możesz przyjść – powiedział do Eriki. Tak jak się spodziewał, aż podskoczyła.

W salce zrobiło się ciasno, ale Patrik chciał, żeby odprawa odbyła się właśnie tu, wśród rzeczy Elvanderów. Miały im przypominać, dlaczego koniecznie muszą powiązać wszystkie nitki.

Pokrótce wyjaśnił Pauli i Mellbergowi, że sporo czasu poświęcili na przeglądanie zawartości pudeł, które przywieźli od Ollego.

– Kilka kawałków układanki udało nam się dopasować. Teraz wspólnymi siłami musimy złożyć resztę. Po pierwsze tajemniczym G, który wysyłał Ebbie kartki urodzinowe, jest nasz Gösta Flygare.

Gösta się zaczerwienił.

– No wiesz, Gösta… – zaczęła Paula. Mellberg zrobił się czerwony. Wyglądał, jakby za chwilę miał eksplodować.

– Tak, wiem, że powinienem o tym powiedzieć wcześniej, ale już to sobie z Hedströmem wyjaśniliśmy. – Gösta spojrzał na niego hardo.

– Do ostatniej kartki Gösta się nie przyznaje. Zresztą niewątpliwie różni się ona od pozostałych – powiedział Patrik, opierając się o stół. – W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Rozmawiałem z Torbjönem. Potwierdza, że odcisk palca, który znalazł pod znaczkiem, pewnie odcisk nadawcy, to ten sam odcisk, który znaleźli na torebce, w jakiej była kartka, którą nam przekazał Mårten.

– Tej torebki nie dotykał nikt poza wami i Mårtenem, prawda? Więc to… – Erika zbladła. Widać było, że przez jej głowę pędzi mnóstwo myśli.

Zaczęła gorączkowo grzebać w torebce. Szukała telefonu. Wszyscy patrzyli, jak wybiera numer. W absolutnej ciszy usłyszeli sygnał, potem włączyła się poczta głosowa.

– Cholera jasna – zaklęła i wybrała kolejny numer. Dzwonię do Ebby.

Sygnał za sygnałem, Ebba nie odbierała.

– Szlag by to trafił – zaklęła znowu i wybrała jeszcze jeden numer.

Patrik nawet nie próbował mówić dalej. Sam się zaniepokoił. Anna cały dzień nie odbierała telefonu.

– Kiedy tam popłynęła? – spytała Paula.

Erika wciąż trzymała telefon przy uchu.

– Wczoraj wieczorem. Od tamtej pory nie mogę się do niej dodzwonić. Natychmiast dzwonię na kuter pocztowy. Wypłynęli przed południem, zabrali Ebbę. Może coś wiedzą… Halo, cześć, mówi Erika Falck… Właśnie. Zabraliście Ebbę… I dowieźliście ją? Widzieliście przy pomoście jeszcze jakąś inną łódź? Drewniana łajba? Przycumowana do pomostu ośrodka kolonijnego? Okej. Dziękuję.

Rozłączyła się. Patrik widział, że trochę jej się trzęsie ręka.

– Nasza łódka, którą Anna wczoraj popłynęła, wciąż tam jest. To znaczy, że obie są na Valö, z Mårtenem. I żadna nie odbiera.

– Pewnie nic się nie stało. Może Anna zdążyła już wrócić do domu – powiedział Patrik. Starał się zachować spokój, chociaż wcale nie był spokojny.

– Ale Mårten mi powiedział, że była tam tylko godzinę. Dlaczego kłamał?

– Spokojnie, wszystko się wyjaśni. Skończymy naradę i od razu tam popłyniemy.

– Dlaczego Mårten miałby grozić własnej żonie? – spytała Paula. – Czy to znaczy, że to on próbował ją zabić?

Patrik pokręcił głową.

– W tej chwili nic nam o tym nie wiadomo. Musimy przeanalizować wszystko, co dotychczas ustaliliśmy, i sprawdzić, czy są jakieś luki. Gösta, opowiedz, co ci przyszło do głowy w związku z zeznaniami chłopców.

– Tak, oczywiście. – Gösta opowiedział, jak wpadł na to, że chłopcy kłamali.

– To dowód, że kłamali – stwierdził Patrik. – A skoro kłamali w tej sprawie, zapewne kłamali również co do reszty. Bo po co mieliby się umawiać? Według mnie należy przyjąć, że są zamieszani w sprawę zaginięcia Elvanderów. Możemy ich przycisnąć.

– Ale co ma z tym wspólnego Mårten? – spytał Mellberg. – Przecież wtedy go tam nie było, a do Ebby strzelano z tej samej broni co w 1974 roku.

– Nie wiem – odparł Patrik. – Zajmiemy się tym w swoim czasie.

– Jest jeszcze paszport – powiedział Gösta, prostując się na krześle. – Brakuje paszportu Annelie. Możliwe, że była w to zamieszana i uciekła za granicę.

Patrik spojrzał na Erikę. Była blada. Domyślał się, że nie może przestać myśleć o Annie.

– Annelie? Szesnastoletnia córka Elvanderów? – zapytała Paula. Nagle zadzwoniła jej komórka. Odebrała i słuchała ze zdumieniem. Rozłączyła się i spojrzała na kolegów. – Rodzice adopcyjni Ebby powiedzieli nam, Patrikowi i mnie, że ktoś anonimowo co miesiąc wpłacał na konto Ebby pewną sumę, aż do jej osiemnastych urodzin. Nie udało im się dowiedzieć, kto to był. Oczywiście pomyśleliśmy, że może to mieć związek z tym, co się stało na Valö. Miałam się dowiedzieć czegoś więcej… – Musiała odetchnąć, zaczerpnąć powietrza.

Tak samo było z Eriką, kiedy była w ciąży, pomyślał Patrik.

– Przejdź do rzeczy! – Gösta wyprostował się na krześle. – Ebba nie miała krewnych. Nikt nie chciał się nią zaopiekować i nikt by jej nie wysyłał pieniędzy. Musiał to robić ktoś, kto miał wyrzuty sumienia.

– Nie mam pojęcia, czym się kierował – Paula wyraźnie napawała się tym, że wie więcej – ale pieniądze wpłacał Aron Kreutz.

Zapadła cisza. Słychać było tylko szum samochodów Pierwszy odezwał się Gösta:

– Ojciec Leona Kreutza wysyłał Ebbie pieniądze? Ale dlaczego…

– Musimy się dowiedzieć – powiedział Patrik. Może odpowiedź na to pytanie okaże się rozwiązaniem zagadki zniknięcia Elvanderów.

W jego kieszeni zabrzęczał telefon. Zerknął na wyświetlacz. Kjell Ringholm z „Bohusläningen”. Pewnie chce o coś spytać, o coś, o czym mówili podczas konferencji prasowej. Musi poczekać. Odrzucił połączenie i zwrócił się do kolegów:

– Gösta, popłyniemy we dwóch na Valö. Zanim przesłuchamy chłopaków, musimy sprawdzić, czy z Anną i Ebbą wszystko w porządku. I zadać kilka pytań Mårtenowi. Paulo, mogłabyś jeszcze poszukać czegoś o ojcu Leona Kreutza? – Spojrzał na Melłberga. Gdzie wywoła najmniej szkód? Nie lubił się przemęczać, ale należało zadbać o to, żeby się nie poczuł odstawiony na boczny tor. – Bertilu, jak zwykle będzie najlepiej, jeśli to ty weźmiesz na siebie media. Mógłbyś zostać w komisariacie i odbierać ewentualne telefony?

Mellberg się rozpromienił.

– Oczywiście. Dla mnie to żadna sprawa. Mam wieloletnie doświadczenie w kontaktach z mediami.

Patrik westchnął w duchu. Za to, żeby wszystko toczyło się gładko, płacił wysoką cenę.

– Nie mogłabym popłynąć z wami? – spytała Erika. Wciąż kurczowo ściskała komórkę.

Patrik potrząsnął głową.

– Wykluczone!

– Ale ja naprawdę powinnam tam jechać. Pomyśl, jeśli coś się stało…

– Nie ma mowy. – Po chwili zmiękł: – Przepraszam cię, ale będzie lepiej, jeśli załatwimy to sami – dodał obejmując ją.

Erika niechętnie kiwnęła głową i poszła do samochodu. Patrik patrzył, jak odjeżdża. Sięgnął po telefon i zadzwonił do Victora. Po ośmiu sygnałach włączyła się poczta głosowa.

– Ratownictwo morskie nie odpowiada. Typowe. Akurat teraz, kiedy nasza motorówka podobno jest na Valö.

Usłyszał chrząknięcie. W drzwiach stała Erika.

– Niestety nie mogę jechać do domu. Nie mogę odpalić samochodu.

Patrik spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Dziwne. Gösta, mógłbyś ją odwieźć? Ja tymczasem załatwię kilka spraw. I tak musimy poczekać ni transport.

– Dobrze – odparł Gösta. Nie patrzył na Erikę.

– To do zobaczenia w porcie. Spróbujesz się dodzwonić do Victora?

– Oczywiście.

Znów mu zabrzęczało w kieszeni. Odruchowo zerknął na wyświetlacz. Kjell Ringholm. Niech będzie.

– Dobrze, wszyscy robią, co do nich należy. – Patrząc na wychodzących kolegów, wcisnął zieloną słuchawką – Hedström, słucham – powiedział z westchnieniem. Lubił Kjella, ale akurat w tej chwili nie miał głowy do dziennikarzy.


Valö 1972


Annelie nienawidziła jej od pierwszej chwili. Claes też. Uważali, że jest do niczego, zwłaszcza w porównaniu z ich matką, która, gdyby posłuchać Runego i jego dzieci, chyba musiała być świętą.

Życie dużo ją nauczyło. Przede wszystkim, że mama nie zawsze miała rację. Małżeństwo z Runem okazało się straszliwą pomyłką, ale nie widziała wyjścia. Zwłaszcza teraz, gdy spodziewała się jego dziecka.

Otarła spocone czoło i wróciła do szorowania kuchennej podłogi. Jej mąż miał duże wymagania. W dniu, kiedy szkoła z internatem otworzy podwoje, wszystko ma lśnić. Niczego nie wolno zostawić przypadkowi. Chodzi o moją reputację, powiedział, wydając jej kolejny rozkaz. Brzuch rósł, a ona harowała od świtu do nocy. Ze zmęczenia ledwo trzymała się na nogach.

Zjawił się nagle. Drgnęła, gdy zobaczyła jego cień. – Ojej, przepraszam, chyba cię przestraszyłem -powiedział tym swoim głosem, od którego ciarki chodziły jej po plecach.

Czuła bijącą od niego nienawiść i zdenerwowała się tak bardzo, że ledwo mogła oddychać. Nigdy nie miała dowodów, a Rune i tak by jej nie uwierzył. Słowo przeciwko słowu. Nie robiła sobie złudzeń, nie stanąłby po jej stronie.

– Tu został brudny kawałek. – Claes wskazał punkt za jej plecami.

Inez zacisnęła zęby i odwróciła się, żeby wytrzeć podłogę we wskazanym miejscu. Rozległ się łoskot. Poczuła, że ma mokre nogi.

– Przykro mi, wiadro się przewróciło – powiedział Claes tonem ubolewania, ale jego spojrzenie mówiło ni innego.

Inez popatrzyła na niego w milczeniu. Z każdym dniem, z każdą niegodziwością i każdym jego brzydkim zachowaniem była coraz bardziej wściekła.

– Pomogę ci.

Johan, najmłodsze dziecko Runego. Siedmiolatek o mądrych, życzliwych oczach. Od samego początku garnął się do niej. Już przy pierwszym spotkaniu ukradkiem włożył rączkę w jej dłoń.

Zerknął niespokojnie na starszego brata. Ukląkł obok Inez, wziął od niej ścierkę i zaczął zbierać rozlaną po całej podłodze wodę.

– Będziesz mokry – powiedziała. Ze wzruszeniem patrzyła na jego pochyloną głowę i opadajęcę na oczy grzywkę.

– Nie szkodzi – odparł.

Claes stał z rękami skrzyżowanymi na piersi i tylko patrzył. Z jego oczu leciały iskry, ale nie odważył się zaatakować brata.

– Mięczak – powiedział, wychodząc.

Inez odetchnęła. Właściwie to śmieszne. Claes ma siedemnaście lat. Ona jest wprawdzie niewiele starsza, ale jest jego macochą. W dodatku spodziewa się dziecka, które będzie jego bratem albo siostrę. Nie powinna się bać smarkacza. A jednak gdy tylko podchodził bliżej, dostawała gęsiej skórki. Czuła, że powinna go unikać. W żadnym razie nie prowokować.

Zastanawiała się, jak to będzie, gdy przyjadą uczniowie. Czy atmosfera stanie się lżejsza, gdy w domu pojawię się chłopcy, a ich głosy wypełnią pustkę? Oby. Inaczej chyba się udusi.

– Fajny jesteś, Johanie – powiedziała, gładząc chłopca po jasnej czuprynie. Nie odpowiedział, ale widziała, że się uśmiechnął.


Zanim przyszli, długo siedział przy oknie. Patrzył na morze i na Valö, na przepływające łodzie i na rozkoszujących się wakacjami wczasowiczów. Zazdrościł im, ale sam nie potrafiłby tak żyć. Cudowne życie w calej swojej prostocie, chociaż oni może tego nie rozumieli. Zadzwonił dzwonek. Odjechał od okna, ale najpierw w rzucił ostatnie długie spojrzenie na Valö. Tam wszystko się zaczęło.

– Pora doprowadzić tę sprawę do końca. – Spojrzał na nich. Atmosfera zgęstniała. Zauważył, że ani Percy, ani Josef nie chcą patrzeć na Sebastiana. Sebastian przyjmował to ze stoickim spokojem.

– Wylądowałeś na wózku! Ale nieszczęście cię spotkało! Do tego zmasakrowana twarz. A taki byłeś przystojny – powiedział Sebastian, rozpierając się na kanapie.

Nie obraził się. Wiedział, że Sebastian nie chciał go zranić. Zawsze był szczery, chyba że zamierzał kogoś oszukać. Wtedy łgał bez oporów. Ciekawe, że ludzie tak mało się zmieniają. Tamci też są tacy sami jak dawniej. Percy wygląda mizernie, w oczach Josefa widać powagę, jak wtedy. A John jest tak samo czarujący.

Zanim przyjechał do Fjällbacki, popytał o nich. Dobrze opłacony prywatny detektyw spisał się doskonale. Dowiedział się ze szczegółami, jak się potoczyło ich życie. Ale kiedy się znów spotkali, miał wrażenie, jakby wszystko, co się działo po Valö, nie miało najmniejszego znaczenia.

Nie odpowiedział Sebastianowi, powtórzył tylko:

– Trzeba to zakończyć, powiedzieć, jak było.

– Czemu miałoby to służyć? – spytał John. – Przecież to już zamierzchła przeszłość.

– Wiem, że to był mój pomysł, ale im jestem starszy, tym wyraźniej widzę, że to był błąd – odparł Leon, patrząc na Johna. Wiedział, że jego trudno będzie przekonać. Ale i tak to zrobi. Nie pozwoli, żeby ktoś mu przeszkodził. Zamierzał ujawnić wszystko, bez względu na to, czy ich przekona, czy nie. Chciał tylko być w porządku i powiedzieć im, co zamierza, bo miało to zmienić życie ich wszystkich.

– Zgadzam się z Johnem – powiedział Josef bezbarwnym głosem. – Nie ma powodu grzebać się w tej sprawie, dawno zakopanej i zapomnianej.

– To ty zawsze mówiłeś o przeszłości i odpowiedzialności za swoje czyny. Nie pamiętasz? – spytał Leon.

Josef zbladł i odwrócił się.

– To nie to samo.

– Właśnie że to samo. Przeszłość wciąż jest żywa. Cały czas o niej pamiętam i wiem, że wy też.

– To nie to samo – powtórzył Josef.

– Mówiłeś, że ludzie odpowiedzialni za cierpienia twoich przodków powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności. Może my też powinniśmy wziąć na siebie odpowiedzialność i przyznać się do winy? – Leon mówił miękkim głosem. Widział, że Josef jest bardzo poruszony.

– Nie pozwolę na to. – Siedzący obok Sebastiana John splótł ręce na kolanach.

– Nie masz nic do gadania – odparł Leon. Teraz wiedzą, że już podjął decyzję.

– Rób, co chcesz – powiedział nagle Sebastian. Z kieszeni spodni wyjął klucz. Podał go Leonowi, Leon wziął go z ociąganiem. Wiele lat minęło od chwili, kiedy ten klucz przypieczętował ich los.

W pokoju zapadła absolutna cisza. Wszyscy mieli przed oczami obrazy, które tak mocno wryły im się w pamięć.

– Trzeba otworzyć drzwi. – Leon zacisnął klucz w dłoni. – Wolałbym to zrobić razem z wami, ale jeśli nie chcecie, zrobię to sam.

– A Ia… – zaczął John.

Leon mu przerwał.

– Ia jest w drodze do domu, do Monako. Nie udało mi się jej przekonać, żeby została.

– Tak, wy możecie uciec – powiedział Josef. – Wyjechać sobie za granicę. A my zostaniemy z tym nieszczęściem.

– Nie wyjadę, dopóki sprawa nie zostanie doprowadzona do końca – odparł Leon. – Zresztą wrócimy.

– Nikt nigdzie nie wyjedzie – powiedział Percy. Siedział trochę dalej i dotychczas milczał.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Sebastian rozparł się leniwie na kanapie.

– Nikt nigdzie nie wyjedzie – powtórzył Percy, szukając czegoś w teczce, którą oparł o nogę krzesła.

– Żartujesz? – powiedział Sebastian. Z niedowierzaniem spojrzał na leżący na kolanach Percy’ego pistolet.

Percy wycelował w Sebastiana.

– Nie, z czego miałbym żartować? Wszystko mi zabrałeś.

– Przecież to tylko biznes. Zresztą nie zwalaj winy mnie. Sam przepuściłeś cały majątek, który dostałeś w spadku.

Huknął strzał. Krzyknęli. Sebastian ze zdumieniem dotknął swojej twarzy. Spomiędzy palców pociekła krew. Pocisk musnął jego lewy policzek, przeleciał przez pokój i rozbił szybę w wielkim panoramicznym oknie wychodzącym na morze. Zadzwoniło im w uszach. Leon chwycił za podłokietniki tak mocno, że trudno mu było rozprostować palce.

– Co ty wyprawiasz!? – krzyknął po chwili John. – Zwariowałeś? Odłóż ten pistolet, zanim zrobisz komuś krzywdę.

– Za późno. Wszystko za późno. – Percy położył pistolet na kolanach. – Ale zanim was pozabijam, chcę, żebyście wzięli na siebie odpowiedzialność za to, co zrobiliście. Co do tego zgadzam się z Leonem.

– Co ty wygadujesz? Poza Sebastianem wszyscy jesteśmy ofiarami, tak jak ty. – W spojrzeniu Johna widać było gniew, ale w głosie usłyszeli strach.

– Wszyscy mamy w tym swój udział. Mnie to zniszczyło życie. Ale ty jesteś winny najbardziej i zginiesz pierwszy. – Percy znów wycelował w Sebastiana.


W ciszy słyszały tylko własne oddechy.

– To na pewno oni.

Ebba zajrzała do skrzyni. Potem odwróciła się i zwymiotowała. Annie też zebrało się na mdłości, ale patrzyła, zmusiła się do tego.

W skrzyni leżał szkielet. Czaszka, ze wszystkimi zębami, patrzyła na nią pustymi oczodołami. Na czubku głowy sterczały kosmyki krótkich włosów. Domyślil.i się, że to mężczyzna.

– Chyba masz rację – powiedziała, gładząc Ebbę po plecach.

Ebba przykucnęła z płaczem, z głową między kolanami, jakby się bała, że zemdleje.

– Więc tu byli przez wszystkie te lata.

– Tak, a pozostali pewnie tam. – Anna kiwnęła głowi) w stronę dwóch zamkniętych skrzyń.

– Musimy je otworzyć – powiedziała Ebba, wstając, Anna spojrzała na nią niepewnie.

– Może lepiej to zostawmy. Najpierw się stąd wydostańmy.

– Ja muszę wiedzieć. – Oczy Ebby płonęły.

– Ale Mårten… – powiedziała Anna. Ebba pokręciła głową.

– On nas nie wypuści. Widziałam to w jego oczach. Zresztą on chyba myśli, że już nie żyję.

Anna się wystraszyła. Ebba ma rację. Mårten nic otworzy drzwi. Same muszą się wydostać. Inaczej tu umrą. Nic im nie pomoże to, że Erika się zaniepokoi i zacznie wypytywać. Przecież ich nie znajdzie. Mogą być w dowolnym miejscu na wyspie. I dlaczego teraz mieliby znaleźć to pomieszczenie, skoro go nie znaleźli, kiedy szukali Elvanderów?

– Okej, spróbujmy. Może będzie w nich coś, co nam pomoże otworzyć drzwi.

Ebba zaczęła kopać kłódkę kolejnej skrzyni. Tym razem skobel był solidniejszy.

– Zaczekaj – powiedziała Anna. – Możesz mi dać aniołka z naszyjnika? Spróbuję wykręcić śrubki.

Ebba zdjęła łańcuszek i podała Annie zawieszkę. Anna zaczęła odkręcać śrubki. Zdjęły kłódki z pozostałych skrzyń i w milczeniu podniosły wieka.

– Są. Wszyscy – powiedziała Ebba. Tym razem patrzyła na szczątki swojej rodziny. Wrzucono ich do skrzyń byle jak.

Anna policzyła czaszki. Potem jeszcze raz, żeby się upewnić.

– Kogoś brakuje – zauważyła spokojnie.

Ebba drgnęła.

– Jak to?

– Zaginęło pięć osób, tak?

– Tak.

– Ale czaszki są tylko cztery. To znaczy cztery ciała, chyba że jedno jest bez głowy.

Ebba się skrzywiła. Pochyliła się, żeby policzyć.

– Zgadza się. Kogoś brakuje.

– Kogo?

Anna spojrzała na szkielety. Jeśli im się nie uda wyjść, czeka je taki sam koniec. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Dana i dzieci. To nie może się stać. Muszą stąd wyjść. Ebba się rozszlochała.


– Paulo! – Patrik dał jej znak, żeby poszła za nim do jego pokoju. Gösta i Erika pojechali do Fjällbacki, Mellberg zamknął się u siebie, żeby – jak powiedział – opracować strategię postępowania z mediami.

– Co się stało? – spytała, sadowiąc się na niewygodnym krześle dla interesantów.

– Dziś już nie porozmawiamy z Holmem – powiedział przeczesując włosy palcami. – Policja właśnie wkroczyła do akcji. Dzwonił Kjell Ringholm. Jest na miejscu, on i Sven Niklasson z „Expressen”.

– Do jakiej akcji? I dlaczego my nic o tym nie wiemy? – Paula z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Kjell nic nie powiedział. Mówił o bezpieczeństwie państwa i że to poważna sprawa… Wiesz, jaki jest Kjell

– Jedziemy tam? – spytała.

– Nie, zwłaszcza nie ty w tym stanie. Lepiej nie wchodźmy w drogę kolegom z Göteborga. Zadzwonię do nich, spróbuję się dowiedzieć czegoś więcej. Ale podejrzewam, że Holm przez dłuższy czas będzie niedostępny.

– Ciekawe, o co chodzi. – Paula wierciła się na krześle.

– Dowiemy się w swoim czasie. Jeśli Kjell i Sven Niklasson są na miejscu, przeczytamy o tym w gazetach

– Zaczniemy w takim razie od tamtych.

– To musi trochę poczekać – odparł Patrik, wstając. Popłynę z Göstą na Valö. Sprawdzimy, co się tam dzieje.

– Ciekawe, że pieniądze wpłacał ojciec Leona Kreutza – powiedziała Paula w zamyśleniu.

– Pogadamy z Kreutzem, jak tylko wrócimy z Valö. – W jego głowie kłębiły się różne myśli. – Leon i Annelie. Może jednak mają z tym coś wspólnego.

Podał Pauli rękę, pomógł jej wstać.

– Idę. Dowiem się czegoś o Aronie Kreutzu – powiedziała i kolebiąc się na boki, ruszyła korytarzem.

Patrik chwycił kurtkę i wyszedł. Miał nadzieję, że Gösta odwiózł Erikę do Fjällbacki. Domyślał się, że przez całą drogę upierała się, że jednak popłynie z nimi na Valö. Postanowił, że nie ulegnie. Nie denerwował się aż tak jak ona, ale czuł, że coś jest nie tak, i wolał, żeby w razie czego Eriki tam nie było.

Już był na parkingu, kiedy zawołała go Paula. Stała w drzwiach komisariatu.

Co się stało? Machała ręką, żeby wrócił. Widząc jej poważną minę, natychmiast ruszył z powrotem.

– Strzelanina u Kreutza – powiedziała, dysząc ciężko.

Pokręcił głową. Dlaczego wszystko musi się dziać jednocześnie?

– Zadzwonię do Gösty, spotkamy się na miejscu. Możesz obudzić Mellberga? Przyda się każda para rąk.


Przed nimi rozpościerało się osiedle Salvik. Domy mieniły się w słońcu. Z odległego o sto metrów kąpieliska dochodziły odgłosy zabawy i śmiechy dzieci. Latem zawsze było tam mnóstwo rodzin z dziećmi. Jeśli Patrik pracował, Erika chodziła tam prawie codziennie.

– Co z tym Victorem? – spytała.

– No właśnie – odparł Gösta. Nie mógł się dodzwonić do Ratownictwa Morskiego. Erika przekonała go, żeby tymczasem wypił kawę z nią i z jej teściową.

– Spróbuję jeszcze raz – powiedział, wybierając numer po raz czwarty.

Erika patrzyła na niego i zastanawiała się, jak go przekonać. Zwariuje, jeśli będzie musiała czekać w domu.

– Nikt nie odbiera. Skorzystam z okazji i pójdę do toalety. – Gösta wstał i wyszedł.

Telefon zostawił na stole. Minęła może minuta, gdy zadzwonił. Erika spojrzała na wyświetlacz: HEDSTRÖM – wielkimi literami. Zawahała się. Kristina biegała z dziećmi po salonie, Gösta był w toalecie. Postanowiła odebrać.

– Mówi Erika. Gösta poszedł do toalety. Chcesz, żebym mu coś przekazała? Strzelanina? Okej, przekażę. Tak, tak, rozłącz się, zaraz go wyślę. Za pięć minut będzie w samochodzie.

Miała dylemat. Z jednej strony Patrik potrzebował wsparcia, z drugiej powinni jak najszybciej płynąć na Valö. Nasłuchiwała, czy Gösta nie wraca. Zaraz wróci, musi szybko podjąć decyzję. Z własnego telefonu zadzwoniła do Martina. Odebrał już po drugim sygnale. Wyjaśniła mu wszystko po cichu. Martin szybko zrozumiał, o co chodzi. Załatwione. Teraz musiała odegrać przed Göstą scenę na miarę Oscara.

– Kto dzwonił? – spytał Gösta.

– Patrik. Dodzwonił się do Ebby, na Valö wszystko w porządku. Ebba mówi, że Anna miała dzisiaj pojeździć po okolicy, po aukcjach garażowych, i pewnie dlatego nie odbiera. Patrik powiedział, żebyśmy popłynęli na wyspy porozmawiać z Ebbą i Mårtenem.

– My?

– Tak. Uważa, że nie jest niebezpiecznie.

– Jesteś pewna… – przerwał mu sygnał telefonu. Cześć, Victor… Tak, dzwoniłem. Mógłbyś nas podrzuć na Valö? Najlepiej natychmiast… Okej, jesteśmy za pięć minut.

Rozłączył się i popatrzył podejrzliwie na Erikę.

– Zadzwoń do Patrika, jeśli mi nie wierzysz – powiedziała z uśmiechem.

– E, nie trzeba. No to jedźmy.

– Znowu znikasz? – Kristina wyjrzała na werandę. Mocno trzymała wyrywającego się Noela. Z salonu dobiegały wrzaski Antona i wołanie Mai:

– Babciu! Babciuuu!

– Ja tylko na chwilę, niedługo cię zmienię – powiedziała Erika. Przyrzekła sobie, że będzie lepiej myśleć o teściowej. Byleby teraz mogła popłynąć na Valö.

– Dobrze, ale ostatni raz. Nie możecie wymagać, żebym wam poświęcała cały dzień. Poza tym powinnaś mieć wzgląd na to, że ja już nie mam tyle siły ani na to szalone tempo, ani na takie hałasy. Dzieci są urocze, ale mogłyby być lepiej wychowane. To już nie do mnie należy, nawyki kształtuje się na co dzień…

Erika udała, że nie słyszy. Podziękowała wylewnie i wymknęła się do przedpokoju.

Dziesięć minut później stali na pokładzie „MinLouis” i płynęli na Valö. Erika próbowała się uspokoić. Wmawiała sobie, że jest tak, jak powiedziała Goście. Wszystko jest w porządku. Ale sama w to nie wierzyła. Czuła, że Anna jest w niebezpieczeństwie.

– Zaczekać na was? – spytał Victor, elegancko przybijając do pomostu.

Gösta pokręcił głową.

– Nie trzeba. Ale może będziemy potrzebowali transportu z powrotem. Możemy po ciebie zadzwonić?

– Jasne, dzwońcie. Zrobię kółko i rozejrzę się po okolicy.

Erika patrzyła na odpływającą łódź i zastanawiała się, czy dobrze się stało. Trudno.

– Słuchaj, czy to przypadkiem nie wasza motorówka? – spytał Gösta.

– Rzeczywiście, to dziwne. – Erika była zdumiona.

– Może Anna wróciła. Idziemy? – Ruszyła przed siebie. Gösta szedł za nią, mrucząc coś pod nosem.

Zobaczyli piękny, choć nadgryziony zębem czasu dom. Panowała złowieszcza cisza. Erika była bardzo spięta.

– Halo! – zawołała, zbliżając się do szerokich kamiennych schodów. Drzwi były otwarte. Nikt nie odpowiedział.

Gösta przystanął.

– Dziwne. Chyba nikogo nie ma. Patrik powiedział, że Ebba tu jest?

– Tak zrozumiałam.

– Może poszli się wykąpać? – Zrobił kilka kroków i zajrzał za węgieł.

– Może – odparła Erika, wchodząc do domu.

– Chyba nie możemy tak po prostu wejść.

– Możemy, chodź. Halo! – zawołała. – Mårten! Jest tu kto?

Gösta z ociąganiem wszedł za nią do przedpokoju. W domu również było cicho. Nagle w drzwiach kuchni stanął Mårten. Z framugi zwisała zerwana policyjna taśma.

– Cześć – powiedział głuchym głosem.

Erika drgnęła na jego widok. Włosy miał w strąkach, jakby przepocone. Sine obwódki wokół oczu i puste spojrzenie.

– Jest tu Ebba? – spytał Gösta, marszcząc czoło.

– Nie, pojechała do rodziców.

Gösta ze zdziwieniem spojrzał na Erikę.

– Przecież Patrik z nią rozmawiał. Miała tu być.

Erika rozłożyła ręce. Gösta spochmurniał, ale nic nie powiedział.

– Nie wróciła. Zadzwoniła, powiedziała, że bierze samochód i jedzie do Göteborga.

Erika kiwnęła głową, choć wiedziała, że to kłamstwo. Przecież Maria z kutra pocztowego powiedziała jej, że wysadziła Ebbę na pomoście. Rozejrzała się dyskretnie i między drzwiami a ścianą dostrzegła torbę. Ebba miała ja ze sobą, kiedy u nich nocowała. A więc nie pojechała prosto do Göteborga.

– Gdzie jest Anna?

Mårten nadal patrzył na nich martwym wzrokiem.

Wzruszył ramionami.

Erika już wiedziała. Nie zastanawiając się dłużej, wypuściła z ręki torebkę i rzuciła się na schody.

– Anna! Ebba!

Nikt nie odpowiedział. Usłyszała za sobą szybkie kroki, Mårten biegł za nią. Wbiegła na piętro, wpadła do sypialni i stanęła jak wryta. Obok tacy z resztkami jedzenia i kieliszkami po winie leżała torebka Anny.

Najpierw łódź, teraz torebka. Wniosek nasuwał się sam. Anna jest na wyspie, Ebba również.

Gwałtownym ruchem odwróciła się do Mårtena i krzyk uwiązł jej w gardle. Stał za nią i mierzył do niej z rewolweru. Kątem oka zobaczyła, jak Gösta nieruchomieje. – Stój spokojnie – syknął Mårten i zrobił krok w przód. Trzymał rewolwer pewną ręką, lufa znalazła się o centymetr od czoła Eriki. – A ty idź tam! – kiwnął głową na Göstę. Kazał mu stanąć obok Eriki.

Gösta zrobił, co kazał. Wszedł do sypialni z rękami w górze i nie odrywając wzroku od Mårtena, stanął obok Eriki.

– Siadać! – powiedział Mårten.

Usiedli na wycyklinowanej podłodze. Erika patrzyła na rewolwer. Skąd on go ma?

– Odłóż to, spróbujemy to jakoś rozwiązać – powiedziała pojednawczo.

Mårten spojrzał na nią z nienawiścią.

– Co rozwiązać? Mój syn nie żyje przez tę kurwę. Co tu jest do rozwiązywania? Jak ty to sobie wyobrażasz?

Puste spojrzenie nagle się ożywiło. Erika się przestraszyła, zobaczyła w jego oczach szaleństwo. Czy zawsze się kryło pod pozornym spokojem? Czy ujawniło się tutaj, na wyspie?

– Moja siostra… – Z nerwów ledwo mogła oddychać. Gdyby chociaż wiedziała, czy Anna żyje.

– Nigdy ich nie znajdziecie. Tak jak nie znaleźli tamtych.

– Tamtych? Masz na myśli rodzinę Ebby? – upewnił się Gösta.

Mårten nie odpowiedział. Kucnął, wciąż celował do nich z rewolweru.

– Czy Anna żyje? – spytała Erika, choć nie spodziewała się odpowiedzi.

Mårten uśmiechnął się i spojrzał jej w oczy. Erika uzmysłowiła sobie, że pomysł, żeby oszukać Göstę, był jeszcze głupszy, niż myślała.

– Co chcesz zrobić? – spytał Gösta.

Mårten wzruszył ramionami. Milczał. Usiadł na podłodze. Skrzyżował nogi i patrzył na nich. Wyglądało to tak, jakby na coś czekał i jakby sam nie wiedział, na co. Był dziwnie spokojny. Ten obraz zakłócały jedynie rewolwer i zimny płomień w jego oczach. Anna i Ebba były gdzieś na wyspie. Żywe lub martwe.


Valö 1973

Laura przewracała się z boku na bok. Materac był strasznie niewygodny. Zważywszy na to, jak często nocuje u Inez i Runego, mogliby się postarać o lepsze łóżko dla niej. I pomyśleć, że nie jest już młoda. W dodatku zachciała jej się siusiu.

Spuściła nogi na podłogę i zatrzęsła się z zimna. Listopadowy chłód na dobre zagnieździł się w starym domu. Nie sposób było go ogrzać. Podejrzewała, że Rune oszczędza na ogrzewaniu. Nigdy nie był szczególnie hojny. Cóż. Ale za to mała Ebba jest śliczna, trzeba to przyznać. Chociaż rzadko brała ją na ręce, i tylko na chwilę. Nie przepadała za małymi dziećmi. Zresztą już nie miała siły zajmować się wnuczką.

Szła na palcach, podłoga zatrzeszczała. W ostatnich latach tyła w zastraszającym tempie. Po szczupłej figurze, z której kiedyś była taka dumna, zostało tylko wspomnienie. Ale po co miałaby się starać? Przeważnie siedziała w domu, zupełnie sama, i z każdym dniem była coraz bardziej rozgoryczona.

Rune nie spełnił jej oczekiwań. Owszem, kupił jej mieszkanie, ale i tak gorzko żałowała, że nie poczekała na lepszą partię. Z taką urodą Inez mogła mieć każdego. Rune Elvander aż za bardzo liczył się z groszem. W dodatku zmuszał Inez do pracy ponad siły. Zrobiła się chuda jak patyk. Bez przerwy się uwijała. Jeśli nie sprzątała, nie gotowała ani nie pomagała mężowi trzymać w ryzach uczniów, obsługiwała jego bezczelne dzieci. Najmłodszy był nawet miły, ale dwójka starszych bardzo nieprzyjemna.

Schody trzeszczały jej pod stopami. Co za bieda z tym pęcherzem. Już nie daje jej przespać całej nocy. Istny dopust boży, że trzeba iść do wychodka, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Przystanęła. Ktoś był na parterze. Zaczęła nasłuchiwać. Otworzyły się drzwi. Bardzo ciekawe. Kto to? Po co się szwendać po nocy? Chyba tylko po to, żeby łobuzować. To na pewno któryś z tych rozpuszczonych chłopaków. Już ona zrobi z nimi porządek.

Trzasnęły drzwi. Szybko pokonała ostatnie stopnie i włożyła buty. Owinęła się ciepłym szalem, otworzyła drzwi i wyjrzała. W ciemnościach trudno było cokolwiek zobaczyć, ale kiedy stanęła na schodkach ganku, za lewym rogiem domu zobaczyła znikający cień. Musi go przechytrzyć. Ostrożnie zeszła na dół. Schodki mogły być oblodzone. Skręciła w prawo, żeby przeciąć temu komuś drogę, złapać go na gorącym uczynku, cokolwiek robił.

Szła przyciśnięta do ściany, powoli skręciła za róg. Przy następnym przystanęła i wyjrzała, żeby zobaczyć, co się dzieje na tyłach. Nikogo nie było. Była zawiedziona. Skrzywiła się i rozejrzała jeszcze raz. Gdzie się ten ktoś podział? Rozglądając się uważnie, zrobiła jeszcze kilka kroków. Może poszedł nad wodę? Nie odważyłaby się tam pójść, za duże ryzyko. Mogłaby się poślizgnąć i nie móc wstać. Doktor ostrzegał ją, mówił, żeby się nie przemęczała. Musi uważać na serce. Zadrżała i owinęła się szczelniej szalem. Chłód przenikał przez ubranie, szczękała zębami.

Nagle wyrosła przed nią ciemna postać. Drgnęła wiedziała, kto to.

– A, to ty. Dlaczego biegasz po nocy?

Patrzył na nią lodowatym wzrokiem. Zrobiło jej się jeszcze zimniej. Oczy miał czarne jak ta noc. Zaczęła się powoli cofać. Nie musiał nic mówić. Już wiedziała, że popełniła błąd. Jeszcze kilka kroków i dojdzie do rogu, a potem szybko do drzwi. Niby blisko, a wydawało się, że to wiele kilometrów. Z przerażeniem spojrzała w czarne oczy. Wiedziała, że już nigdy nie wejdzie do domu. Pomyślała o matce. Czuła się tak samo jak wtedy: była bezradna, nie widziała wyjścia z pułapki, nie miała dokąd pójść. Nagle poczuła, że coś jej pęka w piersi.


Patrik spojrzał na zegarek.

– Gdzie ten Gösta? Powinien tu być przed nami. – Siedzieli z Mellbergiem w samochodzie i czekali. Wpatrywali się w dom Kreutza.

Nagle obok stanął znajomy samochód. Patrik ze zdumieniem zobaczył za kierownicą Martina.

– Dzwoniła twoja żona. Powiedziała, że sytuacja jest podbramkowa i że potrzebujecie pomocy.

– Jak… – zaczął Patrik. Przerwał i zacisnął usta. Ach, ta Erika. Pewnie oszukała Göstę i zabrała się z nim na Valö.

Był na nią zły, ale również zaniepokojony. To ostatnia rzecz, jakiej w tej chwili potrzebował. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w domu Kreutza. Powinien się skupić na tym. Ale był wdzięczny Martinowi. Wyglądał na zmęczonego, ale w tej sytuacji nawet zmęczony Martin się przyda.

– Co się stało? – Martin osłonił ręką oczy i spojrzał na dom.

– Padły strzały. Nic więcej nie wiemy.

– Kto jest w środku?

– Tego też nie wiemy. – Patrik poczuł, że puls mu przyspiesza. Nie cierpiał tego. Za mało danych, żeby ocenić sytuację. A w takich wypadkach najczęściej jest niebezpiecznie.

– Nie powinniśmy wezwać posiłków? – spytał Mellberg.

– Chyba nie ma na to czasu. Musimy wejść.

Mellberg już chciał się sprzeciwić, ale Patrik go uprzedził:

– Zostań, ubezpieczaj nas. Załatwimy to z Martinem. – Spojrzał na Martina. Martin w milczeniu skinął głową i wyjął służbowy pistolet.

– Po drodze podjechałem na komisariat po broń. A nuż okaże się potrzebna.

– Dobrze zrobiłeś. – Patrik również wyjął pistolet i ostrożnie ruszyli do drzwi.

Nacisnął dzwonek. Głośny dźwięk rozszedł się po całym domu. Ktoś zawołał:

– Proszę wejść, otwarte!

Weszli, wymieniając zdziwione spojrzenia. Jeszcze bardziej zdziwili się na widok mężczyzn zebranych w salonie. Leon Kreutz, Sebastian Mansson, Josef Meyer i John Holm. I jeszcze jeden, szpakowaty, Patrik domyślił się, że to Percy von Bahrn. Miał rozbiegany wzrok, w ręce trzymał pistolet.

– Co tu się dzieje? – spytał Patrik. Opuścił rękę, w której trzymał broń. Kątem oka spojrzał na Martina. Martin zrobił to samo.

– Spytajcie Percy'ego – odparł Mansson.

– Leon nas wezwał. Chciał zakończyć tę sprawę. Pomyślałem, że potraktuję to dosłownie – powiedział Percy von Bahrn urywanym głosem. Drgnął i wycelował w Manssona.

Mansson się poruszył.

– Cholera jasna, uspokój się! – Podniósł ręce w obronnym geście.

– Co zakończyć? – zapytał Patrik.

– Całą sprawę. To, co nie powinno się wydarzyć. To, co zrobiliśmy – odparł Percy. Opuścił pistolet.

– A co zrobiliście?

Nikt nie odpowiedział. Patrik postanowił im pomóc.

– Podczas przesłuchań zeznaliście, że byliście na rybach. W kwietniu nie wolno łowić makreli.

Zapadła cisza. Mansson prychnął:

– Tylko dzieciaki z miasta mogły zaliczyć taką wpadkę.

– Ale wtedy nie protestowałeś – odparł Kreutz z lekkim rozbawieniem.

Mansson wzruszył ramionami.

– Dlaczego pański ojciec wpłacał pieniądze na konto Ebby? Aż do jej osiemnastych urodzin? – spytał Patrik, patrząc na Kreutza. – Zadzwoniliście wtedy do niego? Bogaty, wpływowy człowiek, z kontaktami. Pomógł wam, kiedy ich wymordowaliście? Tak było? Elvander posunął się za daleko? Musieliście zabić pozostałych, bo byli świadkami? – Mówił to ze złością. Chciał nimi wstrząsnąć, chciał, żeby zaczęli mówić.

– Musisz być zadowolony, co, Leonie? – powiedział szyderczym tonem Percy. – Proszę, teraz możesz wyłożyć karty na stół.

John Holm zerwał się z miejsca.

– To jakieś szaleństwo. Nie zamierzam brać w tym udziału. Idę.

Zrobił krok naprzód. Percy wymierzył, nieco na prawo od niego, i strzelił.

– Co ty robisz?! – krzyknął Holm i usiadł.

Patrik i Martin podnieśli pistolety, wymierzyli w von Bahrna. Potem opuścili ręce, bo von Bahrn nadal celował w Holma.

– Następnym razem nie strzelę obok. Chociaż to mi zostało po ojcu. Wreszcie jakaś korzyść z tego, że kazał mi chodzić na strzelnicę. Gdybym chciał, mógłbym ci odstrzelić tę twoją śliczną grzywkę. – Von Bahru przekrzywił głowę i spojrzał na Holma. Holm był blady jak ściana.

Patrik dopiero teraz zdał sobie sprawę, że policjanci z Göteborga z pewnością próbowali zatrzymać Holma w domu. Nie wiedzieli, że jest we Fjällbace.

– Proszę się uspokoić, panie von Bahrn – powiedział Martin. – Wtedy nikomu nie stanie się krzywda. Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki wszystkiego się nie dowiemy.

– Chodziło o Annelie? – Patrik znów zwrócił się do Kreutza. Na co on czeka, jeśli naprawdę chciał ujawni. co się stało w wigilię Wielkanocy w 1974 roku? Strach go obleciał? – Przypuszczamy, że zabrała paszport i uciekła za granicę. Ale najpierw zamordowaliście pozostałych, zgadza się?

Mansson zaczął się śmiać.

– Co w tym śmiesznego? – spytał Martin.

– Nic. Absolutnie nic.

– Pański ojciec jej pomógł? Byliście parą, ale Elvander was nakrył i wszystko się wydało? Jak się panu udało namówić kolegów, żeby panu pomogli i tyle lat milczeli? – Patrik wyciągnął rękę w stronę grupki mężczyzn, dziś w średnim wieku. Przypomniał sobie zdjęcia, które zrobiono wkrótce po zaginięciu Elvanderów. Ich zacięte miny. Kreutz, urodzony przywódca. Byli tacy jak dawniej, mimo siwych włosów i zmarszczek. Nadal trzymali się razem.

– Właśnie, opowiedz o Annelie. – Mansson wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Skoro jesteś takim zwolennikiem prawdy, opowiedz.

W głowie Patrika błysnęła pewna myśl.

– Znam Annelie. To pańska żona, Ia, prawda?

Nikt się nie odezwał. Wszyscy patrzyli na Kreutza. Strach w ich oczach mieszał się z ulgą.

Kreutz wyprostował się na wózku. Odwrócił głowę do Patrika. Słońce padało na jego pokryty bliznami profil.

– Opowiem o Annelie. O Runem, Inez, Claesie i Johanie.

– Leonie, zastanów się, co robisz – powiedział John Holm.

– Już się zastanowiłem. Czas najwyższy.

Nabrał powietrza, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, otworzyły się drzwi i stanęła w nich Ia. Rozejrzała się. Na widok pistoletu w ręku Percy'ego zrobiła wielkie oczy. Zawahała się, a potem podeszła do męża, położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała miękko:

– Miałeś rację. Nie możemy dłużej uciekać.

Kreutz skinął głową i zaczął opowiadać.


Bardziej niż o siebie Anna niepokoiła się o Ebbę. Była blada, na szyi miała czerwone plamy. Wyglądały jak ślady po palcach. Palcach Mårtena. Jej szyja nie bolała. Może jej coś wrzucił do wina? Nie wiedziała, i to było najgorsze. Zasnęła w jego ramionach, upojona wiarą w siebie, żeby się obudzić na zimnej kamiennej podłodze.

– Tu leży moja mama – powiedziała Ebba, zaglądając do jednej ze skrzyń.

– Nie wiesz tego na pewno.

– Tylko jedna czaszka ma długie włosy. To musi być moja mama.

– Równie dobrze może to być twoja siostra – odparła Anna. Może powinna zamknąć skrzynie, ale Ebba znalazła w nich coś w rodzaju odpowiedzi na pytanie o losy swojej rodziny.

– Gdzie my jesteśmy? – spytała Ebba. Nadal wpatrywała się w szkielety.

– Myślę, że w jakimś schronie. Sądząc po fladze i mundurach, prawdopodobnie zbudowano go podczas drugiej wojny światowej.

– I pomyśleć, że cały czas tutaj leżeli. Dlaczego nikt ich nie znalazł?

Głos Ebby wydawał się coraz bardziej nieobecny Anna zdała sobie sprawę, że jeśli mają się uratować, musi objąć dowodzenie.

– Musimy poszukać. Może znajdziemy coś, czym mogłybyśmy podważyć zawiasy – powiedziała Anna, lekko popychając Ebbę. – Przejrzyj to, co leży w tamtym rogu. Ja sprawdzę… – zawahała się – sprawdzę w skrzyniach.

Ebba spojrzała na nią z przerażeniem.

– A jeśli… jeśli się rozpadną?

– Umrzemy tu obie, jeśli nie otworzymy tych drzwi – odparła Anna, spokojnie i wyraźnie. – W skrzyniach mogą być jakieś narzędzia. Albo ty sprawdzisz, albo ja. Wybieraj.

Ebba stała chwilę bez ruchu. Zastanawiała się nad tym, co powiedziała Anna. A potem się odwróciła i zaczęła przeglądać leżące w kącie rupiecie. Anna nie bardzo wierzyła, że coś znajdzie. Chodziło jej raczej o to, żeby ją czymś zająć.

Nabrała głęboko powietrza i zanurzyła rękę w skrzyni. Zemdliło ją, gdy dotknęła kości. Czuła, jak ją łaskoczą suche włosy. Krzyknęła. Nie mogła się powstrzymać.

– Co się stało? – Ebba się odwróciła.

– Nic. – Anna powoli włożyła rękę do skrzyni. Dotknęła dna i pochyliła się. Wyczuła coś twardego, chwyciła to coś w dwa palce. Za małe, żeby był z tego jakiś pożytek, a jednak chciała zobaczyć. Ząb. Wypuściła go z obrzydzeniem i wytarła rękę o koc.

– Masz coś? – spytała Ebba.

– Na razie nic.

Anna zebrała siły. Przeszukała drugą skrzynię i opadła na kolana. Nic nie znalazła. Nigdy się stąd nie wydostaną. Umrą.

Zmusiła się, żeby wstać. Została jeszcze jedna skrzynia, nie wolno się poddawać. Z odrazą myślała o kolejnej próbie. Stanowczym krokiem podeszła do ostatniej skrzyni. Ebba przestała szukać. Siedziała oparta o ścianę i płakała. Anna zerknęła na nią i włożyła rękę do skrzyni. Przełknęła ślinę i zaczęła przebierać palcami, żeby dotrzeć do dna. Przebierała palcami, tam i z powrotem. Coś tu jest. Plik papierów, dziwnie gładkich z jednej strony. Wyjęła je i podniosła do światła.

– Ebbo – powiedziała.

Nie usłyszała odpowiedzi. Podeszła, usiadła na podłodze obok Ebby i podała jej zdjęcia.

– Spójrz. – Sama miała ochotę je obejrzeć, ale pomyślała, że należą do Ebby, że ona ma prawo je obejrzeć jako pierwsza.

Zdjęcia z polaroidu. Ebba wyciągnęła trzęsąc c ręce.

– Co to jest? – zapytała, z niedowierzaniem kręcąc głową.

Patrzyły na zdjęcia, chociaż najchętniej odwróciłyby wzrok. Zdały sobie sprawę, że mają przed sobą wyjaśnienie, że właśnie to się wydarzyło w tamtą Wielkanoc.


Mårten odpływał coraz bardziej. Powieki miał coraz cięższe, głowa mu zwisała. Widać było, że zasypia. Erika bała się nawet spojrzeć na Göstę. Mårten nadal ściskał w ręku rewolwer, jakikolwiek nagły ruch mógł się okazać śmiertelnie niebezpieczny.

Wreszcie zamknął oczy na dobre. Erika odwróciła się powoli, spojrzała na Göstę i położyła palec na ustach. Skinął głową. Kiwnęła w stronę otwartych drzwi za Mårtenem, ale Gösta pokręcił głową. Ma rację, to by się nie udało. Gdyby się obudził i zobaczył, że próbują wyjść, mógłby zacząć strzelać na oślep.

Zaczęła się zastanawiać. Muszą sprowadzić pomoc. Zrobiła gest, jakby trzymała w ręku słuchawkę. Göslta zaczął szukać po kieszeniach. Niestety. Nie wziął komórki. Rozejrzała się. Kawałek dalej leżała torebka Anny. Erika zaczęła się do niej przysuwać. Zastygła, gdy Mårten drgnął przez sen. Nadal spał ze zwieszoną głową. Wkrótce dosięgła torebki czubkami palców. Jeszcze kilka centymetrów i chwyciła za uchwyt. Wstrzymując oddech, lekko, bezgłośnie przyciągnęła ją i zaczęła szukać. Gösta patrzył na nią. Nagle o mało nie zaczął kaszleć. Erika zmarszczyła brwi. Mårten nie może się teraz obudzić.

Wymacała komórkę. Sprawdziła, Anna wyłączyła dźwięk. Nagle uzmysłowiła sobie, że nie zna PIN-u.

Musi zaryzykować. Data urodzenia Anny. PIN nieprawidłowy. Zaklęła w duchu. Możliwe, że nawet nie zmieniła fabrycznego PIN-u, a wtedy nie ma szans, żeby go odgadnąć. Może spróbować jeszcze dwa razy. Pomyślała chwilę i wpisała datę urodzenia Adriana. Znów: PIN nieprawidłowy. Wtedy przyszło jej do głowy, że jest jeszcze jedna ważna w życiu Anny data: data śmierci Lucasa. Wpisała cztery cyfry – i oto zielone światło. Mogła wkroczyć do wspaniałego świata telefonii.

Zerknęła na Göstę. Odetchnął z ulgą. Muszą działać szybko. Mårten może się obudzić lada chwila. Na szczęście Anna miała taki sam telefon jak ona. Dzięki temu z łatwością poruszała się po menu. Zaczęła pisać SMS-a, zwięzłego, ale wyczerpującego. Patrik musi zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Mårten poruszył się niespokojnie. Już miała wysłać wiadomość. Wstrzymała się i dodała leszcze kilku odbiorców. Jeśli Patrik nie odczyta od razu, może zrobią to inni. Wcisnęła wyślij i odsunęła torebkę. Telefon wsunęła pod prawe udo. Będzie go miała pod ręką, a Mårten go nie zobaczy, jeśli się obudzi. Pozostało im czekać.


Kjell oparł się o samochód i spojrzał na oddalający się radiowóz. Akcja się nie udała, zatrzymali jedynie żonę Holma.

– Cholera, gdzie ten Holm?

Wokół domu i w środku gorączkowo uwijała się policja. Sprawdzali każdy centymetr. Fotoreporter „Expressen” zwijał się jak w ukropie, fotografował co się dało. Nie pozwolili mu podchodzić zbyt blisko, ale to nie był żaden problem. Miał odpowiednie obiektywy.

– Myślisz, że mógł zwiać za granicę? – spytał Sven Niklasson. Siedząc w samochodzie Kjella, napisał piierwszą wersję artykułu. Już go wysłał do redakcji.

Kjell zdawał sobie sprawę, że powinien jechać do swojej. Bez wątpienia powitają go jak bohatera. Zadzwonił wcześniej, żeby poinformować, co się dzieje. Redaktor naczelny wyrażał zachwyt tak głośno, że omal nie popękały mu bębenki. Ale nie chciał wracać, dopóki nie dowie się, co się stało z Holmem.

– Nie sądzę, żeby wyjechał bez żony. Była kompletnie zaskoczona, więc on również z całą pewnością nic nie wiedział. Mówi się, że są bardzo zgranym małżeństwem.

– W małych miasteczkach i osadach pogłoski rozchodzą się lotem błyskawicy, więc istnieje ryzyko, że jeśli nie zwiał do tej pory, zrobi to teraz. – Sven Niklasson zacisnął usta. Patrzył na dom Holmów.

– Hm… – mruknął Kjell z roztargnieniem. Zastanawiał się, gdzie może być Holm. W myślach porządkował wszystko, co o nim wiedział. Policja już sprawdziła szopy na łodzie. Nic nie znaleźli.

– Nie wiesz, jak się udała akcja w Sztokholmie? – spytał.

– Doskonale. Przynajmniej raz Sapo [29] i policji udało się współpracować. Bez rozgłosu zatrzymali całe kierownictwo partii. Jak przychodzi co do czego, ci faceci wcale nie są tacy butni.

– Chyba nie. – Kjell był już myślami przy tytułach z najbliższych wydań gazet. Sprawa ma wymiar nie tylko krajowy. Świat się zdziwi, że coś takiego mogło się wydarzyć w maleńkiej Szwecji, kraju często postrzeganym jako szczególnie dobrze zorganizowany, aż do absurdu.

Zadzwoniła jego komórka.

– Cześć, Rolf… No tak, jest małe zamieszanie. Nie wiedzą, gdzie się podziewa Holm… Co mówisz? Strzały… Dobra, już tam jedziemy. – Rozłączył się i skinął na Svena. – Wskakuj. Podobno doszło do strzelaniny u Leona Kreutza. Jedziemy tam.

– Jakiego Leona Kreutza?

– Faceta, który chodził z Holmem do szkoły na Valö. Mocno podejrzana sprawa.

– Nie jestem przekonany, czy powinienem jechać. Holm może się zjawić w każdej chwili.

Kjell patrzył na niego, położył rękę na dachu samochodu.

– Podejrzewam, że Holm tam jest, ale nie każ mi wyjaśniać, dlaczego tak sądzę. Decyduj się. Jedziesz czy nie? Policja z Tanum już tam jest.

Niklasson otworzył drzwi po stronie pasażera i wsiadł. Kjell usiadł za kierownicą, trzasnął drzwiami i ruszył. Wiedział, że ma rację. Chłopcy z Valö coś ukrywali, teraz wszystko wyjdzie na jaw. Nie zamierzał pozwolić, żeby go to ominęło.


Valö 1974


Odnosiła wrażenie, że ktoś ją stale obserwuje. Lepiej nie umiałaby tego określić. Zaczęło się tamtego ranka, kiedy matkę znaleźli martwą za domem. Nikt nie wiedział po co wyszła z domu w środku nocy. Wezwali lekarza. Stwierdził, że śmierć nastąpiła w wyniku zatrzymaniu akcji serca. Dodał, że ostrzegał pacjentkę.

Ale Inez miała wątpliwości. Po śmierci matki w domu zaszła jakaś zmiana. Wyczuwała ją na każdym kroku. Rune stał się jeszcze bardziej milczący i wymagający, a Annelie i Claes zachowywali się coraz bardziej wyzywająco. Rune jakby tego nie widział. Odbierali to jako zachętę.

Nocami słyszała płacz. Dochodził z sypialni chłopców. Stłumiony, ledwo słyszalny.

Bała się, ale musiało upłynąć kilka miesięcy, zanim sobie uzmysłowiła, że to strach. Coś było nie tak. Nie wspomniała o tym mężowi, bo na pewno by ją zbył, ale widziała, że on też to czuje.

To na pewno przez to, że była zmęczona. Wyczerpywała ją praca w internacie i opieka nad Ebbą. I niemówienie o tym, co musiało pozostać tajemnicą.

– Mammammamma! – zawodziła Ebba, stojąc w kojcu i wpatrując się w matkę.

Nie reagowała. Nie miała do niej siły. Córeczka ciągle czegoś od niej chciała, a ona nie potrafiła jej tego dać. W dodatku była taka podobna do Runego. Nos i usta miała identyczne. Przez to jeszcze trudniej jej było się do niej przywiązać. Dbała o nią: przewijała, karmiła, brała na ręce i pocieszała, jeśli się uderzyła, ale na więcej nie było jej stać. Strach wypełniał zbyt dużo miejsca.

Na szczęście miała jeszcze tamto. Dzięki temu jeszcze trwała, nie uciekła, nie odpłynęła, nie rzuciła wszystkiego. W tych mrocznych chwilach, kiedy bawiła się tą myślą, nie odważyła się zadać sobie pytania, czy zabrałaby ze sobą Ebbę. Nie miała pewności, czy chce znać odpowiedź.

– Mogę ją wziąć na ręce?

Drgnęła, kiedy usłyszała głos Johana. Składała w pralni prześcieradła i nie słyszała, jak wszedł.

– Oczywiście, weź – odparła. Została między innymi dla Johana. Kochał ją i kochał siostrzyczkę. Ebba odwzajemniała jego miłość, rozpromieniała się na jego widok, teraz też wyciągnęła do niego rączki.

– No, chodź do mnie – powiedział Johan. Wyjął ją z kojca. Objęła go za szyję i przytuliła do niego buzię.

Inez patrzyła na nich. Przestała składać prześcieradła. Poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Na nią córka nigdy nie patrzyła z taką bezwarunkową miłością. Raczej z żalem i tęsknotą.

– Pójdziemy popatrzeć na ptaszki? – spytał Johan, trąc nosem o nosek Ebby. Aż zapiszczała z radości. – Mogę z nią wyjść?

Inez skinęła głową. Ufała mu, wiedziała, że przy nim Ebbie nie stanie się nic złego.

– Bardzo proszę.

Pochyliła się, żeby dokończyć składanie prania. Ebba zaśmiewała się, gdy wychodzili.

Po chwili przestała ich słyszeć. Zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Kucnęła z pochyloną głową. Miału wrażenię, że dom trzyma ją w uścisku i dusi. Poczucie, że tkwi w pułapce, nasilało się z każdym dniem. Zmierzała ku przepaści, ale nie była w stanie nic zrobić, żeby temu zapobiec.


Patrik w pierwszej chwili chciał zignorować sygnał SMS-a. Percy sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał się załamać. Mogło się to skończyć katastrofą, bo wciąż trzymał w ręku pistolet. Wszyscy jak zahipnotyzowani słuchali Kreutza. Opowiadał o Valö, o tym, jak się zaprzyjaźnili, o Elvanderach, o dyrektorze szkoły i o tym, jak wszystko zaczęło się psuć. Jego żona cały czas stała obok, głaskała go po ręce. Przedstawił tło i zawahał się. Patrik domyślił się, że teraz opowie o tym, co zniszczyło ich przyjaźń.

Wkrótce poznają prawdę. Niepokoił się o Erikę, więc mimo wszystko zerknął na wyświetlacz. Od Anny. Szybko otworzył, przeczytał i ręka mu się zatrzęsła.

– Musimy natychmiast jechać na Valö! – rzucił, przerywając Kreutzowi w pół zdania.

– Co się stało? – spytała la.

– Uspokój się, powiedz, co się dzieje – chciał wiedzieć Martin.

– Myślę, że to Mårten podpalił dom, a kilka dni temu strzelał do Ebby. Uwięził Göstę i Erikę. Anny i Ebby nie ma, od wczoraj nie ma z nimi kontaktu i…

Czuł, że zaczyna mówić bez sensu. Musi się uspokoić, bo tylko wtedy zdoła pomóc Erice.

– Mårten ma broń, chyba tę samą, której użyto w tamtą Wielką Sobotę. Mówi to panom coś?

Spojrzeli po sobie, Kreutz podał mu klucz.

– Rewolwer był w schronie, widocznie go znalazł. Zgadza się, Sebastianie?

– Ja, od chwili kiedy go zamknęliśmy, niczego nie ruszałem. Nie mam pojęcia, jak mógł się dostać do środka. O ile wiem, to jedyny klucz.

– To, że wy znaleźliście jeden, nie znaczy, że nie ma ich więcej. – Patrik podszedł do Kreutza i wziął klucz. – Gdzie jest schron?

– W piwnicy, za ukrytymi drzwiami. Nie da się ich znaleźć, jeśli się nie wie, gdzie szukać – powiedział Kreutz.

– Może Ebba tam… – Ia zbladła.

– To całkiem prawdopodobne – powiedział Patrik wychodząc.

Martin wskazał na Percy'ego.

– Co zrobimy z nim?

Patrik zawrócił. Podszedł do Percyego i odebrał mu pistolet, zanim Percy zdążył się zorientować.

– Dość tych głupot. Potem wyjaśnimy resztę. Martin, wezwij posiłki. Ja dzwonię do Ratownictwa Morskiego. Poproszę ich o transport. Kto jedzie ze mną, żeby mi pokazać, gdzie ten schron?

– Ja – powiedział Josef Meyer. Wstał.

– Ja też – powiedziała Ia.

– Wystarczy jedna osoba.

Ia pokręciła głową.

– Nie ma mowy. Jadę z wami.

– Dobrze, chodźmy. – Patrik kiwnął na nich.

W drodze do samochodu wpadł na Mellberga.

– Jest tam John Holm?

– Tak, ale musimy płynąć na Valö. Gösta i Erika mają problemy.

– Tak? – Mellberg się zmieszał. – A ja właśnie rozmawiałem z Kjellem i Svenem Niklassonem. Okazuje się, że Holm jest poszukiwany. Faceci z Göteborga jeszcze nie wiedzą, że tu jest, więc pomyślałem…

– Zajmij się tym – powiedział Patrik.

– Dokąd jedziecie? – Podszedł do niego Kjell Kingholm w towarzystwie jasnowłosego mężczyzny. Wydał się Patrikowi znajomy.

– Mamy inną pilną sprawę. Jeśli szukacie Johna Holma, jest w środku. Mellberg wam pomoże.

Potruchtał do radiowozu, Martin za nim. Meyer i Ia Kreutz zostali z tyłu. Patrik ze zniecierpliwieniem przytrzymywał tylne drzwi. Zabieranie cywilów w potencjalnie niebezpieczne miejsce było sprzeczne z regulaminem, ale potrzebował ich pomocy.

Kiedy płynęli na Valö, stał na dziobie i przestępował z nogi na nogę, jakby chciał ponaglić łódź. Za jego plecami Martin pouczał Meyera i żonę Kreutza, żeby w miarę możliwości trzymali się z boku, a przede wszystkim słuchali poleceń. Uśmiechnął się pod nosem. Martin, kiedyś niezorganizowany i rozemocjonowany, wyrósł na godnego zaufania, solidnego policjanta.

Podpływali do Valö. Patrik mocno chwycił się relingu. Co chwila zerkał na wyświetlacz, ale nie przyszło więcej wiadomości. Zastanawiał się, czy odpisać, że są w drodze, ale bał się, że się wyda, że Erika ma telefon.

Zauważył, że Ia Kreutz go obserwuje. Chciałby jej zadać mnóstwo pytań. Dlaczego uciekła i wróciła dopiero teraz? Jaką rolę odegrała w zamordowaniu ojca i reszty rodziny? Ale pytania musiały poczekać. Przyjdzie na nie pora i wtedy wszystkiego się dowiedzą. W tej chwili potrafił myśleć tylko o tym, że Erika jest w niebezpieczeństwie. Nic innego się nie liczyło. Półtora roku temu omal jej nie stracił, omal nie zginęła w wypadku samochodowym. Już wtedy zdał sobie sprawę, ile dla niego znaczy.

Wyskoczył na brzeg. Obaj z Martinem wyjęli broń. Meyer i Ia trzymali się z tyłu. Wszyscy ruszyli w stronę domu.


Percy zagapił się w jakiś punkt na ścianie.

– A więc tak – powiedział.

– Co się z tobą dzieje, do cholery? – John przeciągnął ręką po jasnej grzywie. – Chciałeś nas pozabijać?

– Eee… Zamierzałem zastrzelić siebie, ale najpierw chciałem się trochę zabawić. Postraszyć was.

– Dlaczego chciałeś sobie odebrać życie? – Kreutz z czułością spojrzał na dawnego przyjaciela. Pozornie zarozumiały, a tak naprawdę bardzo delikatny. Już na Valö przeczuwał, że Percy lada chwila może się załamać. Cud, że tak się nie stało. Nietrudno było przewidzieć że ciężko mu będzie żyć z tymi wspomnieniami. Chyba że odziedziczył również umiejętność wymazywania z pamięci.

– Sebastian wszystko mi zabrał, żona mnie zostawiła. Zostałem wystawiony na pośmiewisko.

Sebastian rozłożył ręce.

– Kto dziś w ogóle używa takich słów jak pośmiewisko?

Byli jak dzieci. Leon widział to wyraźnie. Zatrzymali się w rozwoju, utknęli we wspomnieniach. W porównaniu z nimi miał szczęście. Patrząc na nich, zobaczył dawnych chłopców. Poczuł, że ich kocha. Wspólne przeżycia zmieniły ich, nadały kształt ich życiu. Łączyła ich więź tak silna, że nigdy nie zostanie zerwana. Zawsze wiedział, że wróci, że kiedyś przyjdzie ten dzień, chociaż nie sądził, że Ia stanie wtedy u jego boku. Zaskoczyła go jej odwaga. Może kiedyś po prostu jej nie doceniał, może nie chciał się czuć współodpowiedzialny za jej wielkie poświęcenie.

Ale dlaczego Josef zdobył się na to, żeby popłynąć na Valö? Wydawało mu się, że zna odpowiedź. Już w chwili gdy wszedł, wyczytał w jego oczach, że jest gotów umrzeć. Znał to spojrzenie. Widział je na Mount Evereście, kiedy nad ich głowami rozszalała się burza. I na tratwie ratunkowej, kiedy ich statek poszedł na dno na Oceanie Indyjskim. Spojrzenie człowieka, który wypuścił z rąk ster życia.

– Nie będę w tym uczestniczył. – John Holm wstał, obciągnął nogawki. – Koniec farsy. Wszystkiemu zaprzeczę. Dowodów nie ma, więc możesz mówić jedynie we własnym imieniu.

– John Holm? – usłyszeli od drzwi.

Holm podniósł głowę.

– Bertil Mellberg. Tylko tego brakowało. Czego pan chce? Jeśli zamierza pan rozmawiać ze mną takim tonem jak poprzednio, to proszę się zwrócić do mojego adwokata.

– Nie będę tego komentował.

– I bardzo dobrze. Jadę do domu. Miło było.

Holm ruszył do drzwi, ale Mellberg zagrodził mu drogę. Za nim stało trzech mężczyzn. Jeden trzymał wielki aparat fotograficzny i pstrykał zdjęcie zdjęciem.

– Pojedzie pan ze mną – oznajmił Mellberg.

Holm westchnął.

– Co to za brednie? To jest zwyczajne nękanie Zapewniam, że to się dla pana przykro skończy.

– Niniejszym zatrzymuję pana za podżeganie do zabójstwa. Idzie pan ze mną – odparł Mellberg z szerokim uśmiechem.

Kreutz obserwował ten spektakl. Również von Bahrn i Mansson przyglądali się w napięciu. Holm się zaczerwienił. Zrobił ruch, jakby chciał się przecisnąć do wyjścia, ale Mellberg pchnął go na ścianę, zamaszystym ruchem złapał za ręce i założył kajdanki. Fotograf nadal pstrykał zdjęcia. Pozostali dwaj mężczyźni podeszli bliżej.

– Co pan powie na to, że policja zdekonspirowała plan Przyjaciół Szwecji zwany Projektem Gimle? – spytał jeden z nich.

Pod Holmem ugięły się kolana. Kreutz patrzył na niego z zainteresowaniem. Wcześniej czy później każdy musi odpowiedzieć za swoje czyny. Z niepokojem pomyślał o żonie. Stanie się, co ma się stać. Ia musi to zrobić, żeby się uwolnić od poczucia winy i tęsknoty, które kazały jej żyć tylko dla niego. Jej miłość do niego graniczyła z opętaniem, ale wiedział, że płonął w niej ten sam ogień, który jemu kazał podejmować coraz bardziej szalone wyzwania. W końcu razem płonęli w samochodzie, na stromym zboczu w górach Monako. Nie mieli wyboru, musieli to zakończyć razem. Był z niej dumny, kochał ją, a teraz ona wreszcie wraca do domu. Dziś to się skończy, oby szczęśliwie.


Mårten powoli otworzył oczy.

– Strasznie się zmęczyłem.

Nie odpowiedzieli. Erika również czuła się bardzo zmęczona. Adrenalina przestała działać, a myśl, że Anna może już nie żyć, wręcz ją paraliżowała. Pragnęła tylko jednego: skulić się na podłodze, zamknąć oczy i obudzić się, kiedy będzie po wszystkim. Cokolwiek by to miało znaczyć.

Zauważyła, że wyświetlacz migocze. Dan. Boże, pewnie skręca go z nerwów. Przeczytał SMS-a. Patrik nie odpowiedział. Może jest tak zajęty, że nawet nie zauważył, że dostał wiadomość.

Mårten nie odrywał od nich wzroku. Wydawał się odprężony, patrzył na nich obojętnie. Erika żałowała, że nie wypytała Ebby o ich synka. Najwidoczniej jego śmierć uruchomiła w Mårtenie coś, co go doprowadziło do szaleństwa. Gdyby wiedziała, jak to się stało, wiedziałaby, jak z nim rozmawiać. Nie mogą tak siedzieć i czekać, aż ich pozabija. Nie wątpiła, że taki ma zamiar. Zrozumiała to, gdy dostrzegła zimny błysk w jego oczach.

– Opowiedz mi o Vincencie – powiedziała miękko. Nie od razu odpowiedział. W ciszy słychać było tylko oddech Gösty i warkot motorówek w oddali. Czekała. W końcu Mårten powiedział monotonnie:

– Vincent nie żyje.

– Co się stało?

– To wina Ebby.

– Jak to?

– Dopiero teraz to do mnie dotarło.

Erika trochę się zniecierpliwiła.

– Zabiła go? – Wstrzymała oddech. Kątem oka widziała, że Gösta uważnie im się przygląda. – Dlatego chciałeś ją zabić?

Mårten bawił się rewolwerem.

– Wcale nie chciałem, żeby ten ogień tak się rozbuchał – powiedział, kładąc broń na kolanach. – Chodziło mi o to, żeby zrozumiała, że mnie potrzebuje. Że potrafię ją ochronić.

– I dlatego do niej strzelałeś?

– Żeby zrozumiała, że powinniśmy się trzymać razem. Ale to nie pomogło. Teraz już wiem dlaczego. Manipulowała mną, żebym nie dostrzegł tego, co oczywiste. Że go zabiła. – Pokiwał głową, jakby chciał podkreślić to, co powiedział.

Erika spojrzała mu w oczy i wystraszyła się. Musiał ze sobą walczyć, żeby zachować spokój.

– Że zabiła Vincenta?

– Właśnie. Zrozumiałem to, kiedy wróciła od ciebie. Odziedziczyła tę winę. Takie zło nie może tak po prosi u zniknąć.

– Chodzi ci o jej praprababkę? Fabrykantkę aniołków? – zdziwiła się Erika.

– Tak. Ebba mówiła, że topiła te dzieci w balii i zakopywała w piwnicy. Uważała, że nikt ich nie chce i nikt się o nie nie upomni. A ja przecież chciałem Vincenta. Szukałem go, ale już go nie było. Utopiła go. Zakopali go razem z tamtymi zabitymi dziećmi i nie mógł się wydostać. – Mårten wyrzucał z siebie słowa, jakby pluł. W kąciku jego ust pokazała się strużka śliny.

Erika zdała sobie sprawę, że ta rozmowa nie ma sensu. Z różnych pomieszanych rzeczywistości stworzył krainę cieni. Tam już nie mogła dotrzeć. Ogarnął ją strach. Spojrzała na Göstę. Wyglądał na zrezygnowanego. Pewnie doszedł do tego samego wniosku. Nie pozostało im nic innego, jak modlić się, żeby im się udało wyjść z tego cało.

– Cicho – powiedział nagle Mårten. Wyprostował się.

Erika i Gösta drgnęli.

– Ktoś idzie. – Mårten złapał rewolwer i zerwał się na równe nogi. – Cicho – powtórzył, kładąc palec na ustach.

Podbiegł do okna. Chwilę stał, jakby rozważał różne możliwości. Potem zwrócił się do Gösty i Eriki:

– Macie tu zostać. Ja wychodzę. Muszę dopilnować, żeby ich nie znaleźli.

– Co chcesz zrobić? – Erika nie mogła się powstrzymać. Nadzieja, że ktoś im pomoże, mieszała się ze strachem. Anna może być w śmiertelnym niebezpieczeństwie. O ile już nie jest za późno. – Gdzie moja siostra? Musisz mi powiedzieć, gdzie jest Anna. – Jej głos przeszedł w falset.

Gösta położył dłoń na jej ramieniu.

– Mårtenie, zaczekamy tu. Nigdzie się nie wybieramy. Poczekamy na ciebie. – Nie odrywał od niego wzroku.

Mårten w końcu skinął głową. Obrócił się na pięcie i zbiegł na dół. Erika chciała się zerwać i pobiec za nim, ale Gösta ją przytrzymał.

– Spokojnie. Zobaczymy przez okno, dokąd pójdzie.

– Ale Anna… – zaprotestowała Erika.

Gösta się nie poddawał:

– Zastanów się. Żadnych pochopnych ruchów. Zobaczymy, dokąd idzie, a potem wyjdziemy na spotkanie tym, którzy idą nam pomóc. To na pewno Patrik.

– Okej. – Erika wstała. Zdrętwiały jej nogi. Wyglądali przez okno. Usiłowali wypatrzyć Mårtena.

– Widzisz kogoś?

– Nie – odparł Gösta. – A ty?

– Nie. Raczej nie poszedł na pomost, bo wpadłby na tych, którzy tu idą.

– Widocznie jest za domem. Bo gdzie by się podział?

– W każdym razie tu go nie widać. Idę na dół.

Erika ostrożnie zeszła do przedpokoju. Było cicho, nic nie słyszała. Ale oczywiście domyślała się, że spróbują podejść jak najciszej. Wyjrzała przez otwarte drzwi. Pusto. Chciało jej się płakać.

Nagle zobaczyła, że coś się rusza wśród drzew. Zmrużyła oczy i z ulgą rozpoznała Patrika. Za nim szedł Martin i jeszcze dwie osoby. Dopiero po chwili rozpoznała Josefa Meyera. I jeszcze elegancko ubrana kobieta. Czyżby Ia Kreutz? Pomachała do nich, żeby Patrik ją zobaczył, i wróciła do środka.

– Zostańmy tutaj – powiedziała do Gösty. Właśnie zszedł na dół.

Stanęli pod ścianą, żeby nie było ich widać z zewnątrz. Mårten mógł być w pobliżu. Lepiej mu nie posłużyć za tarczę strzelniczą.

– Gdzie on się podział? – powiedział Gösta. – Może nadal jest w domu?

Erika zdała sobie sprawę, że to możliwe. Rozejrzała się z przerażeniem, jakby się spodziewała, że Mårten za chwilę się zjawi i zacznie strzelać. Na szczęście się nie zjawił.

Patrik i Martin w końcu weszli do domu. Erika dostrzegła w oczach męża ulgę, ale i niepokój.

– Mårten? – powiedział.

Erika szybko im opowiedziała, co się stało.

Patrik i Martin z bronią gotową do strzału obeszli cały parter. Wrócili do holu, kręcąc głowami. Ia Kreutz i Josef Meyer stali bez ruchu. Erika zastanawiała się, co tu robią.

– Nie wiem, gdzie są Anna i Ebba. Mårten bredził, że musi ich pilnować. Może je gdzieś zamknął? – powiedziała, szlochając.

– Drzwi do piwnicy są tam – powiedział Meyer, wskazując w głąb holu.

– Co tam jest? – spytał Gösta.

– Później wam wyjaśnimy. Teraz nie ma czasu – odparł Patrik. – Idź za nami. A wy zostajecie tutaj – powiedział do Eriki i żony Kreutza.

Erika już miała zaprotestować, ale mina Patrika ją powstrzymała. To nie ma sensu.

– Schodzimy – powiedział Patrik, rzucając okiem na żonę. Widziała, że on też się boi tego, co zobaczy na dole.


Valö 1974


Wszystko miało być tak jak zwykle. Rune tak chciał. Większość uczniów rozjechała się do domów na ferie, więc spytała ostrożnie, czy ci, którzy zostali, nie mogliby zjeść obiadu z nimi. Ale Rune nawet nie raczył odpowiedzieć. Dla niego było rzeczą oczywistą, że świąteczny obiad jest tylko dla rodziny.

Dwa dni szykowała świąteczne potrawy: pieczeń jagnięcą, jajka na twardo, marynowanego łososia… Rune wciąż miał nowe życzenia. Właściwie należałoby powiedzieć: żądania.

– Carla zawsze przygotowywała te potrawy. Co roku – oznajmił, kiedy zbliżały się ich pierwsze wspólne święta, i wręczył jej listę.

Już wiedziała, że sprzeciwianie się nie ma sensu. Jeśli Carla tak robiła, to tak ma być. Niech Bóg broni, żeby cokolwiek zrobiła inaczej.

– Johanie, możesz posadzić Ebbę na jej krześle? – poprosiła, stawiając na stole półmisek z pieczenią. W duchu modliła się, żeby była dobra.

– Czy ten bachor musi siedzieć z nami przy stole? Tylko przeszkadza. – Annelie weszła leniwym krokiem i usiadła przy stole.

– A co mam z nią zrobić? Jak uważasz? – spytała Inez. Po tylu godzinach harówki w kuchni nie miała ochoty znosić złośliwości pasierbicy.

– Nie wiem, ale niedobrze się robi, jak siedzi z nami przy stole. Rzygać się chce.

Inez poczuła, że coś w niej pęka.

– Jeśli ci to przeszkadza, nie musisz jeść z nami – syknęła.

– Inez!

Drgnęła. Do jadalni wszedł Rune. Aż poczerwieniał.

– Co ty opowiadasz! Moja córka miałaby być niemile widziana przy stole? – mówił lodowatym tonem. Wpatrywał się w nią. – W tej rodzinie wszystkich zaprasza się do wspólnego stołu.

Annelie się nie odezwała, ale o mało nie pękła z radości.

– Przepraszam, nie pomyślałam. – Inez odwróciła się, przesunęła salaterkę z kartoflami. Wszystko się w niej gotowało. Miała ochotę wrzasnąć, pójść za odruchem serca i uciec. Byle nie tkwić w tym piekle.

– Ebba trochę zwymiotowała – zmartwił się Johan. Wytarł siostrzyczce buzię serwetką. – Chyba nie jest chora?

– Nie, ulało jej się. Pewnie zjadła za dużo kaszki – powiedziała Inez.

– Oj, to dobrze – odparł, ale bez przekonania. Pomyślała, że Johan z każdym dniem staje się coraz bardziej opiekuńczy. Nie mogła się nadziwić, że jest tak niepodobny do rodzeństwa.

– Pieczeń jagnięca. Na pewno nie jest taka dobra jak mamy.

Claes wszedł do jadalni i usiadł obok Annelie. Zachichotała i mrugnęła do niego porozumiewawczo, ale nie zwracał na nią uwagi. Wydawałoby się, że powinni być najlepszymi przyjaciółmi, ale Claes sprawiał wrażenie, jakby nie dbał o nikogo. Poza zmarłą matką. Wciąż o niej mówił.

– Starałam się jak mogłam – odpowiedziała Inez.

Claes prychnął.

– Gdzie byłeś? – spytał Rune, sięgając po kartofle. – Szukałem cię. Olle przywiózł deski, o które go prosiłem. Musisz mi pomóc. Trzeba je przynieść z pomostu.

Claes wzruszył ramionami.

– Spacerowałem. Później je przeniosę.

– W takim razie zrób to zaraz po jedzeniu – odparł Rune. Ze spokojem przyjął jego wyjaśnienia.

– Powinna być bardziej różowa w środku – stwierdziła Annelie. Skrzywiona patrzyła w swój talerz, na kawałek pieczeni.

Inez zagryzła zęby.

– Piekarnik jest nie najlepszy, nierówno piecze. Jak już mówiłam, starałam się jak mogłam.

– Obrzydliwe – powiedziała Annelie, odsuwając mięso. – Możesz mi podać sos? – powiedziała do Claesa.

Sosjerka stała obok jego talerza.

– Oczywiście – odparł, wyciągając rękę. – Ojej… powiedział Claes, patrząc na Inez.

Sosjerka z hukiem spadła na podłogę. Brązowy sos ściekał w szpary między deskami. Inez spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że zrobił to umyślnie, a on wiedział, że ona wie.

– Co za niezdara – powiedział Rune, patrząc na podłogę. – Inez, wytrzyj to.

– Oczywiście – odparła z wymuszonym uśmiechem. Nawet do głowy mu nie przyszło, że to Claes powinien to zrobić.

– I przynieś jeszcze sosu – powiedział Rune, gdy szła do kuchni.

Odwróciła się.

– Więcej nie ma.

– Carla zawsze miała zapas, na wypadek gdyby zabrakło.

– Możliwe, ale ja nie mam. Wszystko wlałam do sosjerki.

Uklękła przy krześle Claesa i wytarła podłogę, a potem wróciła na swoje miejsce. Jedzenie już wystygło, ale i tak straciła apetyt.

– Było pyszne – powiedział Johan, podstawiając jej talerz po dokładkę. – Świetnie gotujesz.

Miał takie niewinne błękitne oczy. Była bliska płaczu. Nałożyła mu. Johan w tym czasie karmił Ebbę srebrną łyżeczką.

– Proszę, jeszcze trochę kartofelków. Mmm… jakie pyszne. – Rozpromieniał się za każdym razem, kiedy przełykała kolejny kęs i otwierała buzię.

Claes zaśmiał się ordynarnie.

– Ale z ciebie wstrętny mięczak.

– Nie mów tak do brata – warknął ojciec. – Ma najlepsze stopnie ze wszystkich przedmiotów i jest mądrzejszy od was dwojga razem wziętych. Ty nie błyszczałeś w szkole, więc dopóki nie udowodnisz, że się do czegoś nadajesz, masz być dla niego bardziej uprzejmy. Gdyby mama zobaczyła twoje świadectwo, wstydziłaby się, że ma syna nieuka.

Claes się zatrząsł. Jakiś mięsień drżał mu w twarzy, oczy mu pociemniały.

Zapadła cisza, nawet Ebba nie wydała żadnego dźwięku. Claes patrzył na ojca. Inez pod stołem zaciskała pięści. Zdawała sobie sprawę z toczącej się między nimi walki i nie była pewna, czy chce znać wynik. Po dłuższej chwili Claes odwrócił wzrok.

– Przepraszam, Johanie – powiedział, ale w jego głosie słychać było nienawiść.

Przeszył ją dreszcz. Poczuła, że powinna słuchać instynktu. Jeszcze mogła wstać i uciec. Powinna to zrobić nie zważając na konsekwencje.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę z panem zamienić kilka słów. To pilne. – W drzwiach stał Leon. Uprzejmie pochylał głowę.

– Czy to nie może poczekać? Jemy obiad – powiedział Rune, marszcząc czoło. Nie znosił, kiedy mu przeszkadzano podczas posiłku.

– Rozumiem. I nie prosiłbym, gdyby to nie było naprawdę ważne.

– O co chodzi? – spytał Rune, wycierając usta serwetką.

Leon się zawahał. Inez spojrzała na Annelie. Nie odrywała wzroku od Leona.

– Coś się stało w domu. Ojciec prosił, żebym z panem porozmawiał.

– Ach, ojciec. Trzeba było od razu mówić.

Rune wstał od stołu. Dla zamożnych rodziców swoich uczniów zawsze miał czas.

– Jedzcie sobie, to na pewno nie potrwa długo – powiedział, wychodząc.

Inez patrzyła za nim. Ścisnęło ją w żołądku. Przeczucia z ostatnich miesięcy zbiły się w twardą gulę. Za chwilę coś się stanie.


Wyglądał przez okno. Ten obrzydliwy Mellberg siedział z przodu i chaotycznie mówił coś do telefonu. Wynikało z tego, że nie chce go przekazać funkcjonariuszom, którzy przyjechali po niego do Fjällbacki. Upierał się, że osobiście odwiezie go aż do Göteborga. Jemu było wszystko jedno.

Zastanawiał się, jak Liv to zniesie. Ona też postawiła wszystko na jedną kartę. Może należało się zadowolić tym, co już osiągnęli. Podkusiło ich, żeby za jednym zamachem wszystko zmienić, żeby zająć czołową pozycję na scenie politycznej. Nie udało się to jeszcze żadnej szwedzkiej partii narodowej. W Danii Partii Ludowej udało się zrealizować sporo z tego, o czym marzyli Przyjaciele Szwecji. Czyżby popełnili błąd, próbując przyśpieszyć bieg wydarzeń?

Projekt Gimle miał zjednoczyć Szwedów. Mogliby razem podjąć się dzieła odbudowy kraju. Plan był prosty. A on mimo pewnych obaw wierzył, że się uda. Nic z tego. W chaosie, który teraz powstanie, wszystko, co dotychczas stworzyli, zostanie zniszczone, a potem zapomniane. Nikt nie zrozumie, że chcieli zapewnić Szwedom lepszą przyszłość.

Zaczęło się od rzuconej żartem w zaufanym gronie propozycji. Liv od razu dostrzegła w niej szansę. Przekonywała, że mogłoby to przyśpieszyć zmiany. W przeciwnym razie mogą trwać całe pokolenie.

W ciągu jednej nocy można wywołać rewolucję, zmobilizować naród do walki z wrogiem, który zagnieździł się w Szwecji i prowadzi państwo ku rozpadowi. Takie rozumowanie wydawało się logiczne, a cena możliwa do przyjęcia.

Jedna bomba odpalona w godzinach szczytu w samym środku Sturegallerian [30]. Wszystkie ślady prowadziłyby do muzułmańskich terrorystów. Opracowywanie planu zajęło im cały rok, drobiazgowo analizowali każdy szczegół. Chodziło o to, żeby nasuwał się tylko jeden oczywisty wniosek: islamiści dokonali zamachu w samym sercu Sztokholmu, w samym sercu Szwecji. Wszyscy by się przerazili, a kiedy ludzie się boją, do głosu dochodzi wściekłość. Wtedy na scenę wkroczyliby. Przyjaciele Szwecji. Doskonale rozumieją obawy ludzi Powiedzieliby im, co powinni zrobić, żeby w kraju znów było bezpiecznie. Żeby Szwecja była Szwecją.

A teraz… nic z tego. W porównaniu ze skandalom, który teraz wybuchnie, obawy, że Leon ujawni tajemnicę Valö, wydały mu się śmieszne i absurdalne. Będzie musiał stanąć w świetle reflektorów, ale nie w takiej roli, w jakiej się widział. Projekt Gimle skończył się katastrofą, nie zwycięstwem.


Ebba spojrzała na leżące na podłodze zdjęcia. Przedstawiały nagich chłopców patrzących tępo w obiektyw.

– Są tacy bezbronni. – Odwróciła głowę.

– Nie masz z tym nic wspólnego – powiedziała Anna, głaszcząc ją po ramieniu.

– Wolałabym nic nie wiedzieć o swojej rodzinie. Teraz już zawsze będę miała przed oczami ten obraz. Jeśli oczywiście…

Nie dokończyła. Anna domyśliła się, że nie chciała głośno powiedzieć: jeśli oczywiście stąd wyjdziemy.

Ebba znów spojrzała na zdjęcia.

– To pewnie uczniowie ojca. Jeśli ich zmusił do czegoś takiego, to nawet potrafię zrozumieć, że go zabili.

Anna kiwnęła głową. Widać było, że chłopcy chcieli się zasłonić rękami, ale fotograf im nie pozwolił. I że są udręczeni. Potrafiła sobie wyobrazić, jaką furię rodzi takie upokorzenie.

– Jednego nie rozumiem: dlaczego wszyscy musieli zginąć – powiedziała Ebba.

Nagle usłyszały kroki. Wstały, w napięciu patrzyły na drzwi. Ktoś majstrował przy zamku.

– Pewnie Mårten – powiedziała Ebba. Bała się. Rozejrzały się odruchowo, jakby szukały drogi ucieczki. Ale tkwiły w pułapce. Drzwi się otworzyły i wszedł Mårten. W ręku trzymał rewolwer.

– Ty żyjesz? – powiedział do Ebby.

Annę przeraziła jego obojętność.

– Dlaczego to robisz? – spytała z płaczem Ebba, ruszając w jego stronę.

– Stój.

Wymierzył w nią. Zatrzymała się.

– Wypuść nas. – Anna chciała odwrócić jego uwagę. – Słowo, że nikomu nie powiemy.

– Miałbym w to wierzyć? Zresztą nieważne. I tak nie chcę… – Urwał, spojrzał na skrzynie. Wystawały z nich kości. – Co to jest?

– Rodzina Ebby – powiedziała Anna.

Nie mógł oderwać wzroku od szkieletów.

– Cały czas tu byli?

– Raczej tak.

Anna dostrzegła szansę. Może im się uda poruszyć w nim jakąś strunę, nawiązać kontakt. Pochyliła się. Drgnął i wycelował w nią rewolwer.

– Chcę ci tylko coś pokazać.

Podniosła zdjęcia i podała je Mårtenowi. Wziął je nieufnie.

– Co to za jedni? – spytał. Mówił prawie normalnie. Anna poczuła, że serce jej wali. Jednak coś zostało z dawnego, rozsądnego i statecznego Mårtena. Podniósł zdjęcia do oczu, żeby im się przyjrzeć.

– Sądzę, że to mój ojciec im to zrobił. – Włosy zasłaniały Ebbie twarz. Z całej jej postaci biła rezygnacja.

– Rune? – powiedział Mårten i drgnął. Zza drzwi dobiegł jakiś odgłos. Szybko zatrzasnął drzwi.

– Kto to był? – spytała Anna.

– Oni chcą wszystko zepsuć – powiedział Mårten. Znów patrzył na nie nieobecnym wzrokiem. Anna pomyślała, że już nie ma nadziei. – Ale nie dostaną się do środka. Klucz jest u mnie. Leżał sobie na framudze nad drzwiami w piwnicy, zapomniany i zardzewiały. Sprawdziłem wszystkie zamki, do żadnego nie pasował. Aż tydzień, może dwa temu przypadkiem trafiłem na te drzwi. Genialnie skonstruowane, prawie nie do znalezienia.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – spytała Ebba.

– Bo już zacząłem rozumieć. Że Vincent nie żyje przez ciebie, chociaż nie chcesz się przyznać i próbujesz zwalić to na mnie. W otwartej skrzyni znalazłem to. – Machnął rewolwerem. – Wiedziałem, że się przyda.

– Oni tu wejdą, wiesz o tym – powiedziała Anna. – Równie dobrze mógłbyś im otworzyć.

– Nie mogę. Kiedyś musiała tu być klamka, ale ktoś ją wyciągnął. Drzwi się same zatrzaskują, a oni nie mają klucza, więc nawet, co mało prawdopodobne, gdyby znaleźli drzwi, nie dostaną się tu. Te drzwi skonstruował jakiś paranoik. Wszystkiemu się oprą. – Uśmiechnął się. – Zanim sprowadzą odpowiedni sprzęt, będzie za późno.

– Mårten, proszę – powiedziała Ebba.

Anna wiedziała, że przemawianie do jego rozsądku nie ma sensu. Jest gotów zginąć razem z nimi, chyba że ona coś zrobi.

Nagle usłyszeli zgrzyt klucza w zamku. Mårten ze zdumieniem odwrócił głowę. Anna jakby na to czekała. Gwałtownym ruchem chwyciła z podłogi srebrnego aniołka i rzuciła się na Mårtena. Rozcięła mu policzek. Drugą ręką próbowała wymacać rewolwer. Dotknęła chłodnej stali, gdy huknął strzał.


Postanowił, że dzisiaj umrze. I nawet mu ulżyło, bo śmierć wydawała się logicznym następstwem jego porażki. Wychodząc z domu, jeszcze nie wiedział, jak to zrobi, ale kiedy Percy zaczął wymachiwać pistoletem, pomyślał, że ma szansę zginąć jak bohater.

Teraz to poranne postanowienie wydało mu się zbył pochopne. Schodząc w ciemność piwnicy, poczuł, że bardzo chce żyć. Jak nigdy dotąd. Wcale nie chciał umierać, a już na pewno nie tu, w miejscu, które od lat wspominał jako największy koszmar. Patrzył na idących przed nim uzbrojonych policjantów i bez broni czuł się nagi. Nikt się nie zastanawiał, czy ma zejść z nimi do piwnicy. Przecież tylko on znał drogę do piekła.

Policjanci zatrzymali się. Patrik Hedström spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Wskazał na ścianę w głębi. Wyglądała tak samo jak inne: krzywe półki zastawione brudnymi puszkami po farbie. Widział, że Patrik ma wątpliwości. Poszedł przodem, żeby mu pokazać. Przypomniał sobie wszystko: zapachy, beton pod stopami, stęchłe powietrze, które wdychał.

Spojrzał na Patrika, a potem nacisnął na środkowa półkę po prawej. Ściana ustąpiła, odsłaniając korytarzyk prowadzący do solidnych drzwi. Odsunął się. Policjanci zastygli ze zdumienia, ale natychmiast się ocknęli i weszli. Przystanęli przy drzwiach, nasłuchiwali. Ze środka dochodziły jakieś pomruki. Doskonale pamiętał, jak tam jest. Wystarczyło, że zamknął oczy, i widział to tak wyraźnie, jakby był tu wczoraj. Nagie ściany, goła żarówka zwisająca z sufitu i cztery skrzynie. Do jednej włożyli rewolwer. Mąż Ebby musiał go znaleźć. Był ciekaw, czy otworzył pozostałe skrzynie, te zamknięte na klucz, i już wie, co w nich jest. Teraz wszyscy się dowiedzą. Nie ma odwrotu.

Patrik wyjął klucz, włożył go do zamka i przekręcił. Spojrzenie, które rzucił Josefowi i kolegom, mówiło wyraźnie, że obawia się najgorszego.

Ostrożnie otworzył drzwi. I wtedy huknęło. Zobaczył, jak policjanci z bronią gotową do strzału rzucają się naprzód. W zamieszaniu nie widział, co się dzieje. Zwłaszcza że został w korytarzyku. Słyszał tylko, jak Patrik krzyczy:

– Rzuć broń!

Zobaczył błysk, huknął strzał. Odbił się echem tak głośnym, że zabolały go uszy. A potem usłyszał, jak ciało pada na podłogę.

Zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Słyszał własny oddech, urywany i płytki. Żył. Był szczęśliwy, że żyje. Rebecka się zaniepokoi, kiedy znajdzie jego list, ale spróbuje jej wyjaśnić. Bo dziś nie umrze.

Ktoś zbiegł na dół. Odwrócił się i zobaczył Ię. Widział strach w jej oczach.

– Ebba – powiedziała. – Gdzie jest Ebba?


Krew opryskała skrzynie i ściany. Słyszała, jak Ebba krzyczy, ale jakby z oddali.

– Anno.

Patrik złapał ją za ramię i potrząsnął. Wskazała palcem na uszy.

– Chyba mi pękł bębenek. Źle słyszę.

Jej głos brzmiał głucho i dziwnie. Wszystko stało się tak szybko. Spojrzała na swoje ręce. Były zakrwawione. Zaczęła sprawdzać, czy jest ranna. Jednak nie. W ręce nadal trzymała srebrnego aniołka Ebby. Domyśliła się, że to krew Mårtena, z rany na policzku. Mårten leżał na podłodze, oczy miał otwarte, a w głowie wielką dziurę od kuli.

Odwróciła głowę. Ebba wciąż krzyczała. Nagle do piwnicy wpadła jakaś kobieta i wzięła ją w ramiona. Kołysała ją w objęciach. Po chwili krzyk przeszedł w jęk. Anna w milczeniu wskazała na skrzynie. Patrik, Martin i Gösta patrzyli na kości, tu i ówdzie opryskane krwią Mårtena.

– Musimy was stąd wyprowadzić. – Patrik delikatnie popchnął Annę i Ebbę do drzwi. Za nimi szła Ia.

Wyszli i nagle Anna zobaczyła Erikę. Sfrunęła do niej, przeskakując po dwa stopnie. Anna rzuciła się na nią. Rozpłakała się dopiero, kiedy wtuliła twarz w szyję starszej siostry.

Wyszły do holu, musiały zmrużyć oczy. Anna się trzęsła, jakby wciąż było jej zimno. Erika się domyśliła i poszła na piętro po jej ubranie. Nie zapytała, dlaczego było w sypialni Mårtena i Ebby, ale Anna wiedziała, że będzie się musiała natłumaczyć. Zwłaszcza przed Danem. Zabolało ją serce na myśl, że sprawi mu przykrość, ale w tym momencie nie chciała o tym myśleć. Zajmie się tym później.

– Zadzwoniłem po posiłki, już tu jadą – powiedział Patrik. Pomógł Annie i Ebbie usiąść na schodkach przed domem.

Ia usiadła obok Ebby i objęła ją. Z drugiej strony usiadł Gösta. Przyglądał im się uważnie. Patrik pochylił się i szepnął do niego:

– To jest Annelie. Potem ci powiem więcej.

Gösta spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Nagła myśl uderzyła go jak błyskawica. Pokręcił głową.

– Charakter pisma. To oczywiste.

Wiedział, że coś przeoczył, kiedy przeglądał zawartość kartonów. Zobaczył tam coś, co powinno mu wszystko wyjaśnić. Zwrócił się do Ii:

– Mogła zostać u nas, ale u rodziny, do której trafiła, też było jej dobrze. – Wiedział, że pozostali zupełnie nie rozumieją, o czym mówi.

– A ja już nie miałam siły się zastanawiać, kto się nią zaopiekuje. Tak było najprościej – odparła Ia.

– Była urocza. Zakochaliśmy się w niej na zabój i pewnie by u nas została, ale wcześniej straciliśmy synka i w pewnym sensie odzwyczailiśmy się od myśli o dziecku… – Odwrócił wzrok.

– Rzeczywiście, była urocza. Istny aniołek – powiedziała Ia ze smutnym uśmiechem. Ebba patrzyła na nich ze zdumieniem.

– Jak na to wpadłeś? – spytała Ia.

– Wśród rzeczy, które po was zostały, była lista zakupów. A wcześniej dałaś mi kartkę z adresem w Monako. To samo pismo.

– Może ktoś będzie uprzejmy mi wyjaśnić, o co chodzi? – powiedział Patrik. – Na przykład ty, Gösta.

– To był pomysł Leona, żebym wzięła paszport Annelie – powiedziała Ia. – Była między nami różnica kilku lat, ale na tyle niewielka, że mogło się udać.

– Nie rozumiem. – Ebba pokręciła głową.

Gösta spojrzał jej prosto w oczy. Ujrzał w nich dziewuszkę, która biegała po ich ogrodzie i odcisnęła trwały ślad w ich sercach: jego i Maj-Britt. Najwyższy czas, żeby dostała odpowiedź, na którą tak długo czekała. – Ebbo, to twoja mama. To Inez.

Zapadła cisza. Słychać było tylko szum wiatru w gałęziach brzóz.

– Ale, ale… – jąkała się Ebba. Wskazując za siebie, na piwnicę, spytała: – Czyje w takim razie są te długie włosy?

– Annelie. Obie miałyśmy długie brązowe włosy – odparła Ia, głaszcząc ją po policzku.

– Dlaczego nigdy… – Głos Ebby drżał z emocji.

– Nie mam na to prostej odpowiedzi. Wielu rzeczy nie potrafię wyjaśnić. Sama tego nie rozumiem. Musiałam przestać o tobie myśleć. Inaczej nie byłabym w stanie cię zostawić.

– Pani mąż nie zdążył nam opowiedzieć wszystkiego – powiedział Patrik. – Chyba pora, żeby to zrobił.

– Chyba tak – odparła Inez.

Przez zatokę płynęły kutry. Zmierzały na Valö. Gösta się ucieszył, ale najpierw musiał się dowiedzieć, co się stało w Wielką Sobotę w 1974 roku. Wziął Ebbę za rękę, Ia chwyciła drugą.


Valö, Wielka Sobota 1974


– Co to jest? – spytał Rune, stając w drzwiach jadalni. Był blady. Za nim stał Leon i pozostali chłopcy: John, Percy, Sebastian i Josef.

Inez patrzyła na nich ze zdziwieniem. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby Rune stracił panowanie nad sobą. Aż się trząsł ze zdenerwowania. Podszedł do Claesa. W rękach trzymał plik zdjęć i rewolwer. – Co to jest? – powtórzył.

Claes milczał z obojętną miną. Chłopcy ostrożnie weszli do jadalni. Inez chciała spojrzeć w oczy Leonowi, ale on unikał jej spojrzenia. Wpatrywał się w Claesa i Runego. Dłuższą chwilę było cicho. Powietrze wydawało się gęste, ciężko jej się oddychało. Chwyciła za blat stołu. Czuła, że za chwilę na jej oczach stanie się coś strasznego.

Claes się uśmiechnął. Wstał i zanim ojciec zdążył cokolwiek zrobić, wyrwał mu rewolwer, przystawił do czoła i nacisnął spust. Rune padł bez życia. Z osmalonej dziury w czole polała się krew. Inez usłyszała własny krzyk. Brzmiał obco, ale wiedziała, że to jej głos odbija się od ścian w makabrycznym duecie z krzykiem Annelie.

– Zamknij się! – krzyknął Claes. Nadal mierzył w Runego. – Zamknij się!

Nie mogła. Krzyk cisnął jej się na usta. Bała się. Nie odrywała wzroku od martwego ciała męża. Ebba płakała rozdzierająco.

– Powiedziałem zamknij się! – Claes znów strzelił do ojca. Ciało podskoczyło. Biała koszula robiła się coraz bardziej czerwona.

Była w szoku, nagle ucichła. Annelie też przestała krzyczeć. Tylko Ebba wciąż płakała.

Claes przeciągnął dłonią po twarzy. W drugiej trzymał rewolwer. Wygląda, jak chłopczyk bawiący się w kowboja, pomyślała, ale uzmysłowiła sobie, że to porównanie jest absurdalne. W jego twarzy nie było nic chłopięcego. Nic ludzkiego. Spojrzenie miał puste. Uśmiechał się, jakby jego twarz zastygła w grymasie. Oddychał płytko, urywanie.

Odwrócił się gwałtownie do Ebby i wycelował w nią. Mała wciąż krzyczała, jej buzia poczerwieniała. Inez stała jak przyrośnięta do podłogi. Patrzyła, jak Claes naciska spust. Johan rzucił się w przód i nagle zatrzymał się w pół ruchu. Ze zdumieniem spojrzał na swoją koszulę. Pokazała się na niej czerwona plama. Z każdą chwilą robiła się coraz większa. Runął na podłogę.

Znów zapadła cisza. Nienaturalna. Nawet Ebba umilkła i włożyła kciuk do buzi. Johan leżał na wznak przy jej krześle. Jasna grzywka opadła na błękitne oczy, niewidzącym wzrokiem wpatrujące się w sufit. Inez zdusiła szloch.

Claes się cofnął, dotknął plecami ściany.

– Róbcie, co powiem. I macie być cicho. To najważniejsze. – Mówił spokojnie, jakby się rozkoszował tym, co się działo.

Kątem oka dostrzegła jakiś ruch przy drzwiach. Claes najwyraźniej również, bo błyskawicznie wycelował broń w chłopców.

– Nikt stąd nie wyjdzie. Nie pozwalam.

– Co chcesz z nami zrobić? – spytał Leon.

– Nie wiem. Jeszcze nie zdecydowałem.

– Mój tata ma dużo pieniędzy – powiedział Percy. – Zapłaci ci, jeśli nas puścisz.

Claes zaśmiał się głucho.

– Nie chodzi o pieniądze. Przecież wiesz.

– Przyrzekamy, że nic nie powiemy – powiedział prosząco John, ale równie dobrze mógł mówić do ściany.

Wiedziała, że to bez sensu. Miała rację co do Claesa. Zawsze czuła, że czegoś mu brakuje. Cokolwiek zrobił chłopcom, zamierzał to ukryć. Za wszelką cenę. Już zabił dwie osoby. Im na pewno też nie pozwoli ujść z życiem. Zginą wszyscy.

Leon poszukał jej spojrzenia. Zrozumiała, że pomyślał o tym samym. Nie będzie nic oprócz tych kradzionych chwil, kiedy snuli plany na przyszłe wspólne życie. Myśleli, że wystarczy cierpliwie czekać. Teraz koniec z tym.

– Wiedziałem, że ta kurwa coś kombinuje – powiedział nagle Claes. – To spojrzenie nie pozostawia żadnych wątpliwości. Leon, od jak dawna pierdolisz moją macochę?

Inez milczała. Annelie patrzyła to na nią, to na Leona.

– To prawda? – Annelie na chwilę zapomniała o strachu. – Ty suko wredna! Nie znalazłaś nikogo w swoim wie…

Nie dokończyła. Claes spokojnie podniósł rewolwer i strzelił jej w skroń.

– Mówiłem, że ma być cisza – powiedział matowym głosem.

Inez poczuła, że ma łzy pod powiekami. Ile życia im jeszcze zostało? Nic nie mogli zrobić. Mogli tylko czekać, aż ich kolejno pozabija.

Ebba znów zaczęła płakać. Claes drgnął. Płakała coraz głośniej. Inez chciała wstać, ale nie była w stanie.

– Ucisz dzieciaka. – Claes spojrzał na nią. – No mówię, ucisz tego bękarta!

Otworzyła usta, ale nie mogła wydusić słowa. Claes wzruszył ramionami.

– W takim razie ja to zrobię – powiedział i znów wycelował w Ebbę.

Nacisnął spust. Inez rzuciła się na nią, zasłoniła ją własnym ciałem.

Ale strzał nie padł. Claes znów nacisnął spust. Ze zdumieniem patrzył na rewolwer. Nie wystrzelił. I wtedy Leon rzucił się na niego.

Inez wzięła Ebbę na ręce, tuliła ją do serca. Waliło jak szalone. Claes leżał na podłodze. Usiłował zrzucić z siebie Leona.

– Pomóżcie mi! – zawołał Leon. Krzyknął, bo dostał pięścią w brzuch.

Wyglądało na to, że nie poradzi sobie z rzucającym się pod nim Claesem. Nagle John wymierzył Claesowi kopniaka. W głowę. Rozległ się nieprzyjemny chrobot i Claes przestał się rzucać.

Leon sturlał się z Claesa. Stał na czworakach. Percy zamierzył się i kopnął Claesa w brzuch. John wciąż kopał w głowę. Josef początkowo tylko się przyglądał. Potem z zaciętą miną przeszedł nad ciałem Elvandera, podszedł do stołu i sięgnął po nóż do mięsa. Ukląkł obok Claesa, spojrzał na Johna i Percy’ego. Przestali kopać, obaj byli zdyszani. Z ust Claesa wydobył się bulgot, przewrócił oczami. Josef powoli, jakby mu to sprawiało przyjemność, przyłożył nóż do szyi Claesa i podciął mu gardło. Od razu buchnęła krew.

Ebba wciąż krzyczała. Inez przytuliła ją jeszcze mocniej. Chciała tylko ją ochronić. To było silniejsze niż wszystko inne. Cała się trzęsła. Ebba skuliła się w jej ramionach jak małe zwierzątko i ściskała jej szyję tak mocno, że ledwo mogła oddychać. Percy, Josef i John siedzieli w kucki przy zmasakrowanych zwłokach Claesa, jak stado lwów wokół zdobyczy.

Leon podszedł do Inez i Ebby.

– Musimy tu posprzątać – powiedział cicho. – Nie martw się, zajmę się tym. – Miękko pocałował ją w policzek.

Słyszała jak z oddali, jak zaczyna wydawać kolegom polecenia. Docierały do niej pojedyncze słowa. O tym, co zrobił Claes, o dowodach, które należy zniszczyć, o hańbie. Ale cały czas miała wrażenie, że wszystko to dzieje się gdzieś daleko. Zamknęła oczy i kołysała Ebbę. Wkrótce będzie po wszystkim. Leon o wszystko zadba.


Odczuwali dziwną pustkę. Był poniedziałkowy wieczór, zdążyli już ochłonąć po ostatnich przeżyciach. Wcześniej Erika ciągle wracała do tego, co się przydarzyło Annie i co się mogło stać, a Patrik przez całą niedzielę chuchał na nią jak na małe dziecko. Na początku jej się to podobało, ale teraz miała dość.

– Przynieść ci koc? – spytał Patrik, całując ją w czoło.

– W domu jest prawie trzydzieści stopni, więc dziękuję, nie chcę koca. I przysięgam, że jeśli jeszcze raz pocałujesz mnie w czoło, przez cały miesiąc nie będzie seksu.

– Przepraszam, że się troszczę o swoją żonę. – Patrik wyszedł do kuchni.

– Widziałeś dzisiejszą gazetę?! – zawołała, ale Patrik tylko mruknął. Wstała z kanapy i poszła za nim. Było już po dwudziestej, ale upał wcale nie zelżał. Zachciało jej się lodów.

– Widziałem, niestety. Najbardziej podobała mi się pierwsza strona. Mellberg pozujący z Holmem przy radiowozie. I ten tytuł: BOHATER Z FJÄLLBACKI.

Erika parsknęła. Otworzyła zamrażarkę i wyjęła pudełko lodów czekoladowych.

– Chcesz?

– Tak, poproszę. – Patrik usiadł przy stole. Dzieci już spały, w domu było cicho. Trzeba korzystać z okazji.

– Musi być uszczęśliwiony, co?

– Mało powiedziane. A Göteborska policja ma do niego żal, że się postarał, żeby wszelkie zasługi przypisano jemu. Najważniejsze, że pokrzyżowali im plany i udaremnili zamach. Przyjaciele Szwecji długo się nie podniosą.

Erika pomyślała, że chciałaby w to wierzyć. Z powagą spojrzała na męża.

– Opowiedz, jak było u Kreutza i Inez.

– Sam nie wiem – odparł z westchnieniem. – Dostałem odpowiedzi na pytania, ale nie jestem pewien, czy wszystko rozumiem.

– Co masz na myśli?

– Kreutz opowiedział, co i jak się stało, ale jego rozumowanie nie wydaje się całkiem przekonujące. Podejrzewał, że w szkole źle się dzieje. W końcu Meyer nie wytrzymał i powiedział mu, co Claes robił z nim, Holmem i von Bahrnem.

– Czy to Kreutz wpadł na pomysł, żeby pójść z tym do dyrektora?

Patrik przytaknął.

– Nie chcieli, ale ich przekonał. Odniosłem wrażenie, że często się zastanawiał, jak by im się życie ułożyło, gdyby mu się nie udało.

– Ale dobrze zrobił. Przecież nie mógł wiedzieć, że Claes jest aż tak nienormalny. Czegoś takiego nie można przewidzieć. – Erika wyskrobała łyżeczką resztkę lodów z miseczki. Nie odrywała wzroku od Patrika. Bardzo chciała pojechać z nim na spotkanie z Kreutzem i Inez, ale uznał, że wszystko ma swoje granice. Musi jej wystarczyć, że później jej opowie.

– To samo mu powiedziałem.

– A potem? Dlaczego od razu nie zadzwonili na policję?

– Bali się, że im nie uwierzą. Oprócz tego pewnie byli w szoku. Nie myśleli racjonalnie. Poza tym nie należy lekceważyć wstydu. Wystarczyło, że pomyśleli, że wyjdzie na jaw, przez co przeszli, i od razu przystali na plan Kreutza.

– Przecież Kreutz nie miał nic do stracenia. Nie był ofiarą Claesa i nie zabił go.

– Miał do stracenia Inez. – Patrik odłożył łyżeczkę. Nawet nie spróbował lodów. – Gdyby wszystko wyszło na jaw, wybuchłby taki skandal, że prawdopodobnie nie mogliby być razem.

– A Ebba? Jak mogli ją zostawić?

– Chyba właśnie to dręczyło go najbardziej przez wszystkie te lata. Nie powiedział tego wprost, ale sądzę, że nigdy nie przestał sobie wyrzucać, że namówił Inez, żeby ją zostawili. Ale nie spytałem o to. Myślę, że oboje dość się z tego powodu nacierpieli.

– Po prostu nie mam pojęcia, jak mu się udało ją przekonać.

– Byli w sobie bardzo zakochani. Przeżywali namiętny romans i śmiertelnie się bali, że Elvander się dowie. Zakazana miłość to mocna rzecz. Część winy ponosi chyba ojciec Kreutza. Kreutz zadzwonił do niego i poprosił o pomoc, a on go przekonał, że Inez będzie mogła wyjechać z kraju, ale sama, bez dziecka.

– Mogę jeszcze zrozumieć, że Kreutz się zgodził. Ale Inez? Nawet jeśli była zakochana po same uszy. Jak mogła zostawić własne dziecko? – Wyobraziła sobie, że miałaby wyjechać, zostawiając któreś z dzieci i wiedząc, że już nigdy go nie zobaczy, i głos jej się załamał.

– Ona chyba też nie myślała racjonalnie. Pewnie Kreutz ją przekonał, że dla Ebby tak będzie najlepiej. Mógł ją postraszyć, powiedzieć, że jeśli zostaną, pójdą do więzienia, a wtedy i tak straci Ebbę.

Erika pokręciła głową. Nigdy nie zrozumie, jak można opuścić własne dziecko.

– Więc ukryli ciała i uzgodnili, że byli na rybach?

– Kreutz mówi, że ojciec im poradził, żeby wrzucili ciała do morza, ale on się bał, że wypłyną, i wymyślił, że ukryją je w schronie. Znieśli je razem i włożyli do skrzyń. Wrzucili tam też zdjęcia. Rewolwer też, bo uznali, że Claes go tam znalazł. Potem zamknęli schron. Liczyli na to, że wejście jest ukryte tak dobrze, że policja go nie znajdzie.

– No i nie znalazła – stwierdziła Erika.

– Rzeczywiście. Ta część planu udała się znakomicie. Poza jednym: Sebastian wziął klucz. I od tamtej pory chyba trzymał go nad nimi jak topór.

– Ale dlaczego policja nie znalazła żadnych śladów, kiedy przeszukiwała dom?

– Wyszorowali podłogę w jadalni, usunęli wszystkie widoczne ślady krwi. Poza tym musisz pamiętać, że to było w 1974 roku. Dom przeszukiwała tutejsza policja, a daleko jej było do CSI. Posprzątali w jadalni, przebrali się i wypłynęli w morze. Ale najpierw zadzwonili na policję.

– A gdzie się podziała Inez?

– Ukryli ją. To również był pomysł ojca Kreutza. Włamali się do pustego domku letniskowego na którejś z pobliskich wysp. Przyczaiła się tam do czasu, kiedy mogła z Kreutzem wyjechać z kraju.

– Więc policja szukała Elvanderów, a ona siedziała sobie na jakiejś wyspie w jakimś domku.

– Tak. Kilka miesięcy później, bliżej lata, właściciele z pewnością zgłosili włamanie na policję, ale nikt nie powiązał tego ze zniknięciem Elvanderów.

Erika kiwnęła głową. Cieszyła się, że udało im się poskładać kawałki układanki. Tyle godzin spędziła na rozmyślaniach o tym, co się stało z Elvanderami. Teraz wiedziała prawie wszystko.

– Jestem ciekawa, jak się teraz ułoży między Inez i Ebbą – powiedziała, sięgając po topniejące lody Patrika. – Nie chciałam jej przeszkadzać, ale domyślam się, że pojechała do rodziców, do Göteborga.

– To ty nic nie słyszałaś? – Patrik rozpromienił się po raz pierwszy od początku tej rozmowy.

– Nie, a co? – zaciekawiła się Erika.

– Ebba wprowadziła się na kilka dni do Gösty, żeby odpocząć. Gösta mówił, że Inez ma ich dzisiaj wieczorem odwiedzić. Przychodzi na kolację. Domyślam się, że przynajmniej chcą spróbować się do siebie zbliżyć.

– To dobrze. Ebba tego potrzebuje. Ta historia z Mårtenem musiała dla niej być strasznym szokiem. Sama myśl o tym, że żyła z nim pod jednym dachem, kochała go i ufała mu… a on okazał się zdolny do czegoś takiego. – Pokręciła głową. – Gösta musi się bardzo cieszyć, że Ebba jest u niego. Pomyśl, gdyby…

– Tak, wiem. Na pewno myślał o tym częściej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Ale Ebba w nowej rodzinie była szczęśliwa i wydaje mi się, że również dla niego było to najważniejsze. – Musiał zmienić temat. Nie chciał rozmyślać o tym, co ominęło Göstę. – Co z Anną?

Erika zrobiła zmartwioną minę.

– Żadnych wieści. Dan wrócił do domu, jak tylko dostał ode mnie tego SMS-a. Wiem tylko, że zamierzała mu wszystko powiedzieć.

– Wszystko?

Przytaknęła.

– Co on według ciebie zrobi?

– Nie wiem. – Erika zjadła jeszcze kilka łyżeczek lodów, potem wymieszała rozpuszczone błocko. Robiła tak od dzieciństwa. Anna robiła tak samo. – Mam nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzą.

– Hm… – mruknął Patrik z powątpiewaniem.

Teraz jej kolej, teraz ona musi zmienić temat.

Od kilku dni bardzo się niepokoiła o siostrę, chociaż nawet przed sobą nie chciała się do tego przyznać. Właściwie nie mogła myśleć o niczym innym. Mimo wszystko postanowiła nie dzwonić. Anna i Dan potrzebują spokoju. Muszą spróbować wszystko naprawić. Anna sama zadzwoni, kiedy będzie gotowa.

– Czy Kreutz i reszta poniosą jakieś konsekwencje?

– Nie, zbrodnia się przedawniła. Tylko Mårtena mogliśmy postawić przed sądem. Zobaczymy, co będzie z Percym.

– Mam nadzieję, że Martin nie przeżywa za bardzo, że go zastrzelił. To ostatnia rzecz, jakiej mu trzeba -zauważyła Erika. – Wyrzucam sobie, że to przeze mnie. Ja go w to wciągnęłam.

– Nie myśl tak. Martin radzi sobie jak może i chyba wróci do pracy. Leczenie Pii potrwa, ale i jego rodzice, i jej im pomagają. Umówili się, że wróci do pracy na pół etatu.

– Wydaje mi się, że to rozsądne – stwierdziła, ale sumienie gryzło ją nadal.

Patrik przyjrzał jej się badawczo. Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po policzku. Erika spojrzała mu w oczy. Jakby się umówili, że nie będą rozmawiać o tym, że znów mógł ją stracić. Najważniejsze, że jest i że się kochają. Tylko to się liczy.


Sztokholm 1991

DWIE CARIN GÖRING?

Zakład Medycyny Sądowej w Linköpingu zbadał szczątki znajdujące się w ocynkowanej trumnie znalezionej niedawno w pobliżu dawnej posiadłości Hermanna Göringa Karinhall. Do tej pory uważano, że znajdują się w niej szczątki zmarłej w 1931 roku Carin Göring, z domu Fock.

Tymczasem w 1951 roku leśniczy znalazł rozrzucone kawałki szkieletu należące, jak sądzono, do Carin Göring. Skremowano je w największej tajemnicy. Potem szwedzki pastor zabrał urnę do Szwecji, żeby je pogrzebać.

Był to już trzeci pogrzeb Carin Göring. Podczas pierwszego ciało złożono w rodzinnym grobie Focków na cmentarzu na wyspie Lovön, w pobliżu Sztokholmu. Drugi odbył się w Karinhall, trzeci znów w Szwecji.

Teraz otwiera się nowy rozdział tej bardzo dziwnej historii. Z analizy DNA przeprowadzonej w Linköpingu wynika, że w trumnie rzeczywiście znajdują się szczątki Carin Göring. Czyje zatem szczątki spoczywają na cmentarzu na Lovön?

Загрузка...