Właśnie miała odpowiedzieć, gdy z pralni wynurzyła się Kristina. A w ślad za nią dzieci.

– O, jesteś, Patriku. Czy ty wiesz, co się stało? Myślałam, że zawału dostanę. Stoję w kuchni, smażę dzieciom naleśniki i widzę przez okno, jak Noel na tych swoich krótkich nóżkach pędzi na ulicę. Muszę ci powiedzieć, że złapałam go w ostatniej chwili. Kto wie, co by się stało. Naprawdę musicie pamiętać o zamykaniu drzwi. Te szkraby są takie szybkie. To się może źle skończyć. Potem człowiek będzie żałować do końca życia…

Erika wpatrywała się w teściową jak urzeczona. Może jednak w końcu weźmie oddech.

– Zapomniałam zamknąć drzwi od werandy – powiedziała, nie patrząc Patrikowi w oczy.

– Okej, dobrze się spisałaś, mamo. Musimy być uważniejsi, skoro dzieciaki robią się takie ruchliwe. – Wziął chłopców w objęcia. Z radością rzucili się na tatę.

– Cześć, wujku Gösto – powiedziała Maja.

Gösta znów się zaczerwienił. Rzucił Erice rozpaczliwe spojrzenie. Ale Patrik dokazywał z chłopcami i niczego nie zauważył.

Dopiero po chwili spojrzał na Erikę.

– Wpadliśmy tylko po mój telefon. Widziałaś go?

– Zostawiłeś w kuchni, na blacie.

Patrik poszedł po komórkę.

– Dzwoniłaś do mnie. Coś ode mnie chciałaś?

– Nie, chciałam ci tylko powiedzieć, że cię kocham. – Miała nadzieję, że jej nie przejrzy.

– Ja ciebie też, kochanie – odparł, wpatrując m w wyświetlacz. – Pięć nieodebranych połączeń od Anniki. Dowiem się, o co chodzi.

Erika próbowała podsłuchiwać, ale Kristina mówiła coś do Gösty, więc docierały do niej tylko pojedyncze słowa. Znacznie więcej powiedziała jej mina Patrika.

– Ktoś strzelał na Valö. Anna też tam jest. Annika mówi, że to ona zadzwoniła na policję.

Erika zasłoniła usta ręką.

– Anna? Nic jej się nie stało? Nie jest ranna? Kto… – Myślała tylko o jednym: jej siostrze mogło się coś stać.

– Z tego co wiem, nikt nie został ranny. I to jest dobra wiadomość. – Zwrócił się do Gösty: – Natomiast zła jest taka, że Annika nie mogła dodzwonić się do nas i musiała zawiadomić Mellberga.

– Mellberga? – powiedział Gösta z niedowierzaniem.

– Tak. Musimy tam jechać, jak najprędzej.

– Chyba nie pojedziecie, skoro tam ktoś strzela? – powiedziała Kristina, biorąc się pod boki.

– Oczywiście, że pojedziemy. Taką mam pracę – odparł Patrik z irytacją.

Kristina rzuciła mu obrażone spojrzenie. Zadarła głowę i poszła do salonu.

– Jadę z wami – powiedziała Erika.

– Nigdy w życiu.

– Właśnie że tak. Jadę, skoro Anna tam jest.

Patrik wbił w nią spojrzenie.

– Jakiś szaleniec strzela do ludzi. Nie pojedziesz!

– I będzie mnóstwo policji. Co mi się może stać? Będę absolutnie bezpieczna. – Zawiązała tenisówki.

– A kto się zajmie dziećmi?

– Twoja mama na pewno zostanie i ich popilnuje. – Wstała i spojrzała na niego. Jej spojrzenie mówiło, że nie warto się jej sprzeciwiać.

W drodze na przystań z każdym uderzeniem serca niepokoiła się o siostrę coraz bardziej. Patrik może się boczyć ile chce, a ona czuje się odpowiedzialna za Annę, i już.


– Pyttan? Jesteś? – Percy obszedł całe mieszkanie. Nie mówiła, że się gdzieś wybiera.

Przyjechali do Sztokholmu na kilka dni, chcieli być na przyjęciu z okazji sześćdziesiątych urodzin znajomego. Zdrowie jubilata zapewne wypije wielu przedstawicieli szwedzkiej arystokracji. I szychy ze świata biznesu. Podczas takich spotkań nie są zresztą szychami. Obowiązuje ścisła hierarchia. Jeśli się nie pochodzi z odpowiedniego środowiska, nie nosi odpowiedniego nazwiska i nie chodziło do odpowiednich szkół, nie ma żadnego znaczenia, że jest się szefem jednego z największych szwedzkich przedsiębiorstw.

Sam spełniał wszystkie kryteria i zwykle nawet o tym nie myślał. Tak było zawsze. Było to równie oczywiste, jak oddychanie. Był jednak pewien problem: wkrótce mógł zostać hrabią bez zamku, a to znacząco odbiłoby się na jego pozycji. Nie spadnie może do poziomu nowobogackich, ale zepchnie go to w dół.

Przystanął przy barku i nalał sobie whisky. Mackmyra Preludium, około pięciu tysięcy koron za butelkę. Nic przyszłoby mu do głowy pić coś gorszego. Gdyby miał pić Jim Beam, równie dobrze mógłby wziąć starego lugera po ojcu i strzelić sobie w skroń.

Najbardziej ciążyła mu świadomość, że zawiódł ojca. Jako najstarszy syn zawsze mógł liczyć na specjalne traktowanie. W tej kwestii wszystko było jasne. Ojciec rzeczowo, bez emocji, mówił jego młodszemu rodzeństwu, że Percy jest na specjalnych warunkach, bo pewnego dnia obejmie całą schedę. W duchu się cieszył, kiedy ojciec im pokazywał, gdzie ich miejsce. Wolał za to nie widzieć rozczarowania w oczach ojca, gdy patrzył na niego. Zdawał sobie sprawę, że uważa go za słabeusza, za chłopaka bojaźliwego i rozpuszczonego. Może to prawda, że matka była wobec niego nadopiekuńcza. (Często opowiadała, że urodził się za wcześnie i był bliski śmierci. Urodził się prawie dwa miesiące przed terminem, maleńki jak pisklę. Lekarze powiedzieli rodzicom, że nie powinni liczyć na to, że przeżyje. Ale on po raz pierwszy i ostatni w życiu okazał się silny. Podobno nie miał szans, a jednak przeżył. Ale zawsze był słabego zdrowia.

Wyjrzał na Karlaplan [21]. Ze szklanką whisky w ręku stał w pięknym wykuszu wychodzącym na plac z fontanną pośrodku. Spoglądał na kłębiące się w dole mrowie. Zimą było tu zupełnie pusto, ale teraz wszystkie ławki były zajęte. Dzieci bawiły się, jadły lody i cieszyły się słońcem.

Ze schodów dobiegł odgłos kroków. Nadstawił uszu. Może to ona wraca? Na pewno poszła pobiegać po sklepach. Miał nadzieję, że bank nie zdążył zablokować karty. Czuł się upokorzony. Co to za państwo? Żeby za niezapłacone podatki zabierać człowiekowi cały majątek? To jakieś cholerne komunistyczne zwyczaje. Zacisnął dłoń na szklance. Mary i Charles byliby zachwyceni, gdyby się dowiedzieli, jak wielkie ma problemy. Wciąż opowiadali kłamstwa o tym, jakoby ich wyrzucił z rodzinnego domu i pozbawił należnej części spadku.

Nagle przypomniał sobie Valö. Gdyby tam nie trafił, nie stałoby się to wszystko, o czym postanowił nie myśleć. Od czasu do czasu i tak te myśli powracały.

Na początku zmiana szkoły wydawała się świetnym pomysłem. Odkąd mu zarzucono, że się spokojnie przyglądał, jak tuż przed uroczystym zakończeniem roku paru rozwydrzonych łobuzów zmusiło jego dręczonego przez całą szkołę kolegę do połknięcia dużej porcji środka przeczyszczającego, atmosfera w Lundsbergu zrobiła się nie do zniesienia. Białe letnie ubranie chłopaka zrobiło się brązowe aż po plecy.

Po tym incydencie dyrektor wezwał ojca na rozmowę. Powiedział, że wolałby uniknąć skandalu, więc nie chce się posuwać do relegowania Percy'ego, ale prosi o znalezienie mu innej szkoły. Ojciec się wściekł. Przecież Percy nic nie zrobił, tylko się przyglądał, a to chyba nie przestępstwo. Został jednak pokonany. Dyskretnie popytał w odpowiednich kręgach i postanowił, że najlepszym rozwiązaniem będzie szkoła z internatem na Valö, prowadzona przez Runego Elvandera. Najchętniej wysłałby go za granicę, ale matka się postawiła. Choć raz. Stanęło na szkole Elvandera. Zostawiła po sobie mnóstwo mrocznych wspomnień.

Wypił spory łyk whisky. Życie go nauczyło, że wstyd nie pali tak bardzo, jeśli się go rozcieńczy dobrą whisky. Rozejrzał się po pokoju. Jeśli chodzi o urządzanie mieszkania, dał żonie wolną rękę. Cała ta prostota i biel nie były całkiem w jego guście, ale dopóki nie ruszała pałacu, tutaj mogła robić co chciała. Pałac miał pozostać taki, jaki był za czasów ojca, dziadka i pradziadka. To sprawa honoru.

Niepokoił się coraz bardziej. Poszedł do sypialni. Pyttan powinna już wrócić. Wybierali się na koktajl do przyjaciół. Zazwyczaj zaczynała się szykować już wczesnym popołudniem.

Wszystko wyglądało tak jak zwykle, a jednak nie przestawał się niepokoić. Odstawił szklankę na nocny stolik Pyttan i powoli podszedł do jej szafy. Otworzył, wieszaki zadzwoniły, trącały jeden o drugi. Szafa była pusta.


Nikt by nie uwierzył, że nieco ponad godzinę temu doszło tu do strzelaniny, pomyślał Patrik, gdy przybijali do pomostu. Cisza i spokój wydawały się aż nierzeczywiste.

Erika wyskoczyła z motorówki i pognała do domu, zanim zdążył przycumować. Popędził za nią, w ślad za nim Gösta. Biegła tak szybko, że nie mógł jej dogonić. Wbiegł do domu i zobaczył, jak obejmuje siostrę. Mårten i Ebba siedzieli skuleni na kanapie. Obok stał Mellberg i Paula.

Nie miał pojęcia, skąd się tu wzięła, ale ucieszył się, że ktoś mu zda spójny raport z tego, co się stało.

– Wszyscy cali i zdrowi? – spytał, podchodząc do Pauli.

– Tak. Trochę roztrzęsieni, zwłaszcza Ebba. Ktoś do niej strzelał przez kuchenne okno. W pobliżu chyba nikogo nie ma. W każdym razie nie znaleźliśmy żadnych śladów.

– Dzwoniliście po Torbjörna?

– Tak, już jadą. Ale Bertil już przystąpił do badań technicznych, że tak to ujmę.

– Tak, znalazłem pociski – powiedział Mellberg, podnosząc torebkę z dwoma pociskami. – Nie tkwiły głęboko, wyjąłem je z łatwością. Ten, kto strzelał, musiał stać spory kawałek stąd, bo impet nie był duży.

Patrik się zdenerwował. Pomyślał, że zrobienie sceny już nic nie zmieni, więc tylko zacisnął pięści w kieszeni i odetchnął głęboko. W odpowiednim momencie odbędzie z Mellbergiem poważną rozmowę na temat zasad zabezpieczania śladów na miejscu zbrodni.

– Gdzie byłaś, kiedy to się stało? – spytał Annę. Próbowała się wyswobodzić z objęć Eriki.

– Na piętrze. – Wskazała na schody. – Minutę wcześniej Ebba zeszła do kuchni, żeby zaparzyć kawę.

– A ty? – spytał Mårtena.

– Poszedłem do piwnicy po farbę. Chwilę wcześniej wróciłem z lądu i w zasadzie zdążyłem tylko zejść do piwnicy. Nagle usłyszałem huk.

Spod jego opalenizny wyzierała bladość.

– Przy pomoście nie było żadnej obcej łodzi? – spytał Gösta.

Mårten pokręcił głową.

– Nie, tylko motorówka Anny.

– I nie kręcił się tu nikt obcy?

– Nie. – Ebba patrzyła przed siebie szklanym wzrokiem.

– Kto to wszystko robi? – Mårten z rezygnacją spojrzał na Patrika. – Kto nas prześladuje? Czy to ma coś wspólnego z pocztówką, którą wam dałem?

– Nie wiemy.

– Z jaką pocztówką? – spytała Erika.

Patrik zignorował to pytanie, ale spojrzenie Eriki mówiło mu, że później będzie musiał jej powiedzieć.

– Od tej chwili nikomu nie wolno wchodzić do kuchni. To teren zamknięty. Oczywiście musimy przeszukać wyspę. Najlepiej by było, gdybyście pojechali na ląd i znaleźli sobie jakieś mieszkanie, dopóki tu nie skończymy.

– Ale… zaczął Mårten. – My nie chcemy.

– Owszem, tak zrobimy. – W głosie Ebby słychać było determinację.

– A gdzie znajdziemy pokój w szczycie sezonu turystycznego?

– Możecie mieszkać u nas. Mamy pokój gościnny – powiedziała Erika.

Patrik drgnął. Czy ona oszalała? Proponuje, żeby zamieszkali u nich podczas dochodzenia?

– Możemy? Naprawdę? – Ebba spojrzała na Erikę.

– No pewnie. Przy okazji pokażę ci, czego się dowiedziałam o twojej rodzinie. Wczoraj znów wszystko przeglądałam. To naprawdę bardzo ciekawe.

– Mimo wszystko uważam… – Mårten urwał. Opuścił ręce. – Zróbmy tak: ty pojedziesz, a ja zostanę.

– Wolałbym, żeby żadne z was tu nie zostało – powiedział Patrik.

– Zostanę. – Mårten spojrzał na Ebbę.

Nie zgłosiła sprzeciwu.

– Okej, w takim razie proponuję, żeby Ebba, Erika i Anna wyruszyły od razu. My w oczekiwaniu na Torbjörna weźmiemy się do pracy. Gösta, sprawdź ścieżkę prowadzącą na brzeg. Może są ślady, może ktoś tamtędy przechodził. Paulo, mogłabyś przeszukać teren wokół domu? Ja sprawdzę trochę dalej. Będzie łatwiej, jak przywiozą wykrywacz metali. Na razie robimy ile się da. Jeśli będziemy mieli szczęście, może się okazać, że wrzucił broń w krzaki.

– A jeśli będziemy mieli pecha, już leży na dnie morza – zauważył Gösta, bujając się na piętach.

– Możliwe, ale spróbujmy. – Patrik zwrócił się do Mårtena: – A ty się za bardzo nie wychylaj. To nie jest dobry pomysł, żebyś tu został. Zwłaszcza w nocy, jak nas już nie będzie.

– Mogę pracować na piętrze. Nie będę wam przeszkadzał – powiedział Mårten bezbarwnym głosem.

Patrik przyglądał mu się chwilę, w końcu dał spokój. Jeśli nie chce, nie zmusi go. Podszedł do Eriki. Stała w drzwiach, gotowa do wyjścia.

– Zobaczymy się w domu – powiedział, całując ją w policzek.

– Tak jest. Anno, chyba popłyniemy twoją łódką, co? – powiedziała do siostry. Zagarnęła swoją trzódkę jak pies pasterski.

Patrik nie mógł się nie uśmiechnąć. Pomachał im, a potem spojrzał na dziwaczną grupkę funkcjonariuszy. Będzie cud, jeśli coś znajdą.


Drzwi otworzyły się powoli. John Holm zdjął okulary do czytania i odłożył książkę.

– Co czytasz? – spytała Liv, siadając na brzegu łóżka.

Podniósł książkę, żeby mogła zobaczyć okładkę. Race, evolution and behaviour Philippe'a Rushtona.

– Dobra. Czytałam kilka lat temu.

Chwycił ją za rękę i uśmiechnął się.

– Szkoda, że urlop już się kończy.

– O ile w ogóle ten tydzień można nazwać urlopem. Ile godzin dziennie pracowaliśmy?

– To prawda. – Zmarszczył się.

– Nadal się przejmujesz tym artykułem?

– Nie, masz rację. Nic z tego nie wyniknie. Za tydzień, dwa wszyscy o nim zapomną.

– Chodzi o Gimle?

Spojrzał na nią z powagą. Nie powinna w ogóle o tym wspominać. Tylko najściślejszy krąg wiedział o projekcie. Gorzko żałował, że od razu nie spalił kartki z notatkami. To był niewybaczalny błąd. Chociaż właściwie nie miał pewności, że wzięła ją ta pisarka. Równie dobrze mógł ją porwać wiatr albo mogła się zapodziać gdzieś w domu. Mimo wszystko wiedział, że przed wizytą Eriki Falck leżała na stercie papierów i że kiedy po nią sięgnął, gdy wyszła, już jej nie było.

– Uda się. – Liv pogładziła go po policzku. – Wierzę w to. Sporo już osiągnęliśmy, ale jeśli nie poczynimy drastycznych kroków, istnieje ryzyko, że dalej nie zajdziemy. Musimy rozszerzyć pole działania. Dla dobra wszystkich.

– Kocham cię. – Powiedział to najszczerzej jak mógł. Nikt nie rozumiał go tak dobrze jak ona. Dzielili myśli i przeżycia, wzloty i upadki. Była jedyną osobą, której się zwierzał, która wiedziała wszystko o jego rodzinie. Historię tę znało wiele osób, od lat o niej plotkowano, ale tylko jej powiedział, co wtedy przeżył.

– Mogłabym dzisiaj spać tutaj? – zapytała nagle, patrząc na niego niepewnie.

Targały nim sprzeczne uczucia. Niczego tak nie pragnął jak tego, żeby poczuć bliskość jej gorącego ciała, zasnąć z nią w objęciach, czuć zapach jej włosów. Wiedział, że to niemożliwe. Bliskość rodziła wiele oczekiwań, przypominała niespełnione obietnice i rozczarowania.

– A może byśmy spróbowali? – powiedziała, głaszcząc go po ręce. – Od ostatniego razu minęło sporo czasu. Może coś się… zmieniło?

Odwrócił się, gwałtownie cofnął rękę. Dusiło go wspomnienie własnej niemocy. Nie miał siły przechodzić przez to jeszcze raz. Wizyty u lekarza, małe niebieskie pastylki, jakieś dziwne pompy i spojrzenie Liv, gdy znów kończyło się porażką. Nie, mowy nie ma.

– Idź, proszę cię. – Złapał książkę i trzymał ją przed sobą jak tarczę.

Patrzył na kartki niewidzącym wzrokiem, słyszał kroki Liv zmierzające do drzwi. Słyszał, jak się za nią zamknęły. Okulary do czytania zostały na nocnym stoliku.


Patrik wrócił do domu bardzo późno. Erika siedziała na kanapie przed telewizorem. Położyła dzieci spać i nie miała siły po nich sprzątać, Patrik musiał krążyć między porozrzucanymi po całej podłodze zabawkami.

– Ebba śpi? – spytał, siadając obok niej.

– Tak, zasnęła koło ósmej. Była kompletnie wyczerpana.

– Nic dziwnego. – Patrik położył stopy na stoliku. – Co oglądamy?

– Talk-show Lettermana.

– Kto jest gościem?

– Megan Fox.

– Ooo… – Patrik westchnął i zapadł się w kanapę jeszcze głębiej.

– Chcesz się podniecać fantazjami o Megan Fox, żeby się potem wyżywać na swojej biednej żonie?

– Właśnie – powiedział, wtulając głowę w jej szyję. Erika go odsunęła.

– Jak poszło na Valö?

Westchnął.

– Kiepsko. Przeszukaliśmy całą wyspę, na tyle, na ile się dało, zanim się ściemniło. Pomogli nam Torbjörn i jego ekipa. Zjawili się jakieś pół godziny po waszym wyjeździe. Ale nic nie znaleźliśmy.

– Nic? – Erika ściszyła pilotem telewizor.

– Nic. Żadnych śladów strzelca. Pewnie wrzucił broń do morza. Ale pociski mogą nam coś powiedzieć. Torbjörn wysłał je do zbadania.

– Co to za pocztówka, o której mówił Mårten?

Nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się. Nie powinien ujawniać żonie szczegółów dochodzenia, a z drugiej strony wiele razy przydała mu się jej umiejętność wydobywania na światło dzienne różnych rzeczy. Co tam. Powie jej.

– Ebba przez całe życie dostawała kartki z życzeniami urodzinowymi. Podpisane G. Żadnych gróźb. Aż do dziś. Dzisiaj Mårten przyniósł na komisariat kartkę, którą dostali pocztą. Tym razem treść była zupełnie inna.

– Podejrzewacie, że ten, kto wysyłał te kartki, to sprawca tego, co się stało na Valö?

– Na razie nic nie podejrzewamy, ale trzeba się temu przyjrzeć. Jutro pojedziemy z Paulą do Göteborga porozmawiać z rodzicami adopcyjnymi Ebby. Gösta, jak wiesz, nie radzi sobie zbyt dobrze w kontaktach z ludźmi, a Paula błagała, żebym jej pozwolił trochę popracować. Zdaje się, że od siedzenia w domu chodzi po ścianach.

– Tylko uważaj, żeby się nie przemęczyła. Łatwo przecenić własne siły.

– Moja ty kwoczko. – Uśmiechnął się. – Przeżyłem już dwie ciąże, nie jestem w tej dziedzinie zupełnym ignorantem.

– Pozwól, że uściślę: t y nie przeżyłeś żadnej ciąży. Nie przypominam sobie, żebyś cierpiał z powodu bólów w miednicy, puchnięcia stóp, mrowienia w nogach i zgagi ani żebyś przeżył dwudziestodwugodzinny poród i cesarskie cięcie.

– Okej, rozumiem. – Patrik podniósł ręce. – Obiecuję, że będę miał na nią oko. Mellberg nigdy by mi nie darował, gdyby jej się coś stało. Możesz o nim mówić co chcesz, ale musisz przyznać, że za rodzinę byłby gotów pójść w ogień.

Na ekranie pojawiły się napisy. Erika zaczęła skakać po kanałach.

– A co właściwie Mårten ma tam do roboty? Dlaczego się uparł, żeby zostać?

– Nie wiem. Nie podobało mi się, że zostaje. Wygląd u jakby za chwilę miał się rozlecieć. Sprawia wrażenie opanowanego, wszystko przyjmuje z dziwnym spokojem, ale przypomina mi kaczkę, która spokojnie sunie po wodzie ale pod powierzchnią szaleńczo przebiera łapkami. Rozumiesz, o co mi chodzi? Czy plotę bzdury?

– Doskonale cię rozumiem.

Zmieniała kanały. W końcu wybrała „Najbardziej niebezpieczny zawód świata” na Discovery Channel. Z obojętną miną patrzyła, jak mężczyźni w sztormiakach, zmagając się z wichurą, zgarniają jeden za drugim ogromne metalowe więcierze z krabami. Wyglądały jak wielkie pająki.

– Nie weźmiecie Ebby?

– Nie. Bez niej będzie nam zręczniej rozmawiać. Paula przyjdzie o dziewiątej. Wsiadamy do volvo i jedziemy do Göteborga.

– Dobrze. Będę mogła pokazać Ebbie materiały o jej rodzinie.

– Nie widziałem ich. Masz coś, co mogłoby być dla nas ważne?

Erika musiała chwilę pomyśleć.

– Nie. O tym, co mogłoby mieć jakieś znaczenie, już ci powiedziałam. Wszystkie dotyczą odległej przeszłości. Myślę, że będą ciekawe tylko dla niej.

– Mimo to chętnie je zobaczę. Byle nie dziś. Teraz ma być tylko przyjemnie. – Przysunął się do Eriki, objął ją i położył głowę na jej ramieniu. – Boże, ależ ci faceci mają robotę. Wygląda na śmiertelnie niebezpieczną. Co za szczęście, że nie jestem rybakiem i nie łowię krabów.

– Zgadza się, kochanie. Codziennie dziękuję losowi, że nie jesteś rybakiem i nie łowisz krabów. – Zaśmiała się i pocałowała go w czubek głowy.


Od wypadku miał uczucie, jakby mu grało w stawach. Bolało i rwało, kiedy coś się miało wydarzyć. Teraz też tak się czuł. Jak w największy upał przed straszliwą burzą.

Ia doskonale się orientowała w jego nastrojach i zazwyczaj go beształa, kiedy się zamyślał albo wpadał w melancholijny nastrój. Ale nie dziś. Dziś starali się unikać. Poruszali się po domu tak, żeby się nie spotkać. Do pewnego stopnia nawet go to pobudzało. Najbardziej nie znosił nudy. W dzieciństwie nie potrafił usiedzieć spokojnie pięciu minut. Ojciec się śmiał, że ciągle szuka nowych wyzwań i sprawdza, jak daleko może się posunąć. Mama biadoliła nad wszystkimi złamaniami kości czy stłuczeniami, ale ojciec był z niego dumny.

Od tamtej Wielkanocy już się nie spotkali. Wyjechał za granicę, nie zdążył się nawet z nim pożegnać. Mijały lata, głównie używał życia. Ojciec mimo to okazał sil szczodry. Kiedy na koncie robiło się pusto, ciągle przelewał pieniądze. Nigdy nie robił mu wyrzutów ani nie próbował go ograniczać. Pozwalał na ten swobodny lot. W końcu przeleciał za blisko słońca. Zawsze przeczuwał, że tak się to skończy. Rodzice już nie żyli i nie zobaczyli, jak wypadek na krętej górskiej drodze odbiera mu nie tylko żądzę przygód, lecz także władzę nad własnym ciałem. Ojciec nie musiał go oglądać przykutego do wózka.

Przeszli z Ią długą drogę. Teraz zbliża się przełom. Wystarczy iskra, żeby wszystko spłonęło. Mowy nie ma, żeby ktoś inny wykrzesał tę iskrę. Zrobi to sam.

Nasłuchiwał. W domu panowała absolutna cisza. Widocznie Ia poszła się położyć. Wziął ze stołu telefon i położył go sobie na kolanach. Potem wyjechał na taras i zaczął dzwonić do wszystkich po kolei. Telefon za telefonem.

Kiedy skończył, położył ręce na udach i spojrzał z góry na Fjällbackę. Wyglądała jak wielka tawerna. W ciemności nocy jarzyła się mnóstwem świateł. Potem spojrzał na morze i Valö. W starym ośrodku kolonijnym było ciemno.


Cmentarz Lovö 1933


Od śmierci Carin Göring minęły dwa lata, a Hermann wciąż po nią nie wracał. Czekała wiernie. Dni przechodziły w tygodnie, miesiące i lata.

Nadal uważnie czytała gazety. Hermann został w Niemczech ministrem. W mundurze wyglądał bardzo elegancko. Potężny człowiek, podobno wiele dla tego Hitlera znaczy. Rozumiała, że dopóki jest w Niemczech i robi karierę, musi na niego czekać, ale gazety pisały, że znów przyjechał do Szwecji. Postanowiła mu pomóc. Skoro jest zajęty i nie może do niej przyjechać, ona pojedzie do niego. Jako żona wybitnego polityka będzie musiała się do niego dostosować i pewnie też przeprowadzi się do Niemiec. Zdała sobie sprawę, że córka nie będzie mogła jej towarzyszyć. Człowiek z taką pozycją jak Hermann nie może mieć nieślubnego dziecka. Trudno, Laura skończyła trzynaście lat, musi sobie radzić sama.

W gazetach nie pisali, gdzie Hermann mieszka w Szwecji. Nie wiedziała, gdzie go szukać. Pojechała pod dawny adres, na Odengatan. Otworzył jej jakiś mężczyzna Powiedział, że państwo Göring nie mieszkają tam od wielu lat. Stała przed bramą i zastanawiała się, co robić. I wtedy pomyślała o cmentarzu, na którym pochowano jego żonę. Może znajdzie go przy jej grobie? Czytała, że pochowano ją na Lovö, gdzieś pod Sztokholmem. Trochę popytała i znalazła autobus. Dowiózł ją prawie na miejsce.

Siedziała w kucki przed nagrobkiem i wpatrywała się w napis i wyrytą pod nim swastykę. Złote i żółte liście wirowały na zimnym październikowym wietrze, ale prawie tego nie zauważała. Myślała, że śmierć Carin ostudzi jej nienawiść, ale tu, drżąc w znoszonym płaszczyku, na myśl o latach, które upłynęły w cierpieniu i niedostatku, poczuła, jak wzbiera w niej dawna wściekłość.

Zerwała się, cofnęła kilka kroków i rzuciła w przód z całą siłą. Poczuła dotkliwy ból od barku aż po czubki palców. Nagrobek ani drgnął. Zaczęła niszczyć kwiaty zdobiące grób. Wyrywała je z korzeniami. Potem podważyła zieloną żelazną swastykę stojącą przy nagrobku. Udało jej się przewrócić ją na trawę. Odciągnęła ją najdalej jak mogła. Z satysfakcją patrzyła na swoje dzieło. Nagle poczuła, że ktoś ją łapie za ramię.

– Co się tutaj wyprawia? – Stał przed nią wysoki, potężny mężczyzna.

Dagmar uśmiechnęła się radośnie.

– Jestem przyszłą panią Göring. Wiem, że według Hennanna jego żona nie zasłużyła na ten piękny grób, więc zrobiłam to za niego. A teraz muszę już do niego jechać.

Wciąż się uśmiechała. Mężczyzna patrzył na nią ponuro. Mruknął coś pod nosem i pokręcił głową. trzymając jej ramię w żelaznym uścisku, powlókł ją w stronę kościoła.

Godzinę później, gdy zjawiła się policja, wciąż się uśmiechała.


Dom w Falkeliden chwilami wydawał się zdecydowanie za ciasny. Dan wybierał się z dziećmi na weekend do siostry, do Göteborga. Pakowali się w dość nerwowej atmosferze. Anna ciągle miała wrażenie, że zawadza. Kilka razy biegała na stację benzynową, a to po słodycze i napoje, a to po owoce i komiksy do czytania w drodze.

– Macie już wszystko? – spytała, patrząc na porozstawiane po całym przedpokoju torby i pakunki.

Dan kursował między domem i samochodem Widziała, że wszystkiego nie wciśnie, ale to jego zmartwienie. To on powiedział dzieciom, że mają się spakować same i że mogą zabrać, co chcą.

– Na pewno nie chcesz jechać z nami? Nie podoba mi się, że zostajesz sama po tym wszystkim.

– Dziękuję. Nie martw się o mnie. Dobrze mi zrobi kilka dni samotności. – Spojrzała na niego prosząco. Chciała, żeby zrozumiał i się nie obraził.

Objął ją.

– Doskonale to rozumiem, kochanie. Nie tłumacz się. Spędź ten czas przyjemnie. Myśl tylko o sobie. Zjedz coś dobrego, popływaj sobie tak, jak lubisz, idź na zakupy. Rób, co chcesz, byleby dom stał na swoim miejscu, jak wrócimy. – Uściskał ją jeszcze raz i poszedł po kolejne bagaże.

Ścisnęło ją w gardle. Już chciała powiedzieć, że zmieniła zdanie, ale nie odezwała się. Chciała się zastanowić, dogadać z samą sobą. Nie chodziło tylko o to, co się stało wczoraj. Miała życie przed sobą, ale ciągle nie mogła przestać oglądać się za siebie. Czas się zdecydować. Co zrobić, żeby wreszcie zrzucić z siebie przeszłość i spojrzeć w przyszłość?

– Mamo, dlaczego nie jedziesz z nami? – Emma pociągnęła ją za rękaw.

Anna przykucnęła. Uderzyło ją, jak bardzo Emma urosła od wiosny. To już duża dziewczynka.

– Mówiłam ci, że mam dużo pracy.

– Ale przecież mamy jechać do Liseberg! – Emma spojrzała na nią jak na kogoś niespełna rozumu. Trzeba być zupełnie nienormalnym, żeby rezygnować z wycieczki do parku rozrywki.

– Następnym razem pojadę z wami. A poza tym wiesz, jaki ze mnie tchórz. Nie odważyłabym się na niczym jeździć. Ty jesteś dużo odważniejsza.

– Jestem! – potwierdziła Emma, prostując się z dumą. – I przejadę się kolejką górską, chociaż nawet tata boi się nią jechać.

Emma i Adrian nazywali Dana tatą. Zawsze ją to wzruszało. Również dlatego potrzebowała tych dwóch dni samotności. Musi się posklejać. Ze względu na rodzinę.

Pocałowała córkę w policzek.

– Do zobaczenia w niedzielę wieczorem.

Emma pobiegła do samochodu. Anna oparła się o framugę i z rozbawieniem obserwowała scenę rozgrywającą się na podjeździe. Dan zaczął się pocić. Zdał sobie sprawę, że tego przedsięwzięcia nie da się zrealizować.

– Boże, ile oni tego nabrali – powiedział, ocierając pot z czoła.

Bagażnik już był wypełniony po brzegi, a w przedpokoju wciąż piętrzyła się sterta najróżniejszych rzeczy.

– Tylko nic nie mów! – Pogroził Annie palcem. Rozłożyła ręce.

– Nic nie mówię…

– Adrianku! Czy Dino naprawdę musi jechać z nami? – Dan podniósł do góry metrowego dinozaura, ukochaną przytulankę Adriana, prezent gwiazdkowy od Eriki i Patrika.

– Jeśli Dino nie jedzie, to ja też nie! – zawołał Adrian, łapiąc dinozaura.

– Lisen – Dan zwrócił do córki. – Musisz zabierać wszystkie lalki Barbie? Nie mogłabyś wybrać dwóch najładniejszych?

Lisen natychmiast zaczęła płakać. Anna pokręciła głową. Posłała Danowi całusa.

– Nie chcę się do tego mieszać. Byłoby kiepsko, gdybyśmy polegli oboje. Miłej zabawy.

Poszła na górę, do sypialni. Położyła się na narzucie i włączyła telewizor. Po namyśle śmiało wcisnęła trójkę. Talk-show Oprah.


Sebastian stukał długopisem w notatnik. Był zirytowany. Wszystko poszło zgodnie z planem, a jednak nie byt w dobrym humorze.

Uwielbiał czuć, że steruje Percym i Josefem. Wyglądało na to, że wspólne interesy okażą się bardzo dochodowe. Czasem nie mógł się ludziom nadziwić. Do głowy by mu nie przyszło wdawać się w interesy z kimś takim jak on. Ale tamci byli zdesperowani, każdy z innego powodu: Percy ze strachu, że straci spadek po przodkach, Josef natomiast chciał się zrehabilitować i uczcić pamięć rodziców. Znacznie lepiej rozumiał Percyego niż Josefa. Percyemu groziła utrata czegoś ważnego: pieniędzy i pozycji. Motywy Josefa były dla niego zagadką. Jakie to ma znaczenie, co zrobi? Pomysł zbudowania Muzeum Zagłady był kompletnym szaleństwem, w dodatku nieopłacalnym. Josef też by to rozumiał, gdyby nie był takim idiotą.

Stanął przy oknie. W marinie było mnóstwo łodzi pod norweską banderą. Na ulicach ciągle słyszało się norweski. Nie przeszkadzało mu to. Korzystnie sprzedał Norwegom kilka nieruchomości. Bogactwo zbudowane na dochodach z ropy naftowej zachęcało do kupowania nieruchomości z dobrym widokiem na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Gotowi byli płacić naprawdę dużo.

Spojrzał na Valö. Dlaczego Leon musiał wrócić i tak strasznie namieszać? Przez chwilę myślał o Leonie i Johnie. Nad nimi też miał władzę, ale był na tyle mądry, żeby z niej nie korzystać. Zachował się jak prawdziwy drapieżnik: rozpoznał słabszych członków stada i oddzielił ich od reszty. Leon znów chciał zebrać stado, a on czuł, że na tym nie zyska. Ale sprawa ruszyła z miejsca i jest, jak jest. Nie będzie się zamartwiać czymś, na co nie ma wpływu.


Erika patrzyła przez okno, dopóki Patrik nie odjechał, potem szybko ubrała dzieci i wsadziła je do samochodu.

Ebba jeszcze spała. Zostawiła jej kartkę: w lodówce najdzie wszystko, żeby sobie zrobić śniadanie, a ona wyjeżdża na chwilę, żeby coś załatwić. Jak tylko się obudziła, wysłała SMS-a do Gösty. Wiedziała, że na nich czeka.

– Dokąd jedziemy? – Maja siedziała na tylnym siedzeniu, przytulała lalkę.

– Do wujka Gösty – odparła Erika. I w tym momencie uświadomiła sobie, że Maja na pewno powtórzy to Patrikowi. Trudno, wcześniej czy później i tak się dowie. Bardziej martwiło ją to, że nie powiedziała mu, że chyba ktoś się do nich włamał.

Skręciła przy zjeździe na Anras. Postanowiła, że nie będzie się zastanawiać, kto grzebał w jej rzeczach. Odpowiedź nasuwała się sama. Były tylko dwie możliwości: albo ktoś podejrzewał, że wyszperała coś ważnego o tym, co się stało w dawnym ośrodku kolonijnym, albo miało to związek z jej wizytą u Johna Holma i z kartką. Raczej to drugie, zważywszy na to, kiedy to się stało.

– Zabrałaś całą gromadkę? – powitał ich Gösta. Ton niezadowolenia zrównoważył błysk w oku.

– Jeśli masz w domu cenne przedmioty odziedziczone po przodkach, lepiej je schowaj – powiedziała, zdejmując dzieciom buty.

Bliźniacy wstydzili się i czepiali jej nóg. Maja natomiast wyciągnęła do Gösty rączki i zawołała radośnie:

– Wujek Gösta!

Gösta zesztywniał. Nie wiedział, jak zareagować na takie czułości. W końcu się rozczulił i wziął ją na ręce.

– Słodka z ciebie dziewczynka. – Poszedł z nią w głąb domu i nie oglądając się za siebie, oznajmił: – Nakryłem do stołu w ogrodzie.

Erika wzięła chłopców, posadziła ich sobie na biodrach i poszła za nim. Rozglądała się z zaciekawieniem. Dom stał w dobrym miejscu, w pobliżu pola golfowego. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, ale na pewno nie było to typowe przygnębiające starokawalerskie mieszkanie. Gösta mieszkał w schludnym, przytulnym domu z dobrze utrzymanymi roślinami w oknach. Również mały ogródek za domem był zaskakująco zadbany, chociaż zapewne nie wymagał dużo pracy.

– Mogę poczęstować dzieci sokiem i drożdżówkami. Czy należycie do tych rodziców, którzy dają dzieciom tylko to, co zdrowe i ekologiczne? – spytał, sadzając Maję na krześle.

Erika uśmiechnęła się. Zastanawiała, czy Gösta nie spędza wolnego czasu na lekturze „Mamy” [22].

– Sok i drożdżówki to jest to – odparła, stawiając na podłodze bliźniaków. Oddalali się od niej coraz śmielej.

Maja zauważyła kilka krzaków malin i z radosnymi okrzykami pobiegła w ich stronę.

– Nie masz nic przeciwko temu, żeby sobie zerwała? – Znała swoją córkę i wiedziała, że za chwilę na krzakach nie będzie nawet jednej dojrzałej maliny.

– Na zdrowie – powiedział Gösta, nalewając do filiżanek kawy. – Inaczej tylko ptaki będą miały z nich pożytek. Maj-Britt robiła z nich dżemy i sok, ale mnie takie rzeczy nie leżą. Ebba… – Przerwał. Wrzucił do kawy kostkę cukru.

– Co Ebba? – Przypomniała sobie wyraz twarzy Ebby, kiedy płynęły z Valö. Widać było, że chciałaby i uciec, i zostać.

– Ebba też potrafiła stać i zrywać tak długo, aż zjadła wszystkie – powiedział z ociąganiem. – Tamtego lata, gdy była u nas, nie było ani soków, ani dżemów, ale Maj-Britt i tak się cieszyła. Kapitalnie to wyglądało. Stała w samej pieluszce i opychała się malinami. Sok jej ściekał po pulchnym brzuszku.

– Ebba u was mieszkała?

– Tak, ale to było tylko jedno lato. Później zabrała ją ta rodzina z Göteborga.

Erika zamilkła na dłuższą chwilę. Musiała strawić to, co powiedział. Dziwne. Zbierając materiały, nie znalazła nic o tym, że mała Ebba mieszkała u Gösty i jego żony. Teraz zrozumiała, dlaczego tak bardzo się zaangażował.

– Nie myśleliście o tym, żeby ją zatrzymać? – spytała w końcu.

Gösta patrzył na filiżankę, nie przestawał mieszać. Zrobiło jej się głupio. Nie podniósł wzroku. Domyśliła się, że ma łzy w oczach. Odchrząknął i przełknął ślinę.

– Jeszcze jak. Dużo o tym rozmawialiśmy. Ale Maj-Britt uważała, że nie damy rady, a ja dałem się przekonać. Wydawało nam się, że nie możemy jej zbyt wiele dać.

– A potem, kiedy ją zabrali do Göteborga, mieliście z nią jakiś kontakt?

Gösta jakby się zawahał. Potrząsnął głową.

– Nie. Uważaliśmy, że lepiej będzie całkiem go zerwać. Kiedy odjeżdżała… – Głos mu się załamał, nic mógł dokończyć. Erika się domyśliła, nie musiał nic tłumaczyć.

– Jak to było spotkać się z nią po latach?

– Było dość szczególnie. Jest dorosłą kobietą, nie znam jej. Z drugiej strony mam wrażenie, jakbym w niej widział tamtą małą dziewuszkę, która stała przy krzaku malin i odpowiadała uśmiechem na każde spojrzenie.

– Teraz już się tak nie uśmiecha.

– Nie uśmiecha się. – Zmarszczył czoło. – Wiesz, co się stało z ich synkiem?

– Nie, nie chciałam pytać. Patrik i Paula jadą właśnie do Göteborga porozmawiać z jej rodzicami adopcyjnymi. Na pewno się dowiedzą.

– Nie podoba mi się ten jej mąż. – Gösta sięgnął po drożdżówkę.

– Mårten? Nie wydaje mi się, żeby coś z nim było nic tak. Ale na pewno mają problemy. Muszą się uporać z żałobą po dziecku, a widzę po siostrze, że ma to ogromny wpływ na relacje. Wspólna żałoba niekoniecznie zbliża ludzi.

– Masz rację. – Gösta kiwnął głową.

Erika przypomniała sobie, że on też wie o tym bardzo dobrze. Jego jedyne dziecko umarło kilka dni po narodzinach. A potem stracili Ebbę.

– Wujku, zobacz, ile tu malin! – zawołała Maja spod krzaka.

– Jedz, ile chcesz!. – odkrzyknął i oczy mu się zaszkliły.

– Może byś kiedyś z nimi posiedział?

– Z całą trójką bym sobie nie poradził, ale małą mógłbym się zaopiekować, gdybyście potrzebowali pomocy.

– Będę o tym pamiętać. – Postanowiła, że postara się o taką okazję. Maja nie należała do nieśmiałych. Między nią a ponurym kolegą taty zawiązała się nić szczególnego porozumienia. Poza tym widać było, że w sercu Gösty jest puste miejsce, które mogłaby wypełnić.

– Co myślisz o tym, co się wczoraj stało?

– Jakoś mi się to nie składa. Elvanderowie zniknęli w 1974 roku, prawdopodobnie zostali zamordowani. Potem przez lata nic się nie działo, aż do powrotu Ebby. I nagle rozpętuje się piekło. Dlaczego?

– Z pewnością nie chodzi o to, że mogłaby coś ujawnić. Była za mała, żeby cokolwiek pamiętać.

– To prawda. Sądzę raczej, że ktoś nie chciał dopuścić, żeby znaleźli krew. To z kolei trudno powiązać z wczorajszymi strzałami, bo krew już znaleźli.

– Ale kartka, którą przyniósł Mårten, świadczy o tym, że ktoś jej źle życzy. A skoro kartki przychodziły od 1974 roku, można przypuszczać, że wszystko, co się przydarzyło Ebbie w ostatnim tygodniu, ma związek z zaginięciem jej rodziny. Chociaż dopiero teraz ten ktoś jej grozi.

– Właśnie, ja…

– Maju! Nie popychaj Noela! – Erika zerwała się i podbiegła do przepychających się dzieci.

– Bo Noel wziął moją malinkę. I… on ją zjadł! – Maja rozryczała się na całego. Próbowała kopnąć Noela.

Erika mocno chwyciła córkę za ramię i spojrzała na nią surowo.

– Przestań! Nie wolno kopać brata. Na krzaku jest jeszcze całe mnóstwo malin. – Wskazała na uginający się od dojrzałych owoców krzak.

– Ale ja chciałam tę! – Maja miała taką minę, jakby ją spotkała wielka niesprawiedliwość. Erika puściła ją, żeby wziąć na ręce i pocieszyć Noela. Maja skorzystała z okazji

– Wujku Gösto! Noel zabrał moją malinkę! – szlochała.

Gösta przyjrzał się jej umazanej buzi i z uśmiechem posadził ją sobie na kolanach. Od razu zwinęła się w rozczulający kłębuszek.

– No już – powiedział i pogłaskał ją po główce, jakby całe życie nie robił nic innego, tylko pocieszał zrozpaczone trzylatki. – Wiesz, ta malinka, na której ci tak zależało, nie była najlepsza.

– Nie? – zdziwiła się Maja i nagle przestała płakać.

– Nie. Ja wiem, gdzie są najlepsze maliny, ale to będzie nasza tajemnica. Nie wolno ci tego powiedzieć nikomu, ani braciom, ani nawet mamie.

– Nie powiem.

– W takim razie posłuchaj – powiedział Gösta i zaczął jej szeptać do ucha.

Maja słuchała uważnie. Potem zsunęła się z jego kolan i pobiegła do krzaków. Noel już się uspokoił, Erika wróciła do stołu.

– Co jej powiedziałeś? Że gdzie są najlepsze maliny?

– Powiedziałbym ci, ale potem musiałbym cię niestety zamordować – odparł Gösta z uśmiechem.

Erika odwróciła głowę i spojrzała w stronę krzaków. Maja stała na paluszkach i zrywała maliny, które dla bliźniaków rosły zbyt wysoko.

– Spryciarz z ciebie – zauważyła ze śmiechem. – O czym rozmawialiśmy? Właśnie, o wczorajszej próbie zamordowania Ebby. Musimy ruszyć z miejsca. Udało ci się ustalić, co się stało z rzeczami Elvanderów? Mogłyby się okazać bezcennym źródłem informacji. Czy to możliwe, żeby wszystko zostało wyrzucone? Może ktoś tam przyszedł posprzątać? Czy wszystko robili sami, łącznie ze sprzątaniem i uprawianiem ogrodu?

Gösta nagle się wyprostował.

– Boże, jaki ja jestem głupi. Chyba naprawdę się starzeję.

– Co takiego?

– Że też nie pomyślałem… Tylko że w pewnym sensie ten facet należał do inwentarza, co zresztą znaczy, że powinienem był pomyśleć o nim wcześniej.

Erika spojrzała na niego z irytacją.

– O kim ty mówisz?

– O Ollem, złomiarzu.

– O właścicielu złomowiska w Bracke? Co on ma wspólnego z Valö?

– Bywał tam kiedy chciał. Był kimś w rodzaju złotej rączki.

– Myślisz, że mógł zabrać rzeczy?

Gösta rozłożył ręce.

– To by wszystko tłumaczyło. Facet zbiera wszystko, więc nie zdziwiłbym się, gdyby wziął ile się da, jeśli nikt inny się nie upomniał.

– Pytanie, czy nadal je przechowuje.

– Że niby zrobił wiosenne porządki i wszystkiego się pozbył?

Erika się roześmiała.

– Jeśli je zabrał, to rzeczywiście można założyć, że je ma do tej pory. Może byśmy od razu do niego pojechali. – Chciała wstać z krzesła. Gösta powstrzymał ją gestem

– Tylko spokojnie. Jeśli są na złomowisku, to znaczy, że leżą tam od ponad trzydziestu lat. Mało prawdopodobne, żeby miały zniknąć właśnie dziś. Zresztą to nie jest odpowiednie miejsce dla dzieci. Zadzwonię do niego i jeśli to ma, pojedziemy, jak załatwisz kogoś do nich

Wiedziała, że ma rację, ale entuzjazm aż ją roznosił i nic nie mogła na to poradzić.

– Jak ona się czuje? – spytał.

Erika dopiero po chwili zorientowała się, o kogo mu chodzi.

– Ebba? Jest wykończona. Mam wrażenie, że z ulgą opuściła wyspę.

– I tego swojego Mårtena.

– Sądzę, że się co do niego mylisz. Chociaż w pewnym sensie możesz mieć rację. Przez to, że są tam tylko we dwoje, nieuchronnie dochodzi do zmęczenia materiału. Udało mi się ją zainteresować jej biologiczną rodziną. Jak wrócę do domu i położę chłopców spać, pokażę jej wszystko, co zebrałam.

– Na pewno to doceni. Historia jej rodziny jest rzeczywiście barwna.

– Co najmniej. – Erika wypiła ostatni łyk kawy. Skrzywiła się, była zimna. – Nawiasem mówiąc, rozmawiałam z Kjellem z „Bohusläningen”. Mówił mi trochę o przeszłości Johna Holma.

Opowiedziała pokrótce o rodzinnej tragedii, która zasiała w sercu Holma nienawiść, i o kartce, o której wcześniej bała się wspomnieć.

– Gimle? Pojęcia nie mam, co to znaczy. Ale to nie musi mieć nic wspólnego z Valö.

– To prawda, ale zaniepokoiło go to tak bardzo, że zlecił komuś, żeby się włamał do naszego domu – wymsknęło jej się.

Włamali się do was? Co na to Patrik?

Erika milczała. Gösta wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

– Nic mu nie powiedziałaś? – Jego głos przeszedł w falset. – Jesteś pewna, że to John Holm i jego banda?

– To tylko domysły. Zresztą nic się nie stało. Ktoś wszedł przez werandę, poszperał w moim gabinecie, chciał się załogować do mojego komputera, ale nie udało mu się. Powinnam się cieszyć, że nie ukradł twardego dysku.

– Patrik oszaleje, jak się dowie. I wścieknie się na mnie, jeśli się domyśli, że wiedziałem i też nic nie powiedziałem.

Erika westchnęła.

– Powiem mu. A najciekawsze jest to, że w moim gabinecie jest coś tak dla kogoś ważnego, że jest gotów zaryzykować włamanie. I wydaje mi się, że to właśnie ta kartka.

– Myślisz, że John Holm naprawdę zrobiłby coś takiego? Zaszkodziłby Przyjaciołom Szwecji, gdyby się wydało, że się włamał do domu policjanta?

– Uważam, że zaryzykowałby, gdyby chodziło o coś ważnego. Tak czy inaczej, dałam tę kartkę Kjellowi, Niech on się dowie, o co tam chodzi.

– Dobrze. Ale wieczorem powiesz o wszystkim Patrikowi. Inaczej marnie się to dla mnie skończy.

– Powiem – odparła niechętnie. Myślała o tym bez entuzjazmu, ale wiedziała, że musi to zrobić.

Gösta pokręcił głową.

– Jestem ciekaw, czy Patrikowi i Pauli uda się czegoś dowiedzieć. Zaczynam wątpić.

Erikę ucieszyła ta zmiana tematu.

– Został nam Olle – przypomniała. – Więc jeszcze jest nadzieja.

– Nadzieja jest zawsze – odparł Gösta.


Szpital S:t Jörgens 1936


W naszej ocenie jest mało prawdopodobne, żeby pani matka została wypisana w dającej się przewidzieć przyszłości – powiedział doktor Jansson, starszawy, siwy mężczyzna z wielką brodą, jak Święty Mikołaj.

Laura odetchnęła z ulgą. Ułożyła sobie życie, miała dobrą pracę i nowe mieszkanie. Pokój u pani Bergström przy i Galärbacken był malutki, ale za to mieszkała sama i było tak ładnie jak w domku dla lalek. Postawiła go na honorowym miejscu na wysokiej komodzie przy łóżku. Lżej jej było bez matki. Już od trzech lat przebywała w göteborskim szpitalu S:t Jorgens. Laura wreszcie nie musiała się martwić ani o nią, ani o to, co jeszcze mogłaby nawyprawiać.

– Na co właściwie choruje moja matka? – spytała takim tonem, jakby się o nią troszczyła.

Jak zawsze ładnie się ubrała. Siedziała z nogami elegancko ułożonymi na bok, z torebką na kolanach. Miała zaledwie szesnaście lat, ale czuła się dużo starsza.

– Nie udało nam się postawić diagnozy. Zapewne cierpi na tak zwaną neurozę. Terapia niestety nie przyniosła poprawy, wciąż się upiera przy tych urojeniach na temat Hermanna Göringa. Bynajmniej nie jest to rzadkie. Osoby dotknięte neurozą fantazjują o ludziach, o których czytały w gazetach.

– Odkąd pamiętam, matka ciągle o nim mówiła – odparła Laura.

Lekarz spojrzał na nią ze współczuciem.

– Domyślam się, że musiała panienka mieć niełatwe dzieciństwo. Ale wydaje się, że panienka sobie poradziła. Jest nie tylko ładna, ale i roztropna.

– Starałam się jak mogłam – odparła nieśmiało, ale na samo wspomnienie żółć podeszła jej do gardła.

Nienawidziła chwil, gdy nie mogła zapanować nad wspomnieniami. Najczęściej udawało jej się zepchnąć je w podświadomość i nie myśleć ani o matce, ani o małej, ciemnej, śmierdzącej wódką norze, której nie pomagało żadne sprzątanie i szorowanie. Zepchnęła tam również wyzwiska. Już nikt nie przypominał jej o matce. Ludzie szanowali ją za to, jaka była. A była sumienna, porządna i skrupulatna. Nie musiała wysłuchiwać obelg.

Ale wciąż się bała, że matkę wypuszczą i że wszystko zepsuje.

– Chce się panienka spotkać z matką? Nie radzę, ale… – Doktor Jansson rozłożył ręce.

– Myślę, że lepiej nie. Zawsze robi się wtedy taka podenerwowana. – Przypomniała sobie wiązankę, jaką jej puściła, kiedy ją ostatnio odwiedziła. Stek wyzwisk, którego nie byłaby w stanie powtórzyć. Doktor Jansson chyba też to pamiętał.

– Słusznie. Staramy się utrzymywać pani matkę w stanie równowagi psychicznej.

– Mam nadzieję, że nadal nie wolno jej czytać gazet.

– Nie. Po tym, co się wtedy stało, nie ma dostępu do gazet – odparł zdecydowanie.

Dwa lata temu zadzwonili do niej ze szpitala. Matka przeczytała w gazecie, że Göring nie tylko przeniósł szczątki zmarłej żony do Niemiec, do swego majątku Karinhall, lecz także zamierzał zbudować dla niej mauzoleum. W napadzie szału zdemolowała pokój i pobiła do krwi pielęgniarza. Musieli go opatrzyć.

– Proszę mi dać znać, gdyby się wydarzyło coś nowego, dobrze? – powiedziała, wstając. W lewej ręce trzymała rękawiczki, prawą wyciągnęła do doktora.

Odwróciła się. Kiedy wychodziła z gabinetu, na jej twarzy igrał uśmiech. Jeszcze przez jakiś czas może się czuć wolna.


Dojeżdżali do Torp, na północ od Uddevalli. Stanęli w potężnym korku. Patrik zwolnił. Paula zaczęła się wiercić, usiłowała znaleźć wygodną pozycję. Spojrzał na nią z troską.

– Na pewno dasz radę jechać do Göteborga i z powrotem?

– Dam. Nie martw się o mnie. Mam wokół siebie wystarczająco dużo takich, co się martwią.

– Miejmy nadzieję, że ta wyprawa okaże się tego warta. Okropny dziś ruch.

– Zabierze nam to tyle czasu, ile musi – zauważyła] Paula. – Jak się czuje Ebba?

– Prawdę mówiąc, nie wiem. Spała, kiedy wczoraj wróciłem do domu. Rano też, jak wychodziłem. Erikz mówiła, że była wykończona.

– Nic dziwnego. Dla niej to musi być koszmar.

– Tak. No, gazu! – Patrik nacisnął klakson. Kierowca samochodu jadącego przed nimi nie zorientował się dostatecznie szybko, że między samochodami powstała luka.

Paula pokręciła głową. Wolała się nie odzywać] Jeździła z nim na tyle często, żeby wiedzieć, że kiedy siada za kierownicą, w jego usposobieniu zachodzi dramatyczna zmiana.

Jechali przeszło godzinę dłużej niż zwykle. Kiedy w końcu wjechali w spokojną willową uliczkę na Parlilie, Patrik był bliski wybuchu. Wysiadł i zaczął się wachlować połami koszuli. Kleiła mu się do ciała.

– Kurczę, ale gorąco. Nie padniesz w tym upale?

Paula z wyższością spojrzała na jego spocone czoło.

– Ja cudzoziemka, ja się nie pocić – powiedziała, podnosząc ręce, żeby pokazać, że pod pachami ma sucho.

– Za to ja pocę się za nas dwoje. Powinienem był wziąć zapasową koszulę. Coś okropnego, iść do ludzi w tym stanie. Ja wyglądam jak spocona mysz, a ty jak wyrzucony na brzeg wieloryb. To się zdziwią, że tak wygląda policja z gminy Tanum – powiedział Patrik, naciskając dzwonek.

– Sam jesteś wieloryb. Ja jestem w ciąży. A ty co masz na swoje usprawiedliwienie? – dźgnęła go palcem w bok.

– Tusza dodaje mi powagi, ale zrzucę, jak tylko wrócę do ćwiczeń.

– Słyszałam, że twój fitness klub rozesłał ogłoszenie o zaginięciu jednego z członków.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Patrik nie mógł się odszczeknąć.

– Dzień dobry, witam! Pewnie jesteście z policji? / Tanumshede? – powiedział sympatyczny mężczyzna po sześćdziesiątce.

Patrik potwierdził i przedstawił ich oboje. W drzwiach stanęła kobieta, również po sześćdziesiątce.

– Wejdźcie, proszę. Mam na imię Berit. Zapraszamy do inkubatora dla emerytów. Może być?

– Gdzie? – syknęła Paula do Patrika.

– Na werandę – szepnął.

Paula uśmiechnęła się z rozbawieniem.

Berit przyciągnęła do stolika duży wiklinowy fotel i skinęła na Paulę.

– Proszę usiąść tutaj. Tu będzie pani najwygodniej.

– Dziękuję! Potem będzie potrzebny dźwig, żeby mnie podnieść – powiedziała Paula, opierając się o grube poduszki.

– A nogi proszę oprzeć na tym stołku. W tym upale na pewno ciężko się znosi zaawansowaną ciążę.

– Rzeczywiście, robi się ciężko – przyznała Paula. Po podróży nogi miała jak piłki.

– Pamiętam to lato, kiedy Ebba spodziewała się Vincenta. Też było tak gorąco i… – Berit urwała, jej uśmiech zgasł.

Sture objął żonę i czule pogłaskał po ramieniu.

– Siadajmy. Napijemy się kawy i zjemy kawałek domowego ciasta. Przepis jest tajemnicą. Nawet ja nie wiem, jak Berit je robi. – Mówił lekkim tonem, żeby poprawić wszystkim nastrój, ale spojrzenie miał smutne, tak jak żona.

Patrik usiadł, zdając sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał poruszyć temat, który musi być bardzo bolesny dla rodziców Ebby.

– Proszę się częstować. – Berit podsunęła Patrikowi i Pauli talerz. – Wiecie już z mężem, kto się urodzi? Chłopiec czy dziewczynka?

Paula właśnie miała wbić zęby w ciasto. Zamarła w pół ruchu. Spojrzała matce Ebby prosto w oczy i odpowiedziała uprzejmie:

– Nie, razem z moją partnerką Johanną postanowiłyśmy tego nie sprawdzać. Mamy już synka, więc oczywiście byłoby miło, gdyby urodziła się dziewczynka. Ale najważniejsze, żeby urodziło się zdrowe. – Pogłaskała się po brzuchu, czekała na reakcję gospodarzy. Berit się rozpromieniła.

– Ależ on musi być dumny, że zostanie starszym bratem!

– Taka piękna mama na pewno urodzi zdrowe dziecko. Nieważne, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka – dodał Sture z uśmiechem.

Najwyraźniej nie przeszkadzało im, że dziecko będzie miało dwie mamy. Paula się uśmiechnęła.

– Proszę nam teraz powiedzieć, co się dzieje – poprosił Sture. – Dzwonimy do Ebby i Mårtena, ale na pytania odpowiadają lakonicznie. Nie chcą też, żebyśmy do nich przyjeżdżali.

– Chyba rzeczywiście lepiej, żebyście nie jechali – odparł Patrik. Pomyślał, że ostatnia rzecz, jakiej im trzeba, to więcej ludzi na Valö.

– Dlaczego? – Berit poruszyła się niespokojnie. – Ebba powiedziała tylko, że pod podłogą znaleźli krew. Czy to…

– To najbardziej prawdopodobne, ale jest na tyle stara, że nie da się stwierdzić ani czy to krew krewnych Ebby, ani ilu osób.

– Straszne – powiedziała Berit. – Nigdy za dużo o tym z Ebbą nie rozmawialiśmy. Zresztą wiedzieliśmy tylko to, co nam przekazała opieka społeczna i co wyczytaliśmy w gazetach. Dlatego byliśmy zdziwieni, kiedy postanowili z Mårtenem przejąć ten dom.

– Mnie się zdaje, że nie tyle chcieli pojechać na Valö, ile wyjechać stąd – zauważył Sture.

– Czy mogą nam państwo powiedzieć, co się stało z ich synkiem? – spytała ostrożnie Paula.

Berit i Sture spojrzeli po sobie. Sture powoli opowiedział, jak zginął mały Vincent. Patrik słuchał ze ściśniętym gardłem. Życie bywa okrutne i bezsensowne.

– Kiedy postanowili się wyprowadzić? – spytał, gdy Sture skończył.

– Mniej więcej po pół roku – odparła Berit. Sture przytaknął.

– Zgadza się. Sprzedali dom, a mieszkali tylko kawałeczek dalej. – Wskazał w nieokreślonym kierunku. – Mårten wycofał się ze zleceń na prace stolarskie. Ebba cały czas była na zwolnieniu. Pracowała w urzędzie skarbowym. Była ekonomistką, już tam nie wróciła. Trochę się martwimy, jak sobie poradzą finansowo, ale dzięki pieniądzom za dom mogą oczywiście wystartować.

– Będziemy im w miarę możliwości pomagać – powiedziała Berit. – Mamy jeszcze dwoje dzieci własnych, by tak rzec, chociaż Ebbę również traktujemy jak rodzoną córkę. Zawsze była ich ulubienicą i oni też chętnie pomogą, na tyle, na ile będą mogli, więc pewnie jakoś to się ułoży.

– To będzie piękne miejsce, kiedy już skończą. Mårten chyba jest bardzo dobrym stolarzem – zauważył Patrik,

– Doskonałym – potwierdził Sture. – Bardzo dużo pracował, kiedy tu mieszkali. Czasem aż za dużo, ale lepszy zięć zapracowany niż leniwy.

– Może jeszcze kawy? – Berit nie czekała na odpowiedź. Poszła po dzbanek.

Sture popatrzył za nią.

– Dużo ją to kosztuje, chociaż stara się tego nie okazywać. Ebba zjawiła się jak aniołek zesłany z nieba. Nasze dzieci miały już sześć i osiem lat, gdy zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie sprawić sobie jeszcze jednego. Wtedy Berit wpadła na pomysł, żebyśmy się zaopiekowali takim, które nikogo nie ma.

– Mieli państwo inne przybrane dzieci? – spytała Paula.

– Nie. Ebba była pierwszym i jedynym dzieckiem, które wzięliśmy na wychowanie. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że zostanie u nas. Postanowiliśmy ją adoptować. Berit nie spała po nocach, dopóki adopcja nie przeszła w sądzie. Okropnie się bała, że ktoś nam ją zabierze.

– Jaka była Ebba, kiedy była dzieckiem? – spytał Patrik. Coś mu mówiło, że Ebba, jaką zna, jest bladym cieniem dawnej siebie.

– Był z niej pędziwiatr, tyle powiem.

– Oj, tak! – Berit wróciła ze świeżą kawą. – Strasznie psotny dzieciak, ale taka była zawsze wesoła, że nie można było się na nią gniewać.

– Przez to było nam jeszcze ciężej – wtrącił Sture. – Strąciliśmy nie tylko wnuka, ale również Ebbę, bo razem z nim umarła część niej. To samo dotyczy Mårtena. Zawsze miał bardzo zmienne nastroje, okresowo nawet depresje, ale dopóki żył Vincent, było im dobrze razem. A teraz… sam nie wiem. Na początku nie byli w stanie przebywać w tym samym pomieszczeniu, a teraz tkwią we dwoje na wyspie. Nie możemy przestać się o nich martwić.

– Kto mógł podpalić dom, a potem strzelać do Ebby? Mają państwo jakiś pomysł? – spytał Patrik.

Berit i Sture skamienieli.

– Ebba nic państwu nie powiedziała? – Patrik spójrzał na Paulę. Do głowy mu nie przyszło, że mogą nic wiedzieć, co się przydarzyło ich córce. Postarałby się formułować pytania delikatniej.

– Nie. Powiedziała tylko o krwi pod podłogą – odpai Sture.

Patrik zaczął szukać właściwych słów, żeby opowiedzieć o tym, co się stało na Valö. Paula go uprzedziła Spokojnie i rzeczowo opowiedziała o pożarze i strzałach.

Berit chwyciła za blat stołu. Mocno, aż jej zbielały kostki.

– Nie rozumiem, dlaczego nic nam nie powiedziała

– Pewnie nie chciała nas niepokoić – powiedział Sture. Było widać, że on też jest poruszony.

– Ale dlaczego oni się upierają, żeby tam zostać. Przecież to szaleństwo! Powinni się natychmiast wynieść. Sture, jedźmy do nich. Trzeba z nimi porozmawiać.

– Wydają się zdecydowani zostać – powiedział Patrik. – Ale Ebba jest w tej chwili u nas. Przyjechała wczoraj z moją żoną i nocowała u nas. Mårten odmówił i nadal jest na wyspie.

– Czy on oszalał? – powiedziała Berit. – Jedźmy tam od razu, w tej chwili. – Wstała, ale mąż ją zatrzymał i posadził z powrotem na krześle.

– Nie róbmy nic pochopnie. Zadzwonimy do Ebby i zobaczymy, co powie. Przecież wiesz, jacy są uparci. Nie ma sensu się z nimi kłócić.

Berit pokręciła głową, ale przestała się rwać m wyjazdu.

– Czy ktoś mógłby chcieć im zrobić krzywdę? Przychodzi państwu ktoś do głowy? – Paula poruszyła się. Choć fotel był naprawdę wygodny, rozbolały ją stawy.

– Absolutnie nikt – odparła zdecydowanie Berit. – Żyli bardzo zwyczajnie. Zresztą dlaczego ktoś miałby ich krzywdzić po tym, co już przeszli?

– Może to ma coś wspólnego z tym, co się stało z rodziną Ebby? – powiedział Sture. – Może ktoś się boi, że coś wyjdzie na jaw?

– Bierzemy to pod uwagę, ale wciąż wiemy za mało, Więc jesteśmy ostrożni w formułowaniu sądów – powiedział Patrik. – Zastanawia nas jednak jedna rzecz. Kartki, które Ebba dostawała od kogoś, kto się podpisywał G.

– Rzeczywiście, dziwna historia – odparł Sture. – Przychodziły na każde jej urodziny. Myśleliśmy, że przysyła je jakiś jej daleki krewny. Niewinne życzenia, więc daliśmy sobie spokój.

– Wczoraj dostała kolejną. Wcale nie była niewinna.

Rodzice Ebby zdziwili się.

– Co napisano tym razem? – Sture wstał i zaciągnął zasłony. Słońce za mocno oświetlało stół.

– Powiem tylko tyle, że jej grożono.

– W takim razie to pierwsza taka kartka. Sądzicie, że przysłał ją ten ktoś, kto podpalił ich dom i strzelał?

– Nie wiemy. Byłoby dobrze porównać ją z jakąś inną kartką, jeśli się zachowała.

Sture z ubolewaniem pokręcił głową.

Niestety nie. Pokazywaliśmy je Ebbie, a potem wyrzucaliśmy. W treści nie było nic osobistego. Tylko „Najlepsze życzenia urodzinowe”, a pod spodem G. Nic więcej. Nie było powodu, żeby je zbierać.

– Oczywiście. I nie było na nich nic, co pozwoliłoby zgadnąć, kim jest nadawca? Co ze stemplem pocztowym?

– Z Göteborga, to żadna wskazówka. – Sture umilkł. Nagle drgnął i spojrzał na żonę. – Pieniądze.

Berit otworzyła szeroko oczy

– Że też o tym nie pomyśleliśmy! Odkąd Ebba z nami zamieszkała, aż do jej osiemnastych urodzin ktoś anonimowo wpłacał na jej konto pewną sumę. Dostaliśmy z banku zawiadomienie o otwarciu konta na jej nazwisko. Nie ruszaliśmy tych pieniędzy. Wzięła je, kiedy kupowali z Mårtenem dom.

– I nie wiedzą państwo, kto je wpłacał? Nie próbowaliście się dowiedzieć?

– Próbowaliśmy, kilka razy. To oczywiste, że byliśmy ciekawi. Bank odpowiedział, że ofiarodawca chce pozostać anonimowy. Musieliśmy się tym zadowolić. Pomyśleliśmy, że to pewnie ten ktoś, kto przysyła kartki, jakiś życzliwy daleki krewny.

– Z którego banku przyszedł list?

– Z oddziału Handelsbanken przy Norrmalmstorg w Sztokholmie.

– Sprawdzimy. Dobrze, że państwo sobie przypomnieli.

Patrik spojrzał pytająco na Paulę, Paula skinęła głową.

– Dziękujemy, że poświęcili nam państwo czas. Proszę się odezwać, gdyby się państwu coś jeszcze przypomniało.

– Oczywiście. Będziemy się starali pomóc, ze wszystkich sił. – Sture uśmiechnął się blado.

Patrik domyślał się, że jak tylko wyjdą, rzuci się do telefonu, żeby zadzwonić do córki.

Wyjazd do Göteborga okazał się bardziej owocny, niż się spodziewał. Follow the money [23], jak mawiają w amerykańskich filmach. Może ten trop przyniesie postęp w dochodzeniu.

Wsiedli do samochodu i Patrik włączył komórkę. Dwadzieścia pięć nieodebranych połączeń. Westchnął.

– Coś mi mówi, że media się dowiedziały – powiedział. – Uruchomił silnik i ruszyli z powrotem drogą do Tanumshede. To będzie ciężki dzień.


„Expressen” jako pierwsza podała wiadomość o tym, co się stało na Valö. Szef Kjella dowiedział się pocztą panloflową, że mogli być pierwsi. Mocno mu to zepsuło humor. Kiedy już przestał wrzeszczeć, posłał na miejsce Kjella. Chciał, żeby „Bohusläningen” przebiła wielkomiejskiego molocha. Jak mawiał: „Jesteśmy małą lokalną gazetą, ale to nie znaczy, że jesteśmy gorsi”.

Kjell wertował notatki. Rezygnowanie z pierwszeństwa kłóciło się z zasadami dziennikarstwa, ale górę wziął głęboki sprzeciw wobec organizacji wrogich cudzoziemcom. Jeśli ceną za pomoc w zdemaskowaniu Johna Holma i Przyjaciół Szwecji miało być oddanie newsa, gotów był zaplłacić.

Musiał się pohamować, żeby od razu nie zadzwonić do Svena Niklassona i nie zapytać, jak mu poszło. Pewnie nie dowie się za wiele, dopóki nie przeczyta o tym w gazecie. Ale wciąż się zastanawiał, o co chodzi z tym Gimle. Był pewien, że kiedy opowiedział mu o kartce, którą Erika znalazła w domu Holma, usłyszał zmianę w jego głosie. Jakby już coś o Gimle słyszał.

Otworzył „Expressen”. Chciał przeczytać, co napisali o znalezisku. Całe cztery strony. W najbliższych dniach będzie więcej. Policja z Tanum zwołała na popołudnie konferencję prasową. Oby powiedzieli coś, z czego da się zrobić ciekawy materiał. Zostało jeszcze kilka godzin. Ale nie chodzi o to, żeby się dowiedzieć tego samego co wszyscy. Trzeba znaleźć coś, czego nikt inny nie wie. Wychylił się na krześle. Rozmyślał. Wiedział, że ludzi zawsze ciekawili chłopcy, którzy zostali wtedy w internacie. Spekulowano, co mogli wiedzieć, a czego nie wiedzieć i czy mieli coś wspólnego z zaginięciem Elvanderów. Gdyby mu się udało dowiedzieć o nich czegoś nowego, mógłby z tego wyjść artykuł, którego żadna inna gazeta by nie przebiła.

Wyprostował się na krześle i zaczął szukać w sieci. Znalazł co nieco na ogólnie dostępnych stronach. Zawsze dobrze zacząć od tego. Miał też własne notatki z wywiadu z Holmem. Pozostałych czterech musi złapać jeszcze dzisiaj. Sporo pracy w krótkim czasie, ale jeśli się uda, napisze dobry tekst.

Przyszło mu na myśl, że powinien się skontaktować z tym policjantem, który brał udział w tamtym śledztwie. Z Göstą Flygare. Od razu zapisał to w notesie. Jest szansa, że mu opowie o przesłuchaniach. Dzięki temu artykuł byłby bardziej wiarygodny.

Zdecydowanie odsunął od siebie myśli o Gimle. Wciąż powracały. To już nie jego zmartwienie. Może to nawet nic nie znaczy. Wyjął komórkę i zaczął dzwonić. Nie miał czasu na rozterki.


Percy powoli pakował walizkę. Nie zamierzał iść na przyjęcie. Wystarczyło kilka telefonów. Już wiedział, że Pyttan nie tylko go zostawiła, ale również już się wprowadziła do gospodarza przyjęcia.

Jutro rano wsiądzie do jaguara i pojedzie do Fjällbacki, chociaż nie jest przekonany, że to dobry pomysł. Telefon od Leona uznał za potwierdzenie, że jego dotychczasowe życie się wali, więc co ma do stracenia?

Wszyscy słuchali Leona. Zawsze. Już wtedy był ich przywódcą. Ciekawe, w pewnym sensie nawet zatrważające, że już jako szesnastolatek cieszył się takim samym autorytetem jak dziś. Może całe jego życie ułożyłoby się inaczej, gdyby go wtedy nie posłuchał. Teraz nie chciał się nad tym zastanawiać. Na wiele lat udało mu się wyprzeć z pamięci to, co się stało na Valö. Zresztą potem już tam nie jeździł. Gdy wtedy, w Wielką Sobotę, wsiedli do motorówki, żeby opuścić wyspę, nawet się nie obejrzał.

Teraz będzie sobie musiał wszystko przypomnieć. Wiedział, że powinien zostać w Sztokholmie, upić się do nieprzytomności i czekać na wierzycieli. I patrzeć przez okno na Karlaplan, obserwować, jak płynie życie. Ale kiedy usłyszał w słuchawce głos Leona, stał się tak samo beezwolny jak wtedy.

Drgnął, rozległ się dzwonek do drzwi. Nie spodziewał się nikogo, a Pyttan zabrała wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Nie miał też złudzeń, że się rozmyśli. Nie była głupia. Zrozumiała, że on wszystko straci, i postanowiła uciec, póki czas. Nawet ją rozumiał. W jego świecie związek małżeński zawiera się z kimś, kto ma coś do zaoferowania. To w pewnym sensie handel wymienny, tyle że arystokratyczny.

Otworzył drzwi. W progu stał mecenas Buhrman.

– Byliśmy umówieni? – Percy próbował sobie przypomnieć.

– Nie, nie byliśmy. – Adwokat zrobił krok naprzód. Percy musiał się cofnąć, żeby go wpuścić. – Miałem tu coś do załatwienia i właściwie zamierzałem po południu jechać do domu, ale to pilne.

Buhrman unikał jego spojrzenia. Percy poczuł, że trzęsą się pod nim nogi. Niedobrze.

– Proszę wejść – powiedział. Starał się, żeby głos mu nie drżał.

Usłyszał głos ojca: Cokolwiek się będzie działo, nie okazuj słabości. Przypomniało mu się kilka sytuacji, gdy mu się to nie udało i z płaczem padł na podłogę, żeby prosić i błagać. Przełknął ślinę i zamknął oczy. Nie najlepszy moment na rozpamiętywanie przeszłości. Jutro będzie tego miał powyżej uszu. Teraz musi się dowiedzieć, czego chce Buhrman.

– Może szklaneczkę whisky? – spytał, podchodząc do barku. Nalał sobie.

Adwokat ciężko opadł na kanapę.

– Nie, dziękuję.

– Może kawy?

– Nie, dziękuję. Usiądź wreszcie – powiedział, pukając laską w podłogę.

Percy usiadł. Buhrman mówił, on milczał. Tylko od czasu do czasu kiwał głową na znak, że rozumie. Ale nie dawał do zrozumienia, co o tym myśli. Głos ojca rozbrzmiewał coraz głośniej: Nie okazuj słabości.

Kiedy Buhrman wyszedł, skończył się pakować, zostało mu tylko jedno. Wtedy, dawno temu, okazał słabość i dał się pokonać złu. Zamknął walizkę i usiadł na łóżku. Wpatrywał się przed siebie. Jest zrujnowany, nic już nie ma znaczenia. Ale odtąd nigdy nie okaże słabości.


Fjällbacka 1939


Laura jadła śniadanie i przyglądała się mężowi. Byli małżeństwem od roku. Przyjęła oświadczyny Sigvarda w dniu swoich osiemnastych urodzin. Już po miesiącu w ogrodzie odbyła się skromna ceremonia. Sigvard miał pięćdziesiąt trzy lata, mógłby być jej ojcem, ale był bogaty. Wiedziała, że już nigdy nie będzie musiała się martwić o przyszłość. Zrobiła listę argumentów za i przeciw. Tych pierwszych było więcej. Miłość jest dla szaleńców, to luksus, na który kobieta w jej sytuacji nie może sobie pozwolić.

– Niemcy wkroczyli do Polski – powiedział z podnieceniem. – To dopiero początek, zapamiętaj moje słowa.

– Nie mam siły zawracać sobie głowy polityką.

Laura posmarowała pół kromki chleba. Nie pozwalała sobie na więcej. Ciągle chodziła głodna. Za doskonałość była gotowa płacić tę cenę. Chwilami nawet dostrzegała absurd tej sytuacji. Wyszła za Sigvarda, żeby się czuć bezpiecznie, żeby być pewną, że zawsze będzie miała co jeść. A jednak chodziła głodna równie często jak w dzieciństwie, gdy matka wydawała pieniądze na wódkę zamiast na jedzenie.

Sigvard się roześmiał.

– O twoim tatusiu też piszą.

Rzuciła mu lodowate spojrzenie. Była gotowa wiele znieść, ale prosiła go wielokrotnie, żeby nawet nie wspominał o jej szalonej matce. Nie chciała wracać do przeszłości. Matka przebywała za murami szpitala Skjörgens. Oby tam została do końca swego żałosnego życia.

– Naprawdę niepotrzebnie to powiedziałeś.

– Przepraszam cię, kochanie, ale nie masz się czego wstydzić. Wprost przeciwnie. Przecież ten Göring jest ulubieńcem Hitlera i dowódcą Luftwaffe. Całkiem nieźle.

W zamyśleniu pokiwał głową i zagłębił się w lekturze. Laura westchnęła. Nie ciekawiło jej to. Wolałaby więcej nie słyszeć o Göringu. Tyle lat musiała znosić chore fantazje matki. Miałaby jeszcze teraz o nim słuchać tylko dlatego, że jest jednym z najbliższych współpracowników Hitlera? Dobry Boże, co Szwedów może obchodzić, że Niemcy napadli na Polskę?

– Chciałabym wprowadzić kilka zmian w salonie. Pozwolisz? – spytała miękkim głosem. Niedawno zgodził się, żeby go całkowicie przemeblowała. Wyszło ładnie, ale jeszcze nie idealnie. W każdym razie nie tak, jak w saloniku w domku dla lalek. Kanapa, którą kupiła, nie bardzo pasowała do reszty, a kryształki w żyrandolu nie były tak gładkie i błyszczące, jak się spodziewała.

– Puścisz mnie z torbami – odparł Sigvard, spoglądając na nią zakochanymi oczami. – Rób, co chcesz, kochanie, abyś tylko była zadowolona.


– Anna też przyjdzie, ale pod warunkiem, że nie masz nic przeciwko temu – powiedziała ostrożnie Erika, patrząc na Ebbę. W chwili kiedy zaprosiła siostrę, uświadomiła sobie, że może to nie najlepszy pomysł, ale wydawało jej się, że Annie dobrze zrobi towarzystwo.

– Bardzo dobrze. – Ebba uśmiechała się, ale nadal wyglądała na zmęczoną.

– Co powiedzieli rodzice? Patrikowi było głupio, że dowiedzieli się o podpaleniu i strzałach w taki sposób. Myślał, że im powiedziałaś, co się stało.

– Powinnam, ale ciągle to odkładałam. Bardzo się o mnie martwią. Woleliby, żebyśmy się poddali i wrócili do Partille.

– A nie myśleliście o tym? – spytała Erika, wkładają do odtwarzacza Lottę z ulicy Awanturników [24]. Chłopcy po wyprawie do Gösty spali jak susły, a Maja usiadła na kanapie i czekała na film.

Ebba chwilę się zastanawiała. Pokręciła głową.

– Nie możemy tam wrócić. Jeśli tu nam nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobimy. Zdaję sobie sprawę, że siedzenie na Valö jest idiotyczne, i naprawdę się boję, a z drugie) strony… najgorsze już się stało.

– Co… – zaczęła Erika. Zebrała się na odwagę, żeby spytać, co się stało z ich synkiem, gdy nagle otworzyły się drzwi i weszła Anna.

– Halo! – zawołała.

– Wejdź, włączam DVD. Maja będzie po raz tysięczny oglądać Lottę.

– Cześć. – Anna skinęła głową i uśmiechnęła się ostrożnie do Ebby, jakby nie wiedziała, jak się zachować po tym, co razem przeżyły.

– Cześć, Anno – Ebba również odpowiedziała nieśmiało. Ale ona po prostu była powściągliwa.

Erika zastanawiała się, czy za życia synka była bardziej otwarta.

Na ekranie telewizora pojawiły się napisy. Erika wstała.

– Usiądźmy w kuchni.

Anna i Ebba poszły przodem. Usiadły przy stole.

– Spałaś w nocy? – spytała Anna.

– Tak, spałam dwanaście godzin, ale czuję, że mogłabym spać drugie tyle.

– To skutek szoku.

Weszła Erika ze stertą papierów.

– To, co zebrałam, to na pewno nie wszystko. Zresztą część tych materiałów na pewno widziałaś – powiedziała, kładąc je na stole.

– Nic nie widziałam – odparła Ebba. – Może to zabrzmi dziwnie, ale prawie w ogóle się nie zastanawiałam nad swoim pochodzeniem, dopóki nie przejęłam domu i nie przeprowadziliśmy się na Valö. Byłam bardzo szczęśliwa i chyba dlatego cała ta historia wydawała mi się jakaś… absurdalna. – Wpatrywała się w papiery, jakby w ten sposób mogła poznać historię swojej rodziny.

– No to już. – Erika otworzyła notes i chrząknęła. – Twoja mama, Inez, urodziła się w 1951 roku. W chwili zaginięcia miała zaledwie dwadzieścia trzy lata. Niewiele się dowiedziałam o jej życiu przed ślubem. Urodziła się i dorastała we Fjällbace, była przeciętną uczennicą. To właściwie wszystko, co mają na jej temat urzędy. W 1970 roku wyszła za mąż za twojego ojca, Runego Elvandera. Ty urodziłaś się w styczniu 1973 roku.

– Trzeciego – uzupełniła Ebba.

– Jak pewnie wiesz, twój ojciec był znacznie starszy od matki. Urodził się w 1919 roku. Miał troje dzieci z pierwszego małżeństwa. W chwili zaginięcia Johan miał dziewięć lat, Annelie szesnaście, a Claes dziewiętnaście lat. Ich matka, Carla, pierwsza żona twojego ojca, umarła nieco ponad rok przed ślubem twoich rodziców. Ci, z którymi rozmawiałam, mówili, że twojej mamie nie było łatwo wejść do tej rodziny.

– Zastanawiam się, dlaczego wyszła za mąż za kogoś o tyle starszego – powiedziała Ebba. – Ojciec miał – policzyła w myślach – pięćdziesiąt jeden lat, gdy się pobierali

– Wygląda na to, że maczała w tym palce twoja babcia. Podobno była z niej, nie wiem, jak to powiedzieć…

– Nie mam żadnego stosunku do babci, więc nie żałuj sobie. Moja rodzina mieszka w Göteborgu, a tę część mojego życia traktuję jako ciekawostkę.

– Więc nie obrazisz się, jeśli powiem, że twoja babcia miała opinię strasznej jędzy.

– No wiesz co?! – Anna spojrzała na siostrę z obrzeniem.

Ebba roześmiała się serdecznie. Po raz pierwszy odkąd się poznały.

– W porządku. – Zwracając się do Anny, dodała: – Nie sprawiło mi to przykrości. Chciałabym poznać prawdę, na tyle, na ile to możliwe.

– Tak, tak – powiedziała Anna z powątpiewaniem.

– Twoja babcia miała na imię Laura, urodziła się w 1920 roku – mówiła dalej Erika.

– Więc była rówieśnicą mojego ojca – zauważyła Ebba. – Tym bardziej się dziwię, jak do tego mogło dojść.

– Jak mówiłam, podobno namówiła twoją mamę do tego małżeństwa. Ale nie wiem tego na pewno, więc potraktuj to jak przypuszczenie.

Pogrzebała w papierach i pokazała Ebbie kserokopię zdjęcia.

– To twoja babcia Laura i dziadek Sigvard.

Ebba się pochyliła.

– Rzeczywiście, nie wygląda na miłą – powiedziała, przyglądając się kostycznej damie. Mężczyzna też nie był zbyt radosny.

– Dziadek zmarł w 1954 roku, wkrótce po zrobieniu tego zdjęcia.

– Wyglądają na zamożnych – zauważyła Anna. Ona również się pochyliła, żeby się przyjrzeć zdjęciu.

– Bo byli zamożni – odparła Erika. – W każdym razie do śmierci Sigvarda. Wtedy się okazało, że zrobił kilka nieudanych interesów i pieniędzy zostało niewiele. A ponieważ twoja babcia nie pracowała, kapitał topniał. Prawdopodobnie zostałaby bez grosza, gdyby twoja matka nie wyszła za twojego ojca.

– Ojciec był bogaty? – spytała Ebba, przyglądając się zdjęciu z bliska. Nie chciała uronić żadnego szczegółu.

– Nie tyle bogaty, ile dobrze mu się powodziło Na tyle, żeby mógł zapewnić twojej babci odpowiednie mieszkanie.

– Ale kiedy rodzice zaginęli, chyba już nie żyła, prawda?

Erika przewróciła kilka kartek w leżącym przed nią notesie.

– Zgadza się. W 1973 roku umarła na zawał serca, zresztą na Valö. Claes, najstarszy syn Elvandera, znalazł ją za domem. Już nie żyła.

Erika polizała kciuk. Przerzuciła stertę papierów i wyciągnęła kopię artykułu z „Bohuslänigen”.

– Proszę, pisali o tym w gazecie.

Ebba przeczytała artykuł.

– Widzę, że babcia była znaną osobą.

– Tak. Wszyscy wiedzieli, kim jest Laura Blilz. Twój dziadek dorobił się na żegludze. Po cichu mówiło się, że podczas drugiej wojny światowej robił interesy z Niemcami.

– Byli nazistami? – spytała Ebba z przerażeniem.

– Nie wiem, czy zajmowali się polityką – odparła Erika z ociąganiem. – Ale wszyscy wiedzieli, z kim sympatyzują.

– Moja mama też miała takie sympatie? – Ebba otworzyła szeroko oczy.

Anna rzuciła Erice złe spojrzenie.

– Nic o tym nie wiem. – Erika pokręciła głową. – Miła, trochę naiwna. Tak ją opisuje większość osób, z którymi rozmawiałam. I stłamszona przez twoją babcię.

– To by wyjaśniało, dlaczego wyszła za ojca. – Ebba przygryzła wargę. – On też był despotą? Czy to tylko mój domysł? W końcu był dyrektorem szkoły z internatem.

– Tak właśnie było. Mówią, że był człowiekiem twardym i surowym.

– Babcia pochodziła z Fjällbacki? – Ebba znów wzięła do ręki zdjęcie ponurej kobiety.

– Tak, jej rodzina mieszkała we Fjällbace od pokoleń. Jej matka miała na imię Dagmar, urodziła się w 1900 roku.

– Czyli miała… dwadzieścia lat, kiedy urodziła babcię. Młodo, ale w tamtych czasach nie było to chyba dziwne. Kim był ojciec babci?

– W księdze urodzin napisano: ojciec nieznany. Dagmar to dopiero była postać. – Erika znów polizała palec i zaczęła przewracać kartki. Doszła prawie do ostatniej. – To wypis z rejestru wyroków sądowych.

– Skazana za włóczęgostwo. Była prostytutką? – Ebba.pojrzała pytająco na Erikę.

– Samotna kobieta z dzieckiem z nieprawego łoża zapewne musiała robić różne rzeczy, żeby przeżyć. Na pewno było jej ciężko. Kilka razy została skazana za kradzież. Była uważana za nieco szaloną. Poza tym piła. Z dokumentów wynika, że dłuższy czas spędziła w szpitalu psychiatrycznym.

– Babcia musiała mieć straszne dzieciństwo – powiedziała Ebba. – Nic dziwnego, że była zołzą.

– Rzeczywiście, dorastanie u boku kogoś takiego musiało być trudne. Dziś uznano by za skandal, że dziecko mieszka z taką matką. Ale w tamtych czasach podchodzono do tego inaczej. A niezamężne matki spotykały się z powszechną pogardą. – Erika oczyma wyobraźni zobaczyła matkę i córkę. Szperała w ich przeszłości tak długo, że czuła się tak, jakby je znała. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się zagłębiła w tę sprawę, dlaczego tak bardzo chciała rozwikłać zagadkę zniknięcia Elvanderów. Zafascynowały ją ich losy, więc zaglądała coraz głębiej.

– Co się stało z Dagmar? – spytała Ebba.

Erika podała jej kolejną kartkę, odbitkę czarno-białego zdjęcia, prawdopodobnie zrobionego podczas rozprawy sądowej.

– Boże, to ona?

– Pokaż – powiedziała Anna. Ebba podniosła kartkę.

– Kiedy zrobiono to zdjęcie? Jest bardzo wyniszczona i wygląda staro.

Erika zajrzała do notatek.

– W 1945 roku. Miała czterdzieści pięć lat. Była pacjentką Göteborskiego szpitala S:t Jörgens. – Przerwala, żeby zrobić na nich większe wrażenie. – Zrobili jej to zdjęcie cztery lata przed jej zniknięciem.

– Jakim zniknięciem? – spytała Ebba.

– No tak, wygląda na to, że to rodzinne. Ostatnia notatka na jej temat pochodzi z 1949 roku. Wpadła jak kamień w wodę.

– Babcia nie wiedziała, co się stało?

– Z tego co słyszałam, dużo wcześniej zerwała kontakt z matką. Była żoną Sigvarda i jej życie wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy musiała mieszkać z nią.

– Są jakieś przypuszczenia? Co się z nią stało? – spytała Anna.

– Przyjmuje się, że się upiła i utopiła w morzu. Ale ciała nigdy nie znaleziono.

– Ratunku! – Ebba znów wzięła do ręki zdjęcie Dagmar. – Prababcia złodziejka i nierządnica. W końcu przepada bez wieści. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę.

– Będzie jeszcze gorzej. – Erika rozejrzała się, mile połechtana zainteresowaniem, z jakim jej słuchały. – Matka Dagmar…

– No? Co? – ponaglała ją Anna.

– Ech, zjedzmy lunch. Potem wam opowiem – odparła Erika, chociaż wcale nie miała zamiaru zwlekać z ujawnieniem reszty.

– Przestań! – niemal krzyknęły Anna i Ebba.

– Mówi wam coś nazwisko Helga Svensson?

Ebba zastanawiała się chwilę. Powoli pokręciła głową. Anna w milczeniu marszczyła czoło. Spojrzała na Erikę i w jej oczach pojawił się błysk.

– Fabrykantka aniołków – powiedziała.

– Co takiego? – spytała Ebba.

– Fjällbacka jest znana nie tylko z Wąwozu Królewskiego i z tego, że spędzała tu wakacje Ingrid Bergman – wyjaśniła Anna. – Nasza miejscowość miała też wątpliwy zaszczyt być miejscem zamieszkania fabrykantki aniołków Helgi Svensson. Ścięto ją bodajże w 1908 roku.

– W 1909 – poprawiła ją Erika.

– Ścięto za co? – dopytywała się Ebba. Była oszołomiona.

– Za to, że mordowała dzieci, które jej oddano pod opiekę. Topiła je w balii. Odkryli to, gdy jedna z matek rozmyśliła i wróciła po dziecko. Kiedy się okazało, że jej synka nie ma, chociaż Helga przez cały rok pisała o nim w listach, kobieta nabrała podejrzeń i poszła na policję. Uwierzyli jej. Pewnego ranka policjanci weszli do domu Helgi. Zastali ją, jej męża, córkę i dzieci, którymi się opiekowała. Na szczęście żywe. A kiedy rozkopali podłogę w piwnicy, znaleźli osiem ciał.

– Co za paskudna historia. – Ebba skrzywiła się, jakby dostała mdłości. – Ale nie rozumiem, co to ma wspólnego z moją rodziną. – Wskazała na leżące na stole papiery.

– Helga Svensson była matką Dagmar – powiedział! Erika. – Fabrykantka aniołków Helga Svensson była matką Dagmar, babką twojej babki.

– Żartujesz sobie ze mnie? – Ebba spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Nie, to prawda. Pomyślałam, że to szczególni zrządzenie losu, że robisz srebrne zawieszki w kształcie aniołków.

– Teraz myślę, że może lepiej było się w to nie zagłębiać – powiedziała Ebba. Nie do końca szczerze.

– Przecież to taka ciekawa historia… – zaczęła Anna. Urwała, zrobiło jej się głupio. – Przepraszani, nie chciałam…

– Ja też uważam, że ciekawa – odparła Ebba. – I ja też dostrzegam ironię w tym, że robię właśnie takie zawieszki. Jaki ten świat dziwny.

W jej oczach Erika dostrzegła cień. Pewnie myśli o synku, pomyślała.

– Ośmioro dzieci – powiedziała powoli. – Ośmioro małych dzieci zakopanych w piwnicy.

– Jak można zrobić coś takiego? – powiedziała Anna.

– Co się stało z Dagmar, gdy ścięli jej matkę? – Ebba skrzyżowała ręce na piersi. Wydawała się jeszcze bardziej krucha niż zwykle.

– Mąż Helgi, ojciec Dagmar, również został ścięty. Uznano go za współwinnego, bo zakopywał zwłoki, chociaż to Helga topiła dzieci. Dagmar jako sierota kilka lat spędziła w gospodarstwie pewnego rolnika niedaleko Fjällbacki. Wyobrażam sobie, że jako córce morderczyni musiało jej być ciężko. Ludzie nie byli skłonni wybaczyć taki grzech.

Ebba pokiwała głową. Wyglądała na kompletnie wyczerpaną. Erika uznała, że wystarczy. Pora na lunch. Poza tym chciała rzucić okiem na komórkę. Może Gösta się odezwał. Czekała na wiadomość o Ollem. Niechby im się wreszcie poszczęściło.


Słychać było tylko uporczywe bzyczenie muchy. Tłukła się beznadziejnie o szybę. Musi się dziwić. Przeszkody niby nie widać, a jednak nie da się jej pokonać. Mårten doskonale to rozumiał. Obserwował ją dłuższą chwilę. Potem powoli wyciągnął rękę i złapał ją w dwa palce. Ścisnął, patrzył jak urzeczony. Potem wytarł rękę o parapet.

W pokoju zapanowała absolutna cisza. Usiadł na krześle Ebby. Leżały przed nim narzędzia do robienia srebrnych aniołków. Na stoliku był jeden, prawie gotowy. Czyje cierpienie złagodzi? Ale kupowano je nie tylko na pamiątkę po kimś, kto odszedł. Również dlatego, że po prostu były ładne. Mårten czuł, że akurat ten ma trafić do kogoś pogrążonego w żałobie. Od śmierci Vincenta wyczuwał cudzą żałobę. Nawet na odległość. Wziął do ręki niegotowego aniołka. Wiedząc, że jest przeznaczony dla kogoś, kto jest tak samo beznadziejnie samotny jak oni.

Ścisnął go w dłoni. Ebba nie rozumiała, że razem mogliby przynajmniej częściowo wypełnić tę samotność. Wystarczyłoby, żeby mu pozwoliła znów się do siebie zbliżyć. I żeby się przyznała. Długo zaślepiało go własne poczucie winy, ale teraz coraz wyraźniej widział, że to się stało przez nią. Gdyby się przyznała, chociaż raz, mógłby jej wybaczyć i dać jej jeszcze jedną szansę. Ale ona nic nie mówiła, tylko patrzyła na niego, jakby go oskarżała, jakby szukała w jego oczach winy.

Odsunęła się od niego. Zupełnie nie potrafił tego zrozumieć. Po tym, co się stało, powinna mu pozwolić się sobą zaopiekować, powinna się na nim oprzeć. Kiedyś to ona decydowała o wszystkim: gdzie będą mieszkać, dokąd pojadą na urlop, kiedy postarają się o dziecko. Również wtedy, tamtego ranka, ona zdecydowała. Ludzie zawsze się nabierali na jej kruchość i błękitne oczy. Myśleli, że jest nieśmiała i na wszystko się zgadza. A nie jest taka. Tamtego ranka też ona zdecydowała, ale teraz jego kolej.

Wstał, rzucił aniołka. Spadł na biurko, poplamiony czymś czerwonym i lepkim. Zdziwił się, spojrzał na swoją dłoń. Zobaczył mnóstwo drobnych skaleczeń. Powoli wytarł rękę o nogawkę. Ebba musi wrócić do domu. Musi jej wytłumaczyć.


Liv energicznie czyściła ogrodowe krzesła. Musiała to robić codziennie, jeśli miały pozostać czyste i błyszczące. W gorącym blasku słońca na jej plecach perlił się pot. Godziny spędzone przy szopie zaowocowały piękną złotawą opalenizną, ale oczy miała podkrążone.

– Uważam, że nie powinieneś tam iść – powiedziała. – Po co masz chodzić na jakieś spotkania po latach! Przecież wiesz, że partia jest w delikatnej sytuacji. Powinniśmy uważać, nie wychylać się, dopóki…

– Wiem, ale człowiek nie nad wszystkim panuje – odparł Holm, zsuwając na czoło okulary do czytania.

Miał przed sobą stertę gazet. Codziennie czytał dzienniki ogólnokrajowe i kilka starannie dobranych gazet lokalnych. Nigdy nie udawało mu się tego wszystkiego przeczytać bez uczucia niesmaku. Co za głupota się z tych gazet wylewała. Wszyscy ci liberalni dziennikarze, komentatorzy i eksperci myślą, że rozumieją, jak działa świat, a w gruncie rzeczy skazują na zgubę naród szwedzki. Jego obowiązkiem jest otworzyć ludziom oczy. Cena jest wysoka, ale nie da się prowadzić wojny bez ponoszenia strat. A to jest wojna.

– Ten Żyd też tam będzie? – Liv uznała, że krzesła już są czyste, i zabrała się do czyszczenia stołu.

John skinął głową.

– Chyba tak.

– A jeśli ktoś cię z nim zobaczy i zrobi zdjęcie? Jeśli się ukaże w jakiejś gazecie? Co sobie pomyślą twoi zwolennicy? Nietrudno sobie wyobrazić. Mogliby zacząć się zastanawiać, czy się nadajesz na szefa partii. Może nawet próbowaliby cię zmusić do ustąpienia. Nie możesz do tego dopuścić właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko.

John patrzył w dal, ponad portem. Unikał jej spojrzenia. Co ona tam wie. Jak miałby jej opowiedzieć o zacierających wszelkie granice ciemności, zimnie i przerażeniu? Tam, wtedy, chodziło o przetrwanie, a on i Josef byli ze sobą związani na dobre i na złe, na zawsze. Nie umiałby jej tego wytłumaczyć.

– Muszę iść – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Liv wiedziała, że to koniec dyskusji. Mruczała tylko pod nosem. John z uśmiechem spojrzał na żonę, na jej piękną, wyrażającą niezłomną wolę twarz. Kochał ją, wiele ich łączyło, ale z tamtymi połączył go mrok.

Teraz mieli się spotkać, po raz pierwszy od lat. I zarazem ostatni. Stało przed nim zadanie tak ważne, że musiał raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością. To, co się zdarzyło w 1974 roku, chwilowo wypłynęło na powierzchnię, ale równie szybko może zniknąć. Pod warunkiem że będą solidarni. Dawne tajemnice powinny pozostać w mroku, w którym się zrodziły.

Tylko Sebastiana trochę się obawiał. Już wtedy wyraźnie się cieszył, że ma nad nimi władzę. Może narobić kłopotów. Cóż, jeśli nie da się przekonać, są jeszcze inne sposoby.


Patrik odetchnął głęboko. Annika właśnie kończyła przygotowania do konferencji prasowej. Zjechało się mnóstwo dziennikarzy, nawet z Göteborga. Niektórzy pisali dla gazet ogólnokrajowych. Sprawa trafi na łamy największych tytułów. A potem – wiedział to z doświadczenia – zrobi się jeden wielki cyrk. W rolę jego dyrektora wcieli się Mellberg. Stanie na środku areny. To też wiedział z doświadczenia. Nie mógł się pozbierać z radości, kiedy się dowiedział, że trzeba błyskawicznie zwołać konferencję. Na pewno sterczy teraz w łazience i próbuje ukryć łysinę.

Patrik jak zwykle miał tremę. Nie powinien mówić za wiele o tym, co dotychczas ustalili. Musi się też postarać ograniczyć szkody, jakie wywoła Mellberg. Powinien się cieszyć, że media nie dowiedziały się jeszcze wcześniej. Wieść o tym, co się dzieje, rozchodziła się po okolicy lotem błyskawicy. Zwłaszcza że wszyscy mieszkańcy Fjällbacki wiedzieli, co się stało na Valö. To cud, że do tej pory nikt nie zawiadomił mediów. Ale w końcu ktoś to zrobił i teraz nic ich nie powstrzyma.

Z ponurych rozmyślań wyrwało go delikatne pukanie. Drzwi się otworzyły, wszedł Gösta. Nie czekając na zaproszenie, usiadł na krześle dla interesantów.

– Hieny już się zbiegły – powiedział, patrząc na swoje kciuki. Kręcił nimi młynka.

– Taka praca – odparł Patrik, chociaż przed chwilą myślał o tym samym. Traktowanie dziennikarzy jak wrogów nie ma sensu, zwłaszcza że media bywają pomocne.

– Jak wam poszło w Göteborgu? – spytał Gösta, wciąż nic patrząc na Patrika.

– Całkiem, całkiem. Okazało się, że Ebba nie powiedziała rodzicom ani o podpaleniu, ani o strzałach.

Gösta podniósł wzrok.

– Dlaczego?

– Chyba nie chciała ich martwić. Podejrzewam, że jak tylko wyszliśmy, rzucili się do telefonu. Jej mama była gotowa natychmiast jechać na Valö.

– Może to niezły pomysł. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby Ebba i Mårten się stamtąd wynieśli, dopóki tego nie rozwikłamy.

Patrik pokręcił głową.

– Ja nie siedziałbym ani minuty tam, gdzie ktoś dybie na moje życie.

– Ludzie są dziwni.

– To prawda. W każdym razie Ebba ma sympatycznych rodziców.

– Dobrzy ludzie, tak?

– Tak. Myślę, że było jej u nich dobrze. Zdaje się, że ma też dobrze relacje z rodzeństwem. Przyjemna dzielnica, stare domy, dookoła róże.

– Dobre miejsce do dorastania.

– Niestety nie dowiedzieliśmy się niczego, co mogłoby nas doprowadzić do nadawcy pocztówek.

– Nie zachowali ani jednej?

– Nie, wyrzucili wszystkie. Tylko życzenia urodzinowe, żadnych gróźb, jak na tej ostatniej. Stempel pocztowy z Göteborga.

– Ciekawe. – Gösta znów przyglądał się swoim kciukom.

– Jeszcze ciekawsze, że do czasu, kiedy Ebba osiągnęła pełnoletniość, ktoś co miesiąc przelewał pieniądze na jej konto.

– Co takiego? Anonimowo?

– Właśnie. Gdyby nam się udało dowiedzieć, kto je wysyłał… może to by coś dało. W każdym razie taką mam nadzieję. Możliwe, że ta sama osoba wysyłała kartki. A teraz muszę już iść. – Patrik wstał. – Masz coś do mnie?

Chwila ciszy. Gösta chrząknął i podniósł wzrok na Patrika.

– Nie, już nic.

– To na razie. – Patrik otworzył drzwi i wyszedł na korytarz.

Gösta zawołał:

– Patrik!

– Słucham. Za minutę zaczynamy konferencję.

Cisza.

– Już nic. Nieważne – powiedział Gösta.

– Okej.

Patrik szedł do sali konferencyjnej z poczuciem, że powinien wyciągnąć z Gösty to, co chciał mu powiedzieć.

Wszedł i zapomniał o wszystkim innym. Spojrzenia zebranych skierowały się w jego stronę. Mellberg stał z przodu, uśmiechał się szeroko. Przynajmniej jeden pracownik komisariatu był gotowy na spotkanie mediami.


Josef się rozłączył. Nogi się pod nim ugięły. Powoli osunął się po ścianie, usiadł. Zagapił się na tapetę w kwiatki. Była tam zawsze, odkąd kupili dom. Rebecka już dawno chciała ją wymienić, ale on nie potrafił zrozumieć, po co wydawać pieniądze na nową, skoro ta jest w dobrym stanic. Nie wymienia się czegoś, co jest całe i działa. Człowiek powinien się cieszyć, że ma dach nad głową i co jeść. U życiu jest tyle ważniejszych rzeczy niż jakaś tapeta.

Właśnie stracił to, co najważniejsze. Tymczasem ku swojemu zdziwieniu nie mógł przestać się gapić na tapetę. Stwierdził, że jest ohydna. Należało posłuchać Rebecki i zgodzić się, żeby kupiła nową. Może w ogóle powinien był częściej jej słuchać?

Nagle zobaczył siebie cudzymi oczami. Mały, zarozumiały człowieczek, który myślał, że może zrealizować swoje marzenie i że został stworzony do wielkich czynów. Teraz siedzi tutaj, zdemaskowany, naiwny dureń. W dodatku pretensje może mieć tylko do siebie. Od tamtego czasu, gdy otoczył go mrok, gdy serce stwardniało mu od upokorzenia, wmawiał sobie, że jeszcze się podniesie. Co się oczywiście nie stało. Zło było potężniejsze. Istniało w życiu jego rodziców i chociaż nigdy o tym nie mówili, wiedział, że zmusiło ich do bezbożnych czynów. On też został zarażony złem, ale w swej pysze uwierzył, że Bóg pozwoli mu się oczyścić.

Uderzył głową o ścianę. Najpierw lekko, potem coraz mocniej. Poczuł się lepiej. W jednej chwili przypomniał sobie, jak tam, dawno temu, odszukał sposób na kojenie bólu. Jego rodzice nie znaleźli żadnej pociechy w tym, że dzielili cierpienie z innymi. Z nim było tak samo. Może jego wstyd był nawet tym większy. Naiwnie myślał, że się od niego uwolni, jeśli pokuta będzie dostatecznie ciężka.

Zastanawiał się, co powiedzą Rebecka i dzieci, kiedy się dowiedzą, kiedy wszystko zostanie ujawnione. Leon chciał, żeby się spotkali, chciał obudzić cierpienie, o którym powinni zapomnieć. Jego wczorajszy wieczorny telefon go sparaliżował. Groźba się urzeczywistni. Nie zdoła temu zapobiec. Dziś to już bez znaczenia. Za późno. Był bezbronny jak wtedy, gdy już nie miał siły się bić. Zresztą na nic by się to nie zdało. Jego marzenie od początku było skazane na niepowodzenie. Miał żal, głównie do siebie, że wcześniej tego nie rozumiał.


Karinhall 1949


Dagmar płakała. Żal mieszał się ze szczęściem. Wreszcie znalazła Hermanna. A już zdążyła w to zwątpić. Pieniądze od Laury wystarczyły tylko na część podróży. Dręczyło ją pragnienie. Musiała się napić i wydawała za dużo. Potem prawie nic nie pamiętała, ale za każdym razem podnosiła się i jechała dalej. Bo przecież czekał na nią jej Hermann.

Wiedziała, że nie został pochowany w Karinhall. Podczas jednej z wielu podróży pociągiem powiedział jej to z satysfakcją jakiś nieprzyjemny człowiek, któremu zdradziła, dokąd jedzie. Dla niej nie miało znaczenia, gdzie pochowano Hermanna. Czytała gazety, oglądała zdjęcia. Tu było jego miejsce na ziemi i tu na zawsze została jego dusza.

Była tu również Carin Göring. Wredna zdzira, nawet po śmierci nie wypuściła go z uścisku. Dagmar zacisnęła ręce w kieszeni palta, rozglądała się po posiadłości. Kiedyś było to jego królestwo. Wszystko zostało zniszczone. Łzy napłynęły jej do oczu. Jak to możliwe? Dwór był w ruinie, Ogród, który kiedyś musiał być piękny, teraz był spustoszony i zdziczały. Rosnący dookoła bujny las napierał na mego coraz bardziej.

Musiała iść wiele godzin, żeby tu dotrzeć. Z Berlina przyjechała okazją, potem szła pieszo na północ, w stronę lasu. Czytała, że tam znajduje się Karinhall. Nie było łatwo złapać okazję. Ludzie spoglądali podejrzliwie na jej wyniszczoną postać. Nie mówiła ani słowa po niemiecku. Ciągle tylko powtarzała: Karinhall. W końcu jakiś starszy pan zabrał ją swoim samochodem. Niechętnie. Musiała wysiąść na jakimś rozjeździe. Pokazał jej, w którą stronę jedzie. Ona ma iść w drugą. Pod koniec zaczęły ją boleć stopy. Szła dalej. Chciała tylko jednego: znaleźć się blisko Hermanna.

Krążyła wśród ruin. Dwie budki wartownicze przy wjeździe świadczyły o dawnej świetności tego miejsca. Tu i ówdzie stały fragmenty ścian i kamiennych zdobień, Kazały się domyślać dawnego przepychu. Gdyby nie Carin, to miejsce nosiłoby jej imię.

Ogarnęły ją nienawiść i żal. Ze szlochem padła na kolanu Przypomniała sobie cudowną letnią noc, gdy czuła oddech Hermanna całującego całe jej ciało. Ta noc dała jej i zarazem zabrała wszystko. Życie Hermanna byłoby o wiele piękniejsze, gdyby wybrał ją. Ona by się nim zaopiekowała, nie to co Carin, przez którą stał się ruiną człowieka. Widziała tę ruinę w szpitalu. Ona byłaby silna za nich oboje.

Nabrała garść ziemi i przesypała ją między palcami. Słońce grzało ją w kark, z oddali dochodziło wycie zdziczałych psów. Nieopodal leżał posąg z odłupanym nosem, bez ręki. Kamienne oczy niewidzącym wzrokiem patrzyły w niebo. Poczuła, że jest bardzo zmęczona. Słońce paliło, musiała odpocząć w cieniu. Podróż okazała się długa, a tęsknota wyczerpująca. Musi się położyć, choć na chwilę, zamknąć oczy. Rozejrzała się za cieniem. Przy schodach, które teraz prowadziły donikąd, leżała potężna kolumna. Przewróciła się i oparła o najwyższy stopień. Pod nim dostrzegła upragniony cień.

Była zbyt zmęczona, żeby wstać. Doczołgała się do schodów, skuliła. Z westchnieniem ulgi położyła się w małym skrawku cienia i zamknęła oczy. Od tamtej czerwcowej nocy stale była w drodze do niego, do Hermanna. Teraz musiała odpocząć.


Konferencja prasowa skończyła się kilka godzin temu, Wszyscy zebrali się w pokoju socjalnym. Ernst, który podczas konferencji siedział grzecznie w gabinecie Mellberga, wreszcie mógł wyjść. Jak zwykle leżał na stopach swego pana.

– Dobrze nam poszło, prawda? – powiedział Mellberg z uśmiechem, po czym nagle wrzasnął: – Paulo, może byś poszła do domu odpocząć!

Patrik aż podskoczył.

Paula spojrzała na niego ze złością.

– Dziękuję, sama decyduję, kiedy odpoczywam.

– Lata tu, choć ma wolne. I jeszcze jeździ do Göteborga i z powrotem. Jeśli coś pójdzie nie tak, to pamiętaj, że ja…

– Wszystko było pod kontrolą, naprawdę – powiedział Patrik, żeby rozładować napięcie. Zanosiło się na awanturę. – Chłopakom wkrótce zrobi się gorąco.

Nazywanie chłopakami mężczyzn będących po pięćdziesiątce było absurdem, ale kiedy o nich myślał, miał przed oczami pięciu chłopców ze zdjęcia, ich czujne spojrzenia i ubrania z lat siedemdziesiątych.

– Dobrze im tak. Zwłaszcza temu Holmowi – odpad Mellberg, drapiąc Ernsta za uszami.

– Patriku? – Annika zajrzała do pokoju i kiwnęła na niego. Na korytarzu podała mu telefon. – Torbjörn do ciebie. Zdaje się, że ma coś nowego.

Patrik poczuł, jak tętno mu przyśpiesza. Poszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Słuchał Torbjörna dobry kwadrans, potem zadał mu kilka pytań. Pożegnał się i szybko wrócił do pokoju socjalnego. Wszyscy jeszcze tam byli: Paula, Mellberg, Gösta, teraz również Annika. Zrobiło się późno, ale nikt się nie zbierał.

– Co ci powiedział? – spytała Annika.

– Spokojnie, najpierw naleję sobie kawy.

Powoli podszedł do maszynki i wyciągnął rękę po dzbanek. Zanim zdążył go chwycić, złapała go Annika. Nalała mu kawy tak energicznie, że aż przelała. Potem postawiła filiżankę na stole.

– Proszę bardzo! Siadaj i opowiadaj.

Patrik uśmiechnął się szeroko, ale zrobił, jak kazała. Chrząknął.

– Torbjörn znalazł pod znaczkiem przyklejonym do kartki od G wyraźny odcisk palca, więc możemy go porównać z odciskiem ewentualnego podejrzanego.

– To świetnie – powiedziała Paula, kładąc spuchnięte nogi na krześle. – Zrobiłeś minę kota, który właśnie połknął kanarka, więc pewnie masz coś jeszcze lepszego.

– Mam. – Patrik wypił łyk gorącej jak ukrop kawy. – Chodzi o pocisk.

– Który? – spytał Gösta, pochylając się.

– No właśnie. Otóż pocisk znaleziony pod listwą podłogową oraz pociski, które wbrew zasadom zostały wyjęte ze ściany po próbie zamordowania Ebby…

– Tak, tak. – Mellberg zbył go machnięciem ręki. – Wiem, do czego pijesz.

– …prawdopodobnie zostały wystrzelone z tej samej broni.

Wpatrywały się w niego cztery pary oczu.

– Brzmi to niewiarygodnie, ale tak jest. Kiedy w 1974 roku zginęli Elvanderowie, sprawca najprawdopodobniej użył tej samej broni, z której wczoraj strzelano do Ebby Stark.

– Czy to możliwe, żeby po tylu latach dał o sobie znać ten sam sprawca? – Paula pokręciła głową. – To brzmi kompletnie niedorzecznie.

– Od początku uważałem, że zamachy na Ebbę i jej męża muszą mieć coś wspólnego z Elvanderami. A to dowodzi, że tak jest. – Patrik machnął rękami. W jego głowie odbiło się echem podobne pytanie z konferencji prasowej. Wtedy mógł odpowiedzieć tylko tyle, że to jedna z hipotez. Dopiero teraz mają dowód, który potwierdził jego podejrzenia. – Spec z Państwowego Laboratorium Kryminalistycznego stwierdził na podstawie rys na pociskach, z jakiej broni strzelano – dodał. – W związku z tym musimy sprawdzić, czy ktoś w okolicy miał lub ma rewolwer Smith &Wesson kaliber trzydzieści osiem.

– Więc możemy się pocieszyć, że broń, z której zamordowano Elvanderów, nie leży na dnie morza – zauważył Mellberg.

– Wczoraj, kiedy strzelano do Ebby, nie leżała, ale później mogła tam spocząć – odparł Patrik.

– Nie wydaje mi się – powiedziała Paula. – Jeśli ktoś zachował tę broń aż do teraz, to raczej się jej nie pozbędzie.

– Chyba masz rację. Może to trofeum, pamiątka. Tak czy inaczej, te nowe informacje wskazują na to, że powinniśmy się skupić na rozwikłaniu sprawy z 1974 roku. Trzeba jeszcze raz przesłuchać tych czterech, z którymi już rozmawialiśmy, i przeanalizować, co się działo tamtego dnia. Musimy również jak najszybciej skontaktować się z Percym von Bahrnem. Już dawno należało to zrobić. To moja wina. To samo z nauczycielem, tym, który jeszcze żyje. Jak on się nazywał? Wiesz, ten, który w czasie ferii był na urlopie… – Patrik strzelił palcami.

– Ove Linder – podpowiedział Gösta ze smutną miną.

– Właśnie, Ove Linder. Zdaje się, że teraz mieszka w Hamburgsund, tak? Pogadamy z nim jutro rano. Może powiedzieć coś ważnego o tym, co się działo w szkole. Moglibyśmy do niego pojechać we dwóch. – Sięgnął po zawsze leżące na stole papier i długopis i zaczął układać plan.

– No więc… – powiedział Gösta, gładząc się po podbródku.

Patrik pisał dalej.

– Jutro musimy się spotkać z całą piątką. Podzielimy się. Paulo, może spróbujesz pociągnąć za nitkę z pieniędzmi wpłacanymi na konto Ebby?

Paula się rozpromieniła.

– Oczywiście, już się skontaktowałam z bankiem.

– Wiesz, Patriku… – znów zaczął Gösta, ale Patrik nie słuchał. Wydawał kolejne polecenia. – Patrik!

Wszyscy spojrzeli na Göstę. To do niego niepodobne tak podnosić głos.

– Słucham, o co chodzi? Co chcesz mi powiedzieć? – Patrik spojrzał na niego i nagle zrozumiał, że nie spodoba mu się to, co Gösta chce powiedzieć.

– Widzisz, ten nauczyciel, Ove Linder…

– No co?

– Ktoś już z nim rozmawiał.

– Ktoś? – Patrik czekał na dalszy ciąg.

– Pomyślałem, że byłoby dobrze, gdyby nam pomagało więcej osób. Nie da się zaprzeczyć, że ona naprawdę potrafi wyszukiwać informacje, a nasze możliwości nie są nieograniczone. Więc pomyślałem, że nie zaszkodzi, jeśli nam pomoże. Sam przed chwilą powiedziałeś, że pewne rzeczy powinniśmy zrobić wcześniej. No i zrobiliśmy. Więc właściwie dobrze się stało. – Gösta musiał odetchnąć.

Patrik mu się przyglądał. Czy on ma nie po kolei w głowie? Zrobił coś za plecami kolegów i teraz usiłuje to odkręcić, udawać, że zrobił dobrze? Nagle w jego głowie zrodziło się podejrzenie. Oby nie okazało się słuszne.

– Ona… to moja ukochana małżonka? Erika była u tego nauczyciela?

– E… tak – odparł Gösta ze wzrokiem wbitym w kolana.

– No wiesz co, Gösta… – Paula powiedziała to tak jakby mówiła do dziecka, które ukradło ciastko.

– Może powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? – spytał Patrik. – Lepiej, żebyś mi wszystko powiedział. Co narobiliście?

Gösta westchnął głęboko i powtórzył, co mu powiedziała Erika o swojej wizycie u Johna Holma, o tym, czego się dowiedziała o jego przeszłości od Kjella i o kartce znalezionej w jego domu. Chwilę się wahał, ale w końcu opowiedział również o włamaniu.

Patrik zmartwiał.

– Coś ty powiedział?

Gösta patrzył w podłogę.

– Nie, dosyć tego. – Patrik zerwał się, wybiegł z komisariatu i wsiadł do samochodu. Aż się gotował. Przekręcił kluczyk w stacyjce i zmusił się do wzięcia kilku głębokich oddechów. A potem wcisnął gaz do dechy.


Ebba nie mogła się oderwać od zdjęć. Poprosiła, żeby ją zostawiły samą. Wzięła wszystkie papiery i poszła do gabinetu Eriki. Spojrzała na zawalone biurko i usiadła na podłodze. Rozłożyła przed sobą zdjęcia jak wachlarz. To jej najbliższa rodzina, od nich pochodzi. W rodzinie adopcyjnej była szczęśliwa, ale czasami im zazdrościła, że mają dalszych krewnych, z którymi czują się związani. Ona miała tylko zagadkę. Przypomniała sobie, jak stawała przed wielką komodą w salonie, na której stały oprawione zdjęcia babć i dziadków z obu stron, ciotek i kuzynów, ludzi, dzięki którym się czuje, że jest się ogniwem długiego łańcucha. Teraz patrzyła na zdjęcia swoich krewnych. Wspaniałe i zarazem bardzo dziwne doświadczenie.

Wzięła do ręki zdjęcie fabrykantki aniołków. Piękna nazwa czegoś odrażającego. Podniosła je do oczu, usiłowała dostrzec, czy w spojrzeniu Helgi widać zło. Nie wiedziala, czy zdjęcie zrobiono wcześniej, czy wtedy, kiedy mordowała dzieci. Ale uwiecznione na nim dziecko – na pewno Dagmar – było tak małe, że musiał to być rok 1902. Dagmar w jasnej sukieneczce z falbankami, nieświadoma, jaki los ją czeka. Co się z nią stało? Utopiła się w morzu, jak przypuszczają? Może jej zniknięcie było naturalnym końcem jej życia? Może została skazana na zgubę już wtedy, gdy ujawniono zbrodnie jej rodziców? Czy Helga żałowała tego, co zrobiła? Czy zdawała sobie sprawę, co to będzie znaczyło dla jej córki, jeśli zostanie zdemaskowana? Czy też była przekonana, że nikt się nie upomni o małe, niechciane dzieci? Zadawała sobie mnóstwo pytań. Musiały pozostać bez odpowiedzi. A jednak odczuwała bardzo silną więź z tymi kobietami.

Przyjrzała się zdjęciu Dagmar. Na jej twarzy wyraźnie było widać ślady ciężkiego życia, ale też to, że kiedyś musiała być piękna. Co się działo z babcią Laurą, gdy jej matkę zamykali w areszcie albo w szpitalu? O ile wiedziała, nie miała żadnych innych krewnych. Może opiekowali się nią jacyś zaprzyjaźnieni ludzie? Może trafiła do sierocińca albo jakiejś rodziny?

Przypomniała sobie, że kiedy się spodziewała Vincenta, częściej niż wcześniej rozmyślała o swoim pochodzeniu Przecież to również jego historia. Ale kiedy się urodził przestała o tym myśleć. Po pierwsze nie miała czasu, po drugie swoim zapachem, meszkiem na karku i dołeczkami w nadgarstkach wypełnił całe jej życie. Wszystko inne wydawało jej się kompletnie nieważne. Nawet ona sama. Oboje z Mårtenem zostali pomniejszeni, a raczej wywyższeni do roli statystów w filmie o Vincencie. Pokochała swoją nową rolę. Pustka po jego śmierci była tym bardziej dojmująca. Została matką bez dziecka, nic nieznaczącą statystką w filmie bez głównego bohatera. Dzięki tym zdjęciom znów mogła znaleźć swoje miejsce,

Słyszała, jak Erika krząta się po kuchni, słyszała wołania i śmiechy dzieci. Ona tymczasem siedzi wśród swoich krewnych. Wszyscy już nie żyją, a mimo to znajduje wielką pociechę w świadomości, że kiedyś żyli.

Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. Zaczęła się zastanawiać, jak się czuje Mårten. Odkąd tu przyjechała, prawie o nim nie myślała. Gdyby miała być szczera, musiałaby przyznać, że od śmierci Vincenta w ogóle się nim nie przejmowała. Jak miałaby się przejmować nim, skoro przepełnia ją własna żałoba? Teraz, kiedy zobaczyła, gdzie jest jej miejsce, po raz pierwszy od dawna pomyślała, że Mårten jest częścią niej. Vincent połączył ich na zawsze. Z kim innym mogłaby dzielić wspomnienia? Był przy niej, głaskał jej rosnący brzuch, podczas USG patrzył w monitor na bijące serduszko. Ocierał jej pot z czoła, masował krzyż i dawał pić podczas porodu, długiej, potwornej doby, gdy walczyła o to, żeby Vincent przyszedł na świat. Mały się opierał, ale gdy się pokazał i wyzezował na nich, Mårten mocno chwycił ją za rękę. Nie ukrywał łez, wytarł je w rękaw. Potem razem przeżywali wypełnione krzykiem dziecka noce, widzieli pierwszy uśmiech i pierwsze ząbki. Kibicowali synkowi, gdy chwiejąc się na boki, zaczynał raczkować. Mårten filmował jego pierwsze kroki. Pierwsze słowa, pierwsze zdanie i pierwszy dzień w przedszkolu. Śmiech i płacz, dni dobre i złe. Tylko Mårten potrafi zrozumieć, jeśli ona zechce o tym opowiedzieć. Nikt inny.

Siedziała na podłodze i czuła, że robi jej się ciepło na sercu. To coś twardego i zimnego zaczęło topnieć. Zostanie tu jeszcze jedną noc, a potem wróci do domu. Do Mårtena. Pora skończyć z poczuciem winy i znów zacząć żyć.


Anna wypłynęła z portu i wystawiła twarz do słońca. Pod nieobecność męża i dzieci nieoczekiwanie poczuła się wolna. Pożyczyła od Eriki i Patrika łódkę, bo w jej własnej zabrakło paliwa. Cieszyła się, że płynie tak dobrze sobie znaną, starą łajbą. Góra wznosząca się nad portem złociła się w zachodzącym słońcu. Z Cafe Bryggan dochodziły śmiechy, muzyka grała do tańca. Na razie nikt się nie odważył ruszyć w tany, ale jeszcze parę piw i na parkiecie będzie pełno.

Rzuciła okiem na torbę z próbkami materiałów leżącą na dnie motorówki. Upewniła się, że jest dobrze zamknięta.

Ebba już je widziała. Kilka bardzo jej się spodobało, ale chciała, żeby na nie spojrzał również Mårten. Annie przyszło do głowy, żeby się wybrać na Valö jeszcze tego wieczoru. Wahała się, wyspa nie była bezpieczna. Przekonała się o tym poprzedniego dnia. Ta spontaniczna decyzja, żeby mimo wszystko popłynąć. przypominała jej dawne życie. Kiedyś rzadko myślała o skutkach. Postanowiła, że pójdzie za impulsem. Co się może stać? Popłynie, pokaże Mårtenowi próbki i wróci do domu. To tylko sposób na spędzenie czasu, wmawiała sobie. Może Mårten też się ucieszy, że ma towarzystwo. Ebba postanowiła zostać u Eriki na jeszcze jedną noc. Chciała dokładnie przejrzeć materiały o swojej rodzinie. Ale Anna podejrzewała, że wymówka, że Ebba ze zrozumiałych względów nie chce wracać na wyspę.

Kiedy dopływała do pomostu, zobaczyła, że Mårten już na nią czeka. Dzwoniła, żeby go uprzedzić, że przyjedzie. Widocznie jej wypatrywał.

– Jednak się odważyłaś wrócić na ten dziki zachód. – Zaśmiał się i chwycił za dziób łódki.

– Zawsze lubiłam wyzywać los. – Rzuciła Mårtenowi cumę. Przywiązał ją do pomostu. – Prawdziwy wilk morski z ciebie – powiedziała, wskazując na fachowy węzeł na pachołku.

– Skoro już zostałem wyspiarzem, to na całego. – Podał jej rękę i pomógł wyskoczyć z łódki. Drugą miał zabandażowaną.

– Dziękuję. Co sobie zrobiłeś w rękę?

Mårten spojrzał na bandaż, jakby go wcześniej nie zauważył.

– E tam, to normalne podczas remontu. Konieczne.

– Proszę, jaki macho – powiedziała Anna. Złapała się na tym, że się głupawo uśmiecha. Poczuła się trochę winna, że jakkolwiek by było, flirtuje z mężem Ebby. Oczywiście tylko dla żartu, całkiem niewinnie, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że Mårten jest niezwykle atrakcyjny.

– Daj, wezmę to. – Zdjął jej z ramienia ciężką torbę | próbkami.

Ruszyła za nim pod górę, do domu.

– Zaprosiłbym cię do kuchni, ale tam trochę wieje – powiedział, gdy już weszli.

Anna się roześmiała. Zrobiło jej się lekko na sercu. Poczuła ulgę: nie kojarzy się ludziom wyłącznie z nieszczęściem, które ją spotkało.

– Siedzenie w jadalni też oznacza pewne niedogodności. Nie ma podłogi – ciągnął, mrugając do niej porozumiewawczo.

Mårten ponurak, jakiego niedawno poznała, wyparował jak kamfora. Może nie powinno jej to dziwić, bo Ebba też zachowywała się inaczej, kiedy się spotkały u Eriki.

– Jeśli nie masz nic przeciwko siedzeniu na podłodze chodźmy na piętro, do sypialni. – Nie czekając na odpowiedź, wszedł na schody.

– Dziwnie się czuję. Po tym, co się wczoraj stało, zajmować się takimi rzeczami… – powiedziała przepraszająco.

– Nie ma powodu. Życie toczy się dalej. Jeśli o to chodzi, jesteśmy z Ebbą do siebie podobni. Oboje bardzo praktyczni.

– Ale naprawdę się nie boicie tu zostać?

Mårten wzruszył ramionami.

– Czasem trzeba – powiedział, stawiając torbę na środku pokoju.

Anna uklękła. Zaczęła wyjmować próbki i rozkładać je na podłodze. Z entuzjazmem mówiła o tym, z których materiałów zostaną uszyte obicia, zasłony i poduszki, jakie do siebie pasują. Nagle umilkła i spojrzała na Mårtena. Nie patrzył na próbki, tylko na nią.

– Widzę, że bardzo cię to interesuje – powiedziała z przekąsem. Czuła, że się czerwieni. Nerwowym ruchem założyła włosy za uszy.

Mårten nie odrywał od niej wzroku.

– Jesteś głodna? – spytał.

Kiwnęła głową.

– Tak, dosyć.

– Dobrze. – Zerwał się. – Zostań tutaj, pozbieraj to wszystko. Zaraz wrócę.

Zbiegł do kuchni. Anna siedziała wśród rozłożonych na pięknej, wycyklinowanej podłodze próbek. Promienie słońca wpadały ukośnie przez okno. Zdała sobie sprawę, że jest znacznie później, niż sądziła. Przemknęło jej przez myśl, że powinna pędzić do domu, do dzieci. Przypomniała sobie, że wszyscy wyjechali. Dom jest pusty. Czekała ją samotna kolacja przed telewizorem. Równie dobrze mogła tu zostać. Mårten też był sam, zawsze przyjemniej jeść w towarzystwie. W dodatku już zaczął coś szykować. Byłoby niegrzecznie teraz wyjść, skoro już powiedziała, że jest głodna.

Nerwowymi ruchami poskładała próbki. W chwili kiedy skończyła i ułożyła wszystko na komodzie, usłyszała na schodach kroki i chrzęst szkła pod butami. Wszedł Mårten, z tacą w rękach.

– Kolacja w stylu Cajsy Warg [25], czyli zimne mięsa i sery. Do tego tosty. Może da się to przełknąć, jeśli popijemy dobrym czerwonym winem.

– Na pewno. Ale dla mnie tylko jeden kieliszek. Byłby skandal na całą okolicę, gdyby mnie zatrzymano za pływanie motorówką po pijanemu.

– Nie chciałbym się przyczynić do skandalu. – Postawił tacę na podłodze.

Anna poczuła, że jej serce bije mocniej. Właściwie nie powinna tu siedzieć, jeść serów i popijać wina z mężczyzyzną, przy którym zaczynają jej się pocić dłonie. Ale właśnie tego chciała. Sięgnęła po kawałek chleba.

Dwie godziny później wiedziała, że zostanie jeszcze dłużej. Nie była to świadoma decyzja, nie rozmawiali o tym. Ale też nie musieli nic mówić. Gdy zapadł zmrok, Mårten zapalił świece i w świetle migoczących płomieni Anna postanowiła żyć chwilą. Machnąć ręką na przeszłość. Poczuła, że żyje. I to on to sprawił.


Uwielbiała wieczorne światło, o tyle łaskawsze od bezlitosnego światła dnia. Patrzyła na swoją twarz w lustrze, powoli przesuwała dłonią po gładkich rysach. Kiedy zaczęła się przejmować tym, jak wygląda? Pamiętała, że kiedy była młodsza, inne rzeczy wydawały jej się znacznie ważniejsze. Potem jedyną naprawdę ważną stała się miłość. A Leon przyzwyczaił się do tego, że wszystko wokół niego jest piękne. Odkąd los ich ze sobą związał szukał coraz to nowych i coraz bardziej niebezpiecznych wyzwań, a ona kochała go coraz mocniej i była mu coraz bardziej oddana. Pozwoliła, żeby jego pragnienia nadawały kierunek jej życiu. Od tego nie było już odwrotu. Przysunęła się do lustra, ale nie zobaczyła żalu w swoich oczach. Dopóki Leon był do niej przywiązany tak mocno jak ona do niego, była gotowa poświęcić dla niego wszystko. Ale on po jakimś czasie zaczął się wycofywać jakby zapomniał, co ich połączyło. Wypadek uzmysłowił mu, że tylko śmierć może ich rozłączyć. Ból, który czuła, kiedy go wyciągała z samochodu, był niczym w porównaniu z tym, co by czuła, gdyby ją opuścił. Tego by nie przeżyła. Zwłaszcza po tym wszystkim, z czego dla niego zrezygnowała.

Ale teraz nie mogła zostać dłużej. Nie rozumiała, po co chciał wrócić. I nie powinna była mu na to pozwolić. Po co wracać do przeszłości, skoro to tak boli? Kolejny raz spełniła jego życzenie. Ale teraz koniec. Nie będzie stać obok i patrzeć, jak skacze w przepaść. Jedyne, co może zrobić, to pojechać do domu i czekać, aż przyjedzie za nią i będą mogli żyć tak jak dotychczas. Bez niej sobie nie poradzi. Będzie musiał to zrozumieć.

Przeciągnęła się i spojrzała na Leona. Siedział na tarasie, tyłem do niej. Poszła się spakować.


Erika była w kuchni. Nagle usłyszała, jak otwierają się drzwi. W następnej chwili do kuchni wpadł Patrik.

– Cholera jasna, co ty wyprawiasz?! – krzyknął. – Jak mogłaś mi nie powiedzieć, że mieliśmy włamanie?

– No bo… nie byłam pewna… – tłumaczyła się bez sensu.

Patrik był wściekły, dokładnie tak, jak zapowiedział Gösta.

– Gösta powiedział, że podejrzewasz Holma, a mimo to nic nie powiedziałaś. Przecież to są bardzo niebezpieczni ludzie!

– Mów ciszej. Dopiero co uśpiłam dzieci. – Chodziło nie tylko o dzieci. Erika nienawidziła konfliktów. Kiedy ktoś na nią krzyczał, chowała się jak ślimak w skorupie. Zwłaszcza kiedy krzyczał Patrik. Bardzo rzadko podnosił głos. Teraz było szczególnie kiepsko, bo częściowo musiała mu przyznać rację.

– Usiądź, porozmawiajmy o tym. Ebba jest na górze, w moim gabinecie.

Widziała, że Patrik stara się odzyskać panowanie nad sobą. Kilka razy głęboko odetchnął. Wypuszczał powietrze nosem. Chyba się udało. Nadal był blady, ale kiwnął głową i usiadł przy stole.

– Mam nadzieję, że usłyszę przekonujące wyjaśnienie, także tego, że knuliście z Göstą za moimi plecami.

Erika usiadła naprzeciwko męża. Wpatrywała się w stół i zastanawiała się, jak powiedzieć szczerą prawdę, a jednocześnie przedstawić siebie w możliwie najlepszym świetle. Nabrała powietrza i zaczęła opowiadać o tym, jak skontaktowała się z Göstą. Przecież sam jej powiedział, że Gösta jest zainteresowany sprawą zaginięcia Elvanderów również z powodów osobistych. Przyznała, że nie powiedziała mu, bo wiedziała, że mu się to nie spodoba. Namówiła Göstę, żeby przez jakiś czas sobie pomagali. Patrik miał niewesołą minę, ale słuchał jej. Zbladł, gdy przeszła do wizyty u Johna Holma i tego, jak odkryła, że ktoś próbował się zalogować do jej komputera.

– Ciesz się, że ci nie sprzątnęli komputera. Domyślam się, że już za późno na zabezpieczenie odcisków palców.

– Rzeczywiście, teraz to bez sensu. Ja go używałam, dzieci dotykają wszystkiego upaćkanymi rączkami…

Patrik z rezygnacją kręcił głową.

– Poza tym nie mam pewności, że to sprawka Holta – powiedziała. – Założyłam, że tak, bo stało się to wkrótce po tym, jak przypadkiem wzięłam tę kartkę.

– Przypadkiem! – Patrik parsknął.

– Ale już ją przekazałam Kjellowi. Bez obaw.

– Przecież oni nie wiedzą, że ją oddałaś. – Spojrzał na nią jak na idiotkę.

– Nie, oczywiście, ale już nic poza tym się nie stało.

– Czy Kjellowi udało się ustalić coś więcej? Powinnaś była mi o tym powiedzieć, to może mieć jakiś związek ze sprawą.

– Nie wiem. Sam go zapytaj.

– Dobrze, ale wolałbym wiedzieć o tym wcześniej. W każdym razie Gösta powiedział mi, czego się dowiedzieliście.

– Właśnie, a jutro mamy się spotkać z Ollem. Chcemy go zapytać o rzeczy Elvanderów.

– Z tym złomiarzem?

– Gösta ci nie mówił? Doszliśmy do tego, co się stało z dobytkiem Elvanderów. Okazało się, że złomiarz Olle był w internacie kimś w rodzaju złotej rączki. Kiedy Gösta do niego zadzwonił, żeby zapytać o rzeczy Elvanderów, powiedział: „Strasznie dużo czasu potrzebowaliście, żeby się do mnie zgłosić”! – Zaśmiała się głośno.

– Trzymał to wszystko tyle lat?

– Tak. Jutro o dziesiątej jadę do niego z Göstą. Zobaczymy, co zostało.

– Nie jedziesz – powiedział Patrik. – Ja z nim pojadę.

– Ale ja… – zaczęła i zrozumiała, że pora się poddać. – Okej.

– Od dzisiaj trzymasz się z dala od tej sprawy – powiedział stanowczo, ale widać było, że już mu przeszło.

Erika przyjęła to z prawdziwą ulgą.

Na schodach rozległy się kroki Ebby. Erika wstała, łeby dokończyć zmywanie.

– Zgoda? – spytała.

– Zgoda – odparł Patrik.

Siedział w ciemnościach i patrzył na nią. To jej wina.


Wykorzystała jego słabość i sprowokowała go do złamania przysięgi, którą złożył Ebbie. Bo przecież kiedyś przysięgał, że będzie ją kochał w radości i w smutku, do śmierci. Nie zmieniło tego nawet to, że zrozumiał że to ona jest winna tego, co się stało. Kochał ją i chciał jej przebaczyć. Kiedyś stał przed nią odświętnie ubrany i przysięgał, że będzie jej wierny. Była taka piękna, gdy w prostej białej sukience patrzyła mu w oczy i brała sobie jego słowa do serca. Anna to wszystko zniszczyła.

Mruknęła przez sen i wbiła głowę w poduszkę Ebby. W tym momencie gotów był jej tę poduszkę wyrwać. Nie powinna jej brukać swoim zapachem. Ebba zawsze używała tego samego szamponu i poszewka pachniała tak jak jej włosy. Siedział na brzegu łóżka. Zacisnął pięść. Powinna tu leżeć Ebba. Światło księżyca padałoby na piękną twarz, tworzyłoby cienie wokół nosa i pod oczami. To jej nagie piersi powinny się wznosić i opadać pod kołdrą, w rytm jej oddechu. Piersi Ebby, drobne jak pąki kwiatów, były zupełnie inne niż piersi Anny. Od piersi Anny biegły blizny, wiły się aż do brzucha. Wcześniej czuł pod palcami, że są szorstkie. Teraz na ich widok poczuł obrzydzenie. Ostrożnie chwycił kołdrę i podciągnął ją, przykrył Annę. Ohydne ciało, które przyciskało się do niego, zacierając wspomnienie ciała Ebby. Zemdliło go na samą myśl o tym. Musi to unieważnić, zatrzeć, żeby Ebba mogła wrócić. Na chwilę znieruchomiał, wziął swoją poduszkę i powoli opuścił ją na twarz Anny.


Fjällbacka 1951


Nastąpiło to niespodziewanie. To nie było tak, że nie lubiła dzieci, ale mijały lata i nic się nie działo. W końcu ze spokojem stwierdziła, że widocznie nie będzie ich miała. Sigvard miał już dorosłych synów i nie wyglądało na to, żeby go martwiła jej bezpłodność.

I oto rok temu nagle poczuła się okropnie, niewytłumaczalnie zmęczona. Sigvard, bojąc się najgorszego, wysłał ją do lekarza na dokładne badania. Już myślała, że może to rak albo inna śmiertelna choroba. Tymczasem okazało się, że w wieku trzydziestu lat, po dwunastu latach małżeństwa, zaszła w ciążę. Lekarz nie potrafił tego wyjaśnić, a ona potrzebowała wielu tygodni, żeby przetrawić tę nowinę. W jej życiu działo się niewiele i bardzo jej to odpowiadało. Najchętniej siedziałaby w domu, którego była panią. Starannie go urządziła, wszystko przemyślała. Teraz ktoś zakłóci ten idealny porządek.

Ciąży towarzyszyły dziwne dolegliwości. Jej ciało się zmieniało i były to zmiany niepożądane. Sama świadomość, że nosi w sobie coś, nad czym nie panuje, wprawiała ją niemal w panikę. Poród był przerażającym doświadczeniem. Postanowiła, że już nigdy nie narazi się na coś podobnego. Nie zamierzała przeżywać straszliwego bólu i bezsilności. Do tego w samym porodzie było coś zwierzęcego. Sigvard musiał się na dobre wynieść do pokoju gościnnego, ale chyba nie miał nic przeciwko temu. Wydawał się całkiem zadowolony z życia.

Pierwszy okres po narodzinach Inez był dla niej szokiem. Potem znalazła Nannę, błogosławioną, cudowną Nannę, która zdjęła z jej barków odpowiedzialność za dziecko. Dzięki temu mogła wrócić do dawnego życia. Nanna wprowadziła się do nich. Jej pokój sąsiadował z pokojem Inez, żeby w nocy lub w razie potrzeby mogła szybko do niej pójść. Zajęła się wszystkim. Ona mogła swobodnie dysponować swoim czasem. Tylko od czasu do czasu na chwilę zaglądała do pokoju córki, żeby się nią nacieszyć. Inez wkrótce miała skończyć pół roku i była prześliczna, jeśli akurat nie płakała z głodu albo z powodu mokrej pieluszki. Ale to były sprawy Nanny. Laura była zadowolona, że tak dobrze się wszystko ułożyło, mimo nieoczekiwanego zwrotu, jaki nastąpił w jej życiu. Nie lubiła zmian, więc im mniej miejsca dziewczynka zajmowała w jej życiu, tym łatwiej jej było się do niej przywiązać.

Poprawiła stojące na komodzie oprawione fotografie. Na jednej ona i Sigvard, na pozostałych obaj synowie Sigvarda z rodzinami. Do tej pory nie udało im się oprawić zdjęcia Inez. Zdjęcia swojej matki nigdy by tu nie postawiła Lepiej, żeby nikt nie pamiętał, kim były jej matka i babka. Matka chyba zniknęła na dobre. Ostatni raz dała znak życia dwa lata temu, nie widziano jej też w okolicy. Laura wciąż miała w pamięci ostatnie spotkanie. Rok wcześniej wypisano ją ze szpitala, ale nie ośmieliła się do niej przyjść. Ludzie mówili, że pije i krąży po miasteczku, tak jak wtedy, kiedy Laura była dzieckiem. Kiedy w końcu stanęła na schodach ich domu, bezzębna, brudna, w łachmanach, szalona jak zawsze, Laura nie potrafiła pojąć, jak mogli ją wypuścić. W szpitalu przynajmniej dostawała leki i nie mogła pić. Wolałaby, żeby sobie poszła, ale wpuściła ją szybko, żeby sąsiedzi nie zdążyli jej zobaczyć.

– Proszę, jaka elegancka – powiedziała matka. – Jak wysoko zaszła.

Laura trzymała ręce za plecami, zacisnęła pięści. To, co tak od siebie odpędzała i co nawiedzało ją tylko w snach, wreszcie ją dogoniło.

– Czego chcesz?

– Potrzebuję pomocy – powiedziała matka płaczliwie. Dziwnie się poruszała, sztywno. Jej twarz wykrzywiały nerwowe skurcze.

– Potrzebujesz pieniędzy? – Laura sięgnęła po torebkę.

– Nie dla siebie – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od torebki. – Chcę jechać do Niemiec.

Laura spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Do Niemiec? A co ty tam masz do roboty?

– Nie dane mi było się pożegnać z twoim ojcem. Nie mogłam pożegnać mojego Hermanna.

Zaczęła płakać. Laura rozejrzała się nerwowo. Nie chciała, żeby Sigvard coś usłyszał. Wyszedłby do przedpokoju dowiedzieć się, co się dzieje. Nie powinien zobaczyć jej matki.

– Cicho! Dostaniesz pieniądze, tylko, na miłość boską, uspokój się! – Podała jej plik banknotów. – Masz! Powinno wystarczyć na bilet do Niemiec.

– O, dziękuję! – Matka chwyciła pieniądze i ręce córki. Obsypała je pocałunkami. Laura z obrzydzeniem wyrwała ręce i wytarła je w spódnicę.

– Idź już – powiedziała. Chciała jak najszybciej pozbyć się matki z domu i z życia. Chciała, żeby jej życie znów było idealne. Matka wzięła pieniądze i poszła, a ona z ulgą opadła na krzesło.

Od tamtej pory minęło kilka lat. Matka pewnie już nie żyła. Nie sądziła, żeby za pieniądze, które jej dała, dojechała daleko. Zwłaszcza w powojennym chaosie. Jeśli w dodatku mówiła wszystkim, że musi się pożegnać z Hermannem Göringiem, na pewno uznali ją za wariatkę, którą w istocie była, i zatrzymali gdzieś po drodze, Znajomość z Göringiem nie była czymś, o czym należało głośno mówić. Jego zbrodni nie umniejszyło to, że rok po wojnie odebrał sobie w więzieniu życie. Na myśl o tym, że nadal twierdziła, że był jej ojcem, przeszył ją dreszcz. Teraz nie było się czym chwalić. Zachowała mgliste wspomnienie wizyty w mieszkaniu jego żony w Sztokholmie. Pamiętała za to dobrze, jak się wstydziła i jak na nią patrzyła Carin Göring. Było w jej spojrzeniu współczucie i dużo ciepła. Tylko ze względu na nią nie wezwała policji, chociaż na pewno porządnie się wystraszyła.

Było, minęło. Matki nie ma, już nikt nie mówi o jej urojeniach. Nanna dba, żeby mogła żyć tak, jak lubi. Porządek został przywrócony, wszystko jest idealne. Dokładnie takie, jak być powinno.


Gösta spojrzał uważnie na Patrika. Bębnił palcami w kierownicę i zawzięcie wpatrywał się w samochody jadące przed nimi. Musiał się trzymać blisko pobocza, bo wąskie drogi nie były przystosowane do dużego mchu w obu kierunkach. A latem ruch był naprawdę duży.

– Mam nadzieję, że nie byłeś dla niej zbyt surowy, co?

Gösta odwrócił głowę. Wyglądał przez boczne okno.

– Zachowaliście się idiotycznie, nadal tak uważam – odparł Patrik, ale był dużo spokojniejszy niż wczoraj.

Gösta milczał. Nie chciało mu się kłócić. Prawie całą noc jeszcze raz przeglądał materiały z dochodzenia, ale nie chciał o tym mówić Patrikowi. Pewnie nie byłby zadowolony, gdyby wystąpił z jakąś propozycją. Zasłonił usta ręką, żeby ukryć, że ziewa. Był rozczarowany, że jego nocna na nasiadówka nie przyniosła żadnych efektów. Nie znalazł nic, co by go zainteresowało. Nic nowego. Czuł się tak, jakby z niego drwiono. A jednocześnie nie mógł się pozbyć wrażenia, że odpowiedź ma przed nosem, że ukrywa się w którejś ze stert papierów. Wcześniej był zły, że nie może jej znaleźć. Do wyjaśnienia tej sprawy pchała go ciekawość i zawodowa ambicja. Teraz pchała go do tego obawa o Ebbę. Ebba nie była bezpieczna, jej życie zależało od tego, czy złapią sprawcę.

– Skręć w lewo. – Wskazał na boczną drogę kawałek dalej.

– Wiem, gdzie to jest – odparł Patrik i skręcił w sposób świadczący o tym, że gardzi śmiercią.

– Widzę, że nadal nie masz prawa jazdy – mruknął Gösta. Trzymał się uchwytu nad drzwiami.

– Jestem bardzo dobrym kierowcą.

Gösta prychnął. Dojeżdżali do domu Ollego.

– Jego dzieci nie będą szczęśliwe, kiedy pewnego dnia będą musiały tu zrobić porządek – zauważył.

Posesja przypominała raczej złomowisko niż miejsce zamieszkania. Ludzie z okolicy wiedzieli, że jeśli chcą się czegoś pozbyć, powinni dzwonić do Ollego. Chętnie brał wszystko. Pomiędzy kilkoma budynkami i magazynami stały auta, lodówki, przyczepy, pralki i najróżniejsze inne rzeczy. Nawet suszarka z salonu fryzjerskiego. Gösta dostrzegł ją, kiedy Patrik parkował między zamrażarką a starym volvo amazon.

Wyszedł im naprzeciw mały zasuszony człowieczek w roboczym kombinezonie.

– Szkoda, że nie przyjechaliście wcześniej. Straciliście już pół dnia.

Gösta spojrzał na zegarek. Pięć po dziesiątej.

– Cześć, Olle. Masz coś dla nas, prawda?

– Cholernie dużo czasu wam to zabrało. Nie rozumiem, czym policja się zajmuje. Nikt nie pytał o te rzeczy, więc ich nie ruszałem. Tam leżą, obok rzeczy szalonego hrabiego.

Weszli za nim do ciemnej szopy.

– Szalonego hrabiego? – spytał Patrik.

– Nie wiem, czy był hrabią, ale miał jakieś szlacheckie nazwisko.

– Masz na myśli von Schlesingera?

– Właśnie. Cała okolica wiedziała, że sympatyzował z Hitlerem, a jego syn nawet się zaciągnął, żeby walczyć po stronie Niemców. Chłopaczyna ledwo zdążył dojechać na front, jak dostał kulkę w głowę. – Olle zaczął grzebać w rupieciach. – Trudno powiedzieć, czy jego stary zwariował już wcześniej, czy dopiero po jego śmierci. W każdym razie był przekonany, że alianci go napadną na tej jego wyspie. Nie uwierzylibyście, co sobie wyobrażał i jak się zachowywał. W końcu dostał udaru i umarł.

Olle przystanął, podrapał się w głowę i zerkał na nich. Mrużył oczy w skąpym świetle. – To było w 1953 roku, jeśli dobrze pamiętam. Potem było jeszcze kilku właścicieli. W końcu dom kupił ten cały Elvander. Dobry Boże, co to za pomysł, żeby zakładać szkołę z internatem i ściągać dzieciaki z jakichś nadzianych rodzin. To się musiało źle skończyć, to oczywiste.

Mruczał pod nosem i grzebał w rupieciach. W powietrze wzbił się kłąb kurzu. Gösta i Patrik zaczęli kaszleć.

– O, są. Cztery kartony różnych rzeczy. Meble zostały na miejscu, kiedy wynajmowali dom, ale drobne przedmioty zabrałem. Nie można wszystkiego wyrzucać, zresztą nie wiadomo było, czy przypadkiem nie wrócą. Chociaż większość, podobnie jak ja, uważała, że leżą gdzieś nieżywi.

– Nie przyszło ci do głowy zawiadomić policję, że masz te rzeczy? – spytał Patrik.

Olle wyprostował się i skrzyżował ramiona na piersi.

– Przecież mówiłem Henry'emu.

– Co takiego? Henry wiedział, że tu są? – zdziwił się Gösta. Swoją drogą nie byłaby to jedyna rzecz, jaka umknęła Henry'emu. Poza tym nie ma sensu się złość u na kogoś, kto już nie żyje i nie może się bronić. Patrik przyjrzał się pudłom.

– Powinny się zmieścić w samochodzie. Jak myślisz?

Gösta skinął głową.

– Chyba tak. W razie czego złożymy tylne siedzenia.

– Kto by pomyślał – zaśmiał się Olle. – Trzeba było trzydziestu lat, żebyście po to przyjechali.

Spojrzeli na niego ze złością, ale nic nie powiedzieli. Czasem lepiej milczeć.

– Olle, co ty zrobisz z tym wszystkim? – Gösta nie mógł nie spytać. Czuł się wręcz przytłoczony ilością różnych przedmiotów. Jego własny dom nie był może szczególnie nowoczesny, ale panował w nim ład i porządek. Był dumny, że nie skończył jako staruch brodzący w śmieciach.

– Nigdy nie wiadomo, co się kiedy przyda. Bądźcie pewni, że świat wyglądałby inaczej, gdyby wszyscy byli tacy oszczędni jak ja.

Patrik się schylił. Próbował podnieść pudło, ale tylko stęknął.

– Gösta, musimy to podnieść razem. Dla jednego za ciężkie.

Gösta spojrzał na niego z przerażeniem. Jeśli się nadweręży, zepsuje sobie resztę sezonu golfowego.

– Nie mogę dźwigać, muszę dbać o krzyż.

– Dobra, łap i podnoś.

Gösta zdał sobie sprawę, że Patrik go przejrzał. Niechętnie ugiął nogi w kolanach i chwycił pudło. Kurz dostał mu się do nosa, kichnął kilka razy.

– Na zdrowie – powiedział Olle z szerokim uśmiechem. W górnej szczęce brakowało mu trzech zębów

– Dziękuję.

Gösta trochę narzekał, kiedy wstawiali pudła do bagażnika, ale miał nadzieję, że znajdą jakąś wskazówkę. Najbardziej jednak cieszyło go to, że będzie mógł powiedzieć Ebbie, że rzeczy jej rodziców się znalazły. Nawet gdyby miał się nadwerężyć, i tak warto.


Wyjątkowo pospali dłużej. Uważał, że zasłużył, bo wczoraj pracował do późna.

– Boże, jeszcze chce mi się spać – powiedziała Carina, kladąc mu rękę na ramieniu.

– Mnie też, ale kto powiedział, że mamy wstawać? – Kjell przysunął się do niej i mocno ją przytulił.

– Mmm… zmęczona jestem.

– Chcę się tylko poprzytulać.

– Już ci wierzę – odparła, z lubością wyginając szyję. W kieszeni spodni Kjella przewieszonych przez oparcie łóżka głośno rozdzwoniła się komórka.

– Nie odbieraj. – Carina przycisnęła się do niego.

Ale telefon dzwonił i dzwonił. Kjell nie wytrzymał. Szarpnął spodnie i wyjął go z kieszeni. Na wyświetlaczu zobaczył nazwisko: Sven Niklasson. Wymacał przycisk z zieloną słuchawką.

– Cześć, Sven. Ależ nie, nie spałem. – Zerknął na zegarek, było po dziesiątej. Chrząknął. – Dowiedziałeś się czegoś?

Sven Niklasson mówił dość długo. Kjell słuchał z rosnącym zdziwieniem. Mruczał pod nosem, co miało Niklassonowi wystarczyć za odpowiedź. Widział, że Carina leży na boku z głową opartą na ramieniu i patrzy na niego.

– Możemy się spotkać na Malöga [26] – powiedział w końcu. – Doceniam to, że mnie do tego dopuszczasz. Nie każdego z naszych kolegów byłoby na to stać. Dali znać policji z Tanum? Z Göteborga? W tej sytuacji może to i lepiej. Tak, wczoraj mieli konferencję prasową i są mocno zajęci swoimi sprawami. Większość z tego, o czym powiedziano dziennikarzom, pewnie już wiesz od waszego reportera, który też tam był. Pogadamy, jak po ciebie przyjadę. Do zobaczenia.

Kjell niemal się zasapał. Carina spojrzała na niego z uśmiechem.

– Domyślam się, że dzieje się coś ważnego, skoro Sven Niklasson przyjeżdża.

– Żebyś wiedziała. – Kjell wstał z łóżka i zaczął się ubierać. Zniknęło całe zmęczenie. – Żebyś wiedziała powtórzył.


Szybko zmieniła pościel w gościnnym pokoju. Ebba pojechała. Chciała zabrać materiały o swojej rodzinie. Erika zaproponowała, że zrobi dla niej kopie. Oczywiście powinna była pomyśleć o tym wcześniej.

– Noel! Nie bij Antona! – krzyknęła w stronę salonu. Nie musiała sprawdzać, kto wywołał awanturę. Najwyraźniej jej nie posłuchał, bo Anton płakał coraz głośniej.

– Mamo! Maaamo, Noel się bije! – krzyczała Maja.

Erika z westchnieniem odłożyła pościel. Niemal fizycznie odczuwała potrzebę zrobienia czegoś od początku do końca. Chociaż raz. Bez konieczności przerywania sobie z powodu wrzasku któregoś z dzieci. Potrzebowała odrobiny czasu dla siebie, odrobiny dorosłego życia. Dzieci były najważniejsze, ale chwilami miała wrażenie, że musi dla nich poświęcić wszystko, także własne plany i zainteresowania. Owszem, Patrik wziął kilkumiesięczny urlop ojcowski, ale to ona musiała dopilnować, żeby wszystko działało jak należy. Pomagał jej, ale właśnie o to chodziło: pomagał. Jeśli któreś z dzieci zachorowało, to ona musiała przesunąć termin oddania książki albo wywiadu, bo Patrik musiał iść do pracy. Buntowała się przeciwko temu i coraz częściej była rozżalona, że jej potrzeby i jej praca są na ostatnim miejscu.

– Noel, przestań w tej chwili – powiedziała, odrywając go od szlochającego na podłodze brata. Noel natychmiast się rozpłakał, a jej zrobiło się przykro, że go szarpnęła za mocno.

– Niedobra mama – powiedziała Maja ze złością.

– Tak jest, niedobra mama. – Erika usiadła na podłodze i przytuliła obu zapłakanych malców.

– Halo! – rozległ się głos w przedpokoju. Erika drgnęła. Natychmiast się domyśliła, kto to. Tylko jedna osoba wchodzi do domu bez pytania.

– Cześć, Kristino – powiedziała, podnosząc się z trudem. Bliźnięta w jednej chwili przestały płakać i pobiegły do babci.

– Rozkaz szefa. Teraz ja przejmuję dzieci – powidziała Kristina, ocierając im łzy.

– Przejmujesz?

– Ty masz jechać na komisariat. – Teściowa spojrzała m nią z taką miną, jakby to było oczywiste. – Nic więcej nie wiem. Ja jestem tylko emerytką, która ma się stawiać na wezwanie. Bez uprzedzenia. Patrik zadzwonił, żeby zapytać, czy mogę przyjechać od razu. Całe szczęście, że mnie zastał. Przecież mogłam mieć coś ważnego do załatwienia, może nawet być na randce, czy jak dziś mówią date. Powiedziałam mu, że tym razem niech już będzie, ale na przyszłość proszę mnie uprzedzać trochę wcześniej. Mam własne życie, chociaż wam się pewnie zdaje, że jestem na to za stara. – Musiała przerwać, żeby zaczerpnąć powietrza. Spojrzała na Erikę. – Na co czekasz? Patrik powiedział, że masz jechać na komisariat.

Erika nadal nic nie rozumiała, ale postanowiła o nic nie pytać. Tak czy inaczej, zanosiło się na chwilę oddechu, a niczego więcej nie pragnęła.

– Powiedziałam Patrikowi, że mogę popilnować dzieci w ciągu dnia, bo wieczorem jest „Sommarkrysset” [27], którego za nic nie odpuszczę. A przedtem muszę zrobić zakupy i pranie, więc dłużej jak do piątej nie zostanę. Wtedy bym nie zdążyła. W domu też mam coś do zrobienia. Nie mogę być tylko na wasze usługi, chociaż Bóg mi świadkiem, jest tutaj co robić.

Erika zatrzasnęła za sobą drzwi i uśmiechnęła szeroko. Wolność.

Wsiadła do samochodu i dopiero wtedy się zastanowiła. Co się nagle stało? Co nagle jest takie pilne? Przyszło jej do głowy, że musi to mieć coś wspólnego z wizytą Patrika i Gösty u Ollego. Znaleźli rzeczy Elvanderów. Pogwizdując, ruszyła w stronę Tanumshede. Już nie miała żalu do Patrika. W każdym razie nie taki wielki. Skoro jej pozwala być przy przeglądaniu rzeczy, jest gotowa bez szemrania dbać o dom przez najbliższy miesiąc.

Zajechała na parking i wbiegła do brzydkiego niskiego budynku. W recepcji nikogo nie było.

– Patriku! – zawołała w głąb korytarza.

– Tu jesteśmy. W sali konferencyjnej.

Na progu stanęła jak wryta. Stół i cała podłoga były zarzucone różnymi przedmiotami.

– To nie był mój pomysł – powiedział Patrik, nie odwracając się. – Gösta uważał, że zasłużyłaś na to, żeby wziąć w tym udział.

Posłała Göście całusa. Zaczerwienił się i odwrócił wzrok.

– Znaleźliście już coś ciekawego? – spytała, rozglądając się.

– Nie, na razie wyjmujemy to wszystko z pudeł. – Patrik zdmuchnął kurz z kilku albumów ze zdjęciami i położył je na stole.

– Pomóc wam czy zacząć przeglądać?

– Zaraz skończymy opróżniać kartony. Ty zacznij układać. – Odwrócił się i spojrzał na nią. – Mama przyjechała?

– Nie, ale dzieci są już na tyle duże, że mogą zostać same. – Roześmiała się. – No pewnie, że tak. Skąd bym wiedziała, że mam przyjechać?

– Prawdę mówiąc, najpierw próbowałem złapać Annę, ale nie odebrała ani w domu, ani komórki.

– Nie odebrała? Dziwne. – Erika zmarszczyła czoło. Anna raczej nie rozstawała się z komórką.

– Dan i dzieci wyjechali. Pewnie drzemie sobie na leżaku.

– Masz rację. – Postanowiła się nie denerwować i zająć leżącymi przed nią przedmiotami.

Dłuższą chwilę pracowali w ciszy. W pudłach by głównie książki, długopisy, szczotki do włosów, buty i ubrania. Po tylu latach czuć je było stęchlizną i pleśnią.

– Co się stało z meblami i ozdobami? – spytała Erika.

– Zostały w domu. Podejrzewam, że większość znikała wraz z kolejnymi lokatorami. Trzeba spytać Ebbę i Mårtena. Coś jednak powinno zostać, więc może coś znaleźli, kiedy się wprowadzali.

– Właśnie, wczoraj Anna popłynęła do Mårtena. Wzięła naszą motorówkę. Mam nadzieję, że wróciła cała.

– Na pewno wszystko w porządku, ale jeśli masz się niepokoić, zadzwoń do niego i spytaj, o której wypłynęła.

– Chyba rzeczywiście tak zrobię.

Sięgnęła do torebki po komórkę i znalazła numer Mårtena. Rozmawiali chwilę, a potem spojrzała na Patrika.

– Siedziała tam nieco ponad godzinę. Kiedy wypływała, morze było zupełnie spokojne.

Patrik wytarł zakurzone dłonie o spodnie.

– No to już wiesz.

– Tak. Dobrze, że już wiem. – Kiwnęła głową, ale nie pozbyła się wątpliwości. Coś nie dawało jej spokoju. Zdawała sobie jednak sprawę, że jest wobec siostry nadopiekuńcza i że łatwo popada w przesadę. Odsunęła od siebie te myśli i wróciła do przeglądania tego, co leżało na stołach.

– Dziwne – powiedziała, wskazując na kartkę z listą zakupów. – Musiała to napisać Inez, ale jakoś trudno sobie wyobrazić, że żyła normalnie i robiła listę zakupów: mleko, jajka, cukier, dżem, kawa…

Podała kartkę Patrikowi. Spojrzał, westchnął i oddał jej.

– Nie mamy czasu na takie rzeczy. Musimy się skupić na tym, co istotne.

– Okej. – Erika odłożyła kartkę na stół. Przeglądali wszystko po kolei.

– Ten Rune był skrupulatny. – Gösta pokazał im zeszyt, w którym Elvander zapisywał wydatki. Pismo było tak staranne, jakby zapiski robiono na maszynie. – Odnotował każdy wydatek, nawet najmniejszy – powiedział, przewracając kolejne kartki.

– Po tym, co o nim słyszałam, jakoś mnie to nie dziwi – powiedziała Erika.

– Spójrzcie na to. Zdaje się, że ktoś się podkochiwał w Leonie. – Patrik wskazał na zabazgraną kartkę w notesie.

– A serce L – odczytała Erika. – Ćwiczyła przyszły podpis: Annelie Kreutz. Więc Annelie kochała się w Kreutzu. Tak właśnie mi mówiono.

– Ciekawe, co na to tata Rune – powiedział Gösta.

– Gdyby rzeczywiście coś między nimi było, przy tak surowym ojcu mogło się skończyć katastrofą – stwierdził Patrik.

– Pytanie, czy uczucie było odwzajemnione. – Erika przysiadła na stole. – Annelie kochała się w Kreutzu, ale czy on się kochał w niej? Według Johna Holma nie, ale przecież mógł tego nie okazywać.

– Nocne hałasy – przypomniał Gösta. – Mówiłaś, że Ove Linder słyszał jakieś hałasy. Może to Kreutz i Annelie się skradali?

– Może duchy? – dodał Patrik.

– E tam. – Gösta wyszarpnął plik rachunków i zaczął je oglądać. – Czy Ebba wróciła na wyspę?

– Tak, zabrała się łodzią pocztową – odparła Erika nieobecnym głosem. Oglądała album ze zdjęciami. Jedno z nich przedstawiało młodą kobietę z długim i prostymi włosami. Z małym dzieckiem. – Nie wygląda na szczęśliwą.

Patrik zajrzał jej przez ramię.

– Inez z Ebbą.

– Tak, a to pewnie reszta dzieci Elvandera. – Wskazała na trójkę dzieci w różnym wieku i różnego wzrostu. Stały na tle ściany, wyraźnie niezadowolone.

– Ebba będzie przeszczęśliwa, kiedy to zobaczy – powiedziała Erika, odwracając stronę. – To dla niej bardzo ważne. Spójrzcie, to chyba jej babcia Laura.

– Paniusia wygląda na herod-babę – zauważył Gösta. Przystanął z drugiej strony, żeby popatrzeć.

– Ile miała lat, kiedy umarła? – spytał Patrik.

Erika się zamyśliła.

– Musiała mieć pięćdziesiąt trzy. Pewnego ranka znaleźli ją martwą za domem.

– Nic podejrzanego? – spytał Patrik.

– O ile wiem, nie. Słyszałeś coś, Gösta?

Gösta potrząsnął głową.

– Lekarz, który tam był, stwierdził, że wyszła w nocy, dostała zawału i umarła. Wszystko wskazywało na to, że z przyczyn naturalnych.

– Czy to jej matka zniknęła? – spytał Patrik.

– Tak, w 1949 roku.

– Stara pijaczka – powiedział Gösta. – Tak słyszałem.

– To cud, że Ebba jest normalna, choć pochodzi z takiej rodziny.

– Może dlatego, że wychowywała się w Partille, a nie na Valö – powiedział Gösta.

– Z pewnością – odparł Patrik.

Po dwóch godzinach przejrzeli wszystko i spojrzeli po sobie. Byli rozczarowani. Ebba dostanie zdjęcia i osobiste rzeczy swoich krewnych, ale nie znaleźli nic, co mogłoby popchnąć naprzód dochodzenie. Erice prawie chciało się płakać. Wiązała z tymi rzeczami wielkie nadzieje. Tymczasem sterczeli wśród nikomu niepotrzebnych klamotów.

Patrzyła na męża. Coś go nurtowało, ale nie umiał powiedzieć co. Znała tę minę.

– O czym myślisz?

– Sam nie wiem. Coś mnie… nieważne, potem mi się przypomni – powiedział z irytacją.

– Pakujemy wszystko z powrotem – powiedział Gösta i zaczął wkładać rzeczy do najbliższego kartonu.

– Tak, nie pozostaje nam nic innego.

Patrik również zabrał się do sprzątania. Erika stała chwilę. Rozejrzała się jeszcze raz. A nuż zobaczy coś ciekawego. Już miała się poddać, kiedy jej wzrok padł na kilka wyglądających znajomo niedużych czarnych książeczek. Paszporty Elvanderów. Gösta ułożył je w osobną kupkę. Zmrużyła oczy, podeszła bliżej i policzyła. Wzięła je do ręki i ułożyła obok siebie.

Patrik przerwał pakowanie i spojrzał na nią.

– Co robisz?

– Nie widzisz? – Wskazała na paszporty.

– Nie. Co?

– Policz je.

Policzył i szeroko otworzył oczy.

– Cztery – powiedziała. – Nie powinno być pięć?

– Nie, jeśli przyjmiemy, że Ebbie nie zdążyli wyrobić.

Patrik podszedł i wziął paszporty do ręki. Otwierał kolejno, sprawdzał nazwiska i zdjęcia. Potem odwrócił się do Eriki.

– No i? Którego brakuje? – spytała.

– Annelie. Jej paszportu nie ma.


Fjällbacka 1961


Mama wie najlepiej. Dla Inez było to oczywiste. Ojca nie pamiętała. Miała zaledwie trzy lata, gdy dostał udaru i po kilku tygodniach pobytu w szpitalu zmarł. Od tamtej pory były tylko we trzy: ona, mama i Nanna.

Czasem się zastanawiała, czy kocha mamę. Nie miała pewności. Kochała Nannę i misia, z którym spała od wczesnego dzieciństwa, ale mamę? Wiedziała, że powinna, bo inne dzieci ze szkoły kochały swoje mamy. Czasem, rzadko, gdy pozwalano jej się bawić u koleżanki, widziała radosne powitania: córka rzucała się mamie na szyję. Miała wtedy gulę w brzuchu. Potem też tak robiła, kiedy wracała do domu. Rzucała się w zawsze otwarte, ciepłe objęcia Nanny.

Mama nigdy nie była dla niej niedobra, nie podniosła głosu. To Nanna ją rugała, jeśli była nieposłuszna. Ale mama była bardzo stanowcza i Inez wiedziała, że nie wolno jej się sprzeciwiać.

Najważniejsze, żeby wszystko robić jak należy. Mama zawsze powtarzała: Cokolwiek robisz, rób tak jak należy. Nie wolno było niczego robić byle jak. Lekcje miały być odrobione starannie, literki nie mogły zachodzić na linie, a cyfry musiały stać w idealnych słupkach. Nie wolno było zostawiać śladów po źle wpisanych cyferkach, choćby się je wytarło gumką. Jeśli nie była pewna, powinna najpierw pisać na brudno.

Inna ważna rzecz: nie bałaganić, bo może się stać się coś strasznego. Nie wiadomo dokładnie co, ale w jej pokoju zawsze ma być absolutny porządek. Mogła nagle przyjść mama. Kiedy widziała nieporządek, na jej twarzy malował się zawód. Mówiła, że muszą porozmawiać. Inez nie znosiła tych rozmów. Nie chciała martwić mamy, a rozmawiały właśnie o tym, że ją rozczarowała.

Również w pokoju Nanny i w kuchni nie wolno było bałaganić. Do innych pokojów – sypialni mamy, salonu, gościnnego – w ogóle nie wolno jej było wchodzić. Mama mówiła, że mogłaby coś zepsuć i że to nie miejsce dla dzieci. Inez była posłuszna, bo to ułatwiało życie. Nie lubiła awantur i rozmów z mamą. Jednego i drugiego mogła uniknąć, jeśli postępowała tak, jak kazała mama.

W szkole trzymała się z boku i robiła dokładnie to, co powinna. Widać było, że nauczycielce się to podoba. Dorośli cenili posłuszeństwo.

Inne dzieci nie zwracały na nią uwagi, jakby nie było warto jej zaczepiać. Kilka razy próbowały ją drażnić, mówiąc coś o jej babci. Dziwiło ją to. Przecież nie miała babci. Spytała mamę, ale mama, zamiast odpowiedzieć, zapowiedziała, że będą musiały porozmawiać. Potem spytała Nannę, a Nanna nieoczekiwanie ściągnęła usta i odparła, że to nie jej sprawa. Więcej nie pytała. Nie było to aż tak ważne, żeby miała się narażać na kolejna rozmowę. Zresztą mama wie najlepiej.


Ebba wyskoczyła na pomost i wylewnie podziękowała za podrzucenie na Valö. Szła ścieżką w stronę domu. Po raz pierwszy, odkąd tu przyjechała, przepełniała ją radość i oczekiwanie. Cieszyła się, że ma Mårtenowi tyle do opowiedzenia.

Spojrzała na dom, uderzyła ją jego uroda. Oczywiście, czeka ich jeszcze dużo pracy, bo chociaż już się naharowali, to dopiero początek. Ale widoczny był ogromny potencjał. Bielał wśród zieleni jak klejnot. I chociaż sprzed domu nie było widać morza, wyraźnie się je wyczuwało.

Będą potrzebować czasu, żeby się na nowo odnaleźć. Ich życie z pewnością będzie wyglądać inaczej niż dotąd. Co wcale nie znaczy, że gorzej. Ich związek może się jeszcze umocnić. Do tej pory nie odważyła się o tym pomyśleć, ale może w ich życiu znajdzie się miejsce na dziecko. Nie teraz. Wszystko jest jeszcze świeże i kruche, a do tego mają przed sobą tyle pracy, i nad domem, i nad sobą. Ale w przyszłości Vincent mógłby mieć rodzeństwo. Tak to widziała. Rodzeństwo dla ich aniołka.

Uspokoiła rodziców. Przeprosiła, że nie powiedziała im o wszystkim, i przekonała, żeby nie przyjeżdżali. Wieczorem zadzwoniła jeszcze raz, żeby im opowiedzieć, czego się dowiedziała o swojej rodzinie. Cieszyli się razem z nią. Wiedzieli, ile to dla niej znaczy. Stanowczo odradzali powrót na wyspę, dopóki sytuacja się nie wyjaśni. Więc skłamała, że spędzi u Eriki i Patrika jeszcze jedną noc.

Tak naprawdę sama się bała. Przecież ktoś chciał ich pozabijać. Ale Mårten postanowił zostać na wyspie, a zdecydowała, że zostanie z nim. Wybrała go po raz drugi. Obawa, że go straci, okazała się silniejsza od lęku przed nieznanym. Śmierć Vincenta nauczyła ją, że człowiek nie do końca jest w stanie zapanować nad swoim życiem, a związek z Mårtenem to jej los. Bez względu na to, co się stanie.

– Halo! – Rzuciła torbę w kąt przedpokoju. – Mårten, gdzie jesteś?

W domu panowała absolutna cisza. Szła na górę, nasłuchiwała. Może popłynął po coś do Fjällbacki? Nie, widziała łódkę przy pomoście. Obok przycumowano drugą. Mają gościa?

– Halo! – powtórzyła, ale odpowiedział jej tylko jej własny głos odbity od nagich ścian. Promienie słońca wpadały przez okno, prześwietlały wzbijane jej krokami kłęby kurzu. Weszła do sypialni.

– Mårten?

Zdumiała się, kiedy go zobaczyła. Siedział na podłodze, oparty plecami o ścianę, ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt. Nie ruszał się.

Zaniepokoiła się. Przykucnęła i pogładziła go po głowie. Wyglądał na wyczerpanego.

– Co tam? – spytała. Spojrzał na nią.

– Wróciłaś? – spytał monotonnym głosem.

Przytaknęła z zapałem.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, ile ci mam do opowiedzenia. Miałam czas, żeby wszystko przemyśleć. Zrozumiałam to, co ty zrozumiałeś już dawno: że teraz mamy tylko siebie i że właśnie dlatego powinniśmy spróbować. Kocham cię, Mårten. Zawsze będziemy nosić w sercach Vincenta, ale nie możemy żyć tak, jakbyśmy też byli martwi.

Umilkła. Czekała na jego reakcję, ale Mårten milczał.

– Wiesz, Erika opowiedziała mi o mojej rodzinie i wreszcie wszystko zaczęło się składać w całość. – Usiadła obok niego i z entuzjazmem opowiedziała o Laurze, Dagmar i fabrykantce aniołków.

Mårten pokiwał głową.

– Ten grzech jest dziedziczny.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Ten grzech przeszedł na następne pokolenia – powtórzył głosem przechodzącym w falset.

Poczochrał dłonią włosy. Ebba wyciągnęła rękę, żeby mu je wygładzić. Odtrącił ją.

– Nigdy nie przyznałaś, że to twoja wina.

– Jaka wina? – Ogarnęło ją złe przeczucie, ale jeszcze próbowała je odsunąć. Przecież to Mårten, jej mąż.

– Że Vincent umarł. Jak mieliśmy nadal być razem, skoro się nie przyznałaś? Ale teraz już rozumiem. To jest w tobie. Twoja prababka mordowała dzieci, a ty zamordowałaś nasze dziecko.

Żachnęła się, jakby ją uderzył. Straszne słowa. Nawet uderzenie nie byłoby gorsze. Ona zabiła Vincenta? Ogarnęła ją rozpacz. Chciała na niego krzyknąć, ale widziała, że coś się z nim dzieje. On nie wie, co mówi. To jedyne wytłumaczenie. Gdyby wiedział, nie powiedziałby czegoś tak okrutnego.

– Mårten – powiedziała najspokojniej jak mogła.

Ale on wycelował w nią palec i mówił dalej:

– To ty go zamordowałaś. To twoja wina. Masz to w genach.

– Kochany, co ty mówisz? Przecież wiesz, że to nie tak. Nie zamordowałam Vincenta. Nikt nie jest winien jego śmierci, wiesz o tym! – Chwyciła go za ramiona i potrząsnęła, jakby chciała, żeby się ocknął.

Rozejrzała się. Dopiero teraz zauważyła, że łóżko jest rozgrzebane, a na podłodze stoi taca z talerzami z resztkami jedzenia i dwoma kieliszkami. Chyba z czerwonym winem.

– Kto tu był? – spytała, ale nie odpowiedział. Patrzył na nią lodowatym wzrokiem.

Powoli zaczęła się cofać. Instynkt podpowiadał jej, że powinna uciekać. To nie Mårten, to ktoś inny, ale od kiedy jest taki? Od kiedy ma w oczach ten lodowaty chłód, którego nigdy wcześniej nie widziała?

Cofała się. Mårten podniósł się z podłogi, nie odrywał od niej wzroku. Bała się. Chciała wstać, ale pchnął ją z powrotem na podłogę.

– Mårten! – powtórzyła.

Jeszcze nigdy nie podniósł na nią ręki. Protestował, kiedy chciała zabić pająka. Ostrożnie go wynosił i wypuszczał na wolność. Powoli do niej docierało, że tamtego Mårtena już nie ma. Może załamał się od razu po śmierci Vincenta, a ona nie zauważyła. Była zbyt zajęta własnym bólem, a teraz jest już za późno.

Mårten przekrzywił głowę i przyglądał jej się jak musze, która złapała się w sieć. Serce jej waliło, ale nie miała siły się bronić. Dokąd miałaby uciekać? Najprościej będzie się poddać. Nie bała się śmierci, pójdzie do Vincenta. Ale było jej strasznie żal. Że Mårten się załamał i że nadzieje na przyszłość rozpłynęły się w powietrzu.

Kiedy się pochylił i złapał ją za szyję, spokojnie spojrzała mu w oczy. Miał ciepłe dłonie. Ich dotyk był taki znajomy, kiedyś często pieściły jej skórę. Ściskał coraz mocniej. Poczuła, że serce zaczyna bić szybciej. Zobaczyła płatki pod powiekami. Jej ciało się broniło, walczyło o tlen, ale odprężyła się siłą woli. Ogarniał ją mrok, pogodziła się z losem. Vincent czekał na nią.


Gösta został w sali konferencyjnej. Ochłonął. Minęło podniecenie, które go ogarnęło, kiedy odkryli, że brakuje jednego paszportu. Pewnie jest starym niedowiarkiem, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, że może go nie być z co najmniej kilku powodów. Mógł zostać zniszczony albo się zagubić. A może przechowywano go gdzie indziej i zaginął, gdy sprzątano dom. Oczywiście brak paszportu mógł być ważną wskazówką, ale niech się tym zajmie Patrik. On jeszcze raz dokładnie wszystko przejrzy. Jest to winien Ebbie. Mogli coś przeoczyć albo zbagatelizować.

Maj-Britt by mu nie darowała, gdyby nie zrobił wszystkiego, żeby pomóc dziewuszce. Ebba wróciła na Valö. Może ją tam spotkać coś strasznego. Musi temu zapobiec.

Od chwili kiedy się do niego przytuliła na Valö, wtedy gdy od nich wyjeżdżała, zajmowała w jego sercu szczególne miejsce. To był jeden z najgorszych dni w jego życiu. Nigdy nie zapomni tamtego ranka, kiedy kobieta z opieki społecznej przyszła ją zabrać do nowej rodziny. Maj-Britt ją wykąpała, pięknie uczesała i zawiązała kokardkę we włosach. Ubrała ją w śliczną białą sukieneczkę wiązaną pasie. Uszyła ją dla niej. Ślęczała nad tym kilka wieczorów. Ebba wyglądała w niej tak ślicznie, że nie mógł na nią patrzeć bez bólu.

Bał się, że przy pożegnaniu pęknie mu serce. Zamierzał się ulotnić bez słowa, ale Maj-Britt powiedziała, że trzeba się z małą pożegnać. Więc przyklęknął i otworzył ramiona, a Ebba przybiegła. Kokardka na jej głowie podskakiwała, a sukieneczka wydęła się jak żagiel. Objęła go za szyję i ścisnęła mocno, jakby czuła że widzą się ostatni raz.

Wyjął z dopiero co spakowanego kartonu niemowlęce ubranka Ebby. Przełknął ślinę.

– Gösta. – W drzwiach stał Patrik.

Gösta drgnął i odwrócił się. W rękach trzymał biały kaftanik.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkają rodzice Ebby?

Gösta milczał. Chodziły mu po głowie różne odpowiedzi: na przykład że gdzieś ten adres widział i zapamiętał. Pewnie nawet by mu się udało przekonać Patrika, ale tylko westchnął i powiedział:

– To ja wysyłałem te pocztówki.

– G – powiedział Patrik. – Strasznie tępy jestem. Że też mi to nie przyszło do głowy.

– Powinienem ci powiedzieć, nawet próbowałem kilka razy. – Gösta zwiesił głowę. – Ale wysyłałem tylko kartki na urodziny. Ta ostatnia, ta, którą przyniósł Mårten, nie była ode mnie.

– Domyślam się. Szczerze mówiąc, zastanowiło mnie to, bo była zupełnie inna.

– Charakter pisma też nie był podobny do mojego. – Gösta odłożył kaftanik.

– Rzeczywiście, trudno podrobić twoje gryzmoły.

Gösta uśmiechnął się z ulgą. Jak to dobrze, że Patrik postanowił być wyrozumiały. Sam chyba by nie potrafił zachować się tak wielkodusznie.

– Wiem, że to dla ciebie szczególnie ważne – powiedział Patrik, jakby słyszał jego myśli.

– Nic jej się nie może stać. – Gösta znów zaczął grzebać w pudle. Po chwili odwrócił się do wciąż stojącego j drzwiach Patrika. – Gdyby się okazało, że Annelie żyje, wszystko by się zmieniło. Dzwoniłeś do Kreutza? Powiedziałeś mu, że chcemy z nim jeszcze raz porozmawiać?

– Wolałbym go zaskoczyć. Szanse, że zacznie mówić, będą większe, jeśli nam się uda wyprowadzić go z równowagi. – Patrik umilkł, jakby nie był pewien, czy powinien mówić dalej. Po chwili powiedział: – Chyba się domyślam, kto wysłał tę ostatnią kartkę.

– Kto?

Pokręcił głową.

– Poprosiłem Torbjörna, żeby coś sprawdził. Na razie wolałbym nic nie mówić. Ale obiecuję, że tobie powiem pierwszemu.

– Mam nadzieję. – Gösta znów się odwrócił. Zostało mu jeszcze sporo do przejrzenia. Coś mu świtało w głowie i domagało się uwagi. Postanowił nie odpuszczać, dopóki nie dojdzie, co to jest.


Rebecka pewnie nie zrozumie, ale zostawił jej list. Niech wie, że jest jej wdzięczny za spędzone razem lata i że ją kocha. Zdawał sobie sprawę, że poświęcił ją i dzieci, żeby zrealizować swoje marzenie. Wstyd i ból zaślepiły go tak bardzo, że nie zdawał sobie sprawy, ile dla niego znaczą. A mimo to wiernie przy nim trwali.

Do dzieci też napisał. Im też nic nie wyjaśniał. Pożegnał się tylko i wydał dyspozycje. Ważne, żeby pamiętały, że spoczywa na nich odpowiedzialność za wykonanie zadania. Nawet kiedy jego już nie będzie i nie będzie mógł im przypomnieć.

Powoli zjadł jajko. Gotowało się dokładnie osiem minut. Na początku ich małżeństwa, kiedy Rebecka nie starała się wystarczająco mocno, bywało różnie: raz siedem, raz dziewięć minut. Ale to było naprawdę dawno temu. Była dobrą, obowiązkową żoną, jego rodzice też ją lubili. Czasem była zbyt uległa wobec dzieci. Martwiło go to, bo choć były dorosłe, nadal wymagały silnej ręki. Nie miał pewności, że Rebecka sobie z nimi poradzi. Wątpił też, czy będzie dla nich pielęgnować żydowskie tradycje. Ale nie miał wyboru. Jego hańba przywrze do nich, nie pozwoli im iść przez życie z podniesionymi głowami. Dla nich musi złożyć ofiarę z siebie.

W chwili słabości pomyślał o zemście, ale natychmiast odrzucił tę myśl. Wiedział, że zemsta nie przynosi nic dobrego. Pomnaża tylko zło.

Zjadł jajko, starannie wytarł usta i wstał od stołu. Wychodząc z domu po raz ostatni, nie obejrzał się za siebie.


Obudził ją odgłos otwierania ciężkich drzwi. Była kompletnie zdezorientowana. Zmrużyła oczy, patrzyła na padające przez szczelinę światło. Gdzie jest? Łupało ją w skroniach, usiadła z wysiłkiem. Zmarzła, jej nagie ciało okrywało tylko cienkie prześcieradło. Trzęsła się z zimna, objęła się za ramiona. Ogarniał ją coraz większy strach. Mårten. Zaczęła sobie przypominać. Leżeli razem w małżeńskim łóżku. Pili wino, obudziło się w niej pożądanie. Teraz już przypominała sobie wyraźnie, chociaż wolałaby nie pamiętać splecionych ciał w świetle księżyca. Potem zrobiło się ciemno. Nic więcej nie pamiętała. – Halo! – zawołała. Nikt nie odpowiedział. Miała poczucie, jakby to się nie działo naprawdę, jakby była Alicją w krainie czarów i jakby właśnie wpadła do króliczej nory. – Halo! – zawołała. Próbowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły i padła na ziemię.

Ktoś wrzucił coś dużego, a potem drzwi zamknęły się z hukiem. Znieruchomiała. Znów zapadła absolutna ciemność. Pomyślała, że mimo wszystko powinna sprawdzić, co to. Pełzła powoli, macała dłońmi. Od zimnej, chropowatej podłogi drętwiały jej palce. Podrapała sobie kolana. Wreszcie na coś trafiła, chyba na tkaninę. Drgnęła, gdy poczuła, że dotyka ciała. Człowiek. Zamknięte oczy. Nie wyczuła oddechu, ale ciało było ciepłe. Dotknęła szyi. Wyczuła palcami słaby puls i bez zastanowienia ścisnęła tego kogoś za nos. Głowę odchyliła do tyłu i objęła wargami usta. Zapach i włosy świadczyły o tym, że to kobieta. Wtłaczała jej do ust powietrze i miała wrażenie, że zna ten zapach.

Nie umiałaby powiedzieć, jak długo ją reanimowała. Co jakiś czas kładła jedną dłoń na drugiej i uciskała klatkę piersiową. Nie miała pewności, czy robi to dobrze. Widziała to tylko w serialach, ale miała nadzieję, że to nie była wersja skrócona ani stworzona jedynie na potrzeby telewizji.

Po dłuższej chwili, która jej wydawała się wiecznością, kobieta zaczęła kaszleć. Wydała odgłos, jakby miała zwymiotować. Anna przewróciła ją na bok i zaczęła głaskać po plecach. Powoli przestawała kaszleć. Miała świszczący oddech.

– Gdzie ja jestem? – wychrypiała.

Anna głaskała ją po głowie. Głos miała zmieniony nie do rozpoznania. Ale domyśliła się.

– Ebbo, to ty? Jest tak ciemno, że nic nie widać.

– Anna? A ja już myślałam, że oślepłam.

– Nie oślepłaś. Jest zupełnie ciemno. Nie wiem, gdzie jesteśmy.

Ebba zaczęła coś mówić, ale dostała ataku rozdzierającego kaszlu. Anna nadal głaskała ją po głowie. Ebba zrobiła ruch, jakby chciała usiąść. Anna pociągnęła ją za ramię i po chwili Ebba przestała kaszleć.

– Ja też nie wiem, gdzie jesteśmy – powiedziała.

– Jak się tu znalazłyśmy?

Ebba chwilę milczała, a potem powiedziała cicho:

– Mårten.

– Mårten? – Na wspomnienie ich nagich ciał Annę zemdliło. Ogarnęło ją straszne poczucie winy. O mało nie zwymiotowała.

– On… – Ebba znów zaczęła kaszleć. – Próbował mnie udusić.

– Udusić? – powtórzyła Anna z niedowierzaniem, ale słowa Ebby zelektryzowały ją. Już wcześniej czuła, że z Mårtenem coś jest nie w porządku. Tak jak zwierzę potrafi wyczuć chorego członka stada. Ale to tylko sprawiło, że pociągał ją jeszcze bardziej. Przyzwyczaiła się do zagrożenia i umiała je rozpoznać. Wczoraj rozpoznała w Mårtenie Lucasa.

Znów zebrało jej się na mdłości. Zimno bijące od ziemi ogarniało całe jej ciało. Trzęsła się coraz bardziej.

– Boże, ale tu zimno. Gdzie on nas zamknął? – zastanawiała się Ebba.

– Chyba będzie musiał nas wypuścić, co? – Anna wiedziała, że w jej głosie słychać niedowierzanie.

– Zupełnie go nie poznawałam. Jakby był innym człowiekiem. Widziałam to w jego oczach. On… – Urwała i rozpłakała się. – Powiedział, że zamordowałam Vincenta, naszego synka.

Anna objęła ją bez słowa. Oparła jej głowę na swoim ramieniu.

– Jak to się stało? – spytała po chwili.

Ebba nie mogła mówić. Dopiero po pewnym czasie zaczęła oddychać spokojniej.

– To było na początku grudnia. Mieliśmy potwornie dużo pracy. Mårten robił trzy zlecenia naraz, ja też pracowałam całymi dniami. Na pewno odbiło się to na Vincencie. Był okropnie przekorny i testował naszą wytrzymałość. Byliśmy wykończeni. – Znów pociągnęła nosem. Anna słyszała, jak go wyciera w koszulkę. – Tamtego ranka oboje mieliśmy jechać do pracy. Mårten miał zawieźć Vincenta do żłobka, ale zadzwonili do niego z budowy, że musi natychmiast przyjechać, bo jak zwykle coś się zacięło. Poprosił, żebym ja go odwiozła, ale ja miałam rano ważne spotkanie i rozzłościło mnie to, że jego praca jest ważniejsza od mojej. Pokłóciliśmy się. W końcu Mårten wyszedł, zostawił mnie z Vincentem. Wiedziałam, że się spóźnię również na następne spotkanie, a Vincent na dodatek znów dostał napadu szału. Miałam dość. Zamknęłam się w ubikacji i rozryczałam się. Vincent płakał, walił w drzwi. Po minucie zapadła cisza. Pomyślałam, że dał za wygraną i poszedł do swojego pokoju. Odczekałam jeszcze parę minut, uspokoiłam się, umyłam twarz. – Mówiła tak szybko, że potykała się o słowa. Anna wolałaby zatkać uszy, nie słyszeć, co było dalej, ale musiała to zrobić dla Ebby. – Wyszłam z ubikacji i usłyszałam huk na podjeździe. Usłyszałam, jak Mårten krzyczy. W życiu nie słyszałam takiego krzyku. Był nieludzki, jakby krzyczało ranne zwierzę. – Głos jej się załamał. – Od razu wiedziałam, co się stało. Wiedziałam, że Vincent nie żyje, czułam to. Wybiegłam, leżał za samochodem. Nie miał na sobie kurtki. Widziałam, że nie żyje, ale myślałam tylko o tym, że wszędzie leży śnieg, a on jest bez kombinezonu i na pewno się przeziębi. Patrzyłam na niego i myślałam żeby się tylko nie przeziębił.

– To był wypadek – powiedziała Anna cicho. – To nie twoja wina.

– A jednak. Mårten ma rację. Zginął przeze mnie. Gdybym się nie zamknęła w ubikacji, gdybym machnęła ręką na to, że się spóźnię na spotkanie, gdybym…

Jej płacz przeszedł w skowyt.

Anna ją przytuliła. Niech się wypłacze. Głaskała ją i pocieszała. Całą sobą wczuwała się w jej rozpacz. Nic zastanawiała się, co z nimi będzie. W tym momencie były tylko matkami, które straciły dzieci.

Ebba w końcu przestała płakać. Anna znów spróbowała wstać. Tym razem utrzymała się na nogach. Prostowała się powoli, żeby nie uderzyć w coś głową, zrobiła krok w przód i krzyknęła: coś musnęło jej twarz.

– Co się stało? – Ebba uczepiła się jej nóg.

– Poczułam coś na twarzy, chyba pajęczynę. – Uniosła drżącą rękę, spróbowała złapać to coś, co zwisało przed nią. Udało się. Sznurek. Pociągnęła lekko. Zapaliło się światło. Musiała zamknąć oczy.

Otworzyła je ostrożnie i rozejrzała się. Ebbie zaparło dech w piersi.


Od lat rozkoszował się tym, że ma nad nimi władzę. Nawet wtedy, kiedy wolał nie robić z niej użytku. Żądanie czegoś od Johna mogłoby się okazać niebezpieczne. Nie był już tym samym człowiekim co wtedy na Valö. Był tak przepełniony nienawiścią, owszem, dobrze skrywaną, że on, Sebastian, nie powinien wykorzystywać możliwości, jakie dał mu los. Byłoby to nierozważne.

Również od Leona niczego się nie domagał. Z tego prostego powodu, że był jedynym człowiekiem poza Lovartem, którego kiedykolwiek szanował. Wyjechał po tym, co się stało, ale on śledził jego losy. Czytał o nim w prasie i słuchał docierających do Fjällbacki pogłosek. A teraz Leon wmieszał się do jego gry. Ale on zdążył już z niej wyciągnąć, ile się dało. Szalony projekt Josefa pozostał jedynie wspomnieniem. To, co przedstawiało konkretną wartość, ziemię i granit, zamienił na brzęczącą monetę – zgodnie z umową, którą Josef podpisał, nawet jej nie czytając.

Jest jeszcze Percy. Sebastian śmiał się pod nosem. Jeździł żółtym porsche wąskimi uliczkami Fjällbaki i pozdrawiał co drugiego przechodnia. Percy tak długo żył własnym mitem, że nie przypuszczał, że może wszystko stracić. Oczywiście miał różne obawy, zanim niczym Anioł Stróż zjawił się on, ale nie przyszło mu do głowy, że mógłby stracić to, co mu przypadło z racji urodzenia. Pałac przeszedł w ręce jego młodszego rodzeństwa. Z jego własnej winy, bo nie zadbał o niego. On tylko przyśpieszył tę katastrofę.

Na tym interesie też nieźle zarobił. Chociaż w tym przypadku była to raczej premia niż zysk. Najwięcej satysfakcji dawało mu poczucie, że ma władzę. Najzabawniejsze, że ani Josef, ani Percy się nie zorientowali, dopóki nie było za późno. Cały czas liczyli na jego dobrą wolę i wierzyli, że chce im pomóc. Co za idioci. Cóż, Leon zakończy tę grę, bo pewnie po to ich wezwał. Pytanie, jak daleko zechce się posunąć. Właściwie nie miał obaw. Cieszył się reputacją tego rodzaju, że ludzie raczej nie będą zaskoczeni, ale ciekaw był, jak zareagują pozostali, zwłaszcza John. On miał do stracenia najwięcej.

Zaparkował i jeszcze chwilę siedział w samochodzie. Wysiadł, klepnął się po kieszeni, żeby sprawdzić, czy ma kluczyk, podszedł do drzwi i zadzwonił. Zaczyna się przedstawienie.


Erika czytała i popijała kawę. Smakowała podle, za długo stała na podgrzewaczu. Ale nie chciało jej się parzyć' świeżej.

– Jesteś jeszcze? – Gösta wszedł do pokoju socjalnego i nalał sobie kawy.

Erika zamknęła skoroszyt.

– Tak, łaskawie pozwolono mi przejrzeć akta ze starego śledztwa. Siedzę i zastanawiam się, co może oznaczać brak paszportu Annelie.

– Ile miała lat? Szesnaście? – Gösta usiadł przy stole.

Erika skinęła głową.

– Tak, szesnaście lat. I wydaje się, że była zakochana w Kreutzu na zabój. Może doszło do awantury, a potem uciekła. Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy młodzieńcza miłość prowadzi do tragedii. Ale trudno uwierzyć, żeby szesnastoletnia dziewczyna sama wymordowała całą rodzinę.

– Rzeczywiście, mało prawdopodobne. Ktoś musiałby jej pomóc. Może Kreutz, jeśli coś między nimi było? Tatuś się nie zgodził, wściekli się…

– Mogło tak być, ale jest tu zeznanie: Kreutz był razem z tamtymi na rybach. Po co dawaliby mu alibi? Co by im z tego przyszło?

– Raczej wątpliwe, żeby wszyscy z nią romansowali, prawda? – powiedział Gösta.

– Nie sądzę, żeby byli aż tak wyzwoleni.

– Ale nawet jeśli założymy, że chodzi o Annelie i ewentualnie Kreutza, to i tak nie ma racjonalnego motywu uśmiercenia całej rodziny. Wystarczyłoby zabić Elvandera.

– O tym samym pomyślałam. – Westchnęła. – Przeglądam protokoły z przesłuchań i szukam niezgodności, ale wszyscy mówią to samo: wypłynęli łowić makrele, a kiedy wrócili, okazało się, że Elvanderowie zniknęli.

Gösta właśnie podnosił filiżankę do ust. Zastygł w pół ruchu.

– Powiedziałaś: makrele?

– Tak jest napisane w protokołach.

– Jak mogłem przeoczyć coś tak oczywistego?

– Co mianowicie?

Gösta odstawił filiżankę i przeciągnął ręką po twarzy.

– Widać można to czytać w nieskończoność i nie zauważyć czegoś tak oczywistego. – Umilkł i uśmiechnął się do Eriki zwycięsko. – Wiesz co? Wydaje mi się, że właśnie obaliliśmy ich alibi.


Fjällbacka 1970


Inez bardzo zależało, żeby mama była z niej zadowolona, wiedziała, że mama chce dla niej jak najlepiej i że pragnie ją zabezpieczyć na przyszłość. A jednak, kiedy tak siedziała w salonie na kanapie, nie mogła zwalczyć niechęci. Taki stary!

– Z czasem się poznacie. – Laura rzuciła córce stanowcze spojrzenie. – Rune to człowiek porządny, godny zaufania, zaopiekuje się tobą. Wiesz, że jestem słabego zdrowia. Gdy odejdę z tego świata, zostaniesz sama. Nie chcę, żebyś była taka samotna jak ja.

Położyła dłoń na jej ręce. Była sucha. Inez nie była przyzwyczajona, żeby mama jej dotykała.

– Domyślam się, że spadło to na ciebie niespodziewanie – powiedział siedzący naprzeciwko niej mężczyzna.

Mama spędziła trzy dni w szpitalu. Cierpiała na jakieś sensacje sercowe. Kiedy wróciła do domu, zaproponowała, aby Inez wyszła za Runego Elvandera. Owdowiał przed rokiem. Nanna już nie żyła, były tylko we dwie.

– Moja ukochana żona powiedziała, że muszę sobie znaleźć kogoś, kto mi pomoże wychować dzieci. A twoja matka mówi, że jesteś pracowitą dziewczyną – ciągnął mężczyzna.

Inez miała niejasne poczucie, że nie tak się to powinno odbywać. Zaczęły się lata siedemdziesiąte, kobiety mogły same decydować o swoim życiu. Tyle tylko, że ona nie znała prawdziwego świata. Znała tylko ten idealny, stworzony przez mamę. W tym świecie słowo mamy było prawem. Dlatego nie potrafiła podważyć jej przekonania, że będzie dla niej najlepiej, jeśli wyjdzie za mąż za przeszło pięćdziesięcioletniego wdowca z trojgiem dzieci.

– Mam zamiar kupić dawny ośrodek kolonijny na Valö założyć szkołę z internatem dla chłopców. Potrzcbuję kogoś, kto mi w tym pomoże. Podobno dobrze gotujesz, to prawda?

Inez przytaknęła. Wiele godzin spędziła w kuchni z Nanną. Nauczyła ją wszystkiego, co umiała.

– No to postanowione – powiedziała matka. Oczywiście musi minąć odpowiednio dużo czasu od zaręczyn. Przyjmijmy zatem, że skromny ślub mógłby się odbyć w czerwcu. Dobrze?

– Doskonale – odparł Elvander.

Inez milczała. Przyglądała się przyszłemu mężowi. Dostrzegła zmarszczki wokół oczu, wąskie, zacięte wargi. Tu i ówdzie siwe nitki wśród cofających się od czoła ciemnych włosów. Oto mężczyzna, za którego ma wyjść. Jego dzieci jeszcze nie poznała. Wiedziała tylko, że mają piętnaście, dwanaście i pięć lat. Jeszcze nigdy nie poznała tylu dzieci naraz. Ale skoro mama tak mówi, na pewno wszystko będzie dobrze.


Percy siedział w samochodzie i patrzył na wejście do portu. Nie widział ani fal, ani łodzi. Widział tylko swoje życie, w którym przeszłość splotła się z teraźniejszością. Brat i siostra zadzwonili do niego, odnosili się do niego uprzejmą rezerwą. Grzeczność wobec przegranego należała w końcu do dobrego tonu. Ale on dobrze wiedział, co się kryje za pełnymi ubolewania frazesami. Radość z cudzego nieszczęścia zawsze jest taka sama. Niezależnie od tego, czy się jest biednym, czy bogatym.

Powiedzieli, że kupili pałac. To akurat nie było dla niego nowiną. Od mecenasa Buhrmana dowiedział się, że Sebastian go oszukał. Powiedzieli mu, używając tych samych zwrotów co Sebastian, że pałac stanie się siedzibą ekskluzywnego centrum konferencyjnego. Bardzo mu współczują, ale proszą, żeby się wyprowadził, najpóźniej do końca miesiąca. Z oczywistych względów musi to nadzorować ich adwokat, żeby Percy przypadkiem nie zabrał przedmiotów kupionych wraz z pałacem.

Zdziwił się, że mimo to Sebastian się zjawił. Widział, jak jechał w górę, do Leona. Opalony, w rozpiętej koszuli, w drogich okularach przeciwsłonecznych, z zaczesanymi do góry włosami. Jak zwykle. Dla niego wszystko było jak zwykle. Przecież to tylko interes. Na pewno tak powie.

Zerknął do lusterka w osłonie przeciwsłonecznej. Wyglądał okropnie. Oczy miał przekrwione z niewyspania i od zbyt dużej ilości whisky. Cerę szarą, gąbczastą. Idealnie zawiązany krawat. To kwestia honoru. Z trzaskiem podniósł osłonę i wysiadł z samochodu. Nie ma co odkładać tego, co nieuniknione.


Ia oparła głowę o chłodną szybę. Taksówką na lotnisko Landvetter jedzie się prawie dwie godziny, może więcej, w zależności od natężenia ruchu. Postanowiła się zdrzemnąć.

Ucałowała go przed wyjazdem. Będzie musiał sobie poradzić bez niej. Będzie to dla niego ciężka próba. Ale nie zamierzała być przy wybuchu. Zapewniał ją, że wszystko będzie dobrze, powtarzał, że musi to zrobić, inaczej nigdy nie zazna spokoju.

Wróciła myślami do tamtej podróży. Jechali stromymi drogami Monako. Zamierzał ją zostawić. Z jego ust lał się potok słów. Bredził, że wszystko się zmieniło, że teraz ma inne potrzeby, że spędzili ze sobą wiele wspaniałych lat, ale teraz kogoś poznał i tak się złożyło, że się zakochał. Ona też na pewno sobie kogoś znajdzie i będzie szczęśliwa. Odwróciła wzrok od krętej drogi, żeby mu spojrzeć w oczy. Wciąż wygadywał te bzdury, a ona myślała o tym co poświęciła dla niego, dla miłości.

Samochodem zarzuciło, Leon szeroko otworzył oczy. Przestał pleść bzdury.

– Patrz na drogę – powiedział. Na jego pięknej twarzy malował się niepokój. Nie mogła w to uwierzyć. Po raz pierwszy, odkąd byli razem, widziała, że on się boi. Poczucie, że ma nad nim władzę, zawróciło jej w głowie. Mocno wcisnęła gaz. Przyspieszenie aż ją wepchnęło w oparcie.

– Zwolnij – prosił. – Jedziesz za szybko.

Nie odpowiedziała, wcisnęła gaz jeszcze mocniej. Mały sportowy samochód ledwo się trzymał drogi. Miała wrażenie, że fruną, i nagle poczuła się absolutnie wolna.

Leon chwycił kierownicę, ale zarzuciło ich jeszcze bardziej. Puścił. Raz za razem prosił, żeby zwolniła, ale strach w jego głosie sprawił, że była szczęśliwa jak nigdy. Samochód prawie leciał.

Zobaczyła drzewo. Poczuła, że przejmuje nad nią władzę dziwna siła. Spokojnie skręciła lekko w prawo, wprost na drzewo. Głos Leona dochodził jakby z oddali, zagłuszał go szum, który miała w uszach. A potem zapadła cisza. Spokój. Nigdy się nie rozstaną, zostaną razem na zawsze.

Zdziwiła się, gdy stwierdziła, że żyje. Obok niej siedział Leon. Miał zamknięte oczy i zakrwawioną twarz. Zobaczyła ogień. Płomienie już dotarły do ich foteli, smród drażnił nozdrza. Musiała się szybko zdecydować: poddać się płomieniom czy ratować siebie i jego. Spojrzała w jego piękną twarz. Ogień lizał mu policzek. Patrzyła jak urzeczona, jak wgryza się w jego skórę. Wtedy podjęła decyzję: należy do niej. I tak już zostało. Od dnia, kiedy go wyciągnęła z płonącego samochodu. Przymknęła oczy, szyba chłodziła jej czoło. Nie chciała brać udziału w tym, co teraz zamierzał. Ale już tęskniła za chwilą, kiedy znów się spotkają.


Anna rozejrzała się po pustym, oświetlonym gołą żarówką pomieszczeniu. Pachniało ziemią i czymś nieokreślonym. Obie próbowały otworzyć drzwi. Bez powodzenia, były zamknięte na klucz.

Pod ścianą stały cztery wielkie skrzynie z żelaznymi okuciami. Nad nimi wisiała flaga. Zobaczyły ją, jak tylko zapaliło się światło. Pociemniała od wilgoci i pleśni, ale od czerwonego i białego tła wyraźnie odcinała się czarna swastyka.

– Może jest tam coś, co mogłabyś na siebie włożyć – powiedziała Ebba, patrząc na Annę. – Aż się trzęsiesz z zimna.

– Oj tak, niechby było cokolwiek, bo zamarznę.

Anna wstydziła się swojej nagości. Należała do osób, które nawet w przebieralniach unikają obnażania się. A odkąd po wypadku ciało miała pokryte bliznami, było jeszcze gorzej. I chociaż w tej sytuacji wstyd wydawał się najmniej ważny, przebił przez chłód i strach.

– Trzy są zamknięte, ale ta jest otwarta. – Ebba wskazała na skrzynię stojącą najbliżej drzwi. Podniosła wieko. Na wierzchu leżał gruby szary wełniany koc. – Trzymaj.

Rzuciła go Annie. Anna, owinięta prześcieradłem owinęła się jeszcze kocem. Cuchnął obrzydliwie, ale grzał i osłaniał.

– Są też konserwy – powiedziała Ebba, wyjmują ze skrzyni kilka zakurzonych puszek. – W najgorszym wypadku przez jakiś czas sobie poradzimy.

Anna spojrzała na nią badawczo. Ebba mówiła to tonem niemal niefrasobliwym. Nie przystawał do sytuacji, nie pasował też do jej wcześniejszego samopoczucia. Najwyraźniej odruch obronny.

– Ale nie mamy wody.

Uwaga Anny zawisła w powietrzu. Bez wody długo nie pożyją. Ebba nie przestawała grzebać w skrzyni. Nie słuchała jej.

Zobacz! – powiedziała. W rękach trzymała jakieś ubranie.

– Nazistowski mundur? Skąd się tu wziął?

– Podczas wojny właścicielem domu podobno był jakiś szalony dziadyga. To pewnie jego.

– To chore – powiedziała Anna. Nie przestawała się trząść. Koc trochę pomógł, ale przemarzła do szpiku mści. Trochę potrwa, zanim się rozgrzeje.

– Skąd się tu wzięłaś? – spytała nagle Ebba, jakby dopiero teraz ją zastanowiło, dlaczego są tu razem.

– Widocznie Mårten mnie też chciał zamordować. – Anna owinęła się szczelniej kocem.

Ebba zmarszczyła brwi.

– Dlaczego? Bez powodu czy stało się coś, co… – Gwałtownym ruchem położyła rękę na ustach. Spojrzała twardo na Annę. – Widziałam tacę w sypialni. Po co właściwie tu wczoraj przypłynęłaś? Zostałaś na kolacji? Co tu się działo?

Jej słowa odbijały się od ścian jak pociski. Anna drżała przy każdym pytaniu, jakby dostawała w twarz. Nie musiała nic mówić. Wiedziała, że odpowiedź ma wypisaną na twarzy.

Oczy Ebby napełniły się łzami.

– Jak mogłaś? Przecież wiesz, przez co przeszliśmy i jak jest między nami.

Annie zaschło w ustach. Zupełnie nie wiedziała, jak się tłumaczyć i jak przeprosić. Ebba dłuższą chwilę patrzyła na nią oczami pełnymi łez. Kilka razy głęboko odetchnęła, a potem spokojnie powiedziała:

– Nie będziemy teraz o tym mówić. Musimy trzymać razem, jeśli mamy się stąd wydostać. Może znajdziemy w tych skrzyniach coś, czym mogłybyśmy wyważyć drzwi. – Odwróciła się plecami do Anny. Z całej jej postaci biła powstrzymywana złość.

Anna z wdzięcznością przystała na zawieszenie broni. Jeśli się stąd nie wydostaną, nie będą musiały sobie niczego wyjaśniać. Przez jakiś czas nikt nie będzie ich szukać. Dan wyjechał z dziećmi, rodzice Ebby na razie też nie będą się niepokoić. Została Erika. Denerwuje się, ilekroć nie może się skontaktować z siostrą. Annę zazwyczaj doprowadzało to do szału. Teraz marzyła o tym, żeby się zaniepokoiła, żeby wypytywała i uparcie drążyła, jak zawsze, kiedy nie mogła się doczekać odpowiedzi. Siostro kochana, bądź wścibska i niespokojna jak zawsze, modliła się w duchu.

Ebba podeszła do drugiej skrzyni i zaczęła kopać w kłódkę. Kłódka ani drgnęła, ale po jakimś czasie obluzował się skobel.

– Chodź, pomóż mi – powiedziała. Wspólnym wysiłkiem udało im się oderwać kłódkę. Chwyciły za wieko i zaczęły je podnosić. Pokrywała je taka warstwa kurzu, że skrzynia musiała być zamknięta od wielu lat. Wreszcie im się udało.

Zajrzały do środka, potem spojrzały na siebie. Na twarzy Ebby Anna zobaczyła przerażenie. Ogarnęło i ją. Usłyszała krzyk. Nie wiedziała, kto krzyczy: ona czy Ebba.


– Cześć, ty jesteś Kjell? – Sven Niklasson podszedł z wyciągniętą ręką i przedstawił się.

– Nie ma fotoreportera? – Kjell rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu z taśmą na bagaże.

– Będzie facet z Göteborga. Przyjedzie własnym mimochodem, spotkamy się na miejscu.

Szli na parking. Niklasson ciągnął za sobą małą kabinową walizkę. Pewnie jest do tego przyzwyczajony: pakuje się szybko i podróżuje z niewielkim bagażem, pomyślał Kjell.

– Myślisz, że jednak powinniśmy poinformować policję z Tanum? – spytał Niklasson, wsiadając do dużego kombi Kjella.

Kjell musiał się zastanowić, ale najpierw skręcił w prawo i wyjechał z parkingu.

– Tak, myślę, że tak. Rozmawiać trzeba z Patrikiem Hedströmem. Z nikim innym. – Zerknął na Niklassona. – Zazwyczaj chyba nie zawracacie sobie głowy tym, który komisariat o czym został poinformowany?

Niklasson się uśmiechnął. Podziwiał krajobraz. Miał szczęście. W letnich promieniach słońca most w Trollhattan przedstawiał się najpiękniej.

– Nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy musieli liczyć na przysługę kogoś stamtąd. Umówiłem się z göteborską policją, że będziemy na miejscu, kiedy wkroczą do akcji. W końcu daliśmy im cynk. Co do powiadomienia policji z Tanum – to z naszej strony czysta uprzejmość.

– Göteborska policja by o tym nie pomyślała, więc przy okazji powiem Hedströmowi, komu to zawdzięcza. – Kjell uśmiechnął się szeroko. Był szczerze wdzięczny Niklassonowi, że mógł do niego dołączyć. Chodziło nie tylko o newsa. Chodziło o coś, co mocno namiesza na szwedzkiej scenie politycznej i wstrząśnie całym krajem. – Dziękuję ci, że mogę przy tym być – mruknął z zażenowaniem.

Загрузка...