GAZETA

Wkrótce po odejściu Sobowtóra Klimow przemknął się do portierni i chyłkiem jak złodziej zdjął z tablicy klucz od gabinetu Rubcowa. Ze znudzoną miną przedefilował przez korytarz nie zwróciwszy uwagi na pytające spojrzenie wybierającego się do domu Jossa, szczęknął zamkiem i znalazł się w zakątku Rubcowa.

W pokoiku panował idealny porządek. Pulpit aparatury kondensacyjnej był nakryty ruchomą szybą. Urządzenie było włączone. Na pulpicie za szybą żarzyły się pomarańczowe oczy kontrolnych lampek neonowych.

Klimow spróbował wysunąć szuflady stołu — nie udało się, były zamknięte. Klimow przysiadł na krześle, by odsapnąć. Wtem usłyszał wysoki, drżący, a raczej bulgoczący świst, bardzo cichy i nie wiadomo skąd dochodzący. Klimow wstał rozglądając się uważnie. Bezgłośnie., na palcach chodził po pokoju, przysiadał, prostował się. Wreszcie skierował się ku tylnej stronie pulpitu. Nad samą podłogą zobaczył szufladę, która też była zamknięta. Klimow włożył do zamka klucz od drzwi gabinetu i okazało się, że klucz pasował. Wysunąwszy szufladę ujrzał to, co wydawało te świszczące i bulgoczące głosy — czarny przyrząd stojący na dnie szuflady.

— Przyrząd miał perforowaną pokrywę, przez którą widać było dużą elektronówkę generacyjną. Dokoła tłoczyły się bloki mikro-modulatorów. Jak można było sądzić z wyglądu, był to generator 'komutacyjny wytwarzający kilka dziesiątków, a może nawet setek stabilnych fal harmonicznych SBC. Klimow nie mógł zrozumieć, do czego służy takie urządzenie w aparaturze kondensacyjnej.

Pochylił generator i w jego dolnej części zobaczył tarczę z liczbami, które na pewno nie oznaczały megaherców, ponieważ podziałka była wyskalowana w układzie dwunastkowym. Przy skali błyszczał symbol „T”, starannie i pięknie wymalowany białą emalią. Tuż obok wmontowany był malutki oscylograf, na którego ekranie jaśniała jaskrawozielona figura podobna w zarysie do spinacza biurowego:

Klimow odłożył przyrząd na miejsce. Poruszył kable. Jeden, cienki, prowadził od generatora w górę, do pulpitu, drugi, gruby — do aparatury. Nagle ogarnęła go przemożna chęć wyszarpnięcia owego grubego kabla, wyrwania go, zepsucia tajemniczej pracy Rubcowa! Pracy, o której ten ani słowa nie mówił swoim najbliższym kolegom i którą zapewne prowadził bez wiedzy szefa.

— Andrzej, gdzie jesteś? — głośno spytał Joss niespodziewanie wszedłszy do pokoju.

Klimow drgnął, wyprostował się.

— A co? — zapytał drżącym głosem.

— To świństwo, wtykać nos w cudzą robotę, diabli wiedzą, po co… Wyjdź stąd!

Joss zbliżył się w momencie, kiedy Klimow trącił nogą szufladę i zatrzasnął ją. Ale zaraz schylił się i otworzył ją znowu. Czarny generator znów zaświstał, zabulgotał, na ekraniku zamigotała zielona pętla. W szufladzie nie było nic oprócz przyrządu. Jedynie z boku, w szparze leżała zwinięta w rulon gazeta. Klimow wyciągnął gazetę.

— Na co ci to potrzebne? — odezwał się Joss. — To podłe!

— O… gazetkę sobie poczytamy — palnął Klimow, co mu ślina na język przyniosła. — A gazetkę…

— Nie wygłupiaj się. Drań jesteś i koniec, a ja nawet nie wiedziałem.

Klimow demonstracyjnie rozwinął gazetę.

— Poczytamy, dowiemy się nowin — mówił z nienaturalną brawurą.

— Jakie tam u diabła nowiny — powiedział Joss zaglądając przez ramię Klimowa. — To zeszłoroczna gazeta.

— Zobaczymy… — zaczął Klimow, ale utknął. Przez pół minuty osłupiały gapił się w gazetę, wreszcie wykrztusił ochryple:

— Mikołaju, który dziś jest?

— Dwudziesty ósmy. Dwudziesty ósmy września. A gazeta jest z dwudziestego dziewiątego ubiegłego roku.

— Ubiegłego? Zobacz tu! — Klimow dźgnął palcem w datę wydrukowaną grubo obok nagłówka.

Joss spojrzał, popatrzył na Klimowa, spojrzał znowu… — To gazeta z jutrzejszego dnia tego roku! — wyszeptał Klimow.

Загрузка...