Rozdział 12

Nie wierzę, że mnie na to namówiłaś – mruknął Joe, kiedy marzł mu tyłek.

– Nie było aż tak ciężko.

– Momentami było potwornie ciężko. Złapałaś mnie w chwili słabości. – Czuł się idiotycznie, leżąc na brzuchu na łóżku Maddy z gołą pupą, podczas gdy ona siedziała na fotelu i rysowała.

– Zaufaj mi. – Roześmiała się. – Ty i słowo „słabość” nijak do siebie nie pasujecie.

Opierając się na łokciach, obserwował ją przez ramię. Zaciągnęła zasłony i dla efektu rozstawiła wokół zapalone świece. Gra światła na jej twarzy i włosach stanowiła miłą odmianę. Jeszcze przyjemniejszy widok zapewniał czerwony, jedwabny szlafroczek, który ledwie zasłaniał kluczowe obszary. Kiedy tak siedziała zwinięta na fotelu, miał doskonały widok na jej ponętne uda. Poza tym za każdym razem, gdy sięgała po kolejny pastel z pudełka, szlafrok rozchylał się i kusił go przelotnym widokiem piersi.

– Maddy?

– Tak? – sięgnęła do pudełka.

– Pamiętasz, jak powiedziałem, że potrzebuję dziesięciu minut odpoczynku?

– Hm?

– Chyba możemy spokojnie uznać, że w pełni odpocząłem. Znieruchomiała, a potem przeciągnęła spojrzeniem po jego ciele aż do twarzy.

– Tak?

– Aha. – Uniósł brew, czując, jak rośnie i twardnieje przyciśnięty do materaca. – Więc może byś tak odłożyła szkicownik i podeszła tutaj?

– Jeszcze nie skończyłam. – Znowu sięgnęła do pudełka. Szlafroczek jak na złość nie rozchylił się dość, aby odsłonić sutek, co pogłębiło frustrację Joego. Potem usiadła prosto i przechyliła głowę, przyglądając mu się. Uśmiechnęła się szeroko, powracając do rysunku.

– Z czego się tak cieszysz? Nie rysujesz tam chyba żadnej karykatury, co?

Zaśmiała się i zaczerwieniła.

– Uwierz mi, nie ma tu żadnej przesady.

– Przesady?

– Karykatura polega na przesadnym podkreśleniu rysów portretowanego. Jeśli ktoś ma duży nos, to rysujesz jeszcze większy.

– Więc jeśli się obrócę i będziesz mnie rysować z drugiej strony…

– Nie, nie ruszaj się! Prawie skończyłam. – Wykonała kilka szybkich pociągnięć, a potem rozejrzała się i powachlowała. – Czy tu się robi goręcej?

– Może powinnaś zdjąć ten szlafrok. Rzucił jej palące spojrzenie.

– Zostań tak! – Złapała następny pastel. – Patrz tak jak teraz.

– To znaczy rysujesz coś więcej niż mój tyłek?

– Och, kochanie, rysuję wszystko. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha, nie przerywając pracy.

– Maddy – powiedział niskim, spokojnym głosem.

– Tak? – rzuciła z roztargnieniem.

– Pamiętasz naszą umowę? Nikomu tego nie pokażesz, prawda? Zerknęła na niego, zamrugała i niemądry uśmieszek zamienił się w coś poważniejszego. O wiele gorętszego.

– Zdecydowanie z nikim się tym nie podzielę. Z nikim. Wstała z fotela z uwodzicielskim wdziękiem i ruszyła do niego, kołysząc biodrami, aż krew w nim zabuzowała. Podeszła do łóżka, rzuciła szkicownik na podłogę, a Joe zerknął wtedy na rysunek. Spodziewał się, że będzie zakłopotany, ale zmysłowość szkicu zrobiła na nim ogromne wrażenie. Takim go widziała:twarde, męskie ciało i miękkie, cieliste odcienie skóry lśniącej w świetle świec otoczonej pogniecionymi prześcieradłami i głębokimi cieniami.

To było hipnotyzujące. I podniecające.

Materac ugiął się, gdy weszła na łóżko, a potem poczuł na łydkach jej ręce. Opuścił głowę i zamknął oczy, podczas gdy jej dłonie przesuwały się po jego nogach. Napiął ciało, gdy dotknęła pośladków, zaczęła je pieścić i całować.

Wbijał się już w materac i rozluźnił instynktownie lędźwie, co tylko pogłębiło napięcie płynące z bolesnej, a zarazem błogiej intensywności podniecenia. Usiadła na nim okrakiem i badała jego plecy. Czuł na wgłębieniach swoich kolan wilgotne gorąco między jej udami.

Pragnienie tak w nim narastało, że zacisnął zęby, aby nie odwrócić się i nie wziąć jej wreszcie. Język Maddy przesunął się po jego kręgosłupie, przyprawiając go o drżenie. A potem jej oddech ogrzał mu kark. Dotknęła ustami brzegu ucha i szepnęła:

– Chcę cię. Teraz.

Obrócił się na plecy i dech mu zaparło, gdy zobaczył jej gorące spojrzenie. Uniosła się na kolanach, rozchyliła szlafrok i pozwoliła mu opaść na uda Joego. Światło świec jarzyło się wokół jej ramion i na pełnych piersiach. Przesunął dłońmi po jej brzuchu i udach, ciesząc się kontrastem między jej bladą i miękką skórą a jego mocnymi, ciemnymi dłońmi.

Jejoczypałały namiętnością, kiedy uśmiechała się do niego, a potem powoli opadła, biorąc go w siebie. Rozkoszował się każdym wrażeniem, każdym dotykiem, każdym widokiem i zapachem, podczas gdy ona cieszyła się nim.

Wiedział, że w końcu za to zapłaci, wszystko miało swoją cenę, ale na razie była tylko przyjemność. Tylko radość. Tylko Maddy.


– Obiecaj mi coś.

Leniwy pomruk Joego wybudził Maddy i otworzyła oczy. Musieli przysnąć po tym, jak wpełzli pod przykrycie. Zerknęła nad jego ranieniem i nie zauważyła, aby jakieś światło sączyło się przez zasłony.

Domyśliła się, że pewnie zapadła już noc. Ziewając, oparła się o jego pierś. Zastanawiała się, czy ktoś zauważył ich nieobecność na kolacji.

– Co takiego?

– Tym razem nie chcę żadnych kłamstw między nami.

– Kłamstw? – Próbowała otrząsnąć się z warstw snu, żeby zrozumieć jego słowa. – O czym ty mówisz?

– Ludzie cały czas mówią „kocham cię”, ale rzadko naprawdę tak czują. W gruncie rzeczy podejrzewam, że niewielu wie, co to w ogóle znaczy.

Oparła się na łokciach i spojrzała na niego. Jego twarz ginęła w cieniach.

– Myślisz, że kiedy wcześniej się spotykaliśmy i mówiłam, że cię kocham, kłamałam?

– Myślę, że wtedy w to wierzyłaś, bo dzięki temu czułaś, że możesz ze mną sypiać. – Delikatne światełko zabłysło w jego oczach, gdy pogłaskał jej policzek. – Ale teraz jesteśmy dorośli i nie potrzebujemy tego. To, co robimy, nikogo innego nie obchodzi. Proszę tylko, żebyś nie mówiła niczego, w co naprawdę nie wierzysz.

Te słowa uderzyły w nią jak pięść.

– Nie mogę uwierzyć, że według ciebie kłamałam, mówiąc, że cię kocham.

– Zależało ci na mnie i lubiłaś ze mną być, ale to nie była miłość, Maddy. – Już chciała zaprotestować, ale położył kciuk na jej ustach. – Potrafię zauważyć różnicę.

Odsunęła jego rękę.

– Zanim się wścieknę, może wyjaśnisz mi, na czym twoim zdaniem polega różnica.

Gdy zaczął mówić, przymknął powieki, chowając przed nią oczy.

– Miałem raptem sześć lat, kiedy państwo zabrało mnie od biologicznej matki, ale pamiętam ją. Wciąż powtarzała, że mnie kocha, o ile właśnie nie odpływała razem z jednym z przyjaciół ćpunów. Nawet płakała i zrobiła potworną scenę, kiedy ludzie z opieki społecznej mnie zabierali.

Maddy przytrzymała go mocniej za rękę i czekała, wiedząc jak bardzo nie lubił opowiadać o dzieciństwie. O tylu rzeczach nigdy nie wspominał. O tak wielu, że mogła tylko zgadywać.

– Tamtego dnia była strasznie zalana – powiedział w końcu. – Tak bardzo, że ledwie mogła wypowiedzieć zdanie, ale nadal pamiętam, jak wyła, że mnie kocha i nie pozwoli, aby mnie zatrzymali. Pamiętam, że wtedy cały czas się bałem. Nie tylko o siebie, ale też o nią. Bo kto się nią zaopiekuje, kiedy mnie nie będzie? Obiecała, że mnie odbierze. Ale… nigdy nawet nie spróbowała.

– Och, Joe, tak mi przykro…

Poruszył głową, odtrącając jej słowa. Zamilkła, całym sercem mu współczując. Wiedziała jednak, że czasem współczucie tylko powiększa ból.

– Potem wędrowałem od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Niektórzy rodzice nie byli źli. Kilka par udawało tylko w czasie comiesięcznych wizytacji. Niektórzy jednak… niektórzy się starali, co bolało jeszcze bardziej. Mówili, że mnie kochają i że dobrze się mną zaopiekują. Ale w końcu mieli dość problemów, których im przysparzałem, więc zabierano mnie gdzie indziej i wszystko zaczynało się od nowa. Nim miałem dwanaście lat i wylądowałem u Fraserów, można by rzec, że byłem nieco zmęczony.

– Nie bez powodu.

– Ostatnia para, która się mną zajmowała, zgodnym chórem opowiadała, jakie ze mnie utrapienie, i zapędziła się nawet w stwierdzeniu, że niewiele się różnię od dzikiego zwierzęcia. Podsłuchałem, jak kurator żartobliwie zapytał: „Więc co proponujecie? Żeby go uśpić?”.

– To okropne! – Aż ją zatkało.

– Na ich usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że byłem naprawdę zły. I miałem dość ludzi, którzy udają, że o mnie dbają, a tak naprawdę mają mnie w poważaniu. Opieka nie miała już za bardzo pomysłu, gdzie mnie umieścić, więc praktycznie błagali Fraserów, żeby mnie wzięli.

W końcu spojrzał na nią.

– Umowa z Mamą i Pułkownikiem była taka, że jak dziecko trafiało do ich domu, zostawało tak długo, aż adoptowała je inna para, wracało do biologicznych rodziców albo było dość dorosłe, aby się usamodzielnić. Do tego się zobowiązywali. Niezależnie od tego, ile kłopotu mieli z dzieckiem. Nigdy nie odesłali żadnego z chłopców.

– To niesamowici ludzie.

– Tak. – Odwrócił wzrok. – Kiedy opieka poprosiła ich o wzięcie mnie, Pułkownik miał cztery lata do emerytury i chciał się przenieść do Teksasu. Ja miałem tylko dwanaście lat. Może i byłem rozrabiaką, ale potrafiłem dodawać. Miałbym szesnaście lat, kiedy chcieliby się przenieść do innego stanu, jeżeli wytrzymałbym z nimi tak długo. Poza tym podsłuchałem rozmowę i wiedziałem, że opiekowali się wtedy tylko dwójką chłopców, którzy wyjeżdżali już do college’u, co oznaczało, że po raz pierwszy od lat Fraserowie mieliby dom tylko dla siebie.

– Ale zgodzili się.

– Aha. – Zaśmiał się ze zdumieniem. – Przez całą drogę myślałem sobie „na pewno mnie zatrzymają”. A potem dojechaliśmy do ich domu i kurator z opieki przedstawił mnie Pułkownikowi od razu na podwórzu. Boże, to był wielki facet! Z twardym, szorstkim wyrazem twarzy. Ustawiał szeregowych samym wyglądem.

– Dokładnie wiem, o jakim wyglądzie mówisz. – Pokiwała głową. – Nieźle mnie nastraszył przy pierwszym spotkaniu.

– A wyobraź sobie, że masz dwanaście lat i wiesz tyle, ile ja wiedziałem o systemie rodzin zastępczych. Uwierz mi, często się słyszy o nadużyciach wobec dzieci. Spojrzał na mnie i powiedział niskim głosem: „U nas to działa tak, synu: trzymasz się reguł tego domu albo ponosisz konsekwencje ich łamania”. Z takim trudem przełknąłem ślinę, o mało nie udławiłem się własnym językiem.

– Nie dziwię ci się.

– Doszedłem do wniosku, że może kurator wcale nie żartował. Ze naprawdę zamierzają mnie uśpić jak dzikie zwierzę. I wtedy z domu wyszła Mama, położyła mi ręce na ramionach, spojrzała prosto w oczy i powiedziała: „Teraz jesteś nasz, a my już cię kochamy, bo jesteś nasz. I nic nigdy tego nie zmieni. Nigdy”.

Łzy napłynęły jej do gardła, gdy wyobraziła sobie tę scenę.

Joe bawił się jej ręką, patrząc bardziej na dłoń niż na samą Maddy.

– Oczywiście nie uwierzyłem jej. Właściwie rozzłościła mnie tym, że tak powiedziała. Do tego stopnia, że dalej rozrabiałem, chociaż bałem się gniewu Pułkownika.

– Co robił, gdy pakowałeś się w kłopoty? – zapytała z troską w głosie.

Uśmiechnął się w ciemnościach.

– Patrzył na mnie jak to on i mówił: „Rozczarowałeś nas swoim zachowaniem”. I to wszystko. Na początku po prostu prychałem pogardliwie i myślałem sobie: „Wielkie mi co. Rozczarował się. Rety, ale się przestraszyłem”. Ale potem zauważyłem, że Shawn i Mark mieli o wiele więcej przywilejów ode mnie, że Pułkownik zawsze się do nich uśmiechał i cały czas powtarzał, jaki jest z nich dumny. To mnie rozwścieczyło. Dwa cholerne aniołeczki.

– Myślałam, że lubiłeś Shawna i Marka.

– Teraz tak, ale w pierwszym roku serdecznie ich nienawidziłem. – Spojrzał na nią. – Wiesz, że oni i większość pozostałych wychowanków utrzymują kontakt z Mamą?

– To mnie nie dziwi.

– Mnie też. – Znowu bawił się jej ręką. – W każdym razie zmierzałem do tego, że… Kiedy miałem czternaście lat, przyłapano mnie na kradzieży piwa w spożywczym. Na szczęście właściciel wezwał Pułkownika zamiast policji. Właściwie – skrzywił się – łatwiej by poszło z policją. Jak zwykle usłyszałem: „Rozczarowałeś nas swoim zachowaniem”, tyle że gdzieś po drodze te słowa stały się naprawdę ważne. Poczułem się, jakbym nigdy już nie miał wyprostować swojego życia i że to tylko kwestia czasu, jak Fraserowie każą mi spakować rzeczy. A ja już uwierzyłem, że może tym razem uda mi się zostać, jeśli niczego nie schrzanię.

Chwycił ją mocniej za rękę.

– Ta myśl tak mnie rozłożyła, że zacząłem płakać jak głupi dzieciak. Mama usłyszała i przyszła do mojego pokoju. Początkowo nic nie mówiła, tylko usiadła na łóżku i objęła mnie. Boże, całkiem się rozkleiłem, co tylko zwiększyło moje zażenowanie. Kiedy w końcu się pozbierałem, zapytałem ją, dlaczego od razu mnie nie odeślą, mieliby kłopot z głowy. Powiedziała mi, że nigdy się mnie nie pozbędą, bo mnie kochają i zawsze będą kochać, żeby nie wiem co. Kiedy zauważyłem, że nie zrobiłem nic, aby na to zasłużyć, odparła: „Nie trzeba zasługiwać na miłość. Albo jest, albo jej nie ma. Musisz tylko zasłużyć na nasz szacunek”.

Maddy ścisnęła jego rękę, walcząc z łzami.

– Potrzebowałem dużo czasu, aby to do mnie dotarło. Chyba wolno się uczę. Nawet po tym, jak mnie adoptowali, co jak szczerze wierzyłem, a właściwie dobrze wiem, wynikało nie tylko z faktu, że zmieniali stan, cały czas czekałem na dzień, kiedy przekroczę niewidzialną granicę i powiedzą mi, że to koniec, że już mnie nie chcą. Ale w końcu, w końcu zrozumiałem, że ta granica nie istnieje. Nic mnie tak nie uwolniło jak świadomość, że miłość nie jest dla nich tylko słowem. Kiedy powiedzieli, że mnie kochają, naprawdę to czuli, całkowicie. Więc… kiedy mi powiedziałaś… – Jego głos stał się szorstki. Nie patrzył na nią. – Kiedy powiedziałaś, że mnie kochasz… uwierzyłem ci. Myślałem, że czułaś to tak samo jak oni.

– O Boże, Joe. Ja… – Gardło jej się zacisnęło. – Naprawdę cię kochałam. Myślę, że mogłam…

– Nie. Przestań.

Zabrał rękę, żeby położyć palce na jej ustach. Kiedy spojrzał na nią, światło zalśniło w oczach pełnych łez.

– Przyjmuję, że wierzyłaś w to. Masz rację. Byłaś młoda i nie rozumiałaś różnicy między powiedzeniem i czuciem. Ale ja rozumiałem. To pewnie dlatego tak bardzo mną wstrząsnęło, kiedy mnie rzuciłaś. To była ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałem i… Boże, Maddy, to był cios w plecy.

– Przepraszam. – Do oczu napłynęły jej gwałtownie łzy. Oparła czoło o jego pierś, gdy wstrząsnął nią szloch. – Bardzo przepraszam.

– Wiem. – Objął ją mocno i trzymał, kiedy płakała. Uderzyła ją ironia tej sytuacji: to on ją pocieszał, chociaż to ona przysporzyła mu bólu.

– Nigdy byś nikogo specjalnie nie zraniła. Wiem to. Więc proszę, żebyśmy tym razem nie mówili niczego, czego naprawdę nie czujemy, dobrze?

– Dobrze.

Загрузка...