Rozdział 6

Podarunek w postaci dobrych chęci często jest ciężarem dla obdarowanego.

Jak wieść idealne życie


Rety, przechodzi samego siebie – burknęła Sandy, kiedy drzwi do jadalni zamknęły się z hukiem za Joem.

Przez wielkie okna w bocznych ścianach widać było, jak schodzi po drewnianych schodach i rusza nad rzekę.

Maddy walczyła z wyrzutami sumienia, gdy patrzyła, jak wychodzi. Już to, że się do niej nie odzywał, było dość trudne, a jak mogła ignorować fakt, że jej obecność wyraźnie go denerwowała? Nie mogła omijać każdego posiłku. Przez całą kolację siedział cicho, podczas gdy koordynatorki i Mama Fraser planowały następny dzień. Zebrali się przy długim stole stojącym najbliżej wielkiego, kamiennego kominka, pośród morza innych stołów, które niedługo rozbrzmiewać będą głosami obozowiczów.

Jednak ich ożywione rozmowy zgasły, gdy posiłek dobiegł końca i Carol zaproponowała mecz. Joe po prostu wstał, stwierdził, że ma do naprawy kajak, i wyszedł.

– Masz rację – powiedziała do kierowniczki Dana. – Coś go gryzie.

– Ale co? – zastanawiała się Bobbi. – Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że przygnębiła go praca w obozie na stałe. Jak do diabła mogłoby to kogokolwiek przygnębić?

Spojrzała na rustykalnie stylizowaną jadalnię z belkowym sufitem. Na kolumnach i belkach wyrzeźbiono indiańskie wzory. Wieloletni dym z palonego drewna na stałe przesiąknął powietrze.

– Mieszkanie tu przez cały rok musi być najwspanialszą pracą na świecie!

– Dla nas tak – odparła Carol, rzucając nerwowe spojrzenie matce Joego. – Ale może nie dla niego.

– Właściwie to Bobbi ma rację – wyrwała się Sandy. Blond włosy miała jak zwykle spięte w wesoły kucyk. – Może chodzi o coś innego.

– Może to coś osobistego, na przykład kłopoty sercowe. – Bobbi zwróciła się do Mamy. – Spotyka się z kimś?

– Oprzytomniej, kobieto! – zbeształa ją Sandy, nim Mama zdążyła odpowiedzieć. – Mężczyźni, którzy wyglądają jak Joe, nie mają kłopotów z randkami.

– Nie wiadomo. – Bobbi skrzywiła się. – Tylko dlatego, że wygląda jak… no wiesz…

– Jak ciasteczko? – podsunęła z westchnieniem Leah.

– Dziewczyny, błagam. – Carol zarumieniła się. – Tutaj siedzi jego matka.

– Nie przeszkadzajcie sobie – zachichotała Mama. – Jestem dumna, że inne kobiety uważają mojego syna za seksownego. Ale Bobbi ma rację. To, że jest… jak go nazwałaś? Cukiereczek?

– Ciasteczko – zaśmiała się Leah.

Maddy sprzeczałaby się, czy rzeczywiście zasługuje na takie słodkie określenie, patrząc, jak zachowywał się wobec niej przez ostatnie półtora dnia.

– Cóż, w każdym razie to nie oznacza, że nigdy nie miał kłopotów sercowych – wyjaśniła Mama.

– Więc o to chodzi? – Sandy zmarszczyła brwi. – Jakaś kobieta go załatwiła?

– Proszę podać jej nazwisko! – Bobbi nachmurzyła się. – Zajmiemy się nią.

– Dziewczęta! – Mama podniosła rękę. – Tylko mówię, że istnieje taka możliwość.

– A to znaczy, że nie możemy nic zrobić, żeby go rozweselić – Carol westchnęła zrezygnowana.

– Czekaj. Wiem – odezwała się Sandy. – Ja mogę zacząć z nim chodzić.

– Pomarzyć piękna rzecz – zbeształa ją Dana. – Spójrz prawdzie w oczy, Sandy, zna nas, odkąd biegałyśmy w stanikach zerówkach, co raczej przekreśla nasze szanse.

– Życie jest niesprawiedliwe – nadąsała się Sandy. Carol spojrzała na matkę Joego.

– Pewnie nie ma pani żadnych sugestii?

– Och, nigdy nie mieszam się do spraw syna.

Maddy zakrztusiła się mrożoną herbatą i z trudem złapała oddech. Dana poklepała ją między łopatkami.

– Wszystko w porządku?

– Tak – wydyszała Maddy. – Po prostu… źle przełknęłam.

– Więc, Madeline – Mama uśmiechnęła się słodko – pewnie nie masz pojęcia, jak rozweselić Joego?

– Zielonego.

Właściwie to miała. Mogłaby wrócić do Austin i zniknąć z jego życia. Niestety zrezygnowanie z pracy na tydzień przez rozpoczęciem obozu postawiłoby go w trudnej sytuacji, a to nie był najlepszy sposób, żeby naprawić ból, który zadała mu w przeszłości.

Podczas gdy dziewczyny zastanawiały się na głos, jak uszczęśliwić Joego, ona pozbierała brudne naczynia.

– Jeśli nie macie nic przeciwko, wrócę do Warsztatu i wezmę się do roboty.

– Jasne. – Carol z roztargnieniem machnęła na nią ręką. – Zobaczymy się rano.

„Co za zamieszanie” – pomyślała, gdy wsuwała tacę przez kuchenne okienko. Usłyszała pracownice kuchni, miejscowe kobiety z pobliskiego puebla. Rozmawiały w ojczystym języku. Wszyscy pasowali do tego miejsca oprócz niej.

Kiedy wyszła z jadalni, zerknęła na stojący wyżej Warsztat, który na nią czekał, i w kierunku, w którym zniknął Joe. Prędzej czy później będą musieli oczyścić atmosferę, bo inaczej oboje spędzą koszmarne lato. Niestety nie mogła pójść za nim już teraz, bo wszyscy by to zauważyli.

Co by inni pomyśleli, gdyby wiedzieli, że to ona jest kobietą odpowiedzialną za zły humor Joego? Skuliła się, wyobrażając sobie, jak wszystkie dziewczyny naraz ją atakują. Przy pierwszej nadarzającej się okazji koniecznie musi odbyć bardzo spokojną i bardzo dorosłą rozmowę z Joem. Być może razem znajdą dojrzały sposób poprawienia sytuacji.


Rockowa muzyka buchnęła z głośnika w kącie, walcząc z jazgotem elektrycznej szlifierki w rękach Joego. Dźwięk wściekłych gitar doskonale mu odpowiadał, gdy pocił się, przygotowując kajak do nałożenia łaty z włókna szklanego. W końcu uznał, że drewno jest dość gładkie, i odłożył szlifierkę. Kiedy się wyprostował, rozbrzmiewał tylko gniewny rytm muzyki. Zdjął okulary ochronne i otarł czoło ręką. Pył z włókna szklanego wgryzał mu się w skórę, więc Joe zaczął się zastanawiać, czy nie skoczyć do rzeki i nie spłukać tego świństwa. Może nocne pływanie pomoże mu też pozbyć się gotującego się w nim napięcia.

Na razie wystarczyło mu zdjęcie koszuli i opłukanie się w umywalce. Wycierał właśnie ręce i pierś papierem toaletowym, kiedy szósty zmysł sprawił, że zjeżyły mu się włosy na karku. Obrócił się gwałtownie i zobaczył, że w progu, na tle zalanej księżycowym światłem nocy, stała Maddy.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Patrzyła na niego z szeroko otwartymi, zszokowanymi oczami jak dziewica, która po raz pierwszy widzi mężczyznę bez koszuli. Co pewnie w innych okolicznościach by go rozśmieszyło. Trudno uznać Maddy za dziewicę i doskonale wiedział, że widziała już nagi tors. Jego w szczególności.

Jej wzrok przesunął się po jego ciele. Przyjrzała się tatuażom na bicepsach – dla niej zupełnie nowa rzecz – a potem powędrowała po mięśniach klatki piersiowej, brzuchu aż do pasa szortów. Mięśnie mu się zacisnęły i zadrżały, jakby go musnęła opuszkami palców.

Przełknął przekleństwo i wyłączył magnetofon, zalewając szopę z kajakami ciszą.

– Chciałaś czegoś?

Jej wzrok przeniósł się natychmiast na jego twarz. Zarumieniła się.

– Ja, hm, zobaczyłam światło. Z balkonu.

– I…?

– I pomyślałam, że może to dobry moment, abyśmy…

– Co?

„Zerżnęli się do bólu?”. Brutalny seks jeszcze bardziej niż pływanie odpowiadał mu jako sposób na pozbycie się fatalnego nastroju. Zwłaszcza że właśnie ta kobieta była przyczyną jego zarówno emocjonalnej, jak i fizycznej frustracji. Ta myśl wywołała jeszcze większe poruszenie w jego spodniach. A niech to!

– Porozmawiali – wydusiła w końcu.

– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

Odwrócił się i wrzucił papier toaletowy do kosza. Żeby oszczędzić sobie zakłopotania, stojąc przed nią z początkiem erekcji, sięgnął po koszulę i strzepnął ją gwałtownie.

– Właściwie to uważam, że w ogóle twoja obecność tutaj jest złym pomysłem.

– Joe.

Wyczuł, że podchodzi do niego, więc zerknął na nią przez ramię z posępną miną. Zatrzymała się.

– Musimy to załatwić.

– Nie, nie musimy.

Wciągnął koszulę, przez co znowu zaczęła go szczypać cała skóra, ale przynajmniej materiał zwisał dość nisko, żeby zapewnić mu odrobinę intymności. Sięgnął po butelkę acetonu i szmatkę. Zaczął czyścić miejsce pod łatę.

– Zostaniesz tu tylko dwanaście tygodni. Zdarzało mi się dłużej znosić nieprzyjemne okoliczności.

– Więc to tak? – Podniosła nieco głos. – Będziemy się zachowywali tak, jakby przeszłość nie miała miejsca?

– Tak wygląda plan.

Skupił się na wycieraniu kurzu z pęknięcia w kadłubie. Zmuszał się do zachowania na zewnątrz spokoju, podczas gdy wszystko w nim się gotowało. Chciał wyrzucić z siebie to, co powinien był powiedzieć piętnaście lat temu. Albo wziąć ją w ramiona i błagać, aby znowu go zechciała. Zacisnął zęby na drugą myśl. To właśnie zrobił ostatnim razem: błagał ją i upokorzył się. Z łzami, a niech to cholera. Naprawdę popłakał się przy niej. To wspomnienie bolało go. Dosłownie fizycznie bolało.

– Joe… – Zrobiła następny krok i wszystkie jego zmysł były już w pogotowiu. – Wiem, że cię zraniłam, i z całego serca za to przepraszam…

– Przestań!

Wyprostował się, ale nie cofnął, chociaż czuł panikę w piersi. Maddy zamierzała rozerwać starą ranę i patrzeć, jak on znowu się wykrwawia. Jeśli będzie tu stała jeszcze trochę, to bał się, że jej się uda.

– Darujmy sobie tę wielką scenę przeprosin. To, co wydarzyło się między nami, to historia sprzed wieków. Trochę za bardzo byłem potem zajęty własnym życiem, żeby tamto miało jeszcze jakikolwiek wpływ. Więc jeśli tym się martwisz, to zapewniam, że dam radę pracować z tobą przez całe lato, pod koniec którego uczynisz mi przysługę i wyjedziesz. A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, mam robotę.

Maddy patrzyła, jak znowu pochylił się nad kajakiem. Chociaż czuła, że jego gniew wprost wypycha ją za drzwi, nie mogła wyjść. Musiała jakoś znaleźć sposób, aby dotrzeć do niego. Niestety Joego czasem trzeba było rozzłościć, aby zaczął mówić. Wzięła głęboki wdech i objęła się.

– Właściwie to mam coś przeciwko. Bo nie sądzę, żeby ci przeszło. Nie wkurzałbyś się tak.

– To, czy jestem wściekły, czy nie, to nie twoja sprawa. Sama wybrałaś, wiele lat temu, i nie wybrałaś mnie.

Z zaciętą miną wrócił do pracy.

Przez chwilę myślała, że na tym poprzestanie, że nigdy go nie otworzy, ale wtedy zaskoczył ją. Nagle się wyprostował.

– Ale tak nawiasem mówiąc, nigdy nie prosiłem, abyś wybierała. Nigdy nie mówiłem, że albo wyjdziesz za mnie, albo zostaniesz artystką, że nie możesz zrobić jednego i drugiego.

– Joe… – Zamrugała jak ogłuszona. – Oświadczyłeś mi się i poprosiłeś, żebym zamieszkała w bazie wojskowej niemal na drugim końcu kraju, wiedząc, że dostałam stypendium.

– Moglibyśmy to jakoś załatwić, gdybyś mnie uprzedziła, że chcesz iść do college’u. Ale nie. – Rzucił szmatę na warsztat. – Nie miałem czasu, żeby wziąć to pod uwagę przed oświadczynami, bo twoja sensacyjna wiadomość trafiła mnie jak grom z jasnego nieba.

Ogarnął ją gwałtowny, zapiekły gniew.

– Cóż, nie musiałeś z tego powodu tak wariować. Przez zaciśnięte zęby wycedził:

– Nie wariowałem.

– No to wpadłeś w panikę.

– Byłem wściekły. – W jego ciemnych oczach powróciło echo dawnych uczuć. – Bo nigdy nic mi o tym nie mówiłaś. Myślałem, że zmierzamy w tym samym kierunku, a dowiedziałem się, że za moimi plecami snułaś własne, całkiem odmienne plany.

– Mówisz to tak, jakbym cię zdradziła.

– Tak właśnie to odebrałem! – Wziął długi, głęboki wdech i wypuścił powoli powietrze. Widać było, że stara się nad sobą panować.

– Maddy, spotykaliśmy się na poważnie przez niemal dwa lata. Nawet gdy poszedłem do wojska, zostaliśmy razem. Od miesięcy mówiliśmy o ślubie i dzieciach.

– Nie, to ty mówiłeś o ślubie i dzieciach. Ja tylko siedziałam i starałam się nie panikować.

– Co ty wygadujesz? – Jej słowa niemal ścięły go z nóg. – Przez cały ten czas, gdy byliśmy razem, nigdy nie traktowałaś tego poważnie? Chryste, Maddy, coś ty robiła? Wykorzystałaś mnie do seksu? – zaśmiał się ostro. – Nie wierzę, że to powiedziałem. Ale taka jest właśnie prawda, nie? Cholera!

– Nie…

– Zabawiałaś się ze szkolnym rozrabiaką, trzymałaś z niedobrymi dzieciakami, udawałaś, że jesteś jedną z nas, a tak naprawdę byłaś najlepsza w klasie.

– Nie byłam najlepsza.

– Cholera, ale niewiele brakowało. – Pokręcił z niesmakiem głową.

– Media miały prawdziwe używanie. Córka źle opłacanego policjanta, z matką, gospodynią domową, i czwórką rodzeństwa miała małe szanse na opłacenie college’u aż do chwili kiedy, patrzcie państwo, wygrała stypendium w Lidze Samotnej Gwiazdy Sztuki, a jej prace powieszono na Kapitolu. Zrobili jej nawet zdjęcia, jak ściska dłoń gubernatorowi. I jakby tego nie było dość, rety, rety, ludziska, jest nie tylko śliczna i utalentowana, ale też jeszcze idzie łeb w łeb pod względem ocen końcowych z najlepszym uczniem szkoły!

Skuliła się, rozumiejąc teraz szok, jaki musiał przeżyć, gdy odkrył, że szalona Maddy miała świetne oceny.

– Nawet mi nie powiedziałaś, że bierzesz udział w konkursie.

– Bo… A gdybym nie wygrała?

– Myślisz, że bym się przejął? – Zamiast gniewu w jego oczach pojawiała się uraza. – Kochałem cię. Byliśmy praktycznie zaręczeni. Nie uważasz, że miałem prawo wiedzieć, że urabiasz ręce po łokcie, próbując coś osiągnąć w życiu? Nie sądzisz, że byłbym z ciebie dumny? Nie rozumiesz, jak mnie to zraniło, że nie podzieliłaś się ze mną swoimi marzeniami?

– Masz rację. – Ogarnęło ją poczucie winy. – Powinnam była ci powiedzieć. Po prostu… bałam się.

– Czego?

– Że będziesz się ze mnie nabijał. – Do oczu napłynęły jej łzy. – Że uznasz, że się wywyższam, że porywam się na zbyt wiele. Że wyjdę na idiotkę.

– Wywyższasz? – Zmarszczył brwi. – Jezu, tak by mógł powiedzieć twój ojciec.

– I tak powiedział. Przez całe moje życie zawsze, gdy zrobiłam coś dobrego, on… obrażał mnie. – Zagryzła usta, gdy wspomnienia zamieniły się w gulę w gardle. – Wiesz, co powiedział, gdy dowiedział się, że wygrałam stypendium? Zapewniam, że nie „gratulacje”, „jestem z ciebie dumny” ani nawet „dobra robota”. Powiedział „proszę, proszę, a któż to uważa, że jest kimś wyjątkowym?” – Łzy popłynęły jej po policzkach. Starła je ze złością. Wściekła się, że nadal płacze przez ojca. – Tak bardzo chciałam uciec z tego domu, z tego nędznego sąsiedztwa, że czułam to aż w kościach. Chciałam to zrobić, choćby nie wiem co.

– Gdybyś wyszła za mnie, uciekłabyś z tego domu cholernie szybko.

– To nie jest dobry powód do związku na całe życie.

– Masz rację. – Westchnął. – Wiesz, Maddy, część mnie cię rozumie. Twój ojciec był zakompleksionym dupkiem, który czuł się dobrze tylko wtedy, gdy ścinał innych.

– Nadal jest taki.

– Ale ja to nie on – powiedział cicho Joe. – Jak mogłaś myśleć, że nie byłbym dumny z tego, czego dokonałaś?

– Po prostu tak czułam. Wtedy miałam wrażenie, że zaczynasz mówić jak on.

– Jak to? – To go zaskoczyło.

– Gdy z takim entuzjazmem mówiłeś o wojsku. – Podniosła dłoń, gdy chciał jej przerwać. – Dopóki nie dorosłam i nie usamodzielniłam się, naprawdę myślałam, że większość policjantów, a co za tym idzie, większość facetów w mundurach jest taka jak mój ojciec. Od tego czasu nauczyłam się, że to nieprawda. Sporo z nich jest takich jak Pułkownik. Mają w sobie przekonanie, prawość, a przede wszystkim współczucie. Powinnam była wtedy to zauważyć. Nie zamieniałeś się w mojego ojca, tylko upodabniałeś się do swojego. I nie umiem wymyślić lepszego wzoru do naśladowania.

Podeszła do niego. Z całego serca chciała, żeby zrozumiał.

– Niestety wtedy tego nie widziałam. Byłam za młoda, Joe. Miałam siedemnaście lat, kiedy się oświadczyłeś.

– Wiem. – W jego oczach błysnęło zakłopotanie. Odwrócił wzrok. – Właściwie nie zamierzałem oświadczać się jeszcze przez rok, ale powiedziałaś mi o college’u i gdy pomyślałem, że będziesz biegać po kampusie, gdzie pełno chłopaków…

– Spanikowałeś.

– Jeśli kupienie największego pierścionka zaręczynowego, na jaki mnie było stać, nazywasz paniką, to tak, spanikowałem. – Zacisnął usta. – Wiedziałem, że nie pobierzemy się od razu, ale chciałem mieć pewność, że każdy facet, który cię zobaczy, zauważy kamień na palcu i zrozumie, że jesteś zajęta.

Przy tych słowach uśmiechnęła się odrobinę. Zupełnie jakby Joe ogradzał swoje terytorium. Jako adoptowane dziecko nauczył się podróżować bez zbędnego bagażu, ale to, co należało do niego, trzymał obydwiema rękami i walczyłby z każdym dzieciakiem, który by tego tknął. Rzadko używał słowa „moje”, ale jeśli już, to traktował je serio.

Westchnął ciężko.

– Przyznaję, nie podobał mi się pomysł twoich studiów, ale nie zamierzałem cię powstrzymywać. Bałem się, że stracę cię na rzecz jakiegoś studencika z bractwa. Ale… – Świdrował ją wzrokiem. – Nigdy nie sprzeciwiałbym się realizacji twoich marzeń, gdybyś tylko podzieliła się nimi ze mną.

– Kłopot w tym, że nie uwierzyłabym ci. Nie potrafiłabym. Nie, kiedy stałeś tam w mundurze, z ostrzyżonymi krótko włosami i rzucałeś wojskowym żargonem. – Zrobiła jeszcze jeden krok. Położyła rękę na kajaku stojącym między nimi. – Kiedy się oświadczyłeś, całe życie przeleciało mi przez oczami. Tyle że to nie było moje życie. Ale mojej matki. Nie chciałam skończyć jak ona. Była na każde skinienie swojego faceta, gotowała, sprzątała, wychowywała dzieci praktycznie bez żadnej pomocy, podczas gdy wszystkie moje marzenia wdeptano w ziemię. Nie wiedziałam, że małżeństwo może być partnerskie. Że to nie jest dożywocie, w którym kobieta traci tożsamość pierwszego dnia.

– Ognista Maddy stratowana? – Pokręcił głową. – Nie wierzę, że mogłabyś tak skończyć.

– Teraz też nie wierzę. Właściwie stałoby się coś wręcz przeciwnego i to byłoby nie w porządku wobec ciebie. Wtedy za bardzo dbałam o własną niezależność, aż do egoizmu. Ostatnie osiem lat nauczyło mnie, że czasem trzeba zapomnieć o sobie i odłożyć na później własne marzenia. Ale przynajmniej zrobiłam to z miłości, a nie z braku kręgosłupa jak moja matka.

– Ostatnie osiem lat? – Zmarszczył czoło, nic nie rozumiejąc. Zawahała się. Nie bardzo wiedziała, jak Joe zareaguje na ten temat.

– Mój mąż zmarł na raka po długiej chorobie.

– Przykro mi.

Szczery smutek w oczach dodał powagi jego słowom.

– Mnie też. – Współczucie zawsze sprawiało, że żal znowu wypływał na powierzchnię. Tym razem, kiedy pojawiły się łzy, nie powstrzymywała ich. – Bardzo go kochałam i tęsknię za nim każdego dnia.

– O mój Boże, Maddy… – Wyglądało, jakby chciał obejść kajak i podejść do niej.

– Nic mi nie jest, serio. – Podniosła rękę, wiedząc, że straciłaby panowanie nad sobą, gdyby jej dotknął. – Było ciężko, ale czas, żebym zaczęła nowe życie, wróciła do marzeń, które odsunęłam. I dlatego tu przyjechałam.

Jeszcze mocniej zmarszczył czoło.

– Chciałaś pracować na letnim obozie?

– Nie, przyjechać do Santa Fe. Zająć się sztuką. – Uśmiechnęła się smutno. – Wiesz, co jest największą ironią mojego życia? Wyszłam za mężczyznę, który był skrajnie różny od mojego ojca. Inteligentnego, pewnego siebie człowieka, który odniósł sukces, jednego z najsłodszych, najmilszych ludzi, jakich w życiu spotkałam.

– Niezły dziwak.

– Zgadza się! – Roześmiała się. – Ten biedny facet nosił ochraniacze kieszeni, kiedy zaczęliśmy się spotykać. Nie odróżniał też kolorów i nie znał się w ogóle na sztuce. I właśnie to sprawiło, że się poznaliśmy. Jego kierownik biura zadręczał go o załatwienie wystroju. Więc Nigel…

– Nigel? – Uniósł brew. – Poślubiłaś mężczyznę o imieniu Nigel?

– Tak. – Uśmiechnęła się szeroko. – Był wysoki i tykowaty, uosobienie stereotypu księgowego. W dniu, kiedy wszedł do galerii, w której pracowałam, desperacko szukając obrazu i do obłędu wręcz nieporadny, spojrzałam na niego raz i pomyślałam: „Och, skarbie, potrzebujesz mnie. I to nie tylko do wybrania dziel sztuki”.

Smutek i zazdrość pojawiły się w oczach Joego.

– Pewnie nadałaś jego życiu sens.

– Ja… – Jego słowa poruszył ją tak mocno, że nie wiedziała, co powiedzieć. – Dziękuję. Lubię tak myśleć. Byliśmy razem szczęśliwi. Ironia polega jednak na tym, że wyszłam za niego, myśląc, że to jest mężczyzna, który nigdy nie poprosi, abym zignorowała własne potrzeby i zajęła się nim. A potem zachorował na raka i właśnie to musiałam zrobić.

– Chcesz powiedzieć, że przestałaś malować?

– Nie miałam ani siły, ani serca, aby malować. Przynajmniej nie za często.

– Musiałaś mieć mu to za złe.

– Nie, wcale.

– Nie? – dopytywał się. – Jak to nie?

Z zakłopotaniem zmarszczyła brwi, widząc jego wzburzenie.

– Bardzo często miałam dość życia, ale nie Nigela. Przeszłam przez wszelkie rodzaje złości i żalu, złorzeczyłam Bogu, aż wreszcie pogodziłam się z niesprawiedliwością życia i niesłusznością śmierci.

– Tak, znam to.

– Po służbie na Bliskim Wschodzie niewątpliwie znasz. Przyjrzał jej się.

– Więc mówisz, że dla tego mężczyzny porzuciłaś szansę zostania malarką i nie żałujesz?

– Czy żałuję? Mnóstwa rzeczy żałuję, ale nie ślubu z Nigelem. Myślę, że pisane nam było przeżyć ten czas razem. Nigel pomógł mi dorosnąć i wierzę, że wniosłam mnóstwo radości do jego krótkiego życia. – Przechyliła głowę, przyglądając się mężczyźnie, który stał przed nią, dorosłej wersji chłopca, którego kochała. – A ty? Żałujesz czegoś?

– Niczego, co chciałbym rozpamiętywać.

– Istnieje różnica między rozpamiętywaniem a radzeniem sobie. Więc pytanie brzmi… – Wzięła głęboki wdech. – Dokąd zmierzamy? Czy potrafimy odłożyć przeszłość i zostać przyjaciółmi?

– Maddy… – Wyrwał mu się pozbawiony radości śmiech. – Pięciominutowa rozmowa nie sprawi, że zniknie gniew, który żył piętnaście lat. Zwłaszcza gdy się dowiedziałem, że dla mnie nie byłaś gotowa zrezygnować choćby z jednej rzeczy, a innemu mężczyźnie podarowałaś całe lata życia i sprawę, o której myślałem, że jest dla ciebie najważniejsza.

Zesztywniała.

– Chciałabym, żebyś pamiętał, że miałam siedemnaście lat, gdy zerwałam z tobą. A gdy u mojego męża zdiagnozowano raka, byłam dwudziestoczteroletnią mężatką. Co miałam zrobić? Rozwieść się?

– Nie. – W jego oczach zabłysł gniew. – Ale to i tak mnie wkurza.

– Przykro mi. Nie mogę zmienić przeszłości. Interesuje mnie teraźniejszość. Możemy czy nie możemy pracować razem bez goryczy między nami?

– Prosisz o bardzo dużo.

– Wiem.

Chciała nim potrząsnąć, ponieważ robiła to także dla jego dobra. W końcu westchnął.

– Mogę obiecać, że będę się grzecznie zachowywał.

– Ty to nazywasz grzecznością? – Machnęła w stronę obozu. – Traktujesz mnie jak kogoś całkiem obcego, kogo obecność ledwie możesz znieść.

– Jesteś całkiem obca! Maddy, którą znałem, nigdy nie porzuciłaby sztuki dla drugiej osoby. Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś.

Pokręciła głową. Rozmowa z Joem przypominała mówienie do ściany.

– Właśnie dlatego tu jestem. Żeby sprawdzić raz jeszcze, czy nadaję się na artystkę.

– Co to znaczy „nadaję się?” – Znowu się uniósł, ale co dziwne, tym razem chyba stał po jej stronie. – Byłaś dość dobra, żeby w szkole średniej wygrać stypendium.

– To nie znaczy, że jestem dość dobra, aby teraz jakaś galeria chciała mnie reprezentować.

– Co to za chrzanienie? Oczywiście, że jesteś.

Odszedł szybkim krokiem. Zadziwił ją swoim wzburzeniem. Sztuka była powodem, dla którego zdecydowała się go odrzucić. Dlaczego teraz jej bronił? Zawrócił. Położył obie dłonie na kajaku i pochylił się ku Maddy.

– Chcesz rozejmu? Dobra! Oto moje warunki. Jeśli mam przez ciebie przeżyć piekielne lato, to chociaż do cholery zadbaj, aby to się opłaciło.

– O czym ty mówisz?

– Chcę, żebyś zrobiła to, co powiedziałaś, że zamierzasz. Została zawodową malarką. To dlatego mnie rzuciłaś, prawda? Więc jeśli mam przestać się wściekać, to do cholery lepiej, żebyś nią została.

– Joe… – Zamrugała z zaskoczenia. – To nie takie proste.

– Zakładam, że przywiozłaś jakieś portfolio czy coś takiego.

– Tak, ale…

– Dobrze. – Wyprostował się. – Muszę jutro jechać do miasta po farbę do tego kajaka. Jedziesz ze mną, żebym mógł zawieźć cię do paru galerii.

– Joe, mam jutro robotę. – Jazda z nim to ostatnia rzecz, na którą miała ochotę. – Miałam pomóc Sandy posprzątać magazyn.

– Trudno. Będzie musiała poradzić sobie bez ciebie, a ty następnego dnia popracujesz za dwie, żeby jej to wynagrodzić.

– Ale…

– Nie żartuję. – Znowu pochylił się do przodu. – Jeśli zostajesz, to nie będziesz się bawić, tylko zrobisz, co trzeba.

– Rozumiem. – Zacisnęła szczęki. – Teraz powinnam stanąć na baczność i zawołać: „Tak jest, panie kapitanie”?

– Właśnie, do cholery. Przyjadę po ciebie do Warsztatu o ósmej zero zero.

Загрузка...