Przy takiej liczbie ludzi kręcących się przy poczęstunku Joe długo musiał czekać na drinka. Wymienił kilka zdań z kolekcjonerami sztuki, których spotkał niegdyś na innych wystawach, a potem wpadł na kolejną parę, która wysłała dziecko na obóz. Ci stanowili pewien problem; nie orientował się, czy wiedzieli o zakazie picia, nie zamierzał ryzykować. Poczekał, aż sobie pójdą, sprawdził, że Coltonowie rozmawiają z jego matką plecami do niego, i podsunął barmanowi dwa kieliszki. W końcu miał w rękach białe wino i ruszył z powrotem do Maddy. Jeśli wszystko tego wieczoru pójdzie dobrze, przejdą od zwykłych pogaduszek do prawdziwej rozmowy.
Na tę myśl żołądek mu się zacisnął. Dlaczego związki wymagają tylu rozmów? Kobiety niby mają intuicję. Nie mogą się zorientować, co się dzieje z facetem, i nie kazać mu tego wypowiadać na głos? Chociaż niektórzy faceci, tacy jak Derrick, nie mieli kłopotu z mówieniem, nawet gdy w grę wchodziły naprawdę osobiste sprawy. Może powinien zacząć od czegoś niezbyt osobistego, by podtrzymać rozmowę na poziomie przyjacielskim i lekkim. A potem, przed wyjściem, zapytałby, czy po wystawie mógłby przyjść porozmawiać do Warsztatu, ponieważ środek zatłoczonej galerii nie jest do tego najlepszym miejscem.
Z odległości kilku kroków dostrzegł, że Maddy słuchała wysokiej, smukłej kobiety, która najwyraźniej podziwiała jeden z jej rysunków. Dobrze, będą mieli z Maddy bufor, aby przetrwać następne kilka minut. Kiedy podszedł bliżej, zauważył jednak dwie rzeczy. Kobieta nie wyglądała na kolekcjonerkę. Bardziej przypominała artystkę w kiczowatym, gotyckim stroju. A wzrok Maddy był niespokojny.
Przyspieszył kroku. Doszedł akurat w chwili, gdy kobieta odwróciła się i odeszła. Spojrzał na odchodzącą, a potem na Maddy, która stała nieruchoma i blada.
– Dobra, powiesz mi, o co poszło?
Zamknęła oczy na trzy sekundy, a potem otworzyła.
– O nic.
– To dlaczego jesteś zdenerwowana?
– Nie jestem. To dla mnie?
Wzięła jeden kieliszek i uśmiechnęła się do podchodzącej pary. Kiedy ludzie ich minęli, wypiła połowę wina dwoma haustami.
– Oddaj mi to. Zabrał jej kieliszek.
– Ej! – skrzywiła się, gdy wytarł jej kropelkę z brody. Odsunął kieliszek.
– Powiedz mi, co cię zdenerwowało. Przyglądała się tłumowi, mówiąc sztywno:
– To nie jest miejsce do takich rozmów.
Z irytacją zmrużył oczy. Nieważne, jak precyzyjnie coś zaplanował, Maddy zawsze wsadzi kij w szprychy.
– Jasne.
Odstawił kieliszki na piedestał u stóp niedźwiedzia z brązu, wziął ją za rękę i zaczął iść. Z planami już tak jest, że trzeba być elastycznym.
– Joe. – Aż jej dech zaparło, ale opierała się tylko sekundę. Zauważył drzwi prowadzące na tyły i ruszył w ich kierunku.
– Juanita – powiedział, gdy mijali kierowniczkę galerii. – Możesz przez chwilę zająć się terenem Maddy?
– Yhm, jasne – odparła, marszcząc czoło.
Bez wahania otworzył drzwi z napisem „tylko dla pracowników” i zamknął je za sobą. Rozejrzał się szybko po ciemnej, rozległej przestrzeni wypełnionej zapachem kleju do drewna i trocinami. Słabe światło z zewnątrz sączyło się przez odsłonięte okna, rzucając pręgi cienia na warsztaty i sprzęty.
– Joe! – Maddy wyrwała rękę z jego uścisku, przypominając mu o swojej obecności. Krzywiąc się, roztarła dłoń. – Musisz przestać tak mnie ciągać.
– Złapałem za mocno? – Zmarszczył czoło na tę myśl.
– Nie. – Oparła dłonie na biodrach. – Ale zrobiłeś to dziś wieczór już dwa razy. Następnym razem, gdy będziesz chciał przejść z punktu A do B, mógłbyś mnie po prostu zapytać?
– Mógłbym. Ale pewnie byś się spierała, więc moja metoda jest szybsza.
– Jaka ja głupia, myślałam, że ludzkość ma za sobą epokę jaskiniowców. – Pokręciła z oburzeniem głową. Oczy jej błyszczały w słabym świetle. – Chyba mam szczęście, że mnie nie ogłuszyłeś i nie zaciągnąłeś za włosy.
Na jego twarz wypłynął uśmiech.
– Boże, wspaniale dziś wyglądasz.
– Co? – Te słowa na chwilę wprawiły ją w zakłopotanie. – Och, dzięki. Ale powtarzam, następnym razem zapytaj.
– Zrozumiano. A teraz… – Oparł się o jeden z warsztatów. – Powiedz mi, czym ta jędza w czerni tak cię zdenerwowała.
– To żadna jędza. – Maddy westchnęła i nagle uszło z niej całe powietrze. – Ona po prostu… była w zrozumiały sposób poirytowana.
– Czym?
– Rozmawialiśmy o tym. Ledwie pojawiłam się w Santa Fe, a już mam wielką wystawę, wszyscy gadają o moich pracach i będę miała reprodukcje w katalogu.
– Więc jest zazdrosna. – Skinął głowa. – Domyśliłem się. A co powiedziała?
– Ma prawo być zazdrosna. To nie w porządku, że ona siedzi tu od dwóch łat i ciężko pracuje, żeby się przebić. Wstawiła kilka rzeczy do małej galerii, ale oddałaby wszystko, żeby wystąpić na wystawie tej wielkości. Jakie mam prawo, żeby tak wpadać do miasta i kraść jej marzenia?
– Nie kradniesz niczyich marzeń. – Pod wpływem impulsu złapał ją za rękę, chociaż w gruncie rzeczy chciał ją objąć. Jednak nawet taki kontakt fizyczny był przyjemny. Ciepło ogarnęło jego palce. – To, że jednemu artyście się udało, nie znaczy, że drugiemu się nie uda. Chociaż może jej brakuje tego, co ty masz. Zastanowiłaś się nad tym?
– To nadal wydaje się nie w porządku.
– Boże – zachichotał – ale z ciebie kobieta. W jej oczach zapłonął ogień.
– Co to ma znaczyć?!
– Nie chciałem cię obrazić. – Starał się ukryć rozbawienie. – Kobiety zawsze chcą, aby wszyscy wygrywali i nikomu nie było smutno. Cóż, przykro mi, ale życie takie nie jest. Bardziej przypomina szkolenie komandosów. W mojej grupie zaczęło niemal czterystu chłopaków i wszyscy myśleli, że właśnie tego chcą, dopóki nie dowiedzieli się, jak będzie ciężko. Jakaś połowa z nich zmyła się pierwszego dnia. Mniej niż stu dotrwało do końca, bo nie wystarczy tylko chcieć. Musisz mieć też umiejętności i przekonanie. To dlatego zostanie komandosem było jednym z największych osiągnięć mojego życia.
– Ale o to mi właśnie chodzi. Musiałeś na to zapracować. A czym ja sobie zasłużyłam?
Przyjrzał jej się i zrozumiał, że mówi poważnie.
– Te dzieła sztuki nie zrobiły się same. Wzruszyła ramionami.
– No tak, nie, ale…
– Żadnych „ale”. Przez lata rozwijałaś talent dany ci przez Boga, a przez ostatnie tygodnie urabiałaś ręce po łokcie, żeby przygotować coś na wystawę. Więc to nie tak, że życie po prostu dało ci coś za nic. Zapracowałaś sobie.
– Chyba tak. Ale nadal mi przykro z jej powodu.
– Tej jędzy?
– To nie jędza.
– Powtórz mi, co powiedziała, a sam zdecyduję.
– To nieważne.
– Maddy… – Uniósł ostrzegawczo brew.
– No już dobrze. Powiedziała: „Cóż, ma pani bardzo barwny styl. Rozumiem, czemu Sylvii zależy na reprodukcjach. Będą bardzo popularne wśród dekoratorów”. Możesz w to uwierzyć? – Wreszcie pojawiła się złość, której oczekiwał. – Porównała moją sztukę do dekorowania wnętrz! Artysta nigdy by nie powiedział czegoś takiego drugiemu artyście. No chyba że ten drugi rzeczywiście pracowałby dla dekoratorów, w czym nie ma nic złego. Nie ma nic złego w masowej produkcji, żeby mieć z czego żyć, ale w takiej sytuacji to jest krańcowa obelga. Stwierdziła, że moja sztuka nie nadaje się do galerii. Że należy ją wieszać nad łóżkami w pokojach hotelowych i powinno się ją dobierać, tylko uwzględniając kolorystykę.
– Aha. Więc to była jędza. – Joe pokiwał głową.
– Nieprawda! Po prostu była sfrustrowana. To nie znaczy, że jest zła.
– Nie, ale powiedziała to specjalnie, żeby cię zranić, co znaczy, że zachowała się jak jędza. Sama to przyznaj. Powiedz, że to jędza.
Maddy kluczyła.
– Mogła być miłą osoba.
– Powiedz to. Jędza. J-ę-dz-a. Przygryzła usta. Wyprostował się, górując nad nią.
– Mam to z ciebie wydusić łaskotkami?
– Ach! – Odskoczyła, zasłaniając się rękami. – Nie waż się!
– Więc powiedz to. Zrobił krok w jej kierunku.
Uciekła za stół i tam zatrzymała się, żeby spojrzeć mu w twarz.
– Nie powiem.
– To dopiero ciekawe. – Na myśl o gonieniu jej odezwał się w nim instynkt łowcy. – Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie uciekniesz, jeśli rzeczywiście będę chciał cię złapać.
Z uporem uniosła brodę.
– Założysz się?
– Rzucasz mi wyzwanie?
Uniósł brew, czując narastające podniecenie. Zerknęła na lewo, a potem na prawo. Czekał, aż Maddy wybierze kierunek.
– Maddy – zaczął mówić niższym głosem tylko po to, by zrobić większe wrażenie. – Jestem do ciebie większy. Szybszy. Obiecuję, że cię złapię.
W odpowiedzi podniecenie rozbłysło w jej oczach. Udała, że skręca w lewo, i czmychnęła w prawo. Ruszył, żeby odciąć jej drogę do drzwi. Obróciła się ze śmiechem i skierowała w przeciwną stronę. Ruszył w ślad za nią, pozwalając jej się wymykać, a jednocześnie zapędzając ją w głębsze cienie na tyłach.
W końcu zagnał ją w kozi róg. Między nimi znajdował się stół. Stali naprzeciwko siebie, z rękoma na blacie. Ona oddychała ciężko. Jego serce zabiło mocniej.
– Gotowa się poddać? – zapytał, wiedząc, że w ten sposób tylko ją podjudza.
– Jeszcze mnie nie złapałeś. – Rozejrzała się, ale on już rozgryzł jej sztuczki.
Za każdym razem blefowała, zmieniając w ostatniej chwili kierunek. Tym razem skoczy na prawo, nie na lewo. Poczekał, aż się ruszy. Gdy tylko drgnęła, przeskoczył stół i wylądował za nią w momencie, gdy odwróciła się i wpadła na jego pierś.
– Mam cię! – Zamknął ją w ramionach, a ona pisnęła. Jeszcze jeden błyskawiczny ruch i już trzymał jej nadgarstki przyszpilone do dołu pleców. – Poddajesz się?
– Nigdy.
Uniosła brodę. Miała rumieńce, twarz jej jaśniała. Rozbawienie osłabło, gdy wzrosła świadomość bliskości jej ciała, jej serca bijącego przy jego piersi. Czuł jej oddech na brodzie, gdy spojrzała na usta, a potem w jego oczy.
Nie potrafił się oprzeć: pochylił się i musnął jej wargi. Odezwało się w nim coś zaborczego, gdy wziął jej usta jak swoją własność. Jego łup. Jego partnerka. Przechylił głowę, mówiąc jej pocałunkiem to wszystko, co chciał wysłowić: „Jesteś moja, Maddy, moja. Na zawsze”.
Z jękiem wygięła się, aż jej brzuch dotknął jego wzwodu. Myśl, żeby wziąć ją właśnie tam, w ciemnościach, na stole, wypełniła jego głowę. Próbował ją odpędzić, wiedząc, że to śmieszne – byli w galerii pełnej ludzi na wyciągnięcie ręki i mieli sporo do omówienia, ale myśl nie chciała go opuścić i przybierała na sile.
Może w ten sposób powinni zburzyć barierę między nimi. Pokazałby jej, co czuje. Czego chce.
Maddy jęknęła, kiedy obrócił ją tak, aby oparła się plecami o stół. Wypuścił jej nadgarstki i objął ją mocno. Ujęła w dłonie twarz Joego. Palcami delikatnie głaskała jego policzki, muskała ich złączone usta.
Wszystko w niej zmiękło od pożądania. Tak za tym tęskniła. Tęskniła za nim. Odpowiadała na pocałunki z całą skrywaną, uwięzioną w niej tęsknotą. Tak bardzo potrzebowała porozmawiać z nim, ale kiedy przycisnął się do niej, zniknął rozsądek i została tylko żywa pustka, którą bardzo chciała wypełnić.
– Maddy? Joe?
Oboje zamarli. Maddy otworzyła gwałtownie oczy i zobaczyła, że zaskoczony Joe gapi się na nią. Rzeczywistość powróciła do nich gwałtownie, wywołując zawrót głowy. Natychmiast odsunęli się od siebie.
Słysząc szelest, Juanita skierowała się w stronę dźwięku, a potem szybko się odwróciła.
– Ups, przepraszam.
Maddy poprawiła ubranie i włosy. Bogu dzięki wszystko było na swoim miejscu.
– Po-potrzebujesz mnie w galerii?
– Dwóch facetów z Taos chce się z tobą spotkać. Mają galerię i są zainteresowani kilkoma oryginałami.
– Zaraz przyjdę.
Kiedy tylko serce przestanie jej walić jak oszalałe. Rozejrzała się na boki i zorientowała, że Joe dyszy równie ciężko jak ona. Co sobie myśleli, że tak się dali ponieść?
– Nie ma pośpiechu. – Juanita już miała wyjść, kiedy się zatrzymała. – Ach, Joe, Mama prosiła, żeby ci powiedzieć, że jest zmęczona i nie może zostać dłużej.
Odchrząknął.
– Chce, żebym ją odwiózł do domu?
– Nie, już wyszła. Stwierdziła, że możesz wrócić do obozu z Maddy.
– Wyszła?! – prawie krzyknął. – Beze mnie?
– Joe, nic nie szkodzi. – Maddy poklepała go po ramieniu zaskoczona taką reakcją. – Podwiozę cię z powrotem do obozu.
– Nie rozumiesz. – Odwrócił się, a w jego oczach coś zabłysło, może gniew. – Moja matka prowadzi. Sama. Na ciemnej drodze.
– Więc?
– Ta kobieta nie potrafi jeździć. Zwłaszcza nocą.
– Ale… – Nie, to nie gniew dostrzegła. Tylko strach. – Skoro nie potrafi jeździć, to czemu ma samochód?
– Bo nie chce się przyznać, że nie potrafi prowadzić.
– Joe, na pewno przesadzasz. – Maddy starała się zapanować nad własnym, rosnącym niepokojem. – Nie pojechałaby, gdyby nie czuła się pewnie. Nic jej nie będzie. Nie sądzisz?
– Nie wiem. – Wyciągnął komórkę z kieszeni spodni. – Idź do galerii, dobrze? Zaraz do was dojdę.
– Chodź, Maddy – zaproponowała Juanita. – Przedstawię cię Dale’owi i Rickowi.
Maddy chciała się sprzeciwić, ale Joe już wybierał numer, a Juanita ruszyła przodem. Zagryzając usta, Maddy poszła za kierowniczką, ale myślami została przy Joem. Jeśli coś się stanie, to będzie jej wina. To ona wpadła na pomysł, żeby zostać z nim sam na sam. Ale Mama zgodziła się tak chętnie, że nawet nie przyszło jej do głowy, iż jazda nocą stanowi problem. Dlaczego miałaby tak pomyśleć? Jej rodzice nadal byli młodzi, więc kwestia podeszłego wieku była jej całkiem obca. A jednak powinna była na to wpaść.
Strofowała się przez kilka następnych minut, kiedy Juanita przedstawiła ją dwóm starszym dżentelmenom. Obydwaj robili wrażenie, ale z różnych powodów. Dale, wysoki i siwy, miał wspaniale maniery, podczas gdy Rick był zwalisty i miał czerstwą twarz. Gdy dowiedziała się, że także jest artystą, jego bezgraniczny entuzjazm dla jej prac stał się jeszcze przyjemniejszy. Pośród pochwał dla jej dzieł i komplementów na temat osobistego czaru ze strony Dale’a szybko rozpromieniła się i zaczęła śmiać, a jednak część jej myśli pozostała na tyłach galerii.
– Rick maluje wspaniałe abstrakcje – wyjaśniła Juanita.
– Chciałabym kilka zobaczyć – odparła z niekłamanym zainteresowaniem Maddy.
Rzadko zdarzało jej się z miejsca kogoś polubić tak jak Ricka.
– Wiem! – Malarz się rozpromienił. – Zrobimy dla ciebie wystawę. Przyjedziesz do Taos i zostaniesz z nami. Wszystkim cię przedstawimy.
– Doskonały pomysł – zgodził się Dale. – Od wieków już nie zamykaliśmy kurortu z powodu przyjęcia.
– Kurortu? – Maddy przekrzywiła głowę.
– Rick i Dale mają wspaniały kurort i uzdrowisko w górach – wtrąciła się Juanita.
– Kurort to bardziej działka Dale’a – dodał Rick. – Dzięki niemu nie wariuje z nudów na emeryturze. Więc przyjedziesz? Zostaniesz u nas na kilka dni?
– Ja- Z przyjemnością przyjedzie – odpowiedziała za nią Juanita. – A co do wystawy, zadzwońcie do mnie, to omówimy, które oryginały wysłać.
– Cudownie. – Rick uścisnął dłoń Juanity, a potem ucałował Maddy w oba policzki. – Jesteś cudowna, moja droga. Nie mogę się doczekać, kiedy reszta cię pozna.
– Dziękuję. – Maddy czuła się lekko oszołomiona.
– To prawdziwa przyjemność. – Dale pocałował ją w rękę. Maddy się zarumieniła. – Będziemy w kontakcie.
Kiedy odeszli poza zasięg głosu, Juanita złapała ją za rękę.
– O mój Boże! Rick i Dale urządzą ci wystawę i przyjęcie! Maddy zmarszczyła czoło.
– Kim oni są?
– Nie wiesz? – Juanita zaśmiała się. – Zapomniałam, że jesteś tu nowa. Dale był producentem filmowym. Są z Rickiem od zawsze i znają mnóstwo ludzi w Hollywood. Ich przyjęcia są legendarne. Raz albo dwa razy do roku zamykają cały kurort na kilka dni, żeby aktorzy, artyści i muzycy mogli się w spokoju bawić. Nie wierzę, że cię zaprosili.
– Ja też. – Maddy uniosła brew.
Kiedy tylko Juanita odeszła, Maddy zapomniała o tym epizodzie. Co z tego, że ją natychmiast oczarowali, na wystawach ludzie mówią różne rzeczy, a potem nic z tego nie wynika. Rzuca się: „Kochanie, koniecznie musimy zjeść razem lunch. Zadzwonię w przyszłym tygodniu”, i koniec. Dorzuć do równania Hollywood, a zaproszenie na przyjęcie z automatu wpada do kategorii „nic z tego”. Joe wrócił z zaplecza i szedł w jej kierunku.
– Dobra. Nie mogłem się dodzwonić do Mamy, ale to nic dziwnego. Ona wiecznie zapomina włączyć telefon albo naładować baterię. Poza tym może być poza zasięgiem. Więc zadzwoniłem do Harolda. Da mi znać, gdy tylko Mama dojedzie, więc będę wiedział, że wszystko jest w porządku.
– Chyba że… – Zagryzła usta. – Chciałbyś jechać już teraz? Może ją dogonimy i będziesz mógł ją odwieźć.
Rozważył pomysł i pokręcił głową.
– Nie. Musisz tu zostać, a jej raczej nic nie będzie. Szczęście w nieszczęściu jest tak kiepskim kierowcą, że ludzie na jej widok zjeżdżają na pobocze.
– Jesteś pewny? – Dotknęła jego ręki.
– Tak jakby. – Zaśmiał się sucho i uścisnął jej rękę. – Poczuję się lepiej, gdy Harold zadzwoni, ale nic mi nie jest.
Przez następną godzinę Joe krążył po galerii i co parę minut sprawdzał zegarek. Kiedy w końcu wystawa ograniczyła się do kilku hałaśliwych gości przy stole z przekąskami i winem, Maddy dołączyła do Joego. Stał przy biurku Juanity i wyglądał przez okno.
– Nadal żadnych wieści?
– Nie. Powinna już dojechać.
– Może zadzwoń raz jeszcze do Harolda. Zerknął na zegarek.
– Masz rację. – Wyciągnął komórkę i wybrał numer. – Sierżancie, mama już przyjechała? – Słuchał przez chwilę z coraz szerzej otwartymi oczami. – Co masz na myśli, mówiąc, że jest od piętnastu minut? Dlaczego nie zadzwoniłeś? – Znowu słuchał. – Nie, powiedziałem, żebyś zadzwonił, gdy dojedzie. Nie, jeśli nie dojedzie. – Przewrócił oczami. – Nie odgryzę ci głowy. – Złapał się za przewężenie nosa. – Dobrze, w porządku. Dziękuję, że uważałeś na nią. Doceniam to.
Rozłączył się, usiadł na biurku i spojrzał w górę, jakby błagał niebiosa o pomoc.
– Co jest z tymi starszymi ludźmi? Są tacy przeczuleni na każdym punkcie.
– Mamie nic nie jest?
– Nic. Moje serce może już nie dojdzie do siebie, ale ona ma się znakomicie. Czy prosić o odrobinę troski to zbyt wiele? Czy ona i Harold nie mają pojęcia, jak bardzo się martwię? Nie. Uważają, że jestem nadopiekuńczy, a wystarczyłby jeden telefon, żeby mnie uspokoić. Telefon to za dużo?
Maddy wybuchnęła śmiechem.
– Co? – Spojrzał ostro.
– Ty. – Wyszczerzyła zęby i poklepała go po przedramieniu. – Mówisz jak rodzic nastolatka.
– O Boże, masz rację. – Na jego twarzy zabawnie malowało się zaskoczenie. – Zamieniam się we własną matkę.
– Popatrz na to inaczej: są gorsze matki, w które można by się zamienić.
„Jak na przykład moja” – dodała w myślach.
– Prawda.
– Ale to dziwne wejść w rolę tego, który się zamartwia.
– Aha. – Zerknął na zegarek. – Robi się późno. Sami musimy już wracać do obozu.
– Powiem Sylvii i Juanicie, że wychodzimy.
– Dobrze. Godzina policyjna jest za czterdzieści pięć minut, a Harold jest dość rozdrażniony, żeby zamknąć bramę tylko po to, by dać mi nauczkę.