Marzenie jednej kobiety to koszmar dla drugiej, więc uważaj, czego sobie życzysz.
Jak wieść idealne życie
W co ja się wpakowałam? – zastanawiała się na głos Maddy, gdy usiadła za biurkiem.
Mogłaby podpisywać swoje reprodukcje do katalogu Sylvii, przygotowywać się do wystaw handlowych i wizyt w galeriach, pracować nad nowymi obrazami. Zamiast tego siedziała przy komputerze i przygotowywała arkusz kalkulacyjny, który okazał się katastrofą.
Dlaczego przyjęła tę pracę?
Nie powinna narzekać. Poświęciła się, żeby pomóc Nigelowi w jego interesach. Czy mogłaby zrobić mniej dla Joego? On nie był chory, ale kochała go i była mu winna takie samo zaangażowanie.
Gdyby tylko ten głupi arkusz działał jak trzeba!
Z rozpaczą oparła głowę o biurko i uderzyła czołem w klawiaturę.
„Auć!”. Podniosła głowę i pomasowała łuk brwiowy. I wtedy wytrzeszczyła oczy na monitor, który najwyraźniej zwariował. Wszystkie cyferki w kratkach zaczęły migać i zmniejszać się jak licznik na zapalniku bomby, która zaraz wybuchnie.
– Nie! Zatrzymaj się! Co ja nacisnęłam? Cofnij, cofnij!
Na oślep uderzała w klawisze, aż nagle cyfry zaczęły rosnąć szybciej niż dług państwowy. Zamarła zszokowana i patrzyła z przerażeniem i fascynacją.
Do tej pory myślała, że dobrze radzi sobie z komputerami. Jednak szybko się zorientowała, że wrodzona umiejętność używania programów graficznych nie oznacza, iż z taką samą łatwością poradzi się sobie z programem do księgowania. Prawda wyglądała tak, że znacznie lepiej spisywała się jako żona właściciela biznesu niż kierownik biura. Dobrze radziła sobie, pomagając Nigelowi, ponieważ mieli Betty, która zajmowała się biurem. Maddy musiała tylko nosić akta w tę i z powrotem, dbać o morale pracowników i mieć na oku interesy. W ciągu ostatnich dwóch tygodni doszła do wniosku, że Betty była ósmym cudem świata, skoro potrafiła tak sprawnie prowadzić biuro.
Wtedy usłyszała, że Joe podjeżdża na parking. Wracał z lotniska, skąd odebrał Derricka. Spanikowała. Uderzyła kilka razy w obudowę monitora, desperacko próbując powstrzymać wzrost liczb, a potem uderzyła w kilka klawiszy. Escape. Delete. Backspace.
Trzasnęło dwoje drzwi furgonetki. Pod butami zachrzęścił żużel.
Wskoczyła na biurko, żeby zasłonić ciałem monitor, gdy Joe wszedł do biura. Za nim wszedł wysoki, żylasty, czarnoskóry mężczyzna.
– Cześć, kochanie – powiedział Joe, a potem zaciekawiony zmarszczył brwi, widząc, jak siedzi. – Coś nie tak?
– Nie. Bynajmniej.
Spojrzał sceptycznie, a potem wskazał na drugiego mężczyznę.
– Poznaj kaprala Derricka Harrelsona.
– Cześć, Derrick.
Już wyciągała dłoń, aby się przywitać, gdy zauważyła, że Joe stara się zerknąć nad jej ramieniem. Szybko się wycofała i odchyliła w bok.
– Wreszcie się spotykamy.
Derrick uniósł brwi, a ona zdała sobie sprawę, że wyciągnęła się na biurku jak piosenkarka na fortepianie.
– Więc, hm, to ty jesteś Maddy. – Uśmiech rozbłysnął białymi zębami. – Miło cię wreszcie poznać.
Rzucił kumplowi spojrzenie pełne aprobaty. Joe zmarszczył czoło.
– Na pewno wszystko w porządku?
– Jasne. – Uśmiechnęła się szeroko. – Całkowicie, na sto procent, wszystko pod kontrolą.
– Bo jeśli potrzebujesz pomocy, to mogę poprosić Mamę, żeby zajrzała…
– Nie! – Przywarła plecami do monitora. – Radzę sobie. Serio.
– Dobrze więc. – Zawahał się. – No to zostawiam cię na razie i pokażę Sokratesowi Chatę Wodza.
– W porządku. – Pomachała, kiedy ruszyli do drzwi. – Miło było cię poznać, Derrick.
Kiedy zniknęli jej z oczu, zeskoczyła z powrotem na krzesło i spojrzała na ekran.
Liczby przestały wariować. Ulżyłoby jej, gdy nie to, że teraz wszystkie kratki były puste.
Z bijącym sercem otworzyła pocztę mailową i machnęła list, modląc się, żeby chociaż jedna z przyjaciółek siedziała przy komputerze.
Wiadomość: Ratunku! Wszystko rozwalam i nie wiem, jak to powstrzymać!
Amy: Uspokój się. Jestem. Jak wygląda najnowsza katastrofa w księgowości?
Christine: Ja też jestem. Boże, Maddy, kiedy przestaniesz pogłębiać ten dołek i zaczniesz z niego wychodzić?
Amy: Nie słuchaj jej. Powiedz mi, co się stało, a ja spróbuję ci pomóc.
Christine: Stało się to, że ona NIE CHCE POROZMAWIAĆ Z JOEM!
Maddy: Słyszę echo? Tylko to ostatnio dociera: porozmawiaj Joem, porozmawiaj z Joem. Przepraszam bardzo, ale to nie takie proste! Zwłaszcza kiedy mieszam mu w księgowości. Tak strasznie chcę rzucić tę robotę, że zaraz zacznę wyć!
Christine: Więc mu powiedz!
Maddy: Co?! Mam powiedzieć „Joe, kocham cię, a przy okazji, rzucam tę robotę”? Tak, to doskonały początek dla małżeństwa, które razem prowadzi interes. Nie, najpierw muszę to naprawić. Pomóc mu rozkręcić obóz. I modlę się o dzień, kiedy stać go będzie na księgową, która to wszystko zrozumie. Może do tego czasu będę już mężatką w ciąży i odejdę z pracy, żeby zająć się dziećmi.
Christine: Nie wierzę, że to mówisz! Każda inna tak, ale ty, niezależna Maddy? Poza tym jeśli nie potrafisz powiedzieć „kocham cię”, to w życiu nie będziesz miała okazji powiedzieć „tak”.
Maddy: Mówiłam, dojdziemy do tego we właściwym czasie. Nie musisz tego mówić tak, jakbyśmy to ciągnęli latami, jestem tutaj raptem od trzech i pół miesiąca.
Amy: Przepraszam, możemy zająć się aktualnym problemem?
Maddy wykasowała wszystkie maile Christine i napisała do Amy: Boję się, że tym razem to coś poważnego. Widzisz, myślałam, że może kiedy otworzę pliki Carol, to zobaczę, jak prowadzi księgi letniego obozu, i zorientuję się, co robić. Chyba nacisnęłam coś, czego nie powinnam. Bo teraz… hm… wszystkie liczby w tych małych kratkach jakby, no… zniknęły.
Amy: O mój Boże.
– W co ja się wpakowałem? – zapytał sam siebie Joe, gdy prowadził Derricka do Chaty Wodza.
– Mógłbyś być bardziej konkretny?
– Maddy! – Zatrzymał się i machnął ręką w stronę biura.
– Ach, to już trochę wyjaśnia, ale nadal nie wszystko.
– Nie wierzę, że zatrudniłem ją jako kierownika biura.
– No nie wiem. – Derrick podrapał się w policzek i zerknął na biuro. – Wygląda całkiem nieźle, kiedy siedzi na biurku. I odwaliła fantastyczną robotę przy materiałach promocyjnych.
– Tyle że jest absolutnie niekompetentna, jeśli idzie o prowadzenie biura. – Z rękoma na biodrach gapił się na stopy. Po kilku dniach zaprzeczania w końcu dotarł do niego ogrom popełnionej gafy. – Będę musiał ją zwolnić.
– Ej, spokojnie, stary. Myślałem, że chcesz się z nią ożenić.
– Bo chcę!
– Więc jeśli mogę coś zasugerować, najpierw się oświadcz, a potem ją zwolnij.
– Aha. – Zaśmiał się sucho. – Świetny plan.
– Nie, to nie jest plan. – Derrick podniósł palec. – To rada. Dość już się naplanowałeś w tej sprawie.
– Nie, po prostu potrzebuję nowego planu. – Znowu ruszył przed siebie, a jego myśli pędziły. Gdyby tylko jej kariera drgnęła, mógłby ją zachęcić do rzucenia pracy w biurze. Może mógł w tym jakoś pomóc. – Aha, tego właśnie potrzebuję. Nowego planu.
Jęcząc głośno, Derrick wyrównał z nim krok.
Bogu dzięki za dni wolne, pomyślała Maddy, kiedy pakowała się na przyjęcie w Taos. Gdyby choć jeszcze minutę miała czytać podręczniki do oprogramowania, które kompletnie nie miały sensu, głowa by jej eksplodowała. Dlaczego nie mogła zrozumieć, jak to ma działać? Za każdym razem, gdy zajmowała się liczbami, jej mózg zamieniał się w papkę. W szkole miała dobre oceny z matematyki tylko dzięki pomocy Joego, a potem Amy.
Nic dziwnego, że był zaskoczony, gdy się dowiedział o jej dobrych ocenach z wszystkich pozostałych przedmiotów. Joe przynajmniej nie wrzeszczał na nią jak ojciec, który ryczał na matkę za każdy błąd, nieważne, duży czy mały. Joe po prostu stawał za nią w milczeniu i poprawiał błędy. I przez to czuła się okropnie. Miała mu pomagać, a tylko przysporzyła dodatkowej pracy.
Cóż, jutro pojadą do Taos, a ona się spotka z przyjaciółkami, których nie widziała od miesięcy. Może gdy usiądzie z Amy, dojdą do tego, co źle robi. Ta myśl pocieszyła ją. Wyciągnęła z szafy dwie sukienki i dodała do stosu strojów przewidzianych na wystawę. Obie były proste, z dżerseju, twarzowej tkaniny odpowiedniej na każdą okazję. Stając przed lustrem powieszonym na drzwiach łazienki, przyłożyła do siebie wieszaki. Krótka czerwona? Czy długa czarna? Czerń zawsze świetnie wygląda. Artystyczna. Wyrafinowana.
Pogrzebowa.
Bardzo na miejscu.
Bez ostrzeżenia wybuchnęła płaczem. Głośnym i obfitym; szloch wstrząsał całym jej ciałem. Przycisnęła dłonie do oczu, zastanawiając się, co się ostatnio z nią dzieje. Cały czas albo śpiewała z radości, albo wypłakiwała sobie oczy. Gdyby nie to, że dopiero co skończyła jej się miesiączka, podejrzewałaby, że jest w ciąży albo ma zespół napięcia przedmiesiączkowego.
Nie miała powodu, żeby się tak zachowywać. Z Joem świetnie się układało. Każdego dnia szli we właściwym kierunku, zbliżając się do chwili, kiedy będzie zdolna wypowiedzieć słowa, które żyły w niej niemal wieczność uwięzione w piersi i walczyły, żeby się wydostać. Christine miała rację: jeśli nie zdoła powiedzieć „kocham cię”, nigdy nie powie „tak”.
Boże, bolała, dosłownie bolała niemoc wypowiedzenia tych słów. Ale kiedy to się już stanie, gdy powie mu, że go kocha, reszta rzeczy zacznie się układać.
Kogo ona oszukuje? Reszta nigdy się nie ułoży. Była skazana – do końca życia będzie siedziała przykuta do biurka w obozie, zawalając księgowość Joego, i będzie żałosna.
Ta myśl sprawiła, że wyprostowała się i pociągnęła nosem. Nie była żałosna. Była szczęśliwa! I musi wreszcie skończyć z tym głupim ryczeniem.
Podeszła do umywalki i spryskała twarz wodą. Jej oddech uspokoił się. Związek z mężczyzną, którego uwielbiała, rozwijał się. Miała nowe życie, pomagała mu w interesach. Więc oczywiście musiała być szczęśliwa. A co do malarstwa, to nie rzuciła go tak całkiem. Jak obóz zacznie działać, wróci do malowania.
Uniosła głowę i zobaczyła w lustrze swoją zapłakaną twarz. Wyglądała strasznie. Przekleństwo jej typu urody polegało na tym, że przy pierwszych łzach twarz pokrywała się plamami. Pochyliła się znowu, żeby obmyć twarz zimną wodą, sięgnęła po ręcznik i odważyła się znowu spojrzeć Dobrze, już lepiej. Bez rewelacji, ale ujdzie w tłoku.
Usłyszała trzask drzwi furgonetki i aż podskoczyła. Joe wrócił z miasta? Pojechali z Derrickiem po tarcicę do toru przeszkód. Szybko zerknęła na zegar i zorientowała się, że minęło więcej czasu, niż sądziła. A ona stała w samej bieliźnie, żeby przymierzać ubrania przy pakowaniu.
Zerknęła znowu do lustra, roztrzepała włosy i spróbowała się uśmiechnąć. Może być, doszła do wniosku, a potem złapała szlafrok i ruszyła do drzwi. Otworzyła je, gdy Joe właśnie wszedł na półpiętro.
– Hej, już wróciłeś. Świetnie. Pomożesz mi zdecydować, co spakować.
Nie wziął jej w objęcia, by pocałować jak zawsze, ani nie skomentował jej stroju. Właściwie to nawet nie odpowiedział uśmiechem.
– Pozwolisz, że wejdę?
– Co? – Od kiedy pytał, czy może wejść? – Oczywiście.
Odsunęła się i patrzyła, jak wchodzi szybkim krokiem do pokoju ubrany w spodnie w panterkę i zielony, wojskowy T-shirt. Ramiona miał napięte.
– Coś nie tak? Wyglądasz na zdenerwowanego. Odwrócił się, żeby spojrzeć na nią.
– Chciałem się pochwalić twoimi pracami przed Derrickiem, więc zajrzeliśmy w mieście do galerii.
Dreszcz niepokoju przebiegł jej po plecach.
– Tak?
– Maddy… – Patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. – Co ty, do cholery, wyprawiasz?
– Co masz na myśli?
– Nie patrz tak na mnie! – W jego głosie pojawił się powściągany gniew. – Jakbyś nie wiedziała, o czym mówię. Sylvia mi powiedziała.
– Co ci powiedziała? Dlaczego tak się wściekasz? Co powiedziała Sylvia?
– Wszystko! – Odwrócił się na pięcie i zaczął chodzić po pokoju. – Przez ostatnich kilka tygodni myślałem, że twoja kariera ugrzęzła, zanim w ogóle zdążyła nabrać rozpędu, i kompletnie tego nie rozumiałem. A ty ją odrzuciłaś! Nawet nie potrafię zacząć… wytłumaczyć, co to znaczy… co czuję… Chryste! Nie potrafię tego nawet wypowiedzieć!
– Joe, ja… – Jego wściekłość sprawiła, że odpłynęła jej cała krew z twarzy. – Mówiłam, że kariera nie jest dla mnie najważniejsza. Tak, chciałabym przyjąć propozycję Sylvii, ale to jest ważniejsze.
– To? – Pokręcił głową, wpatrując się w nią. – O jakim „to” ty mówisz?
– Ty i ja. – Podeszła do niego. – Powiedziałam ci. Chcę, żeby coś z tego wyszło, chcę spróbować.
– Czekaj. – Podniósł rękę, żeby ją zatrzymać. – Myślałem, że mówiłaś wtedy o swojej karierze. Dlaczego nie powiedziałaś mi, że mówisz o nas?
– Powiedziałam. Powiedziałam, że chcę tu zostać i żeby coś z tego wyszło.
– Mogłabyś trochę jaśniej wyrażać, co masz na myśli.
– Joe… – Frustracja i lęk sprawiły, że serce szybciej jej zabiło. – Kazałeś mi obiecać, że nie powiem tego na głos, dopóki nie będę naprawdę tego czuła, więc za bardzo bałam się mówić. Bałam się, że mi nie uwierzysz. Wcześniej mi nie uwierzyłeś, chociaż to była prawda, i nie wiem, czy uwierzysz mi teraz. Ale mam to gdzieś. – Napięcie, które czuła w piersi, podeszło jej teraz do gardła. – Mam dość tego, że nie mogę tego powiedzieć. Kocham cię. Dobra. Już. Powiedziałam to.
– I w ten sposób to okazujesz? – Machnął na nią. – Okłamując mnie?
– Co? – Zagapiła się na niego. Dlaczego nie odpowiedział, że też ją kocha? – Nie okłamywałam cię.
– Jasne jak słońce, że nie byłaś szczera. Przemilczenie to też kłamstwo. Ale nie rozumiem dlaczego. Dlaczego nie powiedziałaś mi, co jest grane z Sylvią? Dlaczego, do diabła, odpuściłaś sobie tak wspaniałą szansę? To nie ma sensu. Zwariowałaś?
– Bo… Nie miałam wyjścia. Ostatnim razem wybrałam sztukę, niezależność, siebie. Tym razem wybrałam ciebie.
– A kto cię prosił o wybieranie? – Pełen rozgoryczenia uniósł ręce. – Czy kiedykolwiek prosiłem cię o to?
– Nie, ale… – Dlaczego tak się wściekał? Nie rozumiał? – Wydawało mi się, że to nie porządku, żebym goniła za karierą. To jest znacznie ważniejsze od pracy. Ty jesteś znacznie ważniejszy.
– Nie w porządku? To nie ma sensu. – Wyprostował się. Wyciągnął rękę. – Nie. Czekaj. Powiedz mi, że się mylę. Uważasz, że poszedłem na kompromis, zrezygnowałem z tego, co tak naprawdę chcę? Biedny Joe, postrzelili go i musiał odejść z komandosów. Nie jest dość dobry, żeby dostać to, czego pragnie. Musi zadowolić się miernym życiem. Mniej ważnym od życia artysty, który odniósł sukces.
– Nie myślałam o tym w ten sposób. Nie całkiem. Ale właśnie tak myślała. O Boże, oczywiście, że tak!
– Pieprzysz! Mam rację. – Odwrócił się do niej plecami. Widać było, że próbuje nad sobą zapanować, nim znowu spojrzy jej w twarz. – Cholera, Maddy, pracowałaś ze mną nad tym od tygodni, jak mogłaś nie zauważyć, że bardzo mi zależy? Jak możesz uważać, że to nędzny kompromis, skoro tak naprawdę wreszcie znalazłem coś, co naprawdę chcę robić? Nigdy nie dorobię się na tym wielkich pieniędzy, ale to, co robię dla tych dzieci, ma znaczenie. I to, co będę robić dla dorosłych, również.
– Widzę to. I chcę być częścią tego. Dlatego zdecydowałam się zostać i pomóc.
– Wybacz, że ci to wytknę, ale niespecjalnie pomagasz.
– Nie wierzę, że to powiedziałeś. – Słowa uderzyły ją prosto w pierś i przywołały z powrotem łzy. – Nie jestem głupia, mogę się nauczyć.
– Nie powiedziałem, że jesteś głupia, i nie waż się płakać. – Pogroził palcem, a ona rozpłakała się jeszcze bardziej. – Jestem teraz zbyt wściekły, żeby zajmować się płaczem.
– Więc mnie nie obrażaj, bo to boli. – Otarła mokre policzki. – A ja płaczę, gdy ktoś mnie rani.
– A jak twoim zdaniem ja się czuję? – Spojrzał na nią z bólem w oczach. – Myślisz, że to, co zrobiłaś, mnie nie rani? Przypochlebiałaś mi się przez dwa miesiące.
– Nieprawda.
– Jasne! Myślałaś, że nie poradzę sobie z twoim sukcesem. Myślałaś, że będę czuł się dotknięty?
Zagryzła usta, co wystarczyło za odpowiedź.
– Jezu!
– To nie tak! To… – Nie umiała zebrać myśli. – Chodzi o priorytety. To ty zerwałeś z Janice, bo wolała karierę od rodziny, i to ty powiedziałeś, że związki na odległość są trudne.
– Co? – Przycisnął palce do czoła. – Dobra, przede wszystkim Janice nie ma tu nic do rzeczy, zwłaszcza że istnieją tysiące kobiet, które robią karierę, a jednocześnie rodzina nadal jest dla nich najważniejsza. A po drugie, kiedy powiedziałem, że związki na odległość są trudne, myślałem o twoim powrocie do Austin i o tym, jak bardzo nie chcę latać w tę i z powrotem, żeby się z tobą zobaczyć. Nawet jeśli byłem na to w pełni przygotowany.
– Byłeś?
– Tak, do cholery! Ale zamiast tego zaproponowałem ci pracę, żeby cię tu zatrzymać. Szczerze mówiąc, zaczynam myśleć, że latanie w tę i z powrotem byłoby łatwiejsze.
– Nie obrażaj mnie! – Zacisnęła pięści, teraz też już wściekła, – Ty mnie obrażasz, myśląc, że moje męskie ego nie poradziłoby sobie z twoim sukcesem.
– Przepraszam, w porządku? Przepraszam!
– Ja też. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Naprawdę myślałem, że tym razem mamy szansę.
Łzy uderzyły ją jak błyskawica.
– Co ty mówisz?
– Że nie mogę być z kobietą, która ukrywa coś przede mną. Zwłaszcza gdy ma o mnie tak niskie mniemanie, że musi umniejszać siebie, abym ja czuł się lepszy.
– Nie chciałam tak. Próbowałam postawić cię na pierwszym miejscu.
– Nigdy cię o to nie prosiłem. Nigdy nie dałaś mi szansy, abym ci to powiedział. Nie przyszło ci do głowy, że moglibyśmy razem sobie z tym poradzić?
Zaczęła się trząść.
– Chcesz powiedzieć, że teraz już nie możemy?
– Nie wiem! Nie mogę jasno myśleć. Jezu! – Odwrócił się od niej, jakby nie mógł nawet na nią patrzeć. – Uważam, że powinnaś jechać do Taos sama. Może uda nam się porozmawiać, jak wrócisz.
Ruszył do drzwi.
– Joe, nie! Nie odchodź! Zatrzymał się z ręką na klamce.
Łzy popłynęły jej po policzkach.
– Przepraszam, że cię zraniłam. Nie chciałam. Proszę, nie zostawiaj mnie.
Odwrócił się, podszedł do niej wielkimi krokami i wziął w ramiona.
– Cholera. – Jego oczy pałały. – Nie chcę cię stracić. Nie znowu. Za pierwszym razem to mnie prawie zabiło. Nie chcę cię znowu stracić.
Pocałował ją mocno, ze strachem i gniewem. Odpowiedziała, szlochając. Całował łzy na jej policzkach.
– Nie musisz mnie tracić – szepnęła chrapliwym głosem. – Nie pozwolę ci. Kocham cię.
W głowie jej się zakręciło, gdy uniósł ją, położył na łóżku i ułożył się obok. „Nie pozwolę ci mnie stracić”. Głaskała zawzięte rysy jego twarzy, gdy on szarpnął pasek jej szlafroka. Ręce mu drżały, więc pomogła mu rozwiązać węzeł. „Kocham cię!”.
Tak bardzo chciała go dotknąć, że wyciągnęła mu T-shirt ze spodni, gdy on ściągnął z niej szlafrok. Zdjęła stanik i aż jej dech zaparło, gdy jego usta, głodne i pożądliwe, sięgnęły jej piersi. Głaskała jego ramiona. Czuła, jak twarde mięśnie napinają się, gdy jednym szarpnięciem ściągnął z niej figi i rzucił je na podłogę. Wszystko w niej drżało z pragnienia, ale wypływało ono bardziej z lęku niż pożądania. To była raczej potrzeba serca niż ciała.
Kiedy była już naga pod nim, uwolnił członka i wszedł w nią. Wciągnęła powietrze z zaskoczenia, gdy poczuła nagłe wejście w suche ciało. Do tej chwili nawet nie zauważyła, że nie zareagowała. Z bólu otworzyła szeroko oczy i zobaczyła, że on zmarł, unosząc ciężar ciała na prostych rękach.
Przerażenie wypełniło jego oczy.
– O mój Boże, Maddy. – Pochylił się ku niej, obejmując. – Przepraszam. Przepraszam. – Obsypał jej twarz pocałunkami i próbował się wycofać.
– Nie! – Objęła go nogami, przyciągając z powrotem. – Nie zostawiaj mnie.
– Dobrze, ale nie będę się poruszał. Nadal sprawiam ci ból?
– Nie zostawiaj mnie. – Uniosła biodra, zmuszając, żeby wszedł głębiej, zagryzając usta, gdy ból narastał.
– Maddy, kochanie, nie ruszaj się, sprawiam ci ból.
– Nieważne. – Fizyczny ból zaczynał mijać, ale ból serca rósł. – Nie zostawiaj mnie.
Całowała jego twarz, a jej biodra falowały w przód i w tył. Powoli stawała się miękka i ciepła wokół niego.
– Proszę.
– Maddy, musisz przestać.
Czuła, jak napina całe ciało, aby nie poruszać się w niej. Znowu wyprostował ręce, zbierając siły i wolę, żeby się wycofać.
– Zostań.
Spojrzała na jego napiętą twarz, w jego ciemne oczy, gdy uniosła biodra, biorąc go w siebie głęboko i całkowicie.
– Maddy, nie mogę… – Zaklął i odwrócił twarz, zaciskając zęby.
„Zostań ze mną. Kochaj mnie”. Powolnym ruchem opuściła biodra, powoli, powoli, tak że prawie wyszedł z niej, a wtedy uniosła się z powrotem. Kiedy znowu miała go całego, zacisnęła się wokół niego mocno, a on odchylił głowę.
– O Boże.
Przestał się powstrzymywać. Poruszał się w niej, razem z nią, całe jego ciało jak fala sunęło ku spełnieniu, uwolnieniu. Schylił się ku niej. Obejmował i tulił, nawet gdy uderzał w nią coraz mocniej. Objęła go rękoma jeszcze silniej, przyjmując każde pchnięcie. Potrzebowała go tak bardzo, że łzy napłynęły jej do oczu.
– Przepraszam – szepnął, całując jej łzy, podczas gdy jego ciało spięło się, skupiło i prowadziło go ku egoistycznemu celowi. Maleńka cząstka jego mózgu widziała, że ona jest jeszcze daleko od zakończenia, ale jego ciało nie dbało o to.
Orgazm uderzył go z tak brutalną siłą, że całe jego ciało szarpnęło się, potem zadrżało, a przyjemność napływała i napływała. Kiedy wstrząsy uspokoiły się, Maddy objęła go mocno i wtuliła zalaną łzami twarz w jego ramię.
Przerażony zdał sobie sprawę, że nadal jest twardy przez adrenalinę buzującą w jego ciele. Nie tak jak wcześniej, ale dość, aby przysparzać jej bólu. Jak mógł to zrobić? Chociaż go zachęcała, nie miał prawa kontynuować, kiedy jeszcze nie była gotowa.
Nienawidził za to samego siebie. Wysunął się z niej, krzywiąc się, gdy ona się skrzywiła. Przesunął się, aby położyć się obok niej, odgarnął włosy z jej twarzy. Patrzenie na nią, spojrzenie w jej oczy było jedną z najtrudniejszy rzeczy, jakie w życiu zrobił. Spojówki miała czerwone od płaczu, pełne bólu, ale nie oskarżające.
– Jak bardzo cię zraniłem?
– Nie, nie zraniłeś. Nie tak, jak myślisz. – Zamrugała, gdy do oczu znowu napłynęły jej łzy. – Obejmiesz mnie?
Miał wrażenie, jakby ogromna pięść ścisnęła jego serce.
– Oczywiście.
Wtuliła się w jego pierś. Sięgnął za jej plecy i przykrył ją prześcieradłem, wciskając je między nich. Głaskał ją po rękach, walcząc z tym, co chciał powiedzieć. Nim się zdecydował, jej oddech się wyrównał i zasnęła. Leżał tak długo, obejmując ją, słuchając jej płytkiego oddechu, nadal obolały od gniewu i pomieszania. Nawet teraz, w tym bezmyślnym wybuchu wściekłego seksu, poświęciła się dla niego. Chciał nią potrząsnąć i chciał ją pocieszyć, i chciał nigdy więcej nie ranić.
A przede wszystkim chciał ją zrozumieć. Co, rzecz jasna, było niemożliwe.
Ale czy mógł z tym żyć? Żyć z kobietą, która potrafiła wyrwać z niego wnętrzności, nawet nie zdając sobie z tego sprawy? Nigdy w życiu nie zraniłaby nikogo specjalnie, ale na Boga, naprawdę go skrzywdziła. Wypatroszyła go. Nawet nie był pewien, czy to zauważyła.
Przesunął się, żeby spojrzeć w jej twarz, spokojną w czasie snu, ale nadal zaczerwienioną od łez. „Co mam z tobą zrobić, Maddy?”.
Długie minuty później wstał, poprawił ubranie i skierował się po cichu ku drzwiom.
– Joe? – Poruszyła się. – Nie idź.
– Maddy… – Nie potrafił nawet spojrzeć na nią. – Nie mogę teraz rozmawiać. Jedź do Taos sama. Porozmawiamy, jak wrócisz.
Następnego ranka Joe stał przy zlewie, nadal ogłupiały i zmieszany. Ból powrócił, gdy wyjrzał przez okno i zobaczył przejeżdżającą Maddy. Ich spojrzenia się spotkały a potem samochód zabrał ją dalej, w dół wzgórza ku bramie.
Część jego nadal była tak wściekła, że chciał cisnąć kubkiem po kawie do zlewu i roztrzaskać go na milion kawałków, podczas gdy druga część chciała się załamać i rozpłakać tak otwarcie jak Maddy.
Nagle nie wiadomo skąd w jego umyśle pojawił się obraz Pułkownika, dodając do bólu rozdzierające uczucie żałoby.
– Szkoda, że cię tu nie ma, tato. Powiedziałbyś mi, co robić.