Rozdział 21

Prawda boli, nawet gdy cię uwalnia.

Jak wieść idealne życie


Maddy zwinęła się w jednym z wielkich, drewnianych foteli na frontowej werandzie głównego budynku kurortu. Chociaż założyła największe okulary przeciwsłoneczne, jakie miała, światło drażniło jej oczy. Gdyby tylko Christine i Amy już przyjechały, mogłaby pójść do ich wspólnego apartamentu, zaciągnąć zasłony i schować się przed pozostałymi gośćmi, dopóki nie odzyska panowania nad emocjami.

Kiedy godzinę temu przyjechała, zdołała dość długo zachować radosną twarz, aby się zameldować, przywitać z gospodarzami i poznać paru gości. Napuchnięte oczy łatwo było wyjaśnić uczuleniem. Wątpiła jednak, by ta wymówka podziałała dłużej, gdyby przyłączyła się do przyjęcia w barze i nagle bez powodu wybuchnęła płaczem.

O wiele bezpieczniej było posiedzieć na zewnątrz i „rozkoszować się widokiem gór”.

W końcu zobaczyła terenówkę skręcającą na długi, wijący się podjazd. Patrzyła, jak wóz mija stajnie, przejeżdża przez drewniany mostek, a potem wspina się obok rozrzuconych domków dla gości. Wypożyczone samochody przyjeżdżały regularnie, ale miała nadzieję, że ten właśnie przywiezie jej przyjaciółki. Wóz wszedł w ostatni zakręt na długi i wąski parking. Zatrzymał się i z miejsca dla kierowcy wysiadła wysoka blondynka.

– Christine! – krzyknęła Maddy, skacząc na równe nogi.

Kobieta odwróciła się, ocieniając oczy. Znajomy uśmiech wypłynął na jej twarz; najprzyjemniejszy widok na świecie.

– Maddy! – Christine zamachała do przyjaciółki, która zbiegła z ganku.

Następna wysiadła Amy i po chwili Maddy wylądowała w grupowym uścisku. Radość, jaką jej sprawiły, poruszyła w niej wszystkie uczucia, które przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny skrywały się ledwie pod powierzchnią.

– Strasznie za wami tęskniłam. Tak się cieszę, że przyjechałyście!

– My też – powiedziała Christine. – Chociaż wyjechałyśmy dosłownie w ostatniej chwili.

– Co się stało? – Maddy odruchowo spojrzała na Amy i zauważyła brak okularów. – Zrobiłaś sobie kontakty?

– Tak. – Rozpromieniła się, a jej zielone oczy zabłysły. Sweter wisiał na niej luźniej niż zwykle.

– Ej, świetnie wyglądasz! – Maddy odsunęła się na krok, żeby się przyjrzeć.

Amy przybrała pozę gwiazdy.

– Muszę zrzucić jeszcze kolejne dwadzieścia kilo.

– Więc co was zatrzymało?

– Babcia. – Amy przewróciła oczami, wyjaśniając wszystko tym jednym słowem. – Ale już jest w porządku. Christine pomogła mi załatwić sprawę.

– Aha. – Christine parsknęła śmiechem. – To cholernie trudne być hipochondrykiem, gdy w pokoju jest lekarz.

– Ale poza tym wszystko okej? – Maddy przyjrzała się twarzy Amy, szukając oznak napięcia, ale przyjaciółka wyglądała na podekscytowaną jak nigdy w życiu. – Dobrze zniosłaś lot?

Amy zaśmiała się.

– To Christine nie lubi latać, ale skoro miałyśmy siebie, podróż okazała się całkiem zabawna.

– Rzeczywiście – zgodziła się druga przyjaciółka. – A teraz, kiedy zasmakowała podróży, podejrzewam, że nic jej nie powstrzyma.

– No, nie wiem. Samotne podróżowanie nadal brzmi dość przerażająco. – Amy osłoniła dłonią oczy, rozglądając się wokół. – Boże, co za miejsce!

– Fakt. – Christine była tak samo pod wrażeniem, a niełatwo zaimponować komuś, kto wychował się w tak bogatej rodzinie jak ona. – Więc gdzie jest Joe? Nie możemy się doczekać, żeby go poznać.

– On… – Maddy zdołała przełknąć napływające łzy. – Nie przyjedzie.

– No proszę. – Christine zmrużyła oczy, próbując zobaczyć coś za ciemnymi okularami przyjaciółki.

– Dlaczego? – Amy przestała się uśmiechać i z troską zmarszczyła czoło.

– Wyjaśnię wam, jak wejdziemy do środka.

Chociaż powiedziała to spokojnie, przed Christine nic nie dało się ukryć. Zerwała okulary z twarzy przyjaciółki. Maddy doskonale wiedziała, że po dwóch dniach płaczu wyglądała potwornie.

Christine odwróciła się do Amy.

– Potrzebujemy awaryjnego zestawu babskiej pomocy. Natychmiast. Wzięłaś czekoladę, którą wpisałam na listę rzeczy do spakowania?

– Mówiłam, nie wolno mi jej jeść na diecie.

– Amy, kalorie się nie liczą, gdy wyjeżdżasz z miasta. – Christine pokręciła głową. – Nieważne. Musi tu być jakaś restauracja albo sklep z pamiątkami. Zobacz, co uda ci się załatwić.

Amy zagryzła usta, przyglądając się głównemu budynkowi.

– Dobra, dam radę.

– Nie musisz. – Maddy założyła okulary i zdała sobie sprawę, że głowa jej pęka. – Nic mi nie jest.

– Nie, zajmę się tym – upierała się Amy. – Gdzie jest sklep z pamiątkami?

– Zaraz za wejściem.

– A nasz pokój?

– Mieszkamy w Alta Vista. – Maddy wskazała na dwupiętrowy ceglany budynek, który przysiadł na końcu ścieżki ponad parkingiem. – Narożny apartament po lewej, na parterze.

– Jasne. – Amy odeszła pospiesznym krokiem, szukając w torebce portfela.

Christine otworzyła bagażnik. Maddy chciała jej pomóc wypakować bagaże, ale przyjaciółka ją pogoniła.

– Pacjentom nie wolno niczego dźwigać. Ty tylko prowadź.

– Ej, nie wygłupiaj się – Maddy zaprotestowała słabo, kiedy Christine popędziła ją przodem, niosąc walizki w obu rękach.

Ponieważ mieszkały na parterze, miały raczej patio niż balkon. Podwójne drzwi prowadziły do dwóch części, które można było oddzielić drzwiami lub połączyć w dużą całość. Ponieważ Joe nie przyjechał, Maddy otworzyła dzielące drzwi.

– Umieściłam was tutaj. – Maddy poprowadziła przyjaciółkę do części z dwoma łóżkami.

Sobie wzięła część z jednym podwójnym, mając cichą nadzieję, że Joe się zjawi.

– Fajna chata.

Christine rozejrzała się, kładąc walizki na łóżkach.

– Zachodni styl skrzyżowany z feng shui. Twoi nowi przyjaciele mają gust.

– Nie chcę nawet myśleć, ile ten pokój by kosztował, gdybyśmy musiały za niego płacić.

– Więc nie myśl. Najlepiej w ogóle nie myśl. Po prostu siadaj. Christine wskazała sofę przed kominkiem-paleniskiem w stylu indiańskiego kiva, a sama zajrzała do łazienki.

Ponieważ łatwiej było posłuchać niż się kłócić, Maddy usiadła i położyła głowę na oparciu sofy. Zasłon nie zaciągnięto, więc nie zdejmowała okularów słonecznych i zamknęła oczy. Minutę później usłyszała, że Christine wróciła. Piekąca czerwień pod powiekami zamieniła się w cudny błękit, gdy zasłony zamknęły się z cichym szelestem.

– Nie ruszaj się – kazała przyjaciółka.

Zdjęła Maddy okulary, tym razem delikatnie, i położyła jej na oczy wilgotną ściereczkę.

– Dziękuję… – głos jej się załamał, więc zamilkła.

– Po prostu siedź i odpoczywaj, a ja wypakuję kilka rzeczy. Porozmawiamy, jak Amy wróci.

Maddy poddała się zmęczeniu i została tak, jak siedziała, starając się odzyskać kontrolę nad rozszalałymi uczuciami. Usłyszała zgrzyt rozpinanego suwaka walizki, szukanie w rzeczach, kroki i strzał korka wyciąganego z butelki wina. I wtedy drzwi na patio otworzyły się, wpuszczając namacalny wręcz powiew radosnej energii i słonecznego światła.

– Misja wykonana – zameldowała Amy. – I tylko raz źle skręciłam, gdy szukałam kuchni.

– Nie mieli czekolad w sklepie z pamiątkami? – zdziwiła się Christine.

– Mieli. I to bardzo dobre. Ale szukałam też tego.

– Aż tak bardzo zależy ci na utrzymaniu diety?

– Nie, to dla Maddy. Christine wybuchnęła śmiechem.

Zaciekawiona Maddy uniosła rożek okładu. Zobaczyła Amy w drzwiach na patio, która z dumą trzymała w jednej ręce garść czekolad, w drugiej ogromnego ogórka. Nie mogła się powstrzymać i też się zaśmiała.

– Więc… – Christine zapanowała nad sobą. – To ma pocieszyć Maddy, zastępując jej Joego?

– Co? – Amy zmarszczyła czoło, a potem zrobiła się purpurowa, gdy w końcu zrozumiała. – Ty! – Skrzywiła się do Christine, zamykając za sobą drzwi i ponownie pogrążając pokój w półmroku. – To na jej oczy. Ogórek pomoże pozbyć się opuchlizny.

– Ach. – Christine wyszczerzyła zęby, nalewając wina do hotelowych szklanek na wodę. – Dobra, dorzuć to do reszty zestawu ratunkowego.

Maddy wyprostowała się, poprawiając zmoczone okładem włosy. Christine postawiła butelkę wina na stoliku do kawy, obok zestawu do manikiuru, laptopa, który właśnie się włączał, i małego stosu DVD.

– Przywiozłaś filmy? – Maddy uniosła brew.

– Miałam nadzieję, że wykopiemy na jeden wieczór Joego i urządzimy sobie babski seans filmowy, śliniąc się do Orlando Blooma i Johnny’ego Deppa.

Maddy zacisnęło się gardło.

– Twoje życzenie się spełniło.

– O cholera.

Christine zgarbiła się, a Amy podeszła szybko do sofy i objęła Maddy.

– Już dobrze.

Przyjaciółka poklepała ją po plecach. Maddy poddała się i wtuliła w opiekuńcze objęcia. Potężny, upokarzający szloch wstrząsnął jej ciałem.

– Przepraszam – zdążyła wykrztusić po kilku dłuższych chwilach.

– Nie musisz. – Amy uspokajała ją, gładząc po plecach. – Cokolwiek się stanie, jesteśmy przy tobie. Możesz przy nas płakać, skoro potrzebujesz.

– Dziękuję. – Maddy pociągnęła nosem i wyprostowała się. Christine usiadła przed nią na stoliku do kawy, trzymając w ręku kieliszek czerwonego wina.

– Trzymaj. Wypij.

– Dzięki. – Maddy upiła łyk i złapała ją lekka czkawka.

– A teraz to. – Christine podsunęła jej do płowy odpakowaną tabliczkę czekolady.

Czekolada była ciemna i mocna. Smakowała tak cudownie, że Maddy jęknęła z nieoczekiwaną rozkoszą. Amy miała rację, mieli tu dobre słodycze.

– A teraz – Christine rzuciła surowo – powiedz nam, co ten łajdak zrobił, żebyśmy wiedziały, czy zasługuje na dalsze życie.

Czekolada zamieniła się w ustach Maddy w trociny. Zdołała ją spłukać łykiem wina.

– To nie on. To ja. O Boże, byłam taka głupia!

Pochyliła się gwałtownie, opierając przedramiona na udach. Kieliszek i czekolada w magiczny sposób zniknęły, dzięki czemu mogła schować twarz w dłoniach.

– Bardzo, bardzo głupia. Amy poklepała ją po plecach.

– Możesz nam powiedzieć, co się stało?

– Pod warunkiem, że Christine nie powie „a nie mówiłam”.

– Obiecuję na moją przysięgę Hipokratesa.

– Cóż, miałaś rację. – Usiadła prosto i znowu przyjęła wino. – Powinnam była już dawno temu porozmawiać z Joem. Nie o tym, że go kocham, bo do tego naprawdę dochodziliśmy, ale o propozycji Sylvii.

– Ach. – Christine uniosła brew. – Dowiedział się.

– O tak.

– I nie przyjął tego dobrze.

– Można to tak ująć. – Napiła się. – Właściwie to się nieźle wściekł. W pierwszej chwili oniemiałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się denerwuje. Przez całą drogę tutaj próbowałam to rozgryźć. Właściwie zaczęłam się kłócić z nim w myślach, bo zareagował absurdalnie. To nie było tak jak ostatnim razem, gdy zamiast niego wybrałam własne marzenia i niezależność, tylko całkiem odwrotnie. Postawiłam go na pierwszym miejscu. Nas. Ale coś, co powiedział, nieustająco chodziło mi po głowie w czasie mojej wewnętrznej tyrady i w końcu dotarło. Wreszcie zrozumiałam, co mówił.

– Co takiego? – zapytała Amy.

– Powiedział, że nie może być z kobietą, która ma o nim tak niskie mniemanie i uważa, że musi umniejszać siebie, aby on czuł się lepszy. I wreszcie zdałam sobie sprawę z czegoś potwornie upokarzającego.

– Czyli czego? – Amy patrzyła na nią okrągłymi oczami.

– Zamieniłam się we własną matkę!

– To naprawdę przerażająca myśl – stwierdziła Christine.

– Może nie dla każdego, ale dla mnie tak.

Maddy przypomniała sobie, jak Joe doznał takiego samego olśnienia, ale Mama Fraser była przynajmniej kimś, kogo ona chętnie by naśladowała.

– Co gorsza, potraktowałam Joego, jakby to był wielki, niepewny siebie frajer, czyli mój neandertalski ojciec. Nic dziwnego, że poczuł się urażony. Zraniłam go. – Zakryła oczy. – Zakłopotałam, zawstydziłam i naprawdę rozwścieczyłam.

– Maddy… – Christine uścisnęła jej kolano. – To nic dziwnego. Wszyscy nabieramy przekonań na temat związków, patrząc na własnych rodziców. Dorastamy, obserwując ich.

– Tak, ale ja dorastałam, przysięgając, że nigdy nie będę taka jak moja matka.

– Kochasz swoją matkę – odparła Christine.

– Oczywiście. Ale to nie znaczy, że zawsze ją lubię. I zdecydowanie jej nie szanuję. Jest inteligentną, utalentowaną i sympatyczną kobietą z niewiarygodnymi zdolnościami organizacyjnymi. Prowadziła dom tak wspaniale, że to wręcz zdumiewające. Ale to wszystko działo się za plecami ojca. Umniejszała to, co zrobiła, za to chwaliła ojca, choćby nie wiem jak głupio się zachował. „Och niesamowite, ten człowiek zdołał podnieść tyłek z fotela i przejść do jadalni o własnych siłach, żeby zjeść ten skromny posiłek, który przygotowałam. Czyż nie jest cudowny? Och nie, kochanie, nie wstawaj, ja przyniosę następne piwo. Przez cały dzień jeździłeś samochodem, podczas gdy ja zrobiłam zakupy, posprzątałam, ponaprawiałam, ugotowałam i zajęłam się dziesięcioma tysiącami obowiązków przy piątce twoich niewdzięcznych dzieciaków. Pozwól, że ci podam piwo”. Bla, bla, bla.

– Nie powinnaś tak ostro jej oceniać – powiedziała delikatnie Amy. – Wiele małżeństw działało tak od pokoleń.

– Właściwie nadal wiele małżeństw tak działa – potwierdziła Christine. – Myślę, że niektórym ludziom to odpowiada.

– Ja mówię o ekstremalnym przypadku – upierała się Maddy. – Takim, na którego widok człowiekowi robi się niedobrze. Mama śpiewała w chórze kościelnym, ale wyśmiewała wszelkie sugestie, żeby zaśpiewała solo. Pracowała przez jakiś czas w domu towarowym, ale odmówiła, gdy zaproponowano jej awans na kierownika. Należała do klubu ogrodniczego i trzy razy odmówiła, gdy proszono ją, aby została prezesem. Dorastałam, obwiniając o to wszystko ojca i przysięgając, że nigdy, ale to przenigdy nie pozwolę, aby mężczyzna zrobił mi coś takiego.

– Chcesz teraz powiedzieć, że to nie była wina ojca?

– Tak i nie. Dochodzę do tego. Pierwszą część łatwiej zrozumieć. Stchórzyłam, gdy Joe poprosił mnie wtedy o rękę, bo nie chciałam wychodzić za mąż zaraz po szkole i przez resztę życia podporządkowywać się jakiemuś mężczyźnie. Zamierzałam harować, pójść do college’u i być niezależną kobietą. Malarką, która osiągnęła sukces. Chciałam być sama sobie panią. W mojej głowie te dwie rzeczy się połączyły. Ślub z Joem równał się zostaniu moją matką.

– Więc – Christine podniosła rękę – ponieważ zmieniłaś zdanie co do ślubu z Joem, zmieniłaś także co do reszty.

– Tak!

Amy zmarszczyła brwi.

– Jakim cudem nie byłaś taka przy Nigelu?

– Nie wiem. – Maddy pomasowała skronie. – Może dlatego, że on był skrajnie różny od mojego ojca, podczas gdy Joe jest bardziej męski i nie aż tak inny. Ale w sumie nie przypomina mojego ojca.

– Przyszło mi coś do głowy! – Christine zacisnęła usta. – Ale chyba ci się nie spodoba.

– Co takiego? – Maddy ściągnęła czoło, widząc wahanie przyjaciółki. – Możesz mi powiedzieć. Nie mogę już dziś gorzej o sobie pomyśleć.

– Byłaś taka też przy Nigelu. – Christine wzruszyła przepraszająco ramionami. – Tyle że to było mniej widoczne. On sam miał wielkie sukcesy zawodowe i pochodził ze względnie zamożnej rodziny. Dzięki temu miałaś dość wysoką poprzeczkę do przeskoczenia, nim twój sukces przerósłby jego. Choroba zagroziła jego pozycji zawodowej. Niektóre kobiety rzuciłyby się wtedy do pracy nad własną karierą, aby wyrównać niższe zarobki męża. Ale ty, prowadząc jego firmę, całą energię przelałaś na chronienie jego sukcesu. To może być prawdziwa przyczyna, dla której porzuciłaś własną karierę. Poprzeczka za bardzo się obniżyła.

– O cholera, masz rację. – Maddy schowała twarz za dłonią. – I w tym miejscu wszystko zaczyna się bardziej komplikować. To nie dotyczy tylko mężczyzn. Kobiet też. Joe próbował mi to pokazać, ale dopiero teraz zobaczyłam, jaki to poważny problem.

Opuściła rękę.

– A teraz czuję się, jakby ktoś zerwał mi opaskę z oczu. Nagle patrzę na matkę i jakbym zobaczyła ją po raz pierwszy. Może mama nie pozwalała sobie na robienie tych wszystkich rzeczy, na które było ją stać, z tego samego powodu, dla którego mnie zawsze mdli, gdy zaczyna mi dobrze iść. Mój sukces mógłby zranić czyjeś uczucia albo sprawić, że ludzie przestaną mnie lubić. Może to dlatego nie śpiewała solo z chórem kościelnym. Może dlatego to małżeństwo, które z boku wyglądało na całkiem niesprawiedliwe, pasowało im obojgu. Tata dostał niewolnicę i kogoś, kogo mógł chłostać słowami, dzięki czemu czuł się bardziej męski, a mama miała dobrą wymówkę, żeby trzymać się z boku. Bardzo to pokręcone?

– Nieźle – zgodziła się Christine – ale jak mówiłam, im dwojgu to pasowało.

– Ale mnie aż skręca na samą myśl. – Maddy czuła niesmak aż w żołądku. – Nie chcę tak żyć.

– Nie musisz. – Christine odwinęła kolejną tabliczkę czekolady. – Pierwszy krok do przełamania wzorca to rozpoznanie go. Albo, jak to ujęła Jane w swojej książce, stawienie czoła wewnętrznemu lękowi.

– Tyle że się myliła. Nie boję się odrzucenia.

– Boisz się sukcesu. – Christine podsunęła czekoladę.

– Co to za lęk? – Maddy Odłamała kawałek.

– Całkiem powszechny, jak podejrzewam – odezwała się Amy.

– Ale dlaczego? To takie głupie.

– Sukces zmienia życie. – Christine wzruszyła ramionami. – Czasem jest to niewygodne. Wymaga odpowiedzialności i poświęcenia, naraża na niezasłużoną krytykę. Zmienia także sposób patrzenia na siebie i innych.

– Aha. – Maddy włożyła kawałek czekolady do ust. – Ludzie zaczynają cię nienawidzić.

– Tylko małoduszni, egoistyczni i niepewni siebie. Dowcip polega na tym, żeby zorientować się, że twój sukces nikomu niczego nie odbiera.

– Ale może okraść ciebie. Spójrz na Jane. Gotowa była poświęcić wszystko, aby spełnić marzenie, i poświęciła nas.

– Nie musiała – odparła Amy.

– Wiesz… – Christine przeżuwała swoje myśli. – Sporo zastanawiałam się nad jej książką. Pośród mnóstwa nonsensów jest tam kilka perełek na temat tego, jakie ciężkie potrafi być życie. Co sprawia, że mam wątpliwości, czy naprawdę jest tak niewiarygodnie szczęśliwa, jak kazała wierzyć światu.

– Widzisz? – Maddy machnęła kieliszkiem. – Sukces nie oznacza automatycznie szczęścia.

– Ale też go nie wyklucza – sprzeciwiła się Amy. – Uważam, że szczęście wiąże się ze znalezieniem złotego środka. Może po prostu musisz zrozumieć, że sukces także coś daje, nie tylko pożera ciebie i umniejsza innych. A przede wszystkim nie musisz poświęcać przyjaźni dla spełnienia marzeń. Ludzie, którzy cię kochają, będę się cieszyć z twojego sukcesu, a nawet przeżywać go razem z tobą.

– Boże, kocham tę kobietę – odezwała się Christine. – Jest taka cholernie mądra. I ma rację, Mad. Ci z nas, którzy cię kochają, będą się tylko cieszyć.

– I tym samym wracamy do Joego. – Maddy zagapiła się w pusty kieliszek. – Co mam zrobić? Naprawdę go zraniłam.

Amy uścisnęła ją za rękę.

– Przeproś go.

Christine wzruszyła ramionami.

– Nie odrzuca cię ten pomysł?

– Nie, kiedy się tak wydurniłam. – Maddy westchnęła. – Mam tylko nadzieję, że sobie z tym poradzimy.

– Jeśli cię kocha, to tak. – Christine obróciła się na stoliku, żeby przejrzeć ich zapasy. – A jak na razie mamy wino, czekoladę i Johnny’ego Deppa.

– Orlanda Blooma – sprzeciwiła się Amy. – On ma najsłodsze oczy na świecie.

– Dobra, dla ciebie słodki, dla mnie niegrzeczny, a Maddy ma ogórka.

– Christine! – Amy zarumieniła się.

– Na oczy! – Christine zamrugała jak chodzące niewiniątko. – Dlatego go dostałaś, nie?

Maddy uśmiechnęła się do przyjaciółek. Kochała je tak bardzo, że aż jej się płakać zachciało. Znowu. Dobrze, że Amy przyniosła ogórka.

Загрузка...