Rozdział dziewiąty

Od grodu starożytnego i stawnego Assengardu uszliśmy może ze sześć setek stajań na południe, do kraju zwartego Stojeziory. Gdy ze wzgórz na ten kraj poglądnąć, ujrzy się one liczne jeziora sztuczna zaiste rzeczy koleją ułożone we wzory rozmaite. Wśród tychże wzorów przewodnik nasz, elf Avallac'h, kazał takiego szukać, któren podobny jest do liścia triblium. I w rzeczy samej, takowy wypatrzyliśmy. Przy czym wyjawiło się, że nie trzy, ale cztery jest jezior, bo jedno, podługowate, z południa na północ się ciągnące, jest jakoby onego liścia szypułką. Jezioro to, zwące się Tam Mira, czarnym jest otoczone lasem, a u północnego jego krańca baszta owa tajemna wznosić się jakoby miała, Wieżycą Jaskółki nazywana, w elfów zaś mowie: Tor Zireael.

Zrazu jednakowoż nie widzieliśmy nic, jeno mgłę. Jużem się sposobił, by elfa Avallac'ha o wieżę ową zagadnąć, gdy tenże dał znak milczenia, sam zaś w te słowa rzekł: "Czekać i mieć nadzieję. Nadzieja powróci ze światłem i z dobrą wróżbą. Baczcie na bezmiar wód, tam ujrzycie postów dobry nowiny."

Buyvid Backhuysen, Peregrynacje po szlakach i miejscach magicznych

Ta książka to od początku do końca humbug. Ruiny nad jeziorem Tam Mira były wielokrotnie badane. Nie są magiczne, wbrew enuncjacjom B. Backhuysena nie mogą tedy być pozostalością legendarnej Wieży Jaskółki.

Ars Magica, Ed. XIV

— Płyną! Płyną!

Yennefer oburącz przytrzymała targane mokrym wiatrem włosy, stanęła przy balustradzie schodów, usuwając się z drogi zbiegających na nabrzeże kobiet. Pchany zachodnim wiatrem przybój z łomotem rozbijał się o brzeg, z rozpadlin między skałami co i rusz strzelały białe pióropusze piany.

— Płyną! Płyną!

Z górnych tarasów cytadeli Kaer Trolde, głównej warowni Ard Skellig, widać było cały bez mała archipelag. Na wprost, za cieśniną, leżała An Skellig, od strony południowej niska i płaska, od niewidocznej północnej urwista i pocięta fiordami. Po lewej, daleko, ostrymi kłami raf rozbijała fale wysoka i zielona Spikeroog, z górami o szczytach tonących w chmurach. Po prawej widać było strome klify wyspy Undvik, rojące się od mew, petreli, kormoranów i głuptaków. Zza Uadyik wyłaniał się lesisty stożek Hmdarsfjall, najmniejszej wysepki archipelagu. Gdyby zaś wejść na sam szczyt którejś z wież Kaer Trolde i spojrzeć w kierunku południowym, ujrzałoby się samotną, oddaloną od pozostałych wyspę Faroe, sterczącą z wody niby grzbiet olbrzymiej ryby, dla której ocean jest za płytki.

Yennefer zeszła na niższy taras, zatrzymując się przy grupie kobiet, którym duma i pozycja społeczna nie pozwalały na łeb na szyję biec na nabrzeże i mieszać się z podekscytowanym motłochem. W dole, pod nimi, leżało miasto portowe, czarne i bezkształtne jak wyrzucony przez fale wielki morski skorupiak.

Z cieśniny między An Skellig i Spikeroog kolejno wypływały drakkary. Żagle zapłonęły w słońcu bielą i czerwienią, zalśniły mosiądzem umby zawieszonych na burtach tarcz.

— "Ringhorn" idzie pierwszy — stwierdziła któraś z kobiet. - Za nim "Fenris"…

— "Tt-igla" — rozpoznała podnieconym głosem druga. - Za nią «Drac»… Z tyłu za nimi "Hayfrue"…

— "Anghira"… «Tamara»… «Daria»… Nie, to «Scorpena»… Nie ma «Darii». Nie ma "Darii"…

Młoda kobieta z grubym jasnym warkoczem, podtrzymująca oburącz bardzo zaawansowaną ciążę, jęknęła głucho, zbladła i zemdlała, osuwając się na płyty tarasu jak zerwana z kółek kotara. Yennefer przyskoczyła natychmiast, padła na kolana, oparła palce o brzuch kobiety i wykrzyczała zaklęcie, tłumiąc spazmy i skurcze, mocno i pewnie spajając grożącą zerwaniem więź macicy i łożyska. Dla pewności rzuciła jeszcze uspokajający i ochronny czar na dziecko, którego kopnięcia czuła pod dłonią.

Kobietę, by nie marnować energii magicznej, ocuciła uderzeniem w twarz.

— Zabierzcie ją. Ostrożnie.

— Niemądra… — powiedziała jedna ze starszych kobiet. - Mało brakowało…

— Panikara… Jej Nils może żyje, może jest na innym drakkarze…

— Dzięki wam za pomoc, pani magiczko.

— Zabierzcie ją — powtórzyła Yennefer, wstając. Przełknęła przekleństwo, stwierdziwszy, że przy klękaniu suknia puściła w szwie.

Zeszła na jeszcze niższy taras. Drakkary kolejno dobijały do nabrzeża, wojownicy schodzili na brzeg. Brodaci, obwieszeni bronią berserkerzy ze Skellige. Wielu wyróżniała biel bandaży, wielu, by móc iść, musiało korzystać z pomocy towarzyszy. Niektórych trzeba było nieść.

Stłoczone na nabrzeżu kobiety ze Skellige rozpoznawały, krzyczały i płakały ze szczęścia, jeśli miały szczęście. Jeśli nie miały, mdlały. Lub odchodziły, wolno, cicho, bez słowa skargi. Czasem oglądały się, w nadziei, że w sundzie błyśnie bielą i czerwienią żagiel "Darii".

Nie było "Darii".

Yennefer dostrzegła górującą nad innymi głowami rudą czuprynę Cracha an Craite, jarla Skellige, jako jeden z ostatnich schodzącego z pokładu «Ringhoma». Jarl wykrzykiwał rozkazy, wydawał polecenia, sprawdzał, troszczył się. Dwie wpatrzone w niego kobiety, jedna jasnowłosa, druga ciemna, płakały. Ze szczęścia. Jarl, pewny wreszcie, że wszystkiego dopilnował i o wszystko zadbał, podszedł do niewiast, zgarnął obie niedźwiedzim uściskiem, obie ucałował. A potem podniósł głowę i zobaczył Yennefer. Jego oczy zapłonęły, ogorzała twarz stwardniała jak kamień rafy, jak mosiężny umb tarczy.

Wie, pomyślała czarodziejka. Wieści rozchodzą się szybko. Jarl wiedział, płynąc, o przedwczorajszym wyłowieniu mnie siecią w sundzie za Spikeroog. Wiedział, że mnie zastanie w Kaer Trolde. Magia czy gołębie pocztowe?

Podszedł do niej nie spiesząc się. Pachniał morzem, solą, smołą, zmęczeniem. Spojrzała w jego jasne oczy i natychmiast rozbrzmiał jej w uszach bojowy okrzyk berserkerów, łomot tarcz, szczęk mieczów i toporów. Wrzask mordowanych. Wrzask ludzi, skaczących do morza z płonącej "Darri".

— Yennefer z Vengerbergu.

— Crach an Craite, jarl Skellige — skłoniła się przed nim lekko.

Nie odwzajemnił ukłonu. Źle, pomyślała.

Natychmiast zobaczył siniak, pamiątkę po uderzeniu wiosłom, jego twarz stężała znowu, wargi drgnęły, na sekundę odsłaniając zęby.

— Ten, kto cię bił, odpowie za to.

— Nikt mnie nie bił. Potknęłam się na schodach.

Spojrzał na nią bacznie, po czym wzruszył ramionami.

— Nie chcesz się skarżyć, twoja wola. Ja nie mam czasu wszczynać śledztwa. A teraz posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. Uważnie, bo to będą jedyne słowa, jakie do ciebie wypowiem.

— Słucham.

— Jutro zostaniesz wsadzona na drakkar i zawieziona do Novigradu. Tam zostaniesz przekazana władzom miasta, a później władzom temerskim lub redańskim, kto się pierwszy zgłosi. A wiem, że i jedni, i drudzy równie mocno cię pożądają.

— To wszystko?

— Prawie. Jeszcze tylko wyjaśnienie, które należy ci się przecież. Zdarzało się wcale często, że Skellige dawały azyl ściganym przez prawo. Nie brakuje na Wyspach możliwości ni okazji, by odkupić winy ciężką pracą, męstwem, poświęceniem, krwią. Ale nie w twoim przypadku, Yennefer. Tobie azylu nie udzielę, jeśli na to liczyłaś, przeliczyłaś się. Ja nienawidzę takich jak ty. Nienawidzę ludzi, którzy dla zdobycia władzy warcholą, którzy prywat dochodzą, którzy spiskują z wrogiem i zdradzają tych, którym winni nie tylko posłuszeństwo, ale i wdzięczność. Nienawidzę cię, Yennefer, albowiem właśnie gdy ty razem z twymi konfratrami rebelizantami wszczęłaś za nilfgaardzkim poduszczeniem bunt na Thanedd, moje drakkary były pod Attre, moi chłopcy nieśli pomoc tamtejszym powstańcom. Trzystu moich chłopców stanęło przeciwko dwóm tysiącom Czarnych! Musi być nagroda za męstwo i wierność, musi być kara za podłość i zdradę! Jak mam nagrodzić tych, którzy polegli? Cenotafami? Napisami kutymi na obeliskach? Nie! Nagrodzę i uczczę poległych inaczej. Za ich krew, która wsiąkła w wydmy Attre, twoja krew, Yennefer, pocieknie przez deski szafotu.

— Nie jestem winna. Nie uczestniczyłam w spisku Vilgefortza.

— Dowody na to przedstawisz sędziom. Ja cię sądzić nie będę.

— Tyś mnie nie tylko już osądził. Tyś nawet wydał wyrok.

— Dość gadania! Powiedziałem, jutro o świcie pożeglujesz w kajdanach do Novigradu, przed królewski sąd. Po sprawiedliwą karę. A teraz daj mi słowo, że nie będziesz próbowała używać magii.

— A jeśli nie dam?

— Marquard, nasz czarodziej, zginął na Thanedd, nie mamy tu teraz magika, który mógłby wziąć cię pod kontrolę. Ale wiedz, że będziesz pod bezustanną obserwacją najlepszych łuczników Skellige. Jeśli choćby ręką ruszysz w podejrzany sposób, zostaniesz zastrzelona.

— Jasne — kiwnęła głową. - Daję więc słowo.

— Doskonale. Dziękuję. Żegnaj, Yennefer. Nie będę cię jutro odprowadzał.

— Crach.

Odwrócił się na pięcie.

— Słucham.

— Nie mam najmniejszego zamiaru wsiadać na statek płynący do Novigradu. Nie mam czasu, by udowadniać Dijkstrze, że jestem niewinna. Nie mogę ryzykować, że już spreparowano dowody mojej winy. Nie mogę ryzykować, że krótko po aresztowaniu umrę na nagły wylew krwi do mózgu lub w jakiś spektakularny sposób popełnię w celi samobójstwo. Nie mogę tracić czasu i podejmować takiego ryzyka. Nie mogę też wyjaśniać ci, dlaczego to dla mnie tak ryzykowne. Nie popłynę do Novigradu.

Patrzył na nią długo.

— Nie popłyniesz — powtórzył. - Cóż takiego pozwala ci tak mniemać? Czyżby to, że niegdyś łączyły nas miłosne uniesienia? Nie licz na to, Yennefer. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

— Wiem i nie liczę. Nie popłynę do Novigradu, jarlu, dlatego, że mi pilno wyruszyć na pomoc osobie, której poprzysięgłam, że nigdy nie zostawię jej samej i bez pomocy. A ty, Crachu an Craite, jarlu Skellige, dopomożesz mi w moim przedsięwzięciu. Bo i ty złożyłeś podobną przysięgę. Dziesięć lat temu. Dokładnie tu, gdzie stoimy, na tym nabrzeżu. Tej samej osobie. Ciri, wnuczce Calanthe. Lwiątku z Cintry. Ja, Yennefer z Vengerbergu, uważam Ciri za mą córkę. Dlatego w jej imieniu żądam, byś dotrzymał twojej przysięgi. Dotrzymaj jej, Crachu an Craite, jarlu Skellige.

*****

— Naprawdę? - jeszcze raz upewnił się Crach an Craite. - Nawet nie skosztujesz? Żadnego z tych przysmaków?

— Naprawdę.

Jarl nie nalegał, sam zdjął z półmiska homara, położył go na desce i rozłupał wzdłuż potężnym, acz precyzyjnie celnym uderzeniem tasaka. Pokropiwszy obficie cytryną i sosem czosnkowym, zaczął wyjadać mięso ze skorupy. Palcami.

Yennefer jadła dystyngowanie, srebrnym nożem i widelcem — a jadła barani kotlet ze szpinakiem, specjalnie dla niej przygotowany przez zdumionego i chyba lekko urażonego kucharza. Czarodziejka nie chciała bowiem ani ostryg, ani muli, ani marynowanego we własnym soku łososia, ani zupy z trigli i muszli sercówek, ani duszonego ogona żaby morskiej, ani pieczonego włócznika, ani smażonej mureny, ani ośmiornic, ani krabów, ani homarów, ani jeżowców. Ani — zwłaszcza — świeżych wodorostów.

Wszystko, co choćby ulotnie pachniało morzem, kojarzyło się jej z Fringillą Vigo i Filippą Ellhart, z wariacko ryzykowną teleportacją, upadkiem w fale, łykaną morską wodą, zarzuconą na nią siecią — do której, nawiasem mówiąc, przyczepione były glony i algi wypisz wymaluj takie, jak te na półmisku. Glony i algi, miażdżone na jej głowie i ramionach paraliżująco bolesnymi uderzeniami sosnowego wiosła.

— Tak więc — wznowił konwersację Crach, wysysając mięso z przełamywanych między stawami odnóży homara — postanowiłem dać ci wiarę, Yennefer. Nie robię tego jednak dla ciebie, wiedz o tym. Bloedgeas, przysięga krwi, jaką złożyłem Calanthe, faktycznie wiąże mi ręce. Jeśli więc prawdziwy i szczery jest, a zakładam, że taki jest, twój zamiar niesienia pomocy Ciri, nie mam wyjścia: muszę dopomóc ci w tym zamiarze…

— Dziękuję. Ale wyzbądź się, proszę, tego patetycznego tonu. Powtarzam: nie brałam udziału w spisku na Thanedd. Uwierz mi.

— Czy aż tak ważne jest — żachnął się — w co ja uwierzę? Należałoby zacząć raczej od królów, od Dijkstry, którego agenci tropią cię wzdłuż i wszerz świata. Od Filippy Eilhart i wiernych królom czarodziejów. Przed którymi, jak sama wyznałaś, zbiegłaś tu, na Skellige. To im należało przedstawić dowody…

— Nie mam dowodów — przerwała, ze złością dziobiąc widelcem brukselkę, którą urażony kucharz przyrządził do baraniego kotleta. - A gdybym miała, nie pozwolono by mi ich przedstawić. Nie mogę ci tego wyjaśnić, obowiązuje mnie nakaz milczenia. Uwierz mi jednak na słowo, Crach. Proszę cię.

— Powiedziałem…

— Powiedziałeś — przerwała. - Zadeklarowałeś pomoc. Dziękuję. Ale wciąż nie wierzysz w moją niewinność. Uwierz.

Crach odrzucił wyssane skorupy homara, podsunął sobie miskę muli. Grzebał, grzechocząc, wybierał co większe.

— Zgoda — powiedział wreszcie, wycierając ręce w obrus. - Wierzę. Bo chcę wierzyć. Ale azylu i schronienia ci nie udzielę. Nie mogę. Ty możesz jednak opuścić Skellige kiedy zechcesz i udać się dokąd zechcesz. Sugerowałbym pośpiech. Przybyłaś tu, że się tak wyrażę, na skrzydłach magii. Inni mogą przybyć twoim śladem. Też znają zaklęcia.

— Ja nie szukam azylu ani bezpiecznej kryjówki, jarlu. Ja muszę iść na ratunek Ciri.

— Ciri — powtórzy}, zamyślony. - Lwiątko… Dziwne to było dziecko.

— Było?

— Och — żachnął się znowu. - Źle się wyraziłem. Było, bo już nie jest dzieckiem. To miałem na myśli. Tylko to. Cirilla, Lwiątko z Cintry… Spędzała na Skellige lata i zimy. Nieraz narozrabiała, że ho-ho! Diablątko to było, nie Lwiątko… Psiakrew, już drugi raz powiedziałem "było"… Yennefer, różne plotki docierają tu z lądu… Jedni mówią, że Ciri jest w Nilfgaardzie…

— Nie ma jej w Nilfgaardzie.

— Drudzy mówią, że dziewczyna nie żyje. Yennefer milczała, gryząc wargi.

— Ale tej drugiej plotce — powiedział twardo jarl — zaprzeczę ja. Ciri żyje. Jestem tego pewien. Nie było żadnych znaków… Ona żyje!

Yennefer uniosła brwi. Ale pytania nie zadała. Milczeli długo, wsłuchani w ryk fal grzmocących w skały Ard Skellig.

— Yennefer — powiedział po chwili milczenia Crach. - Dotarły z kontynentu inne jeszcze wieści. Wiadomo mi, że twój Wiedźmin, który po drace na Thanedd ukrywał się w Brokilonie, wyruszył stamtąd z zamiarem dotarcia do Nilfgaardu i wyzwolenia Ciri.

— Powtarzam, Ciri nie ma w Nilfgaardzie. Co zamierza mój, jak to zechciałeś określić, Wiedźmin, nie wiem. Ale on… Crach, nie jest tajemnicą, że ja go… darzę sympatią. Ale wiem, że on Ciri nie uratuje, nie osiągnie niczego. Ja go znam. On zaplącze się, zagubi, zacznie filozofować i użalać się nad sobą. Potem wyładuje gniew, rąbiąc mieczem co i kogo popadło. Potem, w ramach ekspiacji, dokona jakiegoś szlachetnego, acz bezsensownego wyczynu. W końcu zaś pewnie zostanie zabity, głupio, bezsensownie, zapewne ciosem w plecy…

— Mówią — wtrącił prędko Crach, przestraszony złowrogo zmieniającym się, dziwnie dygoczącym głosem czarodziejki. - Mówią, że Ciri jest mu przeznaczona. Sam widziałem, wtedy, w Cintrze, podczas zaręczyn Pavetty…

— Przeznaczenie — przerwała ostro Yennefer — może być bardzo różnie interpretowane. Bardzo różnie. Szkoda zresztą czasu na dywagacje. Powtarzam, nie wiem, co Geralt zamierza i czy cokolwiek zamierza. Mam zamiar wziąć się do dzieła sama. Moimi metodami. I aktywnie, Crach, aktywnie. Ja nie zwykłam siedzieć i płakać, chwyciwszy się oburącz za głowę. Ja działam!

Jarl uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

— Będę działać — powtórzyła czarodziejka. - Już obmyśliłam plan. A ty, Crach, dopomożesz mi w tym, zgodnie z przysięgą, którą złożyłeś.

— Jestem gotów — oświadczył twardo. - Na wszystko. Drakkary stoją w porcie. Rozkazuj, Yennefer.

Nie wytrzymała, by nie parsknąć śmiechem.

— Zawsze taki sam. Nie, Crach, żadnych dowodów męstwa i męskości. Nie trzeba będzie płynąć do Nilfgaardu i walić toporem we wrzeciądze Miasta o Złotych Wieżach. Potrzebna mi pomoc mniej spektakularna. Ale bardziej konkretna… Jak tam u ciebie ze stanem skarbca?

— Słucham?

— Jarlu Crachu an Craite. Pomoc, której potrzebuję, jest przeliczalna na walutę.

*****

Zaczęło się nazajutrz, od świtu. W oddanych do dyspozycji Yennefer komnatach zapanował szaleńczy rozgardiasz, nad którym z najwyższym trudem panował przydzielony czarodziejce seneszal Guthlaf.

Yennefer siedziała za stołem, prawie nie unosząc głowy znad papierów. Liczyła, sumowała kolumny, sporządzała rachunki, z którymi natychmiast pędzono do skarbca i wyspiarskiej filii banku Cianfanellich. Rysowała i kreśliła, a rysunki i wykresy natychmiast trafiały do rąk rzemieślników — alchemików, złotników, szklarzy, jubilerów.

Jakiś czas wszystko szło sprawnie, potem zaczęły się kłopoty.

*****

— Przykro mi, mościa czarodziejko — wycedził seneszal Chithlaf. - Ale jeśli nie ma, to nie ma. Daliśmy wam wszystko, co mieliśmy. Cudów i czarów robić nie umiemy! A pozwolę sobie zauważyć, że to, co leży przed wami, to są diamenty o łącznej wartości…

— Co mi po ich łącznej wartości? — parsknęła. - Ja potrzebuję jednego, ale odpowiednio dużego. Jak dużego, mistrzu?

Szlifierz kamieni jeszcze raz popatrzył na rysunek.

- Żeby wykonać taki szlif i takie fasetki? Minimum trzydzieści karatów.

— Takiego kamienia — stwierdził kategorycznie Guthlaf — nie ma na całym Skellige.

— Nieprawda — zaprzeczył jubiler. - Jest.

*****

— Jak ty sobie to wyobrażasz, Yennefer? — zmarszczył brwi Grach an Craite. - Mam wysłać zbrojnych, by wzięli szturmem i ograbili tę świątynię? Mam zagrozić kapłankom moim gniewem, jeśli nie wydadzą brylantu? To nie wchodzi w grę. Nie jestem specjalnie religijny, ale świątynia to świątynia, a kapłanki to kapłanki. Mogę je tylko grzecznie poprosić. Dać do zrozumienia, jak bardzo mi zależy i jak wielka będzie moja wdzięczność. Ale to zawsze będzie tylko prośba. Uniżona suplika.

— Którą można potraktować odmownie?

— Tak jest. Ale spróbować nie zawadzi. Czym ryzykujemy? Płyńmy we dwoje na Hindarsfjall, przedstawmy tę suplikę. Ja dam kapłankom do zrozumienia, co należy. A potem już wszystko w twoich rękach. Negocjuj. Przedstaw argumenty. Próbuj przekupstwa. Drażnij ambicje. Odwołaj się do wyższych racji. Rozpaczaj, płacz, spazmuj, bierz na litość… Do wszystkich morskich diabłów, mam cię uczyć, Yennefer?

— To wszystko na nic, Grach. Czarodziejka nigdy nie dogada się z kapłankami. Zbyt ostre są pewne podziały… światopoglądowe. A w kwestii, by pozwolić czarodziejce użyć "świętego" reliktu czy artefaktu… Nie, zapomnieć trzeba o tym. Nie ma szans…

— Do czego ci właściwie ten brylant?

— Do budowy «okna». To znaczy, telekomunikacyjnego megaskopu. Muszę porozumieć się z kilkoma osobami.

— Magicznie? Na odległość?

— Gdyby wystarczyło wejść na szczyt Kaer Trolde i głośno wołać, nie zawracałabym ci głowy.

*****

Darły się krążące nad wodą mewy i petrele. Przeraźliwie piszczały gnieżdżące się na stromych skałach i rafach Hindarsfjall czerwonodziobe ostrygojady, chrapliwie skrzeczały i gęgały żółtogłowe głuptaki. Czarne czubate morskie kormorany obserwowały przepływający barkas uważnym spojrzeniem swych zielono połyskujących oczu.

— Ta duża zwieszona nad wodą skała — wskazał oparty o reling Crach an Craite — to Kaer Hemdall, Czatownia Hemdalla. Hemdall to nasz mityczny bohater. Legenda mówi, że gdy nadejdzie Tedd Deireadh, Czas Końca, Czas Białego Mrozu i Wilczej Zamieci, Hemdall stawi czoło złym mocom z krainy Morhogg, upiorom, demonom i widmom Chaosu. Stanie na Tęczowym Moście i zadmie w róg, na znak, że czas chwytać za broń i stawać w ordynku. Do Ragh nar Roog, Ostatniej Bitwy, która zadecyduje, czy zapadnie noc, czy nastanie świt.

Barkas zwinnie przeskoczył po fali, wpływając na spokojniejsze wody zatoki, między Czatownię Hemdalla a drugą skałę o równie fantastycznych kształtach.

— Ta mniejsza skała to Kambi — wyjaśnił jarl. - W naszych mitach imię Kambi nosi czarodziejski złoty kogut, który swym pianiem ostrzeże Hemdalla, że nadpływa Naglfar, piekielny drakkar wiozący armię Ciemności: demony i upiory z Morhoggu. Naglfar zbudowany jest z trupich paznokci. Nie uwierzysz, Yennefer, ale wciąż jeszcze są na Skellige ludzie, którzy przed pochówkiem obcinają zmarłym paznokcie, by nie przysparzać upiorom Morhfoggu budulca.

— Uwierzę. Znam siłę legend.

Fiord zasłonił ich nieco od wiatru, żagiel załopotał.

— Dmijcie w róg — rozkazał załodze Crach. - Przybijamy do brzegu, trzeba dać znać świątobliwym paniom, że przybywamy w gości.

Położony na szczycie długich kamiennych schodów gmach wyglądał jak gigantyczny jeż — tak obrośnięty był mchem, bluszczem i krzakami. Na jego dachu, jak zauważyła Yennefer, rosły nie tylko krzaki, ale nawet małe drzewka.

— Oto i świątynia — potwierdzi! Grach. - Gaj, który ją otacza, zwie się Hindar i też jest miejscem kultu. To stąd bierze się świętą jemiole, a na Skellige, jak wiesz, jemiołą przybiera się i dekoruje wszystko, od kołyski noworodka po mogiłę… Uważaj, schody są śliskie… Religia, he, he, mocno obrasta mchem… Pozwól, wezmę cię pod ramię… Wciąż ten sam rodzaj perfum… Yenna…

— Crach. Proszę cię. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

— Wybacz. Chodźmy.

Przed świątynią czekało kilka młodych i milczących kapłanek. Jarl pozdrowił je uprzejmie, wyraził chęć rozmowy z ich przełożoną, którą nazywał Modron Sigrdrifą.

Weszli do środka, do wnętrza rozświetlanego słupami światła bijącymi z wysoko umieszczonych witraży. Jeden z takich słupów oświetlał ołtarz.

— Do stu morskich diabłów — mruknął Crach an Craite. - Zapomniałem, jaki on jest wielki, ten Brisingamen. Nie byłem tu od dziecka… Za to można by chyba kupić wszystkie stocznie z Cidaris. Razem z pracownikami i roczną produkcją.

Jarl przesadzał. Ale nie bardzo.

Nad skromnym marmurowym ołtarzem, nad figurkami kotów i sokołów, nad kamienną misą wotywnych darów, górowała statua Modron Freyji, Wielkiej Matki, w jej typowym aspekcie maternalnym — kobiety w luźnych szatach zdradzających przesadnie podkreśloną przez rzeźbiarza ciążę. Z pochyloną głową i zakrytymi chustą rysami twarzy. Nad złożonymi na piersi dłońmi bogini widoczny był brylant, element złotego naszyjnika. Brylant był lekko błękitny w zabarwieniu. Najczystszej wody. Duży.

Na oko jakieś sto pięćdziesiąt karatów.

— Jego nawet nie trzeba by było ciąć — szepnęła Yennefer. - Ma szlif w rozetę, dokładnie taki, jakiego potrzebuję. Akuratne fasetki do defrakcji światła…

— To znaczy, że mamy szczęście.

— Wątpię. Za chwilę zjawią się kapłanki, a ja, jako bezbożnica, zostanę zelżona i wyrzucona stąd na zbity pysk.

— Przesadzasz?

— Ani trochę.

— Witam, jarlu, w świątyni Matki. Witam i ciebie, szanowna Yennefer z Vengerbergu.

Crach an Craite skłonił się.

— Bądź pozdrowiona, czcigodna matko Sigrdrifo. Kapłanka była wysoka, prawie tak wysoka jak Crach — a to oznaczało, że Yennefer przewyższała o głowę. Miała jasne włosy i oczy, pociągłą, niezbyt ładną i niezbyt kobiecą twarz.

Gdzieś ją już widziałam, pomyślała Yennefer. Niedawno. Gdzie?

— Na schodach Kaer Trolde, prowadzących do portu — przypomniała z uśmiechem kapłanka. - Gdy drakkary wypływały z sundu. Stałam nad tobą, gdy niosłaś pomoc zaczynającej już ronić brzemiennej kobiecie. Na kolanach, nie troszcząc się o suknię z bardzo drogiego kamlotu. Widziałam to. I nigdy nie dam już ucha opowieściom o nieczułych i wyrachowanych czarodziejkach.

Yennefer chrząknęła, pochyliła głowę w ukłonie.

— Stoisz przed ołtarzem Matki, Yennefer. Niechaj więc spłynie na ciebie jej łaska.

— Czcigodna, ja… Chciałam cię uniżenie prosić…

— Nic nie mów. Jarlu, z pewnością masz wiele zajęć. Zostaw nas same, tu, na Hindarsfjall. My zdołamy się porozumieć. My jesteśmy kobietami. Nieważne, czym się trudnimy, kim jesteśmy: zawsze służymy tej, która jest Dziewicą, Matką i Staruchą. Uklęknij przy mnie, Yennefer. Pochyl głowę przed Matką.

*****

— Zdjąć bogini z szyi Brisingamen? — powtórzyła Sigrdrifa, a w jej głosie więcej było niedowierzania niż świętego oburzenia. - Nie, Yennefer. To po prostu niemożliwe. Rzecz nawet nie w tym, że nie ośmieliłabym się… Nawet gdybym się odważyla, Brisingamenu zdjąć się nie da. Naszyjnik nie ma zapięcia. Jest trwale spojony z posągiem.

Yennefer długo milczała, mierząc kapłankę spokojnym wzrokiem.

— Gdybym wiedziała — powiedziała zimno — od razu odpłynęłabym wraz z jarlem na Ard Skellig. Nie, nie, czasu spędzonego na rozmowie z tobą bynajmniej nie uważam za stracony. Ale mam go bardzo mało. Naprawdę bardzo mało. Przyznam, zwiodły mnie nieco twoja życzliwość i serdeczność…

— Jestem ci życzliwa — przerwała bez emocji Sigrdrifa. - Twoim planom również sprzyjam, całym sercem. Znałam Ciri, lubiłam to dziecko, porusza mnie jej los. Podziwiam cię za zdecydowanie, z jakim chcesz iść dziewczynie na ratunek. Spełnię każde twoje życzenie. Ale nie Brisingamen, Yennefer. Nie Brisingamen. O to nie proś.

— Sigrdrifo, by ruszyć Ciri na pomoc, muszę pilnie zdobyć nieco wiedzy. Kilka informacji. Bez nich będę bezsilna. Wiedzę i informacje mogę posiąść wyłącznie w drodze telekomunikacji. Żeby móc komunikować się na odległość, muszę skonstruować za pomocą magii magiczny artefakt: megaskop.

— Urządzenie w rodzaju waszej osławionej kryształowej kuli?

— Znacznie bardziej skomplikowane. Kula umożliwia telekomunikację wyłącznie z inną skorelowaną kulą. Kulę ma nawet tutejszy krasnoludzki bank, do komunikacji z kulą w centrali. Megaskop ma trochę większe możliwości… Ale po co teoretyzować? Bez brylantu i tak nic z tego nie wyjdzie. Cóż, będę się żegnać…

— Nie spiesz się tak.

Sigrdrifa wstała, przeszła przez nawę, zatrzymując się przed ołtarzem i posągiem Modron Freyji.

— Bogini — powiedziała — jest również patronką wieszczek. Jasnowidzek. Telepatek. Symbolizują to jej święte zwierzęta: kot, który słyszy i widzi ukryte, i sokół, który widzi z wysoka. Symbolizuje to klejnot bogini: Brisingamen, naszyjnik jasnowidzenia. Po co budować jakieś patrzące i słyszące urządzenia, Yennefer? Nie prościej zwrócić się o pomoc do bogini?

Yennefer w ostatniej chwili powstrzymała się, by nie zakląć. W końcu, było to miejsce kultu.

— Zbliża się czas wieczornej modlitwy — podjęła Sigrdrifa. - Wraz z innymi kapłankami poświęcę się medytacji. Będę prosić boginię o pomoc dla Ciri. Dla Ciri, która niejeden raz była tu, w tej świątyni, niejeden raz patrzyła na Brisingamen na szyi Wielkiej Matki. Poświęć jeszcze godzinę lub dwie z twego cennego czasu, Yennefer. Zostań tu, z nami, na czas modłów. Wesprzyj mnie, gdy będę się modliła. Myślą i obecnością.

— Sigrdrifo…

— Proszę. Zrób to dla mnie. I dla Ciri.

*****

Klejnot Brisingamen. Na szyi bogini.

Stłumiła ziewnięcie. Gdyby chociaż jakieś śpiewy, pomyślała, jakieś inkantacje, jakieś misteria… Jakiś mistyczny folklor… Byłoby mniej nudno, sen by tak nie morzył. Ale one po prostu klęczą, schyliwszy głowy. Bez ruchu, bez dźwięku.

Ale jednak potrafią, gdy chcą, operować Mocą, nieraz równie dobrze jak my, czarodziejki. Wciąż jest zagadką, jak one to robią. Żadnych przygotowań, żadnej nauki, żadnych studiów… Tylko modlitwa i medytacja. Dywinaq'a? Rodzaj autohipnozy? Tak twierdziła Tissaia de Vries… Czerpią energię nieświadomie, w transie nabywają zdolności jej przetworzenia analogicznej do naszych zaklęć. Przetwarzają energię, traktując to jako dar i łaskę bóstwa. Wiara daje im siłę.

Dlaczego nam, czarodziejkom, nigdy nie udało się nic takiego?

Spróbować? Korzystając z atmosfery i aury tego miejsca? Mogłabym przecież sama wprowadzić się w trans… Choćby patrząc na ten brylant… Brisingamen… Intensywnie myśląc o tym, jak świetnie pełniłby swą rolę w moim megaskopie…

Brisingamen… Błyszczy jak gwiazda zaranna, tam, w mroku, w dymie kadzideł i kopcących świec…

— Yennefer.

Poderwała głowę.

W świątyni bylo ciemno. Intensywnie pachniało dymem.

— Zasnęłam? Wybacz…

— Nie ma nic do wybaczania. Chodź ze mną.

Na zewnątrz, nocne niebo pałało migotliwym, zmieniającym się jak w kalejdoskopie światlem. Zorza polarna? Yennefer przetarła oczy w zdumieniu. Aurom borealis7 W sierpniu?

— Ile jesteś w stanie poświęcić, Yennefer?

— Słucham?

— Jesteś gotowa poświęcić siebie? Swoją bezcenną magię?

— Sigrdrifo — powiedziała ze złością. - Nie próbuj ze mną tych natchnionych sztuczek. Ja mam dziewięćdziesiąt cztery lata. Ale potraktuj to, proszę, jako tajemnicę spowiedzi. Zwierzam ci się tylko dlatego, byś zrozumiała, że nie można traktować mnie jak dziecka.

— Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

— I nie zamierzam. Bo to mistycyzm, którego nie akceptuję. Usnęłam na waszym nabożeństwie. Znużyło mnie i znudziło. Bo nie wierzę w twoją boginię.

Sigrdrifa odwróciła się, a Yennefer wbrew woli wzięła bardzo głęboki wdech.

— Niezbyt jest dla mnie pochlebna twoja niewiara — powiedziała kobieta o oczach wypełnionych płynnym złotem. - Ale czy twoja niewiara cokolwiek zmienia?

Jedynym, co Yennefer była w stanie zrobić, był wydech.

— Przyjdzie czas — powiedziała złotooka kobieta — gdy absolutnie nikt, wliczając dzieci, nie będzie wierzył w czarodziejki. Mówię ci to wyrachowanie złośliwie. W charakterze rewanżu. Chodźmy.

— Nie… — Yennefer udało się wreszcie przełamać pasywne wdychanie i wydychanie. - Nie! Nigdzie nie pójdę. Dość tego! To zauroczenie lub hipnoza. Iluzja! Trans! Mam wykształcone mechanizmy obronne… Mogę to wszystko rozwiać jednym zaklęciem, o, tak! Cholera…

Złotooka kobieta podeszła bliżej. Brylant w jej naszyjniku płonął jak gwiazda zaranna.

— Wasza mowa pomału przestaje służyć porozumieniu — powiedziała. - Staje się sztuką dla sztuki, im bardziej niezrozumiała, tym uważana za głębszą i mądrzejszą. Zaprawdę, wolałam was, gdy umieliście tylko: «E-e» i «Gugu». Chodź.

— To jest iluzja, trans… Nigdzie nie pójdę!

— Nie chcę cię zmuszać. To byłby wstyd. Jesteś przecież dziewczyną inteligentną i dumną, masz charakter.

*****

Równina. Morze traw. Wrzosowisko. Głaz, wystający znad wrzosów jak grzbiet przyczajonego drapieżnika.

— Ty zapragnęłaś mojego klejnotu, Yennefer. Nie mogę ci go dać, nie upewniwszy się uprzednio względem niektórych spraw. Chcę sprawdzić, co w tobie tkwi. Dlatego przywiodłam cię tu, do tego miejsca, od niepamiętnych czasów będącego miejscem Mocy i Potęgi. Twoja bezcenna magia jest podobno wszędzie. Podobno wystarczy wyciągnąć rękę. Nie boisz się jej wyciągnąć?

Yennefer nie mogła wydobyć dźwięku ze ściśniętego gardła.

— Siła zdolna zmieniać świat — powiedziała kobieta, której nie wolno było nazywać imieniem — jest więc według ciebie Chaosem, sztuką i nauką? Przekleństwem, błogosławieństwem i postępem? A nie jest przypadkiem Wiarą? Miłością? Poświęceniem?

Słyszysz? Pieje kogut Kambi. Fala bije o brzeg, fala pchana dziobem Naglfara. Rozbrzmiewa róg Hemdalla stojącego twarzą ku wrogom na tęczowym łuku Bifrostu. Nadciąga Białe Zimno, nadciąga wichura i zamieć… Ziemia drży od gwałtownych poruszeń Węża… Wilk pożera słońce. Księżyc czernieje. Jest tylko zimno i ciemność. Nienawiść, zemsta i krew…

Po czyjej stronie staniesz, Yennefer? Czy będziesz na wschodnim, czy zachodnim krańcu Bifrostu? Będziesz z Hemdallem czy przeciw niemu?

Pieje kogut Kambi.

Decyduj, Yennefer. Wybieraj. Bo przecież tylko po to przywrócono cię kiedyś życiu, byś we właściwej chwili mogła dokonać wyboru.

Światło czy Ciemność?

— Dobro i Zło, Światło i Ciemność, Ład i Chaos? To tylko symbole, w rzeczywistości nie istnieje taka biegunowość! Światło i Mrok są w każdym, trochę tego i trochę tego. Bez sensu jest ta rozmowa. Bez sensu. Nie przestawię się na mistycyzm. Dla ciebie i dla Sigrdrify Wilk pożera Słońce. Dla mnie to jest zaćmienie. I niech tak zostanie.

Zostanie? Co?

Poczuła, jak ziemia ucieka jej spod nóg, jak jakaś potworna siła wykręca jej ręce, tamie stawy w barkach i łokciach, napina kręgi jak przy torturze strappado. Krzyknęła z bólu, targnęła się, otworzyła oczy. Nie, to nie był sen. To nie mógł być sen. Była na drzewie, wisiała rozpięta na konarach olbrzymiego jesionu. Nad nią, wysoko, kołował sokół, pod nią, w dole, w mroku, słyszała syk węży, chrzęst ocierających się o siebie łusek.

Coś poruszyło się obok niej. Po jej wyprężonym i obolałym ramieniu przebiegła wiewiórka.

— Czy jesteś gotowa? — spytała wiewiórka. - Czy jesteś gotowa na poświęcenie? Co jesteś gotowa poświęcić?

— Nie mam nic! — ból oślepiał i paraliżował. - A nawet gdybym miała, nie wierzę w sens takiego poświęcenia! Ja nie chcę cierpieć za miliony! Ja nie chcę cierpieć w ogóle! Za nikogo i dla nikogo!

— Nikt nie chce cierpieć. A przecież jest to udziałem każdego. A niektórzy cierpią bardziej. Niekoniecznie z wyboru. Rzecz nie w tym, że znosi się cierpienie. Rzecz w tym, jak się je znosi.

*****

Janka! Janeczka!

Zabierz ode mnie tego garbatego potwora! Nie chcę na niego patrzeć!

To twoja córka, tak samo jak moja.

Doprawdy? Dzieci, które ja spłodziłem, są normalne.

Jak śmiesz… Jak śmiesz sugerować…

To w twojej elfiej rodzinie były czarownice. To ty usunęłaś pierwszą ciążę. To przez to. Masz skażoną elfią krew i łono, kobieto. Dlatego rodzisz potwory.

To nieszczęśliwe dziecko… Taka była wola bogów! To twoja córka, tak samo jak i moja! Co miałam zrobić? Udusić ją? Nie podwiązywać pępowiny? Co mam zrobić teraz? Wyprowadzić ją do lasu i zostawić? Czego ty ode mnie chcesz, na bogów?

Tato! Mamo!

Precz, dziwolągu.

Jak śmiesz! Jak śmiesz bić dziecko! Stój! Dokąd idziesz? Dokąd? Do niej, tak? Do niej!

A tak, kobieto. Jestem mężczyzną, wolno mi zaspokajać żądze, gdzie chcę i kiedy chcę, to moje przyrodzone prawo. A ty mnie mierzisz. Ty i owoc twego zwyrodniałego żywota. Nie czekaj z wieczerzą. Nie wrócę na noc.

Mamo…

Dlaczego płaczesz?

Dlaczego mnie bijesz i odpychasz? Przecież byłam grzeczna…

Mamo! Mamusiu!

*****

— Czy zdolna jesteś do wybaczania?

— Wybaczyłam już dawno.

— Nasyciwszy się pierwej zemstą.

— Tak.

- Żałujesz?

— Nie.

Ból, potworny ból masakrowanych dłoni i palców.

— Tak, jestem winna! Czy to chciałaś usłyszeć? Wyznanie i skruchę? Chciałaś usłyszeć, jak Yennefer z Vengerbergu kaja się i korzy? Nie, tej przyjemności ci nie dam. Winy wyznaję i oczekuję kary. Ale ty nie doczekasz się mojej skruchy!

Ból sięga granic tego, co człowiek jest w stanie wytrzymać.

— Wypominasz mi zdradzonych, oszukanych, wykorzystanych, wypominasz mi tych, co umarli przeze mnie z własnej ręki, z mojej ręki… To, że podniosłam kiedyś rękę na siebie? Miałam widać powody! I nie żałuję niczego! Choćbym mogła cofnąć czas… Nie żałuję niczego.

Sokół usiadł na jej ramieniu.

Wieża Jaskółki. Wieża Jaskółki. Spiesz do Wieży Jaskółki, Córeczko.

*****

Pieje kogut Kambi.

*****

Ciri na karej klaczy, z szarymi włosami targanymi wiatrem w galopie. Z jej twarzy leje się i pryska krew, jaskrawa, żywa czerwień. Kara klacz wzbija się jak ptak, gładko prześlizguje się nad belką kołowrotu. Ciri chwieje się w siodle, ale nie spada…


Ciri wśród nocy, wśród kamienno-piaszczystego pustkowia, ze wzniesioną ręką, z ręki wylatuje świecąca kula… Jednorożec grzebiący kopytem żwir… Wiele jednorożców… Ogień… Ogień…

Geralt na moście. W walce. W ogniu. Płomień odbija się w ostrzu miecza.

Fringilla Vigo, jej zielone oczy szeroko rozwarte w rozkoszy, jej ciemna ostrzyżona główka na otwartej księdze, na frontyspisie… Widać fragment tytułu: Uwagi o śmierci niechybnej…

W oczach Fringilli odbijają się oczy Geralta.

Otchłań. Dym. Schody prowadzące w dół. Schody, którymi trzeba zejść. Coś się kończy. Nadchodzi Tedd Deireadh, Czas Końca…

Ciemność. Wilgoć. Przeraźliwe zimno kamiennych ścian. Zimno żelaza na przegubach rąk, na kostkach nóg. Ból tętniący w zmasakrowanych dłoniach, rwący w zmiażdżonych palcach…

Ciri trzyma ją za rękę. Długi, ciemny korytarz, kamienne kolumny, może posągi… Mrok. W nim szepty, ciche jak szum wiatru.

Drzwi. Nieskończenie wiele drzwi o gigantycznych, ciężkich skrzydłach otwiera się przed nimi bez szmeru.

A na końcu, w nieprzebitej ciemności, takie, które nie otworzą się same. Których otworzyć nie wolno.

Jeżeli się boisz, zawróć.

Nie wolno otworzyć tych drzwi. Ty o tym wiesz.

Wiem.

A jednak prowadzisz mnie tam.

Jeżeli się boisz, zawróć. Jeszcze jest czas, by zawrócić. Jeszcze nie jest za późno.

A ty?

Dla mnie jest.

Pieje kogut Kambi.

Nadszedł Tedd Deireadh.

Aurora borealis.

Świt.

*****

— Yennefer. Zbudź się.

Poderwała głowę. Spojrzała na dłonie. Miała obie. Całe.

— Sigrdrifa? Zasnęłam…

— Chodź.

— Dokąd? — szepnęła. - Dokąd tym razem?

— Słucham? Nie rozumiem cię. Chodź. Musisz to zobaczyć. Coś się stało… Coś dziwnego. Żadna z nas nie wie, jak i czym to wytłumaczyć. A ja się domyślam. Łaska… Spłynęła na ciebie łaska bogini, Yennefer.

— O co chodzi, Sigrdrifo?

— Spójrz.

Spojrzała. I westchnęła głośno.

Brisingamen, święty klejnot Modron Preyji, nie wisiał już na szyi bogini. Leżał u jej stóp.

*****

— Dobrze słyszę? - upewnił się Crach an Craite. - Przenosisz się z twym magicznym warsztatem na Hindarsfjall? Kapłanki udostępnią ci święty brylant? Pozwolą wykorzystać go w twej piekielnej machinie?

— Tak.

— No, no. Yennefer, czy ty się aby nie nawróciłaś? Co się tam wydarzyło, na wyspie?

— Nieważne. Wracam do świątyni i tyle.

— A środki finansowe, o które prosiłaś? Będą potrzebne?

— Raczej tak.

— Seneszal Guthlaf wypełni każde twoje odnośne polecenie. Ale, Yennefer, wydaj te polecenia szybko. Pospiesz się. Odebrałem nowe wieści.

— Cholera, tego się obawiałam. Wiedzą już, gdzie jestem?

— Nie, jeszcze nie wiedzą. Ostrzeżono mnie natomiast, że możesz się pojawić na Skellige i polecono natychmiast uwięzić. Polecono też brać na wyprawach jeńców i dywulgować z nich informacje, choćby nawet strzępki informacji dotyczące ciebie. Twojej bytności w Nilfgaardzie lub w prowincjach. Yennefer, pośpiesz się. Gdyby cię wyśledzili i dopadli tu, na Skellige, znalazłbym się w lekko kłopotliwej sytuacji.

— Zrobię, co w mojej mocy. Także w tym kierunku, by cię nie skompromitować. Nie bój się.

Crach wyszczerzył zęby.

— Powiedziałem: lekko. Ja się ich nie boję. Ani królów, ani czarodziejów. Nic mi nie mogą zrobić, bo jestem im potrzebny, A do tego, by udzielić ci pomocy, byłem zobowiązany przysięgą lenną. Tak, tak, dobrze słyszysz. Formalnie nadal jestem wasalem korony Cintry. A Cirilla ma do tej korony formalne prawa. Reprezentując Cirillę, będąc jej jedyną opiekunką, masz formalne prawo rozkazywać mi, domagać się posłuszeństwa i serwitutów.

— Kazuistyczne sofizmaty.

— No pewnie — parsknął. - Sam to zakrzyknę, wielkim głosem, gdyby mimo wszystko okazało się jednak prawdą, że Emhyr var Emreis zmusił dziewczynę do małżeństwa. Także wtedy, gdyby za pomocą jakichś prawniczych kruczków i zakrętasów wyzuto Ciri z praw do tronu i podstawiono kogoś innego, choćby tego bęcwała Vissegerda. Wtedy bez zwłoki wypowiem posłuszeństwo i przysięgę lenniczą.

— A gdyby — Yennefer zmrużyła oczy — mimo wszystko okazało się, że Ciri nie żyje?

— Ona żyje — rzekł twardo Crach. - Wiem to na pewno.

— Skąd?

— Nie będziesz chciała dać wiary.

— Wypróbuj mnie.

— Krew królowych Cintry — zaczął Crach — przedziwnie związana jest z morzem. Gdy umiera któraś z kobiet tej krwi, morze wpada w istne szaleństwo. Mówi się, że Ard Skellig opłakuje córki Riannon. Bo sztorm jest wtedy tak silny, że bijące od zachodu fale przeciskają się przez szczeliny i jaskinie po strome wschodniej i nagle ze skały tryskają słone ruczaje. A cała wyspa drży. Prosty lud mówi: oto Ard Skellig szlocha. Znowu ktoś umarł. Umarła krew Riannon. Starsza Krew.

Yennefer milczała.

— To nie jest bajka — podjął Crach. - Sam to widziałem, na własne oczy. Trzykrotnie. Po śmierci Adalii Wróżki, po śmierci Calanthe… I po śmierci Pavetty, matki Ciri.

— Pavetta — zauważyła Yennefer — zginęła właśnie w czasie sztormu, trudno więc mówić…

— Pavetta — przerwał Crach, nadal zamyślony — nie zginęła w czasie sztormu. Sztorm zaczął się po jej śmierci, morze jak zwykle zareagowało na zgon kogoś z cintryjskiej krwi. Badałem tę sprawę dostatecznie długo. I jestem pewien swego.

— To znaczy, czego?

— Statek, którym płynęli Pavetta i Duny, przepadł na osławionej Głębi Sedny. Nie był to pierwszy statek, który tam przepadł. Z pewnością wiesz o tym.

— Bajki. Statki ulegają katastrofom, to rzecz raczej naturalna…

— Na Skellige — przerwał dość ostro — wiemy dość o statkach i żegludze, by móc odróżniać katastrofy naturalne od nienaturalnych. Na Głębi Sedny staki giną nienaturalnie. I nieprzypadkowo. To samo dotyczy statku, którym płynęli Pavetta i Duny.

— Nie polemizuję — westchnęła czarodziejka. - Jakie to zresztą ma znaczenie? Po piętnastu bez mała latach?

— Dla mnie ma — zacisnął usta jarl. - Ja wyświetlę tę sprawę. To tylko kwestia czasu. Będę wiedział… Znajdę wyjaśnienia. Znajdę wyjaśnienia wszystkich zagadek. Także tej z czasu rzezi Cintry…

— Jaka to z kolei zagadka?

— Gdy Nilfgaardczycy wdarli się do Cintry — mruknął, patrząc w okno — Calanthe rozkazała tajemnie wywieźć Ciri z miasta. Rzecz w tym, że miasto już płonęło, Czarni byli wszędzie, szansę na wydostanie się z oblężenia były nikłe. Odradzano królowej tę ryzykowną imprezę, sugerowano, by Ciri formalnie kapitulowała przed hetmanami Nilfgaardu, w ten sposób uratuje życie i cintryjską rację stanu. Na płonących ulicach niechybnie i bezsensownie zginie z rąk żołdackiej tłuszczy. A Lwica… Wiesz, co według naocznych świadków odpowiedziała?

— Nie.

— Niech lepiej krew dziewczyny popłynie po bruku Cintry, niż by miała być splugawiona. Splugawiona czym?

— Małżeństwem z cesarzem Emhyrem. Plugawym Nilfgaardczykiem. Jarlu, już późno. Jutro o świcie zaczynam… Będę informować cię o postępach.

— Liczę na to. Dobranoc, Yenna… Hmmm….

— Co, Crach?

— Czy nie miałabyś, hmmm, ochoty…

— Nie, jarlu. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Dobranoc.

*****

— Proszę, proszę — Crach an Craite przyjrzał się gościowi, przekrzywiwszy głowę. - Triss Merigold we własnej osobie. Cóż za prześliczna suknia. A futro… to szynszyle, prawda? Zapytałbym, cóż to sprowadza cię na Skellige… Gdybym nie wiedział, co cię sprowadza. Ale wiem.

- Świetnie — Triss uśmiechnęła się uwodzicielsko, poprawiła swe piękne kasztanowate włosy. - Świetnie, że wiesz, jarlu. Oszczędzi nam to wstępu i wstępnych wyjaśnień, pozwoli przejść od razu do rzeczy.

— Do jakich rzeczy? — Crach skrzyżował ręce na piersi i zmierzył czarodziejkę zimnym wzrokiem. - Cóż to mielibyśmy poprzedzać wstępami, na jakież to wyjaśnienia liczysz? Kogo ty reprezentujesz, Triss? W czyim imieniu przybywasz? Król Foltest, któremu służyłaś, podziękował ci za służbę banicją. Choć w niczym nie zawiniłaś, wygnał cię z Temerii. Wzięła cię, jak słyszałem, pod skrzydła Filippa Eilhart, obecnie wraz z Dijkstrą sprawująca w Redanii faktyczne rządy. Jak widzę, odwdzięczasz się za azyl, jak możesz najlepiej. Nie wahasz się nawet podejmować roli tajnego agenta do tropienia twej byłej przyjaciółki.

— Obrażasz mnie, jarlu.

— Uniżenie przepraszam. Jeśli się pomyliłem. Pomyliłem się?

Milczeli długo, mierżąc się nieufnym wzrokiem. Wreszcie Triss żachnęła się, zaklęła, tupnęła obcasikiem.

— Ach, do diabła! Przestańmy wodzić się wzajem za nosy! Jakie teraz ma znaczenie, kto komu służy, kto z kim trzyma, kto komu dochowuje wiary i z jakich motywacji? Yennefer nie żyje. Nadal nie wiadomo, gdzie i w czyjej mocy jest Ciri… Jaki sens ma ta zabawa w sekrety? Nie przypłynęłam tu jako szpieg, Crach. Przybyłam tu z własnej inicjatywy, jako osoba prywatna. Powodowana troską o Ciri.

— Wszyscy troszczą się o Ciri. Ma dziewczyna szczęście.

Oczy Triss zabłysły.

— Nie drwiłabym z tego. Na twoim miejscu zwłaszcza.

— Wybacz.

Milczeli, patrząc w okno, na czerwone słońce zachodzące za lesiste szczyty Spikeroog.

— Triss Merigold.

— Słucham, jarlu.

— Zapraszam cię na kolację. Aha, kucharz kazał zapytać, czy wszystkie czarodziejki gardzą dobrze przyrządzonymi owocami morza?

*****

Triss nie gardziła owocami morza. Przeciwnie, zjadła ich dwa razy więcej, niż zamierzała i teraz zaczęła się obawiać o talię — o te dwadzieścia dwa cale, z których była tak dumna. Postanowiła wspomóc trawienie białym winem, słynnym Est Est z Toussaint. Podobnie jak Crach, piła je z rogu.

— Tak więc — podjęła rozmowę — Yennefer zjawiła się tu dziewiętnastego sierpnia, spektakulamie spadając z nieba w rybackie sieci. Ty jako wierny lennik Cintry, udzieliłeś jej azylu. Pomogłeś zbudować megaskop… Z kim i o czym rozmawiała, oczywiście nie wiesz.

Crach an Craite tęgo pociągnął z rogu i stłumił beknięcie.

— Nie wiem — uśmiechnął się chytrze. - Pewnie, że nic nie wiem. Skąd ja, biedny i prosty żeglarz, mógłbym wiedzieć cokolwiek o poczynaniach możnych czarodziejek?

*****

Sigrdrifa, kapłanka Modron Freyji, nisko opuściła głowę, jak gdyby pytanie Cracha an Craite przytłoczyło ją tysiącfuntowym ciężarem.

— Ona mi zaufała, jarlu — wymamrotała ledwie słyszalnie. - Nie wymagała składania przysięgi milczenia, ale w sposób oczywisty zależało jej na dyskrecji. Ja naprawdę nie wiem, czy…

— Modron Sigrdrifo — przerwał poważnie Crach an Craite — To, o co cię proszę, to nie donosieielstwo. Podobnie jak ty, sprzyjam Yennefer, podobnie jak ty pragnę, by odnalazła i ocaliła Ciri. Ba, ja złożyłem Bloedgeas, przysięgę krwi! Zaś co do Yennefer, to kieruje mną troska o nią. To kobieta niezwykle dumna. Nawet idąc na bardzo duży hazard, nie zniży się do próśb. Trzeba zatem będzie, nie wykluczam tego, pospieszyć jej z pomocą nieproszoną. Aby móc to zrobić, potrzebuję informacji.

Sigrdrifa odchrząknęła. Minę miała niewyraźną. A gdy zaczęła mówić, jej głos drżał lekko.

— Skonstruowała tę jej machinę… W sumie to wcale nie machina, bo nie ma tam żadnego mechanizmu, tylko dwa zwierciadła, czarna aksamitna kotara, pudło, dwie soczewki, cztery lampy, no i oczywiście Brisingamen… Gdy ona wypowiada zaklęcie, światło z dwóch lamp pada…

— Zostawmy detale. Z kim się komunikowała?

— Rozmawiała z kilkoma osobami. Z czarodziejami… Jarlu, nie słyszałam wszystkiego, ale to, co usłyszałam… Wśród nich są ludzie prawdziwie nikczemni. Żaden nie chciał pomagać bezinteresownie… Żądali pieniędzy… Wszyscy żądali pieniędzy…

— Wiem — mruknął Crach. - Bank poinformował mnie o przekazach, jakie uruchomiła. Ładny, oj, ładny grosz kosztuje mnie moja przysięga! Ale pieniądze to rzecz nabyta. To, co wydałem na Yennefer i Ciri, zrekompensuję sobie na nilfgaardzkich prowincjach. Ale mów dalej, matko Sigrdrifo.

— Niektórych — kapłanka spuściła głowę — Yennefer zwyczajnie szantażowała. Dawała do zrozumienia, że jest w posiadaniu kompromitujących informacji i że wobec odmowy współpracy ujawni je całemu światu… Jarlu… To mądra i w sumie dobra kobieta… Ale skrupułów to ona nie ma żadnych. Jest bezwzględna. I bezlitosna.

— To akurat wiem. O szczegółach szantaży natomiast wiedzieć nie chcę, a i tobie radzę jak najszybciej o nich zapomnieć. To niebezpieczna wiedza. Z takim ogniem postronni nie powinni igrać.

— Wiem, jarlu. Tobie winna jestem posłuszeństwo… I wierzę, że twoje cele uświęcają środek. Nikt inny nie dowie się ode mnie niczego. Ani przyjaciel w przyjacielskiej pogawędce, ani wróg na torturach.

— Dobrze, Modron Sigrdrifo. Bardzo dobrze… Czego dotyczyły pytania Yennefer, pamiętasz?

— Nie zawsze i nie wszystko pojmowałam, jarlu. Posługiwali się żargonem, który ciężko wyrozumieć… Była często mowa o jakimś Vilgefortzu…

— Jakżeby inaczej — Crach słyszalnie zgrzytnął zębami.

Kapłanka spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem.

— Mówiono też dużo o elfach i o Wiedzących — podjęła. - I o magicznych portalach. Była mowa nawet o Głębi Sedny… Głównie jednak, jak mi się zdaje, chodziło o wieże.

— O wieże?

— Tak. O dwie. Wieżę Mewy i Wieżę Jaskółki.

*****

— Tak przypuszczałam — powiedziała Triss — Yennefer zaczęła od zdobycia tajnego raportu komisji Radcliffe'a, która badała sprawę wypadków na Thanedd. Nie wiem, jakie wieści o tej aferze dotarły tu, na Skellige… Słyszałeś o teleporcie Wieży Mewy? I o komisji Radcliffe'a?

Crach an Craite spojrzał na czarodziejkę podejrzliwie.

— Tu, na wyspy — wykrzywił się — nie dociera ni polityka, ni kultura. Jesteśmy zacofani.

— Komisja Radcliffe'a — Triss uznała za celowe nie zwracać uwagi ani na jego ton, ani minę — szczegółowo zbadała wiodące z Thanedd ślady teleportacyjne. Znajdujący się na wyspie portal Tor Lara, dopóki istniał, negował w znacznym promieniu wszelką magię teleportacyjną. Ale, jak niezawodnie wiesz, Wieża Mewy eksplodowała i rozpadła się, czyniąc teleportację możliwą. Większość uczestników wypadków na Thanedd wydostała się z wyspy za pomocą utworzonych portali.

— W samej rzeczy — uśmiechnął się jarl. - Ty, żeby daleko nie szukać, poleciałaś prosto do Brokilonu. Z wiedźminem na plecach.

— No proszę — Triss spojrzała mu w oczy. - Nie dociera polityka, nie dociera kultura, a plotki docierają. Ale zostawmy to chwilowo, wróćmy do prac komisji Radcliffe'a. Komisji chodziło o dokładne ustalenie, kto się z Thanedd teleportował i dokąd. Użyto tak zwanych synopsów, czarów zdolnych odtworzyć obraz przeszłych wydarzeń i zestawić wykryte ślady teleportacyjne z kierunkami, do których wiodły, a w konsekwencji przypisać do określonych osób, które portale otwarły. Udało się praktycznie we wszystkich przypadkach. Poza jednym. Jeden ślad teleportacyjny wiódł donikąd. Dokładniej, w morze. Na Głębię Sedny.

— Ktoś — domyślił się z miejsca jarl — teleportował się na czekający w umówionym miejscu statek. Ciekawe tylko, że tak daleko… I w miejsce o tak złej sławie. No, ale jeśli topór wisi nad karkiem…

— Właśnie. Komisja też na to wpadła. I sformułowała wniosek następujący: To Vilgefortz, schwytawszy Ciri i mając odciętą inną drogę ucieczki, skorzystał z wyjścia rezerwowego: wraz z dziewczyną teleportował się na Głębię Sedny, na czekający tam nilfgaardzki okręt. Tn właśnie według komisji wyjaśnia fakt, że Ciri była przedstawiona na dworze cesarskim w Loc Grim już dziesiątego lipca, zaledwie dziesięć dni po wydarzeniach na Thanedd.

— No, tak — jari zmrużył oczy. - To wiele wyjaśnia. Ma się rozumieć, pod warunkiem, że komisja się nie pomyliła.

— Owszem — czarodziejka wytrzymała spojrzenie, pozwoliła sobie nawet na drwiący uśmieszek. - W Loc Grim, ma się rozumieć, mógł być równie dobrze zaprezentowany sobowtór, nie prawdziwa Ciri. To też może wiele wyjaśniać. Nie wyjaśnia jednak jeszcze jednego faktu, który ustaliła komisja Radcliffe'a. Tak dziwnego, że w pierwszej wersji raportu pominięto go jako zbyt nieprawdopodobny. W drugiej wersji raportu, ściśle utajnionej, ten fakt podano jednak. Jako hipotezę.

— Zamieniłem się w słuch już jakiś czas temu, Triss.

— Hipoteza komisji brzmi: teleport Wieży Mewy był czynny, działał. Ktoś nim przeszedł, a energia tego przejścia była tak silna, że teleport eksplodował i uległ destrukcji.

— Yennefer — podjęła po chwili Triss — musiała się o tym dowiedzieć. O tym, co wykryła komisja Radcliffe'a. Co umieściła w tajnym raporcie. Istnieje mianowicie szansa… Cień szansy… Że Ciri udało się bezpiecznie przejść portalem Tor Lara. Że umknęła przed Nilfgaardem i przed Vilgefortzem…

— Gdzież tedy się znajduje?

— Też chciałabym to wiedzieć.

*****

Było diabelnie ciemno, skryty za zwałami chmur księżyc w ogóle nie dawał światła. W porównaniu do poprzednich noc była jednak wyjątkowo mało wietrzna i dzięki temu nie tak zimna. Czółno lekko tylko kołysało się na pomarszczonej falkami powierzchni wody. Pachniało bagnem. Butwiejącym zielskiem. I węgorzym śluzem.

Gdzieś pod brzegiem bóbr strzelił ogonem o wodę, tak, że oboje podskoczyli. Ciri była pewna, że Vysogota zadrzemał, a bóbr go obudził.

— Opowiadaj dalej — powiedziała, wycierając nos czystą, nie pokrytą jeszcze śluzem częścią rękawa. - Nie Śpij. Gdy ty przysypiasz, mnie również oczy się kleją, jeszcze prąd nas zniesie i obudzimy się na morzu! Opowiadaj dalej o tych teleportach!

— Uciekając z Thanedd — podjął pustelnik — przeszłaś przez portal Wieży Mewy, Tor Lara. A Geoffrey Monck, największy chyba autorytet w kwestii teleportacji, autor dzieła zatytułowanego Magia Starszego Ludu, będącego opus magnum wiedzy o elfich teleportach, pisze, że portal Tor Lara wiedzie do Wieży Jaskółki, Tor Zireael…

— Teleport z Thanedd był spaczony — przerwała Ciri. - Może dawniej, nim się popsuł, to wiódł do jakiejś jaskółki. Ale teraz wiedzie na pustynię. To się nazywa: portal chaotyczny. Uczyłam się o tym.

— Ja, wyobraź sobie, też — parsknął staruszek. - Wiele z tych nauk pamiętam. Dlatego też tak zdumiewa mnie twoja opowieść… Niektóre jej fragmenty. Właśnie te, które dotyczą teleportacji…

— Możesz mówić jaśniej?

— Mogę, Ciri. Mogę. Ale teraz czas najwyższy wyciągnąć żak. Już pewnie nalazło do niego węgorzy. Gotowa?

— Gotowa — Ciri popluta w dłonie i chwyciła bosak. Vysogota ujął za mknący w wodzie sznur.

— Wyciągamy. Raz, dwa… trzy! I do łodzi! Łap je, Ciri, łap! Do kosza, bo pouciekają!

*****

Już drugą noc wypływali dłubanką na bagnisty dopływ rzeki, zastawiali żaki i więcierze na węgorze, masami ciągnące ku morzu. Wracali do chałupy grubo po północy, ubabrani śluzem od góry do dołu, mokrzy i zmęczeni jak diabli.

Ale nie kładli się od razu spać. Połów przeznaczony na handel wymienny trzeba było umieścić w skrzyniach i dobrze zabezpieczyć — gdyby węgorze znalazły najmniejszą szczelinę, rano w skrzyni nie byłoby ani jednego. Po skończonej pracy Vysogota obdzierał ze skóry dwa lub trzy co grubsze węgorzyska, krajał je na dzwonka, obtaczał w mące i smażył na ogromnej patelni. Potem jedli i gadali.

— Widzisz, Ciri, mnie ciągle spać nie daje jedna rzecz. Nie zapomniałem, jak zaraz po twoim wyzdrowieniu nie mogliśmy zgodzić się co do dat, przy czym rana na twoim policzku stanowiła najdokładniejszy z możliwych kalendarz. Rana ta nie mogła być starsza niż dziesięć godzin, ty zaś upierałaś się, że zraniono cię przed czterema dniami. Choć pewien byłem, że chodzi o zwykłą pomyłkę, nie mogłem przestać myśleć o tym, wciąż zadawałem sobie pytanie: gdzie podziały się te zgubione cztery dni?

— No i co? Gdzie one się, twoim zdaniem, podziały?

— Nie wiem.

— To pięknie.

Kot wykonał długi sus, przygwożdżona pazurami mysz zapiszczała cienko. Kocur bez pośpiechu zgryzł jej kark, wypruł wnętrzności i zaczął je z apetytem zjadać. Ciri przyglądała się beznamiętnie.

— Teleport Wieży Mewy — zaczął znowu Vysogota — wiedzie do Wieży Jaskółki. A Wieża Jaskółki…

Kot zjadł całą mysz, ogon zostawiając na deser.

— Teleport Tor Lara — powiedziała Ciri, ziewając szeroko — jest spaczony i wiedzie na pustynię. Mówiłam ci chyba ze sto razy.

— Nie w tym rzecz, ja o czym innym. O tym, że jest połączenie między tymi dwoma teleportami. Portal Tar Lara był spaczony, zgoda. Ale jest jeszcze teleport Tor Zireael. Gdybyś dotarła do Wieży Jaskółki, mogłabyś teleportować się z powrotem na wyspę Thanedd. Znalazłabyś się daleko od grożącego ci niebezpieczeństwa, poza zasięgiem twych wrogów.

— Ha! To by mi pasowało. Jest jednak jeden mały szkopuł. Ja nie mam pojęcia, gdzie jest owa Wieża Jaskółki, — Na to, być może, znajdę remedium. Wiesz, Ciri, co dają człowiekowi studia uniwersyteckie?

— Nie. Co?

— Umiejętność korzystania ze źródeł.

*****

— Wiedziałem — powiedział z dumą Vysogota — że znajdę. Szukałem, szukałem i… O, psiakrew…

Naręcze ciężkich ksiąg wymknęło mu się z palców, inkunabuły rymnęły na polepę, karty wyleciały z zetlałych opraw i rozsypały się bezładnie.

— Co znalazłeś? - Ciri kucnęła obok, pomogła mu pozbierać porozrzucane stronice.

— Wieżę Jaskółki! — pustelnik odpędził kocura, który bezczelnie usadowił się na jednej ze stronic. - Tor Zireael. Pomóż mi.

— Ależ to obrosło kurzem! Aż się lepi! Vysogoto? Co to jest? Tu, na tym obrazku? Ten człowiek wiszący na drzewie?

— To? — Vysogota przyjrzał się luźnej stronicy. - Scena z legendy o Hemdallu. Heros Hemdall wisiał przez dziewięć dni i dziewięć nocy na Jesionie Światów, by poprzez poświęcenie i ból posiąść wiedzę i moc.

— Kilka razy — Ciri potarła czoło — śniło mi się coś takiego. Człowiek wiszący na drzewie…

— Grawiura wypadła, o, z tej księgi. Jeśli chcesz, możesz później poczytać. Teraz jednak ważniejsze jest… O, nareszcie, mam. Peregrynacje po szlakach i miejscach magicznych Buyvida Backhuysena, książka przez niektórych uznawana za apokryf…

— Znaczy, za blagę?

— Mniej więcej. Ale byli i tacy, którzy książkę doceniali… O, posłuchaj… Zaraza, jak tu ciemno…

- Światła jest dość, to ty ze starości ślepniesz — powiedziała Ciri z właściwym młodości beznamiętnym okrucieństwem. - Daj, sama przeczytam. Od którego miejsca?

— Tu — pokazał kościstym palcem. - Czytaj na głos.

*****

— Dziwacznym językiem pisał ten cały Buyvid. Assengard to był chyba jakiś zamek, jeśli się nie mylę. Ale co to za kraina: Stojeziory? Nigdy o takiej nie słyszałam. I co to jest trifolium?

— Koniczynka. A o Assengardzie i Stujeziorach opowiem ci, gdy dokończysz czytania.

— I jako żywo, ledwie elf Ayallac'h one słowa wyrzekł, jak wybiegli spod wód jeziornych ptaszkowie owi mali i czarni, co się na dnie odmętu całą zimę przed mrozem chronili. Albowiem jaskółka, jak to wiedzą ludzie uczeni, trybem innych ptaków na wyraj nie leci i wiosną nie powraca, lecz pazurkami w wielkie kupy się poszczepiawszy, na dno wód zapada, tam całą zimową porę przepędza i dopiero wiosną spód wód de profundis wylata. Jest atoli ten ptak nie tylko wiosny i nadziei symbolem, ale i czystości nieskalanej wzorem, albowiem na ziemi nigdy nie siadywa i z ziemskim brudem i plugastwem styczności nijakiej nie ma.

— Wróćmy jednakoż do jeziora naszego: krążący ptaszkowie mgłę, rzekłbyś, skrzydłeczkami swemi rozproszyli, bo tandem niespodzianie wyłoniła się z mgły wieżyca cudowna, czarnoksięska, a myśmy jednym westchnęli podziwu głosem, bo była ona wieżyca jakoby z oparu utkana, mgły mająca za fundamentum, a u szczytu zwieńczona lśnieniem zorzy, czarnoksięską aurora borealis. Zaiste, potężną magiczną sztuką musiała być owa wieża zbudowana, ponad ludzkie zrozumienie.

— Spostrzegł naszą admiracyję elf Arallac'h i rzekł:

"Oto Tor Zireael, Wieża Jaskółki. Oto Brama Światów i Wrota Czasu. Naciesz, człowieku, oczy tym widokiem, bo nie każdemu i nie zawżdy bywa on dany."

— Pytany zaś, azali przybliżyć się można i z bliska na ową Wieżę poglądnąć albo propria manu dotknąć, zaśmiał się Avallac'h. "Tor Zireael, rzekł, to dla was marzenie senne, nie dotyka się marzenia. I dobrze to, dobawil, albowiem Wieża służy jedynie Wiedzącym i nielicznym Wybranym, dla których Wrota Czasu są bramami nadziei i odrodzenia. Ale dla profanów są to bramy koszmaru."

— Ledwie te słowa wyrzekł, opadły znowu mgły i prospektu owego czarownego oczom naszym odmówiły…

— Kraina Stojeziory — wyjaśnił Vysogota — dzisiaj nazywa się Mil Trachta. Jest to bardzo rozległe, przecięte rzeką Yeleną pojezierze w północnej części Metinny, blisko granicy z Nazairem i Mag Turga. Buyyid Backhuysen pisze, że szli ku jezioru z północy, od strony Assengardu… Dziś nie ma już Assengardu, zostały tylko ruiny, najbliższym miastem jest Neunreuth. Buyvid wyliczył od Assengardu sześćset stajań. Różne stajania bywały w użyciu, ale przyjmijmy najpopularniejszą rachubę, zgodnie z którą sześćset stajań daje na okrągło pięćdziesiąt mil. Na południe od Assengardu, który od nas, od Pereplutu, oddalony jest o jakieś trzysta pięćdziesiąt mil. Inaczej mówiąc, od Wieży Jaskółki oddziela cię plus minus trzysta mil. Ciri. Na twojej Kelpie to jakieś dwa tygodnie drogi. Oczywiście wiosną. Nie teraz, gdy za dzień lub dwa mogą przyjść mrozy.

— Z Assengardu, o którym czytałam — mruknęła Ciri, marszcząc w zamyśleniu nos — zostały od tamtych czasów ruiny. A ja na własne oczy widziałam elfie miasto Shaerrawedd w Kaedwen, byłam tam. Ludzie wydłubali i wyszabrowali wszystko, zostawili tylko goły kamień. Założę się, że z twojej Wieży Jaskółki też zostały kamienie, te większe, bo mniejsze pewnie pokradli. Jeśli w dodatku był tam portal…

— Tor Zireael była magiczna. Nie dla wszystkich widzialna. A teleporty nigdy nie są widzialne.

— Prawda — przyznała i zamyśliła się. - Ten na Thanedd nie był. Pojawił się nagle na gołej ścianie… W samą porę zresztą się pojawił, bo ten czarownik, który mnie ścigał, już był blisko… Już go słyszałam… I wówczas, jak na zawołanie, pojawił się portal.

— Jestem pewien — powiedział cicho Vysogota — że gdybyś trafiła do Tor Zireael, tamtejszy teleport też ci się objawi. Choćby w ruinach, wśród gołych kamieni. Jestem pewien, że udałoby się ci odnaleźć go i uaktywnić. A on, pewien jestem, usłuchałby twego rozkazu. Bo ja myślę, Ciri, że ty jesteś wybranką.

*****

— Twoje włosy, Triss, są jak ogień w świetle świec. A twoje oczy są jak lapis lazuli. Twoje wargi są jak korale…

— Przestań, Crach. Upiłeś się, czy jak? Nalej mi jeszcze wina. I opowiadaj.

— O czym niby?

— Nie udawaj! O tym, jak Yennefer postanowiła popłynąć na Głębię Sedny.

*****

— Jak ci idzie? Opowiadaj, Yennefer.

— Wpierw ty odpowiedz mi na pytanie: kim są dwie kobiety, które niezmiennie spotykam, gdy idę do ciebie? A które zawsze obdarzają mnie spojrzeniami, normalnie zarezerwowanymi dla leżącego na dywanie kociego gówna? Kim one są?

— Czy interesuje cię stan formalno-prawny, czy faktyczny?

— Ten drugi.

— W takim razie to są moje żony.

— Rozumiem. Wyjaśnij im może przy sposobności, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

— Wyjaśniałem. Ale baby jak to baby. Mniejsza z tym. Opowiadaj, Yennefer. Interesują mnie postępy w twej pracy.

— Niestety — czarodziejka zagryzła wargi — postępy są znikome. A czas ucieka.

— Ucieka — kiwnął głową jarl. - I wciąż przynosi nowe sensacje. Otrzymałem wieści z kontynentu, powinny cię zainteresować. Pochodzą one z korpusu Vissegerda. Wiesz, mam nadzieję, kim jest Vissegerd?

— Generał z Cintry?

— Marszałek. Dowodzi wchodzącym w skład armii temerskiej korpusem złożonym z cintryjsidch emigrantów i wolentarzy. Służy tam dość ochotników z wysp, bym miał wieści z pierwszej ręki.

— I co masz?

— Ty trafiłaś tu, na Skellige, dziewiętnastego sierpnia, dwa dni po pełni. Tego samego dnia, dziewiętnastego, znaczy, korpus Vissegerda w czasie walk nad Iną zagarnął grupę zbiegów, wśród których byli Geralt i ten jego znajomy trubadur…

— Jaskier?

— Właśnie. Vissegerd oskarżył obu o szpiegostwo, uwięził i bodaj zamierzał stracić, ale obaj więźniowie zbiegli i sprowadzili na Vissegerda Nilfgaardczyków, z którymi byli jakoby w zmowie.

— Bzdura.

— Też mi się tak wydaje. Ale chodzi mi po głowie, że Wiedźmin, wbrew temu, co sądzisz, realizuje może jakiś sprytny plan. Chcąc ratować Ciri wkrada się w łaski Nilfgaardu…

— Ciri nie ma w Nilfgaardzie. A Geralt nie realizuje żadnego planu. Planowanie nie jest jego najmocniejszą stroną. Zostawmy to. Ważne jest, że mamy już dwudziestego szóstego sierpnia, a ja nadal wiem zbyt mało. Zbyt mało, by cokolwiek przedsięwziąć… Chyba, żeby…

Zamilkła, wpatrzona w okno, bawiąc się przypiętą do czarnej aksamitki gwiazdą z obsydianu.

- Żeby co? — nie wytrzymał Crach an Craite.

— Miast kpić z Geralta, spróbować jego metody.

— Nie rozumiem.

— Można spróbować poświęcenia, jarlu. Podobno gotowość do poświęceń potrafi zaprocentować, przynieść dobry skutek… W postaci chociażby łaski bogini. Która lubi i ceni poświęcających się i cierpiących za sprawę.

— Nadal nie rozumiem — zmarszczył czoło. - Ale nie podoba mi się to, co mówisz, Yennefer.

— Wiem. Mnie też nie. Ale już i tak zaszłam za daleko… Tygrys mógł już usłyszeć pobekiwanie koźlęcia…

*****

— Tego się obawiałam — szepnęła Triss. - Tego właśnie się obawiałam.

— Co znaczy, że dobrze wtedy pojąłem — mięśnie na żuchwach Cracha an Craite zagrały silnie. - Yennefer wiedziała, że ktoś podsłucha rozmowy, które wiodła za pomocą tej piekielnej machiny. Albo że ktoś z rozmówców zdradzi ją podle…

— Albo jedno i drugie.

— Wiedziała — zgrzytnął zębami Crach. - Ale dalej robiła swoje. Bo to miała być przynęta? Ona sama miała być przynętą? Udawała, że wie więcej, niż wiedziała, by sprowokować wroga? I popłynęła na Głębię Sedny…

— Rzucając wyzwanie. Prowokując. Strasznie ryzykowała, Crach.

— Wiem. Nie chciała narażać nikogo z nas… Poza ochotnikami. Dlatego poprosiła o dwa drakkary…

— Mam dla ciebie dwa drakkary, o które prosiłaś. «Alkyone» i "Tamarę". I drużynę, ma się rozumieć. «Alkyone» dowodził będzie Guthlaf, syn Svena, prosił o ten zaszczyt, przypadłaś mu do gustu, Yennefer. "Tamarą" dowodzi Asa Thjazi, kapitan, do którego mam absolutne zaufanie. Aha, byłbym zapomniał. W załodze «Tamary» będzie też mój syn, Hjalmar Krzywogęby.

— Twój syn? Ile ma lat?

— Dziewiętnaście.

— Wcześnie zaczynałeś.

— Przygarnął kocioł garnkowi. Hjalmar prosił o włączenie go do załogi z powodów osobistych. Nie mogłem odmówić.

— Z powodów osobistych?

— Naprawdę nie znasz tej historii?

— Nie. Opowiedz.

Crach an Craite wychylił róg, zaśmiał się do swoich wspomnień.

— Dzieciaki z Ard Skellig — zaczął — uwielbiają zimą bawić się na łyżwach, doczekać się nie mogą na mróz. Pierwsze wyłażą na lód, ledwo skuje jezioro, na taflę tak cienką, że dorosłych by nie utrzymała. Ma się rozumieć, najlepszą zabawą są wyścigi. Rozpędzić się i gnać, ile sił, z jednego krańca jeziora na drugi. Chłopaki zaś urządzają zawody w tak zwanym "skoku łososia". Polega to na skakaniu na łyżwach przez przybrzeżne skałki, sterczące z lodu jak rekinie zęby. Tak jak łosoś, gdy skacze przez progi wodospadów. Wybiera się odpowiednio długi rząd takich kamieni, bierze rozpęd… Ha, sam tak skakałem jako smarkacz…

Crach an Craite zadumał się, uśmiechnął lekko.

— Oczywista — podjął — takie zawody wygrywał i puszył się potem jak paw ten, kto przeskoczył najdłuższy rząd głazów. W swoim czasie, Yennefer, ten zaszczyt często przypadał twemu uniżonemu słudze i obecnemu rozmówcy, he, he. W czasie, który nas bardziej interesuje, czempionem bywał mój syn, Hjalmar. Skakał przez takie kamienie, przez które żaden z chłopaków nie ośmielał się skoczyć. I chodził z zadartym nosem, wyzywając wszyatkich, by próbowali go pokonać. I podjęto jego wyzwanie. Ciri, córka Pavetty z Cintry. Nawet nie wyspiarka, choć się za taką uważała, jako że spędzała tu więcej czasu niż w Cintrze.

— Nawet po wypadku Pavetty? Myślałam, że Calanthe zabroniła jej tu bywać?

— Wiesz o tym? — spojrzał na nią bystro. - No tak, ty dużo wiesz, Yennefer… Dużo. Gniew i zakazy Calanthe nie trwały dłużej niż pół roku, potem Ciri znowu zaczęła spędzać tu lata i zimy… Na łyżwach jeździła jak czart, ale żeby skakać "łososiem" w zawody z chłopakami? I wyzywać Hjalmara? W głowie się nie mieściło!

— Skoczyła — domyśliła się czarodziejka.

— Skoczyła. Skoczyło to małe cintryjskie półdiablę. Prawdziwe Lwiątko z krwi Lwicy. A Hjalmar, by nie narazić się na pośmiewisko, musiał zaryzykować skok przez jeszcze dłuższy rząd kamieni. Zaryzykował. Złamał nogę, złamał rękę, złamał cztery żebra i rozwalił twarz. Do końca życia zostanie mu blizna. Hjalmar Krzywogęby! I jego słynna narzeczona! He, he!

— Narzeczona?

— O tym też nie wiedziałaś? Tyle wiesz, a tego nie? Przychodziła do niego, gdy po słynnym skoku leżał i kurował się. Czytywała mu, opowiadała, trzymała za rączkę… A gdy kto wchodził do komnaty, czerwienieli oboje jak dwa maki. No, a wreszcie Hjalmar zakomunikował mi, że się zaręczyli. Mało mnie szlag nie trafił. Ja ci, smarkaczu, powiadam na to, dam zaręczyny, ale bizunem z surowca! I strach mnie lekko obleciał, bo miarkowałem, że w Lwiątku gorąca krew, że u niej wszystko szastprast, bo to ryzykantka, żeby nie powiedzieć: mała wariatka… Szczęściem Hjalmar był cały w łubkach i bandażach, więc głupstw narobić nie mogli…

— Po ile oni wówczas mieli lat?

— On piętnaście, ona niecałe dwanaście.

— Chyba więc trochę przesadziłeś z obawami.

— Może trochę. Ale Calanthe, której musiałem o wszystkim powiedzieć, bynajmniej nie bagatelizowała sprawy. Wiem, że miała plany małżeńskie wobec Ciri, chyba szło o młodego Tankreda Thyssena z Koviru, a może o redańskiego Radowida, pewności nie mam. Ale plotki mogły zaszkodzić projektom mariażu, nawet plotki o niewinnych pocałunkach czy półniewinnych pieszczotkach. Calanthe bez chwili zwłoki zabrała Ciri do Cintry. Dziewczyna awanturowała się, ryczała, smarkała, ale nic nie pomogło. Z Lwicą z Cintry nie było dyskusji. Hjalmar potem dwa dni leżał z twarzą ku ścianie i nie odzywał się do nikogo… Gdy tylko wyzdrowiał, chciał ukraść skif i samojeden płynąć do Cintry. Dostał rzemieniem i przeszło mu. A potem…

Crach an Craite zamilkł, zadumał się.

— Potem przyszło lato, potem jesień i już cała nilfgaardzka potencja waliła na Cintrę od południowej ściany, przez Schody Marnadalskie. A Hjalmar znalazł inną okazję, by stać się mężczyzną. W Mamadalu, pod Cintrą, potem pod Sodden stawał mężnie przeciw Czarnym. Potem też, gdy chodziły drakkary na nilfgaardzkie wybrzeża, Hjalmar z mieczem w dłoni mścił niby-narzeczoną, o której wówczas sądzono, że nie żyje. Ja nie wierzyłem, bo nie wystąpiły fenomeny, o których ci opowiadałem… No, a teraz, gdy Hjalmar dowiedział się o możliwej wyprawie ratunkowej, zgłosił się na ochotnika.

— Dzięki za tę opowieść, Crach. Odpoczęłam, słuchając. Zapomniałam o… zmartwieniach.

— Kiedy wyruszasz, Yennefer?

— W najbliższych dniach. Może nawet jutro. Została mi do przeprowadzenia jeszcze jedna, ostatnia telekomunikacja.

*****

Oczy Cracha an Craite były jak oczy jastrzębia. Wierciły głęboko, aż do dna.

— Nie wiesz przypadkiem, Triss Merigold, z kim rozmawiała Yennefer po raz ostatni przed rozmontowaniem piekielnej machiny? Nocą z dwudziestego siódmego na dwudziesty ósmy sierpnia? Z kim? I o czym?

Triss zakryła oczy rzęsami.

*****

Złamany przez brylant promień światła ożywił błyskiem powierzchnię zwierciadła. Yennefer wyciągnęła obie ręce, wyskandowata zaklęcie. Oślepiający refleks zamienił się w skłębioną mgłę, z mgły szybko zaczął wyłaniać się obraz. Obraz komnaty o ścianach pokrytych barwną tapiserią.

Ruch w oknie. I niespokojny głos.

— Kto? Kto tam?

— To ja, Triss.

— Yennefer? To ty? Bogowie! Skąd… Gdzie jesteś?

— To nieważne, gdzie jestem. Nie blokuj, bo obraz się chwieje. I zabierz świecznik, bo oślepia.

— Już. Oczywiście.

Choć pora była późna, Triss Merigold nie była ani w negliżu, ani w stroju roboczym. Miała na sobie wyjściową suknię. Jak zwykle zapiętą wysoko pod szyją.

— Możemy rozmawiać swobodnie?

— Oczywiście.

— Jesteś sama?

— Tak.

— Kłamiesz.

— Yennefer…

— Nie oszukasz mnie, smarkulo. Znam tę twoją minkę, napatrzyłam się na nią. Miewałaś taką, gdyś zaczęła za moimi plecami sypiać z Geraltem. Wówczas stroiłaś się w identyczną niewinno — kurewską maseczkę, którą widzę na twojej twarzy teraz. I teraz znaczy ona to samo, co wtedy!

Triss poczerwieniała. A obok niej pojawiła się w oknie Filippa Eilhart ustrojona w granatowy męski wams ze srebrnym haftem.

— Brawo — powiedziała. - Jak zwykle bystra, jak zwykle przenikliwa. Jak zwykle trudna do ogarnięcia i pojęcia. Rada jestem widzieć cię w zdrowiu, Yennefer. Rada jestem, że wariacka teleportacja z Montecalvo nie skończyła się tragicznie.

— Załóżmy, że faktycznie cię to raduje — skrzywiła usta Yennefer. - Chociaż to bardzo śmiałe założenie. Ale zostawmy to. Kto mnie zdradził?

— Czy to ważne? — wzruszyła ramionami Filippa. - Już cztery dni, jak kontaktujesz się ze zdrajcami. Z takimi, dla których sprzedajność i zdrada są drugą naturą. I z takimi, których sama do zdrady zmusiłaś. Jeden z nich zdradził ciebie. Normalna kolej rzeczy. Nie mów mi, że się tego nie spodziewałaś.

— Oczywiście, że się spodziewałam — parsknęła Yennefer. - Najlepszy dowód, że kontaktuję się z wami. Przecież nie musiałam.

— Nie musiałaś. To znaczy, że masz w tym interes.

— Brawo. Jak zwykle bystra, jak zwykle przenikliwa. Kontaktuję się z wami, by upewnić, że tajemnica waszej loży jest u mnie bezpieczna. Nie zdradzę was.

Filippa patrzyła na nią spod opuszczonych rzęs.

— Jeśli liczyłaś — powiedziała wreszcie — że tą deklaracją kupisz sobie czas, spokój i bezpieczeństwo, to przeliczyłaś się. Nie czarujmy się, Yennefer. Uciekając z Montecalvo dokonałaś wyboru, zdeklarowaś się po określonej stronie barykady. Kto nie jest z lożą, ten jest przeciw loży. Teraz próbujesz ubiec nas w odnalezieniu Ciri, a motywy, które tobą kierują, są względem naszych przeciwstawne. Działasz przeciw nam. Nie chcesz pozwolić, byśmy wykorzystały Ciri do naszych celów politycznych. Wiedz zatem, że my zrobimy wszystko, byś ty nie zdołała wykorzystać dziewczyny do twoich, sentymentalnych.

— A zatem wojna?

— Współzawodnictwo — uśmiechnęła się jadowicie Filippa — Tylko współzawodnictwo, Yennefer.

— Uczciwe i honorowe?

— Chyba żartujesz.

— No jasne. Niemniej jednak pewną sprawę chciałabym postawić uczciwie i jednoznacznie. Licząc zresztą, że coś z tego będę miała.

— Stawiaj.

— W ciągu kilku najbliższych dni, może nawet jutro, dojdzie do wydarzeń, których następstw nie jestem w stanie przewidzieć. Może być tak, że nasze współzawodnictwo i rywalizacja przestaną nagle mieć znaczenie. Z prostej przyczyny. Nie będzie współzawodnika.

Filippa Eilhart zmrużyła podkreślone błękitnym cieniem oczy.

— Rozumiem.

— Sprawcie wówczas, bym pośmiertnie odzyskała reputację i dobre imię. By nie uważano mnie już za zdrajczynię i wspólniczkę Vilgefortza. Proszę o to lożę. Proszę ciebie osobiście.

Filippa milczała przez chwilę.

— Prośbie odmawiam — powiedziała wreszcie. - Przykro mi, ale twoja rehabilitacja nie leży w interesie loży. Jeżeli umrzesz, umrzesz jako zdrajczyni. Będziesz zdrajczynią i zbrodniarką dla Ciri, bo łatwiej będzie wówczas dziewczyną manipulować.

— Zanim przedsięweźmiesz coś, co grozi śmiercią — wykrztusiła nagle Triss — zostaw dla nas…

— Testament?

— Coś, co pozwoli nam… Kontynuować… Pójść po twoim śladzie. Odnaleźć Ciri. Przecież tu przede wszystkim chodzi o jej dobro! O jej życie! Yennefer, Dijkstra odnalazł… pewne ślady. Jeżeli to Vilgefortz ma Ciri, dziewczynie grozi straszna śmierć.

— Milcz, Triss — szczeknęła ostro Filippa Eilhart. - Tu nie będzie handlu ani przetargów.

— Zostawię wam wskazówki — powiedziała wolno Yennefer. - Zostawię informacje o tym, czego się dowiedziałam i o tym, co przedsięwzięłam. Zostawię wam ślad, po którym będziecie mogły pójść. Ale nie za darmo. Nie chcecie mnie rehabilitować w oczach świata, to do diabla z wami i ze światem. Ale zrehabilitujcie mnie choć w oczach jednego wiedźmina.

— Nie — odrzekła prawie natychmiast Filippa. - To również nie leży w interesie loży. Również dla twojego wiedźmina pozostaniesz zdrajczynią i sprzedajną czarownicą. Nie leży w interesie loży, by rozrabiał, szukając zemsty, a gdy będzie tobą pogardzał, nie będzie chciał mścić. Zresztą, on już chyba nie żyje. Albo umrze lada dzień.

— Informacje — rzekła głucho Yennefer — za jego życie. Ocal go, Filippa.

— Nie, Yennefer.

— Bo nie leży to w interesie loży — w oczach czarodziejki zapłonął fioletowy ogień. - Słyszałaś, Triss? Oto twoja loża. Oto jej prawdziwe oblicze, oto jej prawdziwe interesy. I co ty na to? Byłaś dla dziewczyny mentorką, prawie, sama tak mówiłaś, starszą siostrą. A Geralt…

— Nie bierz Triss pod romantyczny włos, Yennefer — Filippa zrewanżowała się ogniem w oczach. - Dziewczynę znajdziemy i uratujemy bez twojej pomocy. A jeśli tobie się powiedzie, to piękne i stokrotne dzięki, wyręczysz nas, zaoszczędzisz fatygi. Ty wyrwiesz dziewczynę z rąk Vilgefortza, my wyrwiemy ją z twoich. A Geralt? Kto to jest Geralt?

— Słyszałaś, Triss?

— Wybacz mi — powiedziała głucho Triss Merigold. - Wybacz, Yennefer.

— O, nie, Triss. Nigdy.

*****

Triss patrzyła w podłogę. Oczy Cracha an Craite były jak oczy jastrzębia.

— Nazajutrz po tej ostatniej tajemniczej komunikacji — powiedział wolno jarl Wysp Skellige — tej, o której ty, Triss Merigold, niczego nie wiesz, Yennefer odpłynęła ze Skellige, biorąc kurs na Głębię Sedny. Pytana, czemu płynie właśnie tam, spojrzała mi w oczy i odrzekła, że zamierza sprawdzić, czym katastrofy naturalne różnią się od nienaturalnych. Odpłynęła dwoma drakkarami, "Tamarą" i «Alkyone», z załogami złożonymi wyłącznie z ochotników. To było dwudziestego ósmego sierpnia, dwa tygodnie temu. Więcej jej już nie widziałem.

— Kiedy dowiedziałeś się…

— Pięć dni później — przerwał dość obcesowo. - Trzy dni po wrześniowym nowiu.

*****

Siedzący przed jarlem kapitan Asa Thjazi był niespokojny. Oblizywał wargi, wiercił się na ławie, wyłamywał palce tak, że aż strzelały knykcie.

Czerwone sionce, wyrwawszy się nareszcie z zalegających niebo chmur, powoli opuszczało się nad Spikeroog, — Gadaj, Asa — rozkazał Grach an Craite. Asa Thjazi odchrząknął mocno.

— Szliśmy ostro — podjął — wiatr sprzyjał, robiliśmy dobre dwanaście węzłów. Tedy już dwudziestego dziewiątego ujrzeliśmy nocą światło latarni z Peixe de Mar. Odbiliśmy nieco na zachód, by nie napatoczyć się na jakiego Nilfgaardczyka… A na dzień przed wrześniowym nowiem, o świcie, przypłynęliśmy w rejon Głębi Sedny. Wtenczas czarodziejka wezwała mnie i Guthlafa…

*****

— Potrzebuję ochotników — powiedziała Yennefer. - Tylko ochotników. Nie więcej, niż to konieczne, by przez krótki czas sterować drakkarem. Nie wiem, ilu do tego potrzeba ludzi, nie znam się na tym. Ale proszę, by nie zostawić na «Alkyone» nawet jednego człowieka ponad konieczną liczbę. I powtarzam — sami ochotnicy. To, co zamierzam zrobić… jest bardzo ryzykowne. Bardziej niż morska bitwa.

— Pojmuję — kiwnął głową stary seneszal. - I zgłaszam się pierwszy. Ja, Guthlaf, syn Svena, proszę o ten zaszczyt, pani.

Yennefer długo patrzyła mu w oczy.

— Dobrze — powiedziała. - A zaszczycona jestem ja.

— Też się zgłosiłem — powiedział Asa Thjazi. - Ale Guthlaf się nie zgodził. Ktoś, rzekł, musi komendę trzymać na «Tamarze». W rezultacie zgłosiło się piętnastu. W tym Hjahnar, jarlu.

Crach an Craite uniósł brwi.

*****

— Ilu potrzeba, Guthlaf? — powtórzyła czarodziejka. - ilu jest niezbędnych? Proszę, byś to precyzyjnie wyliczył. Seneszal milczał czas jakiś, kalkulował.

— W ośmiu damy radę — rzekł wreszcie. - Jeśli nie za długo… Ale przecie ci tutaj to sami ochotnicy, nie ma tedy musu…

— Wyznacz ośmiu spośród tych piętnastu — przerwała ostro. - Wyznacz sam. I każ wybranym przejść na «Alkyone». Reszta zostaje na «Tamarze». Aha, jednego, który zostaje, wyznaczę ja. Hjalmar!

— Nie, pani! Nie możesz mi tego uczynić! Zgłosiłem się i będę u twego boku! Chcę być…

— Milcz! Zostajesz na «Tamarze»! To rozkaz! Jeszcze słowo, a każę cię przywiązać do masztu!

*****

— Opowiadaj, Asa.

— Magiczka, Guthlaf a owa ósemka ochotników weszli na «Alkyone» i pożeglowali na Głębię. Myśmy, na «Tamarze», wedle rozkazu na uboczu się trzymali, ale tak, by zanadto nie odstać. Z pogodą zaś, która do tej pory nad podziw nam sprzyjała, jakieś diabelstwo zaczęło się nagle dziać. Tak, iście dobrze gadam, że diabelstwo, bo nieczysta to była siła, jarlu… Niech mnie pod stępką przeciągną, jeśli łżę…

— Opowiadaj.

— Tam, gdzie myśmy byli, «Tamara» znaczy, spokojnie było. Choć wicher trochę świszczał i nieboskłon pociemniał od chmur tak, że z dnia noc się niemal uczyniła, Ale tam, gdzie była «Alkyone», tam piekło się rozpętało znienacka. Piekło prawdziwe…

Żagiel «Alkyone» załopotał nagle tak gwałtownie, że słyszeli to łopotanie mimo dzielącej drakkary odległości. Niebo poczerniało, chmury skłębiły się. Morze, które wokół «Tamary» wydawało się zupełnie spokojne, wzburzyło się i zagotowało grzywaczami przy burtach «Alkyone». Ktoś krzyknął nagle, ktoś zawtórował, a po chwili krzyczeli wszyscy.

Pod godzącym w nią stożkiem czarnych chmur «Alkyone» tańczyła na fali jak korek, kręcąc się, wirując i podskakując, zapadając w fale już to dziobem, już to rufą. Momentami drakkar zupełnie niemal znikał im z oczu. Momentami widać było tylko pasiasty żagiel.

— To czary! — wywrzeszczał ktoś za plecami Asy. - To diabelska magia!

Wir kręcił «Alkyone» coraz szybciej i szybciej. Tarcze odrywane siłą odśrodkową od burt drakkara zafurczały w powietrzu jak dyski, frunęły na prawo i lewo potrzaskane wiosła.

— Refuj żagiel! — wrzasnął Asa Thjazi. - I do wioseł! Płyniem tam! Na ratunek trza!

Było już jednak za późno.

Niebo nad «Alkyone» zrobiło się czarne, czerń eksplodowała nagle zygzakami błyskawic, które oplotły drakkar niczym macki meduzy. Skłębione w fantastyczne kształty chmury skręciły się w potworny lej. Drakkar kręcił się w kółko z niesamowitą prędkością. Maszt trzasnął jak zapałka, zerwany żagiel pomknął nad grzywaczami niby ogromny albatros.

— Wiosłuj, wiara!

Przez własne wrzaski, poprzez zagłuszający wszystko huk żywiołów, usłyszeli jednak krzyk ludzi z «Alkyone». Krzyk tak niesamowity, że włosy stanęły im dęba. Im, starym wilkom morskim, krwawym berserkerom, żeglarzom, którzy widzieli i słyszeli niejedno.

Puścili wiosła, świadomi bezsiły. Osłupiali, przestali nawet krzyczeć.

"Alkyone", wciąż wirując, powoli wzniosła się nad fale. I wznosiła coraz wyżej i wyżej. Widzieli ociekający wodą, obrośnięty muszlami i glonami kil. Zobaczyli czarny kształt, spadającą w fale sylwetkę. Potem drugą. I trzecią.

— Oni skaczą! - ryknął Asa Thjazi. - Wiosłować, chłopy, nie ustawać! Co sił! Płyniemy na pomoc!

"Alkyone" była już dobre sto łokci nad bulgoczącą jak wrzątek powierzchnią morza. Nadal wirowała, ogromne, ociekające wodą wrzeciono, oplecione ognistą pajęczyną błyskawic, niewidzialną siłą wciągane w skłębione chmury.

Nagle powietrze rozdarła świdrująca uszy eksplozja. Choć pchana do przodu siłą piętnastu par wioseł, «Tamara» podskoczyła nagle i poleciała wstecz, jak staranowana. Thjaziemu pokład uciekł spod nóg. Upadł, uderzając skronią o burtę.

Sam nie mógł wstać, podniesiono go. Był oszołomiony, kręcił i trząsł głową, zataczał się, bełkotał nieskładnie. Wrzaski załogi słyszał jak zza ściany. Podszedł do burty chwiejąc się jak pijany, wczepił palce w reling.

Wicher ścichł, fale uspokoiły się. Ale niebo nadal było czarne od kłębiących się chmur.

Po «Alkyone» nie zostało nawet śladu.

*****

— Nawet śladu nie zostało, jarlu. Ot, kawałeczki takielunku, szmatki jakieś… Więcej nic.

Asa Thjazi przerwał opowieść, patrząc na słońce, znikające za lesistymi szczytami Spikeroog. Crach an Craite, zamyślony, nie ponaglał go.

— Nie wiada — podjął wreszcie Asa Thjazi — ilu zdołało wyskoczyć, zanim wciągnęło «Alkyone» w tą diabelską chmurę. Ale ilu by nie wyskoczyło, żaden nie przeżył. A nam, chociażeśmy nie szczędzili czasu ni sił, udało się wyłowić jeno dwa trupy. Dwa ciała, wodą unoszone. Jeno dwa.

— Czarodziejki — spytał zmienionym głosem jarl — nie było między nimi?

— Nie.

Crach an Craite milczał długo. Słońce całkiem skryło się za Spikeroog.

— Przepadł stary Guthlaf, syn Svena — przemówił znowu Asa Thjazi. - Do ostatniej kosteczki objadły już go pewnie kraby na dnie Sedny… Przepadła z kretesem i magiczka… Jarlu, ludzie zaczynają gadać… Że to wszystko jej wina. I jej kara za zbrodnie…

— Głupie gadanie!

— Zginęła — mruknął Asa — na Głębi Sedny. W tymże samym miejscu, co wtenczas Pavetta i Duny… Ot, przypadek…

— To nie był przypadek — powiedział z przekonaniem Crach an Craite. - Ani wtenczas, ani teraz z pewnością nie był to przypadek.

Загрузка...