ROZDZIAŁ XX

Honor skinęła głową wartownikowi pilnującemu drzwi do jej kabiny i bez słowa weszła do środka. Jej oblicze było całkowicie pozbawione wyrazu, ale Nimitz siedział na jej ramieniu tak spięty, że na twarzy MacGuinessa zamarł powitalny uśmiech, a rysy stężały w nic nie wyrażającą maskę.

— Dobry wieczór, ma’am — powiedział bezbarwnym tonem.

Odwróciła głowę, jakby dopiero w tym momencie zauważyła jego obecność. W pierwszej chwili zacisnęła usta, potem wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się. Dla kogoś, kto nie znał jej dobrze, ten uśmiech mógłby wyglądać naturalnie.

— Dobry wieczór, Mac — odparła, podchodząc do biurka.

Rzuciła na blat beret, przeczesała palcami włosy i przestawiła Nimitza z ramienia na wyściełaną grzędę. Dopiero gdy usiadła, spojrzała ponownie na MacGuinessa.

— Muszę dokończyć raport z ćwiczeń — powiedziała. — Dopóki nie skończę, odbieraj wszystkie połączenia, dobrze, Mac? Łącz tylko admirała Sarnowa, jego sztab, komandor Henke i dowódców okrętów. Innych przełączaj na pierwszego oficera.

— Oczywiście, ma’am. — Mac starannie ukrył zaskoczenie i troskę spowodowane tym niezwykłym poleceniem, a Honor znów uśmiechnęła się odruchowo, słysząc jego neutralny ton.

— Dzięki — włączyła komputer. MacGuiness odchrząknął i spytał:

— Podać kakao, ma’am?

— Nie, dziękuję — odparła, nie unosząc głowy znad ekranu.

Mac zamarł na moment z osłupiałą miną. Po chwili udało mu się opanować i spojrzał na Nimitza. Treecat wyglądał na równie spiętego jak on sam, ale zastrzygł uszami i odwrócił łeb, wskazując nosem drzwi do kuchni, toteż MacGuiness nieco się odprężył. Odwrócił się i wyszedł cicho niczym duch.

Honor utkwiła niewidzący wzrok w literach wyświetlonych na ekranie. Kiedy usłyszała odgłos zamykających się za stewardem drzwi, przymknęła powieki i zakryła oczy dłonią. Zauważyła wymianę spojrzeń między stewardem a Nimitzem, i z jednej strony była rozgoryczona, z drugiej bardzo im obu wdzięczna.

Po chwili opuściła ręce i z westchnieniem opadła na oparcie fotela. Nimitz mruknął pytająco, więc spojrzała na niego zmęczonym, zgorzkniałym wzrokiem.

— Wiem — powiedziała cicho.

Zeskoczył na biurko, siadł wyprostowany i spojrzał jej prosto w oczy. Odruchowo wyciągnęła dłoń i pogładziła go leciutko. Nie domagał się energiczniejszej pieszczoty. Za to Honor poczuła w umyśle jego równie delikatny dotyk.

Odkąd byli razem, wiedziała, że treecat potrafi w jakiś sposób pomóc jej przezwyciężyć napady złości czy depresji, choć nigdy nie była w stanie zrozumieć, jak to robi. Z tego, co wiedziała, nie potrafił tego nikt z adoptowanych przez treecaty ludzi. Od czasu walki na Graysonie ich więź nie tylko uległa wzmocnieniu, ale i dziwnej zmianie, z której nie do końca zdawała sobie sprawę. Teraz na przykład czuła delikatny dotyk łagodzący targające nią emocje. Treecat nie próbował ich tłumić czy zabrać — być może nie potrafił, a być może wiedział, jak bardzo by się opierała. Albo wytłumaczenie było jeszcze prostsze — może to było coś nieetycznego z jego punktu widzenia. Nie wiedziała i prawdę mówiąc, niewiele ją to obchodziło. Ponownie przymknęła oczy, głaskając delikatnie jego futro, podczas gdy on równie delikatnie zajmował się jej wewnętrznymi zranieniami.

To było nieuczciwe — czuła się taka szczęśliwa pomimo grożącej im wojny z Haven, a teraz spotkało ją coś takiego. Zupełnie jakby Young wiedział, jak jest jej dobrze, i celowo zrobił, co mógł, by to zepsuć. Miała ochotę kląć i rozbijać wszystko wokół, wyładować swą złość na nieuczciwy wszechświat. Tyle że tak naprawdę wszechświat był nie tyle nieuczciwy, co obojętny — guzik go to wszystko obchodziło.

Poczuła na policzku delikatny, choć zdecydowany dotyk chwytnej łapy i otworzyła oczy. Nimitz miauknął cicho i tym razem uśmiechnęła się szczerze. Wzięła go w ramiona i przytuliła, czując jego ulgę z powodu zelżenia jej bólu.

— Dzięki — szepnęła, wtulając twarz w puszyste futro. Bleeknął łagodnie, więc przytuliła go mocniej, a potem odstawiła na grzędę.

— Dobra, Stinker, już nad tym panuję — zapewniła go prawie normalnym tonem i dodała, widząc, że machnął potwierdzająco ogonem: — I naprawdę muszę dokończyć przed kolacją ten raport, więc siedź spokojnie i miej na mnie oko. Zgoda?

Kiwnął łbem i ułożył się wygodnie, obserwując, jak wpierw czyta to, co już napisała, a potem bierze się za dopisanie ciągu dalszego.

Minęło pół godziny. Pisanie raportu tak pochłonęło Honor, że usłyszała dopiero powtórny sygnał wywołania. Skrzywiła się, wcisnęła klawisz przyjmujący połączenie i na ekranie tekst zastąpiła twarz MacGuinessa.

— Przepraszam że przeszkadzam, ma’am — oznajmił formalnie — ale admirał Sarnow chce z panią rozmawiać.

— Dzięki, Mac — wyprostowała się i przeczesała włosy, nim wcisnęła klawisz akceptacji.

Przemknęło jej przez głowę, zupełnie bez sensu, że mogłaby nie ścinać włosów i zapleść je w warkocz, ale głupoty wywietrzały jej z głowy, gdy na ekranie pojawiła się twarz Sarnowa.

— Dobry wieczór, Honor. — Tenor miał nieco głębsze brzmienie niż zazwyczaj. Stłumiła uśmiech: już nie musiała się zastanawiać, czy on też słyszał opowieści o niej i Youngu.

— Dobry wieczór, sir. W czym mogę pomóc?

— Przeglądałem właśnie wiadomości i rozkazy dostarczone przez Warlocka — przerwał na moment, czekając na jakąś jej reakcję, która nie nastąpiła, i nieznacznie skinął głową z mimowolnym uznaniem. — Jest parę kwestii, które chciałbym poruszyć na najbliższej odprawie, ale przedtem muszę powitać kapitana Younga jako nowo przybyłego członka Grupy Wydzielonej Hancock 001.

Honor przytaknęła bez słowa. Choć perspektywa zaproszenia go na pokład była zgoła obrzydliwa, wiedziała, że tego nie uniknie. Mark Sarnow nigdy nie zrobiłby czegoś takiego jak Parks w stosunku do jakiegokolwiek kapitana. Nawet takiej szmaty. Chyba żeby nowy kapitan zasłużył sobie na wyjątkowe potraktowanie.

— Rozumiem, sir. Czy Warlock już zacumował w bazie?

— Tak.

— W takim razie zajmę się zaproszeniem, sir — oświadczyła zwięźle.

Sarnow już zaczął otwierać usta, ale zmienił zdanie i zamknął je bez słowa. Oczywistym było, że zamierzał wysłać zaproszenie poprzez swój sztab, ale miała nadzieję, że tego nie zrobi.

— Dziękuję, Honor — powiedział po chwili. — I doceniam to.

— Żaden problem, sir — skłamała i Sarnow zakończył połączenie, a na ekranie znów pojawił się tekst.

Przez kilka sekund spoglądała na niego tępo, nim z westchnieniem zabrała się do pracy. Skończyła po paru minutach, zapisała tekst w pamięci, zrobiła i wysłała kopie Sarnowowi i Corell, zdając sobie sprawę, że jedynie odwleka nieuchronne, po czym włączyła interkom. Moment później na ekranie pojawiła się twarz Mike Henke.

— Mostek, pierwszy oficer — zaczęła Henke i uśmiechnęła się. — W czym mogę pomóc, skipper?

— Poproś George’a, żeby skontaktował się z bazą i poprosił ich o przekazanie wiadomości na HMS Warlock. — Honor nie przerwała, widząc nagłą zmianę wyrazu twarzy rozmówczyni, i ciągnęła tym samym pozbawionym wyrazu głosem: — Właśnie zacumował jako pierwszy z obiecanych posiłków. Przekaż pozdrowienia od admirała Sarnowa i ode mnie kapitanowi i zaproś go, by przybył niezwłocznie na pokład. Admirał Sarnow chce z nim rozmawiać.

— Zaraz to zrobię, ma’am — zapewniła cicho Henke.

— Jak tylko George przekaże tę wiadomość, poinformuj bosmana, że potrzebna będzie pełna warta trapowa. A jak tylko Warlock potwierdzi, daj mi znać, o której kapitan się tu zjawi.

— Tak jest, ma’am. Mam go powitać na pokładzie?

— To nie będzie konieczne, Mike. Tylko poinformuj mnie, o której przyleci.

— Naturalnie, ma’am.

Kapitan, lord Pavel Young, stał sztywno w windzie mknącej przez bazę i stocznię do doku, w którym cumował HMS Nike. Miał na sobie najlepszy paradny mundur wraz ze złotym pasem i służbową szpadą. Przyglądał się swemu odbiciu w wypolerowanej metalowej ścianie. Wyglądał jak zwykle doskonale — mistrzowskie krawiectwo (suto opłacone) skutecznie jak dotąd maskowało rosnący brzuch, nie czyniąc zarazem stroju nieregulaminowym, a starannie przycięta broda ukrywała drugi podbródek.

Wyglądał doskonale, ale i tak jedynie z najwyższym wysiłkiem powstrzymywał się, by nie warczeć na własne odbicie.

Bezczelność tej dziwki przechodziła bowiem ludzkie pojęcie: przesyłała „pozdrowienia”, żeby ją szlag trafił! I to niby przypadkowo połączone z pozdrowieniami od admirała Sarnowa! Wyszczerzył zęby i dopiero po paru sekundach zmusił się do przybrania obojętnego wyrazu twarzy. Targało nim tylko jedno uczucie: nienawiść do Honor Harrington. A raczej oficjalnie dama Harrington, jakby ta plebejska ścierka, która zrujnowała mu karierę, miała jakiekolwiek prawo do arystokratycznego tytułu. Teraz na dodatek ten prymityw został kapitanem okrętu flagowego grupy wydzielonej.

Świadomość tego przykrego faktu zaowocowała zgrzytnięciem zębami, a przed oczami stanęły mu wydarzenia sprzed lat, gdy pierwszy raz zobaczył ją na wyspie Saganami. Była rok niżej i już choćby to powinno ją wykluczyć z kręgu jego zainteresowań, nawet gdyby była kimś lepszym niż jakaś tam ziemiogrzeb ze Sphinksa. Na dodatek była wysoka, chuda i prawie brzydka dzięki ściętym na jeża włosom i imponującemu nosowi. Prawdę mówiąc, nie zasługiwała na powtórne spojrzenie, plasując się zbyt nisko jak na jego standardy. Miała natomiast coś w oczach i ruchach, jakąś oryginalną grację w zachowaniu, która wzbudziła jego zainteresowanie. Obserwował ją potem uważnie — naturalnie stała się maskotką akademii przez tego zawszonego treecata. Pewnie — grała idiotkę i udawała, że nie wie, jak ją faworyzują instruktorzy i jak się rozczulają nad tym jej kosmatym cudem. Nawet wzór cnót fizycznych, instruktor walki wręcz, ten skurwiel MacDougal, miał do niej słabość! Ogólne zainteresowanie pana midszypmena Younga stopniowo wzrastało, aż w końcu jej to okazał. A co zrobiła ta chowana w lesie dziwka?! Dała mu kosza! Jemu! I to publicznie, w obecności kolegów! Próbowała udawać, że nie wie, o co mu chodzi, ale kiedy próbował ją ustawić na stosownym dla prostaków miejscu kilkoma celnie dobranymi słowami, wyrósł jak spod ziemi ten gnój MacDougal i podał go do raportu za „prześladowanie młodszej rocznikiem”. Nikt nie dał mu kosza, odkąd skończył szesnaście standardowych lat, a ostatnią, która próbowała, była osobista pilotka jego ojca pół roku wcześniej. Załatwił to przy pierwszej okazji, gdy zdybał ją samą, a tatuś dopilnował, by trzymała gębę na kłódkę. I tak też miało być z tą plebejską suką, ale nie wyszło. A tak starannie wszystko zaplanował; tracił całe dnie, by dokładnie poznać rozkład jej zajęć, aż w końcu dowiedział się o prywatnych ćwiczeniach w późnych godzinach nocnych, kiedy mogła zwiększyć siłę przyciągania w sali gimnastycznej. A to znaczyło, że po ćwiczeniach samotnie bierze prysznic…

Zadał sobie nawet trud i na wszelki wypadek spreparował botaniną seler, którym jeden z jego przyjaciół dokarmiał jej śmierdzące bydlę. Nie zeżarło dość, by zdechnąć, ale wystarczająco dużo, by stać się na tyle senne, aby je zostawiła w pokoju. Z początku wszystko szło zgodnie z planem — rzeczywiście złapał ja gołą pod prysznicem, widział jej szok i wstyd, rozkoszował się paniką, ścigając w wodnym pyle, gdy cofała się, bezskutecznie próbując się zasłonić… Już czuł smak zemsty, gdy panika w jej oczach zmieniła się w coś zupełnie innego, dokładnie w chwili, gdy złapał ją, by rzucić na ścianę. Wymknęła mu się, bo była mokra, zaskoczyła go siłą, z jaką uwolniła się z uchwytu.

A potem zaskoczenie stało się bolesne, gdy palce jej wyprostowanej prawej dłoni rąbnęły go w brzuch. Zgiął się pozbawiony tchu i sparaliżowany bólem, a w następnej sekundzie jej kolano trafiło go w krocze z siłą tarana. Do tej pory pamiętał swój wstyd, gdy zawył i zrozumiał, że przegrał. Ból był tak potworny, że nie mógł się ruszyć, ale to dziwce nie wystarczyło. Nie dość, że go powstrzymała, to jeszcze próbowała zabić. Najpierw dostał łokciem w zęby i do tej pory uważał, że miał szczęście, bo skończyło się na rozciętych wargach i trzech wybitych siekaczach. Zaraz potem kantem dłoni złamała mu nos, a drugim ciosem obojczyk, choć czym go trafiła, nie pamiętał. Nim upadł, zdążyła go jeszcze poczęstować kolanem — tym razem w twarz — i serią ciosów w korpus, łamiąc mu sześć żeber.

A potem zostawiła go pod strugami wody, złapała swoje rzeczy i uciekła.

Pojęcia nie miał, jak zdołał dotrzeć do izby chorych — nie pamiętał ani wyjścia z sali gimnastycznej, ani spotkania z Reardonem i Cavendishem. Pamiętał tylko, że pomogli mu dotrzeć do lekarza i wymyślili, że spadł ze schodów. Nikt w to naturalnie nie uwierzył, ale ta wersja wraz z wpływami taty uratowała go przed oficjalnymi konsekwencjami. Przynajmniej tymi najgorszymi, bo świętoszkowaty wieprz Hartley i tak zmusił go do przeprosin. Musiał przeprosić tę dziwkę w obecności jego i adiutanta akademii.

Skończyło się na oficjalnej naganie za „prześladowanie”, o którym doniósł MacDougal. Ani przez chwilę nie wątpił, że suka wszystko wygadała, ale nikt nie ośmielił się zrobić z tego użytku. I nic dziwnego, bo czym były słowa takiego śmiecia przeciwko słowom syna earla North Hollow. Ale musiał ją przeprosić, a co gorsza, zaczął się jej bać. był przerażony, że mogłaby mu ponownie zrobić krzywdę, i za to nienawidził jej bardziej niż za samo pobicie.

Wyszczerzył zęby we wściekłym grymasie. Po ukończeniu akademii zrobił, co mógł, by wyrównać rachunki — użył wpływów i koneksji rodzinnych, by zniszczyć jej karierę, jak na to zasłużyła, ale ścierwo miało zawsze zbyt wielu przyjaciół, jak choćby ten osioł Courvosier. Choć ten związek był akurat w stanie doskonale zrozumieć — nie mógł co prawda tego udowodnić, ale nie ulegało żadnej wątpliwości, że dawała mu dupy. Bo tylko to mogło tłumaczyć fakt, że ten stary kurdupel tak pilnował jej kariery. Ale w końcu dostał za swoje i Young żałował jedynie, że mieszkańcy Masady nie dorwali przy tej okazji i Harrington.

Otrząsnął się ze wspomnień i wrócił do ponurej rzeczywistości, pełnej ciągłych porażek. Jak by nie próbował, nie mógł pindy ostatecznie załatwić. Obaj z ojcem zdołali jedynie opóźniać jej awanse, ale dziwka miała wkurzający zwyczaj zjawiania się tam, gdzie coś się działo, i jakimś cudem zawsze obracała kłopoty na swoją korzyść. Zaczęło się od wypadku w maszynowni, kiedy służyła jako oficer taktyczny na HMS Manticore. Za wyciągnięcie trzech bezwartościowych półgłówków, którzy nie mogąc znaleźć wyjścia, w panice zesrali się w gacie, dostała medal i monarsze podziękowanie. Potem została wymieniona w rozkazach z racji uratowanie następnych kretynów, zbyt głupich, by uciec z drogi żywiołu, gdy Attica trafiła Gryphon w dwieście siedemdziesiątym piątym. Gdzie by, cholera, nie spojrzał, zawsze znalazł się ktoś ciężko zachwycony zachowaniem i osobą tej gangreny.

Już miał nadzieję, że w końcu ją załatwił, gdy trafiła na placówkę Basilisk, ale nie — musiała, cholerna baba, wyczaić próbę opanowania systemu przez Republikę Haven, jakby ta nie mogła wybrać innego terminu. Znowu miała po prostu niesamowite szczęście, ale to nikogo nie obchodziło. Na nią posypały się nagrody, a on oberwał za „brak właściwej oceny zagrożenia dowodzonej placówki”. I kiedy ją wysłano w chwale do systemu Yeltsin, jego te kutasy złamane z Admiralicji wyznaczyły do eskortowania konwojów na trasie Manticore — Konfederacja Silesiańska i z powrotem. Czyli zesłano go na zadupie i skazano na zapomnienie. Żeby mu się nie nudziło, kazali mu jeszcze aktualizować dane o sile fal grawitacyjnych oraz aktualizować mapy i powierzyli jeszcze parę innych podobnych zadań przewidzianych dla Zwiadu Kartograficznego. Gdyby nie rosnący kryzys, który zmusił ich do szukania okrętów, gdzie się dało, dalej latałby bez sensu jak wahadło.

Dostał przydział na stację Hancock i kogo musiał spotkać? Ją, i to jako kapitana flagowego eskadry, którą jego eskadra osłania. Jak ktoś ma pecha, to zawsze wdepnie w gówno, jak mawiał tatuś — czeka go wykonywanie rozkazów tej małpy i nawet nie będzie mógł skorzystać z przywileju urodzenia, żeby hołotę ustawić na właściwym miejscu, bo tymczasem pizda wkręciła się do arystokracji. I to na równorzędną pozycję — najnowsza parweniuszka w Królestwie, ale hrabina jej mać!

Winda zwolniła, a na ekranie nad drzwiami wyświetlił się numer doku, do którego się zbliżała. Widząc to, zdołał jakoś zetrzeć z ust grymas i przybrać kamienny wyraz twarzy. Cztery lata! Cztery nie kończące się lata standardowe musiał znosić upokarzające uśmieszki gorszych od siebie, będąc obiektem pokazowej wręcz niechęci Admiralicji. To także była zasługa tej dziwki i wiedział, że kiedyś w jakiś sposób odpłaci jej za to z nawiązką. Teraz jednak musiał przetrwać jeszcze jedno upokorzenie, udawać, że nic nigdy między nimi nie zaszło i nie czuje do niej urazy.

Winda stanęła i drzwi rozsunęły się, wziął więc głęboki oddech i wyszedł na oszkloną galerię doku. I ogarnęła go kolejna, świeża fala nienawiści, gdy przez pancerne okno zobaczył wspaniały okręt. Duma Królewskiej Marynarki, HMS Nike powinien być jego okrętem, a nie tej wrednej cwanizny, ale i tego go pozbawiła.

Poprawił pas ze szpadą i pomaszerował sztywno ku wartownikom z Korpusu stojącym przy wejściu korytarza łączącego stację z okrętem.

Honor wraz z wartą trapową czekała przy wylocie tunelu łączącego okręt z bazą na pojawienie się Younga. Wypełniało ją obrzydzenie i miała ochotę co parę sekund wycierać dłonie, ale nie poddała się — stała nieruchomo z twarzą zastygłą w obojętną maskę. Na ramieniu czuła dziwną lekkość, bo nie odważyła się zabrać ze sobą Nimitza. Treecaty znacznie rozsądniej niż ludzie likwidowały zagrażających im wrogów, a gdyby Nimitz dopadł Younga, żadne cuda medycyny by go nie uratowały.

Young wyłonił się zza zakrętu. Zobaczywszy jego mundur, prawie niezauważalnie zacisnęła wargi. Pompatyczny dupek jak zwykle przesadził i wystroił się jak na bal, przekonany, że jego wygląd i rodowa fortuna wywiera na wszystkich odpowiednio duże wrażenie. Dotarł do czerwonej linii oznaczającej granicę okrętowego pola grawitacyjnego, złapał za drążek i ku jej cichej satysfakcji, szpada zaplątała mu się między nogami, gdy stawał na pokładzie. Potknął się i niewiele brakowało, by poleciał na pysk, co stanowiłoby bezwzględnie najoryginalniejsze wejście na pokład w dziejach RMN.

Niestety, odzyskał równowagę przy wtórze świstu trapowego. Warta wyprężyła się w pozycji zasadniczej, co do jednego zachowując drewniane miny, a Honor przeżyła chwilę radości, widząc, jak Young czerwieni się z upokorzenia i wściekłości. Nie dała tego po sobie poznać, obserwując, jak gwałtownymi ruchami poprawia szpadę i pas.

Zasalutował, nadal czerwony na twarzy. Nie potrzebowała Nimitza, by wyczuć emanującą z niego nienawiść i wściekłość. Mógł być wyższy starszeństwem, ale to on był gościem na jej okręcie, i doskonale wiedziała, jak gorzka to musi być dla niego chwila, gdy mu odsalutowała.

— Proszę o pozwolenie wejścia na pokład, pani kapitan. — Tenor absolutnie niepodobny do głosu admirała Sarnowa był całkowicie bez wyrazu.

— Pozwolenia udzielam, kapitanie — odparła równie rzeczowo i formalnie. — Proszę za mną, admirał oczekuje pana w sali odpraw.

Young kiwnął głową i ruszył w ślad za nią ku windzie.

Gdy wsiedli, stanął w rogu, plecami do ściany, by być jak najdalej od narożnika, w którym Honor wybierała trasę na klawiaturze. Atmosfera panująca w windzie była tak gęsta, że można by było ją kroić. Young obserwował Harrington i rozkoszował się własną nienawiścią jak bukietem rzadkiego koniaku. Jego gorycz doprawiała słodka pewność zemsty.

Honor zdawała się nie zauważać jego spojrzenia — stała rozluźniona, z dłońmi splecionymi za plecami, i przyglądała się wyświetlaczowi podającemu, gdzie się aktualnie znajdują. Ignorowała go tak, że odruchowo zacisnął dłoń na rękojeści szpady.

Brzydki, kościsty prymityw, którego pamiętał z akademii, zniknął i do Younga dotarło, że nienawidzi wysokiej, ślicznej kobiety, w którą się zmieniła. Jej urodę podkreślały starannie nałożone kosmetyki, sprawiając wrażenie, jakby zrobiła to od niechcenia i oprócz strachu wywołanego jej fizyczną bliskością poczuł też pożądanie. Najbardziej w tej chwili pragnął ją mieć i sprowadzić do roli kolejnego nacięcia na oparciu łóżka — kolejnej zaliczonej dupy. Wtedy wreszcie znalazłaby się na właściwym miejscu.

Winda stanęła, drzwi otworzyły się i Harrington dała mu znak, by wyszedł pierwszy. W korytarzu przejęła rolę przewodnika i tak dotarli do drzwi admiralskiej sali odpraw. Gdy przekroczyli próg, siedzący za stołem Sarnow uniósł głowę znad ekranu komputera.

— Kapitan Young, sir — powiedziała cicho Harrington i przedstawiony stanął na baczność.

Sarnow oglądał go w milczeniu przez długą chwilę, nim wstał z fotela. Young odpowiedział mu spojrzeniem starannie pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu, ale coś w zielonych oczach przełożonego ostrzegło go, że ma do czynienia z kolejnym zwolennikiem suki. Czyżby jemu też dawała dupy?

— Kapitanie. — Sarnow skinął głową. Young zacisnął zęby, słysząc, że pominięto należny mu tytuł; miał nadzieję, że broda to zamaskuje.

— Admirale — odparł równie bezbarwnie.

— Sądzę, że ma mi pan sporo do powiedzenia o tym, jak wygląda sytuacja widziana z Manticore; przyznaję, że z chęcią posłucham. Proszę siadać.

Young ostrożnie usiadł, starannie ustawiając szpadę — była niewygodna, ale dawała mu przewagę, podkreślając, jak wspaniale wygląda w porównaniu z ubranym w normalny służbowy mundur admirałem. Sarnow, najwyraźniej nie zwracający na to żadnej uwagi, spojrzał na Harrington i powiedział z uśmiechem:

— Jak rozumiem, ma pani umówione spotkanie na terenie bazy, lady Honor. — Young jeszcze mocniej zacisnął zęby, słysząc, jak tytułuje tę dziwkę, podczas gdy jemu tego odmówił. — Proszę wrócić na pokład, o której uzna pani za stosowne, albo poinformować oficera wachtowego, jeśli bardziej odpowiada pani powrót jutro.

— Dziękuję, sir. — Honor skinęła głową i dodała, obojętnie spoglądając na Younga. — Żegnam, kapitanie. I wyszła.

— A teraz, kapitanie Young… — Sarnow rozsiadł się wygodnie — do rzeczy. Przywiózł pan wiadomości od admirała Caparelliego. Pisze on, że przedyskutował z panem sytuację przed pańskim odlotem, sądzę więc, że najlepiej będzie zacząć od tego, co powiedział panu Pierwszy Lord Przestrzeni.

— Oczywiście, panie admirale. — Young usadowił się wygodniej, nie zapominając o przytrzymywaniu szpady. — Po pierwsze…

Загрузка...