Mogło nie być żadnego „później”. Zdążyłem zapomnieć, dlaczego tu jesteśmy, ale to jedno słowo wystarczyło, by żołądek zwinął mi się w ósemkę. Śmigłowiec. Nie przeciwnik, jak nieźle uzbrojeni, lecz przecież ludzcy i śmiertelni koczownicy Sabaha – tak naprawdę występował w roli kata. Nie mogliśmy z nim walczyć.

Później?

Powtarzałem sobie, że to nie tamten. Albo że leciał nisko, nie zauważył nas i już dawno go tu nie ma.

– Nie słyszą! – Olszan zdał sobie w końcu sprawę, że tylko marnuje amunicję. O tym, że strzelając na takich wybojach może wpakować kulę w nasz silnik albo nawet we mnie, raczej nie pomyślał.

– Mój automat! – Ominąłem jakiś głaz, omal nie rozwiązując problemu niebezpiecznego pasażera przy pomocy siły odśrodkowej. – W nocy załadowałem smugowymi!

Jakimś cudem ani nie wypadł, ani nawet nie zgubił pistoletu. Samo strzelanie poszło mu gorzej. Chyba. Nie wyrobiłem sobie zdania, bo być może uznał, że najlepszym sposobem zastopowania ciężarówki jest zabicie kierowcy – jeśli tak, radził sobie znakomicie. Oczywiście biorąc poprawkę na to, jak nami rzucało i jak niewiele było widać zza kurzawy.

Liczyłem odlatujące w dal świetlne plamki i kląłem w duchu Filipiaka. Mogliśmy jechać tędy nocą. Teraz blask afrykańskiego słońca najwidoczniej bił na głowę słabiutkich konkurentów. Zresztą tylko co trzeci nabój był smugowy. Miał raptem dziesięć szans.

Potem przypomniałem sobie o czymś jeszcze: że masa świetlna spala się dość szybko. W nocy nie strzela się daleko, zwłaszcza z karabinka.

– W ziemię! – Olśniło mnie dość późno, przy szóstej czy siódmej odlatującej w dal iskierce. – Strzelaj obok wozu! Zobaczą kurz!

Pomysł był dobry, ale ryzykowny. Star, tak jak my, gnał po śladach poprzedników i choć był bardziej spóźniony, też przebijał się przez obłoki poderwanego gąsienicami pyłu. Musielibyśmy użyć działa, by zwrócić uwagę kierowcy na jakiś ruch daleko z boku. Pasażerowie, skuleni za tylną ścianą kabiny, w ogóle się nie liczyli: własny kurz przesłaniał im połowę świata, i to tę ważniejszą.

Odbiłem w lewo i Olszan zaczął strzelać przed szoferkę. Wolałem nie patrzeć na efekty. Chyba przeczuwałem, jaki będzie finał.

Jednym z ostatnich pocisków dopiął swego: ciężarówką zakolebało, lewe koła oderwały się od podłoża, wóz skręcił, skasował jakieś karłowate drzewko, przeczesał podwoziem zagon suchorostów, wierzgnął zadem i znieruchomiał pośrodku rozlewającego się leniwie jeziorka kurzu.

– Cholernie dobry strzał! – wrzasnąłem. – Janek Kos się chowa!

Zwolniłem. Głupio byłoby się zabić właśnie teraz.

I faktycznie – chyba uratowałem komuś życie.

– Pojebało cię?!! – wrzasnął Morawski. – Do nas strzelasz, debilu?!! Ochujałeś?!!

Zdążył zeskoczyć ze skrzyni i zobaczyć to, co poraziło stojącego z dłonią na klamce Wołynowa – trudno się dziwić, że szlag go trafił. W porównaniu z lewym przednim kołem i tak był trafiony lekko.

Koło w zasadzie przestało istnieć. Nie tylko jako część pojazdu – także geometrycznie. Kula przeszła przez oponę tuż przed najechaniem na jakąś przeszkodę, dzięki czemu dość niewinne przebicie przeistoczyło się w rodzaj małej eksplozji, kompletnie deformującej felgę.

– Wynośmy się stąd! – Olszan zignorował go, skacząc z miejsca w stronę platformy i oszołomionej Agnieszki. – Złaź! Szybko!

– Śmigłowiec – uprzedziłem kolejny wybuch Morawskiego. – Wrócił.

– I woleliście sami nas załatwić?! – ulżył sobie jeszcze z rozpędu. Po czym, ciut spokojniej, dokończył: – Ten?

– Chyba tak.

Obaj z Wołynowem zastygli na chwilę z identycznymi minami – widać wszystkie armie wpisują swoim majorom odpowiedni paragraf w umowy o pracę. Co prawda oprócz Olszana nikt się raczej nie poruszał, ale widać było, że to inny rodzaj odrętwienia. My czekaliśmy na decyzję, oni ją podejmowali, świadomi rozpaczliwego deficytu czasu.

– No już, zdejmę cię! – Olszan prowadził własną grę ze śmiercią. Dopadł ciężarówki, wyciągnął ostatecznie rękę z temblaka. – Skacz!

Było coś rozpaczliwego w jego głosie, w pogardzie bólu, na który się godził. Nie zdziwił mnie widok Agnieszki przetaczającej się przez burtę, choć to, co robiła, było bliższe spadaniu niż zeskokowi.

Oczywiście zwalili się oboje pod koła i oczywiście słono zapłacili za pośpiech, choć tylko jedno, nie wiem, które, zaskowytało.

– Bodnar: z kaemem w tamte krzaki. – Morawski najwyraźniej zdążył się wykrzyczeć. – Major ci pomoże z amunicją. Szyszkowski: wyrzutnia i biegiem na górę. Jak nie zdążysz, to padasz i cię nie ma, jasne? Strzelasz na pewniaka, niech podleci. Ja biorę zapasowe rakiety… co jest z tym wozem? – Teraz, kiedy nie jechaliśmy, samuraj kopcił jak nieudany prototyp lampy naftowej.

– Zdycha – powiedziałem. – Już po nim.

– Chowajcie się – rzucił w biegu gramolącym się z ziemi połamańcom. – Byle daleko od nas.

Zanim pozbierałem swój skromny dobytek w postaci hełmu, karabinu i ładownicy, był już na platformie. Szyszkowski, napędzany raczej strachem niż poczuciem obowiązku, gnał ku rozpaczliwie odległym, zachodnim stokom Bukłaka, balansując ściskaną oburącz rurą wyrzutni. Olszan wepchnął bladą Agnieszkę na prawy fotel suzuki.

– Nie samochodem – zaprotestowałem. – Od razu was wypatrzy!

– Jedzie pan?! – zatrzasnął za nią drzwi.

– Tylko na piechotę mamy jakieś…

– To z drogi!

Obiegł wóz, wskoczył za kierownicę. Z ciężarówki wyleciał zasobnik z gromem: nigdy nie myślałem, że można tak szastać taką forsą. Drugi Morawski już na górze przewiesił przez plecy. Zeskakiwał, trzymając się burty, ale i tak wyrżnął kolanami o ziemię.

Odskoczyłem, spłoszony rykiem silnika. Skulona Agnieszka próbowała wyciągnąć do mnie rękę. Za późno: samuraj, jeszcze bardziej od niej połamany i pokrzywiony, mimo wszystko miał więcej pary w kołach i wystartował jak żużlowy motocykl. Przez chwilę myślałem wprawdzie, że przypłacił to ostateczną utratą kontroli nad kierunkiem jazdy, ale jednak nie: po zatoczeniu szerokiego półkola Olszan naparł zdrową ręką na kierownicę i wóz pomknął prościutko na południe.

– Nie tam! – wrzasnąłem bez przekonania. Nie mogli słyszeć.

Przerzuciłem pas ładownicy przez ramię i pobiegłem za Morawskim.

– Daj… jedną. – Miał przewagę na starcie, a ja znikomy zapas sił, więc zdążyłem się zasapać, nim się zrównaliśmy. Przełożyłem karabin na plecy. Niełatwa sztuczka w biegu, ale nieporównywalna ze ściąganiem z tychże pleców jednej z dwu dziesięciokilogramowych rur. Miałem cichutką nadzieję, że Morawski nie skorzysta z oferty albo przynajmniej stanie.

– Goń za… nim… to może… poczekać.

Powinienem użyć ust do czegoś mądrzejszego, na przykład całowania go z wdzięczności. Zamiast tego wycharczałem:

– Dawaj… rakietę.

Dał. Sto metrów nam to zajęło, ale w końcu miałem ją w rękach. Nie rozumiałem, jakim cudem biegł tak szybko z tą sztabą złomu grzmocącą go po plecach. Wiedziałem jedno: gdyby zapalnik zwariował i nagle wywołał eksplozję, byłbym szczerze zadowolony. Nie dane mi jednak było wykręcić się od upiornego wysiłku za pomocą rakiety Grom. Nie zareagowała na trzykrotne zderzenie z ziemią, choć padając, z premedytacją chroniłem siebie, nie tę sukę. Coś wybuchło, ale nie ona. Tyle do mnie dotarło: że coś, gdzieś. Nie miałem siły o tym myśleć. Moje ciało rozpadało się na bolesne kawałki i po raz pierwszy od wielu godzin nie cierpiałem z powodu Gabrieli.

Biegłem.


*

– Nie wiem. – Głos Szyszkowskiego chrzęścił jak osypujący się spod naszych butów żwir. – Już go nie było, jak tu wlazłem.

Nie dziwiło mnie to. Siedemset metrów od ciężarówki czekało na nas odrażające, przeżarte erozją urwisko, z którego zjechałem na wszystkich możliwych częściach ciała z tuzin razy. Nim dotarliśmy na górę, śmigłowiec zdążył pewnie zużyć całe paliwo, wylądować i zardzewieć. My też przypominaliśmy wraki.

Morawski nie był w stanie skorzystać z lornetki: nawet kiedy opierał łokcie o ziemię, latała mu w dłoniach.

Było cicho. Żółtawych pióropuszy traw, porastających szczeliny bezładnie porozrzucanych skałek, nie poruszał najlżejszy podmuch. Z nieba lał się żar, a w górze zataczała kręgi para rozleniwionych sępów.

– Mało co widać – mruknął Morawski. – Ciągle dymi jak cholera.

Od miejsca, gdzie sawanna wciskała się wąskim paskiem między skalne obramowanie Bukłaka, dzielił nas dobry kilometr. Filipiak skończył swą szarżę sto metrów bliżej i właśnie z tego miejsca rozlewała się ogromna chmura czarnego dymu. Któryś z pojazdów palił się od dłuższego czasu. Nie zdziwiłbym się, gdyby paliły się wszystkie.

– Były dwa wybuchy – powiedziałem cicho. Nie musiałem podnosić głosu: wszyscy trzej leżeliśmy jeden obok drugiego, dokładnie tam, gdzie kończyła się stromizna. Nikt nie miał sił odpełznąć.

– Może raz chybił. – Wziął się w garść, podniósł lornetkę.

– Ale raz trafił.

– Tak. – Ręce drżały mu już trochę mniej. – Nie stawialiby zasłony. To guzik pomoże przeciw termowizji, a ich samych oślepi. Ktoś dostał.

– Amunicja nie rąbnęła – zauważył przytomnie Szyszkowski.

– Czyli raczej nie czołg – dopowiedziałem nie całkiem pewnie.

– Więc pewnie bewup – mruknął Morawski, nie odrywając szkieł od oczu. – Drugi łakomy kąsek. Kupa ludzi nim jechała, nie mieścili się w środku. No i ciągnął działko.

Obrócił się na brzuch, zaczął systematycznie penetrować widnokrąg. Nie zajęło mu to wiele czasu, ale też teren, choć poszatkowany skałkami, nie obfitował w miejsca mogące skryć śmigłowiec.

– Co teraz będzie, panie majorze? – zapytał Szyszkowski.

– Czekamy – wyręczyłem Morawskiego.

– Nikt nic nie widział… Jak z tym walczyć? Wszystkich nas powybija, a my nawet…

– Uszami – przerwał mu spokojnie Morawski. – Jak będzie leciał, żeby nas wybijać, usłyszysz go odpowiednio wcześnie. A wtedy skurwiela zestrzelimy. Proste? Proste.

Nie wiem, czy w to wierzył, ale zabrzmiało dobrze.

Usiadł i zwrócił lornetkę na południe.

– Co ten skurczybyk wykombinował? Chyba nie zgłupiał aż tak, by próbować wyjechać z powrotem tą samą drogą?

– On jedzie? – zapytałem niepewnie. Domyślałem się, która z ciemnych plamek jest samurajem, lecz nic ponadto.

– Już nie, ale po coś tam jechał. – Westchnął. – Nie widzę ich.

– Bo mają olej w głowie, a nie w nogach – zauważyłem cierpko.

– Przestrzeliliście nam koło – przypomniał.

– Bo radio diabli wzięli.

– Nie mów mi o radiach, bo szlag mnie trafi. – Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni, ku porzuconej ciężarówce. – Mam nadzieję, że chociaż Wołynow nie zapomniał…

– Co robią?

– Kopią. Delikatnie. Prawie nie widać kurzu.

– Dużo im to pomoże na rakietę – mruknął Szyszkowski.

– Nie strzela się z pepeka do dwóch ludzi.

– Chyba że Amerykanie – zauważyłem. – Ich stać.

– Tych tutaj chyba nie. – Morawski wrócił do oglądania horyzontu. – Nie strzelali do samochodów. Chociaż mogli. – Postukał w zasobnik, który omal nie przyprawił mnie o zawał. – To za mało, żeby ich powstrzymać. Jeśli mają rakiety o zasięgu ośmiu kilometrów…

– Wierzysz w ten rosyjski śmigłowiec?

Zwlekał z odpowiedzią. Sępy, uznawszy nas za mało perspektywiczny posiłek, poszybowały w okolice pnącego się skośnie wąwozu, który Wołynow przyrównał do szyjki bukłaka.

Bukłak. Z całych sił starałem się nie myśleć o szklankach, butelkach, puszkach, miskach, kałużach, rynsztokach…

– To nie Rosjanie – stwierdził dość obojętnie Morawski. – Rosja to ostatni kraj, który może jeszcze powiedzieć Stanom: „Sprzedajemy nowoczesną broń, komu chcemy, a wasze zakazy mamy wiecie, gdzie”.

– To nie takie proste od czasu, kiedy Bill zaczął finansować Borysa.

– Amerykańska opinia publiczna nie pospada z krzeseł, jeśli się dowie, że jeden Murzyn zabił drugiego ruską rakietą. Co innego, gdyby rosyjski rząd choć lekko zamoczył palec w ataku na siły ONZ. A my w dodatku jesteśmy z NATO. To byłby niezły wstęp do trzeciej światowej. Ale nawet nie w tym rzecz.

– A w czym? – zapytałem, wachlując się czapką. Było cicho, cisza pachniała burzą. Wolałem rozmawiać, niż bezsilnie czekać.

– Handel bronią to mimo wszystko sprawa drugorzędna. Liczą się interesy strategiczne. A ani Rosji, ani Stanom nie podoba się tutejsza partyzantka i faceci pokroju Sabaha. Pamiętam, że jak formowano kontyngent, jedni i drudzy omal nie przysłali wojsk. Tyle że Ruskim zabrakło forsy, a Biały Dom się rozmyślił, bo to niebezpieczne, a ropy zero. Ale są po naszej stronie. I całe szczęście. Gdyby ktoś bronił dobrego imienia któregoś z supermocarstw, już byśmy nie żyli. Stać je na więcej niż jeden śmigłowiec, w dodatku oszczędzający na rakietach. Trochę mnie pocieszył.

– Pięć minut – zerknął na zegarek. – Albo gdzieś przysiadł, albo wrócił do bazy… albo zaraz się pokaże.

Nie chciało mi się pytać, od czego te pięć minut.

– Pewnie podleci od słońca – ciągnął niedbale. – Załóż okulary, Szyszkowski. I nie strzelaj bez rozkazu.

– Tak jest.

– Widzisz tamtą górkę? Zasuwaj, zaraz dołączę.

W porównaniu ze skarpą pod nami górka była kretowiskiem, ale dodatkowy metr czy dwa to dużo w płaskim terenie. Przede wszystkim widać było stamtąd zachodnie podejścia do Bukłaka, co mogło mieć kluczowe znaczenie, gdyby pilot śmigłowca uczył się z innych niż Morawski książek i nie skorzystał z atutu słońca za plecami.

Wyczułem jednak, że nie tylko o to chodziło.

– No to jesteśmy sami. O co chodzi?

– Patrzcie go, psychologa… Tu może być gorąco. W niczym nam nie pomożesz, a tam – wskazał czarną chmurę – może tak. Ale nie w tym rzecz. Potrzebuję łącznika. Zaniesiesz Filipiakowi meldunek.

– Nie lepiej…? – skinąłem w stronę ciężarówki.

– Czort wie, jakie są straty. Mogli zostać bez nadajników, bez dowódców… A od Wołynowa mógłbyś już nie wrócić. Jeśli ktoś ich tam wypatrzy, to koniec.

– To po co ich tam zostawiłeś?

– A skąd mogłem wiedzieć, że mamy tyle czasu? Zresztą to następny powód. Powiesz im przez radio, żeby się stamtąd zwijali.

Zastanawiałem się przez chwilę. On też nad czymś dumał.

– Nie wiem, czy powinienem… – zaciął się. – Właściwie to ci się do niczego nie przyda… Sam nie mam pojęcia, co z tym zrobić…

– Możesz mówić po ludzku?

Zerknął przez ramię, sprawdzając, jak daleko zawędrował Szyszkowski.

– Jak przeżyję – popatrzył mi twardo w oczy – zapomnisz o tej rozmowie. Może być?

Nie spodobało mi się to. Nie, żebym miał takie problemy z zapominaniem. Czułem po prostu, że trzyma w zanadrzu coś paskudnego.

– A ta skleroza… będzie legalna? Bo jeśli chcesz powiedzieć, że to ty wbijałeś nam cały czas nóż w plecy…

– Wiesz co? Jesteś głupi palant.

– No dobra. Będę milczał jak grób.

Na razie to on milczał. Wciąż się wahał. Albo zbierał ślinę. Odwodnienie robiło swoje, nasze głosy brzmiały jak ze starych płyt.

– W ciężarówce, pod tymi tobołami, schowałem taką jedną część. Kawałek tego zestrzelonego śmigłowca.

Ciągle nie był pewny, czy chce mówić. A ja – czy chcę tego słuchać. Pewnie dlatego żadnego z nas nie przyprawił o zawał nagły okrzyk.

– Leci!

Zalegliśmy na brzuchach. Słaby terkot. Gdzieś między północnym a południowym wschodem. To oznaczało ćwierć horyzontu i potrwało trochę, nim Morawski zatrzymał na czymś lornetkę.

– Ostrożny skurczybyk…

Fakt. Chmura kurzu pojawiła się dokładnie pod słońcem.

– Nie celuj! – Morawski szybko opuścił lornetkę. – Może zobaczyć odblask!

Chwilowo nie zanosiło się na to: do Bukłaka zbliżało się coś mocno przypominającego dziurawy odkurzacz. Uniesione podmuchem drobiny gleby zdawały się w dodatku nie pamiętać o obowiązku opadania na ziemię i widoczność spadała coraz bardziej.

– No, wyłaź… – Jak przez watę słyszałem pomruki Morawskiego. Znalazł małą kałużę cienia i ułożył się w niej z lornetką. – Wystaw tę wredną mordę… Pokaż się, cwaniaczku.

Może mówił za głośno. Śmigłowiec, który leciał tuż nad ziemią, nie dotarł do krawędzi urwiska, gdzie z braku ziemi pod brzuchem powinien stać się lepiej widoczny. Nie musiał. Kotlina była głęboka, ale i rozległa; zaglądanie do środka nie stanowiło problemu.

– Mam sygnał! – usłyszałem podniecony głos Szyszkowskiego.

– Nie strzelaj! Nogi z dupy wyrwę, jak bez rozkazu…!

Czekaliśmy więc. Długo. Pół minuty to dużo, kiedy naprzeciwko wisi najbardziej zabójcza ważka w dziejach planety. Nie zdziwił mnie dobiegający z lewej terkot karabinu maszynowego. Celowniczy i tak długo trzymał nerwy na wodzy.

– Uważaj, Szyszkowski. Może podskoczy wyżej.

Śmigłowiec wykonywał jakiś manewr, raczej energicznie. W takich sytuacjach piloci zwykle starają się zwiększyć wysokość, by nie ryzykować kolizji z ziemią. Gdyby maszyna podniosła się parę metrów wyżej, grom miałby szansę ją dopaść. Ze trzy sekundy lotu, niewiele ognia i dymu, oślepiający pilota kurz… Kto wie?

– Nic z tego. – Pozbawił mnie złudzeń Morawski. – Ułan to to nie jest. Zdaje się, że pokazał nam ogon.

Miał rację. Mobilny gejzer pyłowy ruszył w głąb sawanny.

– Dlaczego… Zobaczył nas? – Ulga walczyła we mnie z zawodem.

– Nas? Jeszcze by tego brakowało… Wukaem go spłoszył.

Zrobiło mi się trochę lżej na duszy. Przynajmniej BRDM przetrwał. Nie stał się wypaloną blaszaną skorupą. Jak star trzeciej drużyny. Jak cysterna. Jak…

Honker?

Już nie było mi lżej.


*

Wąwóz wspinał się pod łagodnym kątem dwudziestu-trzydziestu stopni, za to po bokach przyroda zaszalała, wypychając spod ziemi niemal pionowe skalne ściany. Erozja dała im się we znaki, ale wciąż najbliżej im było do pionu i chcąc się dostać z góry na dno kotliny, należało pomyśleć raczej o spadochronie niż butach z dobrą przyczepnością.

Na szczęście obchodząc Bukłak możliwie blisko krawędzi, w porę się zorientowałem i zszedłem na dół dobre pół kilometra przed zasnutym dymami pobojowiskiem. Szata roślinna – ni to duże krzaki, ni skarłowaciałe drzewa – była tu dość bogata, więc do końca nie potrafiłem wypatrzyć tego, co tak intensywnie kopciło. Może i dobrze. Dwie eksplozje mogły oznaczać dwa kominy, do niedawna będące czołgiem i bojowym wozem piechoty. BRDM przetrwał – ale to akurat żadna pociecha. Z jednym samochodem pancernym przestawaliśmy być pododdziałem zmechanizowanym, a tylko taki miał tu szanse.

Bałem się tego, co zastanę. Zmęczenie dołożyło swoje. Szedłem coraz wolniej. Inna sprawa, że gęstniejący dym też nie ułatwiał marszu. Na szczęście nie byłem kompletnym pesymistą i nie zdjąłem karabinu z pleców, co mogłoby mnie upodobnić do skradającego się partyzanta. Zrozumiałem, że mogło to mieć znaczenie, kiedy zza kolczastych gałęzi wyłonił się nagle ludzki kontur.

– To pan, doktorze?

– Kozłowski? – Bardziej niż po głosie, zidentyfikowałem go po sposobie, w jaki mierzył do mnie z glauberyta. Pistolet maszynowy, nawet taki, zwykle trzyma się oburącz.

– Ostrożnie, tu są miny. Niech pan idzie za mną.

Miałem wrażenie, że zdzielił mnie pałką przez łeb.

– Miny? Tutaj?

– Pójdziemy koleiną. Jak pod czołgiem nie wybuchło…

Poszliśmy. Wolno, bo skał było tu więcej niż gruntu i nawet czterdziestotonowy T-72 nie zostawiał śladów dobrze widocznych w dymie. Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej przejaśniło się trochę. Mimo plątaniny głazów i zarośli mogłem jednym spojrzeniem ogarnąć coś, co było i prawdopodobnie miało się ponownie stać polem bitwy. Kozłowski zaczął tłumaczyć, że nie sprawdzono jeszcze otoczenia wozów i że trzeba uważać. Nie słuchałem. Z niedowierzaniem patrzyłem na rudobrązowy kształt, częściowo przesłonięty okopconą sylwetką bewupa.

– Wszystko w porządku? – Do użytego przez Filipiaka tonu lepiej pasowałyby słowa: „Kto jeszcze umarł w rodzinie?”

– Nnn… tak… mniej więcej. Co to jest?

– A jak pan myśli? – skrzywił się. – UFO? Budka z piwem?

– No… widzę, że czołg. Ale skąd tutaj…?

– Nie mam zielonego pojęcia. Co z wyrzutnią?

Miał słuszniejszą od mojej listę priorytetów. Wziąłem się w garść i przedstawiłem sytuację. Skinął głową i poprowadził mnie ku czarnym jak smoła drzwiom BWP. Wóz wyglądał z tej strony normalnie, ale ta warstwa kopcia nie wzięła się znikąd. Odruchowo wziąłem głęboki oddech.

Otworzył drzwi, a ja powoli, by nie było słychać, wypuściłem powietrze. Żadnych śladów spalenizny, żadnych zwłok. Wóz był pusty. Pomijając żołnierzy, którzy kręcili się, klęli i łomotali żelazem po drugiej stronie wieży, nad otwartym przedziałem silnika.

– Niech to zostanie między nami. – Filipiak przysiadł na progu, zniżył głos. Skinąłem głową i usiadłem obok, kładąc hełm na udzie. – Jak daleko zajdziemy pieszo?

Oderwałem wzrok od przerdzewiałego, porośniętego kępami trawy wraku czołgu T-55, stojącego parę kroków od nas.

– Jest aż tak źle?

– Wjechaliśmy na minę. Gąsienicę da się chyba zesztukować, bez koła też jakoś pojedzie – klepnął blachę – ale nie wiadomo, co z napędem. Rozwaliło bok, silnik się palił, przewody porwane, wszystko pogięte, wylało się sporo paliwa… Nie wiem. Chłopaki próbują.

Był wyczerpany, a umysłu dotyczyło to nie mniej niż mięśni. Mimo wszystko nie przegapiłby chyba czegoś takiego…

– Jacyś ranni? – Odważyłem się w końcu postawić pytanie, dręczące mnie od momentu, gdy ujrzałem dym na północy. O zabitych nie pytałem. Zabici przestali być problemem. Cholernie daleko zaszliśmy.

– Żadnych. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Coś się schrzaniło w systemie przeciwpożarowym, nie zaskoczył od razu. Dymu jak stąd do Stargardu, beerdeem stanął i akurat wtedy przyleciała rakieta. Wpakowali ją w sam środek tego złomu – wskazał przerdzewiały wrak czołgu. – Osłonił nas. Zresztą może w niego mierzyli. – Nie musiał mi tłumaczyć, że upaprany smarem i piaskiem, niegdyś biały, a teraz po prostu brudny T-72 wygląda podobnie. – Potem nikt nie strzelał, więc rzuciłem parę świec, spuściliśmy trochę ropy, podpaliliśmy… Z daleka można uznać, że zdrowo nam się dostało. Dlatego nie kazałem strzelać Drabowiczowi. Może facet nas zlekceważy i podleci bliżej, wystawi się…

– Nie wiem – mruknąłem. – Ostrożny jest. Strzelał do nas… zaraz… cztery razy, a nikt go w zasadzie nie widział.

– Też dobrze – powiedział bez wielkiego przekonania. – Z daleka nie wystrzela piechurów do nogi. Paru może tak, ale nie wszystkich.

Jeszcze parę dni temu raczej odgryzłby sobie język, niż powiedział coś takiego. Jego ambicje topniały szybciej niż ludzie i sprzęt.

– Dokąd mielibyśmy dojść? – zapytałem ponuro.

– Do Kasali. To najbliższe miejsce z wodą.

– A ile mamy do Kasali? – Nie wiedziałem, że nazwa geograficzna potrafi tak kaleczyć. Nagle wszystko wróciło: jej śmiech, suknia w grochy, zapach jabłek…

– Czterdzieści.

– Połowa ludzi by padła.

Miał dość przyzwoitości, by nie odpowiedzieć od razu.

– Ale połowa dojdzie.

Pomyślałem, że ma prawo widzieć to w ten sposób. Był dowódcą.

– To już postanowione? – zapytałem z rezygnacją.

– Nie. – Pozwolił mi nacieszyć się myślą, że nie będę musiał już teraz wlec się na obolałych nogach do miejsca, które obiecałem sobie omijać szerokim łukiem. – Poczekamy, co powiedzą mechanicy. I saperzy.

– A, tak – przypomniałem sobie. – Miny. Co z nimi?

Za naszymi plecami żołnierze pobrzękiwali niemrawo narzędziami, któryś klął pod nosem. Nie zanosiło się na szybki odjazd.

– Dobrze się pan czuje? – zmarszczył brwi.

– A wyglądam? – parsknąłem gorzko. – Ktoś z nas wygląda?

– Chodzi mi… Sprawia pan wrażenie, jakby się tym wszystkim nie przejmował.

– Nie bardzo rozumiem. Robię coś nie tak?

Milczał dość długo. I nic dziwnego.

– Jeśli teraz pan skłamie, a ja się o tym dowiem… teraz czy kiedyś, obojętne… Będzie pan żywym trupem.

Nie wstrząsnął mną, choć powinien.

– Co chce pan wiedzieć? – wzruszyłem ramionami.

– Znał ją pan wcześniej? Coś was łączyło?

Dopiero teraz udało mu się wywołać u mnie lekki szczękościsk. Rozdrapywanie ran to świetny sposób na wyrywanie kogoś z apatii.

– Po co to panu? – warknąłem.

– Ja nie żartuję – rzucił mi wyzywające spojrzenie. – Wróciliśmy do punktu wyjścia. Śmigłowiec. Od niego się zaczęło. Ktoś zaczął mordować mi ludzi. Jeśli to ona, mamy ją z głowy. Ale jeśli nie…

– Nie. Nie ona.

Szczebielewicz, pies ogrodnika. Chciałbym mieć ułamek tej pewności na własny użytek.

– Muszę wiedzieć, co między wami było – powiedział spokojnie. – Pan nie jest obiektywny. I ostrzegam: jeżeli coś pan ukrywa…

– Rozstrzela mnie pan? – Szarpnąłem suwak kamizelki, odsłoniłem pierś melodramatycznym gestem, zrywając się na równe nogi. – Proszę! To nie pana zasrany interes, co między nami było!

– Dowodzę tutaj. – Też wstał, choć jakby z ociąganiem.

– Ale nie mną!

– Dopóki jedzie pan z nami, dotyczy to pana w takim samym…

– Więc się wypisuję z tej wycieczki! – Zerwałem hełm z głowy, ciskając nim w najbliższe zarośla. – Lekką ręką skreśla pan sanitarki, to i lekarza…

Fala sprężonego powietrza wtłoczyła mi w usta końcówkę zdania, a mną samym rzuciła o ziemię. Huknęło przeraźliwie, Filipiak grzmotnął o drzwi tak, że omal ich nie wyłamał, dwóch mechaników zmiotło z wozu, a trzeciego wrzuciło do otwartej studni przedziału silnikowego.

Zbieraliśmy się ze ćwierć minuty. O dziwo, obeszło się bez większych strat. Nawet Wyka, kierowca bewupa, wykpił się lekko rozciętym czołem, co przy nurkowaniu głową w dół na pełnej kantów bryle metalu, jaką jest silnik, należało uznać za mały cud.

– Zmarnował pan dobry hełm – wymamrotał Filipiak. Stał trzymając się drzwiczek i sprawdzał, czy nadal ma głowę na końcu szyi.

– To nie rakieta? – Nie było żadnej zapowiedzi, ale niektóre rakiety latają szybciej od dźwięku.

– Musiał pan trafić prościutko w zapalnik. – Krzywiąc się, zostawił głowę w spokoju i zaczął rozcierać łokieć. – Przeciwczołgowa. Muszą być cholernie skorodowane, skoro od takiego puknięcia…

– Skorodowane?

– A myśli pan, że co to jest? – wskazał wrak T-55. – Pamiątki po wojnie ogadeńskiej. Wiedziałem, że czołg, ale wygląda na to, że i pole.

Zaklął pod nosem i odszedł, uważnie patrząc pod nogi. Miny okazały się groźniejsze, niż zakładał, i Gabriela Asmare spadła automatycznie na dalsze miejsce jego listy zmartwień.

Zazdrościłem mu jak cholera.


*

Samuraj dowlókł się do nas w południe. Dokładniej: do miejsca, gdzie płaskie dno Bukłaka zaczynało się wznosić. Agnieszka nie próbowała jechać dalej, co miało swą wymowę, jeśli się widziało, w jakim stylu pokonała następne kilkadziesiąt metrów na własnych nogach. Mim odgrywający tragarza fortepianów – tak mi się skojarzyła. W porównaniu z nią brudny od krwi, kurzu i smaru Olszan, sunący naprzód wyraźnym zygzakiem, prezentował się świeżo i dziarsko.

Wylazłem ze swej nory pod zadem T-55. Pod czołgiem było chłodniej, ale leżałem przy karabinie maszynowym sam jak palec i za każdym razem, kiedy nie myślałem o wodzie, łapałem się na myśleniu o Gabrieli. Z dwojga złego wolałem słońce, ludzi i rozmowę.

– Jesteście. – Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

– Przyznaję bez bicia: nie spieszyliśmy się. – Olszan, krzywiąc się, pomógł Agnieszce usiąść po ocienionej stronie czołgu. – Przywilej cywila. Można się bezkarnie czaić po kątach.

– Niech go pan nie słucha. – Wielogórska posłała mu blady i ciepły zarazem uśmiech. – Wóz strasznie znosi, praktycznie nadaje się tylko do jazdy po rondzie. I musieliśmy robić przerwy, żeby studzić silnik.

– W porządku. – Popatrzyłem na brunatny od zakrzepłej krwi przód koszuli Olszana. – Nikt nie ma o nic pretensji.

– Myślałem, że to koniec. – Usiadł, osłonił powiekami oczy i skryty w nich ból. – Nie rozumiem, czemu nie przyleciał nas dobić.

– Widział go pan?

– Właściwie nie. Coś mi mignęło w chmurze pyłu.

– Czyli nadal nie wiemy, co to jest?

– Szturmowiec. Sylwetkę z grubsza było widać. A model… To bez znaczenia. Każdy jeden jest kurewsko skuteczny. Gdzie są wszyscy?

Zacząłem objaśniać, że załogi w wozach, przyklejone do celowników i rozruszników, a reszta zdolnych do noszenia broni na górze, ale nie dane mi było dokończyć. W przerywanej ospałym postukiwaniem narzędzi ciszy seria kilku karabinowych wystrzałów zabrzmiała bardzo dobitnie. Jeśli wszyscy nie podskoczyliśmy z wrażenia, to tylko dlatego, że byliśmy trójką bezsilnych kup nieszczęścia.

– To przy wylocie Szyjki. – Bez zapału schyliłem się po beryla. – Jakby co, pod czołgiem jest schron. I karabin maszynowy.

Nie miałem sił taszczyć tego paskudztwa, choć na polu bitwy wart był paru automatów. Przewiesiłem karabinek przez ramię i w tempie zdobywcy himalajskiego ośmiotysięcznika powlokłem się przez zarośla.

Nim dotarłem do wylotu ni to wąwozu, ni to skośnej przełęczy, ochrzczonej Szyjką, wymiana ognia dobiegła końca. Finał nie napawał optymizmem: to nie beryl strzelał ostatni. Ale nawet nie o to chodziło.

Filipiak, na którego niemal wpadłem za zakrętem, skomentował rzecz w najlepszy możliwy sposób:

– Te skurwysyny są dokładnie nad nami.

Klęczał za jakąś skałką, celując z automatu w przeciwległy koniec Szyjki, i choć raz po raz nadwerężał kark, rzucając szybkie spojrzenia nad lewe i prawe ramię, widać było, że zupełnie upadł na duchu i na serio szykuje się do zasypania wąwozu pociskami. Ewentualna obrona mocno przypominałaby tę spod Termopil: z winy pola minowego nasze wozy nie mogły podjechać bliżej i musiałby walczyć samotnie. Co gorsze, nie miał też co liczyć na solidną osłonę skrzydeł: BRDM, kręcąc gorączkowo wieżyczką, udowadniał właśnie, że może mieć problemy z ostrzeliwaniem górujących nad nami skalnych ścian kotliny.

– Co się stało? – Zaległem dwa metry od niego, na boku, co dawało szansę w miarę szybkiego strzelania do góry.

– Kto przyjechał?

Z góry powinien widzieć samuraja. Czyli nie wracał, a dopiero szedł do saperów. Tak czy inaczej miał sporo szczęścia. Mógł leżeć tam teraz obok Ciołkosza i Staśki. Maciaszek też miał szczęście, choć nie wyglądał na wybrańca losu, kiedy odbierano mu mackę i posyłano w charakterze gońca do Morawskiego. Pot zamiast krwi, jak w starej żołnierskiej maksymie…

– Olszan i Wielogórska.

– Nie zabrali po drodze tych ze stara? – Wciąż nie było łączności z Wołynowem, i między innymi dlatego Maciaszek, zamiast z minami, zmagał się teraz z urwiskami Bukłaka, żarem, wertepami i własną słabością.

– Nie. Nie zdążyłem zapytać – dodałem, zastanawiając się, ile takich drobnych błędów już popełniłem i ilu ludzi przypłaciło je życiem. Filipiak oglądał wąwóz przez szczerbinkę karabinu i snuł pewnie podobne rozważania. Dwuosobowy patrol, żadnej osłony. Musiał pluć sobie w brodę. Niesłusznie: Grochulski przy radarze, trzyosobowe załogi w sprawnych wozach, jeden przy zenitówce, mechanicy… Praktycznie pozostali mu ranni, Jola i Lesik. Ale w brodę pluł i tak. Wiedziałem.

Był dobrym żołnierzem i dlatego udało mu się nie stracić kolejnego podwładnego.

– Nie strzelaj!

Gdyby nie jego rzucony szeptem okrzyk – nawiasem mówiąc: też dowód trzymania nerwów na wodzy – pewnie pociągnąłbym za spust. Ruda od kurzu postać wyskoczyła zza kamieni i krzaków zbyt nagle, za blisko. Dopiero kiedy zwaliła się między nas, poznałem Ciołkosza.

– Idą za tobą? – Filipiak zaczął od najgorszego scenariusza.

– Nie… chyba… nie widziałem. – Przez chwilę sierżant wykasływał ogadeński pył z gardła. Trzeba przyznać, że równie cicho i dyskretnie, jak przedtem schodził wąwozem. Urwiska wiszące nad naszymi głowami najwyraźniej nie tylko mnie nasuwały paskudne myśli. – Staśko dostał.

W duchu pogrzebałem ich obu, więc nie poczułem zawodu.

– Co się stało? – drążył porucznik.

– Doszliśmy prawie na samą górę. Na wprost wylotu jest taki pagórek, poza tym płasko. I z tej górki nam przygrzali. Dobrze, że się pospieszyli i byliśmy jeszcze na stoku, ale i tak… Kule latały tak nisko, że głowy nie uniesiesz. Nie było szansy ściągnąć Staśki. Zresztą już nie żył.

– Widziałeś kogoś?

– Kurz. Niżej usypali jakby szańczyk, schron… bo ja wiem… I tam stoi maszynka. Obłożona kamieniami, nie wiem, jak byśmy mogli ugryźć to gówno. A wyżej mieli obserwatora. To on trafił Staśkę.

– Jak to daleko? – Filipiak zmrużył oczy, szkicując w wyobraźni plan potencjalnej bitwy. – Da się podpełznąć?

– Z sześćdziesiąt metrów. Usrasz się, a granatu nie dorzucisz.

Każda drużyna plutonu miała na stanie jeden karabinek z powieszonym granatnikiem kalibru 40 mm, ale rozumiałem, w czym problem. Jeśli cel jest blisko, granatnik przestaje być bronią stromotorową i chcąc go użyć, trzeba wystawić głowę zza osłony. Poza tym tradycyjne granaty ręczne były cięższe, a tym samym skuteczniejsze.

– A oskrzydlenie? Jakiś rowek, krzaki?

– Nie wiem, może… Ale ja bym tam nie lazł. Kaem stoi nisko, może i podpełzniesz ciut bliżej, ale to chujowe miejsce. Z przodu ta górka, kamień na kamieniu, drużynę schowasz i nie widać, a z tyłu jeszcze gorzej. Jak kogoś tam poślą – zadarł głowę i popatrzył na obrzeża wąwozu – to mogiła. Nawet tu nas mogą…

– Co z minami? – ciągnął odpytywanie Filipiak. Pokazał mi gestem, bym miał na oku zakrzaczony żleb, a sam bez przerwy wodził wzrokiem po górnych partiach urwisk.

– A co za różnica? – W miarę oglądania piętrzących się nad nami skał i warstw gliny, Ciołkosz stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Rozumiałem go. Celnie spuszczony kamień mógł zabić każdego z nas, a przy odrobinie szczęścia ktoś kryjący się pięć czy sześć pięter nad nami byłby w stanie posłać na dół parę sporych lawin, ani na moment nie wchodząc nikomu przed lufę. Pozycja była naprawdę fatalna.

– Da się przejechać czy nie? – Głos porucznika nieco stwardniał.

– Prosto na ten bunkier? Żartujesz? A jak mają granatniki?

– Pytałem cię o coś.

Ciołkosz zawahał się.

– Znaleźliśmy osiem min. Jedną Staśko wykopał, resztę oznaczyliśmy chorągiewkami. To MPP-61. Były też metalowe. Przeplatanka. Ta MPP nie miała odciągu, ale założę się, że którąś ustawili na nieusuwalność. No i nieźle je przeżarło. Stukniesz i po tobie.

To akurat wiedzieliśmy.

– Po prostu będziemy detonować. To nie miasto ani most.

– A jak nie wszystkie znaleźliśmy? To była robota po łebkach i…

– Wrócisz po induktor – przerwał mu Filipiak. – Dam ci dwóch ludzi i granaty dymne, ale muszę go mieć. Tak między nami, to spieprzyłeś sprawę. Ten aparat liczy się teraz na wagę złota. Jego trzeba było ewakuować, a nie trupa.

Sierżant trzy razy otwierał i zamykał usta.

– To samobójstwo – rzucił w końcu przez zęby.

Filipiak nie zdążył skomentować. Jego zawieszone przy biodrze radio przemówiło głosem Grochulskiego.

– Ciężarówka do nas jedzie. Zaraz tu będą.

Dwie minuty później, pokonując najbardziej niedostępny gąszcz kamieni i zarośli – czyli odwrotność ulubionych przez minerów miejsc – po własnych śladach wróciliśmy do miejsca, gdzie najpierw T-55, a teraz nasz BWP wpakowały się w nieszczęście. Ciołkosz pozostał, by osłaniać wylot wąwozu.

– Jakim cudem? – Porucznik posłał pełne niewiary spojrzenie pokiereszowanemu pyskowi stara. Wóz miał już tylko cztery koła, a kabinę, przypominającą rozdeptaną puszkę, opleciono zamocowaną już na stałe liną holowniczą. Ale najwyraźniej dotarł tu o własnych siłach.

Wołynow demonstracyjnie wyłączył silnik przed zeskokiem na ziemię.

– Złote – błysnął zębami, demonstrując brudne od smaru dłonie.

– Rozrusznik działa? – zapytał z rozpędu Filipiak po czym skreślił głupie pytanie szybkim machnięciem ręki. – Dobra, nie ma czasu. Bodnar, zbierz parę granatów. Bielski, do mnie!

Przenieśliśmy się we czwórkę za najbliższe skałki. Górującą nad pojazdami część urwiska dało się już ostrzeliwać z beerdeema, a w razie czego celowniczy zenitówki mógł szybko obrócić lufy i dokonać prawdziwej masakry potencjalnych napastników, próbujących wychylać głowy zza wystrzępionej krawędzi, ale ostrożności nigdy za wiele.

– Wejdzie pan tam? – zaczął z marszu Filipiak, wskazując urwisko odpinaną od pasa lornetką.

– Na górę? – Wołynow posłał w górę spojrzenie co najmniej pełne respektu. – Tędy? Sam?

– Ze mną. I tędy, bo trzeba szybko.

Wszyscy trzej patrzyliśmy z niedowierzaniem, jak odpina kamizelkę i pozbywa się nadmiaru oporządzenia.

– To zbyt ryzykowne – powiedziałem cicho. – Jeśli już, odejdźcie ze dwieście metrów w prawo, tam jest chyba…

– Odepchniemy ich teraz albo wcale. – Zaczął upychać magazynki po kieszeniach. – Uchwycimy wylot wąwozu albo zakorkują nas tu na dobre.

Wołynow bez słowa skinął głową i przewiesił karabin przez plecy.

– My też mamy…? – Bielski wolał nie kończyć.

– Tylko ja i major – uspokoił go Filipiak. – Osłaniajcie z dołu. Doktorze…

– Tak?

– Oni mają kupę roboty przy wozie. Poszedłby pan z Ciołkoszem?

Pomyślałem o wąskim skalnym korycie pełnym min i kończącym się na wprost dobrze okopanego kaemu. Jeszcze kilka godzin temu wpakowałbym go w kaftan za pomysł posyłania kogokolwiek w takie miejsce. Nie mnie – kogokolwiek. Ale też byłem zmęczony i też osiągnąłem etap trzymania się życia nie tyle z potrzeby i lęku, co z nawyku.

– Jasne.


*

Coś się poruszyło. Nie nad krawędzią zachodniej ściany Szyjki, której się przyglądałem pół siedząc, pół leżąc, wsparty plecami o jakiś symbolicznej wielkości kamień. Dużo dalej.

Błysk światła na prawo od słońca. I chyba – ale tego już nie byłem pewien – kłębuszek jasnego pyłu. Hen, na linii południowego horyzontu. Przez chwilę serce biło mi szybciej, ale nie trwało to długo. Byłem zbyt znękany pragnieniem, a to coś, czymkolwiek było, pojawiło się o ładnych kilkadziesiąt stopni na zachód od miejsca, gdzie zostawiliśmy Hanusika i tamtych trzech. No i chyba dalej.

Niczego nie słyszałem. Ani kroków Somalijczyków, sunących ukradkiem wzdłuż urwiska, ani wybuchu rakiety na południu. Jedno i drugie niczego nie dowodziło. Unieruchomionego bewupa dzieliły od nas ze cztery kilometry, a ci na górze, jeśli zaryzykowali wypad, na pewno byli ostrożni.

Leżeliśmy we czterech o rzut kamieniem od niewidocznej, trudnej do wskazania linii, za którą kończył się łagodny żleb Szyjki i zaczynała otwarta przestrzeń pofalowanej wyżyny. Ten czwarty nie miał praktycznie głowy, lewego przedramienia i fragmentu łopatki: kule karabinu maszynowego przerobiły je na rozległą plamę krwawych strzępów, otaczających zwłoki w promieniu paru kroków. Wyglądało to paskudnie, ale pozwalało z grubsza określić płaszczyznę, powyżej której kończyło się życie.

Jak na razie ustaliłem jedno: że faktycznie nie przechodzi ona przez wierzchołek kamiennego pagórka. Zanim zalegliśmy, zwracając lufy w tył, zaryzykowałem krótki rzut oka na północ. Znalazłem czubek wzniesienia, nie znalazłem śladów usytuowanego niżej szańca i od razu zanurkowałem ku ziemi. Nikt nie strzelił. Ulokowany wyżej obserwator, jeśli nadal tam był, zamaskował się dobrze i albo mnie przegapił, albo wolał nie zdradzać swej obecności.

Pomyślałem, że mają ten sam problem co my: zbyt szczupłe siły. Blokowali wylot wąwozu i prawdopodobnie nie było stać ich na cokolwiek więcej niż proste blokowanie. Minęło dużo czasu i nic się nie działo, to po pierwsze. A po drugie, ważniejsze: przy poszatkowanych zwłokach Staśki wciąż leżał i karabin, i wykrywacz min, i cała reszta ekwipunku. Nie było za to śladów po wybuchających granatach, co dowodziło, że Somalijczycy nie czuli się na siłach nie tylko podejść i zgarnąć zdobycz, ale choćby zapolować na kryjących się nieco niżej kolegów zabitego. Oznaczało to nieliczną grupę ze skromnym zapasem amunicji.

W grę wchodził chyba łazik klasy naszego honkera, paru ludzi i karabin maszynowy, Sabah przysłał ich tu pewnie dla spokoju sumienia, bez wiary w sens szukania zbiegów w tak nieprawdopodobnym miejscu. Jeśli wiedział o starym polu minowym, to miał po trzykroć rację, ale nawet bez tej wiedzy postąpił mądrze, skreślając Bukłak z listy potencjalnych tras. Ci na górze pewnie do tej pory nie ochłonęli ze zdumienia, wywołanego naszym pojawieniem się. Może dlatego nie strzelali. A może po prostu już ich nie było. Na trzeciorzędne odcinki posyła się trzeciorzędne oddziały, wyposażone w zdezelowane samochody, rakietnice jako substytut radiostacji i butelki z benzyną w zastępstwie granatników. Jeśli trafiliśmy na tego typu grupę-zapchajdziurę, należało oczekiwać, że po pierwszej nieoczekiwanej wymianie strzałów obrońcy Szyjki wyniosą się dyskretnie.

Nie ja jeden miałem wątpliwości, czy aby nie leżymy z nosami w ziemi przed stertą kamieni i garścią rozsypanych łusek. Bodnar zdążył dwa razy przesłać mi za pomocą gestów i mimiki nieme pytanie, dotyczące czegoś, co kryło się za garbem terenu i zwłokami sapera. Przymierzał się do trzeciego, kiedy to usłyszeliśmy.

Łoskot. Stłumiony odległością, ale wyraźny, dzięki czemu szybko wyzbyłem się wątpliwości. Coś oderwało się od stoku i albo po drodze zderzyło z jakimiś występami, albo pociągnęło za sobą lawinę.

Starałem się wmówić sobie, że to nie to, o czym myślę. Dotarliśmy na wyznaczoną rubież wyjątkowo szybko – z braku wykrywacza min łatwiej nam było zdawać się na los, biegnąc – ale przecież trochę to potrwało, no i czekaliśmy już całe wieki. Niemożliwe, żeby tamci dopiero teraz…

Potem znów nic się nie działo. Miałem wrażenie, że z godzinę. Tak naprawdę upłynęły minuty, nim na prawo od wąwozu stuknął pojedynczy wystrzał z beryla i drzemiący czas ruszył z kopyta.

Obróciłem się na brzuch. Zaraz potem puknął granatnik kalibru 40 mm, też z prawej. Kątem oka dostrzegłem siadającego Bodnara i bezruch w miejscu, gdzie powinien się ruszać Ciołkosz. PKM kaprala wypluł oszczędną serię i od razu zamilkł, jakby wystraszony hukiem eksplozji. Granat wybuchł w niecałą sekundę po odpaleniu; to oznaczało strzał z jakichś sześćdziesięciu metrów i niemal pewne trafienie. Ten pierwszy strzał też oddano z bliska: Filipiak i Wołynow dotarli dalej, niż mogliśmy zamarzyć, i być może już wygrali dla nas tę bitwę.

Ruszyliśmy z Bodnarem na kolanach, a potem brzuchach. Pagórek, o którym mówił sierżant, był nim tylko z perspektywy leżącego pod ostrzałem żołnierza – miał może z półtora metra wysokości – ale właśnie dlatego kilka dodatkowych kamieni, które dołożono z boku, urastało w moich oczach do rozmiaru solidnego szańca.

Kiedy go ujrzałem, wirował nad nim potężny obłok poderwanego eksplozją kurzu. Pewnie on nas ocalił.

Kaem Bodnara rozorał serią wierzchołek wzniesienia i dopiero wtedy dostrzegłem niemal niewidoczny przecinek wychylonej zza suchych traw lufy. Obaj z kapralem przypadliśmy twarzami do piachu, a zaraz potem przesłonięte kurzem kupka kamieni zaczęła pruć powietrze nad naszymi karkami całymi stadami wściekłego metalu. Niektóre kule trafiały za nisko, waląc z impetem w ziemię między nami a celowniczym, więc przedpole błyskawicznie utonęło w żółtym tumanie. Bodnar i ci z prawej próbowali się odgryzać, lecz dość szybko dali za wygraną.

Somalijczyk opróżnił do końca dwustunabojową taśmę i zrobiło się cicho, ale nikt chyba nie próbował wykorzystywać tej przerwy. Ciołkosz za pomocą dwóch granatów dymnych oślepił nas do reszty, a nim ktoś dojrzał do myśli, by skorzystać z chwilowej niewidzialności, pękający na przedpolu granat wybił nam to z głów.

– Ilu ich tam jest? – Bodnar leżał może z osiem metrów ode mnie, ale wypłakiwałem właśnie spod powiek całe garście kurzu i słyszałem go dużo lepiej, niż widziałem. – Walili tylko z bunkra czy jeszcze skądś?

Bunkier. Mocne słowo jak na usypisko z paru kamieni, ale, pomijając brak dachu, całkiem na miejscu. Karabin nie strzelał znad głazów: zdążyłem dostrzec coś w rodzaju okienka, a to oznaczało, że mamy do trafienia cel wyraźnie mniejszy od ludzkiego popiersia. Rachunek prawdopodobieństwa był przeciwko nam: gdyby pójść na prostą wymianę ciosów, celowniczy kaemu prędzej wpakowałby po parę kul każdemu z nas, niż my jedną jemu. Na szczęście nie przyszliśmy tu z samymi karabinami.

– Chyba ten jeden. – Odłożyłem automat i niezdarnie, niemal nie unosząc się nad kamienisty grunt, zacząłem zdejmować przewieszoną przez plecy rurę jednorazowego granatnika przeciwpancernego typu Komar. – Jak pył opadnie, spróbujemy. Zajmij go, a pan, sierżancie, rzuci granat.

Obaj, z jednakowym brakiem entuzjazmu, pokiwali żółtymi od kurzu twarzami. Rozłożyłem kolbę komara i zacząłem pełznąć w prawo, gdzie było trochę traw oraz kamieni i gdzie – co może ważniejsze – nikogo przedtem nie było. Podstawowa zasada: jeśli nie musisz, nie pokazuj się przeciwnikowi drugi raz w tym samym miejscu.

Byłem w drodze, kiedy z tyłu puknęło anemicznie i nad Bukłakiem rozbłysła gwiazdka rakiety sygnalizacyjnej.

Skląłem ją, leżąc płasko przy ziemi i czekając, aż zaniepokojony Somalijczyk skończy opróżniać kolejną taśmę.

– Czerwona! – Ciołkosz leżał najdalej, miał nad głową kawał bezpiecznej przestrzeni i mógł sobie pozwolić na myślenie o czymś więcej niż przemykające tuż nad czołem pociski. – Zmywamy się!

Nie zdziwiłem się zbytnio, widząc, jak ochoczo podporządkowuje się temu akurat rozkazowi.

Bodnar nie próbował się cofać. Chyba, podobnie jak mnie, nie spodobała mu się nagła zmiana planów. Dotarliśmy tu bez problemów, ale wszyscy uczą się na błędach i następnym razem nasi przeciwnicy nie musieli być dla nas tak łaskawi. Mimo wszystko pokazałbym chyba dłonią w dół. Powstrzymał mnie pojedynczy wystrzał z prawej. Filipiak i Wołynow. Nieprawdopodobne, ale zupełnie o nich zapomniałem. Nie strzelali, do nich nie strzelano – musiałem podświadomie uznać, że zabrnęli w jakiś ślepy zaułek pola bitwy. Może miałem rację, ale teraz przynajmniej jeden zaryzykował, zmienił pozycję i zaczął ostrzeliwać jakiś cel przed nami.

– Na trzy! – zawołałem. Bodnar skinął głową i zaczął podwijać nogi, by z leżenia szybko przejść do mocno pochylonej pozycji klęczącej, wychylić się ponad granicę martwego pola i sypnąć kulami w szaniec.

Doliczyłem do trzech. Pod koniec musiałem krzyczeć, bo somalijski kaem nie pozostał dłużny obszczekującemu schron berylowi. Wrzasnąłem: „Trzy!” i niemal równocześnie z kapralem dźwignęliśmy się na kolana. Omal nie nadwerężyłem kręgosłupa – kamizelka, hełm, no i granatnik ważyły swoje, a ręce miałem zajęte – za to padało mi się cudownie łatwo i szybko. Nie dałem się zabić. Inna sprawa, że nie widziałem też, w co trafiła nadkalibrowa głowica komara.

Dopiero jej eksplozja zmusiła Bodnara do zdjęcia palca ze spustu i zanurkowania w dół. Potem leżeliśmy, słuchając, jak poderwane w niebo kamyki bębnią o kevlarowe kamizelki i pokrowce na hełmach.

Zrobiło się cicho. Na sekundy. Potem dziesiątki sekund.

– Chyba go pan załatwił.

Odczekaliśmy jeszcze trochę, by w końcu dźwignąć się i z bronią przy ramieniu ruszyć ostrożnie naprzód. W połowie drogi dostrzegłem Wołynowa. Szedł, jak my, w stronę dymiącego szańca, ale niemal od razu skręcił i ciężkim truchtem pobiegł w kierunku wąwozu. Zniknął w porastających Szyjkę krzakach, nim dojrzałem do stawiania pytań.


*

– Chwała Bogu – wychrypiał Olszan. – Właśnie po pana…

– Kto? – Byłem teraz i oficerem, i jeszcze jednym bagnetem do zatykania dziur w przeraźliwie przerzedzonym szyku, ale ani przez sekundę nie łudziłem się co do celu jego wyprawy. Nie biegł tu na przełaj przez kolczaste zarośla i potencjalne pole minowe po to, by znaleźć wojskowego. Szukał lekarza. I nawet wiedziałem – mimo upartego odpychania od siebie tej wiedzy – dla kogo.

– Filipiak zleciał. Baliśmy się go ruszać.

Kiedy dotarliśmy – też przedzierając się na przełaj – pod górujące nad pojazdami urwisko, zrozumiałem, dlaczego się bali.

Z lewego podudzia leżącego na wznak porucznika sterczał ostry koniec złamanej kości. Prawe ramię też było złamane, nad łokciem i chyba pod łokciem. Nad lewą dłonią brakowało sporego płata zdartej skóry. Twarz w krwawym błocie, poszarpany mundur, z pół tuzina skaleczeń, może i drobnych, ale tworzących w sumie ponury obraz. Kiepsko to wyglądało. Klęcząca nad nim Agnieszka miała święte prawo do łez w oczach.

Na szczęście nie była sama. Jola, bardzo rozsądnie, zajęła się lewą nogą, zakładając opaskę powyżej rany. Sądząc po stanie nogawki i piasku poniżej, chyba uratowała porucznikowi życie. Kostny szpikulec musiał rozerwać jakieś większe naczynie.

– Co z nim? – Klęknąłem okrakiem nad powykręcaną prawą ręką. Lewa, będąca chyba najlepiej zachowaną kończyną, była zajęta przez modlącego się bezgłośnie Lesika, więc dla sprawdzenia tętna sięgnąłem ku szyi.

– Tutaj spadł. – Głos pielęgniarki brzmiał trochę jak ze starej, zacinającej się płyty. – Nie ruszaliśmy go.

– Dobrze. – Zerknąłem do góry, oceniając stromo nachylone, jednak dalekie od pionu zbocze. – Będziemy potrzebowali sztywnych noszy. Mógłby się ksiądz tym zająć?

Usta Lesika znieruchomiały, powieki powędrowały nieco wyżej.

– Ja?

– Musiało nim zdrowo rzucać – wskazałem chaos stoku, mocno przypominającego bardzo strome schody. – Dlatego przeżył, ale aż się boję sprawdzać, ile kości… Trzeba go unieruchomić.

– On umiera – powiedział cicho. – Nie odejdę w takiej chwili od człowieka. Może odzyskać świadomość i…

– Póki co, żyje i potrzebuje pomocy. Nie modlitwy, a noszy.

– Nie mamy o czym mówić – rzucił sucho.

– Co by to miało być? – zapytał szybko Olszan.

– Najlepiej kawałek burty z ciężarówki. – Zacząłem rozpinać mundur Filipiaka i zdejmować granaty z szelek oporządzenia. – Wołynow mógłby panu pomóc, to nie powinno zająć zbyt wiele…

– Ciołkosz go aresztował. – Głos Agnieszki był taki jak jej oczy: balansował na granicy jawnego płaczu.

– Co?!

Nikt mi nie odpowiedział. Nawet Olszan, spec od nieowijania w bawełnę. Dźwignęła się z ostrożnością doświadczonej ofiary lumbago i oboje odeszli możliwie szybko w stronę stara.

– Buty – mruknąłem, widząc, że Jola skończyła z opaską.

– To kręgosłup, prawda?

Zachowywała się poprawnie i nie traciła głowy, ale nie podobał mi się wyraz roztargnienia, dominujący na jej twarzy. Niby wszyscy otępieliśmy od nadmiaru nieszczęść, braku snu, wody i nadziei. Ale to był Filipiak, a ona zbyt łatwo mogła go teraz uśmiercić jednym nieprzemyślanym ruchem. Przez chwilę całkiem poważnie zastanawiałem się, czy nie odesłać jej na bezterminowy urlop.

– Zobaczymy.

Patrzyliśmy wiele długich minut. Nie wiedziałem, że zewnętrzne oględziny chorego mogą pochłonąć tyle czasu. Ale przynajmniej kończyłem je z czystym sumieniem: chyba dopilnowałem wszystkiego i nie zrobiliśmy Filipiakowi krzywdy. Ani wtedy, ani później, gdy słaniający się z bólu i zmęczenia Agnieszka i Olszan przytargali poharataną odłamkami burtę i ułożyliśmy bezwładne ciało na blachach.

W samych tylko, dość niepoważnych pasiastych bokserkach, które mu litościwie zostawiłem, porucznik wyglądał na rówieśnika swoich żołnierzy. Był szczuplejszy, niż myślałem, zaskakująco blady. Pomyślałem, że leżąc tak u naszych stóp, niemal nagi i bardziej od dziecka bezsilny, w niczym nie przypomina tego, kim naprawdę był. A potem Agnieszka osunęła się na kolana i, zwolniona z obowiązku robienia czegoś konstruktywnego, zaczęła płakać, a ja uświadomiłem sobie, że tak właśnie być musiało.

Wraz z Filipiakiem spadła ze skały i roztrzaskała się nadzieja większości z nas. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo go potrzebujemy.

– Zaraz wracam – powiedziałem. Zostawiłem karabin i poszedłem szukać Ciołkosza.

Znalazłem go w fotelu dowódcy bewupa. Dziwne miejsce, biorąc pod uwagę słońce i priorytety pilotów śmigłowców szturmowych. Chłopcy Drabowicza, udający zakrzaczoną górkę kilkadziesiąt metrów od nas, też się wprawdzie smażyli i wystawiali na ciosy rakiet, ale przynajmniej z nadzieją na upolowanie napastnika.

– Żyje? – dmuchnął papierosowym dymem, nie patrząc w moją stronę. Na kolanach miał hełmofon, co po części tłumaczyło jego pobyt tutaj.

– Żyje. – Myślałem przez chwilę, po czym dodałem: – I chyba przeżyje. Ale czy będzie chodził… I nie nadaje się do transportu.

Obok krzątali się członkowie załogi, odprawiający jakieś czary nad silnikiem. Ale oni przynajmniej mieli szansę wypatrzyć rakietę, zeskoczyć i próbować ucieczki. No i robili coś sensownego. A sierżant z nikim nie rozmawiał przez radio. Miałem nadzieję, że nie zaszył się tu ze strachu. Strach nie jest zły, tyle że ten rozsądny. W tej chwili chowanie się pod pancerzem nie wystawiało nikomu świadectwa rozsądku.

– Trzeba go będzie zostawić. Schować – poprawił się. – Pod opieką. A Ruska rozstrzelać.

W mgnieniu oka zapomniałem o rakietach.

– Słucham?!

– Myślałem o tym wszystkim. Trzeba stąd wyrywać tak szybko, jak się da. Póki tam na górze nikogo nie ma.

– Powiedział pan: rozstrzelać?

– Zepchnął porucznika. I tak za długo się z nim…

– Ktoś to widział?

– Widział, nie widział… To nie sąd. Wiadomo, że ktoś nam robi koło dupy. Ma pan jeszcze wątpliwości? Bo ja nie.

Zniosło nas już dawno o całe kilometry od ścieżki rutyny, ale mimo wszystko poczułem się dziwnie.

– Nie mówi pan tego poważnie…

– Nie będę czekał, aż jeszcze kogoś wykończy. Za mało nas.

Pomyślałem, że mu odbiło. W końcu komuś musiało.

– Tym bardziej. – Dokonałem wysiłku oczyszczenia głosu z emocji. – To Wołynow zlikwidował tych na górze. Gdyby nie on…

– Alibi sobie wyrabiał – wzruszył ramionami. – Cwany jest, to już wiemy. Wystawił nas już parę razy i jak się go nie pozbędziemy…

– Wiemy?! – Nie wytrzymałem. – Gówno wiemy! W tym cały problem!

– Mów pan za siebie – warknął.

– Pytałem, czy ktoś widział, jak spychał Filipiaka.

– A może i widział – rzucił wyzywająco.

– To ma być odpowiedź?

Nie zdążył mnie zapewnić, że dokładnie tak. Hełmofon zaszeleścił nagle cichym, niewyraźnym, ale niewątpliwie ludzkim głosem.

Omal nie rozbiłem sobie głowy o pancerz i nie połamałem palców, ale udało mi się wyprzedzić sierżanta. Chwycił hełmofon dopiero na wysokości krawędzi włazu.

– …ktoś mnie słyszy? Halo? Odezwijcie się. – Chwila przerwy i zrezygnowane, wymruczane pod nosem i już raczej do siebie: – Proszę.

Coś charczało na linii, odbierając temu anemicznemu głosowi resztki mocy, ale teraz, kiedy już rozumiałem słowa, nie mógłbym go nie rozpoznać. Choćby używała ruskiej radiostacji i mówiła z Księżyca.

– Gapa?!!

Nawet gdyby naprawdę tkwiła gdzieś w przestrzeni kosmicznej i nie miała żadnego odbiornika, powinna mnie usłyszeć.

– Odbieramy cię. – Niepotrzebnie robiłem z siebie głupka: dopiero teraz Ciołkosz szczęknął przełącznikiem i posłał sygnał w eter. – Kto mówi? To pani? Odbiór.

Przez kolejne sekundy byłem najbardziej przerażoną istotą po tej stronie równika. Gabriela mogła znajdować się za daleko, mogła uszkodzić przenośne radyjko czy po prostu nie zdejmować kciuka z przycisku, co amatorom przytrafia się dość często. Cierpła mi skóra na myśl, że zablokowała go w pozycji nadawania – plaster, klin z zapałki, cokolwiek – i całymi godzinami możemy nasłuchiwać jej słabnących nawoływań, bez szansy udzielenia odpowiedzi. Mało prawdopodobne? Pewnie, ale w przypadku rannego rozbitka, który etap logicznego myślenia ma już za sobą… A przecież nie zgubiła się bez powodu. Coś się stało. Coś złego.

– Halo?! Słyszycie mnie?! – W zasadzie powtórzyła poprzednią kwestię, ale ten głos nie był głosem sprzed chwili. Miały się do siebie jak radosna, olśniewająco barwna raca do niepozornego naboju, smętnie czekającego w pudełku na sylwestrową noc.

– Głośno i wyraźnie. Sierżant Ciołkosz z tej strony, przejąłem dowództwo. Gdzie pani jest?

– Nie wiem. Minęłam ślady waszych gąsienic. – Zamilkła, ale uczepiłem się swojej strony hełmofonu dostatecznie stanowczo, by słyszeć charakterystyczny szmer odbieranej fali. – A teraz… niedaleko śmigłowca.

Zwolniła przycisk. Mogliśmy już mówić, ale przez dłuższą chwilę żaden z nas nie czuł się na siłach. Widziałem, jak pożółkłe palce sierżanta rozgniatają wypalonego do połowy papierosa.

– Jakiego śmigłowca? – Leżałem na brzuchu, w piersi brakowało tchu, a głos mi drżał. Ale jakoś nie przyszło mi do głowy przedstawiać się.

– No… tego.

Nie odpowiedziała od razu. Pomyślałem, że mój głos zrobił na niej mniej więcej podobne wrażenie, jak jej głos na mnie.

– Widziała go pani? – Jeśli za pytaniem Ciołkosza kryła się jakaś myśl, to robiła to dobrze.

– Nadal go widzę.

Cisza. Obustronna. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jak na cudem odnalezionego rozbitka przemawiała do mikrofonu zaskakująco cicho.

– Jest aż tak blisko? – Starałem się być rzeczowy i tylko rzeczowy.

Sekunda zwłoki.

– Źle słychać? – Było słychać znacznie lepiej: wyraźnie podniosła głos. – Przepraszam. To… całkiem spory kawałek. Ze trzysta metrów.

Zwolniła przycisk. Nagle zdałem sobie sprawę, co jeszcze przestałem słyszeć. Poza Gabrielą i szmerem fali nośnej.

– Możesz mówić cicho, słyszymy – uprzedziłem Ciołkosza. – Opisz sytuację. I nie bój się.

Ten strach, spychany z całych sił do niebytu i wypełzający uparcie na powierzchnię, słyszałem jeszcze wyraźniej. Chociaż nie była chyba aż tak przerażona, jak ja.

– Jestem chyba na lewo… to znaczy na zachód od planowanego szlaku odwrotu. Nie wiem, jechałam po ciemku… – Skorzystała z przyzwolenia i znów mówiła ciszej. – Teraz trafiłam na ślady gąsienic. Chyba przejechał tędy jeden wóz. Po osi wschód-zachód. Zostawiłam honkera między skałami i poszłam to zbadać. Wtedy obok wylądował śmigłowiec. Chyba… chyba mnie nie zauważyli.

Ciołkosz trzymał swój koniec hełmofonu i to wszystko.

– Ten śmigłowiec… wylądował, tak?

Kliknięcie przełącznika. I słabnące, niskie dudnienie na samej granicy słyszalności.

– Właśnie dlatego do was… to znaczy: próbowałam jeszcze raz was wywołać. Bo to chyba ważne. Oni… nie jestem pewna, ale to wyglądało, jakby… no, po prostu… zgubili rakiety.

– Co ona pierdoli? – warknął Ciołkosz.

– Co znaczy: właśnie dlatego? – Zdobyłem się na spokój. Inna rzecz, że nie byłem aż tak zimnokrwisty, by lepiej sformułować pytanie i wyjaśnić, co mi się nie podoba. A nie podobał mi się fakt, że potrzebowała aż takiej motywacji, by sięgnąć po nadajnik.

Na szczęście zrozumiała.

– To trochę ryzykowne. Musiałam wleźć ciut wyżej. Wiesz, zasięg… Nieważne. Te rakiety są chyba ważne. Zdaje się, że skasowali je na dobre. Zdrowo przywaliły o ziemię.

Miała na tyle przyzwoitości, by wyłączyć się i zwolnić kanał.

– Złaź! – warknąłem. – Ale już!

Cisza. O wiele za długa jak na moje zszargane nerwy.

– Halo? Teraz słychać?

Była równie jak ja przestraszona, ale strach nie ogłupił jej i od razu przeszła na odbiór.

– Słyszymy cię. A ty?

– Słyszę. – Pauza. – Chyba się wygłupiłam z tym drzewem.

Kliknięcie. W radiu, ale nie zdziwiłbym się, gdyby to klikała jakaś ważna część mego serca. Zawał byłby całkiem logiczną konsekwencją tego, co sobie wyobraziłem. Mówiła o skałach, między którymi zaparkowała, więc uznałem, że przypomniała sobie lekcje fizyki i wdrapała się z ukaefką na jedną z nich. To też był powód do warczenia, lecz do zawału jeszcze nie. Ogadeńskie drzewo – już tak.

– Wlazłaś na drzewo? Nogi ci z dupy… Co teraz robią?

– Ten z przodu ogląda rakiety. Drugi siedzi w środku.

Dopiero teraz, nie bez wysiłku, zacząłem wymazywać sprzed oczu obraz przestraszonej ciemnoskórej dziewczyny, kryjącej się za jakimś żałośnie cienkim pniem, i budować wizję stojącej w pobliżu maszyny. Trzysta metrów? Cokolwiek to było, z tej odległości musiało się wydawać ogromne i przerażające. Miałem ochotę nakazać Gabrieli, by wpełzła w najgłębszą norę i nawet nie patrzyła w tamtą stronę.

– O co chodzi z tymi zgubionymi rakietami?

– Nie wiem na pewno, co to jest. Nie wybuchło, więc może i nie… Ale wyglądało jak pakiet pocisków. Lecieli nisko, potem pilot poderwał śmigłowiec, a zaraz potem to coś im odpadło. Ten facet, który wyszedł… No, wygląda na zrezygnowanego. Chyba postawili krzyżyk na tych rurach. Aha, i są raczej wkurzeni. Wrzeszczeli na siebie. Myślałam, że się pobiją.

Z twarzy Ciołkosza poznałem, że nawiedziły nas podobne myśli: o ofiarach stresu, gorączki czy wręcz fatamorgany.

– Dobra, rozumiemy – powiedziałem. – Jak wygląda śmigłowiec?

Nie wyczuła moich intencji. Słychać było, że się stara, lecz były to wyraźnie bezinteresowne starania kogoś, kto usiłuje pomóc, a nie próba budowania własnej wiarygodności.

– Jest wąski i taki… no, kanciasty. Pomalowany w piaskowe plamy. Z przodu ma pod nosem duży karabin albo działko, wiesz, takie obrotowe. Aha, no i nie ma kabiny dla pasażerów. Tylko z przodu taką dla pilotów. Jeden za drugim, ten z tyłu siedzi chyba wyżej. Nie bardzo widać, źle stanęli. Prawie tyłem do mnie.

Umilkła. Może i potrafiła obchodzić się z karabinem, ale o posadę przewodnika po muzeum lotnictwa wojskowego nie powinna się ubiegać. Zresztą podobnie jak ja. Dość rozpaczliwie próbowałem znaleźć pytanie, które pozwoli wykorzystać tę niebywałą okazję i poszerzyć naszą wiedzę o nieuchwytnym jak cień prześladowcy. I chyba miałem je już na końcu języka. Ciołkosz przypomniał o sobie w najmniej stosownym momencie.

– Pani ma karabin, prawda? – Był spokojny i cierpliwie czekał na odpowiedź. A trochę poczekać musiał.

– Mam. – Wyłączyła się natychmiast, bez żadnego komentarza. Ja taki wstrzemięźliwy nie byłem.

– Po co to panu? – Nikt nie nazwałby mego tomu przyjaznym.

– Trzysta kroków to mało – powiedział do mikrofonu, ignorując moje spojrzenie. – Można trafić. Mielibyśmy ich z głowy.

– Ty skurwysynu…

– Ocali pani wielu ludzi. – Mówił szybciej i tylko to zdawało się świadczyć, że nie zapomniał o moim towarzystwie. – Mamy rannych. Nie przeżyją, jeśli ten śmigłowiec będzie nam siedział na karku. To niepowtarzalna…

– Ani się waż! – Złapałem go za rękę, by przypadkiem, lub co gorsza świadomie, nie zwolnił przełącznika. – Zabiją cię! Zostań, gdzie jesteś, i nie próbuj…

Ciołkosz spróbował – wyrwać mi hełmofon. Na szczęście nie znał Gabrieli tak, jak ja ją znałem – a dokładniej: wierzyłem, że znam – i nie rozumiał, że zamierzony efekt być może już osiągnął. Nie odważył się zaryzykować zerwania połączenia, a taki byłby efekt prowadzonej na serio szarpaniny o mikrofon.

– Z czego są boczne szyby takiej kabiny? – Zwolniliśmy przełącznik, no i od razu uraczyła nas tym pytaniem.

– Zapomnij o tym – wywarczałem. Głównie pod jej adresem, ale patrzyłem na sierżanta i nie było w tym ani odrobiny przypadku. – To cholerstwo jest opancerzone od góry do dołu.

Milczała jakiś czas. Mdliło mnie od myśli, że może układać się właśnie w pozycji strzeleckiej.

– Wystarczy trafić tego, który wysiadł. – Zagapiłem się i Ciołkosz natychmiast to wykorzystał. – Sam pilot nic nam nie…

Wyszarpnąłem mu hełmofon. Gładko poszło, nie wyrwaliśmy chyba nawet żadnego przewodu, ale wątła to była pociecha. Zdążył powiedzieć o wiele za dużo.

– Gapa, słyszysz mnie?!

Mogła się nie odezwać nigdy więcej.

– Słyszę.

Oddałbym roczne pobory za prawo zajrzenia jej teraz w twarz. Nad głosem panowała zbyt dobrze.

– Nie strzelaj do niego. Zabicie operatora nic nie da. – Może i była to prawda, ale z równym przekonaniem wbijałbym jej w głowę, że wystrzelanie całej załogi nie poprawi w niczym naszej sytuacji. – Raz strzelisz i jesteś martwa. Nieodwołalnie.

– Druga taka okazja się nie trafi. – Trzeba oddać Ciołkoszowi sprawiedliwość: powiedział to dość cicho, wyraźnie do mnie. Ale oczywiście zwolniłem przycisk, ledwie otworzył usta.

Czekaliśmy. Potem zacząłem się bać. A jeszcze później, nieznośnie późno, radio przemówiło. Męskim głosem.

– Tu Grochulski. Przepraszam, że się wtrącam, ale chyba go namierzyłem. Jest o cztery kilometry na południowy zachód od nas. Chyba… – nie dokończył. – Zniknął. Musiał zejść niżej.

Wyłączył się. Gabriela mogła już mówić swobodnie, ale oczywiście milczała. To nie Grochulski ponosił winę za moje przyspieszone tętno i skręcone strachem kiszki.

Dlaczego startują śmigłowce bojowe? Śmigłowce bojowe wznoszą się, by zabijać. To była pierwsza moja myśl i choć starałem się dorzucić do niej parę innych, pozostała jedyną.

Trzysta metrów, powiedziała. A piloci mają znakomity wzrok. I uczy się ich latami, jak z niego korzystać. Niełatwo wypatrzyć człowieka, który się ukrywa, ale, pomijając snajperów, chyba nikt nie jest w tym równie dobry, jak załogi śmigłowców szturmowych.

Miałem święte prawo się bać.

I przegapić poprzedzony pyknięciem szum w słuchawkach.

– Odleciał. – Przerwa. – Jak mam was szukać?

Strach ustąpił. Na chwilę, ale okazało się, że mój wysychający mózg trzyma się nieźle i jedna chwila chłodnego, nie zniekształconego emocjami analizowania sytuacji w zupełności mu wystarcza.

– Nie szukaj. I nie rozmawiaj z nikim oprócz mnie. Bez odbioru.

Wściekłość eksplodująca w twarzy Ciołkosza uświadomiła mi, że się nie ośmieszyłem. Może nie miałem racji, ale na pewno nie postępowałem głupio.

To nie było radosne odkrycie.


*

– Po co to było? – Morawski był zbyt znużony i zakurzony, by dało się wyczuć jego intencje. Zjawił się tu przed chwilą, zajrzał na ciężarówkę, zamienił dwa słowa z Wołynowem przykutym do pałąka wieży czołgowej, a potem bardziej zwalił się, niż usiadł obok mnie.

– A co miałem zrobić? Ściągnąć ją tutaj?

– Niby czemu nie? – rzucił na pozór niedbale Bielski. Po długich i jak dotąd bezowocnych zmaganiach z układem napędowym bewupa był jeszcze brudniejszy od majora, ale to nie warstewka smaru i potu składała się na maskę kryjącą jego prawdziwe myśli.

– Powiedzmy – uśmiechnąłem się ironicznie – że tam, gdzie jest, może być dla nas bardziej przydatna.

– Bo da dupy Sabahowi i facet o nas zapomni? – Ciołkosz upuścił część złości, którą tłumił w sobie jak kocioł parę.

– Niezupełnie – powiedziałem spokojnie.

– No tak, zapomniałem. To nie jemu ma dawać.

Posłałem mu uśmiech. Łatwo przyszło: im bardziej się wściekał, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że postąpiłem właściwie.

– Tkwimy w tej dziurze i nie wiadomo, kiedy będziemy w stanie wyjechać. A ona jest na górze. I ma tam sprawny wóz.

– Nie powiedziała, że sprawny – popisał się refleksem.

– Wiemy, gdzie jest: o cztery kilometry stąd. Dojechała tam.

– I nie kiwnęła palcem, żeby coś zrobić z tym wszawym śmigłowcem.

– Kiwnęła. Wiemy, że zgubił rakiety. To zasadniczo zmienia układ sił. Nawiasem mówiąc…

– Mogła strzelać – warknął. – I nawet chciała. A pan ją powstrzymał. Nie wiem, czy sąd uzna to za zdradę, ale jak dla mnie…

– Spokojnie, panowie – mruknął Morawski. – Bez wielkich słów.

– Od tej pory nie wolno panu dotknąć radia. – Ciołkosz nawet nie spojrzał w jego stronę.

Przez chwilę nad grupką otaczających nas głazów wisiała ponura cisza. Przerwał ją, bez wielkiego entuzjazmu, Morawski.

– Skoro już o tym mowa… Powinniśmy ustalić kwestię dowodzenia.

– Nie ma nic do ustalania – uprzedził Ciołkosza Bielski. – Sierżant dowodzi, to oczywiste. Jest zastępcą porucznika i automatycznie…

– Nie jestem orłem, jeśli chodzi o regulaminy – przyznał Morawski. – Ale to chyba dotyczy konkretnego pododdziału. A tu mamy do czynienia z dwoma.

– Bez urazy – skrzywił się Ciołkosz – ale to takie teoretyczne pieprzenie. Jeździcie naszymi wozami, w naszych kamizelkach i z naszą bronią. Bez nas bylibyście gromadką trupów. To są fakty. Mój pluton będzie was bronił, ale lepiej od razu sobie wyjaśnijmy: ja tu teraz rządzę. Dokładnie tak, jak mówi regulamin.

– Ostrożnie, sierżancie. – Nie zdołałem się powstrzymać. – Przy współdziałaniu, jeśli wyżsi przełożeni nie zdecydowali inaczej…

– Zdecydowali. Mamy swoje rozkazy – uśmiechnął się mściwie.

– Pan dowodzi – przyznał spokojnie Morawski. Posłałem mu zdziwione spojrzenie. – Choćby ze względów praktycznych lepiej będzie, by piechotą dowodził podoficer piechoty, a nie lekarz czy pilot.

– To prawda – poparł go Lesik.

– Jest tylko jedno „ale” – Morawski zrehabilitował się trochę w moich oczach. – Trzeba być konsekwentnym. Jeśli nie tworzycie z kapitanem Szczebielewiczem jednej grupy, to co prawda nie podlega mu pan, ale i on panu nie bardzo. Musicie współpracować.

Ciołkosz zmagał się przez chwilę z ochotą bycia niekonsekwentnym.

– To nie ja rzucam doktorowi kłody pod nogi – mruknął wreszcie.

– Musi pan zrozumieć kapitana. To jego podwładną chciał pan poświęcić. Pepesza przeciw szturmowemu śmigłowcowi? No i nie robi się czegoś takiego z kobietami.

– Każdego innego też bym… – Utknął z braku stosownego słowa.

– Pan może tak. Ale lekarze widzą to inaczej. Kościół chyba też – Morawski uśmiechnął się nieznacznie. – To byłoby zbliżone do grzechu.

Lesik nie skomentował. Sprawiał wrażenie nieobecnego duchem.

– Chcę, by ją pan wywołał – oznajmił Ciołkosz, spoglądając gdzieś ponad moje ramię. – Ma nasz wóz, a teraz potrzebujemy każdego… Choćby dla Filipiaka – dorzucił w nagłym przypływie natchnienia.

– Mam lepszy pomysł – powiedziałem.

– A ja mam taki – warknął.

– Gra pan w szachy? – Był zbyt zaskoczony, by odpowiedzieć. – Każdy niepotrzebny ruch to krok ku klęsce. Na wojnie jest identycznie.

– To znaczy? – wyręczył Ciołkosza Morawski.

– Co nam da, że dziewczyna tu przyjedzie? Wszyscy honkerem nie uciekniemy. Zyskamy parę rąk do pracy i trzymania karabinu. A koszty? Po pierwsze, wóz może nie dojechać. Polują na nas, wiedzą, gdzie jesteśmy. Sanitarka wjedzie komuś prosto przed lufę. Ale załóżmy, że jej się uda. Co dalej? Ma czekać na górze, aż wywleczemy resztę maszyn? Jasne, każdy wóz może się przydać, ale po cholerę trzymać koło ratunkowe na widoku? Jeśli ruszymy, równie dobrze może dołączyć już w marszu. Ale, prawdę mówiąc, i to byłby zmarnowany ruch.

– Nie gramy w żadne cholerne szachy – wycedził sierżant.

– Pomyślał pan, co będzie, jeśli nie wydostaniemy wozów? Albo stracimy je? – Nie kwapił się z odpowiedzią. – Jej samochód może się okazać naszą jedyną szansą.

– Zaraz, nie rozumiem – zirytował się Bielski. – To w końcu chce pan ją tu ściągnąć czy nie?

– Tu? W żadnym przypadku. Przetrwa tylko z dala od nas. A my, jeśli będziemy musieli uciekać pieszo, przetrwamy tylko pod jednym warunkiem: że po drodze znajdziemy wodę.

– I co: ona ma nas zaprowadzić? – parsknął Ciołkosz. – Bo zna okolicę? Obejdzie się. To nie dziewiętnasty wiek. Na mapie…

– …nie ma źródeł – wszedłem mu w słowo. – Bo i w naturze nie ma. Nigdzie blisko. A do dalekich nie dojdziemy. W każdym razie wszyscy.

– Ameryki pan nie odkrył – mruknął przygaszonym tonem. – Niby po co chłopaki biedzą się przy tym złomie?

Przez chwilę spoglądaliśmy w stronę bewupa. Przypominał wybebeszone cielsko drapieżcy, po którego grzbiecie snują się ospałe mrówki.

– Tu jesteśmy względnie bezpieczni – popatrzyłem mu w oczy. – Ale nawet jeśli uruchomimy każdy z wozów, wyprowadzimy je na górę i żaden nie wpadnie na minę, to pozostaje ten śmigłowiec.

Zastanawiał się przez chwilę.

– Bez rakiet. – Znalazł w końcu poręczny argument.

– Wierzy pan Gabrieli?

Z mojego tonu nie wynikało, że ja nie wierzę, ale i tak udało mi się zrobić na wszystkich wrażenie.

– A ty nie? Myślisz, że kłamała? – zapytał ostrożnie Morawski.

– Mniejsza o mnie. Chodzi o to, czy sierżant wierzy. Bo albo nie, i wtedy musimy przyjąć, że dalej mamy przeciw sobie śmigłowiec z kompletem pocisków, albo tak. A jeśli jej ufamy w kwestii zgubionych rakiet, to musimy przyjąć, że dobrze nam życzy.

– Nie powiedziałem, że jej wierzę – podkreślił Ciołkosz. – Jeśli o tym mowa, to akurat na odwrót.

Widać było, że sprawił sobie niezłą frajdę tym oświadczeniem.

– No to mamy problem. Bo jeśli rakiety są na chodzie, to chyba musimy tu pozostać. Na otwartej przestrzeni bylibyśmy bez szans.

Satysfakcję sierżanta diabli wzięli.

– Bzdura – rzucił odruchowo. – Dojechaliśmy tu i nic się nie stało.

– Bo nie było śmigłowca. Teraz jest.

Mierzył mnie przez chwilę ponurym wzrokiem.

– Czego właściwie chcesz? – przeszedł do sedna Morawski.

– Honker mógłby pojechać po wodę. – Wzmianka o wodzie zasznurowała usta potencjalnym oponentom. – Myślałem o paru zamaskowanych składach gdzieś na trasie odwrotu. Mamy GPS-y, nie będzie problemu z odnalezieniem. A resztę można spróbować przywieźć tutaj.

Oczekiwałem sprzeciwu sierżanta. Błąd. Nie był może orłem taktyki, ale na logistyce się znał. Nie wspominając o tym, że jak my wszyscy, musiał pić, by przetrwać.

– Sprawdź, co z Hanusikiem – zwrócił się nieoczekiwanie do Bielskiego. Plutonowy podniósł się i odszedł. Chyba podobnie jak ja nie zastanawiał się nad związkiem tego rozkazu z całą poprzednią dyskusją.

Morawski okazał się lepszym obserwatorem.

– Chce pan posłać tamtego bewupa zamiast sanitarki?

Ciołkosz uśmiechnął się chytrze pod wąsem.

– Dokładnie.

– A… honker? – zapytałem ostrożnie.

– Bez obaw – rzucił mi kpiące spojrzenie. – Najpierw pojadą po tę pana laleczkę. Nie zostawia się kobiet w potrzebie.

– Pojadą razem?

– Nie mogę posłać cywila z taką samobójczą misją. – Nawet nie próbował udawać, że mówi szczerze i poważnie. – Pani Asmare wróci do nas. Pewnie to pana ucieszy.

Brakowało mi argumentów, mogących wybić mu z głowy ten pomysł.

– Jest jeszcze problem Wołynowa – przypomniał Morawski.

– Jeszcze jest – zgodził się Ciołkosz.

I tym razem nie silił się na udawanie czegokolwiek. Uśmiechał się, trochę mściwie, a trochę szyderczo. Morawski w przeciwieństwie do niego trzymał myśli głęboko pod czaszką.

– Rozumiem – powiedział doskonale nijakim tonem. – Ale odradzam. Miałby pan później cholerne kłopoty.

– Teraz mam kłopoty.

– Z tych możemy się wykaraskać. A jeśli każe go pan zabić…

– Ten skurwysyn mordował naszych, a teraz zepchnął Filipiaka! A to zasrane pole minowe, cała ta idiotyczna trasa przez najgłębszą w okolicy dziurę?! Jechaliśmy według ruskich map! I proszę! Jego szefowie zrobili w chuja Zarębę, a on nas!

– Ktoś widział to spychanie? – Morawski zachował spokój.

– To moja sprawa! Myśli pan, że co: wskażę świadka i potem ktoś go załatwi? Jak Świergockiego, Juszczyka i Wenclorza?! Gówno! Koniec odwracania głowy i udawania, że wszystko gra! Nie wiem, czemu porucznik nie zrobił z tym porządku, ale ja zrobię! Nikt mi nie będzie wbijał noża w plecy!

Wyrzucił nadwyżkę złości i trochę się uspokoił. Morawski odczekał jeszcze chwilę, nim zabrał głos.

– Podejrzewa pan kogoś oprócz Wołynowa?

– Może i tak – burknął Ciołkosz. – Dużo się wydarzyło. Może za dużo jak na jednego kreta.

– Może – zgodził się Morawski. – Ale jeśli jest ktoś jeszcze, tym bardziej nie robiłbym niczego z Wołynowem. I to z paru względów. Załóżmy, że rozstrzela go pan, a ten drugi wykręci następny numer. Nieżyczliwi wyciągną wniosek, że zabił pan nie tego, co trzeba. Sędziom takie wpadki uchodzą bezkarnie, nawet po premii nikt im nie poleci, ale pan głośno za to beknie. Druga sprawa: żywy Wołynow może zacząć mówić. I trzecia: wspólnik w takiej sytuacji próbuje pomóc aresztowanemu albo go uciszyć. Tak czy siak musi się zbliżyć, wykonać ryzykowny manewr. Martwa przynęta nikogo nie skusi. I jeszcze coś. Mam podstawy sądzić, że to nie Wołynow jest kretem. Tym razem cisza trwała dłużej.

– A kto?

– Nie wiem. Ale to nie rosyjska maszyna spadła pod Kasali. Nie ma powodu, by Rosjanie zacierali ślady. Bo to nie ich ślady.

– Pan lubi Wołynowa, prawda? – Gdybym nie wiedział, do czego Lesik zmierza, dałbym się pewnie zwieść jego uśmiechowi dobrodusznego kapłana, zadowolonego z faktu, iż ludzie miłują bliźnich.

– Doktor mówił o szachach. Wołynow to pion stojący w korzystnym dla nas miejscu. Nieważne, czy jest nasz, czy cudzy. Ważne, że póki stoi, mamy z niego pożytek.

– A jeśli to nie pion, tylko figura? Jeśli zbije kogoś z naszych?

– Nie zbije.

– Skąd pan to może wiedzieć?

– Zdobyliśmy wylot wąwozu, a ci ze śmigłowca palcem nie kiwnęli, by wesprzeć słabiutką obronę. Dlaczego? Bo guzik ich obchodzi Sabah i jego ludzie. Filipiak miał rację: to dwie różne wojny.

Mógłbym z nim podyskutować. Przy wylocie Szyjki zastrzeliliśmy parę najwyraźniej zbłąkanych pechowców, mających smar na rękach, ale nie dysponujących już ani samochodem, ani radiostacją. Jechali jakimś rzęchem, popsuł im się, ruszyli pieszo, trafili na nas. Pilot śmigłowca miał prawo nie wiedzieć o ich obecności tutaj, nawet jeśli walczyli pod wspólnym dowództwem. Tyle że, używając niewłaściwych argumentów, Morawski podążał we właściwą stronę i nie miałem zamiaru mu przeszkadzać.

– Dwie różne wojny – powtórzył. – Mogę przyjąć, że Wołynow pracuje dla tych od śmigłowca i iliuszyna. Ale na pewno nie dla Sabaha. Obsługiwał karabin maszynowy. Somalijczycy chyba do nikogo innego tak często nie strzelali. To czysty przypadek, że przeżył. Mógł do nich uciec. Nie uciekł. Wyprowadził z okrążenia tę cholerną ciężarówkę. Wlazł na urwisko ryzykując połamaniem karku. Potem co najmniej pomógł rozwalić gniazdo kaemu, dzięki czemu możemy stąd wyjechać. Niech wam będzie, że jest czyimś agentem. Ale na pewno nie somalijskim. I dopóki mamy na karku tych nieobliczalnych nożowników, nie będzie nam strzelał w plecy. Bo zabijałby własnych obrońców.

– Rannych ktoś zabił – przypomniał Lesik. Niby polemicznym tonem, ale odnotowałem tego „ktosia”.

– Może któryś wiedział za dużo. Może zginęli, bo byli balastem i zmniejszali szanse przeżycia nas wszystkich. A może kret chciał ocalić resztki leków na wypadek, gdyby na niego padło. Nie mówię, że to porządny facet. Albo facetka. – Po tej uwadze majora Ciołkosz posłał mi usatysfakcjonowane spojrzenie. – Mówię tylko, że nie jest samobójcą. I przypominam, że oboje mieli jechać z rannymi. Asmare na mur-beton, ale Wołynow miał prawo podejrzewać, że i jego Filipiak odeśle. Może któreś się przestraszyło i wykończyło rannych. Tak czy siak to jeszcze jeden dowód, że kret nie rwie się do spotkania z Sabahem.

– Chyba że to dziewczyna – mruknął Ciołkosz. – Ona akurat…

Urwał na widok Bielskiego. Mina plutonowego nie wróżyła niczego dobrego. I faktycznie.

– Nie odpowiadają – oznajmił, kucając obok sierżanta. – Jakiś czas temu Andrusiak meldował, że widzą kurz na horyzoncie. Potem już nic.

Przez chwilę nikt nie miał ochoty zabierać głosu.

– Chyba coś byłoby słychać – powiedział wreszcie Morawski niezbyt pewnym głosem. – To nie aż tak daleko. A jest cicho.

– Ale było głośno – przypomniał Bielski. – No i wiatr. Dmucha ledwie co, ale w ich stronę.

Następna przerwa była dłuższa i bardziej uciążliwa. Ponosiliśmy już straty i spadały na nas rozmaite nieszczęścia, ale tym razem było inaczej. I nawet wiedziałem, dlaczego.

Brakowało kogoś, kto po chwili żałobnej ciszy potrafił powiedzieć: „No cóż, w takim razie zrobimy to i to”. Brakowało Filipiaka.

Czekaliśmy na jakiś komentarz Ciołkosza. Nie doczekaliśmy się.

– Chyba musimy wrócić do mojego planu – powiedziałem bez zapału. Nikt nie zaprotestował. Zamknąłem w duchu oczy, by nie widzieć, w co się pakuję, i przeszedłem do konkretów: – Wezmę trochę sprzętu, odszukam honkera i pojadę po wodę.

– Pan? – W Ciołkoszu natychmiast obudziła się czujność. – Niby dlaczego akurat pan?

Czekał na wsparcie. Lesik jednak milczał. Może domyślał się, co powiem.

– Bo to ryzykowne.

– A z pana jednego taki wielki bohater? Niech mnie pan nie…

– Kogo pan chce posłać? – przerwałem mu spokojnie. – Przypominam: trzeba nie dać się zabić tym ze śmigłowca, nie dać się zabić Gabrieli i jej kumplom, jeśli to pułapka, pojechać do Kasali, znów nie dać się zabić, a potem wrócić tu i zaliczyć wszystkie atrakcje zbiorowego wychodzenia z okrążenia.

Chyba nikogo nie przekonałem, ale przynajmniej dałem co niektórym do myślenia.

– Kto nam zagwarantuje, że pan wróci? – zapytał cicho Lesik.

– Że wrócę? Nikt. Mogę się tylko starać.

– A będzie się pan starał?

– Nie. Ożenię się z Gabrielą, zbudujemy szałas i będziemy żyć z wypasu wielbłądów. – Nikt nie skomentował. Zwróciłem się do sierżanta. – Którego podoficera pan pośle? Bo chyba nie samych szeregowych?

– Czemu nie? – Bielski chyba pytał tym razem, a nie poddawał w wątpliwość moje słowa.

– Bo szeregowy może wsiąść w honkera, dojechać nim do samej Addis Abeby i beztrosko stwierdzić, że zabłądził. Zawodowiec też się wykpi z zarzutu złamania rozkazu, ale z wojska jednak wyleci. Chłopak z poboru ma do stracenia… Ile wam tam zostało do końca tury? Parę tygodni kontraktu. To umiarkowana cena za przeżycie.

– Mamy tu więcej kadry – przypomniał Ciołkosz.

– Tak? I kogo by pan lekką ręką skreślił?

Orzech, który mu podałem do zgryzienia, do miękkich nie należał. Zawodowi podoficerowie byli nie tylko niezastąpieni jako fachowcy od utrzymywania wozów na chodzie, Somalijczyków z dala, a nas wszystkich przy życiu. Byli też filarami władzy sierżanta. Jej przejęcie przez kogoś noszącego gwiazdki na pagonach cały czas wisiało w powietrzu i utrata każdego sojusznika mogła go drogo kosztować.

– Jak już – uśmiechnął się chytrze po paru sekundach namysłu – to pan major byłby lepszy do takiej akcji. Zawsze co linia, to linia.

Przez chwilę czułem się pokonany.

– Major – oznajmił lekkim tonem Morawski – nie będzie się wpychał przed ochotników.

– To znaczy… odmawia pan? – Ciołkosz był zbyt zdziwiony, by okazywać niezadowolenie.

– Z nas dwóch jestem tu bardziej potrzebny. Nie mówiąc o tym, że trochę się boję panny Gabrieli. – Miał w zmarszczkach twarzy więcej brudu niż uśmiechu, nie byłem więc pewien, do jakiego stopnia żartuje. – Niech jej szukają ci, co jej ufają.

Dopiero teraz, rozbawiony mimowolną rymowanką, błysnął zębami.

– No właśnie – podchwycił Lesik. – Snujemy tu piękne plany, a co będzie, jeśli to ona zdradziła? I teraz wciąga nas w zasadzkę?

Wychwyciłem jego spojrzenie. Mściwej satysfakcji było w nim najwięcej, ale obawy też nie brakowało. Ideałem byłaby Gabriela, strzelająca mi między oczy, a potem jadąca po wodę dla niego i innych, tyle że, jak każdy ideał, i ten wydawał się nieosiągalny.

– Stracicie jednego marnego strzelca – wzruszyłem ramionami. – I zyskacie dobrego. Wołynowa. To korzystna wymiana.

Zrobiłem wrażenie. Ale nie całkiem takie, o jakie mi chodziło.

– Lekarz jest jak szeregowy. – Ciołkosz przyglądał mi się nieufnie. – Też niewiele traci, wylatując z wojska. Skąd mam wiedzieć, że nie odjedziecie w siną dal? Ma pan rację: przed sądem każdy się wyłga. Nie ma świadków, nie ma dowodów.

– Jeśli dziewczyna jest zła, to mnie zastrzeli. Jeśli dobra, to zezna prawdę przed sądem: że celowo zdezerterowałem. A poza tym… Naprawdę pan myśli, że byłbym bezpieczniejszy, uciekając honkerem?

– Naprawdę to myślę, że ze sobą sypiacie – wyznał szczerze. – Więc nie musi się pan bać jej zeznań.

– Nie sypiamy – powiedziałem cicho. Powinienem się roześmiać, wytrzeszczyć zdumione oczy czy w jakiś inny standardowy sposób dać do zrozumienia, jak absurdalne są jego podejrzenia. Ale moje znikome talenty aktorskie wyciekły wraz z potem.

– Więc co? – przyszedł mi z pomocą Morawski. – Skreślamy pomysł z wyprawą po wodę?

Nikt nie kwapił się do zabierania głosu. Stwierdzenie, że następny dzień czy dwa może się obejść bez picia, może przejść gładko przez gardło wielbłąda, lecz nie człowieka.

– Najpierw niech tu przyjedzie – mruknął w końcu Bielski. – I tak trzeba by załadować kanistry.

Właściwie to odczuwałem ulgę. Pomysł padł, można położyć się pod czołgiem i spać. Niczego prócz wody nie pragnąłem tak bardzo, jak drzemki gdzieś w cieniu. Nawet Gabriela spadła na trzecie miejsce. Chyba zamieniłbym ją na leżak nad basenem.

Na sam leżak czy sam basen jeszcze nie.

– Jest mały problem. – Spokojnie przesunąłem wzrokiem po twarzach. – Ja jej tu nie ściągnę, a sama raczej nie przyjedzie.

– Dlaczego? – zapytał równie beznamiętnie Bielski.

– Bo z nas wszystkich miałaby najmniejsze szanse na przeżycie.

– Niby czemu?

– Ktoś mógłby wpaść na pomysł wydania jej Sabahowi. Odnotowałem, że nikt nie wygląda na śmiertelnie urażonego.

– Nie ufa mi pan? – na poły stwierdził, na poły spytał Ciołkosz.

– A co tu ma do rzeczy zaufanie? Nie obiecywał pan bronić jej do ostatniego naboju.

– Jeszcze by tego brakowało – nie wytrzymał Bielski.

– Nie mówię, że nie rozumiem. – Patrzyłem sierżantowi w twarz. – Każdy chce żyć, a jedna Polka to nie naród. Żołnierz ma obowiązek walczyć za naród; z pojedynczą osobą to już się robi dyskusyjne.

– Weźmie pan radio i powie, by tu przyjechała – powiedział powoli i z naciskiem. – Potrzebujemy tego samochodu.

Równie niespiesznie i równie wymownie pokręciłem głową. Oczami wyobraźni widziałem się przez chwilę obok Wołynowa – w innych kajdankach, lecz z tym samym czołgiem przykutym do nadgarstka – ale Ciołkosz po prostu wstał, odwrócił się na pięcie i odszedł. Zaraz potem wynieśli się inni. Zostaliśmy z Morawskim sami.

– Jesteś dostatecznie głupi, żeby iść w pojedynkę? – zapytał po chwili. – Bo teraz nie przydzieli ci nawet Filipiaka.

– A jakie to ma znaczenie? – wzruszyłem ramionami. – Sam, z gołymi rękami… Bez radiostacji i GPS-a ta impreza nie ma sensu.

– Ja ci dam.

– Ty? To znaczy… uważasz, że to dobry pomysł?

– Szukanie tej laski, a potem studni? Bardzo dobry… na samobójstwo. Ale sytuacja jest rozpaczliwa, a to zawsze jakaś szansa.

– Wydawało mi się, że jesteś przeciw.

– Zaglądałeś do ciężarówki?

Wstyd przyznać, ale najpierw wyleciała mi z głowy nasza ostatnia rozmowa, a później nie było okazji. Na koniec on się tu zjawił.

– Miałem zapomnieć, jeśli przeżyjesz – przekułem sklerozę w cnotę.

– Grzeczny chłopiec. Chociaż i tak niewiele byś z tego… To zresztą może nie mieć nic do rzeczy. Ale jeśli dodać do siebie te wszystkie ciemne historie…

– Gdybym powiedział, że rozumiem, tobym skłamał.

Milczał przez chwilę.

– Jest możliwe – powiedział w końcu – że nie doczekamy się pomocy.

– Chcesz powiedzieć… bo nie będą próbować?

Miałem nadzieję, że obdarzy mnie zatroskanym spojrzeniem, a potem delikatnie wyjaśni, że chodziło wyłącznie – przecież to oczywiste – o element czasu.

– Należy się z tym liczyć.

Milczałem jak podsądny po odczytaniu wyroku śmierci w pierwszej instancji. Taki delikwent wciąż ma nadzieję, ale…

– Co tam znalazłeś?

– Lepiej nie wiedzieć. Zresztą to tylko hipotezy. Może kawaleria jest już w drodze.

– Ale dopuszczasz myśl, że nie cwałuje z odsieczą, bo ktoś jej celowo nie wysłał? – Udzielił mi odpowiedzi za pomocą spojrzenia. – Co to był za śmigłowiec?

– Jak się czegoś nie wie, nie zostaje się kłopotliwym świadkiem. – Zawahał się, po czym dodał: – I nie przeżywa się moralnych rozterek.

Nie miałem sił zastanawiać się nad końcówką.

– Nigdy nie wiadomo, ile wie taki świadek. Najprościej… – przeciągnąłem palcem po gardle.

– Miałbyś rację – zdobył się na nikły uśmiech. – Gdyby to była robota facetów z pierwszej ligi. CIA, Rosjanie, Mossad… Ale nie wszyscy dają swoim agentom licencje na zabijanie. No i są jeszcze wykrywacze kłamstw.

Nie zaakcentował ostatniego zdania. Ale było ważne.

– Strzelają do nas z rakiet przeciwczołgowych – zauważyłem. – Myślisz, że stać ich na takie subtelności, jak wykrywacze kłamstw?

– Przypominam, że to tylko moje gdybanie. Tak, myślę że można brać pod uwagę i ten etap. Nawet trzeba. Ci z nas, którzy przeżyją, usłyszą wiele pytań. I od odpowiedzi może zależeć ich dalsze życie.

– Najprościej nie dopuścić, by ktoś przeżył.

– Lubisz proste rozwiązania, co?

– A ty lubisz mówić zagadkami. Może byś tak powiedział wprost, kto twoim zdaniem próbuje nas zabić? I dlaczego.

– Nieświadomi dłużej żyją.

Dałem za wygraną. W gruncie rzeczy powiedział całkiem sporo.

– To się jakoś wiąże z wycieczką po wodę? – westchnąłem.

– Możliwe. To znaczy: na pewno potrzebujemy wody na wypadek pieszego marszu. Ale bardziej chodziło mi o dziewczynę. – Przez chwilę zastanawiał się nad doborem stosownych słów. – Nie możesz jej ufać.

No cóż, znalazł całkiem stosowne.

– Nie ufam. – Brwi Morawskiego powędrowały do góry. – No, co się tak gapisz? Nigdy nie twierdziłem…

Czekał, ale nie dokończyłem. Moja znajomość z Gabrielą Asmare była krótka, jeśli mierzyć zegarkiem, lecz zbyt burzliwa i bogata w emocjonalne zwroty, by słowo „nigdy” nadawało się do jej uczciwego opisu.

– To dlaczego się w to pchasz? – zapytał dziwnie cicho.

– Bo bez tej wody prawdopodobnie zdechniemy.

– I?

Musiałem to komuś powiedzieć. Choćby po to, by powiedzieć sobie.

– Może się w końcu dowiem, czy jest tą wredną, kłamliwą suką. To znaczy… prawie na pewno się dowiem.

– Bo cię zabije albo nie?

– Bo spróbuje albo nie – sprostowałem. – Nie bój się, nie mam zamiaru dla niej umierać. Będę uważał.

– Ale musisz tam iść? – To nie było pytanie, więc nie próbowałem odpowiadać. – Nieźle wpadłeś, szkoda gadać.

Siedzieliśmy przez jakiś czas, smażąc się w słońcu. Niebo było idealnie puste, nawet sępy dały za wygraną i zrobiły sobie sjestę.

– Nie wierzę jej. – Morawski omal nie rozejrzał się na boki, by sprawdzić, czy to naprawdę ja do niego mówię. – Wiem, że kłamie przynajmniej w jednej kwestii. Mówi, że sfałszowała rozkaz Zaręby. Ten o zabraniu jej na pokład sokoła.

– Żartujesz.

– Nie. A problem w tym, że generał mówi coś wręcz przeciwnego.

Wyglądał na zdrowo wstrząśniętego.

– Tylko nie pytaj, o co jej chodziło – dorzuciłem. – Pewnie pogubiła się w swoich krętactwach. Wszyscy dostaliśmy w kość, ciężko się tu myśli bez wody. W każdym razie nie ufam jej ślepo.

– Ale… idziesz?

– Mówiłem ci: potrzebujemy wody. A to jedyna szansa.

Zastanawiał się nad czymś. Pewnie nad skutecznym sposobem przemówienia mi do rozsądku.

– Mogę ci coś doradzić? Tylko się nie śmiej. Mówię serio.

– Mam sobie wybić z głowy ten pomysł?

– Zanim pójdziesz, wywołaj ją przez radio. I powiedz… powiedz, co do niej… – Musiał przerwać i wykonać głęboki wdech. – Powiedz, że ją kochasz. Może cię nie zabije od razu.


*

Od chwili, gdy południowe obrzeża Bukłaka znalazły się za moimi plecami, poruszałem się jak na zajęciach z taktyki: krótkimi skokami. Biegłem kilkadziesiąt metrów, zygzakując przy tym ostro, padałem za wybraną wcześniej osłoną, odczołgiwałem się kawałek i oglądałem przez lornetkę potencjalne kryjówki potencjalnych snajperów. Tych ulokowanych blisko nie powinienem przegapić, a przy strzale z daleka miałbym spore szanse rozminąć się z pociskiem: najlepszy strzelec świata nie może być pewny trafienia w coś, co już po wystrzeleniu pocisku potrafi przemieścić się o pół metra w lewo czy prawo. Inna sprawa, że bardziej niż na życzliwość losu, który decyduje w takich przypadkach, liczyłem na zdrowy rozsądek Sabaha.

Ścigał kolumnę pojazdów i nie miał powodu rozmieszczać samotnych snajperów pośrodku pustkowia.

I faktycznie: kolejne setki metrów pozostawały za mną, a ciszę przerywał jedynie coraz krótszy oddech i coraz cięższe dudnienie butów o ziemię. W którymś momencie niemal przestałem się bać. W trakcie przerw wspomagany szkłami wzrok biegł zaskakująco daleko, nie napotykając żadnych przeszkód, i zdążyłem uwierzyć, że na tym cholernym pustkowiu nie ma po prostu kryjówek zdolnych ukryć człowieka.

Ile warta była ta teoria, przekonałem się w połowie kolejnego skoku. Moje oczy wyłowiły spośród niegodnych wzmianki kępek trawy dopiero drugą koleinę, a mózg zareagował na ów obraz dobre kilkanaście kroków dalej.

Zawróciłem, zwaliłem się tyłkiem obok jakiejś karykatury krzaka i przez chwilę próbowałem podbudować morale stwierdzeniem, że dwie długie na parę kilometrów wstęgi potraktowanej gąsienicami ziemi to jednak nie to samo co przyczajony w zasadzce tubylec. Człowieka na pewno wypatrzyłbym dużo wcześniej.

Może nawet zdążyłbym nie nadepnąć mu na głowę…

Cholerny kraj.

Honkera znalazłem w identycznym stylu: pojawił się w szkłach lornetki w miejscu, które oglądałem wcześniej dwa razy i w którym – dałbym może nie głowę, ale na pewno palec – nie było niczego nienaturalnego. Stał wprawdzie w sąsiedztwie paru zbitych w gromadkę drzewek, były tam kamienie, a teren się obniżał, ale i tak nie chciało mi się wierzyć, kiedy nieforemna bryła przeistoczyła się znienacka w obwieszone kawałkami szmat, przyozdobione gałęziami pudło samochodu.

Przeładowałem karabin i powoli, z bronią na wysokości bioder, ruszyłem w jego stronę.

Ktoś się mocno napracował nad maskowaniem – już tu, na miejscu, dopasowano kolorystykę do barwy tła – ale wóz wyglądał na porzucony. Szedłem, szedłem i szedłem, honker rósł w oczach – i nic. Stał w zagłębieniu, widziałem tylko górną część. To trochę podnosiło na duchu.

Byłem zaledwie o parę kroków od wyłupanego reflektora, kiedy w końcu coś się poruszyło i zza burty wyjrzał kawałek kędzierzawej głowy.

Poderwała się jak pchnięta sprężyną.

– Jesteś?

Nie potrafiłem zgadnąć, co czuje. Jedno było pewne: moje pojawienie się zrobiło na niej wrażenie.

Próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. Bez skutku.

– Przyszedłeś. – Wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że zabrakło już energii na głośne mówienie. – A gdzie… Jesteś sam?

Sprawiała wrażenie kogoś, kto mówi tylko po to, by nie milczeć. Rozejrzała się. A jej prawa ręka…

– Sam – powiedziałem. Czułem, że fatalnie to rozgrywam. Była za mądra i – jeśli słusznie ją podejrzewałem – zbyt wyrachowana, by robić coś z tą opuszczoną, ukrytą za samochodem ręką. Nawet jeśli faktycznie obciążał ją automat. To nie była pozycja do szybkiego strzału.

Staliśmy jeszcze przez chwilę w całkowitym bezruchu. Potem wykonała pierwszy krok w prawo. Naturalny wstęp do obejścia wozu. Albo poderwania broni do ramienia. To była ta chwila, którą powinienem wykorzystać dla ratowania życia.

Nie poruszyłem się. Nawet gdy warknęło rozcinane pociskiem powietrze i słupek podtrzymujący niegdyś przednią szybę, a teraz resztki uszczelek, trysnął efektownym gejzerem zebranego wewnątrz pyłu.

Stałem jeszcze całą sekundę, bo po prostu nie wierzyłem. Nie przyjmowałem do wiadomości. Nie chciałem przyjmować. Dopiero widok pustki w miejscu, gdzie przed chwilą przesuwała się ruda od brudu koszulka Gabrieli, pobudził mnie do działania. Do myślenia jeszcze nie. Jak ostatni idiota, obiegłem po prostu samochód. Gdyby chciała mnie zastrzelić, zyskała idealną okazję. Wystarczyło podnieść lufę archaicznego automatu i nacisnąć spust. Nie zrobiła tego, lecz za to zainkasowałem pierwszy w życiu cios pepeszą w jądra. Błyskawicznie zrobiłem więc to, od czego należało było zacząć. Czyli zwaliłem się z jękiem na kolana, schodząc komuś z linii strzału.

Gabriela padła na brzuch. Późno jak na kogoś, kto zaraz potem zaczął rozglądać się tak gorączkowo we wszelkie możliwe strony.

– Jest gdzieś daleko. – Logiką też się nie popisała: mówiła to prawie szeptem. – Ledwie stuknęło.

Nie próbowała klękać i przeczesywać wzrokiem północnej części świata. Niby słusznie: stamtąd przyszedłem. Nikt mnie nie zabił, więc strzelec musiał ukrywać się po drugiej stronie. Nie było czego wypatrywać, nie było sensu wystawiać pleców na strzał. Wszystko pięknie. Ale przedtem klęczała całe sekundy. Dlaczego?

Panika? Strach o mnie? Czy może chwila niezdecydowania?

Jeśli chcesz kogoś zabić, jeśli ten ktoś może cię podejrzewać – strzelaj raczej zza samochodu. Teraz, gdy byliśmy obok, było już trudniej. I jeszcze jedno: zdezorientowana, krystalicznie uczciwa i ufająca mi ślepo dziewczyna zachowywałaby się właśnie tak. Też wypatrywałaby zagrożenia wszędzie, tylko nie w miejscu, z którego przyszedłem. Nie patrzyłaby na moje ręce. Ani w oczy. Bo po co? Przyzwoite dziewczęta nie mają powodu sprawdzać, czy doktor Szczebielewicz nie przymierza się do grzmotnięcia ich kolbą. Z czym dziewczęta podrzynające ludziom gardła i mordujące rannych powinny się liczyć.

– Nie wiem, co się stało. – Wciąż nie patrzyła w moją stronę, co zaczynało już wyglądać nienaturalnie. – Cały czas było spokojnie.

Wahałem się jeszcze chwilę. Potem podniosłem rękę.

– Jest gdzieś tam.

Popatrzyła z niedowierzaniem na mój kciuk. I na mnie.

– Niemożliwe… Przecież stamtąd…

– Na sto procent.

Próbowała zrozumieć. Niczego to nie dowodziło: uczciwej czy nie, zafundowano jej niespodziankę.

– Naprawdę nikt z tobą…? – Nie dokończyła. Klęczałem, żyłem, nikt nie strzelał. Wzięła ze mnie przykład i też uklękła.

– Wpadłaś w szambo?

Pod rudawym nalotem pyłu honker połyskiwał nie tylko nałożonym w wąwozie smarem, a już na pewno nie zapach smaru zwabił tu tyle much.

– Z braku farby dobre gówno. – Uśmiechnęła się słabo. – Ktoś pędził tędy stado. Całkiem niedawno. Jeszcze się kleiło.

– Mądrala.

– Niezupełnie. Na pędzel nie miałam pomysłu. Więc wybacz, że nie uścisnę ci dłoni. Myłam się piaskiem.

– Przeżyję jakoś.

– A propos przeżycia… Chyba nas przygwoździli.

Miała rację. I jak na kogoś mającego rację w takiej kwestii, trochę za dobrze panowała nad sobą. Przez chwilę zastanawiałem się nawet nad jej ewentualnymi powiązaniami ze snajperem. Teoretycznie mogła rozegrać to w taki sposób. Było jednak poważne „ale”.

– Prawie cię trafił – powiedziałem cicho.

– Chyba tak – przyznała. – Zmierzasz do czegoś czy tak tylko…?

Wyglądała jeszcze gorzej niż jej samochód, ale pod tym brudem, obszarpaniem i zmęczeniem wciąż krył się bystry umysł.

– Zakurzyło się zdrowo, musiał zauważyć, że chybił. A jednak…

– …nie poprawił – dokończyła. – Ja się schowałam, ale ciebie mógł spokojnie… No i wóz. – Opadła na pośladki, wsparła się plecami o koło. – Jest daleko, strzela celnie, więc to pewnie karabin. Duża siła rażenia. Parę kul w silnik i jesteśmy uziemieni. Ciekawe.

Było gorąco, honker śmierdział, muchy brzęczały. Nie spieszyłem się z mówieniem. Czekałem na powrót normalnego oddechu.

– Nie pozwoliłeś mi rozmawiać przez radio – mruknęła po dobrej minucie. – Co tam się stało?

Trzymała automat w poprzek skrzyżowanych po turecku nóg. Mogłem zarobić serię za sprawą jednego ruchu palca. Ale byłem w kamizelce. I też położyłem broń lufą w jej stronę.

Nadal niczego mi nie udowodniła. Pepesza nie przedziurawi kevlaru, a na nią ktoś polował. Nie wiedziała, co się dzieje. Nie zabija się potencjalnego źródła ważnych informacji.

– Filipiak… no, już nie dowodzi.

Gwałtownie obróciła twarz w moją stronę.

– Nie… co mu się stało?

Opowiedziałem zwięźle. O nim, o nas wszystkich i paskudnej dziurze szyderczo ochrzczonej Bukłakiem.

– I zostawiłeś go? – zapytała, bez powodzenia kryjąc zdziwienie. Może po prostu grała. Ale jeśli tak, miałem przed sobą potencjalną laureatkę Oscara. I żadnych szans na pokonanie jej w subtelnym pojedynku na gesty, słowa czy wyrazy twarzy.

– Lekarz bez leków to trochę więcej niż troskliwy amator.

– Ale jednak więcej. – Wyczułem, że wolałaby tego nie mówić.

– Nie było innych chętnych.

– Sama mogłam was znaleźć.

– A przywieźć wodę z Kasali? – Oczy jej urosły. – No właśnie.

– Chcecie…? Myślałam, że…

– Zamienimy się bronią – powiedziałem rzeczowym tonem. – Wczołgasz się tylnymi drzwiami i odjedziemy tak szybko, jak się da. Gdyby strzelał, spróbuj odpowiadać ogniem. Tylko bez przesady, wziąłem cztery magazynki. Póki nie strzelają, masz leżeć i się nie wychylać.

Milczała ze ćwierć minuty. Może zastanawiała się, czy załadowałem beryla i nie proponuję jej aby kawałka bezużytecznego złomu.

– Ja poprowadzę – odezwała się w końcu. Pokręciłem głową. – Przejechałam nim kawał drogi, wiem, na co go stać. Lepiej…

– Masz jeszcze hełm i kamizelkę? – Przytaknęła niechętnie. – Wpełznij tam, załóż i powiedz, jak będziesz gotowa. – Zaczęła otwierać usta. – Cicho. To do ciebie strzelał, nie do mnie.

– Ale…

– Zamknij się.

Zamknęła się, oddała mi swój muzealny rozpylacz, wzięła karabin i – nie zaglądając do komory – na czworakach przeszła na tył samochodu. Honker stał w zagłębieniu terenu i lekko skośnie w stosunku do północy. Fakt, że snajper nie strzelił, niczego nie dowodził. Był daleko i nie musiał też słyszeć, jak zapuszczam silnik, klęcząc przy otwartych drzwiach. Ale w końcu musiałem zaufać swojej teorii na temat jego intencji, wskoczyć na fotel i poprowadzić samochód. Oczywiście bardziej leżałem, a to na kierownicy, a to na prawym fotelu, niż siedziałem, jednak od czasu do czasu było mnie widać. No i nietrudno było wydedukować, gdzie jestem.

Ten z północy nie strzelał. Chyba. Miałem świeżo w pamięci Olszana i jego desperackie próby zatrzymania ciężarówki, więc nie wyciągnąłem żadnych ostatecznych wniosków – ale uderzenia pocisków o karoserię chyba jednak bym wyczuł. Więc raczej nie próbował.

Po minucie jazdy usiadłem prosto i wrzuciłem wyższy bieg. Pomijając rzadko rosnące drzewa, słupki termitier i większe kamienie, teren był doskonale przejezdny, więc honker sunął dość szybko.

Dostrzegłem Gabrielę dopiero, gdy zwaliła się pośladkami na fotel.

– Lepiej będzie, jak wrócisz do tyłu i się położysz.

– Musimy pogadać.

– Nie umiesz na leżąco?

Pozwoliłem sobie na krótkie spojrzenie w bok. Miała dziwny wyraz twarz. Cóż, przed chwilą strzelano do niej.

– I zabezpiecz karabin – dorzuciłem.

– Naprawdę musimy pogadać. I to nie na leżąco. Wolałabym, żebyś stał. Przejedź jeszcze kawałek i zatrzymaj.

Musiałbym być głuchy jak pień i odpowiednio niewrażliwy, by uznać to po prostu za prośbę. Choć trzeba przyznać, że starała się nie stawiać sprawy na ostrzu noża: karabin po prostu leżał w poprzek gołych ud. I tylko opierała o niego spocone ręce.

Zatrzymałem honkera kilometr dalej. Ożywczy wiatr, towarzyszący jeździe, przestał chłodzić spocone ciało. Nagle poczułem się brudny, cuchnący i nieszczęśliwy. Kupa nieszczęścia z akcentem na kupę. I z zadatkami na coś jeszcze żałośniejszego. Trupy z natury są żałosne. A trupy idiotów… Wysiadłem. Pepesza została między fotelami. Nie oglądając się za siebie, sięgnąłem po lornetkę i obejrzałem zachodnią część świata, tę, ku której jechaliśmy. Dałem Gabrieli i czas, i okazję. Cokolwiek zamierzała, mogła to zrobić teraz.

– Wzruszający pokaz zaufania.

Odwróciłem się. Stała wsparta pośladami o nadkole. Kciuki wyzywająco zahaczone o kieszenie, karabin zwisający z ramienia. W rozdymającej korpus kamizelce wyglądała jak krucha, umorusana smarkula, która przebrała się za tatę-żołnierza i nieudolnie naśladuje dorosłych.

W oczach – mimo wszystko – też miała coś dziecinnego.

– Nie rozumiem…

– Nie kłam – powiedziała cicho. – Zdziwiłbyś się, ile rzeczy potrafię u ludzi zaakceptować; naprawdę byś się zdziwił. Ale nie trawię łgania w żywe oczy.

– Przepraszam. – Walczyłem przez chwilę z tkwiącym we mnie normalnym członkiem normalnego, zdrowo nieszczerego społeczeństwa, po czym podjąłem jedną z najbardziej męskich decyzji w życiu. – Pomyślałem, że jeśli chcesz mnie kropnąć, to tak będzie lepiej.

– Kropnąć? – Nie wstrząsnąłem nią zbyt mocno. Miała w oczach dziecięce marzenie o naiwności, naiwna jednak nie była.

– Tylko nie mów, że nie wiesz, o czym mówię.

– Myślisz, że chcę cię zabić? – zapytała z pozbawioną domieszek rzeczowością. – Dlaczego?

– Bo może to ty tuszujesz sprawę zestrzelonego śmigłowca. Na upartego możesz nawet współpracować z Sabahem.

– Chyba ci odbiło…

– Nie mówię, że na pewno. Ale okłamałaś mnie.

– To już ustaliliśmy. – Uciekła spojrzeniem z mojej twarzy. – Ten jeden raz. Reszta to prawda. A poza tym…

– Nie ustaliliśmy – spokojnie wszedłem jej w słowo. – W tym problem. Zaręba dał ci ten rozkaz wyjazdu.

– Co?

– Wiem: to nic wielkiego. Ale rozmawiamy o twojej wiarygodności.

Chwilowo nie rozmawialiśmy. Przyglądałem się jej, czekałem na ripostę i próbowałem zrozumieć, dlaczego przypomina ofiarę nokautu.

– Zaraz… chcesz powiedzieć… On tak mówi? Że mnie tu przysłał? To jakieś nieporozumienie. Coś ci się musiało…

– Zapomnij o nieporozumieniu. Któreś z was kłamie, tak to wygląda.

Tym razem przerwa była dłuższa, jak to po drugim nokaucie. Prażyłem się w słońcu, zastanawiając się, czy podniesie się z desek bez podpierania karabinem.

– Ja cię nie okłamałam – powiedziała wreszcie.

– Czyli to Zaręba – podsumowałem niedbale. – No cóż.

– To jakieś… – Miała dość godności, by się nie powtarzać. – Cholera. Jasna, pieprzona, cholerna cholera.

– Ano tak – westchnąłem. – Gówniana sytuacja. Jeśli ci zawadzam, wolałbym zostać zastrzelony już teraz. Po co się męczyć nawzajem.

Twarz Gabrieli pociemniała.

– Jesteś… jesteś głupi, tępy kołek! – Z trudem przepchnęła to przez ściśnięte pasją gardło. – Wsadź to sobie, kretynie!

Jeżeli miałem jakieś złudzenia co do szans skutecznej samoobrony, błyskawicznie mnie ich pozbawiła. Nie tylko zdarła karabin z ramienia, nim w ogóle pomyślałem o kaburze, ale zdążyła cisnąć nim oburącz, uprzedzając skurcz mego żołądka. Zrehabilitowałem się tylko częściowo, łapiąc odbitego od piersi beryla tuż nad ziemią.

– Jezu… Miałaś strzelać, nie łamać mi żebra…

– Wbij sobie w ten durny łeb, że nie jestem żadnym szpiegiem! – krzyknęła. – A jak nawet, to ciebie na pewno nie zabiję! Na pewno! – Odwróciła się i w zastępstwie mojego gardła miażdżyła przez chwilę palcami krawędź drzwiczek. – Kretyn!

Podszedłem bliżej, ale zabrakło mi odwagi, by dotknąć jej zgarbionych pleców. Choć tak naprawdę dotykałbym kevlaru.

– Gapa…

– Spadaj.

Ba, łatwo powiedzieć.

– Oboje jesteśmy wypompowani. Mamy zszargane nerwy.

– Dużo bierzesz za takie głębokie diagnozy?

– Zostawmy to. – Wciąż rozmawiałem z jej karkiem. – Co mi chciałaś powiedzieć? Na stojąco?

Wyprostowała się. Omal nie dostałem po nosie kołnierzem kamizelki. Obróciła się powoli, wyraźnie unikając fizycznego kontaktu ze mną. Też najchętniej bym unikał. Nigdy w życiu nie czułem się tak brudny.

– Właściwie… o tym samym. Tylko w drugą stronę. Długo biedziłem się nad tą zagadką. Jej bliskość rozpraszała.

– To znaczy?

– Mógłbyś się trochę odsunąć?.

– Jasne. – Zrobiłem krok do tyłu. – Nawet ustawić pod wiatr.

Zaczerwieniła się pod swą skórą barwy czekolady. Miałem ochotę odgryźć sobie przynajmniej kawałek języka. „Nie umówiłabym się ze sobą na randkę…” Wieki upłynęły od tamtej rozmowy. I jeszcze więcej potu. Nie tylko mojego. A perfumy z zielonych jabłek skończyły się.

Dziewczyny chyba gorzej znoszą takie rzeczy.

– W tym problem – mruknęła. – W smrodzie. – Nim osłupiałem, porażony jej bezceremonialnością, wyjaśniła: – Coś przebiło folię, odłamek chyba. Trudno było nie wyczuć.

Dodałem dwa do dwóch.

– Moja torba – pokiwałem głową. – Oczywiście zajrzałaś?

Przyglądała mi się długo. Właściwie: prześwietlała wzrokiem.

– Ta scena… wszystkie sceny – poprawiła się. – To gra? Zasłona dymna? Powiedz. Teraz już możesz, to ty masz broń. Muszę wiedzieć.

– Nie.

– Dobra, nie muszę. Nie moja sprawa. Ale co mam…?

– Nie gra – przerwałem. – Naprawdę, szczerze i prostodusznie podejrzewałem cię o… no, o to wszystko. I nadal trochę podejrzewam.

Znów sobie pomilczeliśmy, czasem krzyżując spojrzenia, ale głównie ich unikając.

– Nie wiem, jak ci uwierzyć – powiedziała zaskakująco spokojnie. – Bardzo bym chciała. Dasz mi szansę?

To nie był sarkazm.

– Wziąłem to wszystko w charakterze dowodów.

– Na co?

– No… przecież po to nas posłali. Mieliśmy ustalić…

– Nikt tych twoich dowodów nie widział.

Mądra dziewczyna.

– Zastanawia cię, dlaczego je ukryłem? – Nie skomentowała oczywistości. Rozważyłem wszelkie za i przeciw, odpiąłem kamizelkę, sięgnąłem do kieszeni bluzy. – To znalazłem na resztkach pilota.

Zawahała się – naturalna reakcja, biorąc pod uwagę, w jaki sposób zawarła znajomość z poprzednim właścicielem medalionu – ale wyciągnęła rękę. Nasze palce stykały się o sekundę dłużej, niż było to niezbędne.

– I co z tego? – zapytała po obejrzeniu blaszki z obu stron. – Ten z miga też nie był muzułmaninem. Jeszcze jeden najemnik.

– Napis – podpowiedziałem. Obróciła medalik.

– To tylko inicjały – stwierdziła niepewnie. – Gdyby ktoś podejrzewał konkretną osobę, miałby jakąś korzyść, ale…

– „MŁ”. Nic ci to nie mówi?

– Tak się składa – rzuciła niezbyt przyjaźnie – że z pilotów znam tylko „RM” i „KO”. A ludzi w ogóle zbyt wielu, żebym…

Urwała nagle.

– No właśnie. – Wziąłem na siebie przykry obowiązek nazywania rzeczy po imieniu. – Problem w tym, że w ogóle szukamy w pamięci. Nie jestem poliglotą, ale nikt inny nawet by nie próbował.

– Myślisz, że to wszystko… cała ta jatka…?

– Nie. Wszędzie trafiają się czarne owce. Polska nie popsuje sobie opinii, jeśli wcześniej czy później wypłynie afera z najemnikami na „Ł” czy „Ś”. Nikt nie byłby tak zszokowany, by tuszować ją, mordując ludzi.

– A jeśli to będzie bardzo konkretny „Ł”?

Zaskoczyła mnie.

– To znaczy… nie bardzo zrozumiałem.

– Jesteśmy w Etiopii, mamy w wozie gnijącą głowę polskiego pilota śmigłowcowego. Proste pytanie: gdzie szukałbyś kogoś, kto go znał?

Przyglądałem jej się z niedowierzaniem. Pewnie z braku lustra. Miała wielkie, poszerzone z przejęcia oczy i mogłem sobie obejrzeć faceta, który właśnie pobił rekord bezmyślności.

– Jasna cholera…

– Nie pokazałeś tego Morawskiemu? Mogę zapytać, dlaczego?

Trzeba przyznać, że nie naciskała. Z kretynami lepiej łagodnie.

– Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł.

– Myślałam, że się… że jesteście sobie bliscy.

– Są sprawy, którymi właśnie z bliskimi się nie dzielisz. Żeby im zaoszczędzić zmartwień. Zresztą on chyba też… Zdaje się, że wie więcej, niż mówi. I nie mówi, by mnie nie narażać.

– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytała z troską. Potem uruchomiła zmysł telepatii. – A ta apteczka? Jest nadpalona. Też z tego wraku, tak? Wiesz coś jeszcze, prawda? Co tu jest grane?

– Naprawdę nie wiesz?

– Nie wiem. – Westchnęła. – Słuchaj, Jacek: jeśli jestem szpiegiem, to już i tak się dowiedziałam, że ty się dowiedziałeś. Muszę cię zabić tak czy owak. Logiczne? – Skinąłem głową. – To gadaj.

– A jeśli jesteś uczciwa i ta wiedza przysporzy ci kłopotów?

– Zaryzykuję.

– Jeśli jesteś w porządku – zdobyłem się na słaby uśmiech – to nie chcę, żebyś ryzykowała.

Przez chwilę przyglądała mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

– Już nic nie rozumiem – poskarżyła się.

– Jedna szczera odpowiedź – poprosiłem. – Ufasz mi? Tak na sto procent? Teraz, jak znalazłaś te rzeczy w raportówce?

Sekunda zwłoki. Potrafiła być szybka.

– Nie. Na sto… nie. Przepraszam.

– A jeśli się przyznam, że to ja jestem pan X, przysłany z Abeby dla zatarcia śladów? Że schowałem do torby wszystko, co mogło nas, ciemne siły, zdekonspirować? A potem nie miałem okazji się tego pozbyć? Co wtedy? – Włożyłem jej karabin w ręce, pomogłem wyraźnie bezwładnym, brązowym palcom zacisnąć się na łożu i kolbie, przytrzymałem je przez chwilę. – Mam dość oglądania się za siebie.

– Zabiłeś kogoś? – Ledwie ją słyszałem.

– Nie. I nie jestem panem X. A ty?

– Jezu… Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył? Włożyć dłoń do ognia?

Trzymała już karabin. Powinienem zabrać ręce.

– Wiara to wiara. Przychodzi i jest. Musisz trochę poczekać i być szczera. No i nie kropnąć mnie. – Złagodziłem końcówkę uśmiechem.

– Już ci powiedziałam – mruknęła. – Nie zabiję cię. Nawet… Ostatecznie to już nie moja sprawa. Teraz mój dom jest tutaj. W Etiopii. Co mnie obchodzą porachunki białych ludzi? Zabijajcie się, na zdrowie. Dopóki siebie, a nie mnie, będę lubić tych, którzy są dla mnie dobrzy a nie lubić wrednych. I gówno mnie obchodzi cała reszta. Wiem, że to prymitywne. Jestem prymitywna, wcale tego nie…

Zdjąłem w końcu rękę z jej dłoni. Po to tylko, by koniuszkami palców zamknąć jej usta. Suche, spękane… Teraz także zesztywniałe z wrażenia.

– Wystarczy. – Jeszcze przez chwilę cieszyłem się dotykiem czegoś tak nieskończenie doskonałego w swej formie, po czym opuściłem rękę. – Wskakuj do wozu, czarna egoistko. Musimy jechać i ratować te wredne blade twarze. I nie kłam więcej.


*

– Pusto. – Opuściłem lornetkę. Leżała obok, więc od razu wyciągnęła po nią dłoń. – Daj spokój. Dziesięć minut się gapię.

O dziwo, dała spokój. Wycofała się, najpierw na brzuchu i kolanach, potem w skłonie, do stojącego u stóp wzgórza samochodu. Nie podobał mi się ten nagły atak pokory. I słusznie.

– Pójdę tam – oznajmiła, gdy zszedłem na dół. – Rozejrzę się i…

– Odbiło ci? – Nie skomentowała, chyba że uznać za komentarz zdejmowanie karabinu z pleców. Odczekałem chwilę. Nie zastrzeliła mnie za formułowanie obraźliwych sugestii, ale dopiero kiedy odłożyła beryla na maskę sanitarki, łuski opadły mi z oczu. – Zgłupiałaś do reszty? Chcesz iść bez broni?

– Wezmę automat – wyciągnęła rękę. – Tobie karabin bardziej się przyda. Osłonisz mnie w razie czego. Stąd – podkreśliła.

Zaparkowałem na przeciwstoku o czterysta metrów od najbliższej lepianki. Przy takiej odległości nawet nowiutka pepesza zbliżała się skutecznością do korkowca. Beryl teoretycznie nie i gdyby Gabrieli przyszło umykać z Kasali przed bandą wieśniaków z widłami, pewnie zdołałbym ją uratować. Tyle że nie błysku wideł wypatrywałem przez lornetkę. Groźni byli ludzie z karabinami, a ci zwykle nie paradują po odkrytej przestrzeni. Już samo dostrzeżenie ich między odległymi o pół kilometra opłotkami było nie lada sztuką.

– Nigdzie nie pójdziesz – rzuciłem twardo. Nie opuszczała ręki, uparcie czekając, aż zdejmę przewieszony przez ramię peem. – Jeśli Sabah kogoś tu zostawił, to góra paru ludzi. A przeciw paru ludziom dwie lufy to dużo więcej niż jedna. Ręka cię zaboli.

Demonstracyjnie podparła ją od dołu drugą. Może nawet roześmiałbym się, gdyby nie śmiertelnie poważny wyraz jej twarzy.

– A w ogóle to najlepiej będzie, jeśli ja poja… pójdę – poprawiłem się. Za późno. Nie przegapiła okazji.

– No właśnie. Nie chcę melodramatyzować, ale los całego plutonu wisi na tym złomie. – Trąciła piętą oponę. Traf chciał, że w miejscu, które ktoś wcześniej przestrzelił. Na szczęście dziury w bocznych powierzchniach kół nie szkodzą zbytnio dętkom i dojechaliśmy do Kasali bez konieczności łatania którejkolwiek. – Już raz mi zdechł. To dlatego się zgubiłam. Cud, że udało mi się go uruchomić.

– Przecież mówię, że pójdę pieszo – wzruszyłem ramionami.

– Mogą cię zabić. Jeśli tam są – dodała szybko.

– I dlatego powinienem posłać przodem dziewczynę? – zakpiłem.

– Jestem zbyt cenna, by do mnie strzelać z zasadzki – uśmiechnęła się posępnie. – Mam większe szanse. Nawet gdyby mnie złapali.

– Pieprzenie – rzuciłem ze złością.

– Właśnie – spokojnie skinęła głową. – Pieprzenie. – Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy i gdyby nie upał, przypłaciłbym to solidnym rumieńcem. – Wszyscy faceci myślą tym samym. Tacy już jesteście. A jemu naprawdę na mnie zależało. Nie jest byle kim, ja jestem, a jednak to mnie wybrał. I wypowiedział wojnę ONZ z mojego powodu. To chyba o czymś świadczy, nie uważasz? Założę się, że woli mnie dostać żywą.

Nie mogłem z nią dyskutować. Miała za dużo racji.

– No dobrze – rzuciłem przez zęby. – Idziemy razem.

– Ja idę, wy… – klepnęła nadkole – Czekacie. Dotarło?

– Słuchaj, może Sabah je ci z ręki, ale ja…

– Nie bądź idiotą. Jechaliśmy tu niecałą godzinę. O następną godzinę drogi stąd, góra półtorej, jest Misrak Gashemo. Garnizonu już tam nie ma, ale rebeliantów pewnie też. Jakby co, dojedziesz, weźmiesz wodę i wrócisz do chłopaków.

– Mamy mało paliwa, a wóz jest niepewny.

– Dlatego mówię: „Jakby co”. – Podeszła bliżej i sama, nie pytając o pozwolenie, zdjęła mi automat z ramienia. – Pójdę tylko do siebie, a to na uboczu. Zorientuję się, co słychać, i od razu wracam. Nic mi się nie stanie. Tam są zarośla. Znam tu każdy kamień, nie zauważą mnie.

– Gapa… – patrzyłem bezradnie, jak wiesza pas na ramieniu i sięga po ładownicę. Umarła, zabiłem ją, teraz zmartwychwstała i nie potrafiłem już narzucić jej czegokolwiek.

– Jesteś biały facet w mundurze. – Przeciągała mi parcianą taśmę przez głowę. – Jak zajedziesz do Misrak i zażądasz beczki z wodą, to może ci dadzą. Mnie zabiorą samochód, karabin, a na deser jeszcze zerżną, jeśli nie dla zabawy, to za bezczelność.

Nie chciała mnie dotykać i miała rację, ale rozgrywała to fatalnie. Widok kępki włosów pod pachą miał siłę oddziaływania nieporównanie większą od ewentualnego zetknięcia się jej kevlaru z moim kevlarem.

– Słuchaj, naprawdę nie mogę…

– Możesz – przerwała mi łagodnie. – Jacek, to moja rodzina. Jedyni bliscy ludzie. Muszę z nimi pomówić. Nikogo więcej nie mam.

Wystarczyło powiedzieć: „Masz mnie”. Dwa krótkie słowa.

– Pójdę z tobą. – To już nie była propozycja, raczej coś zbliżonego do skamlenia żebraka. Nie zdziwił mnie zdecydowany ruch jej głowy.

– Zostawiłeś rannych. Dla wody. Ona jest najważniejsza.

Patrzyłem, jak odchodzi, i próbowałem sobie wmówić, że ma rację.


*

Wróciła tą samą trasą: za grzbietami otaczających wieś pagórków. Nie musiała nic mówić. Pochylona sylwetka, kolba automatu przyklejona do pachy, głowa obracająca się na wszystkie strony… Jeden rzut oka powiedział mi wszystko.

Podniosłem się z ziemi i podszedłem do samochodu. Zatrzymała się po drugiej stronie, ale też jeszcze nie wsiadała.

– Przeszło godzina. Powinienem ci nakłaść po tyłku – powiedziałem cicho. Wykrzesała spod maski brudu i zmęczenia cień uśmiechu.

– To ostatni raz. Więcej nie będę łazić samopas. No, chyba że ze szpiegowskim meldunkiem. – Trafnie oceniła mój nastrój i dorzuciła ciszej: – Przepraszam.

– Nie ma za co – rzuciłem oschle.

– Nie? – Zrozumiała od razu. Resztki uśmiechu wsiąkły w pokrywający policzki kurz. – Nadal jestem podrzynaczką gardeł?

– Nigdy nie przestałaś być.

Przyglądała mi się przez chwilę z niemym wyrzutem w oczach.

– To o co chodzi? – zapytała w końcu. – Bo już się gubię. Jesteś wściekły, że poszłam, czy że wróciłam?

– Ilu ich tam jest? – zignorowałem pytanie.

– Paru – mruknęła. – Pilnują sadzawki.

– Nie ma to jak precyzja. – Zmrużyła oczy, sapnęła przez nos i ruszyła znienacka w stronę grzbietu, za którym leżała wioska. – Dokąd?

– Policzyć dokładniej. – Na szczęście ograniczyła się do paru kroków i nie musiałem się kompromitować, ruszając w pościg. – Wybacz. Całkiem zapomniałam, że od nas, szpiegów, wymaga się konkretów.

– Wsiadaj. – Dałem dobry przykład, lokując się za kierownicą. Zawahała się, lecz niemal od razu cofnęła stopę, demonstracyjnie krzyżując ręce na piersi. – No już.

– A po cholerę? Znów kogoś zarżnę i będziesz miał nieprzyjemności.

– Nie zarżniesz. Sami jesteśmy.

– Zdecyduj się na coś. Albo się boisz o mnie, albo mnie.

– Albo jedno i drugie. No już, pakuj się.

– Tego się nie da połączyć! – zaprotestowała. Ruszyła jednak w stronę samochodu. Może dlatego, że uruchomiłem silnik.

– Mam kumpla psychiatrę – rzuciłem ponuro. – Najbardziej oblegany gabinet w całej przychodni.

– Nikogo nie zabiłam – powiedziała, zatrzymując się przy drzwiczkach. – Nawet tej wrednej krowy… Podobno będzie żyła. Sabah ma dwóch chirurgów i ambulans. Pozszywali ją.

– Wsiadaj – mruknąłem. Nie sięgnęła do klamki. Zamiast pośladków ulokowała na prawym fotelu swój automat.

– To bez sensu. – Ledwie ją słyszałem przez wcale nie tak głośny pomruk silnika. – Nikogo tam nie mam, mogą mnie wsadzić, a ty się mnie zwyczajnie boisz. Po jaką cholerę miałabym…

– Bo tu cię zabiją.

– Niekoniecznie. – Próbowała mówić z przekonaniem, jednak nie do końca jej to wychodziło. – Wujek uważa, że jeśli przeproszę Sabaha, sama oddam się w jego ręce… A nawet jak nie, to przynajmniej nie będzie się mścił na mojej rodzinie. Jestem im to winna.

– Nie pieprz głupot. Zabije cię.

– A wy wsadzicie. Dwadzieścia pięć ofiar… Dożywocie jak nic. To już wolę Sabaha. – Wykrzywiła twarz w nieładnym uśmiechu. – Kiedy się postaram, potrafię być miła. Właściwie całkiem fajnie nam było razem. Może mi się upiecze.

Patrzyła mi w oczy. Nie wiem, czy to spojrzenie bardziej pytało, czy rzucało wyzwanie, ale przynajmniej zrozumiałem, co powiedziała. Poczułem, jak sztywnieje mi twarz.

– Wrócimy na oparach – Wziąłem się w garść i postukałem we wskaźnik paliwa. – Jak chcesz się nad sobą użalać, to może w drodze, co?

– Odwal się – warknęła, cofając się od samochodu.

– Nie teraz. Jesteś mi potrzebna.

– Odwal się. Nie będę nigdzie jeździć z kimś, kto ma mnie za jakąś krwiożerczą kurwę. – Przechyliłem się, otworzyłem jej drzwi. – Nie rozumiesz po polsku? Co, akcent mi się popsuł? Spadaj!

– Olszan zawsze cię bronił – popatrzyłem jej twardo w oczy. – Grochulski był uprzejmy. Filipiak nawet nie kazał skuć. – Złość uchodziła z niej jak powietrze z przestrzelonej opony. – Nikt ci nie strzelił w plecy, chociaż paru chłopaków pewnie miało okazję, a motyw wszyscy. Coś im jesteś winna.

– Bydlak – powiedziała cicho. Broda jej drżała, nie umiałem jednak ocenić: z pasji czy od tłumionego płaczu.

– Potrzebuję tłumacza. Potem, jak chcesz, zostawię cię tutaj.

W tej chwili nie umiałem jej zaoferować niczego więcej, ale okazało się, że nie muszę. Zatrzasnęła drzwi, obeszła honkera, otworzyła te z tyłu. Wrzuciłem bieg i ruszyłem, nie oglądając się za siebie.


*

– Chcę.

Poprzedziła tę deklarację godzinnym milczeniem, ale od razu zrozumiałem, o czym mówi. Honker jechał przez wyschniętą na pieprz równinę, omijał nieliczne drzewa i nie rozwalił zawieszenia na żadnym kamieniu, więc chyba prowadziłem jak należy, jednak moje myśli błądziły całkiem gdzie indziej. Właśnie tam, gdzie jej.

– Wysiądę w Misrak Gashemo. Jak zdobędziemy wodę. Może być?

Kiwnąłem głową. Nie była idiotką, nie zamierzała eksperymentować z Sabahem i jego samczym ogłupieniem. Trudno. Przeżyję. Nie na jej lekkomyślności opierałem linię obrony swej dojrzewającej decyzji. Właściwie to nawet lepiej. Udowodniła, że jest rozsądna. Seryjny morderca też musi być. Inaczej zabraknie mu czasu na tę seryjność.

Honker wtoczył się na kolejny płaski pagórek. Zza pary innych pagórków, daleko na zachodzie, wyjrzała ciemniejsza niteczka drogi. Zerknąłem na wyświetlacz GPS-a. Osada Misrak Gashemo powinna być gdzieś na południe od nas, przy drodze właśnie. Jeszcze parę minut i Gabriela przestanie być potrzebna. Powiemy sobie: „Cześć”, by nigdy więcej…

Powiemy?

A może po prostu odwróci się i bez słowa zniknie w tłumie gapiów?

Drogą, w tumanie kurzu, sunęły pojazdy. Sporo. Misrak Gaschemo musiało być większe, niż przypuszczałem, więc tłum pewnie się uzbiera. Coś krzyczało we mnie na myśl, że wszystko może skończyć się aż tak prozaicznie, że po prostu w którymś momencie rozejrzę się i wśród dziesiątek brązowych twarzy nie znajdę już tej jednej, jedynej, niezwykłej.

Dobra, jeszcze raz. Zaręba to generał. Nosi roleksa, zaliczył West Point – fakt, że już nie jako kadet – jego biurko zdobią wspólne zdjęcia z Annanem, Powellem czy Kwaśniewskim. No i nie miał powodu kłamać. Mniejsza o status społeczny – za jego wersją przemawiała po prostu logika. Jaki interes miałby Zaręba spiskowiec we wmawianiu nam, że panna Asmare poleciała do Ogadenu legalnie, za jego zgodą? To czyniło ją mniej podejrzaną, a w dobrze pojętym interesie przestępcy leży rzucanie podejrzeń na kogo się da.

Czyli kłamała. Miała mnóstwo zimnej krwi, ale każdy popełnia błędy. Może zresztą nie pogubiła się w kłamstwach, a tylko przeszarżowała, zagrała zbyt ryzykownie. Addis Abeba nie udzielała nam wsparcia, zaufanie do dowództwa leciało na łeb na szyję. Dobry, obdarzony inicjatywą agent mógł skorzystać z okazji, podsunąć nam dyskretnie myśl, że generałowi nie należy wierzyć. Wojsko, które przestaje wierzyć swym dowódcom, prawie zawsze przegrywa.

Nie, cholera. To jednak zbyt ryzykowne.

Ale ona nie boi się ryzyka. Walczyła, strzelała, pozwalała, by do niej strzelano. Balansowała na skraju przepaści. Dziwne? Może. Ale himalaiści też balansują. Za darmo. A jej pewnie dobrze zapłacą.

Może zresztą dlatego spasowała? Bo ryzyko zbyt wzrosło?

Zimna, łasa na pieniądze suka. Była kimś takim? Aktorką, z premedytacją owijającą mnie sobie wokół palca? Pół biedy. Gorzej, że mogła być po prostu chciwa. Albo najgorzej: zwyczajnie zdesperowana. Całkiem normalny człowiek, przyciśnięty potrzebą, też pewnie potrafiłby posunąć się do tych wszystkich zbrodni. Zwłaszcza jeśli nie planował ich, jeśli okoliczności decydowały za niego. Pawlikiewicz miał wypić piwo i usnąć. Nikt nie mógł przewidzieć, że ukraiński pilot katapultuje się niemal nad naszymi głowami. Tej śmierci zresztą do tej pory nie rozgryzłem, wydawała się najbardziej bezsensowna ze wszystkich. Może po prostu kogoś poniosły nerwy i głęboko ludzka żądza odwetu. Próbował nas spalić żywcem. Ranni… Filipiak chciał ich odesłać, a przy okazji pozbyć się Gabrieli. Musiała zrezygnować ze swej misji albo zabić rannych. Też działanie wymuszone sytuacją.

Wcale nie musiała być potworem.

I, mimo wszystko, wcale nie musiała być winna. Z rannymi odjeżdżali Lesik i Jola. Olszan też mógł wylądować w sanitarce: łatwiej zrzucić na spadochronie nową krótkofalówkę, niż ewakuować rannego z somalijskiego pogranicza. Zresztą tak naprawdę nikt nie wiedział, dlaczego zamordowano rannych. Może faktycznie chodziło o usunięcie świadka.

Była w śmigłowcu, kiedy kwas przeżerał łopatę, a Morawski rozpędzał wirnik. Miała święte prawo się obudzić i wypełznąć na czworakach, nie budząc wielkich podejrzeń. Omal nie złamałem jej karku w trakcie wyciągania. Z całej trójki właśnie ona zdawała się mieć najmocniejsze alibi.

Dobra. Mniejsza z tym. Tak naprawdę nie od tego się zaczęło.

– Uważaj na siebie. – Usiadła za moim fotelem; słyszałem ją dobrze, ale nie widziałem wcale. – Mówiłam prawdę. A Zaręba to gnojek. Myślałam, że tylko tyle, ale jeśli twierdzi, że to on mnie wysłał…

Punkciki na drodze nabierały wymiarów, powoli rosły do maleńkich sylwetek. Któraś zdążyła się nawet skurczyć: kierowca zjeżdżał na pobocze. Nie potrafiłem jeszcze rozróżnić kształtów.

– Wiem, że mi nie wierzysz. Albo… – zawahała się – albo sam z nim współpracujesz. Ale tak czy tak uważaj na niego.

– Ja z Zarębą? – parsknąłem gorzkim śmiechem.

– Albo będziesz współpracował – dorzuciła niezrażona. – Z aresztu prosto tutaj. Zanim śledztwo ruszyło. A to od niego zależy, czy ruszy, prawda? Może cię pozbawić prawa wykonywania zawodu i wpakować do więzienia. Albo awansować i przedstawić do medalu.

Już nie chciało mi się śmiać.

– O co ci chodzi?

– O nic. Mówiłam: problemy białych ludzi już mnie nie dotyczą. Jeśli działacie razem, powiedz mu to. Nie zamierzam chodzić wokół tej sprawy. Nie musi mnie likwidować. Wiejski agronom na jakimś afrykańskim zadupiu nie stanowi dla niego zagrożenia. Ale gdyby się uparł… Pod Dese mam krewnych. Zatrzymam się u nich. Dam ci adres. Jeśli uzna, że musi mnie sprzątnąć, to niech to przynajmniej będzie od razu.

Obejrzałem się przez ramię.

– Odbiło ci?! Co ty bredzisz?!

– Patrzę na sprawy realnie – zdobyła się na słaby uśmiech. – Rozum mi mówi, że nie trafiłeś tu tylko dlatego, że akurat nie było innego lekarza. Zwłaszcza że przyleciał też Lesik.

Honker podskoczył na jakiejś nierówności, przypominając mi o obowiązkach kierowcy.

– Nie mam nic wspólnego ani z Zarębą, ani z tymi morderstwami.

– To mnie nie obchodzi – powiedziała tak beznamiętnie, że chyba szczerze. – Lubię cię, nie chcę, by cię zabił, więc ostrzegam.

– Co znaczy: nie obchodzi? – Nie mogłem powstrzymać się przed ponownym odwróceniem głowy. Za bardzo mną wstrząsnęła.

Chyba bardziej niż kula ognia rozkwitająca za jej plecami.

Pocisk przeniosło o całe dziesiątki metrów, więc huk eksplozji nie poraził nas, zaś z odłamków tylko dwa czy trzy trafiły w zad samochodu. Zbiło mnie z kursu najwyżej o kilkanaście stopni, a i to głównie z winy Gabrieli i gapienia się do tyłu, nie pocisku. Ale dość szybko przywróciłem problemom właściwą hierarchię i zdążyłem wykonać gwałtowny skręt, nim kadłub stojącego przy drodze czołgu znikł w obłoku pyłu poderwanego kolejnym wystrzałem.

Tym razem celowniczy ustawił odległość idealnie: pocisk przemknął na wysokości samochodowych reflektorów, ściął czubek krzaka, który minęliśmy o jakieś dwa metry, i rozerwał się na stoku pagórka. Blisko.

Odłamek trzasnął w mój hełm, zerwał go z głowy. Nim rąbnąłem czołem o kierownicę, udało mi się dostrzec kątem oka paskudnie rozciętą skorupę, odlatującą za nadkole.

Gabrielą rzuciło na oparcie prawego fotela. Klęczała, trzymając się z całych sił, podczas gdy ja testowałem wytrzymałość honkera na gwałtowne przyspieszanie i jazdę slalomem w terenie, który aż się prosi o gwałtowne stosowanie hamulca. Wygłupiłem się tylko z tym zygzakowaniem, bo jechaliśmy prostopadle do linii ognia, ale szybkość zrobiła swoje i żaden z dwóch kolejnych pocisków nie trafił ani w samochód, ani w jego bezpośrednie sąsiedztwo. W ciągu sekundy honker potrafił przemieścić się o dwa metry w pionie, a takich ewolucji nie toleruje nawet porządny celownik nowoczesnego czołgu.

Ten chyba nie należał do nowoczesnych: kiedy po zakreśleniu szerokiego „S” wjeżdżałem na bezpieczny, wschodni stok pierwszego dużego wzniesienia, zaryzykowałem krótkie zdjęcie nogi z pedału gazu i podrzut lornetki do oczu. Samego czołgu nie udało mi się akurat pochwycić w szkła, ale jego towarzystwo mówiło wiele.

Gabriela też wykorzystała te kilka sekund: nagle ujrzałem ją obok, przypinającą się pasem do prawego fotela.

– Nasi?! – Jej głos zniosło trochę w stronę krzyku, lecz poza tym trzymała się dobrze: pewne ruchy, żadnych śladów paniki w spojrzeniu.

– Wątpię! – Puścić lornetkę, otrzeć lejącą się do oka krew, obie ręce na kierownicę. Wozu chyba nie widzieli, ale nas tak. Trzeba było się stąd wynosić. Na wschód, plecami do coraz lepiej wstrzelanej armaty, więc znów zygzakiem. Nie miałem czasu rozmawiać. Jeden fałszywy ruch i leżymy na boku. Falisty teren ratował nam życie, ale też mógł błyskawicznie zabić. Za szybka jazda, zbyt nagłe skręty, dziesiątki paskudnych pułapek pod postacią kamieni czy uschniętych pni. Nawet nie zauważyłem, jak i kiedy stopy Gabrieli znalazły się za fotelem. Dopiero gdy zaczęła ściągać mi lornetkę z szyi, spostrzegłem, że siedzi okrakiem, tyłem do kierunku jazdy.

– Co? – Znałem odpowiedź, nim padło pytanie.

– Jeden chyba nas goni!

Kląłem w duchu. Nawet czołg nie czuje się dobrze w terenie i póki może, jeździ drogami. Chcąc szybko przerzucić posiłki z Somalii pod Kasali, należało je posłać właśnie tą trasą: najpierw drogą, a dopiero potem, pod kątem prostym, na wschód. Tak się składało, że Misrak Gashemo leżało niemal na tej samej szerokości geograficznej.

Właściwie to nas nawet nie gonili: po prostu jeden skręcił o kilometr czy dwa wcześniej i jechał teraz szybciej. Ale zaraz…

– Tylko jeden?

Nie odpowiedziała od razu. Posługiwała się lornetką, a to nigdy nie przyspiesza sprawy. W końcu jednak znalazła to, czego szukała.

– Za to jaki – powiedziała cicho. Zerknąłem przelotnie w jej stronę. Gdyby urodziła się biała, byłaby teraz blada. – Pancerka. Na czterech kołach i z wielką armatą. Zasuwa jak cholera.

Może już przedtem się bała, tylko po prostu nie miałem czasu tego dostrzec. Ale jeśli zaczęła dopiero teraz, miała świętą rację.

– Jak z armatą, to nie problem – rzuciłem równie dziarskim, co fałszywym tonem. – Nie może być szybki. Nie dogoni nas.

Może i tak. Na drodze. Ale trudny teren wyrównywał szanse. W dodatku pagórki ustąpiły miejsca równinie. Mogłem przyspieszyć, lecz za to ci z tyłu mieli teraz na celowniku honkera, a nie czubki naszych głów. Od czasu do czasu widok przesłaniało im jakieś drzewo, jednak na zgubienie się w gąszczu roślinności nie było co liczyć.

– Nie strzelają. – Chyba nie chciała zapeszyć, bo odczekała z tym ze trzy minuty. Już nie używała lornetki. Było tu równo w porównaniu ze wzgórzami, ale asfalt nie leżał i zdrowo nami podrzucało. Wolałem nie wyobrażać sobie, co o tym myślą połatane dętki. Raz i drugi, podnosząc rękę, by zetrzeć płynącą z czoła krew, trafiłem w nos czy ucho.

– Jesteś kretem? – Nie patrzyłem w jej stronę. – Nie bój się, po prostu zwolnię i wyskoczysz. Staną, by cię zabrać. Oboje skorzystamy.

Trzeba było jednak spojrzeć. Trochę za długo nie odpowiadała. Może przegapiłem wyraz wahania na jej twarzy. Cóż, trudno.

– Aż tak źle? – Już nie było sensu patrzeć: znałem ten spokój w jej głosie. Odcinał wszystko, co kłębiło się pod spodem.

– Nie wiem. Daleko są? – Nie stać mnie było nawet na jedno szybkie spojrzenie do tyłu. Wyciskałem z silnika, zawieszenia i własnego refleksu wszystko, co się dało.

– Sześćset… – powiedziała niepewnie. – Może trochę…

– No to źle. Lepiej się przyznaj.

– Nie jestem. – Gniew, podobnie jak strach, też wzięła w cugle.

– Szkoda.

Jakiś kilometr dalej uświadomiłem sobie, że naprawdę tego żałuję. Nie tylko dlatego, że zostawiając ją, zyskałbym na czasie wystarczająco wiele, by zgubić pościg. Przeżyłaby. To też się liczyło.

Nie wyskoczyła. Ale i tak jej nie wierzyłem. Aż do samego końca.

Sześćset metrów to sporo, przy braku stabilizatora nawet bardzo dużo, jednak dla kogoś mającego karabin maszynowy i dwa tysiące naboi trafienie umykającego samochodu to tylko kwestia czasu. Powinni przynajmniej próbować.

Nie otworzyli ognia. Mijały minuty, a oni nie strzelali.

Dojeżdżając do kolejnego pasma wzgórz, zastanawiałem się, na ile sposobów zmiażdżyłby mnie jej adwokat, gdybym podsunął taki argument prokuratorowi. Pewnie nawet nie bawiłby się w miażdżenie, tylko po prostu wyśmiał. Ale wtedy, skręcając ku przesmykowi między wysokimi na parę metrów wzniesieniami, wiedziałem swoje.

Miała radio i całe godziny na dogadanie się. Zdjęła hełm. Przyjemniej, pewnie. Ale kiedy tak teraz stała, z rozwianymi włosami, opasując udami siedzenie fotela, trudno ją było pomylić z typowym polskim żołnierzem. Czołgiści mogli zareagować odruchowo, no i byli daleko. Załoga samochodu pancernego widziała nie bezimienny łazik gdzieś w oddali, ale konkretny samochód z konkretną załogą. Jeśli uprzedzono ich, że takim właśnie jeździ ich agentka…

Przed wjazdem na przełęcz leżało parę nieładnych kamieni. Wolałem nie ryzykować: bezpieczniej było skręcić trochę dalej, już na stoku prawego pagórka. Nie był zbyt stromy.

Nie uwzględniłem dwóch czynników: że i na wzgórzu mogą leżeć odłamki skał i że każdy pionowy obiekt to wymarzone tło dla kogoś, kto poluje z ciężką armatą na szybki, lecz mało odporny cel. W płaskim terenie pozbawionym przeszkód najpotężniejsze działo czołgowe jest niewiele lepsze od karabinu: by zabić człowieka, też praktycznie trzeba trafić prosto w niego. Nie pomyślałem także, że za jednym wzniesieniem mogą być następne, cały labirynt wzgórz i dolinek, w którym taki jak honker zbieg mógłby łatwo zgubić pościg.

Może popchnęła ich do tego okazja, może obawa przed takim finałem. W każdym razie w końcu przypomnieli sobie, że mają armatę.

Nie wiem, co było pierwsze: trzask pod kołem czy eksplozja. Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Stromizna, siła odśrodkowa i podmuch zawiązały koalicję i honker runął na lewy bok. Grzmotnąłem o ziemię barkiem i głową. Mocno. Może i dobrze się stało, bo przynajmniej nie umarłem na zawał, czekając, aż wóz dokończy obrót i zgniecie mnie na amen. Zanim oprzytomniałem na tyle, by o tym pomyśleć i zacząć się bać, stało się oczywiste, że honker nie upadnie.

Co innego Gabriela. W nic nie uderzyła, miała czas spanikować i w efekcie tej paniki spadła na mnie jak dojrzały kokos. W ostatniej chwili zreflektowała się, kończyny umknęły na boki i nie oberwałem za mocno, jednak w dochodzeniu do siebie bynajmniej mi nie pomogła. Zwłaszcza że potem całe wieki klęczała nade mną okrakiem, skutecznie uniemożliwiając wstawanie. Ledwie ją widziałem: wybuch poderwał w powietrze tyle pyłu, że dla samego powietrza właściwie nie było już miejsca. Nałykaliśmy się tego draństwa i wykasływaliśmy je teraz jak para gruźlików płuca.

– Dobra – wycharczała w końcu. – Jesteś trup. Nie ruszaj się, rozumiesz? Dopiero jak wylezą.

Lewe oko skutecznie wyłączyła mi lejąca się z czoła krew; przez łzy wypełniające prawe patrzyłem z niedowierzaniem, jak zdziera z ramienia pepeszę – nie zgubiła jej jakoś – i rzuca gdzieś przed samochód. Nic z tego nie rozumiałem, ale przynajmniej włączył mi się świeżo nabyty instynkt trzymania w ręku czegoś do strzelania. Zacząłem siadać i rozglądać się za karabinem.

– Leż! – warknęła. Sama zdążyła wstać, więc dostałem kopniaka w pierś i padłem na łopatki. – Nie żyjesz, kretynie!

– Co…?

Skoczyła w stronę przedniego zderzaka, zawróciła nagle, złapała mnie za kark, drugą ręką brutalnie przejechała po twarzy, zerwała się, pobiegła. Pył opadał, widziałem już górną połowę przewróconego honkera, ale Gabriela znikła.

– Kocham cię!

Zaraz potem samochód pancerny zaczął zwalniać. Dźwięk silnika docierał do moich uszu pewnie od dawna, ale oszołomienie robiło swoje. Usłyszałem go dopiero teraz. Zaraz po tym, jak krzyknęła.

Zdążyłem wyciągnąć pistolet, kiedy zza chmury pyłu wyłonił się masywny hamulec wylotowy długachnej armaty. Przełożyłem błyskawicznie wista do lewej ręki, tej osłoniętej ciałem, i zastygłem, leżąc na wznak. Wielkie stalowe bydlę nie zatrzymywało się jeszcze. Nie było powodu, by zrobiło to, zanim przetoczy się po mnie i dla pewności zmiażdży pod kołami, jednak leżało mi się i czekało całkiem łatwo.

Zanim doszedłem do wniosku, że jednak się przesłyszałem, przyszło mi do głowy, że pewnie dlatego to powiedziała: bym miał o czym myśleć i nie miał czasu się bać.

„Kocham cię”?

Wóz zwalniał, hamował z fantazją, ryjąc ziemię masywnymi oponami i podrywając kolejne obłoki kurzu. Na lewe oko nic nie widziałem, prawe niemal w całości przesłaniała powieka, w dodatku starałem się celować nosem w niebo, jak uczciwy, stuprocentowo martwy trup, który nie ma powodu spoglądać szklanym wzrokiem akurat w stronę swych zabójców. Ale szczegóły nie były ważne. Do ustalenia tego, co istotne, wystarczył przybliżony widok rozmytej łzami sylwetki i książkowa wiedza.

„Dopiero jak wylezą”.

Nagle znów stała się chudą smarkulą z podrapanymi kolanami, przebraną za żołnierza i bawiącą się w wojnę. Rozbrajająco naiwną, zbyt dziecinną jeszcze, by rozumieć, że cuda zdarzają się wprawdzie, ale rzadko i nigdy trzy razy z rzędu. A tylu właśnie potrzebowaliśmy. Załoga panharda AML 90 to kierowca i dwóch ludzi w wieży. Samochód był lekki, półcalówka beerdeema pewnie poradziłaby sobie z jego opancerzeniem nawet w starciu łeb w łeb, ale my nie mieliśmy niczego cięższego od karabinka kaliber 5,56. Nasze szanse w starciu z ukrytymi za blachami ludźmi były zerowe.

Chyba że wyjdą. Wszyscy trzej.

Jak mogło jej przyjść do głowy coś tak głupiego? Najbardziej kretyński plan, z jakim się zetknąłem…

Udawać trupa, poczekać, aż durny szwarccharakter podejdzie, i kopnąć go w krocze? Hollywoodzkiemu scenarzyście uchodzą takie pomysły, ale dorosłej, trzydziestoletniej kobiecie? Ostatni, który w realnym, pozaekranowym świecie dał się nabrać na taki numer, nosił maczugę i jadł mamuty. Szaleństwo. Dlatego to powiedziała. Ktoś, komu odbiło w obliczu nieuchronnej śmierci, ma prawo wyznawać miłość na prawo i lewo.

A tak w ogóle to się przesłyszałem.

Wóz wciąż się toczył. Powoli. Będąc kierowcą, w ten właśnie sposób sprawdzałbym drania, czającego się z granatem: zbliżając się bez pośpiechu i pozwalając, by strach robił swoje.

Nie poruszyłem się. Byli daleko, kilkanaście metrów od honkera. Gdyby okazali się skąpymi asekurantami i próbowali mnie rozjechać, zdążyłbym zareagować. Nie miałem szansy przeżyć, ale z pistoletem w garści wywalczyłbym śmierć trochę mniej bolesną i paskudną od rozjeżdżania na miazgę. Musieliby mnie zastrzelić: żadna załoga nie będzie przyglądać się bezczynnie, jak ktoś pakuje im pociski w celownik i peryskopy.

Leżałem. Krew z rozciętego czoła spływała po lewej stronie nosa, zakręcała nad ustami, łaskotała. Musiałem wyglądać okropnie z twarzą pokrytą rudym błotem. Dopiero teraz zrozumiałem, co znaczył gest Gabrieli. Nie próbowała wydrapywać mi oczu, po prostu rozmazała krew.

Nie wierzyłem, że to pomoże. Nawet kiedy boczne drzwiczki otworzyły się i w polu widzenia pojawił się niewysoki Arab w rozchełstanym kombinezonie, chyba kierowca. Jeden cud nie wystarczy.

Spojrzał w moją stronę. Wieża też obróciła się w moją stronę. Przymknąłem do końca i bez tego niemal zamknięte oko i czekałem na serię. Nie dostrzegłem, czy ten, który wysiadł, ma broń, ale póki za jego plecami, przy sprzężonym z armatą karabinie czuwał choć jeden kolega, nie miało to większego znaczenia. Przynajmniej dla nas.

Bo wciąż byliśmy we dwoje. Wolałem nie wyobrażać sobie, co zrobi dla odwrócenia uwagi Somalijczyków, ale cokolwiek wymyśliła, nie zastrzelili jej jeszcze. Pomyślałem, że pewnie po prostu stoi z zadartymi w górę rękoma i zaraz zacznie wołać coś w rodzaju: „De Sousa kaputt”.

Nie zawołała. Nie słyszałem jej.

Trochę za późno przyszło mi do głowy, że gdyby to ona była kretem, właśnie tak powinna się przesiadać z honkera na panharda. Bez ryzyka, pod osłoną przewróconego wozu. Nie patrząc mi w oczy.

Milczała. To ten w kombinezonie przemówił. Uniosłem powiekę. Za wcześnie, ale nie mogłem się powstrzymać. Coś nie pasowało.

Śmiał się. A właściwie nie tyle śmiał, co cieszył. I dzielił tą radością z kimś, kto stał po prawej stronie panharda, częściowo przesłonięty przodem kadłuba.

To wtedy zacząłem się bać. Nie dlatego, że ten drugi trzymał w ręku kałasznikowa, a kierowca ruszył przed siebie, mówiąc coś, czego nie rozumiałem, i wymownie poklepując się po kroczu, co rozumiałem aż za dobrze. Fala lęku spadła na mnie i przyprawiła niemal o dreszcze, bo po raz pierwszy w miejscu wypełnionym rezygnacją pojawiła się nadzieja.

Dwóch naraz. Powinni poczęstować mnie na wszelki wypadek serią, a zamiast tego wysiadło ich aż dwóch, i żaden nawet nie celował w moim kierunku. Ten z kałasznikowem zresztą nie mierzył także w Gabrielę: nie widziałem jej wprawdzie, ale musiałaby lewitować trzy piętra nad ziemią. Kierowca chyba w ogóle nie miał przy sobie broni.

Miałem wrażenie, jakby ktoś podniósł tę cholerną pancerkę i położył na mych barkach. „Masz, chłopie, dźwigaj, teraz wszystko zależy od ciebie”. Bo zależało. Los zafundował mi dwa cudy równocześnie, może uśmiechał się teraz pod nosem, chowając za plecami kolejny. A może nie. Trzeci członek załogi mógł wysiąść, mógł jedynie wysunąć głowę z włazu wieży, ale mógł też w ogóle się nie pokazać.

Kierowca ruszył w stronę Gabrieli. Nie miałem wiele czasu do namysłu. Na szczęście. Oszalałbym, rozważając wszystkie „za” i „przeciw”, spaliłbym się psychicznie i na koniec spieprzył wszystko dokumentnie. Czasem lepiej nie myśleć.

Chyba faktycznie wyłączyłem na chwilę funkcję myślenia, bo podrywając pistolet, miałem szczery zamiar wpakowania pierwszego pocisku w pierwszy z brzegu cel. Czyli w kierowcę. Błąd.

Uratowała mnie marna koordynacja ruchów. Lewa ręka, prawe oko, w dodatku leżałem na wznak – trzeba się dobrze postarać, by szybko strzelać w takich warunkach. Nie popisałem się i kierowca zdążył zauważyć, na co się zanosi.

Wrzasnął i rzucił się w stronę bocznych drzwi. Zacząłem siadać. Otworzyłem też w końcu drugie oko i odkryłem, że to, co biorę za sterczącą ku niebu pokrywę włazu w stropie wieży, faktycznie jest pokrywą, ale i tłem dla wychylonej z wnętrza głowy.

Ten z kałasznikowem, zasłonięty w krytycznym momencie przez uciekającego kolegę, posłał pierwsze spojrzenie właśnie za nim. Błąd. Ja popełniłem swój, nie pociągając za spust, kiedy bok pokrytego smarami kombinezonu znalazł się na przedłużeniu lufy. Powinienem strzelić. Czas był już i tak stracony, a jedna kula mogła wystarczyć.

Na tego z karabinem nie wystarczyła. Wygarnąłem do niego pięć razy, niewiele wolniej od peemu, i choć nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, założyłbym się, że żaden z trzech pierwszych pocisków nie trafił w człowieka. Dostało się blachom, dwukrotnie. Kałasznikow zdążył wypalić, ale końcówka mi wyszła i trafiony w twarz mężczyzna runął na plecy.

Kierowca był już wtedy jedną nogą w bocznych drzwiach. Strzeliłem, zaiskrzyło mu nad głową, strzeliłem ponownie, coś szarpnęło nogawką szerokich spodni, kolano ugięło się pod nim. Zrywając się do biegu, pociągnąłem za spust jeszcze dwa razy. Armata AML plunęła ogniem i żarem, pocisk przemknął tuż obok mej głowy, niemal od razu rozorał zbocze pagórka kilkanaście metrów dalej. Honkerem zakołysało. Kierowca, wyjąc, zwalił się piersią w głąb kadłuba, z przestrzelonej nerki trysnęło krwią aż na klamkę szeroko rozwartych drzwiczek. Zacząłem biec.

Jakiś ruch przy górnym włazie. Strzeliłem. Pudło. Kierowca, na którym postawiłem już krzyżyk, odwrócił się nagle, podniósł coś, czego nie rozpoznałem w półmroku wnętrza wozu.

Wpakowałem mu dwie kule. Chyba. Szarpnęło nim i po wstrząsanym drgawkami udzie potoczyła się gaśnica. Z włazu wieży wysunęła się ręka; próbowałem wycelować, ale skończyło się na kolejnym chaotycznym strzale, ręka znikła, a w moją stronę poleciało coś małego i okrągłego.

Nie rzucił granatem – wyrzucił go na zewnątrz. Tylko dlatego zdążyłem rozprostować palce, wypuścić pistolet i trochę bramkarskim chwytem na brzuch pochwycić nadlatujący przedmiot.

Odrzuciłem stalowe jajo też oburącz, sprzed piersi. Jeszcze bardziej odruchowo, nie mierząc w nic konkretnego. Granat miał po prostu wybuchnąć jak najdalej ode mnie i kiedy padałem na kolana, to raczej z myślą o pistolecie niż odłamkach.

Płomień dotarł do spłonki jeszcze po tej stronie pancerza. Właściwie trudno powiedzieć, że coś wybuchło wewnątrz samochodu. Tyle że owo wnętrze zaczynało się parę centymetrów dalej i spora wiązka odłamków, nie napotykając po drodze blach, wdarła się w głąb kadłuba przez otwarty właz boczny.

Dostałem dwoma sporymi kawałkami stali po kamizelce, jakiś mniejszy, zbyt lekki, by na taką odległość ponieść zabójczą energię, rozciął skórę na głowie i bezsilnie odbił się od czaszki. Kierowca, któremu granat wybuchł praktycznie na piersi, zmienił się w krwawy befsztyk. Ten w środku zawył i od razu umilkł, a AML zaczął się palić.

Dałem spokój pistoletowi. Zerwałem się i pobiegłem. Ognia było za dużo: któryś z odłamków musiał rozpruć prochowy ładunek miotający i zamiast do pożaru, doszło do niezbyt silnego wybuchu. Na zewnątrz wyleciało tylko parę drobnych przedmiotów, znajdujących się akurat między epicentrum a otwartymi włazami – plus zwłoki kierowcy – ale płomień rozprzestrzenił się błyskawicznie po całym pojeździe i lada moment mogły zacząć wybuchać nie ładunki miotające, a same pociski.

Zacząć i od razu skończyć: w ułamku sekundy byłoby po półtonowym zapasie amunicji, po zespawanym z cienkich blach samochodzie i – ma się rozumieć – po nas.

Musiałem zwiewać jak najprędzej i jak najdalej. No i zabrać Gabrielę. Przede wszystkim zabrać Gabrielę. Ten przymus popychał mnie na tyle mocno, że prawie nie zwolniłem, kiedy parawan stojącego na sztorc honkera przestał nas odgradzać i ponownie ją zobaczyłem.

Parę minut temu zderzyłbym się z podobnym widokiem jak z betonową ścianą.

Wyskakiwała właśnie zza przedniej części sanitarki z pepeszą w rękach, długonoga, potykająca się z pośpiechu, wykrzywiona, jak przystało na kogoś uczestniczącego w wyścigu o życie… i naga.

Owszem, zostały jej tenisówki i opaska z bandaża na udzie – ale to odkryłem dopiero później, kiedy złapana za rękę biegła u mego boku, próbując pogodzić oglądanie się za siebie z forsowaniem stoku pagórka i zakrywaniem piersi wolną ręką. Marnie jej szło, zwłaszcza to ostatnie – starała się też nie wybić mi oka zaciskanym w tejże ręce automatem – w bieganiu okazała się jednak dokładnie tak dobra, jak to sugerowały jej nogi, i poza jednym potknięciem zaliczyła sprint bezproblemowo.

Za grzbietem pagórka zwaliłem się na kolana, pociągając ją za sobą.

– Co?! – Wytrzymała z pytaniami aż do tej pory.

– Zaraz rąbnie. – Jeszcze przez chwilę było łatwo, mogłem popatrzeć na zachód, w stronę niewidocznego pobojowiska. Ale potem musiałem pozbierać odwagę i spojrzeć w oczy. Jej oraz prawdzie.

Zacząłem od niej. Klęczała z udem ciasno przyklejonym do uda, skrzyżowane ramiona kryły piersi w miseczkach dłoni. Starałem się nie opuszczać wzroku poniżej jej podbródka, nie byłem jednak wcale pewien, czy dobrze robię. Chyba trochę bardziej krępowała się tego, co było wyżej: wyrazu niepewności, zakłopotania, może nawet lekkiej paniki, bezskutecznie skrywanych pod niewyraźnym uśmiechem.

– No co? – wzruszyła ramionami. – Gołej baby nie widziałeś?

Patrzyłem w jej twarz. Lekko zadarty nos, szerokie usta, oczy jak najciemniejsza czekolada, chaos splątanych włosów. Nie tak ją sobie wyobrażałem. Miała być zupełnie inna. Ale trafiła się taka.

Uniosłem rękę. Cofnęła się. Odrobinę, lecz jednak. Odpiąłem suwak, zrzuciłem cięższą o dwa odłamki kamizelkę. Gabriela próbowała poszerzyć uśmiech, dorzucić do niego odrobinę kpiny, jednak niewiele z tego wyszło. Jej twarz pozostała stosownym dodatkiem do reszty ciała, zesztywniałego z nerwów, skrępowanego własną nagością.

– Wariatka – powiedziałem cicho. Potem zacząłem odpinać bluzę.

– Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. No i zadziałało. – Patrzyła, jak uwalniam z dziurek kolejne guziki. – Widzieli, że nie chowam broni. To… dlatego.

– Kłamczucha. – Skończyłem z guzikami, odpiąłem pas. Uśmiechałem się. Nie było mi do śmiechu, głęboko w środku rozrastał się kolejny strach, ale ten był przynajmniej nowy. Starego właśnie się pozbyłem.

– Naprawdę – zapewniła z żarliwością, która znów na chwilę upodobniła ją do małej dziewczynki. Chyba sama usłyszała, jak to zabrzmiało, bo przez chwilę jej uśmiech żywił się autentycznym rozbawieniem. – No co, przecież nie mówię, że tylko dlatego… Co robisz?

W końcu dojrzała do zapytania wprost. Cóż, ostatnia chwila. Dalej były już spodnie, a tylko blondynka z dowcipów mogłaby siedzieć nago obok normalnego mężczyzny i pytać, po cóż rozpina spodnie.

Zsunąłem bluzę z ramion i ani szybko, ani wolno nałożyłem na jej połyskujące w słońcu ramiona. Była tak szczuplutka i tak skromna – czytaj: ciasno owinięta rękoma – że bez problemu udało mi się zakryć wszystko. Dopiero przy okazji tego manewru zahaczyłem wzrokiem o dół jej brzucha. Byłem rycerski, lecz przecież nikt mi niczego na żadnym turnieju nie odrąbał.

– Dlaczego cię nie obchodzi? – zapytałem, niewiele sobie robiąc z faktu, że wpatrywała się we mnie do bólu oczu i nie przegapiła mego spojrzenia.

– Proszę? – zdziwiona, uniosła brwi. Gęste, ciut chłopięce. Nie lubię kobiet z wyskubanymi; przynajmniej tu mi się trafiło.

– Zanim ten czołg… Powiedziałaś, że ci zwisa, czy to ja morduję.

Nie tak to sformułowała, ale dziewczyna moich marzeń nie powinna być upierdliwa i czepiać się szczegółów.

– Chciałam cię ostrzec przed Zarębą. – Opuściła głowę, umknęła wzrokiem ku swym kolanom. – O tym rozmawialiśmy.

Ślicznie wyglądała w mojej bluzie narzuconej na nagie ciało. I tak ładnie kłamała – żebym od razu wiedział, że to tylko niewinny unik. Następne cechy Tej Jedynej. Ale nie ułatwiała mi zadania.

– Powiedziałaś, że mnie lubisz – zacząłem ostrożnie. Nie unosząc twarzy, poruszyła leciutko ramionami. – A teraz… po tym, jak mi przykopałaś… – zdobyłem się na blady uśmiech, choć ani trochę nie było mi do śmiechu. – To było na serio?

Przeszło. Przeszło przez gardło. Odważyłem się. Nie podniosła głowy. Siedziała z pochylonym karkiem, podobna do zrezygnowanej ofiary azjatyckiego kata.

– Myślałam, że to koniec – powiedziała cicho. Za wzgórzem pękł z trzaskiem pierwszy karabinowy nabój, któremu zaszkodziło przypiekanie w piecu marki Panhard, ale nawet nie drgnęła. – W takiej chwili… Sam widziałeś, jak zgłupiałam.

– To prawda?

Uniosła w końcu twarz. Miała smutne oczy.

– Nie wiem. Nigdy wcześniej tak… Ale nie wiem.

– Czego nie wiesz? – Rozumieliśmy się, chciałem jednak, by nazwała rzeczy po imieniu. Jeśli kiedyś wygram w totolotka, też co pięć minut będę wyciągał kupon i sprawdzał, czy aby nie pomyliłem liczb.

– Może po prostu chcę się z tobą przespać. – Znów na chwilę uciekła ze spojrzeniem. – Biały, i Polak, i miły, i jeszcze lekarz… Po czym to się poznaje, Jacek? Znasz definicję? To, że dla kogoś ryzykujesz życiem? Tak wyszło, że tu wszyscy… Gdyby tu był… nie wiem… Bielski nawet… Też bym pewnie odstawiła taki numer. – Wysunęła dłoń spod bluzy, nerwowo przygryzła ni to paznokieć, ni skórkę obok. – Nie wiem. Wszędzie piszą i mówią, że jak naprawdę, to się od razu czuje. Więc to chyba nie… Może po prostu mi się podobasz, tak trochę bardziej… no i dawno z nikim…

– Dobra, chrzanić to. – Wyciągnąłem rękę, dotknąłem kołnierza bluzy. Jej w zasadzie nie, ale miejsce było dobre i parę włosów, uciekinierów spod gumki, połaskotało mnie w wierzch dłoni. – Mogę?

Zastygła z palcem przy ustach. Paznokciowi się upiekło, ale obok dostrzegłem kropelkę krwi.

– Co? – Nie wyglądała zbyt mądrze w tej chwili.

– Zdjąć.

Za pagórkiem rozrywające się naboje karabinowe postukiwały jak kukurydza na patelni. Te ciężkie, artyleryjskie, jeszcze nie.

– Chcesz…? – Zabrakło jej czegoś, by dokończyć. Może odwagi. Miałem nadzieję, że po prostu odwagi.

– Zawsze chciałem. – Pewnie doskonale to wyczuła, może już w Addis Abebie, ale wcale nie było mi łatwo przyznawać się do tego.

Uśmiechnęła się. Kobieta mego życia też się miała uśmiechnąć w tym momencie. Tyle że nie tak. Nie nerwowo, niemal z przymusem.

– To po co mnie ubrałeś? Nieładnie. Kto daje i zabiera…

Zupełnie nie wyszedł jej żart. Przynajmniej sama to zrozumiała. Ja też zrozumiałem, co trzeba.

– Nie? – Rozczarowanie udało mi się chyba jakoś ukryć, ale ze zdziwieniem już sobie nie poradziłem. – Myślałem…

Nie miała odwagi patrzeć mi w oczy. Mała strata. Mnie też starczało hartu ducha jedynie na przelotne spojrzenia w jej stronę.

– Przecież… – szukała argumentów zbyt gorączkowo, by dobrze maskować panikę. – Musimy uciekać, nie?

Bystra dziewczyna. Trafiła w sedno i nawet prawie zdążyła. Gdyby serce nie waliło mi dwa razy szybciej, co chyba przekładało się na efektywność zmysłów, może nawet wziąłbym jej słowa za dobrą monetę.

– Nie chcesz? – Te dwa słowa obijały mi się o ściany czaszki jak rykoszetująca kula i jak ona siały spustoszenie. Dostało się między innymi któremuś z hamulców. – Mówiłaś, że mnie…

– To nie jest dobry moment – przerwała mi tonem, który określiłbym jako obolały, gdyby własny ból tak dobrze nie przesłaniał cudzych. – Może ktoś za nimi jechał. I pewnie się zorientują, że coś złego… Na pewno mieli radio. Dym też widać z daleka.

Logiczne jak cholera. Gdyby los nie zakpił ze mnie tak okrutnie, zapewne usłyszałbym identyczne słowa. Tylko w oczach mówiącej byłoby więcej żalu. I nie towarzyszyłaby mu ulga.

– No tak. – Cofnąłem się, sięgnąłem po kamizelkę. – Racja.

Tchórzostwo ma swoje dobre strony. Tchórz tysiąc razy przeżywa swą klęskę i kiedy ta przychodzi naprawdę, łatwiej mu się z nią uporać. No i przez chwilę miałem ją za plecami, mogłem walczyć z mięśniami twarzy, udając, że walczę z kamizelką i jej zapięciem.

– Jak tylko wybuchnie, musimy szybko postawić samochód. – Chwila ciszy. – Usiądź. Jakiś odłamek może… Najlepiej w ogóle się położyć.

Następny przejaw zdrowego rozsądku. Daj Boże każdemu taką żonę. Ale Bóg nie daje rozsądnych żon przegranym facetom.

– Byle nie na tobie, co? – mruknąłem. Nie chciałem, samo jakoś…

Jej cień wyciągał rękę do mojego. Teraz cofnął. Potem znów próbował wyciągać. I nie dał rady. Słońce stało już dość nisko, cienie mieliśmy spore, a ja stałem lekko bokiem i nie mogłem ich nie widzieć. Zastanawiałem się ponuro, czy brała to pod uwagę.

A czemu nie? Nie znałem jej. Ani trochę. Może była nieskończenie perfidna. Ta wpadka z panhardem o niczym nie przesądziła: już przedtem wiedziałem, że między załogą śmigłowca a Sabahem co najmniej szwankuje koordynacja. Członkowie kolumny nadciągającej od somalijskiej granicy mogli po prostu nie wiedzieć o Gabrieli. Nawet nie powinni. Inni też zresztą mogli nie wiedzieć. Doręczna radiostacja ma nieduży zasięg; z nami też ledwie nawiązała kontakt.

– Jestem w samym środku cyklu – powiedziała cicho. – Szczyt płodności. Za bardzo cię lubię, żeby ci fundować jeszcze i ten kłopot.

Psiakrew. Nawet o tym nie pomyślałem.

Nie, nieprawda. Było jeszcze gorzej: gdzieś po obrzeżach marzeń błąkała się myśl o tej kwaskowej konsekwencji słodkich chwil z Gabrielą. I – zamiast płoszyć – tylko dodawała smaku.

– Nie masz przy sobie…? – zawiesiła głos, jak na porządną dziewczynę przystało. Nie odwracając się, pokręciłem głową. – No właśnie. – Może zawahała się, a może tylko odczekała, bym doszukał się tego wahania w jej głosie, i dodała: – Szkoda.

Usiadłem na ziemi, znów twarzą do niej. Musiała wziąć mój unik z kamizelką za rodzaj niemej sugestii, bo teraz ona z kolei odwróciła się plecami do mnie, zsunęła bluzę z ramion i założyła ją jak należy. Dostała mi się nagroda pocieszenia: nieskrępowany widok na jej pośladki. Miała je dokładnie tak ładne, jak się spodziewałem, ale w tej chwili wolałbym oglądać ją w spodniach.

– Nie patrz.

Zamknąłem oczy. Przeszła obok, muskając mnie cieniem i wonią brudnego ciała. Wolałem ją w jabłkowej wersji. Ale nie dlatego przykro było poczuć jej plecy, opierające się o moje.

Siedzieliśmy potem w milczeniu, służąc jedno drugiemu za oparcie fotela. Korzystała z mego cienia, wiedziałem jednak, że nie o to chodziło. O ulgę dla zmęczonych mięśni też nie. I nie o wstyd. Kiedy żar przedarł się przez masywne łuski i pociski kalibru 90 eksplodowały z energią małego wulkanu, to ona zerwała się pierwsza i to ona wbiegła na szczyt pagórka, nie zaprzątając sobie głowy widokiem, jaki mi funduje. To jeszcze mieściło się w granicach przymusu, ale potem, kiedy uwijała się wokół honkera, gorączkowo szukając gaśnicy i zbijając pianą zalążki płomieni, pełzających po podwoziu, też nie zachowywała się jak skrępowana po granice omdlenia dziewica. Wszystko, co robiła, mogłem zrobić za nią. Zysk na czasie był minimalny.

Następny pokaz twardego stąpania po ziemi.

Inna sprawa, że po wszystkim okazało się, iż miała rację. Wybuch zgasił panharda – metodą niemal totalnego unicestwienia – za to rozsiał po okolicy mnóstwo rozżarzonych szczątków. Jeden z nich – bodajże fragment błotnika – wylądował w miejscu, gdzie Gabriela wykonała swój szybki striptiz. Blacha, niepalna z natury, już tylko kopciła, lecz z szortów i majtek wiele nie zostało. Jak na ironię, ocalał podkoszulek.

Zerknęła tylko w tamtą stronę. Potem szybko usiadła na wewnętrznej części lewego tylnego koła. Jedynie kolano przyciskające się do drugiego kolana sugerowało, że pamięta o swej nagości.

– Jak poleci, to koniec – wyjaśniła niepotrzebnie. Sam wiedziałem. Też tu przybiegłem i jeśli nie wyrwałem jej gaśnicy, to nie dlatego, że urządziła mi bolesny, ale i najpiękniejszy w życiu pokaz. Podczas gdy powstrzymywała honkera przed spaleniem się na naszych oczach, ja próbowałem powstrzymać go przed nakryciem się kołami.

Parę kamieni wepchniętych pod koło i bok chyba pomogło. Zbyt wiele jednak zależało od utrzymania status quo, by uspokoił mnie ten bezruch. Mógł trwać lata, lecz równie dobrze sekundy. Coś skrzypiało, grunt pewnie ziarnko po ziarnku poddawał się naciskowi. Diabli wiedzą, dlaczego wóz nie dokończył obrotu za pierwszym razem – tylna oś minęła już pion i zaczęła pochylać się ku północy. Gabriela, siadając na kole, dociążyła teraz całość od południa, wątpiłem jednak, by ważyła dostatecznie wiele. Katastrofa wisiała w powietrzu i musiałem się spieszyć.

Zacząłem od zapobiegania. Panhard, jak przystało na wóz bojowy, miał na stanie kawałek liny holowniczej. Zużyłem resztę ładunku gaśnicy, by wyciągnąć ją z żaru, opłaciło się jednak. Udało mi się zakotwiczyć honkera, oplatając koniec wokół kikuta jakiegoś drzewa.

Gabriela zerwała się z koła, znikła za samochodem. Wciąż nie miałem stuprocentowej pewności, czy nie zwali się na nią, odłożyłem jednak na chwilę akcję ratowniczą. Zabrałem się do szukania podnośnika dopiero, gdy pojawiła się ponownie – w znanej mi już z Addis Abeby zielonej sukni prześcieradłowego typu.

Zanim honker grzmotnął parą prawych kół o ziemię, obejrzałem przedział silnikowy z obu dostępnych stron. Nie byłem pewien, co bardziej przyczyniło się do naszej wywrotki – poślizg po przebiciu opony czy podmuch eksplozji – i bałem się tego, co znajdę.

Niepotrzebnie. Już sam fakt, iż oboje wyszliśmy z katastrofy bez szwanku, powinien był mi dać do myślenia.

– Kumulacyjny – pokiwałem głową. – Udało nam się.

Fakt: mieliśmy szczęście. Najpierw nie strzelali do nas z kaemu, a potem posłużyli się armatą i pociskiem przeciwpancernym, choć odłamkowy byłby tańszy i dużo skuteczniejszy. Na koniec zaś, gdy panhard eksplodował, sanitarka ani się nie zapaliła, ani nie przewróciła. Straciliśmy zapasowe koło, to wszystko.

W sumie – kolejny cud.

Siedziałem, łatałem dziurawą dętkę i próbowałem pocieszać się myślą o tym, jaki to ze mnie szczęściarz. Nie wychodziło. Swą odmową Gabriela brutalnie sprowadziła mnie na ziemię i rozgoryczony umysł jeden po drugim kwestionował dowody ewidentnej łaskawości losu.

Nie użyli karabinu, bo go po prostu nie mieli: z rozszarpanej wieży zostało dostatecznie wiele, bym w końcu się tego dopatrzył. Pocisk przeciwczołgowy? Po potencjalnym polu bitwy pancernej dużo bezpieczniej jeździć z takim właśnie w lufie. Potem, gdy AML pędził w podskokach, nie było już jak przeładować działa. O ile w ogóle było czym. Wóz bojowy, któremu brakuje czegoś tak elementarnego jak karabin maszynowy, z daleka pachnie poważnymi problemami logistycznymi. Jak to w partyzantce. Nawet fakt, iż wybuch panharda nie przewrócił sanitarki, udało mi się podciągnąć pod wspólny mianownik partyzanckiej biedy. Zaparkowali dokładnie z tyłu, by jeden człowiek z jednym karabinem mógł upilnować obu stron honkera. Namiot z dwóch kart zwali byle podmuch, ale jeśli dmuchać idealnie równolegle do ich płaszczyzn…

Los nie był dla mnie łaskawy – był tylko bardziej wredny dla tamtych trzech. A to nie to samo. Życzliwy czy choćby tylko neutralnie usposobiony los nie zabrałby mi Gabrieli w takiej chwili. Przeciętna dziewczyna pozwoliłaby zdjąć z siebie tę cholerną bluzę – może z wdzięczności, może dla odreagowania stresu, a może po prostu dlatego, że prawdopodobnie nie wydostaniemy się żywi z tego pustkowia i warto na koniec zafundować sobie trochę przyjemności. Nieprzeciętna – czytaj: panna kret, specjalistka od kłamstw, owijania naiwniaków wokół palca i podcinania gardeł – zrobiłaby to ze mną z wyrachowania. Zakładając, że morderczynie są zwyrodniałe pod każdym względem i nie mogą przespać się z facetem ot tak, po prostu, dla zaspokojenia naturalnych instynktów.

Albo była uczciwa i mnie lubiła, albo nie była, i nadal musiała udawać, że lubi. W obu przypadkach powinniśmy leżeć teraz, spleceni w miłosnym uścisku – tak by to załatwił los, gdyby nie był mym ewidentnym wrogiem.

Udało nam się? Wolne żarty.

– Zobacz.

Guzik mnie interesowało, co trzyma w ręku, ale widok jej kolan i łydek był nie do zniesienia. Doskonałość tak doskonała, że gdybym zaczął ją całować od tego miejsca, mógłbym nie dotrzeć nigdzie dalej. Uniosłem głowę i przez chwilę wpatrywałem się tępo w granat. Wzrok od razu wyłowił nieprawidłowość, umysł jednak nie reagował, zbyt pochłonięty roztrząsaniem swej klęski.

– Gwóźdź – powiedziała zniecierpliwiona. – Zamiast zawleczki.

– Widzę. – Przemknęło mi przez myśl, że raczej gwoździk: rozmiarami miał się nijak do hufnala, który wepchnęła mi w sam środek serca.

– Znalazłam w sanitarce – wskazała śmietnik porozsypywanych podczas upadku bagaży. – To twój?

Miał króciutkie ostrze, a ona znała się na broni. Gniewna domieszka w jej głosie była jak najbardziej na miejscu: jedno pechowe stuknięcie pod niewłaściwym kątem mogło wykończyć nas razem z samochodem.

– Nie. – Mimo wszystko musielibyśmy mieć naprawdę nie lada pecha, więc nie dziwiła mnie własna obojętność. Byłem zaskoczony, że równie obojętnie dopowiadam resztę: – Andrusiaka.


*

– Tam coś jest.

Mogłem ją zignorować. Od Bukłaka dzieliło nas jednak tylko parę minut jazdy, więc skręciłem bez słowa. Musiałem pomyśleć, a to wydawało się dobrą okazją.

I faktycznie: BWP-1 drugiej drużyny dawał do myślenia. Tyle że nie miało to związku z dręczącym mnie tematem: „Gabriela Asmare”.

Zatrzymałem honkera i po chwili wahania wyłączyłem silnik. Ryzykowne, ale rozrusznik działał dotąd bez zarzutu, a paliwa mieliśmy mało. Nie wysiadając jeszcze, stanąłem i popatrzyłem na wschód, wzdłuż pozostawionego przez gąsienice śladu. Nie był zbyt wyraźny, wspomogłem więc oczy lornetką. Kiedy ją opuszczałem, Gabriela unosiła dłoń ku klamce tylnych drzwi.

Popatrzyliśmy sobie w oczy. Cofnęła rękę.

– Tak myślałam – powiedziała cicho. – Że to jeden z naszych. Tylko kierunek mi się nie zgadzał. No i liczba.

– Jechali na zachód. – Odłożyłem lornetkę, wysiadłem.

– Do Kasali? – podsunęła.

– Chyba nie. – Przez chwilę patrzyłem na lufę karabinka, spoglądającą w niebo z gniazda strzeleckiego lewych drzwi. – Schodzili z drogi obławie. Pewnie trochę dalej skręciliby w stronę Werder.

– Pewnie? – Miała znany mi już, sztucznie spokojny głos Gabrieli ocierającej się o śmierć, nie była jednak aż tak opanowana, by z własnej woli sięgać do klamki. Pozamykane włazy, ani jednego odcisku stopy, ten beryl… Wiedziała. Oboje wiedzieliśmy.

– Po prostu umilkli – wzruszyłem ramionami. – Myśleliśmy, że śmigłowiec… W sumie mieliśmy rację – wskazałem najbliższy lej. Miał rozmiary parasola nad kawiarnianym stolikiem i czernił się dobre sto metrów za bewupem, niemal dokładnie w osi wyznaczonego koleinami szlaku.

– Może radio im się popsuło?

– Mieli dwa. Epidemie zdarzają się wśród ludzi, ale nie…

Urwałem. Coś mi się przypomniało. Coś na tyle nieprzyjemnego, że prawie bez oporu ująłem klamkę i delikatnie pociągnąłem drzwi.

BWP projektowano na atomowe pole walki. Tego typu pojazdy, jeśli zamknąć włazy, są szczelne, nie dziwiło mnie więc, że smród paliwa, spalenizny i śmierci uderzył nas w nozdrza dopiero teraz. O hermetycznym wnętrzu nie mogło być mowy – to nie promieniowanie zabiło załogę – ale przestrzelina okazała się niepozornie mała. Gdyby nie wymieciony z osprzętu i okopcony pancerz górny, pewnie długo bym jej wypatrywał.

Strumień kumulacyjny przepalił górny pancerz, urwał kierowcy nogę razem z kawałkiem pośladka i przebił podłogę, ale nie spowodował wybuchu amunicji. Obaj pozostali ludzie niemal nie ucierpieli, jeśli mierzyć widocznymi z zewnątrz ranami. Odłamki pomknęły głównie w przód i tkwiły teraz w zwłokach opartego o wolant trupa. Celowniczego i Andrusiaka – to on strzelał z osadzonego w drzwiach karabinu – zabił skok ciśnienia. Trochę ich osmaliło, lecz już po śmierci, nim automatyczny system przeciwpożarowy ugasił ogień. Miał co gasić: któryś z odłamków przebił służący za oparcie ławek zbiornik. Całe paliwo znajdujące się powyżej niepozornego otworu spłynęło na podłogę i dalej, przez dziurę w dnie, na ziemię.

– Byli we trzech? – Gabriela rozejrzała się z nadzieją, tak jakby nie robiła tego przedtem. W pamięci miała wąwóz i zatłoczone wnętrza pojazdów pancernych.

– We czterech.

Ruszyła dookoła bewupa, uważnie patrząc pod nogi.

Wcisnąłem się do środka, pootwierałem wszystkie włazy. Oględziny nie zajęły wiele czasu, ale też nie tyle szukałem, co sprawdzałem. Człowiekowi z gotową hipotezą wszystko idzie szybciej.

– Nie rozumiem – poskarżyła się. – Ani śladu. A przecież strzelali do nich, musiał biegiem… – Patrzyła przez chwilę, jak wywlekam Andrusiaka i rozpinam jego kamizelkę. Zaniepokoił ją dopiero widok rozkładanego scyzoryka. – Co robisz?

– Nie patrz.

Patrzyła. Nie do końca, ale dostatecznie długo, by nie powtarzać pytania. Kiedy dźwignąłem się znad rozciętego brzucha, wyglądała niewiele lepiej od jego właściciela.

Uniosłem zakrwawiony palec i zakołysałem drucianym kółkiem.

– Naprawdę zżarł zawleczkę. Tyle że nie przypadkiem. Trochę za późno na to wpadł. Nikt akurat nie strzelał i nie mógł się elegancko pozbyć reszty granatu. Stąd ten gwóźdź. Wpakował w otwór pierwsze, co znalazł. – Przyglądała mi się oszołomiona. – Gnojek.

– Symulował?

– Głupi gnojek – uściśliłem. – Widzisz? Rozgiął z powrotem końcówki. Zwymiotuj czymś takim albo wyjmij z nocnika, a każdy biegły przyzna, że ostry koniec drutu mógł się zaczepić o ściankę żołądka i spowodować ból. Nie wiem tylko, jak by się tłumaczyli z…

– Biegły?

– To prawie dezercja. Poważna sprawa, więc się zabezpieczył. Ale przedobrzył. Bolało naprawdę, nie zwietrzył w porę zagrożenia i Filipiak zostawił go z Hanusikiem w charakterze niepracującej czujki.

Dopiero teraz zerknęła na jego twarz. Miałem ochotę zdjąć pas i zdzielić ją w tyłek. Za litość w spojrzeniu, za szczery ból w głosie. Powinna opluwać trupa, kopnąć parę razy. Omal jej nie zabił. Zasłużył, ona miała święte prawo, a mnie byłoby trochę lżej.

– To moja wina – powiedziała cicho. – Dwudziestu pięciu zabitych. A teraz jeszcze… Gdyby ich nie dopadł śmigłowiec, poszliby siedzieć.

Co z tego, że tak właśnie wyglądała prawda? Ilu ludzi potrafi przepchnąć prawdę przez gardło, gdy robi się niewygodna? Ona potrafiła. Bolało, kiedy traciłem śliczną, mądrą, odważną dziewczynę. Widocznie za mało, więc teraz, gdy już dostałem kosza, dobiła mnie jeszcze pokazem wielkoduszności. Dłubała palcem w świeżej ranie, powtarzając: „Drugiej takiej nie znajdziesz”.

– Nie przez ciebie – rzuciłem sucho. Nie zareagowała. Miała zrezygnowany wyraz twarzy człowieka, który wie swoje. – W każdym razie nie wszyscy. A już na pewno nie Hanusik.

Posłała mi pytające spojrzenie. Podszedłem do drzwi, zanurkowałem pod przełożonym przez otwór karabinem, wyciągnąłem spod ławki drugi, identyczny, i glauberyta. Oba ze złożonymi kolbami. Wyjąłem magazynek z gniazda automatu, pokazałem Gabrieli.

– Niepełny. – To akurat zrozumiała od razu. – I co z tego?

– To Andrusiaka.

– No i?

– Założę się, że przed bitwą załadował do pełna. Czyli strzelał już po tym, jak go zmieniłaś. Pytanie: kiedy. Bo przy nas nie.

– Zostawiliście ich – przypomniała. Coś jej już świtało, ale Andrusiak leżał u naszych stóp z poszarpanymi płucami i dziurą w żołądku, więc wzięła na siebie rolę adwokata. – Mogli kogoś spotkać.

– Gołą laskę, którą chcieli wziąć żywcem? – Nie mogłem sobie odmówić drobnego odwetu. – Daj spokój. Mieli armatę i karabin maszynowy. Tu wszystko widać z daleka. Nie ma do kogo strzelać z peemu, bo nim podjedziesz dostatecznie blisko, facet jest dokładnie rozstrzelany z pozostałej broni. Po co ryzykować.

– Czyli co? – Buntowała się, co znaczyło, że już rozumie.

– Hanusik. To do niego… – obróciłem magazynek w dłoni. – Filipiak go zostawił, bo wiedział, że nie da plamy. Śmigłowiec ich przegapił. Ale byli za blisko. Właściwie to nawet nie dezercja. Mieli wręcz obowiązek poszukać kryjówki. Tyle że Hanusik by zameldował.

– Zabił go? – zapytała cicho.

– Pewnie nie z premedytacją. Pogróżki, szarpanina… Hanusik mógł źle ocenić sytuację, próbować go rozbroić. Czort wie, jak było. Wiem, że potem pozostali dwaj jechali bez broni. To tak, jakby okręt tonął, a marynarze zamykali kapoki w magazynie. Bez sensu.

Milczała przez chwilę. Podszedłem do samochodu, wziąłem lornetkę. Na południu było trochę wzniesień i zarośli. Ale daleko.

– Umiesz tym jeździć?

Stała z dłonią opartą o błotnik bewupa. Odłożyłem lornetkę.

– Pewnie bym pojechał. Ale podobno ciężko go uruchomić. No i mocniej kurzy. – Wsiadłem do honkera, skinąłem głową, pokazując jej prawy fotel. – Jak nas wypatrzą ze śmigłowca, pancerz nic nie pomoże.

– Zostawimy ich tak?

– Możemy zakopać – wzruszyłem ramionami. – Wypocisz resztki wody i to ciebie rozdziobią sępy.

Ruszyła w stronę samochodu. Nie walczyła o przetrwanie, przez chwilę nie bała się, a tylko była smutna, i od razu dało się zauważyć, jak bardzo jest wyczerpana.

– Przepraszam – wymruczała, siadając obok.

– Po prostu nie mamy czasu – powiedziałem łagodniej.

– Ja nie o tym… Powinnam pomyśleć o wodzie. Podeszłam pod sam płot, rozmawialiśmy… I zwyczajnie zapomniałam.

Psiakrew. Ja też. O różnych rzeczach myślałem i wtedy, czekając na nią, i potem, gdy wróciła – ale jakoś nie o tym, co najważniejsze.

– Kto mógł przewidzieć, że wpakujemy się na tę cholerną kolumnę.

– Kazał mi odejść. – Nie byłem pewien, czy mnie usłyszała. – Ale wyszedł, rozmawiał. Mogli go zastrzelić. Na pewno przyniósłby trochę wody. Wystarczyło poprosić. Przepraszam, Jacek. Strasznie cię…

– Pieprzyć wodę – przerwałem jej ze złością. – Jedziemy.

Ruszyłem wzdłuż śladu gąsienic. Nie za szybko. Przy pierwszym płytkim leju zwolniłem do tempa piechura.

– Czego szukasz?

Nie odpowiedziałem. Wtedy. Przy żadnej z trzech następnych okopconych dziur w ziemi nie odezwała się już słowem, więc skręcając na północ, nagrodziłem ją za tę wstrzemięźliwość.

– Chciałem coś sprawdzić. – Poczekałem chwilę, ale jej kobiecość wyschła na wiór, standardowe: „Co?” nie padło i musiałem dokończyć z własnej inicjatywy. – Użyli niekierowanych rakiet. Dziwna metoda.

– Mówiłam ci – mruknęła. – Zgubili te kierowane.

– Tak, pamiętam. Ale nie w tym rzecz. BWP to nie czołg. Atakowali go z tyłu. Działko poradziłoby sobie z pancerzem. Nie było sensu używać rakiet. Drogie, mniej celne i trzeba strzelać z bliska. Niby zza pancerza, ale oszklenie czy czujniki mógł im Andrusiak pokiereszować. Żaden pilot nie robi takich numerów, jeśli nie musi.

– No to widocznie musieli. Tę ciężarówkę w garbarni też rozwalili rakietą. Chyba taką samą.

Jechaliśmy trzydziestką na północny wschód. Wolno, ale wolałem nie kurzyć i nie nadwerężać gęsto połatanych dętek.

– Wiesz, jak wygląda Mi-24?

– Mają je i tu, i w Polsce. Ten akurat poznam. Czemu pytasz?

– Szkoda – westchnąłem. – On jeden ma wukaem, nie działko. Na transporter starcza, ale bewupa mógłby faktycznie atakować rakietami.

– Może coś się zepsuło.

Czułem, że nie ma ochoty rozmawiać. Gdyby to była szosa, pewnie wysiadłaby, złapała okazję i pojechała w przeciwną stronę. Wdeptała mnie w ziemię swoim: „Nie”, ale i jej nie było z tym wesoło.

No nic. Już niedaleko. Widziałem wianek skał wokół Bukłaka.

Zwolniłem i skręciłem ku gromadce innych skał, ocienionych baobabem i parą akacji. Rosło tu też trochę krzaków i ktoś patrzący z daleka miał prawo przegapić starannie zamaskowany samochód. Wjechałem w najlepiej osłonięte miejsce i wyłączyłem silnik.

– Co robisz?

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Gdybym zdążył, i tak pewnie zmarnowałbym resztki śliny: nie słuchała. Podrywała się z fotela, łapiąc pepeszę. Nie strzeliła chyba tylko dlatego, że tamta była jeszcze szybsza.

Była młodsza od Gabrieli o przynajmniej dziesięć lat, miała okrągłe ze strachu oczy i oryginalny strój, złożony z łaciatej kurtki wojskowej i czerwonej spódniczki. Nosiła tandetne sandały i nie nosiła broni. W każdym razie w tej chwili. Wyskoczyła z zarośli jak diablik z pudełka od razu z zadartymi ku niebu rękoma. Zaraz potem zaczęła zawodzić płaczliwym, bardziej dziecinnym niż kobiecym głosem.

Przygniotłem lufę pepeszy do maski. Niepotrzebnie. Gabriela oceniła sytuację równie szybko. Przewiesiła automat przez ramię, wysiadła, podeszła do dziewczyny w czerwonej spódniczce.

Dałem im trochę czasu. Bardziej z myślą o przełamaniu strachu, okazało się jednak, że nie tu tkwi zasadniczy problem.

– Mało co z tego rozumiem – wyznała Gabriela. – To Somalijka.

– Wychodziłaś za mąż za Somalijczyka – przypomniałem. Zignorowała zaczepkę i powróciła do żmudnego wypytywania nieznajomej. Gestykulacji i rysowania w piasku było w tym więcej niż słów, ale pewnie dlatego znów mnie wzięło. Starała się być miła, uśmiechnięta, ślicznie się ruszała i wdzięcznie kucała. Patrzyłem, jak przebija się przez barierę językową, i próbowałem nie wyobrażać sobie, jaką metodą i co przy tym rysując, tłumaczyła Sabahowi kłopot związany z byciem w samym środku cyklu. Próbowałem też nie myśleć o tym, że może nie potrzebowała tłumaczyć, że może lubiła go na trochę inny niż mnie sposób i po prostu rozkładała nogi, nie martwiąc się o konsekwencje.

Była starsza, wcale nie zgrabniejsza, jąkała się bezradnie, podczas gdy tamta sypała zdaniami niczym karabin maszynowy – a ja patrzyłem na nie i widziałem księżniczkę odpytującą kucharkę.

– To Nanouk. – Nagle pojawiły się obie przed maską honkera. – Ma siedemnaście lat. Rodzina sprzedała ją za dwie krowy facetowi z Jemenu. Był mechanikiem, w domu miał żonę, ale tu nie, więc ją sobie kupił do towarzystwa.

– Poplotkowałaś sobie? – rzuciłem mało życzliwie. – To może spytaj ją teraz, co tu robi.

– Nie strasz jej – uśmiechnęła się, na pokaz wprawdzie, lecz i tak ładnie. – Myślała, że chcemy ją zabić.

– Jest od Sabaha?

– Lepiej. – Jej uśmiech ewoluował w stronę autentycznego, za to mniej radosnego. – Aziz, ten jej facet, reperował śmigłowce.

Nie powiem, że podskoczyłem z wrażenia. Ale przestałem wyobrażać ją sobie z Sabahem. Jedno słowo przywróciło rzeczom właściwą hierarchię.

– Śmigłowce?

– Gotowała im. Raz, kiedy Aziz wyjechał, piloci się upili i jeden się do niej dobierał. To dlatego teraz żyje. Ukryła w sąsiedztwie bazy trochę wody i jedzenia, na wypadek, gdyby znów…

– Bazy? – Czułem, że wszystko dało się opowiedzieć bez zahaczania o tematy seksu i że z premedytacją dłubie w świeżej ranie, ale nie dałem się sprowokować.

– Mieli kobiety w mieście, jeździli do nich czasem, ale na miejscu była tylko ona. Nic dziwnego, że…

– Zaczniesz mówić do rzeczy? – przerwałem jej spokojnie.

– Mówię – rzuciła mi wyzywające spojrzenie. – Mało się wtedy nie pozabijali. Pustkowie, banda wyposzczonych facetów i jedna dziewczyna. Tylko raz na miesiąc siadali w ciężarówkę i jechali się zabawić.

– Mówmy o bazie i śmigłowcach – zaproponowałem.

– Były trzy – wzruszyła ramionami. – Dwa wielbłądy, mniejszy i większy, jeden wojownik.

– Słucham?

– Trochę brakuje nam słów – uśmiechnęła się gorzko. – Więcej się domyślam, niż rozumiem. Chyba chodzi o dwa transportowe i bojowy.

– Mają trzy śmigłowce – podsumowałem.

– Mieli. Jeden nie wrócił. Cztery noce temu. – Poczekała, aż policzę w myślach. – Wyleciał wojownik i większy wielbłąd, wrócił tylko wojownik.

– Ten wrak pod Kasali – mruknąłem.

– Wiózł miny. To dlatego niewiele z niego zostało. Cała półciężarówka min. Nanouk pomagała je ładować. Nawet na warcie czasem stała. Mieli kupę roboty i za mało ludzi. Wiesz, co to znaczy?

– Że Osamie brakuje na pensje? – zażartowałem bez zapału.

– Że ktoś robił z pilotów tragarzy i wartowników, byle nie angażować w to jednego zbędnego człowieka. – Odetchnęła głębiej. – To śmierdzi, Jacek. Bardziej, niż myślałam.

Nasz honker też śmierdział. I ja. I nawet ona. Powinienem dać sobie spokój z marnowaniem śliny, wcisnąć gaz do dechy, odjechać gdzieś, gdzie będzie woda – albo nie będzie już nic. Zamiast tego wysiadłem, odebrałem jej patyk, którym kreśliła w ziemi, i sam zacząłem rysować.

– Zapytaj ją, czy tak wyglądał.

Zapytała. I bez tłumaczenia wyczułem, jak niepewnie brzmi odpowiedź. Nim Gabriela wzięła się za przekład, zabrałem się za sylwetkę następnego śmigłowca. Obie miały dość rozsądku, by zamilknąć i czekać.

– Który jest bardziej podobny – sprecyzowałem.

Nanouk pokazała. Nadal budziłem strach, daleko mu było jednak do paraliżującego i połapała się, w czym rzecz, nawet wcześniej od Gabrieli. Gabriela, gdy przeszliśmy do smukłych sylwetek szturmowców, zabrała mi kijek i próbowała dorysowywać skrzydła. Złapałem ją za rękę. Raz zbita z tropu Nanouk mogła się pogubić na dobre.

Загрузка...