Занатоўкі для памяці / Zapiski dla pamięci


Занатоўкі для памяці

* * *

Вятрыскі ў нас ад выгану з багоннікам; гудзяць у коміне ды пасвістваюць у дратах, цубаняць дажджамі па высокай адгэтуль сцяне дому, a ўзімку накурганьваючы каля яе снегу. У жніво налятаюць яны ад паўднёвых палёў з пахамі спелага збожжа i ссохлага палыну. Буры з грымотамі наводзяць паганскі пярэпалах. Як жа па-райску пасля таго бярэцца зелянець агарод: кучаравіцца моркаўка, выструньваецца буракоўе, агурэчнік у квецені нагадвае сабой аселы з неба дзівосны дыван, акурат побач расцвілага маку, а лісці гарбуза, што ў бульбянішчы, смешна падобныя на чуйныя вушы свіней, затоеных у шкодзе... Тады нават сваркі вераб'ёў са шпакамі за будку на шчытовішчы здаюцца весялосцю.

Пад старою яблыняй з павіслым ад пладоў галіноўем знаходжу я апалыя папяроўкі, празрыстыя ад выспеласці, у якіх, калі глядзець на ix пад сонца, відаць зярняткі. Ем з лакомлівасцю падлетка, што залез у чужы сад. Вачыма ўявы бачу я нябожчыка бацьку i тое, як ён крывіцца на маё гэтае смакаванне: „Яблычкі табе ў галаве, а не работа!".

* * *

... Стаяць аднаму ў крынічнай рэчаньцы ды пад высокім небам канца лета. Яшчэ не адлятаюць журавы i дзікія ryci, a ўжо перацвітае поплаў i пусцее поле. Босыя ногі заносіць пяском быстрая вада, яна жывым срэбрам паблісквае пад стромаю з шяздоўем плісак. На бяскрай пожні выгналі авечак i кароваў без пастуха, a ў пыльных прыгуменнях буяць малатарні. І чуваць гвалт торгу ў мястэчку, за хатамі з садкамі, у якіх залацеюць грушы, усё роўна бы абсыпаныя медзякамі дзеля незвычайнасці якое, ды трохі па-дзіцячаму румяняцца зімовыя яблыкі. На загонах у нізках клапоцяцца гаспадыні, відаць i дзяўчат (іхнюю паненчынасць пазнаюць па нецярплівасці).

Стаяць самому сабе перад усім i ўсімі, у гаснучае лета, але перад сытай восенню. Селяніну гэта зразумець! Калі гэта праўда, што без задаволенасці няма прыгажосьці, дык i я ведаю, чаму падабаліся мне кастрычніцкія імжа i сутонне, апалая лістота i завугольны вецер, дождж на шыбах i рыпат веснічак... Таемнасць поначнага падворышча. Цяплынь пасцелі ў дажджоўе, сон пра свежаванне (запах ад смаленага саламяным агнём кормніка, якога калолі пад Каляду).

* * *

У прыгарадзе добра, утульней у драбноце дзён. Пражывеш сабе ix, адзін за адным, без прэтэнзіяў на якую-колечы значнасць. У прадвесне, калі ўранні хрумсціць пад нагамі талы снег, прымарожаны за ноч, ідзеш у цяпліцу пасеяць першыя агуркі. Карміць будзеш курэй-нясушак. Потым, у позні ўзыход сонца, паснедаеш з жонкаю ды дзяцьмі (яны спяшаюцца ў школу). Сядзеш у сваю з'езджаную легкавушку, што стаіць за акном на панадворчыку, i пунктуальна — дзякуючы ёй — пабудзеш на казённай рабоце, з якой ясі хлеб (табе, вядома, напляваць на яе).

Час ад часу ў ваколіцы згвалтуюць чыюсьці дачку нейкія лайдакі або абкрадуць далейшага суседа прыезджыя зладзеі; бывае, кагосьці заб'юць бандыты (пазалетась — агародніка Рухаймозга). З прыцемкам не трэба выход зіць у завулкі, нікуды. A калі хрысціны спраўляеш ці паклічаш сваякоў на Каляду або іншы баль які надумаеш, дык няхай лепей заначуюць у тваім доме госьці (ёсць жа тых пакояў!).

* * *

...Бы выява таемнага скарбу мігацеў заліўны Доўгі луг у Юр'еў дзень, калі бабуля выводзіла мяне глядзець поле. З жытнёвае руні не было ўжо відаць вароны, сеўшае ў яе, што прарочыла ўраджайнасць i хлеб аж на ўсю зіму. Але нішто так не засела ў маёй памяці з тае вясны, як той мігат, быццам гэта самое сонца купалася ў тым лузе, пырскаючы ва ўсе бакі i пужаючы кнігаўкі. Хацелася стрымгалоў пабегчы туды i, схаваўшыся за вербалозамі, самому ўбачыць тую цудную гулянку (гэтак кавалеры падгледжвалі дзяўчат на сажалках). Я не цяміў, што прыгажэй ёсць заўсёды здалёку (вада тая аказалася са страхотна грузкім дном з плоймаю апалонікаў).

На ўскраі сваёй палоскі мы рассцілалі радзюжку, каб прысесці на сырой зямліцы паесці. На ручнік выкладвала бабуська пару гатаваных яёк, па скібцы хлеба, i ставіла адмысловую, малую, гладышку з кіслым малаком, (акуратненька абвязаную хусцінкаю). Знаходзілася i крышынка солі.

Яна памерла ў тое ж мае маленства, няспешна i ўрачыста. Пасля яе смерці людзі пачалі пакідаць сярпы, перасталі пасціць, а потым кінуліся рабіць усенька машынамі, багацець ды страчваць розум. Я тым часам вырас, паканчаў усякія школы i шумна палепшваў свет з Беларусяй, каб, урэшце рэшт, пастарэць i задумацца над тым, што казала яна, мая непісьменная бабуля... Пахаваў я яе, бы тысячагадовы беларускі лес, і, пакруціўшыся на жыцці, сам цяпер не ведаю, як мне быць. 1 бацькі мае гэтак жа былі разгубіліся. Новы час адказвае неяк няшчыра, у яго што ні дзень то іншая праўда.


Zapiski dla pamięci

* * *

Wiatry wieją u nas od pastwisk z bagienkiem; huczą w kominie i pogwizdują w drutach, drobią deszczem po wysokiej tu ścianie domu, w zimie zaś usypują strome kopy śniegu. W czas żniw nadlatują z południowych pól, z zapachami dojrzałego zboża i schnącego piołunu. Burze z piorunami wywołują pogańskie lęki, po czym zaiste rajsko zieleni się ogród: ukwiecona grządka ogórków przypomina sobą czarodziejski dywan jakowyś, co osiadł z niebios, akurat pobok kwitnącego maku, a łopuszyste liście kawona, wysterczające z naci kartoflanej, śmiesznie przypominają czujne uszy świń, przyczajonych w szkodzie; bujnie kędzierzawi się marchew, pobłyskują listowiem buraki. Wówczas nawet wróble awanturki ze szpakami o ptasi domek na szczycie pod okapem dachu wydają się świadczyć o wszechradości.

W zaciszu pod starą jabłonią z uginającymi się od owoców gałęziami podnoszę z ziemi opadłe papierówki, przeźroczyste z przejrzałości, w których, jeśli patrzeć nań pod słońce, widać ziarenka w środku. Jem je łakomie, niczym urwis, co zakradł się do cudzego sadu. Oczyma wyobraźni widzę nieżyjącego już ojca, i to jak wybrzydza na moje zajadanie się: — Ino jabłuszka ci w głowie, a nie robota!

* * *


Sam jeden stoję w rzeczułce źródlanoczystej i pod wysokim niebem końca lata. Jeszcze nie odlatują żurawie i dzikie gęsi, ale już szarzeją łęgi i pustoszeją pola. Moje bose stopy zanosi piaskiem bystry nurt, pobłyskujący srebrem pod stromizną, w której gnieżdżą się pliszki. Na bezkres ściernisk wypuszczono owce i krowy bez pastucha, a w kurzawie przystodoli buczą młockarnie. I donośnie gwałtują na targowisku w miasteczku, za chatami w sadkach, w których złocą się grusze, niczym osypane miedziakami dla niezwyczajności jakowejś, oraz dziecięco jakoś tak rumienią się zimowe jabłuszka. W ogrodach w dolinkach uwijają się gosposie, widzi się też panny (zdradzają się ze swym panieństwem niecierpliwym zachowaniem)...

Samotnie stać wobec wszystkiego i wszystkich w porze gasnącego lata, przed sycącą jesienią. Oracz to pojmie! Jeśli prawdą jest, że bez zadowolenia nie bywa piękna, więc ja wiem, dlaczego upodobałem szron październikowy i wczesny zmierzch, szeleszczące listowie i wietrzne przeciągi w zaułku, dzwoniące krople deszczu na szybach i skrzypienie wrót... Tajemniczość podwórca śród nocy. Ciepło pościeli w dżdżystą odwieczerz, sen o świmobiciu (zapach osmalonego słomianym ogniem wieprza w zbliżające się Boże Narodzenie).

* * *

... Na przedmieściu dobrze się mieszka, przytulnie. Dnie mijają bez poczucia jakiegoś znaczenia ich. Na przedwiośniu, kiedy raniuteńko chrzęści pod stopami topniejący za dnia śnieg, tuż po nocnym przymrozku, śpieszysz się do swej szklarni w ogródku, by zasiać w niej wczesne ogórki. Następnie karmisz kurze nioski. O późnym wschodzie słońca zasiadasz z żoną i dzieciakami do śniadania (uczniakom pilno do szkoły). Po czym lokujesz się za kierownicą swego zdezelowanego auta, które stawiasz na noc pod oknem od strony wjazdu, i — dzięki niemu — punktualnie odbębnisz dzień na państwowej pracy, zapewniającej ci chleb (w gruncie rzeczy mając ją głęboko gdzieś).

Co pewien czas jakieś łobuzy dopadną dziewczynę w okolicy albo — przyjezdni złodzieje — obrobią dom sąsiada; zdarzają się także zabójstwa (zeszłego roku zadźgano ogrodnika). Z nastaniem zmierzchu nie trzeba wysuwać nosa na ulicę, a gdy wyprawiasz chrzciny lub spraszasz krewniaków na bożonarodzeniowe balowanie albo na inną okazję, goście niechaj zanocują w twym domu (masz przecież tych pokoi!).

... Niczym jarzenie się tajemniczego skarbu migotał w oddali Długi Wyhon, na świętego Jura, kiedy babcia szła ze mną zobaczyć runiejące pola. Znak to dobry, gdy z zieleniejącej gładzizny wkoło wysterczają ledwie główki siadających wron: będzie urodzaj i chleb. Lecz nic tak nie utkwiło w mej pamięci z tamtej wiosny, jak owo migotanie rozlewiska, jak gdyby samo słońce nurzało się między oczeretami, bryzgając niepohamowanie na wszystkie strony i przepłaszając zlatujące się z ciepłych krajów ptaki. Zapragnąłem pobiec bez opamiętania w tę grzęzawę, przyczaic się za kopiastą łoziną, by napatrzeć się z bliska na owe igraszki (starsi ode mnie kawalerowie tak podglądali dziewczyniska na sadzawkach dworskich).

Prawdopodobnie zawsze jest tak, że co piękne z daleka, nie musi być nim z bliska. Ta, przyciągająca mnie, toń wodna okazała się rozległym bajorem z kijankami...

Na skraju ojcowskiego poletka rozścielałem z babcią płachtę, by przysiąść i coś zjeść. Wyłożyliśmy na bielutki ręcznik parę gotowanych na twardo jaj, kilka kromek z bochna domowego wypieku, i ostrożnie ustawiliśmy śliczny mały dzbanek z zsiadłym mlekiem (starannie obwiązany płócienkiem). Znalazła się także szczypta soli.

Pomarła babcia w tamte pamiętane moje dzieciństwo, niespiesznie i jakoś uroczyście bardzo. Wkrótce po jej odejściu z tego świata ludziska zaczęli porzucać sierpy, przerzucili się na kosy, a niebawem na różne maszyny, i uwzięli się bogacić, i tracić rozum. Ja tymczasem wydoroślałem, pokończyłem szkoły i hałaśliwie naprawiałem cały świat, łącznie z Białorusią, aby w końcu zestarzeć się i pomyśleć wreszcie o tym, co mówiła mi moja niepiśmienna babuleńka...

Pogrzebałem ją ongiś, niczym tysiącletni los plemienia, i pokręciwszy się w życiu, sam już dzisiaj nie wiem, jak mam dalej postępować. Idą nowe czasy, ale jakieś takie nieszczere, codzień inna prawda obowiązuje. I rodzice moi tak samo kiedyś byli tracili orientację.

Przeł. Jerzy Plutowicz


Загрузка...