Lekcja anatomii

– Nikt się nie spodziewał takiego obrotu sprawy – opowiadał dziadek Piotr, który był dobrotliwy i łagodny jak gołąbek. Najgorszemu wrogowi by pomógł, wodą i chlebem w biedzie się podzielił, uratowałby od cierpienia, bo taką miał naturę. – Człowiek jest najważniejszy – zawsze mówił, wznosił oczy ku niebu i przepraszał Boga, że takie myśli pojawiają się w jego głowie. – Wiem, Panie, że Ty jesteś najważniejszy i władasz światem – tłumaczył się później – ale tam wysoko, gdzie nie sięga nawet moja myśl, na szczytach świata, lecz tutaj, na ziemi, najważniejszy jest człowiek, Panie. Wybacz mi straszny grzech pychy, lecz inaczej nie mogę mówić, bo inaczej nie myślę. I nie będę Cię okłamywać – chylił głowę i trwał w zasłuchaniu, czy piorun w niego nie trzaśnie albo dach nie runie mu na głowę za takie bezeceństwa. Ale nic złego go nie spotkało. Miłosierny Bóg wybaczał dziadkowi grzech pychy… dopóty, dopóki… Właśnie, dopóki…

Dopóki Ukraińcy od rana nie zaczęli się zbierać w grupkach i naradzać.

Widziało ich pół wsi. I dziadek też widział. Bo wtedy właśnie w tej wsi był, odwiedził w niedzielę starego przyjaciela, Justyna Wróbla, pszczelarza i ludowego artystę, którego znał od dawna, podobnie jak wielu innych gospodarzy w okolicy. Wracał z kościoła i gdy uniósł wzrok, zobaczył przed sobą sąsiada Wróbla, Ukraińca, Pawła Hawryłę. Ukłonił mu się jak zwykle i już chciał iść dalej, gdy uzmysłowił sobie, że Hawryło mu się nie odkłonił, miał ponurą minę i ciężkim wzrokiem na niego patrzył. A przecież byli dobrymi znajomymi. Lubili się od lat, można powiedzieć nawet, że na swój sposób się przyjaźnili, pomagali sobie wzajemnie, po sąsiedzku, na polowania razem chodzili, w młodości panny uwodzili, znali się jak łyse konie, a tu Hawryło naburmuszony, nawet czapki nie zdejmie, tylko patrzy spode łba, zatrzymał się więc dziadek i spytał: – Co ci, Hawryło? Źle się czujesz? – A tamten odwrócił się bokiem i nawet nie odburknął. Dziadek, pełen życzliwości i uszanowania dla każdego sąsiada, podszedł do niego bliżej i znowu spytał: – Stało się coś, Paweł? Pomóc ci w czymś? Widzę, że minę nasz nietęgą. – Inny by się obraził i poszedł sobie. A dziadek nie. Dopytywał, przyglądał się Hawryle i dopiero, gdy tamten warknął, by się odczepił od niego i wydusił:

– Wynoś się stąd. Idź swoją drogą – dziadek zrozumiał, że to sprawa poważna.

Ale i tak się nie obraził na Hawryłę. Uznał, że ktoś mu w rodzinie ciężko zachorował albo umarł. W takich sytuacjach człowiek się różnie zachowuje. Nie miał więc pretensji do Hawryły, tylko mu współczuł. Gdy odchodził, powiedział do niego:

– Jestem z tobą, Paweł. Gdybyś czegoś potrzebował, przyjdź.

Ale Hawryło już nigdy do niego nie przyszedł. Ani żaden inny ukraiński sąsiad z tamtej wsi. Wszyscy się nagle odwrócili i zamknęli w swoim kręgu.

Gdy wieczorem dziadek wrócił do domu, a później przyszedł nas odwiedzić, bardzo zmartwiony, że Hawryło cierpi, zaczął się zwierzać, jak mocno przeżywa ludzki ból i jak martwi się z powodu Hawryły. Lecz ciocia Elza, która także do nas wpadła na pogawędkę, potwierdziła wiadomość, że nie tylko Hawryło, ale połowa Ukraińców tak się dziwnie zachowuje. I opowiedziała, że była w jeszcze innej wsi, w Kociej Górce, i spotkało ją to samo, co dziadka.

– Nigdy do wojny z czymś takim się nie zetknęłam – mówiła ze smutkiem, potwierdzając słowa dziadka. – Nigdy Ukraińcy nie zbierali się tak w kupki, jak teraz, i nie radzili nad czymś. A dzisiaj radzą – mówiła.

Matka też często chodziła do tamtej wsi. I ojciec chodził. Wszyscyśmy chodzili, bo niedaleko było. Ciekawie wśród znajomych spędzało się czas. Chłopcy grali na harmonii. Dziewczęta śpiewały. Dzieci piłkę kopały. W dwa ognie grały. W stawie kąpały się. Dlatego i ja nieraz wpadałem do kolegów, by popływać i piłkę z nimi pokopać.

– Stoją pod domami z widłami i łopatami, i naradzają się, bez przerwy naradzają się – mówiła ciotka Elza. – Ale po co im w niedzielę widły i łopaty? – zastanawiała się i pytała dziadka Piotra. – Jak myślisz, Piotr, po im te widły i łopaty?

Dziadek się zamyślał i odpowiadał:

– Jak świat światem nigdy czegoś takiego nie było.

Przyszedł jeszcze dziadek Ignacy, któremu się to całe zachowanie Ukraińców nie spodobało i uznał, że znaczy ono coś bardzo groźnego, o wiele bardziej groźnego niż nam się wydaje. I że jest to coś, czego jeszcze nie znamy, a co dopiero nadchodzi, zapowiada się złowieszczo i groźnie. Tak właśnie powiedział, złowieszczo i groźnie. Przypomniał przy okazji, jak po pierwszej wojnie światowej, gdy trwały walki o Lwów, zachowywali się Ukraińcy. Mordowali Polaków. Nie strzelali do nich i nie zabijali, tylko brali do mordowni, tak powiedział, do mordowni, i torturowali przez kilka dni, znęcali się nad nimi, tłukli kolbami, kopali, zęby wybijali, szczęki łamali, skórę zdzierali, a w końcu naftą oblewali i podpalali.

– Podłe plemię. Kłębowisko żmij – syczał.

Ale dziadek Piotr go uspokajał.

– To była wojna, Ignac… – usprawiedliwiał.

– Wojna nie wojna, dla nich wszystko jedno – dziadek Ignacy był nieprzejednany.

Musiał coś więcej wiedzieć niż dziadek Piotr. Albo bardziej przeczuwał. W każdym razie powiedział, że nie podoba mu się to wszystko. To wystawanie Ukraińców przed domami, te nieustanne narady, spiski, spoglądanie z niechęcią na polskie chaty i pomrukiwania.

– Wszystko przez Hitlera – odezwał się znowu dobrotliwy dziadek Piotr. – Gdyby nie napadł na Polskę, nie byłoby tego.

– Nie wiem, Piotr, nie wiem – odparł dziadek Ignacy. I powiedział, że czuje nadciągające nieszczęście.

– Jakie nieszczęście, tato? – przestraszyła się matka.

Ale dziadek nie zdradził jakie, powiedział tylko, że idzie w naszą stronę nieszczęście. I że coś złego na świecie się dzieje. Miał kiepskie sny. Męczyły go zmory, zwidy, napadały mary. Wydrapywały mu oczy i krzyczały, strasznie krzyczały. – A to nic dobrego nie wróży. I coś zapowiada – wieszczył. Reszta rodziny nie chciała w to wierzyć, ciocia i mama wmawiały dziadkowi, że wracają jego dawne przeżycia, widzenia z bitwy o Lwów, kiedy walczył wśród licealistów oraz studentów i został ciężko ranny w głowę. To tamte bóle się odzywają, mówili. Ale dziadek nie dał się przekonać. I wypalił:

– Zobaczycie, przyjdzie nieszczęście.

I przyszło. Tylko nie od razu.

Minęło kilka dni i nadciągnęły sowieckie tanki, a razem z nimi gromady żołnierzy, młodziutkich chłopców, brudnych, niechlujnych, ze świecącymi oczami, którzy pędzili na złamanie karku na południowy zachód, w stronę Halicza i Stanisławowa.

– A nie mówiłem? – znowu zjawił się dziadek Ignacy i od progu rzucił: – Sowieci nas zaatakowali. I już po Polsce. Z jednej strony Hitler, z drugiej Stalin. I po nas. Znowu niewola. Znowu kajdany. I znowu Sybir. Bo na pewno nas nie zostawią w spokoju.

– Może Ukraińcy wcześniej wiedzieli, że przyjdą, i dlatego tacy hardzi się stali – rzuciła ciotka Elza, która znowu do nas dołączyła.

– A skąd mogliby wiedzieć? – powątpiewał dziadek Piotr.

– To dlaczego się tak zachowywali? – spytała ciotka Elza. – Z widłami i łopatami stali. Jakby chcieli nam przez to coś powiedzieć, coś ważnego przekazać, a my nie zrozumieliśmy – mówiła z zastanowieniem. – Bo inaczej, po co by to robili?

Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. To było 19 września 1939 roku, dwa dni po napadzie Sowietów. A dzień później gruchnęła wiadomość, że sąsiednia wieś, Leśna Skała, została zaatakowana. Polacy wybici do nogi. Przyniosła do nas tę informację wiedźma Honorata. Była posępna, groźna i źle patrzyło jej z oczu. Omiotła wzrokiem zapiecek, gdzie siedziałem jak strusia, ukryty między poduszkami, i wykrztusiła:

– To woła o pomstę do nieba.

– Co? – spytała matka.

– Nie pytaj – fuknęła. I zaczęła opowiadać. – Mordy zaczęły się w nocy…

– Jakie mordy? – przerwała matka.

– Słuchaj! – odburknęła i osadziła matkę mrocznym spojrzeniem. – Słuchajcie! – zwróciła się do wszystkich i ciągnęła: – Zaatakowali, gdy już wszyscy spali… a właściwie nie ludzi zaatakowali, tylko trupy…

– Jakie trupy? Co ty wygadujesz? – zirytował się wujek Marian. Nie lubił za bardzo wiedźmy Honoraty. Ciągle włóczyła się nie wiadomo gdzie. Opowiadano, że dawno temu jakieś tajne nauki pobierała, magią się zajmowała, a nawet studiowała na uniwersytetach, tylko potem nieszczęśliwie się zakochała i rozum straciła. Ale nie całkiem i nie do końca, tylko po części, jednak wujek się na nią boczył. Może miał pretensje, że nie zwierza się mu z sekretnych podróży, o których nikt we wsi nic dokładnie nie wiedział. Po prostu znikała i tyle. A potem nagle się pojawiała, poobijana, znużona i chuda jak szczapa. Długo musiała dochodzić do siebie, by jako tako wyglądać.

– Mówże! – ponaglił ją wujek Marian.

– Spokojnie, krewniaku, do wszystkiego dojdziemy – odparła z kwaśnym uśmiechem, by go zbić z tropu. – Ale najpierw musicie wiedzieć, że na czele tej szajki morderców stał pop, Iwan Kołbasa…

– Pop? – nie mogła uwierzyć matka.

– Tak, Mario, pop… – obrzuciła matkę niecierpliwym spojrzeniem, jakby się jej spieszyło. – Widzicie, co się porobiło – znowu była posępna. – Barczysty i silny mężczyzna – kontynuowała – który wydawał rozkazy. Towarzyszyli mu dwaj synowie, Mykoła i Kliment, też osiłki, z siekierami i nożami w zębach.

Matka zadrżała. I skuliła się.

– To dopiero początek – ostrzegła wiedźma. – Ale zanim zaczęli mordować, otoczyli ciasno wieś nocą, że mysz by się nie wyślizgnęła. Przynieśli ze sobą żagwie, aby było jasno jak w dzień, i napadli na kościół.

– W nocy? – pisnęła matka. – Na pusty kościół? – wydało się to jej nieprawdopodobne.

– Tak, Mario, w nocy, na pusty kościół – potwierdziła wiedźma, nie miotając już ognistym spojrzeniem po ludziach. – W nocy – potwierdziła. – Dlaczego w nocy, nie wiem, ale w nocy. Siekierami rozwalili drzwi i włamali się do środka. Sami młodzi, poza popem. Chłopcy i dziewczyny. Po siedemnaście, dwadzieścia lat. I zaczęli rabować. Sutanny, ornaty, komże, kapy, stuły, chorągwie, figurki anielskie – podawała nazwy, których nie znałem. – Rozwalili też tabernakulum i wyjęli kielichy, komunikanty i… monstrancję… – nagle umilkła.

– Chryste, Panie – jęknęła matka. – Świętokradztwo!

Wiedźma skinęła głową.

– Więcej niż świętokradztwo, Mario – burknęła. – To hańba, kochani, wielka hańba, sromota i zmaza. Hołota wdziera się do kościoła, plądruje i gromadzi zrabowane rzeczy w jednym miejscu – westchnęła, zrobiła groźną minę i po chwili ciągnęła: – …gromadzi w jednym miejscu, zwala wszystko na kupę, a gdy już zrabowała, rzucają się na nie młodzi, jak zgłodniałe wilki, i zaczynają rozszarpywać, z pazurami skaczą sobie do oczu, by wyrwać jak najwięcej. I żrą się między sobą, kto jest najważniejszy. Aż wkroczył pop i uspokoił motłoch.

– I pop pozwolił, by polski kościół…? – matka była przerażona.

– Tak, Maniu – jakoś miękko, łagodnie odparła wiedźma. – Ale co się dalej działo?! Co się działo, Maniu!? To nie tylko o pomstę do nieba woła. To żąda zemsty, krwi! – zacisnęła pięści.

– Co? – jeszcze bardziej przeraziła się matka.

– Dziewczyny skoczyły po nożyce, igły i nici – ciągnęła – kapy i ornaty pocięły na kawałki i w pośpiechu szyły dla siebie bluzki, sukienki, chusty i spódnice. Pop z synami poszli na plebanię, by ukryć co cenniejsze zdobycze. Chłopcy błyskawicznie zorganizowali akordeon i cymbały, chwycili za instrumenty i zaczęli się bawić, trwały już tańce, śpiewy i dzikie harce. Strumieniami lała się wódka. I to w kościele! Rozumiecie?! W kościele! W domu bożym. Krzyczeli, porykiwali na siebie i wznosili hasła: „Sława Ukrainie!”, „Smert Lacham!”.

Matka tak się skurczyła i zmalała, jakby chciała się zapaść pod ziemię.

Obaj dziadkowie pozamykali oczy. A ciotka Elza szczypała zębami palce aż do krwi. Jakby je chciała odgryźć.

Wiedźma zaś kontynuowała:

– I te bydlęta, jak się już nachlały, w strojach uszytych z kap i innych szat liturgicznych, poczęły się gzić ze sobą. Chłopcy rzucali się na dziewczyny, dziewczyny na chłopaków, padali w nawie głównej między ławkami i pakowali się jedni na drugich, sapali, kwiczeli jak świnie, wydzierali się, jakby im kto skórę zrywał z pleców. Kotłowali się i kłębili, jakby sądny dzień nastał, tak bardzo chcieli skorzystać z uciech żądzy. Przed tabernakulum?! Wiecznym ogniem?!

– Nie! – krzyknęła matka.

Ale wiedźma chyba jej nie usłyszała, bo warknęła tylko:

– Koty się nawet na wiosnę tak nie parzą! A oni w kościele! W świętym miejscu!

I burknęła:

– Sodoma i gomora!

Nikt się nie odezwał, wszystkich zamurowało. Opowiadała takie nieprawdopodobne rzeczy, że dziadkom oczy wyłaziły na wierzch, choć swoje lata mieli, a kobiety nie wiedziały, co z rękoma zrobić, tak były zmieszane.

Wiedźma mówiła dalej:

– Gdy wrócił pop z synami, towarzystwo było nieprzytomne, otumanione i wściekłe z powodu przerwanej roboty. Nerwowo naciągało na siebie łachy i wyglądało strasznie. Jakieś monstra, potwory z piekła rodem. Spocone, zasapane, z wywalonymi jęzorami. Ale widać było, że czegoś im ciągle brakowało, bo gdy pop się na chwilę oddalił, któryś znalazł w zakrystii jeszcze jedną szafę z komżami i co poniektórzy narzucili je na siebie, inni zaś wpadli na pomysł, by konie ze stajni ściągnąć i wkrótce pod kościołem stado wierzchowców się zebrało i przebierańcy ruszyli w szatach liturgicznych na spoconych karkach przez wieś.

– I to wszystko działo się w nocy? – wychynęła matka ze swoich zgryzot.

– Tak, Maniu, w nocy – przytaknęła wiedźma. – Z chat ukraińskich wypełzły jak mary duchy ciemności, nowe tabuny dziewczyn i chłopaków. Wśród krzyków i dzikiego wycia, huraganowymi brawami witali szalejącą bandę. Wariowali tak i miotali się do rana. A o świcie siekiery, noże i widły połyskiwały w blasku słońca. Polskie domy zatrzasnęły drzwi i nikt przez trzy dni nosa nie wychylał za próg. Zapanował ciężki smutek i wielki, ciemny strach. Nikt już nie wiedział, co się gdzie dzieje. Nawet starzy Rusini, wiekowi staruszkowie, chwytali się za głowy i mamrotali:

– Co oni wyrabiają?! To nie mogą być nasze wnuki! – przecierali ze zdumienia oczy.

– Oszaleli! – dławiły się babki ze wstydu.

A wiedźma ciągnęła:

– Tylko krzyki, Maniu – wciąż zwracała się do matki – wrzaski, wycia i ryk pijanej swołoczy było słychać. Plądrowali już, łupili i szabrowali starą, wiekową kaplicę, pamiętającą jeszcze czasy dawnych rycerzy i sławnych władców. Pościągali z ołtarza święte figury i poroztrzaskiwali je o ściany. Kiedy zabrakło już naczyń i świętych figur, dobrali się z młotami i siekierami do grobowca z trumnami wmurowanymi w grube ściany i poczęli wydobywać te trumny i profanować szczątki niedawno pochowanych i zasłużonych dla parafii umarłych. Wyobrażacie to sobie?! Wyciągali za nogi trupa po trupie, podnosili do góry, ściągali z nich ubrania, a trupy chwiały się, kołysały, leciały im przez ręce, rzucali nimi jak grudami ziemi, deptali i łamali kości.

– Boże, nie pozwól… – jęknęła matka.

A wiedźma opowiadała:

– Musiał w nich wstąpić diabeł, Mario – zerknęła na matkę – zły duch i zasiało się czarcie nasienie, bo z ziejącymi nienawiścią twarzami parli na nowe trumny i trupy, jakby chcieli je siekierami porąbać. Ale odrzucili po chwili noże, widły, młoty i siekiery, i zabrali się do ściągania z kolejnych nieboszczyków ubrań, spodni, marynarek, koszul i butów. A gdy splądrowali wszystko, a nie dla wszystkich starczyło łupów, runęli do bezczeszczenia grobów na pobliskim cmentarzu, wydobywając na powierzchnię ciała zmarłych i ściągając z nich garnitury, koszule, krawaty, lśniące jeszcze pantofle i pierścionki na palcach oraz złote i srebrne zęby.

– Panie… – dławiła się bólem matka.

– A gdy wpadli na osobną kwaterę – kontynuowała wiedźma – z grobami ofiar wojny, poległych żołnierzy i oficerów, naszych bohaterów narodowych, pootwierali mogiły, pościągali z trupów mundury, bluzy i spodnie, czapki, medale i krzyżyki na łańcuszkach. A trupy pozostawili ciśnięte w nieładzie jedne na drugich, jakby się tędy huragan przewalił. Po kilku godzinach, gdy już nadszedł wieczór i nasycili się zdobyczami, znużeni trzydniowym szaleństwem, porozchodzili się po domach, zostawiając splądrowany kościół, kaplicę i zbezczeszczone groby pomarłych Polaków oraz zabitych na wojnie żołnierzy w chaosie i totalnym bezładzie. Jakby dzikie stado knurów i macior przewaliło się przez wieś – nabrała powietrza i coraz wolniej mówiła: – Przez tydzień panował trwożny spokój. Zdawało się, że nawałnica już przeszła. Burza minęła, pioruny przestały walić. Ale wciąż czuło się odór trupów i mdły zapach odkopanych grobów. Nikt z Polaków nie pokazywał się na ulicy. Siedzieli po domach przelękli, z wystraszonymi twarzami, zerkali przez okna i nasłuchiwali, czy groźne wycie ponownie nie zabrzmi. A kiedy się już zdawało, że burza minęła, choć nie bez szkód, okazało się, że był to dopiero początek nieszczęść.

– Dopiero początek? – matka miała spierzchnięte usta. – Co ty wygadujesz?! – wybałuszyła na wiedźmę przerażone oczy.

Dziadek Ignacy burknął:

– Nieszczęście goni nieszczęście.

Nikt tym razem nie pytał, co dziadek ma na myśli.

– Masz rację, Ignac – potwierdziła wiedźma. – Nieszczęście goni nieszczęście. Gdy już wydawało się, że zapanował spokój, runęli na Polaków. Tym razem na żywych. Znowu chwycili noże, widły, siekiery, sierpy, kosy, piły i ruszyli mordować. Rżnęli w dzień i w nocy. Wycięli kilka wsi. Krew lała się strumieniami. Na ulicach i w domach leżały trupy. Gałęzie obwieszone mężczyznami. Niemowlęta wbite na pale. Staruszki z obciętymi głowami. Pełno rannych, niedobitych, oślepionych i odartych ze skóry. To bestie, Ignac, szatańskie nasienie. Aż strach pomyśleć, co oni robią. Powiem wam, jak to było z rodziną Janki Kulak, mojej bratanicy, aptekarki z powiatu, która przyjechała tutaj na urlop, matki trojga dzieci, pięknego Jasia, który miał cztery lata, trzyletniej złotowłosej Jadzi i szczebioczącej jak ptaszek, ślicznej jak aniołek Bogusi, ledwie dwulatki. Kiedy zaczęli rżnąć Polaków, jej gospodarz i daleki nasz krewny, porządny Ukrainiec, Iwan Hryćko, przebrał ją w ukraiński strój, wyszywane spódnice i bluzki, tak samo uczynił z dziećmi, poubierał je w odzienie swoich wnuków i ukrył w dużym sadzie, w altanie gęsto obrośniętej drzewami i krzakami, by niełatwo było ich znaleźć. A że dzień był ciepły, nie musiał się martwić, że zmarzną. Na wszelki wypadek dał im jednak koce, gdyby rzeź się przedłużała. Ale ktoś musiał donieść, że chowa u siebie polską rodzinę, bo bandyci wpadli z widłami, nożami i siekierami, runęli na Iwana, wściekle dopytując się o Polkę z dziećmi. A więc wiedzieli, że u niego się ukrywa. On jednak jej nie wydał. Wtedy rzucili się do przeszukiwania domu, obory i stodoły, a kiedy nikogo nie znaleźli, miotali się w gniewie, aż jednego z nich coś tknęło, podszedł do dowódcy i na ucho mu szepnął, że trzeba przeczesać jeszcze ogród i sad. No i rozbiegli się. Ganiali z widłami i siekierami po sadzie, kłuli ziemię, ponieważ myśleli, że w kopcu jakimś się ukryli, w kryjówce podziemnej, przetrząsali stare klatki na króliki, ule bez pszczół, jakąś graciarnię i wreszcie natrafili na altanę, ale i tam nikogo nie znaleźli. Gotowało się w nich. Któryś zauważył kupę chrustu, gałęzie z poprzedniego roku, wszedł na nią i zaczął dźgać widłami, a pozostali walili siekierami. Ten, co dźgał widłami, usłyszał jakby jęk, nastawił uszu, ale jęk ustał, więc znowu zaczął kłuć miejsce po miejscu i wtedy rozległ się rozdzierający płacz dziecka. Trafił na najmłodsze. Przebił Bogusi nogę. Szybko się uwinęli, odrzucili gałęzie i odsłonili Jankę i jej trójkę dzieci. Janka była pokłuta i poraniona, ale zaciskała zęby i nie krzyczała. A dzieci miała ukryte pod sobą. W takim wgłębieniu. Lecz gdy najmłodsza wysunęła nóżkę, wtedy właśnie widły trafiły na nią – wiedźma westchnęła i wychrypiała:

– No i zaczęło się. Akt drugi, a może i trzeci, tego nieszczęścia. Ukraińca, który ukrywał Jankę z dziećmi, ubili na miejscu. Z wściekłości porąbali go na kawałki. Krew tryskała jak z fontanny. I nie było już Hryćki. A jego rodzinę, żonę i syna, powiesili w stajni. Gdy z nimi skończyli, zabrali się do mojej kochanej Janki. Chcieli się zabawić i pokazać całej wsi, jakie z nich chojraki. Pragnęli, by tłuszcza biła im brawo i piała z zachwytu. Bo dla nich były ważne igrce, ceremoniał dziki… – tak mówiła, a ja pojęcia nie miałem, co znaczą igrce i ceremoniał dziki, i inne dziwne słowa, ale skoro mówiła to wiedźma, która na uniwersytetach nauki pobierała, różne zaklęcia znała i przyszłość człowieka przepowiadała, to znaczy, że była mądra i każde jej słowo coś znaczyło, więc słuchałem z rozognionym czołem, a ona ochrypłym głosem mówiła dalej: – …krzyki i śpiewy niosły się przez całą wieś, słychać było oklaski, dudnienie i hałas, bicie w bębny i wycie, jakby do piekła się dobijali. Czegoś takiego nikt tutaj nigdy nie widział. W końcu zaprzęgli konie do wozu, Jankę przywiązali sznurami do fury, do jej nogi przyczepili Jasia, do nogi Jasia Jadzię, a do nogi Jadzi – Bogusię, świsnęli batem i ruszyli z kopyta, a pijane tałatajstwo ustawiło się po obu stronach drogi i wyło z zachwytu, jakby w jakimś kuligu uczestniczyło i wyścig koński podziwiało. Bili w bębny, gwizdali i ryczeli z uciechy, gonili za wozem, jakby czary jakieś chcieli jeszcze odprawić. A ciało Janki, Panie zlituj się nad jej duszą, latało z prawa na lewo, podskakiwało i opadało, tłukło się o polną drogę, o ostre kamienie, wystające korzenie, twarde grudy i krwawiło. Strasznie krwawiło. A ona ledwie zipała, wydając pełne bólu jęki. Dzieci fruwały za nią jak ptaki, zanosiły się płaczem i nurzały w gęstym kurzu, aż furmanka zatrzymała się za mostem, nad rzeką. Jasia wciąż jeszcze żyła i dzieci były niedobite, choć poranione i półprzytomne. I wtedy zaczął się, Ignac – spojrzała na dziadka – wtedy zaczął się – powtórzyła – akt czwarty tego nieszczęścia.

Matka łkała i przestraszona chwyciła dziadka Piotra za ramię, wcisnęła twarz w jego pachę, jakby nie była w stanie nie tylko słuchać, ale i oglądać mówiącej wiedźmy.

Ta jednak, nie zważając na zachowanie matki, z okrutną determinacją ciągnęła:

– Do dzieci skoczyło kilku zbirów, porozcinali sznurki i zaczęli te małe jęczące aniołki przybijać gwoździami do stojącego w pobliżu drzewa, w ręce i nogi wbijali hufnale, którymi się podkuwa konie, i półmartwe ciałka okręcali sznurami, jakby dawno zaplanowali tę robotę, aż powstał pogański wianek z dzieci, straszny wianek śmierci, który oplatał młody grab i wyglądał jak koszmarny obraz z piekła rodem. Na dodatek kazali na to młodej matce patrzeć. Ona nie miała już siły do życia, ledwie dychała, mrużyła oczy i nie rozumiała, co się wokół niej dzieje. Leżała uniesiona na pagórku i cichutko pojękiwała, już bez pamięci. A jej pisklęta konały na drzewie spętane sznurami. Jednak i tego im było mało. Rozebrali Jankę do naga i wrzucili do rzeki, ale pilnowali, by się nie utopiła, tylko by woda obmyła z brudu, kurzu i krwi jej ciało, a kiedy była już opłukana, wyciągnęli ją na brzeg i najstarszy z nich, najważniejszy w tej grupie, Arkadij Koromysło, zapamiętam to nazwisko do końca życia, powiedział, że teraz zabawią się w doktora, na co hałastra z wozu ryknęła z zadowolenia, bo pewnie wiedziała, co to znaczy, wyjęła noże i rzuciła się do leżącej na brzegu Janki.

Najstarszy przywołał spośród nich osiemnastoletniego może chłopaka i powiedział:

– Ty Karp, student, na doktora się wybierasz, tak?! – szczeknął szorstko, patrząc w oczy chłopakowi, jakby sprawdzał, czy zawaha się choćby na sekundę, ale Karp trzasnął obcasami, skinął głową i wyrecytował: – Ma się rozumieć, kapitan Arkadij, uczę się na doktora. Chwała Ukrainie! – wyprężył się jak struna i wpatrywał się w dowódcę.

– Skoro tak – oznajmił Koromysło – to pokaż nam, co będziesz leczył w środku człowieka – skrzywił się paskudnie i kiwnął na studenta palcem. – Co tam między żebrami i niżej człowiek ma? – spytał. – Jest trochę tutaj naszych ukraińskich sokołów, niech się też nauczą czegoś nowego i pożytecznego – rozejrzał się po młodych twarzach. – Prawda, sokoły? – rzucił w ich stronę. – Chcecie się nauczyć, chłopcy?

– Chcemy! – ryknęli. I już gotowi byli spełnić każdy jego rozkaz.

– No, to do roboty, Karp – skinął głową Koromysło. – Bierz nóż i do dzieła! – huknął.

Chłopak wyjął zza pasa długi ostry nóż i ruszył w stronę nagiej, leżącej z podkurczonymi nogami, jęczącej Janki… – wiedźma zagryzła wargę i objęła pełnym bólu spojrzeniem dziadka Ignacego. – I to było, Ignac, piąte nieszczęście… – pokręciła głową i opowiadała: – Za nim rzucili się pozostali i gdy pochylił się z nożem nad Janką, otoczyli go ze wszystkich stron i czekali na rozkaz dowódcy. Koromysło zbliżył się ostatni, szedł wolno, jakby z namysłem, a gdy stanął nad ciałem, wskazał palcem czterech najsilniejszych i powiedział: – Chwyćcie ją za ręce i nogi i trzymajcie, by się nie ruszała. A reszta oglądać! Do dzieła, Karp! – zachęcił studenta. – Pokaż, na co cię stać. Ukraina potrzebuje dzielnych i mądrych synów – kwaśno się uśmiechnął. – Musisz udowodnić nam wszystkim, że będziesz dobrym lekarzem – ironicznie się zaśmiał. Karp odkaszlnął, szczęki mu się poruszyły, spojrzał na Jankę, która już dostała pomieszania zmysłów, cierpienie i ból odebrały jej rozum, miała zamknięte oczy i tylko cichutko chlipała i pojękiwała.

– Tnij! – burknął Koromysło.

Chłopak wbił nóż w brzuch i począł żywe ciało kroić.

Matka zatkała uszy i jeszcze mocniej wtuliła głowę w pachę dziadka. Dziadek Ignacy zgrzytnął zębami. Dziadek Piotr niemo poruszał wargami. Modlił się. A ciotka Elza miała zamknięte oczy i kiwała się do przodu i do tyłu. Jej twarz zmieniła się nie do poznania, pożółkła i zsiniała, wystąpiły na niej ciemne i rude plamy, a nos się wydłużył.

– Janka targnęła się – opowiadała wiedźma – zawyła z bólu, szarpnęła się raz i drugi, lecz czterech byczków silnymi ramionami mocno ją trzymało przy ziemi i mimo że wyrywała się, przygniatali ją buciorami i naciskali na ramiona. A ona wiła się i skomliła.

Nie podobała się ta szarpanina i płacz Janki hersztowi. Rozejrzał się po swoich i zobaczył drobną, szczupłą dziewczynkę, z jasnymi oczami i z warkoczami na plecach, dziecko prawie, kiwnął na nią palcem i spytał, czy chce zostać bohaterką.

– Chcę! – pisnęła, nagle pobladła.

– To podejdź tu – rozkazał.

Gdy się zbliżyła, pokazał palcem Jankę i pogardliwie rzucił:

– Przeszkadza mi jej jęczenie. Musimy uciszyć tę polską jaśnie panią.

Dziewczynka stała zdezorientowana.

– Która ma igłę i nici? – spytał młode kobiety zbite w gromadkę.

Rozległy się szmery, szepty, ciche rozmowy.

– No, szybciej tam – ponaglił. – Szyłyście sobie suknie w kościele – przypomniał.

– Mam! – krzyknęła jedna i uniosła do góry rękę z motkiem nici i dużą igłą.

– Daj to naszej Oksanie – wskazał wystraszoną młódkę.

Tamta chwiejnie podeszła do niej i wręczyła igłę i nici. Dziewczynka z lękiem patrzyła na dowódcę.

– Zaszyj jej gębę, by nie jęczała – rozkazał herszt. Zrobiła się cisza jak makiem zasiał.

Oksana podeszła do Janki, pochyliła się nad nią i chciała jej dotknąć, ale Janka odwróciła gwałtownie głowę.

– Chłopcy – warknął herszt – uspokójcie ją.

Dwóch drągali chwyciło Jankę za włosy i butami przygnietli je do ziemi. Dwu innych trzymało ją za głowę. Oksana zacisnęła zęby, wbiła igłę w wargę, przeciągnęła nitkę i zaszywała usta. Nikt nawet nie pisnął. Pot spływał jej po twarzy, ale ona uparcie szyła. Kiedy skończyła i Janka już nie mogła otworzyć ust, Oksana była mokra jak mysz i czerwona po uszy.

– Oto nasza bohaterka! – dumnie oznajmił herszt.

I wtedy rozległy się brawa, wołania i okrzyki. Patrzyli z podziwem, jak wódz gładzi jej policzki i woła: – Jak widzicie, wielki duch może być nawet w tak drobnym ciele! Ukraina nie zginie, mając takie silne charaktery – chwalił ją. A Oksana dyskretnie wycierała sobie pot z twarzy.

– Chaj żywe Ukraina! – zawył tłum.

– Chaj żywe! Chaj żywe! – powtórzyli.

– No, a teraz ty, Karp – zwrócił się herszt do studenta. – Dokończ dzieła – z ironicznym spojrzeniem wskazał nagie ciało Janki.

Karp już się nie wahał ani sekundy. Pruł brzuch, kroił z góry do dołu aż pokazało się wnętrze… – wiedźma ciężko westchnęła i częściej przerywając swoją opowieść, ciągnęła – …Janka krzyknęła… i tak wiła się z bólu… tak strasznie kopała nogami… że doskoczyło do niej jeszcze kilku innych… przygnietli ją kolanami… i już się nie ruszała… A student kończył krojenie. Kiedy rozpruł już brzuch… herszt mlasnął jęzorem i pochwalił go.

– Harny sokił! – rzucił w stronę chłopaka. – Kroi jak chirurg – cmoknął z zadowolenia.

A stado zwyrodnialców pochyliło się nad ciałem i patrzyło chciwie, jak ich kolega rozchyla płaty brzucha i pokazuje poszczególne części ludzkiego organizmu. Janka straciła przytomność i leżała bez ruchu.

– Te skłębione kiszki na dole – wskazywał student – to jelito cienkie. – A wiszący nad nim motłoch gapił się w brzuch Janki z otwartymi gębami, zerkał też na jej piękne, kształtne piersi i ciężko sapał. – A to, co otacza cienkie kiszki i okrąża je dookoła, to jelito grube – tłumaczył student. – Wygląda jak długi skręcony wąż składający się z gładkich pierścieni – wyjaśniał.

– Brawo, Karp! Znasz się na rzeczy – z uznaniem powiedział dowódca.

– A to po lewej, duże… – pokazał student końcem noża – to żołądek – obrysowywał kształt i zaznaczył, jak daleko sięga. – Dochodzi do żeber – zatrzymał koniec noża na szczycie.

– A to na skraju, na lewo od niego, to co? – spytał jakiś osiłek.

Musiał tym zyskać sobie uznanie Koromysły, bo dowódca poklepał go po plecach i z satysfakcją oznajmił:

– Dobrze pytasz, Opanas, bardzo dobrze. Ukraina potrzebuje takich, co chcą wiedzieć jak najwięcej. Bardzo dobrze.

– To trzustka – wyjaśniał student. – A to duże, co zajmuje prawie cały środek, ciągnie się w górze pod żebrami i sięga prawej strony brzucha, to wątroba. Jest znacznie większym organem od pozostałych.

– Wątroba?! – zdumiał się któryś i rozdziawił jeszcze szerzej gębę.

– Twoja wątroba, Ołeksander, gdy się nachlasz, wygląda jak poszatkowany worek kartofli – ryknął dowódca, pokazując na potężne brzuszysko młodego grubasa, a pozostali zawtórowali i ryk ten odbił się głośnym echem w niedalekim lesie. Grubas spuścił głowę i ukrył się za plecami kolegów.

– A to w środku? – wypytywał się już inny, chcąc zasłużyć na pochwałę dowodzącego.

– Co? Gdzie? – nie zorientował się student.

– O, tutaj… – tamten pokazał palcem.

– Dwunastnica, między żołądkiem a wątrobą – objaśniał Karp.

– Dobrze, chłopcy, dobrze, dopytujcie.

Dowódca był zadowolony z lekcji anatomii.

– Ukraina na was czeka! Przynoście jej sławę! – nadął się jak indor.

– Wyżej jest jeszcze serce – powiedział student – ale by się tam dostać, trzeba przeciąć klatkę piersiową.

– To tnij! – huknął Koromysło. – Albo nie – zastanowił się. – Niech pokaże swój talent Taras – wskazał na drągala z długim nosem i podpuchniętymi od gorzałki oczami.

Taras chwycił nóż i już go unosił do góry, by dźgnąć parujące ciało, gdy student go powstrzymał:

– Nożem nie dasz rady.

– Widzisz, Taras, co znaczy nauka? – Koromysło błysnął ślepiami w stronę draba. Ten poczerwieniał. I zaczął się rozglądać.

– Piła potrzebna – rzucił student. – Specjalna piła – spojrzał na dowódcę.

– Siekierą rąb! – rozkazał Koromysło.

Dryblas skoczył do wozu, przyniósł siekierę, stanął nad ciałem Janki i już się zamachnął, by ciąć, gdy student znowu go powstrzymał.

– Tylko nie za mocno. Byś na wskroś nie przeciął, bo serce uszkodzisz.

Stado ryknęło śmiechem, a byczek się zmieszał. Spojrzał na dowódcę i czekał na jego rozkaz. Koromysło pochylił się nad ciałem i spytał studenta:

– Chcesz, by nie naruszył serca?

– No tak – odparł tamten.

– A dlaczego? – spytał Koromysło, podejrzliwie mu się przyglądając. – Może szkoda ci tej Polaczki?

– Nie! – krzyknął wystraszony Karp. – Nie szkoda mi jej! – zaręczał. – Bih me, nie szkoda! – bożył się, patrząc przerażony w dowódcę.

– Skoro ci jej nie szkoda, to rób operację na sercu – lodowatym głosem nakazał herszt.

Student się zmieszał.

– Jak? – spytał.

– To ja mam cię uczyć, jak!? – szorstko odparł Koromysło. – Ty szkoły kończysz! I ty masz być doktorem.

– Najpierw musimy się tam dostać – student wziął się w garść i pokazywał, co trzeba zrobić. – Należy przeciąć żebra…

– No to tnij – zimno rzucił dowódca. – Ukrainiec się nie waha. Ukrainiec od razu się decyduje! To lekcja odwagi, Karp. I ty musisz innym dać przykład.

– A ty, Taras, nie stój jak kołek – upomniał draba z siekierą. – Podaj naszemu doktorowi narzędzie pracy – ironizował – niech operuje Polaczkę – zjadliwie burczał.

Przerażony student, by nie podpaść hersztowi, wziął od kolegi siekierę, spojrzał na pierś Janki, zamachnął się i siekiera wbiła się głęboko w ciało, trysnęła krew, a Janka zdławionym głosem jęknęła. Wciąż jeszcze żyła. I potworny ból ją ocucił. Podskoczyła i opadła, kopnęła nogami powietrze i już jej nie było. A tryskająca krew oblała twarz studenta i opryskała dowódcę, który gwałtownie się cofnął i skoczył w bok, wściekły na studenta, że tak nieudolnie ciął. Ryknął, by mu podał siekierę, a on sam pokaże, jak należy operować.

Student zbladł jak ściana, nogi się pod nim ugięły, cały drżał. Pewnie myślał, że już z nim koniec.

Koromysło wyrwał z jego ręki siekierę, ślina mu ciekła z gęby i wszyscy myśleli, że za chwilę spadnie studentowi głowa, gdy usłyszeli głośne okrzyki i zobaczyli, że z lasu wyłania się uzbrojony oddział polskich żołnierzy.

Stali jak sparaliżowani. Nie mogli uwierzyć, że to polskie wojsko. Żołnierze runęli na pijaną hołotę. Błyskawicznie ją rozbroili, rzucili na ziemię i powiązali sznurami, które leżały na wozie. Była to zagubiona jednostka, której udało się schronić w lasach przed sowiecką armią. Teraz przebijała się na Zachód.

– I tak to się skończyło, Ignac – wiedźma opuściła głowę.

– Krew, znowu się leje polska krew – burknął dziadek w drętwej ciszy, na nikogo nie patrząc.

A mnie chwyciły mdłości.

Skoczyłem z zapiecka, wybiegłem z domu i wymiotowałem.

Długo wymiotowałem.

Загрузка...