Nigdy nie słyszałem o żadnych Kutach. Co innego Podhajce, Brzeżany, Złoczów, Halicz, a nawet Stanisławów, gdzie bywałem z ojcem na jarmarkach, nie mówiąc o Dylatynie, Zawałowie czy Panowicach, dokąd można było dojść na bosaka i z chłopakami w szmaciankę pograć, a nawet o Monasterzyskach, gdzie matka do rodzonej siostry jeździła. Ale Kuty? Pojęcia nie miałem, co to za miejscowość. Jednak ciotka Elza jasno i wyraźnie powiedziała: „To się stało w Kutach”. Jak ciotka Elza tak powiedziała, to tak musiało być. Bo ciotka Elza nigdy nie kłamała. Zawsze dokładnie opowiadała, co, gdzie i jak się zdarzyło.
– W Kutach, powiadasz Elza? – upewnił się jednak, marszcząc czoło, dziadek Ignacy, który też pół świata obszedł, w kilku wojnach brał udział, pod samą Warszawą walczył, cud nad Wisłą widział, Moskali gonił, szramy na ramieniu pokazywał, ordery w kufrze trzymał, ale chyba o Kutach nie słyszał, bo nigdy o nich słowa nie pisnął.
– Tak, w Kutach – potwierdziła ciotka. – Nigdy żeś tam nie był? – z wyrzutem rzuciła, jakby miała o to do dziadka pretensje. Niby tak dużo wie, a w Kutach nie był?!
– Nigdy, Elza – odparł wolno dziadek. – Gdzie to jest? – popatrzył na nią pytająco.
– Na południe, Ignac, za Stanisławowem… za Kołomyją… jeszcze niżej…
– W górach… – ni to spytał, ni dodał dziadek Piotr, jakby mu coś świtało.
– Nie w samych górach, Piotr, ale w pobliżu gór – poinformowała ciotka.
– Gadało się – tajemniczo rzekł wujek Tośko, ale nie wyjaśnił, co się gadało i jakie konkretne gadanie miał na myśli.
– Tam dalej już idą Karpaty – włączył się wujek Marian, który musiał lepiej znać tamte strony niż dziadek Ignacy. Bo z gór sobie żonę sprowadził. Dziadek Piotr nie był specjalnie zadowolony z tego wyboru, ponieważ wujek Marian obcą sobie przywiózł, a nie swoją, ale już się do niej przyzwyczaił i nie marudził. – Wielkie góry, bardzo wielkie… – z namysłem cedził wujek Marian, jakby te góry nagle przed oczami zobaczył.
– Dalej już tylko Łemki, Bojki i Hucuły mieszkają, ludy honorne – wujek Tośko, który był specjalistą od ludów honornych zasiedlających góry, uniósł palec, jakby wskazując tę honorność. I mogło się okazać, że to on najwięcej wie o tych dziwnych ludach, a nie wujek Marian, bo już nabrał powietrza do płuc, głęboko westchnął i zaczął mówić, jak te ludy honorne wyglądają, jakie obyczaje mają, jakie kożuszki wyszywane noszą, jakie strawy na święta dla dusz zmarłych na parapetach okien zostawiają, by duchy przodków na ucztę się zlatywały, i już się tak rozochocił, że chciał opowiadać o nieznanych nam dudkach, trąbitach i molfarzach, gdy ciotka Elza gwałtownie mu przerwała, bo nie w smak jej była gawęda, gdy ona miała coś znacznie ważniejszego niż dudki do powiedzenia. Kręcąc z niechęcią głową, jakby obrażona, oznajmiła:
– Osaczają nas bandy ze wszystkich stron. Od południa zachodzą…
Wujek Tośko zamilkł. Przez dom jakby czerwona iskra przeleciała. Cicho się zrobiło. Ojciec z niepokojem zerknął na matkę, sprawdzając, czy nie drżą jej już usta, bo wiedział, że jak zacznie się najciemniejsza godzina wieczoru, matce zaczną drżeć usta i będzie załamywać ręce. Ale matce nie drżały jeszcze usta, siedziała sztywna, zamknięta w sobie, obca.
– W Kutach Ormian rżną – rzuciła ciotka.
Dziadek Piotr poprawił się na ławie. Matka głośno przełknęła ślinę. A dziadek Ignacy uniósł ramiona i spytał, jakby nie wierzył.
– Ormian?
– Tak, Ignacy, Ormian – powtórzyła ciotka.
– Taki sprawiedliwy naród – powiedział wujek Tośko.
– I mądry – dodała ciotka.
– Kilka razy Ormianie przejeżdżali z dywanami przez naszą wieś – rzucił wujek Marian.
– Handlem się zajmują, wiarę podobną do naszej wyznają – znowu się zapalił wujek Tośko, by się pochwalić, jak dużo wie o Ormianach. I zaczął mówić, że Turki i Mongoły ich torturowali, do więzień wsadzali, więc oni z dalekiej Azji do nas przybyli, z takiej góry, która się Ararat nazywa. A tam, na tej górze, Arka Noego osiadła. I już by całą historię opowiedział, gdyby nie ciotka Elza, która tym razem ściągnęła brwi, nachmurzyła się i kategorycznie przerwała:
– Krew się leje!
Wujek Tośko zastygł. Nikt nie drgnął. Wiadomo już było, że jak się krew leje, nie można o niczym innym gadać, tylko o krwi. Bo krew za sobą słowa o krwi pociąga. Jakby wsiąka w głąb słów, w litery, w zdania, w zgłoski, w języki i zabarwia je krwistymi, ciemnymi kolorami.
– Straszna krew się leje – gorzko dodała ciotka i już wiadomo było, że kolejna jej opowieść będzie ciężka i trudna. Nie wiedziałem, czy mam się pod łóżkiem schować, czy głębiej w zapiecku ukryć, czy wprost przeciwnie, przysunąć się na sam brzeg i słuchać. Bo co jak co, ale słuchać to lubiłem bez końca. Taki już byłem. Strach mnie zżerał, bałem się okropnie, ale słuchałem, bo to było silniejsze ode mnie.
– Kuty to miasto, a nie wieś – cicho mówiła ciotka, a wszyscy się ku niej nachylili, by lepiej słyszeć. Ja też nastawiłem uszu i z zapiecka się w nią wpatrywałem. Do dzisiaj drżę cały. Coś niesamowitego pociągało mnie jednak w tych opowieściach, jakaś mroczna strona, gęsta materia, niepojęta gra światów, które gwałtownie pękały i zapadały się w odmętach mroku.
– Do niedawna, jak wiecie – mówiła ciotka – napadali i mordowali ludzi po wsiach. Nocami nadciągali z lasów, nożami, widłami i siekierami tłukli – tłumaczyła. – Do miasta jednak bali się wejść – urwała, zamknęła oczy, jakby z ciemności chciała wydobyć jakiś obraz. – A teraz zhardzieli – pokiwała głową z wyrazem goryczy w oczach – a to znaczy, że człowiek już nigdzie nie jest bezpieczny.
– A kiedy był bezpieczny… – westchnął dziadek Ignacy. – Jak świat światem wojny, zarazy, mordy, nieszczęścia…
– Ale nie takie, jak teraz – wtrącił wujek Tośko.
– To prawda – poparł go dziadek Piotr – różne ja biedy widział na świecie, cholery, trądy, pomory, dżumy, morowe powietrze, ale takiego nieszczęścia, jakie spadło na nasze głowy, jeszczem nie widział.
– Gadali ludzie – podjął jego myśl dziadek Ignacy – że Turki swoich wrogów, Ormianów i Greków, nie tylko na pal wbijali, ale podkowy do stóp im gwoździami jak koniom przybijali i kazali podkutym iść przed siebie…
Matka jęknęła, ale wciąż jeszcze wargi jej nie drżały.
Ciotka wsłuchiwała się w te głosy milcząco, a gdy dziadek skończył, powiedziała:
– To prawda, że wiele cierpienia, krwi i bólu człowiek znosi, ale – zamarła – ale – zastanowiła się nad czymś głębiej i powiedziała – by morderca czerpał radość z tego, że morduje, to wszelkie pojęcie ludzkie przechodzi.
Właśnie tak powiedziała: „Wszelkie pojęcie ludzkie przechodzi”.
– Już się dnia nie boją – mściwie rzuciła.
– W dzień napadają? – jeszcze bardziej nachylił się ku niej dziadek Ignacy. Wyraźnie coś mu tu nie pasowało.
– Nie może być – wspomógł go dziadek Piotr. – W dzień wszystko widać – rozłożył ręce. – Jakże to tak?
– Skoro wszystko widać i napadają w dzień, to znaczy, że idą już na całego – z żelazną logiką tłumaczyła ciotka. – Do tej pory bali się, a może wstydzili, że ktoś ich rozpozna, ale teraz już nie tylko się nie boją, ale i nie wstydzą. A to znaczy, że na wszystko są już gotowi. Nie ma przed nimi żadnych przeszkód.
– No, a jakby ktoś ich rozpoznał? – nieśmiało wtrąciła matka. – Jakby to sąsiad napadł, dla przykładu, nasz Kurysz albo Pereściuk? Gdyby napadli na nas razem, a my byśmy ich rozpoznali i musieliby nam patrzeć w oczy… To co? – bezradnie się rozejrzała.
Nikt nie odpowiedział. Nawet ciotka Elza milczała. Ale znowu musiała się nad tym zastanawiać, bo ruszała brwiami, aż w końcu się odezwała:
– Jak człowiek nie ma wstydu, to i sumienia nie ma.
– A człowiek bez sumienia jest jak zwierzę – dodał dziadek Ignacy.
– Nie, Ignacy – nie zgodziła się ciotka Elza. – Zwierzęta nie napadają na siebie, chyba że są głodne. Nigdy nie mordują, aby się cieszyć. Mają swoje zwierzęce sumienie, choć my o tym nie wiemy. A mordercy z leśnych band napadają, by się radować. Nie powiedziała, by się cieszyć, ale „by się radować”. Jakby radowanie się to było coś znacznie więcej niż cieszenie.
– I co? – ni z tego, ni z owego wyrwał się wujek Tośko.
Ciotka popatrzyła na niego jak na dziecko, które chce się po drabinie wspiąć do nieba. Obrzuciła wzrokiem całą radę, a nawet mnie szukała oczami, ale ja byłem owinięty kocem matki i leżałem w kącie, więc nie dostrzegła mnie, wodziła wzrokiem po chacie, jakby miała do wykonania rzecz nieprawdopodobnie trudną, do której trzeba się przygotowywać całymi latami i nikt nie ma prawa od niej żądać, by od razu po wejściu zaczęła opowiadać. Kręciła się niespokojnie, wierciła na ławie, jakby ją ława uwierała, jednak wszyscy wiedzieli, że to nie ława ją uwiera i gniecie, ale jakiś ciężar ponad miarę. W końcu się przemogła i rzekła:
– Rodzina Ormian, ojciec, matka, dwie córki i syn, siadała akurat do obiadu. Mieszkali na rogatkach miasta, na pograniczu Bukowiny. Był środek dnia, kwiecień tego roku…
– Niedawno – mruknął dziadek Ignacy. Musiał przeczuwać, o czym ciotka będzie mówiła, bo w jego głosie zabrzmiała trwoga.
– Tak, Ignacy, niedawno – zgodziła się ciotka. – Było jasno, słońce świeciło i wszystko było dokładnie widać. Gdy już zasiedli do stołu, widzieli na wprost siebie, przez okno, Karpaty i ich szczyty, Howerlę i Popa Iwana na Czarnohorze – spojrzała na matkę, nie będąc pewna, czy matka wie, co to Pop Iwan i Howerla, a więc i Czarnohora. Ale matka chyba nie wiedziała albo zapomniała, bo miała otwarte usta i była zasłuchana. – Howerla i Pop Iwan to najwyższe szczyty tej części Karpat, Czarnohory – poinstruowała ciotka. – Może nawet słyszeli szum Czeremoszu – nadstawiła uszu, jakby sama w tej chwili słuchała tego szumu – bo niedaleko ich kamienicy płynęła rzeka. Byli weseli, żartowali, cieszyli się, że są razem i że życie sprawia im tyle radości, choć od północnego wschodu naciągały już czarne chmury. Słyszeli o mordach na Wołyniu. I o spopieleniu Huty Pieniackiej, w której spłonęły żywcem setki ludzi, ale to było daleko, poza nimi, odległe i obce.
Dziadkowie ponuro pokiwali głowami.
– W każdym razie – ciągnęła dalej – chłopcy opowiadali sobie, jak wyglądały jesienne spławy drewna na Czeremoszu, nucili „Czerwony pas”… Znacie to, prawda? – zwróciła się do dziadków.
– Pewnie, że znamy – odparł dziadek Ignacy. – I my ją śpiewali za młodu – pochwalił się.
– Tak, tak, śpiewali – zgodzili się też wujkowie.
– Bo to już jest pieśń całych Kresów – blado uśmiechnęła się ciotka Elza i jakby pragnąc sobie przypomnieć jej słowa, pod nosem zanuciła, niby tylko dla siebie:
Czerwony pas, za pasem broń
I topór, co błyska z dala,
Wesoła myśl, swobodna dłoń,
To strój, to życie górala!
Tam szum Prutu, Czeremoszu,
Hucułom przygrywa,
A wesoła kołomyjka
Do tańca porywa.
Dla Hucuła nie ma życia,
Jak na połoninie.
Gdy go losy w doły rzucą,
Wnet z tęsknoty ginie…
Patrzyli na nią w milczeniu, a gdy skończyła, musiała poczuć się jakoś niewyraźnie i niepewnie, bo nie wiadomo dlaczego strzepywała z siebie niewidzialne pyłki, skrobała się w głowę, zerkała pytająco na dziadków, jakby chciała zasięgnąć u nich rady w jakiejś ważnej sprawie, ale dziadkowie nie reagowali. I zamiast dokończyć opowieść o Ormianach, pociągnęła wątek huculski, jakby pragnęła w ten sposób odwlec to, co najgorsze. Też nie spuszczałem z niej oka. I też chciałem wiedzieć, co się z Ormianami stało. Bo już wiadomo było, że jak ciotka coś zaczyna, musi skończyć. Ale jakoś wyjątkowo ciężko jej się kończyło. Jakby końca nie było widać. Rozszczepiała opowieść na uboczne wątki, nieistotne dla sprawy motywy, oplatała historię wciąż nowymi wtrętami, dopowiedzeniami, luźnymi uwagami, a ja coraz bardziej się niecierpliwiłem. Bo wiedziałem, że gdzieś tam za tym wszystkim kryje się coś strasznego, coś, co znowu nie pozwoli mi spać po nocach. Mimo strachu jednak krzyczałem: „Mów, ciotko, gadaj, co było dalej!”. Żądałem od niej, by się spieszyła, bo już nie wytrzymuję. Ale ona nie słyszała mojego głosu. I nikt inny nie słyszał. Ani dziadkowie, ani wujkowie, ani nawet mama i tato, choć wołałem do nich: „Zróbcie coś! Mamo! Tato! Pogońcie ciotkę, by szybciej kończyła, bo później sobie z tym nie poradzę”. Ale nikt nie reagował. Bo był to głos we mnie, głęboko ukryty, wylękniony i pełen obaw. Nie mógł się wydostać na zewnątrz. I nie mogła go, rzecz jasna, usłyszeć także ciotka Elza. Chwyciła się tym razem języka.
– Oni swój język mają – cedziła, jakby to było ważne. Przecież wszyscy swój język mają, chciałem do niej krzyknąć. Nawet ja to wiedziałem. Mój przyjaciel Motio po żydowsku gadał. Sławko po rusku. Nawet psy i koty miały swoje języki. Jaskółki i wróble. Więc jasne było, że Huculi mówili po huculsku. Ale ciotka Elza musiała to jakoś specjalnie zaakcentować, podkreślić, uwypuklić. I nie bez powodu, jak się potem okazało. Dowiedziałem się jednak o tym znacznie później. Znowu nikt nie reagował na to przeciąganie, choć mnie się zdawało, że wszyscy czekają, by dopięła wreszcie jakąś klamrą losy tej ormiańskiej rodziny. Jednak ciotka, jakby na przekór wszystkim, uciekała od Ormian. Zatrzymała się przy Hucułach. Jakby kotwicę przy nich zarzuciła. I wtedy błysnęła mi myśl, że ona specjalnie tak robi, bo nie wie, jak nam o tym opowiedzieć. Jakby to był ciężar ponad jej siły. Dlatego zwlekała, postękiwała, męczyła się, odsuwała na później tę straszną chwilę, bo już wiadomo było, że będzie to straszna chwila. Bo wszystko i zawsze kończyło się u niej strasznie. A więc pewnie nas tak do tej chwili przygotowuje. Jakby mówiła, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. Wszystko ma swój czas. Jest czas czekania i czas spełniania. Czas mówienia i czas milczenia. I dorośli jakoś to zaakceptowali. Ale ja nie. Mnie się spieszyło. Ja chciałem wszystko wiedzieć od razu, już, teraz. A ciotka dawała do zrozumienia, że wszystko ma swoją kolej. I nie należy niczego przyspieszać. Trzeba się uczyć cierpliwości i pokory. Dochodzić do sedna rzeczy. Iść w jakimś porządku. Mieć wyraźny i jasno określony cel. I iść ku niemu we właściwym rytmie. Ale jaki to rytm, tylko ona jedna wiedziała. Wyraźnie dawała do zrozumienia, bym nie gonił, tylko uczył się świata wedle jej znanej reguły. Dlatego rzuciła, mnie chyba mając na uwadze:
– Ich język jest inny od naszego, żydowskiego i ruskiego – mówiła o Hucułach. – Na stary las jodłowy mówią „basztarnik”, na chorobę „hoła”, na ziemię „cara”, na nóż zrobiony z kosy „czepełyk” – mamrotała, patrząc na własne palce, jak gdyby wyliczała straty. – Na bojowca „borcowiec”, na kłamstwo „brechnia”…
– My też mówimy „brechnia” – czujnie zareagował wujek Marian, który był w Radzie Starszych specjalistą od języków. I już pouczał: – „Brechać” znaczy kłamać.
I miał rację. Ja też mówiłem „brechnia” i „brechać”. A nie byłem Hucułem. I Motio mówił „brechać”, i Sławko…
– To co innego – jakby ciotka usłyszała moje wątpliwości i już tłumaczyła: – Niektóre słowa wszystkie ludy wspólnie tutaj sobie przyswoiły, Polacy, Rusini, Żydzi, Grecy… I używają ich…
– Czesi, Słowacy też – pospieszył wujek Marian.
– Tak, Czesi, Słowacy też – zgodziła się ciotka Elza. – Kupa narodów w naszym kraju używa tych słów – mruknęła tajemniczo. Ale ja tego nie zrozumiałem. Wiedziałem, że mieszkają obok nas Żydzi, Rusini, nazywani też Ukraińcami, Cyganie, niedaleko Niemcy i Austriacy, ale żeby Grecy, Czesi, Słowacy i „kupa narodów”, tego nie wiedziałem.
– Ale co innego używać niektórych słów, a co innego używać całego języka – wyjaśniła ciotka, ale chyba uznała jednak, że ją poniosło, bo siedzący wokół ludzie z Rady Starszych strasznie pomarszczyli czoła, więc się cofnęła.
– Dobrze – burknęła. – Skupmy się na samych Hucułach – znowu odsuwała na później historię z Ormianami. Wciąż nie była gotowa. Czegoś jej brakowało. I tego czegoś szukała w języku Hucułów. – Na przepaść mówią „berdo” – ze schyloną głową ciągnęła, od czasu do czasu zerkając na Radę Starszych – na drewniany młot leśny „doubnia”, a na gada „hadiuga…”.
Jak usłyszałem słowo „hadiuga”, drgnąłem. Wiedziałem, co to znaczy. To straszny wąż, żmija, która zabija. Bałem się jej jak diabła, bo już niejednego chłopaka posłała na tamten świat. Pełno ich było dokoła. Leżały w trawach, wylegiwały się na słońcu, na rozgrzanych kamieniach. Ale gdy nadepnąłeś taką żmiję, wbijała ci się w nogę i wypuszczała śmiertelny jad, na który nie było lekarstwa. Dlaczego ona mówi „hadiuga”? – zastanawiałem się. Przecież nie musi mówić. A mówi. A gdy dodała jeszcze, że na stado wilków gadają „łaja”, a na złego czarodzieja „molfar”, otworzyła się przede mną taka furtka, przez którą te słowa przechodziły. Jakby to była magiczna furtka, która jedne słowa przepuszczała, a inne zatrzymywała. Nie dość, że wystraszyła mnie „hadiuga”, to straszył też ten okropny „molfar”, zły czarodziej. Już sam jego widok z nóg zwalał. Bo łaził po wsiach w łachmanach, omotany szmatami, pogięty jak nienormalny, ze świecącymi groźnie oczami, z palicą u nogi, okropnie źle patrzący na świat, więc wiedziałem, że nic dobrego z jego strony mnie nie czeka. Dlatego się bałem. A jeszcze bardziej bałem się jego czarów, z których wyłaniały się mroczne duchy, widma i koszmary. Ciotka dodała też „watrę”, czyli ogień. I wtedy coś mi zaczęło świtać. Ciotka stopniowała złe rzeczy, układała obok siebie słowa, które coraz bardziej powiększały grozę. Była więc „ żmija”, ale to wydawało się jej za mało. Dlatego natychmiast pojawiło się „stado wilków”, a potem „czarodziej” i „watra”. Czyli łączyła ze sobą słowa, w których działo się coś okropnego. Coś, co przerażało, bolało, spalało się, niszczyło, spopielało. Każde nowe słowo niosło coraz większy strach. „Co jeszcze wymyślisz, ciotko?”, wlepiałem w nią wylęknione oczy. „Co jeszcze dodasz, by nas pogrążyć w przerażeniu”, zastanawiałem się. I wtedy właśnie padło to słowo: „barda”, czyli topór, inaczej mówiąc, siekiera. Jakby „żmii” i „stada wilków” nie wystarczało. Jakby „czarodzieja” i „ognia” było za mało. Odsyłała nas ciotka do stada wilków. Stado wilków do czarodzieja. Czarodziej do ognia. A ogień do siekiery. A co to jest siekiera, wszyscy wiedzieli. Mogła odesłać nas tylko do krwi. I tego bałem się najbardziej. Zrozumiałem coś więcej, że jej opowieść sama się opowiada. Jakby ciotka utraciła nad nią kontrolę. I słowa same siebie już pociągały. Jakby coś, co się wypowiadało, samo się wypowiadało. A nie ciotka. Wsłuchiwałem się w jakieś wewnętrzne szepty. Opowieść poprzez ciotkę się opowiadała. Nie było więc jej winą, że tak przeciągała. Po słowie „topór” ciotka głęboko westchnęła, jakby pokonała wielki kawał drogi. Ale przed nią zamajaczyła ogromna góra, na którą musiała się wspiąć. A nie miała już sił. Omiotła spojrzeniem Radę Starszych i zastygła. Dziadkowie, wujkowie i rodzice trwali w takim zasłuchaniu, jakby nasłuchiwali przyjścia czarnej ospy, cholery albo huraganu. Dłużej zatrzymała wzrok na matce i wymamrotała:
– Siekiera, Mario. Znowu siekiera – pokiwała głową.
Nie topór, tylko „siekiera”, powiedziała. Matka zgarbiła się, jakby ta siekiera miała na nią spaść. I wtedy z jakąś desperacją, zaciskając zęby, ciotka Elza zaczęła mówić nerwowo, szybko, kołysząc się przy tym, chwiejąc na boki, zagryzając wargi i ściągając usta.
– I tak siedzieli sobie przy stole – przypomniała rodzinę Ormian – i jak już przeżegnali się przed posiłkiem, gwałtownie otworzyły się drzwi i do izby wdarło się pięciu potężnych mężczyzn z siekierami w rękach.
Mama jęknęła. Dziadkowie cofnęli się. Tylko dwaj wujkowie i ojciec trwali nieporuszeni.
– Stanęli nad rodziną, po jednym nad każdym, i unieśli do góry siekiery. Rodzina była tak zaskoczona, że słowa nie mogła wydusić – mówiła ciotka, zamykając oczy, jakby to z ciemności, z jakiejś mrocznej głębiny płynęła do niej ta opowieść.
– Nie! – wydusiła matka, ale szybko zdławiła głos.
Była blada jak śmierć.
– Nie! – jęknęła. – Nie mów, Elza, proszę! Nie mów! – skomliła.
Jej usta były spierzchnięte, oczy zapadły się głęboko w oczodoły, jakby chciały się ukryć.
– Nie chcę! – szeptała. – Nie chcę… to boli… bardzo boli…
Szczepiła dłonie w sztywnym uścisku i rwała paznokciami skórę.
– Tylko tak, Mario… – ciotka wbiła w pożółkłą już twarz matki pełne siły spojrzenie. Obie patrzyły na siebie uporczywie i długo. Zdawało mi się, że ich spojrzenia nie mogą się od siebie oderwać.
– Tylko tak, Mario, możemy ocalić świat od zagłady – powiedziała głucho. – Tylko tak… poprzez… opowiadanie… – urwała i pokiwała głową, ale zaraz ciągnęła dalej. – Stali nad ludźmi z siekierami, a rodzina zamarła. Tak jak pochylali się nad naczyniami, tak zamarli. Unosili do ust łyżki i z tymi łyżkami w powietrzu zastygli. Już wolę nie wiedzieć, co się z nimi w środku działo – rzuciła ze dławioną skargą. – Co sobie myśleli, co czuli. Może chcieli się chwycić za ręce, a nie mogli. Może chcieli siebie dotknąć, być blisko jedno drugiego, dławić w uścisku ból. Pewnie tak było, Mario, prawda? – dłużej zatrzymała wzrok na szczepionych dłoniach matki. – A może modlitwa na nich spłynęła – zastanowiła się – jak biały gołąb, ale żadne z nich nie ruszyło ustami. Byli sparaliżowani. A może chcieli zapłakać, tylko płacz im zamarł w gardłach – zawahała się. – Taki to był moment, Mario – wciąż się zwracała do matki, jakby tylko one, kobiety, się rozumiały. Na chwilę zamilkła. Zerknęła na święte obrazy, znowu zamknęła oczy, by ta opowieść z głębi niej się opowiadała, i kontynuowała: – Potężni, kudłaci mężczyźni – mówiła – których nikt nigdy tam nie widział, stali nad nimi z uniesionymi do góry siekierami i w milczeniu czekali na jakiś rozkaz. Ale żaden rozkaz nie nadchodził. Jakby ktoś niewiadomy specjalnie się nad rodziną znęcał. Jakby chciał, by ta chwila wyczekiwania na śmierć trwała jak najdłużej...
Opowieść się urwała, ciotka spojrzała w okno i coś sobie szeptała, a potem znowu odezwała się głośno do matki:
– Uniesione, Mario, siekiery nad ludzkimi głowami…
W tym jednym zdaniu dała do zrozumienia, że najważniejsza była ta chwila zawieszenia, niepewności, oczekiwania na najgorsze. W chacie zapanowała przytłaczająca, mrożąca krew w żyłach cisza. Nie słychać było nawet oddechu. Zdawało mi się, że moje serce też zamarło, a oczy znieruchomiały jak kamienie. I w tej ciszy odezwał się słabym, wibrującym głosem dziadek Piotr:
– Elza, oszczędź nam tego – poprosił.
Od razu zareagowała. I to gwałtownie.
– Nie, Piotrze, to trzeba wiedzieć. Przez to trzeba przejść – twardo powiedziała, jakby nabrała dodatkowej mocy. Jakby wstąpił w nią nowy duch. Głos dziadka Piotra tak na nią podziałał. I walnęła prosto z mostu:
– Nie wolno nam, Piotrze, ukrywać prawdy. Ludzie muszą to wiedzieć, bo inaczej świat zginie – pochyliła się tak, że niemal zawisła nad podłogą.
Dziadek Piotr wbił wzrok w ścianę.
A ja byłem przekonany, że już gdzieś to słyszałem, ale świat nie zginął.
– Nie wiadomo, jak długo stali nad nimi z siekierami – opowieść znowu się opowiadała, a ciotka Elza tylko otwierała i zamykała usta, dbając jedynie o to, by słowa wyłaniały się w należytym porządku. – W każdym razie – mówiła – gdy już się zdawało, że nikt nigdy się nie odezwie, najważniejszy z nich warknął: – Głowy na stół. – Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Był nawet niższy od innych, tylko bardziej krępy, ale w oczach miał coś takiego, co można by określić jako wyrok. Jakby patrzyła przez niego śmierć.
Ciało matki chwycił nagły skurcz, raptem pochyliła się do przodu, zagryzła wargi, chwyciła się za czoło, a jej ręce trzęsły się jak galareta. I usta drżały. Tego ojciec najbardziej się obawiał, bo popatrzył na nią z troską, jak gdyby mówiąc: „Uspokój się, Mario, proszę cię, musimy to wytrzymać, bo Elza mówi rzeczy ważne”. Ale matka nie widziała jego wzroku. Jej usta wciąż drżały.
– Opadli twarzami na stół – kontynuowała ciotka – jakby dawno czekali na ten rozkaz. Nawet nie spojrzeli na siebie. Nie dotknęli się. Nie chwycili za ręce. Nie zapłakali. By umrzeć razem.
I wtedy usłyszeliśmy to, czego nikt nie mógł sobie wyobrazić nawet w najczarniejszych snach. Dziadkowie się poruszyli. Matka tak wytrzeszczyła oczy, że wyszły jej na wierzch. Tylko wujkowie trwali w zaklętym znieruchomieniu.
– Ten najważniejszy – mówiła ciotka – pochylił się nad kobietą, chwycił ją za czarne, krucze włosy, uniósł głowę do góry i warknął:
– Patrz, suko!
Kobieta miała mgłę przed oczami. Musiała nic nie widzieć i nic nie rozumieć.
– Patrz, gnido! – ryknął.
Kobieta patrzyła przed siebie, miała otwarte usta, a jej oczy były nieruchome i martwe.
– Patrz! – targnął ją za włosy, ale ona zdawała się daleka i obca.
– Patrz, kurwo! – nie ustępował – co robimy z takimi jak ty! Patrz, szmato! I powtarzaj reszcie, coś widziała! – huknął. – Nie chcemy was tutaj widzieć! Wynoście się z naszej ziemi! – A po chwili ryknął: – Ciąć! – Jednocześnie błysnęły ostrza, siekiery mignęły w słońcu i cztery głowy potoczyły się po stole, niektóre spadły na podłogę. Krew trysnęła jak z fontanny. Kobieta zemdlała i osunęła się na ziemię.
– Wody! – rozkazał najważniejszy. Najbliższy skoczył po kubeł z wodą i chlusnął na kobietę. Zachowywał się tak, jakby przez lata cucił katowanych. Kobieta otworzyła oczy i niemo patrzyła w sufit.
Najważniejszy uniósł do góry palec. Pozostali chwycili kobietę za ramiona i posadzili przy stole. Wokół leżały odcięte głowy, a przechylone korpusy ciał opierały się ramionami o stół. Zewsząd spływała strugami krew. Kobieta zdawała się nic nie widzieć, nic nie wiedzieć, nic nie rozumieć. – Patrz! – najważniejszy znowu chwycił ją za włosy i gwałtownie szarpnął, jakby chciał je wyrwać. – Patrz, żmijo! – dał znak kamratom, a ci poczęli podnosić głowy ze stołu i podłogi.
Ciotka nagle urwała, jakby dalsza opowieść nie mogła przejść jej przez gardło, jakby sama w sobie się zaparła i nie chciała się opowiedzieć do końca. Ciotka otwierała i zamykała usta, ale w jej gardle musiał powstać jakiś zator, bo żadne słowo nie było w stanie przecisnąć się na zewnątrz. I wtedy pomyślałem, że jak opowieść sama siebie opowiada, to też ma swoje przestoje, przerwy na oddech, przystanki i zakręty, które musi pokonać. Ciotka Elza dawno musiała to wiedzieć i nie poganiała opowiadania, by się opowiadało. Może i Rada Starszych to zrozumiała, bo nie wtrącała się, szanując to, co się samo z siebie rozwija. Ja jednak chciałem, by opowieść się opowiedziała do końca. Toteż zerkałem na ciotkę Elzę, dodając jej sił i szepcząc w sobie: „Ciotko, idź dalej. Nie zostawiaj mnie z tymi strasznymi głowami. Mów, co się z nimi stało. Co się stało z tą kobietą, która patrzyła na swoją rodzinę, ale nic nie rozumiała”. Tak przemawiałem do ciotki Elzy. I ona musiała w końcu odczuć moje wołanie, bo przełknęła ślinę, a ja usłyszałem w wielkiej ciszy to przełykanie, potem zaś usłyszałem, jak opowieść znowu się z niej opowiada.
– I teraz patrzcie – mówiła ciotka już do całej rady, nie tylko do matki – patrzcie, jakie jest życie ludzkie… – zawahała się, przesunęła spojrzeniem po twarzach, a ja się już domyślałem, co może powiedzieć, bo wiele razy słyszałem, jak dorośli mówią: „Jakie życie ludzkie jest kruche” albo „Jakie życie ludzkie jest krótkie”. Ale ciotka Elza mnie zaskoczyła, powiedziała: – Jakie życie ludzkie jest nic niewarte. – Nigdy niczego podobnego nie słyszałem. Owszem, dorośli klęli na życie, wściekali się, ale by życie ludzkie nie było nic warte, tego nie słyszałem. – Bo popatrzcie na tych bandytów, co zrobili – z odrazą dodała. – Jakby się bawili ludzkim życiem. – „A więc znowu się bawili”, pomyślałem. Bo już słyszałem, że się bawili. Ale musiało być w tym powtarzaniu coś ważnego, skoro opowiadanie samo się tak opowiadało. Musiało być coś bardzo ważnego. I wtedy ciotka rzuciła: – Pamięć, moi drodzy. Pamięć! – uniosła oczy do nieba. – Bo tylko pamięć ratuje świat. I trzeba wszystko powtarzać, by pamięć nie zardzewiała. – Tak powiedziała, „by pamięć nie zardzewiała”. I dodała: – Oni jakby igrali ze śmiercią – wyraźnie czuła żal do tych mężczyzn. – Najważniejszy z nich – mówiła. – Naj-waż-niej-szy – powtórzyła, akcentując każdą sylabę i rozglądając się rozpaczliwie na boki, jakby szukała pomocy, ale nikt nie miał zamiaru jej pomóc. Rada Starszych sama oczekiwała na pomoc. Gdy ciotka zrobiła jeszcze jeden wysiłek, by opowiadanie się w końcu wypowiedziało, dziadek Ignacy wymamrotał:
– Kończ, Elza.
Ciotkę musiał chwycić gwałtowny prąd, elektryka, jakieś wysokie napięcie, bo szarpnęło nią, zatrzęsła się, a potem zastygła na moment i powiedziała:
– Na rozkaz tego najważniejszego mężczyźni podnieśli ociekające krwią głowy z podłogi i wstawili do talerzy. Wyobrażacie to sobie? – ogarniała spojrzeniem twarz po twarzy. Musiała dostrzec, że nie wyobrażają sobie tego, a może zobaczyła niepewność w oczach członków rady, zwątpienie, czy nawet niewiarę, bo z dezaprobatą pokręciła głową, wstała i jakby jej słowa wymagały dodatkowego wyjaśnienia całej okrutnej historii, poczęła pochylać się i unosić, udając, że z trudem dźwiga z podłogi głowy, przenosi je na stół i kładzie na talerze.
– Tak to się odbywało – mruknęła. – Głowa po głowie. Głowa po głowie. Jedna głowa do talerza, druga głowa, trzecia i czwarta. I już z talerzy wystawały cztery odcięte głowy.
Panowała taka cisza, jakby powietrza nie było w izbie. Jakby się zrobiła wielka jama w powietrzu, jama ciszy. Takiej ciszy ciotka potrzebowała, bo już ostatkiem sił rzuciła:
– I przed kobietą wystawały teraz z talerzy głowy jej męża, dwu córek i syna.
Nikt się nie odezwał.
– Wtedy – ciężko ciągnęła – najważniejszy ryknął: – Jedz, kurwo!
A ponieważ kobieta nie reagowała, wcisnął jej twarz w talerz.
– Jedz, blad’ – szyderczo się zaśmiał.
Ze wszystkich stron patrzyły na nią zakrwawione, martwe oczy. Ale ona już ich nie widziała. Nic nie widziała. Siedziała pochylona, z twarzą zanurzoną w zupie i milczała. Nie krzyczała. Nie płakała. Nie wyła. Tylko milczała.
Ciotka Elza też zamilkła.
Rada Starszych jeszcze przez chwilę trwała w bezruchu, aż pierwszy począł się prostować dziadek Ignacy, a za nim dziadek Piotr. Wyprostowali się obaj, a ich oczy spotkały się i patrzyli na siebie w milczeniu.
Wujkowie wciąż wyglądali jak figury woskowe, martwi i obcy.
A w moim gardle narosła jakaś gula i nie mogłem się odezwać. Jakby mi gardło gęstą trawą zarosło. Czułem tylko wielką suchość w środku.
Ciotka Elza westchnęła i zakończyła:
– Ta kobieta straciła mowę i posiwiała jak gołąb. A młoda jeszcze była – mówiła coraz ciszej. – I piękna. Jaka ona piękna była! – zamknęła oczy. – A teraz chodzi po mieście, bełkocze i tylko rękami pokazuje, co się w jej domu stało – ciotka zwiesiła ręce, i opowieść po tych jej rękach jakby spłynęła ku ziemi.
Matka szukała mnie wzrokiem.
A ja wcisnąłem się w najdalszy kąt zapiecka, zakryłem się kocem i strasznie się trząsłem.
Patrzyły na mnie z talerzy martwe głowy.