U wrót nieznanej krainy

Słońce już chyliło się ku zachodowi. Na niebie, od horyzontu aż do zenitu, płonęła jakby przedziwna tęcza o barwie roztopionego bursztynu, złota i purpury, aż do delikatnych półcieni fioletu i zieleni. Czerwonawy odblask padał na okoliczne pasma górskie porosłe dżunglą oraz na równinę leżącą u ich stóp. Mogło się wydawać, że olbrzymia łuna rozpościera się nad gorejącym wnętrzem tajemniczej wyspy. Tomek przysiadł na głazie na skalistym pagórku. Jak urzeczony nie mógł oderwać wzroku od wspaniałego i zarazem groźnego widoku. Zdawało mu się, że sama natura przestrzega ich przed zgłębianiem tajników zapomnianej przez ludzi Nowej Gwinei. Zaledwie wylądowali w Port Moresby, trudności zaczęły się piętrzyć niemal na każdym kroku. Wbrew poprzednim obietnicom i zachętom gubernator odradzał teraz podróż w głąb wyspy. Według nie sprawdzonych dotąd informacji, w kraju Fuyughe, w którym leżał okręg misyjny Mafulu, pierwszy na lądzie etap wyprawy, miała wybuchnąć wojna. Podobno rozpoczęli ją okrutni Tawade. Ziemie zamieszkiwane przez nich wciąż jeszcze stanowiły na mapie białą plamę. Nikt z białych ludzi nie zdołał przekroczyć ich granic. Gubernator nie mógł przydzielić wyprawie odpowiedniej eskorty wojskowej. Nieliczni patrolowi oficerowie brytyjscy kontrolowali jedynie niektóre przybrzeżne okręgi. Ze względów bezpieczeństwa krajowcom nie wolno było bez specjalnego zezwolenia przebywać w Port Moresby po zachodzie słońca.

Ostatecznie po wielodniowych pertraktacjach Bentley wyjednał od gubernatora odpowiednie zezwolenie. Przecież wyprawa była dość liczebna i doskonale uzbrojona. Na jej czele stali doświadczeni podróżnicy. Mimo to Smuga, jako oficjalny kierownik wyprawy, musiał złożyć pisemne zobowiązanie, że bez rzeczywistej, nagłej potrzeby nie będą wkraczali nocą do wiosek i koczowisk krajowców oraz zakładali własnych obozów w ich pobliżu. Zaledwie uporali się ze zdobyciem zezwolenia, natychmiast pojawiły się nowe kłopoty. Mianowicie wśród zamieszkałych wokół Port Moresby plemion Motuan nie można było zwerbować odpowiedniej liczby tragarzy. Krajowcy południowego wybrzeża bardzo się obawiali wojowniczych mieszkańców górskich regionów, którzy nieraz napadali na ich wioski, zabierali żywność oraz młode kobiety.

W przełamaniu obaw tubylców zupełnie nieoczekiwanie przyszedł z pomocą samozwańczy boy Wilmowskiego, oswobodzony z niewoli u piratów. Ain’u’Ku, czyli Słodki Kartofel, jak w języku Fuyughe[68] zwał się młody Mafulu, z zapałem opowiadał współziomkom o nadprzyrodzonej potędze swoich białych opiekunów. Wiara w czary i duchy była głęboko zakorzeniona wśród krajowców Nowej Gwinei, toteż wszędzie znajdował wielu chętnych słuchaczy. Dla nich było rzeczą oczywistą, że tylko czarownicy mogli bez walki zmusić piratów do oswobodzenia niewolników. Zapewne „biali masters” byli nawet duchami, skoro potrafili w czasie burzliwej nocy zjawić się niepostrzeżenie na statku pirackim i potem tak samo zniknąć, uprowadzając herszta. Według wierzeń zabobonnych krajowców, przyczyną wszystkich nieszczęść człowieka, chorób, a nawet śmierci zawsze były złe duchy oraz źli czarownicy. Dlatego też naiwny Ain’u’Ku przekonał ich wymowniej niż obietnice dobrego wynagrodzenia, że pod opieką przemożnych, dobrych białych duchów nic złego stać się im nie może. Dzięki jego paplaninie około stu Papuasów wyraziło chęć towarzyszenia wyprawie w drodze do stacji misyjnej na wyżynie Popole.

Przysługa oddana przez Ain’u’Ku nie pozostała bez nagrody. Smuga mianował go boss-boyem, czyli kierownikiem tragarzy i pozwolił mu nosić karabin. Wprawdzie, nie chcąc ryzykować jakiegoś wypadku, nie dał mu nabojów, lecz mimo to Ain’u’Ku czuł się niezmiernie zaszczycony. Zaczął ślepo wykonywać wszelkie rozkazy białych masters, a czasem nawet przesadzał w gorliwości i posłuszeństwie.

Tomek, rozmyślając o sytuacji wyprawy, rozchmurzył się wspomniawszy poczciwego boya. Dzięki jego życzliwej pomocy łatwiej będą mogli zyskać zaufanie innych plemion w głębi wyspy. Pokrzepiony na duchu, znów spojrzał w rozpłomienione niebo. Tarcza słoneczna już prawie całkowicie zniknęła za krawędzią wysokich gór. Czerwonawa łuna stała się znacznie bledsza. Ostatnie purpurowe promienie odbijały się na zachodzie od krańców ciemnych chmur, rzucając nikły odblask na wąską górską ścieżynę. Port Moresby, widoczny jeszcze w pełnym blasku dnia na wąskim skrawku płaskiego wybrzeża na południowym wschodzie, obecnie już zaginął w zamglonej dali. Jak zwykle w tych szerokościach geograficznych, wieczór zapadał nagle, prawie nie poprzedzony zmrokiem.

— Tomku...! Tomku...! Wracaj na kolację...! — rozbrzmiało w tej chwili zwielokrotnione przez echo wołanie Sally.

Dingo, który przywarował u stóp młodzieńca, zastrzygł uszami. Zaraz też zwinnym ruchem powstał na cztery łapy i szczeknął głucho, spoglądając na Tomka. Ten ocknął się z zadumy. Pogłaskał swego ulubieńca, po czym raźno odkrzyknął:

— Już idę...!

Powstał z głazu; poprzedzany przez Dinga pobiegł ścieżką w dół górskiego zbocza. Wkrótce znalazł się w kręgu rozbitych namiotów obozowiska. Jego towarzysze siedzieli naokoło ogniska, nad którym dymił kocioł z gorącą zupą. Tomek usiadł obok kapitana Nowickiego.

— Gdzież to szanowny pan przebywał tak długo? — zagadnęła Sally, stawiając przed nim blaszany talerz napełniony zupą.

— Byłem na wzgórzu. Podziwiałem wspaniały zachód słońca — wesoło odparł Tomek. — Purpurowy odblask sprawiał wrażenie, jakby olbrzymia łuna unosiła się nad zachodnią częścią wyspy.

— Tylko patrzyć, jak zaczniesz gryzmolić wiersze — ironicznie zauważył kapitan Nowicki.

— Skąd taki niedorzeczny wniosek?! — oburzył się Tomek.

— Ano, brachu, najpierw człek staje się wrażliwy na piękno natury, potem ciężko wzdycha i spogląda ukradkiem na damę jak cielę na malowane wrota, a w końcu zaczyna gryzmolić wierszyki. Wszyscy zakochani młodzieńcy tak robią.

— Czy pan naprawdę sądzi, że Tommy jest zakochany? — filuternie podchwyciła Sally.

Tomek natychmiast pochylił się nad talerzem, by ukryć zmieszanie, a kapitan Nowicki ciągnął dalej:

— A jakże, ale nie tylko on jeden został ugodzony przez Amora. Spostrzegłem, że pan James Balmore często wpatruje się w księżyc i potem zamyślony wpisuje coś do notesu.

Balmore poczerwieniał i zakrztusił się gorącą zupą. Tomek tymczasem zdążył już ochłonąć z zakłopotania i rzekł:

— Co do mnie, trafił pan jak kulą w plot, kapitanie! Nigdy w życiu nie napisałem ani jednej linijki wiersza!

— To szkoda, brachu, wielka szkoda — odpowiedział Nowicki. — Miałyby twoje dzieci, co poczytać w przyszłości! Masz zręczną rękę do pisaniny. Sam z przyjemnością słuchałem twoich liścików, które smarowałeś do jednej australijskiej sikorki. Twoje raporty w dzienniku pokładowym również są bardzo składne. Niejeden mógłby się z nich dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o świecie. Moim zdaniem powinieneś wydać je drukiem.

— Świetny pomysł, drogi panie kapitanie! — zawtórowała Sally. — Posiadam pokaźny zbiór listów, które Tommy pisał do mnie z wszystkich swoich wypraw.

— Skończcie z tymi śmiesznymi pomysłami — rzekł Tomek, wzruszając ramionami. — Kogo by mogły zaciekawić moje listy pisane do ciebie?!

— Tak uważasz?! — oburzyła się Sally. — A więc dobrze, jeśli się na mnie nie pogniewasz, to mogę ci coś powiedzieć!

— Nie pogniewam się! — zapewnił Tomek.

— Dajesz słowo?

— Oczywiście!

— Było to jeszcze w szkolnym pensjonacie w Australii. Właśnie otrzymałam od ciebie list z Afryki, pisany w pociągu, w drodze z Nairobi nad Jezioro Wiktorii. Ze względu na późną porę, wieczorem mogłam przeczytać go tylko jeden raz. Opisy kraju były tak bardzo interesujące, że rano następnego dnia, na pierwszej lekcji, zaczęłam ukradkiem ponownie czytać list. Zajęta pasjonującą lekturą zapomniałam o rzeczywistości. Nagle ktoś wyciągnął mi list spod ławki. Oniemiałam ujrzawszy panią Carlton, nauczycielkę geografii, stojącą obok mnie z twoim listem w ręku. Z niemym wyrzutem w surowym wzroku nauczycielka powróciła do swego stolika i zaraz zaczęła czytać po cichu. Myślałam, że oberwę burę. Przez kwadrans trwała cisza. Potem nauczycielka zawołała mnie na środek klasy i zapytała, kim jest ów młody podróżnik. Odpowiedziałam...

Rezolutna Sally zarumieniła się i umilkła zmieszana, lecz po chwili znów mówiła dalej:

— No, mniejsza z tym. co odpowiedziałam, W każdym razie pani Carlton życzyła mi wszystkiego najlepszego i poprosiła, abym tak interesujących opisów różnych krajów nie zachowywała dla samej siebie. Odtąd wszystkie twoje listy odczytywałam na głos na lekcji geografii jako lekturę uzupełniającą. Pani Carlton zawsze twierdziła, że powinny być wydrukowane.

— A co, nie mówiłem? — triumfował kapitan Nowicki. — Brachu, jak amen w pacierzu masz pewny fach w ręku na stare lata!

Tomek mruknął coś pod nosem. Spod oka bacznie obserwował młodą przyjaciółkę, a tymczasem James Balmore odezwał się karcącym tonem:

— Mimo wszystko uczennice nie powinny się zajmować listami od chłopców na lekcjach.

— Zaraz widać, że dotąd nie otrzymywałeś miłych liścików — wtrąciła Natasza.

— To nie ma nic do rzeczy, podczas lekcji należy zajmować się nauką — upierał się James.

— Nie bądź pan taki skrupulatny, bo zapewne nie tylko o te lekcje panu chodzi... — wtrącił rozweselony Nowicki.

— Nie wszyscy mogą być idealnymi uczniami, panie Balmore — zauważył Bentley. — Zapewne każdy z nas czasem coś przeskrobał w szkole.

— Święta racja, ja na przykład lubiłem prztykać w ucho koleżków siedzących przede mną — przyznał się kapitan Nowicki. — Często też za to obrywałem od belfra po łapie linijką, bo kumple nie mieli odwagi odpłacić mi tym samym!

— Tak, tak, kapitan był niezłym ziółkiem — rzeki Wilmowski, który niegdyś razem z Nowickim uczęszczał do tej samej szkoły. Trzeba jednak przyznać, że zawsze stawał w obronie słabszych kolegów.

— Mama mówiła, że Tomek miał w szkole u nauczycieli opinię niespokojnego ducha — odezwał się Zbyszek Karski. — Nienawidził rusofilów i zawsze płatał im jakieś kawały. Ale uczył się doskonale!

— Gdybym była chłopcem, chciałabym być tylko taka jak on! — porywczo powiedziała Sally.

— I ja także! — dodała Natasza.

— Czas zająć się pracami obozowymi — przerwał pogawędkę Smuga.

— Potem wszyscy kładą się spać, skoro świt ruszamy w drogę. Jutrzejszy odcinek marszu będzie bardziej męczący.

— A jakże, górzyska już wyrastają przed nami — westchnął kapitan Nowicki.

— Tomku, wieczorem straż należy do ciebie — polecił Smuga. — Od dwunastej moja kolej, o drugiej zastąpi mnie kapitan, który zrobi pobudkę o wschodzie słońca.

— Czy nie uważasz pan, że powinno się zaprawiać młodzież do służby obozowej? — zapytał Nowicki. — Wszyscy muszą nauczyć się pełnienia wachty. Może by tak, na przykład, Sally trochę poćwiczyła z Tomkiem?

Smuga zdziwiony spojrzał na marynarza, który porozumiewawczo mrugnął do niego. Poweselał, domyśliwszy się intencji przyjaciela, i odparł:

— Słuszna uwaga, kapitanie, o ile oczywiście Sally ma na to ochotę i nie jest zbyt zmęczona!

— Mogłabym nawet zaraz wyruszyć w dalszą drogę — zawołała uradowana panienka. — Chętnie będę czuwać z Tommym!

— Dobrze, ale najpóźniej za dwie godziny masz pomaszerować do łóżka — dodał Smuga.

Według zapewnień Bentleya, potwierdzonych przez Ain’u’Ku, w Nowej Gwinei po zapadnięciu ciemności białym podróżnikom nie zagrażało niebezpieczeństwo napadu ze strony wojowniczych krajowców. Nadzwyczaj przesądni Papuasi wystrzegali się opuszczania swych chat w nocy; wierzyli, że dżungla staje się wówczas siedliskiem różnych duchów. Tych zaś obawiali się nade wszystko. Dzięki temu zabobonowi wieczorna służba wartownicza polegała tutaj głównie na nadzorowaniu prac obozowych. Sumienny w wykonywaniu swych obowiązków Tomek nie mógł nic zarzucić Zbyszkowi, który po trzech dniach marszu, oprócz zajęć intendenta, objął również funkcję oboźnego. Wieczorne porcje żywności zostały już wszystkim wydzielone, a skrzynie z prowiantem i inne bagaże, odpowiednio posegregowane, ułożone były w jednym miejscu w należytym porządku.

Tomek i Sally zajrzeli z kolei do namiotów. Każdy biały uczestnik wyprawy miał w nich przydzielone miejsce do spania. Tomek stwierdził z zadowoleniem, że nie zaniedbano wstawienia nóg polowych łóżek do blaszanych puszek po konserwach napełnionych wodą, co dość skutecznie zapobiegało włażeniu robactwa do pościeli. Moskitiery nad łóżkami również były szczelnie dopięte. Ze względu na to, że w górzystych okolicach Nowej Gwinei noce bywały chłodne, w różnych punktach obozu zgromadzono zapasy chrustu, by można było podsycać nim ogniska aż do świtu.

— Będzie ze Zbyszka pociecha! — pochwalił Tomek, ukończywszy przegląd.

— On jest bardzo ambitny! Wzorowo wykonuje swoją pracę — powiedziała Sally. — Powinieneś zwracać uwagę, aby się zbytnio nie przemęczał. Nie odzyskał jeszcze pełni sił po ciężkich przeżyciach na Syberii.

— Pamiętam o tym, Sally, pamiętam — rzekł Tomek. — Rozmawialiśmy na ten temat z ojcem. On jest zdania, że trudy wyprawy zahartują Zbyszka.

— Twój kochany tatuś zawsze myśli o wszystkich — powiedziała Sally.

Tak gawędząc przystanęli przed kręgiem rozżarzonych ognisk, przy których papuascy tragarze mieli spędzić noc pod gołym niebem. Krajowcy właśnie kończyli wieczorny posiłek. Byli w dobrym nastroju, jak zwykle po sutym jedzeniu. Cała świnia, podarowana im przez Smugę, została po upieczeniu sprawiedliwie podzielona na równe porcje. Niektórzy jeszcze wygrzebywali z popiołu zaimprowizowanego na poczekaniu „pieca” słodkie kartofle i jedli je, popijając wodą z liści zwiniętych w rożki. Inni żuli betel[69], zbiorowo palili fajki bądź też leżąc wkoło ognisk drapali się po głowie bambusowymi grzebykami, podobnymi do zakrzywionych widełek. W gronie Papuasów rej wodził młody boss-boy, Ain’u’Ku. Obecnie, ubrany w przydługą dla niego koszulę Tomka opuszczoną aż za kolana, gardłowym głosem głośno coś opowiadał. Spora grupka Papuasów słuchała go w skupieniu, gdyż w kraju, gdzie wszyscy chodzą nago, ubiór dodaje człowiekowi godności. Toteż dumny Ain’u’Ku co chwila zerkał na rozpiętą na piersiach koszulę i nie wypuszczał z dłoni swego nie nabitego karabinu. Naraz któryś z krajowców zanucił melancholijną pieśń. Kilkanaście innych głosów zaraz podchwyciło melodię. Papuasi powstali z ziemi i rozpoczęli tańce wokół ognisk. Wśród leniwie unoszących się niebieskawych dymów ciemnobrązowe, nagie postacie krajowców sprawiały wrażenie rozkołysanych fantastycznych cieni.

Sally, zaniepokojona, przyglądała się widowisku. Od chwili wyruszenia z Port Moresby wieczorne posiłki krajowców kończyły się tańcami, które trwały aż do późnej nocy. Po chwili zagadnęła swego towarzysza:

— Tommy, obawiam się, że nasi tragarze wkrótce zupełnie opadną z sił. Przecież oni prawie wcale nie wypoczywają po forsownych marszach.

— Czy martwią cię ich tańce? — zapytał Tomek.

— O nie właśnie mi chodzi...

Tomek uśmiechnął się i odparł:

— Nie kłopocz się tym! Gdy krajowcy mają ochotę na tańce, jest to najlepszym dowodem, że są najedzeni i weseli. Dobry to znak dla nas. Przecież obawialiśmy się, że jutro odmówią wyruszenia w dalszą drogę. Wkraczamy już na tereny nie kontrolowane dotąd przez rządowych oficerów patrolowych.

— To zapewne, dlatego pan Smuga polecił dać im całą świnię na kolację? — domyśliła się Sally.

— Tak, moja droga! Mięso jest dla nich prawdziwym przysmakiem. W Nowej Gwinei prawie wcale nie ma większej zwierzyny. Dlatego też Papuasi, jako wegetarianie z konieczności, nie odznaczają się okazałą budową fizyczną. Ich codzienny pokarm stanowią słodkie kartofle, taro, dzika fasola, kukurydza i ogórki, korzenie krzewów, trzcina cukrowa, banany, migdały pandami[70], a czasem w dni świąteczne jamsy. Wioskowe świnie zabijają jedynie na niezwykłe uroczystości. Niekiedy poszczęści się jakiemuś myśliwemu — ustrzeli papugę, dzikiego gołębia lub rajskiego ptaka. Czasem upoluje małego niedźwiedzia z odmiany oposów, kazuara lub dzikiego odyńca, ale na tym koniec.

— Któż to udzielił ci tak wyczerpujących informacji? — zdumiała się Sally.

— Wczoraj wieczorem w namiocie przysłuchiwałem się długiej dyskusji ojca z panem Bentleyem. Wiesz, że ojciec zbiera materiały naukowe.

— Oczywiście, pamiętam o tym! Gdy opowiada o różnych krajach, mogłabym przez całą noc nawet nie zmrużyć oka.

— Ja również, ale teraz przypomnij sobie polecenie pana Smugi. Czas iść do łóżka. Jutro czeka nas uciążliwy marsz.

— Tommy, pozwól mi zostać jeszcze troszeczkę, dobrze?

— Ale tylko krótką chwilę. Spójrz, księżyc już wschodzi!

Zza krawędzi górskiego łańcucha właśnie wychylił się rąbek tarczy księżyca w pełni. Jak olbrzymia, czerwonawo połyskująca kula wolno wypływał na mlecznoszare niebo. Gdzieś w dolinie, wśród pagórków porosłych dżunglą, rozlegało się przeciągłe wycie. Echo niosło je od zbocza do zbocza, aż nowe coraz to bardziej oddalone skowyty przyłączyły się do niego. Sally, trochę zalękniona, mimo woli przysunęła się bliżej do Tomka. Opiekuńczo otoczył ją ramieniem i rzeki:

— Nie bój się, to psy nowogwinejskie wyją do księżyca...

— Psy...? Dzikie psy...? — niedowierzająco szepnęła Sally. — Tommy, a może to naprawdę jakieś nieznane stwory nawołują się nocą w pobliskiej dżungli?

Tomek cicho się roześmiał.

— Zapomnij o naiwnych opowieściach zabobonnych krajowców! — odparł. — Być może dżungle nowogwinejskie kryją niejedną tajemnicę, lecz z całą pewnością nie spotkamy w nich potworów czy duchów. Te ponurawe głosy w dali są jedynie wyciem psów hodowanych przez krajowców.

— Naprawdę...?

— Możesz mi wierzyć — zapewnił Tomek. Pewien podróżnik opowiadał panu Bentleyowi, że w okolicach Merauke[71] słyszał w księżycowe noce wycie domowych psów, które przez cały czas towarzyszyło księżycowi w jego wędrówce ze wschodu na zachód. Nowogwinejskie psy wyróżniają się właśnie tym, że nie potrafią szczekać i wyją tylko przy wschodzie księżyca.

— Tommy, szczekanie australijskich dingo również przechodzi w jakiś nieprzyjemny skowyt — zauważyła Sally już całkowicie uspokojona.

— Nie zostało dotąd stwierdzone, czy tutejsze psy są spokrewnione z australijskimi dingo. W każdym bądź razie przybyły na Nową Gwineę razem z ludźmi i nie zerwały więzi z człowiekiem, zaś australijski dingo żyje obecnie w stanie dzikim. W tej chwili ciche skomlenie rozległo się u ich stóp. Sally zaraz pochyliła się, by pogłaskać swego ulubieńca, i powiedziała:

— Kochane psisko myślało, że o nim rozmawiamy. Dingo w odpowiedzi otarł się łbem o jej nogi i szczeknął, spoglądając na Tomka.

— Dobre psisko przypomina, że jego pani powinna już od dawna być w łóżku — rzekł Tomek. — Dobranoc, Sally!

— Dobranoc, Tommy! Dingo, odprowadź mnie do „domu”!

— Dingo, pilnuj pani, żeby nie przyśniły się jej jakieś złe duchy dżungli — zażartował Tomek, głaszcząc psa po głowie.

Sally i Dingo zniknęli w namiocie. Tomek przysiadł na głazie; powiódł wzrokiem po obozowisku. W namiotach pogasły światła. Jego towarzysze już spali. Krajowcy także z wolna się uciszali. Kończyli śpiewy i tańce. Jeden po drugim kładli się wokół ognisk i zasypiali. Nie był to jednak sen zbyt długi ani głęboki. Co pewien czas któryś z nich podnosił się, dorzucał parę gałęzi do ogniska, gdyż noce na tych wysokościach były dość chłodne. Tomek spoglądał w ciemną dal. Na jaśniejszym tle nieba wyraźnie rysowały się grzbiety górskich pasm. Na dolinę leżącą u ich stóp opadała szara mgła. Już nikt nie śpiewał w obozie. Wokół rozbrzmiewała przenikliwa, monotonna pieśń nocnych świerszczy.


Загрузка...