Kapitan Nowicki atakuje

Skupiona na pokładzie załoga „Sity” usłyszała umówiony strzał ostrzegawczy Wilmowskiego i okrzyk Balmore’a. Na rozkaz Nowickiego gruchnęła salwa karabinowa w kierunku pirackiego statku. Oczywiście mierzono tak, aby kule przeleciały ponad pokładem. Kapitan Nowicki przez cały czas nie odejmował lunety od oka. Widoczność w półmroku nie była najlepsza, lecz mimo to ujrzał klęskę przyjaciół i desperacki skok Balmore’a do wody. Natychmiast polecił opuścić łódź.

Tomek, Smuga oraz dwóch marynarzy zasiedli do wioseł. Nowicki ujął ster, nie wypuszczając z ręki karabinu. Szybko zbliżyli się do uciekiniera. Kapitan pomógł mu wejść do łodzi, po czym bez przeszkód powrócili na jacht. W tej właśnie chwili spadły pierwsze krople deszczu. Porywisty dotąd wiatr nabrał huraganowej siły. Deszcz przemienił się w ulewę. Strumienie wody spływały na rozkołysany pokład. Na szczęście pod osłoną atolu statkowi zakotwiczonemu w lagunie nie groziło zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Nawałnica szalejąca w ciemności udaremniała również jakikolwiek atak ze strony piratów. Toteż kapitan Nowicki pozostawił na straży na pokładzie jedynie indyjskich marynarzy, sam zaś z resztą załogi udał się do mesy na naradę. Przede wszystkim Balmore dokładnie opowiedział przebieg wydarzeń. Wysłuchano go w skupieniu; gdy skończył, Nowicki rzekł:

— Ha, to już po raz drugi podczas naszych wypraw natknęliśmy się na handlarzy niewolników. Najpierw było to w Afryce. Pamiętasz, Tomku, tego zuchwalca Castanedo?

— Oczywiście, pamiętam! Stoczył pan z nim straszliwą walkę!

— Ho, ho, silne to było drabisko! Zapłacił głową za uprawianie niecnego procederu! Teraz nasza sytuacja jest gorsza. Oprócz nieszczęsnych niewolników piraci mają w swoim ręku dwóch naszych.

— Przecież przewidywałeś, że tam może czyhać jakieś niebezpieczeństwo! — zauważył Smuga.

— Ano, co tu wiele gadać! Ten niby opuszczony przez załogę statek od razu wydał mi się podejrzany — przyznał Nowicki.

— Wobec tego postąpił pan bardzo lekkomyślnie wysyłając mego ojca, który nie uznaje rozpraw z bronią w ręku nawet z przestępcami — wybuchnął Tomek. — W dodatku przydzielił mu pan Bentleya i Jamesa Balmore’a!

— Nie oskarżaj kapitana o lekkomyślność — zaoponował Smuga. — Moim zdaniem postąpił roztropnie. Nie był pewny, co się kryje na statku, który sprawiał wrażenie opuszczonego, toteż wysłał ludzi rozważnych, unikających stosowania siły. Wprawdzie popadli w opresję, ale teraz my właśnie mamy możność przyjść im z pomocą.

— Jak amen w pacierzu, tak myślałem! — potwierdził Nowicki.

— Jeśli coś złego stanie się komuś z mojej załogi, piraci zapłacą swoim gardłem!

— Zastanów się, Tomku — ciągnął Smuga. — Oni mogli od razu zabić jeńców, wszakże nie uczynili tego. Nie strzelali nawet do uciekającego Balmore’a.

Tomek opuścił głowę i rzekł:

— Bardzo przepraszam... ale bardzo się niepokoję o ojca i pana Bentleya. Co teraz poczniemy?

— Nie będziemy czekali z założonymi rękoma — pocieszył go Nowicki.

— Kto pierwszy atakuje, ten już w połowie wygrywa!

— Masz jakiś plan? — zapytał Smuga.

— Kiepskim byłbym kapitanem, gdybym go nie miał! — odparł Nowicki. — Mówiono mi w Rabaulu, że okręty brytyjskie często patrolują Cieśninę Torresa. Ci handlarze zapewne nie skryli się tutaj przed cyklonem! Prawdopodobnie ktoś deptał im po piętach.

— Może masz rację, słyszałem, że Anglicy ostro zabrali się do blackbirdingu. Zbrodnicza działalność blackbirderów przyczyniła się do wyludnienia wybrzeży zatoki Papua oraz samotnych wysepek archipelagu — powiedział Smuga.

— Co to znaczy blackbirding? — zapytała Natasza.

— Blackbirding, czyli polowanie na czarnego kosa, to po prostu łowy na krajowców nowogwinejskich. Przedsięwzięcie bardzo popłatne. Australijscy plantatorzy w Queensland obecnie płacą wysokie ceny za niewolników — wyjaśnił Smuga.

— Swego czasu głośno się o tym u nas mówiło — przyznał Stanford, preparator zabrany na wyprawę przez Bentleya. — Blackbirderzy, zwani również Sępami Oceanu Spokojnego, nieraz dorabiali się znacznego majątku na handlu niewolnikami. Teraz złote czasy skończyły się dla nich! Przychwycenie na gorącym uczynku grozi szubienicą! [54]

— Panie kapitanie, chyba nie pozostawimy nieszczęsnych krajowców w rękach piratów?! — zawołała Sally.

— Niełatwa sprawa — powątpiewająco powiedział Stanford. — Blackbirderzy przeważnie rekrutują się z różnego rodzaju awanturników, wykolejeńców, a nawet więźniów zbiegłych z zesłania na wysepki Oceanii, słowem z ludzi stojących poza prawem. Nie zawahają się przed niczym. Bez walki nie dadzą sobie wyrwać łupu!

— Ano, zobaczymy! — odparł Nowicki, groźnie marszcząc brwi. — Spełnię swój obowiązek!

— Jaki masz plan? — ponowił pytanie Smuga. — Jeśli zamierzasz uderzyć pierwszy, to cyklon szalejący w tej chwili jest naszym sprzymierzeńcem!

— Wprost czytasz pan w moich myślach! — rzekł kapitan Nowicki. — Postanowiłem unieruchomić statek piratów. Wtedy będą zmuszeni przyjąć nasze warunki.

— Więc chciałbyś uniknąć otwartej walki? – niedowierzająco zapytał Smuga. — Przypuszczałem, że zamierzasz w jakiś sposób uwolnić niewolników i razem z nimi uderzyć na piratów.

— Wtedy mielibyśmy liczebną przewagę — dodał Tomek. — Można by ich rozkuć, korzystając z osłony burzy...

Nowicki westchnął ciężko. Jemu również uśmiechała się taka rozprawa z piratami, lecz tym razem, jako kapitan „Sity”, osobiście ponosił odpowiedzialność za bezpieczeństwo własnej załogi. Otrząsnął się, jakby odganiał pokusę, i powiedział:

— Bardzo mnie swędzą łapska na tych drani, ale nie mogę narażać życia moich ludzi. Rozprawię się z piratami bez rozlewu krwi.

Smuga i Tomek oniemieli. Nowicki nigdy dotąd nie unikał otwartej walki. Toteż spodziewali się, że i obecnie zechce skorzystać z okazji. Widocznie zauważył ich zdumienie, ponieważ zaraz się usprawiedliwił:

— Mam na pokładzie dwie kobiety... Poza tym oswobodzenie niewolników nic by nam nie pomogło. Nie znają nas i na pewno nienawidzą białych. W jaki sposób mogliby się zorientować w walce, kto jest ich wrogiem, a kto sprzymierzeńcem? Musimy liczyć tylko na własne siły.

— Nie pomyślałem o tym! Ma pan rację, ojciec będzie dumny z pana! — z zapałem zawołał Tomek.

— Zgoda, na „Sicie” komenda należy do ciebie! Jak zamierzasz unieruchomić statek? — zapytał Smuga.

— Zniszczymy piratom urządzenia sterowe! — wyjaśnił Nowicki.

— Świetny pomysł! — pochwalił Tomek. — Ale jeśli czuwają, może dojść do starcia!

— Ha, wtedy wszyscy będziecie świadkami, że starałem się uniknąć walki — odpowiedział Nowicki z trudem tłumiąc radość, która ogarnęła go na samą myśl o możliwości bezpośredniej rozprawy.

— Może pan na mnie liczyć, kapitanie — poważnie powiedziała Natasza.

— Na nas wszystkich — dodała Sally. — Wkradnę się z panem na statek piratów. Będę stała na straży, podczas gdy pan...

— Nie gadaj głupstw, sikorko! — zgromił ją Nowicki. — Chwali ci się odwaga, ale to męska sprawa. Pan Smuga i Tomek będą moją osłoną. Kto z was pomoże mi zmajstrować ładunek wybuchowy?

— Ja! Robiłam już bomby dla moich towarzyszy w Rosji — zaofiarowała się Natasza.

— Dobrze, proszę do mojej kabiny. Gdy cyklon nieco sfolguje, musimy być gotowi do akcji.

Nim minęły dwie godziny, na koi kapitana leżała dość duża, ciężka paczka owinięta w nieprzemakalny brezent. Teraz Nowicki zwołał całą załogę do mesy. Trójka śmiałków ubrana była jedynie w ciemne obcisłe spodnie i koszule. Talie ich opinały mocno ściągnięte pasy z rewolwerami i myśliwskimi nożami.

— Podczas mojej nieobecności Ramasan obejmuje komendę na statku — krótko oświadczył Nowicki. — Przekazuję ci moją czapkę kapitańską, ale... lepiej jej nie noś! Masz mniejszą łepetynę, więc wiatr mógłby spłatać nam figla!

— Ay, ay, sahibie kapitanie! — odrzekł Indus.

— Już się przyzwyczaiłem do niej, leży jak ulał — ciągnął Nowicki.

— Teraz słuchaj uważnie:, jeśli na pirackiej balii gruchną strzały, a my nie powrócimy do świtu, natychmiast rozwiniesz żagle i jak najszybciej popłyniesz do Port Moresby. Tam złożysz odpowiedni meldunek gubernatorowi. On już będzie wiedział, co należy robić.

— Ay, ay, kapitanie!

Niedwuznaczne polecenia Nowickiego wywarły na załodze przygnębiające wrażenie, lecz on sam zupełnie się nie przejmował niebezpieczeństwem. Smuga i Tomek również mieli raźne miny. Podczas kolacji Tomek wpałaszował swoją porcję i pocieszał wystraszone dziewczęta, które nawet nie tknęły jedzenia. Balmore wprost nie mógł oderwać wzroku od Tomka, gdyż odczuwał głęboki niepokój na samo wspomnienie groźnych postaci piratów...

Ramasan ze swoimi ludźmi objął wachtę na pokładzie. Reszta załogi oczekiwała poprawy warunków atmosferycznych. Dopiero na jakieś trzy godziny przed świtem wachtowy pokazał się w drzwiach.

— Sahibie kapitanie, wichura nieco słabnie! — zameldował.

— Szalupa gotowa? — zapytał Nowicki.

— Gotowa! Wyznaczyłem dwóch ludzi do wioseł!

— A więc w drogę! Idziemy na bosaka, może będziemy musieli trochę popływać — rzekł Nowicki powstając z fotela.

Po ciemku wyszli na pokład. Deszcz jeszcze zacinał, ale wiatr nie był już tak gwałtowny. Kapitan Nowicki wyniósł z kabiny dużą, ciężką paczkę i butelkę z zamkniętym w niej ultymatywnym pismem do piratów. Ostrożnie umieścił je w łodzi. Owinął się w pasie liną zakończoną hakiem, po czym siadł przy sterze. Tomek uścisnął Salty, która po cichu udzielała mu ostatnich przestróg, i również zajął miejsce przy Smudze. Dwaj marynarze zsunęli się po linach do lodzi wtedy dopiero, gdy dotknęła powierzchni wody. Odbili od burty. Nowicki sterował łódź w kierunku wybrzeża. W milczeniu opływali lagunę. Tomek i Smuga pomagali marynarzom w wiosłowaniu, trzeba było bowiem uważać, aby wzburzone fale nie rozbiły łodzi o brzeg. Pot spływał po ich czołach, zanim ujrzeli ciemny kontur pirackiego statku. Na masztach ani na pokładzie nie było żadnych świateł. Wiatr i szum fal tłumiły wszelkie odgłosy.

Kapitan Nowicki śmiało poprowadził łódź w pobliże dziobu statku, z prawej strony burty. W ten sposób znaleźli się pomiędzy statkiem i lądem. Łódź otarła się o łańcuch kotwiczny zwisający z kluzy[55]. Smuga i Tomek natychmiast uchwycili go rękami i przyciągnęli do niego swoją łódź. Nowicki przywiązał ją sznurem do łańcucha. Na migi wydał ostatnie rozkazy, po czym zręcznie zaczął się wspinać po łańcuchu kotwicznym. Po chwili był już przy owalnym otworze, w którym znikał łańcuch. Chwycił dłonią za krawędź kluzy, podciągnął całe ciało do góry. Teraz, przytrzymując się nogami, drugą ręką odpasał sznur z hakiem. Za pierwszym rzutem hak zaczepił się o burtę. Nowicki ostrożnie wspiął się na pokład i przycupnął obok burty. Uważnie rozejrzał się wokoło. Nikogo nie zauważył, więc zaczął się skradać ku odległej o kilka metrów sterówce. Statek uderzany w lewą burtę krótką falą lekko kołysał się na boki. Pokład śliski był od deszczu, który jeszcze nie przestał padać.

Nowicki powoli, ostrożnie dotarł do sterówki. Zajrzał do jej wnętrza. Zaledwie o wyciągnięcie ręki ktoś siedział na ławce. Opuszczona na piersi głowa okryta kapturem pozwalała się domyślić, że drzemie. Nowicki wydobył zza pasa rewolwer, ujął go za lufę. Wśliznął się do sterówki. Rękojeścią broni uderzył w pochyloną głowę; natychmiast przytrzymał bezwładnie osuwające się ciało. Wydobył z kieszeni sznur i knebel. Szybko ściągnął z wartownika kaptur oraz przeciwdeszczowy długi płaszcz. Wprawnie zakneblował mu usta, związał ręce i nogi. Teraz zarzucił go sobie na ramię i podążył ku dziobowi statku. Tam położył zemdlonego przy burcie, po czym przywiązał do balustrady. Ubezpieczywszy się w ten sposób, podbiegł do przeciwnej burty. Trzykrotnie szarpnął liną zwisającą z końca haka zaczepionego o balustradę. Wkrótce na pokładzie pojawił się Smuga, a po nim Tomek. Zachowując największą ostrożność, wciągnęli na pokład ciężką paczkę.

— Wartownik związany, idziemy do sterówki — szepnął Nowicki.

— Nocna wachta kończy się o czwartej, teraz jest około trzeciej, mamy dość czasu — cicho rzekł Smuga.

— Oby tylko nikt nam nie przeszkodził... — mruknął Tomek. Przenieśli paczkę do sterówki. Nowicki podał Tomkowi płaszcz i kaptur.

— Załóż i udawaj wartownika — rozkazał. — Gdybyś zauważył coś podejrzanego, gwizdnij dwukrotnie!

Tomek nałożył ceratowy płaszcz, nasunął głęboko na czoło kaptur. Przystanął przy burcie, skąd mógł obserwować nadbudówkę na pokładzie. Co chwila zerkał ku sterówce. Właśnie błysnęło w niej nikłe, żółtawe światełko. „Przygotowują ładunek” — pomyślał. Mimo woli wsunął prawą dłoń pod płaszcz. Dotknął rękojeści rewolweru... Na szczęście na całym statku panowała niczym nie zmącona nocna cisza. Słychać było jedynie pomruki oddalającej się burzy, szum deszczu i fal. Tomek czujnie nasłuchiwał i rozglądał się dookoła. Za nadbudówką na pokładzie rysował się obszerny kontur włazu. Tomek przypomniał sobie relację Balmore’a. „Tam zapewne trzymają niewolników” — przemknęło mu przez myśl.

Postąpił kilka kroków w kierunku włazu. Naraz uzmysłowił sobie, że przez samowolny czyn mógłby obrócić wniwecz misterny plan kapitana. Z trudem pokonał pokusę. Czas wolno upływał... W końcu jakiś cień wyłonił się ze sterówki. Był to Smuga.

— Wycofujemy się. Nowicki zapala lont. Za minutę nastąpi wybuch... — szepnął.

Cicho przemknęli po prawej burcie i kolejno opuścili się do lodzi. Natychmiast odwiązali ją od łańcucha kotwicznego. Obydwaj Indusi siedzący przy wiosłach gotowi byli do odbicia od pirackiego statku. Nowicki tymczasem klęczał pochylony nad lontem. Podmuchy wiatru zgasiły mu przedwcześnie już trzecią zapałkę. Powietrze było bardzo wilgotne, deszcz wciąż jeszcze padał. „Do licha, lont gotów zgasnąć...” — pomyślał, zafrasowany niepowodzeniem.

Zaniechawszy prób z zapałkami, otworzył ślepą latarkę. Lont przytknięty do ognia najpierw zaskwierczał, potem żółtawy płomyk zaczął się snuć po nim. Nowicki zgasił latarkę i przypiął ją sobie do pasa. Jeszcze przez chwilę upewniał się, czy lont przypadkiem nie zgaśnie, po czym bez pośpiechu wyszedł na pokład. W pobliżu wejścia do nadbudówki postawił butelkę z zamkniętym w niej pismem. Zadowolony odetchnął pełną piersią. Za kilkadziesiąt sekund wybuch zniszczy urządzenie sterowe razem ze sterówką. Już przekładał jedną nogę przez balustradę, gdy naraz otworzyły się drzwi nadbudówki. W smudze żółtawego światła ujrzał wysokiego, barczystego mężczyznę wychodzącego na pokład. Nowicki natychmiast cofnął nogę.

Mężczyzna kroczył ku sterówce.

„Zmiana wachty” — domyślił się Nowicki i jak wąż już sunął ku intruzowi. Nie miał czasu do stracenia. Jeśli mężczyzna wejdzie do sterówki, może w ostatniej chwili zgasić lont. Wtem mężczyzna zawadził stopą o butelkę. Pochylił się po nią. Nowicki w mgnieniu oka dopadł go spod burty. Pięścią uderzył w głowę. Mężczyzna klęknął, lecz musiał posiadać niezwykłą siłę, gdyż zaraz poderwał się na nogi. Nowicki zadał mu cios w podbródek. Mężczyzna odchylił górną część ciała do tyłu, jakby padał, i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, sam zaatakował. Po silnym uderzeniu między oczy Nowicki, nieco zamroczony, cofnął się o pół kroku; teraz wyrwał zza pasa rewolwer. Jak huragan zwalił się na przeciwnika. Tym razem potężne uderzenie rękojeścią przechyliło szalę zwycięstwa na jego stronę. Nowicki zdawał sobie sprawę, że lada chwila nastąpi wybuch. Toteż porwał oszołomionego mężczyznę i podbiegł do burty, wspiął się na nią i skoczył... Podmuch towarzyszący detonacji na pokładzie odrzucił go od statku. Nowicki zniknął pod powierzchnią wody, ale mimo to nie wypuścił z rąk nieprzytomnego jeńca. Zaledwie wynurzył się z głębiny, lewą ręką chwycił go za kołnierz i zaczął płynąć w kierunku swojej szalupy.

Smuga i Tomek najpierw wciągnęli do łodzi odzyskującego przytomność jeńca, potem Nowickiego. Szybko odpłynęli od pirackiego statku, na którego pokładzie przerażone okrzyki już mieszały się ze słowami komendy. Spostrzeżono łódź odbijającą od burty. Padło kilka strzałów, niecelnych na szczęście, ciemność, bowiem uniemożliwiała trafienie w cel chybocący na falach.

— Dlaczego marudziłeś tak długo? — zapytał Smuga, krępując jeńcowi ręce. — Czy to on wlazł ci w paradę?

— A jakże, już przełaziłem przez burtę, gdy wyszedł na pokład — wyjaśnił Nowicki. — Bałem się, że zgasi lont. Musiałem go unieszkodliwić.

— Po jakie licho go zabrałeś? — przyganił Smuga. — Mogłeś sam zginąć!

— Gdybym go zostawił nieprzytomnego przy sterówce, poleciałby razem z nią wprost do piekła — wyjaśnił Nowicki. — Wiąż pan mocno, to twarda sztuka! Rąbnął mnie pięścią wprost między oczy i ogłuszył... Pewno będę miał szpetnego siniaka na czole...

Słysząc to Smuga mocniej zaciskał węzły sznura. Nowicki był powszechnie znany z olbrzymiej siły, pierwszy lepszy nie mógłby mu wymierzyć ogłuszającego ciosu. Tomek i Smuga pospiesznie chwycili za wiosła. Łódź szybciej pomknęła wzdłuż wybrzeża. Piracki statek rozpłynął się w mroku. Teraz Nowicki bez obawy skierował łódź wprost ku „Sicie”. Niebawem też zarysowała się jej ciemna sylwetka.

— Ahoy! Ahoy! [56] — zawołał.

— Ay, ay, kapitanie! Już zrzucamy liny! Czy wszystko w porządku?! — odkrzyknął Ramasan.

— W porządku!

Po kilku minutach uczestnicy wypadu wysiadali z łodzi. Kapitan rozwiązał nogi jeńcowi i pomógł mu wyjść na pokład.

— Przyświecić mi latarnią! — rozkazał.

Uważnie przyjrzał się barczystej postaci. Zewnętrzny wygląd pirata wcale nie był odpychający. Wprawdzie obecnie obrzucał załogę „Sity” ponurym spojrzeniem, ale mimo to od razu można było poznać, iż nie jest człowiekiem pozbawionym pewnej inteligencji. Nowicki skinął głową na marynarza i rozkazał:

— Ramasan! Odprowadzić jeńca do karceru i postawić zbrojną straż przed drzwiami. W razie próby ucieczki, kula w łeb.

— Chcę mówić z kapitanem tego statku, zanim kamraci zaczną hulać podczas mojej nieobecności — odezwał się pirat. — Uprzedzam, że później może już nie będziemy mieli, o czym rozmawiać!

— Chcesz mówić z kapitanem?! — zdumiał się Nowicki. — Dobrze, niech i tak będzie! Ramasan! Proszę podać moją czapkę!

Ruchem pełnym godności nałożył czapkę na głowę, po czym zmierzył pirata surowym spojrzeniem i zapytał:

— Kim jesteś, że domagasz się rozmowy z kapitanem?!

— Ukrywanie prawdy w tej sytuacji na nic by się nie zdało — odparł pirat. — Jestem kapitanem tamtego statku.

Oznaki poruszenia wśród załogi „Sity” zostały stłumione karcącym spojrzeniem kapitana Nowickiego, który pochylił się ku jeńcowi i zapytał:

— Jesteś kapitanem statku?! Od kiedy to herszt piratów ma prawo zwać się kapitanem, a balia, niezdolna do wypłynięcia w morze, statkiem?!

Twarz olbrzymiego pirata pokryła się rumieńcem gniewu. Nie zważając, iż ręce ma związane na plecach, postąpił o krok w kierunku Nowickiego i syknął:

— Zuchwalcze! Masz szczęście, że nie mogę ci wepchnąć twoich słów z powrotem do gardła! Ta balia, jak ośmieliłeś się nazwać mój statek, z łatwością wystrychnęła na dudka trzy ścigające ją brytyjskie korwety! [57] Gdyby nie one, nigdy byśmy się tutaj nie spotkali.

— Ha, więc sam się przyznałeś, że byłeś ścigany przez brytyjskie okręty! — triumfująco podchwycił Nowicki. — Ja również płynę pod brytyjską banderą, więc wypełnię mój obowiązek! Odstawię cię...

— Nie rzucaj słów na wiatr! Później mógłbyś ich żałować! — przerwał mu pirat. — Los mój wiąże się z losem twoich ludzi uwięzionych na moim statku! W chwili porwania słyszałem wybuch na pokładzie. Moja załoga doprowadzona do ostateczności może poderżnąć gardła jeńcom. Dlatego we wspólnym interesie musimy się jak najprędzej porozumieć.

— Odpowiadasz głową za moich ludzi — ostrzegł Nowicki.

— Nie łudź się, nie znasz mojej załogi, kapitanie! Nie pożałują nikogo, wiedząc, że grozi im stryczek! Moja nieobecność może spowodować smutne dla nas wszystkich następstwa.

— Więc nie jesteś pewny swoich ludzi? — zdumiał się Nowicki.

— Niebezpiecznie jest odwracać się do nich plecami — dwuznacznie odparł pirat. — Dogadajmy się, zanim będzie za późno... Nie zaczepiałem was i nic do was nie mam. Rozejdźmy się tak, jakbyśmy się nie spotkali.

— Nie tak szybko, mój panie! To ja dyktuje warunki, nie ty! — zaoponował kapitan Nowicki. — Uszkodziliśmy urządzenia sterownicze na waszym statku. Jesteście unieruchomieni. Mam czas nawet popłynąć po pomoc. Wtedy wszyscy zawiśniecie na szubienicy. Gotów jestem jednak na małe ustępstwo. Zwróć mi moich dwóch ludzi i oddaj nieszczęsnych niewolników. Wtedy odpłynę stąd do Port Moresby i tam dopiero złożę odpowiedni meldunek o tym, co zaszło. Wybieraj i... spiesz się!

Pirat w milczeniu rozważał propozycję. Do lądu australijskiego było stąd niedaleko. Nawet w wypadku całkowitego unieruchomienia statku mógł tam dotrzeć w łodziach ratunkowych. Znajdował się w potrzasku, nie miał wyboru...

— Dobrze, przyjmuję te warunki — odezwał się po chwili namysłu. — Utraciłem statek, muszę więc również zakończyć polowanie na czarne kosy. Może spróbuję szczęścia jako poszukiwacz złota w Nowej Gwinei[58].

— To uważaj dobrze, żebyśmy się tam nie zetknęli! Wtedy musielibyśmy dokończyć obrachunki — zagroził Nowicki.

— Nie miałbym nic przeciwko takiemu spotkaniu w dżungli — odparował pirat.

— Ja również, na gałęzi drzewa można tak samo zawiesić stryczek jak na rei — powiedział Nowicki.


Загрузка...