Tajemne „moce”

Burza ucichła wieczorem. Na bezchmurnym niebie zajaśniał księżyc. Świerszcze rozpoczęły swą monotonną pieśń. Podróżnicy przystąpili do porządkowania obozu. Najpierw zebrali strząśnięte z drzewa ludzkie kości i złożyli je w wykopanym dole. Następnie zabezpieczyli przed wilgocią bagaże, a w końcu rozwiesili na sznurach własne przemoknięte ubrania. Późną nocą wszyscy, z wyjątkiem straży, udali się na spoczynek.

Smuga obawiał się, że niefortunne uderzenie piorunu może przysporzyć im kłopotów z krajowcami. Toteż w towarzystwie Nowickiego i Tomka postanowił czuwać aż do świtu. Właśnie w tej chwili powrócił z Dingiem z obchodu. Przysiadł przy ognisku obok przyjaciół. Zamyślony, nabijał fajkę tytoniem.

— Wyniuchałeś pan coś nowego? — półszeptem zagadnął Nowicki.

— W każdym razie nic dobrego dla nas — odparł Smuga. — Od czasu do czasu tragarze po kilku skupiają się przy ogniskach, niby to dla pociągnięcia dymu z fajki, lecz gdy nie widzą nikogo z nas w pobliżu, naradzają się po cichu.

— Masz pan rację, po tej szeptaninie mogą się postawić okoniem. Niepotrzebnie rozbiliśmy obóz pod tym drzewem-grobowcem.

— Jak mogliśmy odgadnąć, że są na nim szczątki zamieszkałych niegdyś w tej okolicy ludzi? — odezwał się Tomek. — Nasi tragarze również o tym nie wiedzieli. Trudno przeglądać wszystkie drzewa w dżungli przed zatrzymaniem się na wypoczynek.

— Brachu, czy przypominasz sobie pogrzeb Czarnej Błyskawicy w Meksyku? Indiańcy również pochowali go na drzewie — rzekł Nowicki.

— Słuszna uwaga, kapitanie! Wśród pierwotnych ludów zwyczaj składania zwłok na drzewach był szeroko rozpowszechniony.

— Aż mnie licho bierze, gdy pomyślę, że przez wiele miesięcy leżały sobie te kości spokojnie na drzewie, a właśnie dzisiaj musiały zlecieć nam na łepetyny — zżymał się Nowicki. — Chyba jakiś czort nasłał tę burzę!

— Drogi kapitanie, tak samo właśnie rozumują nasi tragarze — powiedział Tomek i cicho roześmiał się rozweselony.

Smuga również się uśmiechnął, albowiem dobroduszny marynarz byt nieco przesądny. Wypuścił kłąb niebieskawego dymu z fajeczki i zapytał:

— Czas płynie, Tomku. Czy wymyśliłeś już jakieś „czary” dla naszych tragarzy?

— Mam pewien pomysł — odparł Tomek, uśmiechając się szelmowsko.

— Cóż to za sztuczka? — zaciekawił się marynarz.

— Wolnego, kapitanie, wolnego! — zaoponował Tomek. — Czarownicy nie zwykli zdradzać wszystkich swoich sekretów!

— Ręka mnie świerzbi na tego chłopaka — zniecierpliwił się Nowicki.

Smuga rozweselił się na dobre, gdyż doskonale znał słabostki Nowickiego. Tomek nieznacznie mrugnął do Smugi i wcale nie spieszył się z zaspokojeniem ciekawości marynarza.

— Gadaj, brachu, coś wymyślił!

Tomek ociągał się jeszcze chwilę, a potem rzekł:

— No, po starej znajomości powiem tylko, że zagrożę krajowcom spaleniem wody w rzekach.

— Ejże, brachu, nie kpij ze mnie! Wprawdzie wiem, że jesteś sprytny jak liszka, ale czy przypadkiem bliskie uderzenie piorunu nie pomieszało ci klepek w łepetynie?! Przecież będziesz musiał im udowodnić, że potrafisz palić wodę, a to bzdura!

— Zaraz widać, że w szkole niezbyt pilnie uczył się pan fizyki — odciął się Tomek. — Cała sztuczka jest niezwykle prosta, a nawet naiwna. Wystarczy wykorzystać różnicę ciężaru właściwego dwóch cieczy.

— Panie Smuga, co ten chłopak wygaduje? — zapytał zbity z tropu marynarz.

— Mówi wcale do rzeczy — odparł Smuga, który w lot odgadł zamiary Tomka. — Dobrze, zgadzam się, palenie wody powinno wywrzeć odpowiednie wrażenie.

— Słuchaj, brachu, weź mnie za pomocnika. Wiesz, że przepadam za takimi psikusami — poprosił Nowicki.

— Co pan o tym myśli? — zwrócił się Tomek do Smugi, udając powagę.

— Jeśli nie spełnisz prośby kapitana, gotów sam spłonąć z ciekawości — odpowiedział Smuga.

— Cóż, nie mogę narażać na szwank życia tak wybitnej osobistości. Dobrze, będzie mi pan pomagał.

Kapitan ucieszony klepnął Tomka w plecy, zaraz pochylił się ku niemu i zawołał:

— No, teraz gadaj!

Smuga ponownie nabił fajkę tytoniem. Z ukosa spojrzał na Dinga. Pies leżał przy ognisku. Tylko od czasu do czasu strzygi uszami i nasłuchiwał. Nowicki tymczasem cicho rozmawiał z Tomkiem. Z uznaniem poklepywał go po ramieniu i solennie obiecywał dokładnie odegrać swoją rolę.

Świt zastał podróżników przy śniadaniu. Wokół ognisk krajowców panowała niepokojąca cisza. Tego dnia jakoś nie kwapili się do posiłku. Długie, grube fajki wędrowały z rąk do rąk. Rozkazy Ain’u’Ku nie były wykonywane. W końcu jeden z tragarzy powstał, a za nim uczyniło to kilku innych. Przywołali Ain’u’Ku i coś długo mu tłumaczyli. Zafrasowany boy niepewnie spoglądał na białych podróżników; w końcu na czele gromady tragarzy zbliżył się ku nim.

— Master, oni nie iść dalej, all right! — oznajmił krótko. — Oni żądać zaplata teraz, all right.

— Umówili się, że dojdą z nami do Popole — rzekł Smuga. — Powiedz im, że tylko tam dostaną zapłatę.

Ain’u’Ku przetłumaczył delegacji słowa Smugi. Krajowcy długo się naradzali, po czym jeden z nich udzielił boyowi odpowiedzi.

— Więc co postanowili? — krótko zapytał Smuga.

— Oni nie iść dalej, oni wrócić bez zapłata, all right — odparł Ain’u’Ku.

— Dlaczego nie chcą dotrzymać umowy? — indagował Smuga.

— Duchy mówią: nie iść dalej. Iść dalej, kości twoje leżeć na ziemi. Duchy zesłać piorun i ostrzec, all right — wyjaśnił boy.

— Nie dopuścimy do tego, aby ktokolwiek zrobił im krzywdę! W Popole otrzymają zapłatę i wrócą do swoich wiosek, powtórz im to — polecił Smuga.

Dłuższe wywody boya, w których zapewne nie omieszkał użyć i własnych argumentów, spowodowały jedynie lakoniczną odpowiedź.

— Duchy mówić nie iść dalej. Kanak nie iść dalej — wyjaśnił Ain’u’Ku. — Złe duchy robić czary. Kanak zginąć! Dalej mnóstwo bardzo źli ludzie.

— Źli ludzie nie napadną na nas, bo my mamy karabiny, natomiast duchy uspokoimy naszymi czarami. Powiedz im, że mogą iść z nami bez jakiejkolwiek obawy — odrzekł Smuga.

Ain’u’Ku powtórzył krajowcom słowa Smugi. Znów naradzali się długo, powątpiewająco potrząsając głowami. W końcu Ain’u’Ku oznajmił ich decyzję:

— Oni mówić: master nie umie robić czary. Źli ludzie bać się tylko czary, all right!

— Jesteśmy silniejsi od złych ludzi i waszych duchów — ostro powiedział Smuga. — Jeśli tragarze nie pójdą z nami do Popole nie spalimy wód w rzekach. Wtedy na pewno wszyscy umrzecie z pragnienia.

Ain’u’Ku niepewnym głosem powtórzył jego słowa krajowcom. Tym razem wywołały one krótką dyskusję i śmiech. Boy, całkowicie zbity z tropu, odezwał się:

— Master nie móc spalić woda, woda gasić ogień, all right!

— Tak sądzicie? A więc dobrze, pokażemy wam, co potrafimy. Daj jednemu z nich wiadro i niech biegnie do strumienia po wodę!

Tym razem rozkaz został szybko wypełniony, kapitan Nowicki bowiem zaraz wręczył przygotowane wiaderko najstarszemu tragarzowi. Zanim ten ostatni zdążył powrócić, wieść o próbie czarów dotarła do wszystkich krajowców. Zaintrygowani, dużym półkolem obstąpili Smugę, który najobojętniej w świecie pykał fajeczkę.

Papuasi zazwyczaj nosili wodę w grubych bambusowych rurach, zagważdżanych na obydwóch końcach; toteż krajowiec nieprzywykły do noszenia wody w otwartym wiadrze rozlał jej trochę po drodze.

— Ain’u’Ku, powiedz im, żeby skosztowali, czy to jest woda — rozkazał Smuga, gdy postawiono przed nim wiadro.

Kilku tragarzy dłońmi zaczerpnęło wody; potakiwali głowami na znak, iż nie mają wątpliwości. Poza tym jeden z nich przyniósł ją ze strumienia. Smuga bez pośpiechu wytrząsnął popiół z fajki, uderzając nią o dłoń, po czym przywołał Tomka.

— Teraz twoja kolej, przyjacielu — rzekł po polsku. — Odegraj swoją rolę tak, jak to kiedyś uczyniłeś w Afryce! Tomek skinął głową, pochylił się nad wiaderkiem.

— Dlaczego tak mało woda? — zapytał łamaną angielszczyzną, aby jak najwięcej tragarzy mogło go zrozumieć. — Moja palić całe rzeki! Ain’u’Ku, dolej jeszcze mnóstwo dużo woda! Daj tę, którą rano przyniosłeś dla nas!

Kapitan Nowicki czuwał w pogotowiu, zaraz też podał boyowi drugie wiaderko. Krajowcy zacieśnili półkrąg, podczas gdy ich towarzysz własnoręcznie dopełniał wiadro stojące przed Tomkiem.

— Teraz wasza dobrze patrzeć! — głośno powiedział Tomek.

Zaczął wykonywać rękami niby to jakieś kabalistyczne znaki nad wiadrem. Potem znieruchomiał z wyciągniętymi przed siebie rękami i głośno w polskim języku wypowiedział „straszliwe zaklęcie”:


„Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.”


Smuga, słysząc owo „wezwanie do nadprzyrodzonych mocy”, omal nie parsknął śmiechem. Szybko wiec pochylił głowę na piersi. Wilmowski poczerwieniał i natychmiast zakrył twarz dłońmi, a Zbyszek Karski aż otworzył usta ze zdumienia. Kapitan Nowicki nie gorzej od współziomków znał „Pana Tadeusza”, toteż z wielkim trudem zapanował nad sobą i półgłosem zawołał:

— A niech cię wieloryb połknie!

Tomek natomiast, nie spuszczając wzroku z krajowców, ponurym głosem zakończył recytację i zawołał łamaną angielszczyzną:

— Woda palić się!

Powolnymi ruchami wydobył z kieszeni pudełko zapałek, wyjął jedną i zapaliwszy ją pochylił się nad wiadrem.

Jęk przestrachu czy niezmiernego podziwu wyrwał się z ust Papuasów. Woda w wiadrze buchnęła płomieniem. Przygarbieni, ostrożnie cofali się krok za krokiem od wiadra, w którym płonęła woda. Tomek mierzył ich wzrokiem spod przymrużonych powiek. Niezmiernie rad z tak olbrzymiego wrażenia, zdjął kurtkę i szybkim ruchem nakrył wiadro. Po chwili odkrył je. Pomruk ulgi rozbrzmiał wśród krajowców. Ogień został zgaszony.

— Ain’u’Ku, spytaj ich, czy teraz pójdą z nami. Jeśli odmówią, polecę zapalić wodę w strumieniu — odezwał się Smuga.

Boy, zalękniony potężnymi czarami, pospiesznie zwrócił się z zapytaniem do tragarzy. Tym razem na odpowiedź nie czekał długo.

— Teraz oni wszyscy idą do Popole, all right — oświadczył. — Master mnóstwo wielki czarownik!

— Późno już, szybko rozdziel bagaże i ruszamy w drogę — rozkazał Smuga.

Tragarze bez jakichkolwiek sporów brali wyznaczone im przez Ain’u’Ku pakunki, wciąż jeszcze komentując „niezwykłe” wydarzenie. Tomek tymczasem został otoczony przez młodych przyjaciół.

— Tommy, jak tyś to zrobił? Pierwszy raz widziałam coś podobnego! — zawołała Sally głosem pełnym podziwu.

— Byłeś wspaniały, Tomku! — zachwycała się Natasza.

— Czy w tym drugim wiaderku, które pan kapitan podał boyowi, naprawdę była woda? — niedowierzająco zapytał James Balmore. — Tutaj chyba jest klucz do rozwiązania twojej sztuczki?!

— Zaledwie wstałem dzisiaj rano, pan kapitan zażądał ode mnie jednego litra nafty... — wyjaśnił Zbyszek Karski.

— Od razu domyśliłem się tego — powiedział Balmore. — Muszę przyznać, że nawet w cyrkach nie widziałem zręczniej wykonywanych sztuczek!

— Jeśli nie będziesz chciał pisać książek, jak doradzał ci pan Nowicki, to na stare lata masz jeszcze jeden fach w ręku! Mógłbyś zostać sztukmistrzem — zażartował Zbyszek.

— Przestańcie pokpiwać ze mnie — ofuknął ich Tomek. — To raczej smutne, że są jeszcze na świecie ludzie, których można otumanić bzdurnymi sztuczkami!

— Oczywiście, wszyscy zgadzamy się z tobą, ale nie jesteśmy temu winni, że rządy kolonialne nie troszczą się o Papuasów, którzy od wieków tkwią w najrozmaitszych przesądach i zabobonach — odpowiedział Zbyszek.

— Im bardziej są zacofane podbite ludy, tym łatwiej można je wykorzystywać — poważnie dodała Natasza. — Taką samą politykę stosuje Rosja carska wobec krajowców zamieszkałych na Syberii. Wierzę jednak, że niedługo upomną się oni o swe słuszne prawa.

— Znajdujemy się w bardzo trudnej sytuacji, nie mamy wyboru — wtrącił Balmore. — Rozsądne argumenty nie przekonałyby naszych naiwnych tragarzy tak wymownie, jak niezrozumiała dla nich zabawna sztuczka.

— Tylko, dlatego zgodziłem sieją zademonstrować — powiedział Tomek. — Mój ojciec nie pochwala takich metod. Spójrzcie, jaki nachmurzony.

— Pan Wilmowski jest niezwykle szlachetnym człowiekiem — stwierdził Balmore. — Na pewno doskonale rozumie nasze położenie i nie ma do ciebie żalu.

— Wiem o tym, ale mimo to jest mi przykro — odparł Tomek.

— Przypomnijcie wieczorem, to opowiem wam, jak w Afryce pokonałem pewną sztuczką opór złośliwego czarownika, a później wyjaśniłem wszystkim naszym tragarzom, na czym ona polegała.

— Spłatałeś doskonałego figla temu czarownikowi — śmiejąc się przyznały Natasza.

— Dzięki temu nie mógł potem oszukiwać nią naiwnych współziomków — zakończył Tomek.


* * *

Karawana znów szła ubezpieczonym szykiem. Wolno wspinała się dziką ścieżką na spłaszczony grzbiet górski. Po jej brzegach rosły kępy drzew pandanowych, przypominające wyglądem wielkie świece o długich, zielonych płomieniach. Smuga i Tomek wysunęli się znacznie do przodu. Od czasu do czasu przystawali w przestronniejszych miejscach i przez lunetę upewniali się, czy krocząca za nimi karawana nie zbacza z właściwego kierunku. Sally właśnie wypatrzyła zwiadowców odpoczywających na występie skalnym i zaraz zawołała:

— Oho, znów przystanęli i obserwują nas! Wobec tego również możemy się zatrzymać na krótki odpoczynek!

— Zgoda, tragarze zostali nieco w tyle, poczekajmy na nich — odparł Wilmowski.

Bentley przysiadł na zwalonym pniu drzewa. Inni poszli za jego przykładem. Wilmowski zapalił fajkę, podczas gdy młodzież spoglądała na panoramę rozciągającą się u ich stóp. W licznych załomach odnóg głównego łańcucha górskiego drzemały mgliste doliny, przez które przebijały sobie drogę wartko płynące, kręte strumienie. Głęboko wciśnięte w doliny, łudziły wzrok swą pozorną bliskością, lecz w rzeczywistości dotarcie do nich pochłaniało nieraz kilka dni uciążliwego wspinania się i schodzenia po stromych stokach. Z wysoko położonego górskiego grzebienia cała okolica przypominała gruby, puszysty, zielony dywan.

— Jakże malownicze są te wiecznie zielone lasy! — wyrwał się Zbyszkowi okrzyk zachwytu. — Wprost nie mogę oderwać wzroku od tego wspaniałego, surowego pejzażu!

— Czy sądzisz, że wszystkie drzewa w tropikalnym lesie bez przerwy są pokryte liśćmi, kwitną i owocują? — zapytał Wilmowski.

— Oczywiście, przecież niejednokrotnie czytałem w książkach podróżników o wiecznie zielonych lasach w ciepłych krajach — odparł Zbyszek. — To, co sam widzę obecnie, całkowicie potwierdza ich relacje.

Wilmowski uśmiechnął się wyrozumiale i odrzekł: — A jednak mylisz się, mój chłopcze! Opowieści o wiecznie zielonych drzewach są wynikiem dość powierzchownego poznania dżungli. Wystarczy przeprowadzić dokładniejsze obserwacje, aby stwierdzić, że w tropikalnym lesie jedynie nieliczne gatunki drzew rosną bez przerwy[74], podczas gdy prawie wszystkie inne przechodzą kolejno okresy wzrostu i odpoczynku. Złudzenie wiecznej zieloności dżungli sprawia fakt, iż poszczególne drzewa z tego samego gatunku tracą ulistnienie w różnym czasie. Dlatego też obok pemoulistnionych rosną drzewa bezlistne oraz pokryte młodymi liśćmi.

— Nigdy o tym nie słyszałem, wujku — zdumiał się Zbyszek. — Czyżby mylili się podróżnicy, którzy odbywali wyprawy przez dżungle?!

— Po prostu opierali się na powierzchownych spostrzeżeniach. Lasy tropikalne sprawiają wrażenie „wiecznie” zielonych, ponieważ zawsze przeważają w nich drzewa ulistnione. Łatwo to zrozumieć, skoro już wiemy, że drzewa należące do jednego gatunku kwitną w różnym czasie. Nie jest to jednak zjawisko powszechne wśród roślin lasu tropikalnego.

— To właśnie chciałem podkreślić — wtrącił Bentley. — Dość znaczna liczba roślin posiada niezmiernie oryginalną właściwość jednoczesnego zakwitania na znacznych obszarach, nawet w tym samym dniu. Wystarczy dla przykładu wspomnieć storczyki...

Pojawienie się na ścieżce Ain’u’Ku na czele długiego łańcucha tragarzy przerwało rozmowę. Bentley zaraz powstał z pnia i rzeki:

— Ruszamy w drogę! Nasi zwiadowcy również już ukończyli odpoczynek.

Przez jakiś czas wspinali się na grzbiet masywu górskiego, w końcu wkroczyli na wąski próg leżący nad skrajem przepaści. Nie było tam żadnych śladów ludzkiego życia. Dziką ścieżkę pokrywała gruba warstwa zwiędłych i skruszonych liści, pod którymi zdradliwą pułapkę dla stóp wędrowców stanowiły niewidoczne korzenie drzew oraz kamienie. Mech porastał olbrzymie pnie, zwisające nisko tub złamane gałęzie tarasowały drogę. Korony gęsto w tej okolicy rosnących drzew tworzyły w górze zwartą zasłonę, toteż głębia lasu była ponura, pełna niepokojącej ciszy. Karawana w milczeniu przedzierała się przez leśną głuszę. Idący na przedzie często byli zmuszeni torować drogę, wycinając nożami liany. Dopiero około południa utrudzeni podróżnicy z radością powitali długi, łagodnie opadający stok górski. Wprawdzie i teraz szli przez gąszcz tropikalnej zieleni, lecz nieostrożne stąpnięcie nie groziło już, komu stoczeniem się w przepaść. Huk wody strumienia, przecinającego dolinę leżącą u stóp górskiego masywu, stawał się coraz silniejszy. Las z wolna rzednął, promienie słoneczne rozjaśniały półmrok. Na brzegu strumienia Smuga dał hasło do odpoczynku. W tym miejscu szerokość koryta nie przekraczała trzydziestu metrów; można było przeprawić się na drugi brzeg przeskakując z kamienia na kamień. Teraz jednak, po gwałtownym deszczu, wezbrana zielonkawa woda pieniła się i kłębiła pomiędzy oślizłymi głazami i drzewami zwalonymi ze stoku.

W pierwszej chwili nikt nie myślał o przeprawie ani o posiłku. Balmore zaraz rozesłał na ziemi koc dla dziewcząt, inni siadali na omszałych kamieniach i pniach drzew. Tylko Smuga z Tomkiem dozorowali tragarzy składających na ziemię bagaże.

Kapitan Nowicki przysiadł obok Sally i zagadnął:

— Ejże, czy jeszcze nie uprzykrzyła ci się ta diabelska wyprawa? Pannie Nataszy mina nieco zrzedła! Zmęczone jesteście, ale mimo to radzę najpierw sprawdzić, czy przypadkiem nie oblazły was te obrzydliwe zwierzaki.

— Jakie zwierzaki ma pan na myśli? — zapytała Sally, podejrzliwie zerkając na lubiącego żarty marynarza.

— Czy to możliwe, żebyście same nic nie spostrzegły?! — zdziwił się Nowicki. — Pijawki sypały się z drzew jak ulęgałki w sadzie u mego dziadka, mieszkającego w Jabłonnie koło Warszawy, a one nawet ich nie zauważyły!

— Niech pan nas nie straszy, kapitanie! — zawołała Natasza.

— To naprawdę nie żarty, proszę pani! — odezwał się Stanford, który razem z Nowickim szedł w tylnej straży. — Nasi tragarze prawie przez całą drogę strząsali ze swych nagich ciał to robactwo! Im też szczególnie dało się ono we znaki. Jak zauważyłem, w tej okolicy aż się roi od lądowych pijawek[75].

— A jakże, pełno ich było w trawie, na krzakach i drzewach — dodał Nowicki. — Naprawdę zmyślne zwierzaki! Widocznie potrafią wyniuchać swą ofiarę nawet z pewnej odległości, gdyż z liści drzew gromadnie spadały na naszych nagich tragarzy. Zobaczcie tylko, jak mocno są poranieni!

Przerażone dziewczęta natychmiast zaczęły oglądać swe nogi, ale na szczęście długie buty, sztylpy oraz ubrania ochroniły białych podróżników przed napaścią pasożytniczych robaków. W tej właśnie chwili nadszedł Tomek; widząc obydwie panienki przepatrujące swe ubrania, zapytał:

— Czy pijawki dały się wam we znaki? Mnie spadła jedna na kark. Nie mogłem jej zdjąć, dopóki jak bąk nie napęczniała krwią. Nataszo, daj mi trochę waty i nadmanganianu potasu. Muszę wydezynfekować rany na ciałach naszych tragarzy.

— Może mam ci pomóc, Tomku? — natychmiast zaproponowała Natasza.

— Dziękuję, lepiej odpocznij. Damy sobie radę z panem Smugą.

— To męska sprawa, szanowna pani — odezwał się Nowicki. — Czekaj, brachu, idę z tobą! Wiesz przecież, że w potrzebie potrafię nawet kulę wyłuskać z rany! Tylko pociągnę łyk mojej jamajki i zaraz będę gotów!

Krajowcy okazali się bardzo wytrzymali na ból. Po ciałach wielu z nich, z ran zadanych przez pijawki, krew płynęła strużkami, ponadto podczas marszu przez dżunglę inne robactwo pożerało im się w skórę pomiędzy palcami nóg. Papuasi odrywali pijawki zaostrzonymi patykami, natomiast bambusowymi nożami wycinali robaki usiłujące zagnieździć się w ich stopach. Nikt się nie skarżył i nie narzekał. Smuga polecił Ain’u’Ku przynieść wiadro wody ze strumienia. Krajowcy zaintrygowani natychmiast otoczyli go zwartym kołem. Nadejście Tomka z Nowickim jeszcze bardziej zwiększyło ich zaciekawienie. Po porannym pokazie „palenia” wody spodziewali się zapewne nowego dowodu czarnoksięskiej mocy białego master.

— Tomku, wsyp nieco więcej nadmanganianu do wody, rany po ukąszeniu pijawek nie przestają krwawić. Przypuszczam, że w wydzielinie tych robaków znajduje się jakaś substancja przeciwdziałająca krzepnięciu — powiedział Smuga. — Należy również wysmarować tragarzom skórę między palcami nóg. Niektórzy powycinali sobie kawałki ciała razem z robakami.

— Dobrze, proszę pana, zaraz przygotuję odpowiedni roztwór — odparł Tomek, po czym otworzył słoik i zaczął wsypywać nadmanganian potasu do wody w wiadrze. Głuchy szmer podziwu rozległ się wśród krajowców. Zdumieni wpatrywali się w wodę, która przybierała coraz ciemniejszy fioletowy kolor.

— Master mnóstwo wielki czarownik! — zawołał Ain’u’Ku.

— Wielki czarownik! — powtórzyli inni.

— A to ci heca, brachu! — po polsku szepnął kapitan Nowicki. — Jak amen w pacierzu zostaniesz tutaj królem czarowników!

Trójka przyjaciół nie mogła wprost nadążyć w dezynfekowaniu okaleczeń. Wszyscy tragarze chcieli być pomalowani czarodziejską wodą. Nawet ci, którzy nie posiadali otwartych ran, sami kłuli się nożami. Nie pomogły żadne perswazje. Dopiero całkowite wyczerpanie się roztworu w wiadrze umożliwiło podróżnikom ciężko zapracowany odpoczynek.


Загрузка...