Narada została przerwana, w tej chwili, bowiem drzwi się uchyliły i do palarni zajrzały dziewczęta. Za nimi widać było Zbyszka Karskiego i Jamesa Balmore’a.
— Przygotowałyśmy drugie śniadanie — oznajmiła Sally. — Czy mamy je podać w palarni, czy też może panowie wolą przejść do jadalni?
— To już zależy od naszych gości — odrzekł kapitan Nowicki.
— Proponowałbym kontynuować rozmowy przy śniadaniu. W ten sposób zaoszczędzimy czasu — odezwał się Bentley.
— Święta racja! Wobec tego podajcie nam śniadanie tutaj — zarządził Nowicki.
— Jeśli państwo życzycie sobie przysłuchiwać się rozmowie, to prosimy wszystkich do nas — powiedział Hart. — Chyba nie macie panowie nic przeciwko temu?
— Oczywiście, że nie! Nie chcieliśmy zbyt wcześnie budzić naszej młodzieży, ale informacje pana Bentleya wszystkim się przydadzą — odpowiedział Smuga. — Prosimy!
Pani Allan pomogła dziewczętom nakryć stół i już po kwadransie narada potoczyła się dalej.
— Dotychczas pan Bentley wtajemniczył nas w historię badań w Papui. Teraz dla ogólnej orientacji powinniśmy poznać prace odkrywcze w pozostałych dwóch częściach Nowej Gwinei — zagaił Smuga.
— Może zaczniemy od holenderskiej — zaproponował Wilmowski.
— Kolonialne rządy niewiele robią dla naukowego zbadania kraju — zaczął Bentley. — Jak dotąd we wszystkich trzech częściach Nowej Gwinei przeważnie działają geologowie, wysyłani przez wielkie przedsiębiorstwa górnicze i metalurgiczne. Badania ich ograniczają się więc jedynie do poszukiwań cennych minerałów i surowców. Dlatego też wcale nie badano okolic trudno dostępnych, jak i nie interesowano się krajowcami[28].
W holenderskiej części Nowej Gwinei do roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego trzeciego prawie wcale nie prowadzono badań wnętrza wyspy. Nieliczne wyprawy docierały jedynie do części wybrzeża. Angielski przyrodnik i podróżnik Alfred Russel Wallace przebywał w połowie dziewiętnastego wieku w Dorei na północnym zachodzie. Jego cenne badania etnograficzne, językowe i w dziedzinie geografii zwierząt objęły wyspy Indonezji od Półwyspu Malajskiego aż do Nowej Gwinei.
— Proszę pana, czy to właśnie ten uczony stworzył podział całego świata na krainy zoograficzne? — zapytał Tomek.
— Nie mylisz się, mój drogi, jemu to zawdzięczamy — potwierdził Bentley. — Po nim dopiero w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym pierwszym rozpoczął trzykrotne badania Nowej Gwinei rosyjski podróżnik Mikołaj Mikłucho-Makłaj[29]. Badał on północno-wschodni brzeg, zwany odtąd Wybrzeżem Makłaja, oraz wybrzeże zachodnie.
— Czytałam kilka artykułów tego podróżnika w czasopismach rosyjskich — zauważyła Natasza. — Wydaje mi się, że musiał być niezwykłym człowiekiem. Przez pewien czas żył wśród Papuasów, uczył ich używania noża i siekiery oraz próbował organizować wspólnotę plemienną. Nazywali go Tamo Ruś. Nigdy bym się nie odważyła sama przebywać wśród ludożerców.
— Ja także czytałem niektóre jego prace drukowane w prasie niemieckiej — wtrącił Wilmowski. — Teraz prosimy pana Bentleya o dalszą relację.
— Mniej więcej w tym samym czasie Włoch Albertis badał pasmo gór Arfak, a Mayer przeszedł od Cieśniny McClure’a do zatoki Geelvink — kontynuował Bentley zerkając w notatki. — Drugi okres badań rozpoczął się dopiero po roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim. Vraza poszerzył region uprzednio zbadany przez Albertisa i następnie w tysiąc dziewięćset trzecim poszedł w głąb kraju na wschód od Geelvink. W południowej części holenderskiej Nowej Gwinei badał w roku tysiąc dziewięćset czwartym rzekę Digul. Dopiero rok temu dokonano pomiarów na rzekach południowego wybrzeża. Według najświeższych informacji gubernatora w Port Moresby, rozpoczęto badania rzeki Mamberamo[30].
— A jak przedstawia się sprawa w niemieckiej kolonii? — zapytał Smuga.
— Po zainteresowaniu się przez Niemców Nową Gwineą, Finsch objął pomiarami około tysiąca mil linii brzegowej — wyjaśnił zoolog. Odkrył Rzekę Cesarzowej Augusty, którą krajowcy nazywają Sepik. W dwa lata później Dallmann przewędrował około czterdziestu mil wzdłuż jej koryta, zaś admirał von Schleinitz i Schrader zbadali ją na odcinku trzystu dwudziestu sześciu mil od ujścia.
Inni podróżnicy badali wybrzeże między zatoką Astrolabe, rzeką Sepik i zatoką Huon. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym siódmym Schrader i Schleinitz ponownie badali Sepik prawie do granicy terytorium holenderskiego. Dziesięć lat później Lauterbach wyruszył z zatoki Astrolabe w Góry Bismarcka i odkrył rzekę Ramu. Ostatnio Dammköhler i Fröhlich badali okolice rzek Markham i Sepik. Jak więc widzicie, badania nie postępują zbyt szybko we wszystkich trzech częściach wyspy.
— Ma pan rację! Dotychczasowe wyprawy dostarczyły niewiele nowych informacji o wnętrzu kraju — powiedział Smuga. — Będziemy szli w nieznane.
— Niemiaszki tak jak i inni prowadzą w koloniach próżniaczy żywot — wtrącił Nowicki. — Z doświadczenia jednak wiemy, że lepiej dla krajowców, gdy koloniści zbytnio nie wpychają swego nosa w ich sprawy.
— Słusznie, kapitanie, nie jestem nawet pewny, czy rozsądnie dla nas byłoby dołączać się do jakiejś rządowej ekspedycji. Nam przecież nie chodzi o podbój kraju. Tym samym łatwiej możemy nawiązać kontakt z krajowcami[31].
— No, wydaje mi się, że czas już przystąpić do podpisania umów — odezwał się dyrektor Hart. — Proponuje wspólnie udać się do notariusza. Poleciłem sporządzić odpowiednie dokumenty.
— Natychmiast po podpisaniu umów każdy uczestnik otrzyma czek na umówioną zaliczkę — dodał Bentley. — Pieniądze będą potrzebne na zakupienie ekwipunku osobistego. Kapitanie, kiedy pański jacht może wyruszyć w drogę?
— Hm, za dziesięć dni będę gotowy — odparł kapitan po krótkim namyśle.
— A więc za dziesięć dni podnosimy kotwicę — postanowił Bentley. — Teraz bierzemy się do pracy!
Jeszcze tego popołudnia Smuga dokonał rozdziału funkcji miedzy poszczególnych uczestników wyprawy. Przedstawiał się on następująco:
Smuga Jan — kierownik wyprawy;
Nowicki Tadeusz — strzelec-tropiciel i zbrojna straż;
Wilmowski Tomasz — strzelec-tropiciel i zbrojna straż;
Wilmowski Andrzej — prace badawcze;
Bentley Karol — prace badawcze;
Allan Sally — preparatorka i nadzór nad kuchnią;
Natasza Władimirowna Bestużewa — sanitariuszka i nadzór nad kuchnią;
Karski Zbigniew — intendent;
Balmore James — preparator i prace obozowe;
Stanford Jack — preparator i prace obozowe;
Wallace Henryk — preparator i prace obozowe.
Ponadto podczas żeglugi morskiej wszyscy wchodzili w skład załogi i podlegali kapitanowi Nowickiemu. Stała czteroosobowa załoga „Sity” nie miała brać udziału w ekspedycji na lądzie. Zadaniem jej było czuwanie nad bezpieczeństwem jachtu.
Oczywiście wierny Dingo, którego Tomek otrzymał w podarunku od Sally podczas pierwszej bytności w Australii, miał również ważne zadanie do wypełnienia podczas wyprawy. Był on doskonale wytresowany w tropieniu wszelkiej zwierzyny oraz w pełnieniu służby wartowniczej w obozie i podczas marszu.
Przez cały następny tydzień pracowano od świtu do późnej nocy. Kapitan Nowicki niemal nie schodził z jachtu. Z Dingiem u nogi zaglądał do wszystkich zakamarków, nadzorował robotników zatrudnionych przy wewnętrznej przebudowie jachtu. Inni uczestnicy wyprawy zwozili najrozmaitsze towary zakupione przez Bentleya, które magazynowali w specjalnych pomieszczeniach w parku Taronga, segregowali je, spisywali i pakowali do skrzyń z cienkiej blachy, a w końcu starannie zalutowywali. Natasza nie brała udziału w tych pracach, gdyż w tym czasie odbywała praktyczne przeszkolenie w sydnejskim szpitalu.
Tomek wprost dwoił się i troił, szkoląc Zbyszka w jego odpowiedzialnej funkcji. Przecież najmniejsze niedopatrzenie mogło potem grozić utratą cennego sprzętu czy zapasów żywności, nie do zdobycia w dzikiej dżungli. Stopniowo dziesiątki skrzyń przewieziono na statek. Dopiero ósmego dnia Tomek poprosił „sztab” wyprawy o ostateczne sprawdzenie książki intendenta. Wszystkie blaszane skrzynie i wory brezentowe oznaczone były numerami, które figurowały w książce magazynowej wraz z podaniem zawartości, wagi czy ilości różnych towarów. Smuga wolno odczytywał na głos pozycję po pozycji.
Najpierw zaewidencjonowane były przedmioty gospodarcze, a więc:
2 namioty czteroosobowe, 2 dwuosobowe i 2 duże z siatki antymoskitowej do prac naukowych i preparatorskich, 10 moskitier, 4 rozkładane łóżka z bambusa z daszkiem i moskitierami, 10 hamaków, 15 ciepłych, lekkich koców, blaszane miseczki do jedzenia, łyżki, widelce, kubki, garnki, kuchenka spirytusowa, lampa naftowa, składana brezentowa wanienka do mycia, mydło i różne przybory toaletowe, bańka nafty, 3 bańki spirytusu oraz komplet podstawowych narzędzi i apteczka.
W następnej kolejności znajdowały się zapasy żywności: konserwy mięsne i rybne, mąka, kasze, ryż, groch, fasola, sól, cukier, herbata, kawa, miód, suchary i tytoń.
Polem figurowały przedmioty konieczne do prac naukowych: przyrządy pomiarowe, kompasy, mikroskop, aparat fotograficzny wraz z wyposażeniem, przybory oraz chemikalia potrzebne do preparowania okazów fauny i flory, siatki do chwytania owadów, pułapki, słoje, blaszane puszki i skrzynki.
Osobisty ekwipunek każdego członka wyprawy składał się z podwójnych kompletów dwóch rodzajów ubrań: do marszu przez dżunglę — miękki płócienny kapelusz, cienka koszula z długimi rękawami, długie płócienne spodnie, których dolną część nogawki chowało się w pół-wysokie sukienne kamasze; do marszu przez lekki teren — szorty, kurtki z krótkimi rękawami, pończochy i półwysokie sukienne kamasze.
Ponadto każdy zabierał 4 komplety bielizny, skarpety, brezentową kurtkę z kapturem, buty podbite gwoździami do marszu w górach, a kobiety dodatkowo spódnice i sztylpy.
Przedostatni dział obejmował środki płatnicze dla krajowców: siekiery, różne noże, łuki, strzały, koraliki, lusterka, organki, barwne bawełniane materiały, tytoń w czarnych laseczkach, skrzynie dużych i małych muszel, sól i jako prowiant dla tragarzy — konserwy oraz ryż.
Na samym końcu figurował arsenał wyprawy: sztucery, karabiny, broń krótka, fuzje, karabinki małokalibrowe do polowania na mniejsze ptaki, amunicja i rakiety.
Oddzielne zapasy żywności znajdowały się na jachcie na czas podróży morzem. Przegląd ekwipunku trwał niemal do wieczora; uznano, że przygotowania do wyprawy zostały ostatecznie zakończone. Według oświadczenia kapitana Nowickiego „Sita” miała być gotowa do wyjścia w morze dopiero za trzy dni. Wobec tego gościnny dyrektor Hart zaproponował podróżnikom zwiedzenie miasta oraz jednodniową wycieczkę na morską plażę w Narrabeen.
Tomek z entuzjazmem podchwycił ten projekt. W czasie pierwszej bytności w Australii poznał Melbourne, rodzinne miasto Bentleya, teraz wiec miał możność porównać je z Sydney.
Następnego ranka dwoma powozami wyruszyli do miasta. Dyrektor Hart okazał się doskonałym przewodnikiem. Najpierw, więc przemknęli przez tonące w zieleni ogrodów podmiejskie, południowe dzielnice willowe, poprzecinane zatoczkami i lagunami, po których pływały setki żaglówek.
Potem zwiedzili ogród botaniczny i zoologiczny, muzea, kościoły, robili drobne zakupy w handlowym śródmieściu, a w końcu przybyli do nabrzeża portowego.
Przez cały czas Tomek dzielił się spostrzeżeniami ze swymi młodymi przyjaciółmi, z którymi jechał w jednym powozie. Przede wszystkim wyjaśnił im, że Sydney jest czwartym, a Melbourne piątym miastem pod względem wielkości na półkuli południowej. Tylko południowoamerykańskie miasta: Buenos Aires, Sao Paulo i Rio de Janeiro były od nich większe. W tych dwóch miastach koncentrował się handel, przemysł, instytucje kulturalne i naukowe Australii. Z nich wywożono w świat główne australijskie produkty: wełnę, mięso, skóry i pszenicę.
Całe Sydney miało charakter wybitnie portowy. Południową i północną cześć miasta rozdzielała zatoka Port Jackson, która wrzynała się w ląd dziesięciokilometrowym lejem, aż do ujścia rzeki Parramatta. Nieregularne linie wybrzeży tworzyły dziesiątki zatok i cichych przystani.
Przystanęli nad brzegiem, aby przyjrzeć się panoramie północnej części miasta, położonej po drugiej stronie zatoki Port Jackson. Usiedli na ławkach rozległego zieleńca wysadzanego krzewami i palmami.
— No cóż, Tomku, jak się panu podoba nasze Sydney? — zapytał Hart.
— Nie chciałbym urazić pana Bentleya, lecz wydaje mi się ładniejsze od Melbourne. Jest mniej symetrycznie zabudowane i dzięki temu nie tak monotonne — odpowiedział Tomek.
— Skoro tak, to może zechciałby pan tutaj zamieszkać? — zapytał Hart. — Mógłbym panu zaproponować odpowiednie stanowisko w zarządzie Parku Taronga.
— Nic z tego! Próbowałem kiedyś zatrzymać Tomka w Melbourne — wtrącił Bentley. — W odpowiedzi zaprosił mnie do Warszawy, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę.
— Cóż, zdanie można zmienić z biegiem czasu — wesoło powiedział Hart. — Nieraz stosunki rodzinne zmuszają do tego... Tomek zarumienił się, a Hart dodał:
— Niech się pan nie spieszy z odpowiedzią. Ponowię propozycję po zakończeniu waszej wyprawy do Nowej Gwinei.
— Dziękuję panu, zastanowię się nad tym — odparł młodzieniec.
— Jak amen w pacierzu, Tomek gotów osiąść na mieliźnie — tubalnie szepnął kapitan Nowicki do Smugi.
— Mnie także podoba się Sydney — rezolutnie zauważyła Sally.
— Powinniśmy obrać je za stolicę Związku Australijskiego.
— Oho, przemówiła przez panią mieszkanka Nowej Południowej Walii — zaoponował Bentley, od powstania bowiem Związku Australijskiego w roku 1900 Melbourne i Sydney współzawodniczyły o miano stolicy[32].
— Przekonacie się państwo, że w przyszłości Sydney będzie jeszcze piękniejsze — zapewnił Hart. — Słyszałem o projekcie, który doda miastu uroku. Mianowicie rozważa się możliwość zbudowania olbrzymiego mostu, który by połączył południowe i północne Sydney[33].
— Każda pliszka swój ogonek chwali — tubalnie mruknął Nowicki. — Ale mimo wszystko nie ma to jak nasza stara Warszawa!
W wesołym nastroju podróżnicy powrócili na „Sitę”. Tutaj ostatnie przygotowania do opuszczenia portu również dobiegały końca. Cały jacht lśnił jak lustro, wszędzie unosił się zapach świeżego lakieru.
Pani Allan była bardzo podniecona. Ani na krok nie odstępowała swej jedynaczki, polecała ją opiece przyjaciół. Był to przecież jej przedostatni dzień spędzony razem z córką przed wyruszeniem na wyprawę.
Rozmowy na jachcie przeciągały się do późnej nocy, lecz mimo to podróżnicy już o świcie zerwali się z posłań. Razem z Dingiem podążyli do przystani, skąd promem przepłynęli zatokę do północnego Sydney. Stamtąd wraz z Hartem pojechali powozami na uroczą morską plażę w Narrabeen. Wszyscy korzystali z orzeźwiającej kąpieli, gdyż gładkie, piaszczyste wybrzeże okalała połączona z morzem laguna, zabezpieczająca wycieczkowiczów przed ewentualną napaścią rekinów. Szczególnie Dingo, znudzony długim pobytem na jachcie, wprost szalał z radości. Piękny, słoneczny dzień minął beztrosko i wesoło.
Wieczorem wszystkie iluminatory „Sity” jarzyły się jasnym światłem. To kapitan Nowicki wydawał dla całej załogi i gościnnego Harta pożegnalną kolację. Już następnego dnia o świcie jacht miał wyjść w morze.