Przez półtora dnia karawana brodziła po rozległych zdradliwych mokradłach, rojących się od wszelkiego rodzaju gadów, płazów i robactwa. Czterech Mafulu niosło Sally w naprędce skleconej lektyce, szczelnie osłoniętej moskitierą. Tomek i Natasza nie odstępowali chorej ani na chwilę.
Tomek zatroskany spoglądał na dziewczynę. Starał się wprost odgadywać jej życzenia: podawał wodę do picia, ocierał twarz i dłonie z potu, karmił na postojach. Sally dziękowała mu nikłym uśmiechem i co chwila zapadała w niespokojną drzemkę.
Właśnie zatrzymali się na odpoczynek. Mafulu ostrożnie postawili lektykę na suchej kępie trawy. Sally spała. Pierś jej unosiła się w nierównym, ciężkim oddechu. Tomek najpierw upewnił się, czy jakiś natrętny owad nie przedostał się pod moskitierę, po czym odwołał na bok przyjaciół.
— Sally nie czuje się ani trochę lepiej — cicho powiedział zmartwiony. — Nie ma nawet siły rozmawiać...
— Nie rań mi serca, brachu! — rzekł Nowicki. — Głęboko wyciąłem zakażone miejsce, dokładnie wycisnąłem ranę. Niewiele jadu mogło się przedostać do krwi.
— Kapitan ma rację, nie trać ducha, Tomku — wtrącił Smuga. — Każdy by się czuł źle po takim zabiegu. To chyba naturalne! Teraz upoluj kilka papug. Ugotujemy rosół, to ją wzmocni.
Tomek zaraz wziął flobert, gwizdnął na Dinga i zniknął w dżungli. Zaledwie się oddalił, Smuga westchnął i powiedział:
— Nie chciałem jeszcze bardziej martwić Tomka, ale nie podoba mi się stan Sally.
— Ten wąż należy do bardzo niebezpiecznych, lecz kapitan spisał się gracko. Jakby całe życie spędził u nas w buszu — rzekł Bentley. — Każdy australijski ranczer musi umieć radzić sobie w takich wypadkach. Widziałem już niejednego ukąszonego przez jadowitego węża. Moim zdaniem nie mamy powodu do poważniejszych obaw. Sally wyliże się z tego!
— Niech pana uściskam, panie Bentley! Jakbyś mi pan serce balsamem posmarował! — zawołał wzruszony Nowicki. — Wolałbym sam zginąć, byle tylko tej ukochanej sikorce nic złego się nie stało! Cóż by Tomek począł bez niej?!
Wszyscy umilkli rozczuleni: poczciwy Nowicki sam sprawiał wrażenie chorego. Twarz miał posępną, oczy zaczerwienione i podpuchnięte.
— Głowa do góry, Tadku! — przerwał milczenie Wilmowski. — Sally jest młoda, silna, przetrzyma kryzys. Nie pokazujmy jej zasmuconych twarzy.
— Pan Bentley zna się na tym, powinniśmy mu wierzyć — dodał Smuga. — Tomek już wraca, ugotuje rosół!
Sally nakarmiona przez Tomka poczuła się nieco lepiej. Karawana ruszyła w drogę. Smuga chciał jak najprędzej wydostać się na płaskowyż. Bardziej suche powietrze mogło pomóc chorej w odzyskaniu zdrowia.
Następnego wieczora biwakowali już wśród rumowisk skalnych górskiego pasma. O świcie schodzili w dół zbocza po wąskiej, stromej ścieżynie. Smuga wciąż wyprzedzał karawanę i przez lunetę bacznie lustrował okolicę.
— Janie, czy znów błota przed nami? — niespokojnie zagadnął go Wilmowski, który zamiast Tomka szedł w czołówce.
— Płaskowyż wydaje się suchy — odparł Smuga. — Trochę tam trawiastych stepów i busz. Na dwóch stokach górskich wypatrzyłem dymy ognisk. Krajowcy by się nie zadomowili na moczarach.
— Dobra wiadomość! — ucieszył się Wilmowski. — Musimy jak najprędzej rozbić obóz. Sally konieczny jest spokój i dłuższy wypoczynek.
Przed samym południem wkroczyli na równinę porosłą wysoką trawą kunai. Smuga poprowadził karawanę wprost ku zboczom, na których uprzednio spostrzegł dymy wzbijające się w górę. Tam według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny się znajdować sadyby krajowców. Smuga z Nowickim szli na czele karawany. Obydwaj uważnie rozglądali się wokoło. Trawa sięgała im prawie do piersi, wiatr wiał z tyłu, więc na węchu Dinga nie mogli całkowicie polegać. Naraz w pobliżu rozbrzmiał przeraźliwy, potężny okrzyk. Z wysokiej trawy. jak spod ziemi, wyrośli ciemnobrązowi wojownicy. Zza podłużnych tarcz znów rozległ się mrożący krew w żyłach okrzyk wojenny: Ha-ha-ha-ha! Świst strzał z łuków nieco zmieszał szyk karawany. Biali podróżnicy natychmiast odpowiedzieli ogniem z karabinów.
Na szczęście tragarze Mafulu tym razem nie ulegli panice. Wspólne wielotygodniowe przeżycia przekonały ich, że biali łowcy nie są wrogami Kanaków. Toteż obecnie, w obliczu niebezpieczeństwa, wiernie stanęli u ich boku. W mgnieniu oka zaimprowizowali z bagaży barykadę wokół lektyki i chwycili za broń. Ostra palba karabinowa ostudziła wojenny zapał napastników. Jak złe duchy zniknęli w trawie, nie pozostawiając na pobojowisku nawet swoich poległych.
Smuga z Dingiem zaraz wyruszył na zwiad, podczas gdy Wilmowski i Nowicki zajęli się zranionymi tragarzami. Mafulu byli bardzo wytrzymali na ból i wcale nie przejęli się swoimi ranami. Napastnicy nie strzelali zbyt celnie. Większość strzał utkwiła w bagażach niesionych przez tragarzy, a tylko cztery trafiły w ludzi. Mafulu dzielnie sami powyrywali strzały z ran, zanim Wilmowski rozpoczął zakładanie opatrunków.
Niebawem Smuga powrócił z uspokajającymi wieściami. Napastnicy zapewne po raz pierwszy usłyszeli huk broni palnej, gdyż po niefortunnym natarciu umknęli w kierunku niedalekich wzgórz. Niebezpieczeństwo było na razie zażegnane, lecz należało pomyśleć o rozbiciu obozu w jakimś bardziej obronnym miejscu. Smuga nie chciał ryzykować zetknięcia się z wrogo usposobionym plemieniem, toteż poprowadził karawanę na północny zachód. Wilmowski co pewien czas wydobywał lunetę; starannie przepatrywał okolicę, lecz mimo to kapitan Nowicki pierwszy spostrzegł gołym okiem pasemko dymu unoszące się u stóp górskiego stoku.
— Andrzeju, spójrz no bardziej na prawo! — zaraz zawołał. — Dym snuje się tam nad zaroślami!
— Dobry masz wzrok, do licha! — Odparł Wilmowski, przyjrzawszy się przez lunetę górskiemu podnóżu. — Widzę wioskę otoczoną wysoką palisadą!
— Skoro tak, idziemy w tamtym kierunku — zadecydował Smuga. — Musimy za wszelką cenę nawiązać kontakt z krajowcami.
— A jeżeli przywitają nas strzałami? — zapytał Nowicki.
— Siłą nie możemy torować sobie drogi — odparł Smuga. — Jak widać, dolina jest zamieszkana przez liczne plemiona.
Przez jakiś czas szli w milczeniu. Na rozkaz Smugi, Mafulu utworzyli zwartą grupę, w której środku niesiono lektykę Sally. Obok niej kroczyli: Natasza, Zbyszek i Balmore. Wioska już była w pobliżu. Dingo strzygł uszami, węszył w powietrzu i przy ziemi. Nagle szarpnął mocno smyczą — pociągnął Tomka za sobą. Młodzieniec, z bronią gotową do strzału, zboczył ze ścieżki. Po chwili rozległ się jego głos:
— Hop, hop! Zobaczcie, co Dingo wytropił!
Obok okrągłej chaty, nakrytej poszyciem z trawy, zobaczyli stojącą na drewnianym słupku maleńką budkę z kory o stożkowatym dachu. W otworze jej bieliła się czaszka ludzka, leżąca na stosie ludzkich kości.
— Oryginalny grób przodka albo trofeum wojenne łowcy głów — cicho odezwał się Bentley.
Nowicki podejrzliwie zerkał na stojącą obok chatę. Niskie, owalne wejście do niej zastawione było związanymi w kratę prętami bambusowymi.
— Wygląda na to, że gospodarz czmychnął stąd przed nami — mruknął.
— Pal go licho, nie mamy tu czego szukać — odparł Smuga. — Idziemy do wioski. Tam się przekonamy, jak sprawy stoją!
Karawana zatrzymała się o kilkanaście metrów przed palisadą otoczoną głębokim rowem. W narożnikach obronnego ogrodzenia znajdowały się budki strażnicze. Ukryci w nich wojownicy pilnie obserwowali każdy ruch białych. Wilmowski zbliżył się do głębokiej fosy na wprost szczelnie zamkniętych wrót. Na gołej ziemi położył dary dla naczelnika wioski: dwa naszyjniki ze szklanych korali, lusterko, scyzoryk, którego zastosowanie ostentacyjnie zademonstrował, trochę prasowanego tytoniu i szczyptę soli. Na migi dał do zrozumienia, iż mieszkańcy wioski mogą zabrać podarunki, po czym wycofał się ku swoim.
Za palisadą dobrze musiano zrozumieć mowę znaków, wkrótce, bowiem wrota stanęły otworem, ukazując gromadę wojowników, których ręce i nogi pomalowane były na czerwono i żółto. Na głowach mieli pióropusze, a w rękach tarcze, luki, dzidy bądź maczugi nabijane kamieniami. Dwa długie pnie drzewne przerzucono przez fosę. Jeden z wojowników ostrożnie przeszedł po nich, osłaniając się podłużną tarczą. Podjął z ziemi podarunki i zaraz wycofał się za palisadę. Zaraz też rozbrzmiał tam beztroski szmer podziwu i zdumienia.
Biali podróżnicy, zadowoleni, przysłuchiwali się odgłosom płynącym zza ogrodzenia. Dary sprawiły dobre wrażenie. Niebawem upstrzony farbami krajowiec ukazał się w otwartych wrotach; ręką dał znak, że karawana może wejść do wioski, po czym zaraz skrył się za palisadą. Smuga bacznie obserwował uzbrojonych wojowników. Nigdzie nie było widać kobiet ani dzieci. Nasunęło mu to podejrzenie, że krajowcy mogą knuć jakiś podstęp. Po cichu porozumiał się z Wilmowskim, po czym tylko w towarzystwie Tomka, Bentleya i Ain’u’Ku przekroczył wrota, polecając im trzymać broń w pogotowiu.
Papuasi na powitanie poczęstowali gości wodą przyniesioną w bambusowych rurach. Najpierw sami napili się parę łyków z każdego naczynia, aby upewnić gości, że nie jest zatruta, a następnie podsunęli je podróżnikom. Smuga za pośrednictwem Ain’u’Ku próbował rozmówić się z mieszkańcami, lecz boss-boy mógł zrozumieć znaczenie jedynie niektórych słów wymawianych przez nich. Smuga nie był tym zdziwiony. W Nowej Gwinei niejednokrotnie mieszkańcy sąsiednich wiosek mówili różnymi językami[99]. Toteż teraz rozpoczął długą rozmowę na migi. Tomek i Bentley skorzystali z tego i nieznacznie zaczęli się rozglądać dokoła.
Osada składała się z kilkunastu gospodarstw odgrodzonych od siebie bambusowymi płotkami. Poszczególne gospodarstwa posiadały po dwie lub trzy okrągłe chaty o spadzistych dachach z trawy, osłaniających ściany do samego dołu. Natomiast podłogi w chatach, zrobione z bambusowych prętów, nie dotykały ziemi. Nad całą wioską, otoczoną masywną palisadą, dominowały budki strażnicze wzniesione w narożnikach ogrodzenia.
Tomek trącił Bentleya w łokieć i szepnął:
— Niech pan spojrzy na plac pośrodku wioski...
— Już je zauważyłem — cicho odparł Bentley, zerkając na prostokątny dziedziniec o mocno ubitej ziemi. Na nim to leżały, ułożone w szerokie kolisko, dobrze wypolerowane i przyozdobione malowidłami oraz koralikami ludzkie czaszki.
— Czyżby to byli łowcy głów? — zatrwożył się Tomek, nie mogąc oderwać wzroku od strasznego kotiska.
— To nie są trofea wojenne — zaprzeczył Bentley. — Znam, co nieco zwyczaje i przesądy Papuasów. Oni wierzą, że w ludzkiej głowie rodzą się złe i dobre duchy, które wywierają przemożny wpływ na życie i los każdego człowieka. Dlatego też kolekcjonują czaszki; jest to kult przodków i ma równocześnie chronić przed puri-puri, czyli czarami. Papuasi nieraz podkładają sobie pod głowy do snu czaszki zasłużonych krewnych, aby duchy zmarłych mogły przekazywać im rady i ostrzeżenia. Te czaszki zazwyczaj przechowują w Domach Duchów, gdzie mężczyźni zbierają się na narady, czasem w chatach, bądź też układają je tak, jak widzisz na tym placu, w magiczne kręgi.
— Zaobserwowałem już podobne wierzenia u Indian północnoamerykańskich — powiedział Tomek. — Wódz Czarna Błyskawica również odwiedzał magiczny krąg, utworzony z czaszek wielkich wodzów, gdy miał podjąć jakąś ważną decyzję[100]. Bentley, rozmawiając, rozglądał się uważnie. Naraz twarz jego pobladła; przysunął się bliżej Tomka i szepnął:
— A jednak to łowcy głów! Spójrz na ten prostokątny dom na końcu placu. To Dom Duchów! Czy widzisz czaszki zdobiące dach?!
— Tak, widzę! Lecz dlaczego pan sądzi, że oni są łowcami głów! Przecież mówił pan, że czaszki przodków przechowywane są w Domach Duchów!
— Te czaszki nie są czaszkami przodków! Przyjrzyj się im dobrze! Ani jedna nie posiada dolnej szczęki! Po tym właśnie odróżnia się czaszki zabitych wrogów od czaszek wielkich przodków — wyjaśnił Bentley.
— Nie wiedziałem tego — odparł Tomek, nie mniej przejęty od swego towarzysza.
— Oznacza to, że znajdujemy się w kraju łowców ludzkich głów — mówił Bentley. — Tutaj wojownik nabiera znaczenia wtedy dopiero, gdy może się poszczycić zdobyciem kilku czaszek...
— Powinniśmy zaraz powiedzieć panu Smudze o naszym odkryciu — doradził Tomek.
— Właśnie daje nam znaki, abyśmy się do niego zbliżyli — odparł Bentley.
Podeszli do Smugi. Widocznie osiągnął jakieś porozumienie ze starszym wioski, ponieważ wojownicy zdjęli strzały z cięciw łuków, a kobiety i dzieci zaczęty wychodzić z chat.
— Zaraz otrzymamy trochę żywności i ruszamy w drogę — oznajmił Smuga. — W pobliżu przepływa rzeka, na której znajdziemy małą wyspę. Na niej rozłożymy obóz.
— To bardzo dobra wiadomość, przyda się nam takie obronne miejsce — powiedział Bentley. — To łowcy głów!
— Wiem o tym — krótko odparł Smuga. — Później pogadamy, teraz chodźmy do naszych!
Karawana odpoczywała u wrót wioski, toteż niebawem znaleźli się wśród swoich towarzyszy.
— Jakie przynosicie wieści? — niecierpliwie zagadnął Wilmowski.
— Udało nam się zdobyć bardzo ważne informacje — wyjaśnił Smuga.
— Ci krajowcy należą do plemienia Bena Bena. Zachowują szczególną ostrożność, gdyż znajdują się w stanie wojny z sąsiednim plemieniem Ku-ku-ku-ku.
— Dlaczego Papuasi stale walczą?! — zapytał Zbyszek. — Do tej pory nie natrafiliśmy na tej wyspie na kraj, w którym panowałby pokój!
— Przesądy, prawa plemienne i obrzędy religijne stanowią, dla nich podnietę do wiecznego wojowania — odparł Smuga. — Teraz na przykład znajdują się w stanie wojny, gdyż podczas ostatniej burzy złe duchy rzuciły ognistą kulę na Dom Duchów w wiosce plemienia Ku-ku-ku-ku. Piorun spalił dom i wszystkie zgromadzone czaszki uległy zniszczeniu. Oczywiście czarownicy Ku-ku-ku-ku orzekli, że to czary plemienia Bena Bena ściągnęły na nich gniew złych duchów. Ku-ku-ku-ku rozpoczęli wojnę. Muszą jak najszybciej zdobyć nowe czaszki zabezpieczające przed czarami.
— Krótko mówiąc, przypadkowe uderzenie piorunu było powodem do rozpoczęcia wojny — zdumiał się Balmore.
— Trzęsienia ziemi i burze często niszczą w Nowej Gwinei chaty krajowców — wtrącił Wilmowski. — Dlatego też nie opłaci się tu budować trwalszych domów.
— Cała tragedia w tym, że przesądni Papuasi przypisują powodowanie burz i trzęsień ziemi swoim sąsiadom, na których zaraz dokonują zemsty — powiedział Bentley.
— Przypuszczam, że to właśnie wojownicy Ku-ku-ku-ku napadli na nas po drodze — domyślił się Wilmowski.
— Ja również tak sądzę — potwierdził Smuga.
— Obyśmy jak najprędzej znaleźli się na wyspie — wtrącił Tomek. — Biedna Sally znów czuje się gorzej!
— Rzeka jest blisko — pocieszył go Smuga. — Niebawem wyruszymy. Kobiety już niosą dla nas prowiant!
Gromada kobiet właśnie wychodziła z wioski. Niosły na plecach siatki z lian wyładowane jarzynami. Wkrótce też zaczęły składać przed podróżnikami słodkie kartofle, kukurydzę, laski trzciny cukrowej, ogórki i dzikie owoce. Smuga w zamian obdarował je szklanymi paciorkami, które przyjęły z głośnymi oznakami zadowolenia. Teraz naczelnik wioski ofiarował podróżnikom dużą świnię, a Smuga wręczył mu stalową siekierę. Pierwsze lody ostatecznie zostały przełamane.
Wkrótce kilkunastu wojowników Bena Bena dołączyło się do karawany, aby wskazać jej drogę do wyspy na rzece; uzbrojeni w tarcze, dzidy i łuki, kroczyli w przedniej straży razem ze Smugą. Nim godzina minęła, podróżnicy usłyszeli szum wody. Szerokość koryta rzeki nie przekraczała w tym miejscu sześćdziesięciu metrów. Konary olbrzymich drzew zwisały nad wodą. Podłużna wysepka, porośnięta bujną zielenią, leżała nieco w dole rzeki. Bena Bena wydobyli z ukrycia w nadrzecznym gąszczu cztery długie łodzie. Były one bańkowato wydrążone z pni drzew. Dla dodania równowagi każda łódź posiadała z jednej strony wykładki z belek z lekkiego drewna. Przeprawa nie trwała długo. Pojedyncza łódź mogła pomieścić do dwudziestu osób, wszyscy więc popłynęli równocześnie i niebawem wylądowali na wysepce. Stanowiła ona doskonałe miejsce na rozłożenie obozu. Głęboki, wartki nurt rzeki odgradzał ją ze wszystkich stron i zabezpieczał przed jakimś niespodziewanym napadem. Energiczny Smuga nie pozwolił nikomu na bezczynność, choć wszyscy byli bardzo zmęczeni. Natychmiast podzieli! uczestników wyprawy na grupy, którym powyznaczał odpowiednie zadania. Dzięki temu podczas gdy jedni oczyszczali teren na rozłożenie obozu, inni ogradzali go barykadą z pni drzew, która miała chronić przed rażeniem strzałami z nabrzeży rzeki, rozpakowywali bagaże, przygotowywali posiłek. Wojownicy Bena Bena obiecali zaopatrywać karawanę w świeże warzywa i zgodzili się na wypożyczenie łodzi. Nie chcieli jednak dłużej pozostać na wyspie. Ze względu na trwającą wojnę musieli zaraz wracać do swojej wsi. Tym razem kilku Mafulu pełniło rolę przewoźników.
Nim zapadł wieczór, prace obozowe zostały ukończone, Mafulu rozłożyli się przy ogniskach. Tajemnicze, ciche brzegi rzeki otulone gąszczem ciemnej zieleni nie nastrajały do tańców i śpiewu. Mafulu w milczeniu palili fajki, żuli betel i pilnie wsłuchiwali się w nocne pogwary płynące z dżungli. Biali łowcy do późnej nocy pracowali w podręcznym „laboratorium”, albowiem przy lada niedopatrzeniu zgromadzone okazy flory i fauny mogły ulec zniszczeniu. Jedynie Sally odpoczywała w swoim namiocie odwiedzana co chwila przez Nataszę i Tomka.
Świt poderwał wszystkich z posłań. Smuga zdał komendę Wilmowskiemu, a sam z kapitanem Nowickim i Tomkiem przeprawił się na brzeg rzeki. Postanowił rozejrzeć się po okolicy. Tym razem nie zabrał Dinga. Wierne psisko przez całą noc warowało przy posłaniu chorej i okazywało denerwujący wszystkich niepokój.
Trzej przyjaciele ostrożnie przedzierali się przez gąszcz. Nowicki pierwszy przerwał milczenie.
— Panie Smuga, coś mi się wydaje, że źle jest z naszą Sally — rzekł markotnie.
Smuga spod oka zerknął na Tomka, po czym westchnął ciężko i odparł:
— Wszystko bym oddał za to, aby w tej chwili mogła się znaleźć w szpitalu w Sydney.
— Do stu zgniłych wielorybów, powinniśmy zaraz ruszyć w powrotną drogę! — powiedział Nowicki.
Smuga przystanął. Położył dłoń na ramieniu Tomka i odparł:
— Od chwili, gdy Sally wydarzył się ten okropny wypadek, szukani najdogodniejszej drogi do wybrzeża. Nawet, jeśli Sally przetrzyma kryzys, będzie potrzebowała opieki lekarskiej. Dzisiaj właśnie chcę się przekonać, w jakim kierunku płynie ta rzeka. Według moich obliczeń to może być Purari lub któryś z jej dopływów. Moglibyśmy popłynąć łodziami.
— Dziękuję... — cicho szepnął Tomek drżącym głosem. — Wiem, że tak samo jak ja drżycie o życie Sally...
— Nie traćmy czasu na gadaninę! — gorączkowo powiedział Nowicki. — W drogę!
Dopiero około południa wracali do obozu. Nie ulegało wątpliwości, że rzeka płynęła na południe. Chcąc skrócić sobie drogę, Smuga postanowił wracać po cięciwie łuku rzeki. Szli, więc teraz wprost przez dżunglę, przyspieszając tempo przedzierania się ku brzegom rzeki. Byli już w jej pobliżu, gdy naraz Tomek przystanął. Pochylił się nad ziemią, a następnie przyklęknął.
— Stójcie! — cicho zawołał. — Tu są odciski bosych stóp! Smuga bez słowa przyklęknął obok niego. Uważnie przyjrzał się śladom.
— Tedy przechodziło kilku ludzi. Szli w kierunku rzeki — potwierdził po chwili spostrzeżenie Tomka.
— Przeszli tędy zaledwie kilka godzin temu... — rzekł młodzieniec.
— Może to Bena Bena drałowali z prowiantem dla nas — mruknął Nowicki.
— Nie, wioska Bena Bena leży na północnym wschodzie — zaprzeczył Smuga. — Te ślady wiodą z południowego wschodu.
— To mogli być Ku-ku-ku-ku — dodał Tomek. — Jak najprędzej wracajmy do naszych!
— Nie bądź w gorącej wodzie kąpany. Jeśli te zuchy naprawdę węszą w pobliżu obozu, to mamy dobrą okazję, aby ostudzić ich zapał — powiedział Nowicki.
— Masz rację, musimy się przekonać, czego oni tutaj szukają — powtórzył Smuga. — Chodźmy ich śladem!
Ruszył pierwszy z bronią gotową do strzału. Tropy wiodły wprost ku rzece. Smuga szedł coraz wolniej i ostrożniej. W milczeniu gestem nakazywał towarzyszom, aby zwracali baczną uwagę na korony drzew, gdyż tam mogli się ukrywać wrogowie. Już było słychać szum płynącej wody. Poprzez zarośla prześwitywała rzeka. Smuga przystanął, odwrócił się do przyjaciół przykładając palec do ust. Wzrokiem wskazał na nadbrzeżne drzewo.
Na rozłożystym konarze siedział ciemnoskóry wojownik. W rękach trzymał tuk i pierzaste strzały. Niemal nie odrywał wzroku od doskonale stąd widocznej wyspy na środku rzeki. Nowicki pytająco spojrzał na Smugę. W tej właśnie chwili zaszeleściły gałęzie. Smuga instynktownie uskoczył w bok. Ostrze dzidy trafiło w drzewo zaledwie o krok od jego piersi. Kilkunastu Ku-ku-ku-ku wyrosło jak spod ziemi. W nadrzecznym gąszczu rozgorzała walka wręcz. Jeden z napastników skoczył z gałęzi drzewa wprost na Tomka. Ten stracił równowagę i zwalił się na ziemię razem z Papuasem. Na szczęście zwinnym podrzutem ciała zdołał odwrócić się na plecy i chwycił w przegubie dłoń godzącą w niego ostrym nożem z bambusa. Uderzeniem kolana przerzucił napastnika przez siebie. Już z rewolwerem w dłoni poderwał się z ziemi, zanim jednak zdążył nacisnąć spust, celny strzał Smugi powalił wojownika.
Kapitan Nowicki odrzucił na bok karabin bezużyteczny w leśnym gąszczu. Jego twarde jak kamień pięści siały przerażające spustoszenie. Kogokolwiek dosięgnął ręką, ten padał jak rażony gromem. Toteż w kilku chwilach rozproszył napastników, którzy w gęstwinie również nie mogli zadawać ciosów dzidami bądź strzelać z luków. Smuga raz za razem naciskał spust rewolweru. Na odgłos walki na brzegu rzeki Wilmowski w obozie szybko zorganizował pomoc; od wyspy odbiły dwie lodzie pełne zbrojnych ludzi. Huk salwy karabinowej do reszty zniechęcił Ku-ku-ku-ku do kontynuowania napadu. Zanim nadpłynęła odsiecz, czmychnęli w zarośla.