Łowy na rajskie ptaki

Przeciągły krzyk nocnego ptaka wyrwał Tomka z półsnu. Zanim otworzył oczy, jego prawa dłoń zacisnęła się na kolbie tkwiącego za pasem rewolweru. Uniósł się na łokciu, po czym wychylił głowę przez otwór szałasu zbudowanego na konarach rozłożystego drzewa. Gdzieś w pobliżu rozległ się trzepot skrzydeł, a potem zapadła cisza. Ciemność w dżungli była obecnie jeszcze bardziej nieprzenikniona. Był to nieomylny znak, że niebawem nastanie dzień. Tomek, uspokojony, z powrotem legł na pachnącym posłaniu z trawy i liści. Krzyk ptaka nie przebudził ojca. Przez chwilę Tomek wsłuchiwał się w jego głęboki, trochę ciężki oddech. Ostrożnym ruchem nakrył ojca swoim kocem. Chłodne powietrze przesiąknięte było wilgocią. Młodzieniec zastanawiał się, czy zastosowany przez nich papuaski fortel myśliwski ułatwi im polowanie. Krajowcy często przygotowywali na drzewach zamaskowane zasadzki i ukryci w nich strzelali z łuków do ptaków nie podejrzewających niebezpieczeństwa. Obydwaj Wilmowscy skorzystali z doświadczeń krajowców; już czwartą noc czatowali w nadziemnym szałasie sporządzonym z gałęzi i lian, aby móc obserwować rajskie ptaki, żerujące na sąsiednich drzewach pandanowych obfitujących w ziarno. Życie i zwyczaje tych oryginalnych ptaków były dotąd w ogóle bardzo mało znane, toteż wszelkie obserwacje, poczynione w naturalnych warunkach, mogły posiadać dla ornitologii olbrzymie znaczenie; ponadto miały one umożliwić stworzenie rajskim ptakom, hodowanym w ogrodach zoologicznych, jak najdogodniejszych warunków bytowania, zbliżonych do naturalnych.

Podczas czterodniowych czat Wilmowski zanotował wiele cennych uwag. Okolica nie była nawiedzana przez krajowców; dzięki temu rajskie ptaki codziennie o świcie przylatywały do drzew pandanowych i żerowały, dopóki palące promienie słoneczne nie zmusiły ich do ukrycia się w cienistym buszu.

Poprzedniego wieczoru Wilmowski uznał, że posiada już dostateczny zbiór informacji o królewskim rajskim ptaku[90], spotykanym w większości niżej położonych regionów Nowej Gwinei. Nadchodzący ranek miał zakończyć czaty upolowaniem jednego lub kilku okazów tego gatunku rajskiego ptaka. Wiadomość ta bardzo ucieszyła Tomka; trochę było mu tęskno za Sally. Gdy tylko nie przebywali razem, zaraz niepokoił się o nią. Wiedział, że bardzo pragnie wyróżnić się jakimś sukcesem łowieckim podczas tej pierwszej w jej życiu wyprawy. Dlatego też obawiał się, aby nie popełniła jakiegoś nierozważnego czynu, który mógłby narazić ją na niebezpieczeństwo. Wyruszając z ojcem na kilkudniowe rozpoznanie, zlecił opiekę nad Sally kapitanowi Nowickiemu. Był pewny, że ten wierny druh wskoczyłby za nią w ogień. Mimo to pragnął już jak najprędzej znaleźć się w obozie. Niepokój Tomka nie był pozbawiony podstaw. Przeszło trzy tygodnie temu rozstali się w Popole z tragarzami najętymi w okolicy Port Moresby. Przy pomocy wiernego Ain’u’Ku zwerbowali nowych tragarzy i nie mogąc doczekać się powrotu „wielkiego białego ojca”, odważnie wyruszyli w nieznany kraj, rozciągający się na północ od płaskowyżu Popole. Teraz obozowali w pobliżu terenów wojowniczych Tawade, na których samo wspomnienie tragarze Mafulu dostawali gęsiej skórki. Wprawdzie gadatliwy Ain’u’Ku podtrzymywał na duchu swoich ziomków opowiadaniami o czarnoksięskiej potędze białych masters, lecz trudno było przewidzieć, jak zachowają się w razie nieoczekiwanego spotkania z okrutnymi wrogami. Rozmyślając o Sally, łowach i niebezpieczeństwach czyhających w głębi wyspy, Tomek ani się spostrzegł, że noc nagle poszarzała. Dopiero wrzask papug budzących się ze snu przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał w otwór szałasu. Już dniało. Odwrócił się do ojca. W tej właśnie chwili Wilmowski odrzucił koce i usiadł na posłaniu.

— Dawno już nie śpisz? — zapytał syna. — Nic nie słyszałem... Oddałeś mi swój koc, zmarzłeś zapewne?

— Krzyk jakiegoś nocnego ptaka zbudził mnie nad ranem i już nie mogłem zasnąć — wyjaśnił Tomek.

— Posilmy się trochę — zaproponował Wilmowski. — Zaraz rozpoczniemy czaty i polowanie. Może poszczęści nam się dzisiaj...

Tomek wyjął z myśliwskiej torby resztkę zapasów: kilka sucharów, małą puszkę konserw mięsnych oraz manierkę z wodą. W milczeniu pospiesznie zjedli śniadanie, po czym ostrożnie rozsunęli zbudowane z roślin ścianki nadziemnego szałasu. Tak ukryci w listowiu mogli obserwować wszystko, co się działo wokół nich, nie zwracając na siebie uwagi pierzastych, krzykliwych mieszkańców dżungli. Tropikalny las budził się do życia, witając świt prawdziwą fanfarą ptasich głosów. Wśród barwnych kwiatów, zwisających jak wspaniałe girlandy z gałęzi drzew, nie mniej barwne papugi prowadziły ożywione „dyskusje”. Małe białe kakadu o siarkowożółtych czubach gromadnie obsiadały dzikie drzewa owocowe; pokrewne im czarne kakadu[91], wielkie ptaszyska, żerowały na drzewach orzechowych, z łatwością krusząc twarde łupiny swymi dużymi, silnymi dziobami; na ciemnozielonym tle zieleni połyskiwały niezbyt wielkie lory[92] o upierzeniu czerwonym z dodatkiem jasnej zieleni lub purpury. U stóp drzew rozbrzmiewało w zaroślach gardłowe gruchanie leśnych dzikich gołębi, zwanych korońcami. Byty one typowo ziemnymi ptakami o nieco ciężkiej budowie, które chroniły się na drzewach jedynie uciekając przed jakimś niebezpieczeństwem. Z łatwością poznawało się te największe z żyjących gołębi po niebiesko-szarym upierzeniu z purpurowoczerwonym nalotem na piersiach oraz po charakterystycznych wielkich czubach na głowie, rozpostartych niczym wachlarze. Niektóre posiadały czuby po prostu rozstrzępione, inne natomiast miały na końcach tych piór niewielkie wydłużone, trójkątne chorągiewki[93].

Wilmowscy ciekawie przyglądali się krzykliwym mieszkańcom tropikalnego lasu. Naraz w ptasim rozgwarze rozbrzmiał nieprzyjemny, przeciągły gwizd. Wilmowski położył dłoń na ramieniu syna. Tomek potaknął głową, że zrozumiał znak. Rajskie ptaki nadlatywały na żerowisko. Niebawem też kilka z nich, trzepocząc skrzydłami, osiadło na widlasto rozgałęzionych drzewach pandanowych. Tomek, skupiony, obserwował ptaki, lecz po chwili zawiedziony cicho szepnął:

— Cóż to, widzę tylko samice?!

— Cicho, słuchaj! — uspokoił go ojciec.

Umilkli. Wibrujący, przeciągły gwizd znów rozbrzmiał w pobliżu, potem dołączyły się do niego nowe głosy. Wilmowski uniósł się, przykucnął; zachowując jak największą ostrożność z wolna wychylił się z szałasu. Przez jakiś czas trwał nieruchomo w tej pozycji, lecz w końcu cofnął się do wnętrza i rzekł mocno podniecony:

— Tomku, kilka wspaniałych samców urządza niezwykłe widowisko. Stąd nie będziemy mogli ich obserwować, musimy zejść na ziemię!

— Spłoszą się, gdy nas ujrzą! — odparł Tomek.

— Nie sadzę, Bentley zapewniał, że na początku okresu godów samce zbierają się na toki na specjalnie w tym celu wybranych drzewach. Wtedy podobno są tak zajęte sobą, że można do nich podejść zupełnie blisko.

— Cóż, musimy zaryzykować! — odparł Tomek zrezygnowany, gdyż obawiał się, że w razie niepowodzenia nie powrócą tego dnia do obozu.

— Bierz flobert[94], ja wezmę fuzję — powiedział Wilmowski.

Tomek pierwszy wyczołgał się z szałasu na gruby konar, do którego przywiązana była drabinka upleciona z lian. Opuścił ją i zaczął schodzić po niej w dół. Upłynęło nieco czasu, zanim obydwaj z ojcem znaleźli się na ziemi, nie chcieli bowiem jakimś szybszym ruchem spłoszyć ptaków. Na szczęście dla nich nikt w tej okolicy nie urządzał polowań, ptaki nie poznały dotąd swego najgroźniejszego wroga, człowieka. Tomek najpierw sprawdził, czy karabin przygotowany jest do strzału, potem przewiesił go na pasie przez plecy i dopiero wtedy, z flobertem w ręku, ruszył za ojcem. Przemykając od pnia do pnia, znaleźli się w pobliżu lokujących ptaków. Próżność ich była tak zabawna, że wkrótce Tomek całkowicie zapomniał o wszystkich swych osobistych sprawach.

Na szczycie drzewa znajdowały się trzy samce, a każdy z nich starał się przyćmić swą wspaniałością pozostałych rywali. Dwa rajskie ptaki królewskie, o szkarłatnym upierzeniu grzbietu, piersi lśniąco zielonej, pomarańczowym łebku i szyi rubinowoczerwonej, z dumą stroszyły kępki jasnożółtych piór, rozpościerających się jak małe wachlarze na tle szarobiałego podbrzusza. Przestępowały z nóżki na nóżkę, trzepotały czerwono-brązowo-zielonymi skrzydłami i, krygując się, z samouwielbieniem spoglądały na wystające z krótkiego ogona dwie bardzo wydłużone sterówki, pozbawione chorągiewek i tylko na samym końcu tworzące jakby zaokrąglone płatki.

Trzeci samiec należał do ptaków rajskich wielkich[95]. Przewyższał rozmiarami rywali. Przysiadł nisko na gałęzi naprzeciwko napuszonych zarozumialców, jakby zamierzał rzucić się na nich, i wzniósł do góry wyrastające z boków kity długich, delikatnych, żółtawobiałych piór, które niby puszysty płaszcz osłoniły prawie cały jego grzbiet. Żółta plama na łebku, gardziel zielona o jasnym połysku oraz brązowe skrzydła, plecy i piersi wspaniale uzupełniały jego strój godowy.

Tomek w niemym zachwycie spoglądał na przepiękne ptaki. Nie dziwił się już, iż powstało o nich tyle romantycznych legend. Zapomniał nawet o ostrożności; coraz to bliżej skradał się do tokujących samców.

One tymczasem, jakby odgadując zachwyt nieostrożnego młodzieńca, coraz śmielej i bezczelniej pozwalały się podziwiać. Sfruwały na niższe gałęzie, odwracały się bokiem, tyłem, rozpościerały skrzydła, puszyły kity i jedynie ich przenikliwe, nieprzyjemne głosy zakłócały harmonijny obraz piękna.

Tomek wprost nie dowierzał swoim oczom. Teraz nie miał już wątpliwości — obydwaj zostali spostrzeżeni przez rajskie ptaki! One zaś wciąż chełpiły się swą wspaniałością. W końcu też zwróciły na siebie uwagę samic żerujących w pobliżu. Trzy z nich z trzepotem skrzydeł opadły na gałęzie sąsiednich drzew; przekrzywiając lekko łebki przyglądały się swoim mężom, jak aktorom na scenie.

Wilmowski znów dotknął dłonią ramienia syna. Tomek drgnął, zerknął na ojca. Ten wzrokiem wskazał na flobert. Tomek nie bez żalu pomyślał o konieczności pozbawienia życia tak wspaniałych ptaków. Rozumiał jednak, że teraz nie wolno było tracić czasu. Lada chwila ptaki mogły się poderwać do lotu. Słońce przygrzewało już dość mocno. Toteż tylko westchnął cicho, oparł się lewym bokiem o pień drzewa i wolno uniósł małokalibrowy karabinek do ramienia. Ptak rajski wielki akurat krzyknął przenikliwie. Tomek ujrzał jego pierś odsłoniętą na krótką chwilę. Pewnie nacisnął spust. Samiec zatrzepotał skrzydłami, niemal brzuchem dotknął gałęzi, po czym bezwładnie zsunął się na miękki mech u stóp drzewa.

Pozostałe dwa samce nawet nie zwróciły uwagi na cichy strzał i nagłe zniknięcie rywala. Krygowały się dalej, umożliwiając Tomkowi oddanie dwóch następnych celnych strzałów. Samiczki również nie wyczuły niebezpieczeństwa. Przyfrunęły do swych mężów, zdumiewając się ich nagłym znieruchomieniem. Dopiero gdy Tomek zabił jedną z nich, poderwały się do lotu, lecz wtedy Wilmowski wypalił z luf fuzji i obydwie opadły na ziemię.

— Wspaniały połów! — zawołał Wilmowski.— Zdobyliśmy trzy pary za jednym zamachem!

— Udało nam się, ojcze! — cieszył się Tomek, nieświadom nawet, że tylko głośny huk strzałów z fuzji ocalił co najmniej jednemu z nich życie.

Wilmowscy zajęci polowaniem nie wiedzieli, że ktoś przyczajony w pobliskich zaroślach obserwuje ich od dłuższego czasu. Był to młody wojownik ze szczepu Tawade, który przekradł się w celach zwiadowczych na tereny Mafulu. Jego nagie, brązowe ciało pokrywały pomalowane na przemian czarne i białe pasy. Czerwono-żółte koła, otaczające czarne jak węgiel oczy, oraz kość kazuara przeciągnięta przez chrząstkę nosową nadawały jego twarzy okrutny wyraz.

Zwiadowca Tawade po raz pierwszy w swym życiu ujrzał białe istoty. Przeraził się i nawet chciał uciekać, ponieważ wziął je za duchy, lecz ciekawość przezwyciężyła strach. Ukryty w zaroślach nie spuszczał z nich wzroku. Z drżeniem serca obserwował czary, za pomocą, których zabijali czarodziejskie rajskie ptaki. Nieznane białe istoty chciały zapewne przyozdobić swe głowy piórami własnoręcznie zabitego ptaka, aby nie imały się ich strzały z łuków ani dzidy.

Młody Tawade poszarzał na twarzy, gdy jeden z duchów uniósł dziwny, cicho huczący kij, a potem wspaniały rajski ptak spadł martwy z drzewa na ziemię! Potem widział kolejno zabijane dalsze ptaki. Według niepisanego prawa Tawade, tylko ich wielcy wojownicy mieli prawo polować na czarodziejskie ptaki. Toteż do głębi oburzony zwiadowca nałożył pierzastą strzałę na cięciwę, napiął łuk i mierzył do białej zjawy gwałcącej ich odwieczne prawo. Nagle druga zjawa podniosła swój kij. Potężny huk, jak i widok dwóch naraz padających ptaków do reszty przeraził młodego wojownika. Czy mógł walczyć sam z tak potężnymi duchami? Drżącymi rękoma ostrożnie zwolnił cięciwę łuku nie wypuściwszy morderczej strzały. Wiedział, że nikt nie zdoła zabić ducha...

Nieznane istoty wkrótce odeszły, zabierając zabite ptaki. Pozostał po nich tylko szałas zbudowany na konarach drzewa. Tawade był przekonany, że w tym lesie musiało się czaić więcej złych duchów. Nie oglądając się za siebie, pobiegł w kierunku granicznej rzeki. On też pierwszy przyniósł do swojej wsi straszliwą wiadomość o pojawieniu się potężnych białych duchów.


* * *

Powrót obydwóch Wilmowskich z kilkudniowego wypadu wywołał w obozie zrozumiałą radość. Przyjaciele obstąpili ich kołem, szczerze winszowali sukcesu. Trzy pary rajskich ptaków stanowiły nie lada zdobycz! Tomek serdecznie uściskał zaróżowioną ze wzruszenia Sally i nie wypuszczając jej dłoni ze swej ręki, zadowolony wysłuchiwał pochwał. Lubił, gdy podziwiano celność jego strzałów.

— No, no, spisaliście się na medal! — mówił tubalnym głosem kapitan Nowicki. — Dobrze jednak, że już wróciliście! Zaczynaliśmy się o was niepokoić...

— Szczególnie jedna z pań wprost nie mogła się doczekać waszego powrotu — wesoło dodał Zbyszek.

— O którego z nas jej chodziło? — zażartował Wilmowski.

— O obydwóch, proszę pana — odpowiedziała Sally.

— Tylko nie myślcie, że stęskniła się za waszym widokiem! Brody wam urosły jak zbójcom — pokpiwał Nowicki. — Ona po prostu chciała się jak najprędzej pochwalić swoim szczurem!

— Tommy, nie wierz przewrotnemu panu kapitanowi! — zaoponowała Sally. — Wprawdzie byłam ciekawa, czy mój łup was ucieszy, ale przede wszystkim naprawdę za wami tęskniłam!

— Nie indycz się, ślicznotko — wesoło odrzekł Nowicki. — Powiedziałem tak, dlatego, aby nareszcie zwrócić uwagę na ciebie!

— Sally, o jakim to szczurze wspominał kapitan? — zaraz zainteresował się Tomek.

— Panna Sally miała wielkie szczęście — wtrącił Bentley. — Szczur ten jest naprawdę rzadkim okazem, drogi chłopcze!

— Skoro tak, to natychmiast musimy go obejrzeć — powiedział Wilmowski. — Gdzie ten szczur?

— W naszym laboratorium — wyjaśniła Sally. — Pan kapitan prawie kończy już wyprawę skóry.

Podróżne „laboratorium” znajdowało się w dużym namiocie z przeciwmoskitowej siatki, w którym można było pracować nawet wieczorem przy świetle lampy naftowej. Łowcy gromadą obstąpili namiot, tylko Wilmowscy z Sally weszli do środka. Na prowizorycznym stole, zrobionym z desek drewnianej skrzyni, leżała rozpięta skóra z ogonem pokrytym łuskami.

— Pierwszy raz widzę podobny okaz — zdumiał się Wilmowski, — Ten szczur jest wielkości królika! Ani jedno muzeum europejskie nie może się pochwalić podobnym eksponatem!

— Zaledwie jeden egzemplarz, i to poważnie uszkodzony przez insekty posiada muzeum w Sydney — wtrącił Bentley. — Cenny to dla nas nabytek.

— Czy sama go schwytałaś? — zapytał Tomek.

— Dingo pomógł mi go osaczyć, ale wytropiłam sama! — odparła Sally.

— Wspaniale ci się udało! — przyznał Tomek. — Gdzie go znalazłaś?

— Na naszej polanie — odpowiedziała Sally. — W pierwszej chwili bardzo mnie przestraszył.

— Nic dziwnego, duża sztuka — przyznał Wilmowski.

— Pan kapitan osobiście ściągnął z niego skórę. Wiele się natrudził, aby nawet najdrobniejsze fałdki i załamania dobrze natrzeć maścią arszenikową — mówiła Sally. — W przeciwnym razie owady mogłyby złożyć w nich jaja i skórka byłaby zmarnowana.

— Widzę, że dobry z ciebie terminator na preparatora — pochwalił Tomek.

— Razem z Nataszą znalazłyśmy również kilka chrząszczy — dodała Sally. — Gnieżdżą się pod kamieniami i w zbutwiałych pniach.

— Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce będziemy mogli założyć wędrowne muzeum — zażartował Tomek.

— Nasz zielnik również się powiększył. Zebraliśmy szereg nowych okazów storczyków — z dumą oznajmił Bentley. — Wielka szkoda, że większe kwiaty nie nadają się do zasuszenia. Za wiele zawierają wilgoci... Za to zrobiłem kilkanaście niezmiernie interesujących zdjęć.

— Suszarnia pracuje pełną parą — z humorem odezwał się Nowicki. — Niedługo zabraknie nam ręczników do wycierania się po myciu!

Tomek zaciekawiony rozejrzał się po przewiewnym namiocie, zwanym przez łowców podróżnym laboratorium. Na deseczkach umieszczonych na krzyżakach z gałęzi suszyły się w słońcu różne okazy. Jedne z nich poowijane były w papierki, inne przykryto ręcznikami, aby nie wyblakły.

— Później obejrzymy nowe nabytki do naszych kolekcji, najpierw dajcie nam coś gorącego do zjedzenia — rzeki Wilmowski. — Przez cztery dni nie jedliśmy z Tomkiem gotowanych potraw!

— Właśnie pitrasimy fasolówkę na obiad — oznajmił Nowicki. — Chodźmy stąd, bo widok robaków odbiera mi apetyt!

— A gdzie pan Smuga? — zapytał Tomek.

— O to samo chciałem zapytać. Co się dzieje z Janem? — dodał Wilmowski.

— Poszedł z Dingiem poniuchać po okolicy! — wyjaśnił Nowicki. — Przecież musimy wiedzieć, co w trawie piszczy! Na czas swej nieobecności mnie zdał komendę. Myślałem nawet, że wróci razem z wami. Niepokoił się trochę i mówił, że zajrzy do waszej kryjówki, aby się przekonać, czy wszystko w porządku.

— Nie spotkaliśmy Jana. Kiedy wyszedł z obozu? — zapytał zaintrygowany Wilmowski.

— Dzisiaj, na krótko przed świtem — odpowiedział Nowicki. — Może rozmyślił się i poszedł w innym kierunku?

— Być może... Miejmy nadzieję, że wróci niedługo — odparł Wilmowski. — Teraz zjedzmy obiad!


* * *

Smuga zjawił się dopiero przed samym zachodem słońca. Wilmowski odczuł ulgę, ujrzawszy przyjaciela. Natasza zaraz podała Smudze miskę gorącej zupy, a on, zaledwie odłożył broń, ochoczo zabrał się do jedzenia.

— Głodny jestem jak wilk — odezwał się, zerkając na obydwóch Wilmowskich. — Dingo upolował sobie jakąś pierzastą przekąskę po drodze, ale ja musiałem obejść się smakiem.

— Gdzie byłeś tak długo, Janie? — zagadnął Wilmowski. — Kapitan mówił, że miałeś zamiar odwiedzić nas na czatach!

— Tak, tak było w istocie, lecz zmieniłem zamiar. Odkryłem nowe miejsce na rozłożenie obozu. Wprost roi się tam od ptaków i orchidei.

— Daleko to stąd? — zapytał Wilmowski.

— Hm, nie tak daleko... Dobrze, że już wróciliście. Poproszę ciebie, Andrzeju, Tomka, pana Bentleya i kapitana na naradę. Musimy omówić dalszą marszrutę. Bardzo też jestem ciekaw waszego sprawozdania.

Wilmowski baczniej spojrzał na Smugę, który jak zwykle był opanowany. Mimo to intuicja podszeptywała Wilmowskiemu, że przyjaciel ma im coś ważnego do powiedzenia. Zaledwie siedli na uboczu przy ognisku, Smuga nabił fajkę tytoniem i rzekł:

— Andrzeju, opowiedz dokładnie przebieg czatów.

Podczas gdy Wilmowski zdawał relację, Tomek dorzucił do ognia wilgotnych gałęzi, aby więcej dymiły. Z nadejściem wieczoru moskity rozpoczęły niesamowite harce...

— Zebraliście niewątpliwie cenne materiały i okazy — przyznał Smuga, uważnie wysłuchawszy sprawozdania. — Czy już opowiedziałeś wszystko?

— Tak! — potwierdził Wilmowski. — Chyba, że Tomek ma coś do dodania?

— Nie, naprawdę nic nie mógłbym dodać — zaprzeczył młodzieniec. Smuga dmuchnął dymem z fajki na komara siedzącego na jego dłoni, spojrzał na Tomka i zapytał:

— Czy ostatniej nocy na czatach nic cię nie zaniepokoiło?

— Nie, proszę pana...

— Na pewno nic nie zwróciło twojej uwagi? Przypomnij sobie dobrze! — nalegał Smuga.

— Zaraz... na jakiś czas przed świtem zbudził mnie krzyk nocnego ptaka. Potem słychać było trzepotanie skrzydłami, ale chyba nie o to panu chodzi?

Smuga nie odpowiedział. Zamyślony pykał z fajki, spoglądając to na Wilmowskiego, to na Tomka. W końcu odezwał się:

— W kraju, gdzie zewsząd czyhają nieznane niebezpieczeństwa, nigdy nie należy zapominać o przezorności. Być może krzyk ptaka w nocy w pobliżu waszej kryjówki został spowodowany napaścią jakiegoś drapieżnika, lecz z równym powodzeniem i kto inny mógł się włóczyć po dżungli.

— Janie, ty byłeś tam dzisiaj! — cicho zawołał Wilmowski. — Czy masz mim coś do zarzucenia? Smuga uśmiechnął się zagadkowo, po czym odparł:

— Tak, nie mylisz się, przyszedłem tam, zanim zeszliście na ziemię, żeby zapolować na rajskie ptaki. Nie chcę teraz udowadniać, że będąc na waszym miejscu zachowałbym się inaczej! Nie, może sam również bagatelizowałbym ten niepokój nocnego ptaka. Mądry Polak po szkodzie... W każdym razie, Tomku, wykazałbyś wiele roztropności, gdybyś zaraz o świcie uważnie rozejrzał się po okolicy. Na drugi raz nie zaniechaj tej ostrożności! Byliście śledzeni... U stóp drzewa, na którym mieściło się wasze zamaskowane stanowisko, znalazłem ślady bosych stóp.

— Do licha, słusznie czynisz nam wyrzuty! — przyznał Wilmowski.

— W jaki sposób pan to odkrył? — zapytał Tomek, wzburzony zasłyszaną wiadomością.

— Gdy zbliżałem się do waszego stanowiska, Dingo zaczął okazywać niepokój — wyjaśnił Smuga. — On też naprowadził mnie na ślady pozostawione przez krajowców. Były bardzo świeże. Idąc za nimi, odkryłem śledzącego was obcego wojownika. Zacząłem go obserwować. Nie okazywał przyjaznych zamiarów, lecz był porządnie przestraszony waszym widokiem. Prawdopodobnie po raz pierwszy ujrzał białych ludzi. Mimo to omal nie musiałem go unieszkodliwić. Wymierzył z łuku do ciebie, Tomku, gdy zacząłeś zabijać rajskie ptaki. Na szczęście huk fuzji Andrzeja odebrał mu odwagę. Uciekł, a ja podążyłem za nim.

Wilmowski dłonią otarł pot z czoła.

— Tylko dzięki przypadkowi uniknęliśmy śmiertelnego niebezpieczeństwa — rzekł po chwili. — Masz rację, byliśmy obydwaj nieostrożni.

— Dobra lekcja dla nas wszystkich — odezwał się Nowicki. — Musimy zaostrzyć czujność.

— Słusznie, kapitanie, dlatego właśnie opowiedziałem wam o wszystkim — rzekł Smuga. — Ten młody wojownik był zapewne zwiadowcą Tawade. Umknął za rzekę, która według relacji Mafulu stanowi granicę pomiędzy terenami obydwóch plemion.

— Musi być nie lada zuchem, skoro odważył się nocą wędrować po dżungli — zauważył Tomek.

— Śmiały, daleki zwiad w teren nieprzyjacielski — zawtórował Nowicki.

— Jakie wyciągasz wnioski, Janie? — zapytał Wilmowski.

— Za długo obozujemy w jednej okolicy — wyjaśnił Smuga. — Musimy jak najprędzej zwinąć obóz i ruszyć naprzeciw niebezpieczeństwu. Za pierwszym zwiadowcą wyruszą inni. Naplotą o nas niestworzonych rzeczy. Musimy to uprzedzić.

— Zgadzam się z panem! — potaknął Bentley.

— Jeśli nasi tragarze odkryją, że jesteśmy śledzeni przez Tawade, nie pójdą z nami dalej — powiedział Wilmowski. — Jak daleko stąd do owej rzeki granicznej?

— Dla karawany jest to niemal dzień drogi — odpowiedział Smuga.

— Panie Bentley, ile czasu potrzebuje pan na konserwację okazów zdobytych przez Wilmowskich?

— Pojutrze o świcie możemy ruszyć w drogę.

— Szczur naszej Sally również prawie już gotów do transportu — zauważył Nowicki.

— A więc dobrze! Jutro rozpoczniemy przygotowania do wymarszu — rzekł Smuga. — O naszej rozmowie nikomu ani słowa.

— Święta racja, ale straże trzeba podwoić — dodał Nowicki.

— Ty kapitanie, i ty, Tomku, szczególnie miejcie oczy i uszy otwarte — zakończył Smuga naradę.


Загрузка...